Media o polowaniu na Ziobrę, a b. szef MS o „inwigilowaniu przestępców”, m.in. – jak mówił – politytyków PO

ARTYKUŁ Z MEDIA ALERTU:

Blamażem politycznym nielegalnej komisji ds. Pegasusa zakończyło się przesłuchanie byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro – komentują media konserwatywne. Europoseł PiS był konwojowany ze stołecznego lotniska przez ponad stu policjantów. Politykowi PiS obecne władze chciały zgotować upokarzający spektakl „zatrzymania na Okęciu”. Ziobro jednak spokojnie tłumaczył przed tzw. komisją kto z przestępców był inwigilowany. Byli wśród nich politycy PO

LINK DO ARTYKUŁU w Biznes Alercie

Zarząd Główny SDP oddał hołd SERGIUSZOWI PIASECKIEMU

W uroczystym pogrzebie zmarłego w 1961 roku wybitnego pisarza, publicysty, żołnierza, awanturnika i antykomunisty na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie nie mogło zabraknąć przedstawiciela Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

„Gdy umierał na emigracji w Wielkiej Brytanii jego nazwisko było w kraju zakazane, a pogrzeb bardzo skromny. Oddanie mu hołdu nasze Stowarzyszenie uważa za wyraz sprawiedliwości dziejowej i wzmocnienie obecności tego wybitnego człowieka pióra w polskiej pamięci zbiorowej” – mówił członek Zarządu Głównego SDP Michał Karnowski, reprezentujący na pogrzebie nasze Stowarzyszenie.

W imieniu SDP złożona została wiązanka kwiatów.

Podczas pogrzebu głos zabrał prezydent RP dr Karol Nawrocki: „Z głębi serca dziękuję synowi, wnuczce, całej rodzinie Sergiusza Piaseckiego, IPN oraz naszym patriotom, którzy upomnieli się o wielkiego bohatera i o to, aby dziś powrócił do Polski. Potrzebujemy dziś słów Sergiusza Piaseckiego i tego, co mówił o bolszewizmie” – powiedział prezydent RP Karol Nawrocki.

Prezydent podkreślił też, że los Sergiusza Piaseckiego, który oprócz bohaterskich czynów miał w życiorysie także napady rabunkowe, może być wzorem dla wszystkich tych, którzy popełnili w życiu błąd i są na ścieżce resocjalizacji.

Syn pisarza, dr Władysław Tomaszewicz mówił, że los jego ojca jest najlepszym dowodem na to, iż prawdy nie da się na zawsze wymazać ze zbiorowej pamięci: “Niemożliwe jest definitywne usunięcie poszczególnych postaci ich dokonań lub związanych z nimi wydarzeń ze zbiorowej pamięci narodów. Wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw i wydaje mi się, że losy mojego ojca, jego twórczości są dobrą ilustracją tego poglądu” – podkreślił.

Uroczystość, zorganizowana przez Instytut Pamięci Narodowej, rozpoczęła się Mszą świętą w Katedrze Polowej Wojska Polskiego prowadzoną przez ks. bp. polowego Wiesława Lechowicza. Po nabożeństwie odbył się pochówek Sergiusza Piaseckiego na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Obecna była godna asysta wojskowa. Przybyło dużo osób także spoza Warszawy. W uroczystościach udział wzięli także zastępcy prezesa Instytutu Pamięci Narodowej dr hab. Karol Polejowski, dr Mateusz Szpytma oraz dr hab. Krzysztof Szwagrzyk. Obecni byli także prof. Sławomir Cenckiewicz, Antoni Macierewicz, Grzegorz Braun.

POWRÓT DO POLSKI – 29.10. br. ponowny pochówek pisarza i żołnierza SERGIUSZA PIASECKIEGO – transmisja IPNtv

Po 61 latach w Warszawie odbędą się drugie uroczystości pogrzebowe Sergiusza Piaseckiego. Ponowny pochówek wielkiego patrioty rozpocznie się w poniedziałek 29 września w południe w stołecznej w Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, agenta wywiadu, żołnierza Armii Krajowej, wybitnego pisarza pożegnają m.in. członkowie rodziny pisarza, Prezydent RP Karol Nawrocki i kierownictwo Instytutu Pamięci Narodowej, który zorganizował uroczystości a transmisja z ponownego pogrzebu śp. Sergiusza Piaseckiego dostępna będzie na kanale IPNtv.

Po nabożeństwie doczesne szczątki pisarza zostaną złożone na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

O godz. 14.00 przy bramie głównej Cmentarza Wojskowego uformowany zostanie kondukt pogrzebowy. Sergiusz Piasecki spocznie w kwaterze A18, rząd 1, miejsce 29. Ceremonia pogrzebowa na Cmentarzu będzie transmitowana na kanale IPNtv.

Będzie to ponowny pochówek Sergiusza Piaseckiego. Doczesne szczątki pisarza spoczywały w Wielkiej Brytanii, na Borough Cemetery w Hastings. Biuro Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN, działając w porozumieniu z rodziną Sergiusza Piaseckiego, podjęło się ekshumacji szczątków pisarza i sprowadzenia ich do Warszawy.

Biogram pisarza przygotowany przez IPN:

Sergiusz Piasecki urodził się w 1899 r. na Nowogródczyźnie, w Lachowiczach. Był nieślubnym dzieckiem zruszczałego polskiego szlachcica Michała Piaseckiego i Białorusinki Klaudii Kułakowicz. Od 11 roku życia wychowywała go konkubina ojca Filomena Gruszewska. Był to dla niego trudny okres. Przemoc fizyczna i psychiczna ugruntowała jego niepokorny charakter.

Walka z bolszewikami

W 1917 r. był świadkiem wybuchu rewolucji bolszewickiej w Moskwie. Zbrodniczy terror i bestialstwo rewolucjonistów utrwaliło na resztę życia jego postawę zagorzałego antykomunisty.

Podjął walkę z bolszewikami, najpierw w szeregach powstańczych oddziałów białoruskich, następnie jako żołnierz Wojska Polskiego. Brał udział w obronie Warszawy w 1920 r. Po demobilizacji, pozbawiony środków do życia, związał się ze światem przestępczym.

Szpieg…

W sierpniu 1922 r. został agentem w Ekspozyturze II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego nr 6 w Brześciu nad Bugiem, zajmującym się wywiadem, kontrwywiadem i dywersją pozafrontową.

Należał do grupy tzw. zakordonnych agentów tej placówki regularnie przekraczających granicę sowiecką.

Skazany na śmierć

Niestety, funkcjonowanie w środowisku przemytników i konfidentów połączone z nadużywaniem alkoholu i narkotyków doprowadziło do naruszeń dyscypliny – Piasecki został zwolniony ze służby w 1926 r.

Po aresztowaniu za działalność rabunkową został skazany na karę śmierci, zmienioną przez Prezydenta Ignacego Mościckiego, w uznaniu wcześniejszych zasług, na 15 lat więzienia. Większość kary odbył w najcięższym więzieniu II RP na Świętym Krzyżu. Po latach jego adwokat i działacz PPS Adam Pragier tak charakteryzował ten okres:

„[Piasecki] nie był typem bandyty czy złodzieja, ale raczej typem awanturnika z XVII-wieku, zabłąkanym w nasze czasy”.

„Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”

W więzieniu Sergiusz Piasecki przeszedł głęboką przemianę duchową. Ujawnił się wówczas jego niezwykły talent pisarski.

Dzięki rosnącej popularności jego twórczości – debiutancką powieść „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” uznano za najpopularniejszą książką 1937 r., powieść została przetłumaczona łącznie na 16 języków – Prezydent Ignacy Mościcki skrócił wymiar kary o 4 lata.

„Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję, dziękuję”

Za Sergiuszem Piaseckim wstawiało się u prezydenta wielu pisarzy, m.in. Melchior Wańkowicz. Po wyjściu z więzienia, w sierpniu 1937 r., Piasecki napisał do Wańkowicza telegram: „Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję, dziękuję”.

We wrześniu 1939 r. Sergiusz Piasecki wstąpił na ochotnika do kompanii granicznej Korpusu Ochrony Pogranicza „Rykonty”. Od 19 lutego 1940 r. do 7 lutego 1945 r. służył w Okręgu Wileńskim Armii Krajowej, ponownie wykazując się odwagą i skutecznością w działaniu. Był członkiem oddziału specjalnego do wykonywania wyroków śmierci wydanych przez podziemne sądy.

W grudniu 1943 r. Sergiusz Piasecki otrzymał Brązowy Krzyż Zasługi z Mieczami za „wyróżniającą się służbę żołnierza w szeregach konspiracji”. Było to w rzeczywistości odznaczenie za przeprowadzoną przez Piaseckiego w Wilnie akcję uratowanie materiałów katyńskich oraz raportu Mackiewicza.

„Nastawiony zdecydowanie wrogo w stosunku do kraju i antyradziecko”

Po zajęciu Wileńszczyzny przez Sowietów latem 1944 r. ciągle musiał się ukrywać. Był poszukiwany przez komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa. W maju 1946 r. przedostał się z okupowanego przez Sowietów Wilna do Włoch, gdzie wstąpił do 2. Korpusu Polskiego. Dzięki temu po demobilizacji mógł zamieszkać w Anglii, gdzie rozwinął swoją działalność literacką i publicystyczną należąc od 1947 r. do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.

W zasobie Archiwum IPN znajduje się zapis dotyczący Sergiusza Piaseckiego w kartotece ogólnoinformacyjnej byłego Biura „C” Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie: „Pisarz, przed wojną związany z Oddz. II. Nastawiony zdecydowanie wrogo w stosunku do kraju i antyradziecko. Wpisany do indeksu osób niepożądanych w PRL (…)”

W Wielkiej Brytanii Piasecki żył bardzo skromnie, często dorabiając na utrzymanie pracą fizyczną. Bardzo dużo pisał, m.in. odtworzył swoje więzienne książki, zatrzymane kiedyś przez cenzurę. Był zagorzałym wrogiem komunizmu, czemu dawał wyraz w publikowanych tekstach. Niezwykle sugestywnie przedstawił obraz „demokratycznej Polski” po 1945 r. w grotesce „Siedem pigułek Lucyfera”; „Zapiski oficera Armii Czerwonej” stanowią natomiast satyrę na sowieckie państwo i propagandę. W książkach „Strzęp legendy”, „Człowiek przemieniony w wilka” i „Dla honoru Organizacji” utrwalił okupacyjną rzeczywistość i działalność w AK.

„Były poputczik Miłosz”

Współpracował z polską prasą emigracyjną. Jego artykuły ukazywały się w wychodzących w Anglii „Wiadomościach”, „Dzienniku Polskim” oraz „Tygodniku Polskim” w USA, „Narodowcu” we Francji i w „Pod prąd” w Szwajcarii.

W swoich publikacjach był bardzo radykalny i surowo oceniał ustrój komunistyczny oraz jego współpracowników. Napiętnował, jego zdaniem zbyt łagodną, politykę państw zachodnich wobec ZSRS. W pamflecie „Były poputczik Miłosz” ostro skrytykował Czesława Miłosza. Tekstem tym rozpętał burzę na łamach paryskiej „Kultury”. Spisywał również „Dzienniki”. Niestety, tuż przed śmiercią zniszczył je niemal w całości. Wśród polskiej emigracji cieszył się bardzo dobrą opinią.

Wycieńczony długoletnim więzieniem, latami okupacji i ascetycznym życiem na emigracji, zachorował na raka płuc. Zmarł 12 września 1964 r. Został pochowany na Borough Cemetery w Hastings.

***

Sergiusz Piasecki, człowiek niepokorny i kochający wolność, pisał:

„Nie ma większej hańby i upokorzenia dla człowieka, jak być obywatelem sowieckim”.

Szpieg, przemytnik, żołnierz, pisarz – dobrze zasłużył się Polsce i z należnymi honorami spocznie w jej stolicy.

 

 

Na podstawie biogramu śp. Sergiusza Piaseckiego opracowanego przez IPN; śródtytuły od redakcji

 

 

 

O medialnym kompoście pisze HUBERT BEKRYCHT: Lipa w państwowej agencji i „tłumaczenia” fałszywej depeszy PAP

Z fantazją naiwnego człowieka, który na biwak zabiera plastikową saperkę i papierowy nóż, przyglądam się od kilkunastu dni medialnej melasie toczącej Polskę. Niby przypuszczałem, a nawet wiedziałem – niby to było jasne, że bezprawnie przejęte przez rząd media publiczne są do niczego. Ale aż tak? No właśnie, afera z fałszywą depeszą PAP jest jak Yeti, wszyscy o niej mówią a nikt jej nie widział, bo wciąż nie ma oryginału. Depeszy, nie afery. Ale i aferę zamieciono pod dywan. Potem razem z aferą dywan posłano w Himalaje. I to na chińską stronę…

Fake news kolportowany 13 godzin przez Polską Agencję Prasowej,  to zdaniem jej włądz – napiszę to delikatnie –  „błąd w depeszy” w słowach prezydenta USA Donalda Trumpa. Fałszywka obiegła Polskę oraz świat i…

I nikt nie został z PAP wyrzucony. Co więcej, nikogo w państwowej agencji nie pociągnięto do odpowiedzialności. Do tego, tak jak każe sztuka, zamiast od razu usunąć fałszywkę – jak pierwszą wersję „raportu” komisji Bodnara – po połowie doby zaczęto przepraszać. Ale… nie ortodoksyjnie…

Rządowy folwark agencji

Po tym skandalu likwidatorzy nadal rządzą sobie PAP jak folwarkiem. To coś na kształt innego folwarku zwierzęcego. Orwellowskiej wersji mediów, jako instytucji podległej Ministerstwu Prawdy.

W dziejach agencji prasowych, przypadek PAP, który mógł doprowadzić do poważnego konfliktu międzynarodowego, nie ma precedensu. Nie będzie prównań tylko prośba. Popatrzcie z łaski swojej na depesze kontrolowane przez niemiecką propagandę podczas II wojny światowej. Były one tworem wyobraźni psychopatów. Wyobraźni chorej, ale wyobraźni…

Kłamstwa i manipulacje rządu Donalda Tuska są, co prawda ubrane w jakieś ciuchy propagandowe, ale po przyjrzeniu się, spod tej garderoby plotek i pogłosek wystaje goła pupa gabinetu premiera. Gabinetu…

Wmawianie „prawa”

Gabinet Tuska…, nie nie ma czegoś takiego… Gabinet to był przed wojną i oznaczał Radę Ministrów w każdym tego słowa znaczeniu. Niezależnie od barwy politycznej rządzących, gabinet premiera przed wojną był elitą narodu. Bo spory polityczne przed wojną były ostre, naznaczone odsiadkami wrogów Piłsudczyków w Berezie i odwetami rządu Sikorskiego na wyspie Bute na Piłsudczykach. Ale to było wprost, brudna polityka bez budowania fikcji. Fikcji, takiej jak likwidacja mediów publicznych…

W porównaniu ze wściekłą zemstą Tuska, relacje przedwojenne były brutalne, ale nie takie podłe jak szykanowanie opozycji po 13 grudnia 2023 roku. Powie ktoś, dlaczego? Przecież Tusk – poza „raptem” setkami ludzi represjonowanych z powodów politycznych – jak dotąd – nie pakuje wszystkich przeciwników do ciężkich więzień, nie robi „obozów izolacyjnych”? Jak dotąd…

Ten robi rząd coś gorszego! Bardziej szkodliwego dla Polski. Wmawia wszystkim, że to, jak ściga opozycję i inaczej myślących obywateli jest zgodne z prawem. A nie jest!

Tubka propagandowa

Kiedy zdrobnienie jest jak pierwotne określenie? PAP jako państwowa tuba propagandowa – jeśli chodzi np. o komunikaty rządu zawsze, bo tak jest w ustawie – nigdy nie zniżała się jednak do takich tanich numerów. Teraz PAP to nie tuba PAP jest tubką propagandową rządu Tuska. Premier już sobie poradził bez agencją. Źle to zrobił, ale jednak bez PAP, może z małą jej pomocą, manipulował i manipuluje nadal.

Tłumaczenia marionetkowych władz PAP są ponure a nawet ponuro-śmieszne: „Ktoś źle przetłumaczył, ktoś nie ma doświadczenia, ktoś źle zrozumiał” – to wyjaśnienia początkowe. „Trump nieprecyzyjnie mówi” – to już kontratak oraz: „Każdy interpretuje to inaczej” – po bezczelność PAP i rządu, który sufluje agencji wszystkie „tłumaczenia”.

Przykłady żenady

I właściwie można by o tym pisać bez końca, ale nie warto. Warto jednak pamiętać, że PAP po grudniu 2023 roku do września 2025 roku miała niemal tyle wpadek, co agencja po 1989 roku. Liczę nie przypadki, tylko ich wagę.

Najpierw w 2024 roku fałszywa depesza o „powszechnej mobilizacji”, która okazała się być „atakiem dezinformacyjnym” Rosji. Nie wiadomo, jak do tego doszło, że kremlowscy hakerzy – jak pisały branżowe media – „wysłali” fałszywkę używając „poziomu redakcyjnego…” Może śledztwo w sprawie prowokacji trwa, ale zrozumiałe jest, że musi potrwać i potrwa…

Potem historia o tym, jak edytorka dopuściła do publikacji komunikatu z relacją o działalności prezydenta-elekta Karola Nawrockiego zmieniając mu tożsamość na „Kartofel Nawrocki”. Zrobiła to doświadczona dziennikarka – ukarano ją, zwolniono dyscyplinarnie. Z nieoficjalnych informacji wynikało wówczas, że „błąd” wyniknął z „działania” młodszej i mniej doświadczonej pracownicy PAP.

Portal Polsat News, cytując Press, napisał, że: „(…) Marek Błoński, likwidator Agencji (…) nie może ujawnić szczegółów tej decyzji, ponieważ są to >>sprawy między pracodawcą a pracownikiem<<. Tak, tak. Czy jednak szef PAP, nawet w likwidacji, w taki sposób zachowuje się w obliczu kompromitacji agencji zawsze? I nie podaje szczegółów? Jeszcze nie odpowiem na te pytania. Nie mogę.

Sam pracowałem w PAP za poprzednich władz (od marca 2020 r.) i wiem, że to robota niełatwa. Na szczęście już nie pracuję, ale robota ta ma coś z charakterystycznych ćwiczeń sapera. Chociaż w każdej redakcji, to nie są ćwiczenia…

Medialny kompost

Czy dziennikarz powinien mylić się tylko raz i potem ma iść do kadr po wypowiedzenie?. Nie. Czy szef dziennikarzy powinien mylić się tylko raz. Też nie. Byłem szefem 3 lata, co prawda nie w PAP, ale też w mediach publicznych i wiem coś na ten temat. Czy szef powinien mylić się trzy razy i więcej. Nie.

I tym twierdzeniem, chociaż ostatnio na twierdzenie to wpadł Pitagoras, wypadałoby skończyć… Nie mogę jednak, bo teraz pora na wniosek. I nie, nie o dofinansowanie z KPO tutaj chodzi, tylko poważny kryzys państwa spowodowany niekompetencją w państwowych mediach. I to po decyzji rządu o skierowaniu na „front” agencyjny nieodpowiednich ludzi.

Otóż, fałszywa depesza PAP może się zdarzyć. Wszystkim władzom agencji i za każdych rządów. Zamiatanie jednak tego pod dywan to działanie podważające podstawy państwa w obliczu międzynarodowego konfliktu. To już nie tyle nawet skandal, co sabotaż. Rządu? Też.

Kiedy takie „pomyłki, błędy, niedomówienia” zaczną być oficjalnie skandalem, kryzysem, sabotażem, wówczas Polska Agencja Prasowa podniesie się z medialnej pryzmy kompostowej usypanej przez służby propagandowe rządu obecnej koalicji.

hb
              ***

18 września br. na profilu @PAPinformacje ukazało się oświadczenie władz agencji:

„Skorygowaliśmy czwartkową depeszę dotyczącą wywiadu prezydenta Donalda Trumpa dla Fox News, który był zapytany o Polskę, a w odpowiedzi nie użył nazwy żadnego kraju. Poprawiona depesza jest w naszych serwisach. Za błąd przepraszamy.”

https://x.com/PAPinformacje/status/1968989564023808220 – tekst żródłowy

 

 

Poniżej publikacja sdp.pl z Biznes Alertu:

 

Chaos w rządowej agencji – BIZNES ALERT: Skandal po depeszy PAP z błędem w słowach prezydenta USA

 

ANTYPRAWICOWY RAPORT O TVP W TVP w likwidacji z danymi wrażliwymi red. SAMUELA PEREIRY – BIZNES ALERT

Wiosną br. były poważne zapowiedzi działań, niemal prokuratorskich, teraz jest dokument, z którego niewiele wynika. Oprócz zarzutów politycznych. Komisja przy ministrze sprawiedliwości publikuje raport o „represjach” TVP wobec organizacji pozarządowych (NGO) w latach 2016-23. Na stronie TVP Info opisującej raport pojawiły się wrażliwe dane konserwatywnego dziennikarza Samuela Pereiry – napisał portal Biznes Alert.

Artykuł z Biznes Alertu:

https://biznesalert.pl/raport-o-represjach-tvp-w-czasach-pis-a-na-tvp-info-opisujacej-dokument-wrazliwe-dane-red-samuela-pereiry/

 

 

 

Wzruszająca ceremonia pogrzebowa CHARLIEGO KIRKA – żona zamordowanego wybacza zabójcy

Chciał ratować młodych ludzi, tak jak młody człowiek, który odebrał mu życie. Temu młodemu człowiekowi, wybaczam” –  oświadczyła Erika Kier, żona zamordowanego przez lewicowego aktywistę Charliego Kirka, konserwatywnego publicystę i działacza prawicy społecznej

Słowa ubranej na biało ocierającej łzy przed ogromnym tłumem na pogrzebie swojego męża spowodowało wielkie wzruszenie uczestników uroczystości żałobnyc. Większość spośród 60 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie w Glendale w Arozonie płakało razem ż Eriką Kirk.

Chalie nie nienawidził…

Podczas uroczystości pogrzebowych, zabitego podczas debaty na uniwersytecie w Utah Charlie’ego Kirk’a, przemówił prezydent USA Donald Trump.

„Charlie nie nienawidził swoich oponentów, ja ich nienawidzę i nie życzę im jak najlepiej. Przepraszam Erika, nie zgodziłem się z Charliem w tej kwestii, przepraszam Charlie… może Erika mnie przekona” – mówił. Było to emocjonalne przemówienie Trump, który popierał Kirka. Konserwatywny publicysta odwajemniał poparcie, nie wahał się mówic dobrze o Donaldzie Trumpie i Republikanach. Chociaż, co podkreślają obserwatorzy, Kirk i prezydent USA niekiedy się spierali.

„Siły zła nie spoczną”?

„Ameryka obudziła się nad trumną Charlie’go Kirk’a”. Tak na X napisał na polski konserwatywny publicysta i były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świtski

„To nie był pogrzeb, to był znak. Świat zobaczył, że prawda żyje nawet wtedy, gdy próbuje się ją zabić” – dodał.

„(…) tak jak u nas po śmierci Lecha Kaczyńskiego – siły zła nie spoczną. Rozpoczyna się czas próby” – podsumował Świrski.

„Erika Kirk na pogrzebie męża niczym motto błogosławionego x. J.Popiełuszki: >>Nie daj się zwyciężyć złu,lecz zło dobrem zwyciężaj!<<. Nasz Zbawiciel na krzyżu powiedział: >>Ojcze przebacz im,bo nie wiedzą co czynią!<<.Wybaczam mordercy,bo tak uczyniłby Chrystus i tak uczyniłby Charlie” – napisał na X polski internauta Krzysztof Mąkowski.

https://x.com/krystofmakowski/status/1969995305149235447

Post na temat ceremonii pogrzebowej Kirka napisał także inny uzytkownik sieci, youtuber Mikołaj Kapusta.

https://x.com/DobraNowina/status/1970038575723872318

„Na upamiętnieniu Charliego Kirka przemawiali wszyscy najwięksi ludzie prawicy. I nigdy wcześniej na podobnym wydarzeniu nie wypowiadano imienia Jezusa Chrystusa tak często” – podkreślił Kapusta.

 

Na podstawie artykułu w portalu Bines Alercie oraz materiałow na X, m.in. z wPolsce24

(h)rob

Chaos w rządowej agencji – BIZNES ALERT: Skandal po depeszy PAP z błędem w słowach prezydenta USA

Dopiero po ponad dwunastu godzinach państwowa Polska Agencja Prasowa będaca pod kontrolą rządu przyznała, że  w swoim serwisie umieściła dezinformację poważnie nadużywając zaufania największego naszego sojusznika i lidera NATO – Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. PAP – bezprawnie przejęta w grudniu 2023 roku przez koalicję pod przywództwem Donalda Tuska  – państwowa spółka medialna  skompromitowała się w czwartek wieczorem (18 września br.) dopuszczając do emisji depeszę, która przeinaczała słowa prezyenta USA Donalda Trumpa.

Liderowi Stanów Zjednoczonych PAP przypisała słowa, które rzekomo miały dotyczyć pomocy Polsce, ale dopiero po wojnie. W istocie Donald Trump nic takiego o naszym kraju nie powiedział, a jego słowa dotyczyły pomocy Ukrainie. PAP powielił nieprawdę i sprostował to dopiero po prawie 13 godzinach. Politycy koalicji zdążyli w tym czasie kilkunastokrotnie podważyć podstawy sojuszu Polska – USA, a prorządowe media krytykowały prezydenta USA i kpiły sobie przez pół doby z Trumpa. Jakie mogą być konsekwencje tej dezinformacji Polskiej Agencji Prasowej?

Więcej o tej sprawie w artykule BIZNES ALERTU: TUTAJ

 

Do mądrości (a może tylko do normalności) przez mądre książki i nie tylko – REKAPITULACJA – PROF. RYSZARD LEGUTKO

Kiedyś nikogo nie trzeba było zachęcać do czytania dobrych, mądrych książek. Te czasy pamiętam wcale nie przez mgłę… Nawet, a może przede wszystkim… Zacznijmy od 1989 roku, kiedy wyraźnie do było widać kult wydawnictw dobrych i bardzo dobrych. I już wydawało nam się, że ci wszyscy sowieciarze „od czytelnictwa”, mentalni cenzorzy, pojadą sobie – wszak wolność podróżowania to jedna z podstaw demokracji – gdzie pieprz na Syberii rośnie, ale okazało się, że na książkach można zarobić…

Niektórzy, co chwalebne, zarabiali jeszcze 25, 20 lat temu na książkach dobrych, ale potem były już przeważnie książki „dla wszystkich”. Kryminały i poradniki w zalewie lektur „poczytaj mi aktorze” spowodowały stworzenie społeczności „raczej miałkej” – jak mówi mój uczony kolega. Na szczęście jednak, nie zaniechano, w dużym trudzie zresztą, pokazywania ludziom tego, co – przepraszam  za banał – dobre i piękne. Wybaczcie, łatwo jednak przy tej kwestii wpadam w egzaltację, jak panienka z pensji o surowych obyczajach.

Książka jak powietrze

Niektórzy mi nie wybaczą „pomijania” czasów komuny w tzw. czytelnictwie, ale nie chodzi naprawdę o to, że w PRL nie wydawano dobrych, a nawet mądrych książek. Były takie, przeoczone przez cenzurę. Były publikacje dostępne „spod lady”.

Rzecz w tym, iż za komuny, co dla ludzi mojego pokolenia oczywiste, nie wydawano wszystkich książek wartych publikacji, bo nie było po prostu wolności słowa. Tak, tak,  w to dalej  nadal nie mogą uwierzyć niektórzy liberalni i lewaccy dziennikarze krzyczący, że poddano ich cenzurze, bo cytowano ich słowa, ale  – uwaga – skomentowano inaczej niż „autorzy” sobie życzyli.

Prawie pozytywizm

Cóż… No, właśnie, ci ludzie to ofiary książek takich sobie, oddalonych od naszej mentalności i kręgu kultury judeochrześcijańskiej i innych kultur zresztą też. Czytanie książek dobrych i mądrych stało się ofiarą wolnego rynku, też jednego z filarów demokracji.

Na szczęście są jeszcze oficyny, które stawiają na publikacje dobre i wybitne, na książki, które zmuszają do myślenia i czytania innych książek. Książek, przy których dobrze się myśli. Do takich oficyn można zaliczyć Wydawnictwo Fronda, które właśnie oddało do rąk Czytelników książkę „Rekapitulacja” autorstwa profesora Ryszarda Legutko.

Człowiek, po prostu

Encyklopedie podają, że to pisarz, filozof publicysta z wykształceniem filozoficznym właśnie, który skończył też anglistykę. Niektóre te almanachy pomijają już fakt, że prof. Legutko skończył te kierunki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czytający ludzie, nawet kiedy pierwszy raz zetkną się z profesorem (chyba musieliby przybyć z innej galaktyki, ale mogą tacy jeszcze być), od razu zorientują się, że autora „Rekapitulacji” wychował i ukształtował Kraków.

I to, co ważne, że Legutkę wychował Kraków, bez zarzucanych często pierwszej stolicy Polski stereotypów i akcentów wywyższania się i „wiedzy bibliotecznej”. Ryszard Legutko po prostu podąża swoją drogą. Był wykładowcą, był politykiem, ale przed, po i w trakcie jest przede wszystkim filozofem z otwartym umysłem. Bo profesor to postać.

Opinie

Inny wybitny humanista, historyk i przewodnik konserwatystów, profesor Andrzej Nowak tak pisze o Rekapitulacji autorstwa Ryszarda Legutki: „Książka o zdobywaniu mądrości napisana przez najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkałem. Autobiografia intelektualna na tle bezpardonowej analizy upadku naszej cywilizacji. Gorzki ma smak, lecz odświeżający. Nie pozostawia złudzeń, ale pokazuje dobrą drogę” – napisał prof. Andrzej Nowak

Jeszcze jedna opinia – profesora Zdzisław aKrasnodębskiego: „Jak Ryszard Legutko, jeden z najwybitniejszych umysłów europejskich, znakomity filozof i polityk, którego przemówienia potrząsały Parlamentem Europejskim i Ursulą von der Leyen, stał się tym, kim jest? Przyznam się, że często zadawałem sobie to pytanie. Ta książka jest jego własną na nie odpowiedzią. To fascynująca, refleksyjna opowieść o rozwoju intelektualnym – o dzieciństwie i studiach w PRL, o przeczytanych książkach, o poszukiwaniach filozoficznych,o rozczarowaniu liberalizmem, o zwrocie ku filozofii starożytnej oraz miłości do Sokratesa i Platona, o trosce o Polskę. To plastyczny obraz czasów minionych i gorzka diagnoza współczesności, niespełniającej dawnych nadziei” – wspomniał owe „czasy minione” prof. Zdzisław Krasnodębski

 

Fragment

W pochwałach Kolegów po piórze, fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja rozsyłany przez Wydawnictwo Fronda wydaje się nieprzypadkowy:

(…)

Marzec ’68 w Krakowie

Marzec ’68 był dla nas, studentów UJ, całkowitym zaskoczeniem. Zaliczyłem pierwszy semestr pierwszego roku (z niejakimi trudnościami), a po przerwie semestralnej wróciłem jak inni na uczelnię, by zacząć semestr drugi z daną sobie obietnicą wzięcia się do pracy. Planów innych poza naukowymi i rozrywkowymi nie miałem ani ja, ani nie mieli koledzy. Życie w Krakowie, w tym także na uniwersytecie, toczyło się leniwie i nic nie zapowiadało, by gomułkowską stabilizacją mogło cokolwiek za chwiać. Kościół – praktycznie jedyna siła opozycyjna – wydawał się nieco wycofany po ostrych konfliktach z władzą komunistyczną, walkami o krzyże i świątynie, brutalnej reakcji na list biskupów i groteskowo-prymitywnych atakach komunistów na Wielką Nowennę w rodzaju aresztowania świętego obrazu. Robotnicy i urzędnicy jak zwykle pracowali nad wykonaniem kolejnych planów produkcyjnych, a aparat partyjny pełnił, również jak zwykle, swoją rolę kierowniczą, dbając o to, by nic się na lepsze nie zmieniło. Trudno więc było przewidzieć, że w przedwiośniu 1968 roku Polska Ludowa dozna poważnych wstrząsów, a już niemal nie możliwe się wydawało, że owe wstrząsy wywołają studenci i intelektualiści: ci pierwsi zajęci byli przecież swoim miłym życiem studenckim, a tych drugich powszechnie uważano, i to nie bez racji, za najbardziej konformistyczną grupę w PRL-u.

Wiadomość, że coś się dzieje w Warszawie, dotarła do nas poniedziałkowego ranka, 11 marca. Później wydarzenia potoczyły się szybko: wiece na Rynku, zadymy z Milicją Obywatelską, wtargnięcie tejże milicji na teren UJ i pobicie studentów oraz kilku profesorów, wyłonienie studenckiej reprezentacji, kolejne wiece, petycje, zebrania, plotki, roznoszenie ulotek oraz słuchanie Wolnej Europy; to ostatnie najczęściej bez sukcesów, bo zagłuszarki pracowały pełną mocą.

Gdy po latach spróbowałem uporządkować zapamiętane wydarzenia i informacje z tamtych lat, te, o których miałem dobrą wiedzę, bo bezpośrednio ich doświadczałem, wyłonił mi się obraz niejednorodny. Z jednej strony, byłem zdumiony zjawiskiem, które później w dalszych latach PRL-u, a także w III RP miało się powtarzać w skali ogólnopolskiej i z którym wówczas zetknąłem się po raz pierwszy. Oto społeczeństwo, które wydaje się trwać w stanie drzemki, jakby nie pomne swojej podłej sytuacji, a do tej pory niemal do niej nawykłe, nagle się budzi i zaczyna groźnie ryczeć i szarpać kraty klatki, w której przebywa. Obudzili się w pamiętnym marcu nie tylko studenci, lecz także inni mieszkańcy Krakowa. Pamiętam, że taksówkarz, który mnie wiózł na uczelnię, nie wziął pieniędzy za kurs, zagrzewając do boju; pamiętam liczne okrzyki zachęty i poparcia ze strony przechodniów; pamiętam sąsiadów, którzy mnie zaczepiali, podekscytowani pytali o nowiny, solidarnie klepali po plecach, starając się dodać otuchy.

Pamiętam także pierwsze godziny owego marcowego poniedziałku, kiedy przychodziły informacje o rozruchach w Warszawie. To nie były zwykłe suche przekazy o niepokojach w PRL-u, podobne do tych, jakie znaliśmy z przeszłości. Niosły one ze sobą ładunek społecznego dynamizmu i bodziec do działania prawie natychmiast zmieniający nasze nastawienie z biernego na czynny. Nie umawialiśmy się przecież co do dalszych wspólnych akcji, bo było nas zbyt wielu i mieliśmy za mało czasu na jakiekolwiek narady i koordynacje. Wiedzieliśmy jednak od samego początku z wyrazu twarzy rozmawiających, z używanej retoryki, z intonacji wypowiedzi, a nawet z samej atmosfery dla nas ożywiająco nowej, że niesie nas fala, niespodziewana, ale wspaniała fala, której chętnie, a nawet radośnie się poddajemy, bo chcemy płynąć z jej nurtem. Później podobne doznania unoszenia się wraz z wielką wyzwoleńczą falą odczuwałem tylko w Sierpniu 1980.

Wspaniałe było również i to, że owa kryzysowa sytuacja powstała tak nagle i tak niespodzianie spowodowała ujawnienie się wspólnych z nami poglądów u ludzi, o których nigdy nie sądziliśmy, że mogą sprzyjać buntowi przeciw władzy. To nie tylko nasi koledzy studenci sprawiający do tej pory wrażenie, że posłuszeństwo wobec autorytetu było ich drugą naturą, okazywali się w ciągu krótkiego czasu zuchwałymi kontestatorami, lecz także ludzie starsi, w tym profesorowie. Profesor uniwersytetu zbuntowany przeciw władzy to była wcześniej postać nam raczej nieznana, a nawet fikcyjna. Gdy więc w marcu zobaczyliśmy po raz pierwszy profesorów okazujących swój polityczny sprzeciw wobec polityki partii komunistycznej, czuliśmy się pokrzepieni ich widokiem, a przede wszystkim podbudowani ich słowami. Odsłoniło się nam to oblicze uniwersytetu, jakiego nie znaliśmy, a o jakim wielu z nas wątpiło, że jeszcze istnieje.

Nie znaczy to wcale, że wiedzieliśmy dokładnie, o co nam chodzi i co chcemy osiągnąć. Brak informacji, ogólna konfuzja, nadmiar plotek, przesadne podniecenie wielu uczestników oraz wrzaskliwa propaganda lejąca się z prasy, radia i telewizji nie pozwalały na jasne wytyczenie linii działania i skierowanie uwagi buntujących się młodzieńców na jakieś konkretne cele. Wiadomo, że chodziło nam wszystkim o Dziady, a ponieważ przedstawienia nie znaliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co takiego bulwersującego umieścił w nim reżyser, że wywołało zdjęcie ze sceny, wyrażaliśmy ogólną solidarność ze studentami warszawskimi. Ale przecież wszyscy czuliśmy, że taka solidarność to za mało i że zbiorowy pęd emocji, nagle wyzwolony, pcha nas ku sprawom bardziej zasadniczym, niemal ustrojowym, bo, jak wie dział każdy żyjący w PRL, cenzura i polityczna kontrola myśli ustrój ten tworzyła i utrzymywała w istnieniu. No więc bardziej świadomi i stanowczy spośród nas domagali się zniesienia cenzury. „Domagali się” – to może za dużo powiedziane. Bardziej precyzyjnie byłoby rzec, że wypowiadano te i podobne żądania we własnym gronie wśród gorączkowych licytacji słownych i wypisywano na ulotkach, które z niemałym na kładem żmudnej pracy ręcznie kopiowano, a następnie nieporadnie rozprowadzano.

Jaki sens miało pisanie takich żądań? Głównie taki, żeby je wykrzyczeć, a wykrzyczawszy, poczuć, że mówi się rzecz głęboko słuszną, której wcześniej ze strachu, z ostrożności lub nawyku uległości nie ośmielano się wypowiadać. Krzyk – jak to często się zdarza – był więc odreagowaniem uprzedniego milczenia, a także nie całkiem czystego sumienia, które temu milczeniu towarzyszyło. Atak władz na Mickiewicza stał się do takiej reakcji wyborną okazją, bo stworzył sytuację krystalicznie czystą moralnie – z jednej strony barbarzyńcy i łajdacy podnoszący bluźnierczo rękę na wieszcza, na którego nikt dotąd podnieść ręki się nie ważył, a z drugiej my broniący wielkiej literatury, piękna i polskiej tradycji.

Zniesienie cenzury było stałym motywem zgłaszanych haseł, a oprócz niego pojawiały się dziesiątki innych, jeszcze mniej realistycznych, wypowiadanych chaotycznie w uniesieniu lub w przelotnej niefrasobliwości. Pamiętam kilkakrotnie wypowiadany postulat upublicznienia prawdy o Katyniu. Pamiętam kilka osób na jednym z wieców, które przekonywały, że po winniśmy się domagać wypuszczenia z więzienia Kuronia i Modzelewskiego, autorów listu otwartego do partii. Pamiętam też, że ktoś inny zasugerował poruszenie sprawy odebrania Polsce Lwowa i Wilna przez Związek Sowiecki i przyklepania aneksji przez aliantów zachodnich. Widać było, że wprawdzie dotychczasowa cenzura i trwająca ponad dwadzieścia lat indoktrynacja wypchnęły ze zbiorowej oraz z indywidualnej świadomości wiele treści i sparaliżowały je mechanizmami strachu i fałszu, wystarczył moment zachwiania się systemu, a wszystko w sposób cudowny odżywało. Jakkolwiek te hasła mogły drażnić niewczesną lekkomyślnością polityczną, to przecież trudno było nie docenić oznak życia i zdrowia w tych wybuchach pragnienia poznania prawdy, nazwania rzeczy słowem właściwym czy poddania osądowi sprawiedliwości tego, co przeszłe i teraźniejsze. Bardziej niepokojące byłoby, jak sądzę, gdyby w momentach mobilizacji i buntu, takich jak ów pamiętny marzec, ludzie okazali się nie zdolni do zdjęcia kagańca ze swoich myśli i pragnień, ważąc każde słowo po to, by wykazać się przed władzą swoją roztropnością. Roztropności buntowników władza nie potrzebowała, a przyzwyczajenie do kagańca źle by rokowało przyszłym protestom przeciw władzy komunistycznej w Polsce.

Ale w ruchu marcowym pojawiały się też rzeczy mniej krzepiące, a niekiedy przygnębiające. Myliłby się ten, kto by sądził, że ruch ogarnął większość studentów. Prawda jest taka, że w Krakowie najbardziej zaangażowali się pierwszo- i drugoroczniacy, natomiast starsze lata mniej chętnie włączały się w protesty. Istniał wręcz rozpowszechniany w uczelnianym środowisku pogląd, że protesty mają w sobie coś na tyle szczeniackiego, że szanujący się student czwartego i piątego roku nie powinien się wygłupiać, dołączając do marcowej awantury. Wypowiadano chętnie kąśliwe uwagi deprecjonujące bunt, z których najbardziej chwytliwe było łączenie protestów z juwenaliami: „W tym roku juwenalia zaczęły się już w marcu”, mawiano, co wywołało w nas, protestujących, bezsilną złość, taką, jaką się od czuwa, gdy wiadomo, że żadna perswazja nie złagodzi złej woli kpiarza ani nie naruszy jego głęboko wkorzenionego uprzedzenia.

Ta obojętność starszych kolegów mnie drażniła, choć właściwie nie powinna. Przecież sam wybuch marcowych protestów uznałem za fakt cudownie niespodziewany, a skoro tak, to po co zżymałem się na obojętność lub małą przychylność większości, która wszak reprezentowała postawę, do jakiej się wcześniej już przyzwyczaiłem? Zderzenie się z brutalnym faktem, że bunt przeciw ustrojowi może nie mieć szerokiego poparcia – niechby z ostrożności tajonego, lecz szczerego – był gorzkim doznaniem. Pokazywał on, choć wniosku takiego jeszcze wtedy nie wyciągałem, że nie ma czegoś takiego jak opór całego społeczeństwa przeciw komunizmowi, bo niezależnie od komunistycznych absurdów, od szkodliwości i brutalności systemu górę zawsze bierze społeczny konserwatyzm, znacznie głębszy niż ostrożność, strachliwość czy inne słabości charakterologiczne jednostek, przejawiający się w naturalnym dążeniu do nienaruszania status quo.

Taki konserwatyzm ma swoje uzasadnienie, choćby przez to, że jest nieusuwalnym społecznym faktem; nie tylko więc nie należy go negować jako aberrację, lecz także – ta w gruncie banalna myśl przyszła mi do głowy znacznie później – powinien być brany pod uwagę przy wszelkich bardziej zasadniczych przekształceniach społecznych mogących wywołać silny odruch obronny. Gorsze jest to, że w momentach przesilenia, gdy siły zła wygrywają, ten konserwatyzm niechętny oporowi wobec władzy despotycznej daje wsparcie bierne, a niekiedy czynne dla działań represywnych i moralnie paskudnych przez tę władzę przedsiębranych. Zawsze w takich razach – tak stało się w Marcu, a także, jak żywo pamiętam, w stanie wojennym – nagle pojawiają się jakby spod ziemi ludzie właśnie z tej konserwatywnej rzeszy się wywodzący, ludzie nijacy i wcześniej nie znani lub znani mało, którzy chętnie wykonują brudną robotę, kontrolują, spisują, donoszą, kłamią, straszą, a czynią to bez widocznych objawów wstrętu do wykonywanej roboty.

Wśród kadry uniwersyteckiej w czasach Marca takich typów na UJ było niewielu, ale potrafiłbym wymienić przynajmniej kilkunastu, których marcowe zaistnienie pozwoliło wspiąć się wyżej mimo dość wyraźnego dyzgustu, który wywoływali i którego, jeśli nie byli skończonymi głupcami, musieli być świadomi. Później na zlecenie partii prowadzili dla studentów rozmaite indoktrynacyjne dokształty o wspaniałości PRL-u i komunizmu oraz o nikczemności ich wrogów, gdzie – ale to już później – opowiadali o wojskach Bundeswehry gotowych do inwazji na Czechosłowację, o Niemcach mordujących polskich oficerów w Katyniu, o brudnych dolarach, za które wywołano w Warszawie zamieszki, i tym podobne. Ludzie, którzy tę podłą robotę wykonywali, byli oczywiście miernotami. Profesorowie z najwyższych pięter hierarchii o dobrych nazwiskach trzy mali się przyzwoicie. Rektor UJ w tamtych czasach, Mieczysław Klimaszewski, nie zachowywał się szczególnie bojowo, ale z powodu swojej powściągliwości w wypowiadaniu politycznych opinii i raczej przychylnego nastawienia do własnych studentów, niezależnie od wykrzykiwanych przez nich haseł, zyskał sympatię i nikt o nim, o ile wiem, nie powiedział nieprzyjaznego słowa.

Znacznie gorszą opinię miał jego zastępca, językoznawca, profesor Mieczysław Karaś. Ten raczej nie pokazywał się w wielkich zgromadzeniach studenckich, by nie być wygwizdanym, ale chadzał w towarzystwie podejrzanych typów po gmachach uniwersyteckich i w obmierzłym stylu strofował studentów, strasząc ich karami za działalność antyustrojową. Karaś był partyjniakiem o topornym kroju gomułkowskim, bezwzględnie powolny rozkazom egzekutywy, za co później, a także z uwagi na jego postawę w czasie Marca, towarzysze nagrodzili go funkcją rektora UJ. Studenci, rzecz jasna, Karasia serdecznie nie lubili, co przejawiało się na różne sposoby, przede wszystkim przez złośliwe komentarze, jakimi kwitowano każdorazowe wymienienie jego nazwiska. Krążyła wśród nas, na przykład, opowieść z upodobaniem rozpowszechniana, że Karaś miał jedno oko szklane i o tym właśnie jego szklanym oku opowiadano szereg mało wytwornych, lecz wówczas niezmiernie nas śmieszących anegdot. Żartowanie ze szklanego oka niemiłego prorektora nie było oczywiście karą nazbyt ostrą, biorąc pod uwagę dokonania Karasia na urzędzie, a i też – przyznajmy – niezbyt godną nobilitującego statusu studentów najstarszej uczelni w Polsce, ale przecież tylko taka forma retorsji pozostawała w naszym zasięgu. (…)

 

Fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja, Wydawnictwo Fronda/ Biblioteka Konserwatysty

Rozważania o polskości red. TOMASZA GRZYWACZEWSKIEGO zorganizowane przez Fundację Archiwum Jana Olszewskiego

Wykład red Tomasza Grzywaczewskiego „Polskość, czyli co? Podróż po Kresach” odbędzie się 18 września w muzeum na Rakowieckiej.

Spotkanie zorganizowane przez Fundację Archiwum śp. Premiera Jana Olszewskiego z dziennikarzem Tomaszem Grzywaczewskim rozpocznie się o godz.17.00. w czwartek 18 września w świetlicy Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL przy ul.Rakowieckiej 37.

 

 

„Nie mam za co przepraszać”. Ratusz nęka procesem b. dyrektora TVP3 Opole. Monitoring CMWP SDP

Urząd Miasta Opole pozwał dziennikarza, byłego dyrektora i redaktora naczelnego TVP3 red. Mateusza Magdziarza. Chodzi o program lokalny z 11 listopada 2021 roku z relacją z uroczystości. W przemówieniu, prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski nawiązał do sytuacji na polsko-białoruskiej porównując nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali wtedy funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego… Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.

Urząd Miasta Opola najpierw próbował spowodować, aby red. Magdziarz stanął przed sądem na podstawie przepisów prawa karnego. Potem ratusz pozwał m.in. telewizję, b. szefa TVP3 Opole i reportera Adama Wołka za to, że – zdaniem władz miasta – w programie lokalnym nierzetelnie przedstawiono uroczystości 11 listopada 2021 roku.

Przemówienie, czy antyrządowa propaganda?

Chodzi o przemówienie prezydenta Opola, niegdyś związanego z PO, Arkadiusza Wiśniewskiego. Nawiązał do ówczesnej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Wiśniewski porównał nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali jesienią 2021 roku funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej, do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego…

Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Okrzyki wznosił wtedy m.in. działacz opozycji antykomunistycznej Wiesław Ukleja.

Głuchy telefon i „MZ Trias Opolski”

Nie można się skontaktować z rzecznikiem opolskiego urzędu, naczelnikiem biura prasowego Adamem Leszczyńskim, bo telefon podany na stronie internetowej ratusza nie odpowiada.

Smartfony identyfikują podany numer jako kontakt do Międzygminnego Związku Trias Opolski:

Pytanie o powód pozwania Mateusza Magdziarza redakcja sdp.pl przesłała do rzecznika Leszczyńskiego mailem. Do czasu publikacji artykułu nie dostaliśmy odpowiedzi.

Co powiedział prezydent?

Prezydent Opola mówił 11 listopada 2021 roku podczas uroczystości 103. rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości : „(…) Polska nie może odwracać się od matek z dziećmi [w tle wyraźnie słychać okrzyk <<skandal >>], które głodne [dale i przez całą relację słychać m.in. okrzyki <<skandal, hipokryta>>] przed wojną próbują przedostać się przez granicę. Polska wiele lat, wiele razy była ofiarą walki zbrojnej. Wiemy jak wyglądają obrazy cierpiących matek (…) choćby przypominając sobie zdjęcia z Powstanie Warszawskiego” – powiedział w Święto Niepodległości w 2021 roku prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. Jego przemówieniu cały czas towarzyszyły okrzyki protestu, że wykorzystuje politycznie sytuację na polsko-białoruskiej granicy do walki politycznej z rządem Zjednoczonej Prawicy.

https://x.com/matt_magdziarz/status/1798760191250534670

Zdaniem obserwatorów uroczystości i samego ówczesnego redaktora naczelnego TVP Opole, która pokazała przemówienie, prezydent sugerował, iż SG nie chce przepuszczać nielegalnie imigrujących „matek z dziećmi”, a w rzeczywistości młodzi ludzie m.in. sprowadzani przez Moskwę i Mińsk z Bliskiego i Środkowego Wchodu rozbijali strażnice i atakowali kamieniami funkcjonariuszy służb. Wielu z nich ranili.

Skandaliczna retoryka

We poście na X z ub. roku Magdziarz napisał m.in.: „11 listopada 2021 roku prezydent Opola wygłosił przemówienie. Oczywiście jak wielu krytyków PiS nie mógł przegapić takiej okazji i odnosił się do sytuacji na granicy z Białorusią. Zdaniem wielu osób w tym fragmencie zastosował skandaliczną retorykę odwołując się do Powstania Warszawskiego. Minęły prawie 3 lata a Gmina Opole w pozwie cywilnym zarzuca mi naruszenie jej dóbr osobistych (jako redaktorowi naczelnemu TVP3 Opole) za publikację materiału zawierającego krytyczną ocenę tego przemówienia” – przekazał Magdziarz.

Teraz – jak mówi pozwany dziennikarz – niewiele się zmieniło, na pewno nie w jego postrzeganiu sprawy. „Wiśniewski niebezpiecznie zestawił to, co się działo wtedy na granicy z Powstaniem Warszawskim. Wykorzystał uroczystości 11 listopada 2021 roku do wskazania, bez kontekstu, iluzorycznej winy obrońców granicy” – podkreślił we wtorek Mateusz Magdziarz w rozmowie z portalem SDP.  „TVP3 Opole rzetelnie to relacjonowała te wydarzenia” – mówił dziennikarz.

Nigdy nie będziesz sam

„Zostałem pozwany, bo prezydent nie może znieść porażki, jaką niewątpliwie było jego przemówienie, co zresztą potwierdzali uczestnicy uroczystości” – zaznaczył były szef TVP3 Opole. „W tym procesie zostałem sam, TVP Opole, po zmianie rządu, na kolanach przeprosiła urząd i prezydenta. Reporter też przeprosił. Co ciekawe prezydenta a nie gminę która go pozwała” – powiedział Magdziarz.

„Na <<placu boju>> pozostałem tylko ja” – przyznał Magdziarz.

„Nie mam zamiaru przepraszać i wpłacać 50 tysięcy złotych na WOŚP. Jestem zdania, że jeśli ktoś w tym przypadku działał na szkodę Opola to prezydent swoim przemówieniem” – powtórzył Mateusz Magdziarz. Następna rozprawa 17 września br.. Sąd będzie przesłuchiwał Magdziarza. Potem, najprawdopodobniej, na następnej rozprawie mowy stron i wyrok. Co ciekawe, sąd nie przesłuchał prezydenta Opola.

Centrum Monitoringu Wolności Mediów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło monitoringiem tę sprawę. Będziemy się przyglądać dalszemu postępowaniu sądowemu.