Podpis Pana Prezydenta – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Z politycznego i wizerunkowego punktu widzenia konferencję, na której pan prezydent ogłosił swoją decyzję w sprawie ustawy o dofinansowaniu mediów publicznych, można uznać za średnio udaną. Wywody na temat regionalnych ośrodków TVP i PR, ich roli i odmiennego statusu prawnego, były dla większości słuchaczy niezrozumiałe. Dla wyrobionego odbiorcy było zaś jasne, że ich związek z decyzją prezydenta jest nikły. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z polityczną transakcją, w której ceną była głowa Jacka Kurskiego.

 

Można jednak spróbować spojrzeć na sytuację z punktu widzenia mediów właśnie. I wówczas wypada stwierdzić, że zmarnowana została okazja – kolejna już – do poważnej dyskusji o tym, jak media publiczne mają wyglądać i jak powinny być finansowane. A nawet o tym, czy w ogóle są w obecnej postaci potrzebne.

 

Prezydent Andrzej Duda dał mi przez moment nadzieję, gdy w pierwszej części swojego wystąpienia na konferencji stwierdził, iż zdecydował się podpisać ustawę „pod pewnymi warunkami”. Czekałem potem, aż te warunki zostaną wskazane. Liczyłem, że mogą one dotyczyć na przykład tego, jak zarząd TVP podzieli otrzymane pieniądze. Bowiem z poprzedniej transzy rekompensaty regionalne ośrodki otrzymały ochłapy. Inna sprawa, że nie sposób wyobrazić sobie podstawy prawnej, która pozwoliłaby prezydentowi w jakikolwiek sposób wyegzekwować owe warunki – gdyby faktycznie zostały postawione. Nic o nich jednak ostatecznie nie usłyszeliśmy.

 

Kwestia rekompensaty dla mediów publicznych wywołuje wielkie emocje z powodu kilku zasadniczych wątpliwości co do ich działalności i kształtu. Żadna z tych wątpliwości nie została przy okazji decyzji pana prezydenta przecięta i w tym sensie jest to okazja zmarnowana, być może na długo. Niezależnie od tego, jaki będzie skład i polityczne umocowanie nowego zarządu TVP.

 

Problem pierwszy to wejście mediów publicznych – przede wszystkim ich pionów publicystyki i informacji – w rolę narzędzi propagandowych władzy. Wynika to między innymi z instytucjonalnej konstrukcji nadzoru nad TVP i PR. Ani KRRiT – organ konstytucyjny – ani tym bardziej RMN, działająca na podstawie zwykłej ustawy, nie są ciałami choćby udającymi ponadpartyjne. Przy czym „ponadpartyjny” nie znaczy w tym wypadku „ponadpolityczny”, bo oczywiste jest, że mamy tu do czynienia z polityką i będziemy mieć zawsze. Jest jednak różnica między ciałem z definicji i konieczności politycznym a ciałem, gdzie reprezentowane są po prostu partyjne interesy. RMN, wybierająca prezesów TVP i PR, jest zwykłą polityczną czapą nad państwowymi mediami.

 

Tu obrońcy obecnej sytuacji przywołują koncepcję rozproszonego pluralizmu, z którą na portalu SDP już polemizowałem. Zakłada ona, że co prawda media państwowe stały się wyrazicielami tylko jednego poglądu politycznego (zwolennicy tej koncepcji starają się nie przyznawać, że są po prostu zaangażowane partyjnie), ale ponieważ media prywatne mają w dużej części odmienne zapatrywania, pluralizm w szerszym planie jest zachowany – argumentują zwolennicy tego podejścia.

 

Z tego wynika problem drugi: media publiczne są finansowane przez wszystkich obywateli obowiązkowo – czy to w postaci abonamentu, czy poprzez budżetową dotację – a zatem ich kształt powinien odzwierciedlać różnorodność zapatrywań. To podstawowy i bardzo mocny argument przeciwko koncepcji pluralizmu rozproszonego.

 

Problem trzeci, to sam sposób finansowania. PiS zapowiadał przecież odejście od abonamentu. Ustawę miał napisać Krzysztof Czabański. Nic z tego nie wyszło. Tymczasem mamy tu poważny dylemat, który zresztą nie zaczął się za czasów PiS. To samo miało miejsce podczas rządów Platformy Obywatelskiej: upartyjnienie mediów państwowych jest dla znacznej części obywateli – tych, którzy nie odnajdują w nich swoich poglądów – powodem do sprzeciwu wobec finansowania tychże mediów z ich pieniędzy. W przypadku dotacji budżetowej nie mają oczywiście sposobu, by tego uniknąć, ale mogą jak się da unikać płacenia abonamentu. Telewizja w latach 2010-2015 dawała taki impuls wyborcom o bardziej konserwatywnych poglądach. Ta po roku 2015 uzasadnia unikanie płacenia abonamentu przez wyborców opozycji.

 

Problem czwarty to sposób, w jaki media państwowe wypełniają swoją misję. Tu pojawia się pytanie, czy powinny podążać bezwolnie za masowymi gustami czy może właśnie one przede wszystkim powinny starać się popychać odbiorców w stronę bardziej ambitnego przekazu. Trudno nie uznać, że TVP pod rządami Jacka Kurskiego wybrała ten pierwszy wariant, i to w skrajnej postaci. Jeśli publiczne media mają być dotowane ze wspólnej kasy na tak wysokim poziomie, czy jednak nie należałoby od nich oczekiwać innego postępowania?

 

Wszystkie te sprawy powinny stać się przedmiotem dyskusji już dawno, a jeśli dotąd nim nie były, to mogły się były nim stać w okresie między zasygnalizowaniem zamiaru uchwalenia wiadomej ustawy przez Sejm a podpisem pana prezydenta. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. I to jest poważne rozczarowanie. Mając w ręku wszelkie atuty i instrumenty, Andrzej Duda w żadnym momencie swojej prezydentury – mimo wyrażanych wiele razy mniej lub bardziej wprost zastrzeżeń do działalności głównie TVP – nie postarał się zorganizować debaty wokół żadnego z wymienionych wyżej, a przecież powiązanych ze sobą problemów.

 

Teraz mamy podpisaną ustawę, dającą mediom państwowym przynajmniej 2 miliardy złotych – a jak twierdzą niektórzy, analizując treść aktu, pięć razy więcej w ciągu nadchodzących kilku lat – właściwie bezwarunkowo. Szkoda.

 

Łukasz Warzecha

Na składkowym – ŁUKASZ WARZECHA o zbieraniu pieniędzy na niezależne projekty dziennikarskie

Dla ludzi takich jak Dariusz Rosiak miejsce w mediach publicznych powinno być. Rosiak jest dziennikarzem pod każdym względem profesjonalnym, a jego programy to kwintesencja misji mediów publicznych. Lecz cóż – media publiczne się z Rosiakiem pożegnały. Pewnie podpadł tym samym co wielu innych, czyli niewystarczającym entuzjazmem wobec zmiany. „Dobrej zmiany”.

 

Darek postanowił zatem kontynuować swoją pracę dzięki pieniądzom, uzyskanym bezpośrednio od odbiorców i założył zbiórkę na Patronite.pl, aby móc realizować „Raport o Stanie Świata”. Cele są trzy – od 5 do 25 tys. złotych miesięcznie i w zależności od tego, który zostanie osiągnięty, program będzie mógł się bardziej lub mniej intensywnie rozwijać, ukazywać częściej lub rzadziej.

 

Rosiak nie jest pierwszym dziennikarzem, który takiego sposobu próbuje. Nie był też pierwszym Tomasz Sekielski, ale dopiero jego zbiórka na „Tylko nie mów nikomu” przyniosła oszałamiające 450 tys. zł. Można by zatem uznać, że to droga dla tych, którzy chcą się uniezależnić i odwołać bezpośrednio do swoich widzów, słuchaczy, czytelników, aby robić prawdziwie niezależne dziennikarstwo.

 

Jestem sceptyczny. Spójrzmy najpierw, jak to wygląda u Darka Rosiaka. Zbiórkę założył zaledwie kilka dni temu, 25 lutego. Zebrał dotąd (do niedzieli wieczorem) prawie 13,5 tys. zł od 654 osób, co średnio daje około 20 zł na osobę. Najwięcej patronów zadeklarowało 10 zł na miesiąc: 330. Nieco mniej – 20 zł: 157. 114 osób deklaruje 5 zł miesięcznie. 50 patronów daje 50 zł na miesiąc, 16 – po 100 zł, nikt nie zadeklarował 300 zł na miesiąc, ale 5 osób chce wpłacać miesięcznie po 500 zł. Wygląda to nieźle jak na początek zbiórki.

 

Nie chcę podcinać Darkowi skrzydeł, bo życzę mu jak najlepiej, ale pieniądze od patronów nigdy nie będą pewnym źródłem. W każdym razie nie tak pewnym jak te zaplanowane w budżecie stacji na program wpisany do ramówki. Darek nie osiągnął też na razie 25 tys., potrzebnych na pełny rozwój programu. No, ale na to ma czas. Tyle że im dalej od momentu, gdy jego odejściu z Trójki towarzyszył szum medialny, tym trudniej będzie docierać do darczyńców. Możliwe, oczywiście, że do momentu wygaśnięcia uwagi będzie już miał wystarczająco wielu patronów, ale, jako się rzekło, tu nigdy nie ma gwarancji, choć zostanie patronem oznacza co do zasady płatności cykliczne, które w razie czego trzeba skasować, aby z patronowania się wycofać.

 

Przy czym Rosiak to nie jest ktokolwiek. To jest marka. Człowiek, który towarzyszył słuchaczom Trójki od lat czternastu. Można zatem założyć, że spora część patronów to ci, którzy krytycznie oceniają kurs Trójki oraz mediów publicznych w ogóle i chcą to okazać między innymi poprzez wsparcie dziennikarza, którego z Trzeciego Programu się pozbyto.

 

Problem w tym właśnie, że to generalne zastrzeżenie do takiego sposobu szukania wsparcia. Obawiam się, że tam, gdzie brakowałoby tej podszytej politycznymi emocjami motywacji – nie ujmując absolutnie niczego Rosiakowi i kibicując jego zbiórce – rezultaty nie byłyby tak dobre. To samo dotyczy zbiórki Tomasza Sekielskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego projekt wsparli między innymi zapiekli antyklerykałowie, antypisowcy, zwolennicy opozycji – i było ich zapewne znacznie więcej niż ludzi powodowanych autentyczną troską o ofiary księżowskich występków. Co nie jest zarzutem do samego Sekielskiego – taki tu po prostu działa mechanizm.

 

Obserwowałem w ostatnim czasie dwie zbiórki – jedną o charakterze na poły dziennikarskim, drugą wydawniczą. Obie były jednorazowe.

 

Ta na poły dziennikarska to zbiórka dokumentalisty Łukasza Korwina na wydanie wspomnieniowej książki sędziwego już polskiego Żyda mieszkającego dziś w Szwajcarii, Bronisława Erlicha, o tym, jak przeżył w Polsce okupację i jak pomogli mu w tym Polacy. Postać bohatera jest niesamowita – zrobiłem o tym rozmowęŁukaszem Korwinem w swoim programie na platformie wSensie.pl. Początkowo na podstawie wspomnień Erlicha miał powstać film, ale twórca bezskutecznie dobijał się najpierw do TVP, potem do Polskiej Fundacji Narodowej – choć projekt jest po prostu wymarzony z punktu widzenia promowania naszej historycznej opowieści. Równolegle Korwin uruchomił więc na Pomagam.pl zbiórkę na książkę, stawiając sobie za cel zgromadzenie 50 tys. zł. Mimo wielu apeli, wizyt w różnych programach i prób spopularyzowania projektu zebrał do dzisiaj raptem 4680 zł od 57 osób (czyli średnio po 82 zł).

 

Podobnie zakończyła się – wielokrotnie przeze mnie promowana w moich społecznościowych kanałach – zbiórka niezwykle zacnej krakowskiej Fundacji InCanto na wydanie tomu esejów o muzyce zmarłego niedawno wybitnego brytyjskiego filozofa Sir Rogera Scrutona (zbiórkę uruchomiono jeszcze za życia autora, a nawet przed zdiagnozowaniem u niego nowotworu, co miało miejsce w drugiej połowie ubiegłego roku, zaś Sir Roger zmarł w styczniu 2020 r.). Tu cel był skromniejszy – 40 tys. zł. Wydawałoby się, że nie powinno być problemu. Jeśli liczyć średnio po 20 zł, wystarczyłoby, gdyby jednorazowo wpłaciło 2 tys. osób. Trudno wyobrazić sobie, żeby w Polsce nie znalazło się 2 tys. osób, znających pisarstwo Sir Rogera, w tym to dotyczące muzyki, oraz wiedzących o jego muzycznej pasji. W 38-milionowym kraju to nie powinien być problem. Ba, tylu darczyńców powinno się znaleźć w samym Krakowie, gdzie ma siedzibę InCanto.

 

A jednak. Choć zbiórka trwała miesiącami, do dziś zebrano zaledwie nieco ponad 56 proc. potrzebnej kwoty – około 22,5 tys. zł. Dobra wiadomość jest taka, że książka i tak się ukaże i to prawdopodobnie już niedługo. Ale to już wyłącznie zasługa dynamicznie działających założycieli fundacji.

 

Oto dwa przykładowe, owszem, można powiedzieć, że niszowe cele. Wcale nie ogromnie finansowo ambitne, ze wszech miar godne poparcia. Można uznać, że ponadpolityczne. Oba mogliby wesprzeć sympatycy różnych ugrupowań. I może właśnie dlatego nic z tego nie wyszło. Żaden z projektów nie nakręcał emocjonalnie.

 

To samo dotyczy dziennikarskiej działalności, finansowanej z datków. To może zadziałać pod warunkiem, że zbiórka jest jakoś wkomponowana – choćby niezamierzenie, jak zbiórka Rosiaka – w partyjny lub ideologiczny konflikt. Nawet wtedy jest pytanie o trwałość finansowania, zwłaszcza jeśli efekt już tak politycznie emocjonujący nie będzie. Jeśli natomiast ktoś chciałby po prostu robić dobre, fachowe i wyważone dziennikarstwo, nie zaczynając zbierania pieniędzy w warunkach politycznej kontrowersji – nie wróżę powodzenia.

 

Łukasz Warzecha

O publicystycznych bańkach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Znalazłem się niedawno w komentatorskim poranku radia RDC z Adrianem Stankowskim z „Gazety Polskiej”. Gdy prowadzący Grzegorz Chlasta (skądinąd jeden z najlepszych znanych mi prowadzących radiowe rozmowy – młodzi dziennikarze mogliby się od niego wiele nauczyć) zapytał, jakie znaczenie będzie mieć wsparcie, którego Donald Tusk udzielił Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, wiedziałem, co powie redaktor Stankowski, zanim jeszcze otworzył usta. I faktycznie – usłyszałem, że nie będzie to mieć żadnego dodatniego wpływu na wynik kandydatki PO, a wręcz go obniży, bo poziom nieufności do Tuska jest bardzo wysoki.

 

To oczywiście prawda, pokazało to w ubiegłym roku kilka sondaży, i to był jeden z powodów, dla których Tusk nie wystartował w obecnych wyborach. Podobnie jak można z tego wyciągnąć wniosek, że obecność byłego premiera w kampanii kandydatki PO może być szkodliwa. Ale to tylko jeden z wariantów. Nie mamy podstaw, aby stwierdzić, że tak będzie na pewno. Możliwe, że deklaracja Tuska okaże się po prostu neutralna, a być może nawet pozwoli osiągnąć minimalny zysk. Dlaczego mój współdyskutant tak zdecydowanie postawił na jedną interpretację, nie czyniąc żadnych zastrzeżeń? Odpowiedź jest prosta: przedstawił wersję uznawaną za najkorzystniejszą w jego bańce światopoglądowej, politycznej i informacyjnej.

 

Analizowanie sytuacji z punktu widzenia własnego wishful thinking, czyli po prostu chciejstwa, lub tego, jakie tezy wydają się (często zresztą złudnie) najkorzystniejsze dla obozu politycznego, któremu się sprzyja, to plaga, obniżająca znacząco jakość dzisiejszej polskiej publicystyki. Żeby było jasne – nie jest to przypadłość tylko jednej strony konfliktu, który przecież i w mediach się odbija. W przypadku zdecydowanej większości komentatorów z mediów sprzyjających opozycji usłyszymy zawsze interpretacje sytuacji najwygodniejsze i najbardziej sprzyjające opozycji właśnie. Dowiemy się na przykład, że prezydent Andrzej Duda wcale nie jest faworytem nadchodzących wyborów, a Zjednoczona Prawica właściwie sypie się od środka.

 

Można zrozumieć, że taki jest sposób myślenia odbiorców. Ludzie – szczególnie w społeczeństwie bardzo głęboko podzielonym, gdzie w dodatku powstały szczelne bańki informacyjne („Wiadomości” TVP i „Fakty” TVN pokazują niemal dwa różne światy) – mają tendencję do traktowania własnych poglądów i wynikających z nich interpretacji zdarzeń jako jedynych sensownych, nie będąc w stanie wyjść poza własny punkt widzenia i zobaczyć sytuacji oczami zwolenników przeciwnej strony. Ale, jako się rzekło, trudno tego wymagać od przeciętnych odbiorców.

 

Powinniśmy natomiast oczekiwać takiej umiejętności od publicystów właśnie, którzy rzecz jasna mają prawo, a nawet obowiązek mieć swoje poglądy, ale – po pierwsze, jak wiele razy pisałem na portalu SDP – mają to być poglądy na sprawy, a nie takie, które zrobią z nich partyjnych aktywistów czy propagandystów; po drugie zaś – posiadanie poglądów, choćby i najwyrazistszych, nie powinno ograniczać zdolności widzenia sytuacji pod różnymi kątami i przedstawiania wniosków niekoniecznie korzystnych dla strony, z którą się najbardziej sympatyzuje.

 

Dlaczego to dzisiaj tak rzadka wśród publicystów umiejętność? Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich przeszło już głęboką przemianę, wskutek której faktycznie stali się propagandystami, porzucając całkowicie klasyczną polityczną analizę. Funkcjonują jako harcownicy tej czy innej formacji politycznej i jasne jest dla nich, że powinni zawsze komunikować odbiorcom wersję obecną w partyjnym przekazie. Nawet jeśli po cichu zdają sobie sprawę z tego, że to tylko jedna z możliwości i to niekoniecznie najbardziej prawdopodobna. Lub wręcz naciągana i niemal nierealna.

 

Po drugie – bo takie są oczekiwania znacznej części publiczności. Przedstawiając warianty rozwoju sytuacji lub złożone przyczyny jakiegoś wydarzenia, wielokrotnie spotykałem się w mediach społecznościowych z reakcjami dowodzącymi, że odbiorcy nie odróżniają mówienia o tym, jak prawdopodobnie jest lub może być od mówienia o tym, co ich zdaniem być powinno. Dla przykładu – jeśli napiszę, że kandydat X może mieć w wyborach słabszy wynik od początkowo oczekiwanego, bo na jego niekorzyść mogą zadziałać określone czynniki – w odpowiedzi przeczytam, że to bzdury, bo kandydat X jest ewidentnie najlepszy i „wszyscy to wiedzą”.

 

Jednak taki sposób widzenia rzeczywistości przez odbiorców jest w sprzężeniu zwrotnym z identycznym podejściem komentatorów, którzy przecież odpowiadają w jakiejś części za kształtowanie myślenia ludzi. Jeśli komentatorzy nie starają się pokazać wydarzeń z różnych perspektyw, ma to swoje konsekwencje, wykraczające zresztą poza wspomniane sprzężenie zwrotne. Nie odkryję Ameryki pisząc, że istnienie baniek informacyjnych jest szkodliwe dla funkcjonowania życia społecznego, bo przyczynia się do upowszechniania myślenia w kategoriach plemiennych czy klanowych. Sprzyja widzeniu tych, którzy naszych sympatii nie podzielają, jako dziwolągów, marginesu czy nawet zdrajców.

 

To my, publicyści, powinniśmy dbać o to, żeby naszych odbiorców wyrywać z komfortu baniek, w których utkwili. Górnolotnie mógłbym nawet powiedzieć, że to część publicystycznej misji. Cóż z tego, skoro ta misja nie jest dzisiaj w cenie.

 

Łukasz Warzecha

Problem z „Zenkiem” – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszej produkcji TVP

Pisząc tekst o wyprodukowaniu przez TVP filmu o Zenonie Martyniuku, muszę zrobić na początku zastrzeżenie: nie uznaję absolutyzowania maksymy de gustibus non est disputandum. Ona ma sens, owszem, jeśli dyskutujemy o tym, czy bardziej przemawia do nas Rembrandt, Rubens czy Velázquez; czy wolimy Wagnera, Haydna czy Purcella albo Vivaldiego; czy lepszy Norwid czy Słowacki albo Goethe czy Rimbaud, Mackiewicz czy Herling-Grudziński, Witkacy czy Gombrowicz. Nie udawajmy jednak, że – jak śpiewał w doskonałej, kpiarskiej piosence „Postmodernizm” Jacek Kaczmarski – „wszystkie mody, wszystkie style równie piękne są – i tyle”. Nie są. Bohomazy nowoczesnych artystów, udające sztukę, nie są warte tyle samo co jedno mniej znane płótno Caravaggia. Pioseneczki, które na co dzień zalewają przestrzeń publiczną, sącząc się z głośników w taksówce, sklepie, u fryzjera są warte mniej niż jedna fuga Bacha czy jedna płyta któregoś z legendarnych zespołów z kreatywnego okresu rocka w latach 70. Gdybyśmy twierdzili inaczej, bylibyśmy winni całkowitej relatywizacji pojęcia sztuki, twórczego wysiłku, warsztatu, a tym samym degeneracji gustów.

 

I owszem, ta degeneracja się dzieje i to od dziesięcioleci, a obrońców całkowitej relatywizacji gustów jest mnóstwo. Co ciekawe, w tej sprawie postmoderniści sprzymierzyli się w Polsce z krzewicielami ludycznego gustu, przy czym ci ostatni działają z pobudek całkowicie cynicznych i po prostu politycznych.

 

Proszę więc nie oczekiwać, że uznam disco polo za muzykę wartościową. Nie, nie ma w niej nic wartościowego. Na poziomie warsztatowym i twórczym jest po prostu prymitywna. Oczywiście, muzyka schlebiająca prostszym potrzebom i gustom istniała zawsze (nie mówię tu o muzyce ludowej sensu stricto). W XVIII wieku takim popularnym kompozytorem, tworzącym w odpowiedzi na masowe potrzeby, był na przykład jeden z moich ulubieńców Georg Philipp Telemann, niemalże rówieśnik Bacha i przez większość życia dyrektor muzyki (tytuł istniejący w wielu większych niemieckich miastach w XVII i XVIII wieku) w Hamburgu. Proszę jednak wziąć jakiekolwiek nagranie tej popularnej muzyki Telemanna, jak na tamte czasy sprzedawanej w postaci nut na masową skalę, i porównać z czymkolwiek tworzonym dzisiaj dla masowego odbiorcy. Mówię o porównaniu na poziomie wewnętrznej komplikacji, oryginalności konstrukcji, włożonej inwencji.

 

Nie zmienia to faktu, że disco polo jest przez jakąś grupę Polaków chętnie słuchane lub przynajmniej traktowane jako najlepsza muzyka do zabawy i trzeba się z tym liczyć. Można by zatem powiedzieć: w czym więc problem? Skoro tak, to dlaczego TVP nie miałaby sfinansować filmu o najbardziej znanym przedstawicielu tego nurtu? To jednak nie jest takie oczywiste.

 

Po pierwsze – Zenon Martyniuk stał się dla telewizji publicznej pożytecznym narzędziem w politycznej rozgrywce na poziomie zbiorowej świadomości. Żeby było jasne – sam piosenkarz, którego szanuję za ciężką pracę, wytrwałość, determinację – nie jest tu niczemu winien. A że korzysta z okazji, jaką tworzą mu warunki – jego prawo.

 

Trudno jednak nie dostrzegać, że Jacek Kurski, promując od kilku lat disco polo jako najbardziej widoczny w publicznej telewizji nurt muzyczny, realizuje miłą swojemu obozowi politycznemu agendę. Mówiąc wprost, a nawet bardzo bezpośrednio – Zenkiem Martyniukiem TVP pokazuje „fucka” zgniłym elitkom. To część opowieści o pretensjonalnych „bogaczach” z warszawki, nienawidzących i gardzących prostym „ludem”, dla którego idolem jest Martyniuk. Kwintesencją tego przesłania był słynny materiał „Wiadomości” z paskiem „Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra”.

 

To oczywiście nie jest takie proste. Te elity są bowiem nierzadko nie bardziej wyrobione kulturalnie niż ci, którymi w narracji obozu rządzącego albo i faktycznie pogardzają. Z drugiej strony na niebezpieczne sprymitywizowanie gustów wskazują ludzie, którzy dalecy są od poglądów Tomasza Lisa czy Kingi Rusin. Ale narracje tego typu muszą wszystko upraszczać.

 

Po drugie – publiczne media muszą w jakimś stopniu uwzględniać bohaterów masowej wyobraźni i masowe gusta. Jeśli – piszę „jeśli”, ponieważ badań na ten temat nie ma – faktycznie znaczna część Polaków disco polo lubi, to w publicznych mediach powinno być dla niego miejsce. Czy jednak jednym z największych finansowanych przez TVP przedsięwzięć powinien być akurat film o muzyku disco polo?

 

Po trzecie – i tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu – media publiczne są zobowiązane do realizacji misji. Misja nie oznacza podążania we wszystkim za gustami publiczności, ale w niektórych przypadkach próbę ich kształtowania, a przynajmniej wskazywania inspirujących alternatyw. Z tego punktu widzenia wyprodukowanie „Zenka” wydaje się bardzo wątpliwe.

 

Pisałem jakiś czas temu na portalu SDP, że – będąc wielbicielem muzyki dawnej, zwłaszcza barokowej – nie oczekuję przecież, że masowa publiczność będzie się podczas Sylwestra TVP bawić przy suitach Samuela Scheidta (swoją drogą bardzo polecam) czy koncertach Bacha na orkiestrę i klawesyn. To absurd. Ale media publiczne powinny odgrywać również rolę edukacyjną, nakierowując swoich odbiorców na to, co jednak nieco ambitniejsze.

 

Dysproporcja pomiędzy promocją, jaką TVP urządza disco polo jako gatunkowi w ogóle a wszelkimi innymi rodzajami muzyki jest uderzająca. Jeśli telewizja publiczna chciała wyprodukować film o polskim muzyku, to czy naprawdę pierwszym i najlepszym wyborem był pan Martyniuk? Czy to jest wybór jakościowy, zgodny z misją, popychający jakąś część Polaków do zainteresowania się sztuką trochę ambitniejszą niż ta najbardziej popularna – przy straszliwej nędzy edukacji muzycznej? Bynajmniej. I o to można mieć do TVP słuszną i zasadną pretensję.

 

Na koniec, nieco obok tematu, ale jednak à propos: zazdroszczę choćby Francuzom. We Francji działa jeden z najbardziej znanych zespołów, grających muzykę dawną: Les Talents Lyriques pod kierownictwem wybitnego klawesynisty Christophe’a Rousseta (jego wykonanie „Wariacji Goldbergowskich” to jedna z moich ulubionych płyt). To światowa ekstraklasa z kilkudziesięcioma płytami na koncie i koncertami na całym globie. Les Talents Lyriques znajdują jednak czas na programy edukacyjne. Dzieci ze szkół – zwykłych, publicznych szkół z prowincjonalnej Francji daleko od stolicy – są zapraszane na próby zespołu, w trakcie których zapoznają się z instrumentami, muzyką, pracą artystów. Inna forma to koncerty partycypacyjne, podczas których uczniowie mogą muzykę komentować, zadawać pytania, dociekać tego, co ich interesuje. Są też zaproszenia do miejsc, gdzie zespół stale występuje, oraz oczywiście nauka gry. Na swojej stronie zespół przywołuje opinię jednego z uczniów z Collège Langevin (bynajmniej nie w Paryżu, a w niewielkim Saint-Juinien nieopodal Limoges), który brał udział w próbie „Horacjuszy” Antonio Salieriego w paryskiej filharmonii: „Nie rozumiem, czemu nie słuchałem tej muzyki wcześniej, jest genialna!”.

 

Szkoda, że państwo polskie – także finansowane przez podatników media – porządną edukację muzyczną właściwie sobie odpuściło.

 

Łukasz Warzecha

Sędzia Juszczyszyn i dziennikarz Kowalewski – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy TVP rozrabiała historię o tym, jak to w 2015 r. sędzia Juszczyszyn nie zapłacił mandatu za przekroczenie prędkości, a tym bardziej nie stracił prawa jazdy na trzy miesiące (przekroczenie było o 51 km na godz. w obszarze zabudowanym), „Gazeta Wyborcza” opublikowała rozmowę Agnieszki Kublik z Mariuszem Kowalewskim, byłym dziennikarzem TVP, który opublikował właśnie książkę „TVPropaganda. Za kulisami TVP”.

 

Jakoś mi się te dwa zdarzenia połączyły. Dlaczego?

 

Sprawa sędziego Juszczyszyna jest znacząca podwójnie. Po pierwsze, ponieważ jej przebieg pokazuje autentyczną patologię w wymiarze sprawiedliwości, której uznania odmawiają obrońcy sądów i sędziów. Sędzia, złapany na zwykłym wykroczeniu drogowym, przedstawił legitymację, potwierdzającą immunitet. W ówczesnym stanie prawnym tak zrobić musiał – przyjęcie mandatu byłoby deliktem dyscyplinarnym (od tego czasu to się na szczęście zmieniło). Ale później kolegium sędziów z sądu, w którym sędzia Juszczyszyn orzeka, zajęło się odpowiednim wnioskiem policji i uznało, że „wykroczenie nie stanowi rażącej obrazy przepisów prawa wykroczeń i nie nastąpiło uchybienie zasad etyki i godności urzędu sędziego oraz w zachowaniu sędziego brak jest znamion oczywistego i rażącego naruszenia przepisów prawa, które uzasadniałoby skierowanie wniosku o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego”.

 

To, co zrobił sędzia, nie było żadną zbrodnią. Ale trudno uznać za zdrową sytuację, w której sędzia unika odpowiedzialności za ewidentne wykroczenie, za które zwykły obywatel straciłby prawo do prowadzenia pojazdów na trzy miesiące. Immunitet nie służy przecież uprzywilejowaniu, ale zlikwidowaniu możliwości wywierania nacisków. Tu żadnych nacisków nie było, było natomiast wykorzystanie immunitetu w celu uniknięcia prywatnych uciążliwości.

 

To wątek pierwszy. Wątek drugi to sama informacja o perypetiach sędziego podana przez TVP w tonie takim, jakby Juszczyszyn popełnił najcięższą zbrodnię. I tu trzeba zadać pytanie w gruncie rzeczy retoryczne: dlaczego akurat sędzia Juszczyszyn znalazł się na celowniku państwowej telewizji i czemu akurat teraz? Odpowiedź jest oczywista: bo takie jest polityczne zapotrzebowanie. Bo od jego wniosku o przejrzenie list poparcia dla członków Krajowej Rady Sądownictwa rozpoczęła się najnowsza odsłona bitwy o sądownictwo.

 

Nie ma tu znaczenia, że działania sędziego Juszczyszyna oceniam bardzo krytycznie, a jego wniosek jest w mojej opinii umotywowany nie troską o przestrzeganie prawa, ale czystą polityką. Nie ma to znaczenia, bo trudno się zgodzić z sytuacją, gdy publiczna w teorii telewizja bierze na celownik tę czy inną osobę tylko dlatego, że tak akurat pasuje władzy.

 

TVP przed 2015 rokiem niewiele mówiła o patologiach w sądownictwie. To się zdarzało w klasycznych programach interwencyjnych, ale niejako przy okazji i na marginesie. Można by sobie życzyć, żeby tę lukę wypełnić, ale – wiem, że brzmię teraz jak niepoprawny idealista – od telewizji autentycznie publicznej należałoby oczekiwać, że zabierze się za temat sądownictwa jak najrzetelniej. Pokazując, co jest czy było złe, ale pokazując też sędziów solidnych, otwartych, rzetelnych. I z całą pewnością nie wypełniając zadań zlecanych przez polityków. Sędzia Juszczyszyn stał się obiektem zainteresowania TVP przecież tylko dlatego, że wszedł w konflikt z władzą. Nie dlatego, że zrobił coś, czego sędzia robić nie powinien (co też jest faktem). Mogę spokojnie założyć, że gdyby był członkiem KRS z nowej nominacji albo sędzią którejś z nowych izb SN i miał na koncie podobną sprawę, TVP nie zająknęłaby się o tym ani słowem.

 

I tu pojawia się Kowalewski ze swoją książką i wywiadem. Tak, wiem – Kublik zawodowo zohydza media publiczne, odkąd w Polsce rządzi PiS. Ale też, trzeba przyznać, pretekstów ma aż nadto i wciąż pojawiają się nowe. O rewelacjach Kowalewskiego można powiedzieć, że to żale dziennikarza, którego telewizja się pozbyła. Ale to byłoby tłuczenie termometru, żeby nie pokazywał, że ma się gorączkę. Czytając to, co Kowalewski mówi, przypominam sobie identyczne opowieści zza kulis TVP, zasłyszane przeze mnie tu i tam. Nawet gdyby przyjąć, że Kowalewski czasem koloryzuje lub przesadza, wystarczy, aby połowa z tego, co mówi, była prawdą, a już jest to nie do obrony, jeśli myśleć o publicznej telewizji w kategoriach jakichkolwiek standardów.

 

Te dwa wątki – sędzia Juszczyszyn i wyznania Kowalewskiego – łączą się w całość, bo przecież doskonale można sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać podejmowanie w TVP decyzji o tym, w jaki sposób przedstawić sprawę olsztyńskiego sędziego i dlaczego.

 

O TVP pisałem już na portalu SDP wielokrotnie. Wiem doskonale, że to w dużej mierze ars gratia artis, bo za obecnym kształtem telewizji faktycznie po prostu rządowej stoją racje polityczne całkowicie niezależne od myślenia w kategoriach dziennikarskiej etyki, powinności publicznych mediów czy dobrych praktyk. Zdaję sobie jednak sprawę, że TVP pracuje w ten sposób na swoją przyszłą katastrofę. Jestem przekonany, że im dłużej trwa obecny stan rzeczy, tym w przyszłości, przy innej władzy, mocniejsza będzie presja, aby się TVP po prostu pozbyć poprzez prywatyzację lub w jakikolwiek inny sposób. Jak z domem w fatalnym stanie: lepiej i taniej jest zburzyć niż naprawiać.

 

Łukasz Warzecha

O politycznej poprawności i świństwie, jakie zrobiono reporterowi – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Trafiłem w sieci na godzinny film dokumentalny, w którym wystąpił zmarły niedawno wybitny brytyjski filozof konserwatywny Roger Scruton. Również Scruton napisał do filmu scenariusz. To dokument jeszcze z ubiegłej dekady, nakręcony dla BBC, a noszący tytuł „Why Beauty Matters”, czyli „Dlaczego piękno ma znaczenie”. Film polecam wszystkim, bo Scruton mówi w nim rzeczy proste, ale ważne i rzadko dziś słyszane.

 

Jedną z nich jest krytyka podejścia, zgodnie z którym nie wolno nam oceniać niczyjego gustu, a jeśli już jakiejś oceny wartościującej dokonujemy, powinniśmy koniecznie zastrzec, że „to tylko moje zdanie”. Taka relatywizacja sprzyja ekspansji brzydoty, a nawet obrzydliwości. Po swojemu, nadzwyczaj lapidarnie, ujął to kiedyś Jacek Kaczmarski w swojej kpiarskiej piosence „Postmodernizm”:

 

Wszystkie mody, wszystkie style,

Równie piękne są i tyle.

(Lub, jak chcesz, równie szkaradne,

Konsekwencje tego żadne.)

 

Ta obawa przed powiedzeniem, że coś jest po prostu paskudne lub że ktoś ma zwyczajnie zły gust, stała się nieodłącznym elementem poprawności politycznej, terroryzującej również media. Najzabawniejsze, że jej ofiarą padło właśnie medium, które samo ma wielkie zasługi w propagowaniu politpoprawności, czyli TVN. Gdy prowadzący „Dzień Dobry TVN” Anna KalczyńskaAndrzej Sołtysik skrytykowali zwycięstwo koreańskiego popowego idola Jeon Jung-kook w rankingu męskiej urody (nawiasem mówiąc, kompletnie dętym, czego chyba wydawca programu nie sprawdził) wybuchła afera w skali takiej, jakby prowadzący program zachwalali tezy „Mein Kampf”.

 

Szczególnie zabawne było, że w tej aferze po stronie absurdu poprawności politycznej stanęła telewizja państwowa, tylko po to, żeby dokopać TVN. To pokazuje, że TVP kieruje się tylko jedną zasadą: pognębić wrogów władzy. Inne się nie liczą. W imię tego celu jest gotowe wspierać nawet lewicowe idee.

 

KalczyńskaSołtysik na wyprzódki zaczęli przepraszać, ale niesmak wywołało to, że kozłem ofiarnym został reporter, który zrobił sondę na temat wyglądu Koreańczyka (pokazując zresztą pytanym fotografię innego członka tego samego zespołu) – Adam Feder. Feder w wydanym później oświadczeniu napisał, że „zrzucanie z sań na pożarcie, w moim odczuciu, nie jest najbardziej elegancką taktyką radzenia sobie z kryzysem wizerunkowym”. Ujął to bardzo łagodnie. Ja powiedziałbym, że reporterowi zrobiono zwykłe świństwo. Nie realizował przecież materiału sam, bez konsultacji z wydawcą czy prowadzącymi – w dużej telewizji to tak nie działa. Zwolniono tego, kogo zwolnić było najłatwiej.

 

Przede wszystkim jednak smutne jest, do jakiego stopnia rozsądni ludzie i duże medialne podmioty dają się sterroryzować politycznej poprawności. Nietrudno przecież zrozumieć, co chcieli powiedzieć KalczyńskaSołtysik, gdy spojrzy się na zdjęcie pana Jung-kooka. Ten idol K-popu (względnie nowe zjawisko) – pomijając kwestię naturalnych różnic w wyglądzie między rasą azjatycką a kaukaską, do której my należymy – uosabia zniewieściały standard, któremu ulega dziś wielu mężczyzn Zachodu (popkultura koreańska jest specyficzna, ale pod tym względem całkowicie uległa zachodnim wzorcom). Ten banalny pozornie wątek jednego z wydań telewizji śniadaniowej dotyczył sprawy bynajmniej nie banalnej, bo za zniewieściałym wyglądem mężczyzn idzie cały kompleks innych kwestii – aż do zatracenia tradycyjnych ról społecznych. Wbrew pohukiwaniom obrońców „tolerancji”, KalczyńskaSołtysik nie kpili z wyglądu Koreańczyka – w sensie: z jego naturalnego wyglądu. Oni żartowali z jego stylizacji, a to całkiem inna kwestia. Okazało się jednak, że to zbyt subtelne rozróżnienie nie tylko dla napędzanych skrajną emocją widzów, ale też dla kierownictwa programu i stacji. W umieszczonych w Internecie przeprosinach Kalczyńska również tego nie zaznaczyła, choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że doskonale to rozumie. Smutne, że prowadzący nie starali się obronić swojego stanowiska, do którego mieli pełne prawo. Ale cóż – reguły korporacyjne.

 

Ten przykład pokazuje, jak drobne pozornie kwestie nabierają znaczenia, gdy widzi się je w szerszym kontekście. Pokazuje też, jak podstępnym wrogiem zdrowego rozsądku jest polityczna poprawność, maskująca się jako wymóg okazywania innym szacunku.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarz mniej prestiżowy niż pani sprzątająca, bardziej niż poseł – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszym sondażu CBOS

Zła wiadomość jest taka, że większym szacunkiem niż dziennikarze cieszą się szewcy, pracownicy sprzątający, a nawet sędziowie – mimo nieustannego młotkowania przez obecną władzę. Dobra wiadomość jest natomiast ta, że niewiele się pod tym względem zmieniło od lat. Niestety, tradycyjne badanie poważania dla poszczególnych profesji w obecnej sytuacji daje nam tylko szczątkowy obraz sytuacji.

 

CBOS bada szacunek dla zawodów w kilkuletnich odstępach od połowy lat 90. W najnowszym rankingu dziennikarze otrzymali 55 proc. ocen zdecydowanie na „tak” i 35 proc. „średnio”. O małym poważaniu wspomniało 8 proc. Gdyby pogrupować profesje pod względem odsetka deklaracji o dużym prestiżu, nasz zawód znalazłby się na 23. miejscu. To dolna część stawki złożonej z 31 pozycji, przy czym na samym dnie jest „działacz partii politycznej” (tylko 18 proc. mówi tu o wysokim prestiżu, 43 – o średnim, zaś aż 34 o niskim).

 

Czy powinniśmy się martwić? Sentencjonalnie mógłbym odpowiedzieć: tak, zawsze. Bo zawsze mogą być powody – a dzisiaj jest ich wyjątkowo wiele – żeby to, jak oceniają nas ludzie, potraktować jako ostrzeżenie dotyczące jakości naszej pracy. Jednak wyniki powinniśmy widzieć w kontekście.

 

Pierwszym elementem kontekstu jest ocena innych zawodów. Tak się składa, że Polacy na górze zestawienia nie sytuują zajęć umysłowych – pierwsze cztery miejsca to strażak, pielęgniarka, robotnik wykwalifikowany i górnik. Dopiero piąty jest profesor uniwersytetu. To zresztą asumpt do osobnych rozważań, bo mam wrażenie, że nie jest to jednak zdrowa hierarchia.

 

Drugi element kontekstu to zmiany na przestrzeni lat, począwszy od pierwszego badania w 1995 r. Profesja „robotnik wykwalifikowany” wystrzeliła w rankingu prestiżu w górę – z 41 proc. dużego prestiżu w pierwszym badaniu do 84 teraz. Podobnie rolnik: z 47 na 76 proc., ale też przedsiębiorca: z 45 do 65 proc. W tym samym czasie niemal bez zmian był prestiż nauczyciela (73 do 77), lekarza (79 do 80) czy profesora (84 do 83). Spadek odnotowali sędziowie – z 68 do 58, księża – z 42 do 36, posłowie – z 45 do zaledwie 27.

 

W tym czasie dziennikarze trzymali się mniej więcej podobnie, choć z lekką tendencją spadkową. W 1995 r. o wysokim prestiżu mówiło 60 proc. badanych – dziś 55 proc. Za to poprawiły się notowania dziennikarzy w stosunku do poprzedniego sondażu z 2013 r. Wtedy o wysokim prestiżu dziennikarzy mówiło 50 proc., o średnim – 40 proc. Pięć punktów przepłynęło od tego czasu od średniego do wysokiego prestiżu. Trudno więc mówić o postępującym upadku.

 

Tyle że ważne byłoby dzisiaj rozbić te odpowiedzi na bardziej szczegółowe dane. Dowiedzieć się na przykład, kogo pytani uważają w ogóle za dziennikarza – bo być może tutaj leży klucz do w miarę stabilnej pozycji naszego zawodu w rankingu. Czy jako dziennikarzy traktują również pracowników wielkich portali, przepisujących informacje, podawane przez innych, w dodatku wielokrotnie z rażącymi błędami, nawet ortograficznymi? Czy za dziennikarzy uważają faktycznych pracowników aparatu propagandy, czy to rządu czy opozycji, którzy po prostu podają dalej przekaz partyjny? A jeśli w obu przypadkach odpowiedzi są twierdzące, to jak odpowiadaliby, gdyby te osoby wyjąć poza nawias i umówić się, że nie są to dziennikarze?

 

Interesująco byłoby też dowiedzieć się, co sprawiłoby, żeby respondenci byli skłonni uznać dziennikarstwo za profesję bardziej godną poważania. Mam zresztą wrażenie, że jedną z odpowiedzi znam: wiele osób powiedziałoby zapewne, że dziennikarze musieliby być bardziej „obiektywni” – z tym że mnóstwo odbiorców pod pojęciem „obiektywizmu” rozumie po prostu mówienie i pisanie tego, co im pasuje.

 

Warto by także poznać opinię pytanych w rozbiciu na sympatie polityczne i poszczególne media. Ciekaw jestem, jak z pytania o prestiż zawodu dziennikarza próbują wybrnąć ci, którzy zdecydowanie sytuują się po jednej stronie w politycznym konflikcie i o dziennikarzach choćby tylko lekko wobec niej krytycznych mają jak najgorsze zdanie, podczas gdy „swoich” uznają za bohaterów dziennikarstwa. Czy uznają po prostu, odpowiadając na pytanie ankietera, że ci drudzy nie są dziennikarzami? Czy może jakoś uśredniają swoją opinię?

 

Mam jednak wrażenie, że w tym momencie zarysowuję już scenariusz innego badania, które faktycznie należałoby przeprowadzić. A jeśli ktoś miałby takie badanie zamówić – sondaż szczegółowo sprawdzający opinię Polaków o dziennikarzach i mediach – to kto miałby to zrobić, jeśli nie SDP? Proszę to potraktować jako mój postulat, skierowany do władz stowarzyszenia.

 

Łukasz Warzecha

WOŚP traktujmy normalnie – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest dzisiaj traktowana przez państwo tak jak zawsze twierdziłem, że traktowana być powinna. Po latach bezprecedensowego uprzywilejowania, mającego źródło w politycznej przydatności Jerzego Owsiaka – którego niezmiennie uznawałem po prostu za polityka, zakamuflowanego w roli działacza społecznego – WOŚP ma w końcu status taki, jak każda inna podobna impreza.

 

Nie miejsce tutaj, żeby analizować skutki takiej sytuacji. W największym skrócie – Jerzy Owsiak i jego inicjatywa są w dużej mierze imprezą wyraźnie wpisującą się w polityczny podział, więc im bardziej zaogniona sytuacja polityczna, tym wytrwalej będzie przy nim stać grupa fanatycznych zwolenników. Parcie na rekordy zbiórki w kolejnych latach i chwalenie się nimi jest absurdem, ponieważ z raportów nie dowiadujemy się, ile z zebranych pieniędzy pochodzi od fizycznych darczyńców, ze zbiórki prowadzonej na ulicach w dniu Wielkiego Finału (co jest najbardziej miarodajnym probierzem poparcia), a ile od firm, zwłaszcza wielkich, które od lat mają wobec Owsiakowej imprezy utrwalony stosunek (traktują to po prostu jako element politycznie poprawnego piaru) i obracają cudzymi pieniędzmi.

 

Po raz pierwszy krytycznie o WOŚP mówiłem i pisałem chyba jako pierwszy z publicystów, gdy w głównym nurcie Owsiak uchodził za postać wyłącznie chwalebną i całkowicie niekontrowersyjną – już kilkanaście lat temu. Od tego czasu zdania nie zmieniłem, Owsiak zaś w swoich wypowiedziach poszedł w stronę wielokrotnie jawnego politycznego zaangażowania.

 

Przy tym wszystkim trudno jednak nie dostrzegać, że WOŚP jest trwałym elementem polskiej rzeczywistości, podobnie jak jej twórca. Byłem zawsze przeciwnikiem uprzywilejowania tej imprezy przez publiczne media i uważałem, że poświęcanie jej długich godzin czasu antenowego przez TVP w dniu finału, nie ma uzasadnienia. Również tutaj zdania nie zmieniam – WOŚP znalazł sobie ostatecznie miejsce w TVN, prywatnej stacji, pod względem programowym zbliżonej do poglądów Owsiaka – i dobrze. Tak właśnie powinno być.

 

Nie znaczy to jednak, że media publiczne nie powinny o imprezie informować, bo nawet jeśli jej obecna skala jest skutkiem wielu lat bezzasadnego preferencyjnego traktowania na poziomie państwa (zdarzyło się nawet, że samolot, którym w czasie jednego z finałów przemieszczał się Owsiak, eskortowały myśliwce Sił Powietrznych), to jednak jest, jaka jest. Poza tym, jak mówi znane powiedzenie, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Traktowanie WOŚP na zasadzie uprzywilejowania jest równie absurdalne co udawanie, że nic się nie dzieje. A tak właśnie robi państwowa telewizja za czasów Jacka Kurskiego.

 

Kurs wyznaczono podczas finału w 2017 r. Najpierw Kurski w liście do Owsiaka w październiku 2016 r. zapewniał, że TVP będzie informować o zbiórce, by potem, w jej dniu, poświęcić jej w „Wiadomościach” kilkanaście sekund. Jak skrupulatnie zliczyli wielbiciele Jerzego Owsiaka, w sumie w programach informacyjnych TVP poświęcono wtedy WOŚP minutę – przez cały dzień. Jednak prawdziwą furorę zrobiła akcja zamazywania charakterystycznych czerwonych serduszek. Najpierw wymazano je na ubraniu posła PO Arkadiusza Myrchy. TVP tłumaczyła, że to „błąd techniczny” – zaiste, zadziwiający. Potem okazało się, że ten „błąd techniczny” powtórzył się jeszcze w innych miejscach.

 

Krytyka, która wtedy spadła na TVP, odniosła chyba jakiś skutek, bo w kolejnym roku w głównym wydaniu „Wiadomości” ukazał się materiał, rozpoczynający się od krótkiej relacji z finału, a później opowiadający o innych akcjach pomocowych, popularnych wśród Polaków. Podobnie postąpiono w kolejnym roku: rozpoczęto od WOŚP (nie pokazując Owsiaka), żeby później znacznie więcej czasu poświęcić na opowieść o innych akcjach. Był to siódmy w kolejności materiał w tamtym wydaniu, przy czym nie wydarzyło się tego dnia nic szczególnej wagi.

 

Co jest nie tak? Jako wieloletni krytyk Jerzego Owsiaka mogę stwierdzić, że wyznaczenie WOŚP właściwego miejsca nie powinno polegać na robieniu z jej szefa ofiary, bo jest to zwyczajnie kontrproduktywne. Owsiak miał w polskich mediach przez lata status świętej krowy i świeckiego świętego. Taki ma nadal w ich części, w mediach państwowych natomiast jest ignorowany. Jak zresztą wiele innych niewygodnych dla władzy spraw. To jest najgorsza metoda. Nie ma żadnego powodu, żeby TVP promowała Owsiakową zbiórkę, szczególnie gdy jej partnerem jest jedna z prywatnych stacji. Ale też nie ma powodu, żeby udawała, że nic się nie dzieje.

 

Wbrew temu, co twierdzili fani Owsiaka (a wielu z nich ma nastawienie naprawdę skrajnie fanatyczne) – cała rzekoma „wojna” z WOŚP miała tylko jeden cel: żeby w końcu tę imprezę traktować normalnie. Nie prześladować, gnębić czy deprecjonować, zwłaszcza że w WOŚP bierze wciąż udział sporo osób, mających dobrą wolę. Jedynie, aby Owsiakowe przedsięwzięcie przestało działać na specjalnych prawach. Sam Owsiak jest przy tym takim egocentrykiem, przywykłym do swojego statusu gwiazdy salonów, że zawsze, gdy nie poświęca mu się dość uwagi, będzie lamentował o prześladowaniu. Ten typ tak ma. Tym nie należy się przejmować.

 

Niestety, TVP przegięło w drugą stronę, dając obrońcom Owsiaka asumpt do twierdzenia, że władza się na niego uwzięła. Po co?

 

Łukasz Warzecha

Martyniuk jako oręż polityczny – felieton ŁUKASZA WARZECHY

„Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra” – ten tekst z paska w „Wiadomościach” TVP będzie miał status kultowego. Historia – i histeria – wokół sylwestrowej imprezy TVP w Zakopanem z Zenkiem Martyniukiem w roli głównej pokazuje, do jakiego stopnia sprawy w mediach publicznych i wokół nich stoją na głowie.

 

Na początek zastrzeżenie: sam nie słucham nie tylko Martyniuka, ale w ogóle żadnej właściwie współczesnej muzyki (nie tylko rozrywkowej). Co nie znaczy, że mam coś przeciwko niej i przeciwko piosenkarzowi, który osiągnął wielki komercyjny sukces. Trudno też oczekiwać, że ludzie, którzy przychodzą na masową sylwestrową imprezę, będą się bawić przy muzyce trudnej lub po prostu ambitnej. To nie ten moment, nie ta okazja, a szukająca widzów stacja telewizyjna musi to brać pod uwagę.

 

Do tego momentu wszystko wydaje się zatem w porządku: TVP postawiła na popularnego piosenkarza i innych tego typu wykonawców, zorganizowała imprezę sylwestrową wokół nich, ludzie dobrze się bawili – tyle. Na tym temat powinien się zakończyć.

 

A jednak się nie kończy, bo Martyniuk jest dla prezesa Kurskiego narzędziem autopromocji i umacniania własnej pozycji w obozie władzy oraz elementem posuniętej do absurdu propagandy – zaś dla drugiej strony dowodem na to, jak straszne są obecne państwowe media i obecna władza w ogóle.

 

Materiał w „Wiadomościach” był odpowiedzią na łatwą do przewidzenia krytykę „Sylwestra marzeń”, w tym tę zawartą w głośnym tłicie Hanny Lis: „Sowieci i hitlerowcy wymordowali lwią cześć polskiej inteligencji. Ciąg dalszy nastąpił za komuny. Dzieło domyka towarzysz Kurski. Bez jednego wystrzału”. Trudno zrozumieć, jakie rozumowanie kazało pani Lis stworzyć ciąg myślowy, prowadzący od sowieckiego i niemieckiego ludobójstwa na polskiej inteligencji do poczynań Jacka Kurskiego, jakkolwiek krytycznie by ich nie oceniać. To absurd – w jaki niby sposób masowa zabawa na sylwestrowej imprezie miałaby dobijać polską inteligencję? Co ma piernik do wiatraka? Sam jestem admiratorem Bacha, ale przecież nie oczekuję, że Telewizja Polska zainstaluje na sylwestrowej scenie zespół Les Arts Florissants Williama Christie (jedna z najlepszych na świecie orkiestr, grających muzykę dawną) i będzie zabawiać masową publiczność Bachowskimi Suitami orkiestrowymi.

 

Jednak odpowiedź TVP jest nie lepsza. Pasek o „pseudoelitach” tworzy sylogizm: nie jesteś wielbicielem Zenka Martyniuka – nie jesteś Polakiem. Bo przecież – proszę zwrócić uwagę na tę mało subtelną manipulację – „pseudoelity” przeciwstawiono w TVP „Polakom”. Mało tego: sam prezes Kurski, zamiast traktować muzykę popularną, czy to podczas imprezy sylwestrowej czy w ramach ramówki TVP w ogóle, jako po prostu to, czym jest – jeden z elementów masowej rozrywki – uczynił z niej polityczny oręż. To przebija z wielu jego wypowiedzi, nie tylko z materiałów programów informacyjnych. Wątek przeciwstawiania „zwykłych Polaków” „zdeprawowanym elitom” jest jedną z najchętniej przywoływanych przez PiS narracji politycznych. Pozostawiam na boku kwestię jej słuszności czy zasadności, jest jednak co najmniej dziwaczne, jeśli podłącza się pod niego publiczna telewizja, która przecież ma swoją misję, dotyczącą również kultury wysokiej, a opłacana jest przez wszystkich obywateli.

 

Wygląda to na mocne zachwianie proporcji. Nadymanie i fetowanie wykonawcy popularnej muzyki jako niemalże nowego Mozarta, który pognębi złe elity, to aberracja. Telewizja publiczna powinna być dla wszystkich, a czynienie z sylwestrowej imprezy politycznej ofensywy jest głębokim nieporozumieniem.

 

Swoją drogą – ciekawe, jak w roli wiodącego prosty lud na barykady czuje się sam Martyniuk?

 

Łukasz Warzecha

Władza i dziennikarze – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że władza zamierza zabrać się za tłumienie wolności słowa i za dziennikarzy, opozycyjni publicyści mówią i piszą od dawna. Mówią i piszą swobodnie, więc najwyraźniej tłumienie wolności słowa jeszcze nie nastąpiło.

 

Agnieszka Kublik napisała ostatnio, że sposobem na uciszenie mediów krytycznych wobec władzy będzie uchwalenie zapowiadanej w programie PiS ustawy, powołującej obligatoryjny samorząd dziennikarski. Myślę, że się myli. Samorząd dziennikarski to jeden z tych licznych pomysłów PiS, którego medialne echo jest odwrotnie proporcjonalne do prawdopodobieństwa realizacji.

 

Często też pojawiają się porównania z sytuacją na Węgrzech, gdzie faktycznie zakres oddziaływania mediów wobec Fideszu opozycyjnych został bardzo zredukowany. Tyle że Viktor Orbán działał całkiem inaczej niż Jarosław Kaczyński. Najpierw pozwolił się swoim zaufanym kolegom wzbogacić na państwowych zamówieniach, a gdy mieli już dość pieniędzy, zaczęli przejmować media. Z punktu widzenia strategii politycznej to dobra metoda, bo te media – nawet w przypadku zmiany władzy – pozostaną w rękach obozu Fideszu. W Polsce tymczasem nie ma prywatnej elity finansowej czy wręcz oligarchii, sprzyjającej PiS. PiS jej nawet nie próbował wytworzyć, ponieważ byłoby to sprzeczne z dwoma jego opowieściami: tej o przeciwstawieniu „zwykłych Polaków” „złym elitom” i „bogaczom” oraz tej o wyższości państwowego nad prywatnym. Nie ma zatem prywatnych podmiotów, zdolnych do przejmowania mediów. Była tylko jedna taka próba, która skończyła się kompletną klęską – przejęcia Radia Zet przez grupę medialną braci Jacka i Michała Karnowskich. Ale bracia Karnowscy przy takim na przykład Andy Vajna (zmarłym w styczniu) to pikusie. Wartość majątku tego węgierskiego oligarchy, mającego także udziały w mediach, szacowano na ćwierć miliarda dolarów.

 

Jeśli ktoś odgrywa przy PiS rolę ludzi takich jak Vajna czy – od kilku już lat na kontrze wobec Orbána, ale wcześniej jego wierny towarzysz – Lajos Simicska, to są to prezesi dużych spółek skarbu państwa. Ma to tę zaletę, że jednym ruchem można ich pozbawić mocy, nie ma więc ryzyka takiego, jakie poznał Orbán w przypadku zwrotu Simicski. Z drugiej strony w razie zmiany władzy wszystko przepada.

 

Czy to znaczy, że nie ma zagrożenia? Przyjemnie byłoby tak myśleć, ale to niestety nieprawda. Zagrożenia są.

 

Pierwszym z nich, które może być motorem niekorzystnych zmian, jest niezwykle niski próg tolerancji obecnej władzy na medialną krytykę. Jasne, każda władza lubi, kiedy się jej kadzi, a nie lubi, kiedy się ją krytykuje. Platforma i Donald Tusk osobiście byli przekonani, że mają przeciwko sobie nawet te media, które powszechnie były uważane za jednoznacznie sprzyjające tej opcji. PiS jednak Platformę przebija i to tym bardziej, im dłużej rządzi. Z opowieści o ręcznym sterowaniu w mediach publicznych można by złożyć naprawdę długi tekst. Lista dziennikarzy, którzy zostali usunięci, bo choć mieli konserwatywne poglądy lub też ze wszystkich sił zachowywali neutralność, nie byli dość gorliwi w popieraniu władzy, też nie jest krótka. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, z racji podziału kompetencji zajmujący się mediami, co chwila powtarza, jak strasznie się one zachowują (te nieprzychylne), obraża dziennikarzy (kilkakrotnie w skandaliczny sposób określając dziennikarzy Onetu), a przyciśnięty do muru, jak w rozmowie z Robertem Mazurkiem, pokrzykuje, traci kontrolę nad sobą i sam się obraża. To nie wróży dobrze.

 

Drugie zagrożenie to plan dekoncentracji mediów, o którym zresztą ostatnio znów wspominał Piotr Gliński. „Sytuacja medialna w Polsce nie spełnia standardów europejskich, dlatego jak najszybciej trzeba zdekoncentrować media” – powiedział podczas spotkania sejmowej Komisji Kultury. Z pierwszą częścią zdania zdecydowanie się zgadzam – gdy idzie o media publiczne, ale obawiam się, że Gliński nie to miał na myśli. A nawet na pewno nie to, wziąwszy pod uwagę drugą część jego wypowiedzi.

 

O dekoncentracji (zwanej wcześniej repolonizacją) pisałem już wielokrotnie, w tym na portalu SDP (tutajtutaj), wyjaśniając, dlaczego uważam ją za pomysł fatalny, zagrażający realnie wolności słowa. Nie będę powtarzał swojej argumentacji – nic się w niej nie zmieniło, bo też rząd i zwolennicy dekoncentracji nie przedstawili żadnych nowych argumentów. Mogę tylko powtórzyć, że analizując pomysły dekoncentracyjne oraz ogólne nastawienie władzy wobec tych redakcji, które nie są do niej nastawione entuzjastycznie, muszę dojść do wniosku, że dekoncentracja ma za jedyny cel uderzenie w te właśnie media. Nie miałoby to natomiast nic wspólnego z uzdrawianiem sytuacji mediów w Polsce.

 

Pytanie brzmi: czy któryś z pomysłów zostanie faktycznie zrealizowany. Są argumenty przeciw i za. Przeciw przemawia fakt, że musiałoby to oznaczać nie tylko impuls dla mobilizacji opozycji, ale i początek nowego, niewykluczone że najostrzejszego dotąd konfliktu z Brukselą – a tymczasem właśnie zaczyna się kolejny, tradycyjnie już o sądownictwo. Sprawa mediów otwierałaby całkiem nowy front. Trzeba też pamiętać, że reguły dekoncentracyjne uderzyłyby identycznie we wszystkie media, nie tylko w będące niemiecką własnością, choć te są przywoływane przez władzę jako chłopiec do bicia. A to już mocno komplikuje sytuację, choć nie ma pewności, czy struktura właścicielska mediów innych niż niemieckie pozostanie taka, jak jest teraz. Bez wnikania w detale powiedzieć można, że różne rzeczy mówi się o tym „na mieście”.

 

Za przemawia kalendarz wyborczy – po wyborach prezydenckich są potencjalne trzy lata spokoju dla rządzących, zakładając oczywiście, że wygrywa Andrzej Duda, a PiS przetrwa całą kadencję. Problemem może być również pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Wtedy uderzenie w prywatne media pozwoliłoby przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu: po pierwsze – napędzi się awanturę, która odciągnie uwagę od problemów gospodarczych; po drugie – w razie sukcesu operacji – sprawi się, że zmaleje liczba mediów krytycznych wobec sytuacji w kraju.

 

Przy czym wariant z samorządem dziennikarskim wydaje się znacznie mniej prawdopodobny, bo wymagałoby to zachowania pozorów dialogu ze środowiskiem, a żeby osiągnąć rezultat, o jakim pisze Agnieszka Kublik, trzeba by zadziałać w tej sprawie już naprawdę brutalnie. Dziennikarze zaś to mimo wszystko nie sędziowie.

 

Tak czy owak, podejście władzy do tych spraw można by określić jako „chciałabym i boję się”. Możemy sobie tylko życzyć, żeby strach przeważył.

 

Łukasz Warzecha

Symptom „Borubara” – ŁUKASZ WARZECHA o dorabianiu gęby przez hejterów

Czy pamiętają państwo „Borubara”? O „Borubarze” trąbiły media nieprzychylne prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu po jednej z jego publicznych wypowiedzi, po jednym z meczów polskiej reprezentacji. Ówczesny prezydent miał takie właśnie miano nadać polskiemu bramkarzowi, Arturowi Borucowi.

 

Ileż było wtedy śmiechu! Nawet jeśli nie padało to wprost, przesłanie podających sobie dalej wieść o „Borubarze” było takie, że prezydent Kaczyński jest idiotą, nie znającym nawet nazwiska bramkarza, którego przed chwilą oglądał na boisku.

 

Tyle że, jeśli posłuchało się wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego uważnie, można było usłyszeć, że mówi on „Boruc bardzo…”, lecz jako że zmarły tragicznie prezydent miał raczej średnią dykcję, w pierwszym momencie brzmiało to zestawienie istotnie jak „Borubar”. Trudno jednak uznać, że dziennikarze, politycy czy ktokolwiek słuchający uważnie nie był w stanie rozróżnić w końcu dwóch wyrazów.

 

Wyobrażam sobie, jaką traumą musiało być dla Lecha Kaczyńskiego zmierzanie się na co dzień z masą komentarzy, robiących z niego z różnych powodów kretyna. Warszawski inteligent z dużym dorobkiem publicznym i politycznym, z dobrego domu, erudyta, był sprowadzany do jednego językowego lapsusu (a i to nieprawdziwego) jednej niezręcznej wypowiedzi czy jednego zdjęcia z trzymanym do góry nogami szalikiem z napisem „Polska” (fotografia zrobiona moment przed tym, jak Lech Kaczyński szalik przekręcił na właściwą stronę). Żeby to znosić, trzeba było mieć cierpliwość świętego. Przy czym Kaczyńskiemu było jednak o tyle łatwiej, że istniała grupa twardo go broniących. Mimo to „Borubar” trwał bardzo długo jako sztandarowy dowód na głupotę prezydenta, a myślę, że dla niektórych nadal nim jest.

 

Publicyści stają się z czasem osobami publicznymi – jedni bardziej, inni mniej. Ja przekonałem się, że w takiej sytuacji nie ma żadnej taryfy ulgowej. Że symptom „Borubara” działa tu cały czas. Przeciwnicy – dotyczy to zwłaszcza tych publicystów, którzy mają wyraziste poglądy i wielu osobom podpadli – nie będą patrzeć na nas poprzez całość naszych dokonań, wiele napisanych tekstów, dorobek. Gdy tylko nadarzy się okazja – jeden błąd, lapsus, wpadka – choćby całkowicie dęta, natychmiast ją wykorzystają, tak jak wykorzystywano „Borubara”.

 

Mnie przydarzyło się kilka takich sytuacji i chodzi za mną kilka takich „Borubarów”. Jeden, najbardziej zagadkowy, to „markiz ze Zgierza”. „Markiza” jestem jeszcze w stanie jakoś zrozumieć – to zapewne przytyk do rzekomego nadęcia (może tak mnie niektórzy odbierają). Ale Zgierza nijak nie jestem w stanie pojąć. Nie mam z tym miastem nic wspólnego, może tylko przejeżdżałem przez nie kilkakrotnie – w końcu jest położone obok mojej rodzinnej Łodzi.

 

 

Inna złośliwa ksywka to „Kierownik Jeziora”. Ją zawdzięczam Romanowi Kurkiewiczowi. Kiedyś, lata temu, podczas rozmowy w studiu TOK FM, Kurkiewicz cały czas przerywał mi, gdy mówiłem. Powiedziałem więc w końcu: „Może dałbyś mi dokończyć? Ja ci pozwoliłem mówić…” – na co Kurkiewicz: „A co ty jesteś – kierownik jeziora, żebyś mi miał pozwalać albo nie?”. Nie mam pojęcia, skąd on tego kierownika jeziora wziął, ale przylgnęło.

 

Była wreszcie najsłynniejsza bodaj sytuacja z zupą. Sprawa w istocie banalna. Na zorganizowanej przez prezydenta konferencji w sprawie projektu nowej konstytucji na Stadionie Narodowym w 2018 roku ustawiano w hallu poczęstunek dla gości. Dyskusje w podgrupach, toczone w salach, były, mówiąc szczerze, nudnawe, więc wyszedłem na korytarz, a tam postanowiłem skorzystać z bufetu. Gdy zacząłem nalewać sobie zupę, pojawił się ktoś z firmy kateringowej z komunikatem, że zupy nalewać sobie nie można, bo poczęstunek będzie dostępny dopiero za 10 minut (tyle brakowało do przerwy). Nie wiem, jak państwu, ale mnie wszystkie podobne sytuacje kojarzą się natychmiast z głęboką komuną z czasów „Misia” – „Jem przecież”, „Panie, panie, ja tu mięso mam” – albo z genialną książeczką Jacka Fedorowicza z tamtego czasu, zatytułowaną „W zasadzie tak”. Poczęstunek w bufecie, gość konferencji, który chce z niego skorzystać i pracownik obsługi, który oznajmia, że nie teraz, ale za dziesięć minut – Bareja wiecznie żywy. W tej sytuacji uznałem, że głupota ma swoje granice. Zupę nalałem i spytałem: „I co pan zrobi? Zabierze mi ten talerz?”.

 

Całe zdarzenie uznałem jednak za zabawne, właśnie barejowskie w duchu i tak je opisałem na swoim Facebooku – na profilu całkowicie prywatnym, widocznym tylko dla znajomych. Niestety, jeden z nich – zresztą do dzisiaj pracownik Kancelarii Prezydenta – postanowił wpis skopiować i wynieść na Twitter, czyli platformę całkowicie otwartą.

 

Reakcja twitterowego tłumu była łatwa do przewidzenia. Nie liczył się ani absurdalny klimat wydarzenia, ani jego peerelowski posmak – ważne było tylko to, że masa moich internetowych antyfanów dostała pożywkę. I nie miało żadnego znaczenia, że wspomniana osoba wpis po kilkunastu minutach skasowała. Od tego czasu słynna zupa pojawia się jako argument ostateczny (coś w rodzaju argumentum ad Hitlerum): Warzecha jest idiotą, bo chciał zjeść zupę za darmochę i kłócił się o to z kelnerem.

 

Można uznać, że to skrajnie niesprawiedliwe. Można się buntować, krzyczeć o nic nierozumiejących idiotach. Tłumaczyć, że miało się rację albo że chodzi o niewinną anegdotkę. To na nic, bo przecież nie mamy do czynienia z racjonalną oceną. Nie mówimy w takiej sytuacji do kogoś, kto chce posłuchać naszej wersji – tak jak nikogo kiedyś nie interesowało, jak naprawdę było z „Borubarem”. Wykorzystujący taką historyjkę, lapsus, drobny błąd, potknięcie nie dadzą się przekonać, że przesadzają – bo wcale nie chcą być przekonywani. Cieszą się tylko, że los podał im do ręki pałkę na nielubianego publicystę, polityka, osobę publiczną.

Możliwości są dwie. Albo robimy z takich sytuacji aferę, podążamy śladem szczególnie chamskich hejterów, może domagamy się od nich przeprosin, jak robią niektórzy dziennikarze, atakowani w mediach społecznościowych. Albo przyjmujemy, że tak po prostu musi być, taki jest urok naszej epoki i nic na to nie poradzimy. Ja opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem. Możemy najwyżej skorzystać z narzędzia, jakim jest blokowanie – co korzystającym z mediów społecznościowych polecam.

 

Łukasz Warzecha

Nie karać dziennikarzy za podanie nieprawdy – ŁUKASZ WARZECHA wsadza kij w mrowisko

Wiceminister Bertold Kittel i Anna Marszałek dochowali należytej staranności, tworząc swój materiał „Kasjer z MON” w 2001 r. i w związku z tym nie muszą przepraszać za zawarte w tekście stwierdzenie, że Romuald Szeremietiew, na początku ubiegłej dekady wiceminister obrony, nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego majątku.

 

Dokładny opis sprawy znajdą państw na portalu Wirtualne Media. Z kolei sam Szeremietiew jest z wyroku – co zrozumiałe – niezadowolony i wskazuje na jego rzekomą niespójność z oczyszczającym wyrokiem karnym w swojej sprawie. Były wiceminister obrony podchodzi do sprawy – i do osoby Bertolda Kittela – bardzo emocjonalnie i trudno mu się dziwić. Twierdzi też, że w tej kwestii Kittela bronię. Otóż nie – nie bronię i w ogóle nie chcę się do konkretnej sprawy odnosić. Nie będę oceniał, czy sąd (w drugiej już instancji) słusznie ocenił, że dziennikarze dochowali należytej staranności. Obie strony mają argumenty na obronę swojego stanowiska.

 

Trzeba natomiast koniecznie rozprawić się z bardzo groźnym przekonaniem, że sąd powinien oceniać w tego typu sytuacji dziennikarza za to, czy napisał prawdę, a nie za to, czy dochował należytej staranności (przy czym „należyta staranność” jest pojęciem szeroko obecnym w doktrynie, sędziowie mają do dyspozycji obszerne orzecznictwo). Powszechna reakcja w czasie internetowych dyskusji jest łatwa do przewidzenia: „Jak to?! To dziennikarz nakłamał i ma za to nie odpowiadać? Czyli będzie mógł kłamać do woli, byle był »rzetelny«?” – piszą oburzeni internauci, a ja mam nieodparte wrażenie, że piszą to głównie dlatego, że po jednej stronie konkretnego przypadku jest „dobrySzeremietiew, a po drugiej – „złyKittel. Gdyby konfiguracja była inna – na przykład po jednej stronie byłby „dobry” dziennikarz mediów prawicy, a po drugiej – „zły” polityk opozycji, nie byliby tak skorzy do żądania, aby karać dziennikarza za pisanie nieprawdy. Ale to oczywiście tylko moja spekulacja.

 

Nie będę się zagłębiał w kwestie prawne, ale dla porządku trzeba wskazać, że zasadę należytej staranności w przypadku dziennikarza reguluje przede wszystkim prawo prasowe w art. 12., pkt 1., zgodnie z którym dziennikarz ma obowiązek „zachować szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. W sprawach z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych (lub ewentualnie karnych) wchodzi zatem w grę wykazanie, że dziennikarz złamał prawo prasowe, nie dochowując „szczególnej staranności i rzetelności”.

 

Można zrozumieć instynktowne oczekiwanie publiczności, że dziennikarz będzie karany po prostu za napisanie nieprawdy. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie następującą sytuację.

 

Oto dociekliwy dziennikarz dociera do informacji, że prominentny polityk obecnej opozycji był przez lata tajnym współpracownikiem SB i wyrządził wiele szkód różnym ludziom. Dziennikarz informacje sprawdza, odnajduje dokumenty, które pośrednio potwierdzają taką tezę, rozmawia z ludźmi, dociera nawet do domniemanego oficera prowadzącego, który potwierdza informacje. Polityk, zapytany o sprawę, oczywiście zaprzecza, ale większość TW zaprzecza lub minimalizuje swoje znaczenie w takich sytuacjach. Ukazuje się tekst, przedstawiający tę osobę jako TW. Oczywiście zawierający też jej zaprzeczenia i krótko omawiający możliwe wątpliwości.

 

Rok później wychodzą na jaw dokumenty, dowodzące bez najmniejszej wątpliwości, że sprawa była sfingowana, a polityk w żadnym wypadku z SB nie współpracował. Dziennikarz w momencie pisania tekstu ich nie znał i nie miał możliwości do nich dotrzeć, choćby dlatego, że były to dokumenty w jednym egzemplarzu w prywatnej „kolekcji” byłego peerelowskiego kacyka (mieliśmy już taką sytuację). Polityk wytacza dziennikarzowi proces. Gdyby sąd miał się zająć tylko tym – jak postulują wzburzeni sytuacją z SzeremietiewemKittelem – czy tekst zawiera prawdę, musiałby dziennikarza skazać – bo przecież obiektywnie napisał nieprawdę. Czy to byłoby w porządku? Oczywiście – nie. Dziennikarz dołożył bowiem wszelkich starań, żeby fakty zweryfikować. Uznał też, że publikując materiały, działa w ważnym interesie społecznym, a przewaga informacji potwierdzających tezę, że polityk był TW, nad wątpliwościami jest ogromna.

 

Czy w podanym przykładzie dziennikarz „kłamał”? W krążących po sieci wypowiedziach przewija się bowiem nieustannie słowo „kłamstwo” i pytanie, czy dziennikarze mogą w takim razie do woli „kłamać”. We wspomnianym wcześniej, bardzo emocjonalnym tekście sam Szeremietiew pisze: „Wynikałoby z tego, że dziennikarz może łgać, byle robił to »starannie« i »rzetelnie«”. Zakładam, że emocje, związane z jego własną sprawą, nie pozwalają byłemu wiceministrowi obrony spojrzeć na problem z dystansu i zrozumieć, w czym rzecz.

 

Przepisy prawa nie posługują się pojęciem „kłamstwa”, ale jego znaczenie jest jasne: kłamstwo ma miejsce wtedy, gdy podaje się nieprawdę ze świadomością, że jest to nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak nieświadome kłamstwo. Pojęcia nieprawdy i kłamstwa nie są tożsame. Każde kłamstwo zawiera nieprawdę, ale nie każda nieprawda jest kłamstwem. I to jest istota sprawy.

 

Gdyby do informacji dziennikarskich podchodzić tak, jak domaga się część publiczności, oznaczałoby to potężny efekt mrożący – jeszcze mocniejszy niż w przypadku art. 212 kodeksu karnego – oraz poważne zagrożenie dla wolności słowa. Dziennikarz bowiem – zwłaszcza w przypadku pracy nad trudnym tematem – nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności, nawet dokonawszy wielu sprawdzeń posiadanych informacji, że są one zgodne z prawdą. A przecież nie może sprawdzać w nieskończoność, bo wtedy nigdy nie opublikowałby materiału. Tymczasem za jego upowszechnieniem stoi często ważny interes społeczny. Co więcej, w przypadku spraw, gdzie ważne są dokumenty z przeszłości, nigdy nie mamy pewności, że stan wiedzy na dany moment jest ostateczny. Ale też nawet najrzetelniejszy dziennikarz nie może zawsze przewidzieć, że pojawi się coś, co może jego dotychczasowe ustalenia wywrócić do góry nogami. Dlatego gdyby dziennikarz miał być karany po prostu za podanie nieprawdy, a nie za dochowanie należytej staranności w znajdowaniu i sprawdzaniu informacji, za dziennikarskie śledztwa i trudne tematy zabieraliby się jedynie najwięksi dziennikarscy kamikadze.

 

Co więcej, powstałby instrument do „odstrzelenia” niewygodnych dziennikarzy. Sprawiającemu problemy dziennikarzowi należałoby podsunąć wciągający i wyglądający prawdopodobnie trop, zadbać, żeby trafiły do niego odpowiednio spreparowane dokumenty i żeby znaleźli się potwierdzający swoje wersje pozornie niezależni informatorzy. Po opublikowaniu powstałego w ten sposób materiału wystarczyłoby ujawnić prawdę i dziennikarza pozwać lub oskarżyć z art. 212. Tego typu operacje najłatwiej byłoby oczywiście przeprowadzić rządzącym.

 

Trzeba też rozumieć, że dziennikarz nie dysponuje takimi instrumentami dochodzenia do prawdy materialnej, jakie ma potem badający ewentualnie sprawę sąd, który – w przypadku procesu karnego – może mieć do dyspozycji materiały dostarczone przez prokuraturę, a w przypadku każdego procesu – rzeczoznawców, świadków, których stawiennictwo jest obowiązkowe, oraz zeznania składane pod przysięgą. Może zatem być tak, że dopiero przed sądem wyjdzie na jaw prawda, której dziennikarz nie miał szans odkryć swoimi środkami nawet przy włożeniu w to maksymalnego wysiłku.

 

Wszystko to nie oznacza, że podać można wszystko, a „należyta staranność” to formalność. Przy skomplikowanych sprawach należyta staranność powinna oznaczać dokumenty, krzyżowe weryfikowanie informacji, wypowiedzi świadków oraz oczywiście przedstawienie wersji zainteresowanego, jeśli chce ją przedstawić. Rzecz jasna – mówimy o teorii, natomiast sprawą sądu, orzekającego w danej sprawie jest, jak potraktuje sytuację i czy działania dziennikarza uzna za wystarczające.

 

Jedno powinno być jasne: media mają do wypełnienia rolę kontrolną. Dziennikarzy z tego właśnie powodu nie można karać za podanie nieprawdy, o ile uczynili wszystko, co w rozsądnych granicach było możliwe, aby do prawdy zbliżyć się jak najbardziej.

 

Łukasz Warzecha