Na razie Putin zmobilizował Rosjan do ucieczki z kraju. Na zdjęciu granicą z Gruzją. Fot. Twitter

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Putin słabnie!

Zgadzam się z główną tezą artykułu Cezarego Krysztopa „Putin zmobilizował Rosjan?”, o przedwczesnym biciu w dzwony z powodu ogłoszonej mobilizacji u naszego wschodniego sąsiada. Uważam jednocześnie, że ogłaszanie sukcesu jest mocno przesadzone.

Analitycy pukają się w czoło, po kiego grzyba Wielki Brat okazuje słabość na oczach całego świata. Ogłaszanie powszechnej  mobilizacji nie jest oznaką siły, a wyłącznie słabości. Młodzi Rosjanie nie chcą umierać za Putina. Cenniejsze jest im życie, może biedne, ale swojskie.

Surowce ponad moralność

Władimir Putin pręży muskuły z jednego powodu. Surowców. Monopolu praktycznie na eksport gazu i ropy naftowej w naszej części Europy. Stąd postawa strusia takich krajów jak Francja czy Niemcy. Nie rozumiem też władz Polski, dlaczego milczą w sprawie udzielenia gościny młodym dezerterom. Tak pięknie zachowaliśmy się jeśli chodzi o uciekających spod rosyjskich bomb Ukraińców. Według różnych szacunków, w Polsce drugi dom znalazło od 2,5 do 3 mln Ukraińców. Rosjanie różnią się od Ukraińców tylko przywódcą: gigantomaniak kontra bohater. Ministrem obrony narodowej Siergiejem Szojgu, który za nic ma ludzkie życie. Pojawia się w przestrzeni publicznej, po czym nagle na kilka tygodni znika. Nie bierze udziału w obowiązkowych, stałych protokołach wojskowych. Podobnie, raz po raz, zapada się pod ziemie szef sztabu generalnego rosyjskiej armii Walerij Gierasimow. Z kolei prawa ręka Putina szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówi prawdę wtedy, jak się pomyli.

Świat opanowała rusofobia

Ostatnio, na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych przybył półtorej godziny spóźniony – w swoim przemówieniu oskarżył cały świat o rusofobię, Ukraińców nazwał nazistami. Wytknął Zachodowi fakt „pompowania w Ukrainę broni, a oskarżenia o zbrodnie wojenne wysuwane wobec Rosji nazwał czystą propagandą”. Dodał też, że Zachód dostarczając Ukrainie broni i szkoląc jej żołnierzy stał się stroną konfliktu. Minister spraw zagranicznych Ukrainy,  Dmytro Kułeba skomentował krótko, nawiązując do wydarzeń na froncie w swoim kraju: „rosyjscy dyplomaci uciekają równie szybko jak rosyjscy żołnierze”. Następnie w swoim emocjonującym wystąpieniu zapewnił, że „Rosja nigdy nie będzie w stanie zabić wszystkich Ukraińców„. Pokazał przy tym niebiesko-żółtą opaskę podobną do tej, którą znaleziono na nadgarstku zwłok zabitego ukraińskiego żołnierza w jednym z odkrytych masowych grobów w Iziumie. Dodał też, że gdy po rosyjskiej agresji tysiące Ukraińców wróciło z zagranicy, by bronić kraju, teraz tysiące Rosjan ucieka przed ogłoszoną przez Putina mobilizacją.

Utrzymać międzynarodowy porządek

W Nowym Jorku, jak można się było spodziewać, padło wiele przykrych słów, których zapewne nie w smak było słuchać Siergiejowi Ławrowowi. Dlatego, po wygłoszeniu swojego spiczu, opuścił zgromadzenie. Jak baletnica, która odtańczyła swój taniec i zniknęła za kotarą. Sekretarz stanu USA Antony Blinken mówił, że doniesienia z Ukrainy świadczą o systematycznym popełnianiu zbrodni przez Rosjan. I dodał: „Cały porządek międzynarodowy, który jesteśmy zobowiązani podtrzymywać, jest rozdzierany na naszych oczach. Nie możemy i nie pozwolimy na to, by pogwałcenie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy uszło prezydentowi Putinowi na sucho„.

Równie przejmujące przemówienie na 77. Sesji plenarnej Zgromadzenia ONZ wygłosiła głowa naszego kraju Andrzej Duda. Podniósł Ukraińców na duchu, zapewniając, że ostatecznie wojnę wywołaną rosyjskimi bombami – „Ukraina zwycięży”. Z pomocą przyjaciół. Zarzucił Rosji wywołanie wojny z powodu „sentymentów imperialnych” oraz „kolonialnej, nacjonalistycznej pychy”. Prezydent RP podkreślił, że właściwie Rosja już przegrała, bo „agresor (…) nie zdołał ujarzmić wolnego narodu (..) nie rozproszył ukraińskiej armii”.

Ważna wolność przekazu

Wojna na Ukrainie dowodzi, jak ważne są media. Zwłaszcza niezależne. Wolność słowa.

Choćby niedawno dowiedzieliśmy się z niezależnego portalu Ukraińska Prawda, który powołuje się na przewodniczącą fundacji opiekującej się pułkiem Azow, że uwolnieni z rosyjskiej niewoli ukraińscy wojskowi są w szokująco złym stanie. Niemal wszyscy z 215 uwolnionych jeńców cierpią z powodu niedożywienia. Świat obiegły zdjęcia młodych mężczyzn, żywych szkieletów.

Niezależny publicysta i politolog Andrij Piontkowski, na którego nagranie powołuje się agencja Unian podał, że Władimir Putin – doprowadzając do drastycznych sankcji gospodarczych bijących po kieszeni oligarchów, zaczął im „zawadzać”. Żeby wyjść z twarzą, Kreml planuje ogłosić chorobę prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina.

Rosyjskie kierownictwo dyskutuje o tymczasowym przekazaniu uprawnień prezydenta Federacji Rosyjskiej organowi kolektywnemu – Radzie Bezpieczeństwa. Inicjatorem tego pomysłu ma być Jurij Walentowicz Kowalczuk, jeden z najbliższych współpracowników Putina, człowiek, który miał doradzać prezydentowi Rosji rozpoczęcie „operacji specjalnej„.

Teraz, zdaniem Piontkowskiego, Jurij Walentowicz Kowalczuk miał zrozumieć, że Rosja przegra. Uznał, że najważniejsze jest w tej sytuacji zachowanie wpływów grupy rządzącej. Zajęcie Ukrainy schodzi na dalszy plan. Do tego niezbędne jest jednak odsunięcie od władzy Putina. Wtedy „poszerzy się pole manewru polityki zagranicznej, bo otrzymają większe szanse na miękką wersję kapitulacji”.

Przynajmniej dziengi na czas

Wierzę, że te słowa i obrazy docierają również do rosyjskich rodzin, matek i ojców młodych rekrutów, adresatów akcji mobilizacyjnej.

Mieszkający od 3 lat w Polsce Siergiej, z pochodzenia  Mołdawianin, zanim trafił nad Wisłę, „za chlebem” pojechał do Moskwy. Spędził tam siedem lat. Ma tam swoich znajomych i przyjaciół. Od ich rodzin dowiedział się, że kilku kolegów zginęło na tej nierównej wojnie wywołanej przez Władimira Putina. Przełącza kanał, kiedy na ekranie pojawiają się obrazy z wojny. Nie jest w stanie psychicznie tego znieść. Ale zdążył też w Polsce doznać krzywdy od pracodawców ukraińskiego pochodzenia. Ci ostatni zdążyli pozakładać własne firmy, zwykle jako podwykonawcy budowlani. Siergiej u nich pracował, i mówi, że słyszy każdego dnia, że dziengi za rabotu budziet utra, utra i utra. Z Polakami, Białorusinami i Rosjanami ma podobne doświadczenie. Jego żona, Ludmila, dziennikarka z zawodu, utrzymuje się z pracy w młynie. Praca ciężka, ale przynajmniej dziengi płacą na czas. W zawodzie próbowała sił. Przeszkodą okazała się bariera językowa. Wierzy, że za rok na tyle podszlifuje polski, że będzie się utrzymywać z pracy korespondenta z Polskich mediów w Mołdawii. A może nawet i mediów rosyjskich. Jeszcze zobaczy. Zna oba języki.

Oboje nie zamierzają wracać do ojczyzny. Tam bieda aż piszczy. Średnia pensja nie przekracza – w przeliczaniu – 400  PLN. Zszokowało ich ostatnio  nagranie na Twitterze. Widać bójkę między rezerwistami i służbami.  Konkretnie, poborowi ze wsi Bolszercze z obwodu omskiego nie chcieli jechać na front, więc funkcjonariusze siłą wepchnęli ich do podstawionego autobusu szkolnego. Między mężczyznami wywiązała się bójka. Ostatecznie brutalnie wepchnięto ich do auta, który wywiezie ich na Ukrainę. Wyjeżdżających żegnali zrozpaczeni bliscy. Bliscy Sergieja i Ludmily wkrótce mają do nich dołączyć. Swoją przyszłość wiążą z  Polską. Oby im się udało.

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Teologia medialna o. Rydzyka

Skandalicznymi słowami o. dyrektor Tadeusz Rydzyk: – Ksiądz zgrzeszył, no zgrzeszył. A kto nie ma pokus? – bronił biskupa Edwarda Janiaka oskarżonego o tuszowanie pedofilii.Wywołały one szok. Także wśród katolików. Niemniej, zmasowany atak liberalno-lewicowych mediów na redemptorystę uważam za przesadzony. Tu jest drugie dno.

 

Temu środowisku kością niezgody stoi ten doktor nauk teologicznych, który zdołał przez trzy dekady zbudować tak silne imperium medialno-edukacyjne. Przełamując tym samym monopol w przekazie medialnym środowiska „Gazety Wyborczej” i „Polityki”.

 

Na początku lat 90., kiedy ojciec dyrektor zabierał się za budowę swego dzisiejszego majątku, niepodzielnie panował przekaz liberalno-lewicowy, z wiodącą pozycją wydawnictwa Agora. To redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik wystawiał cenzurki moralności wszystkim uczestnikom życia publicznego. Zwykle przekaz ten co tydzień uwieńczała „Polityka”, z czasem dołączył tygodnik „NIE”, „Newsweek Polska”, dziennik „Fakt” i większość portali internetowych.

 

Majątek wart miliony

 

Po trzydziestu latach działalności, a jakże, jest czego zazdrościć zmyślnemu księdzu. Zdołał stworzyć i dzisiaj zarządza swoistym imperium. To nie tylko telewizja Trwam i Radio Maryja, ale także gazeta „Nasz dziennik”, fundacje Lux Veritatis i Nasza Przyszłość. Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, biznes geotermalny, sieć telefonii komórkowej, produkcja płyt, książek, poradników, filmów reklamowych i dokumentalnych. Kilka lat temu tygodnik „Wprost” oszacował majątek o. Rydzyka na ok. 200 mln zł.

 

Jeden z recenzentów obrony doktoratu o. Rydzyka – dominikanin o. Jacek Salij napisał, że przekaz Radia Maryja wydaje się najlepszą odpowiedzią na „znaki czasu” i potrzeby współczesnego człowieka.

 

Zazdrość środowisk lewicowywo-ateistycznych wzbudza też długa lista dobroczyńców, zwłaszcza po wygranych w 2015 r. wyborach parlamentarnych przez obóz Zjednoczonej Prawicy. Na tej liście znajdziemy m.in. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wyłożyło  niedawno 117 mln zł na budowę Muzeum „Pamięć i Tożsamość”, dedykowane Polakom ratującym Żydów. Dalej, Kancelaria Premiera przekazała 5 mln zł na dofinansowanie parku Pamięci Narodowej. Resort spraw zagranicznych podarował kolejne  596 tys. zł na opracowanie architektonicznej koncepcji kaplicy upamiętniającej Polaków ratujących Żydów, na międzynarodowe centrum informacyjne w tej dziedzinie oraz na projekt upamiętniający rotmistrza Pileckiego. Na liście dobroczyńców znajdziemy także resort sprawiedliwości, który dofinansował kwotą 460 tys. z Funduszu Sprawiedliwości w 2017 r. projekty przeciwdziałania przestępczości. Rok wcześniej  487 tys. zł wpłaciło ze swej subwencji publicznej Prawo i Sprawiedliwość. Ta dotacja wywołała burzę, rzadko się zdarza, by partia polityczna wprost finansowała organizację pozarządową o tak specyficznym profilu działania. Trudno z kolei kwestionować tezę podnoszoną przez środowisko „Gazety Wyborczej” i portalu Onet, iż obie strony czerpią z tej współpracy korzyści. Imperium redemptorysty – materialne i prestiżowe, a obóz Zjednoczonej Prawicy – wizerunkowe, wyborcze i polityczne. Dziennikarka portalu OKO.press Bianka Mikołajewska wyliczyła, iż w ciągu pięciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy na konta podmiotów związanych z ojcem dyrektorem wpłynęło ponad 214 mln zł.

 

Połączenie tronu z ołtarzem

 

Siła oddziaływania ojca dyrektora  jest tak duża – wedle dziennikarzy o wrażliwości liberalno-lewicowej, iż to on dziś obala i namaszcza politycznych liderów, wystawia lub cofa świadectwa moralności. Czy faktycznie osoby, w tym katolicy, którzy nie należą do sympatyków o. dyrektora Tadeusza RydzykaJarosława Kaczyńskiego mają problemy z tym ostentacyjnym przymierzem? Pewności nie mam.

 

Zasadna natomiast wydaje się wątpliwość podnoszona tu i ów; jak pogodzić tak hojne dotacje z apelem o. dyrektora Tadeusza Rydzyka w radiu Maryja i telewizji Trwam o „wdowi grosz”? Przed 2015 r. te apele były jeszcze zasadne. Media katolickie generalnie mają mało reklamodawców, tym bardziej w sytuacji, kiedy rząd wybiera publikację akcji społecznych w mediach świeckich, o szerokim zasięgu.

 

Byłam zniesmaczona, kiedy jesienią 2015 r., po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych, Jarosław Kaczyński dziękował o. Rydzykowi: -„ Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. Radio Maryja i Rodzina Radia Maryja są potrzebne także dziś, kiedy przed nami trudna droga pod górę. Musimy ją przejść razem. I przejdziemy ją, wbrew wszystkiemu. Przejdziemy, wierząc, że służymy Polsce. Wiedząc, co jest istotą polskości. Wiedząc, że nie ma Polski bez Kościoła. Wiedząc, że każdy, choćby nie miał łaski wiary, musi to przyjąć …. Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.

 

W niemal każdym wywiadzie o. Rydzyk mówi, że od początku miał poczucie apostolskiej misji. Pragnął ewangelizować, by ratować człowieka przed złem, za jakie uznał współczesną cywilizację zachodnią.

 

Kult szatana

 

Jeszcze jako zakonnik zwiedził Europę. W drugiej połowie lat 80., mówiąc już płynnie po niemiecku, zetknął się w Bawarii z katolickim Radiem Maria Internazional, krytykowanym wtedy w Niemczech za przekaz treści ksenofobicznych i agresję.

 

Kiedy ojciec dyrektor odwiedził niemiecką rozgłośnię, musiała ona na polecenie lokalnego ordynariusza zmienić szefa i profil. Zamiast krytykować rozpustę, politykę imigracyjną, „lewactwo” i New Age, miała się skupić na modlitwie. Dla młodego księdza Rydzyka to był szok. W jednym z wywiadów wspomina: „Zobaczyłem sytuację, która była wówczas w Niemczech, m.in. organizacje szkodzące Kościołowi i wpływ ideologii nowej lewicy. Nurt socjalizmu ciągnie się od dawna, żeby to zrozumieć, trzeba poznać historię. Zobaczyłem New Age, kult szatana, to wszystko, co było określane mianem >nowoczesności<. Z niepokojem patrzyłem, dokąd ci ludzie idą i jak giną w nowej ideologii.”

 

Wypełnił społeczną lukę

 

Działacz katolicki, prof. Andrzej Tyc wspomina, że o. Tadeusz Rydzyk trafił na Zachód, kiedy Kościoły pustoszały na potęgę: – To wzbudziło jego przerażenie. Stad jego późniejsza wrogość do liberalizmu i Unii Europejskiej. On tego nie ukrywa.

 

Tak formułowała się prywatna „teologia polityczna” o. Tadeusza Rydzyka: podejrzliwość wobec zachodniego świata, potrzeba wskazania i napiętnowania wrogów Boga i Kościoła.

 

Ale żyć z czegoś trzeba było, więc redemptorysta wykorzystał funkcję kapelana sióstr prowadzących dom dziecka w Bawarii. Dzięki ich pomocy wysyłał bezcłowo samochody do Polski. Rozkręcił też biznes pielgrzymkowy, organizując wyjazdy zamożnych niemieckich emerytów do Medjugorie w Jugosławii, gdzie miała się objawić Matka Boża. Jednak idea radia jako „narzędzie formacyjnego” go nie opuszczała.

 

Dziennikarz „Polityki” Adam Szostkiewicz na łamach pisma zastanawia się, dlaczego w Polsce mogło narodzić się imperium teologiczne?: „Dlaczego? Widać trafiło ze swoim przekazem w jakąś społeczną lukę, gdzie było na taki przekaz zapotrzebowanie. Nie chodzi tylko o ludzi starych, biednych, samotnych i niewykształconych. Z badań wynika, że w ruchu radiomaryjnym spotkamy także osoby dobrze sytuowane, bywałe w świecie, a mimo to zaniepokojone gwałtownymi zmianami społecznymi i kulturowymi, odczuwające potrzebę silnego autorytetu, przywództwa, busoli moralnej i politycznej; na kogo powinni głosować, którym liderom wierzyć?”

 

I sobie odpowiada: „W ocenie tych ludzi, a było ich sporo, na te ich niepokoje nie odpowiadali dostatecznie politycy, media, a nawet przywódcy kościelni. Nagle znaleźli to, czego szukali: Radio Maryja, >katolicki głos w twoim domu<! Głos swojski, nasz polski, godnościowo-patriotyczny i religijny; w duchu, w jakim byli od pokoleń wychowywani. Tak wyłoniło się centrum ewangelizacyjne, o jakim marzył redemptorysta: nowoczesne technologicznie.<

 

Warto odnotować, że Radio Maryja jako pierwsza rozgłośnia w Polsce wprowadziła kontakt ze słuchaczami. Każdy mógł chwycić za słuchawkę i podzielić się z redaktorem swoimi uwagami, przemyśleniami, wątpliwościami. I nikt go nie wyśmiewał, nie odsyłał do lamusa. W ten sposób wzmacniała się identyfikacja słuchaczy z rozgłośnią. Autor przywołanego artykułu z „Polityki” nie byłby sobą, gdyby nie poczęstował rozgłośni epitetami w rodzaju:  „ultrakatolickie” i „antyliberalne” „zszyte z fobii i uprzedzeń ojca założyciela”.

 

Rydzyk zdaje się swoim krytykom, także w koloratkach, jeździć po nosie i zapewniać, że on włada „bezpośrednim telefonem do nieba”.

 

Adam Szostkiewicz zna, choćby po części, przesłanki takiego a nie innego przekazu mediów kontrolowanych przez o. dyrektora Tadeusza Rydzyka. Jest to „żyzne wciąż podlegające ludowej,  tradycjonalistycznej, często niedojrzałej polskiej religijności, która potrzebuje licznych manifestacji swej obecności publicznej: pochodów, procesji, kongresów, rozbudowanych liturgii i ceremonii z udziałem dygnitarzy państwowych.”

 

Moim zdaniem sztuczny jest podział Kościoła na tzw. otwarty i zamknięty (ludowy). On wynika, jeżeli już, z wrażliwości każdego człowieka. Jeden lubi zamanifestować swoją wiarę uczestnicząc w akademickiej pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy, a drugi – współpracując z pismami katolickimi lub opiekując się przydrożną kapliczką.

 

Redaktor naczelny tygodnika „Niedziela” ks. dr Jarosław Grabowski  powiedział niegdyś: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”.

 

Zgadzam się. Liczę więc na to, że o. dyrektor Tadeusz Rydzyk powstrzyma swój temperament językowy i nie będzie już określał  biskupa Janiaka współczesnym „męczennikiem mediów”.

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Nie dajmy się zwariować

Nie wiem, czy głównym powodem zakupu grupy Polska Press przez PKN Orlen jest bieżące polityczne zapotrzebowanie. Być może. Chciałabym jednak wierzyć, że cel jest szczytniejszy, tj. zbudowanie „drugiej nogi”, konserwatywnej, by mogła konkurować jak równy z równym z podmiotami preferującymi wrażliwość liberalno-lewicową.

 

Nie jestem ślepym wyznawcą obecnej ekipy rządzącej, nie wdając się w szczegóły, mimo to  uważam zakup grupy Polska Press przez narodowego championa gospodarczego za krok w dobrym kierunku. Generalnie, każdą transakcję z udziałem polskiego  kapitału uważam za rzecz słuszną. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi pomniejszenie zagranicznego kapitału w polskich mediach. W idealnym świecie życzyłabym sobie, by rządzący mieli się jak najdalej od mediów. Ale, jak wiadomo, w świecie idealnym nie żyjemy. I wiele wskazuje na to, że jeszcze długo żyć nie będziemy. Z dużą satysfakcją przyjęłabym, by w roli kupującego wcielił się drugi pan Zygmunt Solorz. Z prostego powodu. Przy licznych mankamentach uważam telewizję Polsat  za  najbardziej obiektywne medium elektroniczne w Polsce. Telewizja Polska uprawia tępą propagandę sprzyjającą obozowi Zjednoczonej Prawicy, TVN z kolei – niemal każdego dnia wieszczy rychły upadek rządzących, widząc w nowej sile politycznej Polska 2050, sygnowanej przez niegdysiejszego showmana Szymona Hołowni  – nowy polityczny wzorzec z Sevres.

 

Mam więc inny stosunek niż  Łukasz Warzecha do tego, co jak pisze on w swoim tekście (TUTAJ), nazywano repolonizacją, potem dekoncentracją, potem znów repolonizacją.

 

Nie zgadzam się też z jego tezą, że  będzie to proces służący  głównie utemperowaniu niezależnych od władzy i krytycznych wobec niej mediów. Zakłada ona bowiem traktowanie dziennikarzy, niczym stado baranów, które bez kręgosłupa moralnego będzie wykonywało każde polecenie zwierzchników. Proszę nie demonizować tak szefów pism jak i dziennikarzy zatrudnionych w tzw. polskojęzycznych mediach. Dajmy czas i szansę narodzić się nowemu bytowi medialno-gospodarczemu na warunkach stricte rynkowych i wybić się na niezależność. Dziennikarze gną karki zarówno w mediach z kapitałem polskim, jak i tych z kapitałem zagranicznym. Mogłabym sypać przykładami, ale nie jest moim celem kogokolwiek obrażać. Wiem, że ludzie muszą zapracować na swoje i rodzin utrzymanie. Nie wcielam się w rolę Pana Boga, ocenę moralną pozostawiam samym zainteresowanym. Sama wielokrotnie słuchałam od kolegów  i koleżanek z SDP o krzywdzie, jaka ich spotkała po wyrzuceniu z Telewizji Polskiej. Mówiąc szczerze, nie widzę wielkiej różnicy w stracie pracy przez pracownika  mediów czy pracownika magazynu Tesco. Przestańmy patrzeć na naszą pracę wyłącznie przez pryzmat misji dziejowej.

 

Nie jestem zwolenniczką tzw. mediów narodowych czy patriotycznych. To nowy twór  rozwijający się prężnie na rynku medialnym wraz z dojściem do władzy Zjednoczonej Prawicy w 2015 r. Sądzę, że dziennikarze zatrudnieni w tygodniku „Newsweek Polska”, „Polityka”, „Fakt” czy „NIE” też czują się patriotami. Nikomu zresztą nie wolno zabraniać czuć miłości do własnej ojczyzny.

 

Krytycznie i powielekroć opisywałam propagandę realizowaną z coraz większą mocą przez media publiczne, nie będę się powtarzać. W jednym muszę natomiast zgodzić się z prezesem PiS, panem Jarosławem Kaczyńskim. Cytuję z pamięci jego wypowiedź sprzed kilku lat: – że skoro rynek medialny w Polsce funkcjonuje źle, brakuje nań pluralizmu i przeważa prywatny kapitał zagraniczny, potrzebą chwili jest zbudowanie z mediów publicznych, tworu sprzyjającego z jednej strony wolności wypowiedzi przez osoby o wrażliwości konserwatywnej, a z drugiej możliwość prezentacji przez obóz politycznym wizji kraju opartego o Dekalog. Łamiąc tym samym praktyczny monopol poglądów lewicowo-liberalny, dominujący w polskich mediach zarówno prasowych, radiowych, jak i telewizyjnych”. Przyznaję, argumentacja ta mnie nie zachwyca, ale trafia do rozumu. Faktem jest, że przed 2015 r. nikomu nie przyszło do głowy, by realizować seriale o tematyce historycznej, typu „Stulecie winnych” czy „Piłsudski”. Abstrahuję tu od jakości owych dzieł. Dominowała tematyka obyczajowa, szwarc, mydło i powidło.

 

Wystarczającym argumentem przemawiającym na korzyść wspomnianej transakcji są suche fakty. Nie wchodząc w szczegóły, w Polsce około 80 proc. mediów papierowo-internetowo-radiowo-telewizyjnych ma niepolski kapitał. Tymczasem w Niemczech, Francji, Szwecji czy Holandii – pomijam tu celowo bardziej szczegółowe dane   – proporcje są zgoła odwrotne. W większości krajów zachodniej Europy istnieje obowiązek abonamentowy, a władza po wygranych wyborach wymienia kierownictwo redakcji. Istnieje ponadto niepisana umowa pomiędzy najbardziej prestiżowymi tytułami prasowymi, rozgłośniami i stacjami telewizyjnymi, że o działaniach rządu pisze się albo dobrze albo wcale. Tym bardziej na użytek zagraniczny. Nie mówiąc już o tym, że nie łożenie na media publiczne obarczone jest wysoką grzywną lub więzieniem, jak w Wielkiej Brytanii. Tymczasem w Polsce były premier Donald Tusk miał śmiałość zachęcać ludzi do łamania prawa, czyli nie płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. I nie spotkał go za te słowa żaden ostracyzm publiczny.

 

Nie dziwi mnie, że dla obozu władzy istotne są media grupy Polska Press, ponieważ zapewniają dotarcie do mieszkańców wsi i osób o konserwatywnych poglądach. Ponadto przejęcie to  ma wpisywać się w zapowiadany od kilku lat przez polityków PiS plan wspomnianej repolonizacji mediów. Wiele razy jako przykład nadmiernej obecności kapitału zagranicznego wskazywali oni dzienniki regionalne i lokalne, gdzie dominuje Polska Press, zwłaszcza po tym, jak kilka lat temu przejęła Media Regionalne.

 

Temat repolonizacji mediów, określanej też jako dekoncentracja kapitałowa, wrócił do debaty publicznej po wyborach prezydenckich. Pod koniec lipca w wywiadzie dla Polskiego Radia mówił o niej prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński. Zapowiedział, że w bieżącej kadencji Sejmu zostaną przyjęte przepisy dotyczące repolonizacji mediów. Nie powiedział jednak ani jak będzie przebiegała repolonizacja, ani kiedy dokładnie do niej dojdzie O tym samym mówił także kilka dni wcześniej w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej. Zajmujący się pracami nad dekoncentracją mediów wiceminister kultury Paweł Lewandowski w rozmowie z portalem sdp.pl mówił, że wedle jego rozeznania dekoncentracja jest „absolutnie możliwa”. W połowie sierpnia Joanna Lichocka, posłanka PiS i członek Rady Mediów Narodowych, zapowiedziała, że ustawa o dekoncentracji mediów powinna trafić pod obrady Sejmu jesienią tego roku. Na marginesie, mimo obecności w obozie władzy wielu przedstawicieli świata mediów, nieudolność napisania sensownej ustawy o repolonizacji mediów, wystawia im wyjątkowo złą laurkę. Brzmią mi jeszcze w uszach słowa szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego, który na konferencji w SDP przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. solennie obiecał wprowadzenie projektu ustawy o repolonizacji mediów w Polsce tuż po wygranych wyborach. Wtedy pan Krzysztof zabiegał o nasze poparcie, kiedy cel osiągnął najwyraźniej zapomniał o swojej obietnicy. Nie on ostatni zresztą.

 

Przypominam też sobie, jak kilka lat temu rozgorzała dyskusja na temat polskości mediów. Zaczęto podkreślać, które media są bardziej polskie i działają na rzecz naszego narodu. Tak narodziły się media określające się jako narodowe. Prym wiedzie tu wydawnictwo Fratria, które jest właścicielem tygodnika „Sieci”, a także portali wPolsce.pl, wPolityce.pl, wGospodarce.pl itp.

 

Trzeba ciągle, jak się okazuje, przypominać, że właścicielami mediów w Polsce są w głównej mierze spółki z zagranicznym kapitałem – zazwyczaj niemieckim. Choć może nie widać tego tak bardzo w przypadku gazet, tygodników czy rozgłośni radiowych, to jednak biorąc pod uwagę skalę dotarcia, a także w przypadku prasy – liczbę wydań, media z zagranicznym kapitałem górują nad tymi z rodzimym finansowaniem. Zależność poszczególnych mediów od ich właścicieli, a także przynależności do grupy wydawniczej, to tak naprawdę jeden z elementów, który należy brać przy ocenianiu obiektywności i niezależności mediów. W dzisiejszych czasach tak naprawdę ciężko znaleźć w pełni niezależne media, ponieważ zawsze w jakimś stopniu będą podporządkowane, czy to władzy lokalnej, polityce, czy też reklamodawcom, dzięki współpracy z którymi mogą istnieć i funkcjonować. Każda gazeta, rozgłośnia radiowa czy stacja telewizyjna ma prezesa, radę nadzorczą, zarząd itp. I każda z tych osób ma poglądy polityczne, co więcej, w sposób bardziej lub mniej jaskrawy próbuje przeforsować jakieś swoje interesy. Mówiąc z ręką na sercu, w ciągu trzech dekad pracy dziennikarskiej nie miałam szczęścia znaleźć się w redakcji całkowicie niezależnej od aktualnych wydarzeń politycznych, społecznych, kulturalnych czy w końcu gospodarczych.

 

Wracając do głównego wątku, z dwojga złego wolałabym, żeby – cytując Łukasza Warzechęprywatne media będące w dyspozycji spółek skarbu państwa staną się przechodzącym z rąk do rąk łupem politycznym na tej samej zasadzie co media państwowe. I dalej, podążając tokiem rozumowania pana Łukasza: – gdyby więc nawet z dużą łaskawością założyć, że celem jest stworzenie konserwatywnego medialnego frontu, to w strategii Orbána jest to możliwe i rozwiązanie jest trwałe; w strategii PiS zaś jego trwałość jest ograniczona czasem obecnej władzy”. Ależ, panie Łukaszu, nie każdy jest zwolennikiem PiS. Dzisiaj rządzi ta partia, ale nie można wykluczyć, że w 2023 r. wróci do łask SLD czy może przekona do siebie więcej Polaków Konfederacja. Dlatego dobrze, że grupa Polska Press przechodziłaby w ręce kolejnej ekipy rządzącej. Gdyż – na szczęście – żyjemy od 30 lat w demokracji, być może kulawej, ale jednak. I władzę w Polsce zdobywa się przekonując do swojej tej czy innej wizji kraju wyborców. A waga głosu pana Łukasza, prezydenta Andrzeja Dudy czy sprzątaczki zatrudnionej na umowie śmieciowej jest taka sama. Na całe szczęście.

 

Mam też inny punkt widzenia na kolejną uwagę pana Łukasza, mianowicie jego zdziwienie faktem, iż SSP, której główną dziedziną jest produkcja i dystrybucja paliw, zajmuje się mediami. To powinno budzić ogromne wątpliwości. Moich wątpliwości nie budzi. Wejdźmy głębiej w poletko polskich mediów. Pan Janusz Palikot wprawdzie nie produkował paliw, tylko alkohol ale też swego czasu zapragnął wpływać na opinię publiczną kupując tygodnik opinii pt. „Ozon”. Pan Zygmunt Solorz kojarzy się większości jako twórca telewizji Polsat, nie  zajmuje się również dystrybucją paliw, ale znacznie większe zyski generują dziś dwa inne jego biznesy: sieć komórkowa Plus oraz platforma satelitarna Cyfrowy Polsat. Wydawca „Gazety Wyborczej”, koncern Agora też nie utrzymuje się wyłącznie z prenumeratorów dziennika. Czasy mamy takie, że z wydawania gazety trudno się utrzymać, a płatne ogłoszenia spółek Skarbu Państwa też są obwarowane polityką. Przed 2015 r. strumień pieniędzy z tego tytułu lądował na konta pism o wrażliwości lewicowo-liberalnego. Dziś swoje „pięć minut” mają tytuły konserwatywne. Czy jest to dobre zjawisko? Absolutnie nie, ale my, dziennikarze nie mamy na to najmniejszego wpływu.

 

Nie wiem, czy głównym powodem zakupu grupy Polska Press przez PKN Orlen jest bieżące polityczne zapotrzebowanie. Być może, nie upieram się. Chciałabym jednak wierzyć, że cel jest szczytniejszy, tj. zbudowanie „drugiej nogi”, konserwatywnej, by mogła konkurować jak równy z równym z podmiotami preferującymi wrażliwość liberalno-lewicową.

 

Zaś co do wpływu nowego właściciela grupy Polska Press na linię kupionego medium – nie mam wątpliwości, że każdy właściciel w sposób mniej czy bardziej zakamuflowany wpływa na ogólny „wizerunek” pisma, stacji radiowej czy telewizyjnej. Przyznaję, wykonywałam najrozmaitsze polecenia zatrącające o politykę zarówno jako dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, jak i dziennikarka Telewizji Polskiej. I z czystym sumieniem mogę dzisiaj spojrzeć w lustro. Z prostego powodu – zawsze działałam w zgodzie z samą sobą. Kiedy moje poglądy polityczne przestały się podobać bezpośredniej przełożonej w TVP, ta po prostu mnie wyrzuciła.

 

Nie potrafię dzisiaj przewidzieć, czy faktycznie, jak pisze Łukasz Warzecha: bardzo szybko nastąpi sprowadzenie dziennikarzy grupy Polska Press do roli trybuny władzy. Zwolnienia, naciski, wyraźne przyjęcie prorządowej linii. To wróżenie z fusów. Każdy dziennikarz grupy Polska Press we własnym sumieniu będzie rozstrzygał, jakie polecenie przełożonego wykonać, a jakie już nie, gdyż wykraczają poza rzetelność i obiektywizm. Nie dajmy się zwariować.

 

Wydaje mi się, że dość dobrze rozumiem rolę mediów. Na ten temat opublikowałam kilkadziesiąt tekstów. I nie uważam, że jedyną i naczelną ich rolą jest kontrolowanie władzy lub jej krytyczne recenzowanie. Panu Łukaszowi zniknęły gdzieś po drodze inne cechy naszej profesji, jak rzetelność, kompetencje, sumienie, dążenie do prawdy, obiektywizm itp. Nigdy też nie miałam wrażenia, że jestem „narzędziem do osiągania politycznych celów”, choćby i cudzych.

 

Reasumując, każde „odbicie” mediów prasowych, radiowych, internetowych czy telewizyjnych z rąk kapitału zagranicznego na rzecz kapitału rodzimego jest zjawiskiem dobrym. I potrzebnym. Należy tylko mieć nadzieję, iż prezes PKN Orlen Daniel Obajtek poskromi swoje zapędy politycznego drenażu przejętych właśnie pism– jeśli w ogóle takowe posiada. Z całą pewnością będę śledziła pierwsze decyzje personalne nowego bytu medialnego. Chcę wierzyć, że grupa Polska Press nie stanie się li tylko narzędziem do osiągania celów politycznych.

 

Pragnęłabym tym tekstem podjąć już rozpoczętą jakiś czas temu dyskusję na temat repolonizacji polskich mediów. Żeby było jasne, nie potępiam w czambuł obecności kapitału zachodniego w polskich mediach. Chodzi wyłącznie o wyważenie proporcji. Politycy Zjednoczonej Prawicy coraz śmielej mówią o dekoncentracji mediów. I dobrze. Z suchej deklaracji pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego niewiele dla nas – jak na razie – wynika. Może więc warto pokusić się o opracowanie SDP-owskiego projektu zmian systemowych. Jestem zwolenniczką takiego posunięcia i będę do tego pomysłu zachęcać koleżanki i kolegów dziennikarzy, także spoza szeregów SDP. Suche przyjmowanie ze wszech miar słusznych uchwał podczas kolejnych zjazdów SDP niewiele daje. Potrzebne jest działanie, najlepiej skuteczniejsze niż dotychczas.

 

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

Cywilizujemy ład medialny w sposób ewolucyjny – rozmowa z wiceministrem kultury PAWŁEM LEWANDOWSKIM

Jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych – mówi Paweł Lewandowski, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, w rozmowie z Marzanną Stychlerz-Kłucińską.

 

Nazywa Pan dziennikarzy czwartą władzą, i, zwyczajowo, potocznie tak się nas określa. Ale to teoria, czysta abstrakcja. Dziennikarz w Polsce w znanej mi perspektywie czasowej, czyli od lat 80. minionego wieku stoi na przegranej pozycji. Mamy tyle władzy, ile potrafimy sobie „wyszarpać”. Najlepszym dowodem na potwierdzenie moich słów jest zaostrzenie przez resort sprawiedliwości słynnego art. 212 kodeksu karnego (kk). Grożącego dziennikarzowi karą do dwóch lat więzienia za pisanie niewygodnej prawdy dla polityków, biznesmenów i innych wpływowych środowisk. Czy ów zapis był konsultowany z resortem kultury przed wejście w życie?

 

W gestii naszego resortu istnieją regulacje prawne dotyczących m.in. prawa prasowego, prawa autorskiego, ustawy o radiofonii i telewizji czy ustawy o zabytkach. Kodeks karny jest w dyspozycji resortu sprawiedliwości.

 

Ale art. 212 kk dotyczy bezpośrednio dziennikarzy. Od ok. trzech lat, po zlikwidowaniu Ministerstwa Skarbu, w gestii resortu kultury leży pełny nadzór nad rynkiem mediów w Polsce.

 

Niemniej procedura legislacyjna wymaga, żeby wszelkie zmiany w przepisach były poddane konsultacjom społecznym i międzyresortowym. O ile wiem, minister Zbigniew Ziobro wycofał się z zaostrzenia art. 212.

 

Małe pocieszenie.

 

Wróćmy na chwilę do teorii władzy. Istnieją w Polsce cztery filary władzy: ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza i czwarta: media. Trzy pierwsze mają tzw. check & balance, czyli wzajemnie się kontrolują oraz mają obwarowania prawne, które skutecznie ograniczają samowolę i korupcję. Dziennikarze też są władzą, ponieważ kształtują i wpływają na opinię publiczną.

 

W polskich tytułach, być może, ale zwykle media z kapitałem zagranicznym, czyli dysponującym dużą ilością pieniędzy…

 

Ja mówię o systemowych rozwiązaniach, a nie o tym, jak to dzisiaj funkcjonuje. Systemowo, czwarta władza jest w stanie obalić trzy pozostałe. Wystarczy, że o jakimś na pierwszy rzut oka bulwersującym skandalu napisze poczytny dziennik. „Bohaterowie” takiego skandalu ponoszą śmierć cywilną. Są skończeni. I jeżeli nawet w batalii sądowej polityk lub biznesmen dowiedzie swojej niewinności, to na nic. On został zniszczony na etapie wrzawy medialnej. Zawsze tak to działa. Jeżeli oskarżymy kogoś, przykładowo, o pedofilię, to zanim on się w jakikolwiek sposób obroni, wszyscy będą go wytykać palcami. Zresztą, nawet jeśli potem udowodni, że to nieprawda, to nigdy nie zrzuci z siebie piętna.

 

Istnieje powiedzenie, że z milionem dolarów nikt jeszcze w sądzie nie wygrał…

 

Każda władza ma jakieś swoje ograniczniki. Ja rozumiem, że intencją przepisu 212 kk było jednak spowodowanie pewnej refleksji, odpowiedzialności za słowo. Możemy zrzucić wszystko na brak kultury politycznej. Niemniej, trzeba się zastanowić, jaka ta kultura faktycznie w Polsce jest?

 

Marna – by sparafrazować jedną z myśli śp. Zbigniewa Herberta.

 

W Polsce, w czasach, kiedy kształtowały się nowoczesne państwa narodowe, takich możliwości byliśmy pozbawieni. Już na początku tego procesu, po wybuchu Rewolucji Francuskiej pod koniec XVIII w. –  straciliśmy swoją państwowość. Spójrzmy prawdzie w oczy, 123 lata zaborów spowodowały, że nie mieliśmy własnego państwa. Wszystko było obce, zawsze stawaliśmy w opozycji do tego, co jest narzucone.

 

Taka jest nasza historia. Możemy się na nią obrażać, ale to działanie na jałowym biegu.

 

Dzisiaj, po 30 latach demokracji, nadal mamy problem z państwem. Wielu Polaków wciąż traktuje je jak twór obcy. Nie rozumiemy, że pojęcie państwa oznacza wspólnotę ludzi na danym terytorium, na którym mają władzę – z akcentem na wspólnotę.

 

Zgadzam się, ale w opinii mojego środowiska na przestrzeni ostatniego stulecia, prawdziwie demokratyczne państwo, z właściwie pojmowaną polską racją stanu  miewaliśmy tylko okresowo; raptem 20-lecie międzywojenne, ok. półroczne rządy śp. premiera Jana Olszewskiego, pierwsza, przerwana po dwóch latach kadencja Prawa i Sprawiedliwości i dobiegająca właśnie końca kadencja obozu Zjednoczonej Prawicy. W sumie, niecałe dwadzieścia sześć lat. Króciutko.

 

Wychodząc z tego samego przesłania, odwołuję się do kwestii kultury. Skoro nie zdołaliśmy przez te trzydzieści kilka lat wypracować odpowiedniej kultury politycznej, bywa, że nie istnieje odpowiedzialność za słowa u polityków, którzy często nie mówią prawdy. Nie ma również odpowiedzialności – in gremio – za słowo u dziennikarzy. Dlatego, my, politycy i wy, dziennikarze, jesteśmy obwarowani dookoła najrozmaitszymi regulacjami.

 

Pozwolę się nie zgodzić, definicja pomówienia nadal jest nieprecyzyjna.

 

Być może, ja rozumiem ów termin jako napisanie lub powiedzenie w mediach masowego przekazu nieprawdy, która istotnie zakłóca możliwość pełnienia określonej roli społecznej, np. polityka, urzędnika, nauczyciela, księdza… Żeby nie było wątpliwości, ja nie jestem fanem art. 212 kk. Mówię tylko, dlaczego on powstał i w dalszym ciągu funkcjonuje.

 

Kiedy art. 212 kk wchodził do obiegu prawnego, sądzę, istniało jakieś ratio legis. Należy się zastanowić, czy go pozostawić, czy nie. Gdyby przeważyły racje za, należałoby rozważyć brzmienie, w jakim kształcie powinien pozostać? I jak powinien funkcjonować?

 

Ostatecznie, kiedy ktoś napisze, że pan X jest złodziejem, a X nie został za ten czyn skazany, musi mieć prawo do obrony. Dysponować instrumentami do wykazania w sądzie, że został przez taką czy inną  redakcję zniesławiony. Jest takie przysłowie: kłamstwo okrąży ziemię dwa razy, zanim prawda założy buty.  

 

Trafne.

 

No więc ten człowiek, niesłusznie posądzony, już zawsze będzie skończony, jeżeli media lekkomyślnie, w pogoni za sensacją, nawet w dobrej wierze przekażą nieprawdę i masowo ją zakomunikują.  

 

Czy artykuł dyscyplinujący dziennikarza –  na bazie prawa prasowego, cywilnego, nie wystarczy?

 

Jeżeli byłaby tylko możliwość cywilnego dochodzenia prawdy, to polityk niesłusznie posądzony musiałby przebrnąć całą ścieżkę prawną. Kilka lat w I instancji, kolejne lata– w drugiej, i nie ma żadnej pewności, jakiego wyroku się doczeka, czy on rzeczywiście zadośćuczyni szkodzie. Jakie pieniądze są w stanie naprawić reputację? Według mnie żadne. Tak naprawdę chciałbym, żeby istniała samoregulacja. Jestem fanem samoregulacji, tworzenia rozwiązań pewnej kultury korporacyjnej. Dziennikarze też stanowią rodzaj korporacji.

 

SDP poparło swoich kolegów w kampanii wyborczej 2015 r. Pamiętam spotkanie Krzysztofa Czabańskiego w siedzibie SDP przy ul. Foksal w Warszawie. Brakowało miejsc siedzących. Pan Krzysztof solennie obiecał zadbać o spełnienie głoszonych od lat tych samych postulatów środowiska, z którego się wywodzi. Chodziło o trzy zasadnicze kwestie:  unormowanie finansowania mediów publicznych, czyli ustawę abonamentową, ustawę o dekoncentracji / repolonizacji mediów i zniesienie art. 212 kk. Koniec końców, punkt widzenia naszych koleżanek i kolegów się zmienił radykalnie, z chwilą otrzymania mandatu posła. Czy, w takiej sytuacji, środowisko dziennikarskie nie ma prawa czuć się zawiedzione?

 

Mogę zapewnić, że wszyscy posłowie i osoby zajmujące się dziś mediami działają wspólnie. Można powiedzieć, stanowimy jeden front. Pracujemy nad ucywilizowaniem rynku medialnego w Polsce. Tylko trzeba wiedzieć jedną rzecz. Zmiany nie mogą być wprowadzane w sposób rewolucyjny, tylko ewolucyjny.

 

W takim razie, po kolei. Z jakich inicjatyw regulacyjno-ustawodawczych resortu kultury jest pan najbardziej dumny w kontekście zapowiadanego przez PiS w kampanii wyborczej 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce?

 

Najważniejszą kwestią, jaką zdołaliśmy w tym aspekcie zrobić, to znowelizowaliśmy ustawę Prawo prasowe. Tuż po odebraniu nominacji na wiceministra kultury, kiedy jeszcze na dobre nie wprowadziłem się do swojego gabinetu, wiedziałem, że tę ustawę należy znowelizować w pierwszej kolejności, usunąć z niej wszystkie peerelowskie artefakty. Od archaizmów typu rady narodowe po kagańce na dziennikarzy, które nałożył Jaruzelski, do tamtej pory funkcjonujące.

 

Ale wspomniana ustawa nadal, mimo nowelizacji, zawiera dziwaczne zapisy.

 

Znowelizowaliśmy część dotyczącą autoryzacji. Już żaden polityk, nikt, nie będzie w stanie zablokować wywiadu z powodu braku autoryzacji… Osobiście jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną, o której mówiłem wcześniej. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych.

 

Kolejna rzecz, z której pan jest dumny.

 

W tej samej ustawie Prawo prasowe zneutralizowaliśmy bat na dziennikarzy, przepraszam za kolokwializm. Przed nowelizacją prawo prasowe stanowiło, że kto nie dokona autoryzacji – podlega odpowiedzialności karnej. Zlikwidowaliśmy to. Pozostawiliśmy jedynie w gruncie rzeczy niewielką grzywnę. Wcześniej też narzędzia do dyscyplinowania dziennikarzy miał redaktor naczelny, wydawca… Mogli oni zwalniać rzetelnych dziennikarzy, jeśli nie pisali z linią gazety, czyli jeśli prawda nie pasowała do obrazka, tym gorzej dla prawdy i oczywiście tego, kto ją kolportował. Nie jestem naiwny, zdaję sobie sprawę, że nadal w gestii szefów stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych pozostały możliwości oddziaływania na podwładnych. Ale nie ma już takiego łatwego sposobu pozbywania się niepokornych dziennikarzy, jak to miało miejsce wcześniej.

 

Pańskie idee, jeśli chodzi o zmianę mentalności Polaków –  mają szanse być zrealizowana nie w ciągu jednej, dwóch kadencji. Potrzeba raczej jednego, dwóch pokoleń. Wzorce ideologiczno-kulturowe, zapoczątkowane – umownie rzecz traktując – podczas obrad Okrągłego Stołu przekazywane są kolejnym pokoleniom. Jakie? Głównie lewicowo-liberalne. Piewcy owej ideologii z jednej strony bojkotują, co do zasady, instytucję rodziny, dobra wspólnego, wartości chrześcijańskich. Wnuk kieruje się hierarchią wartości wyznawaną nie tylko przez rodziców, ale i dziadków.

 

Niemniej cieszy, że dzisiaj, oddziaływanie nie ma tylko tytułów prasowych, które różniły się nazwą, a faktycznie pisały tak samo. Jest większy pluralizm i każdy może dotrzeć również do innych źródeł.

 

Wróćmy jednak do Pana jako osoby nadzorującej ład medialny…

 

Mam pewną wizję zadań, które pan premier Gliński zlecił mi do wykonania. Staram się wywiązywać z powierzonych mi zadań najlepiej jak potrafię. Jako pierwsze zadanie, w moim przekonaniu najważniejsze, było znowelizowanie ustawy Prawo prasowe.

 

Co dalej?

 

Aktualnie zajmuję się tzw. czyszczeniem ustawy o radiofonii i telewizji.

 

Co pan czyści?

 

Dostosowujemy ustawę do obecnych realiów. Wprowadzamy np. definicję nowych usług, Projektujemy nowy system dofinansowania mediów publicznych. Naprawiamy błąd poprzednich rządów, które doprowadziły je niemal do nędzy.

 

Trudno, żeby było inaczej, kiedy były premier rządu Donald Tusk, w pełni władz umysłowych, radził Polakom, żeby nie płacili abonamentu radiowo-telewizyjnego.

 

Słowa byłego szefa Rady Europejskiej spowodowały drastyczny spadek wpływów z abonamentu. Było to podwójne oszustwo. Z jednej strony media przestały mieć pieniądze, z drugiej – wielu ludzi jest dzisiaj zadłużonych. Obywatel, jak usłyszy od premiera, że może nie płacić, myśli że wprowadzono jakiś przepis zwalniający go z tego obowiązku. Dlatego dzisiaj w wielu przypadkach zadłużenie w płaceniu abonamentu próbują wyegzekwować komornicy. Ludzie sądzą, że to my, nasz resort czy szerzej – państwo polskie ich ściga, mimo dobrej zmiany, tymczasem to dziedzictwo poprzedników.

 

Zdecydowanie lepiej Polacy oceniają zaskarżenie przez polityków Zjednoczonej Prawicy dyrektywy ACTA2 dotyczącej praw autorskich.

 

Zdecydowanie tak, ponieważ ona poszła za daleko. Może doprowadzić do sytuacji, w której pod przykrywką walki o prawa autorskie ponadnarodowe korporacje będą ograniczać możliwości swobodnego przekazywania treści i wymianę myśli. Zmienia również zasady publikowania i monitorowania treści w Internecie oraz przerzuca pewne uprawnienia państwa na prywatne firmy, co jest w mojej ocenie niedopuszczalne.

 

Gdyby jednak głębiej się nad tym zastanowić, brak jednoczesnego uregulowania praw autorskich stanowi jakiś problem. Nie powinni ludzie korzystać za darmo z cudzego wysiłku twórczego.

 

Oczywiście, na te rozwiązania przyjdzie czas. Przeciwnicy dyrektywy ostrzegali przed cenzurą w Internecie i końcem wolności w sieci. Zwolennicy z kolei, na co zwróciła i pani uwagę – iż dla lepszej ochrony twórców konieczna jest zmiana prawa. Nie można zrobić wszystkiego od razu. Wystąpiliśmy do Trybunału Unii Europejskiej o wykreślenie z dyrektywy art. 17.3, dawnego art. 13 – jako niezgodnego z zasadami wolności, w tym wolności wypowiedzi.

 

Postarajmy się wrócić do meritum, obiecanego w kampanii 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce. Myślę tu o zasadniczych regulacjach prawnych, repolonizacji i dekoncentracji mediów. Sprawa z tych bardziej istnych. Media odgrywają kluczową rolę w formowaniu mentalności, postaw, potrzeb i świadomości społecznej. W dostępnych publicznie wypowiedziach pana, ministra Jarosława Sellina i premiera Piotra Glińskiego można przeczytać, że większość z tych obietnic jest właściwie gotowa. Leży przygotowana w waszych biurkach, już po analizach merytorycznych, i czekają na wolę polityczną. To prawda?

 

Trzeba pamiętać, że zmiany należy stopniować. Nie można jednego dnia zrobić rewolucji, ponieważ wówczas, w sytuacji szumu informacyjnego, nie będzie czasu na wyjaśniania Polakom istoty wprowadzanych zmian.

 

Nie zna pan pewnie jednej z maksym reżysera Alfreda Hitchcock`a , że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Ta wypowiedź dotyczyła dzieła filmowego, ale polityka też ma coś ze sztuki, choćby sztuki dyplomacji.

 

Nazwałbym to kwestią strategii politycznej. Jak pani zacznie sprzątać dom, tam też obowiązują pewne prawidła, od których zaczyna się porządki.

 

Idźmy dalej. Ustawodawca wyznaczył nadawcy medialnemu realizację misji publicznej, rozumianej jako dostarczanie odbiorcy treści m.in. informacyjno-publicystycznych, edukacyjnych i rozrywkowych. Skupmy się na tych ostatnich, bo najłatwiejszych w odbiorze.

 

Rozwój cyfryzacji pozwala każdemu odbierać taki rodzaj rozrywki, na jaką ma ochotę. I jaka jest w danym momencie możliwa do odbioru.

 

Nie do końca. Mówimy o mediach publicznych, na które – teoretycznie – łożą Polacy. Oni też – in gremio – maja prawo mieć pewne oczekiwania. Zatem, czy poziom rozrywki oferowany w dwóch głównych kanałach TVP pana zadowala?

 

Oprócz wspomnianych przez panią kanałów, mamy także TVP Kulturę, TVP Historię, TVP ABC, TVP Seriale, TVP Sport, telewizję na żądanie VOD, czyli ofertę skrojoną na zaspokojenie wszystkich oczekiwań.

 

Tym samym odsyła pan widzów 60 plus, bodaj najsumienniejszych płatników abonamentu, do szukania dobrej rozrywki w mediach dla nich praktycznie niedostępnych.

 

Wręcz przeciwnie. Dla każdego opracowaliśmy odpowiedni kontent. Zaproponowaliśmy widzom wiele przedstawień teatralnych, bodaj najwięcej w historii telewizji. Nie pamiętam, czy kiedyś Teatru Telewizji było więcej.

 

Od inteligentniejszego odbiorcy oczekuje pan wysiłku. Dla niego oferty, umówmy się, w telewizji publicznej w prime time, między  godz. 17:30 a 22:30 praktycznie nie ma. Poza tym, jaką oglądalność ma TVP Kultura, choćby w zestawieniu ze słupkami oglądalności w „jedynce” czy „dwójce”?

 

TVP Kultura ma przecież zasięg ogólnopolski. Nie można porównywać zasięgu stacji informacyjnej ze stacją oferującą seriale. Zresztą, Teatr Telewizji emitowany jest właśnie w Jedynce.

 

Nie rozumiemy się. Mnie zależy na tym, aby nadawca publiczny w  swoich dwóch głównych antenach podnosił poziom wykształcenia i obycia Polaków. Tylko na tych dwóch kanałach to się da zrobienia, ponieważ właśnie dociera pod strzechy. I są łatwo dostępne dla odbiorcy.

 

Jeżeli ludzie lubią bawić się na Sylwestrze z telewizyjną „Dwójką”, i lubią słuchać Zenona Martyniuka, czy mamy tych ludzi wykluczać? Na telewizję publiczną trzeba patrzeć jak na pewną całość.

 

Nie odmawiam panu prawa takiego postrzegania telewizji, w końcu jest pan konstytucyjnym ministrem nadzorującym media. Zajmowałam się tą działką przez jakiś czas. Dzięki temu poznałam funkcjonowania publicznej telewizji w USA – Public Broadcasting Service (PBS). Stacja jest na garnuszku państwa, ale realizuje hitowe wręcz produkcje misyjne. Poznałam szefową ichniego biura marketingu, gościłam ją w Polsce. Zazdrościłam jej rozmachu, z jakim amerykańskie produkcje, nawet te same, sprzedaje do stacji telewizyjnych na całym świecie. Dlatego nasz Wielki Brat zza oceanu jest wciąż tak kochany na świecie. Mimo licznych wpadek. Właśnie m.in. dlatego, że świat ogląda, za przystępną cenę american dream w programach i filmach, meblując przy okazji ludziom mózgi.

 

Rozmawiajmy zatem jak profesjonaliści. Mamy segmentację odbiorców, general audience, czyli tę największą grupę ludzi, i do nich adresowane są dwie największe stacje nadawcy publicznego. Nie możemy przecież skroić ramówki pod własne potrzeby, tylko planujemy taką ofertę, jakiej oczekują widzowie.

 

Konkretnie, „jedynkę” adresujecie do …

 

General audience, czyli najszerszej kategorii odbiorców.

 

„Dwójkę” …

 

Też do general audience, z pewną różnicą, ona ma trochę inaczej rozłożone akcenty.

 

TVP Info …

 

Jako stację informacyjną do odbiorcy zainteresowanego bieżącą informacją. Większość ludzi to general audience i oni są zainteresowani przede wszystkim serwisem informacyjnym porannym i  wieczornym. Czasami, podczas wyborów czy innych ważnych wydarzeń, ta grupa odbiorców ogląda serwisy informacyjne w godzinach popołudniowych. Ta prawidłowość dotyczy wszystkich stacji na świecie.

 

Rozumiem teraz, faktycznie, w takim myśleniu o ofercie programowej TVP SA pańskie wykształcenie socjologiczne i politologiczne jest idealne.

 

Nie będę odpowiadał na pani zaczepki. Niemniej, wracając do przerwanego wątku, z naszych analiz wynika, że politycy, dyplomaci, dziennikarze mają w ciągu dnia włączone TVP Info, TVN24 lub Polsat News.

 

Nie wprowadzono wciąż chyba niezbyt trudnej ustawy abonamentowej?

 

Najprawdopodobniej będzie to finansowanie z budżetu państwa. To była tylko kwestia decyzji. Może inne rozwiązania mają więcej zalet, ale ostatecznie, to ludzie decydują. Z badań opinii wynika, że to jest najbardziej akceptowalna przez nich forma dotowania mediów, więc wsłuchujemy się w ich głos.

 

Wspomniał pan o utworzenia Karty powinności mediów? Przyznam, że niewiele się o niej mówi?

 

Uchwaliliśmy ją w 2018 r., obecnie zakończyliśmy konsultowanie jej kształtu w procedurze konsultacji publicznych.

 

Czyli karta ta jeszcze nie obowiązuje?

 

Karta tworzy zbiór pewnych zobowiązań, które akceptuje KRRiT, i na które daje pieniądze. Daje możliwość łatwej kontroli i rozliczania pieniędzy publicznych tak przez KRRiT, jak i zwykłego obywatela. Zresztą pierwszy raz w historii, on również może wziąć udział w tworzeniu takiego dokumentu.

 

Do tej pory abonament był de facto dotacją podmiotową. Jeżeli KRRiT akceptowała przedstawione plany, wykładała oczekiwaną przez władze mediów sumę. Potem już, zwyczajowo, niejako z automatu przyjmowało się, że koszt programów był mniej więcej taki jak wycena przedstawiona KRRIT.

 

O ich jakość też się specjalnie nie upominano. Znajomy, szef jednej ze stacji TVP, opowiadał, jak swego czasu zatrudniono największą na rynku firmę consultingową. Cały sztab ludzi szukał wędrówki pieniędzy. Po kilku miesiącach firma się poddała. Sporządziła krótką notatkę: struktura instytucji jest tak skomplikowana i nieprzejrzysta, iż nie sposób prześledzić wędrówki pieniędzy, które do niej wpływają. Sami badający byli tak zaskoczeni, że zrezygnowali z wynagrodzenia. 

 

Karta powinności mediów wprowadza bardzo przejrzyste standardy obiegu publicznego pieniądza. Ponad to, jeśli chodzi o TVP, to został tam zmieniony ład korporacyjny, właśnie pod kątem obiegu pieniędzy i dzisiaj raczej nikt nie miałby problemu ze wskazaniem kierunków obiegu pieniądza.

 

Z automatu, jednym rozporządzeniem chce pan ukrócić uświęcony dziesiątkami lat niezbyt transparenty mechanizm finansowania produkcji w TVP?

 

Wejście w życie karty spowoduje, że wszyscy nadawcy publiczni, czyli TVP SA, Polskie Radio SA i lokalne rozgłośnie otrzymają środki na realizację konkretnych zadań, jej celem nie jest zmiana regulaminów i ładów wewnątrz korporacji. Choć jak wspomniałem wcześniej, następuje i tutaj pozytywna zmiana.

 

I gwarantuje pan, że międzynarodowa firma consultingowa zdoła prześledzić wędrówkę każdej złotówki?

 

Po wejściu w życiu karty KRRiT będzie sprawdzał, czy zadekretowane środki zostały przeznaczone na zaplanowane wcześniej produkcje.

 

Życzę panu powodzenia, szczerze.

 

Uważam, że jest to duża zmiana w stosunku do tego, co zastaliśmy. Od stycznia przyszłego roku wszystkie spółki medialne pozostające w gestii państwa będą musiały rozliczyć się z każdej złotówki. Ta zasada ma sens tylko wtedy, kiedy wypracujemy nowy system planowania. Bo karta będzie podpisywana raz na pięć lat.

 

Dlaczego uważa pan, że karta wszystko załatwi, i media publiczne staną się wiarygodne?

 

Dzięki niej każdy Polak będzie wiedział, ile pieniędzy publicznych przeznaczyliśmy na konkretne misyjne programy i w jaki sposób zostały one zagospodarowane.

 

Czy raporty na ten temat będą łatwo dostępne, czy wgląd w nie zostanie ograniczony tylko do polityków?

 

Szef telewizji będzie składał sprawozdania KRRiT, a w dalszej kolejności zapoznają się z nim wszyscy zainteresowani. I my, jako nadzorujący media publiczne, będziemy mieli stuprocentową pewność, że publiczne pieniądze nie są trwonione. To jest najważniejsza zmiana, jaką zdołaliśmy ustanowić obowiązującym prawem. Od 1 stycznia 2020 r. szefowie mediów publicznych muszą kartę wdrożyć w życie. KRRiT z kolei będzie zobligowana do wyrażenia aprobaty dla konkretnej oferty programowej wszystkich spółek Skarbu Państwa. Ważne dla mnie jest to, że daliśmy KRRiT realne narzędzie do kontroli programowej mediów publicznych w Polsce.

 

Zdaje pan sobie sprawę z nieco schizofrenicznej sytuacji, w jaką wplątano media publiczne. Z jednej strony mają realizować misję publiczną, a z drugiej przynosić zysk, i być z tegoż zysku rozliczane, czyli mówiąc krótko – zarabiać.

 

To nie jest żadna schizofrenia. Misja to też jest zysk. Abonament jest rodzajem rekompensaty za realizację misji. I za to, że telewizja zapewnia taki poziom programów, których telewizje komercyjne zapewniać nie chcą i nie mogą, ponieważ im się to nie opłaca. Dlatego w większości krajów Europy istnieje publiczne finansowanie telewizji.

 

Poda pan więcej szczegółów jeśli chodzi o planowane rozwiązania w ustawie o pluralizmie i dekoncentracji rynku mediów? Premier Mateusz Morawiecki wyliczył, że 80 proc. mediów jest w rękach „przeciwników politycznych”, konkretnie chodzi o media z kapitałem niemieckim. Pan z kolei w jednym z wywiadów mówił, że w Polsce powinno być jak w Niemczech (…), i opowiada się za wprowadzeniem  najlepszych wzorców jeśli chodzi o dekoncentrację. Czy uważa pan, że w Polsce sytuacja dotycząca pluralizmu mediów powinna być uregulowana jak we Francji, w Niemczech czy w Szwajcarii?

 

Od zawsze dążyłem do tego, żeby w Polsce był jak największy pluralizm, i żeby panowały jak najlepsze zasady demokracji. A władza należała do wszystkich obywateli Rzeczpospolitej.

 

Amen, chciałoby się powiedzieć.

 

Rozmawiała Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Fot. MKiDN

 


 

Paweł Lewandowski

Rocznik 1986 r. Wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego odpowiedzialny za media, prawo autorskie, legislację oraz realizowanie nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa podległymi ministerstwu.

Ukończył politykę społeczną i gospodarczą oraz socjologię komunikacji międzykulturowej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

W  latach 2012-2015 pracował w branży doradztwa strategicznego, w latach 2015-2016 był doradcą wicepremiera prof. Piotra Glińskiego w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie zajmował się przygotowaniem i promocją polskiej kandydatury do organizacji EXPO 2022 w Łodzi.

 

Mądrzy ludzie nie siedzą w kozie… – pisze Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Propaganda lewacka z Internetu i mediów tradycyjnych zeszła pod strzechy. To znak, że zbliżają się ważne wybory. Tak dla dziennikarzy, jak i – cytując byłą Panią premier Beatę Szydło i obecnego premiera Mateusza Morawieckiego  – zwykłych Polek i Polków!

Jeżeli ktoś zdobył  cenzus wyższej uczelni, bez kumoterstwa, i jednocześnie, deklaruje się jako osoba niewierząca w Boga, jest imbecylem. A status wyższego wykształcenia może sobie włożyć pod podeszwę. Będzie wyższy.

Za naczelnego tej psudo-światłej części narodu, dość powszechnie, uważa się jednego z felietonistów tygodnika „Polityka”, Pana Jana Hartmana. Dał się poznać szerszej publice, kiedy zalecał związki kazirodcze wolnym ludziom. Dowodząc, że człowiek absolutnie wolny może się poczuć tylko wtedy, kiedy może spełnić każdą zachciankę.  Nie będę cytować jego innych pseudomądrości, bo szkoda na nie miejsca nawet w eterze. Kto ciekaw, niech sobie poklika w komputerze, a młodsze pokolenie w smartfonie. Pewnie plują sobie w brodę jego wykładowcy, że „wyhodowali” sobie takiego ucznia. Zaprzątam sobie głowę i czas tym człowiekiem z jednego powodu. Zasadniczego. Jego czytają również młodzi ludzie, którym Pan Hartman mebluje mózg.

Nie powiem nic odkrywczego, ale czasami warto zastanowić się i nad truizmami. Co do zasady, ludzie mówią, że nie wierzą w Boga, kiedy są słabi. Moralnie. Nie potrafią zapanować nad swoimi najniższymi instynktami. Albo – by zacytować Zbigniewa Herberta – są zwykłymi miernotami. A nikt nie lubi mieć o sobie tak pośledniego mniemania. Już św. Karol Wojtyła,  a wcześniej św. Tomasz z Akwinu i biskup z Hippony św. Augustyn pisali, że praca nad sobą jest najtrudniejsza. Ot, i cała tajemnica.

Wracając do głównego wątku, czyli buty i wchodzenia z buciorami nawiedzonych piewców libertynizmu w życie nie aż tak bardzo jeszcze zmanierowanej pozostałej części społeczeństwa. Otóż, garstka ludzi, bez szyldu partyjnego, bombarduje nagłośnieniem i ulotkami przechodniów w samym centrum stolicy. Tuż przy wyjściu ze stacji metra przy dworcu PKP Warszawa Śródmieście. To miejsce szczególne. Tu poległa kampania byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, kiedy radził młodym, niezamożnym ludziom, by tak jak jego córka, wzięli sobie kredyt na mieszkanie, jeżeli nie mają własnego M. Tu też obecna głowa państwa, Andrzej Duda, serwował przechodniom kawę, w najgorętszym okresie kampanii. W końcu, miejsce to upatrzyli sobie wyznawcy Hare Kriszna i świadkowie Jehowi. Pierwsi starają się pozyskać zwolenników energetycznymi kawałkami muzycznymi i czasami, darmową strawą, drudzy – chwytając za mankiet kogo się da i wręczając deklarację wstąpienia do drużyny świadków Jehowy. Trudno się zresztą dziwić. Dziennie przewijają się tu tłumy. Pewnie żaden socjolog, a tym bardziej Najwyższa Izba Kontroli  nie pokusili się o podobne badania. Śmiało można rzec, że są to dziesiątki jeżeli nie setki tysięcy … Znajomy pisarz nazwał ów zaułek w centrum Warszawy współczesną Agorą.

Mnie zaciekawiło, kto nadzoruje ową współczesną, polską Agorę? I ile kosztuje wynajęcie jej na jeden dzień? W magistracie warszawskim, nadzorowanym przez Pana Rafała Trzaskowskiego, nie uzyskałam konkretnej informacji. Odesłano mnie do  generalnej dyrekcji dróg krajowych, gdzie proszono o skierowanie zapytania do rzecznika prasowego na piśmie. Co też uczyniłam. Prawdę mówiąc wątpię, czy doczekam się odpowiedzi. A sprawa warta jest zainteresowania. Może więc ten felieton zmobilizuje właściwe organa państwa, by „zwykłe Polski i zwykli Polacy” uzyskali odpowiedź na te pytania?

Pocieszające jest jedno. Mimo potwornej nagonki na Kościół i ostatniej produkcji Panów  Tomasza i Marka Sekielskich o pedofilii księży, ludzie przechodzili dosyć obojętnie obok stolika ustawionego przy stacji Metro Centrum. Nie widziałam ani jednej osoby, która zechciałabym podpisać się pod apelem lewaków o zniesienie Konkordatu. Rozdzielenie Kościoła od państwa, opodatkowanie  wierzących, wyrugowanie religii ze szkół, utarcie nosa księdzu dyrektorowi  z Torunia Tadeuszowi Rydzykowi i odebranie Kościołowi majątku. Bo mądrzy ludzie nie kupują kitu, ani w kozie nie siedzą …

 

Marzanna Stychlerz-Kłucińska