Fakty nie dyskryminują – MAGADALENA KAWALEC-SEGOND o tym jak pisać o osobach LGBT+

Nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa.

 

Istnieje pewna powszechnie występująca cecha ludzkiego umysłu, że rzeczy nienazwane nie istnieją. Jest to bardzo adekwatnie oddane w „Księdze Rodzaju”, gdy Bóg mówi do Adama: „ponazywaj je!” I tak Adam oddaje się pierwszej aktywności intelektualnej człowieka jeszcze w Raju. Istnieje i inna prawidłowość odkryta przez językoznawców już dawno temu, że język kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

 

Przykład pierwszy z brzegu. Podczas dyskusji w medium społecznościowym z pewną psychiatrą ja, biolog, powiedziałam, że „już przyjęłam szczepionkę”. Dokładnie tak samo, jak powiedziałabym, że już przyjęłam jakiś lek czy inny profilaktyk. Na co owa lekarz psychiatra zarzuciła mi, że sieję propagandę i chcę oswajać ludzi ze szczepieniami („które jak wiadomo są groźnym eksperymentem, a amantadyna wyleczy cię” ze wszystkiego: od liszajca przez kowid po bezpłodność). Sieję zatem ową propagandę szczepionkową, gdyż „przyjmuje to się Komunię”. No niewątpliwie, choć znam i takich, co „wzięli opłatek”. Wg lekarza psychiatry mam mówić „zaszczepiłam się”, na co odpowiadam, że nie mogę, bo sama tego nie zrobiłam. I tak możemy długo, tylko po co?

 

Jest takie miejsce w debacie publicznej od kilku dekad rozgrzewające się i obecnie nie mniej podminowane takimi „argumentami”, jak debata szczepionkowa czy dotycząca organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Mianowicie rozpala umysły powszechnie (a nie tylko specjalistów niestety) zagadnienie „języka przyjaznego LGBT+”. Spór jest ustawiony od razu tak, aby ów język miał być przyjazny lub nieprzyjazny. Co jest samo w sobie durnowate, ale tak już żyjemy w cywilizacji szczepionkowców i antyszczepionkowców, to dlaczego nie mielibyśmy ustawiać w podobny sposób wszelkich debat. Gdzie przy pomocy nawet tak wytrawnych dziennikarzy, jak Bogdan Rymanowski, widz po spotkaniu w ringu szklanego okienka specjalisty od szczepionek i psychoterapeutki dostaje do zrozumienia, że prawda o szczepieniach leży po środku, a nie tam, gdzie leży.

 

Na łamach magazynu „Press” ukazał się niedawno w kwestii owego pisania o osobach LGBT+ specjalny tekst – nazwałabym go prostym i instruktażowym (TUTAJ). Nie chce wszczynać tu z nim polemiki, bo ze mnie żaden językoznawca, a jako prosty biolog nie poczuwam się do posiadania podstaw wiedzy niezbędnej, mogłabym zatem jedynie z dezynwolturą udawać eksperta. Myślę takiego dziennikarstwa na pewno nie warto nigdy i na żaden temat uprawiać, a jest go wokół aż nadto. Zastanawia mnie jednak, czy koledzy pouczający klimatologów, epidemiologów i wirusologów oraz genetyków i seksuologów, równie bojowo ruszają na fryzjerów, baristów czy zegarmistrzów oraz hydraulików, z którymi z pewnością przychodzi im się zetknąć w codzienności. Obawiam się, że „znanie się na wszystkim” ma się we krwi tak bardzo, że wyłazi z nas przy wszelkich okazjach.

 

Tu zatem punkt pierwszy, dla mnie ważny. Nie piszę o tym, na czym się nie znam. A jak piszę (bo muszę, człowiek dla chleba robi różne rzeczy, typu tekst o psychologii czy archeologii mnie biologowi się przytrafi), to szukam najlepszego możliwego eksperta wśród uczonych zajmujących się danym zagadnieniem (albo i dwóch) i oni mój tekst czytają, wspomagając jego redakcję. Często pomagają także przy weryfikacji materiałów pochodzących z riserczu etc. Skoro się nie znam na LGBT+ ani na wiedzy o języku, pozostaje mi: a) zrobić najgłębszy możliwy risercz samemu plus b) zapytać eksperta. Wtedy już nie będzie kwestii przyjazności i nieprzyjazności. Jeśli jakimś językiem posługuje się specjalista w danej dziedzinie (np. seksuolog), to znaczy, że jest to język nauki. A on jest jak na razie (i daj Boże, by tak zostało) językiem maksymalnie zobiektywizowanym.

 

Co mnie jednak porusza w tekście z „Press”(gdzie jako żywo autor zapytał osoby mogące uchodzić za ekspertów w tej sprawie) to brak na początku prostego sformułowania, że pisać trzeba jak o wszystkich dokładnie osobach na świecie: z szacunkiem. Oczywiście nieco innym językiem naznaczonym szacunkiem rządzi się dział nekrologów, a innym publicystyka krajowa. Jeśli jednak bardzo widać w naszych tekstach, że komuś o kim piszemy nie podalibyśmy szklanki wody, to chyba bardzo źle. I to nie jest tak, że to my decydujemy, kto jest osobą. Choć wielu ma taką ochotę – to się nazywa depersonalizacja, a nawet i odczłowieczenie się komuś zdarzy – ale to już czysta propaganda, która nawet nie stoi koło dziennikarstwa na jednej półce.

 

Nie chcę też z tekstem z „Press” polemizować, bo ja się zasadniczo z nim zgadzam. Gdybym pisała o tym zagadnieniu (np. robiła wywiad z osoba transpłciową na temat jej transpłciowości – no bo jak na inny, np. fizyki cząstek elementarnych, to co to ma za znaczenie?), to bym zastosowała takie sformułowania, jakie magazyn „Press” wymienił i zdefiniował. Tu jednak mam postulat, aby stosowne językoznawcze gremia zadbały jak najpilniej, aby wszelkie anglizmy zastąpić jednak czymś po polsku adekwatnym i zaznaczam, że na moje wyczucie językowe tłumaczenie „coming out” jako „wyjście z szafy” brzmi niepoważnie.

 

Zmieniamy nasz dziennikarski język – ja też – w toku życia i pracy zawodowej, bo opisywany przez nas świat się zmienia. Skoro pracuję w „zawodzie” popularyzatora nauki w mediach już ponad ćwierć wieku, to oczywiste, że mają miejsce nowe odkrycia naukowe, powstają nowe definicje i klasyfikacje. I nie da się tego ignorować, bo to nieprofesjonalne.

 

Biolodzy zmieniają nazwy – nawet bardzo w nauce utrwalone – gatunków organizmów, gdy w wyniku badań się okazuje, że to co „na oko” było muszką, jest w istocie wywilżną, a to co uważaliśmy za kosa, w istocie jest szpakiem. Nawet hiena już nie jest w biologii hieną, tylko krokutą centkowaną. Może dlatego nie mam tutaj jakiś zasadniczych problemów z terminologią, jaką dla pisania o osobach LGBT+ i związanych z nimi sprawach i zjawiskach proponuje „Press” tylko dlatego, że jest nowa. Pozostaje się zastanowić, czy te zmiany w nomenklaturze mają tu obiektywne naukowe podłoże. Tzw. konsensus naukowy mówi dziś, że tak (np. homoseksualizm oficjalnie przestał być chorobą czy zaburzeniem psychicznym), choć są nieliczne zdania odrębne.

 

Kolejna kwestia, czyli co czują na swój temat osoby nazywane czy wymieniane. Istotna zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie z osobą, ale i podczas pisania o osobie czy osobach „dających się wrzucić do wspólnego worka” z dowolnym napisem na wierzchu. Bo rzecz nie tyczy się oczywiście LGBT+, ale absolutnego całokształtu populacji ludzkiej. Pisząc o autyzmie już nie pisze się o „chorobie” tylko o nieneuronormatywności, a o osobie niepełnosprawnej nie pisze się per „kaleka”, o niesłyszącej – „głuchy” etc. Między innymi z tego prostego względu, że to dla nich bolesne.

 

Ze słowem „murzyn” mam kłopot, bo znam jego pochodzenie i historię w języku polskim, zaś osobiście nikogo, kto by się na mnie za jego użycie obrażał. Czy powstanie nazwa np. „Afropolak”? Nie wiem, ale nie miałabym nic przeciwko, aby ktoś o takim pochodzeniu poprosił mnie, aby tak lub jeszcze inaczej się do niego zwracać. Podobnie jeśli jakiś Wojtek prosi, aby mówić do niego Jana czy Kamila. Dopóki nie jestem policjantem, sędzią czy innym urzędnikiem państwowym, który ma w godzinach pracy obowiązek identyfikować osobę na podstawie posiadanych przez nią dokumentów, na czym ma tu polegać mój problem?

 

Ośmielę się całe zamieszanie w umysłach i sercach wywołane niemożnością uznania, że każdy lepiej wie, jak należy do niego mówić, skoro „wygląda” skwitować starym, przedwojennym jeszcze szmoncesem. W przedziale siedzi sobie stary, brodaty żyd z monstrualnymi wręcz pejsami i modli się półgłosem, a naprzeciw siedzi inny mężczyzna i czyta gazetę. Zwraca się on nagle: „Panie starozakonny, która godzina?” Na co ów mu pokazuje zegarek, tzw. cebulę, z zamkniętą kopertą i nadal się modli. Pasażer zdruzgotany mówi: „jak pan może być tak niegrzeczny i pokazywać mi zamknięty zegarek?” Pada odpowiedź: „jak pan przez moje spodnie widzi, że jestem starozakonny, to niech pan przez kopertę zobaczy, która godzina”.

 

Gdy rodzi się pytanie, poszukujemy wiedzy i zrozumienia ile w determinacji płci, a ile w kwestii orientacji seksualnej czy transpłciowości – bo to nie są bardzo związane zjawiska – jest genetyki a ile kultury/zjawisk socjocywilizacyjnych etc., trzeba na bieżąco zapoznawać się z literaturą naukową na dany temat.

 

Jak dotąd da się powiedzieć niedużo o podłożu biologicznym autoidentyfikacji osób z grupą LGBT+. Nie umiemy znaleźć do dziś np. „genów homoseksualizmu”, więc jeśli takie podłoże genetyczne istnieje, to tak jest wielogenowe, że nawet technika GWAS nie daje rady. Oczywiście podłoże biologiczne nie zawsze oznacza wyłącznie genetyczne. Istnieją wpływy środowiskowe, hormonalne np. w okresie prenatalnym osoby, które też są biologiczne. Jeśli jednak więcej, a nawet znacznie więcej, jest tu wpływu kulturowego – nadal nie powinno być to źródłem myślenia dyskryminującego czy uwłaczającego lub opisywania osób bez należnego szacunku, bo bycia Polakiem, katolikiem też sobie i wybieramy i nie wybieramy zarazem, a nie podobałoby się nam, gdyby nas na tej podstawie dyskryminować.

 

Na koniec podzielę się tu materiałem, który znalazłam u świetnych popularyzatorów nauki, na stronie „To tylko teoria” (TUTAJ). Pokazuje on, że właśnie nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa. Jak to ujął jeden znany mi werbista: „Pan Jezus powiedział, że mamy być solą ziemi, a my staramy się być jej cukrem. Tylko soli nie trzeba za dużo – szczypta wystarczy”. Moim zdaniem warto zapoznać się z tym przykładem, bo on pokazuje, jak zachować obiektywizm i mieć oparcie w naukowych faktach, których należy pieczołowicie szukać i próbować zrozumieć – czasem w niezbędnej współpracy ze specjalistą.

 

Zatem: „W związku z popularnym ostatnio wycinkiem programu „Jeden z dziesięciu” i pytaniem o to, czy ssaki mogą być trójpłciowe, odpowiadam jako biolog, że nie. U ssaków występują wyłącznie dwie płcie.

 

Podstawowe fakty:

 

1 – Nie ma czegoś takiego, jak trzecia płeć.

 

2 – Transpłciowość to nie trzecia płeć, lecz niezgodność (inkongruencja) tożsamości płciowej z płcią (osoba płci męskiej utożsamiająca się z płcią żeńską lub na odwrót, czyli typu m/k bądź k/m).

 

3 – Interpłciowość (nazywana też hermafrodytyzmem, a rzadziej obojnactwem) to zbiorcze słowo na różne zaburzenia rozwoju płciowego (głównie choroby genetyczne prowadzące do upośledzenia narządów płciowych, zaburzeń hormonalnych, metabolicznych, procesów poznawczych), w których mogą występować cechy pośrednie między płcią męską i żeńską (między 0 i 1, mówiąc matematycznie; dwójka – czyli na tych liczbach trzecia płeć – się tutaj nie pojawia).

 

4 – U „niższych” ewolucyjnie gatunków zwierząt występuje funkcjonalny hermafrodytyzm (obie płcie u jednego osobnika w jednym czasie lub zmiana płci z jednej na drugą), ale u ssaków jest to zawsze zaburzenie, wynikające zwykle z mutacji chorobotwórczych.

 

5 – Niebinarność odnosi się do kulturowych ról płciowych – jest zjawiskiem kulturowym, nie biologicznym. Niebinarność nie jest więc trzecią płcią ani płcią w ogóle.

 

6 – Gdyby istniała trzecia płeć, to obok gonad, gamet i narządów płciowych męskich i żeńskich mielibyśmy do czynienia z trzecim ich rodzajem i odpowiadającą za jego powstanie maszynerią molekularną.

 

7 – U grzybów, z perspektywy typów kojarzenia gamet, zależnych od różnych, niebinarnych podziałów rodzajów sekwencji genetycznych, można w pewnym sensie mówić o więcej niż dwóch płciach (często nawet bardzo wielu „płciach”).

 

Dodam, że fakty naukowe nie stanowią uzasadnienia dla obrażania czy dyskryminacji. Nie należy też mylić opisu rzeczywistości z jej wartościowaniem – stwierdzenie faktów na temat płci nie obraża ani nie dyskryminuje”.

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Dziennikarska transplantacja

Gdzie leży przyczyna (poza dołem edukacyjnym: „nie lubię matmy, fizy i biologii, to nie muszę się ich uczyć), że humanistom w Polsce transplantacje nie kojarzą się dziś z ratowaniem życia, tylko z ludożerstwem, a nauka jest pełna zła i złych ludzi?

 

„Niepokoi nas fakt, że treści podważające ideę transplantacji i negujące wiedzę medyczną w zakresie rozpoznawania śmierci mózgu pojawiają się w mediach internetowych, jak również w telewizji publicznej” – napisali transplantolodzy w opublikowanym 15 lutego 2021 liście otwartym< – o czym doniósł portal Wirtualnemedia.pl za PAP następnego dnia.

 

O co chodzi? Chodzi o ten dokument: https://p-t-t.org/index.php/lekarze/aktualnosci/list_otwarty_transplantologow. We współczesnych polskich mediach jednak – nawet mediach dla dziennikarzy – polityka redakcyjna jest taka, aby NIGDY nie „linkować” do materiałów zewnętrznych, nieprawdaż? Mógłby to być zatem tekst o tej właśnie GŁUPOCIE, że w polskich mediach internetowych nie sposób trafić z tekstu do jego źródeł. Co moim zdaniem jest skandalem, a w kwestii materiałów w jakikolwiek sposób dotykających nauki – jest szkodliwe. Wyguglanie tego dokumentu zajęło mi 15 sekund. Naprawdę nie warto przeczytać oryginału, jak się o czymś pisze? A jak w PAPie ktoś się machnął, pomylił?

 

No dobra, po co drążyć temat, skoro ta polityka bierze się z tyranii klikbajtów, wiec mamy „prawo” dostarczać kliknięć tylko sobie, ale przenigdy innym. I tak powstają intelektualne masakry, niknie zaufanie do mediów, zanika warsztat, a i pseudonaukowym hochsztaplerom dobrze to robi, że źródło już nie jest wymagane. A propos: ten „List otwarty transplantologów”  był adresowany „do mediów” już w tytule, ale to się w czołówce tekstu Wirtualnych Mediów już nie zmieściło. Czytelnicy tego leadu, którzy nie poszli dalej, odnieśli wrażenie, że oto transplantolodzy coś od nich chcą, a owi lekarze chcą czegoś od mediów, a nie bogu ducha winnych ich odbiorców.

 

Znacznie mniejszą – czyli żadną – popularność w mediach zdobył z kolei list otwarty osób istotnie zainteresowanych tematem, czyli ludzi po przeszczepach. Można się z nim zapoznać tu: http://www.przeszczep.pl/artykuly_1889_list_otwarty_w_sprawie_sporow_medialnych_o_transplantologii.htm, a jest sygnowany przez: Stowarzyszenie „Życie po przeszczepie” ze Szczecina, Stowarzyszenie Transplantacji Serca (Koło Warszawa), Stowarzyszenie Transplantacji Serca (Koło Zabrze) i Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom Liver, (Kraków). Jest to list o kilka tygodni wcześniejszy od tego lekarskiego (napisany jeszcze przed Dniem Transplantacji, a ten przypada w Polsce 26 stycznia, jako upamiętnienie pierwszego udanego przeszczepu nerki w 1966 roku w I Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie). Choć, nie ma on w nazwie „mediów” jako adresata, wrócę jeszcze do jego treści na końcu, bo wydaje mi się kluczowa. A nóż moi tu czytelnicy nie zajrzą sami do źródła, a to jest kluczowe dla zrozumienia całości zagadnienia.

 

Teraz by wypadało powiedzieć, o co chodziło „na bieżąco” najpierw pacjentom po transplantacjach, a potem ich lekarzom w owych listach otwartych. Otóż w połowie stycznia 2020 roku wszyscy przeżywaliśmy tzw. „historię Polaka z Plymouth”. Jego zgon stwierdzono w lokalnym szpitalu dokładnie w ów dzień przeszczepów (który minął w mediach bez echa), 26 stycznia. Nie będę tej historii opowiadać, media ją sprawozdawały „aż zanadto”. Stwierdzę tylko, że nie ukrywam tego i publicznie wtedy wypowiadałam się, iż jestem wielkim przeciwnikiem głodzenia żywych organizmów – jakichkolwiek. A doprowadzenie człowieka do zgonu na drodze odmówienia mu podstawowej pielęgnacji w szpitalu uważam za skandal. Ale takie są w UK procedury. Ustalone, zaaprobowane i stosowane powszechnie. Nie można zatem mówić o przestępstwie. W Polsce te procedury są inne i są przeze mnie aprobowane.

 

NATOMIAST jako człowiek nauki, ze względów istnienia na ten temat wielu publikacji naukowych i rozwoju metod neurobiologicznych, takich jak EEG (np. technologia zap zip), pozwalających bezinwazyjnie stwierdzać, czy świadomość się w człowieku tli, czy już niekoniecznie, uważam za pseudonaukowe opowieści, że „śmierć mózgu nie istnieje”, nawet jeśli wygłaszają je osoby z tytułami profesorskimi. Co miało miejsce np. w TVP Info: https://www.tvp.info/51994656/polak-w-spiaczce-nie-zyje-ekspert-on-wszystko-rozumial-czul-widzial-reagowal-placzem-i-patrzyl-z-blagalnym-wzrokiem-tvp-info. Otóż dziennikarz powinien był dopytać pana profesora Talara o stwierdzanie śmierci mózgu, o metody elektrofizjologiczne i inne pozwalające określić, czy kora mózgowa pracuje w stopniu pozwalającym uznać, że pacjent jest świadomy lub do świadomości może powrócić – prosto rzekłszy: „czy ktoś tam jest w domu?”.

 

Wymagałoby to, aby stosowny risercz był wcześniej wykonany i by ów dziennikarz posiadał wiedzę w tej materii pozwalającą rozmawiać z uczonym. Lektura owego materiału riserczowego pozwoliłby mu się zorientować po pierwsze, jak działa mózg, co to jest jego pień i za co odpowiada, oraz co to są aktywności korowe i za co odpowiadają. Oraz zrozumieć, że w tej materii trwa naukowa debata (ona dotyczy tak definicji świadomości, jak i jej określania etc – rzeczy zupełnie elementarnych – ale nie dotyczy tego, za co odpowiada pień mózgu, a za co kora oraz że pacjent miesiąc temu reaktywny może być niereaktywny po miesiącu).  To pozwoliłoby owemu dziennikarzowi w ogóle być przydatnym dla widza. Mógłby tyle o ile fachowo dopytać pana profesora Talara o ten „uśmiech” czy „zwracanie oczu”. Inaczej – siedzi tam za „szkłem kontaktowym” bez sensu.

 

Co się dzieje z korą mózgową, która nie ma tlenu przez 45 min? Umiera. Żeby trwała egzystencja fizjologiczna ciała, starczy, aby podkorowo była aktywność. Pacjent tej martwej  kory nie odbuduje u dorosłego człowieka już nigdy. Przynajmniej na tym etapie postępu medycyny, na którym się obecnie znajdujemy. Gdyby risercz ów był stosownie głęboki – a takich tematach powinien być, albo nie robimy takich programów „informacyjnych”, to by tam można było przeczytać, że u zmarłej w 2005 roku w ten sam sposób co „Polak z Plymouth” Teri Shiavo: „W chwili śmierci jej mózg ważył 615 gramów, co odpowiada połowie średniej masy tego narządu u kobiety. Badania sekcyjne ujawniły uszkodzenia wielu ważnych ośrodków. Kora mózgowa Schiavo była prawie całkowicie pozbawiona neuronów. Lekarze stwierdzili, że kiedy znajdowała się w śpiączce, nie mogła porozumiewać się z rodzicami na migi, bo jej ośrodek wzroku był całkowicie zdegenerowany. Medycy uznali, że zawał poczynił tak wielkie szkody w jej mózgu, że żadna rehabilitacja nie mogłaby jej pomóc.” (Za Wikipedią, choć jest oryginalna praca naukowa z tej sekcji zwłok, ale kto czyta oryginalne źródła po angielsku, gdy chodzi o naukę? Nikt w newsroomie). Ona też się uśmiechała do samego końca.

 

Ośmielam się zasugerować, że poza prof. Talarem, skoro i tak działamy przez Internet, warto było zaprosić jakiegoś profesora neurologii, aby powiedział, jak to jest na oddziale, jakie są funkcjonujące w Polsce przepisy dotyczące diagnozy „śmierci mózgu” etc. Jednak media już od tak dawna nie są miejscem kształtowania opinii w oparciu o debatę, ale kształtowania debat w oparciu o opinie. Więc już mi się nie chce po raz n-ty komentować, że „drzewiej bywało inaczej”, że standardy były inne i nie było programów, w których ludzie rzucają się sobie do gardeł, za to dawało się czasem podczas oglądania czy słuchania zrozumieć zjawiska, zwłaszcza te trudne i nowe. „Warto rozmawiać”, ale warto uprzednio zrozumieć temat tej rozmowy.

 

Jak to wszystko, co wyżej się ma do transplantacji? Ano tak, jak opisują w swym liście otwartym do mediów lekarze-transplantolodzy: „Uważamy za niedopuszczalne, aby tak ważny i jasno określony przepisami prawa proces, jak rozpoznawanie śmierci mózgu, był przedmiotem publicznej dyskusji pozbawionej merytorycznej wiedzy i udziału autorytetów. W związku z tym apelujemy do wszystkich mediów o rzetelny przekaz informacji w tych niezwykle wrażliwych społecznie kwestiach i niepublikowanie opinii, wprowadzających w błąd polskie społeczeństwo.”

 

Et voila! Chodzi miedzy innymi o ten materiał: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/536474-walczac-o-zycie-naszego-rodaka-pomowmy-o-transplantologii i materiał https://twitter.com/tvp_info/status/1354098477618372616, omówiony m.in. tu: https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26724557,prof-maksymowicz-w-tvp-info-o-smierci-polaka-w-plymouth-to.html . Po czym, na podstawie tych materiałów, bez konfrontowania ich z innymi wypowiedziami uczonych powstaje na łamach wPolityce.pl tekst następujący: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/536474-walczac-o-zycie-naszego-rodaka-pomowmy-o-transplantologii . Tu na wstępie przypominam, że prawdy w nauce, w przeciwieństwie do rozwiązań w polityce, nie ustala się w drodze debaty nawet najbardziej profesorskich głów, a już z pewnością nie na drodze głosowania czy bycia pod wpływem jakichkolwiek ideologii oraz własnych przekonań etycznych.

 

I co my tu mamy? Ano wprost wyrażone oskarżenie, że cała ta śmierć mózgu służy jedynie pobieraniu narządów do przeszczepów. Dowodów na to twierdzenie brak, żadnych faktów, żadnych liczb, żadnych odniesień do obowiązującego prawa i obyczaju, żadnej dokumentacji świadczącej o tym, że ciało „Polaka z Plymouth” zostanie źródłem narządów do przeszczepów. Nic po prostu. Jest jeden głos, jedno zdanie, jeden przekaz. Zero niuansów. I na końcu takie zdanie: A o ile ratowanie czyjegoś życia jest zawsze priorytetem, to nie może odbywać się ono kosztem odebrania tego życia komuś innemu…” Któż by się nie zgodził? No straszni ci lekarze, a już transplantolodzy to rodzaj wampirów, nieprawdaż? Celowo życie odbierają! Lud zaraz złapie osikowe kołki i się z nimi rozprawi.

 

Oczywiście prof. Jan Talar jest specjalistą w tym, co robi: rehabilitacji medycznej i chirurgii. Nie ma specjalizacji z neurologii ani transplantologii i wg pozamedycznych źródeł lub swoich własnych tekstów i oświadczeń (którym nie mam powodów nie wierzyć) „wybudził” ze śpiączki pourazowej 300 osób przez 40 lat swojej praktyki. To jest średnio 7,5 osoby na rok. W 2015 roku w Polsce przeszczepiono 1531 organów pobranych od 594 rzeczywistych dawców [źródło: https://www.medonet.pl/magazyny/transplantologia,transplantologia-w-liczbach,galeria,1721042.html]. Kto to taki „dawca rzeczywisty”? Otóż w Polsce (podobnie jak w Anglii i także już w tych dniach w Szkocji) funkcjonuje tzw. domniemanie zgody na pobranie narządów. Trzeba zatem złożyć w stosownym dokumentem oświadczenie, że sobie nie życzymy być takim dawcą. Ponieważ w Polsce obyczaj jest silniejszy od prawa, zanim dojdzie do pobrania narządów, pyta się rodzinę zmarłego.  I jeśli ta zgody nie wyrazi, to się procedury zaniechuje. Tak zatem wygląda w proporcjach owa liczba uratowanych żyć. Czy można robić takie zestawienia? Jestem przeciw, bo KAŻDE ŻYCIE LUDZKIE JEST CENNE, ale konia z rzędem temu bioetykowi, który wykaże, że życie „Polaka z Plymouth” jest bardziej wartościowe od kogoś, kto po ciężkim COVID-19 potrzebuje przeszczepu płuc, albo po rozległym zawale potrzebuje nowego serca, i kogo szansa na to, że jego życie następnie realnie wróci do normy i zdrowia jest ponad 50 proc.

 

Profesor Talar publicznie twierdzi, że „śmierć mózgu” to pojęcie wymyślone, aby dostarczać organów do przeszczepów (i możemy o tym przeczytać w materiale wPolityce.pl z września 2020 roku, czyli na długo zanim Polak w Plymouth miał swój nieszczęśliwy wypadek [https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/516428-prof-talar-smierc-mozgu-nie-istnieje]) . Gdybym to ja przeprowadzała z nim wywiad, chyba bym zapytała, czy ma na to twierdzenie jakieś dowody – jakieś dokumenty, jakieś oświadczenia, jakąś legislację…. Albo poszłabym skonfrontować to i zebrała wypowiedź jakiegoś transplantologa czy neurologa, żeby choćby „setkę” wrzucić, która pokaże, że może być różnie, kwadratowo i podłużnie. No, ale tu trzeba trochę rozumieć, o czym się mówi. Dopytywać różnych profesorów o różne rzeczy, skoro już z nimi rozmawiamy. Nawet, jeśli prywatnie jesteśmy przekonani, że mają rację, a przekonanie to wynika…. z naszych idei czy ideologii, które „wyznajemy”. No bo jak z wiedzy, to wiemy, o co dopytywać, nie?

 

Mogłabym tak dalej – o ostatnim pseudonaukowym badziewiu, które się rozlało po mediach, gdy pewien prominentny i bardzo mądry nanofizyk zajął się w wolnym czasie w Hamburgu socjologią, detektywistyką oraz wirusologią, polepił 100 stron notatek na temat swoich przemyśleń i to poszło w świat – niezrecenzowane przez nikogo w naukowym świecie, w pierwszych zdaniach abstraktu wyjaśniające, że danych wirusologicznych na manipulacje ludzkie na wirusie SARS-CoV-2 nie ma. Ale i tak wszyscy aż do oślepienia mogliśmy się zapoznawać z materiałami prasowymi, że „niemiecki uczony wykazał”. Czekam, kiedy prof. Krzysztof Pyrć czy prof. Jacek Jemielity napiszą jakiś esej o teorii strun i media w Polsce potraktuje poważnie ich pisaninę na temat granic poznania w fizyce. Widzę, że to się  łacno może zdarzyć ze strony mediów, na szczęście panowie profesorowie są ludźmi poważnymi i skromnymi, wiec raczej się nie doczekam i chwała Bogu.

 

Gdzie leży przyczyna (poza dołem edukacyjnym: „nie lubię matmy, fizy i biologii, to nie muszę się ich uczyć), że humanistom w Polsce transplantacje nie kojarzą się dziś z ratowaniem życia, tylko z ludożerstwem, a nauka jest pełna zła, złych ludzi i „cała ta inżynieria genetyczna to zagrożenie” nie wiem. Nie jestem socjologiem mediów. Tacy istnieją. Może warto ich o to zapytać, skoro są w danym temacie specjalistami i prowadzą badania? Czego nie rozumiem, tego sie lękam… Może to aż tak banalne jest? Nie przesądzam jednak. Bo nie wiem. Wiedzą specjaliści.

 

Na koniec obiecany fragment krótkiego listu otwartego osób po przeszczepach z końcówki stycznia 2021 roku, którym nie zainteresował się pies z kulawą nogą: „Publiczne kłótnie dotyczące transplantacji powodują, że temat ten staje się napiętnowany politycznie, a przez to odrzucany przez znaczną część społeczeństwa. Spadek liczby przeszczepień, który dla innych będzie tylko liczbą wykorzystywaną jako argument w dyskusji dla nas oznacza dziesiątki czy nawet setki ludzi, którzy nie doczekają transplantacji lub będą musieli czekać na nią znacznie dłużej. Mamy nadzieję, że rozumiecie Państwo iż na skutek nierozważnych i niemerytorycznych wypowiedzi ktoś może zostać pozbawiony ostatniej deski ratunku – transplantacji, metody leczenia, która istnieje dzięki akceptacji społecznej.” Ja tu nie mam nic do dodania.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Luksus życia offline

„Co dla jednych jest podłogą, to dla drugich jest sufitem” – napisała w „Granicy”’ Zofia Nałkowska. Dla jednych luksusem jest online, dla innych offline.

 

Ci pierwsi, cyfrowo wykluczeni, są w dobie pandemii praktycznie pozbawieni łączności ze światem zewnętrznym. Bo co to za łączność dziś: telefon bez internetu, gazeta papierowa (raczej gazetka z lokalnego sklepu wielkopowierzchniowego) i telewizja? Minęło pół roku, a nie wymyśliliśmy systemu autobusów z WiFi udostępniających Internet uczniom tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, a jest nadal wiele takich miejsc. Nie przeprowadzono również telewizyjnych kursów korzystania z Internetu dla osób w wieku podeszłym, a skazanych właściwie przez pandemię na internetową bankowość, internetowe zakupy i internetową służbę zdrowia. Szybki Internet prawem, nie towarem okazuje się.

 

Ci drudzy zostali skazani na pracę w sieci, edukację w sieci, towarzystwo w sieci, rozrywkę w sieci i seks w sieci. A nawet religię w sieci. I pewnie wiele innych rzeczy w sieci. Na zakupy chodzą już jak na wyprawy wakacyjne z przygodami (chyba, że też robią je w sieci). Wśród nich my – dziennikarze. Żyjemy w sieci.  Wolni strzelcy, jak ja, znali już wcześniej smak tej komunikacji z redakcją (i samym szefem) wyłącznie drogą poczty elektronicznej lub komunikatorów internetowych, świat riserczerów bez wiedzy, co było na kolegium i o czym właściwie ten program ma być etc. Uroki pracy zdalnej (poza redakcją, poza korytarzami o dowolnym nachyleniu względem podłoża, poza kafeterią względnie bufetem – gdzie w zasadzie dzieje się zawsze to, co najważniejsze – i poza kolegium). Znali, zanim to stało się modne.

 

Pandemia sprawiła, że wszyscy zaczęliśmy funkcjonować przed komputerem otoczeni wyłącznie najbliższymi (lub nikim). Dziennikarze, którzy nie wiedzą realnie, co się na świecie dzieje, gdyż mają z tym kontakt jedynie przez ekran monitora. A to groźne, bo może się okazać, że analizy rzeczywistości, są w istocie metaanalizami obrazów przefiltrowanych już tak przez cenzorskie oko mediów społecznościowych, jak i „oko na Maroko” mediów „zaangażowanych po każdej ze stron”. Jan Kowalski, na przykład ten cyfrowo wykluczony, a więc dziś totalnie niewidzialny, przezroczysty taki, znika nam z horyzontu. Widzimy nawalankę na ulicach, nie widzimy cichego zgonu sąsiada z 2. piętra w naszej kamienicy. Nie spotkamy już nikogo w knajpie, w klubie, na fitnesie, w kościele, pod szkołą/przedszkolem, gdzie odwozimy dzieci, ani nawet na ulicy czy w autobusie. Każdy jest zamaskowany. Nic nam nie powie. Nie zacznie z nami rozmawiać.

 

Musi tak być i dopóki na bieżąco w szpitalach jest 19 tys. ludzi zakażonych (czyli maks, jaki system ochrony zdrowia jest w stanie pomieścić), to nie ma co fikać. A jednak nam zaburza to rzeczywistość chyba bardziej, niż np. kierowcom autobusów. Nawet już nie widzimy, jak patrzą sobie w oczy koledzy po fachu ze swoimi rozmówcami. De facto nie widzimy mowy ciała tych rozmówców. Umyka nam spora część dawniej uchwytnej informacji.

 

Miała być globalna wioska i zero prywatności, powszechna wiedza wszystkich o wszystkim, a została nam w zdezynfekowanych rękach pośrednia wiedza wynikła z trzeciej wody po informacyjnym kisielu. Przed covidem dało się prawdę ekranu konfrontować z prawdą czasów. Głównie chodząc po ulicach i mieszkając, pracując, ucząc się, modląc się i kochając wśród ludzi. W czasach pandemii mamy tylko prawdę ekranu. A że ekrany są wszystkie krzywe, aczkolwiek rozmaicie, to mamy do złożenia w całość (jak ktoś ma na to jeszcze czas) zestaw deformacji.

 

To strasznie męczy. Coraz więcej osób naszej profesji (i wielu innych, choćby wykładowców akademickich) po prostu ucieka od Internetu. Najpierw z mediów społecznościowych, o ile nie są im do pracy niezbędne… a nawet i wtedy. Z neurobiologicznego punktu widzenia, rzecz jest prosta: mózg jest przemęczony. W dodatku to ciągłe siedzenie – szkielet też ma dość. Dziś rozmawiamy godzinami całymi z ludźmi z pozycji, w której kiedyś tylko pisaliśmy, ewentualnie czytaliśmy.

 

W Święta też nie wyjdziemy z domu, nie wyjedziemy, nie będzie spotkań z innymi. Czy będzie szansa, żeby ucieszyć się luksusem bycia offline? No i jak to zrobić? Istnieje sporo poradników. Wszystkie w Internecie. Czy najlepszy byłby brutalny odwyk? A może jednak wygodniej, na tle zdjęć z Toskanii, wejść przez Internet w zakładkę „Digital detox” (TUTAJ). Tak, strony dla podróżników pozostają niezastąpionym – i dostępnym za jednym kliknięciem źródłem inspiracji. Pouczają nas on-ine, jak wielkim luksusem jest bycie „off” i  życie chwilą (TUTAJ). Chwilo trwaj, zapewniona szybkość jest liczona w gigabajtach na sekundę.

 

Można też podejść do zagadnienia odpiłowywania się od Internetu systematycznie – poprzez tzw. zmniejszanie (TUTAJ). Kilka praktycznych rad dotyczących tego podejścia naprawdę mnie urzekło (dowodzą one również niezłej znajomości ludzkiej fizjologii u autorów, dlatego się nimi podzielę). „Miej tylko dwa konta e-mail: jedno biznesowe i jedno prywatne. Zamknij Gmaila i inne konta i aktywuj opcje sprawdzania poczty elektronicznej na żądanie (żadnych dzwoneczków). Poświęcaj czas na Facebooka (teraz to już dla dziadersów i liberałów, ale gdzie kto tam jest) raz dziennie i NIE podczas posiłków czy przerwy na herbatę. Wyłącz powiadomienia z Facebooka w telefonie. Publikuj tylko na stronie profesjonalnej, zmniejsz ilości informacji, które umieszczam na moim osobistym profilu. Akceptuj tylko zaproszenia od osób, które znasz w „prawdziwym życiu”. Eliminuj wszystkie aplikacje i konta, których nie używasz do pracy. Przestań przeglądać.”

 

Gdy osiągamy ten etap internetowego poradnictwa, jak się odpiłować od Internetu, okazuje się, ze robimy to, by… zaoszczędzić czas. Można, jak sugerują autorzy, wykorzystać go na „czytanie papierowych książek, dzwonienie do ludzi lub umówienie się na spotkanie na Skype, odręczne pisanie innowacyjnych pomysłów, konspekty projektów, przemyślenia, które mogą wymagać dalszych badań. Naukę nowego języka” Oraz „spędzanie więcej czasu na zewnątrz (nawet bez telefonu). Może to brzmieć nierealnie, ale szczęście sprzyja śmiałkom, prawda?”.

 

I nawet nie dotknęłam tematu odcinania się od „treści rakotwórczych”, których Internet jest pełny jak fiolka wyładowana skoncentrowanym bromkiem etydyny. Może to jest nasza jedyna nadzieja na uniknięcie poważnego nowotworu?

 

Że offline jest luksusem zauważyli już autorzy przejmującego dokumentu duńskiej telewizji publicznej VPRO z 2016 (TUTAJ). Coraz mniej białych plam bez Internetu na mapie świata. Musimy odłączyć się sami. Kouczing dotyczący tego zagadnienia sugeruje jednak, że z jednej sieci istnieje doradzana internetowo  ucieczka do innej. To jest wybór aplikacji, a nie sposobu egzystencji. Nie da się też całkiem zignorować faktu, że gdy życie przeniesie się już kompletnie on-line, ci, którzy będą off-line zostaną całkiem z tyłu. Niewidzialni.

 

Obraz rządzi – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o Instagramie jako źródle informacji

Osiemdziesiąt tysięcy przepytanych użytkowników w 40 krajach nie może się mylić – struktura mediów zmienia się chyba nieodwracalnie, a pandemia COVID-19 tylko ten proces przyspiesza czy lepiej byłoby powiedzieć – podkręca. Młodzież szuka informacji o koronawirusie na Instagramie częściej, niż gdziekolwiek indziej.

 

To zdaje się wynikać z dziewiątej edycji „Digital News Report” przygotowanego przez Reuters Institute for the Study of Journalism, omówionego na polskim rynku np. przez portal Wirtualnemedia.pl (TUTAJ). Ponieważ badania przeprowadzono na przełomie stycznia i lutego 2020, kiedy koronawirus siedział w Wuhan i mało kto się nim medialnie przejmował, Reuters Institute postanowił przeprowadzić w kilku wybranych krajach dodatkowe badania w terminie już po uderzeniu pandemii COVID-19 w nasz zachodni świat, wyznaczający mediom, jak się przyjęło, wszelkie możliwe standardy.

 

O prymat w dostarczaniu informacji, jak to ostatnio bywa zawalczyły w pierwszej dobie koronawirusa telewizja i portale internetowe, ludzie bowiem w tym pierwszym okresie szukali głównie treści pozwalających im, jak sądzili, przetrwać i ocalić siebie i bliskich. Prasa traciła stale, jak to już jest od lat, mimo wysiłków dostarczania solidnych piguł informacyjnych i poradnikowych.

 

Media społecznościowe, początkowo – i słusznie – traktowane z rezerwą, stabilnie z czasem pandemii zyskiwały na popularności. Siejąc najobrzydliwsze i najoczywistsze fejki, z wydajnością, którą nie byłaby się w stanie pochwalić żadna telewizja czy nawet najpopularniejszy tytuł prasowy. W czasach jednak, gdy fejki posiały też i czasopisma naukowe, z prestiżowym „Lancet” i „New England Journal of Medicine” na czele i recenzenci to łyknęli, dopóki dziennikarze śledczy z „Guardiana” nie zawołali „sprawdzam!”, nie zdziwi mnie już nic. Nawet to, że ludzie ufają bardziej własnej cioci Kloci, niż profesorowi medycyny. Co dopiero mówić o prasie.?!

 

Przy czym sytuacja zaufania do profesorów, instytucji krajowych i międzynarodowych dbających o zdrowie publiczne, lekarzy, mediów czy rządu w Polsce była już u zarania gorsza, niż w reszcie krajów Unii Europejskiej. Co wiadomo było z wcześniejszych badań, a co  świetnie podczas „Forum Wizja Rozwoju” podsumował Maksymilian Wysocki z  wGospodarce.pl (TUTAJ). Dziś, czy raczej wczoraj, bo pewnie dziś ta liczba jest już znacznie większa przy przyrostach miesiąc do miesiąca o niemal 200 proc., w Polsce 8 mln ludzi korzystających z mediów społecznościowych jest przekonanych, że „koronawirus to ściema”. Media – a więc także ja, biedny żuk popularyzujący w nich naukę – nie umiały przekazać w naszym kraju realnej sytuacji toczącej się kilkaset kilometrów od naszych granic i dalej.

 

Choć zatem w krajach cywilizacji zachodniej (my nieco na aucie od tej grupy) nadal ufamy bardziej naukowcom i lekarzom (średnio 83 proc. zaufania, 5 proc. nieufności), media zaś znajdują się na pozycji 4 (59 proc. vs. 18), a to więcej, niż chociażby wyszukiwarki internetowe (Google et consortes; 45 vs.18) czy kanały wideo (YT et consortes: 29 vs. 34) czy wreszcie media społecznościowe i aplikacje komunikacyjne (ok. 25 vs. 40).

 

Natomiast zaskoczenie dotyczące raportu u osób w żurnalizmie znacznie bieglejszych ode mnie, które były łaskawe się ze mną podzielić swoim spostrzeżeniem, obudził fakt, iż: „Według raportu dla młodych użytkowników ważnym źródłem wiadomości o koronawirusie jest internet, a w nim segment mediów społecznościowych. Badania wskazują, że dla respondentów w wieku 18 – 24 lata w wybranych krajach najważniejszym źródłem newsów o Covid-19 jest Instagram, który wyprzedza Snapchata i TikToka”. Zadane mi przez moich rozmówców, jako popularyzatorowi nauki pytanie: „Czy za pośrednictwem tego obrazkowego serwisu można przekazać wiedzę naukową?” po głębokim zbadaniu zagadnienia uznać muszę za całkowicie chybione.

 

Bo wcale nie chodzi o to, co się da lub nie da przekazać – gdyż oczywiście nie da się na Instagramie przekazać żadnej naukowej wiedzy. I nie temu to miejsce służy. Kto by zaś próbował tam to robić, poniesie fiasko. Jak zresztą każdy, który chciałby tam przekazywać cokolwiek innego, niż idee, i to jeszcze w dobrym marketingowo dopracowanym opakowaniu. Po kolei jednak.

 

Aby zrozumieć ten wynik musiałam porozmawiać z Anną Gostkiewicz, projektantem komunikacji wizualnej po krakowskiej ASP. Osobą z portfolio na Instagramie – taki dziś mamy klimat. Dziś już nikt nie zrobi dobrego wrażenia na Zleceniodawcy, przynosząc mu swoje prace w teczce, ba!, nawet zapraszanie na swoją stronę internetową z lekka trąci myszką – jeśli nie ma twoich dzieł na Bechance lub właśnie na Instagramie – nie ma cię w ogóle. Miejsca te bywają nawet rodzajem wirtualnego domu pracy twórczej, gdzie artyści wizualni spotykają się (tzw. „collab-y”), tworząc nowe, wspólne dzieło, którego rozwój dokumentują na portalu. Fotograficy i dizajnerzy masowo korzystają z „Insta”, by prezentować swoje aktualne prace i trafić do większej liczby odbiorców.

 

Dzięki temu, że dwa lata temu Facebook wykupił akcję swej największej konkurencji, czyli portalu Instagram, konta użytkowników obu serwisów są sprzężone i można automatycznie udostępniać treści w obu mediach jednocześnie. Wiele firm i organizacji, jak również osób publicznych skwapliwie korzysta z tej okazji, rozwijając przekaz instagramowy. Portal ten, pierwotnie założony w celu wymiany zdjęć między użytkownikami prywatnymi, stał się obecnie zwłaszcza dla ludzi młodych, źródłem informacji, miejscem reklamy (połączonej z opcją zakupów) i promocji własnej twórczości. Niekwestionowanym królem mediów społecznościowych od lat pozostaje jednak Facebook, pozwalający zakładać strony blogowe, udostępniające znajomym (czyli połączonym użytkownikom) współdzielenie („szerowanie”) treści tekstowych, zdjęć i nagrań wideo.

 

Rozmowa z Anną Gostkiewicz przekonała mnie, że użytkowników Facebooka, Instagrama czy Tweetera można porównać do sieci neuronowej, w której iskry pobudzenia informacyjnego rozprzestrzeniają się z prędkością światłowodową, zarazem pozostawiając użytkownikom wolność udostępniania newsów, reagowania na nie i wyboru preferowanych nadawców treści („obserwowanych znajomych”).

 

Dla specjalisty od komunikacji wizualnej jest oczywiste, że Instagram, z racji bardzo skondensowanej formy przekazu (niemal do jednego zdania – podpisu pod obrazem), oddziałuje głównie na sferę doznań wizualnych. Jeden obraz, o tradycyjnej, kwadratowej kompozycji, ma zawrzeć kompletny komunikat, z całym bogactwem estetycznym i konkretnym przesłaniem merytorycznym. Duże wyzwanie dla redaktorów tak podawanej treści, a zarazem duży komfort odbiorów, nieraz przeciążonych informacyjnie i cierpiących na chroniczny brak czasu.

 

Oznacza to, że szkoda im go na czytanie artykułów, na słuchanie podcastów… więc, minimalnym wysiłkiem koncentracji, rzucają okiem na Instagram. I ten jeden rzut oka wystarcza, przy zrozumieć i przyjąć podawaną treść. Podawaną głównie w formie obrazkowej, w miłej otoczce wrażeń estetycznych, tworzących tło emocjonalne przekazu. Fakt, że to odbiorca/użytkownik musi sam wybrać najdogodniejszy moment na połączenie się z aplikacją, podprogowo wzmacnia poczucie więzi z proponowanymi treściami. A że ok. 80 proc. informacji dociera do nas drogą wzrokową, dostarczane w ten sposób treści bardzo rzadko poddajemy weryfikacji. Mają one w ludzkiej psychice status uprzywilejowany, niemalże priorytet nieomylności. A regularność umieszczania nowych treści ma kluczowe znaczenie dla budowania zaufania do danej strony i podtrzymywanie żywotnego zainteresowania odbiorów.

 

Co zaś do wieku odbiorców, sugerującego, że proces będzie raczej się pogłębiał z czasem, niż słabł… Tak się przejawia apogeum cywilizacji obrazków. Z kolejnym pokoleniem przestajemy być zdolni czytać długie teksty ze zrozumieniem. Ilość informacji przytłacza, a jednocześnie uzależnia, mózg zatem próbuje sobie poradzić. Najprostszym sposobem jest zdać się na oczy. Nie ważne zatem, czy wiedza naukowa została przekazana, ale czy obraz wywołał dobre skojarzenie, został ewentualnie zapamiętany, przyniósł ulgę skołatanej percepcji, zdołał zasiać w nas jakaś myśl-idee. Prosto rzecz ujmując, to jak reklamowy bilbord, kwintesencja reklamy wizualnej. Tylko zamiast przypadkowo na ulicy, pojawia ci się, na twoje własne życzenie w smartfonie.

 

Konto na Instagramie posiada zarówno Ministerstwo Zdrowia, Prezydent i Premier, a także Główny Inspektorat Sanitarny. Wszystkie te instytucje państwowe w okresie pandemii propagowały za jego pomocą komiksowe infografiki, treściwe i lekkie w odbiorze. Czy dotarły one ze swymi ideami do sektora 18-24 lata? Zależy to bynajmniej od tego, jak zgodne z prawdą, pozbawione błędów rzeczowych, wyczerpujące jeśli chodzi o dostarczaną informację były te materiały. Ewentualne poszukiwanie ich i zaufanie do niech ma bowiem zupełnie inne niż treść źródło. Co to znaczy dla mnie? Że nieodwołalnie zakładam konto na Instagramie dla prowadzonego przeze mnie fanpage’u i kanału Naukovo.pl. I w przeciwieństwie do innych form komunikacji, tą musi się zająć profesjonalista. Który wcale nie musi się znać bardzo na nauce. Najważniejsze, by się znał na komunikacji wizualnej.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Media – wygrani, przegrani pandemii

Jeśli zasięgi wzrosły, dlaczego dochody spadną i czy media walczą z dezinformacją, co ponoć jest ich zadaniem.

 

Na FB widziałam w czasie „szczytu” COVID-19 żart mniej więcej taki: wyobraź sobie, że jest 20 lat temu, najfajniejszym telefonem jest Nokia 3310, masz tam 4 gry, możliwość pisania sms do 450 znaków na czacie i jedyne, czego możesz tam posłuchać to 35 wbudowanych dzwonków. Jak wielu z nas przeżyłoby tę izolację bez cyfrowego radia i telewizji, smartfonów, mediów społecznościowych i Netflixa? Bez tej dookolnej cyfrowej rzeczywistości?

 

Wszyscy w kryzysie, ale na informację był popyt. Znaczy na fryzjerów też, ale oni nie mogli dostarczać legalnie usług, za to mediom nikt nie zabraniał. Gapienie się w smartfona czy tablet grozi według naukowców wieloma schorzeniami od kręgosłupa po mózg, ale nie groziło zarażeniem SARS-CoV-2 (no chyba, że ktoś nie zdezynfekował rąk i bawił się telefonem, który potem przytykał do twarzy….).  Po raz kolejny spadła wprawdzie (tym razem w ramach przerażających doniesień o trwałości wirusa w temperaturze pokojowej na kartonie aż do tygodnia) sprzedaż gazet papierowych. Na polskim rynku wręcz do niebezpiecznych dla wielu tytułów den poniżej dna. Za to informacja zdigitalizowana sprzedawała się nadzwyczaj dobrze. Jak świeże bułki szły, przynajmniej do końca maja, wszelkie newsy oraz poradnictwo okołopandemiczne. A także rozrywka. Jak najwięcej rozrywki.

 

Na polskim rynku jednak już w czerwcu ludność miała dość jakichkolwiek newsów o zachorowaniach i zgonach, jakichkolwiek doniesień popularyzujących naukę w kwestii COVID-19 i właściwie tylko informacja, że opracowano szczepionkę (której na razie nie ma i się nie zanosi) byłaby chyba w stanie zwrócić czyjaś uwagę. Jednak np. w USA, gdzie dzienny przyrost zachorowań liczy się w dziesiątkach tysięcy, zaś media to imperia, temat trwa, bo musi.  Nie tylko, że jest do czerwoności rozgrzany polityczny, ale jest po prostu codziennym dramatem społecznym. Podobnie było do niedawna w Wielkiej Brytanii, a poziom zakażeń w Indiach jest dopiero na etapie wnoszenia się ku pikowi jeszcze nie do przewidzenia. Brazylia, Rosja, Szwecja… wiadomo, że temat i tam szybko nie wygaśnie, chyba że władza okaże pogłębiającą się nerwowość i skończy się jako tako rzetelne informowanie.

 

Nie tylko jednak o czołówki prasowe chodzi. Świat po pandemii, czy ona trwać będzie, czy się skończy, nam się zmieni w bardziej zdigitalizowany i jeszcze mniej w nim będzie prywatności, a więcej inwigilacji, także w Internecie. Co to znaczy dla mediów? Kolejne, coraz doskonalsze aplikacje, będą nas śledzić nie tylko w kwarantannie. Ponieważ cyfrowy autorytaryzm Chin staje się globalny (Państwo Środka eksportuje swe technologii w tym zakresie masowo np. do Afryki), nic dziwnego, że raport „Freedom on the Net” z roku 2018 podkreślał spadek wolności Internetu już ósmy rok z rzędu. Według ówczesnego raportu amerykańskiego think tanku Freedom House, prawie jedna trzecia z 65 ocenianych krajów opracowała nowe przepisy ograniczające media internetowe. 18 rządów zwiększyło nadzór, a w sumie 26 ograniczyło wolność w Internecie. (https://towardsdatascience.com/chinas-digital-dictatorship-goes-global-bee6b093ff9b). Teraz jest tylko gorzej. Bo pandemia okazała się akceleratorem takich zmian.

 

Pod każda szerokością geograficzną i systemem rządów zmierzamy realnie w kierunku światowej cyfrowej dyktatury (Digital Imprisonment – pojęcie wprowadzone do powszechnego obiegu przez duńskiego pisarza Sorena Korsgaarda) obejmującej gromadzenie masowo danych o wszystkich, masową inwigilację, śledzenie oparte na rozpoznawaniu twarzy, społeczeństwa bezgotówkowe oparte na krypotowalutach i osłabienie społeczeństw zadłużonych (w kredytach konsumpcyjnych). Czy mass media opisują uczciwie ten pełzający, ale przyspieszający po pandemii proces?

 

Jesteśmy na to wszystko zupełnie nieprzygotowani mentalnie. Zanim pandemia się nawet pojawiła na horyzoncie, zapanowała dokoła technologia 5G i inne nowinki stawiające ludziom włosy na głowie, aż niektórzy nakładali aluminiowe czapeczki (jako peryferie nie doświadczyliśmy tego, ale taki to już urok peryferii). Jesteśmy wobec nich bezbronni informacyjnie. Szkoła nas w większości nie przygotowała do aktywnego, ze zrozumieniem uczestniczenia w cywilizacji naukowo-technicznej. W której żyjemy tak, czy siak. Czyli wszyscy mają komórki, ale prawie nikt nie wie, jak działa nie tylko telefonia cyfrowa i o co chodzi z kolejnymi G, ale nawet co to jest w istocie prąd elektryczny i jak działa. A kolejne G tuż za progiem, bo w pokowidowym świecie Internet musi „udźwignąć”’ przepływ kolejnych terabajtów informacyjnych na sekundę. Pytanie, czy media niespecjalistyczne wyjaśniają nowe technologię, zawieszę, niczym kawę w starbuniu, bo co więcej można z nim dziś zrobić owocnego?

 

Zostawię też na boku kwestię, co nam wszystkim z tych terabajtów informacji, skoro dostęp do niej nie chroni nas przed wpływem teorii spiskowych i wszelkiej innej dezinformacji, internetowych szaleńców i szarlatanów oraz fejk-newsów.

 

Nie będziemy się jednak nudzili, siedząc w związku z pandemią z „głową w telewizorze”, średnio ok. 10 proc. czasu więcej, niż dotąd. Żyjemy bowiem w oficjalnie ogłoszonym stanie wojny informacyjnej NATO-Rosja. Dowódca sojuszniczy NATO Philip Breedlove nie bez kozery nazwał sytuację w mediach i Internecie od lutego do kwietnia 2014 „najbardziej niesamowitym blitzkriegiem w historii wojny informacyjnej”. Dziś zaś przeżywamy „powtórkę z rozrywki” na tej konkretnej, medialnej arenie wojny hybrydowej, którą obserwujemy non stop od agresji Rosyjskiej na Krymie w 2014 roku. Na okoliczność COVID-19 wypuszczana jest w nasza stronę – skutecznie – ta sama w swej naturze dezinformacja, tak samo szybko, w tych samych celach i z tych samych mediów kontrolowanych przez Kreml (a także niezależnie ChRLD, ale to już na inną opowieść) oraz w Internecie – przez „fabryki trolli”.

 

Jeśli wierzyć NYT z połowy kwietnia, dezinformacja dotycząca zdrowia (np. antyszczepionkowa) jest inspirowana i „rozsyłana” przez Kreml już od ponad dekady. To samo opowieści, jakoby epidemie wirusowe (grypy, Ebola, a teraz koronawirus) zostały „rozsiane” przez amerykańskich naukowców. Czyli nowsza wersja „amerykańskiej stonki”, ale w milionach tweeterowych kont. Nie radzimy sobie, jako odbiorcy, w odsiewaniu ziaren informacji od plew, albo co gorsza toksycznego sporyszu. Cała nadzieja w tym, że mass media sobie z tym radzą… A radzą? COVID-19 pokazał, że nawet z natłokiem informacyjnym oraz z obróbką informacji specjalistycznej (np. medycznej, naukowej) nie radzą sobie najlepiej. Aczkolwiek są chlubne przykłady sprawdzania informacji, np. wykrycie przez dziennikarzy „The Guardian” fałszerstwa danych w czerwcowych publikacjach nt. szkodliwości chlorokiny z łamów prestiżowych „The Lancet” i „New England Journal of Medicine”. Można? Można. Aczkolwiek niewiele w stosunku do potrzeb.

 

Pandemia wstrząsa światem i zmiany są nieuchronne, pozostaje jedynie patrzeć, czy wszystko się pozmienia tak, aby nic się nie zmieniło, czy jednak inaczej. Warto może zatem na koniec przejrzeć odpowiedzi medioznawców, specjalistów od rynku i innych futurologów dowolnej sprawności i proweniencji, starających się udzielić odpowiedzi na pytanie: jak się COVID-19 skończy dla mediów?

 

Niemal wszystkie branże są w głębokim kryzysie popandemicznym. Podobno cofamy się do lat 90. XX wieku (czyli zostaniemy z jeszcze starszym niż kultowy 3310 modelem Nokii w rękach? Eeee, nie!). Co zatem, poza powtórkami głównie ze sportu i masowej rozrywki, niedostępnych nadal w realu, grozi nam w mediach? Bo jest jasnym i nie trzeba do tego być wróżem Maciejem, aby tę jasność mieć, iż pieniędzy w sektorze będzie mniej, bo one pochodzą z reklam. Oceniające rynek mediów (głównie anglosaski) fachowe głowy głoszą zatem, co następuje.

 

Pandemia wymusiła u odbiorców zmianę zachowań (samoizolacja, praca zdalna, edukacja domowa etc.), co wpłynęło zarówno na model biznesowy, jak i model operacyjny mediów i firm reklamowych. Telewizja, radio i prasa przeżywają niespotykany od lat wzrost widowni. Historyczne trendy spadkowe odwracają się na naszych oczach. Dla nadawców coraz ważniejsze będą platformy odtwarzania. To wymusi popularyzację systemów identyfikacji (SSO). Mass media publiczne będą musiały podjąć trud wiązania się w ponadnarodowe „sojusze” zdolne radzić sobie z konkurencją serwisów streamingowych (Netflix, Disney +, etc.), którym kryzys pandemiczny jako chyba jedynym dosłownie dodał jeszcze po dwie pary skrzydeł, do czego zaraz wrócę.

 

Spadek inwestycji firm w reklamy dotknie wszystkie media tak w roku 2020, jak i 2021. Choć oczywiście marki będące własnością globalnych korporacji nie mogą sobie pozwolić na bycie zapomnianymi przez odbiorców. Straty w 2020 r. mają wynosić od 10% rocznie dla telewizji i radia do 20% dla mediów tzw. reklamy zewnętrznej. Spadek inwestycji reklamowych nie oszczędzi mediów społecznościowych. Szacuje się, że Facebook i Google mogą w 2020 roku stracić łącznie ponad 44 miliardy dolarów przychodów z reklam.  W 2020 r. Facebook zakłada przychody z reklam rzędu 67,8 miliarda dolarów (spadek o 15,7 miliarda dolarów rok do roku). Google zaś (korporacja zajmuje pierwsze miejsce w zysku z reklam internetowych), ma zarobić z reklam 127,5 mld USD, co oznacza spadek o 28,6 mld USD.

 

Sytuacja finansowa tradycyjnych mediów (mimo tych 10 proc. czasu z głową w TV więcej) jest zagrożona. Uruchamiane są plany restrukturyzacji, a redukcja kosztów „nieistotnych” będzie stosowana w całym sektorze. W sektorze prywatnym restrukturyzacja będzie powszechna, a reorganizacje wymuszone przez postępowania upadłościowe będą przewidziane dla mniejszych podmiotów. W przypadku większych grup niektóre spółki zależne mogą utracić niezależność z powodu koniecznego w takiej sytuacji scalania zasobów.

 

Zanim przyszedł COVID-19, średnio Europejczyk zachodni słuchał radia (głównie w drodze do pracy) ok. 2 godz. i 22 min. Tendencja zaś była spadkowa, a w branży panowała stagnacja. We Francji w pierwszych tygodniach kwietnia nastąpił dwucyfrowy procentowy wzrost liczby słuchaczy radia cyfrowego. W Niemczech tendencja jest taka sama, ze średnim wzrostem o 34% w marcu 2020 r. We Włoszech internetowy agregator radia FM World (FMW) również wykazuje wzrost o 18,5%. Pomimo zatem ograniczenia i eliminacji podróży samochodowych i jazdy do pracy, wzrost czasu słuchania radia można oszacować na spektakularne 20 do 30%.

 

Nadawcy radiowi i telewizyjni nie będą mogli sobie pozwolić na oszczędności w kosztach infrastruktury IT – której ceny i zakres wręcz eksplodują. Cięcia będą w kosztach osobowych oraz w technologiach innych, niż cyfrowe, które już dziś okazują się znacznie mniej istotne. W sektorze mediów rozrywkowych nastąpi trwałe osłabienie kin, zasadniczo zanikną kina niezależne i studyjne.

 

Prasa regionalna jest najbardziej zagrożona zamykaniem tytułów. Tytuły krajowe, które odpowiednio wcześniej przeszły cyfrową rewolucję, wyjdą z kryzysu, o ile z kryzysu wyjdzie gospodarka, czyli pojawi się więcej pieniędzy z reklam w 2021 r. Nie dadzą się również tytuły o sporej liczbie subskrybentów i prenumeratorów.

 

Witryny streamingowe zwyciężyły we wszystkich kategoriach (nawet bardziej, niż podczas ostatniego porzedpandemicznego  rozdania Złotych Globów). Netflix odnotował wzrost liczby subskrypcji o 22,8% w pierwszym kwartale 2020 (halo: to jest 17,8 miliona ludzi przed ekranem i to głównie z tzw. „nowych rynków”). Disney + (bobas na rynku mediów, zaistniał w tej formule na rynku USA w 2019 roku), także przekroczył najśmielsze prognozy. I osiągnął 50 milionów subskrybentów na całym świecie 2 lata przed zakładanym terminem. W Indiach Disney + przyciągnął 8 milionów użytkowników w ciągu 1 miesiąca.

 

Ale nie samymi pieniędzmi i zasięgami żyje człowiek mediów. Konsumenci, którzy dotknęli zagrożenia śmiercią i ciężka chorobą – co jest dla wielu z nich całkowicie nowym i nieoczekiwanym doświadczeniem – zaczęli mieć  podobno zupełnie inne oczekiwania życiowe. Wg badań podobno zaczęli poszukiwać sensu(ów). Do czego będą się musieli dostosować tak reklamodawcy oraz wszelcy „specjaliści od śpiewu i mas”. Identyfikacja wizualna i komunikacja marki też przeżyją zatem post-kowidową rewolucję.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło danych: https://www.intotheminds.com/blog/en/impact-covid-media-industry/

Jak COVID-19 wyskakiwał z lodówki – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o mediach w czasie pandemii

W Polsce nie kopano masowych grobów, a zwłoki nie były odwożone na lodowiska przez wózki widłowe. Tak więc temat koronawirusa trzeba była grzać, grzać, aby wrzał. Szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele zdrowia psychicznego, było za dużo.

 

My dziennikarze informujemy o tym, co ludzi interesuje. Mniej więcej tak samo, jak marketingowcy promują towary, które przecież wszyscy i tak chcemy kupować. Potrafimy sobie wyobrazić wprowadzenie na rynek nowego towaru bez działań marketingowych i jego sukces (towaru, nie rynku)? Wiemy, co dzieje się z mózgiem klienta podczas zmasowanych działań marketingowych? Panika, przesyt, wyparcie. Mamy swój udział w tym psychologicznym ciągu społecznych zdarzeń, tragicznym w swych skutkach w czasach kryzysów.

 

Nie, to jeszcze nie koniec tej pandemii, To jedynie koniec pierwszego aktu i nie wiadomo, czy show sprzeda się tak dobrze, aby trwać kilka sezonów. Natomiast w owym pierwszym akcie wszyscy utonęliśmy w powodzi słów. Od naukowców dosłownie zalanych publikacjami jak najściślej naukowymi (przynajmniej z nazwy) na temat wirusa SARS-CoV-2, po dziennikarzy. Którzy w tej sprawie przecież nie ssali ze swych pobrudzonych atramentem palców wskazujących i środkowych, tylko od owych fachowców na ogół, czyż nie?

 

Że już nie wspomnę o tych biednych ludziach, którzy mieli coś z tego zrozumieć, zalanych dodatkowo potokami AUTENTYCZNEJ dezinformacji (kremlowskiej i dowolnej), oraz efektów niestrudzonej pracy różnej szurii spod znaku strukturyzowanej wody, wieloskrętnych witamin, płaskiej ziemi i walki z 5G.

 

Naukowcy, źródło pierwsze, mieli mega kłopot. Jak opisywałam to w jednym ze swoich tekstów dla „Tygodnika TVP”, nie tylko WHO, EU, władza i ludność, ale nawet nauka zawaliła (https://tygodnik.tvp.pl/47487274/epidemia-bezsilnosci-w-jaki-sposob-koronawirus-tak-latwo-zdobyl-swiat). Bo przewidziała tę epidemię, ale … np. mysz transgeniczna, która mogłaby natychmiast służyć jako zwierzę modelowe do badań nad lekami przeciw COVID-19 czy szczepionką (bo ma ludzki gen ACE2, kodujący receptor wirusów SARS) ostatnie 15 lat przeleżała jako zamrożona w -80 st. C sperma, a nie żywe zwierzę, płodne i rozrodzone, biegające sobie po licznych klatkach i gotowe do wykorzystania. Takich przykładów „niefrasobliwości w świetle naukowych przewidywań”, np. zarzucenia pracy nad szczepionką przeciw SARS etc. było wiele. SARS się skończył kilkanaście lat temu i zwinęliśmy sklepik, a MERS nie rozprzestrzeniał się między ludźmi. Były zatem w nauce ważniejsze tematy.

 

Stanęliśmy nadzy w pokrzywach z kilkoma dosłownie laboratoriami na świecie REALNIE pracującymi nad koronawirusami tak zwierzęcymi, jak ludzkimi. Reszta tych 2 tys. powstałych na kolanie w pierwszych 4 miesiącach epidemii prac naukowych to była radosna twórczość częstokroć, tej reszty, która pobiegła za nowym tematem, gdzie jest szansa na granty, na zaistnienie… Klasyka. A skoro na tych łamach już pisałam, jaką biedą z nędzą są dzisiaj „działy naukowe” we wszelakich mediach, to tylko powiem: „the same here”. Nie sprawdziliśmy, które to laby, kto się naprawdę zna na tym, na czym mówi etc. A że specjaliści byli limitowani, a nie mogliśmy przecież limitować „pokrycia”, które zresztą, podobnie jak czasopisma naukowe, w kwestii COVID-19, dawaliśmy ludności na ogół „za darmo”, no to zaczął się wyścig, kto więcej newsów typu „ujawniamy!” wrzuci na te „darmowe strony”.

 

I szło wszystko. Mnie utkwiły chyba najbardziej ze trzy rzeczy, bo sama zajęłam się odszukaniem źródeł tych wywalanych na czołówki informacji. Pierwszy temat to kwestia ibuprofenu z połowy marca. Francuski Minister Zdrowia coś powiedział. WHO za nim powtórzyło, ale po jednym dniu się wycofało. NIKT nie przeczytał, czy w źródłowej pracy wymieniającej ten niesterydowy lek przeciwzapalny jako wpływający na działanie i występowanie białka ACE2, jest w ogóle do tej ibuprofenowej kwestii jakakolwiek referencja. Czyli odnośnik w literaturze przedmiotu, skąd wzięto tę informację. A że praca była w „Lancet”, a minister zdrowia we Francji to szyszka, poszło!

 

Czy dziennikarze, którzy nie zajrzeli do źródłowej publikacji, tylko ogłosili światu, że ibuprofen może być związany z ciężkim przebiegiem COVID-19 (bez żadnych klinicznych ani eksperymentalnych danych na ten temat, na podstawie niepopartego referencją przekonania autorów pracy) choć wiedzą, w jakich chronicznych schorzeniach bierze się spore dawki tego leku przeciwzapalnego codziennie i jaki horror zafundowano licznym chorym na te schorzenia? Ja wiem, że my to bierzemy, jak główka pobolewa z przepracowania i trosk lub przeziębienia. Dla wielu ludzi jednak to jest ważny dla ich zdrowia lek, a nie supl bez recepty z Żabki. Odpowiedzialność za słowo poszła się czesać. Owczy pęd i minister na początku łańcuszka zdarzeń.

 

Druga akcja to był prof. Montagnier i „fragment wirusa HIV w koronawirusie, który świadczy, że wirusa zrobiono w laboratorium”. Żeby wiedzieć, jak jest, wystarczyło: 1) sprawdzić źródłową publikacje, o którą opiera się w swych wypowiedziach ten przedziwny Noblista, 2) choćby z anglojęzycznej Wikipedii, jak już nie mamy czasu w tym pustym newsroomie na nic, sprawdzić, kto to w ogóle jest ten gość i spod jakiego lodu wylazł po 10 latach, by znowu zabłysnąć w świetle jupiterów. Nie będę rozwijać tematu, kto ciekawy, niech zajrzy do mojego tekstu w Tygodniku TVP  https://tygodnik.tvp.pl/47694520/w-naturze-czy-w-laboratorium-gdzie-sie-urodzil-covid19. Klasyka fachu, czyli sprawdzanie źródła, poszło się czesać w wielu redakcjach.

 

I wreszcie trzecia historia, kuriozalna już doprawdy. Czyli „palenie papierosów zabezpiecza przed COVID-19”. Ja już w zasadzie, po doświadczeniach ostatnich 4 miesięcy, przestałam wymagać od kogokolwiek, żeby pojmował ten prosty fakt, iż korelacja nie oznacza związku przyczynowo-skutkowego. Ja wiem, że to jest trudne, że w ogóle nauka jest trudna i bez sensu, skoro większość osób jej nie rozumie. Aczkolwiek, aby nie dać wiary pewnemu profesorowi interny ze szpitala La Pitie Salpetriere w Paryżu, wystarczyło pod koniec kwietnia zobaczyć, jakież to przezacne i cieszące siew wieloletnią nieposzlakowaną opinią czasopismo naukowe opublikowało owe rewelacje.

I znowu, opisałam te historię dokładnie (https://tygodnik.tvp.pl/47907802/palisz-nie-zlapiesz-koronawirusa-cala-prawda-o-tym-czy-papierosy-chronia-przed-zarazeniem), bo jak w soczewce skupia ona pewne mechanizmy bardzo groźne dla nauki, dziennikarstwa i po prostu ludzkiego zdrowia. Jakiś gość w centrum Paryża, nawet profesor, robi konferencję prasową i NIKT nie sprawdza, kto to jest, jakie ma publikacje dotąd, jacy recenzenci sprawdzili jego obecne wyniki tak zaskakujące, CO TAM W OGÓLE JEST NAPISANE w źródłowej publikacji naukowej i czy ona w ogóle istnieje.

 

Ośmielę się powiedzieć, że zalew informacyjny byłby znacznie mniejszy i bardziej strawny dla ludności oraz nas samych, którzy musieliśmy to robić, czyli zapełniać te strony „darmowe o pandemii”, gdybyśmy nie działali jak umysły osaczone, stadne, poddające się psychologii tłumu, którą same generują. I nie chodzi o to, by stać i gadać duby smalone, że „żadnej epidemii nie było, nie ma i nie potrzeba” niczym mężczyzn w „Seksmisji” Machulskiego, i tak zaznaczyć swą indywidualność i wyalienowanie z rozedrganego tłumu. Tylko po prostu pracowicie i pieczołowicie sprawdzać, jak jest i w tym wypadku przejść realnie przyspieszony, ale solidny kurs wirusologii, epidemiologii i medycyny zakażeń. Zanim zacznie się szybko zapełniać „darmowe strony o COVID-19” treścią.

 

Czy tych treści było za dużo? O wiele, zwłaszcza za dużo było szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele psychicznego zdrowia. Ponieważ mieliśmy w Polsce jak zwykle to szczęście i opiekę Matki Boskiej, że wirusa było mało, to temat trzeba było doprawdy grzać, grzać, grzać, bo sam by nie wrzał. Nie kopano u nas masowych grobów, zwłoki na lodowiska nie były odwożone przez wózki widłowe, lekarze i pielęgniarki nie biegali po oddziałach odziani w worki na śmieci. A że najlepiej sprzedawało się poradnictwo i skandal, to tak to leciało.

 

Czy jak to się już wszystko skończy, daj Boże szczęśliwie, to społeczeństwo będzie mediom ufać bardziej, czy mniej? Na ten między innymi temat odbył się na początku maja na Uniwersytecie Berkeley panel, (https://news.berkeley.edu/2020/05/06/covid-19-and-the-media-the-role-of-journalism-in-a-global-pandemic/), który zgromadził tak tuzów i nauczycieli dziennikarskiego fachu, jak i lekarzy, epidemiologów oraz wirusologów. Padło tam wiele słów o niemałym ciężarze gatunkowym. Dotyczyły tego, jak media (głownie amerykańskie, ale nie widzę żadnego powodu, by nie rozciągnąć tych uwag globalnie) poradziły sobie z tzw. „pokryciem tematu”. Ośmielę się zacytować kilka wypowiedzi, bo będą doskonałym podsumowaniem.

 

Ed Wasserman, dziekan UC Berkeley’s Graduate School of Journalism, powiedział, że zaufanie społeczeństwa do mediów jest zagrożone. „Pod wieloma względami jest to moment przełomowy dla mediów” – dodał. „Intensywność zainteresowania tą historią i konsekwencje jej prezentacji są naprawdę ogromne. ” Zaś emerytowany profesor zdrowia publicznego John Swartzberg udzielił dziesiątków wywiadów na temat COVID-19, bo przewodniczy grupie, która nadzoruje publikacje Berkeley na temat zdrowia publicznego. Powiedział on, że wirus istnieje tylko kilka miesięcy i obiektywnie niewiele wiadomo na jego temat. Wielu jednak naukowców, podobnie jak dziennikarzy, stara się jak najszybciej przedstawić swoje wyniki opinii publicznej.

 

Podsumował on też użycie tak zwanych pre-printów czy artykułów z „predatory journals” (to takie quasi naukowe czasopisma czy serwisy internetowe, które praktycznie nie recenzują i żyją z tego, że desperat pragnący opublikować wyniki swoich badań im zapłaci za druk), i porównał je ze standardowymi czasopismami recenzowanymi, w których niezależni naukowcy poświęcają czas na weryfikację cudzych wyników. Powiedział, że te nierzetelne, niepełne, niesprawdzone i niepoprawione raporty ze świata mogą utrudnić dziennikarzom wykonywanie ich pracy. „Raz po raz jesteśmy przerażeni i zaskoczeni rodzajem niespójności i braku wiarygodności otrzymywanych informacji” – dodał Wasserman. „Widzimy informacje, które powinny być dość neutralne politycznie, zamiast tego są przetwarzane w sposób, któremu nie możemy ufać”.

 

Generujemy korzystając z naturalnych mechanizmów psychologicznych odbiorcy horrendalny popyt, którego często nie umiemy dobrze i mądrze zaspokoić.  Więc pozostaje nam sprzedawanie jakoś trzymającego się kupy  opakowania z marnym produktem w środku. Czyli klasyka współczesnego marketingu, zwłaszcza marketingu chińskich maseczek chirurgicznych.

 

Poradnictwo w czasie zarazy – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o tym co media piszą o koronawirusie

Przyjrzałam się trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle!

 

Sytuacja epidemiologiczna COVID-19 jaka jest – wiadomo. Są dane oficjalne. Można je kontestować, pytać, dlaczego wieczorem przybyło osiem, a rano ubyło pięć, jak na Wiśle w Zawichoście, ale są. I co więcej: różnice w ilości chorych czy zmarłych są zrozumiałe w kontekście skomplikowanej diagnostyki molekularnej tej choroby zakaźnej oraz związanej z nią śmiertelności. Czyli jaki koń jest mniej więcej widać po prostu ze strony GIS i chyba coraz mniej wszyscy powinniśmy się tym epatować, bo to zaczyna szkodzić nam psychicznie. A na potwierdzenie tezy o szkodliwości „bodźcowania się” danymi epidemiologicznymi przez laików są badania naukowe.

 

Czyli: za pierwszym przypadkiem latał dron TVN w trzy różne miejsca, aż trafił, a nad Szpitalem Bródnowskim, gdzie zakaziło się 70 osób na raz, pół na pół pracownicy medyczni i pacjenci, już nic nie latało, co najwyżej „Warszawa w pigułce” poinformowała.

 

W dodatku,  interaktywną mapę z tychże danych strzela dziś nie tylko WHO, Reuters i John Hopkins Medical School, skąd da się ją „zgrabić”, ale i średnio ogarnięty redakcyjny infografik ogólnopolskiego medium. Zresztą jeśli chodzi o Polskę do dziś (30 marca 2020 roku) ów grafik nie robi na wielkich liczbach, więc mu kółeczka z mapy na ćwierć kolumny nie wylatują aż w kosmos. I chwała Bogu albo umiejętnej kreatywnej „księgowości” przypadków (właściwy wybór przyczyn zależy od Redakcji).

 

A jak jest z przygotowywaniem ludzi przez media – praktycznie – do radzenia sobie w sytuacji tak nowej dla nas, jak pandemia NIEZNANEGO wirusa roznoszącego się kropelkowo? Jak jest z informowaniem ich o metodach zapobiegania zakażeniu? Jak jest z tłumaczeniem co i dlaczego działa „na korona wirusa”? Jak w ogóle sam ten wirus działa przede wszystkim? Jakie niesie zagrożenia dla zdrowia w perspektywie dłuższej, niż kwarantanna? A jak zorganizować sobie kwarantannę? Jak działają które testy i dlaczego tak różnie? I jak to się wszystko potoczy, jakie są prognozy rozwoju sytuacji?  Niemało pytań, niemało możliwych odpowiedzi. I zaroiło się od poradników. Sama prowadzę jeden, choć dość specyficzny, bo to wideoblog.

 

W samym zatem podjęciu tematu nie ma nic zdrożnego, wręcz przeciwnie. Jest to wypełnianie podstawowej, informacyjnej roli mediów w swej najgłębszej istocie. Jest potrzebne, a wręcz niezbędne, jest poszukiwane dziś przez odbiorców. Wypełniają tu media lukę między odbiorcą a komunikatami i instrukcjami GIS, nieraz naprawdę pozbawionymi szczegółów czy spóźnionymi (jak ta dotycząca kwarantanny, pojawiła się na stronach internetowych Inspektoratu dopiero 21 marca). Potencjalnie wystraszonym, nieuzbrojonym w podstawową wiedzę w zakresie chorób zakaźnych, wirusów etc. I w dodatku nie mającym z epidemiami – zwłaszcza pandemiami – żadnej już życiowej styczności. Pozbawionym zatem bezcennego nauczyciela życia – doświadczenia.

 

Oczywiście, każdy wskakuje nagle w poradnictwo medyczne, czy opowieści o dezynfektantach i testach PCR vs. testach immunologicznych nie dlatego, że szczególnie zna się na tym, czy lubi takie tematy. Już w publikowanym na łamach portalu SPD moim tekście o popularyzacji nauki (tutaj) – jakże profetycznym okazało się po krótkim czasie – pokazywałam, że nie tylko nie są to tematy ulubione, ale i prawdę rzekłszy, nie ma ich kto po redakcjach fachowo „ciągnąć”. No chyba że walnie meteor, pojawi się epidemia albo zbuntuje się jakaś globalna sztuczna inteligencja (dowiemy się o tym z Facebooka), wtedy zaistnieje konieczność, aby się spiąć. No to media się spinają jedne po drugich, bo konkurencja już się spięła. Oraz, mam nadzieję, z poczucia odpowiedzialności za nasz zbiorowy byt.

 

Jako jedna z pierwszych napisałam dla jednego z tygodników opinii, że to nie są przelewki, i jako pierwsza napisałam że porównania nowej choroby koronawirusowej (wtedy ledwo miała nazwę, albo i jeszcze nie) z grypą mnie irytują, bo widać, że to nie to samo. No i ten doktorat z medycyny zakażeń… wprawdzie szpitalnych i bakteryjnych, ale jakiś, więc trochę mam szansę na to spojrzeć nie tylko okiem człowieka mediów, ale i fachowca od tego, co się teraz obiektywnie dzieje. Natychmiast też, gdy widać było, że media jeszcze nie ruszają z poradnictwem, uruchomiłam po prostu swój prywatny codzienny wideoblog, później stronę na FB, wreszcie kanał na YT. (Przy użyciu chińskiego smartfonu ze środkowej półki cenowej w stanie „mocno używany”, czarnego markera i kartek A4 – przy czym zaznaczam, że fajnie mieć studio, telebimy, montaże, animowane infografiki i inne bajery trafiające ludziom z automatu do wyobraźni, fajnie codziennie zaprosić innego eksperta, ale warto się umieć obyć i bez tego. Warunki bowiem pracy mogą przyjść „polowe”). Zaczęłam od tego, jak można trochę wzmóc odporność i jak sobie samemu zrobić odkażalnik, a potem już poszło.

 

Bo ludzie na samym początku epidemii COVID-19 w Polsce byli bardzo bezradni, zagubieni i naprawdę u podstaw nie rozumieli, co się dzieje wokół. Groziła nam i ignorancja, i panika – gigantyczni sprzymierzeńcy każdego kryzysu , a epidemii w szczególności. Można powiedzieć, że uniknęliśmy na razie dominanty tych dwóch skrajności, a to już niemały sukces i warto tu zapytać o rolę „prasy, radia i telewizji” oraz portali internetowych. Przyjrzałam się zatem trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle! I z czasem było coraz lepiej.

 

Po pierwsze, jak to śpiewa Krystyna Prońko: trzeba trafić w czas. Mieliśmy szczęście. Koronawirus wpadł do nas z Niemiec z dwutygodniowym poślizgiem na rozruch we Włoszech. Było widać – wprawne oczy na szczęście dostrzegły – że bułki z masłem nie będzie. Media miały wystarczająco czasu, by zadbać o numery telefonów do specjalistów, ponawiązywać kontakty etc. Oczywiście – Polska nie jest krajem tysiąca epidemiologów, a nawet gdyby była, to na ogół nie są to ludzie z parciem na szkło. I stąd nam pewnie doktor Paweł Grzesiowski wyskakiwał po dwóch tygodniach epidemii już nawet z otwieranej lodówki. Ale.. (a wiem to na pewno, bo wiele lat miałam okazję i przyjemność z nim pracować zawodowo, a nawet odkryć go dla mediów lata temu, jeszcze w „Życiu” z kropką) to dobrze, że był on. Bo się zna. I jako ekspert był nie tylko niezmordowany, ale także kompetentny. Więc i ja poprosiłam go o kilka „setek” do swojego drugiego koronawirusowego tekstu w Tygodniku TVP.

 

Po drugie, jeśli dobrze rozumiem, media papierowe udostępniają najczęściej poradniki tego typu w ramach nawet najtańszej internetowej prenumeraty lub jako wkładkę do zakupionego numeru papierowego. Nie ma rozdawnictwa… trochę szkoda, bo była okazja, żeby realnie zrobić coś dobrego, ewentualnie znajdując na to sponsora. Choć rozumiem, że nikomu się w mediach tradycyjnych nie przelewa. A czasy idą ciężkie, więc z reklamodawcami kłopot. To nawet prowokowało niedawno właścicieli tych i owych mediów prywatnych do wzywania rządu do zakończenia walki z epidemią i zniesienia narodowej kwarantanny. Ponieważ jako epidemiolog nigdy nie uczyłam fachowców, jak wydawać gazety, a właścicieli sporych zasobów, jak wydawać pieniądze, to myślę, że i epidemiolodzy niewiele powinni sobie robić z takich luźnych uwag właścicieli gazet i pieniędzy. I dobrze. Każdy jest ekspertem w swoim fachu.

 

Dlatego, nie czynię z tego jakiegoś kolosalnego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Owszem, wiele mediów podjęło decyzję, by swoje teksty „związane z koronawirusem” wydostać dla czytelników zza paywalla, ale niekoniecznie są to teksty poradnikowe. A te by się przydały społeczeństwu najbardziej. No, ale w końcu nie wszystkie media są publiczne – to owe mają „ogarniać” tematy palące społecznie i dostarczać informacji „za darmo”. Znaczy za abonamenty i „dotacje”. I tak jest. Śmiem twierdzić, że misja jest wypełniana. Także wielkie portale internetowe, które zawsze dostarczają materiałów za to, iż godzimy się wchłonąć pewna dawkę reklam, naprawdę dały rady.

 

Wprawdzie czasem na antenie, ekranie czy monitorze pani lekarz weterynarii przekonuje nas, że posiadanie psa może nas zabezpieczyć przed koronawirusem, bo „właściciele zwierząt mają wyższą odporność” (no mają, ale to dość skomplikowany proces i ja bym dzisiaj raczej nie kupowała psa, żeby uniknąć zakażenia SARS-CoV-2, a jakby tyle z tego mógł zrozumieć widz). Jednak jeśli ktoś jest zaproszony jako ekspert, to przyjmujemy, że nim jest. Co niejako zwalnia dziennikarza z zadawania własnych pytań czy posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem i komentarza.  Dziennikarz jest tu właściwie wyłącznie od przekazywania pytań z poczty elektronicznej od widzów, a szkoda. Tyle umiałaby – i często wdzięczniej – zrobić hostessa.

 

Jeszcze trudniej nam takie sytuacje zaakceptować, gdy zamiast weterynarza jest ekspert-seksuolog. I próbuje jakoś dać nam wszystkim nadzieję na miłość w czasach zarazy, a nawet opowiada, że ryzyko istnieje i jest wysokie, ale przecież są zabezpieczenia, takie jak np. stosowane w przypadku profilaktyki HIV. A dziennikarz nie pyta przytomnie, jak mianowicie uprawiać seks (ale nie że „wirtualnie” przez telefon czy jakiś komunikator internetowy) w odległości co najmniej metra od partnera. Może się krępuje na antenie? To nie trzeba było robić odcinka na ten temat.  Aczkolwiek, jak jest z tą miłością, można doczytać, informacji nie brak.

 

Porady dotyczące zakupów, jedzenia „na wynos”, prania, dezynfekcji, radzenia sobie z izolacją, a nawet korzystania z maseczek (choć tu, jak bywa wśród ekspertów, jeden mówi tak, a inny owak, powstają nowe analizy naukowe, sprawa jest, jak to się mówi w prokuraturze – rozwojowa) są naprawdę klarowne, wystarczająco szczegółowe, poprawne merytorycznie. I to jest fakt, gdzie nie spojrzałam.

 

Generalnie wszyscy, nawet WHO (czego dowiodła tzw. „afera ibupromowa”, gdzie wg WHO ów niesterydowy lek przeciwzapalny jest rekomendowany w czasie pandemii COVID-19 dnia 17 marca, 18 trochę jednak nie jest rekomendowany, 19 jednak nie jest rekomendowany, a 20 znów nie ma naukowych podstaw, by go nie rekomendować)  jesteśmy teraz trochę pogubieni. Jedni (znacznie) więcej, inni mniej. I choć nie zrobiłam tu kwerendy tabloidów ani rozlicznych internetowych telewizji, gdzie pojawiają się gwiazdy leczenia wszelkich chorób wieloskrętną witaminą w kombinacji z wybielaczem i DMSO dożylnie oraz wietrzący „spizeg” zawodowi napotykacze UFO w stogach siana, mam wrażenie, że poradnictwo na czas zarazy jest OK.

 

Media pomagają ludziom jakoś znaleźć się w tej nowej sytuacji i przeszły szybki, acz podstawowy, kurs wirusologii, epidemiologii i kontroli zakażeń. No i pozyskały do swoich poradników ekspertów, najczęściej naprawdę dobrych, od życia w tych ciężkich czasach. Gorzej z nauką, czyli wyjaśnianiem działania leków, poszukiwania szczepionek, niewidzialnego działania wirusów etc. To by pozwoliło ludziom zrozumieć, że szczepionki ani nowego skutecznego leku nie będzie za miesiąc. Może ich nie być nawet za pół roku czy rok. Szczepionki może nie być nigdy. No ale to już na zupełnie inną opowieść o dziennikarskiej wyobraźni, wiedzy  i rzetelności.

 

Nieśmiertelność w sieci – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o cyfrowej tożsamości po śmierci

Tylko z grubsza szacując, na Facebooku może być 17 mln kont zmarłych osób.  Czy powinno się „uśmiercać” ich awatary i kto miałby to robić?

 

Nasze życie przebiega dziś w Internecie. Jesteśmy już często bardziej awatarami, niż ludźmi. Tu kochamy, tu dyskutujemy, tu jemy – dosłownie, wszak obrazki z restauracji to podstawowa nasza aktywność na Facebooku, zaraz obok zdjęć kotów. À propos – zdjęcia kotów – tu przeżywamy naszą miłość do zwierząt. Tu aktywizujemy się politycznie, tu nienawidzimy – znacznie bardziej bezkarnie, niż w tzw. realu, zatem chyba częściej i mocniej. Tu poznajemy nowych ludzi. Tu podróżujemy, tu utrzymujemy przyjaźnie, rozwijamy swoje hobby, odpoczywamy i pracujemy. Tu robimy biznesy, a nawet deale życia. Tu czytamy. Tu piszemy. Tu tworzymy. Czy tu umieramy? Gdy odejdziemy biologicznie, co się stanie z naszą internetową tożsamością?

 

Gdy dziś rejestrujemy się na Facebooku, na YT czy na Tweeterze (wiem, bo zakładając niedawno na FB własną stronę popularyzującą naukę, Naukovo.pl, musiałam różne nowe „tożsamości” porejestrować), zostaniemy w czasie tego procesu zapytani o to, kogo owo społecznościowe medium ma obciążyć odpowiedzialnością za dalsze prowadzenie naszego profilu, gdy umrzemy. Kto będzie nas niejako reprezentował w przypadku naszej śmierci. Odpowiedź nadal nie jest obowiązkowa – możemy zostawić tę rameczkę pustą i kontynuować rejestrację. Ale umówmy się – dawniej, tę dekadę temu, nikt nas tak nie indagował w takich kwestiach funeralnych i spadkowych. Albo ja czegoś nie pamiętam. W systemie pojawił się bowiem nieprzewidziany wcześniej przez twórców błąd. Ludzie umierają, awatary zaś… są nieśmiertelne.

 

Problem nie jest trywialny. Jestem skromnym użytkownikiem Facebooka, mam tam ok. 300 „znajomych”. Na moich awatarowych oczach zmarł podczas tych ostatnich 10 lat spędzonych „na FB” w mojej świadomości tylko jeden z nich, zresztą fantastyczny dziennikarz, Jacek Kalinowski. Jacek umarł bardzo szybko, dosłownie w kilka tygodni od diagnozy bardzo złośliwego nowotworu i niemal do ostatniej chwili kontaktował się z nami ze szpitala „przez fejsa”. Pewna cudowna osoba przez kilkanaście kolejnych miesięcy prowadziła (i nadal to czyni) jego profil. Na początku te anonse, dotyczące pogrzebu, wspomnień o zmarłym itp. były częste i wywoływały dyskusje, polubienia, czyli tzw. aktywność. Potem coraz rzadziej – głównie w okolicy rocznicy śmierci Jacka, by zaprosić na Mszę Świętą w intencji zbawienia jego duszy etc. Od jakiegoś czasu ten profil nigdy nie wyświetla swojej aktywności w mojej „historii”. Tak zdecydowały, niezrozumiałe dla nikogo poza ich twórcami, algorytmy sztucznej inteligencji zarządzającej tym, co się komu wyświetla. Dziś profil Jacka jest profilem „In memoriam” pod tym awatarem, który był jego ostatnim – choć nie jest to jego twarz. Nadal tam spotykają się wirtualnie jego najbliżsi przyjaciele.

 

Na forach, gdzie bywam, takich informacji o zgonach uczestników bywa znacznie więcej, zwłaszcza, że w niektórych, jak Forum Żydów Polskich, wielu dyskutantów jest już w podeszłym wieku.

 

Gdy Jacek odszedł, tak młodo i szybko 14 czerwca 2016 roku, zastanawiałam się – bo był on klasycznym „zwierzem fejsbukowym” – także nad tym, co się dzieje z internetowymi tożsamościami ludzi, których musi codziennie ubywać sporo. Na Facebooku, który jest dziś największym medium społecznościowym, było pod koniec 2019 roku 2,5 miliarda uczestników. To jakieś 40 proc. żyjących dziś na świecie ludzi. Ostatnie dane, które znalazłam o zgonach, WHO ma podsumowane dla roku 2016. Zmarło wtedy niemal 57 mln ludzi. Możemy sobie zatem wyobrazić, ilu odeszło użytkowników FB, jeśli 4 na 10 zmarłych miało konto. Dla bezpieczeństwa wyjmijmy z rachunku dzieci zmarłe przed 15. rokiem życia, no to będzie minimum 3 na 10. To jest nieco więcej, niż 17 mln awatarów FB. Zgubny szacunek, ale imponujący. To jest Londyn i Nowy Jork razem wzięte.

 

Na dorocznej konferencji „American Association for the Advancement of Science”, wydawcy prestiżowego magazynu „Science” oraz wielu innych czasopism naukowych, Faheem Hussain z Arizona State University w Tempe zmierzył się w swej prezentacji z problemem naszej internetowej nieśmiertelności. To był wykład w serii dotyczącej przyszłości etyki społecznej. Bo też zagadnienie to właśnie jej dotyka. Kto ma bowiem prawo „uśmiercić” ludzki awatar, który niczym się nie naraził „standardom FB”, czyli tej sztucznej inteligencji, co tam siedzi i śledzi donosy i zdjęcia – bo to śledzić najłatwiej, jak się jest sztuczną inteligencją? Ani tym bardziej zarządowi wyznaczającemu politykę tej korporacji, więc nie da się go zlikwidować za myślozbrodnie.

 

Specjaliści od informatyki, demografii i mediów społecznościowych szacują zatem, że już w 2060 roku liczba martwych użytkowników FB przewyższy liczbę profili, za którymi ukrywa się osoba biologicznie wciąż żywa. I nie o sam awatar chodzi, jak wyjaśniał Prof. Hussain, a sprawozdał to magazyn „Science”. Przecież gdy umiera człowiek, zostają po nim listy, pisma, rachunki bankowe i za gaz, pamiętnik, notatki w książkach, filmy nakręcone amatorską kamerą, przedstawiające go lub nie, zdjęcia, nagrania jego głosu. Dziś to wszystko nie jest już papierowe ani celuloidowe – jest zdigitalizowane. Przebywa w wielkiej czarnej internetowej dziurze, zassane za naszego życia. Gdy człowiek umierał w starych dobrych czasach, jego spuściznę papierową i celuloidową ktoś dziedziczył i albo pieczołowicie archiwizował, albo palił nią w przysłowiowym kominku. A dziś? Jak się zająć spuścizną cyfrową? A godność i szacunek dla zmarłego wymagałyby, by to zrobić. No i wreszcie – co mówi na ten temat prawo?

 

Socjolog z Arizony wyjaśniał, że ta spuścizna: tony bardzo osobistych danych gromadzone o nas przez lata – za naszą zgodą oczywiście – przez Google, FB, Tweeter, LinkedIn etc., trwa. Mało tego – nie tylko na serwerach mediów społecznościowych, ale i w naszym banku i bankach kolejnych naszych partnerów życiowych, z którymi mieliśmy wspólny kredyt, oraz naszych ubezpieczycieli. No i oczywiście w każdym internetowym sklepie i sklepiku, gdzie kupiliśmy tak fortepian, jak biustonosz. Gromadzone są przez każdy, nawet najgłupszy program lojalnościowy. To terabajty autografów, zdjęć, opinii. Spisane są nie tylko czyny i rozmowy, ale każdorazowe świadectwo sympatii i antypatii. Każdy kciuk w górę i każde „wrr”. Wszystko to daliśmy dobrowolnie i niewielu z nas się zainteresowało, co się z tymi danymi w ogóle dzieje na co dzień. A cóż dopiero zadbało, co ma się z nimi stać po naszej śmierci.

 

Według Faheema Hussaina nie tylko jesteśmy w tym zakresie bardzo niedbali, ale w dodatku, to nie jest tak, że zostawiając swoją cyfrową spuściznę na pastwę losu, nie mamy czego żałować. Gdyby Jacek nie zostawił tej wspaniałej, dobrej osobie hasła do swojego profilu, dziś moglibyśmy tam wejść nadal komentować czy udostępniać ewentualnie jego stare posty. A ta strona jednak żyje. Bo Jacek jakoś o nas pomyślał chyba. I to jedyne poświęcone mu miejsce w wielkich przestworzach Internetu, bo gdy poprosić Google, by coś o nim powiedziały, można się jedynie zapoznać z króciutkim nekrologiem portalu Press.pl z dnia jego śmierci i kilkoma zdjęciami jego twarzy. Oraz notatką z 2007 roku, gdy odchodził z Telekomunikacji Polskiej, gdzie był rzecznikiem prasowym. Gdyby nie jego przekonanie o ważności przebywania na FB, nie dałoby się np. wydać książki obejmującej jego posty, nawet gdyby ktoś miał taki pomysł.

 

FB bowiem nie udostępnia haseł do stron zmarłych osób żadnym legalnym spadkobiercom, o ile nie są wymienieni w owym okienku, którego wypełnienie ostatnio mnie zastanowiło.

 

Według prawników człowiek powinien mieć prawo do prywatności także po swojej śmierci – aczkolwiek w kodeksach nic wielkiego nie jest na ten temat napisane. Jest artykuł 23 Kodeksu Cywilnego, który dotyczy dóbr osobistych, gdzie prywatność i godność są wymienione. Nie do końca jest jednak jasne, czy i jak to działa po naszej śmierci w stosunku do spuścizny cyfrowej. Prosty przykład: załóżmy, że bardzo poczytny pisarz X, taki co wydaje książki za miliony, prowadzi swoją stronę na FB – blog. Tamże pisze dosłownie pamiętnik, bardzo intymny, bo dla znajomych. Gdyby ją był pisał na serwetkach w knajpie, a owe wkładał do kieszeni, to właścicielem tej spuścizny jest ten, kto odziedziczył jego prawa autorskie i znalazł owe serwetki w tej kieszeni upchnięte. I może je spalić, wydać jako książkę, schować jako najmilszą pamiątkę, a przede wszystkim zrobić to, czego zmarły sobie życzył przed śmiercią. Ponieważ jednak pisarz X działał też w Internecie – to właścicielem tej spuścizny de jure jest nie do końca wiadomo kto, a de facto – FB.

 

Oczywiście, jak wyjaśnił mi radca dr Piotr Sosiński, z Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości w Wałbrzychu, ze względu na artykuły 36, 41. 1 i 78. 2 Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i pokrewnych, jeśli ocenimy, że te wpisy na FB są utworem w rozumieniu tej ustawy, to prawa do nich podlegają dziedziczeniu. Oczywiście tu każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie przez sąd, jeśli jest spór, czy coś jest, czy nie jest „utworem”. Co oznacza, ze wydanie takich wpisów wartego miliony pisarza X przez FB czy kogokolwiek, kto nie jest spadkobiercą, jest wysoce ryzykowne. Ale to wcale nie ułatwia spadkobiercy dostępu do nich, o ile nie był „znajomym z FB” pisarza X, czy obserwatorem jego bloga za życia.

 

Jak wyjaśniał dalej arizoński socjolog, np. Google mają taką opcję, która pozwala korporacji na trwałe usunięcie danych konkretnej osoby w momencie jej śmierci. No, ale przecież nie tylko o to chodzi, żeby z nas nic nie zostało, tylko o to, żeby dało się ocalać to, co bywa wartościowe lub jest istotną pamiątką. Innymi słowy – nie jest dobrze tak zarządzać swoim życiem – w tym życiem internetowym – by po śmierci jego spuścizna pozostawała w rękach dostawców usług internetowych lub na śmietniku. No i musimy myśleć, gdy dzielimy się naszym osobistym światem i wnętrzem w Internecie. Za życia na ogół pragnęlibyśmy być po śmierci traktowanymi z jakąś estymą, a nie wszystko czym się dzielimy jest szczególnie dystyngowane. Gdybyśmy się nad tym głębiej zastanowili w naszym zabieganiu, mogłoby się okazać, że wcale nie jest nam tak bardzo wszystko jedno, co będzie z naszym kontem Gooogle, gdy nas już nie będzie.

 

Ostatnie przeciekawe zagadnienie poruszone podczas prezentacji i wywiadu udzielonego portalowi magazynu „Science” przez Faheema Hussaina dotyczy tego, jak my, inni użytkownicy mediów i portali społecznościowych powinniśmy się odnosić do obecnych tam profili zmarłych osób. Jak przeżyć żałobę po nich w Internecie? Okazuje się, że w Japonii na nowoczesnych cmentarnych nagrobkach są już wyryte kody QR, których zeskanowanie uruchamia w naszym urządzeniu mobilnym dostęp do filmów ze zmarłymi, nagrań ich głosu, cytatów z wypowiedzi, ulubionych przebojów etc. Sky is the limit. Każdy psycholog zauważy, że z jednej strony to może być terapeutyczne. Taka cyfrowa nieśmiertelność może pomóc niektórym osobom przeżyć dobrze żałobę po zmarłym. Aczkolwiek… to też niewąskie nadużycie. Nie tylko taki kod zeskanować sobie może dokładnie każdy, kto trafi pod ów nagrobek, a to są sprawy prywatne, wręcz intymne, jak film obrazujący zabawę z własnymi maleńkimi dziećmi na plaży. Ich niezwykłe oddziaływanie – nikt się bowiem nie sprzeciwia zdaniu, że multimedia działają na nasz mózg inaczej, niż papierowe zdjęcia czy zapiski – może uniemożliwić niektórym wyjście z żałoby. Jej elementem końcowym jest bowiem pogodzenie się ze stratą. A skoro właściwie żyjemy w sieci, to mając w niej dostęp do owego nieśmiertelnego awatara, w ogóle możemy owej straty nie odczuć.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło: https://www.sciencemag.org/news/2020/02/what-happens-our-online-lives-after-we-die?utm_campaign=news_daily_2020-02-18&et_rid=379130090&et_cid=3212049

Jak nie być hieną w czasach koronawirusa – opinia MAGDALENY KAWALEC-SEGOND

Swoimi materiałami grzejecie panikę. I ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie. Nawet jeśli tego nie wiecie, to was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć.

 

Bardzo przepraszam, ale będzie ostro. Kto już się oburzył tytułem, zawsze może przestać czytać i obrazić się na mnie do śmierci. Może nas ona spotkać wkrótce (jak zwykle, memento mori to taka piękna antyfona postna) , więc w sumie, co mi tam. Jakoś to przeżyję. Jako nie-dziennikarz, tylko taka pani od przyrody, co lubi pisać do gazet, a gazety cierpliwie to czasem drukują od 25 lat, żeby i te giki, te mózgowce miały też jakiś kącik dla siebie w rzeczywistości medialnej, a jednocześnie jako jaki taki specjalista od drobnoustrojów chorobotwórczych (mam z tego doktorat, to niedużo, ale zawsze coś) walę pięścią w stół: BASTA!

 

Ja nie oglądam telewizji (żadnej) od grubo ponad ćwierć wieku w wyniku świadomej decyzji, więc pewne zjawiska związane ze szklanym ekranem docierają do mej świadomości dopiero wtedy, gdy jakiś Internet je pokaże. W tym wypadku, w momencie gdy w Polsce pojawił się czwarty potwierdzony przypadek COVID-19, strona na FB zwana „Polska w dużych dawkach” zamieściła wpis, którego sama nie ujęłabym lepiej, i zdjęcie, które mnie rozwścieczyło. Wpis zaś był tak mądry (i na miejscu), że go po prostu zacytuję: „Pacjent z podejrzeniem koronawirusa wychodzi ze szpitala, dziennikarze podstawiają mu mikrofon prosto w usta, pytają czy to fajnie być chorym. Trwa to pięć minut, mikrofony dalej napierają w otwór gębowy pacjenta, pocierają się i chłoną wirusa dosłownie jak gąbka. Następnie biegną na konferencje prasowe, podtykają te mikrofony politykom, następuje kwarantanna, tydzień plagi, populacja polityków zmniejsza się. Niestrudzeni dziennikarze obskakują jeszcze najmodniejsze imprezy, zjazdy influncerów i jakieś forum marketingu.

 

Mijają dwa miesiące i kraj zmienia się nie do poznania. Trzeba rozpisać nowe wybory. Polska nauka i kultura są nietknięte, bo kto by się nimi interesował, dziennikarze nie przyszli. Tworzy się nowa kultura polityczna, czas żałoby, ale i przemyśleń. Powinniśmy jakoś o siebie zadbać, przyda nam się działająca ochrona zdrowia, i żeby ludzie coś kumali, więc przyinwestujemy w edukację. Trzeba też się przygotować na okoliczność innych zagrożeń. Dziennikarze winni zarażania elit kraju zbierają się w tajnym miejscu. Z mroku wychodzi Mariusz Max Kolonko. Ubrany nie jak zwykle, w garniak z lat 90., tylko w dżinsy i czarną bluzę z kapturem. Każdemu ściska rękę i mówi:
– O waszym poświęceniu nikt się nigdy nie dowie. Jesteście cichymi bohaterami, którzy poprowadzili bliźnich przez ciemną dolinę. God bless you
.”

 

Ja wiem, że ci biedacy z mikrofonami sami się tam na te drzwi nie rzucili (do szefów i redaktorów wicenaczelnych jeszcze wrócę). To nie oni też wysłali nad szpital w Łodzi (który okazał się NIE-miejscem pierwszego przypadku COVID-19 w Polsce) drona z kamerą o nosie nadającym się do robienia zdjęć kraterów na Marsie z Ziemi. Ja wiem, że to jeszcze nie jest poziom obrzydliwego hienizmu zaprezentowany wobec pierwszego polskiego pacjenta z COVID-19 przez „gazetę, której nie jest wszystko jedno”. To było takie dno, że mi opadły ręce. I tu dodam z zawodowego obowiązku popularyzatora nauki, że na szczęście hiena cętkowana nazywa się obecnie wg systematyków krokuta. Dzięki czemu nikt nie łączy naturalnego sposobu zdobywania przez nią pożywienia ze zjawiskami z zakresu psychologii mediów, które są znacznie gorsze od stadnego rozszarpywania trucheł padłych zwierząt na afrykańskich sawannach.

 

Ja rozumiem, że to zwykła głupota, bo ufam, że na studiach dziennikarskich uczy się ludzi, jaka jest różnica w sprawozdawaniu konfliktu zbrojnego czy klęski żywiołowej (to chwalebne i heroiczne, że są odważni dziennikarze gotowi natychmiast jechać i relacjonować takie straszne rzeczy), a epidemii. A może tam się nie opowiada w ogóle o chorobach zakaźnych i medycynie, tajemnicy lekarskiej, prawie pacjenta do prywatności etc… To szkoda. Jak nie daj Boże wybuchnie jakaś masowa epidemia wieloopornego syfilisu, to też się dowiemy, z kim sypiał jakiś prominentny przypadek czy tylko do jakiej partii politycznej należał 10 lat temu? Choroby, w tym zakaźne, stygmatyzują. Słyszeliście o tym?

 

Mam jednak nadzieję, że sami dziennikarze są w stanie obejrzeć czy posłuchać materiałów przygotowanych na temat koronawirusa przez ich własne stacje telewizyjne i radiowe, przez ich własne gazety, i zrozumieć z nich (ja wiem, że to trudne, no ale kto tu winien?), że sprawa jest poważna, bo… jest zakaźna! Czyli nie widać, a można się rozchorować. I roznieść rzecz po innych. Jak patrzę, jak się zachowują, to domniemam, że po prostu dziennikarze miejscowi powszechnie nie rozumieją pojęć takich jak: wirus, choroba zakaźna przenoszona kropelkowo oraz epidemia i kontrola zakażeń. No to jeśli w sposób tak widoczny ich nie rozumieją, to jakże mogą komuś wytłumaczyć?  Ja nie wiem, jaką stratą dla Polski dziś byłby zanik mediów na kilka miesięcy – może wszyscy obudzilibyśmy się następnie w innym, spokojniejszym, mniej zantagonizowanym i w ogóle jakimś takim lepszym kraju. A może nie. Ale czy koniecznie musimy to sprawdzać w sposób tak głupi, bo niosący ryzyko dla zdrowia i życia innych, np. członków dziennikarskich rodzin, ich sąsiadów oraz ludzi, z którymi jeżdżą w autobusie lub spotykają się na siłowni i w knajpie?

 

Przecież każda z tych rąk wyciągniętych z mikrofonem w stronę biednego, nigdy wcześniej nie mówiącego do mediów człowieka, który ma im tyle do powiedzenia, iż „nie wie, jak to złapał”, co oczywiście jest newsem dnia, bez którego nie obejdzie się żaden posiadający telewizor i radio Kowalski, otóż każda z tych rąk zaraz popuka paluszkiem w mikrofonik przed następnym wywiadem, by sprawdzić działanie, a następnie ten paluszek poliże, żeby przeczytać jakąś swoją notatkę. Czyż nie?

 

Wiecie co, ja Wam to tak „po krasnoludzku, po prostu dzisiaj powiem”:  chcecie zrobić fajny, potrzebny I SŁUŻĄCY ODBIORCY (nie wykluczone, że ratujący mu życie i zdrowie) materiał o COVID-19? Podaję zestaw tematów, znajdzie tu każdy i śledczy, i społeczny, i gospodarka i polityczny, i zagranica. Tematy podaję za darmo, nie trzeba ze mnie robić współautora tekstu czy reportażu. Nauką zajmę się ja i moi koledzy, co się na tym znają, bo na tym to się jednak trzeba znać, żeby ludzi nie straszyć, tylko informować i mówić im prawdę.

 

Po pierwsze: kto kręci te lody z maskami i odkażaczami? Nieinteresujące? Moim zdaniem szalenie. I ci biedni ludzie, którzy wydali kilkaset złotych na pół litra spirytusu czy pięć masek przeciwazbestowych też się chętnie dowiedzą, czy kolo (kilku, a może legion), co tym kręci, będzie siedział i kiedy. A dlaczego nie zapytać polityków, prokuraturę i policję, co z tym zamierzają zrobić? A może pójść i zapytać wojska, jak jest przygotowane, w jakim zakresie ludność miejscowa może liczyć na wojsko. Może? Ja nie wiem, a chętnie się dowiem. A gospodarka – transport drogowy, turystyka… Konkrety. Można przepytać konkretnych wiceministrów (nie zawracajcie głowy ministrom, ten sztab kryzysowy już mało sypia, uwierzcie mi), jaką legislację szykują dla konkretnych branż, które już cierpią na zadyszkę w związku z epidemią, której jeszcze u nas nie ma. MEN – jak się szykuje do zdalnego kształcenia tysięcy dzieci w wieku szkolnym? Naprawdę już wszystko wiecie, tylko ludziom nie mówicie Kochani ? Czy ten człowiek, sam w strachu, wychodzący ze szpitala zakaźnego, powie Wam naprawdę więcej ważnych i potrzebnych odbiorcom informacji, głębiej coś skomentuje, niż konkretni urzędnicy czy naukowcy?

 

Rozumiecie, że swoimi materiałami grzejecie panikę, nie? I że ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie, nie? Nawet jeśli tego nie wiecie, to Was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć. A już ci, co was z tymi mikrofonami posyłają na pierwszą linię, a potem podają Wam rękę i mówią „good job”, po czym idą nadal przewalać tą ręką papiery, podlizując paluszek, to wiedzą na pewno. Życzę dużo zdrowia.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

PS. Jak mi teraz który pobiegnie zawracać głowę jakiemuś lekarzowi specjaliście od chorób zakaźnych, co ma teraz Armagedon, a pies z kulawą nogą się latami nie interesował, w jakich warunkach i za jakie pieniądze (bo przecież zakaźnik nie dorobi w prywatnym gabinecie) ten człowiek pracuje, ilu pacjentom z chorobami tropikalnymi uratował życie etc., to osobiście pojadę i zabiorę takiemu „szczurowi z newsroomu” deser przez rok. Takim dziecinnym ludziom, niezorientowanym, że teraz nie jest na to czas, można bowiem tylko dać w skórę poniżej pleców – ale prawo tego zabrania i słusznie – albo nie dać deseru.

Czy tego się nie da jeszcze uprościć? – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o popularyzacji nauki w  mediach

W czasach panującej obecnie cywilizacji naukowo-technicznej większość mediów odpuszcza sobie zajmowanie się nauką i techniką.

 

W tytule tego tekstu jest najczęściej zadawane mi pytanie zawodowe od czasu, gdy 4 grudnia 1996 roku o godz. 6:58 UTC z przylądka Canaveral na Florydzie nastąpił start sondy kosmicznej NASA zwanej Mars Pathfinder. Pamiętam tę datę, bo dzień wcześniej mój laboratoryjny kolega (byłam wtedy czynnym zawodowo naukowcem) Tomek Łęski zapytał, czy bym z nim nie poszła do „Życia”, gdzie pracuje jego brat. Bo będzie lądowanie Pathfindera, będziemy robić z tego czołówkę. Wszystkie naukowe ręce na pokład, a nie jest ich wiele, a właściwie nie ma żadnej. Nasze info powstało przed Reutersem i to był… sukces. Z polskich mediów byliśmy wtedy pierwsi.

 

Od Jacka Łęskiego, który przeczytał mój pierwszy mikro-materialik tego dnia (poszedł tylko w wydaniu porannym – no strasznie to było słabiutkie) usłyszałam trzy wskazówki wujka Dobra Rada: więcej czasowników, mniej przymiotników i krótsze zdania mają być. Po wielu (jak widać) latach działalności w rozlicznych, mniej lub bardziej istniejących działach nauki gazet i czasopism oraz w redakcjach książki edukacyjnej, a ostatnio także w mediach elektronicznych i społecznościowych, jako pracownik etatowy i free lancer, a nawet ghostwriter, wiele bym do tych rad dodała. Bo sytuacja popularyzacji nauki zmieniła się moim zdaniem od owego czasu gruntownie. Pod względem tego, kto to robi, jak to robi, z jakiego źródła to robi, po co to robi i dla kogo (myśli, że) to robi.

 

Dziennikarz był tu pośrednikiem między źródłem informacji a odbiorcą. I jego zadaniem było dostosować tę informację do poziomu odbiorcy, a o owym wówczas miało się mniemanie wyższe, niż dziś. Dziennikarz miał rozumieć od podstaw otrzymaną informację lub potrafić znaleźć profesjonalne wsparcie. Rzeczywistość przyspieszyła, wsparciem są źródła dostępne w Internecie, a nie biblioteki. Na bok odłóżmy dyskusję o ich rzetelności, wiadomo, jak bywa źle. Nadal jednak kto sam nie rozumie, nikomu nic nie wytłumaczy – i stąd mizeria w wielu mediach „głównego nurtu”. Nie da się popularyzować nauki, nie mając ku temu tej najprostszej predyspozycji, że się jest wykształconym, i to gruntownie, przynajmniej w jakiejś jednej konkretnej gałęzi z drzewa wiadomości dobrego i złego. Obeznanie z metodą naukową, racjonalność myślenia i niezły zapas faktografii z tyłu głowy do natychmiastowego wykorzystania – co najmniej tyle trzeba mieć. I władać biegle polszczyzną oraz lubić ludziom tłumaczyć różne rzeczy.

 

Na marginesie. Kiedyś w owym „Życiu”, w momencie ogłoszenia Nobli z medycyny w 2001 roku, miałam ekstra dyżur (bo wyjaśniłam, że to ważne). No i wpada na mnie powiewając wydrukiem z Reutersa redaktor dyżurny (dziś znany dziennikarz telewizyjny, więc pominę jego nazwisko milczeniem) i mówi: „to jakieś… (to spojrzenie w kartkę i nieśpieszne wysylabizowanie: „cyclins”) – powiedz mi szybko o co chodzi, bo dajemy krótką”. Na co ja: spokojnie, przecież ja to musze przeczytać, ja tak z pamięci nie wiem o cyklu komórkowym tyle, żeby ludziom to wyjaśnić tak, jak trzeba. Na co ów dyżurny: „gdyby tu wszyscy pisali o tym, na czym się znają, to ta gazeta by miała dwie strony”.

 

Z owym „kto robi popularyzację” nie jest bardzo źle. Z samego mojego roku na studiach biologicznych na UW (1991-96) naukę popularyzuje od lat zawodowo lub hobbystycznie 5 osób (dobrych fachowców), a była nas setka. Studiów dziennikarskich nie robiła żadna z nich. Nie jest jednak tak, że tzw. poważne i opiniotwórcze media w Polsce utrzymują działy nauki. Walczy o ich utrzymanie kilka tygodników i największych dzienników, a kilka sobie nie życzy ich mieć. Większość „naczelnych”, z którymi rozmawiałam na ten temat, ma podejście: „Ja tu potrzebuję, żeby mi politykę ktoś ogarnął, kogo obchodzi nauka? Kto to zrozumie?”. Niewielu jest na szczytach redakcji ludzi zainteresowanych osobiście nauką czy z wykształceniem ścisłym, a tym bardziej z doświadczeniem uprawiania nauk – choćby do doktoratu.

 

Oczywiście to działa jakoś tam do czasu, gdy, żeby zacytować Kurta Vonneguta Jr. „ekskrementy walną w wentylator” w postaci a to koronawirusa rozprzestrzeniającego się globalnie, a to narodzin dzieci zmodyfikowanych genetycznie metodą CRISP-R/Cas9 (Ho ho ho!), co dowolna redakcja zaspokoi z depeszy agencyjnej metodą „cut, copy and paste”. (Właśnie 20 lutego zmarł wynalazca tych komputerowych komend, Larry Tesler – redakcje mediów wszelakich co najmniej elegancki kamień nagrobny powinny temu Panu ufundować). Efekt: choćby chętni do współpracy specjaliści się nawet i znaleźli, to media głównego nurtu ich nie zatrudnią. Zaczynają oni zatem pracować na własną markę, zakładając strony internetowe i kanały video.

 

Tu na marginesie: mamy w taki sposób w Polsce już co najmniej jednego celebrytę, który wszedł na szczyty rozpoznawalności (co prawda nie takie, jak Kasia Cichopek, czy Robert Lewandowski oczywiście, ale dobieganie do pół miliona „followersów” w sieci to niemało, nieprawdaż?). Takich popularyzujących naukę (konkretne kierunki) profili i witryn  w polskiej sieci, trzymających poziom, choć nie zawsze publikujących regularnie, jest kilkanaście. Dodać do tego trzeba liczne i ostatnio bardzo rozmnożone fanpage kręcące się profesjonalnie wokół zagadnień historii. Dziś w dziedzinie popularyzacji nauki trzeba mieć wideobloga lub robić podcasty, produkować filmy animowane i memy, a nie tylko pisać. Trzeba stworzyć społeczność, forum dyskusyjne etc. I wtedy się okazuje, że odbiorców informacji naukowej jest multum, że potrafią dyskutować, a te dyskusje są czasem znacznie ciekawsze od owych materiałów, które je wywołały. Okazuje się też, że tekst na 16-20 tys. znaków plus przypisy jest w stanie przyciągnąć ponad 30 tys. „wejść” w ciągu pierwszych 24 godz. od publikacji, że jest udostępniany, retweetowany i „wykopywany”. Może ten realny głód informacyjny wynika właśnie z tego, że takiej tematyki nie ma w „normalnych” mediach, tak publicznych, jak prywatnych?

 

Wracając do pytania: „jak to robić?”, to z zagranicznych materiałów agencyjnych i innych „kopie i pastuje” informację stażysta średnio znający angielski. Albo po prostu „bierzemy z PAP-a i szlus”, rzadko jednak zaglądając tam do serwisu „Nauka w Polsce”. Redaktor dyżurny rzuca okiem, czy informacja „trzyma się kupy”  i już jest zamieszczona na portalu wiodącego medium . Na ogół naszpikowana błędami – bo w redakcji ani pod telefonem nie ma nawet jednej osoby zdolnej to merytorycznie poprawić. Redaktorzy nie są w stanie wyczuć, że materiał z zakresu popularyzacji nauki powinien zostać odesłany przed publikacją do autora czy jakiegoś „naukowca w tym temacie” – choćby na chwilę – aby uniknąć błędów wynikłych z cięcia-gięcia. Z redakcji, z którymi współpracuję, tylko jedna tak pracuje. Korekta językowa… Kto ją jeszcze utrzymuje (warto!), też powinna czasem odesłać poprawiony materiał popularyzatorski autorowi. Dla „przeciętnego czytelnika” (jeszcze wrócę do opisu tego gatunku) to podobno nieistotne, czy bakterie są na antybiotyki oporne, czy odporne. Aczkolwiek biologicznie to są dwa ZUPEŁNIE odmienne zjawiska. Tak zupełnie, że po angielsku jedno nazywa się resistance, a drugie immunity. Na marginesie  – popularna metoda „copy-paste przez stażystę” bywa wręcz tragiczna w skutkach dla polszczyzny w mediach – o „anty-ciałkach” czytałam już tyle razy, że sama się zaczęłam zastanawiać, czy chodzi o przeciwciała, czy to jednak jakiś inny byt, nowoodkryty.

 

Robi zatem w popularyzacji nie tylko autor, ale i redakcja. „Jak?” to również zagadnienie „klikbajtowych tytułów i leadów”. W nauce właściwie się tak nie da, a ponoć trzeba. Redakcje zatem same wymyślają te wytłuszczone treści. Tylko tłumacz się potem człowieku w rozmowach z twoimi byłymi rozgoryczonymi nauczycielami i profesorami uniwersyteckimi, że to nie ty odpowiadasz za tytuł i lead, skoro tam jest twoje nazwisko! Prawda jednak jest i taka, że nawet czasopisma naukowe, czyli czytane jedynie przez naukowców i popularyzatorów oraz pasjonatów nauki, walcząc o sprzedaż, wymuszają w tej sprawie na autorach-naukowcach rzeczy horrendalne. A koniec tego wariactwa to coroczny konkurs „Science” pt.: „Dance your PhD” (czyli: wytańcz swój doktorat). Pism naukowych są  tysiące i naprawdę walka o byt ma na tym rynku charakter darwinowski. Teraz zatem wyobraźmy sobie, że już na etapie publikacji w „Science” czy „Nature” tytuł jest dziś „podkręcony”. Który to „podkręt” jest następnie pogłębiony przez portale popularyzujące naukę, typu „Science alert”, czy „Phys.org”. Z nich  – w najlepszym razie – korzystają dalej przypadkowi popularyzatorzy, bo stażysta… wiadomo. Do źródłowej publikacji naukowej zajrzy tylko profesjonalny popularyzator, bo on wie, jak ją znaleźć, przeczytać i zrozumieć.

 

Popularyzacja nauki ma dziś działać na emocje, bo to rodzi kliknięcia, a kliknięcia rodzą zysk – albo przynajmniej dają przetrwanie. Nie chodzi o to, by oświecać umysły Szanownych Odbiorców tak, by zrozumiawszy zagadnienie, uwzględniali swoją nowo nabytą wiedzę w procesie podejmowania przez siebie decyzji. W emocjach nie powinno się decydować o szczepieniach, korzystaniu z plastiku, jedzeniu mięsa, wyborze produktów bezglutenowych, sortowaniu śmieci, poparciu dla energetyki jądrowej, stosunku do transplantacji i terapii genowych  etc. Nauka i jej popularyzacja (a tym bardziej edukacja) nie powinny być – a stają się i efekty widać na każdym socjologicznie zbadanym kroku – od rozhuśtywania ludzkich emocji, budowania plemion i ich antagonizowania, a zwłaszcza budzenia lęków.

 

Dla kogo dziś jest popularyzacja? Zapytałam Pawła Łukomskiego, współwłaściciela niewielkiego wydawnictwa „Adamantan”, znanego kiedyś z pozycji nie tylko edukacyjnych, ale i popularyzatorskich, dlaczego zrezygnowali z tego „segmentu”. Powiedział mi, że takie książki mają bardzo wysoki koszt produkcji, a bez kosztownej promocji daje się ich sprzedać kilkaset sztuk. To za mało, aby pokryć choćby koszt druku. Taka pozycja znajdzie swą półkę jedynie w ambitnych księgarniach, a nie ma ich wiele. Na polskim pustkowiu czytelniczym szanse ma w tej dziedzinie tylko autor-celebryta, albo działanie ze wsparciem finansowym powołanych do tego instytucji. Lub książki edukacyjne dla najmłodszych, typu: jak wygląda człowiek w środku, o dinozaurach czy kosmosie. Fenomen portali popularno-naukowych i sponsoringu dla przedsięwzięć popularyzatorskich, sukces takich zjawisk, jak chociażby Festiwale Nauki, czy miejsc takich, jak Centrum Nauki Kopernik, wskazują jednak, że może to my w mediach robimy po prostu coś źle, więc nieskutecznie?

 

Może po prostu lekceważymy czytelnika. Mówimy, że nic go nie ciekawi, poza polityczną nawalanką, że nic nie wie, że trzeba mu wszystko podać bardzo prostym językiem, bo edukacja kuleje na całej linii (to ostatnie to smutna prawda). A wg indeksu czytelności FOG w języku polskim już słowa czterosylabowe (i dłuższe) są uważane za trudne. Istnieją nawet strony, dzięki którym można, po wklejeniu kawałka tekstu, ocenić natychmiast poziom jego „mglistości”. Nauka zaś operuje pojęciami, a one bywają długie. Z drugiej strony wyższe wykształcenie w Polsce szalenie się w ostatnim ćwierćwieczu upowszechniło. Czyżby nie poszła za tym zdolność do pojmowania wyrazów pięciosylabowych?

 

W tej sytuacji są dwie drogi. Upraszczać do poziomu, gdzie tekst się staje zupełnie bezwartościowy informacyjnie, a wiedza odbiorcy racjonalnie zbędna. Zostają same tytuły i emocje, typu: mamy lekarstwo na raka! albo malaria rozszyfrowana!. Dołączona treść nie ma już znaczenia. Dlatego zanika. A tytuł kłamie.

 

Pewnych rzeczy się nie da bardziej uprościć, natomiast da się je bardziej wytłumaczyć. Tylko, że… trzeba umieć to zrobić. To nie znaczy, że koniecznie trzeba mieć te 16 tys. znaków wolności – można to robić w wymiarze 400-700 (robiłam takie rzeczy dla „Super Expresu”; to możliwe, choć bardzo trudne). W świecie mediów goniących w piętkę za newsem, gdzie już się nie da na poczekaniu sporządzić mądrej infografiki (bo nie ma żadnego działu nauki, a wszyscy graficy są szalenie zajęci), trzeba być jak ten nauczyciel w szkole pod chmurką. Ma tylko swoją osobowość, wiedzę i kredę przy tablicy albo patyk na piasku. Ale mu się chce i widzi w tym sens. To drugie podejście – nieoparte o radykalne uproszczenie – wydaje się doprowadzać nielicznych do niemałego komercyjnego sukcesu. Uzyskują oni zatem znacznie większe możliwości techniczne. I tak to się dziś kręci: na osobistej marce wypromowanej przez konkretnego popularyzatora, często ze wsparciem znajomych speców od PR, czasem tylko dlatego, że sami lubią naukę i wierzą w takie projekty. Następuje całkowita prywatyzacja tego sektora informacji.

 

Media głównego nurtu w Polsce niemal wycofały się z popularyzowania nauki, niezależnie od tego, do jakiego sektora pod względem wykształcenia odbiorców kierują swoją ofertę. Kwadratura kola polega na tym, że im mniej podaży, tym mniej popytu w danym punkcie dystrybucji. Nowoczesne media w świecie panującej nam niemiłościwie cywilizacji naukowo-technicznej, gdzie większość maturzystów nie wie, czym w swej istocie jest prąd elektryczny, odpuszczają sobie zajmowanie się nauką i techniką. I to by było na tyle na temat wizji i misji.