Konflikt lojalności – ŁUKASZ WARZECHA o historii jednego wywiadu

Może mnie pani pytać o wszystko, zobaczymy, co z tej naszej rozmowy uda się pani opublikować” – powiedział na początku rozmowy z Agnieszką Bugałą, dziennikarką tygodnika katolickiego „Niedziela”, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Ks. Tadeusz ma doświadczenie w zmaganiach i z hierarchią kościelną – głównie w kwestii współpracy księży z SB, ale nie tylko – i z mediami, także katolickimi. W ogóle jest postacią nietuzinkową, ale i trudną. Zakładałbym jednak, że nawet on nie przypuszczał, że jego wywiad będzie powodem odejścia redaktor Bugały z pracy i tak wielkiego poruszenia w świecie mediów katolickich.

 

Media katolickie to środowisko trochę obok tych z głównego nurtu i specyficzne, bo działa tam momentami symptom podwójnej lojalności, aczkolwiek w gruncie rzeczy jest to często symptom pozorny. I to właśnie zadziałało w przypadku wywiadu z ks. Tadeuszem. To lojalność z jednej strony wobec odbiorców, z drugiej – wobec Kościoła, bo to on jest właścicielem większości mediów katolickich. Można powiedzieć, że taka podwójna lojalność występuje we wszystkich mediach, bo zawsze są odbiorcy, ale jest i właściciel, który ma przecież swoje sympatie, interesy, powiązania. Owszem – ale z mediami katolickimi jest jeszcze inaczej, bo Kościół – nawet ten instytucjonalny, a nie ten rozumiany jako mistyczne Ciało Chrystusa – nie jest zwykłą firmą. Dlatego lojalność wobec Kościoła jest jednak czymś innym niż lojalność wobec TVN czy „Rzeczpospolitej”. To lojalność na wyższym poziomie niż ta zwykła korporacyjna. I tu dochodzić może do konfliktu z lojalnością wobec odbiorców.

 

Redaktor Bugała postanowiła zapytać ks. Isakowicza-Zaleskiego o to, dlaczego zdecydował się wystąpić w drugim filmie braci Sekielskich – „Zabawa w chowanego”.

 

Tu muszę zrobić dygresję. Gdy premierę miało „Tylko nie mówi nikomu”, napisałem na portalu SDP tekst w części wobec tamtego filmu krytyczny, choć doceniłem też wagę pokazanego problemu. Do kolejnego filmu szczerze mówiąc podchodziłem jak pies do jeża i chyba byłem uprzedzony. Tym bardziej zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem i to, jak gotów byłem ten film ocenić po jego obejrzeniu.

 

Oto bowiem „Zabawa…” unika wielu błędów pierwszej części, które osłabiały jej wymowę. Skupia się na ofiarach, unika zbędnego efekciarstwa, solidnie zgłębia jeden wybrany wątek. Pokazuje problem, co do autentyczności którego nie sposób mieć wątpliwości. Nowością było również to, że Tomasz Sekielski zaprosił do skomentowania pokazanych problemów dwie osoby związane z Kościołem: właśnie ks. Isakowicza-Zaleskiego oraz Tomasza Terlikowskiego. Krótko mówiąc – Sekielscy zrobili dokument wyraźnie lepszy niż ich pierwsza produkcja.

 

Po „Tylko nie mów nikomu” Kościół instytucjonalny miał szansę na jak najszybsze uporanie się z takimi sprawami, jakie pokazał Sekielski w drugim filmie. Szansę – według ks. Tadeusza – zmarnowaną. A dodać trzeba, że dla wielu katolików, ze zrozumiałych powodów uprzedzonych do produkcji braci Sekielskich i a priori oceniających je jako stronnicze oraz wrogie Kościołowi, udział księdza i katolickiego publicysty w kontynuacji był niemiłym zaskoczeniem. Tym bardziej redaktor Bugała miała wszelkie prawo zapytać jednego z nich, dlaczego się na to zdecydował. Przynosi jej szczególny honor, że w regionalnym, wrocławskim oddziale „Niedzieli” zrobiła coś, czego nie zrobiło żadne katolickie medium na poziomie centralnym. Może właśnie z powodu źle pojmowanego konfliktu lojalności.

 

Lojalność wobec odbiorców nakazywałaby taką rozmowę zrobić. Ale źle pojmowana lojalność wobec Kościoła może kazać temat przemilczeć, podobnie jak milczeć w sprawie wniosków z filmu Sekielskich. Lojalność źle pojmowana, bo tutaj zgadzam się całkowicie z poglądem Terlikowskiego i ks. Isakowicza-Zaleskiego: szkodzi Kościołowi przede wszystkim ten, kto stara się ukryć jego problemy, zwłaszcza tak porażające. To nie rozwiązuje żadnego kłopotu, za to może polski Kościół – oby nie – postawić w końcu w takiej pozycji, w jakiej znalazł się w którymś momencie Kościół irlandzki.

 

A jednak ta źle pojmowana lojalność musiała tutaj zagrać, skoro centralna redakcja „Niedzieli” zdecydowała się wywiad z ks. Tadeuszem zdjąć. Z relacji samej autorki wywiadu, umieszczonej na jej facebookowym profilu, wiemy, że materiał przygotowała i umieściła na stronie lokalnego, wrocławskiego wydania gazety bez konsultacji z centralną redakcją. Może to był jej błąd, ale nawet jeśli, to na pewno nie uzasadniał tego, co nastąpiło, czyli błyskawicznego zdjęcia wywiadu ze strony. Czy stały za tym jakieś naciski na redakcję „Niedzieli”, jak twierdzi ks. Tadeusz, czy też była to autonomiczna decyzja naczelnego – tego nie wiemy. Można natomiast zakładać, że ten, kto ją podjął lub na nią naciskał, kierował się najgorzej pojmowaną troską o Kościół. I, jak to często bywa w podobnych sytuacjach, osiągnął skutek odwrotny od zamierzonego: zamiast zmieść sprawę pod dywan, doprowadził do jej nagłośnienia, do publicznej demonstracji wyrazów solidarności z autorką rozmowy, zwłaszcza po tym, jak ogłosiła swoje rozstanie z tygodnikiem, na koniec zaś, wskutek tej awantury, i tak rozmowę z ks. Isakowiczem-Zaleskim przywrócono.

 

Dużymi pismami katolickimi kierują księża albo zakonnicy: „Gościem Niedzielnym”, „Niedzielą”, „Idziemy”, „W Drodze” i innymi. Jednak znaczna część dziennikarzy tych pism – czy też katolickich rozgłośni – to ludzie świeccy, choć mocno z Kościołem związani. Oni chcą funkcjonować jak wypełniający misję dziennikarze. Naczelni zaś formalnie podlegają swoim biskupom (lub generałom zakonów). Gdy ich podwładni chcą opublikować materiał wobec Kościoła krytyczny lub ujawniający jakieś jego trudne sprawy – działając bezsprzecznie z najlepszymi intencjami – naczelni mogą znaleźć się w sytuacji swego rodzaju konfliktu interesów. Bo przecież, jak świetnie pokazały także ostatnie wypadki, stanowisko poszczególnych biskupów w tych kwestiach może być bardzo różne.

 

Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, jak rozwiązać ten problem, lecz nie mam wątpliwości, że nie jest on wymyślony, a sprawa wywiadu redaktor Bugały z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim najlepiej to ilustruje. Zresztą doradzanie tutaj nie jest moją rolą. To do dysponentów mediów katolickich – czyli hierarchów Kościoła – powinno dotrzeć, że im więcej trudnych spraw będzie się w obiegu publicznym pojawiać, tym częściej będzie dochodzić do niszczycielskiego w skutkach, nawet jeśli w dużej mierze pozornego wspomnianego konfliktu lojalności. I to oni, biskupi, muszą znaleźć rozwiązanie. Jeśli mógłbym tu coś nieśmiało sugerować, to jedynie tyle, że gdzie, jeżeli nie w mediach katolickich bezwzględnie przestrzegana powinna być maksyma amicus Plato, sed magis amica veritas (Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda).

 

Łukasz Warzecha

Po co jest Rada Mediów Narodowych? – tłumaczy ŁUKASZ WARZECHA

Po sprawie Trójki (o której pisałem niedawno) pojawiły się komentarze dotyczące zasadności dalszego istnienia Rady Mediów Narodowych. A nawet plotki o tym, że miałaby zostać zlikwidowana.

 

Już po napisaniu przeze mnie poprzedniego tekstu, na nowego dyrektora Trójki został powołany Kuba Strzyczkowski – człowiek ze stacją związany od 30 lat – który przedstawił wizję radia bardzo mi bliską. Kibicuję mu zatem szczerze, choć z natury pozostaję sceptyczny. Nie co do szczerych intencji pana Strzyczkowskiego czy jego determinacji, aby plany zrealizować, ale co do tego, czy pozwoli mu się robić to, co zapowiedział. Oby.

 

Jaki tego związek z RMN? Ano taki, że dyrektorzy anten podlegają prezesowi Polskiego Radia, a ten z kolei jest wybierany przez RMN właśnie. Trzeba tu przypomnieć, że – w przeciwieństwie do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która miała wcześniej kompetencję wybierania prezesów TVP, PR i rozgłośni regionalnych na wniosek rad nadzorczych – RMN nie jest ciałem konstytucyjnym. Powołano ją do życia w połowie 2016 roku zwykłą ustawą i tak samo zwykłą ustawą można ją zlikwidować.

 

Powołanie RMN była opakowane w różne pokrętne uzasadnienia, podczas gdy jej konstrukcja i efekty jej działania najlepiej pokazują, jaki jest jej faktyczny cel: to po prostu wzmocnienie politycznego wpływu na media publiczne. RMN została urządzona dokładnie pod warunki panujące w konkretnym momencie politycznym. Pięć osób, z czego trzy wybierane przez Sejm, a więc w praktyce przez Prawo i Sprawiedliwość, oraz dwie, wyznaczane przez największe kluby opozycyjne, a mianowane przez prezydenta – toż to konstrukcja całkowicie politycznie przejrzysta. Nie trzeba być przesadnie przenikliwym, żeby pojąć, że RMN będzie zawsze pasem transmisyjnym od większości sejmowej do mediów publicznych. Nie ma tu znaczenia, że kadencja jej członków jest sześcioletnia, bo gdyby większość sejmowa się zmieniła, bez trudu można dotychczasowych członków RMN odwołać. Partia rządząca nie miała nawet specjalnej ochoty bawić się w jakieś pozory apartyjności – po prostu wybrała do RMN własnych posłów (w tej chwili jej przewodniczący Krzysztof Czabański jest już byłym posłem, a Elżbieta Kruk – europosłem).

 

Stworzenie RMN oznaczało przyjęcie otwartego kursu na upolitycznienie mediów publicznych. PiS nie próbował tworzyć jakiegokolwiek filtra pomiędzy światem polityków a mediami publicznych. Bardziej bezpośrednim sposobem mogłoby być chyba już tylko wyznaczanie prezesów wprost przez ministra sprawującego nadzór nad spółkami skarbu państwa lub po prostu przez premiera.

 

Ustanowienie RMN wprowadziło chaos kompetencyjny, odbierając uprawnienia związane z mianowaniem prezesów radia i telewizji Krajowej Radzie i dublując kompetencje, związane z nadzorem mediów publicznych. Ustawa o RMN formułuje jej zadania w dość pocieszny sposób. Art. 2. mówi:

  1. Rada jest organem właściwym w sprawach powoływania i odwoływania składów osobowych organów jednostek publicznej radiofonii i telewizji oraz Polskiej Agencji Prasowej, zwanych dalej „spółkami”, oraz w innych sprawach określonych w ustawie.
  2. Zadania, o których mowa w ust. 1, Rada wykonuje, kierując się potrzebą zapewnienia rzetelnego wypełniania przez spółki ich ustawowych zadań oraz ochrony ich samodzielności i niezależności redakcyjnej.

 

Czyli ustawodawca nie ukrywa, że jedynym celem istnienia RMN jest nominowanie szefów mediów publicznych, a zarazem ten organ, całkowicie uzależniony od większości Sejmowej, ma chronić „niezależność redakcyjną” podmiotów medialnych. Absurd.

 

Na dodatek fatalna jest praktyka działania RMN. Każdy, kto ma wgląd za kulisy funkcjonowania mediów publicznych, wie, że członkowie Rady mają faktyczny wpływ sięgający daleko poza kwestię nominacji – a nie taka powinna być ich rola.

 

Czy RMN jest potrzebna? Z czysto politycznego punktu widzenia – tak, jest potrzebna aktualnie rządzącym, bo choć w sprawie trybu działania i szczegółowych kompetencji KRRiT Konstytucja odsyła do ustawy, a tę łatwo zmienić, to jednak ustawa zasadnicza określa, że członków Krajowej Rady powołują trzy podmioty: Sejm, Senat i prezydent RP. A to oznacza, że większość sejmowa nie ma już nad nią tak bezpośredniej kontroli.  Faktycznie jednak RMN jest czymś w rodzaju nie całego nawet, ale połowy listka figowego, okrywającego dość bezwstydne w swojej istocie przejęcie politycznej kontroli nad mediami publicznymi.

 

Utrzymania tego ciała nie powinien przewidywać żaden plan sanacji TVP i PR. Ale też rozwiązaniem nie jest prosty powrót do dawnego mechanizmu. Dawno już temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki (za co zresztą spotkała mnie nieuczciwa i agresywna krytyka), który oczywiście nie eliminuje wpływu polityków na media publiczne – bo to nie jest całkowicie możliwe – ale bardzo znacząco go ogranicza, filtrując ten wpływ przez kilka warstw. Postawienie znów na KRRiT nie jest zatem dobrym wyjściem, lecz pozostawianie przy życiu RMN jest jeszcze gorszym.

Czy w Polsce przyjąłby się endorsement? – pyta ŁUKASZ WARZECHA       

A gdyby tak wprowadzić do polskich mediów instytucję endorsement, czyli oficjalnego poparcia przez daną redakcję kandydata lub ugrupowania? Zastanawiałem się, czy byłoby to możliwe, od czasu, gdy w 2000 roku przeczytałem w brytyjskim tygodniku „The Economist” (który był wtedy dla mnie, początkującego dziennikarza, wielkim odkryciem), że zdecydował się w wyborach prezydenckich w USA poprzeć oficjalnie George’a W. Busha – jakkolwiek wpływ brytyjskiego pisma o międzynarodowej renomie na wybory w USA jest, rzecz jasna, ograniczony. W swojej najnowszej historii w 1980 r. „The Economist” poparł oficjalnie Ronalda Reagana, potem dwukrotnie żadnego z kandydatów, w 1992 r. – Billa Clintona, cztery lata później – Boba Dole’a, w 2004 r. – Johna Kerry’ego, w kolejnych dwóch wyborach – Baracka Obamę, w 2016 r. – Hillary Clinton.

 

Z „The Economist” sprawa jest o tyle szczególna, że artykuły tam się ukazujące nie są podpisywane imieniem i nazwiskiem autora. Nie mam pojęcia, w jaki sposób wewnątrz redakcji podejmuje się decyzje o poparciu tego czy innego kandydata. Wiem, że – przy wszystkich moich zastrzeżeniach do tygodnika – czytelnicy zawsze dostają obszerne uzasadnienie stanowiska.

 

„The Economist” nie jest oczywiście wyjątkiem. Endorsement jest popularny głównie w anglosaskich mediach. W USA jest wręcz instytucją wyborczą, a w trakcie kampanii pracowicie oblicza się, ile gazet poparło którego kandydata. Np. w wyborach sprzed czterech lat Hillary Clinton otrzymała poparcie aż 500 tytułów plus dodatkowo 30 przyjmujących stanowisko „byle nie Trump”, podczas gdy Donalda Trumpa wsparło jedynie 28 gazet. Jak widać, niewiele to jednak kandydatce Demokratów pomogło.

 

W Polsce tymczasem są jedynie pojedyncze przypadki oficjalnego opowiedzenia się tytułu za danym kandydatem – tak robiła na przykład „Gazeta Wyborcza” w wyborach prezydenckich. Prasa, mówiąc umownie, prawicowa, choć przecież jasno wspierała w 2015 r. Andrzeja Dudę, nie ogłaszała oficjalnego poparcia kandydata przez tytuł. Może zresztą wychodząc z założenia, że nie jest to potrzebne, bo wszystko jest jasne.

 

Sam mam do medialnego endorsementu stosunek ambiwalentny. Z jednej strony podoba mi się, że takie postawienie sprawy nie pozostawia wątpliwości. Wszystko jest jasne i czytelne – tytuł ma swojego kandydata i nie udaje, że jest inaczej. Z drugiej strony rozumiem, że w polskim plemiennym życiu medialnym i politycznym wiele takich gestów byłoby – inaczej niż w przypadku „The Economist” – całkowicie przewidywalnych, a jednocześnie mogłoby oznaczać jeszcze głębsze bezpośrednie zaangażowanie mediów w politykę. Tak jakby nie było tego dość. Trudno też spodziewać się, że motywacją takiej czy innej decyzji nie byłyby względy czysto merkantylne – dokładnie tak jak jest w przypadku tytułów „człowieka roku” w różnych odmianach, które są często po prostu sposobem na podlizanie się władzy. Za czym często idą reklamy od spółek skarbu państwa.

 

Problemem może być też stanowisko tych autorów danego tytułu, którzy z decyzją redakcji by się nie zgadzali. Czy mieliby prawo do swojego głosu odrębnego? Czy mogliby w swoich tekstach argumentować na rzecz innych kandydatów? A może właśnie paradoksalnie po oficjalnym ogłoszeniu poparcia redakcji byłoby im łatwiej niż dzisiaj? Wtedy bowiem byłoby jasne, że to głosy odrębne, które nie zmieniają wyboru tytułu jako całości.

 

Mam jednak poczucie, że nawet gdyby instytucja oficjalnego poparcia partii czy kandydata w Polsce się przyjęła, byłaby w dużej mierze pusta. Czy może raczej – wtórna. Podział jest bowiem tak głęboki, a poczucie plemiennej przynależności tak dojmujące, że endorsement niczego by tu nie zmieniał. Aczkolwiek byłyby wyjątki. Z chęcią dowiedziałbym się, jaką decyzję i dlaczego podejmują takie tytuły jak „Dziennika Gazeta Prawna” czy „Rzeczpospolita”. Bo najciekawsza jest nieoczywistość.

 

Łukasz Warzecha

Gaz pod patelnią – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wyobraźmy sobie, że pan Zenek (tylko bez skojarzeń proszę) przygotowuje sobie w swoim ponad stuletnim, eleganckim domku obiad. Domek może nie jest najwygodniejszy i najobszerniejszy, nawet tu i tam coś cieknie, schody skrzypią, ale ma zacną historię, mieszkało w nim kilka pokoleń rodziny i pełno w nim cennych pamiątek.

 

Nagle panu Zenkowi zaczyna się palić tłuszcz na patelni. Pan Zenek w panice zalewa tłuszcz wodą, wobec czego ogień bucha jeszcze wyżej. Zajmują się firanki w kuchni, obrus, szafki i po niedługim czasie płonie już cały budynek. Pan Zenek zdążył wybiec. Stoi przed domem i obserwuje, jak ten – mimo wysiłków straży pożarnej – zamienia się w zgliszcza. A kiedy już to następuje i przybywają poruszeni sąsiedzi, krewni oraz przyjaciele, załamując ręce nad tragedią, pan Zenek okazuje się w ogóle nie martwić. A w każdym razie tak się zachowuje. Powiada, że dom i tak go już denerwował, ciągle trzeba tam było coś naprawiać, w ścianach (drewnianych) zalęgły się korniki, a poza tym był brzydki. I że on i tak miał ubezpieczenie, więc sobie na tym miejscu postawi coś nowego – już nawet wybrał projekt, ładny taki, betonowy dworek z dużym garażem – a na razie przekima się pod mostem. Ludzie zaczynają na pana Zenka patrzeć jak na wariata. Przecież wszyscy wiedzą, że dom spłonął, bo pan Zenek był nieostrożny, a w dodatku zachował się w kluczowym momencie jak idiota. Wiedzą też, że wraz z domem poszło z dymem mnóstwo cymeliów, których żadne ubezpieczenie nie odkupi.

 

Tak się przedstawia sytuacja z Programem Trzecim Polskiego Radia. Mamy dzisiaj do czynienia z próbą racjonalizacji czegoś, co racjonalności w sobie nie ma żadnej. Tak jak pan Zenek próbuje sobie racjonalizować korzyści z pożaru swojego domu – nawet, jeśli w wielu sprawach ma rację, czyli dom był faktycznie kłopotliwy, przeciekał i wymagał dużych nakładów. Jako że jednak był zabytkiem i miał w sobie kawał historii, myślący i rozsądny właściciel postarałby się go wyremontować, zachowując jego charakter.

 

Próba przekonywania, że tak naprawdę nic wielkiego się z Trójką nie stało, bo to była strupieszała stacja, w której pracowali emeryci (niektórzy szczególnie wzmożeni dodają: esbecy) puszczający emerycką muzykę, a teraz wreszcie swoje miejsce na antenie znajdą masy młodych zdolnych – jest kpiną w żywe oczy. Owszem, stało się. I proszę mi pokazać w mediach publicznych miejsce, gdzie młodzi stworzyli w ciągu ostatnich pięciu lat jakąkolwiek dobrą, nową jakość. Ja niestety dostrzegam tylko żenujące przykłady serwilizmu. Powiedziałbym nawet, że im młodsi pracownicy mediów, tym gorzej.

 

Wszystko to nie oznacza, żeby z Trójką nie było problemu. Był. To, co stanowiło o wartości tej stacji, było zarazem jej obciążeniem. Historia trzeciego programu jest, jaka jest. Nie ma sensu zaprzeczać, że sensem jego powołania w latach 60. było stworzenie wentyla bezpieczeństwa, a więc była to wolność w eterze ściśle koncesjonowana. Nie było to oczywiście jedyne takie miejsce i jeśli ktoś dzisiaj twierdzi, że skutki oddziaływania takich tworów można kwalifikować na zasadzie zero-jedynkowej, to wygaduje bzdury. Podobnie koncesjonowanym tworem był choćby telewizyjny kabaret Olgi Lipińskiej, a jednak skutecznie ośmieszał władzę. To zawsze było balansowanie między cenzurą, utrzymaniem koncesji, opozycyjnością (autentyczną lub udawaną) i swoim kręgiem towarzyskim z jego poglądami i lojalnościami. Trójka była koncesjonowana, ale też była łącznikiem ze światem zachodniej muzyki przede wszystkim. Stwierdzenie, że była po prostu pożytecznym dla komunistów zaworem do upuszczania pary, jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem.

 

Specyfika tej stacji sprawiła, że jakaś część jej zespołu zżyła się ze słuchaczami znacznie bardziej niż ma to zwykle miejsce w stacjach radiowych, lecz zarazem poszło za tym rosnące przekonanie, że oni sami są właścicielami trzeciego programu publicznego radia i nikt nie ma prawa w żaden sposób mieszać się do jego wewnętrznych spraw. A już zwłaszcza ktoś, kto przychodziłby spoza radiowo-towarzysko-politycznego kręgu. To nie było zdrowe.

 

Mimo to Krzysztofowi Skowrońskiemu, który kierował Trójką za czasów pierwszego PiS i potem częściowo PO (2006-2009), udało się znaleźć z tamtejszym zespołem jakieś porozumienie. Może chwiejne, może niechętne, ale jednak. Inna sprawa, że Skowroński nie wprowadzał w zespole głębszych zmian. Tyle że był to jeszcze inny czas. Emocje były na niższym poziomie – mówimy przecież o okresie przed katastrofą smoleńską.

 

Sytuacja po 2015 roku w mediach publicznych, także w Trójce, była już całkiem inna. I inne były oczekiwania w stosunku do kolejnych dyrektorów programu trzeciego, zresztą stopniowane. Rok 2016 czy nawet 2017 to co innego niż 2019 czy obecny. Zespół, podzielający w większości poglądy mało entuzjastyczne wobec nowego politycznego rozdania, czuł się coraz bardziej osaczony, a zarazem oczekiwania medialnych dysponentów ze strony władzy były coraz większe i domagano się, aby „zrobić porządek”.

 

Można się zgodzić, że Trójka potrzebowała reformy i unowocześnienia, choć zarazem nie sposób uznać, że w swojej trwającej od dawna postaci była po prostu do wyrzucenia. Tak może twierdzić tylko medialny ignorant, który nie rozumie, że odbiorców stracić bardzo łatwo, ale ich odzyskanie jest piekielnie trudne. Trójka była wartością dla mediów publicznych, przy całej swojej specyficznej historii i chimerycznym zespole – i tę wartość należało zachować. Choćby naśladując częściowo politykę z czasów Peerelu i czyniąc z niej swoisty wentyl bezpieczeństwa. Ale to wymagałoby myślenia znacznie bardziej makiawelicznego niż to, na jakie stać – jak się okazuje – obecnie władających mediami państwowymi.

 

Dobre zarządzanie pozwalałoby na spokojną, stopniową zmianę. Można było trójkowy zespół stopniowo odświeżać, niekoniecznie poprzez wrzucanie do niego tępych komisarzy politycznych. Wystarczyło znaleźć ludzi, którzy potrafiliby forsować własne pomysły muzyczne, całkowicie abstrahując od polityki. W końcu muzyka to jeden z najważniejszych wyznaczników specyfiki Trójki. Ale znów – do tego potrzeba by subtelności i sprytu, a nie machania maczetą.

 

Czas, gdy Trójką zarządzał Wiktor Świetlik, był ostatnim momentem na dokonanie takich zmian. Ale Wiktor dokonać ich już nie mógł, miał bowiem z jednej strony coraz bardziej wrogo nastawiony zespół, a z drugiej – kierujących radiem i mediami państwowymi ludzi, którym jakakolwiek subtelność myślenia czy choćby spryt w działaniu wydają się kompletnie obce. Świetlik mógł jedynie starać się konserwować chwiejne status quo i to robił, jak długo się dało. Gdy uznał, że już się nie da – odszedł. Przypuszczam, że dziś wielu tych, którzy w proteście Trójkę opuścili, przynajmniej po cichu wspomina go ciepło i docenia, jak starał się balansować między Scyllą a Charybdą.

 

Cała ta burzliwa historia nie powinna jednak i nie może zmieniać oceny tego, co spowodowało ostateczny eksodus starego zespołu Trójki (a nawet niektórych osób z całkiem świeżego składu, takich jak dr Tomasz Rożek czy krytyk filmowy Łukasz Adamski). Było to bowiem – by sięgnąć po słynne słowa Charlesa-Maurice’a de Talleyranda – coś gorszego niż głupota: to był błąd. Serwilistyczna nadgorliwość, która kazała wycofać z listy przebojów piosenkę Kazika wywołała wizerunkową katastrofę – na własne życzenie. „Mój ból jest większy niż twój” pozostałby marginalną ciekawostką z okresu kampanii, gdyby nie rewolucyjna nadgorliwość kilku osób. Wszystkie późniejsze próby obrony przez zawiadujących radiem – od dyrektora Kowalczewskiego począwszy, poprzez prezes Kamińską (na konferencji zachęcającą „rozrywkowych dziennikarzy”, żeby zgłaszali się do pracy w Trójce, a w Senacie odczytującą internetowe opinie o stacji), na szefie Rady Mediów Narodowych Krzysztofie Czabańskim skończywszy – tylko dopełniły obrazu nieudolności i żenady. Rozważania o tym, czy głosy zostały właściwie przeliczone albo zapowiedzi jakiegoś „audytu” LPT są zwyczajnie żałosne w kontekście skali blamażu. Wracając do opowieści o panu Zenku – to tak, jakby stojąc na zgliszczach spalonego domu zastanawiać się, czy w trakcie smażenia pan Zenek nie podkręcił za bardzo gazu pod patelnią. Mało tego – gdyby faktycznie uznać za poważne klecone naprędce tłumaczenia, że z LPT było coś bardzo, ale to bardzo nie tak, znaczyłoby to, że mieliśmy do czynienia z systemową patologią, dziejącą się pod nosem powołanych przez obecną władzę dyrekcji Trójki, której te nie dostrzegały, a która wyszła na jaw dopiero przypadkiem, w następstwie kryzysu, wywołanego przez ostatnią z tych dyrekcji (choć była ona najprawdopodobniej jedynie wykonawcą poleceń).

 

Mogę ten tekst zakończyć jedynie tradycyjnym wezwaniem, powtarzanym przeze mnie na portalu SDP od dawna (zaczynam się z tym czuć jak Katon Starszy ze swoim ceterum censeo Carthaginem esse delendam): dziennikarze, którzy zachowali odrobinę zdrowego rozsądku i którym leży na sercu dobro mediów publicznych (publicznych, nie państwowych czy rządowych) powinni już teraz zacząć się zastanawiać na konkretnymi rozwiązaniami, pozwalającymi odseparować je w miarę możliwości od przynajmniej bezpośredniego wpływu politycznego. To naprawdę ostatni moment, bo jeszcze jedna, dwie akcje takie jak z Trójką, a kononowiczowy w duchu postulat Rafała Trzaskowskiego, żeby nie naprawiać, ale likwidować, zacznie się jawić większości obywateli jako najrozsądniejsze rozwiązanie.

 

Łukasz Warzecha

Automaty – ŁUKASZ WARZECHA o dystrybucji prasy w czasach zarazy

Wydawcy prasy mają poważne kłopoty, spowodowane nie tylko zamknięciem gospodarki, a tym samym ogromnej liczby punktów sprzedaży prasy, ale też dalszymi tego konsekwencjami. Wydawca „Super Expressu” ma problemy z Garmond Press, podobnie wydawca „Tygodnika Powszechnego”. Dla wielu tytułów kolejnym ciosem jest decyzja o zamknięciu na stałe części stacjonarnych salonów Empik. Centra handlowe częściowo wracają do życia, więc przynajmniej jest szansa, że wzrośnie sprzedaż w salonikach prasowych Kolportera.

 

Ciągnie się już wiele miesięcy przejęcie Ruchu przez Orlen, co do którego istoty zresztą można mieć wątpliwości. Jak już kilka miesięcy temu pisałem na portalu SDP, w sytuacji głębokiego upolitycznienia każdej dziedziny życia, także spółek skarbu państwa, można się zastanawiać, czy dystrybutor przejęty przez SSP będzie identycznie podchodził do każdego tytułu, niezależnie od jego nastawienia wobec aktualnej władzy. Wiadomo jednak, że finału przejęcia wydawcy wypatrują z niecierpliwością. Tymczasem postępowanie w UOKiK trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

 

Oczywiście nawet gdyby sieć dystrybucji nie została w żaden sposób ograniczona, i tak można by się zastanawiać, czy ludzie w czasie kryzysu (jego prawdziwych rozmiarów jeszcze nie widzimy, bo nie doszły do finału wręczone w marcu czy kwietniu wypowiedzenia – fala zacznie być w pełni dostrzegalna w czerwcu czy lipcu) będą wciąż skłonni wydawać pieniądze na prasę. Ale problemy z dystrybucją to dokładanie kolejnego problemu.

 

Choć niektórzy wydawcy – przede wszystkim Agora – chwalą się cyfrową dystrybucją swoich tytułów, to w żadnym przypadku nie jest ona w stanie zastąpić całkowicie papieru, a w wielu jest tylko jego pobocznym uzupełnieniem. I zapewne tak jeszcze długo w Polsce pozostanie. Dlatego na miejscu wydawców zacząłbym się zastanawiać nad alternatywnymi sposobami sprzedaży papierowych wydań.

 

Przyznam, że jako entuzjasta nowych technologii (aczkolwiek pod warunkiem, że nie wkraczają na siłę w naszą prywatność) nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego przy ciągnących się już od dawna problemach z siecią dystrybucji wydawcy prasy nie skonsolidowali wysiłków na rzecz stworzenia sieci automatów sprzedażowych. Automaty z gazetami nie są oczywiście niczym nowym – ich najprostszą postać znamy wszyscy z filmów, pokazujących Zachód lat jeszcze 70.: ot, przeszklona skrzyneczka, do której wrzucało się monetę, otwierało się ją i wyciągało jedną gazetę. Ważna tu była uczciwość kupującego, który miał wyjąć jedną, a nie dziesięć gazet.

 

Tymczasem technologia posunęła się ogromnie naprzód. Stworzenie dzisiaj automatu, dystrubuującego papierową prasę na takiej samej zasadzie jak napoje czy przekąski, nie jest żadnym problemem. W niektórych miejscach w Polsce można zresztą kupić w automatach popularną literaturę. Dodajmy do tego szybkie płatności zbliżeniowe i dostajemy możliwość postawienia całkowicie autonomicznej sieci urządzeń niezależnych również od sytuacji takich jak epidemia. Bo przecież automaty działają cały czas.

 

Jeden automat sprzedażowy na wolnym rynku, a więc kupowany pojedynczo, w internetowej ofercie, to – w zależności od poziomu jego skomplikowania – cena od ok. 15 do 25 tys. złotych. Gdyby miała powstać nowa sieć sprzedaży, czyli w grę wchodziłby zakup przynajmniej kilkudziesięciu takich automatów na początek, jednostkowa cena z pewnością byłaby niższa. Jest jeszcze oczywiście kwestia dostarczania gazet do takiego punktu. W przypadku tygodników nie ma raczej problemu, choć nie wszystkie ukazują się tego samego dnia tygodnia. Gorzej jest z dziennikami, bo tu ktoś musiałby automaty zaopatrywać każdego dnia.

 

Natomiast przy odrobinę większym zaawansowaniu technologicznym można sobie też wyobrazić, że dodatkową funkcją takiej maszyny będzie prosty – prostszy niż związany z zainstalowaniem aplikacji i przejściem całego procesu w urządzeniu mobilnym – zakup pojedynczego elektronicznego wydania gazety w formacie PDF, epub czy mobi, przesyłanego w postaci wygodnego do otwarcia linku wprost na telefon. Dla kogoś, kto nie chce kupować cyfrowej prenumeraty, ale interesuje go konkretny tekst z konkretnego wydania gazety taka możliwość – o ile będzie sprowadzona do kilku kliknięć na ekranie i przytknięcia telefonu do czytnika dla dokonania płatności – może być atrakcyjna.

 

Czy taka inwestycja jest możliwa – nie wiem, nie jestem specjalistą od prasowego biznesu. Wydaje się jednak dziwne, że przy takich problemach z dystrybucją, jakich doświadcza w Polsce drukowana prasa, wydawcy nawet nie spróbowali pójść w stronę automatyzacji sprzedaży. Jakkolwiek istotnie wymagałoby to początkowej inwestycji, lecz może właśnie w tym momencie, gdy rząd stara się pomóc przedsiębiorcom, łatwiej byłoby o wynegocjowanie kredytowania takiego przedsięwzięcia.

 

Nawet gdyby to był zbyt ambitny plan, wciąż wydaje się nieuchronne sięgnięcie po sposoby dystrybucji papierowej prasy alternatywne wobec kiosków czy saloników prasowych. Dlaczego na przykład wydawcy nie spróbowali (a może ktoś próbował, choć ja o takich staraniach nie słyszałem) nawiązać współpracy z największymi sieciami kawiarń w Polsce? Teraz moment jest faktycznie słaby, bo nawet jeśli będą one w końcu ponownie działać stacjonarnie, to wciąż w ograniczonym zakresie. Ale wreszcie powrócą do normalnego funkcjonowania. I wówczas można by sobie wyobrazić, że jednym z elementów zamówienia, prócz kawy i kanapki, będzie ulubiony tygodnik albo dziennik.

 

Powyższe to, rzecz jasna, jedynie luźne sugestie laika, ale laika, któremu zależy i w którego interesie jest, aby wydawcy prasowi znaleźli sposób wyjścia ze swojej bardzo trudnej sytuacji. Ten sposób nie może być powielaniem tego, co już było. Jeśli papier ma się w Polsce utrzymać – a utrzymać się musi, bo to warunek istnienia pisanych mediów, niezbędnych po prostu w demokracji – wydawcy muszą zacząć myśleć obok dotychczasowych schematów. Te się po prostu nie sprawdzają.

 

Łukasz Warzecha

Relatywizm i kalizm – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak bardzo dziennikarze mogą wkraczać w sferę prywatną osób publicznych

Problem z polskimi mediami polega na tym, że wszystko, co pokazują i o czym piszą, jest oceniane w politycznym kontekście. Niestety, jest to często ocena słuszna, bo faktycznie – wiele medialnych akcji ma motywację tylko i wyłącznie polityczną. W ten sposób jednak dyskusja o tym, jak media powinny działać w ogóle, staje się niemożliwa. Zamiast o tym, zaczynamy bowiem rozmawiać wyłącznie na temat tego, kto i jaką korzyść polityczną wyciąga z danego materiału, audycji, tekstu.

 

Pokazuje to znakomicie sprawa rewelacji „Gazety Wyborczej” na temat pełniącego obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego prof. Kamila Zaradkiewicza. Tekst Wojciecha CzuchnowskiegoJustyny Dobrosz-Oracz w zasadzie otwarcie mówi o homoseksualizmie prof. Zaradkiewicza (choć nie przedstawia go jako wady czy zarzutu wobec bohatera), a także o dziwnym i niepokojącym wydarzeniu z jego udziałem w roku 2013 oraz o zarzutach o mobbing w czasie pracy prof. Zaradkiewicza w Trybunale Konstytucyjnym.

 

Jak ta publikacja wygląda, jeśli umieścić ją w kontekście politycznym – co nie będzie błędem, bo przecież taka była motywacja jej powstania?

 

Po pierwsze – można założyć, że gdyby sytuacja była odwrotna i gdyby jakieś inne medium, choćby mimochodem, zajęło się orientacją seksualną ważnego urzędnika wymiaru sprawiedliwości, lecz sprzyjającego narracji GW – redakcja z Czerskiej zapałałaby świętym oburzeniem. Gdyby Zaradkiewicz był dla GW bohaterem pozytywnym, zostałby natychmiast wzięty w obronę, zaś wzmianki o jego domniemanym homoseksualizmie zostałyby uznane za skandaliczny przypadek piętnowania przedstawiciela mniejszości seksualnej.

 

Po drugie – gdyby prof. Zaradkiewicz był dla GW bohaterem pozytywnym, nawet, gdyby powstał o nim tekst, zapewne nie zawierałby oskarżeń o niestosowne zachowania, choćby takie, jakie miały miejsce.

 

Po trzecie – gromiący dzisiaj GW za jej publikację skupiają się na tym, że w artykule GW pojawia się wątek orientacji seksualnej bohatera tekstu, potępiając „Wyborczą” za pisanie o niej i sugerując, że zrobiono z tego w tekście zarzut – choć literalnie nie jest to prawda – a zarazem pomijając całkowicie pozostałe wątki tekstu.

 

Po czwarte – gdyby prof. Zaradkiewicz był osobą z przeciwnej strony politycznej barykady niż ta, po której stoją media sprzyjające rządowi, bez wątpienia ci sami komentatorzy tłumaczyliby, że może i sprawy, o których się w jego kontekście mówi, są bolesne i prywatne, ale media mają obowiązek ich nagłaśniania, bo jednak Kamil Zaradkiewicz sprawuje zbyt ważną funkcję, a ludzie mają prawo wiedzieć.

 

Jednym słowem – pełen relatywizm i kalizm obu stron. Jak za coś kopią naszego – to źle; jak za to samo kopią kogoś z tamtych – to znakomicie.

 

Odrzucam całkowicie takie myślenie, nie mając zarazem złudzeń co do politycznej motywacji GW w tym przypadku. Stawiam sobie natomiast pytanie, czy tekst CzuchnowskiegoDobrosz-Oracz jest uzasadniony w oderwaniu od swoich politycznych uwarunkowań czy nie. I nie znajduję łatwej i prostej odpowiedzi.

 

Granica prywatności osób publicznych nie jest ustawiona na sztywno – wyroki sądów w tej sprawie także bywają różne. Różnie zresztą jest w różnych krajach, z USA jako przykładem skrajnie daleko posuniętego medialnego prześwietlania życia prywatnego polityków. Wydaje się, że uniwersalna zasada etyczna, jaką powinni się kierować dziennikarze w Polsce, w naszej obyczajowości i kulturze medialnej, jest taka, że o sprawach stricte prywatnych można informować wówczas, gdy dziennikarz ma uzasadnione przekonanie, że mogą one mieć wpływ na sposób funkcjonowania danej osoby publicznej – w tym na podejmowane przez nią decyzję. Autorzy tekstu w GW stawiają w pewnym momencie tezę, że przeszłość prof. Zaradkiewicza może go uczynić obiektem szantażu, lecz, paradoksalnie, przestaje to być przecież możliwe wskutek ujawnienia kłopotliwych faktów w tym właśnie tekście. Wiedza, która jest powszechna, nie może być już narzędziem szantażu. Sama teza zresztą wydaje się nieco naciągana – czyjkolwiek homoseksualizm (w takiej mierze, w jakiej to właśnie mieli na myśli dziennikarze GW, pisząc o szantażu i naciskach) nie jest dziś w Polsce czymś kłopotliwym, chyba żeby faktycznie w określonej konfiguracji politycznej czy towarzyskiej taki problem stanowił lub drastycznie kontrastował z oficjalnymi poglądami danej osoby. Ale to akurat nie ten przypadek.

 

Znacznie bardziej uzasadnione wydają się dwa pozostałe wątki. Epizod „piżamowy” stawia prawnika w raczej kłopotliwym świetle, a oskarżenia o mobbing brzmią poważnie i każą postawić pytanie o zdolność do kierowania zespołem. Owszem, w tej pierwszej sprawie można się spierać, czy nie należy ona do sfery prywatnej (jak twierdzą autorzy tekstu w GW, tak uzasadniano odmowę udostępnienia dziennikarzom notatki Straży Trybunału z tego zdarzenia), ale jej charakter wydaje się uzasadniać jej upublicznienie. Szczególnie w kontekście bardzo intensywnej narracji obecnie rządzących o konieczności egzekwowania krystalicznego charakteru sędziów.

 

Spróbujmy zatem – jeśli wciąż jeszcze potrafimy – spojrzeć na tekst w GW trochę tak, jakby jego ewidentny kontekst polityczny nie istniał: wybierzmy z niego te informacje, które z punktu widzenia powinności dziennikarskich miały prawo się tam znaleźć i na ich podstawie zadawajmy pytania o zasadność nominacji tymczasowego PPSN. Obawiam się bowiem, że to jedyne, co nam pozostało w większości przypadków. Znaczna część mediów tylko wówczas wykonuje swoją zasadną, rzetelną pracę, jeśli ma to uzasadnienie w postaci potrzeb politycznych obozu, któremu sprzyjają. Świadomy odbiorca natomiast musi się postarać wyciągnąć z tego jak największą korzyść dla siebie.

 

Łukasz Warzecha

Teatr jednej aktorki – ŁUKASZ WARZECHA o zdalnej rozmowie dziennikarza z ministrą

Miałem kiedyś, za dawnych lat pracy w nieistniejącym już „Życiu”, w jego dziale opinii, takie zdarzenie. Szef polecił mi, abym zadzwonił po komentarz w jakiejś sprawie do Władysława Bartoszewskiego (śp. pan minister miał duże poczucie humoru, więc mam nadzieję, że patrząc dziś z góry wybaczy mi tę krotochwilną anegdotkę oraz moje ówczesne niefrasobliwe zachowanie). Rozmówca był znany z tego, że gdy zaczynał mówić, mówił bardzo długo bez przerwy i naprawdę niełatwo było mu zadać choćby drugie pytanie. O trzecim nie mówiąc.

 

Zadzwoniłem, Władysław Bartoszewski odebrał, zacząłem nagrywać, zadałem pytanie, on zaczął odpowiadać. W tym momencie do naszego pokoju wszedł kolega. Spytał ściszonym głosem: „Zamawiam pizzę, chcesz jakąś?”. Odłożyłem słuchawkę na biurko, wziąłem od kolegi ulotkę z pizzerii, przejrzałem spokojnie, wybrałem pizzę, pogadałem jeszcze chwilę z kolegą. Trwało to kilka minut. Przez cały czas z odłożonej słuchawki dobiegał szmer mojego rozmówcy, więc wiedziałem, że mam czas. Gdy słuchawkę podniosłem ponownie, czekało mnie jeszcze około dziesięciu minut wypowiedzi pana ministra. Drugiego pytania już nie miałem, piętnaście minut nagrania w odpowiedzi na pierwsze wystarczyło w zupełności.

 

Ta historia z zamierzchłej przeszłości przypomniała mi się pod wpływem hitu ubiegłego tygodnia, którym był wywiad Marcina Zaborskiego z minister Marleną Maląg w RMF FM. Nie żebym porównywał panią Maląg do Władysława Bartoszewskiego. Co to, to nie.

 

Wywiad ten był, jak to się dziś w większości dzieje, zdalny, co jest dla sprawy być może nie bez znaczenia.

 

Choć właściwie trudno powiedzieć, czy z wywiadem mieliśmy do czynienia. Owszem, początkowo tak to wyglądało. Było pytanie, była odpowiedź i tak kilka razy (całość można zobaczyć tutaj). Mimo to od startu rozmowy zanosiło się na to, co stało się później. Zaborski zadał bowiem pytanie o to, dlaczego zasiłku opiekuńczego nie dostają rodzice dziewięcio- czy dziesięciolatków. Odpowiedź brzmiała mniej więcej: „Przyjęliśmy zasadę, że zasiłek przysługuje do 8. roku życia”. „To już wiem” – powiedział Zaborski i dopytywał, dlaczego nie przysługuje rodzicom starszych dzieci. Odpowiedź była identyczna jak poprzednio. Pani minister wygłaszała ją w dodatku tak, jakby się swoich kwestii wcześniej nauczyła. I mimo że Zaborski przytaczał argumenty wskazujące, że granica 8. roku życia jest nieracjonalna, pani minister Maląg powtarzała jedynie, że tak postanowiono i tak będzie, przyczyn nie objaśniając. Zwracam na to uwagę, bo to jedna z najbardziej prymitywnych metod zbywania dziennikarzy, zadających sensowne i dobrze przygotowane pytania: zamiast odnoszenia się do ich treści lub próby wyjaśnienia motywów takiej czy innej decyzji powtarza się to, co i tak wszyscy wiedzą: że mianowicie taka właśnie decyzja została podjęta.

 

Mniej więcej w szóstej minucie rozmowy Zaborski zadał pytanie następujące: „Od kiedy pani wie, że na Mazowszu działa 66 domów opieki bez odpowiednich pozwoleń? Taką liczbę podał wojewoda mazowiecki”. Tu pani minister zaczęła wypowiedź, która nie miała większego związku z pytaniem. I ciągnęła ją, mimo prób interwencji Zaborskiego, przez mniej więcej dwie minuty. Po tym czasie Zaborski zdołał w końcu pytanie powtórzyć, wyraźnie powołując się na wypowiedź wojewody mazowieckiego i pytając, czy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej o nielegalnie działających placówkach wcześniej wiedziała. Maląg oznajmiła, że całodobowe placówki opieki w kraju są pod nadzorem wojewodów. Zaborski zauważył na to, że wojewodowie są przedstawicielami rządu w terenie.

 

Wtedy pani minister Maląg złapała, że się tak kolokwialnie wyrażę, fazę, trwającą coś koło pięciu minut. Zaborski nie miał szans przerwać potoku słów, z którego można było wyłowić między innymi, że jacyś tajemniczy „wy” (można się domyślić, że pani minister chodziło o media niedyspozycyjne wobec władzy) próbują forsować narrację, zgodnie z którą rząd nie opiekuje się osobami starszymi, a na taką narrację „nie można się godzić”. Zaborski próbował się wciąć („Pani minister!”), w końcu stwierdził, że tak nie da się rozmawiać. Potem pytał: „Czy pani mnie słyszy?”. Wówczas minister Maląg odparła: „Odpowiadamy na te pytania, które pan chce zadać…”. Na co Zaborski stwierdził przytomnie: „Ale pani nie wie, jakie pytania chcę zadać”. Minister Maląg postanowiła kontynuować swoją wypowiedź ex cathedra, całkowicie ignorując pytania coraz bardziej zdetonowanego Zaborskiego: „Ale o czym pani do nas mówi?”.

 

Nie będę państwu relacjonował przebiegu całej „rozmowy” (bo chyba jednak trzeba to pisać w cudzysłowie). Był podobny: pytania Zaborskiego, które czasami udawało się zadać, po czym sążniste deklaracje pani minister, na ogół luźno z tymi pytaniami związane. Fragmenty „wywiadu” zrobiły w sieci furorę – i trudno się dziwić. Ja sam miałem wrażenie, że oglądam nie wywiad, ale skecz. Chwila szczerej radości nie ma dzisiaj ceny.

 

 

Powstaje jednak pytanie, które wielu komentujących w sieci zadawało: co w takiej sytuacji powinien zrobić dziennikarz? Niektórzy sugerowali, że powinien wywiad przerwać, inni – że powinien wyłączyć głos rozmówczyni. Problem w tym, że ta rozmowa nie była wyjątkowa. Takich rozmów zdarza się wiele, choć może faktycznie nie wszystkie mają tak wyraźny kabaretowy posmak.

 

 

Marcin Zaborski to jeden z najbardziej kulturalnych, a zarazem dociekliwych dziennikarzy. Jego sposobowi prowadzenia wywiadów nie sposób wiele zarzucić. Można by uznać, że jak na tę sytuację Zaborski jest zbyt kulturalny. Ale czy naprawdę?

 

Pierwszym utrudnieniem było dla Zaborskiego to, że nie miał gościa przed sobą w studiu. O problemach związanych ze zdalnymi rozmowami pisałem niedawno na portalu SDP. W sytuacji takiej jak ta zdyscyplinowanie osoby, która łączy się z dziennikarzem zdalnie, jest znacznie trudniejsze.

 

Zadaniem dziennikarza jest wydobyć od polityka odpowiedź na zadawane pytania – w imieniu czytelników, słuchaczy, widzów. Jeśli rozmówca uparcie odmawia współpracy, tak jak pani minister Maląg, wystawia świadectwo sam sobie. Zaborski wybrnął z sytuacji w możliwie najlepszy sposób. Słuchanie wykładu szefowej MPRiPS bez próby przerwania oznaczałoby, że pozwala się politykowi potraktować rozmowę z dziennikarzem jako formę oświadczenia bez zadawania pytań – którą to formę władza (każda) niewątpliwie najbardziej lubi, bo jest najmniej kłopotliwa. Na taki układ najłatwiej liczyć w mediach przychylnych danej formacji politycznej (nie dotyczy to wcale jedynie władzy w mediach państwowych, ale też opozycji w tych, które jej sprzyjają), lecz dziennikarz, który na coś takiego pozwala, degraduje się sam do pozycji piarowca polityków.

 

Nie jest też dobrym wyjściem emocjonalne kończenie rozmowy – nie od tego jest dziennikarz, żeby w ten sposób dyscyplinować rozmówcę. To zresztą działałoby na jego niekorzyść – trudno byłoby mu zaprosić kolejnych gości z danej politycznej formacji.

 

Kto jednak nigdy nie prowadził rozmowy, szczególnie na żywo, ten nie wie, że sytuacja w jej trakcie zawsze jest dynamiczna. Polscy dziennikarze (Zaborski jest tu jednym z wyjątków) nie umieją dociskać rozmówców w taki sposób, żeby musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie – lub przynajmniej tak, żeby dla odbiorców stało się jasne, że rozmówca nie chce lub nie umie odpowiedzieć. To jednak tworzy ryzyko – może się okazać, że z ograniczonego przecież czasu niewiele zostaje na inne sprawy. Decyzje co do taktyki wobec rozmówcy trzeba podejmować błyskawicznie.

 

Nie wiem, czy pani minister Maląg ktokolwiek doradza w sprawie kontaktu z mediami – sądzę, że raczej nie. Ja zatem udzielę rady całkowicie pro bono: sposób na zagadanie dziennikarza i wygłaszanie własnych sążnistych deklaracji zamiast odpowiadania na pytania może wydawać się skuteczny, ale tak nie jest. W „zaprzyjaźnionych” mediach to taktyka zbędna – tam i tak pytania nigdy nie będą kłopotliwe. Można zatem udawać, że prowadzi się rzeczywiście rozmowę i coś się wyjaśnia. W mediach, gdzie na służalczą przychylność prowadzącego rozmowę liczyć nie można, taka postawa sprawia natomiast, że w oczach odbiorców stajemy się kimś aroganckim, unikającym odpowiedzi, niekompetentnym. Obawiam się, że taki właśnie był skutek rozmowy pani minister z Marcinem Zaborskim.

 

Łukasz Warzecha

Zdalna praca nie zastąpi gościa w studiu – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Niemal dokładnie miesiąc temu pisałem na portalu SDP  o tym, jak może się zmienić telewizyjna publicystyka za sprawą epidemii. Stawiałem tezę, że dla mediów elektronicznych zapraszanie gości za pośrednictwem programów takich jak Skype, Zoom (od tego czasu odsunięty na dalszy plan z powodu swych problemów z zachowaniem szczelności), V-mix czy inne będzie tańsze, a więc ta metoda spowszednieje i będzie w użyciu po epidemii. Po miesiącu restrykcji i kilkunastu wirtualnych wizytach w różnych programach publicystycznych jestem bogatszy o nowe doświadczenia i mogę swoje poglądy sprzed miesiąca zweryfikować.

 

Dziś postawiłbym tezę, że zdalna obecność w programach publicystycznych stanie się powszechniejsza, ale na pewno nie zastąpi obecności fizycznej. Co więcej, sądzę, że media elektroniczne będą się starały jak najprędzej powrócić do tradycyjnej formy.

 

Przeciwko temu na pewno będą przemawiać pieniądze. Licencja na któryś z płatnych programów, mogących służyć do profesjonalnego zestawienia wirtualnego spotkania w studiu, kosztuje zapewne nie więcej niż kilka dni transportowania gości taksówkami. W zamian można mieć w studiu ludzi, którzy fizycznie nie mogliby się w nim pojawić. Jak pisałem miesiąc temu – odpadają też makijażyści, w niektórych mediach można ograniczyć działalność recepcji czy nawet oszczędzić na kawie. Wydaje się, że chodzi o absurdalnie małe sumy, ale media z powodu krachu rynku reklamowego znalazły się w tak ciężkiej sytuacji (o czym również na portalu SDP pisałem), że oszczędzenie w ten sposób tysięcy złotych miesięcznie może mieć znaczenie.

 

Jednak przez te kilka tygodni ujawniło się wiele minusów takiego modus operandi, zwłaszcza w telewizjach. Tam problem jest zdecydowanie największy.

 

Po pierwsze – są problemy techniczne. Łącza mają różną jakość i stabilność. Przy większej liczbie gości (tak jak w „Czterech Stronach Prasy” albo „Loży Prasowej”) zdarza się, że każdy z gości ma inne opóźnienie. Od momentu, gdy prowadzący skończy swoje pytanie, do chwili, gdy gość je usłyszy, zacznie odpowiadać i ta odpowiedź dotrze do widzów, mija czasami ponad sekunda. W telewizji to wieki, szczególnie jeśli nie dzieje się to raz, ale powtarza przy każdej wymianie zdań. Do tego dodać trzeba zrywające się czasem połączenie.

 

Sam miałem w ostatniej „Loży Prasowej” kłopotliwą sytuację: po ledwie kilku minutach programu (łączyłem się przez V-mix, który posługuje się jedynie przeglądarką) zamroził się mój obraz podglądu na studio (pozostałych uczestników nie widziałem) i tak już trwał zamrożony do końca programu. Miałem więc jedynie odsłuch i obraz samego siebie. Bardzo niekomfortowe.

 

Po drugie – kwestie techniczne właściwie eliminują żywą rozmowę. Owszem, to faktycznie porządkuje dyskusję, tak jak przewidywałem. Ale zarazem nieznośnie ją usztywnia. Reakcja na słowa innego gościa staje się nierzadko bezprzedmiotowa, a każda próba odezwania się poza wyznaczoną przez gospodarza kolejnością kończy się nałożeniem się na siebie kilku głosów. Bywa i tak, że z powodu opóźnienia prowadzący kilka razy powtarza „proszę”, czego gość nie słyszy, bo w tym samym czasie zaczyna mówić. Słysząc prowadzącego, przerywa, prowadzący znów mówi „proszę”… i tak dookoła Wojtek.

 

Po trzecie – to, co widzi widz, jest średnio atrakcyjne wizualnie. Każdy z gości jest pokazywany przez własną kamerę internetową, często o słabej rozdzielczości. Nie każdy potrafi dostosować oświetlenie w pomieszczeniu, gdzie się znajduje. Nie każdy umie złapać dobry kadr. Na ratunek przychodzą wszystkie możliwe triki, związane z wirtualną scenografią, ale to wciąż nie to, gdy manipulować trzeba dwoma, trzema czy czterema niemal nieruchomymi popiersiami. Pomiędzy którymi w dodatku nie ma żadnej interakcji. A przecież wizualna atrakcyjność programu przekłada się na jego oglądalność, a to z kolei – na reklamy.

 

Po czwarte – o czym również już wspominałem przed miesiącem – brak fizycznego kontaktu to brak interakcji opartej na niewerbalnych sygnałach. Zaś siedzenie w domu (nawet jeżeli część publicystów i komentatorów jednak wychodzi i spotyka się z ludźmi) generalnie wpływa na psychikę bardzo źle. Mam znajomych pracujących w redakcjach mediów elektronicznych lub dzienników, którzy mają serdecznie dość izolacji. Nie tylko dlatego, że ona źle na nas, bądź co bądź istoty społeczne, wpływa, ale też dlatego, że ogromnie trudno dzielić się pomysłami i konsultować je z sobą w warunkach pracy zdalnej. Jedna z redaktorek dużego dziennika mówiła mi już jakiś czas temu: „To koszmar. Mam ucho przyrośnięte do telefonu”. Na drugiej szali leży natomiast między innymi koszt powierzchni biurowej. (Nawiasem mówiąc, jedną z najgłębiej odmienionych w wyniku epidemii branż może się okazać deweloperka, sprzedaż i wynajem powierzchni biurowych właśnie).

 

Po piąte – nie wiem, jakie odczucia mają inni zdalni goście programów publicystycznych, a już zwłaszcza ci, którzy – jak prezenterzy TVN24 – prowadzą całe bloki z domu, ale mnie domowe otoczenie nie pozwala się w pełni skupić. Choć od lat pracuję z domu i w domu piszę teksty, to przywykłem, że komentuję ze studia, gdzie nic mnie nie rozprasza. Muszę się przyznać, że siedząc przy swoim biurku i łącząc się zdalnie z tą czy inną telewizją, mam nieodpartą ochotę zapalić fajkę, jak zwykłem robić przy pracy…

 

Powyższe uwagi w jakimś stopniu odnoszą się również do radia, choć tam brak obrazu ujmuje połowę problemów. Wciąż pozostają kwestie fizycznego kontaktu między gośćmi i prowadzącym czy jakości technicznej. Zwykły telefon nie jest idealnym rozwiązaniem, choć zastępował wizytę w studiu już wcześniej. Są na to jednak sposoby: goszcząc zdalnie w Tok FM, korzystałem z ichniejszej aplikacji, możliwej do zainstalowania w każdym systemie (z komórkami włącznie), dającej jakość transmisji bliską studyjnej. Wciąż jednak inaczej siedzi się z gośćmi i prowadzącym w studiu, a inaczej nadaje z daleka.

 

Można oczywiście zadać sobie klasyczne w takiej sytuacji pytanie: czy ludzie się aby nie przyzwyczają – i goście, i dziennikarze, i widzowie? Wszak przywyknąć można do wszystkiego. Odpowiadam: nie. Sytuacja nie jest bowiem tak drastyczna, aby przyzwyczajenie się wymuszała. Nie zgadzam się z twierdzącymi, że mamy do czynienia z „wojną”. W ogóle odłożyłbym na przyszłość orzekanie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia: z wielką medialną histerią, opartą na kilku spektakularnych, ale niereprezentatywnych przykładach krajów, gdzie sytuacja z wielu złożonych powodów stała się wyjątkowo zła – czy może naprawdę z pandemią, jakiej świat nie widział. Tak czy owak, to nie jest ani dżuma, ani ebola. Oczekiwanie powrotu do normalności, lekko może tylko zmodyfikowanej, jest ogromne i to się stanie – choć oczywiście konsekwencje ekonomiczne będą potężne. Dziś zatem przewidywałbym, że zdalna praca i zdalne komentarze będą w mediach, owszem, obecne częściej niż dotąd, ale jednak fizycznej obecności gości w studiu czy dziennikarzy w redakcji nie wyprą i nie zastąpią. Co jest jakoś w tej smutnej sytuacji jednak optymistyczne.

 

Łukasz Warzecha             

30 lat później uciekamy z kina „Wolność” – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Film „Ucieczka z kina »Wolność«” Wojciecha Marczewskiego ma niemal tyle samo lat, od ilu nie istnieje już w Polsce Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk: 30. Kilka dni temu – 11 kwietnia 1990 roku – przypadała rocznica likwidacji urzędu z ul. Mysiej.

 

Szkoda, że film Marczewskiego jest trochę zapomniany, bo historia cenzora nieumiejącego sobie poradzić z aktorami, którzy z ekranu kinowego nagle zaczynają mówić własnym tekstem, powinna i dzisiaj dawać do myślenia. Dlaczego? O tym za moment.

 

Najpierw zapomnijmy na moment, że była w Polsce komuna i cenzura. Przeczytajmy:

 

Mamy nadzwyczajne czasy. Polskie państwo zmaga się z być może największym wyzwaniem od 1989 roku. Rząd ofiarnie pracuje, aby powstrzymać rozwój epidemii. W tym czasie ogromną szkodę wyrządzają różne nieodpowiedzialne opinie i informacje, pojawiające się w sferze publicznej. Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to kwestionowanie rządowej strategii, wydawanych rozporządzeń, dzielenie włosa na czworo, podważanie kompetencji policjantów, pełniących ofiarnie służbę czy zawracanie głowy urzędnikom Ministerstwa Zdrowia absurdalnymi pytaniami.

 

To nie jest fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi. To odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków. Czy to państwu czegoś nie przypomina? Czy przywrócenie urzędu z Mysiej nie byłoby spełnieniem marzeń tych, którzy wygłaszają takie poglądy?

 

Ale też – czy to się częściowo nie dzieje? Z zaskoczeniem przeczytałem taką oto informację: „PAP i GovTech Polska uruchamiają narzędzie #FakeHunter. Państwowa aplikacja ma pomóc w walce z dezinformacją w sieci. Na razie na temat koronawirusa. W demaskowanie fake newsów może się włączyć każdy internauta. Wystarczy zgłosić budzącą nasze wątpliwości treść do zweryfikowania. W tym celu stworzona została dedykowana aplikacja. Informację sprawdzą – w oparciu o wiarygodne źródła – eksperci, a zgłaszający otrzyma link zwrotny z werdyktem”. Sprawdzanie faktów to dobry kierunek, ale niepokojące jest, gdy włącza się w to państwowa instytucja medialna. Zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie szczęśliwie na razie bezpłodne groźby posła (dziś europosła) PiS Dominika Tarczyńskiego, że stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne. Przy czym – jak już wiele razy pisałem – tym mianem (czyli z angielska fakenewsami) politycy chętnie nazywają po prostu niepasujące im opinie. Połączenie tych faktów powinno zapalić dziesięć lampek alarmowych naraz. To naprawdę jakaś zaskakująca tęsknota za nowoczesną formą cenzury.

 

Inny wątek to próba przedstawiania pracujących normalnie – czyli zadających pytania – dziennikarzy jako (przepraszam za zwrot, ale tak to jest nazywane) „zawracających d…” ofiarnie pracującym politykom. Jak pisałem niedawno na portalu SDP – to jest moment, gdy dziennikarze powinni szczególnie pilnować władzy, bo właśnie teraz najłatwiej usprawiedliwić wszelkie nadużycia wyjątkowymi okolicznościami. Dotyczy to także przepytywania urzędników państwowych, w tym Ministerstwa Zdrowia. A nawet szczególnie jego, ponieważ to ono odpowiada w największym stopniu za to, jak dzisiaj funkcjonuje Polska. Wnioskowanie o udostępnienie informacji publicznej – do samego urzędu przez NGO-sy lub obywateli, do rzeczników prasowych przez dziennikarzy – nie jest żadnym „zawracaniem d…”. Rzecznik prasowy nie robi nikomu łaski, udzielając odpowiedzi na pytania, zadawane przez dziennikarza. Za to mu płacą, taka jest jego rola i ma obowiązek się z tego zadania wywiązywać. Jeśli nie daje rady, minister powinien zmienić rzecznika lub powiększyć zespół prasowy.

 

Nikt nie zawiesił obowiązywania Ustawy o dostępie do informacji publicznej, na mocy której o odpowiedź mogą się zwracać nie tylko dziennikarze. Tymczasem MZ uznało najwyraźniej, że ta regulacja już go nie obowiązuje. Kompletne zignorowanie moich skromnych pytań, dotyczących obowiązkowych rękawiczek w sklepach, wysłanych do MZ w momencie ogłoszenia tej regulacji, to może nic takiego. Ale można odnieść wrażenie, że resort Łukasza Szumowskiego uznał, że już nic w tych sprawach nie musi poza dwuzdaniowymi odpowiedziami na zdalnie wysyłane pytania na konferencjach prasowych.

 

Oto jeszcze 23 marca wrocławskie Stowarzyszenie Polska Pro skierowało do MZ pytania m.in. o posiadane przez Polskę zasoby środków ochronnych oraz prognozy rozwoju epidemii. 27 marca z ministerstwa nadeszła odpowiedź w klasyczny sposób ogólnikowa i nie odpowiadająca nawet na najprostsze z zadanych pytań. Jedno z nich brzmiało: „Czy MZ dysponuje prognozą rozwoju epidemii w Polsce na najbliższe tygodnie?”. Jak słusznie zauważa stowarzyszenie, na to pytanie można udzielić krótkiej odpowiedzi: tak lub nie. Zamiast tego MZ stwierdziło między innymi, że „wszelkie procesy natury biurokratycznej zostały ograniczone do niezbędnego minimum, w tym również sprawozdawczość na potrzeby informacji publicznej”. (Korespondencję skierowaną do MZ można znaleźć m.in. w tym tłicie stowarzyszenia).

 

Rzadko używam takich słów, ale tym razem tak uczynię: takie postawienie sprawy to skandal. Żadne rozporządzenie ani ustawa nie zwalniają w tej chwili MZ z udzielania informacji publicznej w ustawowym terminie 14 dni i odpowiadania NGO-som czy dziennikarzom na zadawane pytania. Zwłaszcza, gdy są to pytania, dotyczące spraw naprawdę istotnych – między innymi tego, na jakiej podstawie MZ podejmuje swoje daleko idące decyzje, dezorganizujące normalną działalność państwa. Stowarzyszenie Polska Pro skierowało swoje pytania ponownie, przy okazji indagując ministerstwo, na jakiej postawie uznało ono, że ustawa o dostępie do informacji publicznej przestała je obowiązywać.

 

Ja również wysłałem do rzecznika ministerstwa swoje pytania. Chciałbym się między innymi dowiedzieć, na podstawie jakich modeli minister zdrowia kształtuje swoje prognozy przebiegu wypadków, jakie grupy ekspertów oceniają dla niego gospodarcze skutki podejmowanych decyzji oraz co w praktyce oznacza wprowadzony rozporządzeniem RM z 10 kwietnia obowiązek zakrywania ust i nosa „poza miejscem zameldowania lub stałego pobytu” (obowiązujący od najbliższego czwartku). Czekam na odpowiedź.

 

Często powtarzana jest fraza, że obecny czas to test – dla naszej jedności, zdyscyplinowania, odpowiedzialności. Może. Ja jednak widzę go przede wszystkim jako czas testu poważnego traktowania państwa i obywateli, naszych swobód i wolności, a także dla odpowiedzialności dziennikarzy za przypilnowanie tych właśnie spraw. Niestety, mam wrażenie, że ten test koncertowo oblewamy.

 

Łukasz Warzecha

Przemilczanie  – ŁUKASZ WARZECHA o tym co w mediach nieobecne 

Film Stevena Spielberga „Czwarta władza” (The Post, 2017) opowiada historię Katherine Graham, właścicielki i wydawcy dziennika The Washington Post. W 1971 r. gazeta wchodzi w posiadanie tajnych rządowych dokumentów, dotyczących przebiegu wojny w Wietnamie. Bohaterka staje przed wyborem: narazić gazetę i – jak twierdzą waszyngtońscy urzędnicy administracji Richarda Nixona – bezpieczeństwo państwa czy opublikować informacje, bo taka jest misja wolnych mediów w wolnym kraju. Sprawa kończy się przed Sądem Najwyższym, który ostatecznie opowiada się po stronie wolnej prasy, a materiały, zdobyte przez The Washington Post oraz The New York Times publikują inne amerykańskie gazety w geście solidarności.

 

Niedługo później – czego już film Spielberga nie opowiada, ale co pokazuje z kolei znakomity film „Wszyscy ludzie prezydenta” (All the President’s Men, 1976) Alana J. Pakuli – ten sam dziennik ujawnia aferę Watergate, w konsekwencji doprowadzając do rezygnacji Nixona z urzędu w roku 1974. W ten sposób prezydent uniknął prawdopodobnie nieuchronnego złożenia z urzędu w wyniku procedury impeachmentu.

 

W obu tych historiach przewija się to samo pytanie: czy w kluczowych i trudnych dla państwa (wojna w Wietnamie, zagrożenie ze strony komunizmu) momentach media powinny wskazywać wątpliwe działania władzy, analizować je krytycznie, ujawniać uderzające w nią dokumenty – czy może, w imię swoiście pojmowanej odpowiedzialności za państwo, powinny zamilknąć i poddać się autocenzurze? To nie jest dylemat wydumany ani prosty do rozstrzygnięcia. W obu przypadkach dziennikarze jednoznacznie opowiedzieli się za pierwszą drogą postępowania i dzisiaj, przypominając sobie tamte wydarzenia, oglądając Meryl Streep jako Katherine Graham czy Roberta Redforda oraz Dustina Hoffmana jako Boba WoodwardaCarla Bernsteina, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że była to jedyna słuszna i godna pochwały decyzja.

 

Wiele osób powinno sobie dzisiaj, w czasie szczególnym, oba te filmy przypomnieć lub obejrzeć po raz pierwszy. Bywają bowiem momenty, w których równie ważne jest to, o czym dziennikarze nie mówią, jak to, o czym mówią. Miewaliśmy w przeszłości sytuacje, w których media głównego nurtu uparcie omijały niektóre niewygodne sytuacje i zagadnienia – by wspomnieć choćby słynne przesłuchanie prezydenta Bronisława Komorowskiego w sprawie Wojciecha Sumlińskiego w 2014 roku.

 

Dziś, gdy naczelnym tematem jest pandemia w powiązaniu z polskim kryzysem politycznym, wydawałoby się, że rodzime media będą się intensywnie zajmować wszystkimi aspektami sytuacji. A jednak tak nie jest.

 

Jednym z najważniejszych wątków sytuacji jest ograniczanie praw obywateli. Konieczne, niekoniecznie, zgodne z prawem czy prawo naruszające – to jest właśnie tematem do dyskusji. W ostatnim czasie, po kolejnych zaostrzeniach restrykcji, trzeba by jeszcze dodać kwestię egzekucji obostrzeń, policja bowiem zaczęła masowo ścigać obywateli, naruszających rządowe rozporządzenia. Tymczasem temat krytycznej analizy tego aspektu sytuacji jest w mediach w zasadzie nieobecny.

 

Ja sam poświęcam mu szczególnie dużo uwagi. Po pierwsze – ze względu na moje poglądy i przekonania, w których wolność osobista zajmuje bardzo ważną pozycję. Po drugie – ponieważ uważam za groźną obecną sytuację. To model postępowania, który powtarzał się w historii już kilka razy, ostatnio po 11 września 2001 roku: pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo obywateli w obliczu nowego, potężnego zagrożenia, wprowadza się naruszające nasze prawa i prywatność regulacje, które według deklaracji władzy mają być tymczasowe, a zostają już na zawsze. Mający taki charakter i przegłosowany w atmosferze wielkich kontrowersji i nacisku ze strony administracji George’a W. Busha amerykański Patriot Act obowiązuje do dzisiaj. Po trzecie – co powinno nas jako dziennikarzy interesować szczególnie – ponieważ krytyczną analizę działań rządzących, szczególnie pod kątem ograniczania praw obywateli, uważam za jeden z najpoważniejszych obowiązków publicysty czy, bardziej ogólnie, mediów.

 

I w tym ostatnim punkcie, jak mi się wydaje, nie mamy zgody. Być może się mylę, ale wygląda to tak, jakby media ogarnął rodzaj paraliżu, dotyczącego tego konkretnego aspektu sytuacji. Mimo bardzo licznych analiz prawnych, wskazujących na mnóstwo wątpliwości, dotyczących zarówno samych przepisów, jak i sposobu ich egzekwowania oraz mimo wielu historii, ilustrujących te wątpliwości, obecność tego wątku w mediach jest śladowa. Dlaczego?

 

Widzę dwie odpowiedzi. Pierwsza to swego rodzaju medialna inercja i efekt gromadzenia się pod flagą. W ten sposób określa się sytuację, w której w nadzwyczajnych okolicznościach nawet osoby (lub uczestnicy życia publicznego) zwykle niechętne rządzącym bezwarunkowo wspierają wszelkie ich działania. Dla mediów, szczególnie elektronicznych, siłą napędową są dzisiaj kolejne statystyki zachorowań i zgonów, konferencje prasowe polityków, epatowanie emocjami. Znacznie mniej miejsca jest na krytyczną analizę, z oczywistych powodów w zasadzie nieobecną w mediach państwowych. Być może jest ona uznawana za coś nieodpowiedniego.

 

Tu pojawia się druga możliwa przyczyna: spór o to, co znaczy odpowiedzialność. I nie jest to spór błahy. Dla części środowiska dziennikarskiego – nie udawajmy, że nie ma tu znaczenia istniejący w nim podział polityczny – odpowiedzialność polega na tym, żeby w trudnym czasie nie budzić wątpliwości. Oznaczałoby to zatem powstrzymanie się od jakichkolwiek krytycznych analiz działania aparatu państwowego – czy to wprowadzanych ograniczeń, czy postępowania służb, czy generalnego kierunku polityki.

 

Rozumiem to stanowisko, ale kompletnie go nie podzielam. Więcej: uważam je za niebezpieczne. Sytuuje nas ono blisko autocenzury i pokazuje już właściwie efekt mrożący. Postrzegam swoją – jako dziennikarza i publicysty – odpowiedzialność zupełnie inaczej. Właśnie w okresie, gdy grozi nam, że strach całkowicie przysłoni zdrowy rozsądek i pozbawi nas skłonności do krytycznej analizy sytuacji, rolą publicysty, a także dziennikarza informacyjnego powinno być wskazywanie słabych punktów, wątpliwości czy działań i decyzji wprost bezprawnych. To w tym czasie odpowiedzialność większa niż kiedykolwiek, ponieważ w takich właśnie okolicznościach najłatwiej nie dostrzegać tego co, złe. Można też założyć, że często nie widzą tego ci, którzy podejmują decyzje i potrzebny jest ktoś, kto na takie słabe miejsca wskaże.

 

Postawę biernej akceptacji wszystkich działań władzy przez dziennikarzy uważam za swego rodzaju zdradę własnej misji.

 

Łukasz Warzecha

Potrzebny jest program pomocy mediom – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Dziennikarze będą jedną z najciężej dotkniętych pandemią grup – nie ma co do tego wątpliwości. Nie w sensie medycznym, ale życiowym i finansowym. Media, które nie są podczepione pod rządowy kurek z pieniędzmi (choć w jakimś stopniu nawet te), już zaczęły ciąć zatrudnienie i wynagrodzenia. Jeśli kończy się tylko na tym drugim wariancie, to i tak nieźle. Działa tu elementarny łańcuszek ekonomiczny – i będzie gorzej.

 

Media żyją z dwóch źródeł: reklamy i sprzedaży (w przypadku tych drukowanych, choć druk należy dzisiaj traktować czysto umownie). Są jeszcze media publiczne, które dzięki podpisowi prezydenta, złożonemu tuż przed zamknięciem państwa, mają zapewnione finansowanie. Reklama w zasadzie padła, jest bowiem nieodmienną prawidłowością, że wydatki marketingowe są w trudnej sytuacji ścinane jako pierwsze. Posypały się w związku z tym budżety nawet dużych medialnych organizacji, w tym tych, które nie zależą od sprzedaży, bo dla nich reklama jest podstawowym źródłem utrzymania.

 

Tąpnięcie sprzedaży dobija natomiast gazety wszelkiego rodzaju. Dramatyczne skutki miało zamknięcie niemal w całości centrów handlowych, a w wyniku niedopracowanego i niezrozumiałego rozporządzenia – w pierwszym momencie również znajdujących się tam saloników prasowych. Rozporządzenie zmieniono dopiero po interwencji Izby Wydawców Prasy, ale wiadomo, że i tak ruch w tych punktach jest minimalny. A przecież sytuacja mediów drukowanych i tak była już wcześniej fatalna, między innymi w związku z katastrofą Ruchu.

 

Ogromna część dziennikarzy nie ma umów o pracę. Pracują na umowach o dzieło, a więc nie przysługują im standardowe zabezpieczenia. Nie mam z tym problemu i nigdy nie miałem – sam tak pracuję przez całe życie i nie chciałbym tego zmieniać. Nawet teraz nie uważam, żeby umowa o pracę w jakikolwiek istotny sposób zabezpieczała moje interesy. Jednak od początku epidemii staram się wybiegać w przyszłość i zastanawiać się, jakie będą długoterminowe konsekwencje tego, co się teraz dzieje. I tu, niestety, trudno być optymistą.

 

Odnotować trzeba przede wszystkim głupią, plemienną satysfakcję części odbiorców, radujących się problemami mediów, których nie lubią. Jakaś grupa była zachwycona tym, że „Wprost” i mój tytuł – „Do Rzeczy” – zostały zmuszone okolicznościami do wydania numerów w formie jedynie wirtualnej (kolejny, aktualny numer „Do Rzeczy” jest znów również w papierze), zaś „Wprost” po tym ciosie już się nie podniosło. Inna grupa była szczęśliwa, gdy zdecydowano się zamknąć kina, bo przecież Helios to Agora, a Agora to „Wyborcza” i oby padła jak najszybciej!

 

Z tego tonu wyłamywały się nieliczne osoby – jak choćby Wojciech Czuchnowski, który na Twitterze, ku zgrozie zatwardziałych antypisowców, zauważył, że ta tonacja mściwej satysfakcji jest bardzo smutna, bo media są w debacie publicznej potrzebne, również te, z którymi się nie zgadzamy.

 

Podzielam ten pogląd, przy czym epidemia i związana z nią zapaść gospodarcza będzie tu miała głębsze konsekwencje. Najstabilniejsza jest bowiem sytuacja mediów państwowych, które są mocno zaangażowane w walkę polityczną – a to one, dzięki państwowej dotacji, wyjdą z kryzysu obronną ręką. Powinny sobie też poradzić największe prywatne podmioty mediów elektronicznych, choć i tam cięte są budżety. Najtrudniej będzie mediom słowa pisanego, które z natury rzeczy są najbardziej analityczne, zwłaszcza w segmencie tygodników. Fatalna będzie sytuacja niezależnych, małych podmiotów, działających na pograniczu think-tanku i medium. Te żyją w jakiejś części z publicznych grantów, ale częściej te prawdziwie niezależne – z pieniędzy z darowizn, 1 procenta, datków. Jasne jest natomiast, że tego typu wydatki to pierwsze, co się ogranicza, gdy trzeba robić oszczędności – a będą je musieli robić wszyscy konsumenci. Również 1 procent będzie znacząco niższy – jeszcze nie w tym roku, ale w kolejnym już tak. I to będzie dramatyczny spadek.

 

To oznacza, że pewnego rodzaju dziennikarstwa, informacji, publicystyki będziemy mieli więcej, a innej mniej. Mniej będzie akurat tej bardziej wnikliwej, pobudzającej do wątpliwości i myślenia; więcej – tej propagandowej, uproszczonej, bo taki jest na ogół przekaz mediów elektronicznych. Najmocniejsza będzie wsparta publicznymi pieniędzmi pozycja mediów państwowych z ich prorządową narracją, kontrowana przez media elektroniczne rządowi wrogie. I to jest bardzo zła wiadomość.

 

Wygląda na to, że tworząc swoją „tarczę antykryzysową”, a właściwie tarczkę (bo jej zakres i oferowane możliwości są bardzo wąskie i mocno niewystarczające), rząd tego sektora kompletnie nie wziął pod uwagę. To powinna być inicjatywa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale chyba nie ma w tym urzędzie refleksji na ten temat.

 

Media mogą oczywiście skorzystać z pomocy na takiej samej zasadzie jak wszystkie inne firmy, ale przecież mają jednak szczególną funkcję i swoją specyfikę działania. Z drugiej strony nikt nie powinien zakładać, że będą ratowane tak, jak dofinansowuje się media państwowe. Powinny jednak powstać instrumenty pomocowe, skierowane specjalnie do nich – i to bez różnicy, czy mówimy o mediach prorządowych czy antyrządowych, analitycznych czy popularnych. To kwestia ocalenia już nawet nie jakości debaty publicznej, ale samej debaty.

 

Dla każdego, kto kojarzy, jak działa gospodarka, jasne jest, że problem z epidemicznym kryzysem ma dwa wątki. Pierwszy, bieżący, to podtrzymanie zatrudnienia i płynności firm, które zmuszone są do przestoju, często w wyniku decyzji administracji rządowej. Drugi, który pojawi się później, kiedy już będzie można wznawiać działalność, to popyt, który będzie dramatycznie ograniczony, ponieważ znacznie biedniejsi niż przed kryzysem konsumenci będą redukować do minimum swoje wydatki. Zarobią ci, którzy działają w branżach pierwszej potrzeby – na przykład w handlu spożywczym czy produkcji żywności – ale już nie ci, którzy produkują na przykład elektronikę użytkową czy handlują samochodami. Media, za które trzeba zapłacić, będą tutaj ostatnie w kolejce wydatków. I nawet agresywna redystrybucja (pomysł sam w sobie wątpliwy) niewiele by tu zmieniła.

 

W bardzo wielu programach pomocowych – ale niestety nie w polskim – ważne miejsce zajmuje uruchomienie pieniędzy pozwalających na podtrzymanie działalności. Nie w formie grantów, ale w postaci łatwo dostępnego i taniego kredytu. To jest oczywiście czynnik proinflacyjny, ale ekonomiści chyba słusznie wierzą, że inflacja nie będzie tu dużym problemem, ponieważ przy dramatycznym spadku popytu wzrost cen wydaje się mało prawdopodobny.

 

Tak czy owak, brakuje programu, który na takiej właśnie zasadzie dawałby mediom, szczególnie tym najbardziej narażonym na skutki kryzysu, szansę przetrwania, z uwzględnieniem ich całej specyfiki – w tym specyfiki tych najmniejszych, dotychczas działających tylko za sprawą hojności ich czytelników. To dziś może się wydawać mało istotne, ale właśnie już teraz powinniśmy myśleć o tym, jak będzie zorganizowany świat po epidemii.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarstwo przez Skype’a – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

W pierwszym tygodniu najostrzejszych jak dotąd restrykcji związanych z epidemią brałem udział zdalnie w czterech programach. Jeden z nich (na platformie wSensie.pl) prowadziłem ze studia, mając przed sobą na monitorze gościa, mówiącego przez Skype’a. Najpoważniejszym przedsięwzięciem był sobotni wieczorny program publicystyczny w Polsat News, prowadzony przez Grzegorza Jankowskiego, bo tam prócz mnie za pośrednictwem komunikatora Microsoftu było trzech innych gości. Wszystko poszło właściwie bezproblemowo.

 

Wiele telewizji – choć akurat niekoniecznie w Polsce – korzystało się z takiej formy wirtualnych wizyt gości w studiach już od dawna. U nas to się średnio przyjęło, lecz teraz sytuacja wymusiła takie działania. Może to nawet bardziej marketing niż uzasadniona ostrożność – kiedy z konieczności modne staje się trzymanie dystansu, media chcą się pokazać jako odpowiedzialne.

 

Na razie wszystko dzieje się trochę na żywioł, a goście najczęściej pojawiają się w studiach właśnie za pośrednictwem Skype’a. Nierzadko w słabych kadrach, źle doświetleni, w niskiej rozdzielczości – i trudno się dziwić, bo wielu z nich korzysta z tego, co ma pod ręką. Tylko mała część komentatorów bawiła się w nagrywanie choćby najprostszych vlogów czy przynajmniej okazjonalnych filmów na YT w taki sposób, żeby mieć przyzwoite tło, kamerkę działającą w full HD i pobawić się choć trochę oświetleniem. To wszystko zacznie się jednak zmieniać, jeśli taki sposób komunikacji zostanie z nami na dłużej. A tego wykluczyć nie można, nawet wtedy, gdy epidemia już minie.

 

Po pierwsze – to dla telewizji oszczędność. Obecność gości w studiu to koszty – zwykle oferuje się im transport. To też praca makijażystów i obsługi. W skali roku oszczędności mogą być spore.

 

Po drugie – przejście na wirtualną obecność gości w studiu oznacza, że znikają ograniczenia w ich zapraszaniu, wynikające z odległości. Mój redakcyjny kolega Marcin Makowski, mieszkający w Krakowie, przyjeżdżał do Warszawy kilka razy w miesiącu, żeby wziąć udział w programach z komentatorami i była to dla niego uciążliwość. A nie był jedyną taką osobą.

 

Ale są też wady. Przede wszystkim całkiem inaczej rozmawia się z ludźmi, których widzi się na monitorze, a inaczej z ludźmi, których ma się naprzeciwko siebie. To truizm, ale żadna wirtualna konferencja nie zastąpi bezpośredniej rozmowy i interakcji. Technologia wymusza też większy porządek, ale zarazem usztywnia rozmowę. Przy połączeniu przez komunikator goście nie mogą wchodzić sobie w słowo, bo stałoby się to już kompletnie niezrozumiałe dla słuchaczy. Prowadzący rozmowę musi działać jak pani w szkole, udzielając głosu po kolei. Szczególnie ciekawe, jak w takiej formie zaczną wyglądać programy z politykami, którzy z przekrzykiwania się zrobili swoistą dziedzinę sportu.

 

Bardzo możliwe, że w miarę przedłużania się obecnej sytuacji – a można założyć spokojnie, że potrwa to przynajmniej kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – sprawy techniczne będą dopracowywane. Skype jest o tyle prostym narzędziem, że ma go niemal każdy – to aplikacja Microsoftu, która łatwo integruje się z systemem Windows, ale jest też dostępna w wersji mobilnej. Są jednak programy alternatywne, jak WhatsApp (własność Facebooka) czy sam Messenger (część FB). Są też bardziej wyspecjalizowane rozwiązania, takie jak systemy amerykańskiej firmy Zoom, tworzone specjalnie do obsługi zdalnych konferencji (zdolne obsłużyć naraz nawet kilkuset, a co dopiero kilkoro użytkowników). Niewykluczone, że wkrótce pojawią się technologie dostosowane specjalnie do potrzeb mediów – dające dobrą jakość transmisji, stabilność połączenia, możliwość manipulowania obrazem z poziomu realizatora i łatwość dołączenia gości, którzy nie będą już musieli niczego instalować na swoich komputerach czy smartfonach – wystarczy, jeśli klikną link (to zresztą już tak działa w przypadku konferencji Zooma) To nowa, choć niszowa gałąź rynku. Jeżeli teraz stacje telewizyjne czy radiowe zainwestują w tego typu rozwiązania (gdy już powstaną, ale potrzeba jest matką wynalazków i wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby przedsiębiorczy informatycy już nad takimi programami pracowali), to nawet po epidemii będą chciały nadal z nich korzystać. Wizyty w studiu mogą się stać taką rzadkością, jaką dotąd były łączenia przez aplikacje. Dla widza może to być mniej atrakcyjne – ale może właśnie będzie przeciwnie? Przecież teraz może trochę zajrzeć każdemu do domu czy biura, nawet jeśli kadr jest wąski.

 

Może ta zmiana była nieunikniona, a koronawirus ją tylko przyspieszył? Jeśli okaże się trwała, będę jednak żałował. Konieczność pojechania do studia to pewna mobilizacja. Inaczej rozmawia się z żywymi gośćmi przed kamerami i mikrofonami, a inaczej z obrazami wyświetlanymi na ekranie komputera. Program w radiu czy telewizji to też kulisy, których widz nie zna. Rozmowy poza kamerą, dzielenie się wiadomościami. Zdalna obecność zabiera nam to wszystko.

 

Cóż, być może to jednak tylko fragment większej całości – kompleksowych zmian, które wymusi pandemia, a które będą sprzyjać zatomizowaniu społeczeństwa. To może być wielka i bardzo groźna przemiana, o której na razie mało kto myśli, bo na głowie mamy bardziej bieżące problemy.

 

Łukasz Warzecha