Protest CMWP SDP przeciwko kolejnemu przesunięciu premiery filmu “Stan zagrożenia” Ewy Stankiewicz w TVP

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko kolejnemu odwołaniu  premiery telewizyjnej filmu dokumentalnego red.  Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia” poświęconego katastrofie smoleńskiej i apeluje o jego emisję.  Film miał być wyemitowany  w TVP 1 10 kwietnia wieczorem, w 11. rocznicę katastrofy smoleńskiej, zamiast niego dzień przed emisją  TVP zapowiedziała  pokaz filmowej relacji z wyników badań sejmowej Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

 

Reżyserka filmu, red. Ewa Stankiewicz nie została poinformowana o zmianie daty premiery filmu, dowiedziała się o tym z komunikatu w mediach. TVP zapowiedziała  jednocześnie emisję filmu “Stan zagrożenia” na 18 kwietnia b.r.,  jest to już szósta data emisji tego filmu .

 

TVP w komunikacie tłumaczy, że „jako nadawca publiczny, w sprawie tak ważnej jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej czuje się zobowiązana w pierwszej kolejności publikować materiały autoryzowane przez instytucje państwowe, w drugiej zaś – o charakterze dziennikarskim i publicystycznym”.

 

„Stan zagrożenia” miał zostać pokazany w TVP1 już 20 stycznia, ale jego emisja została w ostatniej chwili odwołana. Telewizja tłumaczyła to zastrzeżeniami „natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Red. Ewa Stankiewicz  nie zgadzała się z tymi zarzutami. Wyrazy solidarności z autorką dokumentu oraz apel do Telewizji Polskiej o jak najszybsze pokazanie filmu wystosowało wówczas Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

TVN zapowiada rezygnację z umów śmieciowych. CMWP SDP apelowało w tej sprawie 3 marca br.

CMWP SDP z nadzieją i satysfakcją przyjmuje deklarację Telewizji TVN  o likwidacji umów śmieciowych  w stacji do końca czerwca br. Deklaracja taka została złożona na łamach portalu Wirtualnemedia.pl  26 marca br. Portal poinformował, że TVN Grupa Discovery  oświadczyła, iż  kilkuset pracowników TVN24 otrzyma umowy o pracę. W ich obronie apelowało CMWP SDP.  

 

3 marca br. CMWP SDP wystosowało publiczny apel o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej.   W opublikowanym stanowisku CMWP SDP podkreśliło, iż ze względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo, zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.

 

26 marca br. portal Wirtulanemedia.pl poinformował, iż podczas spotkań z poszczególnymi zespołami TVN24 na platformie komunikacyjnej Zoom (nie podano daty tych spotkań) TVN Grupa Discovery  przekazała pracownikom wiadomość, że ich dotychczasowe umowy (w dużej części umowy o dzieło, zlecenia lub B2B z osobami prowadzącymi jednoosobowe działalności gospodarcze) zostaną zmienione na umowy o pracę. Większość tych osób ma od kwietnia indywidualnie renegocjować warunki zatrudnienia ze swoimi szefami. Proces zmian warunków zatrudnienia w Grupie ma potrwać od kwietnia do końca czerwca.

 

Portal Wirtulanemedia.pl  cytuje  biuro prasowe spółki :  Jak większość firm medialnych część zadań realizujemy przy pomocy zasobów zewnętrznych. To się nie zmieni, gdyż jest uzasadnione charakterem i specyfiką produkcji telewizyjnej oraz potrzebne w naszym biznesie i w branży, którą reprezentujemy – czytamy w odpowiedzi. – Jednocześnie dążymy do stworzenia wszystkim osobom w naszej firmie najlepszych warunków do rozwoju i współpracy. Dlatego od momentu połączenia sił Discovery i TVN konsekwentnie weryfikujemy podstawy pracy i współpracy stosowane w naszej firmie. W rezultacie, w ciągu ostatnich kilku lat umowy o pracę otrzymało około 400 osób – stwierdza spółka. Zaznacza, że w tym roku, “kontynuuje ten proces”. – Oznacza to, że planujemy zaoferować umowy o pracę kilkuset osobom. O tym, komu je zaproponujemy zdecyduje stale prowadzona analiza sposobu pracy poszczególnych zespołów i osób oraz przyszłe potrzeby biznesowe firmy – dowiedział się portal Wirtualnemedia.pl.

 

CMWP SDP zaapelowało o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej  już 3 marca b.r. , po tym jak w mediach społecznościowych opublikował wpisy na ten  temat były operator stacji Kamil Rożalski  oraz grupa anonimowych pracowników TVN , która rozesłała do ponad 140 podmiotów list otwarty na ten temat.  W publicznym stanowisku CMWP SDP oświadczyło, iż względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.  

 

Więcej na ten temat TUTAJ.

 

Stanowisko CMWP SDP z 3 marca 2021 TUTAJ.

 

Fot. Wikipedia

Miasto Sopot przeciw TVP3 Gdańsk. Kolejna rozprawa

23 marca 2021 r. w Wydziale Cywilnym w Sądzie Okręgowym w Gdańsku odbyła się kolejna już rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Jakubowi Świderskiemu, dziennikarzowi TVP3 Gdańsk. Osoby te zostały pozwane przez Gminę Miasta Sopot. Przedmiotem sporu są wyemitowane w TVP3 Gdańsk materiały informacyjne autorstwa Jakuba Świderskiego, w których ukazane są etapy renowacji i zagospodarowywania dworca kolejowego w Sopocie wraz z terenami do niego przyległymi. Gmina Sopot pozwała również te same osoby za przedstawienie przez TVP3 Gdańsk, jak twierdzi, nieprawdziwych informacji dotyczących wypadków na sopockich kąpieliskach oraz popadającego w ruinę byłego szpitala na Stawowiu (historyczna dzielnica Sopotu), mieszczącego się w zabytkowym zespole parkowo-pałacowym, do niedawna najpiękniejszym w Sopocie.

 

W październiku 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, gdyż zachodzi zagrożenie naruszenia praw red. Joanny Strzemiecznej – Rozen i  red.  Jakuba Świderskiego w zakresie wolności słowa i prasy. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy toczący się proces sądowy obserwuje red. Maria Giedz.

 

Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę stawiła się pełnomocnik Gminy Miasta Sopot mec. Monika Nowińska-Retkowska. Stronę pozwanych reprezentował mec. Wenanty Plichta. Stawił się też pozwany Jakub Świderski. Na rozprawie nie było pozwanej Joanny Strzemiecznej – Rozen. Nie pojawił się też świadek Andrzej Olszewski.

 

Pełnomocnik Gminy Miasta Sopot zgłosiła zastrzeżenie co do zaproponowanej przez Sąd formy przesłuchiwania świadków. W 2020 r. został wprowadzony zapis w Kodeksie Prawa Cywilnego, zezwalający świadkom na składanie zeznań w formie pisemnej, jeżeli sąd tak postanowi (art. 271). Sędzia Kowalski zezwolił na taką formę. Jednak mec. Monika Nowińska-Retkowska uważa, że przesłuchania winny odbywać się w formie bezpośredniej. Dotyczy to głównie świadków strony powodowej, czyli miasta Sopot. Jakub Świderski również przyłączył się do tego zastrzeżenie – wolałbym, aby świadkowie byli przesłuchiwani bezpośrednio – powiedział podczas rozprawy.

 

Jeden ze świadków – Jarosław Sulewski – złożył już pisemne zeznania, które dołączono do akt.  Ponieważ zdaniem pozwanego z tych zeznań nic nie wynika, Sędzia Kowalski zaproponował Świderskiemu, jeśli uzna, że zeznania są niekompletne, na złożenie pisemnej prośby o uzupełnienie zeznań. Jednocześnie sędzia poinformował strony, że wezwanie na rozprawę nie dotarło do świadka Andrzeja Olszewskiego i zobowiązał pozwanego Świderskiego do ustalenia adresu domowego świadka, ewentualnie adresu mailowego, tak, aby wezwanie na przesłuchanie mogło być doręczone. Jednocześnie sędzia Kowalski stwierdził, że godzi się na możliwość przesłuchania świadka w formie elektronicznej, o ile zechce on w ten sposób zeznawać.

 

Sąd odroczył posiedzenie bez podania terminu. Zostanie on wyznaczony dopiero po ustaleniu miejsca zamieszkania świadka Andrzeja Olszewskiego.

 

 

Opracowanie i zdjęcia Maria Giedz

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zginął, bo był dziennikarzem

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy  – powiedział przyjaciel zamordowanego red. Jarosława Ziętary w tzw. procesie ochroniarzy. Kolejna rozprawa w tym procesie odbyła się 17 marca b.r.  Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Jego obserwatorem jest red. Aleksandra Tabaczyńska. 

 

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy. Śmierć Jarka należy wiązać z publikacjami, które jeszcze się nie ukazały oraz z wiedzą, której nie zdążył ujawnić. Taka teza wynika z racjonalnego myślenia. Tylko ktoś obawiający się ujawnienia groźnej dla niego wiedzy, zdecydowałby się na taki czyn.   To jedno z twierdzeń, które dobitnie wybrzmiało na sali sądowej w tzw. procesie ochroniarzy. Wypowiedział je w Sądzie Okręgowym w Poznaniu red. Piotr Talaga, bliski kolega, przyjaciel zamordowanego w 1992 roku Jarosława Ziętary. Rozprawa odbyła się w środę 17 marca 2021 roku. To jednak nie jedyna ważna myśl zwerbalizowana podczas środowych zeznań. Na pytanie o rolę Mariusza Ś., Maciej B. pseudonim Baryła wypowiedział takie słowa:

 

Na temat Ś. nie chcę rozmawiać. Ja już to powiedziałem na przesłuchaniu u sędzi Rucińskiej [chodzi o proces przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi]. Niech na ten temat mówią inni. Mówili, a potem się wystraszyli. Nawet jak dacie mi jakąś karę.

 

Wymieniony Mariusz Ś. to twórca holdingu Elektromis, a dwóm byłym ochroniarzom firmy: Mirosławowi R. pseudonim Ryba i Dariuszowi L. pseudonim Lala zarzuca się pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Zeznanie Baryły w tej kwestii jest o tyle istotne, że wciąż nie ma pewności czy ustalono wszystkich zleceniodawców tej zbrodni.

 

W środę, miało zeznawać, według wokandy, sześciu świadków, jednak ostatecznie przesłuchano trzech. Krzysztof Ł. i Piotr G. nie stawili się w sądzie, a dziennikarza Stanisława Ruska poproszono, ze względu na wydłużony czas przewidziany na poprzednich świadków, by jeszcze raz przybył do sądu i złożył zeznania w czerwcu.

 

Maciej B. pseudonim Baryła został przywieziony na salę rozpraw jak zawsze w kajdankach, których tym razem prawdopodobnie mu nie zdjęto. Zeznawał z osobnego pomieszczenia. Był dobrze widoczny przez oddzielającą szybę wraz z towarzyszącymi mu uzbrojonymi funkcjonariuszami. Podczas zeznań Baryły obecny był także jego pełnomocnik, a na sali dodatkowo dwóch policjantów.

 

Maciej B. od ponad 20 lat odbywa karę dożywotniego więzienia, skazany w innej sprawie. To bardzo ważny świadek, a ocena jego wiarygodności stanowi kluczową kwestię w procesie. Pytany o rolę Mariusza Ś. nie chciał nic mówić już po raz kolejny. Ś. jest jedynie świadkiem w sprawie, a to jego ochroniarze, z którymi dobrze znał się i współpracował Baryła, siedzą obecnie na ławie oskarżonych. Ponadto na terenie firmy należącej do Mariusz Ś. – według prokuratury – oraz w jego obecności doszło do podżegania przez Aleksandra Gawronika do zabicia dziennikarza. Baryła podtrzymał swoje zeznania, które obciążają oskarżonych. Przyznał również, że wiosną 1992 roku na zlecenie Elektromisu obserwował Ziętarę, aby go pobić. Obserwację robił m.in. z nieżyjącym już Rajmundem N. Jednak, jak się wyraził, pod kamienicą przy ulicy Kolejowej, w której mieszkał dziennikarz, nie mieli „dogodnej sytuacji”, żeby pobić reportera.  Dopytany przez prokuratora co rozumie przez słowa „dogodna sytuacja”, Baryła wyjaśnił: – Chodziło o to by nikt nie widział, a tam wystawał element pod sklepem. Nikt nie będzie biegał w kominiarce w biały dzień.

 

Ostatecznie weszli z nieżyjącym już także gangsterem Lewym (zginął w wypadku w listopadzie 1992 roku) do mieszkania Jarosława Ziętary i tam go pobili, zabrali filmy ze zdjęciami i zastraszyli. Chodziło o to, by dziennikarz przestał interesować się tematem Elektromisu. Po raz kolejny potwierdził zeznania o naradzie w Elektromisie, do której miało dojść na przełomie maja i czerwca 1992 roku. Znów wybrzmiały wyzwiska, którymi określano Jarosława Ziętarę: Żydek, Pismak, Szczurek. Gawronik miał także zastraszać zebranych generałami Ciastoniem i Płatkiem. Kontekst był taki, że to ludzie dawnych służb zainwestowali w interesy prowadzone przez poznańskich biznesmenów. Baryła potwierdził także, że widział na terenie holdingu: mundury i legitymacje policyjne, a także samochód imitujący radiowóz i czerwonego poloneza (pojazd wyglądający jak cywilny, który używała ówczesna policja). Do jednego z wozów zwabiono dziennikarza i uprowadzono. Podobno podczas porwania Jarosława Ziętary oskarżony Ryba i nieżyjący ochroniarz Kapela byli w swoich mundurach, mieli tylko zmienione dystynkcje. Baryła uznał też Rybę za prekursora „napadów na policjanta”.  W środę 17 marca br.,  kolejny raz potwierdził swoje zeznania, że Jarosław Ziętara przez dwa, trzy dni był bity, a następnie zabity przez Rosjan jakimś szpikulcem. Ciało zostało rozpuszczone w kwasie, a kości ukryte.

 

Drugim świadkiem przesłuchanym tego dnia przez sąd był Mirosław M. 43 letni politolog z wykształcenia, odbywał karę więzienia w związku z oskarżeniem o powoływanie się na wpływy. Przez miesiąc, w Gębarzewie, był w trzyosobowej celi razem z Baryłą. Odczytano dwa protokoły wcześniejszych zeznań M. z 2015 i 2017 roku. Choć były sprzeczne świadek podtrzymał oba zeznania. Stwierdził, że w sumie nie wie, jak było i nie chce nikomu zrobić krzywdy swoimi przemyśleniami. W 2015 roku zeznał:

 

Maciej mówił mi w celi, że co by się nie działo, nie da zrobić krzywdy Mariuszowi Ś. Może mu coś zawdzięczać. Bardzo źle wypowiadał się z kolei o Aleksandrze Gawroniku. Stwierdził, że szczątki Ziętary były ukryte w różnych miejscach. Niektóre w wodzie, w jeziorach w Kiekrzu oraz Kociołek, w 6 m mule. Inne szczątki były zakopane. (…) Maciej opowiadał także, że wszystko, co wcześniej zeznał w sprawie Ziętary jest prawdą, ale się wycofał. On się na kimś zawiódł, ale na kim i o co chodziło nie pamiętam. (…)Miał rozmaite materiały, które studiował. Były to jego zapiski i drukowane materiały, może z internetu. Książki raczej nie. Nie były to protokoły przesłuchań, tego jestem pewien. Prosił mnie o opinię czy to co mówi jest logiczne i poukładane.  W protokole z 2017 roku stwierdził z kolei, że nie mam wiedzy związanej ze śmiercią pana Zietary. Znam Macieja B. z aresztu. Ja nie mogę stwierdzić czy Maciej mówi prawdę. Dziś po upływie czasu uważam, że to że się zgłosiłem, to był błąd. (…)Moja wiedza o Ziętarze oparta jest o doniesienia medialne, książce Kaźmierczaka i na słowach B. Dzwoniąc do prokuratury wtedy sądziłem, że robię dobrze. Dziś bym tego nie zrobił. Nikt nie podstawił mnie do celi. Nie chcę zeznawać ,bo nie chcę nikogo skrzywdzić. Ani pana Gawronika ani innych. Ja nie byłem przy tych wydarzeniach.

 

Dziennikarz Piotr Talaga, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa” był trzecim świadkiem przesłuchanym w trakcie środowej rozprawy. Z Jarosławem Ziętarą zaprzyjaźnili się na studiach, a potem pracowali w różnych redakcjach poznańskich mediów, ale w jednym budynku. Utrzymywali kontakty również na gruncie prywatnym. Redaktor Piotr Talaga zaangażował się w poszukiwanie i wyjaśnianie tragicznych losów Jarka Zietary od pierwszych dni po zniknięciu przyjaciela. Przypomniał, że we wrześniu 1992 roku nieznani sprawcy „posprzątali” biurko Jarka w redakcji „Gazety Poznańskiej”. Przyszli tuż po jego zniknięciu. Podali się za policjantów i zostali wpuszczeni na teren redakcji. Prawdziwa policja zaprzeczyła później, by tego dnia kogokolwiek wysłała do redakcji. Materiały Jarka Ziętary zabrane z biurka już nigdy się nie odnalazły. Były one, według świadka, gromadzone przez dziennikarza w papierowych teczkach. Teczki opisane, a ich zawartość odnosiła się do poszczególnych spraw, którymi interesował się red. Ziętara. Przechowywał je zarówno w swoim mieszkaniu jak i redakcji.  –Symptomatyczne jest, że miał wiele notatek o różnych sprawach. Brakuje dokumentacji o Elektromisie.

 

Redaktor Talaga wyjaśnił również stwierdzenie, „służby przeszkadzały w wyjaśnieniu sprawy Ziętary. Przy czym słowo „służby” rozumiał bardzo szeroko: policja, prokuratura ówczesny UOP… – Pracownicy SB zostali w 1989 poddani weryfikacji. I grupa została i stanowiła trzon pionu śledczego. II grupa trafiła do policji. III grupa trafiła do biznesu. Taką firmą był Elektromis. Stąd wnioskuję, że bardzo prawdopodobne jest to, że współpraca Ziętary z UOP w Poznaniu nie miała charakteru opartego o umowę o pracę. Nie wiem czy w ogóle była sformalizowana, ale miała charakter faktyczny. Są dowody i zapiski w notatnikach Jarka, że posiadał wiedzę o sprawach, którymi UOP zajmował się równolegle lub po napisaniu o tym w prasie. Z notatek Jarka wynika również, że zajmował się nieprawidłowościami w firmie Elektromis, ale z drugiej strony w tych materiałach brakuje wielu szczegółów.(…) Po zaginięciu Jarka Ziętary dowiedziałem się wielu rzeczy, o których nie wiedziałem. Zaskoczyło mnie, że o wielu sprawach mi nie mówił, zarówno  o sprawach prywatnych, jak i zawodowych.

 

Kolejna rozprawa w kwietniu.

 


 

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. W 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Wszyscy oskarżeni nie przyznają się do winy.

 

Tekst i zdjęcia : A.Tabaczyńska

CMWP SDP w Sejmie o procesach dziennikarzy wytaczanych przez wydawnictwo RASP

16 marca br. posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu zajęli się sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Temat ten został podjęty na wniosek wiceszefowej komisji, posłanki PiS Joanny Lichockiej. Jednym z prelegentów była dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP. 

 

 Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń. Część pozwanych dziennikarzy uczestniczyła w posiedzeniu komisji, w dyskusji wzięli udział również dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz oraz przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego. Zaproszenie otrzymał też zarząd RASP, jednak firma przysłała pismo, w którym wytłumaczono, że z racji na to, iż postępowania sądowe są w toku, nie mogą wziąć udziału w posiedzeniu komisji, pozostawiając sprawę do rozstrzygnięcia sądom.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP podziękowała za zorganizowanie debaty i możliwość przedstawienia ważnych zagadnień. Podkreśliła, że to działanie trzeba nagłośnić, ponieważ jest to mechanizm mający na celu uciszanie tych dziennikarzy, którzy ośmielają się mieć inne stanowisko niż te, które prezentuje RASP. W ocenie CMWP SDP narusza to fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa i dlatego jest to ten moment, żebyśmy mogli się temu przyjrzeć. To tym bardziej ważne, ponieważ niektóre tych procesów toczą się z wyłączeniem jawności. Opinia publiczna często nie może poznać materiału wyjściowego, jakież to konkretne sformułowania zadecydowały o tym, że trzeba było iść z dziennikarzem do sądów. To jeden z bulwersujących akcentów tej sprawy. Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy. Ten efekt to akcja procesowa, która jest nakierowana na to, by wyeliminować z przestrzeni publicznej kogoś, kto głosi konkretne poglądy, by działał jak straszak, by oni nie podejmowali tych tematów, nie ośmielili się, bo będzie im grozić bardzo kosztowny proces. Co ciekawe, koncern ten stosuje podwójne standardy, ponieważ w sytuacji, kiedy wytacza procesy dziennikarzom za wpisy na Twitterze, natomiast w momencie, kiedy na portalu tvp.info opisano wpisy dziennikarza należącego do koncernu RASP, który żartował sobie, że gdyby miał milion dolarów, to chciałby zlecić m.in. zamordowanie ministra Antoniego Macierewicza, to koncern wysyłając żądanie usunięcia tego artykułu napisał, że „dziennikarzom nie starczyło inteligencji, by rozpoznać żartobliwy charakter marzeń dziennikarza ‘Faktu’”. Czyli jeśli ktoś pisze tweety które nie podobają się koncernowi ma pozew, a kiedy sytuacja jest odwrotna, mówimy o żartobliwym charakterze – mówiła Hajdasz.

 

Działania koncernu mające na celu ochronę jego dobrego imienia, są przeciwskuteczne. Tak naprawdę sami sobie strzelają w kolano. Te procesy nagłaśniają temat. Przez to widać działanie nacechowane na efekt mrożący, by pewne tematy nie były poruszane. Ważny jest też kontekst, kiedy następują pozwy. Dzieje się to w sytuacji, kiedy z jakiegoś powodu niewygodne jest poruszanie danego tematu – dodała dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Jolanta Hajdasz pokrótce omówiła sprawy, którymi zajmuje się Centrum.

 

To sprawa red. Wojciecha Biedronia, który ma proces z RASP po tym, jak 2017 roku ujawniono list, który wysłał Mark Dekan do swoich podwładnych i do dziennikarzy, pisząc o tym, że większość Polaków popiera uczestnictwo Polski w UE, wobec tego koncern ma podpowiedzieć Polakom, co mają zrobić. Całe środowisko odebrało to jednoznacznie, że trzeba głosić tylko słuszne poglądy a ich krytyka jest źle widziana w koncernie. To złamanie zasady niezależności dziennikarskiej. Burza medialna była bardzo duża, stąd kłopoty redakcji, która zaczęła opisywać, jak wygląda właśnie wolność słowa w RASP. Proces wytoczono Wojciechowi Biedroniowi – byłemu pracownikowi RASP, który zna z autopsji sytuacje, jakie miały miejsce i je opisywał. Dziennikarz i wydawnictwo zostali pozwani zarówno z powództwa cywilnego, jak i karnego. Sprawy toczą się do dziś. Gigantyczna suma odszkodowania to cecha charakterystyczna – powiedziała Hajdasz.

 

Odnosząc się do sprawy red. Witolda Gadowskiego zwróciła uwagę, że chodzi o wpisy w felietonie – bardzo subiektywnej formie wypowiedzi dziennikarskiej. Sprawa cały czas się toczy. Sprawa Cezarego Gmyza dotyczy wpisów na Twitterze, gdzie dziennikarz komentował wpisy „Faktu”. Z kolei sprawa Samuela Pereiry to 27 wpisów na Facebooku i Twitterze, które odnoszą się do tego, w jaki sposób funkcjonuje wydawnictwo. To są kuriozalne sprawy. Żmudne procedury sądowe, które wikłają dziennikarzy z z koncernem, który dysponuje z nieograniczonymi możliwościami, by polemizować z tymi opiniami na swoich łamach. Czasami myślę, że może chodzić o to, by trzymać swoich odbiorców w swoistej bańce informacyjnej, by oni nie dowiedzieli się, że takie procesy są prowadzone. Bo kiedy przeczytają, jakich zdań nie można powiedzieć zdaniem koncernu w przestrzeni publicznej, to może się zdziwią?  — zauważyła Jolanta Hajdasz.  Mam nadzieję, że uda nam się odkryć mechanizm, który powoduje właśnie tego typu rosnącą liczbę procesów. W całej historii CMWP nie ma tego typu procesów. One wyglądają zupełnie inaczej. Natomiast tutaj mamy do czynienia z bardzo specyficzną sytuacją, która wymaga przynajmniej zdiagnozowania i nazwania rzeczy po imieniu – oceniła Jolanta Hajdasz.

 

Powyższą  wypowiedź przytaczamy z relacji, jaką prowadził  w czasie trwania posiedzenia Komisji portal wPolityce.pl Link do relacji TUTAJ.

 

Szef Towarzystwa Dziennikarskiego Seweryn Blumsztajn przyznał, że wszystkie sprawy przeciwko dziennikarzom mogą mieć efekt mrożący i rozwiązaniem byłoby zniesienie art. 212 kk. Zauważył jednak, że w sprawach, których dotyczyło posiedzenie komisji, występują m.in. sformułowania typu „nazistowski wydawca”.  Nie dziwi więc go reakcja wydawnictwa, które mocno podkreślało swój antynazizm. – Większość z tych tekstów ukazała się wtedy, kiedy w Polsce rozpętano antyniemiecką nagonkę – stwierdził prezes TD. Przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego zwrócili też uwagę na procesy wytaczane przez obóz rządzący i spółki skarbu państwa dziennikarzom RASP i „Gazety Wyborczej”.

 

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, przedstawił swoją sprawę . – Kiedy otrzymałem prywatny akt oskarżenia od pana Dekana (prezes RASP – przyp red.), pomyślałem, że to żart. Napisałem odpowiedź na list Dekana, którą zamieszczono w tygodniku „Sieci”. Obok zamieszczona była pełna treść jego listu. Każdy z czytelników mógł odnieść się do moich słów i słów pana prezesa. W tekście nie było absolutnie żadnego kłamstwa, manipulacji. To była publicystyczna reakcja. Tymczasem Dekan, człowiek, który jest w Polsce tylko i wyłącznie gościem uznał, że może ścigać niezależnego dziennikarza z art. 212, bawi się w ten sposób w coś, co jest niedopuszczalne – chce, żeby inni dziennikarze przypadkiem nie tknęli tego tematu. I średnio raz w miesiącu siedzę sobie w wydziale karnym obok złodziei samochodów, bandytów, ponieważ Dekan uznał, że może ścigać. Dekan ani razu nie pojawił się w sądzie. Nie pojawił się także w trakcie mediacji wyznaczonych przez sąd. Nie raczył pofatygować się do Polski. To jest właśnie obrzydliwe, kolonialne traktowanie Polaków. Tych słabszych, mniej majętnych. Nie stać mnie na to, żeby zapłacić 100 tys. złotych, czego domaga się w pozwie cywilnym. Chcę, żeby to było jasne: tak samo traktuję kierowanie prywatnych aktów oskarżenia wobec dziennikarzy „Newsweeka”, „GW”. To relikt, z którym musimy skończyć – mówił Wojciech Biedroń.

 

Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk przedstawił działania swojego resortu w sprawie RASP. Wiązało się to m.in. z kontrowersyjną okładką dziennika „Fakt” w tzw. sprawie ułaskawienia pedofila przez prezydenta Andrzeja Dudę, która ukazała się w czasie kampanii wyborczej. Szynkowski vel Sęk podkreśli, że taka publikacja w tym terminie  uznana została za element „nadużycia wolności słowa do szerzenia informacji, które mają wywrzeć oddźwięk polityczny”. Stanowisko w tej sprawie zostało przekazane przedstawicielowi niemieckiej ambasady. Temat ten był również poruszony w telefonicznej rozmowie z sekretarzem stanu MSZ Niemiec.  Odnosząc się do spraw sądowych wytyczanych przez RASP dziennikarzom wiceminister MSZ powiedział: – Zaniepokojenie MSZ budzi nie sam fakt wytoczenia procesów, bo to jest prawem każdego podmiotu, każdej osoby. Ale sytuacja, w której mamy do czynienia z wytoczeniem sekwencji procesów przeciwko dziennikarzom rodzi zaniepokojenie i podejrzenie, czy istotnie nie mamy do czynienia z sekwencją mająca wywołać efekt odstraszający w odniesieniu do dziennikarzy korzystających z wolności słowa w zakresie komentowania działalności dużego koncernu medialnego. Wiceminister zdradził również, że niemieccy politycy wielokrotnie interesowali się planami tzw. ustawy dekoncentracyjnej, a związane to było z obecnością mediów niemieckich w Polsce, m.in. RASP, którego taka ustawa mogłaby dotyczyć. – Niemiecki rząd ma prawo interesować się losami RASP tak, jak nasza dyplomacja ma obowiązek interesować się losem polskich firm poza granicami kraju. Ale w związku z tym, że władze Niemiec żywo interesują się dyskusją dotyczącą losów ustawy dekoncentracyjnej uważam, że w oczywisty sposób mamy prawo sygnalizować swoje zaniepokojenie działalnością RASP – stwierdził Szynkowski vel Sęk.

 

Posłowie z komisji kultury przyjęli dezyderat, w którym wyrazili „wysokie zaniepokojenie próbami systemowego zastraszania dziennikarzy i polskich mediów przez wydawnictwo Ringier Axel Springer”. I zwrócili się „do rządu, w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami”.

 

opr. cmwp.sdp.pl na podstawie wPolityce.pl, sdp.pl, źródła: wPolityce.pl, tvp.info

 

Relacja z posiedzenia sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu wraz  z materiałami filmowymi TUTAJ.

Sympozjum w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu z udziałem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

Arcybiskup Wacław Depo, prof. dr hab Tadeusz Guz, red. Michał Karnowski, red. Wojciech Reszczyński, red. Dariusz Pogorzelski , dr Grzegorz Osiński  oraz dr Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP   byli prelegentami sympozjum religijno -kulturalnego  jakie zostało  zorganizowane  w  Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w  Toruniu.  Sympozja te odbywają się na tej uczelni co roku z okazji liturgicznego wspomnienia św. Franciszka Salezego. Ze względu na ograniczenia związane z pandemią koronawirus spotkanie odbyło się w trybie hybrydowym , część prelegentów występowała zdalnie, a sympozjum było transmitowane w Internecie. 

 

Spotkanie otworzył o. Tadeusz Rydzyk, rektor-założyciel   uczelni i dyrektor i założyciel Radia Maryja i Telewizji Trwam. W swoim wystąpieniu podkreślił, że media są środkami masowego komunikowania, a  nie “środkami masowego przekazu”  jak mówiono w  czasach komunistycznych. Tymczasem  dziennikarstwo podobne jest do kapłaństwa  na co zwracał uwagę  Jan Paweł II – przypomniał o. Tadeusz Rydzyk. Ojciec Święty mówił, że  dziennikarstwo to powołanie do komunikowania, po to, by dojść do jedności w prawdzie i miłości, czyli jednoczyć rodzinę ludzką dla jej dobra – mówił o. Tadeusz Rydzyk CSsR i zacytował tekst bajki przedstawiony przez ks. Ignacego Kłopotowskiego na łamach pisma „Polak-Katolik” z 1907 roku, które doskonale ilustrują odpowiedzialność, jaka spoczywa na ludziach mediów.

 

Wypowiedź o. Tadeusza Rydzyka: TUTAJ.

 

Z kolei abp Wacław Depo metropolita częstochowski, i przewodniczący Rady Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu  zwrócił uwagę na to, iż człowiek, będąc istotą rozumną i wolną, a co się za tym kryje, również odpowiedzialną za siebie i innych, powinien szukać prawdy, trwać przy poznanej prawdzie i podporządkować jej swoje życie . Ksiądz arcybiskup odniósł się do słów św. Jana Pawła II, które zawarł w encyklice „Fides et ratio”. Papież pisał, że „człowiek to jedyna istota w świecie stworzonym, która nie tylko zdolna jest wiedzieć, ale także zdaje sobie sprawę z tego, że wie i dlatego pragnie poznać istotną prawdę tego, co postrzega”. Powinniśmy w tym kontekście odczytać zachętę do używania rozumu, zastanowienia się nad ludzką kondycją i towarzyszącymi jej odwiecznie pytaniami: Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd zmierzam? Dlaczego istnieje cierpienie? Dlaczego istnieje zło? Czy istnieje życie po śmierci? (…). Obecnie uprawniona wielość stanowisk, gdzie każdy ma swoją „prawdę”, ustąpiła miejsca bezkrytycznemu pluralizmowi opartemu na założeniu, że wszystkie opinie mają równą wartość – powiedział metropolita częstochowski.
Po nim głos zabrała Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP.  Media społecznościowe to kluczowy dziś podmiot jakim należy się zajmować biorąc pod uwagę wolność słowa – powiedziała w swoim wystąpieniu dr Jolanta Hajdasz.  Znajdujemy się w decydującym momencie, by uzmysłowić innym niebezpieczeństwo związane z  nieograniczonymi możliwościami działań mediów społecznościowych  – dodała.  W Polsce niestety mamy wiele przykładów na to, iż ta swoista  cenzura stosowana przez wielkie internetowe korporacje dotyka praktycznie wyłącznie kont organizacji, instytucji i osób związanych z konserwatywnym, prawicowym i katolickim światopoglądem. Na przykładzie naszego kraju można  wykazać, iż cenzura stosowana przez BIG TECH nie ma charakteru przypadkowych pomyłek algorytmu (choć oczywiście ich nie można także wykluczyć), ale jest cenzurą ideową, której celem może być chęć wykluczenia chrześcijańskich, czy szerzej –prawicowych poglądów z przestrzeni publicznej mediów społecznościowych . Najwyższy czas, by powstrzymać tę samowolę na poziomie państw narodowych i na poziomie ponad narodowym, o ile to jest jeszcze w ogóle możliwe – podsumowała Jolanta Hajdasz

 

Całość wystąpienia dr Jolanty Hajdasz: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-w-wsksim-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-dr-jolanty-hajdasz-dyrektor-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy/

 

Kolejne wystąpienia są tu:

 

wystąpienie ks. prof. dr hab. Tadeusza Guza: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-ks-prof-dr-hab-tadeusza-guza/

 

wystąpienie red. Michała Karnowskiego:  https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-red-michala-karnowskiego/

 

wystąpienie red. Wojciecha Reszczyńskiego: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-red-wojciecha-reszczynskiego/

 

wystąpienie dra Grzegorza Osińskiego: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-dr-grzegorza-osinskiego/

 

wystąpienie dra Dariusza Pogorzelskiego: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/sympozjum-oblicza-przemian-cywilizacyjnych-wystapienie-red-dariusza-pogorzelskiego/

 

Sympozjum poprzedziła Eucharystia w Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu. Człowiek, jeżeli zaczyna zajmować miejsce Pana Boga, rozkłada sumienie, a rozłożone sumienie człowieka sprawia, że ludzie stają się łatwymi do manipulowania. Dobrze wiemy, kto nami manipuluje. Dzisiaj skąd mamy ocenę tego, co się dzieje w świecie? Właśnie przez mediapowiedział o. dr Zdzisław Klafka CSsR, rektor WSKSiM, którego cytuje portal radiomaryjna.pl .

 

Fot. Maja Stasyszyn

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznawał Marek Król: „Mieli przyjść bez broni”

Druga w tym roku rozprawa przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary odbyła się  4 marca 2021 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu.  Wezwano czterech świadków, jednak do sądu przybyło tylko dwóch. Zdzisław  K. nie odebrał wezwania, a Monika P., przedstawiła zwolnienie. Jako pierwszy tego dnia zeznawał red. Marek Król. Dziennikarz został wezwany na świadka na wniosek prokuratora Piotra Kosmatego w związku z publikacją, jaka ukazała się w styczniu bieżącego roku na łamach Głosu Wielkopolskiego.

 

To rok 2011 okazał się przełomem w śledztwie dotyczącym losów nieżyjącego poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. W kwietniu tego roku po apelu szefów największych gazet w Polsce Prokuratura Generalna na nowo przeanalizowała sprawę i nakazała wznowienie postępowania ze względu na nowe, nieznane dotąd okoliczności. W czerwcu 2011 wznowione śledztwo i na krótko trafiło ono do prokuratury w Poznaniu. O przeniesieniu go do Krakowa zdecydował prokurator generalny, gdy z postępowania wyłączyli się poznańscy śledczy.

 

Przypomnijmy, że Jarosław Ziętara wyszedł do pracy 1 września 1992 roku i nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej dla której pracował. Jego ciała do dziś nie odnaleziono, a za zmarłego został uznany sądownie w roku 1999. Krakowskie śledztwo w 2011 roku to już trzecia z kolei próba wyjaśnienia tragicznych losów dziennikarza. Dwa poprzednie, które toczyły się w Poznaniu w latach 90 -tych zostały umorzone. Dopiero krakowskie postępowanie zaowocowało zatrzymaniami osób, które, w przekonaniu prokuratora, odpowiadają za tę zbrodnię. I tak w 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, uznanego w latach 90 -tych za jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Kim byli zabójcy do końca nie wiadomo, podobnie jak nie wiadomo gdzie jest ciało zamordowanego, choć według prokuratury szczątki Jarosława Ziętary zostały rozpuszczone w kwasie a pozostałości ukryte w różnych miejscach. Bez odpowiedzi jest także pytanie czy wskazano wszystkich zleceniodawców tego bestialstwa.

 

Proces objęty jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesu jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania red. Marka Króla z 4.03.21 r. 

 

Trudno mi odpowiedzieć skąd znam Aleksandra Gawronika. Nasza redakcja tygodnika Wprost rozpoczęła swoją pracę w Poznaniu i ta znajomość z pewnością datuję się na początek lat 90. Na przełomie marca i kwietnia 1994 roku, Gawronik, już jako senator, odwiedził warszawski oddział redakcji Wprost na ulicy Ordynackiej. Odwiedził mnie, jak rozumiałem jako mediator i zaproponował spotkanie z Mariuszem Ś. Spotkanie miało dotyczyć artykułów ukazujących się we Wprost na temat banku Posnania, którego dysponentem był Mariusz Ś. Kapitał założycielski tego banku był fikcyjnie udokumentowany. Polegało to na tym, że wpisane były jako niezwykle wartościowe wille – PRLowskie klocki, które opiewały na duże sumy. Całe przedsięwzięcie było podejrzane, co potwierdził po dwóch miesiącach nadzór NBP i bank został zamknięty. Zdziwiło mnie, że spotkanie miało się odbyć w lesie. (…)

 

Po wizycie Gawronika spotkałem się z moimi zastępcami bagatelizując całą rozmowę. Jednak zdecydowano, że mam poinformować o tym zdarzeniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Po godzinie zostałem wezwany do MSW i spotkałem się z ministrem Milczanowskim, który zaproponował mi ochronę BORu dla całej rodziny. Stwierdził także, że sytuacja jest poważna i nie powinienem jej bagatelizować. Nie byłem przekonany do tych środków. Padło jeszcze stwierdzenie, że władzy nie stać by kolejnemu dziennikarzowi stało się coś złego. Ponadto służby miały informację, że w Poznaniu w hotelu Merkury przebywa Rosjanin ze Specnazu specjalizujący się w zabójstwach na zlecenie.

 

Spotkanie w domu redaktora Króla

 

Krótko przed Wielkanocą 1994 roku, Aleksander Gawronik wspólnie z Mariuszem Ś. przyjechali do domu dziennikarza pod Poznaniem. „ Mieli przyjść bez broni, wchodząc podnieśli ręce do góry w geście pozwalającym na przeszukanie, ale nie zrobiłem tego.” Goście Króla mieli jednak broń, którą zostawili w samochodzie, a zauważyła ją córka redaktora, wówczas kilkuletnia dziewczynka, gdy wyprowadzała psy. W budynku stacjonowała już jednostka BOR, a sam dziennikarz został ubrany w kamizelkę kuloodporną.

 

– Gawronik i Mariusz Ś. niczego nie zauważyli. Nasze spotkanie było dość krótkie. Pamiętam niezwykłą uniżoność Gawronika wobec Mariusza Ś., którego ciągle nazywał „panem prezesem”. Mariusz Ś. do Gawronika zwracał się bezosobowo, na pewno nie “na pan”. Poza tym proponował mi zakup „Wprost” mówiąc, że dostanę tyle pieniędzy, że wystarczy dla mnie i dzieci do końca życia. (…) Ja się takiej propozycji nie spodziewałem. Sądziłem, że to będą naciski by powstrzymać dalsze publikacje na temat banku. Powiedziałem, zgodnie z sugestią szefa Bor, że to przemyślę.

 

Jednak to nie było jedyne spotkanie Króla i Ś. dotyczące tygodnika Wprost. Wkrótce doszło do kolejnego jednak tym razem nie było ono zaplanowane. Marek Król gościł ambasadora Izrael i pojechał na poznański Stary Rynek na uroczysty obiad. Za radą BORu, lokal wytypowano w ostatniej chwili. Poczęstunek odbył się w restauracji „Kresowa” na Starym Rynku.

 

Nagle pojawił się Mariusz Ś. ze swoimi ochroniarzami. Podszedł do naszego stolika, stanął za moim plecami i wulgarnie, często używając słów na „k”, domagał się sprzedaży tygodnika. Moja żona podeszła wtedy do funkcjonariuszy BOR i wskazała Mariusza Ś. Jak się okazało, oni nawet nie wiedzieli, jak on wygląda ponieważ nie mieli jego zdjęcia. Po chwili BOR wyprowadził mnie i rodzinę z restauracji sprzed której odjechaliśmy z piskiem opon. Niebawem zrezygnowałem z ochrony uznając, że jest kompletnie bezwartościowa.

 

Po zeznaniach red. Marek Król dopowiedział

 

Ja nie wiem czy Aleksander Gawronik i Mariusz Ś. prowadzili ze sobą interesy. Wiem tylko, że się znali, a podczas rozmowy w moim domu, Gawronik sprawiał wrażenie osoby bardzo podległej Ś. co mnie wtedy zaskoczyło. (…)

 

Dopytany przez prokuratora, czy minister powiedział, któremu dziennikarzowi wcześniej stała się krzywda? Marek Król odpowiedział:

 

–  To zastanawiające, ale nie padło z jego ust nazwisko dziennikarza. Mnie też nazwisko Ziętary nie przyszło wtedy do głowy. Moja dzisiejsza interpretacja jest taka, że wtedy to była wstydliwa sprawa dla ministerstwa, czyli fakt niewyjaśnienia zniknięcia Ziętary. W każdym razie w 1994 roku MSW bardzo poważnie brało pod uwagę, że jestem zagrożony

 

Marek Król stwierdził także:

 

– Panowała opinia, że Poznań jest miastem Ś. Nawet w jednej z lokalnych rozgłośni radiowych wybrzmiewały głosy oburzenia na Wprost, że tygodnik krytykuje człowieka, który daje prace tak dużej liczbie poznaniaków. Nie wiem czy później [ po spotkaniu ] pojawiały się jeszcze niekorzystne dla Elektromisu publikacje. Wiem jednak, że w tygodniku „Nie”, na który Ś. dał kapitał publikowano teksty na mój temat.

 

Na zakończenie Król podsumował „dziwi mnie, że państwowe organa ścigania nie podjęły żadnych działań w sprawie zagrożenia mojego życia skoro zapewnili mi ochronę.

 

Drugi świadek, Dariusz L., 49 letni funkcjonariusz, potwierdził, że zna Macieja B., gdyż realizował czynności polegające na przewozie gangstera. Nie pamiętał jednak czy doszło do sytuacji grożenia Baryle, ani nie przypominał sobie by w sposób niekontrolowany doszło do wyjęcia broni przez funkcjonariuszy. Zeznanie trwało kilka minut. Maciej B. to główny świadek oskarżenia w procesie przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, odsiadujący dożywocie w innej sprawie.

 

Oskarżony Aleksander Gawronik nie miał żadnych pytań do Marka Króla ani nie odniósł się w żaden sposób do jego zeznań. Zabrał za to głos i wygłosił zapowiadane na poprzedniej rozprawie obszerne oświadczenie. Podstawą wypowiedzi stały się akta, a wśród nich akta więzienne zawierające notatki pracowników służby więziennej dotyczące Macieja B pseudonim Baryła. Notatki zostały uporządkowane datami począwszy od 29 stycznia 2001 roku, kiedy to B. został przyłapany przez służbę więzienną na zażywaniu amfetaminy i nadano mu status więźnia szczególnie niebezpiecznego tzw N. Gawronik przytaczał kolejne daty – ponad 40 – i czytał fragmenty notatek więziennych, które dotyczyły zachowań lub wypowiedzi Baryły. Celem oskarżonego jest zdyskredytowanie Baryły, poprze pokazanie jego stanu psychicznego i zachowań w więzieniu. Maciej B. podczas rozprawy sądowej w Zielonej Górze (w innej sprawie) zeznawał przeciwko byłemu wspólnikowi. Ta informacja rozeszła się w zakładzie karnym. Gawronik wywodzi z tego, że Maciej B. obawiając się współwięźniów, w tamtym czasie był osadzony w Rawiczu, jakby zamienił osobę/postać, którą obciążał w zeznaniach. Gawronik wyjaśnił, że za takie zeznania w więzieniu grozi bardzo surowa kara: pobicie, gwałt a nawet śmierć. W tamtym czasie zaczęło się w mediach robić głośno o sprawie Ziętary. Dlatego wkrótce przestał mówić on o swoim wspólniku, a zaczął o Elektromisie i oskarżonym. Miało to odwrócić uwagę od pogrążenia wspólnika. Gawronik twierdzi, że o takiej zamianie świadczą też fragmenty wypowiedzi Baryły, które są bardzo zbieżne jeśli chodzi o dobór użytych słów, a różnią się tylko nazwiskiem osoby oskarżanej. Ponadto narady podczas, której według prokuratury podżegał do zabójstwa Jarosława Ziętary, nigdy nie było. Oskarżając Gawronika, Baryła liczył, że dzięki temu szybciej wyjdzie na wolność. Z notatek służby więziennej i psychologów wynika, że dokonywał samookaleczenia, gdy w sprawie Ziętary nie przyjechali do niego policjanci. A gdy już złożył zeznania ws. dziennikarza, czuł się odprężony i w dobrym humorze. Był pewien, że szybko wyjdzie na wolność. Wychowawcy w Gębarzewie zgłosił, że do wyjścia potrzebuje dowód osobisty. Swoje oświadczenie Aleksander Gawronik przerwał na roku 2016 i będzie kontynuował jego odczytywanie na kolejnej rozprawie w maju.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

 

CMWP SDP w obronie red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej z Białegostoku

W związku z wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z dnia 4 września 2020 r.Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP   stanowczo protestuje i domaga się uniewinnienia red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej , której sprawa jest obecnie przedmiotem postępowania przed Sądem Najwyższym .  W ocenie CMWP SDP zaskarżony wyrok nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności prasy, wyrażonymi m. in. w Konstytucji oraz w art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Bulwersujące jest także to, iż w czasie postępowania doszło również do nieuprawnionego ograniczenia prawa dziennikarki do sądu, wyrażonego w art. 54 ust. 1 Konstytucji, ponieważ w niniejszej sprawie nie nastąpiła prawidłowa kontrola orzeczenia sądu I instancji przez Sąd Apelacyjny. W związku z powyższym Sąd Najwyższy, w ramach sprawowanego nadzoru nad działalnością sądów powszechnych w zakresie orzekania (art. 183 Konstytucji RP), władny jest dokonać sanacji tego stanu rzeczy. 17 lutego br. stanowisko to CMWP SDP przesłało do Sądu Najwyższego w ramach monitoringu , jaką objęło to postępowanie.

 

Agnieszka Siewiereniuk-Maciorowska jest dziennikarką portalu Dzień Dobry Białystok (ddb24.pl ). Na jego łamach  w styczniu 2018 r. w artykule p.t. “Manipulacja i kłamstwo sposobem na życie. Czy tak działa OMZRiK oraz LPM?” odniosła się do “działalności” fundatora fundacji “Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych” Rafała Gawła. Został on skazany kilka lat wcześniej  przez sąd pierwszej instancji na cztery lata więzienia ( Sąd Apelacyjny obniżył karę do dwóch lat) , był bowiem  oskarżony o oszustwa i wyłudzenia na kwotę kilkuset tysięcy złotych. Jak informowały media m.in. portal Wirtualna Polska i Tysol.pl, pokrzywdzonymi byli właściciele firm, z którymi  Rafał Gaweł robił interesy, bank (220 tys. zł) czy Fundacja im. Stefana Batorego (107 tys. zł), z której wyłudził dotację na założenie Ośrodka. Na obniżenie wyroku miał wpływ fakt, że Rafał Gaweł zwrócił część otrzymanej dotacji, którą przeznaczył na prywatne cele.

 

Artykuł red. Agnieszki Siewiereniuk  z powodu którego została pozwana przez Fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych jest tu : https://ddb24.pl/artykul/manipulacja-i-klamstwo/366699

 

Wyrok, o którym mowa jest następstwem postępowania cywilnego o ochronę dóbr osobistych, w którym red. Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska występowała jako powódka oraz pozwana wzajemnie (dalej „pozwana wzajemnie”) przez Fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych (dalej: „OMZRIK”). Pozwana wzajemnie wniosła do Sądu Apelacyjnego w Białymstoku apelację,  zaskarżając orzeczenie Sądu Okręgowego w części, zobowiązującej ją do opublikowania przeprosin. Sąd Apelacyjny uznał ustalenia Sądu Okręgowego za prawidłowe i skorygował jedynie sentencję przeprosin.

 

W związku ze skargą kasacyjną wniesioną od powyższego orzeczenia przez pełnomocnika pozwanej wzajemnie, Sąd Apelacyjny w Białymstoku wstrzymał jego wykonanie do czasu rozpoznania skargi przez Sąd Najwyższy. W skardze kasacyjnej pełnomocnik pozwanej wzajemnie podniósł zarzuty naruszenia prawa materialnego (art. 23 i 24 k.c. oraz art. 12 ust. 1 pkt 1 Prawa prasowego), jak również naruszenia przepisów postępowania mającego wpływ na wynik sprawy.

 

W tym miejscu wypada – czytamy w stanowisku CMWP SDP  – zwrócić uwagę na wynikającą z uzasadnienia wyroku konstatację Sądu Apelacyjnego, iż wyrok skazujący Rafała Gawła nie jest powiązany z OMZRIK i jej działaniem. Sąd nie wziął jednak pod uwagę, że Rafał Gaweł został skazany za przestępstwo związane z jego działalnością społeczną (oszustwo i  działanie na szkodę wierzycieli w stosunku do mienia znacznej wartości, za co wymierzono mu karę 2 lat pozbawienia wolności), mimo iż tenże Sąd sam to wcześniej wskazał w opisie stanu faktycznego sprawy. Nadto pozwana wzajemnie złożyła do akt dokument zawierający zeznania Rafała Gawła w których wskazał, że pełnił on funkcję prezesa OMZRIK, a z akt sprawy wynika również iż jest jej fundatorem. Powierzenie takiej osobie kluczowych, odpowiedzialnych funkcji w organizacji pozarządowej (fundator, przez dłuższy czas – prezes), umożliwiających zarządzanie, organizowanie zbiórek publicznych i dysponowanie pochodzącymi z nich środkami, jest bulwersujące. Wydaje się, że powinno to być zrozumiałe nie tylko dla Sądu Apelacyjnego, ale również dla każdego przeciętnego obywatela. W normalnej sytuacji można by oczekiwać, że OMZRIK odetnie się od działań osoby skazanej wyrokiem karnym i wyczerpująco wyjaśni sprawę opinii publicznej i darczyńcom. Nic podobnego jednak nie nastąpiło. W tym kontekście nie tylko surowa krytyka, ale wręcz oburzenie opinii publicznej powinno być zdrową i naturalną reakcją w prawidłowo funkcjonującym społeczeństwie. A wyraz opinii publicznej dają właśnie dziennikarze. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że CMWP nie opowiada się za niczym nieograniczoną wolnością wypowiedzi (czemu dawało niejednokrotnie wyraz w swoich stanowiskach). Trudno jednak zrozumieć, dlaczego – zarówno na gruncie szeroko ujmowanej judykatury, jak i w praktyce – powszechnie dopuszcza się operowanie w publicystyce i w działalności publicznej przesadą, groteską, prowokacją, często w drastycznych formach łamiących powszechnie przyjęte w naszym kręgu kulturowym normy, co też można było niejednokrotnie obserwować w ostatnich latach podczas różnego rodzaju protestów społecznych i towarzyszących im publikacji i polemik – a nie można dosadnie skrytykować fundacji, której fundator i (były) prezes okazał się przestępcą. Nie można zrozumieć, dlaczego red. Agnieszka Siewiereniuk miałaby przepraszać osobę, którą opisała w swoim artykule  zgodnie ze stanem faktycznym . 

 

Wyniki ustaleń oraz ocena materiału dowodowego dotyczącego tych samych faktów przez różne składy orzekające mogą się różnić, co jest do pewnego stopnia naturalne gdyż  wynika m. in. z konstytucyjnej zasady niezawisłości i niezależności sędziowskiej. Przyjmuje się zatem, że ocena dowodów powinna być swobodna (co nie znaczy arbitralna). Nie może ona jednak przeczyć regułom prawidłowego rozumowania, gdyż nie tylko stanowi to naruszenie odnośnych norm prawa procesowego, ale również może uchybiać powadze wymiaru sprawiedliwości. Tzw. „prawda sądowa” (formalna) nie może polegać na tworzeniu narracji sprzecznej z rzeczywistością, zwłaszcza gdy chodzi o kwestie niesporne, o których sąd powinien w tym przypadku mieć wiedzę z urzędu na zasadzie tzw. notoryjności sądowej, a na pewno z uwagi na dokumenty złożone do akt sprawy.

 

Odnosząc się natomiast do dokonanej przez Sąd Apelacyjny kwestii oceny działań  red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej jako dziennikarki, wypada stwierdzić, że publiczne analizowanie i rozstrząsanie na łamach prasy kwestii związanych z działalnością organizacji pozarządowych niewątpliwie należy do ustawowych zadań prasy, bowiem prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi  i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej (art. 1 Prawa prasowego). Jest rzeczą zrozumiałą, że działalność organizacji prowadzących działalność społeczną i gromadzących fundusze ze zbiórek publicznych powinna być w pełni transparentna, jako że ma służyć należytemu funkcjonowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Z założenia budzi więc zainteresowanie opinii publicznej, której wyrazicielami są m. in. dziennikarze. Tymczasem działania OMZRIK transparentne na pewno nie były, a wątpliwości pozwanej wzajemnie dotyczące tej kwestii okazały się w pełni uzasadnione, skoro fundator i prezes tej organizacji został skazany wyrokiem karnym. OMZRIK jest organizacją działającą publicznie, mającą własną stronę internetową i profil na serwisie Facebook, prowadzącą zbiórki publiczne. Bardzo mocno angażuje się ona w  sprawy światopoglądowe, a nawet religijne, stosując przy tym agresywny, piętnujący i „bezalternatywny” styl wypowiedzi. Podmiot stosujący takie metody powinien więc liczyć się z negatywnymi ocenami swojej działalności, w tym również z surową krytyką.

 

Od organizacji pozarządowej opinia publiczna ma prawo wymagać wręcz nieskazitelnego działania oraz odpowiedniej postawy etycznej. W postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003  r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy wskazał, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. Skoro zatem pojawiły się wątpliwości dotyczące OMZRIK, do zadań dziennikarzy – jako reprezentantów opinii publicznej – jak najbardziej należy wyświetlanie tego rodzaju spraw i przedstawianie opinii publicznej swojego stanowiska.  Niewątpliwie leży to w interesie społecznym, bowiem jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego jest dostęp do informacji. Trudno więc zrozumieć, za co konkretnie red. Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska miałaby przepraszać OMZRIK. W tym kontekście zdecydowanie zasadny jest zarzut skargi kasacyjnej dotyczący naruszenia przepisów prawa materialnego (art. 23 k.c. w zw. z art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego). Bowiem wadliwe było uznanie przez Sąd II instancji, że niewystarczające jest powołanie się przez red. Agnieszkę Siewiereniuk-Maciorowską na wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku II Wydziału Karnego z dnia 4 stycznia 2019 r., ozn. sygn. akt II AKa 179/16. Wyrok ten jest wiarygodnym (bo urzędowym) źródłem informacji co do działalności założyciela i Prezesa OMZRIK oraz w znacznej mierze potwierdza prawdziwość treści zawartych w opublikowanych przez dziennikarkę artykułach. W skardze kasacyjnej trafnie również wskazano, że Sąd II instancji nie rozpoznał zarzutów podniesionych w apelacji, co w konsekwencji doprowadziło do nieprzeprowadzenia właściwej kontroli instancyjnej zaskarżanego wyroku Sądu Okręgowego. Mając powyższe na uwadze, dokonana przez Sąd Apelacyjny ocena szczególnej staranności i rzetelności działania red. Agnieszki Siewiereniuk -Maciorowskiej pod kątem kryteriów określonych przepisami ustawy – Prawo prasowe, była nieprawidłowa.

 

Zgodnie z art. 14 Konstytucji, Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu, natomiast w myśl art. 54 ust. 1 Konstytucji, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Również art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (EKPCZ) gwarantuje wolność wyrażania opinii. W wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 4 listopada 2014 r. (30162/10, Braun v. Polska, LEX nr 1532397) podkreślono, że wolność wypowiedzi, chroniona w art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, stanowi jeden z podstawowych fundamentów społeczeństwa demokratycznego. Podobnie  Sąd Najwyższy w wyroku z dnia  2 czerwca 2003  r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847) wskazał, że „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji.” Dlatego też trudno zrozumieć, w jaki sposób prasa ma realizować swoją funkcję, gdy krytyka publicznie działającej organizacji pozarządowej, zamiast zostać uznana za wykonywanie wolności powszechnie uznanej na gruncie prawa krajowego i międzynarodowego, zostaje uznana za niedopuszczalną.

 

Podsumowanie powyższych aspektów sprawy  prowadzi do wniosku, że zaskarżony wyrok nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności prasy, wyrażonymi m. in. w Konstytucji oraz w art. 10 EKPCz. Doszło również do nieuprawnionego ograniczenia prawa dziennikarki do sądu, wyrażonego w art. 54 ust. 1 Konstytucji, ponieważ w niniejszej sprawie nie nastąpiła prawidłowa kontrola orzeczenia sądu I instancji przez Sąd Apelacyjny. W związku z powyższym Sąd Najwyższy, w ramach sprawowanego nadzoru nad działalnością sądów powszechnych w zakresie orzekania (art. 183 Konstytucji RP), władny jest dokonać sanacji tego stanu rzeczy.

 

dr Jolanta Hajdasz,  wiceprezes SDP
dyrektor CMWP SDP

 

Sporządził:
Michał Ł. Jaszewski
Doradca ds. prawnych

 

Warszawa, 17 lutego 2021 r.

 

CMWP SDP w europejskim badaniu pluralizmu mediów 2021

Po raz drugi Jolanta Hajdasz, dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  została poproszona o wzięcie udziału w opiniowaniu Monitora Pluralizmu Mediów 2021 (Media  Pluralism Monitor 2021) w ramach Grupy Ekspertów. Pierwszy raz  było to w roku 2020 r.  Udział wiąże się z  zaopiniowaniem odpowiedzi na 16 pytań dotyczących wybranych wskaźników  pluralizmu mediów  w Polsce  poprzez platformę online oraz  krótkie odniesienie się do opisu danego wskaźnika, odpowiedzi zostały przesłane  w pierwszych dniach lutego b.r.

 

Monitor Pluralizmu Mediów stanowi narzędzie w badaniu pluralizmu mediów w krajach członkowskich w Unii Europejskiej. Jego celem jest zdiagnozowanie ryzyka dla pluralizmu mediów w takich obszarach jak pluralizm rynkowy, inkluzja społeczna, niezależność polityczna oraz ochrona wolności słowa, mediów, internetu. W latach 2014 i 2015, Centrum ds. Wolności i Pluralizmu Mediów przy Uniwersytecie Instytutu Europejskiego we Florencji  przeprowadziło pilotażowe zastosowanie narzędzia na grupie wybranych krajów. W 2016 i 2017 roku Centrum na zlecenie Komisji Europejskiej przeprowadziło pełny pomiar w ramach MPM we wszystkich krajach członkowskich EU i wybranych krajach sąsiadujących. W 2019 i 2020 roku narzędzie MPM zostało dostosowanie do zmian zachodzących w dynamicznie rozwijającym się środowisku komunikacyjnym.  Więcej na temat MPM 2020 można znaleźć pod linkiem http://cmpf.eui.eu/mpm-2020/.

 

Informacja na temat badania z roku 2020 i jego rezultatów TUTAJTUTAJ.

 

 

Apel CMWP SDP o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników TVN

CMWP SDP apeluje o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej.   Ze względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.  

 

1 marca b.r. grupa anonimowych pracowników TVN rozesłała do ponad 140 podmiotów list otwarty, zatytułowany „TVN GRUPA DISCOVERY – DESTRUKCJA.” Pismo to trafiło do redakcji głównych stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych i serwisów internetowych w Polsce, a także do mediów amerykańskich. Wśród adresatów znaleźli się również przewodniczący i wiceprzewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz szefowie największych w Polsce domów mediowych i firm audytorskich.

 

Jak poinformował m.in portal wirtualnemedia.pl  w  10-stronicowym liście opisano domniemane kulisy odejścia kilku osób z zarządu TVN, niedawnych zwolnień innych pracowników oraz okoliczności zaszczepienia się poza kolejnością przeciw koronawirusowi przez nieuprawnione do tego osoby m.in. z kierownictwa stacji, co wywołało w kraju tzw. aferę szczepionkową. W liście w bardzo złym świetle przedstawiono metody zarządzania kierownictwa telewizji, a także skrytykowano globalne władze właściciela telewizji TVN – koncern Discovery za brak reakcji na sygnały o nieprawidłowościach w polskim oddziale koncernu.

 

Równie poważnie brzmią zarzuty, jakie na swoim profilu na Facebooku opisał wobec swojego byłego pracodawcy Kamil Różalski, były operator telewizji TVN, który pracował w niej przez 23 lata. 27 lutego b.r. zarzucił nadawcy poważne naruszenia praw pracowniczych, zwłaszcza wobec grupy osób, które pod presją ze strony firmy musiały przejść z etatów na umowy cywilnoprawne. Według operatora w takiej formie związanych jest z telewizją TVN nawet 1,8 tys. osób, którzy przez nadawcę mają być traktowani jak „ludzie drugiej kategorii”, stając się wręcz ofiarami mobbingu. Biuro prasowe TVN Grupy Discovery odniosło się do zarzutów z w/opisanego listu w oświadczeniu, które pojawiło się na stronach portalu Wirtualnemedia.pl, w którym zapewnia, że „warunki zatrudnienia wszystkich osób wykonujących wolne zawody w ramach współpracy z telewizją TVN, w tym operatorów kamer, są zgodne z prawem”.

 

CMWP SDP zapewnia, że będzie monitorować ten spór między telewizyjnym nadawcą, a jego byłymi pracownikami pod kątem przestrzegania zasady wolności słowa i niezależności dziennikarskiej oraz praw pracowniczych.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 3 marca 2021 r.

 

List  anonimowych pracowników  jest tu:  List anonimowych pracowników TVN

 

Wpis operatora Kamila Różalskiego na FB : https://www.facebook.com/profile.php?id=100019576000947 

 

Informacja na ten temat : https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-zarzuty-list-cmwp-oswiadczenie  

 

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/katarzyna-kieli-do-pracownikow-tvn-anonimowy-list-niesprawiedliwe-nieprawdziwe-ataki-zmiany-sa-czesto-bolesne