Głowa, żaba i piramida – ŁUKASZ WARZECHA o sztuce pisania felietonów

Felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć minimum lat 30. Pod tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia.

 

Ktoś gdzieś wyczytał, że w jakiejś tam puszczy południowoamerykańskiej znaleziono niedawno olbrzymią głowę z kamienia; wielkość jej równała się rozmiarom dwupokojowego mieszkania z wygodami. Głowa była cała zarośnięta – oczywiście nie z powodu dawnego niegolenia, lecz z powodu dawnego spoczywania w dżungli – zarośnięta  drzewami, poowijana jak sznurami korzeniami krzewów, lianami, omszała. Z trudem oczyszczono głowę z tego wszystkiego, po czym uczeni archeologowie jęli się nad nią głowić (nomen omen!). Po długich debatach, zakropionych sporymi dawkami kaszasy (mocna wódka południowoamerykańska), doszli do wniosku, że głowa jest jedyną pozostałością po wielkiej cywilizacji, istniejącej tam ze dwa tysiące lat temu, przed epoką Majów.

 

Wiadomość ta po prostu mnie przeraziła. Pomyślcie tylko: z wielkiej cywilizacji, z mnóstwa pracy, wysiłków, walk, problemów, miłości, zazdrości, nienawiści, wierzeń, powątpiewań, myśli i odkryć, cierpień i radości cóż pozostało? Ot, po prostu – durna obrośnięta głowa w lesie, przypadkiem w dodatku przez jakichś, wstawionych może facetów odnaleziona. A co będzie, jeśli za tysiąc lat z całego kochanego Krakowa także tylko jedna głowa zostanie i głowę tę odnajdzie ktoś pomiędzy paprociami zarastającymi miejsce, gdzie dziś rozciąga się Rynek Główny z Linią A–B?

 

Proszę wybaczyć ten długi cytat. Skoro jednak miałem pisać o tym, jak się pisze felieton, postanowiłem zadziałać na początek za pomocą przykładu szkatułkowego. Zrobiłem to, co powinien zrobić felietonista, czyli sięgnąłem na swoją półkę, wyjąłem z niej pierwszy tom „Felietonów” Stefana Kisielewskiego (Prószyński i Spółka, Warszawa 2013) i zacytowałem początek tekstu „Głowa w puszczy, żaba i piramida”, który to z kolei tekst jest niemal modelowym przykładem felietonu. Oczywiście sięgnąłem po Kisiela nieprzypadkowo – to moim zdaniem jeden z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszy felietonista w historii polskiego dziennikarstwa. Ja zaś mam do niego dodatkowy sentyment za dystans, poczucie humoru, zachowywanie zdrowego rozsądku i poglądy gospodarcze bliskie moim.

 

Pamiętajmy przy tym, że ten akurat Kisielowy felieton ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” w serii, drukowanej w latach 1945-53, a więc w czasach, kiedy swoboda dziennikarska była, by tak rzec, solidnie ograniczona. Ale o tym dalej.

 

Zaczynam od uwagi mało optymistycznej: felieton to najtrudniejszy gatunek dziennikarski, może obok klasycznego reportażu. Dziennikarski, choć na pograniczu literatury. Ja sam przedstawiam się jako komentator i publicysta, nie jako felietonista, choć może, mając na półce Złotą Rybę, mógłbym zaryzykować. Ale felietonistą się prawie nigdy nie jest etatowo, choć formalnie można mieć rubrykę felietonową w czasopiśmie, na portalu czy okienko felietonowe w radiu (ale to już tylko publicznym, bo żadna prywatna rozgłośnia czegoś takiego nie robi). Nawet jednak jeśli piszemy coś, co w zamierzeniu ma być felietonem, w wielu przypadkach wychodzi nam najzwyklejszy komentarz. O szczebel niżej, co najmniej.

 

Wiedzieć, gdzie sięgnąć

 

Felieton zanika, nie tylko dlatego, że jest niezwykle trudny, ale również dlatego, że atmosfera plemiennej wojny, w której udział biorą także media, nie jest dla tego gatunku sprzyjająca. Felieton z zasady nie może mieć subtelności cepa lub bejsbola, a tymczasem tego się właśnie oczekuje. Nawet wśród laureatów szacownej Złotej Ryby są tacy, którzy porzucili już dawno dystans i inteligentną złośliwość na rzecz walenia z armaty, aby każdym kolejnym tekstem udowadniać swoją lojalność wobec wyznaczonego przez redakcję kursu. Tymczasem felietonista, nawet jeśli podziela ten czy inny pogląd, musi być wobec niego niejako osobny.

 

Felieton – z zasady forma krótka – jest trudny między innymi dlatego, że od autora wymaga rozbudowanej siatki skojarzeń, erudycji przynajmniej na tyle obszernej, aby wiedzieć, po którą z książek stojących na półce sięgnąć, ewentualnie gdzie i czego szukać w internecie, żeby wesprzeć się konkretnym cytatem, anegdotą, legendą. Bez tego nie da się pisać felietonów. Kisiel swój zaczął od anegdoty o nieogolonej z drzew głowie, odnalezionej w południowoamerykańskiej puszczy – ja ten tekst, który państwo czytają (a który felietonem nie jest, ale o felietonistyce opowiada), zacząłem od cytatu z Kisiela. Tak to mniej więcej powinno wyglądać.

 

Felietonista może działać na dwa sposoby.  Albo punktem wyjścia jest wspomniana siatka skojarzeń – któraś z wielu przeczytanych książek, obejrzany w muzeum obraz, film, ewentualnie zasłyszana anegdota, które drogą czasem nieoczywistych analogii i sylogizmów prowadzą do czegoś aktualnego.

 

Albo też odwrotnie – jest coś aktualnego, co aż prosi się o felieton, ale wówczas trzeba znaleźć do tego jakiś punkt odniesienia w swojej siatce skojarzeń, żeby poprowadzić czytelnika nierzadko zawiłą drogą od tego punktu do tego, co aktualne.

 

Czasem zaś można w ogóle od spraw aktualnych abstrahować, żeby zaszczepić w czytelniku refleksję ogólniejszej natury.

 

W każdym przypadku felieton musi się rozgrywać w obrębie obszernego układu odniesień literackich i kulturowych – bez tego staje się zwykłym komentarzem, jakich tysiące. W sukurs mogą nam przyjść setki ludzi: Gombrowicz i Gałczyński, Hašek i Mickiewicz, Słowacki i Koźmian, Velazquez i Rembrandt, Wajda i Kubrick, Szekspir i Orwell, Kaczmarski i Kochanowski, Dick i Chesterton, Cat-Mackiewicz i Rzewuski, sam Kisiel i wielu, wielu innych. Ale trzeba umieć ich o pomoc poprosić – kojarzyć, znać, wiedzieć, gdzie sięgnąć. A nawet wtedy robota nie należy do łatwych. Mnie samemu zdarza się przez kilkadziesiąt minut poszukiwać na półce właściwej książki lub w tej książce właściwego cytatu, albo też w internecie opisu zdarzenia, które w ogólnych zarysach błąka mi się gdzieś w pamięci.

 

Dlatego felietonista nie musi mieć typowo dziennikarskiego doświadczenia – nie musiał zaczynać od redagowania depesz albo pisania o dziurach w drogach – ale musi się interesować. Właśnie tak: interesować się, bez dopełnienia. Interesowanie się jest nieodzowną cechą felietonisty. Dlatego też typowi dla dzisiejszej polskiej rzeczywistości propagandowi wyrobnicy mediów nigdy nie staną się felietonistami, ponieważ ich nieodmienną cechą jest niewolnicza wręcz koncentracja na politycznej grze, która nie pozostawia już miejsca na oderwane od niej lektury, na zdobywanie wiedzy pozornie niepotrzebnej, na słuchanie muzyki – jednym słowem: na interesowanie się tym, co nieprzydatne w bezpośredniej, agresywnej publicystycznej nawalance. Być może Stefan Kisielewski nie byłby felietonistą tak wybitnym, gdyby nie jego praca jako kompozytora.

 

Dlatego też felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć moim zdaniem minimum lat 30. Po tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia – choć bez formalnych granic wiekowych.

 

Dlaczego dziś felietonistyka więdnie

 

Zwróciłem na początku uwagę, że zacytowany przeze mnie felieton Kisiel napisał w latach stalinowskiej nocy. Podobnie jak w przypadku innych publikowanych wówczas tekstów, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, piśmie jak owe czasy cieszącym się sporą swobodą, miało to oczywiście wpływ na temat i jego ujęcie. Trudno oczekiwać, żeby felietoniści zajmowali się wówczas krytycznym komentowaniem bieżącej polityki (chyba że próbowali to robić zgodnie z linią siły przewodniej, ale wtedy automatycznie przestawali być felietonistami, a stawali się propagandystami).

 

Czy felietonista powinien zatem bieżączki unikać? Ależ skąd – nie unikał jej śp. Maciej Rybiński, a felietonistą był genialnym. Problem pojawia się, gdy unika się jej z powodu własnego koniunkturalizmu. To nie był przypadek Kisiela w latach 40. czy 50. – on był w sytuacji przymusowej, a mistrzostwem było pisanie takie, żeby nie podpaść cenzurze, lecz zarazem uruchomić u czytelnika odpowiedni mechanizm skojarzeniowy, który pozwalał odnaleźć gdzieś trzecie dno i ukryte tam odniesienie do złowrogiej rzeczywistości.

 

W przypadku niektórych autorów, uważających się dziś za felietonistów, jest trochę inaczej, choć pozory są podobne. Ich teksty bywają odległe od spraw bieżących dlatego, że piszący próbuje ominąć rafę, która prawdopodobnie skutkowałaby dla niego problemami. Na przykład utratą posady w publicznych mediach albo ograniczeniem jego udziału w tym czy innym programie. Nie jest to jednak w żadnym razie sytuacja przymusu porównywalnego z czasami realnego zniewolenia i wierzę, że czytelnicy umieją taki koniunkturalizm wyczuwać.

 

I rzecz kolejna: felietonista musi być ironistą. Nadęcie, tromtadracja, napuszenie, język jak żywcem wyjęty z tyrad towarzyszy Gomułki czy Cyrankiewicza (bo już nawet nie towarzysza Gierka) zamordują każdą próbę napisania felietonu. Felieton musi pokazywać dystans do swojego tematu, choćby i delikatnie. A że o dystans w polskim dziennikarstwie bardzo dziś ciężko, to i felietonistyka więdnie.

 

Tu sięgnę znów po Kisiela, ale tym razem z roku 1987, tuż przed przełomem (ja miałem wtedy lat 13). Oto ostatni akapit tekstu „Lata pozłacane, lata szare”. I nie ma tu znaczenia, czego dotyczy wcześniejszy wywód Kisielewskiego.

 

Dziwaczne to. Dziwaczni ludzie karmią nas białymi kartkami z najnowszej „historiozofii”, dziwacy również próbują zapisywać owe kartki strawą duchową opartą na czystym nonsensie. Ale wiatry ze Wschodu przynoszą nam dziś przeczucia, że da się w przyszłości powalczyć z nonsensem. Po trochu wierzę w to. I próbuję.

 

Walka z nonsensem – to powinno być uniwersalne zalecenie dla każdego felietonisty. Od publikacji cytowanego tekstu Kisiela minęły ponad trzy dekady, od śmierci autora – 28 lat, a nonsens jak miał się świetnie, tak ma nadal. Jest się czym żywić.

 

Moje z kolei osobiste motto jako dziennikarza w ogóle, jako publicysty, a zwłaszcza felietonisty w szczególe, biorę z tekstu absolutnie genialnego – z „Wesela”. Stańczyk na koniec swojego spotkania z Dziennikarzem powiada do niego:

 

Masz tu kaduceus, chwyć!

Rządź!

Mąć nim wodę, mąć!

Na Wesele! Na Wesele!

Idź!

Mąć tę narodową kadź,

serce truj, głowę trać!

Na Wesele! Na Wesele!

Staj na czele!!!

 

Na wszelki wypadek, żeby o tym zaleceniu nie zapomnieć, na półce nad moim biurkiem, za plecami, posadziłem figurkę Stańczyka. Podczas pisania pamiętam, że patrzy mi przez ramię, a jeśli coś zrobię nie tak, na pewno złośliwie skomentuje.

 

Łukasz Warzecha

Czy warto odwieszać Hienę Roku? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Decyzja o zawieszeniu przyznawania antynagrody dziennikarskiej SDP, Hieny Roku, została podjęta w 2016 roku. Czy warto ją kiedykolwiek odwieszać? Mam w tej sprawie mocno mieszane odczucia.

 

Pierwsza Hiena została przyznana jeszcze w 1999, lata przed tym nim polska polityka i polskie media podzieliły się na nienawidzące się plemiona. Przez lata wydawało się, że kryteria są jasne: antynagrodę SDP przyznaje za rażące pogwałcenie norm etycznych i warsztatowych. Tych, co do których – jak się zdaje – panuje powszechna zgoda w środowisku.

 

To się zmieniło, gdy na polskim rynku w pierwszej połowie ubiegłej dekady pojawił się „Fakt”. Dziennik otrzymał Hienę dwa razy pod rząd i był to moim zdaniem skutek klasycznych uprzedzeń wobec tabloidów i niezrozumienia ich formuły. Zresztą w drugim przypadku Hiena została przyznana mimo oczywistej, fatalnej pomyłki dziennika, za którą ten błyskawicznie przeprosił (pomylono zdjęcia na okładce).

 

O „Fakcie” pisałem już kilkakrotnie na portalu SDP, wyjaśniając, dlaczego odegrał w polskich mediach rolę nie tylko ważną, ale też pozytywną. Dziś jest zresztą gazetą o wiele łagodniejszą niż na początku swojego istnienia.

 

Hieny przyznawane w kolejnych latach dają się jakoś, lepiej lub gorzej, obronić, choć z zasady antynagroda zawsze będzie budzić większe emocje niż nagroda. Aż do 2015 roku, kiedy to zdecydowano się przyznać antynagrodę Piotrowi StasińskiemuWojciechowi Czuchnowskiemu za ich wypowiedzi na temat dziennikarzy, zatrzymanych przez policję w czasie okupacji siedziby PKW w 2014 roku. Wypowiedzi Stasińskiego były ostrzejsze, ale dołączenie Czuchnowskiego, który wypowiadał się w sposób znacznie bardziej zniuansowany, zostało – słusznie – skrytykowane przez wiele osób, w tym przeze mnie. Wówczas antynagroda wkroczyła na bardzo grząski, ściśle polityczny grunt.

 

Przypomnijmy – W TVN24 Stasiński powiedział: „Nie wiem jaką rolę odgrywali tam dziennikarze (…) nie wiem jak tam było. Niech oni staną przed sądem i powiedzą. Jeżeli brali udział w zadymie i włamywali się do PKW, to powinni za to odpowiedzieć . Ja uważam, że kwalifikacja, którą zastosowano jest niezwykle łagodna, mir domowy, kwalifikacja, która mogłaby dosyć łatwo być zastosowana, to jest zakłócenie wyborów, czy napaść z przemocą, wdarcie się do instytucji państwowej, więc w sumie to zachowanie policji było łagodne. I teraz podnoszenie, że jakiś dziennikarz przypadkowo, lub nieprzypadkowo został zatrzymany i być może zostanie mu postawiony zarzut zakłócenia miru domowego, niech odpowie na ten zarzut i niech się broni. Ja nie będę bronił dziennikarza ryczałtowo tylko dlatego że jest dziennikarzem, ponieważ wiem, że niektórzy dziennikarze bardzo łatwo zamieniają się w agitatorów ludowych, trybunów ludowych, a nawet partyzantów”.

 

Czuchnowski zaś napisał: „Zakładam, że Pawlicki został zatrzymany w trakcie wykonywania czynności dziennikarskich, więc chętnie przyłączę się do protestu i podpiszę list w tej sprawie. Terlikowskiemu chciałbym jednak przypomnieć całkiem niedawne występy jego dziennikarzy [z TV Republika, którą wtedy kierował Tomasz Terlikowski – Ł.W.], którzy zaatakowani przez narodowców i kiboli podczas demonstracji 11 listopada wykrzykiwali przed kamerą »nie jesteśmy TVN-em«. Słusznie zakładali, że zostali wzięci za reporterów innej stacji. Nie byli jakoś oburzeni samym aktem agresji wobec mediów. Usiłowali tylko sprostować »oczywistą pomyłkę«, że to nie ich powinni tłuc szalikowcy. Gdyby bito tych z TVN, wszystko byłoby ok”.

 

Powstał wówczas list otwarty w proteście przeciwko przyznaniu antynagrody, firmowany przez przeciwną stronę podziału medialno-politycznego – ostatecznie z przyznania jej Czuchnowskiemu SDP się wycofało. Sam listu nie podpisałem, choć mnie do tego zapraszano, ze względu na połączenie w nim dwóch moim zdaniem różnych sytuacji obu publicystów. Byłem skłonny bronić Czuchnowskiego, Stasińskiego już nie. Patrząc jednak na sprawę dzisiaj, bez emocji i z perspektywy – choć listu protestacyjnego nadal bym nie podpisał, uważam, że Hiena dla Stasińskiego mocno wykraczała poza sferę jasnych i klarownych kryteriów warsztatowych czy etycznych. Miała wymiar w dużej mierze polityczny.

 

Rok później antynagrodę dostał Tomasz Lis za przytoczenie w swoim programie fałszywego wpisu Kingi Dudy – i tu Hiena niewątpliwie się należała, bo był to jasny przypadek niedopełnienia staranności, w dodatku potencjalnie obarczony ogromnymi konsekwencjami osobistymi dla zainteresowanych i politycznymi dla ówczesnego kandydata na prezydenta. Kolejnej Hieny już nie przyznano.

 

Problem z Hieną Roku teraz jest taki, że – po pierwsze – wobec dramatycznego podziału politycznego, przekładającego się na media, istnieje poważne ryzyko, że przewagę miałyby antynagrody takie jak dla Stasińskiego, czyli będące skutkiem politycznych sympatii części członków stowarzyszenia. Hiena byłaby traktowana jako sposób na dołożenie „tym z drugiej strony”. Po drugie zaś – i jest to problem znacznie poważniejszy – Hienę Roku już co najmniej kilkakrotnie powinno się było przyznać ludziom z tak zwanej „naszej” strony. Powinna ona była trafić choćby do autora i do odpowiedzialnych za publikację w TVP kłamliwego materiału o dr Katarzynie Pikulskiej (odpowiadał formalnie za jego publikację), mającego wspomóc stanowisko rządu w sporze z lekarzami rezydentami. Być może Hienę za całokształt działalności powinny otrzymać „Wiadomości” TVP. A to dwa z wielu przykładów. Obawiam się jednak, że przyznający antynagrodę byliby ślepi na jedno oko.

 

Można do tego oczywiście podejść w taki sposób, w jaki niektórzy podchodzą do kwestii linii TVP i uznać, że jeśli SDP będzie piętnować warsztatowe braki i naruszenia etyki choćby tylko u jednej strony sporu, to i tak ma to swoją wartość, bo druga strona może z kolei wytykać podobne zachowania oponentom. W ten sposób mamy rodzaj „pluralizmu”. Ale jest to bardzo kulawy pluralizm. Być może zatem najlepszym rozwiązaniem jest faktycznie nieprzyznawanie Hieny Roku. A może to po prostu ucieczka od problemu?

 

Na koniec – wiem, że pisałem to wielokrotnie na portalu SDP, ale muszę być w tej sprawie jak Katon Starszy, nawołujący do znudzenia do zburzenia Kartaginy: uważam, że Stowarzyszenie powinno zorganizować poważną debatę o stanie mediów publicznych, w tym zwłaszcza TVP, zapraszając do niej różne strony. W przeciwnym wypadku inicjatywę przejmie druga strona. To zresztą już się dzieje, bo debatę z udziałem osób z różnych stron, będącą pokłosiem raportu o mediach, organizuje wkrótce Towarzystwo Dziennikarskie. Wezmę w niej udział – skoro „moje” stowarzyszenie niczego podobnego nie robi. Zarządowi SDP mogę jedynie powiedzieć, że chowanie głowy w piasek nic nie da.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarze nie potrzebują korporacji – ŁUKASZA WARZECHY głos w dyskusji

Bywa tak, że z dobrymi intencjami rzucone niewinne życzenie wraca rykoszetem o wadze słonia. W sierpniu opublikowałem na portalu SDP tekst o sprawie „dziennikarki obywatelskiej”, pracującej dla opozycyjnego portalu Video KOD, wyprowadzonej przez policję z demonstracji. Na końcu napisałem, że powinna powstać możliwie szeroka prawna definicja dziennikarza. Kilka tygodni później czytam w programie PiS:

 

   Ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa. Możliwe byłoby wtedy zlikwidowanie art. 212 KK, bo powstałaby gwarancja nienadużywania mechanizmów medialnych w sposób nieetyczny. Ustawa ta nie będzie jednak w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza.

 

I myślę sobie: „Znowu podpowiedziałem”. Oczywiście nie łudzę się, że istnieje jakiś związek między moim felietonem a fragmentem programu PiS, który wzburzył środowisko – ale jakoś tak dziwnie jest…

 

Przede wszystkim wypada zatem wyjaśnić, że czymś innym jest stworzenie prawnej definicji dziennikarza, która musiałaby być możliwie szeroka, tak aby uwzględniać stałą pracę również dla mediów nowego rodzaju – a czymś zupełnie innym stworzenie obowiązkowego samorządu dziennikarskiego. To pierwsze nie musi za sobą pociągać tego drugiego. To drugie jest pomysłem fatalnym w obecnych okolicznościach, które się przez długi czas raczej nie zmienią.

 

Na temat pomysłu, zawartego w programie PiS, wypowiadało się już kilku polityków patii rządzącej, ale żaden nie powiedział wprost (może też nie został zapytany), że dziennikarski samorząd miałby być obowiązkowy i działać na zasadzie obligatoryjnej korporacji zawodowej. Tak jednak wynika z cytowanego fragmentu: skoro PiS odwołuje się do samorządów prawniczych lub lekarskich, to mają one właśnie taką naturę – są obowiązkowe. Tymczasem sama idea obowiązkowego zrzeszania w korporacje jest fatalna. Tego typu konstrukcja sprzyja powstawaniu klik i patologicznych mechanizmów wewnątrzkorporacyjnych – i dokładnie to obserwujemy w tych profesjach, gdzie samorządy są obowiązkowe.

 

Ponad dziesięć lat temu, w styczniu 2009 roku, obowiązkową przynależność do korporacji zawodowych podważyć próbował śp. Janusz Kochanowski jako rzecznik praw obywatelskich, składając w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Uzasadniał to, sięgając po fundamentalną koncepcję obywatelskiej wolności oraz polską konstytucję. Warto tu przypomnieć niemal w całości wywiad, jaki przeprowadziłem z nim wtedy dla „Faktu”:

 

Dzisiaj składa pan do Trybunału Konstytucyjnego wniosek, w którym kwestionuje pan obowiązek przynależności do korporacji zawodowych, takich jak korporacja adwokacka czy architektów. Dlaczego chce pan podważyć zasadę, która obowiązywała w Polsce od wielu lat?

 

   Czy to, że przez lata trzymano się jakiegoś poglądu, znaczy, że był on zgodny z konstytucją i przede wszystkim słuszny? Przymusowa przynależność do korporacji zawodowych narusza jedną z podstawowych wolności obywatelskich. W swoim eseju „O wolności” John Stuart Mill powiada, że jednym z konstytutywnych jej elementów jest swoboda łączenia się w każdym celu, nieprzynoszącym szkody. Swoboda – ale nie przymus. Z kolei w artykule 20. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jest napisane, że „każdy człowiek ma prawo spokojnego zgromadzania i stowarzyszania się”, a dalej: „Nikogo nie można zmuszać do należenia do jakiegoś stowarzyszenia”.

 

A co na to nasza konstytucja?

 

   W artykule 17. mówi: „W drodze ustawy można tworzyć samorządy zawodowe, reprezentujące osoby wykonujące zawody zaufania publicznego i sprawujące pieczę nad należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony”. Uważam – i uzasadniam to w swoim wniosku do TK – że z tego artykułu nie wynika obowiązek zrzeszania się.

 

Ale zwolennicy obowiązku należenia do korporacji właśnie tym przepisem podpierają się najczęściej.

 

   Tylko że konstytucji nie można interpretować wybiórczo, sięgając tylko po te punkty, które nam pasują. Trzeba ją interpretować w kontekście wszystkich jej przepisów, a one mówią o prawie obywateli do swobodnego wyboru i wykonywania zawodu – to artykuł 65. konstytucji; o wolności działalności gospodarczej – artykuł 20; o prawie obywateli do zrzeszania się – artykuły 12., 58. I 59. Prawie, nie obowiązku.

 

Zwolennicy przymusowej przynależności do korporacji wskazują na sformułowanie o sprawowaniu pieczy nad należytym wykonywaniem zawodów i tłumaczą, że tej pieczy nie da się sprawować, jeśli członkostwo w korporacjach nie będzie obowiązkowe. Nie mają racji?

 

   Nie, ponieważ ta piecza ma być wykonywana dla ochrony interesu publicznego i w jego granicach, tymczasem tu mamy do czynienia z ochroną interesu wyłącznie grupowego.

 

Chce pan powiedzieć, że grupy zawodowe bronią jedynie samych siebie? Ich przedstawiciele twierdzą, że działają na korzyść obywateli, bo bronią jakości usług.

 

   Nieprawda. W interesie społecznym jest, aby dane usługi były na jak najwyższym poziomie po możliwie najniższej cenie. Interes korporacyjny jest odwrotny: jak najbardziej ograniczyć dostęp do zawodu, tak aby usługi osiągały maksymalną cenę. Jakość nie jest tu istotna. To dotyczy zwłaszcza usług prawnych. Co gorsza, korporacje, będąc w praktyce poza wszelką kontrolą, zamiast oczyszczać własne szeregi z ludzi niespełniających wymogów danej profesji, bronią za wszelką cenę swoich członków przed odpowiedzialnością dyscyplinarną. Ponadto zamykają dostęp do zawodu. W Polsce na 100 tysięcy mieszkańców mamy 68 adwokatów i radców prawnych. W Hiszpanii – 260, we Włoszech – 225, w Anglii – 200, w Niemczech – 150. Młodzi, kończący studia, bezskutecznie dobijają się do drzwi. Ale cierpią na tym także zwykli ludzie, którzy mają niezwykle utrudniony dostęp do pomocy prawnej, a to z kolei sprzyja naruszaniu kolejnego podstawowego prawa obywatelskiego – do rozpatrzenia sprawy przez sąd w rozsądnym terminie. Korporacje wytwarzają też formy nacisku i presji daleko ostrzejsze niż te, jakie ma do dyspozycji państwo. Państwo w procesie sądowym może skazać przestępcę, który sprzeniewierzył się zasadom wykonywania swojego zawodu, na utratę praw do jego uprawiania najwyżej na 10 lat. Korporacja może pozbawić prawa do wykonywania zawodu dożywotnio i to za coś takiego, jak „uporczywe niepłacenie składek”. Innymi słowy członkowie korporacji każą się utrzymywać, od tego nie ma ucieczki, a jeśli ktoś odmówi – oni sami pozbawią go możliwości zarabiania na chleb. To paragraf 22.

 

Członkowie korporacji zawsze przywołują argument, że jeśli przynależność do nich nie będzie obowiązkowa, to ucierpią zwykli ludzie, bo jakość usług radykalnie spadnie. Niezrzeszeni architekci będą budować walące się domy, lekarze będą stawiać złe diagnozy, a adwokaci nie będą umieli wybronić swoich klientów.

 

   To jest fałszywy argument. Wiadomo doskonale, że jakość tych usług dzisiaj nie jest dobra, a monopol zawsze prowadzi do jej pogorszenia, a nie polepszenia. Proszę zresztą spojrzeć, jak to wygląda w innych krajach. W Niemczech nie ma prawniczego egzaminu korporacyjnego, ale egzamin państwowy. W USA, Portugalii czy Hiszpanii zawód odpowiadający naszemu adwokatowi może wykonywać po ukończeniu studiów każdy. W Finlandii czy Szwecji nie ma przymusu należenia do korporacji.

 

Jakie pan proponuje rozwiązanie?

 

   Nie chcę likwidować korporacji zawodowych. Chciałbym jedynie, żeby przynależność do nich była dobrowolna. Chciałbym również, żeby istniała możliwość założenia alternatywnej korporacji zawodowej, gdyby ktoś chciał się tego podjąć. No i oczywiście, aby można było wykonywać swój zawód nie należąc do żadnego stowarzyszenia. Od decyzji, wolnej woli i zasobności portfela klienta zależałoby, jakiego adwokata, architekta czy radcę prawnego by wybrał.

[…]

 

Nie obawia się pan, że trybunał będzie czekał z rozpatrzeniem sprawy do końca pańskiej kadencji, licząc na to, że pana następca wycofa wniosek?

 

   Głęboko wierzę w mądrość i niezależność trybunału i w to, że jego członkowie potrafią się wznieść ponad poczucie grupowej solidarności. Podobnie jak mam nadzieję, że członkowie korporacji, zwłaszcza prawniczych, zrozumieją, że rezygnacja z korporacyjnego monopolu jest jednym z warunków odbudowy zaufania społecznego do ich zawodów, które dzisiaj jest porażająco niskie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że bardzo trudno się wyrzec takiej wygodnej, monopolistycznej pozycji. To bardzo ludzkie. Być może zatem pierwszy krok trzeba wymusić.

 

A jeśli trybunał odrzuci pański wniosek i jedynym sposobem, aby doprowadzić do obalenia monopolu korporacji będzie zmiana konstytucji – czy pana zdaniem wśród sił politycznych można by zbudować wokół tej sprawy porozumienie?

 

   Wydaje mi się, że tak. Mam wrażenie, że przynajmniej dwie główne siły polityczne pod taką zmianą mogłyby się podpisać.

 

Okazałem się niestety prorokiem złej sprawy: Irena Lipowicz, która zajęła miejsce dr. Janusza Kochanowskiego po jego tragicznej śmierci pod Smoleńskiem, faktycznie wycofała wniosek z TK. Jakże jednak gorzko dzisiaj brzmią słowa o „dwóch głównych siłach politycznych”, które miałyby się podpisać pod koncepcją tragicznie zmarłego rzecznika – oto jedna z nich, mając pełnię władzy, nie tylko nie próbuje zmniejszyć poziomu skorporacjonizowania, ale przeciwnie – chce go zwiększyć, i to w dziedzinie szczególnie czułej, bo zahaczającej o wolność słowa.

 

W sprawie korporacji PiS było kiedyś sceptyczne niemal tak samo jak dr Kochanowski, lecz zapowiadało także skasowanie artykułu 212 kodeksu karnego. O tej obietnicy zapomniało po objęciu władzy – o czym również kilkakrotnie na portalu SDP wspominałem. Teraz nagle okazuje się, że jej spełnienie uzależnia od utworzenia dziennikarskiego samorządu. A przecież art. 212 zagraża nie tylko dziennikarzom, ale właściwie każdemu, kto wypowiada się publicznie, również za pośrednictwem mediów społecznościowych, a więc i dziennikarzom obywatelskim, i aktywistom, i społecznikom, i członkom NGO-sów. Dlaczego jego likwidacja ma być więc uzależniona od tego, czy powstanie samorząd dziennikarski? W tym kontekście cieszy głos Joanny Lichockiej, która stwierdziła, że jej zdaniem te sprawy nie powinny być łączone. Trudno jednak uznać to na razie za coś więcej niż tylko prywatną opinię pani poseł.

 

Wyjaśnienia, jakie w tej sprawie przedstawiają przedstawiciele PiS – wypowiedzieli się m.in. wicepremier Piotr Gliński i wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki – nie uspokajają. Program nie wspomina w ogóle o tym, w jaki sposób miałyby być wyłaniane władze dziennikarskiej korporacji, a przecież ma to kluczowe znaczenie – szczególnie w sytuacji dramatycznych podziałów. Oraz wziąwszy pod uwagę, że – według programu PiS – korporacja miałaby dbać „o standardy etyczne i zawodowe” oraz dokonywać samoregulacji i odpowiadać za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak w obecnych warunkach miałoby się udać uzgodnić wspólną strategię środowiska w którejkolwiek z tych spraw. Chyba że stałoby się to, czego niektórzy już się obawiają: samorząd zostałby w istocie narzucony dziennikarzom, a na jego czele stanęliby ci, którzy nie robią władzy problemów i to oni przejęliby kontrolę nad wszystkimi tymi procesami. Oczywiście – bez złudzeń – przy zmianie władzy zmieniliby się też ci, którzy kontrolują samorząd.

 

Wicepremier Piotr Gliński powiada, że wszystkie pomysły będą konsultowane ze środowiskiem. Tylko że środowisko jest podzielone jak nigdy – o czym również wielokrotnie pisałem na portalu SDP i z czym trzeba się po prostu pogodzić. To konsekwencja sytuacji politycznej i nie da się tego sklejać na siłę. Jak w takim razie pan wicepremier wyobraża sobie konsultacje ze „środowiskiem” w sprawie powołania samorządu, gdy po jednej stronie stołu usiądą Tomasz SakiewiczMichał Karnowski, a po drugiej Jarosław KurskiJerzy Baczyński? Chyba że mówiąc o „środowisku” pan wicepremier ma na myśli tylko tę jego połowę, która nie będzie robić problemów. Zresztą druga połowa już zgłasza sprzeciw wobec samej idei powołania samorządu dziennikarskiego. I nawet jeżeli jest to sprzeciw cokolwiek automatyczny – opozycyjni dziennikarze z automatu kontestują wszystko, co proponuje obecna władza – to tak czy owak jest on faktem. Co w takim razie? Przejście nad tym stanowiskiem do porządku dziennego?

 

Na taką myśl nakierowuje mnie z kolei wypowiedź Ryszarda Terleckiego, która zabrzmiała cokolwiek złowrogo: „Naszym celem nie jest ograniczenie otwartości czy dostępności do zawodu dziennikarza czy misji dziennikarskiej, ale próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe, portale, które pozwalają sobie często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne i nieprzyjemne”. „Rzeczy niesympatyczne i nieprzyjemne” – dla kogo? Dla rządzących? Jeśli władza mówi o „ucywilizowaniu” dziedziny, która stanowi dla niej problem – to powinny odezwać się wszystkie dzwonki alarmowe.

 

Co zatem robić? Odpowiedź brzmi: z pewnością nic w kierunku powołania jakiegokolwiek obowiązkowego samorządu dziennikarskiego. To musi się skończyć w obecnych warunkach jakąś formą instytucjonalnego podporządkowania dziennikarzy władzy.

 

Łukasz Warzecha

Krótkie życie bojkotów – ŁUKASZ WARZECHA o politykach wracających do telewizji

Bojkoty mediów przez partie mają już w III RP pewną historię. Platforma zdecydowała właśnie o zakończeniu bojkotu TVP. Inny podobny bojkot drugiej strony politycznej sceny skończył się kiedyś podobnie. Zero zdziwień.

 

Był rok 2008, 16 lipca. To wtedy Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało o rozpoczęciu bojkotu TVN. Jak tłumaczył wówczas Przemysław Gosiewski, PiS dostrzegał w TVN brak obiektywizmu dziennikarskiego i nie mógł „godzić się na tego typu praktyki”. W swoim postanowieniu Prawo i Sprawiedliwość przetrwało niemal dokładnie pół roku. W styczniu 2009 Komitet Polityczny tej partii zdecydował o zakończeniu bojkotu, na wniosek Jarosława Kaczyńskiego.

 

Bojkot TVP przez Platformę Obywatelską trwał tylko trochę dłużej. Decyzję podjęła największa partia opozycji w styczniu tego roku, o zakończeniu (lub zawieszeniu na czas kampanii wyborczej) zdecydowała dopiero co.

 

W obu przypadkach motywacja do rozpoczęcia bojkotu była bardzo podobna, w zasadzie identyczna. Politycy PiS i PO mieli poczucie, że nie są odpowiednio w TVN i TVP traktowani fair, a przy okazji chcieli zademonstrować swój dystans wobec stacji ich zdaniem otwarcie stojących po stronie politycznych rywali. Ta ocena była zresztą w obu przypadkach słuszna.

 

I w obu przypadkach powstawała ta sama wątpliwość: czy bojkot przynosi więcej strat czy korzyści?

 

Abstrahując od krótkotrwałego profitu, jakim jest demonstracja polityczna – przedstawiciele bojkotującego ugrupowania zyskują podwójnie. Jeden zysk to uniknięcie dyskomfortu i związanego z nim ryzyka, które wynikają ze starcia z nieprzychylnymi, napastliwymi prowadzącymi. Drugi to pozbawienie bojkotowanej stacji możliwości urządzania najatrakcyjniejszych dla widza igrzysk dzięki zapraszaniu obu stron politycznego konfliktu. A to już poważny problem dla telewizji, bo – jakkolwiek może nam się to nie podobać – w Polsce programy publicystyczne z politykami oglądają się, gdy jest ostro, gdy jest starcie, choćby z prowadzącym. Kiedy brakuje jednej ze stron, robi się kłopot. Inna sprawa, że z tego powodu żadna z bojkotowanych stacji nie zmieniła swojego podejścia. Oczywiście w gorszym położeniu jest wówczas telewizja komercyjna, która musi walczyć o oglądalność, niż państwowa, która wypełnia polityczne zlecenia, a oglądalność jest na dalszym miejscu.

 

Lecz partie również tracą na bojkocie. Nieobecni, jak wiadomo, nie mają racji. W latach 2008 – 2009, gdy PiS bojkotował TVN, rzeczywistość nie była jeszcze tak ściśle podzielona pomiędzy polityczno-medialne bańki jak dziś, więc motywacja do zakończenia bojkotu mogła być silniejsza. Lecz nawet dzisiaj możliwość dotarcia do drugiej strony jest istotnym czynnikiem, choćby jedynym skutkiem było zasianie jakiejś wątpliwości u kilku procent odbiorców. Co więcej, ci, którzy wciąż w danym medium się pojawiają, mogą nieobecnych prezentować jako tchórzy, niemających odwagi zetrzeć się z przeciwnikiem i dlatego rejterujących. To nie wygląda dobrze, nawet jeżeli trafia głównie do i tak nieprzychylnych bojkotującym widzów.

 

Platforma, inaczej niż PiS na początku 2009 roku, podjęła decyzję o zakończeniu bojkotu na ostatnim etapie kampanii wyborczej, mając więc po temu bardzo konkretny powód. W dodatku zgrywa się to z próbą zaprezentowania innej twarzy partii poprzez wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki na premiera. W tym kontekście dysonansem jest „rada” dr. Marka Migalskiego: „Trzeba tam iść, pluć w twarz »dziennikarzom« TVP i zwracać się bezpośrednio do wyborców”. Jeśliby w ogóle uznać to za coś więcej niż desperacką próbę zwrócenia na siebie uwagi, to sugestia Migalskiego jest słaba. Przed kamerą nie wygrywa zwykle ten, kto wykaże się większą agresją, ale ten, kto oponenta skonfunduje, celnie, ale elegancko zripostuje, kto rzuci chwytliwym bon motem. Politycy opozycji próbowali przy różnych okazjach atakować dziennikarzy, prowadzących programy w TVP. Ale to gra wyłącznie do własnego twardego elektoratu, a ten i tak TVP raczej nie ogląda. Nawet jeśli ma się naprzeciw siebie prowadzącego, który nie trzyma się reguł i którego głównym zadaniem jest maksymalnie utrudnić życie gościowi, to punktuje się, wytrzymując taką sytuację i wychodząc z niej obronną ręką. Chyba że – sam tego niegdyś doświadczyłem jako komentator właśnie w TVP, jeszcze za poprzedniej władzy – padają oskarżenia sformułowane tak bardzo wprost i tak obraźliwe, że jedyną reakcją pozostaje opuszczenie studia. To jednak powinna być ostateczność.

 

Skoro obie partie swoje bojkoty zakończyły po podobnym czasie, można uznać, że obie doszły do identycznego wniosku: per saldo, w dłuższym okresie, to się nie opłaca. Ale też żadna z nich nie miała lub nie ma spójnego i ciekawego pomysłu, jak poradzić sobie z nieprzychylnym medialnym otoczeniem.

Par excellence jako polityk – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jakiej granicy dziennikarze przekraczać nie powinni

Jacek Żakowski zbierał podpisy pod kandydaturą Pawła Kasprzaka, lidera Obywateli RP – radykalnego i awanturniczego odłamu skrajnej opozycji – do Senatu. Trwało to ledwo trochę ponad godzinę – redaktor Żakowski jest wszak człowiekiem zajętym i czas na ratowanie Polski przed dyktaturą musi dzielić na różne swoje aktywności – ale jednak. Przez moment miałem nadzieję, ujrzawszy tę informację, że był to tylko rodzaj socjologicznego eksperymentu, ale nie. Żakowski po prostu zaangażował się w kampanię opozycjonisty.

 

Napiszę teraz całkiem serio: zmartwiło mnie to, ponieważ, jakkolwiek nie zgadzam się z Jackiem Żakowskim niemal w każdej możliwej sprawie, to uważam go za publicystę o wyrazistych poglądach, ale też myślącego niezależnie. Nie chodzi o to, że zbierając podpisy pod kandydaturą Kasprzaka stał się zależny – bynajmniej – ale o to, że przekroczył granicę, której dziennikarze przekraczać nie powinni.

 

Tyle że ta granica była w ciągu ostatnich lat przekraczana już tak często i przez tak wiele osób z obu stron sporu, że nie sposób się na Żakowskiego nawet specjalnie wściekać albo pryncypialnie go krytykować. No dobrze – powiem nieskromnie, że może ja akurat mógłbym, bo mam wrażenie, że ja tej granicy nie przekroczyłem ani razu, ale też może i nie mnie oceniać.

 

Wielokrotnie pisałem na portalu SDP o różnych poziomach niedopuszczalnego zaangażowania politycznego dziennikarzy. Poszło to już tak daleko, że dawne zasady higieny profesjonalnej – rozdzielania roli dziennikarskiej od politycznej – brzmią dzisiaj jak sprzed potopu. Można przecież nawet spytać, jak oddzielać jedno od drugiego, gdy media chyba już w większości są „tożsamościowe”, czyli po prostu służą politycznemu protektorowi czy mocodawcy. Czasami to wręcz żenująco prosta wymiana – odpowiednie poglądy w zamian za kasę.

 

Mimo wszystko będę się upierał, że da się wciąż wyznaczyć linię, której nie powinno się przekraczać. Dziennikarzy informacyjnych zostawmy na boku, bo to odrębna dziedzina, w której zresztą standardy są gwałcone codziennie na potęgę. Zostańmy przy publicystach, którzy przecież nie tylko mogą, ale wręcz powinni własne poglądy posiadać. A skoro tak, to czy mogą otwarcie wspierać tę czy inną partię, tego czy innego polityka? Otóż moim zdaniem (ale zaznaczam, że są to wyłącznie moje poglądy i moje rozumienie zawodowej etyki, a nie zapisy jakiegoś powszechnie obowiązującego kodeksu) – mogą, ale pod pewnymi warunkami.

 

Po pierwsze – powinni to robić właśnie jako publicyści, a nie jako aktywiści, czyli nie tak, jak zrobił to Żakowski. Publicysta ma prawo napisać, że z tych i tych powodów ten i ten kandydat lub ugrupowanie są godni poparcia.

 

Jednak – po drugie – powinien to uzasadnić, mając za punkt wyjścia własne poglądy i konkretne zagadnienia, nie zaś na przykład bezwarunkowy kult lidera. Publicysta, który niewolniczo podąża za daną formacją, klucząc, zmieniając wraz z nią zdanie i usprawiedliwiając takie jej zachowania, które jednocześnie potępia lub potępiał u politycznej konkurencji, staje się de facto aktywistą.

 

Po trzecie – nie mam problemu z tym, że publicysta może wystąpić w panelu dyskusyjnym podczas firmowanej przez ugrupowanie polityczne imprezy, a nawet, że mógłby zostać podczas takiego wydarzenia poproszony o wystąpienie. Pod warunkiem, że to wystąpienie nie będzie miało formy wiecowej, politycznej agitki. Nie ma tu oczywiście wyraźnej granicy – ale zdrowy rozsądek pozwala odróżniać jedno od drugiego.

 

Po czwarte – nie trafiają do mnie tłumaczenia dziennikarzy, biorących udział w wiecach poparcia albo protestach, którzy twierdzą, że sytuacja jest tak poważna, że nie można stać z boku. Nie jesteśmy w stanie wojny domowej. Publicysta – a tym bardziej dziennikarz informacyjny – jest obywatelem, ale w specyficznej sytuacji. Jednym z kosztów tego zawodu jest nakaz – nieformalny, rzecz jasna – trzymania się z boku. Nie musi to dotyczyć wydarzeń, które nie mają partyjnego stempla i są organizowane przez polskie państwo (w tym także polityków w swoich państwowych, oficjalnych rolach, a więc jako prezydent, premier, minister). Lecz tam, gdzie partyjny sztandar jest widoczny, dziennikarz pojawiać się nie powinien jako uczestnik manifestacji, protestu, zgromadzenia. Nie mylić z obserwatorem. Ja sam przestałem chodzić na Marsz Niepodległości, gdy stał się on imprezą jednoznacznie identyfikowaną z Ruchem Narodowym.

 

Jasne, że wszystkie te zasady, których – mam nadzieję – udaje mi się przestrzegać, nie są precyzyjne, a życie nie jest czarno-białe. Tyle że mnóstwo kolegów i koleżanek uznało, że nie muszą już nawet starać się jakoś o nich pamiętać. Że sytuacja usprawiedliwia występowanie praktycznie w podwójnej roli – aktywisty politycznego i dziennikarza, a może nawet jeszcze gorzej: wykorzystywanie swojej dziennikarskiej pozycji dla uprawiania politycznego aktywizmu.

 

W znakomitym i nie bez powodu kultowym „Vabank” Juliusza Machulskiego w jednej z ostatnich scen Kwinto powiada: „Zresztą zamiast kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz czy inny prezes lepiej już kraść par excellence jako złodziej. Tak jest chyba uczciwiej”. Nie żebym sugerował, że bycie politykiem to to samo co bycie złodziejem. Ale jeśli już kogoś tak bardzo ciągnie do politycznego aktywizmu, to lepiej, żeby się tym zajął par excellence jako polityk. Tak jest chyba uczciwiej.

 

Łukasz Warzecha

Błaznowanie  –  ŁUKASZ WARZECHA o pustych deklaracjach szefa Rady Etyki Mediów

Bywa, że widząc w akcji jakiegoś upierdliwego i niezbyt lubianego polityka, pytamy złośliwie: „To on jeszcze żyje?!” – rzecz jasna, mając na myśli życie polityczne. Miałem tak ostatnio, usłyszawszy, że został wybrany skład Rady Etyki Mediów z Ryszardem Bańkowiczem jako przewodniczącym tejże już po raz trzeci.

 

Owszem, tu i tam czasem trafiałem na jakieś wiadomości, wskazujące, że REM może jeszcze funkcjonować, ale wydawało mi się, że to może jakieś stare informacje. No bo jaki ma sens podtrzymywanie całkowitej fikcji? A tu proszę – jednak. Żeby było śmieszniej, pamiętam, jak wiele już lat temu, gdy przewodniczącą (wydawało się wówczas, że dożywotnią) była Magdalena Bajer, REM okazywała się ciałem całkowicie jałowym i pozbawionym znaczenia. Cóż dopiero dzisiaj.

 

   Teraz jednak sytuacja jest jeszcze bardziej absurdalna: pod wzniosłą i mocno nadętą nazwą funkcjonuje twór, który rości sobie prawo do oceniania etycznego poziomu mediów i członków stowarzyszeń dziennikarskich – w tym SDP czy Stowarzyszenia Dziennikarzy Katolickich – które w żaden sposób nie uczestniczyły w jego tworzeniu, ponieważ już od jakiegoś czasu nie są uczestnikami Konferencji Mediów Polskich, pod której egidą działa REM. Jeśli przyjrzeć się, kto dzisiaj tworzy KMP, zobaczymy, że są to grona reprezentujące wyłącznie jedną stronę podzielonego medialnego środowiska. Czyli – mówiąc w pewnym uproszczeniu – połowa środowiska medialnego w Polsce podtrzymuje w formie REM byt, który rości sobie prawo do orzekania o poziomie etycznym wszystkich. W takiej postaci REM oczywiście nie ma sensu, a Karta Etyczna Mediów, uchwalona w roku 1995 przez wtedy jeszcze znacznie szersze środowisko, faktycznie obejmujące ogromną część ówczesnego świata medialnego, nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości w prawie takim samym stopniu jak Prawo prasowe. Nie uwzględnia na przykład istnienia nie tylko mediów społecznościowych, które bardzo mocno odmieniły świat mediów w ogóle, ale w ogóle istnienia Internetu, który stworzył całkiem nową i kierującą się specyficznymi regułami przestrzeń informacyjną.

 

Przewodniczący Ryszard Bańkowicz udzielił po wyborze wywiadu Wirtualnym Mediom, w którym złożył dość kuriozalne oświadczenie, iż żałuje, że w pracach REM nie bierze udziału SDP, ale on, Bańkowicz, zaprasza stowarzyszenie do współpracy „za pośrednictwem portalu” Wirtualne Media. Zaiste, bardzo ciekawy sposób na nawiązanie dobrych relacji. Bańkowicz powiedział też: „Najważniejszym będzie wzmocnienie i ugruntowanie świadomości, że etyka jest niezbędna w mediach. Musimy także mocniej wypromować »dziennikarza etycznego«, czyli takiego, który rzetelnie sprawdza źródła, jest wiarygodny i nie produkuje fake newsów. Zresztą redakcjom też powinno zależeć na zatrudnianiu takich dziennikarzy. Ale zdaję sobie sprawę, jak trudne będzie to zadanie, biorąc pod uwagę, że z roku na rok w mediach maleje zapotrzebowanie na prawdę”.

 

Te słowa mają mniej więcej taką wartość jak oświadczenia polityków, którzy w trakcie kampanii wychodzą do ludzi i mówią: trzeba spowodować, żeby kolejki do lekarzy były krótsze, żeby Polacy zarabiali więcej, żeby było bezpieczniej i w ogóle – żeby się ludziom lepiej żyło. Tyle że zapominają wyjaśnić, w jaki sposób zamierzają te cele osiągnąć. Jak REM, pozbawiona nie tylko jakichkolwiek realnych instrumentów wpływania na media, ale też wsparcia dużej ich części, miałaby „promować dziennikarza etycznego”? Poprzez wydawanie kolejnych oświadczeń, które nikogo nie będą obchodzić? Chyba tak, bo nic więcej zrobić nie może. Można natomiast założyć, przeglądając skład REM, że oświadczenia te będą dotyczyć głównie jednej strony medialnej sceny.

 

Dość złośliwości – choć podtrzymywanie politycznie uzasadnionej fikcji na nią zasługuje. Wszystko to bowiem nie znaczy, że nie ma potrzeby istnienia etycznego kodeksu dziennikarskiego i organu, który będzie jego przestrzegania pilnował. Ale trzeba też być realistą: zorganizowanie takiej struktury jest problematyczne nawet w krajach, gdzie podziały medialne są znacznie łagodniejsze niż w Polsce. Brytyjskie media drukowane mają dzisiaj już trzecie tego typu ciało w historii. Najpierw był to Press Council (1953-91), potem Press Complaints Commission (1991-2014), teraz Independent Press Standards Organisation. Członkami IPSO nie są jednak tak znaczące tytuły jak „Financial Times”, „The Independent” czy „Guardian”. Wszystkie wspomniane organizacje, podobnie jak polska REM, miały zawsze charakter dobrowolny i również nie dysponowały możliwością nakładania żadnego rodzaju urzędowych sankcji. Tyle że działały i wciąż działają w innych politycznych oraz medialnych warunkach niż skrajnie podzielona polska scena medialna. Inna sprawa, że wielokrotnie były krytykowane za niewłaściwe podejście do konkretnych spraw.

 

Skoro zatem tak wielkie problemy istniały w Wielkiej Brytanii, gdzie kultura polityczna jest znacznie stabilniejsza niż w Polsce, a tradycja wolnych mediów sięga daleko wstecz (np. ukazujący się dziś w skali globalnej tygodnik „The Economist” został założony w 1843 roku) – jak chcielibyśmy rozwiązać problem w Polsce, w dalece mniej sprzyjających warunkach? Jeżeli istnieje zbiór ogólnych reguł, w tym wypadku etycznych, to musi też istnieć ciało, które w konkretnych przypadkach będzie decydować, czy dana reguła została naruszona. Tu nie wymyśli się nic nowego. A jeżeli ma to być ciało osadzone na dobrowolnej podstawie, a nie wyposażone w swoje kompetencje przez państwo – co należałoby wykluczyć i uznać wręcz za groźne dla wolności słowa, zwłaszcza w obecnej sytuacji – to musiałby to być rodzaj jakiejś rady. Tu zaś oczywistym problemem jest, że bardzo trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób taką radę wyłonić w warunkach skrajnych podziałów, aby zapewnić jej zrównoważenie i sprawić, że wszyscy zainteresowani poddaliby się jej orzeczeniom. Zwłaszcza że katalog osób, o których można powiedzieć, że cieszą się autorytetem sięgającym poza własne środowisko, jest bardzo krótki.

 

Wniosek jest smutny, ale realistyczny: nie mamy dzisiaj sposobu, żeby egzekwować reguły etyki zawodowej od dziennikarzy. Gdyby zresztą chcieć potraktować to zadanie poważnie, odpowiednie ciało musiałoby codziennie wydawać po kilka oświadczeń i upominać po kilkoro dziennikarzy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Promować dziennikarską etyką mogą jedynie poszczególne redakcje wobec swoich własnych pracowników, tyle że one same nierzadko naciskają na nieetyczne zachowania.

 

Zaś zapowiedzi pana Bańkowicza to nic innego jak, excusez le mot, zwykłe błaznowanie.

 

Łukasz Warzecha

Zamiana ról – ŁUKASZ WARZECHA o tym, co wolno „dziennikarzowi obywatelskiemu”

Część opozycji i Towarzystwo Dziennikarskie mówią o wielkim skandalu, policja nie zajęła, jak się zdaje, oficjalnego stanowiska (ja go w każdym razie nie znalazłem). 15 sierpnia z Pikniku Antyfaszystowskiego funkcjonariusze wyprowadzili Martę Bogdanowicz, „dziennikarkę obywatelską”.

 

 

Dodać tu trzeba, że opozycyjne media, opisując tę historię, jakoś zapominają nadmienić, że piknik, jakkolwiek przebieg miał pokojowy, miał też na celu zablokowanie legalnego marszu narodowców, którego trasa miała przebiegać Nowym Światem (w ostatniej chwili została zmieniona i blokujący zostali ze swoją blokadą jak Himilsbach z angielskim) – a zatem był zgromadzeniem z gruntu nielegalnym, jak zresztą większość podobnych wydarzeń, firmowanych przez radykalną część opozycji. To ma w tej historii znaczenie.

 

 

Na zdjęciach widać, że Marta Bogdanowicz jest faktycznie prowadzona pod ramiona przez dwóch policjantów, a na szyi ma identyfikator. Na słowo musimy uwierzyć, że to coś w rodzaju legitymacji prasowej. Piszę „coś w rodzaju”, bo nie mam pojęcia, jaka redakcja może wystawić legitymację prasową „dziennikarce obywatelskiej”. Znalazłem informację, że pani Bogdanowicz robi materiały dla Video KOD, czyli, jak rozumiem, medialnej emanacji Komitetu Obrony Demokracji.

 

 

Sprawa nie jest tak prosta, jak chciałaby widzieć opozycja, ale też pokazuje zapętlenia, które są potencjalnie niebezpieczne i których nikt chyba nie chce rozwiązać, bo łatwiej łowi się ryby w mętnej wodzie.

 

 

Abstrahując od histerycznego tonu relacji opozycyjnych mediów – jako się rzekło, skrzętnie pomijających kwestię nielegalności relacjonowanej przez dziennikarkę demonstracji – można założyć, że policja nie uwzięła się akurat na opozycyjne media. Po prostu była to kolejna operacja likwidacji nielegalnego zgromadzenia, co zawsze wygląda podobnie: spokojnie i profesjonalnie działająca policja stopniowo wynosi uczestników, którzy oporu nie stawiają, ale nie chcą też odejść dobrowolnie. Oburzenie na to, że byli oni spisywani, jest również nie na miejscu – byli spisywani jako osoby tworzące nielegalne, bo nie zgłoszone zgromadzenie (i tak zresztą nie wydano by na nie pozwolenia, gdyby zostało zgłoszone później niż marsz narodowców). Policjanci potraktowali zatem Martę Bogdanowicz nie wyjątkowo, ale tak samo jak pozostałych uczestników wydarzenia. Czy mieli prawo?

 

 

I tu pojawia się niejednoznaczność. Bo, po pierwsze, jakkolwiek przedstawicieli mediów policja w ten sposób traktować nie powinna czy więcej nawet: nie wolno jej tego robić (art. 43. Prawa prasowego), to jednak nie istnieje prawna definicja dziennikarza – choć wielokrotnie wskazywano, że jej stworzenie byłoby pożyteczne. Inna sprawa, że w atmosferze ostrego konfliktu politycznego, przenoszącego się na media, trudno sobie wyobrazić wypracowanie takiej definicji w zgodzie z postulatami całego środowiska i trudno byłoby uniknąć podejrzeń, że władza chce ją sformułować w taki sposób, aby było to dla niej najwygodniejsze. Zaś kategoria „dziennikarzy obywatelskich” jest w ogóle nieczytelna, „dziennikarzem obywatelskim” może bowiem każdy mianować sam siebie i wydrukować sobie stosowny identyfikator na domowej drukarce. A już szczególnie nieczytelna staje się, gdy taki „dziennikarz obywatelski” nie oddziela całkowicie swojej roli sprawozdawcy od roli aktywisty czy działacza. Tak zaś było, na ile można stwierdzić, w tym przypadku. By jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, trzeba przypomnieć, że tych ról nie umie od siebie oddzielić wielu profesjonalnych dziennikarzy, biorących udział w roli bynajmniej nie obserwatorów, a nawet nie gości czy komentatorów, w wydarzeniach, firmowanych czy to przez rządzących, czy przez opozycję. I nie jest to zdrowa sytuacja – przeciwnie, ona ogromnie szkodzi naszej profesji.

 

 

Jak zatem ocenić działanie policji w tym konkretnym przypadku? Rzecz w tym, że trudno powiedzieć. Można sobie przecież wyobrazić sytuację, w której całe nielegalne zgromadzenie oplakietkowuje się jako „dziennikarze obywatelscy” i żąda, aby policja pozostawiła je w spokoju. Z drugiej strony trzeba być wyczulonym na jakiekolwiek działania, choćby tylko potencjalnie mogące godzić w wolność mediów i słowa. Można też spytać, czy – jeśli, jak można założyć, pani Bogdanowicz mówiła policjantom, że jest dziennikarką, zagłębiali się oni w jej dokumenty czy też w ogóle nie zwracali na te słowa uwagi? A jeżeli w takim razie mieliby do czynienia nie z „dziennikarzem obywatelskim”, ale z pracownikiem normalnej, pełnoprawnej redakcji – też zadziałaliby z automatu? Tak przecież być nie powinno. Kolejne pytanie brzmi, czy pani Bogdanowicz nie stwarzała swoim zachowaniem podstaw do stwierdzenia, że nie jest jedynie obserwatorem, ale też aktywnym uczestnikiem wydarzenia – czy na przykład nie wznosiła z innymi obecnymi jakichś okrzyków? A przecież dziennikarze powinni w takich sytuacjach ze wszech miar dbać o to, żeby nie mylono ich z uczestnikami wydarzenia. Pytań i wątpliwości jest, jak widać, mnóstwo.

 

 

Trudno dostrzegać tutaj jasne i oczywiste rozwiązanie w sytuacji, gdy prawo nie nadąża za rzeczywistością. Bez stworzenia możliwie szerokiej, ale też możliwie jasnej definicji dziennikarza, takie sytuacje mogą się powtarzać. Prócz definicji dziennikarza profesjonalnego mogłaby też przecież powstać definicja „dziennikarza obywatelskiego”, również szeroka, ale oznaczająca mniejsze uprawnienia. O ile na przykład wspieram pomysł polskiego Press Clubu, aby nadać dziennikarzom wykonującym swoje obowiązki status podobny do statusu funkcjonariuszy publicznych (a więc atak na dziennikarza w trakcie pracy byłby ścigany z urzędu, niezależnie od jego skutków i rodzaju) – o tyle byłbym zdecydowanie przeciwko rozszerzaniu tego przywileju na „dziennikarzy obywatelskich”.

 

 

Tymczasem można odnieść wrażenie, że jakiekolwiek prace czy rozważania, dotyczące dopasowania prawa dotyczącego mediów do rzeczywistości, nawet w tak wąskim zakresie jak definicja dziennikarza, nikogo nie interesują.

 

 

Niezależnie od tego, sądzę, że policja powinna swoje zachowanie wyjaśnić. Choćby po to, żeby nie dawać pretekstu do oskarżeń o polityczne motywacje swoich działań.

 

 

Łukasz Warzecha

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…- ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak przed laty było normalnie

Cyfrowe archiwa zastąpiły dzisiaj w większości te papierowe. Zaleta jest taka, że grzebiąc w starociach, nie pokrywamy sobie palców kurzem. No i łatwiej jest utrzymać porządek w wirtualnych teczkach za pomocą dat, tagów i tytułów. Jedno się nie zmieniło: nadal w starych tekstach, dokumentach czy fotografiach można natrafić na rzeczy ciekawe, nawet zaskakujące.

 

Szukając ostatnio czegoś całkiem innego w cyfrowych czeluściach dysków twardych mojego komputera, trafiłem na jedenaście zdjęć sprzed ponad 12 lat, umieszczonych w folderze „Debata Kaczyński-Tusk 2007”. Ta debata odbywała się 21 marca w redakcji „Faktu”, gdzie wówczas pracowałem. Prowadziłem ją wspólnie z ówczesnym redaktorem naczelnym Grzegorzem Jankowskim. Kto robił zdjęcia – nie wiem. Nazwisko nie jest zachowane w metadanych plików.

 

Debata zaplanowana była chyba – jak wskazywałyby godziny zrobienia zdjęć – na 16. Godziny zdjęć pokazują też, że Donald Tusk przyjechał trochę przed czasem, jednym samochodem. Towarzyszył mu tylko doradca do spraw wizerunku Maciej Grabowski (widać go na jednym ze zdjęć).

 

   Jarosław Kaczyński natomiast chwilę się spóźnił. Był wtedy premierem, więc wizytę poprzedziła kontrola BOR, a konwój rządowych aut przyjechał do biurowca przy Domaniewskiej (tego samego, gdzie wciąż mieści się siedziba Ringier Axel Springer) na sygnale. Był z nim Jan Dziedziczak, wtedy rzecznik rządu (także jest na jednym ze zdjęć).

 

Rozmowa odbywała się w gabinecie naczelnego, jedynie w gronie czterech osób. Na stole kwiaty, filiżanki, ciasto, woda mineralna. No i dyktafony, na wszelki wypadek aż trzy. Goście usiedli na obszernej kanapie, ale w pewnym od siebie oddaleniu. My z Grześkiem na fotelach naprzeciwko.

 

Niestety, samego tekstu debaty w swoim komputerowym archiwum nie znalazłem. Prawdopodobnie spisywać ją musiał ktoś inny – w przeciwnym wypadku miałbym ten plik u siebie.

 

Na zdjęcia z tego wydarzenia trafiłem wkrótce po tym, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił, że jest otwarty na debatę z Jarosławem Kaczyńskim. Takiej debaty oczywiście nie będzie – to jest zapewne dla wszystkich jasne. Kaczyński jej do niczego nie potrzebuje, mniejsi gracze natychmiast zgłosiliby pretensje, że ich w niej nie ma, a gdyby byli – debata zmieniłaby się przecież w bezsensowną wymianę krótkich przytyków. Nikt zresztą dzisiaj nawet specjalnie takiej debaty liderów obozów politycznych nie potrzebuje. Zwolennicy jednych i drugich są okopani na swoich pozycjach, media elektroniczne są w większości tak mocno po jednej lub drugiej stronie, że uzgodnienie wspólnych warunków spotkania – gdyby miało być transmitowane jednocześnie na kilku antenach – wydaje się niemożliwe. Gazety są w tej konkurencji w ogóle bez szans. Nie ma zapotrzebowania, atmosfery, możliwości, a ze strony Schetyny był to tylko rutynowy i w sumie mało istotny chwyt piarowy. Za brakiem odpowiedzi ze strony PiS nie poszło standardowe pokrzykiwanie, że „Kaczyński tchórzy”, bo nawet twardzi antypisowcy nie uznaliby przecież, że o to tu chodzi.

 

Zdjęcia z debaty „Faktu” sprzed 12 lat opisać by dziś można klasycznym tekstem, rozpoczynającym kolejne filmy z cyklu „Gwiezdnych wojen”: „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”.

 

Co było wtedy inaczej? Dlaczego wtedy takie spotkanie było możliwe, a dzisiaj nie jest?

 

Można by o tym napisać długi esej. W największym skrócie zaś przyczyny są następujące.

 

   Po pierwsze – istniało wtedy naturalne oczekiwanie, że przywódcy najważniejszych partii się spotkają i będą rozmawiać. Tak po prostu, bez wyborczego pretekstu, bo przecież był to dopiero marzec i nikt sobie nie wyobrażał, że na jesieni dojdzie do przyspieszonych wyborów, których skutkiem będzie przejęcie władzy przez Platformę na bite osiem lat. Organizowania takich spotkań oczekiwano oczywiście od mediów.

 

   Po drugie – „Fakt” jako miejsce spotkania był do zaakceptowania dla obu stron. Dziś ten dziennik jest traktowany przez PiS jak wróg (jak zresztą właściwie każde medium niebędące jednoznacznie po stronie obecnej władzy), ale wtedy Kaczyński miał na świeżo w pamięci, że to właśnie „Fakt” (o czym pisałem jakiś czas temu na portalu SDP) rozbił monopol „Gazety Wyborczej” i choć bywał dla pierwszego rządu PiS trudny, to zarazem nie był uznawany za medium wrogie.

 

   Tusk z kolei rozumiał, że to dobry do rozmowy, neutralny grunt, a w dodatku gazeta, której ogromnej liczby czytelników nie można lekceważyć.

 

   Po trzecie – i to jest być może najważniejsze – nie był to jeszcze czas, gdy w polityce chodziło o to, żeby się pozabijać. Oczywiście nie dosłownie, ale symbolicznie. Owszem, minęły wtedy dopiero dwa lata od momentu spektakularnego upadku koncepcji PO-PiS, ale wciąż poziom wzajemnych negatywnych emocji był kilkakrotnie niższy niż dzisiaj. Co oczywiście przekładało się na media i ich sytuację w tym konflikcie.

 

Można oczywiście skończyć w tym miejscu i poprzestać na zwykłym opisie sytuacji: kiedyś było tak, teraz jest inaczej; kiedyś się dało, dzisiaj się nie da. Tak po prostu jest.

 

A jednak to byłoby niepostawienie kropki na „i”. Żeby ją postawić, trzeba napisać, że wtedy było, jak było, ale było normalniej. Stanem normalnym jest to, że niepałający do siebie sympatią, nawet niemający do siebie zaufania dwaj liderzy polityczni są w stanie spotkać się w redakcji gazety, której żaden z nich nie uważa za przyjazną sobie – i w tej redakcji rozmawiać o tym, co uważają za istotne.

 

To, co dzieje się dzisiaj – brak chęci do jakiejkolwiek rozmowy, brak oczekiwania, że do niej dojdzie, traktowanie mediów jako pasów przekaźnikowych dla partyjnych przekazów – to jest nienormalne.

A jednak jest iskra nadziei. Co ciekawe – z tego samego źródła, o którym wspominam na początku. Oto bowiem „Fakt” coraz wyraźniej powraca do swoich dawnych tradycji zderzania ze sobą różnych poglądów i dawania im pola do dyskusji. Zaproszenie do współpracy Tomasza Lisa z jednej strony, a Rafała Ziemkiewicza z drugiej jest wyłomem w jednostronnym (w wariancie awersu i rewersu) krajobrazie medialnym. Dwaj koryfeusze dwóch skrajnie różnych spojrzeń na Polskę obecni na jednych łamach – a prócz tego wielu innych ciekawych publicystów, w tym nieoczywistych. Projektowi odbudowy przez nową naczelną dziennika, Katarzynę Kozłowską, otwartej agory, jaką był przez wiele lat dział Opinii „Faktu”, bardzo kibicuję. Nie tylko dlatego, że takich miejsc jest dziś bardzo niewiele, ale też dlatego, że to przypomnienie, na czym polega debata. Oraz pokazanie, że wbrew wszystkiemu można dla niej wciąż znaleźć miejsce.

 

Łukasz Warzecha

Nie przepraszam za „autystycznego Kuchcińskiego” – ŁUKASZ WARZECHA o języku

Jest taki stary rysunek Andrzeja Mleczki, z czasów słusznie już minionych. Na zebraniu jakiejś partyjnej egzekutywy mówca stojący na mównicy powiada do kolektywu: „Z dniem dzisiejszym wprowadza się następujące przysłowia i porzekadła ludowe…”.

 

   Mleczko, tworząc ten rysunek zapewne jakieś 40 lat temu, nie sądził nawet, że komentując peerelowski absurd staje się zarazem prorokiem przyszłych czasów i że w lapidarnej formie ujmuje to, czym będzie językowa poprawność polityczna. A poprawność polityczna to między innymi wielka lewicowa operacja na języku. Jak każda inżynieria społeczna – zaś lewica lubuje się w społecznej inżynierii na wszystkich polach – tak i tutaj zamiarem jest wykorzenienie tego, co naturalne i co powstało w toku ewolucji oraz zastąpienie tego językiem obłym, nic niemówiącym, przede wszystkim zaś nieoceniającym. Bo ocenianie jest złe.

 

   A także „niestygmatyzującym”. Pojęcie „stygmatyzowania” to jeden z ulubionych wytrychów lewicy. Językowa „stygmatyzacja” ma polegać na tym, że słowo, które odnosi się do jakiejś grupy osób lub cechy, jest także używane w znaczeniu pejoratywnym, ale wtedy nie dotyczy tej konkretnej grupy ludzi. I nie ma znaczenia, że takie ogólne, figuratywne, niedosłowne znaczenie kształtowało się przez dziesiątki, czasem setki lat, a używający go nie mają na myśli konkretnych ludzi czy ich cech, co jest jasne dla każdego normalnie myślącego użytkownika języka polskiego (i nie tylko polskiego). Wszystko to nieważne – takie słowo ma być tabu.

 

   W czasach studenckich kpiłem z forsowanego przez lewicowych inżynierów języka określenia „sprawny inaczej”, które miało zastąpić „inwalidę”, „kalekę” czy „niepełnosprawnego”. Żartowano wtedy, że może Murzyna należałoby nazywać „białym inaczej”, ale obawiam się, że przy dzisiejszym poziomie paranoi (to słowo też budzi już moje wątpliwości…) nie byłoby to chyba dobre wyjście. Zresztą, zdaniem niektórych, o Murzynach też już pisać i mówić nie wolno. A już broń Boże, żeby przywołać przysłowie „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” – choć w gruncie rzeczy jest to przysłowie antyrasistowskie, u podstawy którego leży krytyczna ocena wykorzystywania czarnoskórych. Ale ono „ugruntowuje stereotypy” i „stygmatyzuje”.

 

   Oceniając krytycznie marszałka Marka Kuchcińskiego, napisałem na Twitterze: „To był od początku bardzo zły marszałek, arogancki, walczący z mediami, wręcz autystyczny”. Jak każda osoba pracująca w materii języka, rozróżniam potoczne i specjalistyczne znaczenia słów. Dla każdego, komu nie wyprano mózgu, jasne jest, że przymiotnik „autystyczny” jest tu użyty w kontekście potocznym, a nie specjalistycznym i medycznym. Oznacza tyle co „mający słaby kontakt z otoczeniem, niekomunikatywny, nadmiernie zamknięty w sobie”, a nie odnosi się do osoby dotkniętej autyzmem. Okazało się jednak, że – zdaniem jakiejś grupy ludzi – dopuściłem się śmiertelnej zniewagi ludzi cierpiących na autyzm. (Za całkowicie zbyteczne uważam zaznaczanie tutaj, że takich ludzi uważam za godnych troski i uwagi).

 

   Wiem oczywiście – znając doskonale od lat mechanizm internetowych owczych pędów – że w jakiejś części, pewnie nawet w dużej, nie stoi za tym pompowanym oburzeniem autentyczne poczucie obrazy czy zniewagi, ale bardzo częsty mechanizm napędzania w sobie poczucia moralnej wyższości. Bierzemy kogoś, kogo i tak nie lubimy, sięgamy po byle pretekst, po czym, sygnalizując nasze oburzenie, stajemy się w oczach naszych i naszej grupy moralnie lepsi. Niezależnie od tego mechanizm językowej poprawności politycznej jest realny i warto mu się przyjrzeć na tym przykładzie.

 

   Poprawność polityczna zakłada zatem, że powinniśmy przestać używać określeń, którymi ktoś może się poczuć urażony. W tym wypadku – jakaś niewielka grupa ludzi, którzy być może mają coś wspólnego z autyzmem w sensie medycznym, a może nie, tego przecież nie sposób dociec.

 

   Ponieważ jednak poczucie bycia urażonym jest czysto subiektywne, a wiele osób szuka jedynie pretekstu, żeby tę swoją rzekomą urazę okazać, tak aby pognębić przeciwnika ideowego, w praktyce oznaczałoby to nieustającą językową autocenzurę i posługiwanie się jakąś obłą nowomową. Zawsze znajdzie się bowiem ktoś, kogo jakieś określenie będzie urażać, a dla lewicowych inżynierów języka to już jest pretekst, żeby się takim słowem zająć i uznać je za niecenzuralne.

 

   Jeśli określenie „autystyczny” w sensie potocznym podobno obraża autystyków, to czy mogę o kimś w przenośni napisać, że jest ślepy i głuchy? Chyba nie, bo „stygmatyzuję” tym samym niewidomych i niesłyszących. Może zresztą powinienem raczej napisać: „widzących inaczej” i „słyszących inaczej”?

 

   Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygamtyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

   Wcześniej użyłem słowa „paranoja”. Czekam tylko, aż odezwą się obrońcy cierpiących na uporczywe zaburzenia urojeniowe i pouczą mnie, że właśnie obraziłem cierpiących na tę chorobę. Trzeba będzie zmienić tytuł powieści Fiodora Dostojewskiego „Idiota”. Może na „Myślący inaczej”? No i trzeba koniecznie opracować nową wersję „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdzie sam główny bohater wielokrotnie powiada o sobie, że jest idiotą. Wyrzućmy jeszcze z języka określenia takie jak „bez serca” (czyli bez empatii), „bez głowy” (czyli źle pomyślany, źle przygotowany), „bezzębny” (czyli za łagodny, bez ikry), że nie wspomnę o tak godnych potępienia określeniach jak „ocyganić” czy „żydzić”.

 

   A co z „grubym nieporozumieniem”? Skasować! To przecież jawne naigrywanie się z osób – jak by tu je nazwać – nierozmiarowonormatywnych. Z tego samego powodu trzeba by się pozbyć słowa „chudpachołek”. Myślę, że łapią się również takie zwroty ze słowem „głodny” (np. „głodny sukcesu”, „głodny sławy”), bo tu z kolei mamy uderzenie w głodującą część ludzkości. Jak już cenzurować, to z rozmachem.

 

   Wzmożenie towarzystwa, które zabrało się za mój tłit, przeszło wszelkie miary. Pewna pani na Facebooku z oburzeniem pytała, gdzie można by „to” zgłosić, żeby „zrobić z tym porządek”. Nie wiem na pewno, co miała na myśli, ale wiem, że zwolennicy poprawności politycznej i lewicowej inżynierii społecznej bardzo lubią robić porządek z tym, co im nie pasuje, nie lubią za to wolności słowa. Najdziwniejsze, że do tego chóru przyłączył się były dziennikarz Bogusław Mazur, który zaczął mnie zasypywać informacjami o medycznej naturze autyzmu, co przecież nie miało tu kompletnie nic do rzeczy.

 

   Wszystkim oburzonym chciałbym powiedzieć, że jedynym lekarstwem na polityczną poprawność jest zdrowy rozsądek, także w dziedzinie języka. Dlatego nie tylko nie mam zamiaru przepraszać za użycie słowa „autystyczny” w potocznym znaczeniu, ale też nadal będę go w tym znaczeniu używał. Tak samo jak nadal będę w znaczeniu przenośnym lub potocznym używał słów „głuchy”, „ślepy”, „kulawy”, „paranoiczny”, „niedorozwinięty”. A że ktoś uparł się, aby dostrzegać w tych słowach „stygmatyzację” albo obrazę – to nie mój problem.

 

Łukasz Warzecha

Syndrom Boga – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Kamila Durczoka

Casus Kamila Durczoka jest ciekawy pod paroma względami. Mamy tu pytania o równość wobec prawa i o niszczący brak pokory. I, być może, niszczący wpływ samego dziennikarskiego zawodu na tych, którzy nie umieją sobie poradzić z własnym sukcesem.

 

   Przede wszystkim ważne jest, że pijacki wyczyn Durczoka nie był niewinną wpadką, choć na szczęście skończyło się bez ofiar. Jedyną jest sam Durczok. To nie była jazda na kacu (wielokrotnie w tekstach poświęconych tej tematyce wskazywałem, że polskie normy są tu znacznie bardziej restrykcyjne niż te w wielu innych krajach). Durczok był pijany w sztok, prowadząc potężne auto. Był potencjalnym zabójcą.

 

   A jednak, mimo wniosku prokuratury, sąd nie zastosował środka zapobiegawczego w postaci aresztu, wyznaczając zaskakująco niskie poręczenie majątkowe w wysokości 15 tys. złotych. Lata doświadczeń nauczyły mnie, żeby pochopnie nie wypowiadać się na temat orzeczeń sądowych, jednak tej decyzji nijak zrozumieć nie mogę. Główne przesłanki do zastosowania środka zapobiegawczego w postaci aresztu są dwie: możliwość mataczenia oraz wysokość grożącej kary. W tym wypadku to 12 lat.

 

   Kara jest zatem bez wątpienia wysoka. Możliwość mataczenia co do okoliczności, w jakich dziennikarz pił alkohol i wsiadł potem za kierownicę, również istnieje. Skoro prokuratura stawia zarzut z art. 174 kodeksu karnego sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu (błędnie określany w większości tekstów jako „sprowadzenie niebezpieczeństwa w ruchu lądowym”), to określenie, jaki dystans Durczok przejechał w stanie upojenia i z iloma promilami wsiadł za kierownicę, skoro w momencie zatrzymania miał ich 2,6 będzie tu istotne. Mało tego, ten sam artykuł k.k. rozróżnia działanie umyślne i nieumyślne. W tym drugim przypadku zagrożenie karą jest wyraźnie niższe – nie 8, ale 3 lata. Zatem szczegółowe okoliczności czynu będą mieć ogromne znaczenie w procesie, do którego przecież musi dojść. Jak można tu nie dostrzegać zagrożenia mataczeniem – nie mam pojęcia. I żeby było jasne: areszt nie jest rodzajem kary. Jest środkiem zapobiegawczym, więc nie chodzi tu o żadną zemstę, ale o zabezpieczenie postępowania.

 

   Co motywowało sąd, żeby nie przychylić się do wniosku prokuratury? Dlaczego poręczenie majątkowe jest zadziwiająco niskie? Czy pozycja Durczoka i jego poglądy nie odegrały tu jakiejś roli? Tego nie wiemy, ale decyzja sądu sprawia co najmniej dziwne wrażenie.

 

   Durczok przeprasza. Bo cóż mu pozostało? Zapewne będzie chciał dobrowolnie poddać się karze i zapewne prokuratura nie będzie się chciała na to zgodzić. Czy dziennikarz powinien trafić do więzienia, czyli dostać karę bezwzględnego pozbawienia wolności bez zawieszenia – nie jestem w stanie orzec. Mam wstręt do populistycznych powrzaskiwań w takich sprawach. Wiem natomiast, że kara powinna być proporcjonalnie dotkliwa, bo i zagrożenie nie było urojone.

 

   Można się zastanawiać, jak to możliwe, że dorosły człowiek, który jeszcze kilka lat temu kierował jednym z głównych programów informacyjnych w polskich mediach, okazał się do tego stopnia nieodpowiedzialny, do tego stopnia sam się nie kontrolował – ale też nie miał obok siebie nikogo, kto przywołałby go do porządku – że mógł wsiąść do samochodu w takim stanie.

 

   To powinna być też przestroga dla tych, którzy dziś – albo kiedykolwiek – czuli się uprzywilejowani. Przez lata tak było – gwiazdy, w tym gwiazdy dziennikarstwa, mogły liczyć na taryfę ulgową. Można odnieść wrażenie, że w niektórych sytuacjach nadal tak jest, choć szczęśliwie coraz rzadziej. Kamil Durczok zaliczył faktycznie bolesny upadek – z samego szczytu niemal na dno – i ewidentnie sobie z tym nie poradził. Ale taki to jest zawód – tu nic nie jest dane raz na zawsze, a łaska widzów, czytelników i pracodawców na pstrym koniu jeździ. Dobrze jest wkalkulować to w swoje rachuby już w momencie, gdy ktoś decyduje się dziennikarstwem zajmować.

 

   Durczok zapadł na syndrom Boga, ten sam, który zdarza się choćby wybitnym lekarzom. Pozycja, jaką przez lata zajmował, sprzyjała tej przypadłości. Z Olimpu jednak, jak się okazuje, można zostać strąconym (co przydarzało się zresztą i greckim bogom) – do samego Hadesu.

 

Łukasz Warzecha

Adam Słodowy jak Mark Twain – ŁUKASZ WARZECHA o fałszywej informacji o śmierci twórcy kultowego programu telewizyjnego

Przyznaję – też dałem się nabrać. Pamiętałem dobrze z dzieciństwa te niesamowite konstrukcje, które podobno dawało się zbudować samemu. Choć ja nigdy nawet nie spróbowałem. No i oczywiście pamiętałem słynny wskaźnik – czarną strzałkę ze srebrnym grotem, którą konstruktor wskazywał kluczowe miejsca swoich projektów.

 

   Poruszyła mnie zatem wiadomość o śmierci Adama Słodowego, którą znalazłem na portalu bodaj Radia Zet. Szybko zerknąłem w agregator wiadomości, gdzie zobaczyłem, że o odejściu pana Słodowego pisze kilka innych dużych serwisów. Wrzuciłem więc wspomnianą wiadomość na Twittera ze słowami żalu oraz krótkim wspomnieniem. I na jakiś czas przestałem zaglądać do Internetu.

 

   Jakież było moje zaskoczenie po kilku godzinach, gdy okazało się, że wiadomość była nieprawdziwa. W przeciwieństwie do sytuacji, gdy nazwa ta jest używana wobec niewygodnych opinii albo politycznie kłopotliwych informacji, w tym wypadku mieliśmy do czynienia z klasyczną fałszywką informacyjną (zwaną „fejkniusem”, ja jednak wolę spolszczoną nazwę).

 

   Kilka osób napisało do mnie, że nie dochowałem należytej staranności, dzieląc się smutną informacją na Twitterze, ja jednak nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie jestem dziennikarzem informacyjnym, nie jest moim zadaniem weryfikowanie informacji u źródła. W tym wypadku byłem zresztą zwykłym odbiorcą wiadomości. I zachowałem się jak każdy rozsądnie krytyczny odbiorca. Dokładnie tak, jak instruowaliśmy studentów w czasie spotkań na temat fałszywek informacyjnych, które organizowane były w ciągu około roku na różnych uniwersytetach w Polsce (Kraków, Gdańsk, Poznań, Warszawa) przy udziale „Polityka Insight”, miesięcznika „Press” i Facebooka. Po wstępnej dyskusji panelowej z gośćmi szkolenia, przechodziliśmy do warsztatów, podczas których studenci mieli zidentyfikować fałszywe wiadomości w zbiorze, zawierającym kilkanaście wymieszanych informacji (zwykle im się to udawało). Następnie przechodziliśmy do zaleceń, które formułowali uczestnicy zajęć przy naszej pomocy.

 

   W tym przypadku spełniona wydawała się większość warunków, by uznać informację za prawdziwą, choć – przyznaję – nie wszystkie. Przede wszystkim informacja pojawiła się we wszystkich wiodących, poważnych mediach. Jak prześledził bardzo dobry serwis Konkret24 (afiliowany przy portalu TVN24.pl), pierwotnie pojawiła się na portalu Interia, który tłumaczył potem, że uzyskał ją od dwóch niezależnych źródeł, których jednak nie zidentyfikował. Bezkrytycznie powtórzyły ją za nim inne portale i powstał efekt masy.

 

   Po drugie – informacja dotyczyła osoby realnej i w dodatku była – z całą ogromną moją sympatią dla pana Adama Słodowego, w końcu człowieka już starszego (oby żył 200 lat!) – prawdopodobna. To wyłączyło czujność.

 

   Po trzecie – trudno było wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś miałby fałszować tę akurat informację. O ile mechanizm maksymalnego sceptycyzmu włącza mi się automatycznie przy niepewnych, dziwnych wiadomościach, dotyczących polityki, gwiazd (jeśli takie przypadkiem przeczytam) lub jakichś dziwnych sytuacji życiowych, jeśli te ostatnie pojawiają się w miejscach, którym może zależeć na łowieniu kliknięć – o tyle tutaj trudno było wyobrazić sobie motyw. 

 

   Post factum przyznaję jednak, że jako odbiorca mogłem być bardziej krytyczny. Mogłem na przykład zwrócić uwagę na to, że w żadnej z informacji nie ma powołania się na nikogo z rodziny, współpracowników, przyjaciół. Jedynie na inne źródła wiadomości. To powinno budzić podejrzenia. Trudno jednak było wyobrazić sobie, żeby bezmyślnemu instynktowi stadnemu uległy wszystkie duże organizacje medialne. A jednak.

 

   W wielu redakcjach prawdopodobnie myślano podobnie, jak myślałem ja: skoro tamci podali, to przecież musieli to sprawdzić i nie mogli sobie pozwolić na pomyłkę. A skoro tak, to i my podajemy, bo przecież nie możemy tej informacji nie mieć, skoro mają ją już wszyscy inni. Tyle że na takie myślenie może sobie pozwolić odbiorca, ale nie powinni sobie na nie pozwolić dziennikarze, zajmujący się obróbką informacji. Tymczasem w tę pułapkę wpadł nawet PAP! A przecież kto jak kto, ale Polska Agencja Prasowa właśnie tego typu wieści powinna szczególnie drobiazgowo weryfikować, będąc dla innych redakcji pierwotnym źródłem wiedzy. Na usprawiedliwienie – choć słabe – można jedynie napisać, że w przypadku Adama Słodowego nie mówimy o osobie publicznej (już nie), a więc zdobycie informacji u źródła (rodziny, przyjaciół) faktycznie mogło być niełatwe.

 

   Tu wracam do wspomnianego wcześniej Konkretu24, kierowanego przez Beatę Biel. To chyba jedyna (pewności nie mam, ale o żadnym innym nie wiem) redakcja, afiliowana przy innym medium, której zadaniem jest wyłącznie weryfikowanie informacji, często krążących uparcie po sieci i bezkrytycznie powielanych przez kolejnych internautów, a czasami i redakcje. Konkret24 wykonuje w gruncie rzeczy pracę, którą powinna wykonywać każda redakcja. Ale jest to praca wymagająca czasu i wysiłku, czasami nie tylko kwerendy internetowej, ale też uzyskania informacji od różnych podmiotów. Warto Konkret24 odwiedzać regularnie – czasem można się zdziwić, widząc, że coś, co od dawna uważało się za fakt, jest zmyśleniem.

 

   W tej sprawie przykre jest, że to, co w mediach powinno być standardem, dziś jest domeną jedynie specjalnie w tym celu stworzonych serwisów. Z czego pośrednio wynika, że w innych redakcjach do weryfikacji faktów podchodzi się… powiedzmy: luźniej.

 

   A pan Adam – cóż, mógłby powtórzyć za Markiem Twainem, który znalazł w gazecie własny nekrolog: „Pogłoski o mojej śmierci były przesadzone”.

 

Łukasz Warzecha

Chocholi taniec  – ŁUKASZ WARZECHA o głośnej polemice Roberta Mazurka z Danutą Holecką

Syzyfowa praca kontra chocholi taniec. Tak to mniej więcej wygląda. Syzyfem jest w tym wypadku Robert Mazurek, ale w tej roli występowało już kilku innych ważnych publicystów obozu konserwatywnego: Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein, ja również.

 

Chocholi taniec wykonują Danuta Holecka, Jarosław Olechowski, Michał Karnowski i inni obrońcy status quo w TVP, a głównie w „Wiadomościach” (bo jednak pamiętajmy, że TVP to nie same „Wiadomości” i publicystyka).

 

Felietonowego listu Roberta Mazurka do Danuty Holeckiej nie będę streszczał – kto chce, znajdzie go na stronach „Rzeczpospolitej”. List w typowo Mazurkowej formie mówi o tym, co widzi każdy, kto nie ma klapek na oczach i o czym wspomniani przeze mnie publicyści pisali nieraz: że „Wiadomości” forsują w skrajnie prymitywny sposób nieznośnie wręcz nachalną propagandę nie ideologiczną nawet, ale wprost partyjną. Sądzę, że co do prawdziwości tej diagnozy nie ma w ogóle dyskusji. Warto zauważyć, że odtańcowujący chochole figury nawet z tym nie polemizują – używają innej argumentacji, o czym za chwilę. Sądzę, że doskonale rozumieją, co się w „Wiadomościach” dzieje. I Olechowski, i Holecka wiedzą, że to nie jest program informacyjny w ścisłym tego słowa znaczeniu. A może nawet w nieścisłym.

 

Nie będę opisywał tego, co i jak pokazują „Wiadomości”. Pobieżna kwerenda mediów społecznościowych pozwala odnaleźć multum opinii osób o poglądach konserwatywnych, w tym wyborców PiS, którzy stwierdzają, że sztandarowego programu „informacyjnego” TVP po prostu nie trawią. Że on ich obraża. Że w zupełnie jawny sposób chce z nich zrobić głupków. To piszą całkiem przypadkowi widzowie. A może raczej – w większości byli widzowie.

 

Robert Mazurek w swoim liście nie zwrócił uwagi na jedną jeszcze istotną rzecz, przeciwstawiając „Wiadomości” „Faktom”: że na „Wiadomości” składają się wszyscy obywatele. A to jednak rzecz kluczowa. Nie znaczy to, że pochwalać albo nawet akceptować można robienie tępej propagandy za prywatne pieniądze (choć akurat za prywatne ona bywa znacznie subtelniejsza). Jest to jednak inny kaliber niż opłacanie skrajnie nieobiektywnego i wykrzywionego przekazu pieniędzmi publicznymi.

 

Dlaczego Mazurek napisał swój list do Holeckiej? Prawdopodobnie dlatego, że mu się przelało. I ja to rozumiem – tym, którzy chcieliby traktować dziennikarstwo poważnie, musi się przelewać, gdy oglądają „Wiadomości”.

 

Jakich odpowiedzi doczekał się Mazurek?

 

Odpowiedziała mu Danuta Holecka. Odpowiedź wygląda, jakby została skopiowana z jakiegoś przekazu dnia, powielanego od kilku lat w obronie publicystyki w TVP: „Nie rozumiem dlaczego rozbicie przez »Wiadomości« TVP informacyjnego kartelu, który w III RP decydował o przekazach dnia, wywołuje w Tobie aż taką frustrację. Pierwszy raz od lat Polacy mają szansę zobaczyć rzeczywistość, która nie jest autoryzowana na Czerskiej. To chyba dobrze, że tak jest, nie uważasz?”. Trudno nawet z tym polemizować, bo te kilka zdań opartych jest na oczywistym chwycie erystycznym: Holecka pomija istotę sprawy, nie próbuje nawet przekonywać, że „Wiadomości” nie są programem informacyjnym tylko z nazwy, za to stwierdza, że w ten sposób rozbito „informacyjny kartel”. Oczywiste jest, że można go było rozbić, robiąc po prostu profesjonalny i rzetelny program informacyjny, a nie lustrzane odbicie „Faktów”, tyle że znacznie bardziej prymitywne w środkach.

 

Dalej Holecka: „Podkreślasz, że tak łatwo jest uderzać i atakować »Wiadomości«, ale Ty nie lubisz »śpiewać w chórze«. Wielokrotnie krytykowałeś »dziennikarstwo stadne«, więc co takiego się stało, że właśnie to robisz? Ustawiasz się z tłumem innych w pozycji cenzora i arbitra tego, co jest w mediach publicznych właściwe, a co nie. Zaczynasz mówić tym samym głosem, co Agnieszka Kublik i Tomasz Lis, którzy przez lata mieli absolutny monopol na tzw. prawdę. Czy tak bardzo chcesz zostać przytulony przez ten salonowy establishment, że musisz się im przypodobać?”.

 

Znam ten szantaż doskonale: nie można skrytykować niczego, co robią publiczne media, bo wtedy automatycznie „staje się po drugiej stronie”. No i oczywiście standardowe sugestie, że chce się być „przytulonym przez establishment”. Sam spotykałem się i spotykam z takimi zarzutami wiele razy. Gdybym miał się nimi przejmować, musiałbym nieustannie dostosowywać swoje opinie do tego, co mówi jedna lub druga strona sporu.

 

Dalej: „Bo znam Cię i nie wierzę, że jesteś tak małostkowy i pamiętliwy, że wciąż żywisz urazę, o to, że jednak nie pracujesz dla TVP”. Oczywiście – wszyscy krytycy TVP robią to z zazdrości i zawiści. Mali ludzie.

 

Czy ten tekst to Twoja inicjatywa, czy zapotrzebowanie na niego zostało ustalone w czasie kolejnego spotkania przy słynnym śmietniku? Robercie, ile listów otwartych napisałeś do mediów i dziennikarzy, którzy przez lata byli twarzami przemysłu pogardy?”. Czyli: „Dla kogo pracujesz i kto ci zapłacił” oraz „a co robiłeś, kiedy…?”.

 

Jedno można powiedzieć na pewno: odpowiedź Holeckiej trzyma standardowy poziom przekazu programu, któremu szefuje.

 

Teraz będzie dłuższy cytat z tekstu Michała Karnowskiego. Osoby wrażliwe na specyficznie pompatyczny styl z góry przepraszam.

 

„Warto jednak obserwując te ataki pamiętać, że gdyby nie te tak atakowane punkty oporu wobec medialnych walców III RP, już dawno mielibyśmy powtórkę z roku 2007. Wtedy dobre dla Polski rządy rozwalono bezwzględną nawałnicą. A potem było zaszczuwanie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wreszcie Smoleńsk i hańba posmoleńskiej pogardy.

Tamte lekcje (i wiele innych, od 1989 i 1992 roku począwszy) na szczęście zostały przez obóz propolski zapamiętane. Zrozumiano, że bitwa o kształt Polski wymaga przeciwstawienia się hordom orków pałujących wszystko, co święte dla Polaków, w sposób bardziej zdecydowany niż obrotowe felietony w przejętej pod śmietnikiem gazecie. Przyjęto do wiadomości, że mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu. O elementarny pluralizm, który dziś – na poziomie całego rynku – jest pełen, co w III RP stanowi duże novum. […]

I rozumiem, że wielu nie chce brać w wojnie z orkami udziału. Bo oberwać można, bo nieprzyjemnie, bo dzieci prześladują (co podpowiadał gawiedzi Jacek Żakowski już w roku 2016). Widzę te wybory, te przejścia do przedpokojów Salonu III RP i naprawdę rozumiem, żalu nie mam”.

 

Mamy tu wszystko to, co niektórzy, najbardziej korzystający z obecnego układu, próbują uparcie powtarzać. A więc nazywanie siebie samych „obozem propolskim” (Mazurek, Zaremba, ja sam to najwyraźniej nie jest obóz „propolski”, a może nawet wprost antypolski), maksymalnie wzmożenie, forsowanie poglądu, że trwa wojna, więc nie sposób myśleć o jakichś tam standardach. Słusznym wolno wszystko. No i wreszcie diagnozę, że każdy, kto się nie zgadza na maksymalne medialne przegięcie, ślini się w „przedpokojach” III RP. Pisałem już wielokrotnie, ale powtórzę: to są metody Adama Michnika, którymi naczelny „Gazety Wyborczej” starał się kiedyś – z sukcesem – zdyskredytować swoich oponentów w taki sposób, żeby w ogóle nie trzeba było z nimi podejmować polemiki.

 

Karnowski sięga też po przykład amerykańskiej Fox News. Przykład w oczywisty sposób niecelny, i to podwójnie. Po pierwsze – bo Fox News to stacja prywatna. Po drugie – bo Fox News nie wspiera Donalda Trumpa bezwarunkowo, a w kwestiach niektórych jego zachowań wobec dziennikarzy wobec prezydenta USA opozycyjnych była absolutnie krytyczna. Fox News to na pewno stacja prorepublikańska, lecz z całą pewnością nie telewizyjny biuletyn administracji Trumpa.

 

Można mieć do tekstu Mazurka różne zastrzeżenia, można twierdzić, że passus o ubieraniu w mundury jest zbyt ostry. Nie zmienia to faktu, że Mazurek pisze o realnym problemie, a repliki nawet istnienia tegoż problemu nie kwestionują. Ich wydźwięk jest taki, że „owszem, przeginamy i przeginać będziemy, bo my walczymy dla Polski, a wy nie, więc tak musi być”.

 

Wierzę, że nie musi. Pozostaje mi jedynie – co robiłem tu już kilkakrotnie – zaproponować, żeby zorganizować w końcu debatę o tym, jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP. Nie wiem, jak Mazurek, ale ja w takiej debacie chętnie wezmę udział, broniąc swojego poglądu – o ile swojego gotowi będą publicznie bronić Karnowski, Holecka, Olechowski.

 

Łukasz Warzecha