Sięganie pod dno – ŁUKASZ WARZECHA o sondażu, z którego wynika, że Polacy nie mają zaufania do mediów

IPSOS jak co roku zbadał zaufanie do mediów. Sondaże przeprowadzono w 27 krajach (w Europie są to m.in. Belgia, Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Węgry, poza Europą – Kanada, USA, Malezja, Meksyk, Rosja, Peru czy Arabia Saudyjska). Wyniki dotyczące Polski są alarmujące.

 

Nie mamy tutaj do czynienia z raportem w stylu tych o wolności mediów, o których dwukrotnie w ostatnim czasie pisałem na portalu SDP. To nie jest badanie oparte w jakimkolwiek stopniu na subiektywnej ocenie wyselekcjonowanych ekspertów lub obserwatorów, od dawna współpracujących z daną organizacją i dość dowolnie dobierających sobie rozmówców lub dostrzegających tylko to, co chcą dostrzec. To klasyczne badanie opinii publicznej prowadzony w sieci, a następnie doważane w taki sposób, żeby próba była możliwie reprezentatywna dla całości społeczeństwa. Nie dotyczy to wszystkich badanych krajów, ale Polski – tak. Próba to prawie 20 tys. respondentów z 27 państw. Mówimy zatem o sondażu, który z dużym prawdopodobieństwem oddaje faktyczny stan zaufania do mediów.

 

Pytania podzielono w większości na dotyczące trzech źródeł informacji: gazet (w tym tygodników), radia i telewizji oraz internetu. Są też pytania dotyczące osób, które odbiorcy znają z sieci lub osobiście, ale te tutaj pomijam.

 

Bardzo wysoki jest u nas poziom nieufności wobec gazet. Ufa im 29 proc. badanych, nie ufa aż 65 proc. (sumuję tu odpowiedzi „bardzo” i „raczej” po obu stronach, reszta to odpowiedzi „nie wiem”). Gorzej jest tylko w Serbii.  I to w sytuacji, gdy w instynktownym przekonaniu zapewne większości środowiska dziennikarskiego to właśnie prasa drukowana powinna być ostoją wiarygodności w porównaniu na przykład z Internetem. W końcu słowo pisane zostaje, można je najłatwiej zweryfikować. Średnia dla 27 państw wynosi odpowiednio 47 i 48 proc. Spora grupa respondentów wskazała też, że ich zaufanie do gazet zmalało w ciągu ostatnich pięciu lat: 43 proc. Wzrost zaufania wskazało jedynie 8 proc. Większość z mających wyrobione zdanie Polaków uważa, że gazety prezentują znaczną lub dużą liczbę fałszywek informacyjnych (fake news): 47 proc. wobec 41 będących przeciwnego zdania.

 

Niezwykle ważne jest pytanie o to, czy zdaniem badanych dane źródło informacji ma dobre intencje, przekazując wiadomości. Dla gazet ten wynik w przypadku Polski to ledwo 30 proc. Gorzej jest, co ciekawe, Na Węgrzech (24 proc.) i w Serbii (18 proc.).

 

Jeszcze gorzej jest w przypadku radia i telewizji (bez podziału na publiczne i prywatne). Zaufaniem darzy je tylko 27 proc. odbiorców, nie ufa 67 proc. O spadku zaufania w ciągu pięciu lat mówi 48 proc. badanych, o wzroście – 10 proc. O przewadze fałszywek jest przekonanych aż 53 proc. badanych wobec zaledwie 37 mających odmienne zdanie. W dobre intencje wierzy natomiast więcej Polaków niż w przypadku gazet – 33 proc.

 

Wiarygodniejszy od obu tradycyjnych źródeł okazuje się internet: 31 proc. zaufania wobec 62 proc. nieufności. Tu w ciągu pięciu lat zaufanie zmalało u 36 proc. respondentów, a wzrosło u 11 proc. Natomiast w przypadku internetu najwyższy spośród trzech źródeł informacji jest odsetek przekonanych, że mamy tam do czynienia ze znaczną liczbą fałszywek: 56 proc. wobec 33 proc. Wskazania na dobre intencje to 36 proc.

 

Internet wygrywa też w zestawieniu źródeł informacji, najlepiej „obsługujących” odbiorców. Na gazety wskazało w Polsce (odpowiedzi „bardzo” i „raczej”) 45 proc., na radio i telewizję – 47 proc., zaś na internet – 56 proc.

 

No i wreszcie to, co wydaje się w polskim kontekście być może najistotniejsze, bo najpełniej maluje problem: ocena publicznych mediów. Odpowiedzi na pytanie, czy polski publiczny nadawca zapewnia odbiorcom to, czego oczekują, twierdząco odpowiada 32 proc., przecząco – 31 proc., a 37 proc. nie ma zdania.

 

Zaskakująco wypada odpowiedź na pytanie, czy publiczni nadawcy są zbędni (obsolete). Polska wylądowała tu na drugim po Rosji miejscu z 45 proc. odpowiedzi twierdzących wobec 26 proc. przeczących i 29 bez opinii. Zdecydowana większość mających opinię uważa, że nadawca publiczny nie oferuje programu wysokiej jakości: to równo 50 proc. wobec 27 proc. będących odwrotnego zdania oraz 24 bez opinii. I wreszcie pytanie, w odpowiedzi na które Polska zdecydowanie się wybija: „Czy uważasz, że publiczny nadawca różni się od prywatnych?”. Zsumowane odpowiedzi „tak” i „raczej tak” dają w Polsce aż 68 proc. Odpowiedzi „nie” i „raczej nie” – ledwie 10 proc. Druga w kolejności jest Rosja, gdzie odpowiedź twierdząca to 59 proc. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii to 38 proc., we Francji – 32 proc., w Niemczech – 52 proc. Średnia ze wszystkich badanych krajów to 47 proc. na „tak” i 15 proc. na „nie”.

 

Co to wszystko znaczy? W największym skrócie – tyle, że media notują w Polsce dramatyczny zjazd, gdy idzie o rolę, jaką sami sobie lubimy przypisywać – kontrolerów życia publicznego, szukających prawdy w imieniu odbiorców i pokazujących ją im. Olbrzymi poziom nieufności wobec wszystkich rodzajów mediów w Polsce powinien być sygnałem alarmowym. Sondaż IPSOS-u nie daje nam odpowiedzi na pytanie, dlaczego zaufanie jest tak niskie, ale można spróbować na nie odpowiedzieć.

 

Częściowo wskazywałem już na możliwe przyczyny w swoich tekstach na portalu SDP. Jako że ogromna część mediów bierze udział w politycznej – ba, czysto partyjnej grze, nazywając to obłudnie „tożsamością”, ich odbiorcy z obu stron sporu są szczęśliwi, że ich poglądy są potwierdzane, lecz zarazem zdają sobie sprawę, że to tylko gra w dwa ognie, spektakl i udawanie. Że tak naprawdę media, które lubią, tylko udają, że są mediami, a tak naprawdę są partyjnymi przybudówkami. Ponieważ pytania w sondażu dotyczą ogólnie zaufania do mediów danego typu, bez podziału, rzecz jasna, na media z punktu widzenia pytanego „słuszne” i „wraże”, można założyć, że odpowiedzi są wypadkową tego, czy dany respondent miał w danym momencie bardziej na myśli te „słuszne” – wtedy odpowiadał, że zaufanie ma – czy bardziej te wraże – wtedy odpowiadał, że zaufania nie ma. Ciekawy, choć chyba mało zaskakujący rezultat przyniosłoby badanie, w którym media oraz respondentów podzielono by według ich sympatii politycznych.

 

W badaniu IPSOS mamy tego namiastkę w pytaniach o to, czy publiczni nadawcy różnią się od prywatnych oraz o to, czy publiczny nadawca jest zbędny. Przytłaczająca większość odpowiedzi „tak” w pierwszym przypadku zawiera zapewne i tych, którzy pytani o szczegółową ocenę powiedzieliby, że owszem, różnią się, bo pokazują szczerą, propolską prawdę, a nie kłamstwa, jak prywatna „szczujnia”; i tych, którzy oceniają, że media publiczne to odrażająca propaganda za publiczne pieniądze, inaczej niż rzetelne i uczciwe media prywatne. Obie grupy łączy paradoksalnie przekonanie o różnicy między mediami prywatnymi a publicznymi. Te niemal 70 proc. jest miarą polskiej polaryzacji w ogóle, a także polaryzacji konkretnie w mediach.

 

Z kolei aż 45 proc. twierdzących, że publiczni nadawcy są zbędni, wobec 26 proc. będących odwrotnego zdania, nie daje się w pełni wytłumaczyć nawet podziałem politycznym. Można by przecież założyć, że niezbędności mediów publicznych będą bronić zwolennicy PiS, a o ich zbędności będą przekonani przeciwnicy partii rządzącej. Tymczasem widać, że liczba broniących mediów publicznych jest wyraźnie mniejsza niż elektorat PiS, a liczba uważających, że mogłoby ich nie być – wyraźnie wyższa niż elektorat twardej opozycji. Wytłumaczenia można szukać jedynie w tym, jak Polacy o różnych sympatiach partyjnych oceniają jakość publicznych mediów.

 

Można zatem powtórzyć pytanie, które wielokrotnie tutaj już stawiałem: co jeszcze musi się stać z polskimi mediami, jakiego dna lub jak głęboko pod dno muszą sięgnąć w swojej dyspozycyjności, jak mocno muszą podbijać bębenek tym, którzy trzymają rękę na kasie, państwowej lub prywatnej, żebyśmy zauważyli, że podcinamy gałąź, na której sami siedzimy? I od razu mogę sobie odpowiedzieć: nie ma chyba takiej granicy. Mimo jasnych i niebudzących wątpliwości syndromów głębokiego kryzysu, wynikającego z aliansu mediów z polityką, nie widać woli, aby o tym problemie choćby porozmawiać. A już zwłaszcza porozmawiać inaczej niż zgodnie ze z góry przyjętymi rolami w politycznej kłótni.

 

Łukasz Warzecha

Ćwiczenie intelektualne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak powinny się zmieniać media publiczne

Odpowiedź na pytanie „czy zmieniać kształt mediów publicznych?” zależy – jak to jest w większości przypadków dzisiaj – od tego, po której stronie podziału politycznego jest pytany. Dotyczy to nie tylko odbiorców mediów czy polityków, ale też wielu dziennikarzy.

 

Pozwolę sobie uznać ten podział za głupi i stwierdzić, że wciąż są dziennikarze bynajmniej nie uznawani za opozycyjnych, którzy widzą, że w wielu punktach media publiczne nie funkcjonują dziś jak publiczne, ale jak partyjne, być może bardziej niż kiedykolwiek. Tymczasem płacą na nie wszyscy obywatele. Jakiś czas temu pisałem na portalu SDP (polemizując z poglądem Bronisława Wildsteina), że wprowadzanie w ten sposób kulawego pluralizmu (antyrządowe media prywatne i prorządowe państwowe za publiczne pieniądze) nie ma racji bytu. Na pytanie odpowiadam zatem: tak, media publiczne powinny się zmienić instytucjonalnie. Ale to musi być bardzo dobrze przemyślana zmiana. Taka, która zagwarantuje, że ani obecny, ani wcześniejszy stan rzeczy się nie powtórzy. Inna nie ma sensu, można ją sobie darować.

 

Jednocześnie dzisiaj rozważania na ten temat zreformowania mediów publicznych wydają się jedynie ćwiczeniem intelektualnym, bo ci, od których to zależy, nie widzą potrzeby reformy, a wszystko wskazuje na to, że pozostaną przy władzy na kolejną kadencję. Nie zmienia to faktu, że takie ćwiczenia mają swoją wartość. Kiedyś sytuacja się zmieni i dobrze mieć na ten moment przygotowaną koncepcję. Dobrze też – wychodząc z moim zdaniem oczywistej oceny, że obecny kształt mediów publicznych jest wadliwy – niejako sprawdzić się. Zobaczyć, komu zależy na czym i kto jakie rozwiązania gotowy jest poprzeć.

 

Żeby ocenić pojawiające się koncepcje, trzeba przyjąć jakieś docelowe założenia. Uważam, że takie powinny być cztery.

 

Po pierwsze – instytucjonalne odseparowanie mediów publicznych od bezpośredniego wpływu polityków. Całkowicie zrobić się tego nie da, ale można w system wmontować filtry, podobnie jak ma to miejsce w systemie niemieckim.

 

Po drugie – odizolowanie wyboru szefów mediów publicznych od woli polityków tak jak tylko się da.

 

Po trzecie – uwzględnienie, że na media publiczne składają się wszyscy obywatele, więc nie mogą one być tubą aktualnie rządzącej partii, nawet jeśli zgodzimy się, że w jakimś stopniu ich linia powinna oddawać wynik wyborów.

 

Po czwarte – media publiczne dlatego są zasilane budżetowymi pieniędzmi, żeby realizować misję, a nie po to, żeby ścigać się w komercji z mediami prywatnymi. Oglądalność nie może być tu naczelnym kryterium.

 

W ostatnim czasie pojawiły się dwie koncepcje zmian – jedna firmowana przez Platformę Obywatelską, druga będąca projektem obywatelskim. W przypadku tej pierwszej trudno nie mieć podejrzeń co do sposobu, w jaki media publiczne chciałaby potraktować partia twardej opozycji, wielokrotnie sygnalizująca, że zamierza w nich przeprowadzić bezwzględną czystkę po wzięciu władzy. Można zatem podejrzewać, że koncepcja firmowana przez PO ma na celu zwykłe odwrócenie znaków, a nie naprawienie mediów.

 

tekście na portalu Wirtualne Media, opisującym koncepcję PO, czytamy, że miałby powstać jeden duży holding radiowo-telewizyjny oraz miałaby zostać zlikwidowana Rada Mediów Narodowych. Ten ostatni punkt nie wydaje się kontrowersyjny, bo RMN to dziwaczny, zbędny twór, o którego likwidacji niedługo po jego powołaniu myślał przecież sam PiS. Zasadnicza część reformy miałaby wyglądać następująco:

 

Nowe, 15-osobowe rady medialne miałaby wybierać Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji spośród przedstawicieli sejmików wojewódzkich, lokalnych organizacji artystycznych i społecznych. Z kolei rady wyłaniałyby zarządy regionalne spółek radiowo-telewizyjnych. Nad całością czuwałaby 30-osobowa rada centralna, złożona z przedstawicieli 16 rad regionalnych oraz reprezentantów ogólnopolskich organizacji artystycznych, wyższych uczelni i NGO-sów.

 

Z kolei członkowie KRRiT mieliby być powoływani na kadencje różnej długości, tak aby dominująca w danym momencie siła polityczna nie miała nigdy pozycji bezwzględnie silniejszej.

 

Przedstawiciele PiS zarzucają projektowi PO, że partia ta chciałaby wybierania osób kontrolujących radio i telewizję ze środowisk, gdzie ma spore wpływy. To może być zarzut celny, ale nie musi. Z pewnością sposób, jaki proponuje PO, bardziej odizolowuje media publiczne od bezpośredniego wpływu polityków niż obecny system, który nie zawiera właściwie żadnego filtra. Ten aspekt przedstawiciele PiS pomijają, bo jest dla nich szczególnie niewygodny.

 

Diabeł natomiast tkwi w szczegółach. Kilka miesięcy temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki. Tam zarządy poszczególnych regionalnych stacji (takie tworzą w Niemczech system mediów publicznych) są wybierane przez kilkudziesięcioosobowe rady, których członkowie są delegowani przez wiele różnego typu organizacji – od Kościołów, poprzez organizacje kulturalne, po różnego rodzaju stowarzyszenia i NGO-sy, ale nie przez partie. Natomiast lista organizacji, które mają prawo wysuwać swoich przedstawicieli do rad jest zawarta w landowym ustawodawstwie. Czyli wpływ polityków przejawia się na pierwszym etapie poprzez konieczność uzgodnienia w Landtagu, jakie organizacje zostaną zapisane w ustawie jako wchodzące do rady. I to jest klucz to sprawy.

 

Jeśli bowiem rady medialne miałyby być 15-osobowe, to spośród ilu i jakich kandydatów miałaby ich członków wyłaniać KRRiT? Jakim kluczem by się kierowała? Kto miałby prawo zgłaszać kandydatury? Kto zasiadałby w dwukrotnie liczniejszej radzie centralnej? Jak określić, które organizacje miałyby prawo kierowania tam swoich przedstawicieli? Bez doprecyzowania tych kwestii trudno pomysł oceniać. Jednak kredyt zaufania wobec PO w sprawach mediów publicznych – jakkolwiek krytycznie ocenialibyśmy ich obecną postać – jest, najdelikatniej mówiąc, poważnie ograniczony. Krytycy z partii rządzącej słusznie pytają, dlaczego te znakomite pomysły nie zostały opracowane i wcielone w życie w ciągu dwóch kadencji rządów PO.

 

Nieco mniej informacji jest o obywatelskim projekcie reformy, któremu patronuje były wiceminister kultury i twórca TVP Kultura Jacek Weksler, ale przy którym pracowali przedstawiciele różnych środowisk. Jest tam mowa o rozwiązaniu obecnie istniejących spółek i natychmiastowym powołaniu w ich miejsce nowych, finansowanych nie z abonamentu, a z budżetu (co właściwie już teraz ma miejsce, choć bez formalnej zmiany i na zasadzie prawnej prowizorki). TVP i radio zostałyby połączone w jeden organizm (tak jest np. w Estonii), a osobna spółka zrzeszałaby ośrodki regionalne. Na poziomie centralnym pozostawiono by jedynie cztery kanały TVP. Kodeks etyczny pracowników mediów publicznych miałby być prawnie wiążący. RMN przestałaby istnieć, a członkowie KRRiT byliby wybierani na kadencje różnej długości, odmienne niż kadencja Sejmu (podobieństwo z projektem PO). Zostałaby powołana przynajmniej 27-osobowa Rada Programowa, do której weszliby przedstawiciele środowisk artystycznych, organizacji pozarządowych, marszałków województw, rektorów uniwersytetów, RPO, która miałaby prawo wnioskować o odwołanie prezesów spółek medialnych.

 

I znów – diabeł tkwi w szczegółach. Jak ustalano by listę organizacji, mogących powoływać swoich przedstawicieli do Rady Programowej? Jak określano by, którzy członkowie KRRiT mają być powoływani na kadencję jakiej długości?

 

Mimo sceptycyzmu, który powinien się włączać z automatu, dobrze, że pomysły na zmianę są. Jest o czym rozmawiać. Problem w tym, że jedna strona sporu politycznego – a wraz z nią spora część dziennikarzy – nie widzi żadnej potrzeby dyskusji na ten temat, bo jej zdaniem jest dobrze. Pozostaje mi na końcu zawrzeć apel do władz SDP – jakkolwiek mam poczucie, że to głos wołającego na pustyni – żeby włączyć się do tej potrzebnej dyskusji poprzez debaty, konferencje, spotkania. Bo nie – dobrze nie jest, wręcz przeciwnie: jest fatalnie i widzi to każdy trzeźwo myślący dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Freedom House o polskich mediach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że media są uczestnikami politycznej wojny, i to często w charakterze najgorliwszych żołnierzy, pisałem wielokrotnie, także na portalu SDP. To nie jest zresztą teza rzadko spotykana, tyle że zwykle jest stosowana wybiórczo. Jedna strona widzi tylko, że to media sympatyzujące z drugą są żołnierzami w konflikcie partyjnym – i odwrotnie. Dziennikarze – jak to niedawno powiedział w rozmowie z Marcinem Makowski Robert Mazurek – pełnią rolę gniazdowych na stadionie.

 

Obie strony konfliktu, aby dowieść swojej tezy, chętnie sięgają po monitoring mediów lub po raporty o wolności mediów. Sięgają po nie, o ile te raporty dowodzą ich tezy lub też po to, żeby krzyknąć, że raporty są kłamliwe. Zależy od tego, co pokazują, oraz od tego, kto je sporządzał. Potem już idzie rutynowo i standardowo. Jedna strona będzie tryumfalnie pokazywać: „O, proszę, jak tamci są nierzetelni i wzbudzają hejt!”, a druga będzie dyskredytować dane badanie tylko dlatego, że jej nie pasuje albo stoją za nim niewłaściwe osoby czy organizacje.

 

Pisałem niedawno na portalu SDP o badaniu wolności mediów, prowadzonym przez Reporterów Bez Granic (RSF). Badanie to w mojej opinii, opartej na analizie stosowanej metodologii, nie opisuje w gruncie rzeczy niczego poza całkowicie subiektywnymi odczuciami grupy współpracowników RSF, rekrutujących się spośród osób niechętnych obecnej władzy.

 

Z drugiej jednak strony odrzucanie a priori wszystkich badań wolności i stanu mediów tylko dlatego, że wskazują na pewne niebezpieczeństwa, związane z obecnym stanem rzeczy, jest nierozsądne. Dziś chciałbym wskazać na raport Freedom House, renomowanego amerykańskiego think-tanku, który również bada wolność mediów od wielu lat, a który to cykl raportów bywa jednym tchem cytowany przez sympatyków obecnej władzy obok raportów RSF jako niewiarygodny. Tu jednak sprawa jest mniej oczywista.

 

Tegoroczny raport „Freedom and the Media” posługuje się inną punktacją niż coroczne raporty FH „Freedom of the Press”. Państwa otrzymały tam ocenę od 0 (najmniej wolne) do 4 (najbardziej wolne). Polska otrzymała 3 punkty. Jesteśmy na tym samym poziomie co Włochy, Hiszpania czy Czechy.

 

Metodologia, jaką stosuje FH, jest u swojej podstawy również częściowo uznaniowa, podobnie jak w przypadku RSF. Badaniem sytuacji w poszczególnych krajach zajmują się w tym przypadku eksperci, przyglądający się poszczególnym krajom. Opierają się również na sieci własnych kontaktów, ale nie jest to metoda prostego kopiuj-wklej z dostarczanych informacji. Na liście pytań, na podstawie których buduje się ocenę wolności mediów w danym kraju, są między innymi pytania o penalizację zniewagi głowy państwa (niestety, w polskim kodeksie karnym taki artykuł jest), o stosowanie pośredniej lub bezpośredniej cenzury, o upartyjnienie przekazu. Rzecz jasna, w wielu przypadkach odpowiedzi będą oparte na subiektywnych odczuciach. Jeśli jednak spojrzeć, jak kształtowała się pozycja Polski w ostatnich latach w raportach „Freedom of the Press” (posługujących się skalą od 0 – największa wolność mediów – do 100 – najmniejsza wolność), widać, że nie było tam bezzasadnego skoku w dół w 2015 roku, jak w przypadku raportu RSF. W 2014 roku Polska otrzymała 27 punktów, w 2015 roku – 26 punktów, rok później – 28 punktów, a dopiero w 2017 roku – 34 punkty, co pierwszy raz zakwalifikowało nas nie jako kraj z mediami wolnymi, ale z „częściowo wolnymi” (partly free). Przypomnijmy, że gwałtowny spadek Polski w raporcie RSF, nie był spowodowany żadnymi widocznymi przyczynami i był niejako „prewencyjny”.

 

Natomiast w raporcie FH właśnie w 2017 roku, gdy Polska odnotowała największy spadek, w opisie polskiej sytuacji pojawiło się kuriozalne stwierdzenie, że „PiS starał się wyciszyć głosy w mediach, kwestionujące promowaną przez niego narrację historyczną, która w większości pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej”. Jako przykład tego „wyciszania” podano dyskusję przed emisją filmu „Ida” w TVP.

 

W dodatku w tym samym roku krytyczny, szerszy opis polskiej sytuacji medialnej dla Freedom House przygotowała Annabelle Chapman, pracująca wówczas m.in. dla tygodnika „The Economist”, za sprawą powiązań towarzyskich niechętnemu obecnej władzy. Sama też zresztą od początku przyjmowała takie stanowisko. Być może tu należy szukać źródła wcześniej przytaczanych dziwacznych uwag na temat polskiej narracji historycznej.

 

Natomiast tegoroczny raport FH o mediach należy czytać łącznie z raportem FH o stanie wolności w ogóle. Tutaj Polska uznawana jest za kraj wolny (Free) z 84 punktami na 100. Tu też znajdujemy obszerniejszy opis polskiej sytuacji medialnej: „Media w Polsce są pluralistyczne, a większość jest w prywatnych rękach. Jednakże media publiczne oraz organy nimi zarządzające zostały oczyszczone z głosów odrębnych po przyjściu PiS do władzy w 2015 roku. TVP, publiczny nadawca telewizyjny, promuje rządowy przekaz na tematy począwszy od pokojowych protestów antyrządowych, które pokazywane są jak próby zamachu stanu, na krytycznych organizacjach pozarządowych skończywszy, ukazywanych jako agenci opozycji lub obcych sił. W roku 2018 programy publicznej telewizji były wykorzystywane do otwartego wspierania kampanii partii rządzącej przed wyborami lokalnymi oraz do dyskredytowania kampanii opozycji”.

 

Można zwrócić uwagę na nieścisłości. Nie jest prawdą, że w konstytucyjnym organie kontrolnym, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, nie zasiadają przedstawiciele opozycji. Nie mają natomiast nic do powiedzenia, gdy idzie o podejmowanie decyzji, zaś Rada Mediów Narodowych, decydująca o obsadzie kluczowych stanowisk, jest po prostu obsadzona przez czynnych polityków partii rządzącej. Czy reszta opisu sytuacji jest fałszywa i łatwo można ją odrzucić wzruszeniem ramion? O tym, jak działa TVP, pisałem tutaj już wielokrotnie i moja opinia niespecjalnie różni się od tej, zaprezentowanej przez FH. Radziłbym więc mniej automatyzmu w ocenach.

 

Co więcej, jednym ze stałych punktów wszystkich raportów na temat wolności mediów w Polsce były odniesienia do zapowiadanej przez rząd najpierw repolonizacji, potem dekoncentracji mediów. Pisałem i na portalu SDP, i gdzie indziej, dlaczego te plany uważam za niezywkle groźne dla wolności mediów i wolności słowa. Niestety, niedawna wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina może wskazywać, że w drugiej kadencji ten projekt powróci. To zła wiadomość. Jako ostrzeżenie przed skutkami tych działań, proponuję lekturę szerszej analizy, przygotowanej przez Freedom House, dotyczącej sytuacji mediów węgierskich. Nie byłoby dobrze, gdyby miałby to być wzór dla Polski.

 

Łukasz Warzecha

 

Potrafił rozmawiać – wspomnienie ŁUKASZA WARZECHY o ś.p. Andrzeju Godlewskim

W sobotę pożegnaliśmy Andrzeja Godlewskiego, dziennikarza. Tyle wystarczy – kto jest ciekaw, jak przebiegała bardzo bogata dziennikarska kariera zmarłego, bez trudu odszuka te informacje w internecie.

 

Kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie był pełny, Mszę Świętą koncelebrowało siedmiu księży. Prócz rodziny, przyjaciół i wiernych z parafii, w której Andrzej aktywnie działał, było też wielu dziennikarzy, m.in. Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Michał Karnowski, Tomasz Sianecki, Marcin Antosiewicz, Piotr Zaremba, Justyna Dobrosz-Oracz, Grzegorz Chlasta.

 

Na zdjęciu, ustawionym przed trumną, Andrzej był uśmiechnięty na swój charakterystyczny sposób. To fotografia, którą wstawił na profile w mediach społecznościowych. Jest wciąż na Twitterze i Facebooku.

 

Andrzej odszedł w wieku zaledwie 49 lat po kilkuletniej walce z wyjątkowo wredną i wyjątkowo rzadką odmianą nowotworu. Był aktywny niemal do samego końca. Jeszcze na kilka tygodni przed odejściem organizował debaty i spotkania, był gościem w mediach. Ostatni wpis na jego profilu na FB o kolejnej debacie jest z 15 maja. Andrzej zmarł 7 czerwca. Wiedział, że odchodzi. Miał w sobie tyle spokoju, że zdążył przygotować list pożegnalny, który odczytano podczas nabożeństwa żałobnego.

 

Spotkaliśmy się po raz ostatni przy okazji jakiejś dyskusji może ze dwa miesiące wcześniej. Po Andrzeju właściwie prawie nic nie było widać. Zawsze tak samo uśmiechnięty, tak samo miły, nie epatował swoimi problemami, obawami, cierpieniem. Wręcz przeciwnie – można by sądzić, że ma się przed sobą całkowicie szczęśliwego, spokojnego o przyszłość człowieka. Może zresztą tak było – Andrzeja uspokajała jego głęboka wiara. Gdyby ktoś nie wiedział, że toczy walkę o własne życie, nie podejrzewałby.

 

A kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? Nie jestem nawet w stanie dokładnie odtworzyć. To musiało być podczas jednego z wyjazdów studyjnych, w których wielu brałem udział na etapie przygotowania Polski do przystąpienia do UE. Czyli znaliśmy się ponad 15 lat. Nie była to wielka przyjaźń czy bardzo intensywna znajomość, ale mieliśmy ze sobą zawsze kontakt, nieustannie gdzieś na siebie wpadaliśmy. I widząc go, zawsze bardzo się cieszyłem. Był kolegą, którego niezmiennie witało się z wewnętrznym impulsem radości, że jest, że się go widzi, że można zamienić kilka słów.

 

Teraz wyjaśnię, dlaczego to wspomnienie umieszczam w cyklu felietonowym na portalu SDP. Otóż kiedy się poznaliśmy, nasza rzeczywistość medialna i polityczna wyglądały inaczej niż dzisiaj. Wtedy te cechy Andrzeja, na które wskazywało wiele osób, wspominając go ostatnio, nie kontrastowały aż tak mocno z tłem, bo tło było bardziej stonowane. Myślałem o nim po prostu: miły facet, może trochę zbyt miękki, zbyt wstrzemięźliwy.

 

Tymczasem na tle rzeczywistości medialnej i publicznej AD 2019 Andrzej jawił się już jako epigon. Był kimś niezwykłym.

 

Po pierwsze – wyróżniał się kompetencjami. Przy coraz większym dyletanctwie dzisiejszych dziennikarzy, Andrzej po prostu błyszczał w swojej tematyce, głównie niemieckiej (mówił znakomicie po niemiecku, ale to nic dziwnego, skoro studiował w Lipsku) i europejskiej. A przy tym nigdy nie był protekcjonalny. Jeżeli komuś zdarzyło się popełnić merytoryczny błąd, zwracał uwagę w tak delikatny i przychylny sposób, że można mu było być tylko wdzięcznym. Odejście Andrzeja to pod tym względem ogromna strata. Z polskiego dziennikarstwa zniknęła jedna z zaledwie kilku osób, tak świetnie orientujących się w sprawach niemieckich i europejskich. Jedna z niewielu, od których mogliby się uczyć młodzi dziennikarze.

 

Po drugie – i to jest nawet ważniejsze – Andrzej był człowiekiem – podkreślam: człowiekiem, nie tylko dziennikarzem – nadzwyczaj łagodnym, uprzejmym, delikatnym i niekonfrontacyjnym. To, co kiedyś wydawało mi się może nadmierną miękkością, w ostatnich latach stało się towarem deficytowym, dobrem rzadkim, czymś unikatowym i bardzo, bardzo cennym. To była zdolność do rozmowy – bez pokrzykiwania, bez złośliwości, bez śladu napastliwości – z tymi, z którymi Andrzej mógł się głęboko nie zgadzać. Andrzej miał swoje poglądy, niezbyt kompatybilne z linią obecnej władzy, ale umiał do nich spokojnie przekonywać. Nie było w nim drapieżności, tak dzisiaj cenionej u tych, których Robert Mazurek nazwał w niedawnym wywiadzie „gniazdowymi”. Andrzej ratował, ocalał, odtwarzał zdolność do polemiki z maksymalnym szacunkiem dla drugiej strony. To dzisiaj ekstremalnie rzadka cecha, gdy premiowana jest medialna agresja, zero-jedynkowość i poniewieranie przeciwnika (właśnie przeciwnika, a nie polemisty, bo każdy, kto się nie zgadza, jest traktowany jak wróg).

 

Andrzej był też człowiekiem głęboko wierzącym i zapewne to również wpływało na jego postawę wobec bliźnich.

 

Chciałbym, żeby ta część Andrzejowego charakteru i sposób, w jaki działał jako dziennikarz, jakoś w nas pozostała. Żebyśmy potraktowali ją jako testament odchodzącego (zdecydowanie zbyt wcześnie) kolegi, który jest już w innym, lepszym świecie.

 

Andrzeju, spoczywaj w pokoju. Będzie tu Ciebie bardzo brakowało.

 

Łukasz Warzecha

 

Milicja wejdzie do Michnika – ŁUKASZ WARZECHA o tym, że zagraniczne media mało wiedzą o Polsce

Milicja wejdzie do Michnika, a wcześniej ktoś podrzuci mu narkotyki – to najczęściej przytaczany wątek (cytat z redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”) z tekstu o sytuacji mediów w Polsce, który ukazał się na portalu renomowanego amerykańskiego magazynu „Foreign Policy”.

 

W środku tekstu pojawia się ramka z zachętą read more, a w niej odsyłacze do trzech innych tekstów, pokazujących, jak źle dzieje się z Polską: „Poland’s Historical Revisionism Is Pushing It Into Moscow’s Arms. The country doesn’t need an openly pro-Russian political party. Its own government’s attempts to rewrite Polish history play directly into Vladimir Putin’s hands”, „Poland’s New Populism. Warsaw may be turning away from the European Union, but that doesn’t mean that it is turning toward Moscow instead” oraz „It’s Time to Play Hardball With Poland. Brussels needs to admit that Warsaw’s democratic charade is over”. Nie widać żadnego tekstu, który próbowałby pokazać polską sytuację z innej perspektywy.

 

Ja próbowałem. Zawsze próbuję, jeśli mam okazję. Dlatego w tekście przytoczono moją krótką wypowiedź:

 

That the paper [„Gazeta Wyborcza”] leans to the left has made it a target for people in Poland, even those who find the propaganda on TVP distasteful. Lukasz Warzecha is a columnist for the conservative magazine Do Rzeczy. “Before 2015, you had the media picture completely dominated by the left part of the political scene,” he said. “Now the picture is much more balanced.”

 

Z dziennikarskiego punktu widzenia tekst jest bardzo marny. Pisany w taki sposób, w jaki wiele zachodnich mediów pisze o Polsce. Pamiętam doskonale sprzed lat rosnące rozczarowanie sposobem, w jaki niegdyś mój ulubiony „The Economist” pisał o Polsce pod rządami PO. Coraz bardziej przypominało to narrację „Gazety Wyborczej”, coraz mniej rzetelne przedstawienie złożonej sytuacji politycznej. W końcu, po wielu latach, gdzieś w okolicach 2015 roku, zrezygnowałem z prenumeraty brytyjskiego magazynu, wychodząc z założenia, że skoro w ten sposób pokazuje sytuację w Polsce, to nie daje to gwarancji rzetelności w tekstach o innych krajach.

 

Tekst na portalu FP jest, rzecz jasna, napisany z tezą. Pomija przynajmniej kilka istotnych informacji.

 

Po pierwsze – nie umieszcza w kontekście zmian w TVP. Jakkolwiek krytyczny mielibyśmy do nich stosunek (ja mam skrajnie krytyczny, o czym kilkakrotnie pisałem na portalu SDP), należałoby jednak przypomnieć również personalne ruchy, które miały miejsce za poprzedniej władzy.

 

Po drugie – tam, gdzie jest mowa o rzekomym prześladowaniu opozycyjnych mediów, autorzy tekstu wspominają o tym, że Jarosław Kaczyński „zażądał od prokuratury”, aby zajęła się publikacjami „GW” („In February, the de facto leader of Poland, Jaroslaw Kaczynski, did just that, attacking Gazeta Wyborcza after it raised questions about his involvement in plans to build a luxury skyscraper in Warsaw. Kaczynski insisted that the paper retract the stories and publish an apology, but when it refused, he demanded the public prosecutor charge the authors with defamation”.) To oczywiste przekłamanie, być może wynikające z nieznajomości polskich realiów, także prawnych. Jarosław Kaczyński złożył bowiem przeciwko „GW” prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego – a nie jest to jednak to samo, co żądanie, aby prokuratorzy oskarżyli autorów tekstu o zniesławienie (jakkolwiek prokurator może, jak wiadomo, przystąpić do takiego postępowania). Mało tego, dziennikarska uczciwość nakazywałaby – gdyby oczywiście autorzy tekstu w FP wiedzieli, o czym w ogóle piszą – wspomnieć, że przez osiem lat swoich rządów Platforma Obywatelska, mimo powszechnej krytyki ze strony przedstawicieli mediów, nie skasowała z kodeksu karnego wspomnianego artykułu 212. Gdyby to zrobiła, prezes PiS nie mógłby go dziś używać przeciwko gazecie Adama Michnika. Oczywiście należałoby też napisać, jak sam PiS zmienił zdanie w sprawie art. 212 (pisałem o tym na portalu SDP).

 

Po trzecie – autorzy tekstu oznajmiają, że poprzez przejęcie przez będący własnością państwa Orlen Ruchu, PiS może zyskać kontrolę nad dystrybucją prasy. Nie wspominają jednak ani słowem, że oferta Orlenu – jakkolwiek można mieć co do niej obawy (o tym także pisałem na portalu SDP) – nie jest jakimś zamachem na niezależną sieć dystrybucji, ale konsekwencją faktycznej plajty Ruchu i dramatycznej sytuacji wydawców prasy w związku z tym.

 

Mamy zatem przed sobą tekst słaby, pod tezę, pokazujący, jak mało jego autorzy wiedzą o sytuacji w Polsce. Reakcje mogą być dwie. Pierwsza to pogardliwe wzruszenie ramionami. Druga – którą zalecam – to skorzystanie z każdej okazji, aby rozmawiać z kolegami z zagranicy, piszącymi o Polsce. Warto pomagać, przekazywać kontakty, sugerować rozmówców – możliwie różnorodnych, prezentujących różne punkty widzenia. Ja sam mam to szczęście, że dziennikarze z różnych krajów – a to z Czech, a to z Hiszpanii, a to z Łotwy czy Niemiec – odzywają się do mnie co jakiś czas z prośbą o komentarz, pomoc, skierowanie do osób, które potrafią powiedzieć o polskiej sytuacji coś więcej niż tylko sztampa z Czerskiej. Każdy taki kontakt bardzo mnie cieszy, a już szczególnie, gdy jego inicjatorem są przedstawiciele mediów, które tradycyjnie zaopatrywały się w opinie tylko w polskiej lewicowo-liberalnej bańce. Staram się pomagać, jak tylko mogę, tak aby następnym razem zagraniczny kolega znów się do mnie odezwał. W ten sposób burzy się monopol polskich lewicowych mediów na opowiadanie o tym, co dzieje się w naszym kraju. I nie chodzi przecież o to – jestem jak najdalszy od sugerowania, aby iść w tę stronę – żeby robić klakę rządowi. Nie – wystarczy pokazać, że może być inny punkt widzenia niż ten, do którego przywykł interlokutor z Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoch. Niekoniecznie entuzjastyczny wobec władzy, ale po prostu niezależny, a nie powielający narrację opozycji.

 

A że efekty bywają różne? Takie jest życie. W tekście na portalu Foreign Affairs jedna rzecz została jednak mimo wszystko uczciwie powiedziana: że „Gazeta Wyborcza” to medium lewicowe, bardzo mocno wspierające konkretną polityczną opcję.

 

 

Gdzie brzmią fałszywe nuty? – ŁUKASZ WARZECHA analizuje „Tylko nie mów nikomu” jako dzieło dziennikarskie

Film Tomasza Sekielskiego jest nie tylko dokumentem ważnym dla polskiego Kościoła i polityki (bo, chcąc nie chcąc, na nią wpływa). Jest też owocem pracy dziennikarskiej. Emocje wywołał jednak takie, że nikt nie przyjrzał mu się dotąd od tej właśnie strony.

 

Moje zawodowe zboczenie polega na tym, że od tego typu analizy nie jestem w stanie się nigdy uwolnić, nawet jeżeli temat materiału jest bardzo emocjonujący. A przecież dziennikarz, podobnie jak reżyser, stosuje określone środki, żeby osiągnąć cel. Czasem tym celem jest wzbudzenie ciekawości, czasem – podkreślenie najważniejszego przekazu tekstu, czasem – pobudzenie wątpliwości albo krytycznego myślenia w jakiejś sprawie. Filmowiec, oglądając nawet najbardziej wciągające dzieło najbardziej cenionego reżysera analizuje, po jakie sięgnął środki, jak kadrował ujęcia, jaką dobrał do nich muzykę i tak dalej – oraz jaki efekt, jaki wpływ na widza dzięki temu osiągnął.

 

W ten sam sposób można spojrzeć na reportaż, dokument czy nawet tekst publicystyczny. Różnica jest taka, że o ile filmowiec operuje jednak na ogół w sferze fikcji, to dziennikarz zmaga się z prawdą i faktami, a to powinno na niego nakładać pewne ograniczenia w operowaniu środkami stylistycznymi.

 

O znaczeniu filmu Sekielskiego mówiłem świeżo po jego obejrzeniu w wideokomentarzu na swoim kanale na YT. Powiedziałem, że film jest ważny i potrzebny, ale też ma pewne elementy, które osłabiają poczucie, że chodzi w nim wyłącznie o prawdę. Niepotrzebnie, bo ta prawda, którą pokazał w części swojego dokumentu Sekielski, broni się wystarczająco mocno sama. Oceniałem w ten sposób nie stronę czysto warsztatową, ale merytoryczną.

 

Dzisiaj w ten sam sposób oceniam „Tylko nie mów nikomu” od strony warsztatu: to film bardzo sprawny – momentami aż za bardzo. Niepotrzebnie.

 

Nowoczesny dokument nie ucieka od efektów, które uatrakcyjniają go czysto wizualnie. Ujęcia z dronów, elementy inscenizacji – to wszystko zdarza się nawet w produkowanych masowo reportażach w programach interwencyjnych, cóż dopiero w filmach dokumentalnych. I jest obecne u Sekielskiego. Pokazywane są z góry świątynie czy inscenizowane zbliżenia na przedmioty czy osoby. Jedno z nich pokazuje na przykład twarz człowieka pijącego mleko, które ścieka mu po brodzie. Ten obraz pojawia się, gdy ofiara molestowania opowiada, że ksiądz, który wyrządził jej krzywdę, pił często mleko. Nie jest to jedyna taka scena w filmie.

 

Tu mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jako się rzekło, to normalny element nowoczesnego dokumentu. Z drugiej – budzi wątpliwości, szczególnie przy tak drażliwym temacie. Czemu bowiem taka inscenizacja służy? Przecież nie przekazaniu faktów (czasami inscenizacji występują w takiej roli i wtedy są stylistycznie neutralne). Odpowiedź jest oczywista: wzmocnieniu emocji. Słyszmy wstrząsającą historię molestowanej kobiety (wtedy dziewczynki) i widzimy zbliżenie na odrażającą twarz (w kamerowym zbliżeniu w formacie HD niemal każda twarz będzie mało estetyczna) mężczyzny pijącego mleko. Czy to coś wnosi w warstwie wiedzy widza? Nie. To tylko wzmacnia przekaz opowieści ofiary.

 

Sekielski mógłby odpowiedzieć, że właśnie o to mu chodziło, bo ta relacja miała wybrzmieć jak najmocniej. Może ma rację, ja jednak mam tutaj ambiwalentne odczucia. W inscenizowaniu takich obrazów pobrzmiewa mi jakaś fałszywa nuta.

 

Ewidentnie fałszywa nuta brzmi natomiast już nie w aktorskich inscenizacjach, ale w ewidentnie aranżowanych scenach z udziałem jednego z głównych bohaterów filmu, prawnika Artura Nowaka. Są takie dwie. Pierwsza, gdy Nowak – przecież prawnik, a więc ktoś doskonale wiedzący, jakie są procedury składania pism czy umawiania się na spotkania z jakimikolwiek  osobami funkcyjnymi, świeckimi czy duchownymi – dobija się do zamkniętych drzwi warszawskiej kurii, chcąc zostawić pismo dla kardynała Nycza. Drzwi są zamknięte, bo Nowak przyszedł poza godzinami pracy kurii. Tak samo odbiłby się od drzwi dowolnego urzędu, gdyby zjawił się po godzinach jego pracy. Wie to on sam, wie to Sekielski. Znów można spytać: po co zatem ta inscenizacja?

 

Druga scena to ta kończąca film: próba porozmawiania z kardynałem Dziwiszem. Nowak i jego klient, Marek Mielewczyk, ofiara molestowania, dwukrotnie próbują – nie umówieni – dostać się do kardynała, dzwoniąc domofonem do drzwi jego domu. Za pierwszym razem nikt nie odbiera, za drugim słyszą, że kardynała nie ma. Odchodzą, mówiąc: „No i co zrobisz? Nic nie zrobisz”. To szyte tak grubymi nićmi, że aż żenujące. Równie dobrze można by próbować z ulicy dostać się do dowolnego ministra.

 

Pytanie brzmi: po co były Sekielskiemu te sceny, skoro główny wątek jego obrazu – wyznania ofiar i spotkania niektórych z nich z prześladowcami – jest wystarczająco mocny i nie trzeba go wspomagać naciąganymi scenami czy inscenizacjami? Mało tego: postawiłbym tezę, że gdyby skasować z filmu wszystkie te nic niewnoszące w warstwie faktów uzupełnienia i skrócić go w ten sposób niemal o połowę – byłby nawet mocniejszy. Zaś u bardziej krytycznie i analitycznie nastawionych widzów nie wywoływałby poczucia, że momentami autor chciał nimi manipulować.

 

Jest jeszcze jedna wątpliwość, tu i tam się pojawiająca: czy Sekielski postąpił etycznie z dziennikarskiego punktu widzenia, nagrywając ukrytą kamerą spotkania ofiar z prześladowcami – ludźmi już starymi, nawet, jak w przypadku ks. Cybuli, nad grobem. Wątpliwość rozumiem, ale tu bronię Sekielskiego stanowczo. Dziennikarz ma prawo sięgnąć po nadzwyczajne środki, jeśli działa w uzasadnionym interesie społecznym. Jeśli tylko w ten sposób może sięgnąć prawdy. I tak tu właśnie było. Ofiary otworzyły się dopiero po latach, księża, którzy je molestowali, byli już siłą rzeczy starymi ludźmi. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby przyznali się do swoich czynów, gdyby weszła do nich ekipa z kamerą. Celu, którym było pokazanie prawdy, jakkolwiek strasznej i niewygodnej dla wielu, nie dałoby się osiągnąć inaczej.

 

Czego by wreszcie o dokumencie Sekielskiego czy o motywacjach, jakie nim kierowały, nie myśleć – odniósł ogromny sukces: stworzył dokument, który potężnie wpłynął na rzeczywistość. Wiele wskazuje na to, że nie tylko w krótkim, ale też w długim okresie, jeśli wziąć pod uwagę, że Kościół musi zareagować systemowo. To chyba marzenie każdego dziennikarza co najmniej od czasów serii tekstów Woodwarda i Bernsteina o aferze Watergate.

 

I jakich byśmy nie mieli wątpliwości czy zastrzeżeń – na tle wielu nierzetelnych, fałszujących rzeczywistość, robionych wręcz na polityczne zamówienie materiałów dziennikarskich film Sekielskiego broni się całkiem dobrze.

 

Ostatecznie – jak mówił Józef Mackiewicz – tylko prawda jest ciekawa.

Łukasz Warzecha

Od autorytetu do utopii – ŁUKASZ WARZECHA o 30 latach „Gazety Wyborczej”

„Gazeta Wyborcza” jest dziś już tylko cieniem siebie samej sprzed lat. Z roli najwyższego autorytetu, strącającego z piedestałów i na nie wynoszącego, została zredukowana do roli jednej z wielu gazet, ze spadającą sprzedażą, zbiorowymi zwolnieniami i coraz mniejszą mocą sprawczą. 30 lat jej istnienia to historia najpierw sukcesu bardziej politycznego niż medialnego, a potem – stopniowego gaśnięcia.

 

„GW” od samego początku miała ambicje kreowania polityki. Zgoda, że takie ambicje ma wiele mediów, również tych powiązanych z, umownie mówiąc, prawą stroną, ale „GW” była pod tym względem jednak wyjątkowo dobrze ustawiona. Przecież nawet jej redaktor naczelny – dziś już raczej żywy posąg niż faktyczny szef pisma – był przez trzy lata posłem na Sejm, jednocześnie kierując gazetą.

 

Dla mnie „GW” wiąże się z kilkoma bardziej prywatnymi wspomnieniami. Pamiętam na przykład, jak w czasach, gdy pracowałem w nieistniejącym już „Życiu”, „Wyborcza” zabawiała się robieniem antysemitów z ludzi dla niej niewygodnych. Dziś w zasadzie robi to samo, ale siła jej oddziaływania jest bez porównania mniejsza. W tamtym okresie „Życie” wzięło w obronę prof. Ryszarda Legutkę, który w taki właśnie sposób został potraktowany. Inna podobna historia to tragiczny los dr. Dariusza Ratajczaka, którego w 1999 roku oskarżono o kłamstwo oświęcimskie na podstawie wprowadzonego zaledwie rok wcześniej, krępującego zresztą wolność słowa, złego i zbędnego przepisu. Postępowanie wobec niego sąd umorzył ostatecznie trzy lata później, ale historyk został skutecznie zaszczuty właśnie przez „GW”. I to w białych rękawiczkach, bo wprawdzie w „GW” pisano, że wsadzać do więzienia za „nawet najobrzydliwsze” poglądy się nie powinno, ale zarazem wytrwale przypominano o oskarżeniach wobec Ratajczaka. Można zakładać, że to za sprawą jej publikacji naukowiec nie był w stanie znaleźć pracy. W 2010 roku znaleziono go martwego w jego własnym aucie na parkingu przed centrum handlowym.

 

Szczególnie dobrze zapadła mi w pamięć histeria „Wyborczej”, wywołana pojawieniem się na rynku dziennika „Fakt”, w którym miałem szczęście pracować od początku przez dekadę. Gdy drugi polski tabloid ruszał w 2003 roku, od pierwszego dnia był agresywnie atakowany przez redakcję z Czerskiej. Gdy uruchomiono w nim najpierw dodatek „Europa”, a potem regularny dział opinii, w którym pojawiały się wywiady z najważniejszymi polskimi i zagranicznymi intelektualistami oraz politykami – ataki się wzmogły. Nigdy nie pojawiały się w nich odniesienia do tej właśnie części gazety, zawsze natomiast była ona przedstawiana jako głupawe pisemko dla prymitywów. Motywacja była oczywista: „GW” od momentu wejścia na rynek potężnego gracza wiedziała, że oto pojawiła się konkurencja do rządu dusz, której nie da się łatwo zakrzyczeć, bo wydawca jest zagraniczny i ma do dyspozycji potężne pieniądze. Pojawienie się w „Fakcie” tekstów opiniowych musiało wywołać wyjątkową wściekłość: oto tabloid, piszący o chomiku pomagającym wykryć zdradę małżeńską dzięki zamontowanej na grzbiecie kamerce, jednocześnie publikuje rozmowy lub teksty Javiera Solany, prof. Marcina Króla, Richarda Pipesa czy Valéry’ego Giscarda-d’Esating. To była po prostu obraza. W Polsce monopol na sięganie po takie nazwiska i mówienie ludziom, jak mają myśleć, miała mieć Czerska.

 

Z czasem „GW” musiała się pogodzić z istnieniem realnej konkurencji. Dziś jej publicystyka jest w większości słaba i przewidywalna, pisana na jedno skrajnie lewicowe kopyto. Znacznie ciekawsze pod tym względem są właściwie wszystkie inne gazety, niezamykające się we własnym kręgu: od „Rzeczpospolitej”, poprzez „Polskę Times” i „Dziennik Gazetę Prawną”, na „Super Expressie” i „Fakcie” (gdzie nowa naczelna przywróciła dział opinii) skończywszy. Dramatycznie osłabła siła politycznego rażenia, co pokazał uśpiony już chyba cykl o przygodach pana BirgfellneraJarosławem Kaczyńskim. „Wyborcza” nie jest już nawet w stanie wykreować skutecznie politycznego lidera (vide najpierw Ryszard Petru, teraz Robert Biedroń). Nie jest też w stanie rozstawiać opozycji zgodnie ze swoim życzeniem. Ataki i zaczepki wobec Grzegorza Schetyny w najmniejszym stopniu nie zmieniły jego sytuacji.

 

Na Facebooku popularne są profile, których nazwy brzmią podobnie: robię coś dla beki. Można by spokojnie założyć profil „czytam »Wyborczą« dla beki”. Bo zwykle już tylko do tego się nadaje. Niepowtarzalne są podniosłe elukubracje Jarosława Kurskiego, głoszącego schyłek demokracji i ostrzegającego przed nadchodzącym faszyzmem. Wejrzenie w inną rzeczywistość oferuje „Gazeta Stołeczna”, w której stężenie schematów, budowanych wokół karykaturalnego wręcz spojrzenia na potrzeby „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków”, przyprawia o zawrót głowy. „Stołeczna” to w pewnym stopniu utopia, pokazująca, jakiego świata chcieliby dziennikarze „dużej” „Wyborczej”. Jest tam więc wiele o tym, jak bohaterscy ateiści walczą z kościelną opresją, jak źli blachosmrodziarze zawłaszczają miasto i o tym, jak radośni zmiennoseksualni single bawią się przy sojowym latte w hipsterskich lokalach. Ktoś kiedyś powinien napisać dłuższą pracę na temat świata, przedstawianego w „Stołecznej”.

 

Nie życzę jednak, odmiennie niż wielu moich kolegów, „Gazecie Wyborczej”, żeby zniknęła z rynku, choć z mojego punktu widzenia zrobiła wiele złego. Pracują tam wciąż publicyści, z którymi można toczyć normalną dyskusję i którzy nie mają w zwyczaju zaczynać od delegitymizacji drugiej strony. Wciąż jakoś obecny jest „symetrysta” Grzegorz Sroczyński, jest niepoprawny liberał Witold Gadomski, jest stonowany Roman Imielski (wielokrotny gość mojego programu publicystycznego w Polskim Radiu 24), są dziennikarze, dostarczający rzeczowej informacji, jak Andrzej Kublik, specjalizujący się w kwestiach gospodarczych, głównie energetycznych, czy Justyna Suchecka, zajmująca się edukacją. Jest wreszcie Dominika Wielowieyska, której kiedyś spłatałem złośliwego figla w TOK FM, trollując prowadzony przez nią program, a która wydaje się jednak zachowywać jakąś wewnętrzną intelektualną uczciwość – jakkolwiek mocno bym się z nią nie zgadzał.

 

Czy Polska bez „GW” byłaby lepsza? Być może kiedyś, gdy gazeta Michnika rządziła niepodzielnie, odpowiedziałbym twierdząco. Ale bez dzisiejszej „Wyborczej”, sprowadzonej do roli po prostu jednej z wielu gazet – już niekoniecznie. Po prostu jej zniknięcie dzisiaj niczego by specjalnie nie poprawiło. Ot, pewna grupa z lekka oderwanych od rzeczywistości umysłowych potomków Unii Demokratycznej oraz młodych wykorzenionych lewicowców straciłaby swój organ. Nie warto zresztą – tak sądzę – życzyć upadku żadnemu medium. Im jest ich więcej, tym lepiej dla debaty, mimo wszystko.

 

Nie napiszę jednak „Gazecie Wyborczej”, że życzę jej kolejnych 30 lat, bo nie chcę być hipokrytą. Napiszę: skoro już jesteście tyle lat, to bądźcie sobie dalej; bylebyście nigdy nie odzyskali pozycji, jaką mieliście przez pierwsze dwie dekady waszego istnienia.

Łukasz Warzecha