50 lat służby polskiemu słowu – relacja z Benefisu Elżbiety Królikowskiej-Avis

To był niezwykły wieczór w Domu Dziennikarza przy Foksal 3/5: pełen wspomnień, ciepłych słów, mądrych zdań, podziękowań, z mnóstwem kwiatów (także od prezydenta RP Andrzeja Dudy, który przesłał bukiet z życzeniami), kieliszkiem wina. Miał swoją bohaterkę  –  Elżbietę Królikowską-Avis, wybitną dziennikarkę, publicystkę, tłumaczkę, autorkę książek oraz – choć może zabrzmi to w dzisiejszych czasach dziwnie, bo coraz rzadziej używa się takich określeń – bojowniczkę o wolną i lepszą Polskę.

 

– Byłem bardzo zaskoczony, kiedy się dowiedziałem, że będziemy organizować Benefis 50-lecia pracy twórczej pani redaktor Elżbiety Królikowskiej-Avis  – mówił, rozpoczynając uroczystość, Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy  Polskich. – Pomyślałem, że wkradł się tu jakiś błąd, że pani redaktor może obchodzić 30-, 25 – lecie pracy, ale 50 lat to chyba przesada. Ale później doszedłem do wniosku, że tak mogą myśleć tylko ludzie niezdolni, bo ludzie zdolni potrafią rozpoczynać działalność społeczną, twórczą bardzo wcześnie.

 

– Zaczęłam bardzo wcześnie, jeszcze w szkole ogólnokształcącej, pisząc do pisma „Radar” – doprecyzowała Elżbieta Królikowska-Avis.

 

Prezes SDP podkreślił, że jubilatka w tak młodym wieku była nie tylko twórcza, ale także odważna. Przypomniał, iż za tę odwagę, którą wykazała się w czasach PRL-u, została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. I właśnie od działalności opozycyjnej zaczęła wspomnienia Elżbieta Królikowska-Avis. Opowiadała o przynależności do antykomunistycznej organizacji Ruch. – To była pierwsza organizacja niepodległościowa od czasów WiN-u. Gdy mówiło się o socjalizmie z ludzką twarzą, myśmy twierdzili, że Polska musi być niezawisła, niepodległa i demokratyczna.  Gwarantem tego miały być wolne wybory, wprowadzenie instytucji demokratycznych, które zapewniłyby pluralizm partyjny, medialny, światopoglądowy, religijny – podkreślała Królikowska-Avis.

 

Za działalność opozycyjną została skazana na dwa lata więzienia. Zasług tych nie zapomniano także podczas Benefisu. Jubilatka została odznaczona medalem „Pro Patria”, przyznawanym przez Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

 

­- Medalem tym honorujemy już kilka pokoleń Polaków – mówił szef urzędu Jan Józef Kasprzyk. – Myślą przewodnią tego odznaczenia jest, cytując Jana Pietrzaka, „Żeby Polska była Polską”. Ta wartość jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, pani Elżbieta przejęła ją od pokolenia żołnierzy niezłomnych. Ubeckie kazamaty panią nie złamały. Za to dziękujemy. Służąc polskiej kulturze, polskiemu słowu uczy pani, mówiąc za Józefem Piłsudskim, aby myśleć własnym mózgiem i patrzeć własnymi oczami. I za to pani redaktor serdeczne Bóg zapłać.

 

Znaczna część dorobku dziennikarskiego Elżbiety Królikowskiej-Avis związana jest z filmem (skończyła polonistykę ze specjalnością filmowo-telewizyjną, o filmie kryminalnym pisała pracę magisterską) i o tym okresie jej twórczości mówił podczas Benefisu Andrzej Kołodyński, redaktor naczelny miesięcznika „Kino”.

 

– Interesowali ją ludzie, twórcy. Robiła znakomite wywiady. Pamiętam jej bardzo osobistą rozmowę z Ralphem Fiennesem – mówił Andrzej Kołodyński. – Jej teksty wyróżniały się stylem. Widać było w nich krytyka, ale jednocześnie też zwykłego widza, który nie tylko ocenia, ale i przeżywa to co ogląda.

 

Po wystąpieniu redaktora naczelnego „Kina”, Elżbieta Królikowska-Avis zabrała uczestników Benefisu w bardzo osobistą, obrazkową podróż wspomnień. Na ekranie pojawiły się zdjęcia, najpierw czarno-białe: rodziców, czasów młodości – lata 60. – wakacje nad Bugiem, podróż autostopem nad morze; potem było coraz więcej kolorowych: pierwsze stypendium w Hiszpanii, legitymacje prasowe z kolejnych redakcji, wejściówki na festiwale filmowe, liczne zagraniczne wyjazdy, mąż – Peter Avis, Londyn, na balu Polonii, ulubiony pies wzięty ze schroniska, ślub córki w Normandii, zięć, wnuk – jeden, drugi, pogrzeb męża i znów Polska – promocje książek, spotkania autorskie…

 

O ostatnich dziesięciu latach politycznego dziennikarstwa Elżbiety Królikowskiej-Avis mówił publicysta, współtwórca portalu wPolityce.pl, tygodnika Sieci i telewizji wPolsce, Michał Karnowski.

 

– My Polacy po 89 roku byliśmy w pewien specyficzny sposób wychowywani, budowano pewne kompleksy, izolowano nas od pewnej wiedzy. I tutaj ktoś, kto miał doświadczenie zachodnie, miał obycie w mediach światowych, mógł powiedzieć: znam świat, a równocześnie bronił pewnych wartości, był bezcenny dla obozu propolskiego – mówił Michał Karnowski.

 

Zwrócił też uwagę, że redaktor Królikowska-Avis ma bardzo analityczny umysł, a tego obecnie brakuje w polskiej publicystyce. – Dzisiaj dobrze się sprzedają emocje, a potrzebny jest taki chłód spojrzenia, jasny pogląd autorki – zauważył Karnowski. Na koniec podziękował jubilatce za to, że motywuje by nie poddawać się i wciąż iść do przodu. – Każdemu życzyłbym, abyśmy zawsze mieli taką energię jak pani Elżbieta.

 

Do podziękowań i życzeń przyłączył się prezes TVP Jacek Kurski („Jest pani perłą w koronie publicystyki” – podsumował), Marcin Wolski, Krzysztof Skowroński… zabrzmiało „Sto lat”, a potem kolejka chętnych do składania gratulacji i wręczania kwiatów szybko się powiększała. Jubilatka odbierała je przez długi czas.

 

 

MAJ NA FOKSAL 2019. Jak zabawa to tylko we Lwowie

Poczuć klimat przedwojennego Lwowa oraz poznać historię polskiego sportu mogliśmy w środowy wieczór w Domu Dziennikarz przy ul. Foksal 3/5. Wydarzenia te, w ramach cyklu Maj na Foksal, przygotował Oddział Warszawski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Niech żałuje ten, kto nie przyszedł na koncert kapeli „Lwowska Fala”. Czarodziejsko przenieśliśmy się w czasie. Porwały nas przedwojenne polskie piosenki, rewelacyjne zagrane i zaśpiewane  przez zespół lwowskich batiarów.

 

Czego tam nie było: i wyciskające z oczu łzy piosenki i o lwowskich orlętach,  nostalgiczne utwory z tekstami  m.in. Mariana Hemara, Feliksa Konarskiego Ref-rena,  Henryka Zbierzchowskiego, Jerzego Michotka i porywające do tańca stare szlagiery.

 

Sześcioosobowy zespół kontynuuje tradycje przedwojennego polskiego Lwowa,  jest  bez przesady sercem tego miasta, polskim sercem.  I czyni tak od  20 lat.

 

A zaczęło dość przypadkowo. Lider  zespołu i jego założyciel Edward Sosulski  – lwowski batiar od pokoleń – spotkał  się w Warszawie w  1998 roku z Władą Majewską,  wielką diwą,  filarem przedwojennej „Lwowskiej Fali”.  Ten legendarny zespół, przy Lwowskiej Rozgłośni Polskiego Radia, założył przed wojną  Wiktor Budzyński. W całej Polsce słuchano go  z lubością. Wyludniały się ulice, kiedy w radiu  leciały ich piosenki.  Po tej  rozmowie, w głowie Edwarda Sosulskiego zrodziła się myśl, by reaktywować zespół.  Włada Majewska wyraziła zgodę na używanie historycznej  nazwy, pod warunkiem, że większość  repertuaru będą stanowiły przedwojenne polskie piosenki.  I tak jest do dziś: muzycy wykonują  dawne utwory, wzbogacane nowymi, światowymi przebojami.

 

Sala w Domu Dziennikarza w środowy wieczór była nabita, trzeba było dostawiać krzesła, by pomieścić wszystkich chętnych, którzy chcieli usłyszeć stare szlagiery.  Genialnym wodzirejem był  Edward Sosulski, który nie tylko znakomicie śpiewał, ale też opowiadał wiele anegdot i zabawnych historyjek. Słuchacze zaśmiewali się do łez.  Potrafił rozruszać całą publiczność,  która śpiewała razem z nim, a niektórzy nawet ruszyli do tańca – naśladując szefa zespołu, który rewelacyjnie tańczył – bo z wykształcenia jest tancerzem.  Towarzyszył  mu znakomity kontrabasista Andrzej Lokocki, na skrzypcach  świetnie grał Bogdan Nazar, a na akordeonie – Mirosław Ostiuk.  Klasą samą dla siebie był młoda piosenkarka Irena Rudi. To był  jej sceniczny debiut  i to od razu ze słynną lwowską  kapelą.

 

– Dziękuję  za ten  wspaniały wieczór. Koncert był cudny. Śpiewali i grali przepięknie, a dziewczyna oczarowała  mnie swym  głosem – stwierdziła  Ewelina Dybicz, redaktorka z miesięcznika „Claudia”.

 

A dziennikarka Barbara Mitkowska dodała: – Bardzo się wzruszyłam, poczułam się tak, jakbym była w przedwojennym  Lwowie, choć urodziłam się sporo lat po wojnie.  Jaki  to kunszt zespołu, że udało się im wskrzesić  tę atmosferę,  znaną mi  z dawnych filmów.  To muzyka chwytająca za serce, dla mnie tym bardziej, że kiedyś w Londynie miałam zaszczyt poznać Władę Majewską.

 

Oklaskiwano z entuzjazmem piosenki, a prawdziwa burza braw wybuchała na koniec, gdy prezes  Oddziału warszawskiego SDP Zbigniew Rytel dziękował artystom ze Lwowa.  Widzowie domagali się później, w kuluarowych rozmowach, jak najszybszego ponownego przyjazdu lwowskiej kapeli. I dziękowali organizatorom za pomysł sprowadzenia  „Lwowskiej Fali” .

 

Zespół otrzymał wiele nagród,  koncertując nie tylko we Lwowie, ale  to właśnie w ich rodzinnym mieście spotkał ich największy  zaszczyt: zagrali i zaśpiewali przed Ojcem Świętym Janem Pawłem II, podczas jego wizyty  we Lwim Grodzie w  2001 roku.  Wspominają to do dziś z nostalgią. Tak jak my będziemy  wspominać  ich występ u nas, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.

 

Stulecie polskiego sportu

 

To nie były jednak jedyne atrakcje tego środowego dnia w Stowarzyszeniu  Dziennikarzy Polskich. Występy „Lwowskiej Fali”  poprzedziło spotkanie poświęcone naszym najwybitniejszym sportowcom.  Widzowie mogli obejrzeć film „100 lat polskiego sportu” w reżyserii Zbigniewa Rytla. Udało mu się zgromadzić wiele zdjęć i filmów pokazujących dorobek  polskich biegaczy, skoczków, bokserów, sztangistów … Na nowo mogliśmy przeżyć wzruszenia, oglądając wyczyny naszych sportowców: zdobywanie medali olimpijskich, czy bicie rekordów świata.  Przypomnieliśmy sobie nazwiska i sukcesy odnoszone przez reprezentantów Polski , np.  Halinę Konopacką, Irenę  Szewińską czy  Władysława Kozakiewicza.

 

Twórca filmu  znał osobiście wielu sportowców, gdyż sam był reprezentantem Polski w lekkiej atletyce. Po sensie historyk z Uniwersytetu Warszawskiego dr Robert Gawkowski  opowiadał przeciekawe historie o zawodnikach, a jest wybitnym znawcą przedwojennego sportu.

 

Można było także obejrzeć  wystawę zdjęć  Rafała Oleksiewicza – laureata Grand Press w 2019, który od lat dokumentuje występy  naszych sportowców.

 

Hanna Budzisz

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

MAJ NA FOKSAL 2019. Pierwsze kroki ku wolności na telewizyjnej taśmie

Studio „Solidarność” miało znaczący wpływ na sukces opozycji w wyborach 4 czerwca 1989 r.  30 lat od tamtych wydarzeń, w ramach cyklu imprez Maj na Foksal, organizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, mogliśmy poznać twórców tej niezwykłej inicjatywy i posłuchać opowieści o kulisach powstawania programów.     

 

– Komitet Obywatelski „Solidarność” przy Lechu Wałęsie wywalczył czas antenowy i sprzęt. Wpuszczono nas, którzy byliśmy wyrzucenie i nie pracowaliśmy w zawodzie przez osiem lat, do telewizji. I myśmy pchali ten wózek – mówił Stefan Truszczyński jeden z twórców Studia „Solidarność”, obecnie członek Zarządu Głównego SDP.

 

Studio „Solidarność” tworzyli społecznie ludzie związani z opozycją, wśród nich było wiele osób, które w stanie wojennym straciły pracę w mediach. Głównym jego celem było promowanie kandydatów Komitetu Obywatelskiego przed wyborami 4 czerwca 1989 r. I właśnie 30. rocznica tego wydarzenia stała się okazją do spotkania twórców tej inicjatywy. Do Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 we wtorkowy wieczór przybyli m.in. Krystyna Mokrosińska, Bożena Walewska, Łucja Klimas, Zygmunt Gutowski. Gospodarzem wieczoru był Stefan Truszczyński, który mocno podkreślał, że Studio „Solidarność” tworzyła świetna ekipa. – Kobiety były przebojowe. Wszyscy się zjednoczyli i nam się udało. 4 czerwca był dniem sukcesu – wspominał.

 

– Pracowaliśmy praktycznie dniem i nocą. Pamiętam Krysię Mokrosińska, która kładła się gdzieś tam na leżance i odsypiała. Taka była atmosfera – opowiadał Zygmunt Gutowski.

 

Dodał, że po latach dotarł do wyników badań opinii społecznej z 1989 r., z których wynikało, że ulotki, plakaty miały kilkuprocentowy wpływ na wynik wyborów, radio kilkunastoprocentowy, zaś telewizja ponad 30 procentowy.  – Wbrew kpiącym uwagom dziennikarzy, którzy wówczas pracowali w telewizji, że nie damy rady, udało nam się – powiedział Zygmunt Gutowski.

 

Poczuć klimat Polski sprzed 30 lat można było oglądając pierwszy program Studia „Solidarność”, który wyemitowano 9 maja 1989 r. Autorem scenariusza i reżyserem był Andrzej Jurga. Charakterystyczna melodia, logo „Solidarności” w czołówce i dalej historia pierwszych kroków ku wolności utrwalona na obrazkach nie najlepszej jakości, z lekko falującym dźwiękiem – przemówienia Lecha Wałęsy („Jedni uważają, że możemy skoczyć z 10. piętra i wziąć tą wolność, inni uważają, że połamiemy nogi”), spotkanie z kandydatami KO w Stoczni Gdańskiej z wyważonymi słowami Bronisława Geremka („Jesteśmy opozycją wobec systemu, opowiadamy się za innym sposobem rządzenia, ale jesteśmy gotowi podjąć współodpowiedzialność za reformy”), podniosła atmosfera mszy św. w kościele św. Brygidy, głosy poparcia dla kandydatów opozycji: Czesław Niemen, Jerzy Waldorff  i pełna uroku Wanda Rutkiewicz, która ubolewa, że z powodu wyprawy nie będzie mogła wybierać („na wysokości 5 tys. metrów nie będzie urny…”), a w końcówce, czysto techniczny, instruktaż Janusza Onyszkiewicza o sposobie głosowania. I finał, już po napisach końcowych – „Puste koperty” Piotra Szczepanika z lekko zmodyfikowanym tekstem: „O jedno chcę tylko Cię prosić: bądźmy solidarni.”

 

– Tyle lat minęło, a to wciąż ogląda się lepiej niż współczesne klipy wyborcze – zauważyła Bożena Walewska po projekcji.

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

Dolnośląski Oddział SDP na Facebooku

Na Facebooku uruchomiony został fanpage Oddziału dolnośląskiego SDP. Będą się na nim pojawiać się aktualne informacje zarówno z tego oddziału jak również z Zarządu Głównego.

 

„Zachęcamy koleżanki i kolegów do zaglądania jak również publikowania propozycji, uwag lub do promocji własnych materiałów publicystycznych, które ukazują się w Waszych wydawnictwach prasowych lub na antenach radiowych czy telewizyjnych” – napisał prezes Oddziału dolnośląskiego Jan Poniatowski. Przypomina też, że w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca, w godz. 15.00-17.00, w biurze oddziału przy ul. Kazimierza Wielkiego 9 (5.piętro) są dyżury członków zarządu. „Można nas odwiedzać niekoniecznie w ważnych sprawach, ale też na zwykłe pogaduchy i kawę” – zachęca prezes.

 

https://www.facebook.com/Stowarzyszenie-Dziennikarzy-Polskich-Oddział-Dolnośląski-1791696824263140

MAJ NA FOKSAL 2019. Moniuszko z baśni

Muzyka Stanisława Moniuszki była bohaterką kolejnego wydarzenia z cyklu Maj na Foksal. Ale nie klasyczna, taka jaką znamy z sal koncertowych, czy gmachów oper, tylko baśniowa, wyczarowana oryginalną aranżacją wybitnej artystki Marii Pomianowskiej i dźwiękami niezwykłych, zapomnianych instrumentów.   

 

Maj w kalendarzu dobiega końca, ale cykl imprez przygotowanych przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich pod hasłem Maj na Foksal dopiero co przekroczył półmetek. Mieliśmy już projekcje filmów, promocje książek, spotkania z ciekawymi ludźmi, ale takiego wydarzenia, jakie miało miejsce w czwartkowy wieczór jeszcze w tym roku w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 nie było. – Dzisiaj będzie uczta duchowa – powitała licznie zebranych Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP.  – Do do takich zaliczyć można słuchanie utworów wybitnego polskiego kompozytora Stanisław Moniuszki.

 

Nie była to jednak tylko prezentacja dzieł autora „Halki” w tradycyjnym, klasycznym wydaniu. Za sprawą Marii Pomianowskiej, niezwykłej multiinstrumentalistki, kompozytorki, wybitnego pedagoga, wirtuoza dawnych, zapomnianych instrumentów, mieliśmy okazję posłuchać muzyki Moniuszki opowiedzianej w zupełnie inny sposób. Jak mówiła sama artystka – mogliśmy poznać Moniuszkę z bajki. Wieczór był bowiem promocją najnowszej płyty Marii Pomianowskiej pt.  „Moniuszko z 1000 i jednej nocy”, na której utwory autora „Prząśniczki” zostały opracowane na unikatowe instrumenty z różnych zakątków świata – począwszy od suki biłgorajskiej przez afrykański balafon po indyjską tablę. Inicjatorem tego oryginalnego projektu był Aleksander Czajkowski-Ładysz, prezes Fundacji Niezależny Fundusz Kultury POLCANART. – Kilka lat temu Maria Pomianowska wydała płytę „Chopin na 5 kontynentach”. Zafascynowałem się jej twórczością – opowiadał Aleksander Czajkowski-Ładysz. – Chodziło mi po głowie, aby ten sam sposób „przetworzyć” naszego drugiego kompozytora narodowego. Zadzwoniłem do Marii i usłyszałem: „Ja też o tym myślałam”.

 

– Od dzieciństwa jestem fanką Moniuszki. Zanim zafascynowałem się Chopinem kochałam Moniuszkę, grałam go jeszcze w szkole muzycznej, potem trochę go zapomniałam – mówiła Maria Pomianowska.

 

Po nagraniu płyty z muzyką Chopina myślała, aby w podobny sposób zinterpretować twórczość kompozytora „Strasznego Dworu”, obawiała się jednak trudności organizacyjnych związanych z tym przedsięwzięciem. Ale od prezesa Fundacji POLCANART usłyszała: „Ty tylko twórz, my zajmiemy się resztą”.

 

– Wreszcie mogłam wrócić do mojego kochanego Stanisława – opowiadała Maria Pomianowska. – Moniuszko jest zupełnie inny niż Chopin, bardziej baśniowy, dlatego na okładce płyty ma turban na głowie.

 

Okładkę tę zaprojektował artysta grafik Andrzej Pągowski. W nagraniu płyty wzięło udział 23 artystów, wykorzystano kilkadziesiąt instrumentów z różnych zakątków świata. Sala w Domu Dziennikarza byłaby zbyt mała, aby ich wszystkich pomieścić. Zebrani mogli jednak poczuć klimat tych muzycznych opowieści nie tylko słuchając nagrań z płyty. Usłyszeli też próbkę wirtuozerii Marii Pomianowskiej, która z towarzyszeniem akordeonu Huberta Giziewskiego, wykonała „Prząśniczkę” na suce biłgorajskiej i „Kozaka” na najstarszym smyczkowym instrumencie świata – kobyzie.

 

Zebrani w czwartkowy wieczór na Foksal usłyszeli również Moniuszkę w bardziej klasycznym wykonaniu. Kilka jego pieśni zaprezentowali Natalia Kovalenko (sopran) i Aleksander Czajkowski-Ładysz (bas). Na koniec zaś prowadzący spotkanie porwali wszystkich do wspólnego wykonania „Pieśni wieczornej”.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

 

MAJ NA FOKSAL 2019. Ksiądz od trudnych pytań

Spotkanie z ks. Stanisławem Małkowskim, kapelanem „Solidarności”, przyjacielem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, było kolejnym wydarzeniem z cyklu Maj na Foksal, przygotowanym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

– Ksiądz Stanisław jest niesłychanym autorytetem, nie zdarzyło mi się o coś go zapytać i nie uzyskać odpowiedzi – mówił prowadzący spotkanie Wojciech Piotr Kwiatek, publicysta, krytyk literacki, pisarz. – Kiedyś miałem problem ze stwierdzeniem „módlcie się za swoich nieprzyjaciół”, kiedy zwróciłem się z tym do księdza Stanisława, odpowiedział krótko: „trzeba się za nich modlić, aby się nawrócili” – opowiadał.

Podczas środowego spotkania w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 również nie zabrakło trudnych pytań, jak choćby o głośny ostatnio problem pedofilii wśród niektórych księży.

– Ukrywanie pedofili przez hierarchów jest niesłuszne, ale przesadne nagłaśnianie, mówienie że to grzech pospolity w Kościele jest nieprawdziwe. To działanie przeciwko Kościołowi. Może jednak Pan Bóg wyprowadzi z tego co się ostatnio dzieje jakieś dobro  – mówił ks. Małkowski.

Zwrócił uwagę, że dzisiaj ludzie pytają: gdzie jest świętość Kościoła, skoro zdarzały się tam takie skandaliczne rzeczy? – Kościół jest święty.  Ludzie, którzy notorycznie grzeszą i odmawiają nawrócenia, sami wykluczają się z Kościoła – podkreślił kapłan.

Nawiązując do odczytanego w ostatnią niedzielę listu biskupów w sprawie przypadków pedofilii w Kościele w Polsce, zauważył, że zabrakło w nim informacji czy hierarchowie chcą podejmować jakieś decyzje personalne w związku z tą sprawą. – A w niektórych przypadkach byłyby one słuszne – dodał.

Wśród licznych pytań, które padały podczas spotkania, jedno dotyczyło wciąż niewyjaśnionej do końca sprawy morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki.

– Przyjmuję to z wielkim żalem, że ani władze państwowe ani kościelne nie są zainteresowane wyjaśnieniem tej sprawy – mówił ks. Stanisław Małkowski.

Przypomniał, że już kilka lat temu Wojciech Sumliński napisał książkę o tym kto mógł tak naprawdę stać za tą zbrodnią, nie została ona jednak poważnie potraktowania.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

MAJ NA FOKSAL 2019. Zostaną po nich nie tylko guziki

Kiedy odkopywano groby ludzi zamordowanych przez  komunistyczny  reżim, odnaleziono w mogile na Bródnie ryngraf. A wyryte na nim było imię i nazwisko: Stanisław Olszewski.

 

Kim był człowiek, któremu udało się zachować tak niezwykłą pamiątkę? Żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych.  Tyle było wiadomo.  Jego śladami ruszyła dziennikarka telewizji „Republika” Dorota Kania.  Z dokumentów wynikało, ze został skazany na śmierć za kolaborację z Niemcami. I rzeczywiście  pracował w niemieckiej policji kryminalnej. Była to jednak przykrywka dla działalności konspiracyjnej.    Młody żołnierz zawiadamiał  o niemieckich obławach, wyprowadzał więźniów z aresztu fałszując  blankiety, dostarczał broń partyzantom.  Niemcy go za to aresztowali i skazali na śmierć. Udało mu się uniknąć kary, ale drudzy oprawcy mu nie darowali.  Po ciężkim śledztwie w jednej z kilku  katowni NKWD i UB, które były na warszawskiej Pradze, został skazany na śmierć.  Powieszono go, gdy miał  29 lat. W ten sposób komuniści rozprawili się z żołnierzami niezłomnymi.

 

Dorota Kania ocaliła jego pamięć od zapomnienia, nie tylko przeszukując archiwa i sprawdzając dokumenty oraz  rozmawiając z wybitnymi znawcami tematu:  prof. Krzysztofem Szwagrzykiem   -wiceprezesem IPN, prof. historii Janem  Żarynem i księdzem Józefem Majem, ale udało jej się nawet odszukać ostatnią miłość skazańca.  To w niej się zakochał, obserwując ją z celi śmierci, gdy jako więźniarka chodziła po spacerniaku. Rzucał jej  grypsy przez  zakratowane okno. I to ją poprosił, by zawiadomiła jego matkę.

 

Nie udało się. Prawie stuletnia dziś  Krystyna Miszczak- Opałło ma łzy w oczach, gdy o tym opowiada. I jest to najbardziej wzruszający moment filmu, zdaniem wszystkich oglądających, którzy licznie zgromadzili się  we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5. W ramach „Maja na Foksal” reżyserka zaprezentowała swój film i opowiedziała o pracy nad jego realizacją.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

MAJ NA FOKSAL 2019. Poezja wyczarowana obrazem

W poezji Herberta są gotowe obrazy, tak więc absurdem byłoby tworzenie do niej ilustracji, to byłaby tautologia. Ja poszedłem w stronę impresji, tworzę swoje odniesienie do tych wierszy – mówił Michał Wójcik, artysta plastyk, który prezentował swoje prace podczas niezwykłego spotkania w Domu Dziennikarza pt. „Herbert: To, co najważniejsze. Poezja-plastyka-muzyka”. Było to kolejne wydarzenie z cyklu Maj na Foksal zorganizowane przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.  

  

– Dzisiejszy wieczór łączy trzy dziedziny sztuki: plastykę, poezję, muzykę. Wszystko w kontekście wspaniałego poety Zbigniewa Herberta, który nie lubił kompromisów, który odróżniał dobro od zła i był wrażliwy na estetykę zarówno w sztuce, jak i w życiu codziennym. To wszystko w jakiś sposób jest obecne w pracach Michała Wójcika – mówiła prowadząca spotkanie dziennikarka Monika Florek-Mostowska.

 

W Domu Dziennikarza przy Foksal 3/5 Michał Wójcik pokazał swoje dzieła będące impresją do wierszy Zbigniewa Herberta. Złożyły się one na jego pracę doktorską pod tytułem „Czerń i biel. Komu to potrzebne?”, którą obronił w 2011 r. w Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. Te niezwykłe prace, gęste od symboliki, bardzo surowe i sugestywne, wykonane zostały zapomnianą już nieco obecnie techniką akwafory. Jest to XVI wieczna sztuka, w której najpierw rysunek wykonuje się igłą na kawałku miedzianej blachy pokrytej werniksem, potem wielokrotnie trawi się ją w kwasie azotowym i za pomocą powstałej w ten sposób matrycy tworzy się odbitki na papierze.  – Trudność polega na tym, że projekt trzeba przenieść na blachę w negatywie i lustrzanym odbiciu. Wymaga to maksymalnego skupienia, a wyobraźnia musi pracować na najwyższych obrotach – tłumaczył Michał Wójcik.

 

W tej technice pociąga go to, iż jest w niej obecny jakiś element magii, alchemii. – Wrzucasz blachę do kwasu i nigdy do końca nie wiesz jaki osiągniesz efekt – mówił.

 

Jak wyjaśniał, poprzez swoje prace, inspirowane wierszami Herberta, chciał promować twórczość autora „Pana Cogitio”, a akwafora wydała mu się do tego idealną techniką. – To klasyczna, prosta forma, tak jak poezja Herberta – wyjaśniał.  – Akwafora kieruje się twardymi zasadami, tu nie można niczego naciągnąć, nagiąć, poprawić i tak jest u Herberta – dodał.

 

Sięgnięcie po zapomnianą, średniowieczną technikę, stanowiło dla Wójcika również swego rodzaju sprzeciw wobec sztuki współczesnej, której głównym celem stała się prowokacja, a nie wprowadzenie odbiorcy w dyskretny świat wewnętrznych przeżyć. – Język sztuki współczesnej przypomina mi więzienną grypserkę, bardziej zamazuje niż rozjaśnia to co chce przekazać. Tymczasem symbolika średniowieczna dostępna jest dla każdego. Dzieła Bosha, Bruegla można czytać jak księgę. To skłoniło mnie do stworzenia własnego świata symboli – mówił artysta.

 

Opowieści Michała Wójcika o starej technice graficznej, kondycji sztuki i o licznych symbolach zwartych w jego pracach, przeplatane były w środowy wieczór na Foksal recytacją poezji Herberta w wykonaniu aktora Pawła Jakubowskiego. Do medytacji nad usłyszanymi strofami i obejrzanymi obrazami skłaniała sącząca się z głośników delikatna, a zarazem poruszająca, muzyka Marii Kochańskiej wykonywana na niezwykłym instrumencie – hang drumie. Ma on zaledwie 11 dźwięków, a można nimi wyczarować niezwykły klimat pobudzający wyobraźnię. – Prostota, to jest właśnie to, co łączy tę muzykę, poezję Herberta i dzieła Michała Wójcika – podsumowała Monika Florek-Mostowska.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

 

MAJ NA FOKSAL 2019. Mistrz ducha – relacja z projekcji filmu „Powrót”

Film o arcybiskupie Baraniaku nabiera szczególnego znaczenia dziś, w obliczu ataków na Kościół.  Pokazuje jacy byli bohaterowie Kościoła – powiedział przed rozpoczęciem projekcji Stefan Truszczyński, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  W ramach cyklu imprez „Maja Foksal” organizowanego przez SDP zaprezentowano film Jolanty Hajdasz „Powrót”.

  

To trzeci już dokument tej autorki, po „Zapomnianym męczeństwie” i „Żołnierzu niezłomnym Kościoła”, o arcybiskupie Antonim Baraniaku, salezjaninie, kapelanie i sekretarzu Prymasów Polski Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego. W okresie stalinowskim przeżył on piekło w ubeckiej katowni na warszawskim Mokotowie, ale komunistyczna władza nie zdołała go złamać. Jego życie, po uwolnieniu z więzienia, było niczym słowa piosenki Antoniny Krzysztoń, która przewija się w filmie „Powrót”: Teraz trzeba po prostu wstać/ Wstać i iść/Zostawić ten cały żal i złość/Dziś/Mówić mówić na przekór im/Na przekór myślom złym…   Mimo potwornych tortur, które zrujnowały mu zdrowie, abp Baraniak pozostał pokornym, dobrym człowiekiem. I takiego zapamiętali go ludzie, do których dotarła z kamerą Jolanta Hajdasz. Tacy jak Rafał Lusina, przedsiębiorca i motocyklista, który wspomina jak arcybiskup udzielał mu sakramentu bierzmowania. Teraz by go upamiętnić zorganizował rajd motocyklowy pod jego patronatem. Są też inni. Muzyk, prof. Henryk Tritt, przyjaźnił się z abp. Baraniakiem, a wśród zdjęć, korespondencji, niczym relikwię przechowuje opakowanie po zagranicznej czekoladzie („takimi rzeczami ksiądz arcybiskup się dzielił”).  Siostra karmelitanka daje świadectwo jak abp Baraniak potajemnie wyświęcał księży z Czechosłowacji, kraju w którym komuniści zlikwidowali seminaria duchowne („gdyby to zostało ujawnione znów groziłyby mu represje”). To tylko niektórzy ze świadków pokazanych w filmie, którzy zetknęli się w jakiś sposób z tym niezwykłym człowiekiem – drobnym, pozostający jakby w cieniu, słabym fizycznie, który okazał się – jak mówi abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski, autor książek o abp. Baraniaku –  „mistrzem ducha”.

 

W dokumencie jest też opowieść Eugeniusza Kosiela  organisty w kościele w Marszałach. Słyszał on o tym jak ubecy w mroźny, zimowy wieczór przywieźli umęczonego, zmarzniętego, ubranego w letni płaszcz arcybiskupa („Przywieźliśmy wam dziadka mroza” – drwili). Jolanta Hajdasz po projekcji opowiadała, że to między innymi ta historia spowodowała, że po raz trzeci zdecydowała się opowiedzieć kamerą o abp. Baraniaku. – Zapytałam pana Eugeniusza dlaczego wcześniej nie opowiadał tej historii. Bał się pan? „Nie, po prostu nikt nie chciał tego słuchać”. Ja musiałam tych ludzi wysłuchać, miałam taki wewnętrzny przymus – mówiła reżyserka filmu.

 

Pojawili się nie tylko nowi świadkowie, ale też ważne wydarzenia – Sejm przyjął uchwałę w 40. rocznicę śmierci abp Baraniaka, prezydent Andrzej Duda odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego, wznowiono śledztwo w sprawie torturowania arcybiskupa przez ubecję, ruszyły starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego i  to wszystko odnotowuje dokument Jolanty Hajdasz.

 

– Zrobiłam ten film, aby domknąć temat, aby pokazać, że to jest nasz Kościół, że to są nasi bohaterowie. Teraz będziemy czekać na beatyfikację arcybiskupa Baraniaka – powiedziała na koniec wtorkowego spotkania przy Foksal autorka „Powrotu”.

 

­– Ten brud, którego dziś jesteśmy świadkami, minie, a świadectwo o takich ludziach jak arcybiskup Baraniak pozostanie – podsumował Stefan Truszczyński.

 

Recenzje filmu „Powrót”: Marii Giedz, Wojciecha Piotra Kwiatka

 

Rozmowy Błażeja Torańskiego o filmach: „Zapomniane męczęństwo”, „Żołnierz niezłomny Kościoła”

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU