SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Założyciel holdingu Elektromis nic nie wie, a Aleksandra Gawronika zna słabo…

Jarosława Ziętary nie znał. Wiedzę o nim miał tylko z mediów i to dopiero sprzed kilku lat. Nie wiedział, że dziennikarz interesował się działalnością jego firmy Elektromis. Zawsze prowadził legalne i dobre interesy. Aleksandra Gawronika z kolei znał słabo i nie mieli bliskich kontaktów. Jedyne biznesowe spotkanie dotyczyło sprzedaży tygodnika „Poznaniak”, za który były senator ostatecznie nie zapłacił i transakcję anulowano. Na badanie wariografem nie zgodził się, bo nie widział takiej potrzeby – tak w skrócie można podsumować zeznania świadka Mariusza Ś. , którego Sąd Okręgowy w Poznaniu przesłuchał  16 stycznia b.r. podczas pierwszej w tym roku rozprawy w tak zwanym procesie ochroniarzy  dotyczącym zabójstwa red. Jarosława Ziętary z “Gazety Poznańskiej” w 1992 r.

 

Tego dnia przed Sądem Okręgowym w Poznaniu miało zeznawać czterech świadków. Zgłosiło się jedynie dwóch i jako pierwszy zeznawał Mariusz Ś. twórca i właściciel holdingu Elektromis. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Według prokuratury, to właśnie na terenie Elektromisu Aleksander Gawronik podżegał do zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, którego mieli porwać i przekazać zabójcom zatrudnieni w holdingu ochroniarze: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Mariusz Ś. stwierdził, że nic nie wie o losie Jarosława Ziętary i nigdy nie angażował się w żadną działalność przeciwko dziennikarzowi. Wyraził nawet pogląd, że skoro nie odnaleziono do dziś zwłok, to nie można wykluczyć, że reporter żyje. Choć sprawa od momentu zniknięcia, czyli od 1 września 1992 roku, jest głośna, Mariusz Ś. miał dowiedzieć się o niej dopiero wtedy, gdy w 2012 r. śledztwo wznowiła krakowska prokuratura. Wtedy to polecił swojemu pracownikowi, by ten przejrzał archiwalne numery nieistniejącego już tygodnika „Poznaniak”, którego Ś. był właścicielem, pod kątem Jarosława Ziętary. Okazało się, że „Poznaniak” kiedyś sporo pisał o Ziętarze. Ja czytałem w tamtych latach swoją gazetę, ale nie zwróciłem wówczas uwagi na artykuły o jego sprawie. Poznaniak był popularny bo było w nim sporo sensacji i dużo krwi – zeznał świadek. Na pytanie dlaczego w Elektromisie Mariusz Ś. zatrudniał byłych milicjantów i funkcjonariuszy UB – odpowiedział, że wiedział że są wyszkoleni i liczył, że jako funkcjonariusze państwowych organów będą uczciwi. Zaprzeczył, by w Elektromisie istniała specjalna komórka do inwigilacji i podsłuchów oraz by przechowywano mundury policyjne czy ich podróbki oraz by stał tam fikcyjny radiowóz.

 

Mariusz Ś. stwierdził, również, że Jarosław Ziętara został wykreowany na poważnego dziennikarza, a w jego ocenie nie miał żadnych osiągnięć zawodowych. Dopytany, na czym opiera taką opinię, powołał się na swojego rzecznika prasowego, Konrada Napierałę. Jednocześnie dodał, że prasa pisała o działalności Elektromisu bardzo krytycznie, a on  byłby w stanie zablokować nieprzychylne publikacje w “Gazecie Poznańskiej”, gdyby o to poprosił, bo miał relacje przyjacielskie z właścicielami dziennika. W tej gazecie pracował red. Jarosław Ziętara.

 

Mariusza Ś. zapytano także o Jerzego U., prawdopodobnie (rozprawę z udziałem U. utajniono) naocznego świadka porwania red. Jarosława Ziętary, który miał przyjąć zlecenie na inwigilację młodego dziennikarza. Mariusz Ś. stwierdził, że to był znajomy Krystiana Cz. Cz. to z kolei były milicjant, który przeprowadzał w Elektromisie kontrole. Został zatrudniony przez Mariusza Ś. najpierw na stanowisku handlowca, ale szybko awansował, został dyrektorem, prezesem i zaufanym współpracownikiem Mariusza Ś. Na przełomie 2014/15 roku Krystian Cz. dowiedział się, że ma zostać przeprowadzona na terenie Elektromisu prowokacja polegająca na tym, że zostaną podrzucone jakieś kości czy szczątki. I jak relacjonuje Ś. teren został zabezpieczony, uszczelniono ogrodzenie i zatrudniono dodatkowych ludzi w tym firmę ochroniarską Jerzego U., którą to zaproponował Krystian Cz. Jednak ludzie Elektromisu nie powiadomili żadnych organów o spodziewanej prowokacji. Na pytanie, dlaczego, Ś. odpowiedział, że do prokuratury nie ma zaufania, a do mediów nie chodzi. Jednak trzy lata później zmienił zdanie i została zawiadomiona prokuratura, a na temat Jerzego U. wydano oświadczenie, z którego wynika że U. domagał się trzech milionów złotych za zmianę zeznań.

 

Mariusza Ś. pytano także o Macieja B., również świadka oskarżenia. Ś. oświadczył nie zna mężczyzny, a pseudonim Baryła jest mu znany z mediów. Taka osoba nie występowała w moim otoczeniu – powiedział.  Zaprzeczył również, by doszło do spotkania z Aleksandrem Gawronikiem i ludźmi Elektromisu na terenie parkingu Elektromisu wiosną 1992 roku.

 

Po zeznaniach Mariusza Ś. mecenas Wiesław Michalski złożył wniosek o powołanie na świadka dziennikarza “Głosu Wielkopolskiego” Łukasza Cieśli, który relacjonuje od początku przebieg procesu. Powołanie dziennikarza na świadka uniemożliwiłoby dalszą pracę reportera. Jest to już trzecia próba ograniczenia udziału przedstawicieli mediów w rozprawach. Wniosek, by dziennikarz znalazł się  wśród  świadków procesu, został złożony po raz drugi, a ponadto mecenas zwrócił się do sądu jeszcze w maju o wyłączenie jawności rozpraw z uwagi właśnie na publikowane relacje. Wszystkie wnioski zostały decyzją sądu oddalone.

 

Dwóch wezwanych na 16 stycznia świadków nie stawiło się w sądzie. To Mirosław M. oraz Zdzisław W., na którego sąd nałożył 1000 zł kary. Ostatnim świadkiem był Grzegorz M. pseudonim Pączek, zatrudniony w Elektromisie od 1993 roku. Były milicjant i policjant, rozpoczął pracę w ochronie Mariusza Ś., a oskarżeni byli jego przełożonymi. Najpierw Mirosław R., a następnie po kilku latach Dariusz L. Świadek do dziś zawodowo jest związany z firmą wywodzącą się z Elektromisu. O sprawie porwania Jarosława Ziętary słyszał tylko z mediów i nic o niej nie wie.

 

Tekst i zdjęcia : red. Aleksandra Tabaczyńska

za: https://cmwp.sdp.pl/

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Jeden świadek nie żyje, inni nie znali, nie widzieli…

Zakończyły się zaplanowane na ten rok rozprawy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.

 

O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Obaj mężczyźni to judocy a także byli milicjanci. Na początku lat 90. zaczęli pracę w ochronie w poznańskiej firmie Elektromis. Na ławie oskarżonych zasiadłby również Roman K., pseudonim Kapela, ale nie żyje od 1993 roku. K. miał także brać udział w porwaniu Ziętary 1. września 1992 roku. Krążące wersje dotyczące śmierci ochroniarza mówią o jego samobójstwie, przypadkowym postrzale w głowę, a nawet, że został zastrzelony, a samobójstwo upozorowano. Podobno istniały obawy, że zacznie coś mówić właśnie w sprawie Jarosława Ziętary. Proces od lutego 2019 roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

W listopadzie przewidziane były dwie rozprawy, jedna z nich została odwołana, a w czwartek, 14 listopada, przesłuchano kolejnych świadków oraz podano terminy następnych posiedzeń, które odbędą się w pierwszych czterech miesiącach 2020 roku.

 

Zeznawało czerech świadków: Krzysztof S., Henryk J., Tomasz R. oraz Walerian P. Wszyscy potwierdzili przed sądem, że nie znali dziennikarza, nigdy go nie widzieli, nie wiedzą o żadnym pobiciu kogokolwiek z udziałem ochroniarzy Elektromisu. Trzech mężczyzn sprawę dziennikarza znało wyłącznie z mediów, a czwarty Walerian P. w ogóle o niej nie słyszał.

 

Krzysztof S., 60 lat, w latach 90 pracował w Elektromisie jak sam o sobie powiedział jako „samodzielny od zakupów”. Dodał, że jego obowiązkiem był zakup towaru i sprowadzenie go do Polski. Nie zajmował się jednak sprzedażą na terenie kraju. W Elektromisie, według S, pracowało sześć grup, które zajmowały się pozyskiwaniem towarów. Krzysztof S. stał na czele jednej z nich, VI. Świadek stwierdził, że 70% zakupów robiła właśnie VI grupa. Z Elektromisu odszedł z własnej woli, po pięciu latach i przez to stał się – jak powiedział – osobą wyklętą. Polegało to na tym, że „pracownicy mieli zakaz kontaktowania się ze mną”.

 

Ponad to stwierdził, że nie ma żadnej wiedzy o związkach Ziętary z Elektromisem. Nie słyszał, by młodego dziennikarza pobito pod siedzibą firmy, ani  kogokolwiek innego. Tłumaczył, że w tamtym czasie bardzo dużo jeździł po Europie i był bardzo zajęty, a sprawę zna jedynie z mediów. Nie potrafił także wyjaśnić jak trafił do Elektromisu i kto go przyjmował do pracy.

 

Wcześniej prowadziłem kwiaciarnię w Pniewach. Gdy cofniemy się w czasie o 30 lat, Pniewy były wtedy strategicznym miastem. Wszyscy musieli jechać przez Pniewy. (Miasto 50 km od Poznania na trasie do Berlina). To były czasy gdzie nic nie można było kupić. Ludzie przychodzili do mojej kwiaciarni nie tylko po kwiaty, ale również po kawę, pomarańcze, ja to wszystko tam miałem i stąd moje szerokie kontakty. Mogło być tak, że kiedyś przyszedł tam również Mariusz Ś. lub ktoś inny z kadr i tak to się zaczęło – domniemywał Krzysztof S. Świadka spytano również jaką rolę w Elektromisie pełnił Mariusz Ś.

 

Często nabijaliśmy się, że Mariusz Ś. jest w firmie na etacie strażaka. Nie wiem, jaką funkcję formalnie pełnił.

 

Podczas czwartkowej rozprawy twierdził także, że do Elektromisu sprowadzano papierosy z zagranicy i jego zdaniem było to legalne.

 

Tu warto uzupełnić, powołując się na publikacje poznańskich dziennikarzy, że Krzysztof S. był jednym z oskarżonych w aferze Elektromisu polegającej m.in. na wielkich oszustwach podatkowych, został nawet nieprawomocnie skazany w aferze Elektromisu, ale ostatecznie sprawa się przedawniła. Jednak w czwartek nie wspomniał, że miał proces, w którym wyszło m.in. na jaw, że papierosy pochodziły z nielegalnych źródeł. S. prowadził także drużynę Miliarder Pniewy, która w latach 90. występowała na najwyższym szczeblu rozgrywek piłkarskich.

 

Henryk J. to 59 letni były pracownik Elektromisu. Z zawodu strażak, w holdingu zatrudniony był od marca 1989 roku do 2018. Początkowo był handlowcem, następnie pracował w dziale tworzenia sieci dyskontowej Biedronka i Żabka. Swoje zeznania podsumował: pracowałem tam 30 lat i muszę powiedzieć, że super praca.

 

Tomasz R. pseudonim Chomik, to 54 letni były milicjant, który działał również w ZOMO. Ze służby odszedł jeszcze w 1988 roku. Jak sam zeznał został cinkciarzem i stał pod kantorami. Z czasem sam wpadł w kłopoty. Miał procesy za wymuszenia rozbójnicze. W tym samym czasie trenował boks w Poznańskim Klubie Sportowym Olimpia. Z klubu zna obu oskarżonych.  Rybę pamięta dobrze, bo był, jak się wyraził wybitnym judoką, a Lalę, słabiej, wie jednak, że taki „chłopak tam się przewijał”. Tłumaczył równocześnie, że sam trenował boks, a oskarżeni judo. Pytany o ludzi związanych z Elektromisem oświadczył, „ to nie było moje środowisko, to były znajomości na część”.

 

Ostatni na sali sądowej pojawił się, 78 letni Walerian P., który do dziś związany jest z branżą tekstylną, pomimo, że wyjechał z Polski już w 1963 roku. Mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje. O sprawie Jarosława Ziętary nic nie wie nawet z prasy.

Tu jednak warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach tygodnika „Wprost” na początku lat 90. Chodziło o tekst dotyczący „wspólnika in blanco” oraz tzw. „białego Żyda”. Pytany o te epitety przez prokuratora Walerian P. oświadczył, że nie słyszał by tak go nazywano oraz zaprzeczył, by to mogło chodzić o jego osobę. Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o jego sprostowanie. Ostatecznie takie ukazało się we Wproście, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z tygodnika.

 


 

8 stycznia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis oskarżonych przez krakowską prokuraturę o porwanie w 1992 r. dziennikarza śledczego Jarosława Ziętary, które doprowadziło do jego zabójstwa. Z aktu oskarżenia wynika, że ochroniarze o pseudonimach: “Ryba” i “Lala” przedstawili się Jarosławowi Ziętarze jako policjanci i “zaprosili” dziennikarza do samochodu przypominającego radiowóz, później przekazali go zabójcom. Przed 1989 r. obaj byli milicjantami, pracowali w kompanii antyterrorystycznej, po upadku komunizmu zaczęli pracować jako ochroniarze w Elektromisie. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Od 2016 r. w poznańskim sądzie toczy się także proces byłego senatora Aleksandra Gawronika, który według śledczych podżegał do zabójstwa dziennikarza. On także nie przyznaje się do winy.

 

Dziennikarz śledczy Jarosław Ziętara zaginął w 1992 roku. Wyszedł do pracy, do której nigdy nie dotarł. Według prokuratury został zamordowany. Jego ciała do tej pory nie odnaleziono, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

Ambitna kronika – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o regionalnym kwartalniku, który odniósł sukces

Tego czasopisma nikt nie wyrzuca. Nie jest to bowiem „gazeta” w potocznym znaczeniu tego słowa. „Przegląd Nowotomyski” wydawany jest w formie książki, a walory estetyczne szaty graficznej zachęcają nie tylko do czytania, ale też do pozostawienia i w konsekwencji ustawiania kolejnych numerów w domowej biblioteczce.

 

Do rąk czytelników trafił właśnie pięćdziesiąty numer kwartalnika społeczno – kulturalnego o nazwie „Przegląd Nowotomyski”. Pierwszy numer pojawił się w 2007 roku.  Jest to czasopismo, które powstało z potrzeby osób rozmiłowanych w historii i tradycji zamieszkiwanego przez nich regionu – powiatu nowotomyskiego.  Trzynaście lat temu spotkali się oni na terenie biblioteki miejskiej i ustalili reguły oraz zawartość treściową kwartalnika, które obowiązują do dziś. Opracowano szatę graficzną i edytorską, tematykę podzielono na grupy problemowe oraz ustalono, że objętość jednego numeru nie będzie mniejsza niż sto stron. Właściwie wszystkie założenia udało się zrealizować i to z naddatkiem. I tak na przykład średnia ilość stron wśród dotychczasowych pięćdziesięciu wydań wynosi blisko 150.

 

„Przegląd Nowotomyski” jest czasopismem finansowanym w stu procentach przez polski kapitał. A to wśród prasy lokalnej jest raczej rzadkością. Otóż wydawca, którym jest Nowotomyskie Towarzystwo Kulturalne, każdego roku startuje w konkursie ofert w ramach Programu Współpracy Gminy i Powiatu z organizacjami pozarządowymi. Zasadniczą część środków przekazuje Miasto i Gmina Nowy Tomyśl przy wsparciu Starostwa Powiatowego. Warto też dodać, że od roku 2007 do listopada 2014 Towarzystwo współpracowało z jednym burmistrzem, a po wyborach w 2014 nowy włodarz Nowego Tomyśla utrzymał finansowanie pisma. Przegląd można też kupić w wybranych miejscach w mieście, w tej samej od lat cenie 8 złotych. Nakład 500 sztuk uszczuplony o wysyłkę egzemplarzy obowiązkowych nie rozchodzi się w pełni. Jednak w 2015 roku, po opublikowaniu artykułu  „Tego świadectwa nie można zapomnieć… Ksiądz Ludwik Bielerzewski proboszcz parafii pw. św. Andrzeja Apostoła w Brodach w latach1946-1952” ówczesny proboszcz zapowiedział z ambony tę publikację. Po tej informacji nakład został wykupiony w całości. Świadczy to też o tym, jak ks. Bielerzewski, w czasie wojny więzień obozu koncentracyjnego Gusen, wdzięcznie i na wiele lat zapisał się w pamięci wiernych.

 

Co pozwala przez tyle lat, nieprzerwanie wydawać, drogi w utrzymaniu, ekskluzywny i absolutnie nie bilansujący się kwartalnik?  Jednym z czynników jest na pewno poruszana tematyka. Prezentowane materiały ukazują się w dziewięciu zasadniczych grupach problemowych. Są to „Z przeszłości”  –  zamieszczone w tym dziale treści mają przywołać i zachować w pamięci dorobek i doświadczenia minionych pokoleń nowotomyślan. W dziale „Tu i teraz” publikowane są teksty będące  próbą uchwycenia najważniejszych współczesnych wydarzeń społecznych, kulturalnych a także gospodarczych. „Nasze środowisko” z kolei opisuje walory krajobrazowe i turystyczne oraz promuje działania, mające na celu właściwe wykorzystanie zasobów przyrody. W dziale „Ludzie i ich pasje” –prezentowane są sylwetki tych, którzy tu się urodzili i (albo) znacząco zapisali swą obecność nie tylko w miejscu urodzenia, ale w innych miejscach Wielkopolski, Polski, a bywa, że i świata. „Odczytane na nowo”  –  tu można przeczytać przedruki tekstów publikowanych przed laty często nabierających dziś nowych znaczeń. Kwartalnik posiada też dział „Wokół nas” który poświęcony jest sąsiednim gminom oraz „Z teki” gdzie lokalni twórcy i hobbyści znajdują miejsce dla prezentacji swoich form aktywności artystycznej i dorobku. Czytelnicy mają też dokładne sprawozdanie z działalności Nowotomyskiego Towarzystwa Kulturalnego oraz kronikę najważniejszych wydarzeń w regionie. Innymi słowy w „Przeglądzie Nowotomyskim” przeczytamy zarówno o procesach czarownic opalenickich w XVII wieku, obecności Niemców do 1945 roku, Żydów, o Powstaniu Wielkopolskim, o wysiedleniach Polaków, a także o kulcie sługi Bożego doktora Kazimierza Hołogi, który żył i pracował na terenie Nowego Tomyśla, a obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny. Artykuł ten został też nagrodzony w konkursie dziennikarskim im. Romy Brzezińskiej „Znak Dobra” w 2011 roku.

 

Redakcji udało się skupić wokół pisma autorów publikujących swoje teksty „na zasadzie non profit” czyli mówiąc wprost bez honorarium. Ten aspekt podniósł Ryszard Kowalczyk w opracowaniu  naukowym dotyczącym między innymi „Przeglądu Nowotomyskiego” pt. „Zarys Czasopiśmiennictwa Regionalistycznego w Wielkopolsce po Drugiej Wojnie Światowej” z 2013 roku, w którym zauważa, że ponad 45 proc. osób piszących artykuły związanych jest zawodowo z samorządem terytorialnym pracując w urzędach gmin, miast, starostwie czy jednostkach podległych samorządowi. W najnowszym numerze 50.,  100 proc. autorów jest zatrudnionych w jednostkach budżetowych. Czy jest to zatem sukces organizacyjny wydawcy i redakcji „Przeglądu Nowotomyskiego”, pozostawiam do oceny czytelnikom.

 

„Przegląd Nowotomyski” z pewnością ma wiele walorów. Oprócz dopracowanej jakości wydawniczej, na uwagę zasługuje oczywiście merytoryka zamieszczanych materiałów. Historycznie rzecz ujmując następne pokolenia będą bardzo wdzięczne twórcom kwartalnika. Zarówno wydawca jak i sama redakcja z pewnością przypisuje sobie tutaj sukces i słusznie. Jednak nawet tak prowadzone czasopismo nie ominie pułapki jaką jest na przykład poprawność polityczna. Dla mnie osobiście namacalnym przykładem jest nr 40 „Przeglądu Nowotomyskiego”, gdzie w Kronice Wydarzeń zamieszczono informację o tak zwanym „proteście kobiet”. Opublikowane wydarzenie nie miało żadnego związku z życiem kulturalnym powiatu nowotomyskiego, nawet szeroko pojętym. Było wyłącznie aktem politycznym. Informację tą umieszczono między spotkaniem autorskim z dziennikarzem, Wojciechem Sumlińskim  a filmem „Niezłomny Żołnierz Kościoła” Jolanty Hajdasz poświęconym abp. Antoniemu Baraniakowi oraz powstaniem „Pomnika dziecka utraconego”.  Powyższe wydarzenia – chodzi o Sumlińskiego, Hajdasz i pomnik – zostały w pewnym sensie nawet ocenzurowane z powodu  – jak mnie poinformowano wtedy telefonicznie –  cytuję z pamięci – kronika nie zajmuje się analizą prezentowanych treści. W kronice ma być tylko informacja o wydarzeniu, bez komentarza. Mimo takich założeń, tekst o tzw. czarnym proteście, został opatrzony zdjęciem, a nawet cytatem jednej z uczestniczek oraz oczywiście komentarzem. Godne głębokiego ubolewania było również to, że PN nie bacząc na znikome zainteresowanie tzw. strajkiem kobiet, publikując te treści nadał rangę sprawie, której ta nie miała.

 

Nie ulega wątpliwości, że kwartalnik „Przegląd Nowotomyski” jest udaną inicjatywą prasowo – wydawniczą regionalistów, działaczy społeczno – kulturalnych, ale także władz samorządowych miasta, które finansują to dzieło.

 

Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY: W świecie „młodych wilczków”

Październik to dziesiąty miesiąc procesu, który toczy się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu w związku z porwaniem i zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary. Oskarżeni, Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” to byli ochroniarze holdingu Elektromis. Obu mężczyzn oskarża się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza, obaj też nie przyznają się do winy.

 

Kolejna rozprawa odbyła się w czwartek, 17. października. Jako pierwszy stawił się Edward P. 57-letni emerytowany milicjant, a następnie policjant. Świadek zeznał, że w latach 90. zajmował się tak zwaną bandytką. W tym czasie w Poznaniu była znana policji grupa dwudziestolatków, która „próbowała przejąć rządy w mieście”. Zbierali oni haracze z dyskotek, lokali, sklepów… W tym czasie świadek rozpracowywał Przemysława C. C. był oskarżony o wrzucenie granatów do jednego z poznańskich sklepów – Big Star. Sprawa zakończyła się skazaniem sprawców i tak C. trafił do aresztu. Podczas przesłuchania dał znać, że ma dużą wiedzę. Zresztą, jak dodał świadek, sprawa z granatem była tylko wierzchołkiem góry lodowej.

 

– Pewnego razu konwojowałem Przemysława C. do aresztu chyba w Szamotułach. Próbowałem go nakłonić do współpracy z policją. Był młody, mógłby liczyć na obniżenie wyroku. Podczas konwoju, w luźnej rozmowie, dał mi do zrozumienia, że grupa przestępców, w której działał, wykonała poważną sprawę dla Elektromisu. Być może była sugestia, że jest to związane z uprowadzeniem dziennikarza, z uprowadzeniem ludzi. Próbowaliśmy podjąć potem działania operacyjne na terenie aresztu, założyć podsłuch i zainspirować rozmowy pod celą.  Ale to trwało tygodniami, a może i miesiącami. C. miał być przenoszony z celi do celi. Byliśmy w tamtym stanie prawym uzależnieni od dobrej woli aresztu. Załatwianie tego podsłuchu trwało stanowczo zbyt długo. Po pewnym czasie pobrałem Przemysława C. z celi. Dał mi do zrozumienia, że nie mamy o czym rozmawiać. Zaczął się śmiać, że jesteśmy za mali na tę sprawę – zeznawał były policjant.

 

Świadka pytano również o Macieja B. pseudonim „Baryła”, który swoimi zeznaniami obciąża oskarżonych. Edward P. tak odpowiedział: – „Baryła” to był młody wilczek świata przestępczego. Nie wykluczam, że z nim rozmawiałem, ale to nie było coś istotnego. W tamtych latach, w okresie 1991-1993, choć nie mam szczególnej pamięci do dat, w Poznaniu utworzyła się grupa młodych osób, które próbowały przejąć „rządy” w mieście. „Baryła” należał do tej grupy.

 

P. potwierdził, że zna drugiego świadka prokuratury Jerzego U. Tu warto przypomnieć, że U. był w UOP i miał być naocznym świadkiem porwania dziennikarza przez oskarżonych 1 września 1992 roku. Świadek stwierdził, że U. mówił o pracy w SB, MO jednak poznali się gdy U. miał już swoją agencję ochrony. Mężczyźni znają się zarówno zawodowo jak i prywatnie.

 

W latach 90., miał miejsce napad na konwój przewożący pieniądze z marketu Jumbo, kapitałowo powiązanego z Elektromisem. Market ochraniała firma Jerzego U. Świadek poznał bliżej U. w czasie próby wyjaśnienia tego zdarzenia. Według Edwarda P., Jerzy U. miał twierdzić, że współpracował z Elektromisem i wykonywał dla holdingu różne zlecenia. Żalił się, na nadzór jaki prowadzili nad nim „Ryba” i „Lala” oraz że nie mógł się przez nich wykazać. Padła także sugestia, że za tym napadem mogą stać sami ochroniarze, a ponadto że „Lala” ma związek z narkotykami. Edward P. po dopytaniu Jerzego U. o ten wątek stwierdził, że może to być jakaś prywatna sprawa między ochroniarzami, którą U. chce załatwić jego rękami.

 

Edward P. dodał ponadto, że w latach 90. w poznańskiej prokuraturze dominowało przekonanie, że jeśli nie ma ciała, to nie ma zbrodni. Jego zdaniem w sprawie Ziętary błędem było to, że mimo braku zwłok dziennikarza, szybciej nie wszczęto sprawy o zabójstwo. Potwierdził też, że brał udział w poszukiwaniu zwłok reportera.

 

Pod koniec tej części rozprawy oskarżony Mirosława R. złożył oświadczenie. Wynika z niego, że w 1995 roku współpraca Mirosława R. i Dariusza L. się zakończyła. Ponadto według oskarżonego do 1995 roku L. był w Elektromisie podrzędnym ochroniarzem, nie był szefem ochrony. Jerzy U. nigdy nie pracował w Elektromisie i nigdy nie chronił klubu „Sami swoi” za czasów gdy tą ochronę pełnił Mirosław R. To znaczy od momentu gdy klub powstał do zakończenia jego działalności czyli w latach 1999 – 2003.

 

W tym miejscu warto też dodać, że podczas rozprawy nikt nie spytał świadka o jego prywatne relacje z Jerzym U. Według doniesień poznańskich mediów mężczyźni mieli utrzymywać znajomość przez kolejne lata. Z kolei Jerzy U. ma stać na stanowisku, że z byłym policjantem miał zatarg m.in. o pieniądze i ich znajomość zakończyła się konfliktem.

 

Drugim świadkiem podczas czwartkowej rozprawy był Marian J. z zawodu kierowca mechanik. W latach 90. rzecznik prasowy Elektromisu, a później pełnił kolejne wysokie funkcje w Elektromisie i firmach powiązanych z holdingiem. Podczas rozprawy odczytano protokoły z przesłuchań świadka, które Marian J. potwierdził i uściślił. W protokołach wymieniano liczne nazwiska osób, które świadek znał lub mógł coś o nich powiedzieć. I podobnie z nazwami firm. J. dodał, że osoby i firmy wymieniał prokurator, a nie on z własnej pamięci. Potwierdził też znajomość Aleksandra G. z Mariuszem Ś. szefem i założycielem Elektromisu. Mieli się spotkać w wagonie restauracyjnym podczas podróży pociągiem, w której świadek również brał udział. Dodał jeszcze, że media bardzo interesowały się Elektromisem.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni poznański dziennikarz, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Nie odnaleziono do dziś ciała reportera, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Dwa śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra Gawronika, byłego senatora, twórcy pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Gawronik przyjeżdżał bez ochrony

Czwartek, 3. października był kolejnym dniem procesu  w poznańskim Sądzie Okręgowym, przeciwko dwóm byłym ochroniarzom w firmie Elektromis o pseudonimach Ryba i Lala. Mirosława R. i Dariusza L. oskarża się o porwanie i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Na czwartkowej rozprawie zeznawało trzech świadków, a jako pierwszy były prokurator Jarosław D.

 

Jarosław D. z prokuratury odszedł w grudniu 1994 roku. Stwierdził, że po dziesięciu latach pracy czuł się wypalony zawodowo. Dopowiedział po chwili, że otrzymywał też pogróżki, a początek lat dziewięćdziesiątych, to według świadka czas, w którym rodziła się i rozwijała przestępczość zorganizowana. Dodał też, że miał roczne dziecko i żonę dlatego swoją decyzję o odejściu z prokuratury uznał za – jak się wyraził – troszkę nieodpowiedzialną. Nie miał żadnej alternatywy zarobkowej. Do czasu podjęcia pracy w Elektromisie imał się różnych zajęć min. w agencji detektywistycznej oraz w handlu. W tym czasie spotkał swojego znajomego, również byłego prokuratora Pawła D. Ten pomógł dawnemu koledze w znalezieniu pracy i skontaktował go z Mariuszem Ś. szefem Elektromisu. Ś., którego świadek dopiero poznał osobiście zaproponował mu funkcję redaktora naczelnego w tygodniku „Poznaniak” wydawanego przez Prespo czyli – jak dodał świadek – Elektromis. Pomimo braku doświadczenia dziennikarskiego, Jarosław D. podjął się tego zadania.  Tu warto też przytoczyć słowa świadka, który nie zamierzał kierować się pogłoskami na temat holdingu, mianowicie:

Jako były prokurator, podejmując decyzję o rozpoczęciu pracy w Elektromisie, rozważałem wersję, że firma prowadzi nielegalną działalność. Potem okazało się, że to były wielkie pomówienia. (…) Bzdurą jest też to, że wcześniej prowadziłem jakieś sprawy Mariusza Ś. czy Elektromisu. To można sprawdzić.

 

W kolejnych zeznaniach świadek opowiedział jak bardzo starannie dobierano pracowników w holdingu. Nazwał to nawet sitem rekrutacyjnym. Według D. w czasie gdy on pracował przyjmowano tylko osoby kompetentne, niekarane i zdolne wykonać powierzone im zadania. Na pytanie sądu jak to pogodzić z jego zatrudnieniem w roli redaktora naczelnego „Poznaniaka” stwierdził, że tylko nadzorował pracę dziennikarzy. Ponadto prowadził rubryczkę porad prawnych, a także przeprowadził wywiad z premierem Józefem Oleksym w Warszawie. A co do kwalifikacji jego poprzednika na tym stanowisku, byłego prokuratora Pawła D., stwierdził że był świetnym mówcą, miał świetne mowy końcowe, a także pisał eseje i wiersze.

 

Świadek dość szybko awansował i został prezesem zarządu kolejnych firm Elektromisu: Żabka Polska, Żabka SA i innych oraz pełnomocnikiem do spraw nieruchomości. Wspomniał, że w okresie budowania „Biedronek” „był czas, że miesięcznie powstawało 30 Biedronek w całej Polsce, a więc jedna dziennie” Te działania nadzorował świadek. Wspominał też czasy klubu „Sami Swoi”, na Starym Rynku w Poznaniu gdzie raz w miesiącu spotykała się kadra menedżerska holdingu. Chodziło o to by się zrelaksować po ciężkiej pracy. W „Samych Swoich”, na suficie w kasetonach były portrety namalowane jako rodzaj karykatur kadry kierowniczej firmy. Wśród nich znajdowała się także podobizna świadka. Dodał, że był to klub męski, ale nie gejowski, o czym rzekomo wtedy plotkowano w mieście. Podsumowując o byłej firmie i byłym szefie Mariuszu Ś. świadek wypowiadał się bardzo pochlebnie. Zakończył pracę w 2004 roku, jak donoszą poznańskie media w atmosferze skandalu. Jednak ten wątek na sali sądowej nie był podejmowany.

 

Sędzia sprawozdawca odczytał kolejne protokoły, które świadek potwierdził. Okazuje się, że w 2014 roku, latem D. został pierwszy raz przesłuchany w prokuraturze w kontekście Jarosława Ziętary. Świadek utrzymywał, że nic nie wie i zna ją tylko z mediów. Następnie w listopadzie tego samego roku – jak się wyraził – popełnił przestępstwo i trafił do aresztu. Do popełnienia czynu się przyznał i współpracował z poznańską prokuraturą. W tym czasie jednak wezwała go na przesłuchanie krakowska prokuratura. Było to już drugie wezwanie.

 

Na drugie przesłuchanie do Krakowa wzięto mnie z poznańskiego aresztu. Przyjechali po mnie funkcjonariusze z ostrą bronią, skuto mnie i siedem godzin wieziono do Krakowa. Osadzono w celi z trzema mordercami. A na przesłuchaniu policjant proponował, że jeśli coś dam na szefa Elektromisu, to oni mi załatwią, że nie będę miał sprawy za napad na bank. To była absurdalna propozycja, powiedziałem, że nie ze mną te numery. Zdenerwowałem się wtedy, bo gdyby nie podróż do Krakowa, to byłbym już w domu. Prokurator z Poznania najpierw mówiła, że wypuści mnie z aresztu na Wigilię. Byliśmy też po rozmowach, że za napad na bank dostanę karę w zawieszeniu. Jednak po wizycie w Krakowie, po tym, jak niczego nie powiedziałem, dalej siedziałem w areszcie. A poznańska prokuratura zażądała dla mnie później 3,5 roku więzienia i na tyle zostałem skazany za sprawę napadu – oświadczył D. w sądzie. (…)–  Chciano, żebym mówił niestworzone rzeczy, byle tylko, za przeproszeniem, „udupić” szefa Elektromisu.

 

Kolejny cytat:  Policjant mówił mi, że się zdziwię, bo Mariusz Ś. jest bardziej umoczony w sprawę Ziętary niż Aleksander Gawronik. Miałem świetną okazję, żeby za zwolnienie z pracy zeznawać na Mariusza Ś., ale nie będę kłamać.

 

Tu warto uzupełnić – na podstawie informacji poznańskich mediów –  na czym polegało owe przestępstwo. Były prokurator Jarosław D., w masce i atrapą pistoletu, próbował obrabować bank w Poznaniu. Była to jednak placówka bezgotówkowa, więc nie zabrał pieniędzy, a w trakcie ucieczki został złapany przez przechodniów. Prasa też przypomina, że świadka bronił wtedy mecenas Wiesław Michalski, który obecnie broni oskarżonych ochroniarzy. Reprezentował również Jarosława D. w 2012 roku, gdy łączono go z innym napadem na bank.

 

Obrońca na czwartkowej rozprawie zapytał świadka o Macieja B. pseudonim Baryła, kluczowego świadka oskarżenia. D. stwierdził, że gdy zatrudniony był w Elektromisie to nie słyszał o Baryle. Jednak pamięta go z lat pracy w prokuraturze ponieważ głośna była sprawa uderzenia poznańskiej adwokat oraz innych czynów.

 

– Swoją karę więzienia odbywałem w poznańskim areszcie przy ul. Młyńskiej. Pracowałem tam jako bibliotekarz i wypożyczałem książki innym więźniom. Baryła to mitoman. Wiem, że kiedyś napadł na poznańską adwokat, a potem zabił policjanta. On w zakładzie przy Młyńskiej chodził sobie po korytarzu, dzwonił kiedy chciał, opowiadał, że wszystko wie i że pewne rzeczy wymyśla. Tak o nim opowiadano. Mówiono, że to taki drugi Masa. Ja go zresztą poznałem przy Młyńskiej, to znaczy kiedyś podawałem mu książki do celi.

 

Drugim świadkiem w czwartkowym procesie był Wiesław P., przedsiębiorca. P. w latach 80. współtworzył z Mariuszem Ś. Elektromis. Ich drogi rozeszły się w 1988 roku. P. stwierdził, że był zbyt silną osobowością dla Mariusza Ś. a ten robiąc interesy poza wiedzą świadka „popełnił faul”. Poznański przedsiębiorca również zapewniał sąd, że jego działalnością nigdy nie interesowały się służby, dziennikarze i nigdy mu nie zależało na rozgłosie. Zaprzeczył by kiedykolwiek prowadził nielegalną działalność. Swój biznes prowadzi „małą łyżką”. Jednak poznańscy dziennikarze przypominają, że w akcie oskarżenia krakowska prokuratura napisała, że był on jednym z czterech biznesmenów, którego niejasną działalnością miał interesować się Jarosław Ziętara. Kolejni trzej to Mariusz Ś. z Elektromisu, Zdzisław W., który miał firmę Rival oraz Aleksander Gawronik.

 

Waldemar P., dawny funkcjonariusz ZOMO, a w latach 90. strażnik przemysłowy w Elektromisie został wezwany jako trzeci świadek. Do jego zadań należało wydawanie przepustek gościom i obchód terenu. Zeznał, że jako wartownik widział kilka razy przyjazd Aleksandra Gawronika do Elektromisu.

 

– Gawronik przyjeżdżał sam, bez ochrony. Jego przyjazd był poprzedzony telefonem do biura przepustek.

 

Warto przypomnieć, że Aleksander Gawronik zaprzecza by się znał z Mariuszem Ś. Poza tym były wartownik zeznał, że przed laty słyszał, że pod Elektromisem przyłapano jakiegoś mężczyznę z aparatem fotograficznym, który mu zabrano. Być może został pobity. Niewykluczone, że był to dziennikarz Jarosław Ziętara. Jednak były ochroniarz nie wie kim był rzekomo pobity mężczyzna ani nie zna żadnych szczegółów wydarzenia. Mecenas Michalski zwrócił się do sądu z prośbą, aby zobowiązać Waldemara P. do przedstawienia kopii dokumentu potwierdzającego jego pracę w Elektromisie w 1991 roku.

 

Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA ZABÓJSTWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Przybył tylko jeden świadek

W czasie czwartkowej rozprawy, 19. września przed Sądem Okręgowym w Poznaniu miało zeznawać  trzech świadków: Mariusz Ś., Zdzisław W. oraz Krystian C., jednak stawił się tylko jeden. Z powodu zwolnienia lekarskiego nie przybył Mariusz Ś. właściciel dawnego Elektromisu. Nie pojawił się również Zdzisław W., poznański biznesmen lat dziewięćdziesiątych, który zasłyną również tym, iż dokonano zgłoszenia jego zgonu. Tym sposobem W. chciał uniknąć odpowiedzialności prawnej był bowiem oskarżony o kilka przestępstw. Świadek nie zgłosił się do sądu w Poznaniu choć odebrał wezwanie i wiadomo również, że oczekuje na osadzenie.

 

Jako jedyny w procesie o porwanie i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary zeznawał Krystian C. Oskarżonych o te czyny „Rybę” i „Lalę”, dwóch byłych ochroniarzy holdingu Elektromis, wcześniej miał pogrążyć inny świadek Jerzy U. U. z kolei miał być naocznym świadkiem porwania 1 września 1992 roku, Ziętary przez oskarżonych sprzed domu dziennikarza na poznańskim Łazarzu. Właściwie całość zeznań Krystiana C. dotyczyła znajomości z Jerzym U. oraz jego zeznań.

 

Krystian C. to były milicjant. Gdy po przemianach w 1989 roku rozwiązano Milicję Obywatelską, świadek nie starał się już o pracę w Policji. Osiągnął wiek emerytalny i szukał „pracy na zewnątrz”. Miał troję dzieci i niepewna sytuacja, z jego punktu widzenia, w nowej formacji zmusiła go do podjęcia innej pracy. Tak trafił do Elektromisu. Początkowo był „kupcem” – jednym z wielu. Dokonywał zakupu towarów, które holding sprzedawał. Przed podjęciem pracy nie znał Mariusza Ś. Znał za to oskarżonych, ale nie wiedział jakie mieli kompetencje, gdyż nie odpowiadał za ochronę obiektów spółki.

 

W czasie rozprawy odczytano wcześniejsze zeznania świadka z 2015 roku. W protokole była informacja, że C. nie zgodził się na badanie wariografem. Ponadto, że nigdy nie słyszał o Jarosławie Ziętarze i o jego losie. Dopiero w 2014 roku gdy doszło do zatrzymania oskarżonych. Nie wie czy dziennikarz był porwany i zamordowany. Nie wykluczył też, że żyje skoro nie odnaleziono ciała.  Zaprzeczył również, że oskarżeni mogliby popełnić czyn, który im się zarzuca. Według świadka są porządnymi ludźmi. Nie zna i nie znał Macieja B. pseudonim Baryła. Dowiedział się o nim dopiero z mediów.

 

Jednak akt oskarżenia został oparty głównie na zeznaniach Jerzego U., byłego funkcjonariusza SB, a potem oficera UOP, który w służbach specjalnych pracował aż do 1995 roku. Trzy lata wcześniej, jak opisują poznańskie media, miał przyjąć tajne zlecenie od firmy Elektromis na śledzenie Jarosława Ziętary. Dzięki temu miał widzieć moment porwania dziennikarza przez ochroniarzy Elektromisu. Tu warto dodać, że podczas zeznań Jerzego U., w tym procesie, wyproszono dziennikarzy z sali sądowej, bowiem wyłączona została jawność tego wątku.

 

Krystian C. przedstawił U. w dość niekorzystnym świetle przywołując różne zdarzenia z przeszłości. Zaprzeczył, by zlecał mu kiedyś śledzenie Ziętary, by utrzymywali bliskie relacje towarzyskie, by pili alkohol, by zapraszał go na firmowe imprezy. Owszem, kiedyś byli razem w Tajlandii, ale był to wyjazd handlowy, a Jerzy U. szukał wtedy zarobku i sam opłacił sobie przelot i hotel. Ponadto U. odwiedzał przez lata Krystiana C., ale tylko by „pogadać” sobie o problemach rodzinnych albo zapytać o pracę.

 

– Ten człowiek każdemu zazdrości, jak ktoś ma wyższe wykształcenie albo że ktoś ma lepiej z jego środowiska. On konfabuluje, były też na niego skargi. (…)

–  Na przełomie 2014/2015 roku dostałem informację, że Jerzy U. chce się ze mną spotkać, że ma problemy z pracą, z rodziną. Nie wiedziałem, że jest świadkiem w sprawie Ziętary. Gdy się ze mną spotkał powiedział mi, że zna prokuratora Kosmatego z Krakowa oraz policjanta Bogdana (ci śledczy wyjaśniali sprawę zniknięcia Ziętary – dop. red.), że w rozmowach z nimi padły słowa, że dobrze byłoby, gdyby na terenie Elektromisu znalazły się kości, ludzkie szczątki. To już było po zatrzymaniach w sprawie Ziętary. Jerzy U. dodał, że dawna siedziba Elektromisu przy ul. Wołczyńskiej jest słabo chroniona, a ogrodzenie rozerwane. Na posiedzeniu spółki „Czerwona torebka”, która miała pod sobą ten teren, zapadła decyzja, by wzmocnić ochronę przy Wołczyńskiej. Firmie, która się tym zajmowała, oferowaliśmy 50 tys. złotych premii za złapanie osoby podrzucającej szczątki. Z kolei firmie Jerzego U. zleciliśmy zewnętrzną ochronę siedziby dawnego Elektromisu. Jednocześnie miał udzielać informacji jak zabezpieczyć się przed takimi zdarzeniami. Dostał za to pieniądze – zeznawał w sądzie Krystian C.

 

Jak informują poznańskie media, w 2015 roku o tej sensacyjnej wersji dotyczącej chęci podrzucenia ludzkich szczątków, ludzie Elektromisu nikomu nie powiedzieli. Dopiero 3,5 roku później, w październiku 2018 roku, zawiadomili prokuraturę i przyznali, że dali pieniądze byłemu oficerowi UOP,  za ochronę firmy, jak twierdzili, a nie na przykład za milczenie. Co więcej Jerzy U. miał sam zrezygnować z tej lukratywnej umowy. Jak twierdził podczas rozprawy Krystian C., Jerzy U. po pół roku uznał, że dotychczasowa ochrona już da sobie radę sama.

 

Pod koniec zeznań Krystian C. tłumaczył, że zawiadomił śledczych po długim czasie, bo w zeszłym roku ktoś podrzucił do jego skrzynki listowej nagranie. Podobno z treści tego nagrania wynika, że Jerzy U., za 3 mln złotych może zmienić swoje zeznania o roli Elektromisu w sprawie Jarosława Ziętary. Tu należy dodać, że wątek nagrania jest niejawny ze względu na toczące się odrębne śledztwo. Jednak w mediach poznańskich można znaleźć informację, że Jerzy U. stanowczo zaprzecza takiemu stawianiu sprawy.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Po wielu latach krakowska prokuratura doszła do wniosku, że został porwany i zamordowany. Dziennikarz interesował się poznańską „szarą strefą”, i miał zagrażać interesom m.in. spółce Elektromis. Zdaniem śledczych, latem 1992 roku do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik, a porywaczami byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. Elektromis to firma należąca do Mariusza Ś. W poznańskim Sądzie Okręgowym toczą się dwa odrębne procesy: jeden dotyczy samego Gawronika, a drugi – dziś relacjonowany – udziału „Lali” i „Ryby”. Oskarżeni w obu procesach nie przyznają się do zarzucanych im czynów.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

 

 

 

SPRAWA ZABÓJSTWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. „Masa” nie stawił się w sądzie

Po dwóch miesiącach przerwy w czwartek, 5 września 2019, został wznowiony proces  w Sądzie Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy.

 

Na sali sądowej jako pierwszy miał zeznawać najbardziej znany polski świadek koronny Jarosław S. pseudonim Masa. Świadek jednak nie stawił się w sądzie. W związku z bezpieczeństwem świadka oraz jego stanem zdrowia przesłuchanie to może się odbyć wyłącznie w drodze video konferencji. Taką informację otrzymał i odczytał na sali sędzia sprawozdawca, Sławomir Szymański.

 

„Masa” ma status świadka koronnego od  2000 roku i organy odpowiedzialne za jego bezpieczeństwo i zdrowie nie zgodziły się na osobisty udział S. w poznańskiej rozprawie. Obrońca oskarżonych poprosił jednak o bezpośrednie przesłuchanie świadka. Sprawa zeznań Jarosława S. zostanie rozstrzygnięta i przeprowadzona w późniejszym terminie. Zwolniony czas sąd wykorzystał na rozpatrzenie składnych przez obronę wniosków, które dotyczyły między innymi powołania kolejnych świadków. Prokurator Tomasz Dorosz oraz oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara, co do zasady się nie sprzeciwiali tym wnioskom. Różnica zdań pojawiła się w kilku kwestiach. Obrońca mecenas Wiesław Michalski powiedział, że Maciej B. pseudonim Baryła i Jerzy U. „bardzo szeroko obciążyli oskarżonych”. Redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak także przyczynił się do tego poprzez swoje publikacje. Obrona chce udowodnić, że  Baryła, Jerzy U., a także Krzysztof M. Kaźmierczak kłamią w tej sprawie. W związku z tym obrońcy zwrócili się do sądu o przeprowadzenie dowodu z akt spraw wyjaśniających okoliczności śmierci osób potencjalnie związanych z porwaniem i zabójstwem Jarosława Ziętary.

 

Obrona też zwróciła się z wnioskiem o włączenie do akt materiałów reklamowych Elektromisu, a także licznych artykułów i przekazów medialnych relacjonujących i opisujących okoliczności śmierci Jarosława Ziętary oraz przebieg procesu. Według obrony świadkowie zeznający w sądzie często powołują się na to, że wiedzę o tej sprawie czerpią z mediów, co może wpływać na ich oświadczenia. W tym kontekście została wymieniona bezpłatna publikacja w formie zeszytu 16 kartkowego, autorstwa Krzysztofa Kaźmierczaka. Wydawnictwo to jest rozdawane – jak twierdzi obrońca – w różnych punktach Poznania. Ponad to zawiera ono „harmonogram” – według adwokata – wydarzeń związanych z Jarosławem Ziętarą, którego autorem jest Kaźmierczak.

Chodzi o rodzaj kroniki, który zaczyna się na stroni 8 i nosi tytuł „Najważniejsze wydarzenia” . Pierwszą datą jest 1. września 1992 roku i brzmi „Jarosław Ziętara wychodzi z wynajmowanego mieszkania przy ulicy Kolejowej 49 w Poznaniu. Zmierzał do redakcji Gazety Poznańskiej, ale do niej nie dotarł.” Kończy 29 czerwca 2015 roku „Prokuratura kieruje do sądu akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G.” Adwokat użył też słowa „hejterstwo” w stosunku do oskarżonych, które odnosiło się ogólnie do licznych publikacji medialnych innych autorów.

 

To nie ma wpływu na postępowanie w tej sprawie. Nie wiem, czy obrona w ten sposób wnioskuje o zmianę sposobu relacjonowanie przez prasę tego procesu? – pytał prokurator.

 

Sprawa przeciwko byłym ochroniarzom Elektromisu może potrwać jeszcze wiele miesięcy.

 

Jeden ze świadków Mirosław M. nie odebrał wezwania, a drugi Krzysztof W. nie stawił się na wezwanie sądu. Jako ostatni zeznawał były milicjant, a od 1994 policjant Andrzej D., który potwierdził swoje wcześniejsze zeznania, że nie ma i nigdy nie miał ze sprawą Jarosława Ziętary nic wspólnego.

 


 

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w 1968 roku w Bydgoszczy. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i z „Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 roku. Wyszedł rano i nigdy nie dotarł do redakcji „Gazety Poznańskiej”. W 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. Dwa poznańskie śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra Gawronika, byłego senatora, twórcę pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy przebrani za policjantów mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Aleksandra Tabaczyńska

27 lat temu ostatni raz widziano Jarosława Ziętarę

W niedziele, 1 września, w Poznaniu przy tablicy upamiętniającej dziennikarza Jarosława Ziętarę,  na ulicy Kolejowej 49 spotkali się ludzie mediów z Wielkopolski oraz znajomi zamordowanego. Wśród nich Krzysztof Kaźmierczak, redakcyjny kolega Jarka. Oprócz zniczy i kwiatów przygotowano też bezpłatną broszurę zawierającą kompendium historii tragicznych losów reportera,  autorstwa Kaźmierczaka.

 

27 lat temu pierwszy września przypadał we wtorek. Tego dnia, około godziny 9.00 rano po raz ostatni widziany był 24-letni, poznański dziennikarz.  Wyszedł z domu, przy ulicy Kolejowej 49 i według zeznań świadków w dwóch procesach toczących się w Sądzie Okręgowym w Poznaniu,  wsiadł do rzekomego radiowozu i odjechał. Odjechał prawdopodobnie w towarzystwie mężczyzn ubranych w mundury policji. Do redakcji Gazety Poznańskiej, w której pracował, już nigdy nie dotarł. Do dziś nie odnaleziono ciała Ziętary, nie wiadomo też kiedy dokładnie zginął, ani kto go zabił.

 

W Poznaniu znajdują się dwa miejsca upamiętniające Jarosława Ziętarę. Pierwsze to ulica jego imienia,  która znajduje się przy budynku gdzie w 1992 roku mieściła się siedziba Gazety Poznańskiej. To miejsce pracy, do którego Ziętara nie dotarł 27 lat temu. Drugą lokalizacją jest tablica przy ulicy Kolejowej 49 na poznańskim Łazarzu. Na murze kamienicy, gdzie dziennikarz wynajmował mieszkanie widnieje napis: „W tym domu mieszkał Jarosław Ziętara. Porwany 1 września 1992 r. Zginął bo był dziennikarzem”.

 

Oba te symbole upamiętnienia  powstały z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera. Od września br., po wakacyjnej przerwie kontynuowane będą dwa procesy związane z losami Ziętary. Jeden o podżeganie do zabójstwa poznańskiego dziennikarza. O czyn ten oskarżony został były senator, twórca pierwszych kantorów wymiany walut w Polsce Aleksander Gawronik, który nie przyznaje się do winy i czuje się niesłusznie oskarżony. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe i toczące się śledztwo wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym,  czy może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? Oba procesy od początku roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Na stronach SDP oraz CMWP zamieszane będą relacje z poszczególnych rozpraw.

 

Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Świadek: zabili go Rosjanie

Ludzi, którzy doprowadzili do tego zabójstwa, można określić jako mafia, dosłownie  –  powiedział przed sądem Maciej B. pseudonim Baryła.

 

To była już ostatnia rozprawa przed wakacjami w procesie o podżeganie do zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyn ten oskarżony został były senator, twórca pierwszych kantorów wymiany walut w Polsce Aleksander Gawronik, który nie przyznaje się do winy i czuje się niesłusznie oskarżony. W piątek, 7 czerwca przed Sądem Okręgowym w Poznaniu stawili się: biegły sądowy Marcin Siedlecki oraz dwóch świadków: były gangster Maciej B. pseudonim Baryła oraz dziennikarz Sylwester Latkowski.

 

Rozprawa rozpoczęła się od zeznań psychologa, biegłego sądowego Marcina Siedleckiego. Biegły oceniał czy zeznania Macieja B., które obciążają oskarżonego, spełniają „psychologiczne kryteria wiarygodności”. Siedlecki stwierdził przed sądem: „nie potrafię też wskazać, która część tych zeznań jest prawdziwa, a która odbiega od rzeczywistszych przeżyć i doświadczeń” innymi słowy nie jest w stanie ocenić, w jakich momentach świadek mówił prawdę, a w jakich nie. Poniżej słowa biegłego, które wybrzmiały na sali.

 

– Świadkowi może się wydawać, że podając więcej szczegółów, okoliczności zdarzeń, które miały miejsce 20 lat temu, będzie bardziej wiarygodny. Świadek bardzo często, na różnych etapach, zmieniał swoje twierdzenia, bardzo trudno jest wskazać, które fragmenty są prawdziwe, a które odbiegają od rzeczywistości. To wymaga bardzo dużej weryfikacji, w tym innymi dowodami. Zeznania świadka, wyniki badań i to, co widziałem na sali rozpraw, skłoniło mnie do sformułowania wniosku, że są wątpliwości co do prawdziwości zeznań świadka i wymagają one weryfikacji.

 

Ponad to biegły zaznaczył, że nie stwierdził „skłonności świadka do fantazjowania czy konfabulowania, czyli nieświadomego wprowadzenia w błąd związanego m.in. z pamięcią. Nie ma on też skłonności do konfabulacji, rozumianej jako wypełnianie luk pamięci treściami zmyślonymi, które mogą być na podłożu uszkodzeń organicznych.”

 

Na tak sformułowane osądy zareagowała prokurator Elżbieta Potoczek-Bara. Prokurator spytała biegłego, czy ten zapoznał się z całością materiału dowodowego. Na co mężczyzna odpowiedział, że nie, ale w jego opinii wystarczająco, bo pracował nad tym co mu przekazał sąd.

 

Tu warto dodać, że biegły uczestniczył w jednej, a do tego w pewnym sensie dramatycznej dla Macieja B., rozprawie w październiku 2016 roku. Wtedy odbyła się konfrontacja z poznańskim dziennikarzem i redakcyjnym kolegą zamordowanego Jarosława Ziętary, red. Krzysztofem Kaźmierczakiem. Wcześniej, w kwietniu tego samego roku Baryła wycofał obciążające Gawronika zeznania, które złożył w prokuraturze. Jak tłumaczył zawiódł go prokurator, od którego oczekiwał pomocy w uzyskaniu aktu łaski. Podczas październikowej rozprawy w 2016 roku odczytano też protokoły zeznań świadka. Reasumując, biegły swoją opinię oparł na jednej rozprawie oraz odczytanych na niej protokołach. Tu również warto uzupełnić, że Maciej B. był przesłuchiwany 10 razy. W 2019 powrócił do wersji, którą zeznał w prokuraturze, a więc do oskarżenia biznesmena. W tym samym roku przed sądem wypowiedziało się dwóch innych biegłych, którzy stwierdzili, że zeznania Baryły były logicznie spójne, a świadek potrafił oddzielić informacje zasłyszane od własnych, a także, że słowa Macieja B. spełniają psychologiczne kryteria wiarygodności.

 

Prokurator Elżbieta Potoczek-Bara stwierdziła:  – W mojej praktyce, ponad 20-letniej, po raz pierwszy spotykam się z psychologiem, który nie widzi potrzeby zapoznania się ze wszystkimi zeznaniami świadków. Dopytywała się też czy użyte metody przez biegłego są wystandaryzowane. Okazało się, że nie wszystkie, ale żadna nie jest też zakazana, a krytykowaną przez specjalistów metodę mężczyzna używał tylko pomocniczo do porządkowania materiału badawczego.  Prokurator  spytała również o doświadczenie biegłego w sprawach karnych. Psycholog odpowiedział, że biegłym jest od 2006 roku, opiniował w sprawach karnych dotyczących dzieci i młodzieży, a pełna dokumentacja jego kompetencji jest w posiadaniu poznańskiego sądu.

 

Maciej B. pseudonim Baryła zeznawał tego dnia jako drugi. Na salę wszedł ubrany w ciemny garnitur i białą koszulę, skuty kajdankami – zarówno ręce jak i nogi – w asyście uzbrojonych policjantów. Baryła jest skazany i odsiaduje dożywocie za zabójstwo w innej sprawie.  Na piątkowej rozprawie, w poznańskim Sądzie Okręgowym, potwierdził swoje zeznania, które obciążają oskarżonego. To znaczy, że do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary nakłaniał Aleksander Gawronik.

 

W piątek Baryła najpierw opowiedział o zleceniu na Jarka Ziętarę, które otrzymał od Dariusza Lewandowskiego pseudonim Lewy. Mieli pobić Ziętarę za interesowanie się holdingiem Elektromis. Ale do mieszkania dziennikarza trudno było wejść „bez świadków”. Pod kamienicą przy Kolejowej, na poznańskim Łazarzu, gdzie Ziętara mieszkał, wystawał jak się wyraził Maciej B. „element społeczny”. Poza tym schody prowadzące do mieszkania skrzypiały. W końcu plan się zmienił i Baryła, z ochroniarzem Elektromisu Lewym weszli do mieszkania Ziętary. Obezwładnili go i przeszukali mieszkanie. Baryła znalazł w lodówce woreczek ze zwykłymi filmami z aparatu fotograficznego, a za lodówką aparat do mikrofilmów i mikrofilmy. Jest to o tyle istotne, że potwierdza wersję współpracy dziennikarza z Urzędem Ochrony Państwa bo zakłada się, że sprzęt ten należał właśnie do UOP.

 

Maciej B. potwierdził również, że widział radiowóz na terenie firmy Elektromis oraz legitymacje i mundury policyjne. Baryła opowiedział także o spotkaniu, podczas którego padło, jak twierdzi, polecenie zabicia Ziętary.

 

Latem 1992 roku Gawronik przyjechał do Elektromisu, towarzyszyli mu Rosjanie. Ja z kilkoma osobami stałem na zewnątrz, przy wywietrzniku. Gawronik się bał, że w tym wywietrzniku coś jest, zaglądał do niego.

 

Jak dalej zeznał Maciej B.: Gawronik przez to, że był w służbie więziennej i SB to był bardzo wyczulony na takie rzeczy. Kazał ściągnąć kratkę i pytał czy zawsze stoimy  przy wywietrzniku jak rozmawiamy

 

To podczas tej rozmowy oskarżony miał stwierdzić, że Żydek, jak go nazywał, ma zostać „zaje…y” Według Macieja B. Lewy bał się tych Rosjan, którzy podczas rozmowy stali z boku. Dodatkowo Aleksander Gawronik miał straszyć ochroniarzy „Ciastoniem i Płatkiem”, ale Baryła nie wiedział o co chodziło. Potwierdził za to, że w porwaniu brali udział: Ryba, Lala, Kapela i mój kolega Lewy. O szczegółach porwania opowiadał mi właśnie Lewy, we czwórkę pojechali po Ziętarę, ubrani w policyjne mundury.

 

Dwaj wymienieni przez Macieja B. porywacze Ryba i Lala są oskarżeni przez krakowską prokuraturę i w ich sprawie toczy się osobny proces również przed Sądem Okręgowym w Poznaniu, z którego relacje zamieszczano na stronach Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP od lutego br. W tych publikacjach znajduje się również obszerne sprawozdanie dotyczące zeznań Macieja B. Kapela i Lewy z kolei nie żyją od lat 90. Prokuratura w Krakowie prawdopodobnie ustaliła, że porywaczy było trzech, a Dariusz Lewandowski nie brał udziału w porwaniu. W rozmowie „przy wywietrzniku”, według zeznań Baryły brali udział: ja, Lewy, Bekon, Marek Z. i Piotr Cz. Z panem Gawronikiem przyjechało wtedy dwóch Rosjan.   

 

Maciej B. stwierdził też na początku rozprawy, że „ ludzi, którzy doprowadzili do tego zabójstwa, można określić jako mafia, dosłownie”. Według Baryły Jarosława Ziętarę porwano, po trzech dniach zamordowano, a na końcu dopuszczono się zniszczenia szczątków, które rozpuszczono w kwasie, a resztę spalono.

 

Podobno dwa czy trzy dni był tam bity. I został zabity. Z tego, co ja wiem, to był zabity przez tych Rosjan. Był duszony i pchnięty jakimś narzędziem w postaci szpikulca jakiegoś, śrubokrętu. (…) Marek Z. oczywiście o tym wiedział. U niego niszczone były szczątki Jarka. Specjalnie z tego powodu wypożyczył dom w Chybach i wysłał swoją żonę z dziećmi na wakacje. Szczątki zostały zniszczone w kwasie, ale nie całe, zostały kości. Byłem w Chybach, ale przed domem. Nie wiem, jak to technicznie wyglądało. Ja tam pojechałem z ciekawości. Lewy powiedział mi – spie…aj, bo cię zaj….ią.

Warte odnotowania jest także zdanie Macieja B. skierowane, można tak założyć do brata Jarosława, Jacka Zietary. Baryła oświadczył, że w poprzednich zeznaniach mówił o tym, że dziennikarz szantażował oskarżonego. W piątek doprecyzował to zeznanie, podkreślając, że tak mu powiedziano, ale sam tej wiedzy nie posiadał.

 

Sylwester Latkowski, współautor artykułu poświęconemu tragicznym losom Jarosława Ziętary, był ostatnim świadkiem przesłuchanym w piątek, 7 czerwca. Michał Majewski, drugi autor składał zeznania na poprzedniej rozprawie. W tekście opublikowanym w 2014 roku na łamach tygodnika „Wprost” zawarta była informacja że Ziętara miał w swoim notesie wpisane nazwisko Gawronika, nazwy firm, oraz że dziennikarz przekraczał granice państw nie na swoim paszporcie i miał kontakty w polskim wywiadzie wojskowym. Aleksander Gawronik spytał Latkowskiego dlaczego zarzucili wątek wywiadu wojskowego na rzecz wywiadu cywilnego jakim był UOP. Jak się wyraził „źle skręciliście”.

 

Ja nie widziałem notesu Ziętary – odpowiedział Sylwester Latkowski. I dodał: – Mogę oświadczyć tylko, że rzeczą normalną wówczas było przyzwolenie na kontakty dziennikarzy ze służbami. (..) Wszyscy, którzy dotykali sprawy Ziętary, choćby pobieżnie, zdawali sobie sprawę, że w tle są służby. Środowisko dziennikarskie występowało, by w tej sprawie odtajnić materiały służb. Tak, jak zrobiono w sprawie śmierci gen. Papały, gdy grupie śledczej pozwolono zapoznać się z materiałami służb. Dopóki to samo nie będzie zrobione w sprawie Ziętary, będziemy opierać się jedynie na czyichś relacjach, że ktoś komuś coś powiedział.

Kolejna rozprawa odbędzie się we wrześniu.

 

———-

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i z „Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1 września 1992 roku. Wyszedł rano i nigdy nie dotarł do redakcji „Gazety Poznańskiej”. W 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. Dwa poznańskie śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra Gawronika, byłego senatora, twórcę pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić kto zabił Jarosława Ziętarę.

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska

 

 

Jednoczy nas pasja – rozmowa z BARBARĄ MICZKO-MALCHER, prezesem Oddziału wielkopolskiego SDP

 

Kto nie kocha dziennikarstwa nie wytrwa w nim zawodowo do emerytury – mówi Barbara Miczko-Malcher w rozmowie z Aleksandrą Tabaczyńską.

 

Działalność w SDP jest dla Ciebie ważna?

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest dla mnie trochę jak rodzina, gdzie może nie wszyscy się rozumieją, a nawet lubią, ale jednoczy nas pasja i miłość do wykonywanego zawodu. Kto nie kocha dziennikarstwa nie wytrwa w nim zawodowo do emerytury. To twórcza działalność, a ta zawsze niesie za sobą sporą dozę niestabilności, głównie finansowej. Nic jednak nie da się porównać z satysfakcją jaką daje zrobienie świetnego reportażu, odkrywanie nieznanych historii, wymazywanie białych plam.

 

Towarzyszy temu  dziennikarski dreszczyk, który przeżywałam wielokrotnie w swoim życiu. Przed laty usłyszałam: „Robi pani ‘pułkownika’, nikt tego nie wyemituje”, a jednak po czasie emitowano. Tak było z „Czerwcem 56” i Procesami Poznańskimi czy z reportażami o byłych więźniach politycznych we Wronkach. Te i  bardzo wiele innych audycji wytyczało moja drogę zawodową i życiową. Ostatnie lata to także cotygodniowe „Spotkania z kulturą”, które zyskały sobie liczne grono słuchaczy. Mam nadzieję, że to w uznaniu dla  mojej  pracy koledzy powierzyli mi funkcję prezesa Oddziału wielkopolskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Stowarzyszenia, w którym cenimy sobie wolność słowa , zawodową rzetelność i uczciwość.

 

Od kiedy zasiliłaś szeregi SDP?

 

Jestem wieloletnim członkiem SDP. Pod koniec lat siedemdziesiątych wprowadzili mnie do Stowarzyszenia jako kandydata dwaj wytrawni radiowcy. Oczywiście przywołuję czasy zupełnie nieporównywalne z dzisiejszymi. To był PRL i wtedy nie widzieliśmy żadnych szans na zmiany ustrojowe. Wydawało się, że tak już po prostu będzie. Jaką rolę pełniło wówczas  Stowarzyszenie? Był to rodzaj organizacji zawodowej, wspierającej dziennikarzy i dającej pewną przestrzeń do rozmów i dyskusji.

 

Czym dla Ciebie było członkostwo w SDP w tamtym okresie?

 

Dla mnie to była nobilitacja zawodowa. Starsi, znakomici dziennikarze, docenili moje umiejętności. To było coś! Od nich zresztą uczyłam się  zawodu i postawy życiowej. To drugie było równie ważne. W latach 70. ścierały się  w radiu dwa światy. Ten z wytycznymi i  z parasolem ochronnym w Komitecie Wojewódzkim PZPR i drugi świat, wyrastający z  tradycji dwudziestolecia międzywojennego. W mrocznych czasach komuny, przedwojenni radiowcy, których poznałam,  stanowili jakby osobną  wyspę. Myślę tu o ich sposobie bycia, znakomitych manierach, wiedzy, umiejętnym prowadzeniu rozmowy, kulturze osobistej. Byli to ludzie mówiący piękną polszczyzną i pomimo poglądów innych niż obowiązujące, nadawali ton w środowisku i mieli ogromny wpływ na życie w radiu . W tym peerelowskim świecie nie tracili twarzy. Przypominam sobie Edmunda Pacholskiego, który zajmował się sportem, choć z wykształcenia był prawnikiem. Kiedy zapytałam go dlaczego zajął się właśnie sportem odpowiedział, bo tutaj nie można kłamać. Moim idolem był Jerzy Młodziejowski, kompozytor i miłośnik Tatr, który pochodził ze znakomitej, aktorskiej rodziny i  wygłaszał na antenie barwne felietony, a poza anteną opowiadał o swoim bracie, który zginął w Katyniu, o Woldenbergu, w którym spędził wojnę i  o  świecie teatru, w którym wyrósł. Takie rozmowy niosły nas w lepszą przyszłość.

 

A jak wspominasz SDP w trakcie i po przemianach ustrojowych? 

 

Nastały czasy Solidarności, a ludzie zrzeszeni w SDP stanowili jej zaczyn. Stan wojenny zastał mnie na poznańskim Łazarzu, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Mój mąż wózkiem dziecięcym wywoził różne materiały opozycyjne z mieszkania, by je schować, były tam również matryce wydawnicze uniwersyteckich biuletynów „Solidarności”.

 

Ważne jest to, co się wtedy stało ze Stowarzyszeniem. W lutym 1982 roku zawieszono SDP i przerodziło się ono w organizację nielegalną. Spotkania odbywały się (jak wspomina Zenon Bosacki)  w konspiracji. Ja w nich nie uczestniczyłam. W 1982 roku dziennikarze partyjni – „parszywa dziewiątka” -jak ją wtedy określano, złożona głównie z  dziennikarzy  „Gazety Poznańskiej”, utworzyła w Poznaniu oddział związku dziennikarzy SDPRL – konkurencyjny wobec SDP.

 

Władze stanu wojennego różnymi metodami wywierały presję na dziennikarzy, aby wstępowali do „lojalnego „związku”. W moim przypadku – ponieważ mieszkaliśmy w fatalnych warunkach i już kilkanaście lat czekaliśmy na opłacone mieszkanie spółdzielcze – zaproponowano mi przyśpieszenie  przydziału za cenę stworzenia w Rozgłośni Regionalnej Polskiego Radia w Poznaniu, którą w skrócie nazywano po prostu Rozgłośnią Poznańską – oddziału SDPRL. Zaproponował mi to ówczesny prezes Radia chociaż wiedział, że byłam v-ce szefową „Solidarności”. Odmówiłam. Mieszkania nie dostałam. Może i lepiej, bo zmusiło nas to do budowy domu.

 

A po 1989?

 

13 grudnia 1999 roku odbyło się walne zebranie Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Poznaniu,  w sali sesyjnej Urzędu m. Poznania. Przybyło wtedy 32 członków SDP. Prezes ustępującego Zarządu – Zenon Bosacki – przekazał prowadzenie zebrania red. Piotrowi Frydryszkowi (wieloletniemu prezesowi Radia Merkury i v-ce prezesowi oddziału)). Na prezesa Oddziału, który z Poznańskiego przemianowano na Wielkopolski wybrano Piotra Grochmalskiego, który  zdobył uznanie reportażami z Czeczenii. Mnie wybrano na Rzecznika Dyscyplinarnego – miałam zająć się etyką dziennikarską. Do dziś uważam ją za podstawową sprawę w naszym zawodzie.

 

A dzisiaj? Kto jest dziennikarzem w rozumieniu Stowarzyszenia? Czy w ogóle powinniśmy się nad tym zastanawiać?

 

W naszych corocznych  konkursach dziennikarskich, które organizujemy w  ramach SDP, wygrywają często freelancerzy. To znaczy, że nie przynależność do konkretnej redakcji decyduje o tym czy ktoś jest dobrym dziennikarzem, czy nie. Najważniejszy jest warsztat i publikacje. Na nich głównie opieramy się przyjmując nowych członków.

 

Dziś dziennikarze są rozproszeni, niewielu pracuje na etatach w redakcjach. Ludzie się nie znają. Kandydaci do SDP mają kłopoty z osobami, które miałyby ich zarekomendować. Jest też cała rzesza ludzi, którzy komentują na bieżąco różne wydarzenia. Publikują informacje na prywatnych blogach, stronach czy forach internetowych itp. Niektórzy z nich próbują wstąpić do SDP. Dla Komisji Członkowskiej jest to problem. Może z czasem  formuła dziennikarstwa się zmieni , rozszerzy, ale na razie  jest  tradycyjna i blogerzy nie są honorowani. Poza tym mieliśmy zgłoszenia kilku prawników. Ludzie ci, nie mogli wykazać się dorobkiem dziennikarskim a jedynie publikacjami, czy raczej instrukcjami w pismach branżowych. Wyraźnie nasza legitymacja nie jest im potrzebna do pracy dziennikarskiej, bo w naszej ocenie się na nią nawet nie zanosi. A zatem do czego?

 

Co jest największą bolączką Wielkopolskiego Oddziału SDP?

 

Brak własnej, choćby najmniejszej siedziby. Radzimy sobie z tym problemem korzystając z uprzejmości gospodarzy Radia Poznań. Czasami spotkania organizujemy  w ciekawych miejscach, takich jak Muzeum Bambrów, Muzeum Fiedlerów (Marek i Radosław Fiedlerowie należą do SDP), Muzeum Kraszewskiego itp., ale to nie rozwiązuje sprawy. Muszę przyznać, że wielu członków SDP umawia się ze mną w radiu i to jest główny punkt kontaktowy. Wtedy też jest okazja do indywidualnych rozmów. Czasami przeradzają się one w  ciekawe audycje. I tak w Gnieźnie  działa grupa dziennikarzy  piszących o swoim mieście, jego historii i kulturze. Już kilkakrotnie gościli na antenie  Radia Poznań. W Kępnie Mirek Łapa wydaje świetną  gazetę i podejmuje ważne akcje społeczne, a Stowarzyszenie nagłaśniając  je wspiera jego działalność. Uważam, że taka współpraca jest dla wszystkich korzystna.

 

W ostatnich latach wystąpiło kilku dziennikarzy z Oddziału wielkopolskiego SDP. Czym to tłumaczyli?

 

Trzy osoby, niezależnie od siebie, wystąpiły z Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, krótko po ostatnich wyborach parlamentarnych. Dwie z długim stażem i jedna, która w Stowarzyszeniu  była od dwóch lat. Nie zgadzają się one z polityką prowadzoną przez obecny rząd. Trudno mi zrozumieć taką argumentację, bo przecież SDP nie jest i nie było przybudówką żadnego rządu, szczególnie po 1989 roku. Obecnie Stowarzyszenie jak prawie wszystkie organizacje w dzisiejszej Polsce jest ofiarą rozdarcia naszego społeczeństwa głębokim konfliktem politycznym. Wypada życzyć sobie, aby dziennikarze, którzy mają prawo do własnych poglądów jednocześnie potrafili uczciwie i obiektywnie opisywać świat, mając na względzie dobro swego kraju.

 

Rozmawiała Aleksandra Tabaczyńska

 


Barbarą Miczko-Malcher

Absolwentka filologii polskiej. Dziennikarka radiowa, reportażystka, teatrolog. Prezes Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od 1971 roku (do dziś) związana z Polskim Radiem w Poznaniu. W pismach regionalnych i ogólnopolskich publikuje wywiady, felietony, wspomnienia.