Uczono mnie, że źródła są najważniejszymi filarami powstawania jakiegokolwiek materiału dziennikarskiego. No cóż albo się wiele zmieniło albo po prostu ludziom mediów się nie chce sprawdzać źródeł. Co nie zmienia faktu, że jak piszesz o „fałszerstwach wyborczych” to masz to udowodnić, a nie liczyć głosy.
Na antenie TVN obserwowaliśmy żenujący spektakl „transparentności” liczenia głosów. Troje sędziów najpierw męczyło się, aby otworzyć worek z głosami ze spornej komisji (nie mówili w TVN, czy to rzeczywiście ten worek), a potem liczono głosy. I doliczono się. Jednego spornego głosu, który mógł być oddany na prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego a nie na prezydenta-elekta Karola Nawrockiego. Przypomnę, jeden głos.
Sekundanci chaosu
Co tak bulwersuje? Już nawet nie to, że rząd Donalda Tuska nie umie przegrywać, nie to także, iż „zarzuty” wobec procedur liczenia są na poziomie małego dziecka skaczącego z dywanu na podłogę…
To, co działo się po „uruchomieniu” mechanizmu zohydzania Nawrockiego i to, co robiły rządowe media po przekazaniu prezydentowi elektowi zaświadczenia PKW o wyborze są zaledwie literówką w ogromnym tekście o bólu liberalno-lewackich środowisk po wyborach prezydenckich. To, co naprawdę groźne to włączanie się prorządowych dziennikarzy do „ogólnonarodowego liczenia głosów”.
To oni przecież sekundowali w wywoływaniu nieufności do kwestionowania wyników wyborów wygranych przez Karola Nawrockiego prawie taką samą przewagą głosów, jaką pięć lat temu wygrał Andrzej Duda z Rafałem Trzaskowskim. Czyli, nie „znikomą” jak piszą lizusi z redakcji sprzyjających Tuskowi.
Liczenie na antenie..?
Dziennikarscy rachmistrzowie nie są odosobnieni, ale to oni nakręcają histerię, podnoszą krzyk tam, gdzie nie westchnęli nawet po wyborach parlamentarnych w październiku 2023 roku. Gdzie byli owi „strażnicy” etyki zawodowej, kiedy ewidentnie łamano ordynację wyborczą i prawo powszechne przewożąc autobusami (!) grupy wyborców z okręgu do okręgu, tam, gdzie możliwy był mandat jeszcze jednego przedstawiciela ówczesnej opozycji.
Gdzie byli owi uśmiechnięci żurnaliści przytakujący obecnemu rządowi, kiedy w nocy stały ogromne kolejki przed lokalami wyborczymi w niepewnych dla PO okręgach wyborczych? To byli ludzie, którzy swój głos oddali nie raz kilka godzin po zamknięciu lokali… Już nazajutrz po zakończonych wyborach. I ludzie ci nie byli na terenie lokali wyborczych, bo teren to tylko najwyżej kilka metrów przez siedzibą obwodowej komisji wyborczej, a nie kilkaset metrów wokół budynku.
„Akcję profrekwencyjną” rozdają ciepłe napoje i pizzę prowadzili w tych kolejkach przyszli posłowie, przyszłej koalicji. Mało? Widać, jeśli uczciwi nie reagują, mało. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że wyborów parlamentarnych sprzed prawie półtora roku nie zakwestionowała konserwatywna opozycja.
A potem będzie wstyd…
Teraz, po wyborach prezydenckich wygranych przez Karola Nawrockiego, doszedł autentyczny element podżegania, obrzydliwego podżegania. Do czego? Do przestępstwa polegającego na pomawianiu członków komisji w całej Polsce, że nie „przypilnowali” wyborów. Lub je „sfałszowali”.
W kraju, gdzie administracja państwowa – definicyjnie to także administracja samorządowa – jest we władaniu PO, TD (której już nie ma, ale jest) i Lewicy (nie wiadomo, czy jest). Byłoby to wszystko paradne, gdyby nie chodziło o teoretycznie możliwą wojnę domową po zamachu stanu. Za mocno? A czymże jest namawianie do kwestionowania legalnych wyborów?
Ludzie z rządu nie ukradną wyborów, ale niesmak po ich medialnych akolitach „liczących” nasze głosy pozostanie…
Hubert Bekrycht






Rozmowę i dyskusję poprowadziła dr Jolanta Hajdasz, prezes SDP w siedzibie Stowarzyszenia na Foksal.








„Nie możemy zaakceptować uzasadnienia do tej uchwały, jest ono stronnicze i wyjątkowo tendencyjnie przedstawia sytuację mediów w Polsce” – powiedział w imieniu delegacji SDP Mariusz Pilis, wiceprezes Stowarzyszenia i delegat na Zjazd EFJ.
W imieniu Towarzystwa Dziennikarskiego Krzysztof Bobiński przygotował także Apel o wsparcie przez UE polskiego Międzynarodowego Centrum Mediów (MCAA) utworzonego na bazie „istniejącej wcześniej białoruskojęzycznej stacji telewizyjnej Belsat TV”, pierwotnie – jak napisano – skierowanej do widzów w tym kraju.
W sumie delegaci przyjęli blisko 30 różnego rodzaju uchwał na temat różnej sytuacji mediów w poszczególnych krajach w Europie. Zjazd obradował w Budapeszcie w dniach 2-3 czerwca 2025 r. , uczestniczyło w nim blisko 120 delegatów i obserwatorów, reprezentujących 57 związków i stowarzyszeń dziennikarzy z 38 krajów. EFJ nigdy wcześniej nie odnotowało tak dużej frekwencji – poinformowali organizatorzy Zjazdu.
SDP i CMWP SDP wielokrotnie protestowały przeciwko takim działaniom władz państwowych. Niektórzy delegaci z krajów członkowskich EFJ pytali obecnych w Budapeszcie reprezentantów SDP – prezes dr Jolantę Hajdasz, wiceprezesa Mariusza Pilisa, sekretarza generalnego Huberta Bekrychta – o perspektywę normalizacji sytuacji w polskich mediach tuż po niedzielnych wyborach prezydenckich i wyborze prezesa IPN dr Karola Nawrockiego na prezydenta Polski.
Jak to wpłynie na sytuację SDP sekowanego i atakowanego przez rząd i przyjazne mu tzw. media głównego nurtu, na razie nie wiadomo, ale jest nadzieja, że proces niszczenia polskich środków zostanie zahamowany. Przynajmniej zahamowany, bo proces naprawy środków masowego przekazu w naszych kraju wydaje się na razie daleką perspektywą.
Wiele mówiono o sytuacji w mediach, bałkańskich (Bułgaria, Serbia) a także włoskich. Pierwszy dzień obrad zdominowaali dziennikarze z Węgier. Ich zdaniem obecna władza wywiara na nich nacisk i utrudnia im pracę.
Na pewno o nieprawidłowościach podczas głosowania poza granicami Polski, oby ich nie było, ludzie nie dowiedzą z publikujących i nadających z Polski tzw. mediów głównego nurtu. O programach kandydatów i innych ważnych sprawach dotyczących głosowania też zresztą nie.
Wtedy niczego się nie dowiecie, tak jak ja nie dowiedziałem się jak skasować bilet w budapesztańskim trolejbusie od przemiłej Węgierki…
Głosujcie na Antypodach, w Europie Zachodniej, w Amerykach, Azji, Afryce, na statkach a nawet w Arktyce i na Antarktydzie, no i oczywiście w Budapeszcie, gdzie jestem.
Tak się złożyło, że w sobotę 24 maja byłam właśnie na południu kraju, czyli w Sydonie i Tyrze. Teoretycznie są to tereny zagrożone, położone blisko granicy z Izraelem – z Tyru do Izraela jest zaledwie kilkanaście kilometrów. Jednocześnie są to tereny zamieszkane głównie przez ludność muzułmańską, chociaż chrześcijan też można spotkać. Wydawałoby się, że jest tam niebezpiecznie, zwłaszcza dla samotnie chodzących po ulicach zagranicznych turystów. Nic mylącego, wszędzie był spokój. Co prawda większość stoisk na tamtejszym suku (bazarze) było zamkniętych, ale przechodnie, czy właściciele otwartych sklepików byli pogodni i bynajmniej nie agresywni, chociaż między sobą dyskutowali, a nawet nie kryli się z eksponowaniem atrybutów partii, na które głosowali.
Drugi kolor to zielony identyfikowany z Ruchem Amal, czyli z „Partią Nadziei”. Reprezentuje również społeczność szyicką, ale na swoim koncie ma także walkę z proirańskim Hezbollahem. Mężczyźni z czapeczkami w kolorach flagi libańskiej mogli reprezentować jedną z partii chrześcijańskich np. libańską Falangę popieraną przez maronitów. Niektórzy chrześcijanie nosili białe czapeczki, a ci bez czapeczek, czyli z gołymi głowami mogli reprezentować partie sunnicie.