SDP uczciło pamięć redaktora Jarosława Ziętary

1 września mija 29. rocznica uprowadzenia i śmierci dziennikarza Jarosława Ziętary. W środę już od rana pod tablicą, znajdującą się na murze kamienicy przy ulicy Kolejowej 49 w Poznaniu zapalono znicze i złożono wiązanki kwiatów.

 

Tablica upamiętnia bramę, z której wyszedł do pracy do redakcji ówczesnej „Gazety Poznańskiej” Jarosław Ziętara. Niestety, nie dotarł na miejsce i wszelki ślad po nim zaginął. Według ustaleń prokuratury, dziennikarza uprowadzono, zamordowano, a szczątki rozpuszczono w kwasie. Strażnikiem pamięci tragicznych losów młodego dziennikarza jest redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak. To z jego inicjatywy powstała tablica oraz nazwa ulicy Jarosława Ziętary – tuż przy redakcji nieistniejącej już „Gazety Poznańskiej”.

 

W imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich kwiaty przy ulicy Kolejowej 49 złożyła dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, Wielkopolski Oddział SDP reprezentowała Aleksandra Tabaczyńska.

at

 

 

 

 

Rozmowa z Krzysztofem M. Kaźmierczakiem TUTAJ.

 

Wspomnienie Krzysztofa M. Kaźmierczaka o Jarosławie Ziętarze TUTAJ.

 

Sylwetka zamordowanego dziennikarza Aleksandry Tabaczyńskiej TUTAJ.

 

Zginął, bo był dziennikarzem – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o Jarosławie Ziętarze

Wkrótce, 1 września, minie 29 lat od zniknięcia Jarosława Ziętary. Ten 24-letni dziennikarz padł ofiarą porywaczy i zginął, według świadka Macieja B. pseudonim „Baryła”,  po trzech dniach. To bardzo dużo czasu, żeby uratować młodego dziennikarza i jestem pewna, że chłopak na to bardzo, bardzo liczył. Komu i po co był potrzebny ten czas? Kto pozwolił na tę straszliwą zbrodnię? Aż siedem osób związanych ze sprawą Ziętary poniosło gwałtowną śmierć w zagadkowych okolicznościach.

 

We wtorek, 1 września 1992 roku przed godziną 9. Jarosław Ziętara wyszedł do pracy w „Gazecie Poznańskiej”. Nigdy nie dotarł do redakcji i nikt go już nigdy nie widział.

 

Według bliskich Jarka, a także prokuratury 24-letni dziennikarz został zamordowany. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczą się dwa procesy w tej sprawie. Jednym z oskarżonych jest Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa. W drugim procesie oskarża się byłych ochroniarzy Elektromisu, o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza. Mirosław R., pseudonim „Ryba” i Dariusz L., pseudonim Lala, udając policjantów, mieli zwabić Ziętarę do samochodu przypominającego radiowóz, a potem przekazać reportera osobom, które go zamordowały. Cała trójka: Aleksander Gawronik, „Ryba” i „Lala” nie przyznają się do winy. Oba procesy, od 2019 roku, obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Pięć lat temu na murze kamienicy przy ul. Kolejowej 49, gdzie mieszkał Ziętara odsłonięto tablicę ku jego pamięci. Umieszczony na niej napis głosi: „zginął dlatego, że był dziennikarzem”. Każdego roku, w dzień uprowadzenia, czyli 1 września, pod dom przychodzą bliscy oraz znajomi Jarka, składają kwiaty i zapalają znicze. Tak będzie również i w tym roku. Tablica powstała z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera.

 

Jarosław Ziętara urodził się 16 września 1968 roku w Bydgoszczy. W latach 1987 -1992 studiował w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Studia zakończył 26 czerwca 1992 r. z wynikiem bardzo dobrym. W okresie od października 1988 do czerwca 1992 r. działał w Uniwersyteckim Centrum Radiowym, gdzie w 1990 r. został redaktorem naczelnym. W styczniu 1992 r. rozpoczął pracę na pełen etat w „Gazecie Poznańskiej”. Kilka miesięcy później, 1 września rano, wyszedł do pracy. Dystans niecałych dwóch kilometrów miał pokonać pieszo. W tym miejscu warto uzupełnić, że pierwotnie tego dnia, Ziętara miał zaplanowany wyjazd w teren, który rano anulowano. Kierowcę redakcyjnego powiadomiono o zmianie planów, w dzień wyjazdu o 8.00 i nie otrzymał innych zadań przez cały dzień pozostając do dyspozycji redakcji. Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i go uprowadzić. Z zeznań świadków, które do tej pory wybrzmiały na sali sądowej wynika, że poznański dziennikarz został porwany, następnie był torturowany i ostatecznie zamordowany, a jego zwłoki rozpuszczono w kwasie.

 

W roku 1999 Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca Edmunda Ziętary, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu. Wysiłki dojścia do prawdy kontynuuje brat Jarka, Jacek Ziętara, który jest oskarżycielem posiłkowym w obu toczących się w Poznaniu procesach. Jacek Ziętara jest praktycznie na wszystkich rozprawach, co z pewnością nie jest łatwe, zwłaszcza gdy prowadzi się normalne życie zawodowe. Bywa, że rozprawy odbywają się  2 a nawet 3 razy w miesiącu, oczywiście w dni robocze. 29 lat życia w cieniu straszliwej zbrodni, która spotkała tę rodzinę jest jednym z bardzo ważnych wymiarów śmierci dziennikarza, nie wspominając już o wysłuchiwaniu drastycznych opisów wstrząsających losów brata, a czasem nieprawdy, niedomówień czy nawet pomówień na jego temat.

 

W 2019 roku Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie umorzył wątek sprawy Ziętary dotyczący sprawców zabójstwa dziennikarza. Powodem jest śmierć osób wskazywanych przez świadków jako uczestnicy i realizatorzy zbrodni.

 

W maju 2021 roku do sądu z własnej woli zgłosił się Zdzisław K. Wcześniej skontaktował się z redakcją „Głosu Wielkopolskiego”. Do tej pory, 28 lat, milczał, ale zmienił zdanie i postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. To znaczy potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Kłopot w tym, że świadek wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego. Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i  zabójstwa dziennikarza, jest autorem książki na ten temat oraz współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, odnośnie tego świadka zamieścił na stronie internetowej jarek.sledzczy.pl następującą informację:

 

(…) Zeznań (nawet jeśli są prawdziwe) człowieka, który miał orzeczoną niepoczytalność żaden sąd nie uzna za wiarygodne. A jeśli zostałby on przesłuchany mimo niepoczytalności, to w przyszłości może to być podstawą do kwestionowania wyroku i prawidłowości przebiegu procesu oskarżonych w sprawie Ziętary.

 

Dodam przy tym, że z tekstu opublikowanego w „Głosie Wielkopolskim” (i przytaczanego w innych mediach w omówieniach) wynika, że K. nie ma żadnych dowodów i mówi generalnie to, co już wiadomo z trwających procesów. Istotne wątpliwości co do jego chęci złożenia zeznań budzi sprawa zatargu z twórcą Elektromisu (jego dobrym kolegą) i kontakt z adwokatem oskarżonych o udział w zbrodni. Tak więc radzę podchodzić do tej sprawy ze sporym dystansem. (…)

 

Ponadto tezy głoszone przez Zdzisława K. rozmiękczają i podważają dotychczasowy materiał dowodowy i zeznania innych, wiarygodniejszych świadków. Choćby to, że według K, chodziło o papierosy z kierowanej przez niego firmy Strefa Wolnocłowa wyklucza udział w sprawie Aleksandra G., który z tą transakcją z papierosami nie miał nic wspólnego, nie miałby więc powodów podżegać do zabójstwa dziennikarza, a o to jest oskarżony.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym, czy też może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? W latach 1991-1992 Ziętarę próbowano zwerbować do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa, a kiedy odmówił – oferowano mu współpracę. Niedługo przed uprowadzeniem opisał przekręty w bazach państwowych przedsiębiorstw transportowych. Sprawa przyniosła mu rozgłos, a  jego tekst przedrukowała „Rzeczpospolita”.

 

Sprawdzą czy to był wypadek – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o śmierci dziennikarki z Chodzieży

Prokuratura Krajowa ma przeanalizować śledztwo w sprawie wypadku, w którym zginęła dziennikarka Anna Karbowniczak. Tuż przed śmiercią kobieta otrzymywała groźby związane z jej pracą.

 

„Na polecenie Zastępcy Prokuratora Generalnego Krzysztofa Sieraka w Departamencie Postępowania Przygotowawczego przeprowadzona zostanie kompleksowa analiza śledztwa dot. śmierci dziennikarki Anny Karbowniczak oraz prawidłowości wydanych w nim decyzji końcowych.” Czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej zamieszczonej w mediach 28 lipca br. Wygląda na to, że wrzesień w współczesnej historii poznańskich dziennikarzy, zapisze się bardzo boleśnie. 1 września 1992 roku został uprowadzony, a następnie zamordowany red. Jarosław Ziętara. 18 lat później, również we wrześniu, dokładnie w czwartek 3 września 2020 roku straciła życie red. Anna Karbowniczak z „Głosu Wielkopolskiego” i portalu naszemiasto.pl. Dziennikarka została śmiertelnie potrącona przez samochód dostawczy podczas jazdy na kolarzówce na trasie pomiędzy Budzyniem a Wągrowcem. Do wypadku doszło na prostym odcinku drogi. Kierowca nie zatrzymał się by udzielić pomocy kobiecie, zbiegł. Dzień później Ania miała świętować swoje 35. urodziny.

 

W poniedziałek, 16 sierpnia 2021 roku, blisko rok po tragicznej śmierci dziennikarki, w Sądzie Rejonowym w Wągrowcu odbyła się pierwsza rozprawa Macieja N.Oliwii P. Maciej N. to kierowca busa, który miał uderzyć w jadącą na rowerze kobietę, a Oliwia P. siedziała na fotelu pasażera. Oboje nie udzielili pomocy Annie Karbowniczak, po wypadku drogowym, do czego się przyznali i pragną dobrowolnie poddać się karze. Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego nie zgadza się jednak z decyzją o umorzeniu śledztwa wyjaśniającego okoliczności wypadku z września 2020 roku, sprawie ma się przyjrzeć także Prokuratura Krajowa oraz, decyzją sądu, dostarczone zostaną dodatkowe opinie biegłych. W busie był jeszcze trzeci pasażer Mateusz C., który nie zgodził się na dobrowolne poddanie karze i w związku z tym jego sprawa będzie rozpatrywana osobno.

 

Co się wydarzyło

 

Anna Karbowniczak, fot. Facebook

Według relacji policji, w czwartek, 3 września 2020 roku ok. godziny 14.00, zadzwoniła kobieta, która przejeżdżając trasą Budzyń-Wągrowiec, w okolicy miejscowości Brzekiniec zauważyła leżącą, potrąconą przez samochód rowerzystkę. Następnego dnia, 4 września, przed południem ukazał się poniższy komunikat:

 

„Policjanci z Chodzieży poszukują niebieskiego Renault Trafic lub Opla Vivaro. Kierowca takiego auta w czwartek potrącił śmiertelnie 35 letnią rowerzystkę i uciekł z miejsca wypadku (…)

 

Policjanci na miejscu zabezpieczyli ślady wskazujące na to, że poszukiwany mógł poruszać się samochodem Renault Trafic albo Oplem Vivaro koloru niebieskiego. (…)W związku z tą sprawą prosimy o kontakt wszystkie osoby, które widziały takie auto z uszkodzeniami przedniej, prawdopodobnie prawej strony nadwozia.(…).

 

Dodatkowo „Komendant Powiatowy Policji w Chodzieży wyznaczył specjalną nagrodę finansową dla osoby, która przekaże istotne informacje, przydatne do identyfikacji pojazdu i sprawcy wypadku.”

 

W piątek, ok 18.00 policja ogłosiła, że udało się odnaleźć busa. Kierowcę i samochód namierzono między innymi dzięki zapiskom z monitoringu. Zatrzymano trzech mieszkańców Wągrowca w wieku 25 – 33 lat. Prokuratura wycofała zarzuty wobec brata kierowcy busa i jego znajomego, którzy naprawiali samochód po wypadku oraz zarzuty dotyczące zacierania śladów przez kierowcę i dwoje jego pasażerów. Śledczy, na podstawie opinii biegłego uznali, że to dziennikarka, a nie kierowca, spowodowała wypadek.

 

– Kierowca nie mógł go uniknąć i nie ponosi za to winy. Skoro nie ponosi, to nie mógł zacierać śladów przestępstwa, bo go nie popełnił. Tym samym umorzono wątek zacierania śladów przez pozostałe osoby – powiedział dziennikarzowi portalu Onet.pl, Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

 

Groźby pod adresem red. Anny Karbowniczak

 

Zmarła dziennikarka jeszcze w sierpniu, przed śmiercią spotkała się z poważnymi groźbami, związanymi z jej pracą. Była to wiadomość, w której autor poinformował że posiada informacje o rodzinie dziennikarki, a także o wyglądzie i zainteresowaniach jej samej. Do redakcji wpłynęło też sfałszowane pismo oczerniające kobietę.

 

Anna Karbowniczak relacjonowała dramatyczną historię 2-letniego chłopca, który był ofiarą wielomiesięcznej przemocy domowej i stracił życie uduszony przez 21-letnią matkę. W sierpniu ukazał się kolejny artykuł autorstwa Anny, w którym poinformowała o zbliżającym się akcie oskarżenia wobec matki chłopca i jej partnera. Zwróciła także uwagę, że konsekwencji dyscyplinarnych uniknie odwołany za tę sprawę były komendant policji, gdyż odszedł na własną prośbę na emeryturę. O groźbach pod adresem reporterki została powiadomiona prokuratura. W piątek 4 września 2020 formalnie wszczęto śledztwo dotyczące wspomnianych gróźb i zniesławienia. Rzecznik poznańskiej policji Andrzej Borowiak potwierdził, że śledczy badają ten wątek sprawy. Na ten moment nie łączą jednak obu zagadnień.

Anna Karbowniczak przez wiele lat była dziennikarką „Chodzieżanina”, portalu Chodzież NaszeMiasto.pl i „Głosu Wielkopolskiego”.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”

23 czerwca 2021 r.,  przed Sądem Okręgowym w Poznaniu odbyła się ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”  w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary.  Tego dnia miało zeznawać czworo świadków, dwoje usprawiedliwiło swoją nieobecność, a jedna osoba nie odebrała przesyłki. Przed sądem stawił się jedynie 63 letni Zdzisław W. Na pytanie sędziego jakie relacje łączyły świadka z Mariuszem Ś. [twórca holdingu Elektromis] Zdzisław W. odpowiedział, że poznali się w połowie lat osiemdziesiątych. Na początku wspólnie, prowadzili firmę Elektromis prawdopodobnie do 1989 roku. Następnie biznesowo rozstali się, bowiem Zdzisław W. założył swoją firmę o nazwie Rival, która zajmowała się produkcją napojów gazowanych, rozlewnią piwa, miała swoje markety i hurtownie spożywcze. Czasem coś kupował od Elektromisu, a czasem sprzedawał. Jednak współpraca wygasła i w połowie lat 90, jak zeznał świadek, już się nie spotykali z Mariuszem Ś., ale – co zaznaczył – nie pokłócili się. W rozmowach z Mariuszem Ś. nie pojawiało się nazwisko Jarosława Ziętary. O dziennikarzu, świadek dowiedział się z gazet w roku 1993 lub 1994. Podczas rozprawy odczytano świadkowi dwa protokoły. Pierwszy z przesłuchania w prokuraturze w maju 2013 roku. Zdzisław W. oświadczył, że nie ma żadnej wiedzy o okolicznościach zaginięcia poznańskiego dziennikarza oraz, że nigdy nie znał Ziętary osobiście i z nikim na jego temat nie rozmawiał. Cała jego wiedza opiera się wyłącznie na doniesieniach medialnych. O Elektromisie Zdzisław W. zeznał: Mariusza Ś. poznałem w latach 80., w Poznaniu. On wtedy w mieszkaniu, chyba, na ul. Ognik prowadził działalność gospodarczą polegającą na sprzedaży sprzętu RTV przywożonego z zagranicy. Ja też w tym czasie handlowałem RTV. (…) Po jakimś czasie zostałem cichym udziałowcem firmy Mariusza Ś.

 

Świadek jednak nie pamiętał czy już w tamtym okresie firma nazywała się Elektromis. Dodał, że po jego odejściu, Mariusz Ś. współpracował z Krystianem Cz., który był wcześniej naczelnikiem wydziału do spraw zwalczania przestępczości gospodarczej KWP w Poznaniu i zeznawał we wrześniu 2019 roku. (czytaj TUTAJ)

 

Zdzisław W. wymienił kolejne osoby współpracujące z Mariuszem Ś., które poznał na gruncie towarzyskim. Jednym z wymienionych był Marek Z., na którego W. reagował na wariografie. Marek Z. zeznawał jeszcze wcześniej w “procesie ochroniarzy” (w maju 2019 roku. Czytaj TUTAJ).

 

W protokole omówiono też wyniki  przeprowadzonego badania wariograficznego. Biegły wskazał silne reakcje świadka na niektóre pytania. Na przykład: czy w  czasie gdy dokonano zabójstwa redaktora Jarosława Ziętary świadek był obecny. Tą reakcję W. wytłumaczył, że bał się wrobienia w zbrodnię po przeczytaniu artykułu w prasie o ewentualnych powiązaniach jego osoby ze sprawą. Podobnie tłumaczył reakcję na pytanie o udział w planowaniu sposobu uprowadzenia dziennikarza oraz  czy nakłaniał komendanta policji Kazimierza K., do rozpowszechniania informacji, że Ziętara żyje i przebywa w Londynie jako agent UOP. Silna reakcja wystąpiła też przy pytaniach czy znasz i osłaniasz osoby, które brały udział w uprowadzeniu i zabójstwie redaktora Ziętary. Czy wśród wymienionych miejsc ukrywasz faktyczny rejon, gdzie ukryto zwłoki to jest Jezioro Kierskie. Świadek uzasadnił swoją reakcję w następujący sposób:

 

Wiem, gdzie jest Jezioro Kierskie. W latach 1990 – 1992 miałem prywatną motorówkę, którą pływałem na tym jeziorze. Doszło tam do wypadku, zderzyłem się z falą, wypadłem za burtę i o mało nie utonąłem. Byłem sam, ale można powiedzieć, że ledwo uszedłem z życiem. W tej sprawie nie było prowadzone postępowanie, nawet nie zgłaszałem tego faktu.

 

Kolejne pytanie brzmiało „co zrobiono z ciałem redaktora po jego śmierci, to jest rozpuszczono w kwasie?” W okresie 2005-2006, odbarwialiśmy paliwo kwasem siarkowym i 500 litrów kwasu się rozlało. Wypaliło wszystko i się dymiło. Pytanie czy posiadasz wiedzę jakich przedmiotów użyto do zacierania tej zbrodni. To jest beczka z kwasem, worek, podrzucenie dokumentów redaktora do jego mieszkania po uprowadzeniu.Jeśli chodzi o beczkę z kwasem to być może była to reakcja związana z tym wypadkiem. (…) Nie wiem skąd reakcja na podrzucenie dokumentów. Być może stąd, że w sprawach karnych dotyczących mojej osoby przewijały się wątki z podrzuceniem fałszywych dokumentów – zeznał świadek. 

 

Tu warto dopowiedzieć, że Zdzisław W. ma od lat kłopoty z prawem. Na rozprawę został doprowadzony w kajdankach, w asyście dwóch policjantów wprost z aresztu. Najgłośniejszym jego wyczynem było dwukrotne upozorowanie własnej śmierci. W 2005 roku podrobił akt zgonu, jednak sprawa wyszła na jaw. Rok później, przekupił policjanta, który podrzucił do zmasakrowanych i niezidentyfikowanych zwłok, znalezionych przy torach kolejowych jego dowód osobisty. Sprawę miał uwiarygodnić syn W., który „zidentyfikował zwłoki ojca”. Za te czyny W. został skazany prawomocnym wyrokiem. W dalszej części  rozprawy świadek stwierdził, że nie zna Aleksandra Gawronika oraz kolejny raz oświadczył, że nie ma nic wspólnego z uprowadzeniem Jarosława Ziętary i nie ma w tym temacie żadnej wiedzy.

 

Sędzia Sławomir Szymański poprosił świadka, by ten wyjaśnił co rozumie przez określenie ”cichy wspólnik”. Zdzisław W. tłumaczył, że nie był wpisany jako udziałowiec w dokumentach, ale odpowiednio dzielili się z Mariuszem Ś. zyskami. Nie sformalizowali tego, gdyż Mariusz Ś. miał inny pogląd niż świadek na prowadzenie działalności. Trwało to prawie rok. Nie było planów, by wszedł do Elektromisu jako udziałowiec.

 

Drugi protokół, odczytany tego dnia na rozprawie pochodził z 2016 roku, z procesu Aleksandra Gawronika, którego oskarża się o podżeganie do zamordowania dziennikarza. Świadek opowiedział o swoich kontaktach z policją na początku lat 90., kiedy to grał na kortach tenisowych z komendantem Kazimierzem K., a także sponsorował organa ścigania. Oba protokoły są podobne pod względem treści i oba świadek potwierdził.

 

Warto też dopowiedzieć, że współpracownikiem Zdzisława W. był, nieżyjący już, gangster Przemysław C. Ten z kolei miał grozić podczas odbywania kary więzienia,  współwięźniowi i straszyć, że zrobi z nim to samo co z Jarosławem Ziętarą. Śledztwo niczego nie wykazało i zostało umorzone w 1999 roku.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Po wielu latach krakowska prokuratura doszła do wniosku, że został porwany i zamordowany. Dziennikarz interesował się poznańską „szarą strefą”, i miał zagrażać interesom m.in. spółce Elektromis. Zdaniem śledczych, latem 1992 roku do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik, a porywaczami byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. W poznańskim Sądzie Okręgowym toczą się dwa odrębne procesy: jeden dotyczy samego Gawronika, a drugi udziału „Lali” i „Ryby”. Oskarżeni w obu procesach nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obserwuje i relacjonuje oba toczące się postępowania.

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Kolejna rozprawa w „procesie ochroniarzy”

Sprawa dotyczy struktur aparatu państwowego i dlatego nigdy nie może być ujawniona. Teraz uważam, że Prokuratura zacierała ślady, a nie dążyła do wyjaśnienia. (…) Nie powiedziałem o tym przez 20 lat. Agencja detektywistyczna oczekiwała od dziennikarzy współpracy, która miała polegać na pozyskiwaniu informacji o Jarku i przekazywaniu ich M. K.(właścicielowi agencji). To fragmenty wypowiedzi red. Stanisława Ruska, którego zeznań Sąd Okręgowy w Poznaniu wysłuchał w czwartek, 17 czerwca br. podczas rozprawy w tzw. „procesie ochroniarzy”. Proces, od początku, objęty jest obserwacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które na sali sądowej reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

17 czerwca zeznawać miało czterech świadków, jednak w sądzie stawiło się jedynie dwoje: Stanisław Rusek oraz Agnieszka Dokowicz.

 

Stanisław Rusek

 

Były dziennikarz i redaktor naczelny Tygodnika Ilustrowanego Poznaniak, a obecnie rzecznik prasowy jednego z poznańskich szpitali złożył bardzo obszerne zeznania. Zapytany przez sędziego o wiedzę na temat sprawy oświadczył, że był współinicjatorem i współorganizatorem dziennikarskiej grupy poszukiwawczej. Jarosława Ziętary nie znał osobiście, a potrzeba czynnego włączenia się w wyjaśnienie losu poznańskiego dziennikarza, nie wypływała z pobudek osobistych, ale z solidarności koleżeńskiej

 

Jeżeli dzisiaj zginąłby jakiś dziennikarz,  w niewyjaśnionych okolicznościach, to w sposób naturalny jedną przynajmniej z hipotez badawczych byłoby powiązanie jego losów z kwestiami zawodowymi. Analizowanie czym się zajmował i jakie były jego ostatnie dni i ostatnie kontakty.” (..) „Uznaliśmy za mało prawdopodobne, część kolegów znała Jarka osobiście, że mógł się kierować jakimiś przesłankami irracjonalnymi, na przykład zniknąć bo miał taką zachciankę. Wręcz przeciwnie (…) był to młody człowiek operujący kategoriami racjonalnymi, twardo stąpający po ziemi. (…) Założenia, że urwał się i poszedł w Polskę i zakpił sobie z rodziców uznaliśmy za absolutnie, absolutnie bez podstawne.”-  Dobitnie stwierdził Rusek.

 

W dalszym ciągu rozprawy adwokat oskarżonych dopytywał o okoliczności powstania i skład dziennikarskiej grupy śledczej oraz komu przekazywano ewentualne ustalenia.

 

Idea utworzenia tej grupy narodziła się w Tygodniku Ilustrowanym Poznaniak. Wypływała z solidarności zawodowej, ale także część osób z Tygodnika była Jarka przyjaciółmi. Ta idea znalazła oddźwięk w innych mediach, do których zwróciliśmy się z prośbą o pomoc. Były to: Gazeta Poznańska, Głos Wielkopolski, Express Poznański, Radio Merkury, Telewizja Poznań, Uczelniane Centrum Radiowe i jeszcze ok 10 innych mediów. W skład tej grupy początkowo wchodziło ok. 20 dziennikarzy. Grupa spotykała się w UCR Radio Winogrady, w którym Jarek był wcześniej redaktorem naczelnym. Uznaliśmy to miejsce za neutralne. Gospodarzami tych spotkań były trzy osoby koordynujące prace całego zespołu: Krzysztof Kaźmierczak z gazety Poznańskiej, Piotr Talaga z Expressu Poznańskiego i ja. Grupa z biegiem czasu topniała i zmalała do 10 osób. Z perspektywy czasu, uważam za ogromne osiągnięcie działalność grupy, która właściwie była pracą śledczą młodych dziennikarzy stąpających po omacku, nie uzyskujących żadnego wsparcia ze strony innych organów państwa. Głównie Prokuratury i Policji. Do wszystkiego trzeba było dochodzić samodzielnie. Co wymagało nakładu środków, energii i własnego czasu. Jestem pełen podziwu dla dziennikarzy, którzy zaangażowali się w pracę nad losem Jarka. (…)

 

Publikacje dziennikarskie dotyczące ustaleń co stało się z Jarkiem nie były głównym motywem grupy dziennikarzy. Naszymi wiadomościami dzieliliśmy się z Policją i Prokuraturą, niestety bez wzajemności.

 

Mecenas Wiesław Michalski dopytywał również o „nieformalne stowarzyszenie, którego przywódcą był Krzysztof Kaźmierczak” czy świadek działał w nim i czy było ono konkurencyjne wobec dziennikarskiej grupy śledczej. Stanisław Rusek odpowiedział  „O żadnej konkurencji w sprawie zamordowania dziennikarza nie mam mowy. Uważałbym to w najwyższym stopniu za nieetyczne. Nie zapisałem się, ale w najwyższym stopniu podziwiam to ich działanie [Krzysztofa Kaźmierczaka i Piotra Talagi] i całkowicie się z nim identyfikuję. Nie zapisałem się, bo uznałem że będę mógł więcej pomóc stowarzyszeniu z zewnątrz.  

 

Następnie sędzia odczytywał protokoły z wcześniejszych przesłuchań złożonych przez świadka od roku 1994, i które zostały w całości potwierdzone.

 

Stanisław Rusek przypomniał historię działalności dziennikarskiej grupy poszukiwawczej czyli: jej ustalenia, konferencje prasowe itp. Pierwsze motywy to opisywane przez Ziętarę przekształcenia własnościowe bazy PKS w Śremie tzw wątek śremski.  Świadek oświadczył również, że w pierwszych dniach września 1992 roku, fakt zabrania z biurka Jarosława Ziętary dokumentów: teczek, kaset magnetofonowych, dyskietek,  jest rzeczą bezsporną. Materiały na oczach kilku osób, z boksu w redakcji Gazety Poznańskiej, który oddzielony był od innych przezroczystą szybą, zabrali policjanci. Tym z kolei towarzyszył Jerzy N. ówczesny zastępca redaktora naczelnego Gazety Poznańskiej. Wśród osób, które widziały to zdarzenie świadek wymienił imiennie Krzysztofa Kaźmierczaka.  W dalszej części zeznań świadek wymienił też tropy, które uznano za fałszywe, a które miały zmylić, spowolnić oraz zatuszować ustalenia dziennikarzy. Do takich należą: plotki o organizacji Opus Dei, o satanistycznej sekcie, a także o wyjeździe do Londynu z powodu m.in. podżyrowania pożyczki.

 

Świadek też obszernie wypowiedział się na temat Urzędu Ochrony Państwa w kontekście działalności dziennikarskiej Jarosława Ziętary. W marcu 1992 roku w Bydgoszczy do Jarka miał zwrócić się z propozycją współpracy oficer UOP. Po zniknięciu Ziętary miało miejsce spotkanie  Edmunda Ziętary, ojca Jarka z Maciejem U., szefem poznańskiego UOP. Według świadka spotkanie to było zainicjowane przez szefa UOP. Pierwsze pytanie jakie U. zadał ojcu Jarka brzmiało: „co pan wie na temat kontaktów syna z UOP? Gdy ojciec przyznał, że niewiele, jego rozmówca zaczął tracić zainteresowanie rozmową i okazywać znużenie.” Dwa lata później U. stwierdził w rozmowie ze świadkiem, że bydgoski oficer mógł być podstawiony.

 

Na zlecenia Jerzego N. zamówiono też analizę u poznańskich radiestetów. Jeden z punktów mówił, że Jarek został uprowadzony po wejściu do radiowozu. Świadek dowiedział się o opinii kilka lat później, a red. N miał nie ujawnić jej ani Policji ani Prokuraturze. Świadek wielokrotnie bardzo krytycznie wypowiadał się o Jerzym N. zarzucając mu tuszowanie prawdy i zacieranie dowodów.

 

Jarek mimo młodego wieku dysponował materiałami dotyczącymi tzw. grubych afer, które potem bardzo często nie miały odzwierciedlenia w jego pracy dziennikarskiej. Wiem o tym z jego notatek, kalendarzy a także od Krzysztofa Kaźmierczaka i Piotra Talagi.”

 

Stanisław Rusek podczas swoich zeznań wrócił też do audycji telewizyjnej, która była emitowana rok po zniknięciu Ziętary, w dniu 25 urodzin dziennikarza. Audycja ta stanowiła obelgę dla rodziców Jarka i nie zaproszono do niej poznańskich dziennikarzy. Apelowano w programie do Jarosława Ziętary by wrócił do domu, a widzom pokazano tort z 25 świeczkami. Według świadka audycja była przejawem skrajnej nierzetelności dziennikarskiej. Rusek zwrócił też uwagę na zbieżność faktów, że gen Dukaczewski, były szef WSI i autorka audycji noszą to samo nazwisko. Świadek stwierdził, że Jarek mógł dotknąć nie tylko spraw przestępczości zorganizowanej, ale także spraw związanych ze strukturami państwa.

 

„Sprawa [Jarosława Ziętary] dotyczy struktur aparatu państwowego i dlatego nigdy nie może być ujawniona. Teraz, po latach uważam, że Prokuratura zacierała ślady, a nie dążyła do wyjaśnienia”.

 

W kolejnym protokole, świadek ponownie stwierdził, że „prawda o Jarku nigdy nie ujrzy światła dziennego bowiem jest ona sprzeczna z interesem państwa. W moim najgłębszym przekonaniu na ławie oskarżonych poza Aleksandrem Gawronikiem powinni siedzieć jeszcze inni.

 

Stanisław Rusek opowiedział też jak grupa dziennikarzy korzystała z usług profesjonalnego detektywa. „ Zwróciłyśmy się [redaktorzy: Kaźmierczak, Smura, Talaga, Rusek] do biura detektywistycznego Mieczysława K. z prośbą o pomoc w imieniu środowiska dziennikarskiego. K. dał nam do zrozumienia, że to nie biuro charytatywne i oczekiwał od nas stosownej opłaty. Zamierzaliśmy zebrać 20 000. Zanim to uczyniliśmy, K. zmienił zdanie i zapowiedział, że jego biuro zajmie się sprawą. Zażądał od nas podpisania specjalnego oświadczenia in blanco. Miało ono trafić do sejfu agencji. Stanowiło to zabezpieczenie przed niepożądanymi działaniami dziennikarzy. Te oświadczenia odebrali już moi koledzy, oprócz mnie. Detektyw zobowiązał się do rzetelnych poszukiwań Jarosława Ziętary.  

 

Nie powiedziałem o tym przez 20 lat. Agencja detektywistyczna oczekiwała od dziennikarzy współpracy, która miała polegać na pozyskiwaniu informacji o Jarku i przekazywaniu ich  właścicielowi agencji. Spotkania dziennikarzy z biurem odbywały się kilkakrotnie. Jednak działania te nie przyniosły żadnych korzyści. Sprowadzały się do podrzucania dziennikarzom martwych tropów: Opus Dei, rzekome kontakty Jarka ze środowiskiem satanistycznym. Dziś oceniam to jako świadome działanie K. mające na celu dezinformacje dziennikarzy i przejęcie pełnej kontroli na działaniami grupy. Współpraca rozmyła się w sposób naturalny, czuliśmy się manipulowani.”

 

Pod koniec zeznań Stanisława Ruska, sędzia Sławomir Szymański zapytał czy podczas pracy grupy pojawił się wątek Elektromisu i w jakim kontekście.

 

Świadek potwierdził wątek, nie pamiętał jednak kontekstu i dodał: mogę powiedzieć z całym przekonaniem iż nie zależnie od tego że Mariusz Ś, był właścicielem Tygodnika Ilustrowanego Poznaniak, to gdyby okazało się, że dysponujemy jakimiś przesłankami, iż mógłby mieć związek lub być bezpośrednio odpowiedzialnym za zamordowanie Jarosława Ziętary to zarówno ja i Piotr Grochmalski i grupa młodych dziennikarzy z całą pewnością zrobilibyśmy to, co należy do dziennikarzy. Czyli ujawnilibyśmy prawdę. Wątek [Elektromisu] pojawił się podobnie jak wątki Art. B, nazwisko Gawronika i inne. Nie były to ślady czy hipotezy wówczas o takiej sile, która by w ogóle skłaniała do pójścia tym śladem. Gdyby suponować tutaj jakiś związek cenzury w Tygodniku, to na pewno nie dotyczyłaby ona innych członków grupy dziennikarskiej, a w szczególności Krzysztofa Kaźmierczaka i Piotra Talagi.

 

Agnieszka Dokowicz, była drugim świadkiem, który zeznawał tego dnia przed Sądem Okręgowym w Poznaniu. Dziennikarka, koleżanka Jarosława Ziętary, z którym razem pracowali w radiu studenckim. O zniknięciu Jarka dowiedziała się od dziewczyny dziennikarza Beaty S., Ta z kolei przyszła go szukać do akademika. Nie rozmawiała z Ziętarą nigdy o sprawach, nad którymi pracował zawodowo, gdyż jak stwierdziła mieli fajniejsze tematy. O wątku Elektromisu w sprawie dowiedziała się w ostatnich pięciu latach. Odczytano cztery protokoły z poprzednich zeznań, które świadek potwierdziła. Działając w dziennikarskiej grupie poszukiwawczej, uczestniczyła min w wyjeździe do jasnowidza.  Nie słyszała by Jarek został kiedyś pobity lub utracił swój aparat fotograficzny. Jednak uznała swojego kolegę za osobę skrytą.

 


 

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. W 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Wszyscy oskarżeni nie przyznają się do winy. Proces ochroniarzy trwa od 2019 roku.

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zginął, bo był dziennikarzem

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy  – powiedział przyjaciel zamordowanego red. Jarosława Ziętary w tzw. procesie ochroniarzy. Kolejna rozprawa w tym procesie odbyła się 17 marca b.r.  Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Jego obserwatorem jest red. Aleksandra Tabaczyńska. 

 

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy. Śmierć Jarka należy wiązać z publikacjami, które jeszcze się nie ukazały oraz z wiedzą, której nie zdążył ujawnić. Taka teza wynika z racjonalnego myślenia. Tylko ktoś obawiający się ujawnienia groźnej dla niego wiedzy, zdecydowałby się na taki czyn.   To jedno z twierdzeń, które dobitnie wybrzmiało na sali sądowej w tzw. procesie ochroniarzy. Wypowiedział je w Sądzie Okręgowym w Poznaniu red. Piotr Talaga, bliski kolega, przyjaciel zamordowanego w 1992 roku Jarosława Ziętary. Rozprawa odbyła się w środę 17 marca 2021 roku. To jednak nie jedyna ważna myśl zwerbalizowana podczas środowych zeznań. Na pytanie o rolę Mariusza Ś., Maciej B. pseudonim Baryła wypowiedział takie słowa:

 

Na temat Ś. nie chcę rozmawiać. Ja już to powiedziałem na przesłuchaniu u sędzi Rucińskiej [chodzi o proces przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi]. Niech na ten temat mówią inni. Mówili, a potem się wystraszyli. Nawet jak dacie mi jakąś karę.

 

Wymieniony Mariusz Ś. to twórca holdingu Elektromis, a dwóm byłym ochroniarzom firmy: Mirosławowi R. pseudonim Ryba i Dariuszowi L. pseudonim Lala zarzuca się pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Zeznanie Baryły w tej kwestii jest o tyle istotne, że wciąż nie ma pewności czy ustalono wszystkich zleceniodawców tej zbrodni.

 

W środę, miało zeznawać, według wokandy, sześciu świadków, jednak ostatecznie przesłuchano trzech. Krzysztof Ł. i Piotr G. nie stawili się w sądzie, a dziennikarza Stanisława Ruska poproszono, ze względu na wydłużony czas przewidziany na poprzednich świadków, by jeszcze raz przybył do sądu i złożył zeznania w czerwcu.

 

Maciej B. pseudonim Baryła został przywieziony na salę rozpraw jak zawsze w kajdankach, których tym razem prawdopodobnie mu nie zdjęto. Zeznawał z osobnego pomieszczenia. Był dobrze widoczny przez oddzielającą szybę wraz z towarzyszącymi mu uzbrojonymi funkcjonariuszami. Podczas zeznań Baryły obecny był także jego pełnomocnik, a na sali dodatkowo dwóch policjantów.

 

Maciej B. od ponad 20 lat odbywa karę dożywotniego więzienia, skazany w innej sprawie. To bardzo ważny świadek, a ocena jego wiarygodności stanowi kluczową kwestię w procesie. Pytany o rolę Mariusza Ś. nie chciał nic mówić już po raz kolejny. Ś. jest jedynie świadkiem w sprawie, a to jego ochroniarze, z którymi dobrze znał się i współpracował Baryła, siedzą obecnie na ławie oskarżonych. Ponadto na terenie firmy należącej do Mariusz Ś. – według prokuratury – oraz w jego obecności doszło do podżegania przez Aleksandra Gawronika do zabicia dziennikarza. Baryła podtrzymał swoje zeznania, które obciążają oskarżonych. Przyznał również, że wiosną 1992 roku na zlecenie Elektromisu obserwował Ziętarę, aby go pobić. Obserwację robił m.in. z nieżyjącym już Rajmundem N. Jednak, jak się wyraził, pod kamienicą przy ulicy Kolejowej, w której mieszkał dziennikarz, nie mieli „dogodnej sytuacji”, żeby pobić reportera.  Dopytany przez prokuratora co rozumie przez słowa „dogodna sytuacja”, Baryła wyjaśnił: – Chodziło o to by nikt nie widział, a tam wystawał element pod sklepem. Nikt nie będzie biegał w kominiarce w biały dzień.

 

Ostatecznie weszli z nieżyjącym już także gangsterem Lewym (zginął w wypadku w listopadzie 1992 roku) do mieszkania Jarosława Ziętary i tam go pobili, zabrali filmy ze zdjęciami i zastraszyli. Chodziło o to, by dziennikarz przestał interesować się tematem Elektromisu. Po raz kolejny potwierdził zeznania o naradzie w Elektromisie, do której miało dojść na przełomie maja i czerwca 1992 roku. Znów wybrzmiały wyzwiska, którymi określano Jarosława Ziętarę: Żydek, Pismak, Szczurek. Gawronik miał także zastraszać zebranych generałami Ciastoniem i Płatkiem. Kontekst był taki, że to ludzie dawnych służb zainwestowali w interesy prowadzone przez poznańskich biznesmenów. Baryła potwierdził także, że widział na terenie holdingu: mundury i legitymacje policyjne, a także samochód imitujący radiowóz i czerwonego poloneza (pojazd wyglądający jak cywilny, który używała ówczesna policja). Do jednego z wozów zwabiono dziennikarza i uprowadzono. Podobno podczas porwania Jarosława Ziętary oskarżony Ryba i nieżyjący ochroniarz Kapela byli w swoich mundurach, mieli tylko zmienione dystynkcje. Baryła uznał też Rybę za prekursora „napadów na policjanta”.  W środę 17 marca br.,  kolejny raz potwierdził swoje zeznania, że Jarosław Ziętara przez dwa, trzy dni był bity, a następnie zabity przez Rosjan jakimś szpikulcem. Ciało zostało rozpuszczone w kwasie, a kości ukryte.

 

Drugim świadkiem przesłuchanym tego dnia przez sąd był Mirosław M. 43 letni politolog z wykształcenia, odbywał karę więzienia w związku z oskarżeniem o powoływanie się na wpływy. Przez miesiąc, w Gębarzewie, był w trzyosobowej celi razem z Baryłą. Odczytano dwa protokoły wcześniejszych zeznań M. z 2015 i 2017 roku. Choć były sprzeczne świadek podtrzymał oba zeznania. Stwierdził, że w sumie nie wie, jak było i nie chce nikomu zrobić krzywdy swoimi przemyśleniami. W 2015 roku zeznał:

 

Maciej mówił mi w celi, że co by się nie działo, nie da zrobić krzywdy Mariuszowi Ś. Może mu coś zawdzięczać. Bardzo źle wypowiadał się z kolei o Aleksandrze Gawroniku. Stwierdził, że szczątki Ziętary były ukryte w różnych miejscach. Niektóre w wodzie, w jeziorach w Kiekrzu oraz Kociołek, w 6 m mule. Inne szczątki były zakopane. (…) Maciej opowiadał także, że wszystko, co wcześniej zeznał w sprawie Ziętary jest prawdą, ale się wycofał. On się na kimś zawiódł, ale na kim i o co chodziło nie pamiętam. (…)Miał rozmaite materiały, które studiował. Były to jego zapiski i drukowane materiały, może z internetu. Książki raczej nie. Nie były to protokoły przesłuchań, tego jestem pewien. Prosił mnie o opinię czy to co mówi jest logiczne i poukładane.  W protokole z 2017 roku stwierdził z kolei, że nie mam wiedzy związanej ze śmiercią pana Zietary. Znam Macieja B. z aresztu. Ja nie mogę stwierdzić czy Maciej mówi prawdę. Dziś po upływie czasu uważam, że to że się zgłosiłem, to był błąd. (…)Moja wiedza o Ziętarze oparta jest o doniesienia medialne, książce Kaźmierczaka i na słowach B. Dzwoniąc do prokuratury wtedy sądziłem, że robię dobrze. Dziś bym tego nie zrobił. Nikt nie podstawił mnie do celi. Nie chcę zeznawać ,bo nie chcę nikogo skrzywdzić. Ani pana Gawronika ani innych. Ja nie byłem przy tych wydarzeniach.

 

Dziennikarz Piotr Talaga, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa” był trzecim świadkiem przesłuchanym w trakcie środowej rozprawy. Z Jarosławem Ziętarą zaprzyjaźnili się na studiach, a potem pracowali w różnych redakcjach poznańskich mediów, ale w jednym budynku. Utrzymywali kontakty również na gruncie prywatnym. Redaktor Piotr Talaga zaangażował się w poszukiwanie i wyjaśnianie tragicznych losów Jarka Zietary od pierwszych dni po zniknięciu przyjaciela. Przypomniał, że we wrześniu 1992 roku nieznani sprawcy „posprzątali” biurko Jarka w redakcji „Gazety Poznańskiej”. Przyszli tuż po jego zniknięciu. Podali się za policjantów i zostali wpuszczeni na teren redakcji. Prawdziwa policja zaprzeczyła później, by tego dnia kogokolwiek wysłała do redakcji. Materiały Jarka Ziętary zabrane z biurka już nigdy się nie odnalazły. Były one, według świadka, gromadzone przez dziennikarza w papierowych teczkach. Teczki opisane, a ich zawartość odnosiła się do poszczególnych spraw, którymi interesował się red. Ziętara. Przechowywał je zarówno w swoim mieszkaniu jak i redakcji.  –Symptomatyczne jest, że miał wiele notatek o różnych sprawach. Brakuje dokumentacji o Elektromisie.

 

Redaktor Talaga wyjaśnił również stwierdzenie, „służby przeszkadzały w wyjaśnieniu sprawy Ziętary. Przy czym słowo „służby” rozumiał bardzo szeroko: policja, prokuratura ówczesny UOP… – Pracownicy SB zostali w 1989 poddani weryfikacji. I grupa została i stanowiła trzon pionu śledczego. II grupa trafiła do policji. III grupa trafiła do biznesu. Taką firmą był Elektromis. Stąd wnioskuję, że bardzo prawdopodobne jest to, że współpraca Ziętary z UOP w Poznaniu nie miała charakteru opartego o umowę o pracę. Nie wiem czy w ogóle była sformalizowana, ale miała charakter faktyczny. Są dowody i zapiski w notatnikach Jarka, że posiadał wiedzę o sprawach, którymi UOP zajmował się równolegle lub po napisaniu o tym w prasie. Z notatek Jarka wynika również, że zajmował się nieprawidłowościami w firmie Elektromis, ale z drugiej strony w tych materiałach brakuje wielu szczegółów.(…) Po zaginięciu Jarka Ziętary dowiedziałem się wielu rzeczy, o których nie wiedziałem. Zaskoczyło mnie, że o wielu sprawach mi nie mówił, zarówno  o sprawach prywatnych, jak i zawodowych.

 

Kolejna rozprawa w kwietniu.

 


 

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. W 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Wszyscy oskarżeni nie przyznają się do winy.

 

Tekst i zdjęcia : A.Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznawał Marek Król: „Mieli przyjść bez broni”

Druga w tym roku rozprawa przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary odbyła się  4 marca 2021 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu.  Wezwano czterech świadków, jednak do sądu przybyło tylko dwóch. Zdzisław  K. nie odebrał wezwania, a Monika P., przedstawiła zwolnienie. Jako pierwszy tego dnia zeznawał red. Marek Król. Dziennikarz został wezwany na świadka na wniosek prokuratora Piotra Kosmatego w związku z publikacją, jaka ukazała się w styczniu bieżącego roku na łamach Głosu Wielkopolskiego.

 

To rok 2011 okazał się przełomem w śledztwie dotyczącym losów nieżyjącego poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. W kwietniu tego roku po apelu szefów największych gazet w Polsce Prokuratura Generalna na nowo przeanalizowała sprawę i nakazała wznowienie postępowania ze względu na nowe, nieznane dotąd okoliczności. W czerwcu 2011 wznowione śledztwo i na krótko trafiło ono do prokuratury w Poznaniu. O przeniesieniu go do Krakowa zdecydował prokurator generalny, gdy z postępowania wyłączyli się poznańscy śledczy.

 

Przypomnijmy, że Jarosław Ziętara wyszedł do pracy 1 września 1992 roku i nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej dla której pracował. Jego ciała do dziś nie odnaleziono, a za zmarłego został uznany sądownie w roku 1999. Krakowskie śledztwo w 2011 roku to już trzecia z kolei próba wyjaśnienia tragicznych losów dziennikarza. Dwa poprzednie, które toczyły się w Poznaniu w latach 90 -tych zostały umorzone. Dopiero krakowskie postępowanie zaowocowało zatrzymaniami osób, które, w przekonaniu prokuratora, odpowiadają za tę zbrodnię. I tak w 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, uznanego w latach 90 -tych za jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Kim byli zabójcy do końca nie wiadomo, podobnie jak nie wiadomo gdzie jest ciało zamordowanego, choć według prokuratury szczątki Jarosława Ziętary zostały rozpuszczone w kwasie a pozostałości ukryte w różnych miejscach. Bez odpowiedzi jest także pytanie czy wskazano wszystkich zleceniodawców tego bestialstwa.

 

Proces objęty jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesu jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania red. Marka Króla z 4.03.21 r. 

 

Trudno mi odpowiedzieć skąd znam Aleksandra Gawronika. Nasza redakcja tygodnika Wprost rozpoczęła swoją pracę w Poznaniu i ta znajomość z pewnością datuję się na początek lat 90. Na przełomie marca i kwietnia 1994 roku, Gawronik, już jako senator, odwiedził warszawski oddział redakcji Wprost na ulicy Ordynackiej. Odwiedził mnie, jak rozumiałem jako mediator i zaproponował spotkanie z Mariuszem Ś. Spotkanie miało dotyczyć artykułów ukazujących się we Wprost na temat banku Posnania, którego dysponentem był Mariusz Ś. Kapitał założycielski tego banku był fikcyjnie udokumentowany. Polegało to na tym, że wpisane były jako niezwykle wartościowe wille – PRLowskie klocki, które opiewały na duże sumy. Całe przedsięwzięcie było podejrzane, co potwierdził po dwóch miesiącach nadzór NBP i bank został zamknięty. Zdziwiło mnie, że spotkanie miało się odbyć w lesie. (…)

 

Po wizycie Gawronika spotkałem się z moimi zastępcami bagatelizując całą rozmowę. Jednak zdecydowano, że mam poinformować o tym zdarzeniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Po godzinie zostałem wezwany do MSW i spotkałem się z ministrem Milczanowskim, który zaproponował mi ochronę BORu dla całej rodziny. Stwierdził także, że sytuacja jest poważna i nie powinienem jej bagatelizować. Nie byłem przekonany do tych środków. Padło jeszcze stwierdzenie, że władzy nie stać by kolejnemu dziennikarzowi stało się coś złego. Ponadto służby miały informację, że w Poznaniu w hotelu Merkury przebywa Rosjanin ze Specnazu specjalizujący się w zabójstwach na zlecenie.

 

Spotkanie w domu redaktora Króla

 

Krótko przed Wielkanocą 1994 roku, Aleksander Gawronik wspólnie z Mariuszem Ś. przyjechali do domu dziennikarza pod Poznaniem. „ Mieli przyjść bez broni, wchodząc podnieśli ręce do góry w geście pozwalającym na przeszukanie, ale nie zrobiłem tego.” Goście Króla mieli jednak broń, którą zostawili w samochodzie, a zauważyła ją córka redaktora, wówczas kilkuletnia dziewczynka, gdy wyprowadzała psy. W budynku stacjonowała już jednostka BOR, a sam dziennikarz został ubrany w kamizelkę kuloodporną.

 

– Gawronik i Mariusz Ś. niczego nie zauważyli. Nasze spotkanie było dość krótkie. Pamiętam niezwykłą uniżoność Gawronika wobec Mariusza Ś., którego ciągle nazywał „panem prezesem”. Mariusz Ś. do Gawronika zwracał się bezosobowo, na pewno nie “na pan”. Poza tym proponował mi zakup „Wprost” mówiąc, że dostanę tyle pieniędzy, że wystarczy dla mnie i dzieci do końca życia. (…) Ja się takiej propozycji nie spodziewałem. Sądziłem, że to będą naciski by powstrzymać dalsze publikacje na temat banku. Powiedziałem, zgodnie z sugestią szefa Bor, że to przemyślę.

 

Jednak to nie było jedyne spotkanie Króla i Ś. dotyczące tygodnika Wprost. Wkrótce doszło do kolejnego jednak tym razem nie było ono zaplanowane. Marek Król gościł ambasadora Izrael i pojechał na poznański Stary Rynek na uroczysty obiad. Za radą BORu, lokal wytypowano w ostatniej chwili. Poczęstunek odbył się w restauracji „Kresowa” na Starym Rynku.

 

Nagle pojawił się Mariusz Ś. ze swoimi ochroniarzami. Podszedł do naszego stolika, stanął za moim plecami i wulgarnie, często używając słów na „k”, domagał się sprzedaży tygodnika. Moja żona podeszła wtedy do funkcjonariuszy BOR i wskazała Mariusza Ś. Jak się okazało, oni nawet nie wiedzieli, jak on wygląda ponieważ nie mieli jego zdjęcia. Po chwili BOR wyprowadził mnie i rodzinę z restauracji sprzed której odjechaliśmy z piskiem opon. Niebawem zrezygnowałem z ochrony uznając, że jest kompletnie bezwartościowa.

 

Po zeznaniach red. Marek Król dopowiedział

 

Ja nie wiem czy Aleksander Gawronik i Mariusz Ś. prowadzili ze sobą interesy. Wiem tylko, że się znali, a podczas rozmowy w moim domu, Gawronik sprawiał wrażenie osoby bardzo podległej Ś. co mnie wtedy zaskoczyło. (…)

 

Dopytany przez prokuratora, czy minister powiedział, któremu dziennikarzowi wcześniej stała się krzywda? Marek Król odpowiedział:

 

–  To zastanawiające, ale nie padło z jego ust nazwisko dziennikarza. Mnie też nazwisko Ziętary nie przyszło wtedy do głowy. Moja dzisiejsza interpretacja jest taka, że wtedy to była wstydliwa sprawa dla ministerstwa, czyli fakt niewyjaśnienia zniknięcia Ziętary. W każdym razie w 1994 roku MSW bardzo poważnie brało pod uwagę, że jestem zagrożony

 

Marek Król stwierdził także:

 

– Panowała opinia, że Poznań jest miastem Ś. Nawet w jednej z lokalnych rozgłośni radiowych wybrzmiewały głosy oburzenia na Wprost, że tygodnik krytykuje człowieka, który daje prace tak dużej liczbie poznaniaków. Nie wiem czy później [ po spotkaniu ] pojawiały się jeszcze niekorzystne dla Elektromisu publikacje. Wiem jednak, że w tygodniku „Nie”, na który Ś. dał kapitał publikowano teksty na mój temat.

 

Na zakończenie Król podsumował „dziwi mnie, że państwowe organa ścigania nie podjęły żadnych działań w sprawie zagrożenia mojego życia skoro zapewnili mi ochronę.

 

Drugi świadek, Dariusz L., 49 letni funkcjonariusz, potwierdził, że zna Macieja B., gdyż realizował czynności polegające na przewozie gangstera. Nie pamiętał jednak czy doszło do sytuacji grożenia Baryle, ani nie przypominał sobie by w sposób niekontrolowany doszło do wyjęcia broni przez funkcjonariuszy. Zeznanie trwało kilka minut. Maciej B. to główny świadek oskarżenia w procesie przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, odsiadujący dożywocie w innej sprawie.

 

Oskarżony Aleksander Gawronik nie miał żadnych pytań do Marka Króla ani nie odniósł się w żaden sposób do jego zeznań. Zabrał za to głos i wygłosił zapowiadane na poprzedniej rozprawie obszerne oświadczenie. Podstawą wypowiedzi stały się akta, a wśród nich akta więzienne zawierające notatki pracowników służby więziennej dotyczące Macieja B pseudonim Baryła. Notatki zostały uporządkowane datami począwszy od 29 stycznia 2001 roku, kiedy to B. został przyłapany przez służbę więzienną na zażywaniu amfetaminy i nadano mu status więźnia szczególnie niebezpiecznego tzw N. Gawronik przytaczał kolejne daty – ponad 40 – i czytał fragmenty notatek więziennych, które dotyczyły zachowań lub wypowiedzi Baryły. Celem oskarżonego jest zdyskredytowanie Baryły, poprze pokazanie jego stanu psychicznego i zachowań w więzieniu. Maciej B. podczas rozprawy sądowej w Zielonej Górze (w innej sprawie) zeznawał przeciwko byłemu wspólnikowi. Ta informacja rozeszła się w zakładzie karnym. Gawronik wywodzi z tego, że Maciej B. obawiając się współwięźniów, w tamtym czasie był osadzony w Rawiczu, jakby zamienił osobę/postać, którą obciążał w zeznaniach. Gawronik wyjaśnił, że za takie zeznania w więzieniu grozi bardzo surowa kara: pobicie, gwałt a nawet śmierć. W tamtym czasie zaczęło się w mediach robić głośno o sprawie Ziętary. Dlatego wkrótce przestał mówić on o swoim wspólniku, a zaczął o Elektromisie i oskarżonym. Miało to odwrócić uwagę od pogrążenia wspólnika. Gawronik twierdzi, że o takiej zamianie świadczą też fragmenty wypowiedzi Baryły, które są bardzo zbieżne jeśli chodzi o dobór użytych słów, a różnią się tylko nazwiskiem osoby oskarżanej. Ponadto narady podczas, której według prokuratury podżegał do zabójstwa Jarosława Ziętary, nigdy nie było. Oskarżając Gawronika, Baryła liczył, że dzięki temu szybciej wyjdzie na wolność. Z notatek służby więziennej i psychologów wynika, że dokonywał samookaleczenia, gdy w sprawie Ziętary nie przyjechali do niego policjanci. A gdy już złożył zeznania ws. dziennikarza, czuł się odprężony i w dobrym humorze. Był pewien, że szybko wyjdzie na wolność. Wychowawcy w Gębarzewie zgłosił, że do wyjścia potrzebuje dowód osobisty. Swoje oświadczenie Aleksander Gawronik przerwał na roku 2016 i będzie kontynuował jego odczytywanie na kolejnej rozprawie w maju.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Nowe zeznania Macieja B. „Baryły” w procesie Aleksandra Gawronika

Mariusza Ś. nie będę obciążał. To jest proces Gawronika, a nie Ś. – oświadczył Maciej B., pseudonim “Baryła”. Sędzia Jacek Bytner dopytał, a jaka jest prawda? – Na dzień dzisiejszy nie pamiętam – odpowiedział . Kolejna rozprawa w Sądzie Okręgowym w Poznaniu dotycząca zabójstwa red. Jarosława Ziętary miała emocjonujący przebieg. Proces, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o pomocnictwo i podżeganie do morderstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, wznowiono po rocznej przerwie. 29 stycznia 2021 roku przed sądem stawili się: oskarżony wraz z obrońcą, prokurator Piotr Kosmaty, oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara, brat nieżyjącego dziennikarza oraz biegły sądowy, który ma ocenić wiarygodność zeznań głównego świadka oskarżenia Macieja B. ps. Baryła. Sprawę obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska

 

Tego dnia zeznawał tylko Maciej B. , którego przywieziono pod eskortą policji, tak jak w poprzednich rozprawach, gdyż odsiaduje on wyrok dożywotniego więzienia. Sąd przychylił się do prośby świadka i wydał zgodę na zdjęcie kajdanek. Obrońca oskarżonego mecenas Paweł Szwarc wystąpił z wnioskiem, aby usunąć pełnomocnika „Baryły” oraz by ten nie korzystał z żadnych notatek. Tu warto też wyjaśnić, że Maciej B. nie był bezpośrednio na sali rozpraw tylko zeznawał z sąsiadującego pomieszczenia oddzielonego bardzo dużą szybą. Był widoczny, tak jak i jego pełnomocnik oraz pilnujący go funkcjonariusze. Sąd nie przychylił się do wniosku obrony, a pełnomocnika poproszono jedynie by usiadł w większej odległości od świadka i nie pokazywał posiadanych ze sobą dokumentów. To już czwarta rozprawa w tym procesie, w której zeznaje Maciej B.

 

Rozprawa

 

Odtworzono dwa nagrania. Jedno zawierało zeznania Macieja B., a drugie to eksperyment procesowy. Oba nagrania pochodzą z 2012 roku i oba przeprowadzono w obecności prokuratora Piotra Kosmatego. Eksperyment polegał na przejeździe wraz ze świadkiem czterech przystanków: I i II przy Ogniku, tam gdzie były biura Elektromisu, III ul. Kolejowa miejsce zamieszkania Jarka Ziętary, IV ul. Wołczyńska – magazyny Elektromisu.

 

Maciej B. potwierdził swoje zeznania z 2012 roku i zeznał, że w 1992 roku, jako 20-latek, wykonywał różne brudne zlecenia dla Elektromisu i osobiście słyszał, jak Gawronik podczas wizyty w Elektromisie nalegał na „zajeb...” niewygodnego dziennikarza. Samego porwania i zabójstwa Baryła nie widział. Potwierdził swoją wiedzę ze słyszenia, że Jarosława Ziętarę porwali ochroniarze z Elektromisu, a zabili Rosjanie, którzy przyjechali z oskarżonym. Sędzia zwrócił uwagę, że w różnych swoich zeznaniach świadek opowiadał, że Aleksander Gawronik był głównym zleceniodawcą, ale padało także nazwisko szefa Elektromisu Mariusza Ś. – Dlaczego zeznaje pan o Aleksandrze Gawroniku, a nie zeznaje pan o Mariuszu Ś., który miał uczestniczyć w naradzie w Elektromisie? Czy są jakieś osobiste powody, że nie chce pan mówić?– dopytywał sędzia.

 

Nie powinienem mieć skrupułów, bo Mariusz Ś. po swoim zatrzymaniu w 1980 roku, jak to się mówi w żargonie, rozpruł się. Posprzedawał wtedy swoich kolegów, mówiąc kolokwialnie. Nie chcę jednak o nim mówić. Dzisiaj nie pamiętam. Może mi się przypomni. – odpowiedział B. A tak Maciej B. tłumaczy zmienność swoich zeznań. – Na przesłuchaniach w prokuraturze nie zawsze dobrze się czułem. Byłem czasami pod wpływem leków. Ale prokurator Kosmaty nigdy nie sugerował mi, co mam zeznawać. Mówiłem swobodnie. A gdy twierdziłem kilka lat temu, że manipulowano moimi słowami, to mówiłem tak, by odegrać się na prokuraturze i policjancie. Obiecywali mi, że dostanę prawo łaski i wyjdę z więzienia, a tak się nie stało. Obrońca Aleksandra Gawronika dopytywał, jak to jest możliwe, że mając własnych ochroniarzy, Gawronik wysyłał nieswoich podwładnych, czyli ochroniarzy Elektromisu, by porwano Ziętarę. Jednak tej kwestii nie wyjaśniono podczas piątkowej rozprawy, a “Baryła” stwierdził – Pan tak to zrobił, że ze 100 osób wiedziało o tym. Wszyscy wiedzieli, ale nikt długo nie mówił, bo się pana bali.

 

Konfrontacja Aleksander Gawronik – Maciej B.

 

Po zakończeniu odtwarzania nagranych zeznań Macieja B. nastąpiła swego rodzaju polemika między “Baryłą”, a Gawronikiem. Oskarżony wypytywał jakiej wielkości był znaleziony w mieszkaniu Jarosława Ziętary aparat do mikrofilmów i same filmy. W 1992 roku, Maciej B. wraz z Dariuszem L. ps. Lewy wtargnęli do mieszkania dziennikarza przy ul. Kolejowej w Poznaniu i zabrali znalezione tam filmy i aparaty. Maciej B. stwierdził, że aparat był wielkości zapalniczki a filmy „małego palca”. – Świadek kłamie i najgorsze jest to, że musimy tego słuchać – wybrzmiało na sali z ust Gawronika, który chcąc zdyskredytować Macieja B. przyniósł do sądu sprzęt fotograficzny, oświadczając, że dostał go z muzeum, od kustosza. – Aparat na mikrofilmy, w tamtym okresie, był znacznie większy – przekonywał Aleksander Gawronik kładąc aparat na stole sędziowskim. Następnie podszedł do okna, przez które Maciej B. zeznawał i pokazał również świadkowi.

 

Pan pokazuje niemiecki aparat, używany do rejestrowania wypadków drogowych. To nie jest aparat na mikrofilmy. Jarek miał znacznie mniejszy sprzęt u siebie w mieszkaniu – zareagował „Baryła”. Okazało się, że gangster był właścicielem takiego sprzętu (przeniesionego na salę przez oskarżonego) w latach 90. i dodał, że w komplecie była do tego jeszcze kreda, gdyby wypadek był śmiertelny i lampa błyskowa na siedem zdjęć. Drugim powodem do sporu były zeznania B. na temat jego wyprawy i ochroniarzy Elektromisu do Świecka. Miała to być przysługa dla właściciela kantorów. – Pojechaliśmy do Świecka, aby wytłumaczyć komuś, żeby zwinął interes w kiosku obok kantoru Gawronika. Cała akcja trwała około 10 minut. (…) Wtedy poklepał mnie (Gawronik) po twarzy dodając: takich chłopaków nam potrzeba. Młody na razie jest od czarnej roboty, a potem będzie od brudnej. Oskarżony spytał sarkastycznie, w jaki sposób wjechali do strefy. I dodał: Normalnie trzeba było mieć paszporty.

 

Baryła natychmiast zripostował.

 

– My byliśmy z Romanem K. (pseudonim Kapela, to były antyterrorysta, który zginął wkrótce po śmierci Ziętary w dziwnych okolicznościach). Dopytany czy był w mundurze, Maciej B. odpowiedział: nie, ale on wszędzie wszystko załatwił. Poza tym Gawronik miał tam (na przejściu) swoich ludzi. W kantorach pracowały rodziny pograniczników.  – Może chce pan jeszcze powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądało przejście graniczne? Granicę z Niemcami przekraczałem wiele razy, drogi panie. Wiem, gdzie był pana kantor i gdzie stał konkurencyjny dla pana kiosk – Kolejny spór dotyczył też tablic rejestracyjnych samochodu, który należał do oskarżonego. Książka „Aleksander Gawronik spór o miliardy” autorstwa Rafała Węgierkiewicza została również okazana sądowi. Ma stanowić potwierdzenie, jakie samochody miał w tamtym czasie oskarżony i jak wyglądały tablice rejestracyjne.

 

Biegły sądowy

 

Macieja B. od 9 czerwca 2019 roku obserwuje biegły sądowy, który ma ocenić czy zeznania Baryły, , spełniają „psychologiczne kryteria wiarygodności”. W 2019 roku stwierdził przed sądem: Świadkowi może się wydawać, że podając więcej szczegółów, okoliczności zdarzeń, które miały miejsce 20 lat temu, będzie bardziej wiarygodny. Świadek bardzo często, na różnych etapach, zmieniał swoje twierdzenia, bardzo trudno jest wskazać, które fragmenty są prawdziwe, a które odbiegają od rzeczywistości. To wymaga bardzo dużej weryfikacji, w tym innymi dowodami. Zeznania świadka, wyniki badań i to, co widziałem na sali rozpraw, skłoniło mnie do sformułowania wniosku, że są wątpliwości co do prawdziwości zeznań świadka i wymagają one weryfikacji.

 

Wówczas, w czerwcu 2019 roku, na tak sformułowane osądy zareagowała prokurator Elżbieta Potoczek-Bara pytając biegłego, czy ten zapoznał się z całością materiału dowodowego. Na co mężczyzna odpowiedział, że nie, ale w jego opinii wystarczająco, bo pracował nad tym co mu przekazał sąd.

 

W mojej praktyce, ponad 20-letniej, po raz pierwszy spotykam się z psychologiem, który nie widzi potrzeby zapoznania się ze wszystkimi zeznaniami świadków.” Skonkludowała prokurator. Dopytywała się też, czy użyte metody przez biegłego są wystandaryzowane. Okazało się, że nie wszystkie, ale żadna nie jest też zakazana, a krytykowaną przez specjalistów metodę mężczyzna używał tylko pomocniczo do porządkowania materiału badawczego. Prokurator spytała również o doświadczenie biegłego w sprawach karnych. Psycholog odpowiedział, że biegłym jest od 2006 roku, opiniował w sprawach karnych dotyczących dzieci i młodzieży, a pełna dokumentacja jego kompetencji jest w posiadaniu poznańskiego sądu.

 

Od czasu tamtej rozprawy biegły sądowy Marcin Siedlecki uczestniczył w każdej kolejnej, w której zeznawał Maciej B. W piątek, po zakończeniu odtwarzanych nagrań zapytał świadka dlaczego zgodził się wtedy zeznawać będąc, jak to sam Baryła określił, na skraju wyczerpania psychicznego. Świadek wytłumaczył, że był daleko od domu i chciał jak najszybciej mieć to za sobą. Dodał również, że prokurator wiedział, że się źle czułem, miał też informacje od służby więziennej. Czy był pan świadom co pan mówił?

 

Pamiętam to szczępowo. Biegły spytał o leki, które wtedy przyjmował gangster.

 

W tamtym czasie służba zdrowia więzienna nie podawała nazw leków. Mówili, że to na zdrowie. W czasie wizji widać, że lepiej się wysławiam, nie popadam w dygresje. Cały czas brałem leki.

 

Maciej B. jednak podtrzymał nagrane zeznania, jedynie uściślając je odpowiadając na zadane pytania przez sędziów, prokuratora, oskarżonego i obrońcę. Trudno też nie zauważyć postawy samego biegłego psychologa. Mianowicie podczas rozprawy w czerwcu 2019 roku i ostatniej, biegły ostro, żeby nie powiedzieć obcesowo, zwracał się zarówno do prokurator jak i świadka. W sprawie wiarygodności Macieja B. przed sądem wypowiedziało się wcześniej dwóch innych biegłych, którzy stwierdzili, że zeznania Baryły były logicznie spójne, a świadek potrafił oddzielić informacje zasłyszane od własnych, a także, że słowa Macieja B. spełniają psychologiczne kryteria wiarygodności.

 

Wnioski oskarżenia i oskarżonego

 

Prokurator Piotr Kosmaty wystąpił do sądu o powołanie jeszcze dwóch świadków. Pierwszym ma być red. Marek Król, w latach 90. szef tygodnika Wprost, którego redakcja mieściła się w Poznaniu od momentu powstania do 2000 roku. Powodem jest wypowiedź  Marka Króla na łamach Głosu Wielkopolskiego. Z artykułu wynika, że Mariusz Ś. oraz Aleksander Gawronik znali się dobrze już na początku lat 90, a czemu obaj konsekwentnie zaprzeczają. Aleksander Gawronik miał przekazywać groźby red. Markowi Królowi, autorstwa Mariusza Ś. Obaj wymienieni mieli się też pojawić razem w domu redaktora Wprostu w 1994 roku. Jak stwierdził prokurator Kosmaty, to „ekstremalnie ważne informacje dla procesu”.

 

Drugi nowy świadek to Zdzisław K., o którym również doniosła lokalna prasa w 2020 roku. Jest to wychowanek tego samego Domu Dziecka, w którym dorastał Mariusz Ś. Razem też siedzieli w więzieniu, a następnie współpracowali. Według mediów K. w 1991 roku był pacjentem szpitala psychiatrycznego w Kościanie i tam miał go odwiedzić Jarosław Ziętara. K. miał złożyć też wniosek o przesłuchanie do poznańskiego sądu jednak jak dotąd nikt go nie wezwał. Prokurator Piotr Kosmaty złożył wniosek o przeprowadzenie dowodu z zeznań osoby, która w prasie przedstawia się jako Zdzisław K. Oba wnioski prokuratury zostały przyjęte.

 

Oskarżony zgłosił też wniosek o przesłuchanie dwóch policjantów, by zweryfikować jeden z wątków zeznań Macieja B. dotyczący zastraszania świadka w czasie jego pobytu w więzieniu. Aleksander Gawronik zapowiedział też, że na kolejnej rozprawie chciałby złożyć oświadczenie, które będzie trwało, wraz z notowaniem, dwie i pół godziny.

 

Kolejna rozprawa na początku marca.

 


Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. Dwa poznańskie śledztwa nie przyniosły rozwiązania sprawy 24-latka. Przełom nastąpił, gdy po wielu latach sprawa trafiła do krakowskiej prokuratury. W 2014 roku zatrzymano Aleksandra Gawronika, byłego senatora, a także dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis: Rybę i Lalę.

 

tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznania b. szefa delegatury UOP w Poznaniu w tzw. procesie ochroniarzy

Pomimo pandemii przed Sądem Okręgowym w Poznaniu nadal trwają rozprawy w tzw. procesie ochroniarzy  dot. zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary (został zamordowany w 1992 r).   W listopadzie wyznaczono dwa terminy posiedzeń, z których jeden jednak został odwołany, a z kolei we wtorek, 17 XI z trzech wezwanych świadków dwóch się nie stawiło. Tego dnia mieli zeznawać Krzysztof W., pseudonim Kanada oraz dziennikarz Piotr N., opisujący, w latach 90., działalność holdingu Elektromis. Do Sądu Okręgowego w Poznaniu przybył jedynie Maciej U., były szef poznańskiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa, który swoje stanowisko objął 1 czerwca 1992 roku, a więc trzy miesiące przed uprowadzeniem dziennikarza Gazety Poznańskiej.

 

Proces ochroniarzy toczy się od stycznia 2019 roku i dotyczy uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarża się dwóch ochroniarzy w firmie Elektromis, należącej do Mariusza Ś.: Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” . Mężczyźni, według prokuratury, przebrani za policjantów, mieli 1. września 1992 roku, porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. Oskarżeni nie przyznają się do winy. Proces obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, który reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Maciej U., to były szef Urzędu Ochrony Państwa w Poznaniu, obecnie na emeryturze. Był jednym z ostatnich solidarnościowych szefów delegatur UOP. W przeszłości pracownik naukowy Akademii Rolniczej i założyciel KPN w Poznaniu. Do urzędu trafił za czasów ministra Antoniego Macierewicza. To ważny świadek bowiem Jarosław Ziętara pomimo bardzo młodego wieku i krótkiego stażu w zawodzie niewątpliwie miał kontakt z służbami specjalnymi. Świadczą o tym choćby zeznania Macieja B. pseudonim Baryła, który opowiedział o znalezionych w mieszkaniu dziennikarza mikrofilmach i specjalnym aparacie fotograficznym.

 

Jednak Maciej U. na pytanie sądu na temat sprawy odpowiedział:

 

Zadzwonił wówczas do mnie redaktor Jerzy Nowakowski z „Gazety Poznańskiej”, że jest u niego ojciec Jarka Ziętary, Edmund, który mówi o jakiś telefonach z UOP do syna. Pojechałem do redakcji na rozmowę. Po powrocie do siedziby poznańskiej delegatury poprosiłem o informację piony: kadrowy i operacyjny czy Jarek był w ich zainteresowaniach. Takich zainteresowań ze strony delegatury nie było. Przyjąłem tą informację do wiadomości i już dalej nie dociekałem.

 

Reasumując Maciej U. nie miał wiedzy czy jakiekolwiek czynności wobec Jarosława Ziętary prowadził UOP oraz nie pamiętał czy o takie informacje zwracała się do urzędu Policja. Świadek wyjaśnił również, że z Jerzym Nowakowskim chodzili do jednej klasy w liceum i utrzymują serdeczne kontakty do dziś. Nie chciał też spekulować czy pojechałby do redakcji gdyby o to poprosił ktoś inny. Nie wydał również polecenia, by przeszukać biurko służbowe Ziętary. W toku dalszych zeznań Maciej U. nie wykluczył, że UOP mógł prowadzić jakieś działania związane z Ziętarą, ale on nie musiał o tym wiedzieć. Dopiero z doniesień medialnych dowiedział się, że dziennikarz otrzymał jednak ofertę z Zarządu Wywiadu. Podtrzymał swoje stanowisko, że on nie wiedział o tym gdyż Zarząd Wywiadu był odrębną strukturą.

 

Sprawdziłem tylko to co dotyczyło Poznania, nie miałem uprawnień dotyczących innych delegatur.

 

Kolejną sprawą o która był pytany Maciej U. to wizyta w Poznaniu, w pierwszych dniach września 1992 roku, generała Gromosława Czempińskiego i związek tej wizyty ze zniknięciem Ziętary.

 

Nie wiedziałem, że pojawił się w Poznaniu w tej sprawie. I nie musiałem o tym wiedzieć. Wówczas obowiązywał regulamin delegatury UOP, że pion operacyjny nadzorował zastępca szefa delegatury. Mogło tak się zdarzyć, że gen. Czempiński mógł się kontaktować z osoba odpowiedzialną za pion operacyjny – odpowiedział Maciej U.

 

Dopowiedział również, że prawdopodobnie już w roku 1993, wprowadził zasadę jawnego kontaktowania się dziennikarzy z urzędem poprzez konferencje prasowe i rzecznika. Było to podyktowane koniecznością uregulowania przepływu informacji. U. zdawał sobie sprawę, że mogą być funkcjonariusze szczególnie z tak zwanego „białego wywiadu”, którzy kontaktowali się z prasą za jego plecami. Ostatnim wątkiem, który poruszono podczas wtorkowej rozprawy to osoba Jerzego U. Jerzy U. to główny świadek oskarżenia, były funkcjonariusz SB, którego zeznania przed Sądem Okręgowym w Poznaniu, utajniono. Jak donoszą poznańskie media miał on podjąć się obserwacji Ziętary, na podstawie tajnego zlecenia Elektromisu. Ponadto Jerzy U. miał być naocznym świadkiem porwania dziennikarza. Jednak tu warto uzupełnić, że oficjalnie Jerzy U. odszedł z UOP, ale – według informacji z Głosu Wielkopolskiego – pozostał on na etacie niejawnym aż do 1995 roku. Oznacza to, że pracował równocześnie dla Urzędu Ochrony Państwa i Elektromisu. Maciej U. tak opisał te zdarzenia:

 

– Jerzy U. odszedł z UOP na pewno przed 1 czerwca 1992 roku, czyli jeszcze przed moim przyjściem do poznańskiej delegatury. Potem się poznaliśmy, bo spotkał się ze mną i chciał wrócić do UOP. Wiem, że wcześniej odszedł z własnej inicjatywy, twierdził, że nie układały mu się relacje z poprzednim szefem delegatury. Po analizie jego służby i jego akt osobowych podjąłem decyzję o negatywnym zaopiniowaniu jego kandydatury. Pracował w pionie operacyjnym, a ten wymagał dopływu „świeżej krwi”. Wówczas kładziono nacisk na pozyskiwanie nowych funkcjonariuszy nie związanych z tzw. resortem, czyli MSW. Politykę taką wprowadził ówczesny szef pan prof. Jerzy Konieczny, już nieżyjący. Moja odmowna decyzja dla Jerzego U. nie było formalną odpowiedzią, bo on ustnie prosił o powrót do UOP. Zresztą o przyjęciu kogokolwiek decydowałaby centrala w Warszawie. Było więcej takich pracowników.

 

Tekst i zdjęcia Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Świadek incognito: Dziennikarz został „skwasowany”

Jarosław Ziętara został zamordowany przez dwie osoby, przywiezione do Polski w celu pozbycia się go. Został ugodzony szpikulcem w klatkę piersiową i nastąpił zgon. Z tego co się orientuję, Jarosława Ziętarę, przywieziono spod domu. Na początku był torturowany. Najpierw był pobity. Folię rozłożono na ziemi, w celu zatarcia śladów. To były magazyny Elektromisu. – tak na wstępne pytanie sędziego dotyczące stanu wiedzy zeznającego na temat sprawy Ziętary, odpowiedział świadek incognito podczas rozprawy 21 października b.r.  W poznańskim Sądzie Okręgowym trwa tak zwany „proces ochroniarzy”, w którym oskarża się Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy 1 września 1992 roku, przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje proces od lutego 2019 roku.

 

W środę, 21 października zeznawał tylko jeden świadek, o statusie świadka incognito. Mężczyzna, ubrany w biały kombinezon z kapturem i zasłoniętą czarną chustką twarzą, znajdował się poza salą sądową. Jego tożsamość potwierdził towarzyszący mu funkcjonariusz CBŚ, który potem miał opuścić pomieszczenie. Zeznania odbyły się w formie wideokonferencji, a świadek odpowiadał na pytania przez telefon. Wszystkie te środki ostrożności zostały podjęte, by nikt nie mógł rozpoznać ani wyglądu ani głosu składającego zeznania.

 

Świadek uchylił się od odpowiedzi na pytanie o wiek i zawód oraz skąd ma wiedzę o losie dziennikarza. Jednak zeznał, że przebieg wydarzeń zna ze słyszenia, ale uchylił się od odpowiedzi czy w ogóle z kimś o tym rozmawiał. Uchylił się także od odpowiedzi na temat okoliczności znajomości z Maciejem B. Swoje zeznania złożył w 2017 roku i w środę 21 października, przed Sądem Okręgowym w Poznaniu wszystko podtrzymał.

 

Co zeznał świadek incognito

 

W uprowadzeniu uczestniczyły osoby przebrane w mundury policyjne. Cała akcja odbyła się na zlecenie Aleksandra G. Ziętara miał otrzymać ofertę finansową, by odstąpił od pisania artykułów. Propozycji dziennikarz nie przyjął, bo – według świadka – była dla niego niezadowalająca. Oferentem miał być Aleksander G. Potwierdził, że przed uprowadzeniem odbyło się przeszukanie mieszkania dziennikarza, w którym uczestniczył Maciej B. Potwierdził też zabranie z mieszkania klisz fotograficznych, które to przekazano Aleksandrowi G. Świadek stwierdził również, że B. brał udział w porwaniu jednak jego rola miała się skończyć na wepchnięciu Jarosława Ziętary do samochodu. Jednak sam Baryła, który zeznawał w tej sprawie wiele razy w ciągu ostatnich lat nigdy nie wspomniał, by sam miał brać udział w zbrodni. Spod domu Jarosława Ziętarę zawieziono do magazynów Mariusza Ś. „Wiem, że był wożony więcej niż w jedno miejsce.” Oprawcami byli „żylaści mężczyźni, nie robili tego pierwszy raz”. Przy maltretowaniu dziennikarza obecny był Aleksander G. Po zamordowaniu Ziętara został „skwasowany”, a czaszkę zatopiono w jeziorze Kierskim. Baryła – według świadka – jest bardzo emocjonalny, podczas rozmów z nim świadek widział w oczach Macieja B. łzy i niejednokrotnie gęsią skórkę. W samym porwaniu brali udział ochroniarze o pseudonimach: Ryba, Lala i Kapela. „Ten ostatni nie wytrzymał potem napięcia i został zabity. Baryła opowiadał, że chciał ostrzec Kapelę, ale nie zdążył. Kojarzę też z tej sprawy Lalę”. Dopytywany o nazwiska ochroniarzy Ryba i Lala, nie potrafił powiedzieć. Świadek zeznał również o „groźbach w formie znaków”, jakie miał otrzymywać Maciej B. od gangstera o pseudonimie Makowiec.

 

Świadek incognito zeznał również, że Maciej B. opowiadał o licznych tragicznych zdarzeniach, które dotyczyły znanych osób i miały potwierdzać się potem w mediach. I tak w tym kontekście padły nazwiska Jaroszewiczów (zamordowanych w tym samym czasie co uprowadzono Jarosława Ziętarę – w nocy z 31 na 1 września 1992 roku), o generałach służb, o współpracy Lecha Wałęsy z SB.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni poznański dziennikarz, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Nie odnaleziono do dziś ciała reportera, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Dwa śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra G., byłego senatora, twórcy pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Relacja obserwatora CMWP SDP z procesu

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się tak zwany „proces ochroniarzy” dotyczący uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Kolejna rozprawa odbyła się 13 października.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest od lutego 2019 r. obserwatorem tego procesu. CMWP SDP na rozprawach w sądzie reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W Poznaniu, w Sądzie Okręgowym, w październiku przewidziano dwie rozprawy. We wtorek 13., zeznawał tylko jeden świadek, Maciej B., który znany jest również pod pseudonimami: Baryła, Młody i Małolat. Obecnie odsiaduje on wyrok dożywocia w innej sprawie. Pomimo, że był to długi i żmudny dzień w sądzie, nie padły żadne – zdaniem obserwatora – przełomowe zeznania. Rozprawa stanowiła, dalszy ciąg przerwanych w lutym 2019, zeznań Macieja B. Odtworzono dwa nagrania – filmy – na których Baryła ujawnia swoją wiedzę na temat Jarosława Ziętary, przed krakowskim prokuratorem Piotrem Kosmatym. Obecny na sali prokurator Mirosław Kozioł, wnioskował by nagrania odtworzono od początku, jednak sąd postanowił rozpocząć projekcję od momentu gdzie w lutym 2019 r. została ona przerwana. W dalszym ciągu rozprawy odczytywano protokoły zeznań, Macieja B. złożone w czasie śledztwa, w prokuraturze i w sądzie od roku 2011. Główne tezy można podsumować następująco:

 

Jarosław Ziętara został zauważony przez ochronę holdingu Elektromis, że fotografuje teren i obiekty firmy. Jeden z ochroniarzy uderzył dziennikarza w ucho, w wyniku czego Ziętara miał mieć podbite oko i rozbito mu aparat fotograficzny. – Najpierw Jarek został przyłapany pod Elektromisem, jak robił zdjęcia. To było jesienią 1991 roku. Z opowieści kolegów wiem, że przyłapał go ochroniarz Bekon, który rozbił mu aparat i dał „w ucho”, Jarek miał chyba podbite oko. Potem, jak pod bramę przyjeżdżały jakieś samochody, mówiono, że trzeba dać znać klaksonem. Trzy razy trąbiono. Mówiło się, że Ziętara siedzi w krzakach i robi zdjęcia tirom przyjeżdżającym do Elektromisu.

 

Wiosną 1992 roku zastraszano Ziętarę w jego mieszkaniu, w Poznaniu na ul. Kolejowej. W tym zdarzeniu brał udział świadek wraz z nieżyjącym już Dariuszem L. pseudonim Lewy. Ziętarze zabrano mikrofilmy i aparat, którym je wykonywał oraz tradycyjne w tamtym czasie filmy i negatywy w rolkach.

 

Na tę robotę wiosną 1992 roku zabrał mnie mój kolega, ochroniarz Lewy z Elektromisu. Nie mówiłem o tym w pierwszych zeznaniach, bo wstydziłem się, że będę obsmarowany w mediach. Drzwi otworzyliśmy „z kopa”. To były stare drzwi, nie przywiązywaliśmy uwagi czy potem były zepsute. Lewy przytrzymał Ziętarę, może też Jarek lekko dostał w klatkę piersiową. Ja przeszukałem mieszkanie. Znalazłem dwa aparaty, w tym jeden na mikrofilmy. Jarek mówił, że mamy to zostawić, bo to sprzęt z UOP. Jeden aparat zniszczyliśmy, a drugi, ten na mikrofilmy, zabraliśmy.

 

Po tym zdarzeniu, tego samego roku, miało dojść do spotkania na terenie Elektromisu, kiedy to, w obecności pracowników Elektromisu oraz szefa firmy Mariusza Ś., Aleksander G. miał podżegać do zabicia Jarosława Ziętary. Baryła podtrzymuje, że widział i słyszał, wszystko co ustalano bowiem stał tuż obok grupy. Aleksander G. przyjechał do siedziby Elektromisu w towarzystwie dwóch Rosjan, według świadka bardzo elegancko ubranych, w świecących, wypastowanych butach, wysiadających z luksusowego samochodu. Mimo upału mieli być ubrani w długie skórzane kurtki, pod którymi ukrywali broń, tzw. tetetki (radzieckie pistolety Tokarievy). – Wiem jak wyglądają osiłki. Ci według mnie to byli żołnierze, może pracownicy KGB. Bezwzględni, do dziś jak o nich mówię mam gęsią skórkę. (…)Twarz szczupła, owalna bardzo mocno wysadzone policzki. Oczy martwe, głęboko osadzone, było w nich widać zło. Ta twarz zostanie już w mojej głowie do końca.

 

1 września 1992 roku Jarosław Ziętara, według prokuratury, został uprowadzony i zamordowany. Maciej B. samego porwania nie widział, nie był też świadkiem przetrzymywania i zamordowania dziennikarza. Od nieżyjącego już Lewego wie, że w zbrodnię zaangażowanych było siedem osób. Pięcioro to ludzie związani z Elektromisem: oskarżeni Ryba i Lala, nieżyjący ochroniarze Lewy i Kapela (Dariusz L. Roman K.) oraz Marek Z. Na miejscu porwania mieli być także dwaj Rosjanie związani z Aleksandrem G.

 

Słyszałem, że tyle osób tam było, ale tego nie widziałem. Nie widziałem też samego zabójstwa, ale pokazywano mi potem ludzkie kości mówiąc, że to szczątki Ziętary.

 

Dopytywany o szczątki zamordowanego dziennikarza, a także o rzekomą propozycję finansową dla Ziętary, Baryła zeznał:

 

– Nie wydaje mi się by taką propozycję mu złożyli. Może chcieli, żebym ja o nim tak myślał, a może chodziło o ochronę interesów. (…) Szczątki pokazywano mi we wrześniu, ale nie pamiętam jaki to był dzień. Może chodziło żeby mnie przestraszyć.

 

We wtorek, Maciej B. podtrzymał swoje zeznania, te które składał przed prokuratorem Piotrem Kosmatym. Warto jednak przypomnieć, że kilka lat temu wycofał się z tych zeznań, twierdząc, że to dlatego bo oszukał go prokurator. Chodziło o prezydencki akt łaski, na który liczył Maciej B.

 

– Obiecano mi złote góry. Nie zrobiono nic, żadnej pomocy i jeszcze osadzono mnie w najcięższym więzieniu w kraju.

 

Podczas rozprawy kilkakrotnie twierdził, że był zastraszany w więzieniu. Grożono, że skrzywdzona zostanie córka, a matce wrzucą granat.

 

– Teraz mi z rodziny poumierały najważniejsze osoby i nie mam się czego bać.

 

Sam świadek wydawał się tego dnia osowiały i przygaszony. Po godzinie 14. 00 zeznania Macieja B. Przerwano, będą one kontynuowane w późniejszym terminie.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary

Po przerwie spowodowanej pandemią w Sądzie Okręgowym w Poznaniu  wznowiono tzw. „proces ochroniarzy” w sprawie o pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Proces trwa od stycznia 2019 roku. Oskarżeni to Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, prokuratura zarzuca im uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Na rozprawie 15-go września b.r. miało zeznawać 10 świadków. Zgłosiło się czworo. Wśród nieobecnych 6 świadków jedna osoba była usprawiedliwiona, a okazało się, że pozostali wezwani nie zostali skutecznie powiadomieni.

 

Jako pierwszy zeznawał były redaktor naczelny nieistniejącej obecnie Gazety Poznańskiej, Przemysław N. 70. letni dziennikarz zatrudnił Jarosława Ziętarę i to podczas jego kadencji doszło do tragicznych wydarzeń związanych ze zniknięciem i w konsekwencji śmiercią reportera. Na pytanie sędziego, co świadek wie o tej sprawie Przemysław N. odpowiedział: – Zatrudniłem młodego, inteligentnego dziennikarza, to się okazało już po kilku miesiącach jego pracy. 1. września miał przyjść do redakcji. Nie przyszedł. Niepokoiliśmy się bardzo tym wszyscy. Oficjalne poszukiwania rozpoczęliśmy po kilku dniach pisząc o tym na łamach gazety. Nawiązaliśmy kontakt z Policją i przez różne redakcyjne kontakty prosiliśmy o pomoc.

 

Ponadto świadek zeznał, że dziennikarz nigdy nie zgłosił mu, że zbiera materiały dotyczące Elektromisu. I że publikacje na ten temat, autorstwa Ziętary, nie powstały na łamach Gazety Poznańskiej. Uzupełnił też, że to on zlecił reporterowi temat bazy PKS w Śremie, gdzie w dziwnych okolicznościach zginął księgowy. W tym materiale Ziętara odsłaniał kulisy prywatyzacji olbrzymiej bazy transportowej w Śremie. Dopytywany przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętarę, brata Jarka, N. uzupełniał: Nie zauważyłem nigdy śladów pobicia dziennikarza.(…) Nigdy nie zgłaszał, że ma jakieś problemy, że ktoś go straszy, czy odwiedza w domu.(…) Nie mam wiedzy o przeszukiwaniu biurka Ziętary. Redakcja była wtedy w totalnym remoncie. Nie było też takich restrykcji jak obecnie. Instytucje były otwarte. Nie sądzę by Policja weszła i nie poinformowano mnie o tym. (…) Nie wiem czy Ziętara gdzieś jeszcze pracował. (…) Fakty o kontaktach Ziętary z UOP znam, ale wyłącznie z mediów. W tamtym czasie się o tym nie mówiło.(…) Przed 2014 rokiem nie byłem rozpytywany o tą sprawę.

 

Z wtorkowych zeznań Przemysława N. wynika również, że w redakcji nie było możliwości pisania o przekrętach Elektromisu, a także o Mariuszu Ś., twórcy holdingu. Jeden z artykułów miał zablokować współwłaściciel gazety Michał S., dobry znajomy szefa Elektromisu. N. opowiedział o jeszcze jednym zdarzeniu świadczącym o wpływach Mariusza Ś. w Gazecie Poznańskiej, którą przejął na początku lat 90. znany tenisista Wojciech F. – Wojciech F. osobiście przedstawił mi wtedy [chodzi o spotkanie] szefa Elektromisu jako nowego wydawcę Gazety Poznańskiej. Byłem tym oburzony, zadzwoniłem potem do dwóch polityków. Więcej już nie poruszano przy mnie tego tematu. Zaczęliśmy tworzyć własne wydawnictwo. W redakcji był jednak nacisk, by o szefie Elektromisu w ogóle nie pisać.

 

W swoich zeznaniach Przemysław N. odniósł się także do znajomości Aleksandra Gawronika z szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Przypomnijmy, że oskarżonym w sprawie Ziętary jest również Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa Ziętary. Miał to zrobić na terenie Elektromisu, w towarzystwie Mariusza Ś. Jednak Ś. występuje wyłącznie w charakterze świadka w tej sprawie, gdyż nie usłyszał żadnych zarzutów.- Aleksander Gawronik nie był biznesmenem tej „klasy”, co Mariusz Ś., który robił wtedy wielkie interesy. Aleksander Gawronik nie był władny wydawać poleceń pracownikom Ś. Po tych słowach, sprzeciwiła się adwokat oskarżonych Agata Michalska – Olek, wskazując, że świadek opisuje swoje oceny.

 

Przemysław N. z Gazetą Poznańską związany był już w latach 1973-1974, pracował wtedy jako tak zwany wolny strzelec, nie było dla niego wtedy etatu. Najczęściej jako redaktor redakcji nocnej pisząc sprawozdania sądowe. Współpracował także z Milicją Obywatelską w kwestii opisywania ciekawszych spraw. Swoją współpracę z Gazetą Poznańską zakończył nieformalnie, z chwilą ogłoszenia stanu wojennego, gdyż nie wpuszczono go już do redakcji. Od tego momentu do 1989 r. prowadził zakład krawiecki. W latach 90 wrócił do zawodu.

 

Kolejny przesłuchiwany świadek to Artur Ł., 50. letni kierowca mechanik, w 1992 roku zatrudniony jako kierowca redakcyjny. – Rano [1 września 1992 roku] miałem jechać w teren z Jarkiem. Pamiętam, że tamtego dnia rano pojawiłem się w redakcji. Stamtąd mieliśmy jechać razem z Jarkiem Ziętarą. Jednak około godziny 8 rano dostałem informację od sekretarki, że wyjazd jest odwołany. Przyczyny mi nie podano. Tego dnia nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem do dyspozycji redakcji. Po południu polecono mi pojechać na Kolejową, by sprawdzić, dlaczego Jarek nie pojawił się tego dnia w redakcji. Zapukałem, ale nikt nie otworzył drzwi – zeznał Artur Ł.

 

Z zeznań Artura Ł. wynika, że w tygodniu były wyjazdy z dziennikarzami do ościennych gmin, gdzie rzadko docierali dziennikarze. Nie wszyscy chcieli jeździć w teren dlatego wysyłano tam najmłodszych. W redakcyjnym samochodzie jechały cztery osoby: dwóch dziennikarzy, jeden fotoreporter i kierowca. Artur Ł. potwierdził, że w samochodzie nikt nie rozmawiał o tym czym się zajmuje, chroniąc swoje ustalenia. Nawet gdy jechał sam z Jarkiem rozmawiali na tematy nie związane z pracą. W dniu zaginięcia miał go odebrać z redakcji. Bywało też, że podjeżdżał po niego do domu. Wtorki i czwartki wyjeżdżali z dziennikarzami, a poniedziałki, środy i piątki były przeznaczone na załatwianie spraw administracyjnych. Ponadto świadek zeznał, że widywał w 1992 roku w redakcji Aleksandra Gawronika w towarzystwie Leszka Ł. zastępcy redaktora naczelnego. I jak dodał „ zresztą wiadomo było, że sekretarką Mariusza Ś. była żona Ł.” Wizyty pokrywały się w czasie z turniejami tenisowymi organizowanymi w Poznaniu.

 

Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji Gazety Poznańskiej mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i uprowadzić dziennikarza idącego w stronę redakcji.

 

Edward K. to trzeci świadek zeznający podczas wtorkowej rozprawy. Dziś to emerytowany policjant. Wcześniej był milicjantem a na początku lat 90. kierował sekcją zajmującą się przestępstwami gospodarczymi. W tym samym czasie poznał Ziętarę. Na emeryturę przeszedł kilkanaście lat temu w randze wiceszefa poznańskiej policji.

 

Ziętara przychodził do szefa sekcji ds. PG i miał na to zgodę komendanta, o której świadek również został poinformowany telefonicznie. Policjant nie potrafił odpowiedzieć, o jakie konkretnie podmioty gospodarcze dziennikarz wtedy pytał. Dodał też, że podczas spotkań Ziętara nigdy nie wyglądał na zdenerwowanego czy poturbowanego. Wiem, że chodził nie tylko do nas, ale także do UOP. Sam mi o tym mówił, ale nie wiem, kogo tam odwiedzał. Pamiętam, że na pewno interesował się sprawą gnieźnieńską , która dotyczyła przyjmowania korzyści majątkowych i malwersacji finansowych przez ówczesnych prominentnych działaczy partyjnych – zeznał emerytowany policjant.

 

Warto uzupełnić, że K. pod koniec lat 90. wszedł w skład grupy śledczej, która wyjaśniała sprawę Jarka. Świadek potwierdził, że wówczas nie wiązano zaginięcia Ziętary z Elektromisem. Nic nie wiedział o czynnościach wykonywanych w miejscu pracy dziennikarz.. W odczuciu świadka czynności zaraz po zaginięciu były źle przeprowadzone. Nie przeprowadzono dobrze oględzin mieszkania oraz wywiadu wśród sąsiadów. Na pytanie dlaczego nie wszczęto sprawy o zabójstwo, odpowiedział: nie wiem, przyjmowano, że mógł wyjechać.

 

Ostatnia zeznawała Elżbieta D. – N., dziennikarka, autorka artykułu, który ukazał się już miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary i wskazywał, że zarówno ludzie Elektromisu i sam Aleksander Gawronik mogą stać za tą sprawą.

 

Jarka znałam słabo, wcześniej krótko pracował w poznańskim oddziale Gazety Wyborczej. Nie byliśmy dobrymi znajomymi, ale wydaje mi się, że interesowały go afery gospodarcze, na pewno sprawa Elektromisu. Zajmował się tym, co dzisiaj nazywa się dziennikarstwem śledczym. Po jego zaginięciu opisywałam sprawę, rozmawiałam z jego znajomymi. Nie pamiętam już kto powiedział, że zajmował się Gawronikiem i Elektromisem, na pewno tego nie zmyśliłam. W moim tekście z października 1992 roku opisałam różne wersje, w tym wątek partii KPN. Ludzie z KPN-u się odezwali po publikacji i protestowali. Natomiast ani Gawronik, ani Elektromis się nie odzywali, nie przysłali żadnego sprostowania– zeznała Elżbieta D.-N.

 

Następna rozprawę wyznaczono na 12 października b.r.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska