W siedzibie SDP przy Foksal spotkanie z pisarzem i publicystą PIOTREM WITTEM

Polski pisarz i publicysta, związany od lat z Francją, Piotr Witt będzie w czwartek gościem Domu Dziennikarza SDP przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Piotr Witt będzie mówił o Europie, Francji i oczywiście o Polsce, o swoich książkach i publicystyce. Spotkanie zorganizowało Radio Wnet, w którym Witt ma cykliczne audycje.

 

Pisarza interesują nie tylko kultura i muzyka, co było tematami promowanej właśnie książki „Przedpiekle sławy. Chopin i jego Paryż”. Publicysta często mówi o Francji, Polsce i Unii Europejskiej a także o życiu nam współczesnym.

Tydzień temu Piotr Witt opowiadał właśnie w Radiu Wnet o francuskiej praktyce numerowania obywateli i wskazywał jak cyfrowe „ułatwienia” zamieniają życie w labirynt kontroli, kolejek i absurdów.

„Pętla totalitaryzmu zaciska się na szyi 27 narodów. Unia Europejska wprowadza europejski numer identyfikacyjny osób” – podkreślił Witt w Radiu Wnet. „Wkrótce i ja w Paryżu, i pan prezes [prezes Radia Wnet Krzysztof Skowroński – red.] w Warszawie otrzymamy ujednolicony numer, pod którym będziemy rozpoznawalni w rejestrach Unii. Do 2030 roku 360 milionów osób w Europie ma otrzymać swój numer. Nie wszyscy obywatele odnieśli się do projektu z entuzjazmem” – zwrócił uwagę pisarz.  „Ministrowie nie szczędzą wysiłków, aby do niego zachęcić. Idee nieznanych zwierzchników oblekają w ciało rządy, gdyż to rząd jest egzekutywą, czyli organem, który dokonuje egzekucji” – mówił Witt w Radiu Wnet.

Piotr Witt od lat słynie ze znakomitych książek. Pisze je z pasją i przesłaniem. Zawsze nowa publikacja Witta cieszy się zainteresowaniem wydawców i księgarzy. „Komu Polska przeszkadza”, „Kroniki Paryskie” weszły już do kanonu twórczości pisarza

Ksiązka Piotra Witta „Przedpiekle sławy…” to historia młodego wirtuoza, który przyjeżdża do stolicy Francji. Paryż ukształtował polskiego kompozytora, wywarł ogromy wpływ na Fryderyka Chopina, tak jak ogromny wpływ miasto nad Sekwaną wywarło na Autorze tej opowieści – tak mówią znajomi pisarza.

„Przedpiekle sławy” wydała łódzka oficyna Księży Młyn. Przedmowę do wydania napisał polski pianista i zwycięzca XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2005 roku.

Radio Wnet zaprasza wszystkich słuchaczy oraz czytelników, ich rodziny i znajomych na spotkanie, które będzie miało miejsce 5 marca o godzinie 18 w sali Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie przy ulicy Foksal 3/5. Portal SDP sdp. pl przyłącza się do tego zaproszenia.

 

zdj. Piotr Witt – fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

NIEZŁOMNI, PAMIĘTANI, HONOROWANI – Uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w muzeum przy Rakowieckiej

Oficjalne uroczystości w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych uroczysty Apel Pamięci oraz złożenie wieńców przed Ścianą Śmierci organizowane przez Instytut Pamięci Narodowej i Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL odbyły się w siedzibie Muzeum w dawnej katowni komunistycznej bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie. W obchodach uczestniczyli reprezentanci Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Kwiaty w miejscach pamięci ku czci Żołnierzy Niezłomnych, w imieniu SDP, złożyły dwie przedstawicielki naszego Stowarzyszenia: wieloletnia dziennikarka i publicystka, wiceprezes SDP Wanda Nadobnik oraz  Elżbieta Królikowska-Avis od lat w SDP, działaczka opozycji antykomunistycznej i organizacji patriotycznych, publicystka, pisarka i tłumaczka.

W imieniu SDP hołd Niezłomnym złożyły Elżbieta Królikowska-Avis (z lewej) i Wanda Nadobnik (z prawej);

Obchody Patronatem Honorowym objął Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki. W uroczystościach, oprócz licznie zgromadzonych ludzi chcących złożyć hołd Niezłomnym, wzięli udział m.in. wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Polejowski oraz były szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk a także dyrektor muzeum Adrianna Garnik.

zdj. W. Nadobnik

Kilkanaście godzin wcześniej, 1 marca w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych krótko po północy, prezydent Karol Nawrocki odwiedził muzeum przy Rakowieckiej 37.

Zdj. Mikołaj Bujak KPRP

W asyście żołnierzy Wojska Polskiego złożył wieniec pod Ścianą Śmierci, gdzie wykonywane były wyroki śmierci wydawane przez stalinowskie sądy na żołnierzach antykomunistycznego podziemia.

Zdj. Mikołaj Bujak KPRP

KONIEC ZGŁOSZEŃ PRAC NA KONKURS SDP – GALA NAGRÓD W KWIETNIU

Sobota 28 lutego br. to był ostatni dzień na przesyłanie prac na konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Raz już przedłużyliśmy termin, bo zainteresowanie konkursem, jak zawsze, jest spore. A z uwagi na to, że dziennikarze nie mają nigdy czasu, nawet na zgłoszenie do konkursu czkają do ostatniej chwili. Do północy w sobotę 28 lutego i my czekaliśmy na prace dziennikarskie publikowane od 1 stycznia 2025 roku do 31 grudnia 2025 roku. Szczegółowe dane: regulamin konkursu, kartę zgłoszenia i instrukcję wysłania zgłoszenia podajemy w plikach dołączonych do tego tekstu.

Nagrody SDP to jeden z najstarszych i największych konkursów dziennikarskich w Polsce. Co roku jury Konkursu decyduje, kto otrzyma nagrody i wyróżnienia w kilkunastu kategoriach. W tym roku debiutują Nagroda im. Św. Maksymiliana Marii Kolbego za publikacje o tematyce religijnej i Nagroda im. Kazimierza Nowaka za publikacje o tematyce turystycznej i podróżniczej.

Teraz trwa ocenianie zgłoszeń. Najpierw pracuje komisja preselelekcyjna. To jej członkowie wyłaniają materiały dziennikarskie do ścisłego finału. Wówczas to jury złożone m.in. z członków Zarządu Głównego, ekspertów i przedstawicieli sponsorów, wyłoni laureatów nagród w poszczególnych kategoriach.

11_Regulamin Konkursu_Nagrody SDP 2026

Lista kategorii:

Główna Nagroda Wolności Słowa za publikacje w obronie prawdy i sprawiedliwości, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka,

Nagroda Watergate za dziennikarstwo śledcze,

Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej,

Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej,

Nagroda im. Św. Maksymiliana Marii Kolbego za publikacje o tematyce religijnej (nowa kategoria),

Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury

oraz popularyzację wiedzy,

Nagroda im. Kazimierza Nowaka za publikacje o tematyce turystycznej i podróżniczej,

Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie,

Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne,

Nagroda dla dziennikarzy do 35. roku życia publikacje na dowolny, ważny społecznie temat w wybranej przez Autora formie,

Nagroda im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

Galę Nagród 23. edycji Konkursu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaplanowano na drugą połowę kwietnia br.

 

 

„NAJŚWIĘTSZE SERCE” przyciąga tłumy do kin – Blisko 80 tysięcy widzów w tydzień

Zaledwie tydzień po premierze film „Najświętsze Serce” stał się jednym z największych frekwencyjnych sukcesów religijnych produkcji ostatnich lat w Polsce. Obraz obejrzało już prawie 80 tysięcy widzów, a sam pierwszy tydzień dystrybucji, jak podkreśla polski dystrybutor, przerósł najśmielsze oczekiwania.

– Ten film udowadnia, że tęsknimy za Bogiem, za Jego miłością – mówi Przemysław Wręźlewicz z Rafael Film. – Weekend premiery był bardzo udany, natomiast pierwszy tydzień dystrybucji przerósł nasze marzenia. „Najświętsze serce” obejrzało 40 tysięcy widzów w zaledwie cztery dni – podkreśla.

Poruszające świadectwa i język serca

O sile filmu mówią nie tylko liczby, ale także reakcje widzów i zaproszonych gości. Ks. prof. Robert Skrzypczak zwraca uwagę na autentyczność świadectw pokazanych w produkcji.

– Najbardziej przemawiały do mnie oczy tych ludzi, którzy mówili o swoim spotkaniu z Chrystusem. Jeśli ktoś ma serce ożywione, widać to w jego sposobie życia, w sposobie mówienia. Film znalazł język, by wejść w tajemnicę cierpienia człowieka i odpowiedzieć na pytanie o miłość Boga – zaznacza kapłan.

Podczas premiery głos zabrał także biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej Rafał Markowski. – To wielkie dzieło, które warto nieść światu. Świat potrzebuje Serca Bożego – miłości niebywałej, szalonej, a jednocześnie domagającej się odpowiedzi – mówił.

„To film Jezusa” –  kino pełne nadziei

Twórcy filmu, Sabrina i Steven Gunnell, podkreślają, że sukces produkcji nie jest przypadkowy. Ich zdaniem świat bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje dziś przypomnienia o Bożej miłości.

– Patrzyliśmy na świat coraz bardziej brutalny, zagubiony i rozdarty przemocą. Zrozumieliśmy, że orędzie Najświętszego Serca przychodzi dokładnie na ten moment, aby obudzić nadzieję – mówią. – Świat jest spragniony prawdziwej miłości. To film Jezusa – to On tutaj działa, my jesteśmy tylko narzędziami. Widzimy cuda każdego dnia, odkąd pojawił się ten film.Twórcy zwracają uwagę, że kino może stać się przestrzenią ewangelizacji. – Trudno zaprosić kogoś na czuwanie czy niedzielną Mszę św., ale bardzo łatwo zaprosić do kina. „Najświętsze Serce” jest narzędziem misji – mówią, podkreślając, że żyjemy dziś w czasach misyjnych.

Frekwencyjny sukces pokazuje, że polscy widzowie szukają w kinie treści głębokich, duchowych i niosących nadzieję. „Najświętsze Serce” porusza, inspiruje i staje się dla wielu początkiem osobistej refleksji.

Film wciąż można oglądać w kinach w całej Polsce.

 

 

Lista kin na stronie i materiały wykorzystane w notatce Rafael Film

SDP o wolności słowa i prześladowaniu dziennikarzy prawicowych mediów na spotkaniu z przedstawicielami KE

Obserwujemy systematyczne pogorszenie pluralizmu i wolności mediów w naszym kraju, dotyczy  to prawie tylko mediów konserwatywnych, katolickich i prawicowych. Dramatycznie wzrosła liczba procesów typu SLAPP przeciwko dziennikarzom związanym z opozycyjnymi mediami, mamy już blisko  70 takich procesów, z tego 45 to procesy dziennikarzy i nadawcy TV Republika.  Znana dziennikarka śledcza Anita Gargas ma ich aż 26 . To drastyczny wzrost spraw tego typu – powiedziała Jolanta Hajdasz, prezes SDP i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP podczas spotkania z przedstawicielami Komisji Europejskiej  w Polsce . Spotkanie odbyło się  26 lutego w ramach corocznego „przeglądu stanu praworządności” we wszystkich Państwach Członkowskich UE.  Spotkanie miało formę telekonferencji i odbyło się w ramach tzw. „wirtualnej wizyty krajowej”. Poza Jolantą Hajdasz  w konsultacjach uczestniczył Krzysztof Bobiński z Towarzystwa Dziennikarskiego i  mec. Jacek Wojtaś z Izby Wydawców Prasy. 

8 lipca 2025 r. Komisja Europejska opublikowała swoje kolejne sprawozdanie na temat stanu praworządności w UE. Podobnie jak w latach poprzednich, sprawozdanie dotyczyło czterech głównych obszarów mających zdaniem jego autorów wpływ na poszanowanie zasady praworządności: (1) krajowych systemów wymiaru sprawiedliwości, (2) ram antykorupcyjnych, (3) pluralizmu i wolności mediów oraz (4) kwestii instytucjonalnych związanych z mechanizmami kontroli i równowagi władz ważnych dla sprawnego funkcjonowania demokracji. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich brało udział w tym spotkaniu po raz piąty. Chcemy wszędzie , gdzie jesteśmy zapraszani, prezentować i nagłaśniać  nasz punkt widzenia i stanowisko SDP, nawet w takich miejscach, gdzie szanse są niewielkie na to by nasze opinie zostały uwzględnione. Ale kropla drąży skałę  –   mówiła Jolanta Hajdasz, prezes Stowarzyszenia.

W odpowiedzi na pytania SDP zaprezentowało m.in. swoje krytyczne stanowisko na temat nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji . Nasze stanowisko jest jednoznacznie negatywne. Zdaniem SDP zmiany wprowadzają chaos, destabilizację i polityczną kontrolę polskiego systemu medialnego, zarówno w odniesieniu do mediów publicznych, koncesjonowanych nadawców prywatnych, jak i wszystkich, który tworzą treści w Internecie. Stanowisko zostało przyjęte jednogłośnie 22.01.2026 r., podpisali się pod nim wszyscy członkowie Zarządu Głównego SDP – mówiła Jolanta Hajdasz. Wśród negatywnych zjawisk, jakie dotyczą  dziś mediów prezentujących opozycyjny wobec rządu głos krytyczny  Jolanta Hajdasz wymieniła:

  • zastraszanie reklamodawców, którzy się chcą w mediach opozycyjnych reklamować dotyczy to w szczególnie systemowo zorganizowany sposób TV Republika  i popularnego w Polsce Kanału Zero.
  • ataki fizyczne i słowne na dziennikarzy tych mediów, szczególnie widoczne to było w czasie kampanii prezydenckiej, gdy dziennikarze mediów opozycyjnych nie byli wpuszczani na otwarte dla innych mediów spotkania kandydata rządzącej koalicji Rafała Trzaskowskiego, gdy na jego wiecach byli popychani i nie mogli mu zadawać pytań.  Reporter TV Republika Janusz Życzkowski na takim wiecu był przewrócony, zniszczono mu okulary i sprzęt do nagrania, był na zwolnieniu lekarskim ponad 7 dni, ale prokuratura umorzyła postępowanie w tej sprawie bez ukarania winnych.
  •  Pojawiły się groźby karalne wobec dziennikarzy – to groźby np. wobec  red. Piotra Nisztora z TV Republika.

SDP przekazało do przedstawicielstwa Komisji Europejskiej pisemne odpowiedzi na wszystkie poruszane podczas spotkania zagadnienia.  Szczegóły zawarte sa w notatkach  w języku polskim i angielskim .  Najnowszy Raport KE na temat praworządności w krajach europejskich ma być ogłoszony w lipcu b.r.

PL 26.02.2026 SDP na posiedzeniu KE na temat praworządności

TOMASZ KOZŁOWSKI z Wielkopolskiego Oddziału SDP wśród finalistów Sony World Photography Awards 2025

Znane są nazwiska  zwycięzców i zdobywców wyróżnień w konkursie otwartym Sony World Photography Awards 2025. Wśród finalistów znalazło się 5 fotografów z Polski, w tym Tomasz Kozłowski z Wielkopolskiego Oddziału SDP – podał portal branżowy Fotopolis.

Sony World Photography Awards  to jeden z największych i najbardziej prestiżowych konkursrów fotograficznych na świecie.

Ogłoszono „zwycięzców i finalistów 10 kategorii konkursie Open 2026, który wyróżnia najlepsze pojedyncze zdjęcia wykonane w minionym roku, celebrując siłę pojedynczego kadru – zdolnego rozbudzać ciekawość, pobudzać wyobraźnię i odsłaniać szerszą opowieść.To już 19. edycja rywalizacji w sekcji Open. Finałowa selekcja tworzy zróżnicowany przegląd prac – od efektownych pejzaży po wnikliwe portrety, a także urzekające i humorystyczne sceny z natury. Do konkursu nadesłano rekordową liczbę 430 tys. zgłoszeń z ponad 200 krajów” – podał Fotopolis.

Portal poinformował, że w tym roku „fotografowie z Polski nie stanęli na podium, to ich prace zakwalifikowały się do shortlisty finałowej, z której prace także będą prezentowane na wspomnianej wystawie” . Fianlistą w kategorii Lifestyle został Tomasz Kozłowski z Wielkopolskiego Oddziału SDP.

Fot. Tomasz Kozłowski

 

Oprócz Tomasza Kozłowskiego jury wyróżniło także czworo innych fotografów z Polski: Sebastiana Szczepanowskiego (finalista kategorii Lifestyle), Kamila Hendrycha (finalista kategorii Portraiture), Katarzynę Lakocy (finalistka kategorii Portraiture) i Macieja Lubomskiego (finalista kategorii Street Photography).

Ceremonia wręczenia nagród 16 kwietnia br. w Londynie.

 

 

„WIERZCIE W CUDA!” – PREMIERA FILMU „NAJŚWIĘTSZE SERCE” (Sacré Coeur)

Do kin w całej Polsce wchodzi film „Najświętsze Serce” – poruszający dokument fabularyzowany, który we Francji stał się prawdziwym fenomenem frekwencyjnym i wywołał szeroką debatę społeczną. Polska premiera – 20 lutego. Podczas warszawskiej premiery w Kinie Wisła padły słowa, które najlepiej oddają atmosferę towarzyszącą temu wydarzeniu: „Wierzcie w cuda! My widzimy je każdego dnia, odkąd pojawił się ten film” – mówili twórcy, podkreślając, że chrześcijanie bardziej niż kiedykolwiek żyją dziś w czasach misyjnych. Dystrybucja filmu Rafael Film. Patronem filmu jest SDP.

 

Steven Gunnell zwrócił uwagę na szczególną rolę kina jako przestrzeni ewangelizacji: „Trudno zaprosić kogoś na czuwanie w kościele czy niedzielną Mszę św., ale bardzo łatwo zaprosić do kina. Film „Najświętsze Serce” jest narzędziem misji – głoszenia Chrystusa. Polska może być niesamowitym terenem misyjnym”.

Obecny na premierze biskup Rafał Markowski, podkreślił duchowy wymiar dzieła: „To wielkie dzieło, które warto nieść światu. Świat potrzebuje Serca Bożego – Serca, które wyniszcza się z miłości do nas. To miłość niebywała, szalona, a jednocześnie taka, która domaga się odpowiedzi”.

 

 

„Film jest – jak zauważa ks. prof. Robert Skrzypczak – ogromnym i bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Podejmuje bowiem temat, który dziś nie jest łatwy do przekazania młodemu pokoleniu. Jego sukces we Francji jest naprawdę imponujący, o czym świadczy wysoka oglądalność. Okazuje się, że choć epoki przemijają, człowiek pozostaje ten sam – wciąż nie potrafi pogodzić się z życiem w świecie, w którym wobec drugiego brakuje serca”.

 

Produkcja opowiada o objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque i ich konsekwencjach, widocznych także we współczesnej Europie. Jak zauważa krytyk filmowy Krzysztof Karnkowski, to przykład religijnego dokumentu nowej generacji – łączącego wypowiedzi ekspertów i świadków z sugestywnie zrealizowanymi scenami fabularnymi.

 

Z kolei Edward Kabiesz na łamach „Gościa Niedzielnego” zwraca uwagę, że film wywołał we Francji oburzenie środowisk laickich i antyreligijnych. Sam fakt obecności tak jednoznacznie chrześcijańskiego przekazu w przestrzeni kinowej stał się dla części opinii publicznej powodem niepokoju.

Jedno jest pewne – „Najświętsze Serce” to nie tylko film, ale wydarzenie, które może stać się impulsem do rozmowy o wierze, kulturze i miejscu chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej.

Premiera w Polsce 20 lutego.

 

Materiały ze strony Najświętsze Serce (Sacré Coeur) – Rafael Film

Pod patronatem SDP – powieść MARKA RUDNICKIEGO „Vakho. Ucieczka do piekła” – cicha wojna o granice Polski

Na rynku wydawniczym wciąż popularne są książki pisarza i dziennikarza Marka Rudniczego, naszego Kolegi z SDP, prezesa Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Szczecinie. Powieść „Vakho. Ucieczka do piekła” została objęta patronatem SDP. Rudnicki to twórca pracowity i nieoczywisty, jego książki zmuszają do innego myślenia o naszych dziejach, współczesności a nade wszystko o przyszłości Polski.

Książki red. Marka Rudnickiego poruszają problemy uniwersalne, jak cała trylogia: „Vakho. Ucieczka do piekła” po „Vakho. Wilcze szczenię”, wydanej również w USA pt. „Vakho. The Wolf’s Cub” i „Vakho. Czerwone wota”.

Polska ledwie odetchnęła po zakończonej wojnie z bolszewikami, a już grzęźnie w chaosie politycznym. Teoretycznie uregulowana granica na Kresach staje się w rzeczywistości zarzewiem rodzącego się konfliktu w sytuacji, gdy macki sowieckiego wywiadu sięgają głębiej niż zdają sobie z tego sprawę polskie służby zajęte rozgrywkami na szczeblach władzy. Splot wydarzeń sprawia, że  rodzi się podejrzenie, że przebieg granicy po Traktacie Ryskim nie jest zgodny z zawartymi wówczas układami. Punktem zwrotnym staje się list wysłany do Janka przez ojca, majora dyonu lotniczego, który wkrótce po tym ginie w niewyjaśnionej katastrofie lotniczej. Jego treść otwiera istną Puszkę Pandory.

Piłsudski, odsunięty na boczny tor przez aktualnie rządzących, nie rezygnuje całkiem z polityki i w tajemnicy powierza Jankowi kolejną misję na Wschodzie. Gdy na sąsiadujące z Polską tereny zostaje wysłana specjalna sowiecka jednostka, a wokół Polski zaczynają się rodzić niepokojący sojusz Niemiec z Rosją, dla wtajemniczonych staje się jasne, że wojna wcale się nie skończyła. Teraz tylko toczy się w ciszy gabinetów i w cieniu zdrady.

W tle żywa wówczas kwestia pozostawienia w wyniku Traktatu Ryskiego po stronie rosyjskiej niemal dwóch milionów polskich mieszkańców Kresów. Rozgrywa się ich dramat i złudzenie, że Polska jednak upomni się o nich.

„Vakho. Ucieczka do piekła” to trzymająca w napięciu opowieść pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, często dramatycznych i posiekanych tragedią jednostek, ale też utkana elementami czysto ludzkimi, bliskimi i zrozumiałymi dla każdego człowieka. Idealna kompozycja z nutkami smaków tragizmu, miłości i wierność ideałom, w których został wychowany główny bohater. A co istotniejsze, oparta o wydarzenia, które choć dziś umknęły już naszej pamięci, to zachowują wyraziste konotacje do współczesności.

Marek Rudnicki to często nagradzany pisarz i dziennikarz. Absolwent kursu dla dziennikarzy i wydawców Związku Włoskiej Prasy Periodycznej. W stanie wojennym współpracował z podziemnym pismem „Orzeł Biały”, a po roku 1989 z periodykami: „Młoda Polska”, „Przedsiębiorca Zachodniopomorski”, „Solidarność ‘80”. Przez wiele lat dziennikarz tygodnika „Morze i Ziemia” oraz dziennika „Głos Szczeciński”. Jest członkiem rady programowej Polskiego Radia Szczecin S.A. i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział Wielkopolski.

Otrzymał m.in. prestiżowe nagrody Ostrego Pióra BCC, Dziennikarza Roku, Nagrodę Złotej Kaczki im. Bogdana Czubasiewicza oraz wyróżnienie w konkursie SDP Nagroda im. Wojciecha Dolaty.

W dorobku Marka Rudnickiego są książki o różnej tematyce, w tym – dotyczących tajemnic z zakresu paleoastronautyki („Kołowrót dziejów” i „Bękarty bogów”), thrillerów (cykl: „Szpony diabła”, „Remedium 111”, „Krwawy bursztyn”), „Shang. Kolce róży” oraz wspomnianego cyklu „Vakho” z fabułą historyczną, dotyczącego okresu wojny polsko-bolszewickiej, których wątki jako żywo przypominają dzisiejsze zmagania Ukraińców w walce z Rosją.

A oto fragment recenzji powieści Rudnickiego „Vakho. Ucieczka do piekła” z portalu alenajpierwksiążka:

„Vakho. Ucieczka do piekła” oraz „Vakho. Czerwone wrota” to książki, które opowiadają historię w sposób bezlitosny- takie, które ją dosłownie odsłaniają, zdzierając warstwę patosu i zostawiając czytelnika sam na sam z brudem, strachem i odpowiedzialnością. To powieści historyczne, które karmią się legendą, ale także takie, które tę legendę rozbrajają.

***

„Vakho. Ucieczka do piekła” oraz „Vakho. Czerwone wrota” to literatura bezlitosna wobec mitów, oszczędna w emocjonalnych ułatwieniach, za to niezwykle precyzyjna w stawianiu pytań o cenę niepodległości. To książki pisane z chłodną świadomością, że historia to nie opowieść o zwycięstwach, lecz o decyzjach, których skutków nie da się cofnąć. Autor pisze o niepodległości bez fanfar. Polska, która dopiero co się narodziła, już musi walczyć o prawo do istnienia- nie tylko na froncie, ale także w gabinetach, meldunkach, półsłówkach i zdradach.

Bohaterowie Boszko-Rudnickiego nie funkcjonują w logice heroizmu, lecz w logice przetrwania i odpowiedzialności. Janek to postać wewnętrznie wypalona, uważna, podejrzliwa wobec świata i samej idei „końca wojny”. Jego doświadczenie nie prowadzi do wzniosłych deklaracji, lecz do coraz bardziej bolesnej świadomości, że każda decyzja- także ta słuszna- niesie ze sobą czyjąś krzywdę. Autor nie tłumaczy emocji bohaterów ani nie dopowiada ich stanów. Tym samym zmusza czytelnika do uważnej lektury i do czytania między wierszami.

Klimat książek jest gęsty, duszny, momentami niemal paranoiczny. Wojna toczy się tu w półcieniach: w raportach, podejrzeniach, krótkich rozmowach i narastającej nieufności wobec sojuszników (…).

To nie są książki łatwe ani wygodne. Momentami surowe, chwilami wymagające skupienia, ale uczciwe wobec czytelnika. „Vakho” to literatura historyczna, która zaskakująco mocno rezonuje ze współczesnością – opowiada o wojnie hybrydowej, manipulacji i cenie, jaką płacą ci, którzy działają w cieniu. To książki, które nie chcą się podobać- chcą być uczciwe. I właśnie dlatego zostają w pamięci. Zostawiają niepokój oraz pytanie, czy historia naprawdę kiedykolwiek się kończy, czy tylko zmienia język.

Był to fragment recenzji z ” z portalu alenajpierwksiążka

 

grafika z materiałów Marka Rudnickiego

 

 

CMWP SDP zapowiada monitoring sprawy red. TOMASZA GRODECKIEGO z PORTALU NIEZALEŻNA.PL po pozwaniu dziennikarza przez likwidatora PAP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich będzie bronić red. Tomasza Grodeckiego z Niezależnej.pl. Grodecki – zadeklarowała dyrektor CMWP SDP i prezes SDP dr Jolanta Hajdasz.

Grodecki jego portal są prześladowani przez  likwidatora Polskiej Agencji Prasowej Marka Błońskiego, byłego szefa zakładowej komisji NSZZ Solidarność w agencji. Obecny likwidator, korespondent lokalny PAP na Śląsku, był przez lata podwładnym Grodeckiego, szefa działu a potem z-ca redaktora naczelnego PAP. „Błoński nie może wybaczyć Grodeckiemu serii artykułów o kulisach przejęcia agencji” – podkreślił w rozmowie z sdp.pl pragnący zachować anonimowość jeden z byłych dziennikarzy PAP. „To skandaliczny szantaż, który ma doprowadzić do cenzury w sprawie likwidatora PAP i samej agencji” – dodał.

Chodzi m.in. o sprawię, którą opisywał wielokrotnie Tomasz Grodecki w portalu Niezależna (wraz z m.in. Marcinem Dobskim, Piotrem Nisztorem i Grzegorzem Wierzchołowskim). To duża afera związana z tzw. Grupą Wejście. Skandalem, który toczy środowisko dziennikarskie po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska w grudniu 202 roku.

Red. Tomasz Grodecki został pozwany przez kierownictwo PAP. W opinii dziennikarzy, likwidator agencji, bo to on formalnie pozywa swojego byłego szefa – wicenaczelnego, chce zakneblować Grodeckiego i portal, w którym dziennikarz pracuje.

Likiwdator PAP domaga się od Tomasza Grodeckiego 20 tysięcy złotych na Fundację WOŚP oraz publikacji przeprosin przez pół roku w mediach społecznościowych.

Oto fragmenty piątkowego artykułu w sdp.pl:

„Trwa deprecjonowanie PAP poprzez „pomyłki” w relacjach. „Pomyłki” m.in.  z wydarzeń z udziałem Karola Nawrockiego i „niefortunnej zmiany „- w oficjalnym serwisie PAP (!) – imienia obecnego prezydenta na „Karofel” , „nieudane i zbyt szybkie” tłumaczenie prezydenta USA, który „przez pomyłkę” mówił coś innego niż mówił. Kolejne „pomyłki” dotyczące Donalda Trumpa. I wreszcze sprawa Tomka Grodeckiego. Bardzo mnie poruszyła, bo to po prostu, w mojej opinii szantaż byłego pracodawcy wobec dziennikarza. Powie ktoś, no tak były podwładny zwolnił swego szefa, wicenaczelnego agencji. Nic bardziej mylnego. Jeśli Grodecki napisze wszystko, to wróbelki ćwierkają, że kierownictwo PAP może mieć kłopoty.

 

Grodecki to dziennikarz, który pisał i pisze prawdę o tym, co stało się w publicznych mediach ponad dwa lata temu. On i m.in. Wierzchowołwski, Dobski i Nisztor z Niezależnej.pl i TV Republika, Gazecie Polskiej i GPC publikowali wiele artykułów o Grupie Wejście, największym skandalu w polskim dziennikarstwie po 1989 roku.  To oczywiście nie w smak różnym czerwonym cenzorom, którzy zawłaszczenie TVP, PR i PAP chcą zamieść pod polityczny dywan ekipy Tuska. Znając Tomka, to się po prostu im nie uda…” – to były fragmenty artykułu z sdp.pl opublikowanego 30 stycznia 2026 roku.

 

Do sprawy skandalicznej cenzury, która ma wymusić milczenie red. Tomasza Grodeckiego i portalu Niezalaeżna.pl  wobec PAP oraz monitoringu CMWP SDP, wrócimy wkrótce.

 

oprac. hub

 

CENZURA NA ŻYCZENIE PAP – Likwidator atakuje dziennikarza Niezależnej.pl, swojego b. szefa, b. wicenaczelnego agencji

Do 15 LUTEGO można wysyłać zgłoszenia w KONKURSACH DZIENNIKARSKICH SDP

Trwa kolejna edycja konkursu SDP. Do 15 lutego 2026 roku można przysyłać zgłoszenia prac dziennikarskich opublikowanych od 1 stycznia 2025 roku do 31 grudnia 2025 roku. Szczegółowe dane: regulamin konkursu, kartę zgłoszenia i instrukcję wysłania zgłoszenia podajemy w plikach dołączonych do tego tekstu.

Nagrody SDP to jeden z najstarszych i największych konkursów dziennikarskich w Polsce. Co roku jury Konkursu decyduje, kto otrzyma nagrody i wyróżnienia w kilkunastu kategoriach. W tym roku debiutują Nagroda im. Św. Maksymiliana Marii Kolbego za publikacje o tematyce religijnej i Nagroda im. Kazimierza Nowaka za publikacje o tematyce turystycznej i podróżniczej.

Prosimy o przesyłanie zgłoszeń po przeczytaniu

11_Regulamin Konkursu_Nagrody SDP 2026

Do 15 lutego 2026 roku należy wypełnić

KARTĘ ZGŁOSZENIA

i wysłać ją według

INSTRUKCJI PRZESYŁANIA.

 

Lista kategorii:

 

Główna Nagroda Wolności Słowa za publikacje w obronie prawdy i sprawiedliwości, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka,

 

Nagroda Watergate za dziennikarstwo śledcze,

 

Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej,

 

Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej,

 

Nagroda im. Św. Maksymiliana Marii Kolbego za publikacje o tematyce religijnej (nowa kategoria),

 

Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury

oraz popularyzację wiedzy,

 

Nagroda im. Kazimierza Nowaka za publikacje o tematyce turystycznej i podróżniczej,

 

Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie,

Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne,

 

Nagroda dla dziennikarzy do 35. roku życia publikacje na dowolny, ważny społecznie temat w wybranej przez Autora formie,

 

Nagroda im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

DEBATA NA FOKSAL. ANNA POPEK zaprasza w piątek 30 stycznia o 18.00: LISICKI, SZLACHTOWICZ, HAJDASZ, WIELOMSKI, ZIEMKIEWICZ

W imieniu prowadzącej, czyli Anny Popek, zapraszamy na debatę na Foksal. Rok 2025 spróbują podsumować wybitni dziennikarze. Znajdzie się też czas na prognozy na bliższą i dalszą przyszłość.

W debacie wezmą udział: prezes SDP i dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz, współpracująca z wieloma mediami konserwatywnymi; redaktor naczelny Do Rzeczy Piotr Lisicki, dziennikarz; dziennikarz Piotr Szlachtowicz; publicysta polityczny i – jak o sobie pisze na X –  autor ksiązek, Youtuber walczący z rządzącą Polską elitką infantylno-agenturalną Adam Wielomski oraz – last, not least – pisarz i publicysta  Rafał Ziemkiewicz.

Debata rozpocznie się o godzinie 18.00 w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie a poprowadzi ją dziennikarka i publicystka m.in. TV Republika Anna Popek.

 

MACIEJ ŚWIRSKI – Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

W naszym portalu zamieszczamy często takie materiały publicystyczne, które nie mieszczą się w klasycznym zakresie tematycznym naszych publikacji, ale stanowią kwintesencji poszukiwań naszego świata. Poszukiwań, które także powinny być obowiązkiem publicystów i dziennikarzy. Dzisiaj kolejny z przyczynków do tych poszukiwań – esej Macieja Świrskiego.

Maciej Świrski: W poszukiwaniu Polski jako kraju sensu – fragment (VII)

Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

Ironia nie weszła do kultury jako kaprys ani jako ozdobnik języka. Pojawiła się wtedy, gdy słowa zaczęły ciążyć bardziej, niż powinny, gdy sens przestawał być czymś wypracowywanym w sporze i namyśle, a coraz częściej stawał się czymś narzucanym. W takich momentach ironia dawała oddech. Pozwalała zatrzymać się o ułamek sekundy wcześniej, zanim język zamknął myśl w gotowej formule.

Ale był też inny rodzaj ironii. Taki, który nie chronił przed sensem nadmiernym, lecz sens wytwarzał przez jego zawieszenie. Ironia nie jako tarcza, ale jako metoda. Nie defensywa, ale epistemologia.

Ta różnica kosztowała miliony istnień.

Dwa gatunki ironii

Przez długi czas ironia pełniła funkcję, której trudno nie docenić. Chroniła przed patosem udającym głębię, a w istocie będącym zasłoną dla przemocy albo intelektualnej pustki. Umożliwiała cofnięcie się o krok, spojrzenie z boku, zawieszenie sądu. By sprawdzić, czy to, co domaga się powagi, rzeczywiście na nią zasługuje.

W tej pierwotnej postaci ironia była formą inteligencji. Zakładała, że świat jest bardziej skomplikowany, niż chcieliby go widzieć ci, którzy mówią najgłośniej. Że każde wielkie słowo wymaga chwili nieufności, a każda deklaracja powinna zostać wystawiona na próbę. Ironia nie negowała sensu. Traktowała go na tyle serio, by nie oddawać go bez oporu w ręce pierwszej lepszej narracji.

Grecy znali ją już w tej postaci. Sokrates nie ironizował po to, by uciec od sensu, lecz by sprawdzić, czy sens rzeczywiście tam jest. Udawana niewiedza była narzędziem rozbrajania fałszywej pewności. Gdy Persowie zagrozili Sparcie, że jeżeli ją zdobędą to zrównają miasto z ziemią, odpowiedź była krótka. Jedno słowo. „Jeżeli”. Nie była to błyskotliwość ani poza retoryczna. Była zgodą na tragizm bez komentarza. Ironia polegała na odmowie przyjęcia logiki strachu, nie na zaprzeczeniu realnemu zagrożeniu.

Rzym dołożył ironię bardziej dworską i polityczną. Klaudiusz pokazał, jak ironia może stać się strategią przetrwania w świecie władzy. Udawana nieporadność chroniła go przed losem tych, którzy brali imperium zbyt serio. Ironia była maską, za którą kryła się trzeźwa ocena rzeczywistości.

Wszystkie te przykłady łączy jedno. Ironia była reakcją na nadmiar i koncentrację sensu w jednym języku, jednej władzy. Chroniła myślenie przed skostnieniem, a człowieka przed zmiażdżeniem przez strukturę niepodważalną. Zawsze była związana z ryzykiem. Często z ryzykiem ostatecznym.

Ale istniała też ironia innego rodzaju. Nie tarcza przed sensem nadmiernym, lecz narzędzie jego wytwarzania. Ironia, która nie odrzucała ani nie ochraniała, ale budowała znaczenie przez nieskończone zawieszenie ostatecznego rozstrzygnięcia.

 

Ironia talmudyczna: epistemologia przez zawieszenie

 

W tradycji żydowskiej ironia nigdy nie była jedynie retoryczną figurą ani gestem dystansu. Była metodą poznawania świata przez odmowę jego zamknięcia. Talmud nie dąży do konkluzji. Składa argumenty obok siebie, pozwala im trwać w napięciu, nie wymuszając rozstrzygnięcia. Prawda nie jest tu tym, co da się ostatecznie wydobyć, lecz tym, co wyłania się z nierozstrzygalności samej.

To nie jest sceptycyzm. To epistemologia oparta na przekonaniu, że Bóg mówi wieloma głosami jednocześnie, a żaden z nich nie może zostać uciszony bez straty. Ironia staje się tu przestrzenią, w której sens może istnieć w wielu wersjach naraz, bez konieczności wyboru jednej z nich jako ostatecznej.

W kulturze jidysz ten mechanizm zszedł na poziom codzienności. Humor, autoironia, podważanie hierarchii języka, to wszystko  nie było gestem nihilistycznym. Było sposobem poruszania się w świecie, który nie oferował stabilności, a mimo to wymagał budowania sensu. Śmiech nie unicestwiał powagi. Chronił przed ją skostnieniem.

Żydowska ironia nie chroniła przed przemocą sensu narzucanego z zewnątrz. Chroniła przed przemocą sensu zbyt pewnego siebie od wewnątrz. Była sposobem zachowania elastyczności myśli tam, gdzie dogmat byłby trucizną. Nie była gestem wykluczającym. Była praktyką inkluzji, w której wszystkie głosy miały prawo zabrzmieć, nawet jeśli się wykluczały.

To była ironia generatywna. Tworzyła sens przez jego zawieszenie. Nie rozbrajała słów, lecz uwalniała je od ciężaru ostateczności. Pozwalała myśleć dalej tam, gdzie inna tradycja kazałaby się zatrzymać i wydać wyrok.

 

Auschwitz: fizyczne zniszczenie epistemologii

 

Po 1943 roku ta tradycja przestała istnieć.  Ci, którzy ją nieśli, zostali fizycznie unicestwieni. Holokaust nie zabił tylko ludzi. Zabił sposób myślenia.

Gdy ginie sześć milionów istnień, giną też wszystkie nienapisane komentarze, nieopowiedziane historie, nierozstrzygnięte spory. Ironia talmudyczna nie przechodziła za pomocą tradycji pisanej. Przechodziła przez gadanie, sprzeczanie się, nieskończone komentowanie komentarzy. Gdy zabija się komentatorów, zabija się samą możliwość kontynuacji.

Po Auschwitz nikt nie mógł już powiedzieć: „Ale rabin Hilel powiedziałby inaczej”. Rabin Hilel nie żył. Nie żył, bo został zagazowany i spalony wraz z całą społecznością, która przez tysiąc lat tworzyła przestrzeń dla jego głosu. Przestrzeń, w której sens mógł istnieć jako nieskończona dyskusja, nie jako zamknięta konkluzja.

To nie było zniszczenie ironii jako takiej. To było zniszczenie ironii jako epistemologii. Ironii, która nie broniła przed sensem, ale go wytwarzała. Która nie była gestem negacji, lecz praktyką myślenia.

Po Holokauście została ironia inna. Grecka. Rzymska. Obronna. Ale ta druga – generatywna, talmudyczna, jidyszowa – została spalona wraz z tymi, którzy ją nieśli w głowach i w sposobie mówienia.

Europa po 1945 roku nie zdawała sobie z tego sprawy, ale straciła nie tylko ludzi. Straciła metodę. Sposób budowania sensu, który nie wymagał ostateczności. Który pozwalał myśleć dalej tam, gdzie inni musieli się zatrzymać i wydać wyrok.

Gułag: zamrożenie do śmierci

 

Komunizm operował inną logiką. Nie tylko fizycznym unicestwieniem, ale i systematycznym zamrażaniem. Gułag nie zabijał ironii tak, jak to zrobił Auschwitz. Zamrażał ją powoli, przez lata, przez pokolenia.

W Auschwitz śmierć była szybka i totalna. W Gułagu była powolna i częściowa. Ludzie też wracali. Ale wracali zamrożeni. Ironia, która tam przetrwała, była innego rodzaju niż ta, którą tam zanieśli. Nie była już metodą wytwarzania sensu. Była jedynie narzędziem przetrwania.

Sołżenicyn opisuje moment, w którym więźniowie przestają się śmiać. Dlatego, że coś w nich pęka. Przestrzeń wewnętrzna, w której mogłaby istnieć dystans między tym, co mówione, a tym, co pomyślane – ta przestrzeń zostaje stopniowo zmiażdżona przez zimno, głód,  bicie i pracę ponad siły.

Ironia wymaga minimum wolności wewnętrznej. Wymaga, by pozostała jeszcze jakaś szczelina między językiem systemu a językiem własnym. W Gułagu ta szczelina zamarzała. Nie znikała całkiem, bo gdyby znikała, ludzie by wariowali – co też się zdarzało. Ale szczelina stawała się tak wąska, że ironia mogła w niej istnieć tylko jako minimum higieny psychicznej, nie jako metoda poznania.

Po latach trzydziestych, w późniejszym komunizmie, także w Polsce, ironia stała się codziennym narzędziem. Gdy system tracił impet, a ideologia krążyła wokół własnego ogona, ironia pozwalała funkcjonować w świecie, w którym wszyscy wiedzieli, że oficjalny język nie ma związku z rzeczywistością, a mimo to należało się nim posługiwać.

Ale była to już ironia defensywna, nie generatywna. Nie budowała sensu. Chroniła przed jego nadmiarem. Pozwalała zachować przytomność tam, gdzie powaga państwowych deklaracji zamieniła się w farsę.

W obu doświadczeniach i Auschwitz, i Gułagu ironia spotykała granicę. Ale każde z nich odsłaniało inną granicę. Auschwitz pokazał, że ironię można zabić fizycznie, unicestwiając tych, którzy ją nieśli. Gułag pokazał, że ironię można zamrozić, pozostawiając część ludzi przy życiu, ale odbierając im przestrzeń wewnętrzną niezbędną do jej praktykowania.

Europa po 1945 roku dziedziczyła te dwa doświadczenia, ale nigdy ich nie przepracowała. Zachód myślał o Auschwitz, ale nie o Gułagu. Wschód żył Gułagiem, ale nie mógł mówić o Auschwitz inaczej niż w języku propagandy. Ironia, która przetrwała, była ironią okrojoną. Brakowało jej jednej części – tej generatywnej, epistemologicznej, wytwarzającej sens przez zawieszenie.

 

Transformacja: od tarczy do wypełniacza

 

To, co nastąpiło później, nie było prostą kontynuacją. Był to proces, w którym ironia zmieniła funkcję bez świadomości samych ironistów.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ironia jeszcze chroniła. Chroniła przed ideologią, przed wielkim narracjami, przed językiem władzy. Ale stopniowo zaczęło brakować tego, przed czym miałaby chronić. Wielkie narracje traciły moc. Ideologie się wykruszały. Język władzy stawał się coraz bardziej proceduralny i bezosobowy.

Ironia została bez adresata. Dogmat rozpłynął się w standardach i procedurach. Przemoc stała się bezosobowa. Ironia nie miała już w co celować. Został sam gest, powtarzalny i automatyczny.

I wtedy nastąpiło coś nieoczekiwanego. Ironia nie zniknęła. Zaczęła pełnić inną funkcję. Przestała być tarczą przed sensem nadmiernym. Stała się wypełniaczem pustki po sensie niemożliwym.

Zachodnia kultura po 1968 roku stanęła przed problemem, którego nie umiała nazwać. Wielkie narracje zostały zdyskredytowane. Epistemologia popadła w kryzys. Prawda stała się podejrzana. Ale życie społeczne wymaga operowania w języku. Wymaga mówienia tak, jakby słowa coś znaczyły. Jak mówić, gdy nie ma już pewności co do sensu?

Ironia stała się rozwiązaniem. Nie świadomym, nie deklarowanym. Stała się domyślnym tonem wypowiedzi. Sposobem mówienia, który pozwalał coś powiedzieć bez zobowiązania się do treści. Ironista może mówić, jakby wierzył w to, co mówi – i jednocześnie dać do zrozumienia, że jest ponad tym.

To nie była już obrona przed przemocą sensu. To była technika poruszania się w świecie, w którym sensu zabrakło, ale trzeba było udawać, że jest. Ironia stała się watą. Materiałem izolacyjnym. Substancją, która wypełnia pustkę między słowem a przekonaniem.

Gdy Richard Rorty w 1989 roku pisał o ironiście jako idealnym obywatelu demokracji liberalnej, nie widział jeszcze, co stanie się z ironią pozbawioną przeciwnika. Jego ironista potrzebował dogmatów do rozbrajania. Ale gdy dogmaty rozpuściły się w procedurach, ironia nie zniknęła. Zamieniła się w watę szklaną. Rorty opisywał narzędzie. Nie przewidział, że to samo narzędzie, pozbawione oporu, stanie się atmosferą intelektualną epoki.

 

Wata szklana: izolacja w obie strony

 

Wata szklana chroni przed ogniem. Ale jednocześnie uniemożliwia ogrzanie.

Ta właściwość definiuje współczesną ironię lepiej niż jakiekolwiek inne porównanie. Ironia dziś nie jest ani tarczą, ani metodą. Jest izolacją. Chroni przed spaleniem przez słowa zbyt gorące. Ale jednocześnie nie pozwala, by jakiekolwiek słowo mogło ogrzać.

Wata szklana jest miękka, przyjemna w dotyku, pozornie niewinna. Nie widać w niej agresji. Nie ma w niej przemocy. Jest wszędzie i nigdzie. Wypełnia przestrzeń tak naturalnie, że przestaje się ją zauważać. Dopiero gdy ktoś próbuje się rozgrzać, odkrywa, że jest zimno. I gdy cofnie rękę – zobaczy, że w jego skórę wbite jest tysiące szklanych szpilek.

Podobnie działa ironia epistemiczna. Nie uderza wprost. Nie zakazuje. Nie cenzuruje. Po prostu sprawia, że każde słowo wypowiedziane na poważnie brzmi nieco głupio. Niekoniecznie fałszywie. Po prostu nieadekwatnie. Zbyt pewne siebie. Zbyt nieświadome własnej umowności.

Kto by chciał tak brzmieć?

Ironia staje się tu czymś więcej niż postawą. Staje się atmosferą. Nie trzeba jej już stosować świadomie. Ona jest w powietrzu. W tonie debaty publicznej. W sposobie, w jaki media konstruują przekaz. W automatyzmie, z jakim każde poważne słowo zostaje od razu osłabione przez kontekst, w którym się pojawia.

W tym świecie tragizm staje się nie do zniesienia. Bo tragizm zakłada, że są sprawy, których nie da się rozbroić żartem. Że sens może kosztować. Że słowa wiążą. Kultura wypełniona watą szklaną neutralizuje to napięcie, zanim zdąży się ono ujawnić. Język przestaje oferować formy zdolne unieść ciężar odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o śmiech. Śmiech może współistnieć z powagą. Chodzi o niemożliwość powagi. O sytuację, w której samo pojawienie się tonu zobowiązania jest już zagrożeniem. W której ktoś, kto mówi tak, jakby jego słowa miały konsekwencje, wydaje się albo naiwny, albo niebezpieczny.

 

Pustka epistemiczna: co wypełnia wata

 

Wata szklana nie pojawia się w próżni. Pojawia się tam, gdzie zabrakło czegoś innego. Wypełnia przestrzeń, która wcześniej była zajęta, ale stała się pustką bo to co ją wypełniało – znikło.

Co znikło?

Przekonanie, że poznanie jest możliwe. Że rzeczywistość da się w jakimś sensie uchwycić. Że słowa, choć niedoskonałe, mogą coś rzetelnie opisać. Że spór o prawdę ma sens, bo prawda, choć trudna, wielowymiarowa, czasem nieosiągalna,  jednak istnieje jako horyzont myślenia.

Po tym wszystkim, co się wydarzyło w XX wieku,  po Auschwitz, po Gułagu, po kolonializmie, po zdradzie nauki w służbie totalitaryzmów,  trudno było utrzymać to przekonanie. Epistemologia zachodnia popadła w kryzys, dlatego, że straciła niewinność.

Każde wielkie słowo – prawda, wolność, sprawiedliwość – zostało skompromitowane przez sposób, w jaki było używane przez ludzi przekonanych o słuszności swojej sprawy. Auschwitz nie powstał z tylko z niemieckiego cynizmu. Powstał też z przekonania, że pewne prawdy są tak oczywiste, iż nie wymagają dyskusji. I że zadaniem tych ludzi jest wypełnienie ich misji – co doskonale widać po lekturze protokołów konferencji w Wansee.

W odpowiedzi zachodnia kultura zbudowała system obronny przeciwko pewności. Wszystko, co rościło sobie prawo do ostateczności, zostało objęte podejrzeniem. Także Kościół i prawdy wiary. Każde słowo wymagało cudzysłowu. Każde stwierdzenie – dystansu.

Ironia stała się tym dystansem,  jako domyślne ustawienie. Jako materiał wypełniający przestrzeń między tym, co powiedziane, a tym, w co można by uwierzyć.

Powstała kultura, w której można mówić o wszystkim, ale nic nie waży. W której każde zdanie jest wypowiedziane z lekkim uśmiechem, sygnalizującym: „oczywiście zdaję sobie sprawę z umowności tego, co mówię”. W której powaga stała się podejrzana, bo kojarzy się z fundamentalizmem.

Taka kultura nie potrzebuje już cenzury. Nie musi zakazywać słów. Wystarczy, że sprawia, iż każde słowo wypowiedziane bez ironii brzmi naiwnie. Wystarczy, że dystans staje się dowodem inteligencji, a zaangażowanie i przywiązanie do rudymentów jest objawem prostactwa.

Wata szklana wypełnia pustkę po epistemologii. Nie zastępuje jej. Nie oferuje niczego w zamian. Po prostu sprawia, że życie bez niej staje się możliwe. Można poruszać się w świecie bez przekonań. Można mówić bez wiary w słowa. Można funkcjonować w kulturze bez wspólnego horyzontu sensu.

Ale jest cena.

 

Przemoc braku: nowy rodzaj przemocy

 

Przez długi czas wydawało się, że ironia chroni przed przemocą. Przed językiem, który nie znosi sprzeciwu. Przed sensem narzucanym siłą. Przed ideologiami domagającymi się wiary.

Ale ironia sama może być przemocą. Nie przemocą obecności, lecz przemocą braku. Nie przemocą sensu, lecz przemocą jego nieobecności.

Gdy ktoś próbuje powiedzieć coś na poważnie, gdy próbuje nazwać rzeczywistość bez dystansu, gdy próbuje zobowiązać się do słowa, to kultura ironiczna odpowiada nie cenzurą, lecz uśmiechem. Nie zakazem, lecz zażenowaniem. Nie przemocą jawną, lecz wykluczeniem przez ton.

To jest przemoc subtelna, ale skuteczna. Nie musi nikogo bić ani więzić. Wystarczy, że sprawia, iż nikt nie chce brzmieć jak ktoś, kto bierze siebie zbyt poważnie.

W takim świecie nie da się już powiedzieć: „to jest złe i musi się skończyć” bez ryzyka ośmieszenia. Nie da się powiedzieć: „wierzę w to” bez sygnalizowania naiwności. Nie da się zobowiązać do słowa bez sugestii, że nie rozumie się, jak działa język.

Ironia przestała być wyborem. Stała się warunkiem uczestnictwa w kulturze. Kto mówi bez niej, zostaje wykluczony przez zażenowanie. Przez estetykę.

To jest nowy rodzaj przemocy. Przemoc, która nie mówi „nie wolno”. Mówi: „to nie wypada”. Nie odbiera prawa głosu. Odbiera prawo do powagi. I tym samym odbiera możliwość zobowiązania.

 

Momenty graniczne: gdzie wata się kończy

 

Są sytuacje, w których wata szklana przestaje działać. Gdy pojawia się realne zło, realna krzywda, realna zdrada, ironia odsłania swoją prawdziwą funkcję. Nie chroni już przed patosem. Chroni przed koniecznością zajęcia stanowiska. Pozwala wycofać się dokładnie tam, gdzie słowo nie musiałoby kosztować.

W momencie granicznym wybór staje się widoczny. Albo mówisz wprost – i ryzykujesz. Albo owijasz w ironię – i nic nie ryzykujesz, ale też nic nie mówisz istotnego.

Kultura wypełniona watą szklaną preferuje drugie rozwiązanie. Nie jest to świadome. Po prostu dlatego, że pierwsze wydaje się nieadekwatne. Zbyt proste. Zbyt pewne siebie. Nieświadome własnej umowności.

 

Ale czasem proste słowa są jedynym, co pozostaje. Czasem nie ma miejsca na dystans. Czasem pytanie brzmi: po której jesteś stronie? I odpowiedź „to skomplikowane” nie jest odpowiedzią, ale ucieczką, po której zostaje tylko hańba.

W takich momentach okazuje się, że ironia nie była neutralna. Że chroniła nie przed przemocą sensu, lecz przed odpowiedzialnością za własne słowo. Że wata szklana izolowała nie tylko od cudzego ognia, ale też od własnego ciepła. I od sensu ostatecznego.

 

Co po ironii: powaga jako zdolność cywilizacyjna

 

Nie chodzi tu o zakaz ironii. Nie chodzi tu o powrót do naiwności. Nie chodzi tu o udawanie, że język może być przezroczysty albo że słowa niosą sens poza kontekstem.

Chodzi tu o coś innego. O zdolność rozpoznania momentu, w którym ironia przestaje chronić, a zaczyna unicestwiać. Momentu, w którym dystans przestaje być inteligencją, a staje się tchórzostwem. Momentu, w którym zawieszenie sensu przestaje być otwarciem przestrzeni myślenia, a staje się zamknięciem przestrzeni działania.

Powaga nie jest prostactwem. Jest zdolnością cywilizacyjną. Umiejętnością uznania, że niektórych zdań nie wolno wypowiadać na próbę. Że są słowa, które raz wypowiedziane wiążą. Że są momenty, w których trzeba powiedzieć coś wprost dlatego, że sytuacja tego wymaga.

Kultura, która utraciła tę zdolność, nie rozpada się gwałtownie. Traci zdolność rozróżniania tego, z czego jeszcze wolno żartować, od tego, czego żartem dotknąć już nie wolno. Traci zdolność nazywania zła złem bez cudzysłowu. Traci zdolność zobowiązania.

Po ironii nie zostaje cisza. Zostaje hałas, w którym wszystko brzmi podobnie, bo nic nie waży. Sens staje się opcjonalny. Przyszłość abstrakcyjna. A wspólnota nie ma już wspólnego horyzontu znaczenia.

Być może trzeba się nauczyć mówić inaczej. Nie bez ironii, bo ironia jest czasem konieczna. Ale bez waty szklanej. Bez automatycznej izolacji między słowem a przekonaniem. Bez domyślnego dystansu, który sprawia, że żadne słowo nie może już ogrzać.

Trzeba się nauczyć ryzykować słowem. Mówić tak, by słowa coś znaczyły, dlatego, że jest się odpowiedzialnym.

To nie będzie łatwe. Kultura wypełniona watą szklaną nie przepuszcza już ciepła. Ale można zacząć od jednego słowa. Powiedzieć je wprost. Bez cudzysłowu. Bez uśmiechu.

I zobaczyć, co się stanie.

Może się okaże, że da się żyć inaczej. Że można budować sens bez ironii epistemicznej. Że powaga nie prowadzi automatycznie do totalitaryzmu. Że zobowiązanie nie jest naiwne.

Ale najpierw trzeba zaryzykować jedno słowo. I nie wycofać się.

To kosztuje. Ale alternatywą jest świat, w którym wszystko można powiedzieć i nic to nie znaczy. Świat wygodny. Bezpieczny. Zimny.

Świat wypełniony watą szklaną.

 

Maciej Świrski

 

Były to fragmenty eseju Macieja Świrskiego, obecnie członka KRRiT, b. przewodniczący Rady w latach 2022 – 2025).

Autor zamieścił publikację na swoim profilu w portalu X 30 stycznia 2026 roku.

Maciej Świrski jest założycielem Reduty Dobrego Imienia (Polish League Against Defamation). Celem Reduty jest prostowanie nieprawdziwych informacji na temat historii Polski oraz propagowanie wiedzy na temat historii i kultury polskiej.

Na X o Autorze: „founder of @DobreImiePolski Chairman of the National Broadcasting Council – Poland (contra ius remotus)”.

W tłumaczeniu – Założyciel Reduty Dobrego Imienia. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (tłum. oficjalnej nazwy) – Polska (contra ius remotus).

Z określeń prawniczych: „Contra ius remotus” to łacińska fraza prawnicza oznaczająca „oddalony/odsunięty od prawa”. Sugeruje sytuację lub działanie pozostające w sprzeczności z obowiązującymi przepisami (contra ius), wykraczające poza normy prawne lub nieuznawane przez prawo.

 

oprac. hub

 

Oryginalny wpis na X: