KRRiT ukarała TVN za przerwanie „Faktów” reklamą

Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski nałożył na stację TVN karę w wysokości 80 tys. zł za przerwanie reklamą serwisu informacyjnego „Fakty”.

Sprawa dotyczy wydania „Faktów” z 23 czerwca 2023 r., kiedy to podczas zapowiadania materiału redakcyjnego przez prowadzącą serwis, nagle pojawiła się plansza z napisem „reklama” i została pokazana reklama sieci sklepów „Lidl”.  Stacja tłumaczyła to zdarzenie błędem technicznym.

Przewodniczący KRRiT, po przeprowadzeniu podstępowania, podjął decyzję o ukaraniu za to stacji TVN.

„W toku postępowania ustalono, że w trakcie emisji audycji „Fakty” 23.10.2023 r. doszło do naruszenia art. 16a ust. 6 pkt 1 ustawy o radiofonii i telewizji” – podano w komunikacie KRRiT.

Przepis ten mówi, że nie można przerywać serwisów informacyjnych w celu nadania reklam lub telesprzedaży.

„Ten bezwzględny zakaz stanowi jedną z podstawowych zasad prawa reklamy i ma na celu ochronę widza przed nadmierną ekspozycją przekazu handlowego. Ma zapewnić równowagę pomiędzy potrzebami nadawców, interesem reklamodawców oraz dobrem widza i jego prawem do niezakłóconego odbioru, określonych przez ustawodawcę kategorii audycji” – przypomniał Rada.

Wyjaśniono, że przy ustalaniu wysokości kary pieniężnej KRRiT kierowała się przesłankami określonymi w art. 53 ust. 1 ustawy, tj. zakresem i stopniem szkodliwości naruszenia, dotychczasową działalnością nadawcy oraz jego możliwościami finansowymi.

„Biorąc powyższe pod uwagę oraz roczne przychody Nadawcy i aktualny cennik biura reklamy TVN Media, gdzie koszt 30-sekundowej reklamy po emisji „Faktów” wynosi do 86 500 zł netto, Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wymierzył karę pieniężną w wysokości 80.000 zł” – poinformowano.

TVN może odwołać się od decyzji przewodniczącego KRRiT do sądu.

opr. jka, źródło: KRRiT

 

Polskie Radio w Święto Niepodległości zorganizuje Maraton Chopinowski

26 godzin muzyki Chopina na żywo, blisko sześćdziesięcioro muzyków, projekcje obrazów z cyklu „Chopinowi – Jerzy Duda Gracz” – tak będzie wyglądał Maraton Chopinowski zorganizowany przez Polskie Radio z okazji Święta Niepodległości oraz 6. urodzin Polskiego Radia Chopin.

To niezwykłe wydarzenie odbędzie się w Studiu Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie.

„Formuła tegorocznego Maratonu Chopinowskiego nie będzie repliką wydarzenia sprzed roku i w kilku istotnych punktach – poza oczywistą zmianą garnituru wykonawców – zostanie zmodyfikowana. Dzieła Chopina wykonywane będą tym razem w odwróconej chronologii, od ostatniego opusu dojrzałego mistrza, jakim jest Sonata wiolonczelowa, po młodzieńcze Rondo op. 1 napisane przez kilkunastoletniego geniusza. Takie rozwiązanie pozwoli zupełnie inaczej ująć fenomen bezprecedensowego dla światowej muzyki artystycznego rozwoju Chopina: jego biografię twórczą, przybliżaną słuchaczom w krótkich przerwach pomiędzy poszczególnymi utworami przez dziennikarzy Polskiego Radia Chopin i radiowej Jedynki, poznawać będziemy począwszy od dramatycznych i mrocznych dni ostatnich aż po pierwsze, tchnące młodzieńczym optymizmem lata nauki w liceum” – wyjaśnia Marcin Gmys, dyrektor Polskiego Radia Chopin, cytowany w komunikacie prasowym.

Maraton Chopinowski rozpocznie się 10 listopada o godz. 19 i potrwa do 11 listopada do około godz. 21. Do udziału w wydarzeniu zaproszonych zostało blisko sześćdziesięcioro uznanych, jak i tych najbardziej obiecujących, młodych muzyków. Większość wykonawców wywodzić się będzie w tym roku z Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku. Na estradzie pojawią się m.in. tacy artyści, jak nestor pomorskich wirtuozów prof. Bogdan Czapiewski, który o godzinie 19 rozpocznie maraton krótkim recitalem, natomiast pod koniec wydarzenia pieśni Chopina zaprezentują wybitni gdańscy śpiewacy operowi: Anna Fabrello, Ewa Marciniec, Krzysztof Bobrzecki i rektor gdańskiej Akademii Muzycznej, światowej sławy tenor – Ryszard Minkiewicz. Poza przeważnie bardzo młodymi artystami z Gdańska wystąpią tak uznani artyści, jak Janusz Olejniczak, Joanna Ławrynowicz czy jazzman Filip Wojciechowski. Duchowym patronem Maratonu Chopinowskiego będzie natomiast bezapelacyjny zwycięzca Konkursu Chopinowskiego z 2005 roku Rafał Blechacz, który w południe 11 listopada, po odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego, wykona jedno „wielkoformatowe” arcydzieło Chopina i wygłosi przesłanie adresowane do wszystkich stacjonarnych i wirtualnych uczestników Maratonu Chopinowskiego.

Każdemu wykonaniu pojedynczego dzieła Chopina będzie towarzyszyć stosowna animacja odpowiadającego mu ściśle obrazu autorstwa Jerzego Dudy-Gracza, pochodzącego z bezprecedensowego w skali świata cyklu malarskich ekfraz – wizualizacji wszystkich kompozycji polskiego romantyka.

Transmisja z Maratonu Chopinowskiego na antenie Polskiego Radia Chopin oraz streaming video w mediach społecznościowych Polskiego Radia. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

 

 ANDRZEJ SZABACIUK: „Polscy najemnicy” w Ukrainie w propagandzie kremlowskiej

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie.

Jedną z kluczowych narracji dotyczących obecności polskich ochotników walczących w Ukrainie są doniesienia o ogromnych stratach ponoszonych przez polskie oddziały w czasie walk w obwodzie charkowskim i chersońskim. 29 lipca 2022 r. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej wydało komunikat o likwidacji obozu „zagranicznych najemników” walczących pod Mikołajowem, w wyniku której zginęła bliżej nieokreślona liczba żołnierzy z Polski. W innym komunikacie z 25 listopada informowano o „likwidacji” ok. 200 „polskich najemników” rozlokowanych trzech punktach pod Charkowem, w okolicach miejscowości Wielkie Chutory. Według artykułu na portalu Lenta.ru z 29 listopada 2022 r., od początku wojny w Ukrainie miało zginąć ok. 1200 „polskich najemników”.

Tego samego dnia Ria Novosti opublikowało wypowiedź oficera tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej Andrieja Maroczko, który twierdził, że „polscy najemnicy” w Ukrainie giną na masową skalę, przez co polskie władze mają problem ze zorganizowaniem im pochówków. Ten sam oficer informował 30 listopada, że między „polskimi najemnikami” i żołnierzami sił zbrojnych Ukrainy stale dochodzi do awantur z powodu przywilejów polskich żołnierzy. W gazecie internetowej „Argumenty i Fakty” 26 października 2022 r. ukazał się artykuł o rzekomym ataku „polskich najemników” na bojowników „Prawego Sektora”. Przyczyną miał być jakoby sprzeciw obcokrajowców, którzy odmówili wykonania rozkazu, obawiając się o swoje życie i argumentując, że na pierwszej linii powinni walczyć żołnierze obrony terytorialnej, a nie oni. W opinii gazety nie jest to pierwszy taki przypadek. „Polscy najemnicy” nie tylko dostają wyższy żołd, rzekomo nawet ponad 1000 dol. dziennie, ale także są lepiej wyposażeni w broń i środki ochrony osobistej przez „zachodnich sponsorów”, a żołnierze ukraińscy sami muszą kupić wszystko za swoje pieniądze. Dodatkowo Polacy mają rzekomo odnosić się do Ukraińców z wyższością, jak do osób gorszej kategorii.

W kolejnych miesiącach wojny ta narracja była kontynuowana i powielane były podobne informacje. Do kwestii strat „polskich najemników” odnosił się m.in. sam Władimir Putin w wypowiedzi z 13 czerwca 2023 r. (Ria Novosti) „Polscy najemnicy naprawdę tam walczą, […] oni ponoszą ciężkie straty. Naprawdę je ukrywają [władze Polski], ale straty są poważne”. Rzekomym potwierdzeniem strat wspominanych przez Putina miał być komunikat Ministerstwa Obrony RF z 25 czerwca 2023 r. o likwidacji 80 „polskich najemników”.

Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej szacowało w grudniu 2022 r., że w Ukrainie walczy ponad 1800 osób z Polski. Według władz tzw. Donieckiej Republiki Ludowej polscy żołnierze obecni byli praktycznie w każdym sztabie ukraińskim, co więcej, jak donosiła „Komsomolskaja Prawda” w artykule z 4 listopada 2022 r., są oni również członkami oddziałów, które strzelają do wycofujących się z pierwszej linii żołnierzy ukraińskich. W opinii gazety przyczyną masowego wstępowania Polaków do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy jest agitacja polskich mediów zachęcających do udziału w walkach.

Warto zauważyć, że z kolejnymi miesiącami i coraz mniej oczywistymi rosyjskimi „sukcesami” na froncie, liczba „polskich najemników” stale rosła, a ich znaczenie z punktu widzenia działań zbrojnych było wręcz kluczowe. W rosyjskiej telewizji Ren 24 sierpnia 2023 r. ukazał się materiał charakteryzujący „polskich najemników” jako najliczniejszych i najbardziej „ideowych” wśród zagranicznych ochotników walczących w Ukrainie. Jak podkreślano, chociaż w Polsce grozi surowa kara za udział w formacjach najemniczych, to nikt nie ma zamiaru prześladować takich osób i plakaty zachęcające do wyjazdu na Ukrainę są rozwieszone m.in. w warszawskim Metrze. W rekrutację mają być rzekomo zaangażowani urzędnicy Ministerstwa Obrony RP. Według przytaczanej w programie wypowiedzi politologa Wadima Truchaczewa z Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego w Moskwie, działania władz Polski to de facto wojna zastępcza (Proxy war): „Wojna zastępcza już trwa. Zbyt wielu Polaków, dziesiątki tysięcy, już walczy w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Polacy masowo, rzeczywiście, boją się Rosji, nie ufają Rosji oraz po prostu jej nienawidzą”. Inny „ekspert” w Dymitr Suchotnik sugerował, że jedną z przyczyn masowych zakupów uzbrojenia przez Polskę jest plan utworzenia przynajmniej polskiej strefy wpływów na Białorusi i Ukrainie. A dodatkowo „Warszawa nie ukrywa zamiaru rozmieszczenia baz wojskowych w pobliżu Charkowa, Zaporoża i Odessy przy wsparciu NATO. Nawet jeśli nie dojdzie do konfliktu między Polską a Rosją, Warszawa, przy wsparciu Sojuszu, będzie stwarzać zagrożenia polityczne i militarne w pobliżu rosyjskich granic”.

Propaganda rosyjska podkreślała rzekomo kluczowe zaangażowanie „najemników z Polski i Gruzji” w obronę Bachmutu. Artykuł o tym ukazał się m.in. w „Izwiestiach” 31 marca 2023 r. Powoływano się w nim na informacje od najemników Grupy Wagnera. Przytoczono m.in. wypowiedź Jewgienija Prigożyna, że pod Bachmutem siły rosyjskie walczą nie tylko z Ukrainą, ale z całym „kolektywnym Zachodem”. Na portalu „Komsomolskiej Prawdy” 14 kwietnia 2023 r. opublikowano film pokazujący „polskich najemników” w Bachmucie, którymi byli ochotnicy sformowanego przez Damiana Dudę zespołu medyków pola walki „W międzyczasie”. Z kolei 28 kwietnia 2023 r. „Rossijskaja Gazieta” opublikowała tekst o rzekomym masowym przerzucaniu przez armię ukraińską „polskich najemników” pod Bachmut. W opinii autora artykułu Michaiła Suchariewa było ich tam ok. 20 tys. (powoływano się na płka Douglasa McGregora[1]) i pełnili kluczową rolę w walkach o miasto, gdyż obsługiwali skomplikowany zachodni sprzęt dostarczony przez państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tekst ukazał się w czasie najcięższych walk o to miasto i zapewne miał uzasadnić trudności armii rosyjskiej z przełamaniem ukraińskiej obrony w tym regionie.

Drużyna „polskich najemników” miała wziąć udział także w głośnym ataku Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego i Legionu „Wolna Rosja” na obwód biełgorodzki 22 maja 2023 r. W artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. pt. „Niech Warszawa zabierze swoje trupy”: co polscy najemnicy robią w Rosji” oskarżono Polaków o współudział w ataku oraz o torturowanie, a potem zabicie rosyjskiego rezerwisty. Dodatkowo przywoływany przez gazetę emerytowany oficer armii USA Stanisław Kropiwnik twierdził, że po stronie Ukrainy walczy 10 tys. polskich najemników, byłych żołnierzy, którzy oficjalnie odeszli ze służby. Przy czym w walkach zginęło ich już ponad 3 tys. Sugerował on także, że ciała poległych pod Biełgorodem Polaków należy ułożyć przed ambasadą Polski w Moskwie – „niech zabierają swoje mięso”.

Często pojawiającą się narracją propagandową jest rzekome przechwytywanie przez rosyjskich wojskowych rozmów „zagranicznych najemników”, w tym tych z Polski. Ciekawym przykładem jest również kwestia rzekomego wywieszania przez Polaków „polskiej flagi” na ukraińskich pozycjach, o czym pisała agencja Ria Novosti 2 sierpnia 2023 r. W odpowiedzi siły rosyjskie miały bezzwłocznie ich zlikwidować.

„Pacyfikatorzy”

Kolejna występująca narracja odnosi się do rzekomych zbrodni wojennych, jakich mają dopuszczać się Polacy walczący w Ukrainie wobec ludności prorosyjskiej. 3 grudnia Ria Novosti informowała, że do miasta Marganiec w obwodzie dniepropietrowskim przybyli żołnierze polskich jednostek specjalnych, ubrani w mundury ukraińskie, którzy mieli wyłapywać wśród mieszkańców osoby sprzyjające Rosji. Oddziały te były jakoby bezpośrednio podporządkowane dowództwu Sojuszu Północnoatlantyckiego. 14 października 2022 r. na portalu Life.ru pojawiły się podobne informacje o polskich „pacyfikatorach” (ros. „карателях”)[2], którzy jakoby zaatakowali jednego z mieszkańców wyzwolonej miejscowości w obwodzie charkowskim. Polacy mieli wyklinać, rzucać granatami i strzelać do miejscowych, w tym m.in. postrzelili jednego z mieszkańców uciekającego na motorze, któremu pomocy udzieliły wojska rosyjskie. W tekście na portalu News-Front.info z 3 grudnia 2022 r. padły oskarżenia, że polscy „pacyfikatorzy” są odpowiedzialni za „ludobójstwo narodu ruskiego” w obwodzie charkowskim i chersońskim, co miało miejsce za przyzwoleniem wojsk ukraińskich.

Ria Novosti 5 grudnia 2022 r. zamieściła wypowiedź rzekomego przedstawiciela społeczności rosyjskiej Mikołajowa, który informuje, że miasto ma coraz bardziej „polski” charakter, a „polscy najemnicy” awanturują się, piją i gwałcą miejscowe kobiety. Według słów informatora potwierdzone są informacje o gwałcie dwóch kobiet, które jakoby zwróciły się o pomoc do miejscowej policji, a w odpowiedzi miały usłyszeć, że Polacy są naszymi „obrońcami”, „sojusznikami” i nic z tym zrobić nie możemy. Rzekomo wydano również tajne przypisy, aby przymykać oczy na „polskie ekscesy”.

Satanizm i aneksja zachodniej Ukrainy

 6 grudnia 2022 r. gazeta internetowa „Inguszetia” opublikowała artykuł pt. „Polscy najemnicy w Ukrainie: ścieżką satanizmu do aneksji terytorialnych”. W tekście skomentowano filmik krążący w internecie, na którym polscy ochotnicy walczący w Ukrainie mieli jakoby spalić Pismo Święte. Zdaniem autorów na ten czyn nie zareagowali żołnierze ukraińscy, ponieważ „prawdziwych prawosławnych w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy już nie ma”. W opinii redakcji w Ukrainie od 2014 r. szerzy się satanizm i okultyzm, a samo państwo jest coraz bardziej zależne od Zachodu. Dodatkowo Polacy nie pomagają Ukrainie bezinteresownie, a ich celem są aneksje terytorialne. Jak zauważa przytaczany w tekście prof. Władimir Winokurow z Akademii Dyplomatycznej MSZ Federacji Rosyjskiej, chodzi o cztery „odwiecznie polskie” obwody zachodniej Ukrainy. Instrumentem do tego ma być Trójkąt Lubelski oraz pomysł sformowania „misji pokojowej” w Ukrainie.

Podobnie cel działań Polski tłumaczył „ekspert” prokremlowskich mediów Stanisław Kropiwnik w przytaczanym artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. Twierdził, że Polacy przygotowują się do aneksji zachodnich obszarów Ukrainy i czekają tylko na zielone światło od Sojuszu Północnoatlantyckiego. Póki co takiej zgody nie ma, bo politycy na Zachodzie nie chcą ponosić ofiar za „polską awanturę”.

Oskarżenia o planowanie aneksji zachodniej Ukrainy nie są nowe, wielokrotnie powtarzane były przez czołowych rosyjskich polityków na czele z Władimirem Putinem i Siergiejem Ławrowem. Co ciekawe, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin – szeroko przytaczany przez rosyjskich propagandzistów – sugerował, że planowana aneksja ma być rzekomo wzorowana na „skutecznych” działaniach rosyjskich. Jak twierdzi Anna Ponomarewa z tzw. Analitycznej Służby Donbasu rzekomo na skutek decyzji prezydenta Andrzeja Dudy polecono odpowiednim urzędom centralnym przygotowanie uzasadnienia polskich roszczeń do tych terytoriów. Co się tyczy postawy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, to zdaniem rosyjskich propagandzistów jest on gotowy, aby stać się „nowym Petlurą”, czyli osobą gotową oddać Polsce zachodnią część Ukrainy, o czym jakoby ma świadczyć jego decyzja o przyznaniu Polakom specjalnego statusu w Ukrainie.

W podobnym tonie wypowiadał się były amerykański wojskowy Scott Ritter, często goszczący na prokremlowskich portalach, który jak zauważa Lenta.ru w tekście z 2 sierpnia 2023 r. sugerował, że Polska ma obecnie możliwość bezproblemowego zajęcia Zachodniej Ukrainy, gdyż ani władze Ukrainy, ani Stany Zjednoczone nie będą się temu sprzeciwiały. W jego opinii, Ukraina rozważa sojusz z Polską, w tym bierze pod uwagę kwestię stworzenia jednego państwa. W opinii innego kremlowskiego propagandysty Dmitrija Żurawliowa pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich wynika z braku wiary Polski w zwycięstwo Ukrainy, a ochłodzenie relacji pozwoli zmniejszyć wsparcie okazywane Ukrainie.

 Wnioski

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie. Łączy się to z jedną z kluczowych narracji propagandy rosyjskiej po 24 lutego 2022 r., zgodnie z którą Rosja jest obecnie w stanie wojny nie tylko z Ukrainą, ale z całym Zachodem. Dostrzegamy ciekawą zależność, im gorzej przedstawiała się sytuacja wojsk rosyjskich w Ukrainie, tym bardziej rosła liczba „polskich najemników” walczących po stronie ukraińskiej i obsługujących natowski sprzęt. Co ważne, zgodnie z tą narracją, Polacy walczący w Ukrainie mają być rzekomo bezpośrednio podporządkowani dowództwu NATO, a nie jak jest w rzeczywistości dowództwu Sił Zbrojnych Ukrainy.

Polacy określani są najczęściej jako „najemnicy”, co sugeruje, że nie walczą bezinteresownie, motywowani są przez potencjalne korzyści materialne. Dodatkowo przedstawiani są jako osoby odnoszące się z pogardą do ludności ukraińskiej, dopuszczające się zbrodni wojennych czy wręcz „ludobójstwa na ludności ruskiej”, zachowujące się jakby byli ponad prawem i miały świadomość swojej bezkarności. Celem takiej narracji jest ewidentnie skłócenie Polaków z Ukraińcami i rozbudzenie w społeczeństwie ukraińskim antypolskich resentymentów.

Rosyjska propaganda prezentuje władze Ukrainy jako całkowicie uległe woli Zachodu i zależne od pomocy z zewnątrz. Armię ukraińską jako bezwładną masę, która opiera się Rosji dzięki pomocy opłaconych przez Zachód wojskowych, pozbawionych moralności i skrupułów. Ukraina rzekomo zmuszona jest do tolerowania aroganckiego zachowania „polskich najemników”, a sam prezydent Wołodymyr Zełenski jakoby pogodził się już z utratą zachodnich obwodów państwa na rzecz Polski, a siły porządkowe różnych szczebli zmuszane są do tolerowania przestępstw, jakich dopuszczają się Polacy w Ukrainie. Forsując taką narrację kremlowska propaganda chce pokazać, że władze Ukrainy nie reprezentują interesów narodu ukraińskiego, który jest upokarzany i krzywdzony przez Zachód. Dodatkowo propagandyści kremlowscy rozpowszechniają narrację, że antyrosyjska część Ukraińców, podobnie jak Polacy, zwalcza chrześcijaństwo i skłania się w stronę ateizmu czy wręcz satanizmu, odcinając się w ten sposób od chrześcijańskich korzeni i wspólnego dziedzictwa prawosławnego.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

[1] Słynący z antypolskich, antyukraińskich i prorosyjskich wypowiedzi amerykański oficer. Weteran walk w Zatoce Perskiej i w Kosowie. Niedoszły ambasador USA w Niemczech, doradca sekretarza obrony Christophera C. Millera od listopada 2020 r. do stycznia 2021 r.

[2] Tym terminem sowiecka propaganda określała oddziały niemieckie pacyfikujące miejscowości Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej. Po 2014 r. rosyjska propaganda określała tak wojska ukraińskie walczące na Donbasie.

Wspomnienie przyjaciół z SDP o BARBARZE PERTOZOLIN-SKOWROŃSKIEJ

 Są tacy ludzie, którzy samą obecnością wśród innych łagodzą obyczaje, chłodzą kłótnie i skutecznie namawiają do współpracy. Dziennikarstwo z założenia musi podejmować sprawy trudne. Dziennikarze mają różne poglądy i sami sobie wypracowują metody działania. Są dziennikarzami jeśli mają w sobie pasję. Jeśli chcą służyć przekazywaniem informacji, jeśli dokładają maksymalnych starań przy dokumentowaniu i pisaniu. Mają w pracy łatwiej, kiedy trafią na mądrych szefów i współpracowników. Redaktor Barbara Petrozolin-Skowrońska taka była.

To są cechy charakterystyczne, które się ma lub nie. Oczywiście należy dobro kształtować w sobie. Ale to w dobie powszechnej rywalizacji jest trudne. Człowiek po prostu dobry zawodowo jest na ogół życzliwy innym. Barbara wszystko, co osiągnęła zawdzięczała sobie, zdolnościom, pracowitości i rozwadze. Była zawsze wśród ludzi w zespołach twórczych, w redakcjach. Aktywna i uśmiechnięta. Była – jak to się określa – dziennikarką piszącą, a nawet pisarką historyczną bo pozostawiła dokonania książkowe. Szczególnie dał się zapamiętać opis rywalizacji partii politycznych w okresie Powstania Styczniowego. Tam każde zdanie jest konkretne i ważne. Ciekawe są opisy działań inteligencji warszawskiej wśród ludzi gór.

Pokolenie Barbary Petrozolin-Skowrońskiej już prawie odeszło lub odchodzi. Pozostają biogramy przez Nią napisane będące ważnym źródłem informacji. Mówią nam i sami powtarzamy – spieszmy się, bo ludzie tak szybko odchodzą. Ile to jeszcze zabierają ze sobą wiedzy i ważnych faktów, bo nie zdążyli o nich napisać, nagrać, opowiedzieć.

Odejście przychodzi nagle i zawsze zaskakuje. Poranny komunikat radiowy o świcie jest jak grom, jak wypadek, przeraża i zasmuca. Zostaje potem w sercu żal, a nawet pretensje do samego siebie czy wszystko zrobiliśmy gdy mieliśmy jeszcze okazję być razem. Szczególnie jeśli byliśmy w przyjaźni i mogliśmy to dobrze wykorzystać. Gazety, książki to ratunek. Warto do nich wracać. Tak jak do rozmów, wspólnych wycieczek koleżeńskich. Wtedy myśli się również, że było tego za mało. Zostaliśmy w smutku. Możemy popatrzeć na zdjęcia, na ładną twarz, uśmiechniętą.

 

Żegnaj Basiu. Dobrze, że byłaś z nami.

 

Przyjaciele z Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

 

 

Ogłoszono nominowanych w Konkursie im. Jacka Stwory dla młodych reportażystów radiowych

Kapituła Ogólnopolskiego Konkursu Stypendialnego im. Jacka Stwory wyłoniła sześciu nominowanych. Zwycięzców poznamy 23 listopada 2023 r. podczas uroczystej Gali wręczenia nagród dla Polskich Reportażystów, która odbędzie się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. 

Organizowany przez Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia XXVI Konkurs Stypendialny im. Jacka Stwory skierowany jest do młodych reportażystów radiowych, którzy nie ukończyli 35 roku życia.  Idea konkursu to stworzenie warunków rozwoju młodym reportażystom radiowym poszukującym nowych, oryginalnych środków wyrazu w dziedzinie dokumentu artystycznego.

Spośród nadesłanych prac konkursowych, Kapituła konkursu,  powołana przez Zarząd Polskiego Radia, w składzie: Ewelina Kosałka-Passia – przewodnicząca, Ewa Szkurłat- Adamska, Andrzej Brzoska, Antoni Rokicki, Paweł Kurek oraz Dorota Boniecka-Górny- sekretarz, wybrała 6 reportaży wyróżniających się indywidualnym podejściem do warsztatu reportera oraz ciekawą tematyką i sposobem jej ujęcia.

Reportaże nominowane w Ogólnopolskim Konkursie Stypendialnym im. Jacka Stwory 2023:

„Wynurzony z ciszy” Aleksandry Sadokierskiej z Polskiego Radia Białystok,

„Rogate dziedzictwo” Karoliny Bieniek z Polskiego Radia Wrocław,

„Mgła czułych ludzi” Aleksandry Dobieszewskiej ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia,

„W życiu nie ma puenty” Aleksandry Dobieszewskiej ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia,

„Miłość na Stand – Upie” Agnieszki Loch z Polskiego Radia Katowice,

„Barbórecka” Małgorzaty Lachendro z Polskiego Radia Katowice.

Konkurs zostanie rozstrzygnięty podczas Ogólnopolskiego Seminarium Reportażu i Dokumentu, które odbędzie się w dniach 21 – 23 listopada br. w Studiu Polskiego Radia im. Władysława Szpilmana.

W ramach nagrody, Polskie Radio zapewni środki na realizację autorskiego projektu, a Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia – nadzór artystyczny i pomoc organizacyjną.

Zwycięzcy zostaną ogłoszeni 23 listopada 2023 roku podczas uroczystej Gali wręczenia nagród dla Polskich Reportażystów, która odbędzie się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

Odeszła BARBARA PETROZOLIN-SKOWROŃSKA. 6 listopada ostatnie pożegnanie

22 października 2023 roku, w wieku 86 lat, zmarła Barbara Petrozolin-Skowrońska, historyk, dziennikarka, redaktorka, autorka artykułów, książek i scenariuszy słuchowisk radiowych. Od wielu lat była związana ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich.  

Barbara Petrozolin-Skowrońska urodziła się 24 lipca 1937 r. w Warszawie. Wojnę i okupację przeżyła na  Saskiej Kępie, z którą była blisko związana do końca życia. Ukończyła liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, a później historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Interesowała się m.in. losami polskiej inteligencji, historią prasy i dziejami Warszawy. Współpracowała z ,,Kulturą”, ,,Literaturą”, ,,Mówią wieki”, ,,Nowymi Książkami”. Pisała scenariusze słuchowisk dla Polskiego Radia. Była autorką książek, m.in. „Przed tą nocą”,  „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego”. W latach 1990 – 1998 pełniła funkcję redaktorki naczelnej Encyklopedii PWN, wydała m.in. wyróżnioną licznymi nagrodami Encyklopedię Warszawy.

Barbara Petrozolin-Skowrońska /YT/

Współpracowała z Pracownią Dziejów Warszawy i Pracownią Dziejów Inteligencji Instytutu Historycznego PAN. Przez 10 lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Od wielu lat działała w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, była inicjatorką wielu wydarzeń, publikowała swoje teksty na portalu sdp.pl. Zawsze uczynna, koleżeńska, skora do działania, zaangażowana i pełna oddania.

Msza Św. pogrzebowa odprawiona zostanie 6 listopada 2023 r. o godz. 12.30 w Kościele pw. św. Andrzeja Boboli, Parafia pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, ul. Nobla 16 w  Warszawie. Pogrzeb tego samego dnia o godz. 14.30 na Cmentarzu Stare Powązki (brama druga).

 

Synowi, Krzysztofowi Skowrońskiemu i jego rodzinie w imieniu Koleżanek i Kolegów z SDP a także ZG SDP, CMWP SDP i redakcji portalu sdp.pl składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Barbara Petrozolin-Skowrońska z synem Krzysztofem Skowrońskim 8 września 2022 r. Dom Dziennikarza na Foksal w Warszawie Fot. HB/

 

Poniżej krótkie wspomnienie od koleżanek z SDP

Wczoraj -22 X br – o godzinie 22.40 odeszła nasza wspaniała koleżanka Basia Petrozolin – Skowrońska. Znakomita dziennikarka, wybitna znawczyni historii, autorka wielu publikacji naukowych, od wielu lat należąca do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. A przede wszystkim nasza przyjaciółka, inicjatorka powstania Klubu Wierszówek. Zawsze będziemy pamiętać wspaniałe spotkania w Jej domu na Saskiej Kępie i ciekawe rozmowy. 

Jej synowi Krzysztofowi Skowrońskiemu i jego rodzinie składamy wyrazy współczucia.

Droga Basiu! Żegnamy Cię z wielkim żalem. Będziemy za Tobą tęsknić.

 

Twoje wierszówki. Ania Amanowicz, Elżbieta Królikowska- Avis, Hanna Malinowska-Wegner, Hanka Budzisz.

 

Kondolencje nadesłane przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NSJU)

Drodzy polscy koledzy!

Szanowny Panie Krzysztofie Skowroński!

W imieniu Zarządu i Sekretariatu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy wyrażamy głęboki żal z powodu śmierci Barbary Petrozolin-Skowrońskiej, która w znaczący sposób przyczyniła się do rozwoju dziennikarstwa polskiego i międzynarodowego. My, podobnie jak Wy, nasi drodzy polscy koledzy, staramy się uczyć od tak wybitnych dziennikarzy, którzy są dla nas wzorem profesjonalizmu i ludzkiej uczciwości.

Przyjmijcie, drodzy koledzy i Pan osobiście, Panie Krzysztofie Skowroński, kondolencje ze strony  ukraińskiej społeczności dziennikarskiej. W tych smutnych dniach masz nasze wsparcie, jesteśmy z Tobą, jesteśmy przy Tobie.

Wyrażamy też Państwu naszą głęboką wdzięczność za bezinteresowne wsparcie i pomoc ukraińskim dziennikarzom w czasie wojny, która nagle na nas spadła i trwa do dziś. Byliście przy nas i czuliśmy Wasze wsparcie. Dziękujemy!

W imieniu NSJU
Mykoła Semena, sekretarz NSJU

 

Najważniejsza ze sztuk  – JAKUB OLCHOWSKI o propagandzie w rosyjskiej kinematografii

Gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia powróciła do przekazu ideologicznego.

Rosja  sprawnie posługuje się całą machinerią propagandową i dezinformacyjną. Robi to od stuleci i czyni to bardzo efektywnie. Podniosła do rangi sztuki używanie instrumentów informacyjnych i dezinformacyjnych i sztuka ta jest wykorzystywana przez nią do realizacji interesów strategicznych. Podobnie jak wykorzystywanych jest wiele innych elementów, które wcale nie są – przynajmniej na pierwszy rzut oka – instrumentami polityki zagranicznej, jak np. surowce naturalne czy energetyka. To samo dotyczy  miękkiej warstwy, czyli np. kultury i narracji historycznych, używanych przez Rosję do budowania pewnej określonej wizji świata, tak na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny.

Takim instrumentem jest też film. Włodzimierz Lenin miał powiedzieć, że film jest najważniejszą ze sztuk, bo dzięki obrazom można kształtować umysły i emocje nawet ludzi  nieumiejących pisać i czytać, a takich 100 lat temu była w Rosji przeważająca większość. Dziś mechanizm ten działa tak samo, choć zmieniły się instrumenty i metody – mówi się o storytellingu i „budowaniu narracji”. Co nie znaczy wszakże, że film stracił znaczenie. Przeciwnie, może być i jest bardzo użytecznym narzędziem.

Jeśli chodzi o rosyjską kinematografię, trzeba mieć świadomość, że Rosjanie mają znakomite,  głęboko zakorzenione tradycje filmowe i artystyczne.  W Związku Radzieckim powstało wiele filmów ważnych dla kinematografii światowej, i powstawały niemal od początku jej istnienia. W 1925 Siergiej Eisenstein nakręcił „Pancernik Potiomkin”, film artystycznie znakomity, choć naturalnie mający ideologiczny i propagandowy wydźwięk. Sojusz sztuki i polityki miewał jednak wzloty i upadki – tenże sam Eisenstein w 1938 r. nakręcił „Aleksandra Newskiego,” film obsadzony samymi gwiazdami, zrobiony z ogromnym rozmachem, z muzyką Siergieja Prokofiewa. Akcja filmu osadzona jest rzecz jasna w średniowieczu, ale przekaz ideologiczny odnosił się de facto do aktualnej sytuacji, tj. do napięć między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą. Filmowi Krzyżacy nosili nawet hełmy, które przypominały hełmy armii niemieckiej. Sytuacja się jednak zmieniła – po pakcie Ribbentrop-Mołotow film stał się oczywiście „nieprawilny”, jako szkalujący przyjaciół. Wkrótce jednak sytuacja ponownie się zmieniła i w 1941 r. film znów stał się aktualny i ponownie można go było wykorzystywać do urabiania serc i umysłów sowieckiego społeczeństwa.

Po II wojnie światowej radziecka kinematografia rozwijała się prężnie. Z powodów politycznych i ideologicznych, tj. jako użyteczny dla władzy instrument, ale również z powodów banalnie obiektywnych: Rosja zawsze miała wielu wybitnych, utalentowanych artystów i twórców. W efekcie radzieckie filmy wielokrotnie były nagradzane na świecie. Nagrodę Oscara otrzymała „Wojna i pokój” (1968), „Dersu Uzała” (1975) i „Moskwa nie wierzy łzom” (1980) – w czasach, kiedy Oscar znaczył naprawdę wiele, a w dodatku były to przecież filmy zza „żelaznej kurtyny”. Do klasyki światowej kinematografii weszło wiele radzieckich filmów wojennych, np. Lecą żurawie (1957), Tak tu cicho o zmierzchu (1972), Idź i patrz (1985).

Oczywiście nie kręcono samych arcydzieł, oczywiście nie kręcono wyłącznie filmów wojennych. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że wszystkie filmy radzieckie musiały nieść określony przekaz ideologiczny, nawet jeśli pośrednio tylko serwowany widzom, były też cenzurowane. Należy też podkreślić, że temat wojny był bardzo istotny i podchodzono do niego w sposób poważny, monumentalno-martyrologiczny (uzupełniany naturalnie ideologicznie). Takie podejście wynikało po części z nastrojów społecznych – przez wiele lat po wojnie funkcjonowała ona w pamięci zbiorowej przede wszystkim jako ogromny dramat i tragedia (m.in. z tego powodu obchodzono Dzień Zwycięstwa 9 maja, ale raczej refleksyjnie, skromnie i bez parad wojskowych). Jednocześnie II wojna światowa, która w Rosji zwana jest „wielką wojną ojczyźnianą”, stawała się coraz ważniejszym czynnikiem, budującym tożsamość państwa i społeczeństwa (nie narodu, naturalnie) radzieckiego.

Kiedy Związek Radziecki się rozpadł, jego sukcesorka Rosja weszła w trudny okres, musiała się zmagać z głębokim kryzysem ekonomicznym, społecznym, politycznym i tożsamościowym. Podupadła także  kinematografia. Mimo to w latach 90. powstało  wiele świetnych filmów, ze znakomitym obrazem Spaleni słońcem z 1994 r., w reżyserii Nikity Michałkowa.  Ten wstrząsający film jest niemal, niczym „Makbet” Szekspira, socjologiczno-politologicznym studium tyranii – i został nagrodzony Oscarem.

Jednak gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia  powróciła do przekazu ideologicznego, i to na nieporównanie szerszą skalę. Poniekąd wynika to także z tego, że Moskwa zorientowała się, iż podobnie jak instrumenty ekonomiczne, przyciąganie i przekonywanie ludzi  przy pomocy dobrze przygotowanego przekazu, dobrej opowieści oddziałującej na emocje, jest skuteczniejsze niż hard power i brutalne, nacechowane otwartą arogancją, realizowanie własnych interesów przy użyciu „tradycyjnych”, twardych narzędzi. Zwłaszcza że Rosja zaczęła w tym okresie „wstawać z kolan”, m.in. intensywnie odbudowując swoje znaczenie i wpływy na terytorium dawnego ZSRR oraz lansując przy tym koncepcję „ruskiego świata”. A że russkij mir w dużej mierze ma fundamenty kulturowe, nie można było nie dostrzec i nie wykorzystać kultury jako narzędzia oddziaływania. Zwłaszcza że rosyjska kultura cieszyła się uznaniem na świecie, wciąż jest kojarzona z wielkimi pisarzami, kompozytorami, malarzami, sportowcami czy wreszcie filmowcami.

W efekcie w XXI w. w rosyjskie kino związane jest  w dużej mierze  z określoną narracją, w której można wskazać wiele wątków. To na przykład swego rodzaju „sojuzonostalgia”: Związek Radziecki nie był przecież taki zły, żyliśmy tam, to było wielkie państwo i potęga. Przykładem tego może być Dziewiąta kompania Fiodora Bondarczuka z 2004 r. To produkcja o wojnie w Afganistanie, rzekomo oparta  na faktach, ale w istocie jedynie luźno inspirowana pewnymi wydarzeniami. Oczywiście nie ma w niej  słowa o tym, że to Związek Radziecki zaatakował Afganistan – nie jest to przecież istotne. Ważna jest natomiast narracja, że żołnierze pochodzący z różnych stron ZSRR dzielnie walczyli za ojczyznę, która się o nich nie troszczyła i trochę o nich zapomniała, a przecież oni ją kochali. Co warto podkreślić, film zrobiono z wielkim rozmachem, niczym amerykańskie „superprodukcje” i blockbustery – w kolejnych latach stało się to zresztą regułą.

Pojawiły się też inne ważne wątki. Jednym  z nich jest gloryfikacja carskiej Rosji. Świetny przykład stanowi film biograficzny o admirale Kołczaku pt. Admirał (2008 r., reż. Andriej Krawczuk). Możemy się z niego dowiedzieć przede wszystkim tego, że w carskiej Rosji „kapało od złota”, były tam wyłącznie piękne kobiety w cudownych kreacjach oraz przystojni mężczyźni w pięknych mundurach. Inny wątek to oczywiście „wielka wojna ojczyźniana”. Nie jest to przypadek, bo pamięć o tej wojnie, podniesiona już właściwie do rangi mitu, stanowi jeden z kluczowych fundamentów dzisiejszej tożsamości państwowej i narodowej Rosji. Rokrocznie do rosyjskich kin trafia ok. 200 filmów rodzimej produkcji i wiele z nich to filmy wojenne (bojewiki), ponadto produkuje się wiele seriali telewizyjnych. Przemysł filmowy jest potężny i szczodrze finansowany przez państwo, które wymaga, by filmy niosły określony przekaz. Wśród wielu takich produkcji wojennych był np. hit kinowy z 2008 r. pod tytułem Jesteśmy z przyszłości. Film opowiadał o grupie młodych ludzi, żyjących we współczesnej Rosji i prowadzących bezrefleksyjny i konsumpcyjny tryb życia (w domyśle: jak na Zachodzie). Kiedy trafiają do wojska, przypadkiem przenoszą się w czasie i muszą zmierzyć się z faszystami podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Po powrocie do współczesności zmieniają swoje dotychczasowe postępowanie i są już dobrymi patriotami. Film cieszył się tak dużą popularnością, że nakręcono jego ciąg dalszy. Cechą wspólną tego rodzaju filmów jest to, że pokazują martyrologię Rosjan w czasie wojny oraz bohaterstwo Armii Czerwonej, która ostatecznie zawsze wygrywa i pokonuje nazistów. Nikomu nie przeszkadza, że konkretne historyczne wydarzenia przedstawiane są całkowicie fałszywie. W 2016 r. nakręcono np. „28 panfiłowców” – film opowiada o bohaterskiej walce, stoczonej rzekomo przez grupę czerwonoarmistów w 1941 r., mimo że już od dawna wiadomo, że to wydarzenie nigdy nie miało miejsca. Tego jednak przeciętny widz nie wie.

Nawet wielki Nikita Michałkow, obecnie bliski przyjaciel Putina, nakręcił w 2010 r. kontynuację „Spalonych słońcem” – będącą w odróżnieniu od pierwszej części z 1994 r. obrzydliwą propagandówką, z której wynika m.in. że może i NKWD to byli socjopaci, wybijający zęby młotkiem, ale to z miłości do ojczyzny, a przecież wszyscy kochamy ojczyznę, czyż nie?

Inną grupę stanowią filmy historyczne czy raczej – pseudohistoryczne, przedstawiające pewną narrację dotyczącą przeszłości Rosji. Sięga się przy tym do średniowiecza (filmy o Jarosławie Mądrym i Aleksandrze Newskim) i głębiej nawet, czego przykładem „Wiking” Andrieja Krawczuka z 2016 r. – łączy te produkcje takie pokazywanie Rusi Kijowskiej, by nie było wątpliwości, że jedyną jej spadkobierczynią jest Rosja. Dla Polaków interesujący może być Rok 1612 Władymira Chotinienki z 2007 r., pokazujący złych, bezwzględnych i okrutnych oraz bezustannie przeklinających polskich husarzy, którzy konno szarżują na mury miasta, ale dzielnie i skutecznie przeciwstawia się im prosty rosyjski lud, pełen patriotyzmu i mistycyzmu. Podobnie narracja przebiega w luźnej ekranizacji powieści Nikołaja Gogola pt. Taras Bulba (2009), w której  Polacy prześladują i gnębią mieszkańców Rusi, którzy nie dzielą się na Ukraińców i Rosjan, bo stanowią wszak jeden naród – co jest jednym z fundamentów koncepcji „ruskiego świata”.

W wielu filmach i serialach pojawiał się wątek czeczeńskich terrorystów, diabolicznych i podstępnych. Często filmowe czarne charaktery posługiwały się też językiem angielskim, a także zachodnim wyposażeniem i uzbrojeniem. Jeśli pojawiali się Polacy, to zwykle w roli najemników i zaciekłych rusofobów. Po  2014 r. i aneksji Krymu pojawił się też nowy wątek, czyli źli Ukraińcy, którzy używają faszystowskich pozdrowień, gwałcą, mordują i palą – zwłaszcza w Donbasie, zaś dzielni Rosjanie chronią ludność cywilną i przywracają porządek oraz dostarczają pomoc humanitarną.

Przykładów tego rodzaju produkcji są dziesiątki. I oczywiście nie tylko w Rosji filmowcy dość „luźno” podchodzą do wydarzeń historycznych. Dość przypomnieć wielkie hollywoodzkie przeboje, jak chociażby „Braveheart” czy „Pearl Harbor”. Metaforycznie ujmując, tyle mają wspólnego z historią, ile wspólnego ma demokracja z demokracją ludową. Z drugiej strony, w Rosji nadal są twórcy, którzy potrafią robić wybitne filmy i czasem takie robią. Przykładami mogą być „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa czy „Ładunek 200” Aleksieja Bałabanowa. To jednak wyjątki, generalnie bowiem rosyjskie filmy, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, zwykle bardzo dobre pod względem warsztatowym, utrwalają  w społeczeństwie rosyjskim pewien obraz Rosji i otaczającego ją świata. Przy czym, o ile pseudohistoryczne filmy zachodnie to po prostu popkulturowe produkty, których celem jest przynoszenie zysku, o tyle znaczna część produkcji rosyjskich, finansowana przez państwo, z premedytacją wpływa na świadomość i poglądy społeczeństwa. To także element rosyjskiej soft power, mający wpływać nie tylko na społeczeństwo rosyjskie, ale i audytorium zewnętrzne – Rosja stara się brać przykład z rozmachu i ekspansywności amerykańskiego przemysłu filmowego (podobnie zresztą czynią Chiny), jednak w przypadku Rosji istotne jest, że najważniejsza ze sztuk służy jako instrument władzy.

W efekcie Rosjanie są przekonani, że ich  kraj nigdy nikogo nie napadł, a tylko wyzwalał i bronił, zaś całe zło pochodzi z zewnątrz, w tym – podkreślmy – w dużej mierze z Polski. Ważne, byśmy o tym pamiętali, bo u nas też pojawiają się niestety różne prorosyjskie wypowiedzi i środowiska. Kręgi te chyba nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób Polskę  przedstawia się w Rosji i jak bardzo jej wizerunek jest tam negatywny. Co prawda obecnie Rosjanie niezbyt chętnie chodzą do kina na filmy wojenne z ostatnich lat, np. pokazujące wojnę w Donbasie, ale to niewiele zmienia. Na pewno nie zmienia ich stosunku do wojny i do Ukrainy.

Jakub Olchowski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

 

„Waleczne z gór” – cykl dokumentalny o zapomnianych bohaterkach w TVP Historia

„Waleczne z gór” to sześcioodcinkowa seria będąca zapisem historii niezwykłych, ale najczęściej zupełnie nieznanych kobiet – cichych bohaterek, które w czasie II wojny światowej walczyły o wolność i sprzeciwiały się niemieckiej okupacji. Premiera w TVP Historia w piątek, 17 listopada o godz. 18.30

Wspólnie ze świadkami tamtych wydarzeń, rodzinami bohaterek, regionalistami i pasjonatami historii przemierzymy miejsca, w których działały waleczne kobiety z gór. Cykl przedstawi Helenę Błażusiak, Antoninę Tatarównę, Katarzynę Filipek (w tle Helenę Migiel), Wandę i Marię Zachwieje, Bronisławę Staszel-Polankową oraz Małgorzatę Jachimiak. Ich życiorysy, to dowód na kobiecą siłę, ofiarność, gotowość do walki z okupantem i znak sprzeciwu wobec totalitarnego zniewolenia – bez rozgłosu. Biografie bohaterek, mimo że zupełnie inne, dopełniają się, tworzą spójną opowieść i stanowią szerszą historyczno-społeczną perspektywę.

W cyklu dokumentalnym „Waleczne z gór” poznamy także wojenną historię Podhala, Gorców i Pienin.

Dziennikarka Agata Puścikowska przedstawi kulisy heroicznej walki o wolność dotychczas mało znanej. Poszuka również odpowiedzi na szereg pytań – co zadecydowało, że „Waleczne z gór” dołączyły do potyczek? Jak wyglądała ich codzienność? Czy wykazanie się taką odwagą współcześnie byłoby możliwe?

Przedstawione w filmie bohaterki pomagały rannym, wspierały sieroty wojenne, były łączniczkami organizacji niepodległościowych, należały do konspiracji antyniemieckich, kolportowały prasę podziemną, ukrywały żołnierzy Armii Krajowej i kurierów tatrzańskich oraz ratowały Żydów. Za swoją działalność niejednokrotnie traciły zdrowie i życie. Nie otrzymywały nagród i odznaczeń. Często – o ile przeżyły – były prześladowane i inwigilowane przez władze komunistyczne.

Premierowe odcinki dokumentu „Waleczne z gór” można będzie oglądać w piątki od 17 listopada o 18.30 w TVP Historia oraz o 19.30 w TVP Historia 2.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

W Klubie Historycznym o weryfikacji dziennikarzy w stanie wojennym

Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprasza 26 października o godzinie 17.30 do Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie na spotkanie, którego tematem będzie weryfikacja dziennikarzy w stanie wojennym.

Wybitny znawca tematu – doktor Grzegorz Majchrzak z Biura Badań Historycznych IPN rozwieje wiele krążących do dziś mitów na temat weryfikacji pracowników mediów. Dowiemy się m.in., jak przebiegała lustracja w prasie oraz dlaczego w radiu i telewizji przybrała łagodniejszą formę.

Kim byli:

– weryfikatorzy i jak byli dobierani,

– osoby należące do aparatu represji,

– osoby, które poszły na współpracę i czym ona skutkuje do dzisiaj w funkcjonowaniu mediów.

Oraz:

– jak wyglądały przesłuchania i kto brał w nich udział,

–  ilu dziennikarzy przesłuchano, ilu straciło pracę, ilu trafiło do więzienia.

O tych i innych aspektach procesu weryfikacji będziemy mówić w ostatni czwartek miesiąca.

Serdecznie zapraszam,

Hanna Budzisz, przewodnicząca Klubu Historycznego SDP

 

Żydzi Warmii i Mazur – wyprawy do miejsc zapomnianych. Spotkanie z Joanną Wańkowską-Sobiesiak

Warmińsko-Mazurskim Oddział Dziennikarzy Polskich w Olsztynie rozpoczyna czwartki z kulturą! W ciągu najbliższych tygodni odbędą się 4 niezwykle interesujące spotkania o historii kultury i mediów Warmii i Mazur. Na dobry początek zapraszamy na spotkanie  autorskie  z Joanną Wańkowską-Sobiesiak, dziennikarką, reportażystką, autorką 17 książek. W najbliższych miesiącach ukaże się jej najnowsza publikacja: „Niepamięć.  Żydzi Warmii i Mazur, dawno, wczoraj  i dziś”. Spotkanie odbędzie się 26 października o godzinie 18 w Galeria Usługa Jazz Bar (Olsztyn, Stare Miasto 2).

Joanna Wańkowska-Sobiesiak ma swoim dorobku aż 17 książek. Większość z nich autorka  poświęciła mniejszościom narodowym regionu: Warmiakom, Mazurom, Niemcom. Teraz  do drukarni trafiła książka  na temat mniejszości żydowskiej i  w tym przypadku słowo  mniejszość  jest niezwykle trafne, jest ich niewielu. Bowiem  naród  ten ze swoimi obyczajami i kulturą,  prawie całkowicie zniknął z Warmii i Mazur.

Historia Żydów mieszkających tu przed drugą wojną światową skończyła się definitywnie, kiedy tych, którzy jeszcze zostali po Nocy Pogromów Niemcy wywieźli do obozów zagłady. Po roku 1945 zjawili się nowi żydowscy przybysze, którzy przyjechali tu wraz z grupami przesiedleńców, albo też indywidualnie szukać miejsca do życia na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, opustoszałych po wyjeździe miejscowej ludności do Niemiec. Tu można było zniknąć, zmienić nazwisko, zacząć wszystko od nowa. Zapomnieć.  Przyjeżdżali  w transportach z Wileńszczyzny i z Wołynie, ale też  z Warszawy i  Krakowa, ci którym udało się przetrwać.

Najwięcej osiedliło w Olsztynie, ale też Barczewie, Kętrzynie, Ostródzie, Morągu, Mrągowie i Nidzicy. Byli też w Szczytnie, Węgorzewie, Lidzbarku Warmińskim i w miastach, które znalazły się w województwie po zmianach administracyjnych. Ale kiedy  po roku 1947 zmieniły się realia polityczne, zaczęli wyjeżdżać, bo rodziło się ich własne państwo. Wyjechała blisko połowa. Ci którzy pozostali dziś są prawie niewidoczni.

Joanna Wańkowska-Sobiesiak w 35 miejscowościach regionu poszukiwała  żydowskich śladów: przedwojennych  synagog, kirkutów, ulic. Ale też  opowieści o poszczególnych mieszkańcach pochodzenia żydowskiego, którzy zapisali się w historii tych miast i miasteczek.  I jeszcze odpowiedzi  na pytanie, ile na ten temat wiedzą obecni mieszkańcy województwa.

Reportaże z tych wypraw znajdą się publikacji zatytułowanej „Niepamięć. Żydzi Warmii i Mazur, dawno, wczoraj i dziś”, która ukaże się  jeszcze przed końcem tego roku.

Cykl spotkań „Od Warmii do Mazur – w poszukiwaniu tożsamości regionu” jest współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego.

 

Lokalni wydawcy stworzyli Ogólnopolski Klaster Mediów Lokalnych „Lokalsi”

70 lokalnych portali, które mają 8,5 mln unikalnych użytkowników, weszło w skład grupy założycielskiej Ogólnopolskiego Klastera Mediów Lokalnych „Lokalsi”. Razem chcą dążyć do poprawy jakości publikowanych treści, wzrostu przychodów wydawców i wspierać się w sferze technologii cyfrowych.

Inicjatorem przedsięwzięcia jest Stowarzyszenia Mediów Lokalnych, a w skład grupy założycielskiej weszło prawie 70 portali z całej Polski. Szczegóły działalności klastra przedstawiono podczas środowej konferencji prasowej, która odbyła się w siedzibie PAP.

– Klastry są niesłychanie ciekawą propozycją dla ludzi prowadzących działalność gospodarczą. A małe lokalne wydawnictwa to nic innego, jak firmy funkcjonujące na rynku. Długo myśleliśmy jaka formuła byłaby najlepsza do uzyskania synergii niedużych lokalnych portali i wydaje nam się, że klaster jest jakby uszyty na miarę takich firm –  tłumaczył Piotr Piotrowicz, prezes SML.

W trakcie konferencji przybliżono ideę klastrów, które są skupiskami wzajemnie powiązanych firm w układzie pionowym i poziomym, wyspecjalizowanych dostawców, usługodawców, firm działających w pokrewnych sektorach i związanych z nimi instytucji (np. uniwersytetów, jednostek normalizacyjnych i stowarzyszeń branżowych) w poszczególnych dziedzinach, konkurujących między sobą, ale także współpracujących.

– Chcemy, żeby do klastra zapisało się jak najwięcej lokalnych portali. Grupa założycielska to kilkudziesięciu wydawców, łącznie ponad 70 lokalnych portali. To duża siła, ale mamy nadzieję, że klaster „Lokalsi”, szybko będzie się rozrastał – stwierdził Patryk Ślęzak, członek zarządu SML, wydawca lokalnych portali w Łodzi i na Mazowszu.

W czasie konferencji podkreślono, że nie wszystkie portale z grupy założycielskiej są członkami SML, natomiast stawiają sobie wspólne cele, które niekoniecznie muszą być realizowane w strukturze Stowarzyszenia

Piotr Piotrowicz zaprosił do klastra wszystkich polskich lokalnych wydawców.  – Nie stawiamy żadnych warunków wstępnych oprócz akceptacji celów klastra i deklaracji współpracy – powiedział prezes SML.

– Dla mnie niezwykle ważne jest to, że klastry są bardzo demokratyczną formułą współpracy firm. Przynależność do klastra nie nakłada też na nas żadnych zobowiązań. SML tak przygotowało projekt, żeby wydawcy nie musieli ponosić kosztów organizacyjnych, związanych z powstawaniem nowego bytu na polskiej mapie mediów – zauważył Krzysztof Chojnowski z portalu moja-ostroleka.pl.

Patryk Ślęzak przybliżył plany KML. – Naszym głównym celem jest współpraca i wzajemne wspieranie się lokalnych mediów. Chcemy skupić się na promocji fundamentalnych wartości dla demokratycznego państwa prawa: wolności słowa, niezależności mediów oraz tworzenia lepszej jakości informacji dla społeczeństwa. Będziemy wspierać pluralizm informacyjny, demokratyzację dostępu do informacji, dążyć do wzrostu przychodów wydawców oraz poprawy jakości treści publikowanych przez media lokalne. Nie mniej ważne jest wsparcie lokalnych portali w sferze technologii cyfrowych – podkreślił.

Jedną z misji powołanego klastra jest według założycieli obrona polskich mediów lokalnych. To są z reguły nieduże wydawnictwa, które samodzielnie będą miały bardzo duże trudności, żeby przetrwać na rynku. Na co dzień wydawcy borykają się z wieloma trudnościami, wśród których najistotniejsze są problemy związane z niezwykle szybko rozwijającymi się technologiami informacyjnymi. To nie tylko kwestia dostępu do takich technologii, ale przede wszystkim bariera ekonomiczna, która skutecznie blokuje dynamiczny rozwój tego sektora rynku.

Współpracę z KLM zadeklarował przedstawiciel Google Polska. Marek Miller, strategic news partner manager, zaprosił przedstawicieli wszystkich wydawnictw, które powołały klaster do udziału w dwudniowym szkoleniu, które zostanie zorganizowane w Warszawie pod koniec listopada.

– Google chce współpracować z lokalnymi wydawcami. Od czterech lat wspieramy Stowarzyszenie Mediów Lokalnych, które w tym czasie zorganizowało już trzy edycje konferencji mediów lokalnych „Lokalsi 4.0”. Pomagamy promować jakościowe dziennikarstwo w ramach konkursu dla dziennikarzy lokalnych portali – stwierdził Miller.

Daniel Rząsa, szef Google News Lab, zapowiedział wsparcie bezpieczeństwa lokalnych portali poprzez udostępnienie wszystkim założycielom tzw. kluczy bezpieczeństwa oraz wykorzystanie w ich działalności ochrony gwarantowanej przez platformę Project Shield.

opr. jka, źródło: KML

Nowy cykl dokumentalny w TVP Historia „Czarna Wołga.  Kryminalna historia PRL” 

TVP Historia zaprasza na nowy serial dokumentalny „Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL”. Premiera pierwszego z ośmiu odcinków 26 października o godz. 20.

Dokument przeniesie widzów w głąb kryminalnego świata minionej epoki i zaprezentuje sposób działania peerelowskich przestępców, organów ścigania, a także mechanizm szerzącego się strachu.

„Kryminalny PRL bardziej przypomina Chicago i to w latach 20. Napady na banki, jak choćby ten w Wołowie, zabójstwo posła, zamachy terrorystyczne czy groźba wrzucenia półtora kilograma cyjanku do ujęcia wody dla miasta. No i oczywiście legendarna Czarna wołga — ale czy na pewno była to legenda? W 1965 roku dwie kobiety w Warszawie uprowadziły dziewczynkę i odjechały taksówką, właśnie czarną wołgą. O tym wszystkim opowiemy Państwu w serialu dokumentalnym „Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL” – mówi o serialu jego twórca, autor książki „Czarna wołga”, Przemysław Semczuk, cytowany w komunikacie TVP.

Przemysław Semczuk, dziennikarz i ceniony znawca epoki PRL-u, dociera do bohaterów i świadków tamtych wydarzeń, a także do materiałów archiwalnych IPN, z których wyłaniają się historie kryminalne. Czarna Wołga grasująca w latach 60. i 70. po ulicach polskich miast to nie tylko miejska legenda. Porwania dzieci, brutalne zabójstwa, napady na banki, kradzieże, tajemnicze zniknięcia i głośne procesy sądowe — te historie wydarzyły się naprawdę. O tych zbrodniach, a także o przestępstwach, o których niewiele się mówi do dziś, opowiada nowy cykl dokumentalny, który będzie można śledzić od czwartku, 26 października o godz. 20 w TVP Historia i o godz. 21 w TVP Historia 2.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska