TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polski już nigdy nie będzie”

Pomagając w dzisiejszej walce Ukraińców z Rosją Putina, przypomnijmy walkę Polaków z Rosją Stalina we wrześniu 1939 r. W ogniu bolszewickiej zarazy znalazły się Kresy II RP, które nie były gotowe na odparcie sowietów. Walczyły, bo jedyną alternatywą była niewola. Potem przyszły cztery masowe wywózki Polaków na Wschód.

Kresy Wschodnie II Rzeczpospolitej walczyły z regularnymi jednostkami Armii Czerwonej, ale też z bandami przestępców, które na sygnał komitetów rewolucyjnych i na podstawie list proskrypcyjnych mordowały bezbronną ludność polską.

Do historii przeszła bohaterska obrona Grodna. Rozpoczął ją „strzelec Sławomir Werakso, rzucając pod nadjeżdżający czołg wiązkę granatów” – wspominał harcerz Jan Siemiński. A Grażyna Lipińska, komendantka Pogotowia Społecznego w Grodnie, napisała: „Czołg staje tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane, skrępowane gałganami ramiona chłopca. (…) A z czołgu wyskakuje czarny tankista. W dłoni trzyma brauning, za nim drugi – grozi nam… Dla mnie on nie istnieje, widzę tylko oczy dziecka, pełne strachu i męki. I widzę, jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze”.

13-letni chłopczyk Tadeusz Jasiński skonał w szpitalu wojskowym. Ale w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski. Podzielił los ponad 1000 – na ogół ochotniczych obrońców miasta zamordowanych z pogwałceniem wszelkich zasad. W tym na Psiej Górze ok. 300 uczniów grodzieńskich szkół, których czerwoni barbarzyńcy przez trzy dni nie pozwolili pochować.

Dwudniowa obrona Grodna zakończyła zbrojną aneksję Kresów. Generał Władysław Sikorski, w grudniu 1941 r. w rozmowie z ocalałymi obrońcami Grodna stwierdził: „Jesteście nowymi orlętami. Postaram się, żeby wasze miasto otrzymało Virtuti Militari i tytuł Zawsze Wiernego”. Niestety, historia potoczyła się inaczej. Pozostała płyta z napisem „Grodno”, umieszczona na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.
Jeszcze przed atakiem Armii Czerwonej na II RP oprawcy ze skomunizowanych dywersyjnych band żydowskich i białoruskich zajmowali miasteczka i wsie, rozbrajali oddziały WP, policji, straży obywatelskiej, ogłaszając władzę „robotniczą-chłopską”. Nie tylko przekazywali pierwszym jednostkom sowieckim informacje wywiadowcze, ale sami chwytali za broń, dokonując aktów dywersji. Aresztowali, grabili, gwałcili i mordowali.

Mordercami w miastach i miasteczkach był głównie skomunizowany proletariat żydowski, na wsi – białoruska biedota. Bestialskich zbrodni po 17 września 1939 r. dokonywali na podstawie list proskrypcyjnych. Zabijali na miejscu, bądź torturowali, denuncjowali i przekazywali sowieckim agresorom, czego efektem m.in. cztery wielkie wywózki Polaków na Wschód.

10 lutego 1940 r. – to druga data – po sowieckiej agresji 17 września 1939 r., która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Kresów. O świcie rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana “przesiedleniem”. Objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Wywiezieni trafili do północnych regionów ZSRS, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi.

Przeprowadzoną 10 lutego 1940 r. akcję eksterminacyjną, której celem było wyniszczenie Polaków, przygotowano dużo wcześniej w sposób bardzo szczegółowy. Uchwałę o wysiedleniu z “zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej SRS” “osadników” (czyli polskich mieszkańców tych ziem II RP) Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła już 5 grudnia 1939 r. Dwa tygodnie później (22 grudnia) podobną decyzją objęto również pracowników służby leśnej.
Czym Polacy “zawinili”? Otóż Sowieci uznali, iż wiernie służyli oni rządowi “burżuazyjnej Polski” i zostali przygotowani (przez II Oddział Sztabu Głównego WP) na wypadek konfliktu z ZSRS do działania w charakterze “dywersantów”, “szpiegów” i “terrorystów” (dzisiejszy władca Rosji nazywa tak Czeczenów, Gruzinów, w końcu Ukraińców). “Grzechem” Polaków była również (jeśli nie przede wszystkim) “aktywna walka z władzą sowiecką w 1920 r.”, “wykorzystywanie pracy najemnej”, “wrogie wypowiedzi pod adresem ZSRS”, “rozprawianie się z prostymi chłopami, którzy rąbali pański las”, “przejście na katolicką wiarę”. W ten sposób – jak napisał wybitny znawca tematu, prof. Albin Głowacki w książce “Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej 1939 – 1941” – “władze bezpieczeństwa ZSRS otrzymały »prawną« podstawę do rozpoczęcia przygotowań do wywózki. Odpowiednie wskazówki w tej sprawie przekazał 19 i 25 XII 1939 r. Berii również Stalin”. Decyzja zapadła zatem na najwyższym szczeblu sowieckiego państwa.

Według danych NKWD, podczas pierwszej wywózki wysiedlono w sumie prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami, których umieszczono w 115 specposiołkach, rozrzuconych w 21 krajach i obwodach ZSRS. Większość pracowała w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego – 17.077 rodzin (85.779 osób, czyli 61,5% ogółu zesłańców), COL-esu – Ludowego Komisariatu Komunikacji – 4573 rodziny (23.026 osób, 16,5%) i Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych – 3951 rodzin (19.455 osób, 13,9%). Pozostałych 1867 rodzin (11.336 osób, 8,1%) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do leśnych obozów NKWD.
Pod tymi suchymi, acz znamiennymi liczbami, kryją się tragiczne losy łagierników. Pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw “wrogowie ludu” i “burżuje”. NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: “Polski już nigdy nie będzie”.

Wkrótce przyszły następne masowe wywózki. Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) – przede wszystkim rodziny osób poprzednio “przesiedlonych”, w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, jak podczas pierwszej wywózki, tylko na południe azjatyckiej części ZSRR, do Kazachstanu.
Następnie – 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków – nie tylko mieszkańców Kresów, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka – w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów “Zachodniej Ukrainy”. Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 do 2 milionów Polaków. Sowieckie deportacje były jedną z największych zbrodni dokonanych na Polakach w latach 1939 – 1945. Szkoda tylko, że do dziś (zarówno w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie) niewiele mówi się o zbrodniach Sowietów, w przeciwieństwie do zbrodni “nazistów”.

82 lata od tych tragicznych wydarzeń Rosja – prawny i moralny spadkobierca ZSRS – udaje (przy cichej aprobacie możnych tego świata), że tematu nie ma i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Przeciwnie – Putin i jego ekipa próbują dziś odbudować Związek Sowiecki.

 

Facebook został zablokowany w Rosji

Roskomnadzor, rosyjski państwowy regulator mediów i internetu, zablokował w piątek działanie Facebooka. Urząd oświadczył, że doszło do 26 przypadków dyskryminacji przez ten serwis społecznościowy mediów rosyjskich.

Jak przypomina Polska Agencja Prasowa, przed tygodniem Roskomnadzor poinformował, że „częściowo ogranicza” dostęp do Facebooka, aby „chronić rosyjskie media”. Wcześniej serwis społecznościowy nałożył restrykcje na agencję RIA Nowosti, państwowy kanał telewizyjny Zwiezda i portale informacyjne Lenta.ru oraz Gazeta.ru. W następnych dniach Facebook działał w Rosji z zakłóceniami. W piątek Roskomnadzor postanowił zablokować dostęp do niego. Rosyjski urząd blokuje media niezależne, twierdząc, że przekazują one nieprawdziwe informacje o wojnie na Ukrainie.

opr. jka, źródło: pap.pl

 

HUBERT BEKRYCHT: FIFA? Co? A иди на х@й! Warto bojkotować Rosję

Nie sądziłem nigdy, że nie będzie mi zależało na meczach polskiej reprezentacji narodowej. Nie, nie zależy mi na meczach, które mielibyśmy grać z pupilami mordercy, który napadł na Ukraińców, aby polepszyć sobie notowania we własnej mafii. Nie, nie zależy mi na futbolowych mistrzostwach świata, które zostały kupione od FIFA za miliardy petrodolarów i rubli. Nie, nie zależy mi, aby udawać, że Katar to Mekka piłki nożnej, a Rosja to jej kolebka.

Zależy mi na reprezentacji Polski w piłce nożnej, zależy mi na piłkarzach, którzy w naszej drużynie grają z orzełkiem na piersi po to, aby usłyszeć hymn przed meczem i starać się ten mecz wygrać. Zależy mi na reprezentacji, która razem, na szczęście, z prezesem PZPN,  powidziała NIE MORDERCY Putinowi! Jestem z Panów dumny!

Właściwie napisałem już wszystko, ale, z powodu rosyjskiej agresji na Ukrainę, może nie wszyscy wiedzą, co zrobili działacze FIFA w czwartym dniu wojny. W czwartym dniu najazdu jednego z członków federacji Rosji, niedawnego organizatorora Mistrzostw Świata (2018 r.) i współorganizatora Mistrzostw Europy (2020/2021 r.) w piłce nożnej.

Otóż, międzynarodowa mafia piłkarska – FIFA – dała znowu popis bezprecedensowego tchórzostwa i powód do kolejnych podejrzeń o korupcję w związku z faworyzowaniem Rosji, która napadła na niepodległe państwo a wojska dyktatora Putina mordują ludnośc cywilną.

Owa organizacja, jak chwalą się jej członkowie, pozarządowa, ma gdzieś wojnę na Ukrainie i cierpienie niewinnych ludzi. FIFA ma też gdzieś, że znowu się skompromitowała „nakładając” w niedzielę wieczorem na Rosję jakieś symboliczne „kary”, ale nie wykluczając Moskwy z barażowej walki o miejsce na tegorocznych MŚ w Katarze. Skandal? Korupcja? Spisek? Tak. Najgorsze jest jednak to, że FIFA nie przyjęła do wiadomości, że piłkarskie związki narodowe Czech, Polski i Szwecji zbojkotowały baraże w zaproponowanym przez FIFA kształcie i oświadczyły, że z powodu rosyjskiego ludobójstwa na Ukrainie z Rosją grać nie będą!

FIFA to jednak stan umysłu jej działaczy, a właściwie tego, co z nich zostało. Owi przyjaciele Putina, a szczególnie ten Włoch, który jest prezesem tej piłkarskiej mafii, zaproponowali, że – w zależności od wyników poszczególnych spotkań – Czechy, Polska, i Szwecja mogą grać z prowadzącą wojnę zaborczą Rosją na neutralnym terenie. Proponuję Kijów, albo Donieck. 

Byłoby to może zabawne jeszcze przed krwawą wojną na Ukrainie. Wojną, która wyleczyła mnie z bezwzględnej miłości do piłki nożnej, chociaż futbol zamierzam nadal kochać. Tyle, że rozważnie.

Fédération Internationale de Football Association, czyli FIFA po francusku dobrze brzmi i dobrze wygląda, ale nie zmienia to faktu, że zapach dużych  pieniędzy pnad dwustu federacji miesza się z fetorem moralnej zgnilizny. Działacze FIFA to też nie są tanie dranie. To bardzo drogie dranie, a szczególnie ten wspomniany już Włoch – prezes federacji, który udaje księcia a jest kumplem bandyty Władimira Władimirowicza. Ów syn Italii (wybaczcie wszyscy Włosi) jest po prostu skorumpowanym figurantem międzynarodowych koncernów, które utrzymują jego folwark.

Siostrą FIFA jest UEFA, czyli europejski związek federacji narodowych. Wiceprezesem UEFA jest były prezes PZPN a w przeszłości znakomity piłkarz Zbigniew Boniek. Czy to możliwe, że zdobywca III miejsca na hiszpańskim turnieju o mistrzostwo globu sprzed 40 lat nie wiedział, że FIFA szykuje taką ruską niespodziankę Polsce? Możliwe, bo Boniek zaczepiany przez dziennikarzy napisał o tym w niedzielę wieczorem na TT:

„Uważam, ze jest to decyzja skandaliczna i dowiedziałem się o tym tak jak pan (wpis skierowany do Szymona Jadczaka) dwie godziny temu. Nie podpisałbym się pod tym za żadne skarby… proszę mnie nie wciągać w jakieś fifowskie ruchy z którymi nie mam nic wspólnego” – napisał Zbigniew Boniek na TT.

Czyli, wiceprezes europejskiej federacji futbolowej nie wiedział, co robi centrala, czyli będąca „nad” UEFA światowa federacja piłkarska FIFA?

Miłujący futbol Czesi, Szwedzi i Polacy powinni, w imieniu Ukraińców, krzyknąć: FIFA, иди на х@й!

#WłączWeryfikację – inicjatywa NASK przeciwko dezinformacji

Nadzorowany przez Ministerstwo Cyfryzacji Państwowy Instytut Badawczy NASK uruchomił profile #WłączWeryfikację na Facebooku i @WeryfikacjaNASK na Twitterze, które mają pomóc internautom w weryfikowaniu informacji.

NASK przypomina, że równolegle do działań militarnych na Ukrainie Rosja rozpoczęła wojnę informacyjną w Internecie. Ostrzega, że w polskiej infosferze zaczynają pojawiać się coraz liczniej nieprawdziwe informacje, mające osłabić wsparcie naszego społeczeństwa dla Ukraińców. Przykłady prób wpływania na nastroje społeczne w Polsce zbiera i analizuje Dział Przeciwdziałania Dezinformacji w NASK. Są to m.in. pogłoski o tym, że uchodźcy przybywający z Ukrainy mogą zajmować miejsca w szpitalach, potrzebne dla polskich pacjentów. Podkreślane są również koszty finansowe wsparcia dla osób, którym Polska udzieli schronienia. Pojawiają się też próby wywołania paniki, np. poprzez przekazy, że we wschodnich regionach Polski zabraknie wkrótce paliwa na stacjach benzynowych z powodu blokady importu ropy naftowej z Rosji.

„Jako internauci nie zawsze wiemy, jak odróżnić informację prawdziwą od zmanipulowanej. Tym bardziej jest to trudne, że wiele z tych przekazów częściowo zawiera prawdę, ale przedstawioną w wykrzywionym kontekście. Do dezinformacji używane są też filmy i zdjęcia, które bardzo trudno jest zweryfikować a robią silne wrażenie. Czasami zaś mamy do czynienia z trollami (często są to boty), które w ogóle nie podają informacji, a ich wypowiedzi mają formę agresywnych, podżegających do konfliktu opinii” – tłumaczy Robert Król, dyrektor Centrum Nowych Technologii dla Polityk Publicznych w NASK.

Na profilach #WłączWeryfikację na Facebooku i Twitterze doświadczeni eksperci weryfikują pogłoski krążące w sieci oraz pokazują potencjalne przejawy działań dezinformacyjnych.

NASK apeluje o nieuleganie emocjom przy poszukiwaniu informacji w Internecie i udostępnianie tylko sprawdzonych wiadomości z wiarygodnych źródeł. Przykłady fałszywych lub zmanipulowanych informacji można przysyłać na adres: [email protected].

opr. jka, źródło: NASK

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przeprosili go jak Piątka

Z konkretnymi nazwiskami naszych rodaków w języku polskim wiążą się pewne powiedzonka. Najpopularniejsze zapewne dotyczy Cypriana Zabłockiego, który chcąc oszczędzić pieniądze na cle ciągnął mydło za barką (przemycał je) w skrzyniach pod wodą. Skrzynie miały być szczelne, ale nie były. Zamiast oszczędności na cle, które miał zapłacić Prusakom stracił wszystko, bo mydło się w Wiśle wymydliło. Tyle stara historyjka dotycząca powiedzonka „Wyszedł jak Zabłocki na mydle”. Teraz najświeższa historyjka i powiedzonko, które ma szansę zrobić karierę: „Przeprosili go jak Piątka”.

Otóż Tomasz Piątek jest wybitnym podobno pisarzem, podobno śledczym. Bynajmniej tego nie kwestionuję, po prostu po przeczytaniu paru książek Tomasza Piątka wiem, że brakuje mi kompetencji, wiedzy, warsztatu i inteligencji, żeby go oceniać, a które panu Tomaszowi pozwalają z nadzwyczajną swobodą łączyć ludzi i fakty bardzo często za pomocą strzałek. Liczba strzałkowych powiązań, na które natrafia Tomasz Piątek jest tak zdumiewająca, że czasem trudno w nie uwierzyć, ale wszystko jest elegancko udokumentowane grotami, więc wiadomo jaki kierunek ma strzałka. Złośliwcy i zazdrośnicy nazywają Tomasza Piątka, który chce po prostu wszystko przejrzyście wyjaśnić: „Człowiekiem strzałką”, jakby nie dowierzając powiązaniom pewnych osób z innymi. Ja we wszystko wierzę, bo nie chce mi się chodzić po sądach, ale czytać Piątka raczej już nie będę, gdyż stosunek strzałek do faktów wydaje mi się zdecydowanie na korzyść strzałek. Dobra, ale do rzeczy.

Tomasz Piątek napisał książkę pod tytułem „Macierewicz i jego tajemnice”. Były tam powiązania powiązane z powiązanymi osobami i samym ministrem Antonim Macierewiczem. Ta publikacja nie spodobała się Michałowi Dworczykowi, który wówczas był wiceministrem obrony narodowej i powiedział: „Ta książka złożona jest z samych kłamstw i pomówień. Mamy nadzieję, że prokuratura i sąd zakończą ten spektakl, który trwa i który polega na nieustannych atakach na ministra obrony narodowej”.

Polskie sądy to jak wiadomo jakby kasyno, a w kasynie szczęście bywa zmienne. W każdym razie niezłomny i pewny swoich racji Tomasz Piątek pozwał wiceministra Dworczyka za tę wypowiedź za naruszenie dóbr osobistych do sądu. Po procesie Sąd Okręgowy w Warszawie pozew Piątka oddalił stwierdzając, że „wypowiedź polityka mieści się w ramach wolności słowa” (cytat za Wirtualnymi Mediami). Tomasz Piątek nie złożył jednak broni i wyrok zaskarżył. Pisałem już o sądach i kasynie? Więc Sąd Apelacyjny wyrok całkowicie zmienił. To w sumie też jest ciekawe, że sami sędziowie nie wiedzą co się mieści, a co nie mieści w ramach wolności słowa. To co dla sędziów Sądu Okręgowego się mieści, to dla Sądu Apelacyjnego się nie mieści. Czy oni nie mogliby między sobą ustalić i żeby prosty lud na przykład dziennikarski wiedział? Ciekawe. Niektórzy mówią, że to w ogóle nie jest ciekawe i chodzi, tylko o politykę: jak sędzia ma poglądy inne, niż pozwany, to pozwany ma kruchutko. Ja w to nie wierzę. Sędziowie tacy nie są. Najwyższe standardy, niezawisłość i et cetera. Dobra, ale do rzeczy.

Sąd Apelacyjny inaczej niż Okręgowy uznał, że Michał Dworczyk musi jednak przeprosić Tomasza Piątka za swoje słowa. Ale jak miał przeprosić! No proszę Państwa! Tu jest gwóźdź programu! Przeprosić miał między innymi osobiście, ale i na portalu gazety następującymi słowami: „Ja Michał Dworczyk niniejszym przepraszam Pana, autora książki „Macierewicz i jego tajemnice” za naruszenie dóbr osobistych w postaci godności oraz dobrego imienia poprzez rozpowszechnianie informacji jakoby wspomniana książka zawierała same kłamstwa i pomówienia. Niniejsze oświadczenie składam na skutek przegranego procesu”. Tymi przeprosinami pochwalił się sam Tomasz Piątek w mediach społecznościowych. Moim zdaniem niesłusznie się chwalił. Dlaczego tak uważam? Gdyż myślę. Otóż frazę w przeprosinach „(…) poprzez rozpowszechnianie informacji jakoby wspomniana książka zawierała same kłamstwa i pomówienia (…)” odbieram jako nie żadne przeprosiny, tylko potworną, koszmarną drwinę z Piątka. Może to drwina przez sąd niezamierzona, ale spójrzmy na te słowa wyłącznie z logicznego punktu widzenia. Jeśli sąd stwierdza, że książka nie zawiera „samych kłamstw i pomówień” to ten sąd przecież nie zaprzecza, że ona jednak może i zawiera kłamstwa i pomówienia, ale przecież nie tylko. Czyli być może ona jednak zawierając kłamstwa i pomówienia, zawiera także między innymi fakty (z przeprosin nie wiadomo jakie i nie wiadomo także w jakim stosunku) to nie można było powiedzieć, że „same”. Ja w ogóle nie wchodzę tu w analizę faktów w książce, bo ja mam za słabą głowę na tyle strzałek, mnie to przerasta. Ja tylko mówię, że po prawomocnym wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, osobiście prywatnie na własny użytek, może niesłusznie, za co przepraszam dość długo się z tego Piątka śmiałem, myśląc, że to pyrrusowe zwycięstwo, i że  mamy szansę na nowe powiedzonko w języku polskim „Przeprosili go jak Piątka”.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niezłomne kobiety walczące o niepodległą Polskę

Razem z przemianowaniem 14 lutego 1942 roku Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową przeformowana zostaje Wojskowa Służba Kobiet, działająca już od początku wojny z Niemcami. A w niej dwie niezwykłe kobiety niepodległości: Maria Wittek i Elżbieta Zawacka, „Zo”. Należy im się nasza pamięć, szczególnie wobec ciągłego niszczenia polskiego etosu walki.

Maria Wittek, ps. „Mira”, „Pani Maria”, to pierwsza w Polsce kobieta – generał. Dama Orderu Virtuti Militari. To również pierwsza kobieta, która wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego. Marii Wittek podlegało ponad sto tysięcy dziewcząt i kobiet, które w latach II wojny światowej służyły w polskim podziemiu.

Urodzona 16 sierpnia 1899 r. we wsi Trąbki na Mazowszu. W czasie I wojny światowej jej ojciec Stanisław Wittek, członek PPS, zagrożony aresztowaniem po udziale w rewolucji 1905 r. przeniósł się z rodziną na Ukrainę. W Kijowie Maria wstąpiła do 3. Polskiej Drużyny Harcerskiej.

Od 1917 r. w Polskiej Organizacji Wojskowej, gdzie ukończyła szkołę podoficerską. Równolegle, jako pierwsza w historii kobieta, wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego.

W 1918 r. większość jej kolegów z Komendy Okręgu POW w zajętym przez bolszewików Kijowie zostało aresztowanych. Maria Wittek uratowała życie, gdyż na spotkanie nie przyszła, uważając, że jest ono sprzeczne z zasadami konspiracji. Potem bolszewicy bezskutecznie poszukiwali ją listami gończymi, mimo wyznaczonej wysokiej nagrody za jej głowę.

Od grudnia 1919 r. służyła w Wojsku Polskim. Zebrane przez nią materiały wywiadowcze ułatwiły Józefowi Piłsudskiemu przeprowadzenie wyprawy kijowskiej. W 1920 r. w ramach Ochotniczej Legii Kobiet brała udział w obronie Lwowa, po raz pierwszy otrzymując Virtuti Militari.

W wolnej Polsce komendantka naczelna Przysposobienia Wojskowego Kobiet, potem naczelnik Wydziału Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego Kobiet w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego.

Podczas wojny obronnej 1939 r., jako komendantka główna Kobiecych Batalionów Pomocniczej Służby Wojskowej, znów broniła Lwowa. We wrześniu 1939 r. po upadku Lwowa, przedostała się do Warszawy, gdzie na rozkaz gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego kierowała osobiście głęboko zakonspirowaną komórką Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski „Spółdzielnia”, której zadaniem było odtworzenie struktur polskiej łączności.

Od października 1939 r. do stycznia 1945 r. kierowała Wojskową Służbą Kobiet w Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, a jej mieszkanie u Sióstr Urszulanek przy ul. Gęsiej 1 (obecnie ul. Wiślana 1) było jednym z głównych ośrodków polskiej konspiracji. Walczyła w Powstaniu Warszawskim, uzyskując stopień pułkownika. Stolicę opuściła z cywilami. Funkcję szefa WSK pełniła w Częstochowie do rozwiązania AK, współtworząc antysowiecką organizację „Nie” – „Niepodległość”.

Po wojnie dalej kierowała przysposobieniem wojskowym kobiet. W 1949 r. na kilka miesięcy aresztowana przez UB. Nie mogąc wrócić do działalności, aż do emerytury pracowała jako kioskarka „Ruchu”.

W 1970 r. inicjatorka Komisji Historii Kobiet przy Towarzystwie Miłośników Historii w Warszawie. W sierpniu 1984 r. weszła w skład Obywatelskiego Komitetu Obchodów 40. rocznicy Powstania Warszawskiego. Na stopień generała brygady mianowana w 1991 r. Zmarła 19 kwietnia 1997 r. w Warszawie, została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Elżbieta Zawacka, ps. „Zelma”, „Sulica”, „Zo”, to kurierka Komendy Głównej Armii Krajowej, jedyna kobieta wśród cichociemnych, czyli polskich oficerów do zadań specjalnych, po kursach w Wlk. Brytanii zrzucanych do okupowanej przez Niemców Polski.

W lutym 1943 r. jako emisariusz Komendanta Głównego AK gen. „Grota” Roweckiego wyruszyła do sztabu Naczelnego Wodza, pokonując w ciągu trzech miesięcy trasę Warszawa – Niemcy – Francja – Hiszpania – Gibraltar – Londyn. W londyńskim sztabie zdała gen. Władysławowi Sosnkowskiemu relację z sytuacji w okupowanym kraju, prosiła o uregulowanie praw kobiet-żołnierzy w Wojsku Polskim oraz usprawnienie łączności kurierskiej między Warszawą a Londynem. Do Polski wróciła we wrześniu 1943 r. zrzucona na spadochronie w ramach akcji „Neon 4”, dzięki czemu jako jedyna kobieta znalazła się w elitarnym gronie 316 cichociemnych.

W 2006 r. jako druga Polka w historii awansowana na stopień generała brygady. Dama Orderu Orła Białego.

Urodzona 19 marca 1909 r. w Toruniu, córka Władysława i Marianny z domu Nowak. Ukończyła Żeńskie Gimnazjum Humanistyczne i matematykę na Uniwersytecie Poznańskim. Jeszcze na studiach wstąpiła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet, będąc najpierw instruktorką, a później komendantką Regionu Śląskiego PWK w Katowicach.

We wrześniu 1939 r., jako żołnierz Kobiecego Batalionu Pomocniczej Służby Kobiet, uczestniczyła w obronie Lwowa. Współorganizowała struktury SZP-ZWZ na Górnym Śląsku, do końca okupacji w Armii Krajowej. Brała udział w tajnych kompletach.

Pod koniec 1940 r., jako perfekcyjnie władająca językiem niemieckim, została przydzielona do Wydziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej AK (kolejne krypt. „Zenobia”, „Łza”, „Załoga”, „Zagroda”). Organizowała szlaki kurierskie do Londynu, szkoliła kurierów. Sama ponad 100 razy przekroczyła granicę Rzeszy, przenosząc meldunki i raporty. Do Warszawy powracała z pocztą i pieniędzmi. Wielokrotnie uniknęła aresztowania przez Gestapo, które poszukiwało ją listami gończymi.

W ramach Wojskowej Służby Kobiet brała udział w powstaniu warszawskim w Śródmieściu. Wyszła ze stolicy z ludnością cywilną. W Krakowie odbudowywała zerwaną łączność z Londynem. To „Zo” skutecznie odprawiła do Londynu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i jego żonę Jadwigę w grudniu 1944 r.

Działała w Delegaturze Rządu na Kraj oraz Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość, pracowała też jako urzędniczka i nauczycielka. 5 września 1951 r. aresztowana przez UB i po ciężkim śledztwie skazana na 10 lat więzienia, na wolność wyszła 24 lutego 1955 r. Wróciła do pracy w szkolnictwie i pracy naukowej.

W 1976 r. wyjechała na kwerendę do Studium Polski Podziemnej w Londynie, a po powrocie spotkała ją fala represji i szykan ze strony władz komunistycznych. Nie mogła kontynuować badań naukowych, i po długiej chorobie została zmuszona do odejścia na wcześniejszą emeryturę.

Gromadzone przez nią od lat 60. XX wieku materiały stały się podstawą utworzonej w 1990 r. Fundacji „Archiwum Pomorskie Armii Krajowej”. Założyła Koło Kombatantów AK przy Komisji Krajowej „Solidarności”, w 1986 r. współorganizowała w Toruniu Klub Historyczny, a w 1988 r. ogólnopolskie stowarzyszenie byłych żołnierzy AK. Zmarła 10 stycznia 2009 r., pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu.

Ekipa TVP 3 Łódź niewpuszczona na konferencję w Urzędzie Miasta Łodzi. Protest CMWP SDP

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko odmowie udzielania informacji i nie dopuszczanie do uczestnictwa w konferencji  prasowej  Prezydenta Miasta Łodzi dziennikarzy TVP 3 Łódź. Jest to naruszenie konstytucyjnej zasady wolności słowa i dostępu do informacji, która szczególnie obowiązuje władze publiczne każdego szczebla.

Ekipa łódzkiego oddziału Telewizji Polskiej nie została wpuszczona na konferencję prasową w łódzkim Urzędzie Miasta 14 lutego b.r. Nie dostaliście zaproszenia od nas, nie zapraszamy was na tę konferencję – wypowiada się w telewizyjnym nagraniu emitowanym w TVP Łódź rzecznik prasowy prezydent miasta Marcin Masłowski. Należy przy tym zauważyć, iż w/w konferencja prasowa była poświęcona obywatelskiemu głosowaniu mieszkańców Łodzi mających decydować, w jaki sposób miasto wyda pieniądze z rządowego Programu Inwestycji Strategicznych, informacje przekazywane na tej konferencji były więc szczególnie istotne z punktu widzenia interesu społecznego widzów regionalnej telewizji publicznej w Łodzi. Niczym nieuzasadniona decyzja o wyeliminowaniu z konferencji prasowej władz miasta dziennikarzy publicznego nadawcy jest niezrozumiała i absolutnie niedopuszczalna w świetle obowiązującego prawa oraz zwyczajowych zasad życia społecznego. Szczególnie bulwersujące jest przy tym to, iż wg informacji TVP Łódź, redakcja Łódzkich Wiadomości Dnia nie otrzymuje oficjalnych informacji o miejskich konferencjach już od kilku miesięcy .

CMWP SDP podkreśla, iż w ten sposób władze miasta Łodzi łamią konstytucyjną zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która to obejmuje nie tylko wolność wyrażania swoich poglądów, ale także pozyskiwania (i rozpowszechniania) informacji.  Ponadto poprzez uniemożliwienie wykonywania zadań dziennikarskich ekipie TVP 3 Łódź Marcin Masłowski naruszył  także Prawo Prasowe, o którego przestrzeganie wykonując funkcję rzecznika prasowego szczególnie powinien dbać i zabiegać.

CMWP SDP pragnie także  podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są zarówno instytucje państwowe oraz inne organizacje działające w przestrzeni publicznej. Opisana praktyka wykluczania niektórych dziennikarzy z dostępu do informacji budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by opisane wyżej działania przedstawicieli władz samorządowych w Łodzi miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 15 lutego 2022 r.

„Kryterium ilościowe jest zawodne, sprzyja komercjalizacji”. Jolanta Hajdasz o sposobach oceny mediów w PR 24

– Kryterium ilościowe – słuchalności czy oglądalności – to tylko jedno z kryteriów. I jest ono zawodne. Generalnie sprzyja wyłącznie komercjalizacji mediów, patrzeniu na media jak na biznes. Żeby móc zarobić, trzeba pokazać wyniki  ilościowe. To psuje ogląd świata, psuje tę funkcję mediów, jaką jest informacja – podkreśliła w Polskim Radiu 24 Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. 10 lutego b.r. była ona gościem audycji „Szkiełko i oko” prowadzonej przez red. Dorotę Kanię . 

Pod koniec stycznia b.r. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów rozpoczął kontrolę badań radiowych w Grupie RMF, Eurozet, Grupie Radiowej Agory i Grupie ZPR Media, które tworzą  organizację  „Komitet Badań Radiowych” , a ona z kolei nadzoruje badanie Radio Track realizowane na zlecenie KBR przez Kantar Millward Brown. Komitet Badań Radiowych formalnie jest tylko „porozumieniem”, nie ma osobowości prawnej. W styczniu b.r. Polskie Radio S.A. oraz   regionalne rozgłośnie publiczne zrzeszone w Audytorium 17  tworzące  Związek Pracodawców Mediów Radiowych MOC Radio zrezygnowały z zakupu w bieżącym roku badań Radio Truck ze względu na ich wątpliwą jakość.

Prowadząca audycję Dorota Kania zaznaczyła, iż Polskie Radio jest w czołówce najbardziej opiniotwórczych mediów w Polsce, ale z drugiej strony, według badań prywatnych, ma ono najniższą słuchalność. Zdaniem Jolanty Hajdasz „najważniejszą rzeczą jest uświadomienie sobie, co jest głównym kryterium oceny danego medium.  – Już dawno odeszliśmy od tego, żeby oceniać media jedynie poprzez pryzmat ilościowy: wskaźnik, który mówi o tym, ile osób ogląda telewizję, ile osób kupuje gazetę, ile osób klika na portalu czy ile osób słucha danej rozgłośni radiowej – podkreśliła dyrektor. – Przy nadprodukcji, jaką mamy dzisiaj w mediach, to kryterium jest jednym z wielu. Jest ono zawodne i generalnie sprzyja tylko i wyłącznie komercjalizacji mediów, patrzeniu na media jak na biznes, na to, że ktoś musi zarobić. A żeby móc zarobić, trzeba pokazać wyniki – właśnie ilościowe. To psuje ogląd świata, psuje tę funkcję mediów, jaką jest informacja. Psuje też funkcję kontrolną mediów w stosunku do pozostałych władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Słuchalność, w przypadku radia, jest zatem jednym z kryteriów – powiedziała Jolanta Hajdasz.Jak podkreśliła, „jeśli chodzi o rynek radia w Polsce, to mamy z tym bardzo duży problem”. – Ponieważ to, co nazywamy badaniem słuchalności radia prowadzonym przez Komitet Badań Radiowych, w rzeczywistości jest sondażem przygotowywanym przez komercyjne rozgłośnie, które na rynku dominują – zaznaczyła.

– W ich interesie jest to, aby tego typu badania były dla nich korzystne, a niekorzystne dla tych, którzy mają inne kryteria. Myślę, że do takich właśnie rozgłośni – obok rozgłośni o charakterze społecznym – należy Polskie Radio. To radio publiczne, które ma do wykonania o wiele więcej zadań, niż tylko walka o słuchalność – dodała rozmówczyni PR24.

Według niej „łatwo było o słuchalność, kiedy rynek medialny w Polsce był ubogi”. – Wtedy radio było głównym źródłem muzyki czy informacji na żywo. Wtedy słuchalność była głównym kryterium. Obecnie kryterium słuchalności jest absolutnie zawodne, a poza tym badanie w tym zakresie jest wadliwie robione – podsumowała Jolanta Hajdasz.

W 2018 r. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zadeklarowała chęć wsparcia  przygotowania jednoźródłowego badania we współpracy z uczestnikami rynku. Inicjatorem tych działań jest przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski, który powołał Krajowy Instytut Mediów (KIM), koordynujący te prace.

Cała audycja jest TUTAJ.

Światowy Dzień Radia obchodzony pod hasłem „Radio i zaufanie”

13 lutego obchodzony będzie Światowy Dzień Radia. Proklamowany 11 lat temu przez UNESCO ma zwrócić uwagę na znaczenie tego środka przekazu na świecie. W tym roku hasłem przewodnim jest „Radio i zaufanie”.

Światowy Dzień Radia ogłoszony został na 36. Sesji Konferencji Generalnej UNESCO w listopadzie 2011 roku, a dwa lata później zatwierdzony przez Zgromadzenie Ogólne ONZ jako dzień międzynarodowych obchodów. Wybrana data 13 lutego upamiętnia dzień, w którym w 1946 roku zainaugurowana została działalność rozgłośni Narodów Zjednoczonych.

Jak podkreśla UNESCO, obchody ŚDR służą zwrócenia uwagi na znaczenie radia na świecie oraz zachęceniu do inwestowania w publiczny dostęp do informacji za pośrednictwem tego środka przekazu.

Hasłem tegorocznych obchodów jest „Radio i zaufanie”, a koncentrować się one będą wokół trzech zagadnień:  „Zaufanie do dziennikarstwa radiowego. Tworzenie niezależnych, wysokiej jakości treści”; „Zaufanie a dostępność. Dbałość o odbiorców”; „Zaufanie a rentowność stacji radiowych. Zapewnienie konkurencyjności”.

UNESCO zachęca rozgłośnie radiowe do aktywnego uczestnictwa w obchodach Światowego Dnia Radia . Więcej informacji można znaleźć TUTAJ.

opr. jka, źródło: UNESCO

PIOTR SAMOLEWICZ: Od korektora do pisarza, kariera Tadeusza Dołęgi-Mostowicza

Tadeusz Dołęga – Mostowicz nim zasłynął jako autor poczytnych powieści, z wielkim powodzeniem i narażeniem życia parał się dziennikarstwem. 

Zamach na młodego korektora i felietonistę chadeckiego dziennika „Rzeczpospolita”, jakim był Mostowicz, przeszedł do legendy II Rzeczypospolitej. Jego przebieg drobiazgowo opisuje Jarosław Górski w książce swojego autorstwa „Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza” (Warszawa 2021). Do zamachu doszło 8 września 1927 roku, gdy Tadeusz Mostowicz wracał wieczorem do domu z długiego dyżuru w „Rzeczpospolitej”. Gdy wysiadł z tramwaju na placu Narutowicza, zajechały mu drogę dwa auta, wyskoczyło z nich siedmiu rosłych mężczyzn i obiło pałkami. Następnie napastnicy zaciągnęli nieprzytomną ofiarę ataku do auta, skuli i zakneblowali  i wywieźli do sękocińskiego lasu (drugi wóz odjechał z miejsca zdarzenia). Po pół godzinie jazdy Mostowicz został wywleczony z samochodu i wepchnięty do rowu. I znów musiał przyjąć na  ciało mocne uderzenia pałkami. Napastników było pięciu z kierowcą. Znęcali się nad Mostowiczem niemiłosiernie i krzyczeli, że biją go „za pisanie  o Marszałku”. Potem zostawili go w lesie ukontentowani dobrze wykonaną robotą i odjechali. Mostowiczowi udało się dowlec do szosy krakowskiej i wrócić do stolicy zatrzymaną chłopską furmanką.

Prowadzący śledztwo prokurator Świątkowski dzięki zeznaniom świadków szybko odkrył, że niepokorny dziennikarz został porwany czarnym buickiem o typie nadwozia torpedo z dużym kufrem z rejestracją świadczącą o tym, że należy do wojewody poleskiego. Potem okazało się, że rejestracja została zdjęta z wozu wojewody i przykręcona do samochodu należącego do komendanta głównego policji pułkownika Janusza Jagryma-Maleszewskiego. Z książki wyjazdów w garażu MSW prokurator dowiedział się, że w czasie porwania i napadu  z czarnego  buicka korzystał porucznik Bolesław Kusiński, były żołnierz POW i  Legionów, bohater wojny z bolszewikami, były oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, oddany piłsudczyk. Kusiński przyznał się do tego, że wypożyczył samochód komendanta policji, ale zakrył się honorem oficerskim przed wyjawieniem, w jakim celu to uczynił. Nie przyznał się natomiast do zamiany rejestracji i zamachu na Mostowicza. Do końca nie wiadomo, kim byli pozostali pałkarze. Po Warszawie krążyły plotki, że należeli oni do milicji PPS i że w napaści mógł wziąć udział jej szef Józef Łokieć, mający powiązania z półświatkiem i policją. Sprawę Kusińskiego rozstrzygał sąd wojskowy i jak można się domyślać został on  uniewinniony. O okolicznościach zamachu został szczegółowo poinformowany przez szefa MSW marszałek Piłsudski.

Jarosław Górski w obliczu wielu błędów popełnionych przez napastników wysuwa hipotezę, że mogły być elementem jakiegoś planu, może nie do końca udanego, ale jednak planu, zakładającego wiedzę, kto pobił Mostowicza dla postrachu innych pismaków i wytworzenia sugestii, że na zlecenie jakiejś „góry”. Czas w Polsce po przewrocie majowym był gorący, dochodziło do częstych ulicznych awantur i ataków na dziennikarzy i inne znane osoby, kilka miesięcy po zamachu na Mostowicza został dotkliwie pobity przez dwóch podwładnych Józefa Łokcia, Franciszka Sieczko i Jędrzeja Kowalskiego, prawicowy pisarz i publicysta Adolf Nowaczyński. Niewykluczone, że ci dwaj brali też udział w pobiciu Mostowicza.

Zamach na popularnego dziennikarza był szeroko komentowany przez ówczesną prasę. Choć podpisywał on swoje felietony inicjałem T.M i pseudonimem C. Hr. Zan,   był rozpoznawany jako autor odważnych politycznych tekstów krytykujących sanację za tworzenie koterii, za powstanie tzw. czwartej brygady, czyli nowej elit niewywodzącej się z kręgów dawnych legionistów, wreszcie domagał się uwolnienia generałów WP, którzy podczas zamachu majowego opowiedzieli się po stronie legalnych władz i wyjaśnienia zaginięcia gen. Włodzimierza Zagórskiego.

Ale najważniejsze że Dołęga-Mostowicz nie przestraszył się i nie zrezygnował ze swojej odważnej felietonistyki i komentowania życia codziennego, obyczajowego i politycznego Polski. Jego dziennikarską i wczesną nowelistyczną twórczość przypominają  antologia „Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski” (Warszawa 2021) w wyborze wspomnianego już Jarosława Górskiego, oraz pięć tomów Wydawnictwa Akademickiego Dialog, jeden  nich nosi tytuł „Dwór polski. Kresy i polityka wewnętrzna”.

Nie polecałbym tych książek Czytelnikom  bez świadomości ich dużej wartości. Lekturze małych, użytecznych form Mostowicza towarzyszy uczucie satysfakcji z obcowania z inteligentnym autorem. Niektóre z nich są oczywiście obciążone publicystyczną doraźnością, ale mimo tego nie tracą  na wartości, inne są w większym stopniu ponadczasowe. Skrzą się humorem i celnymi obserwacjami. W jednym z pomieszczonych w „Dworze polskim” tekście Mostowicz naśmiewa  się z króla Afganistanu, który w Moskwie „schyla koronowaną głowę w hołdzie przed grobem twórcy bolszewizmu, królobujcy, burzyciela tronów”, czyli Lenina. A oto jak dziennikarz puentuje swój krótki tekst o lwowskich oszustach, którzy urządzili płatny casting do filmu kręcąc zdjęcia nie kamerą a maszynką do mielenia kawy: „Sanacja kręci korbą. Przed aparatem tajemniczo przykrytym czarną zasłoną milczenia przesuwa się wąż krygujących się i strojących miny adeptów polityki”. Mostowicz nie przebiera też w środkach w felietonie „Patrzaj, Basiu…”, w którym naśmiewa się z nieszczerego świętowania 3 maja, które polega na „obchodzeniu Konstytucji 3 maja”. Mocny tekst napisany w 1928 roku, czyli już po pobiciu Mostowicza, ale bez cienia nienawiści. W tomiku opracowanym przez Jarosława Górskiego znajdziemy teksty jeszcze bardziej smaczne literacko i wykraczające poza ramy prasowego komentarza w stronę humoreski i  satyrycznej nowelki. Boki można zrywać czytając tekścik „Wywiad z nieboszczykiem”, w którym dziennikarz opisuje salonowe zabawy z wywoływaniem duchów. Jako niedowiarek prosi ducha o to, by wskazał, gdzie jest gen. Zagórski? Ektoplazma mu  odpowiada: „- Panie, pan jest redaktorem, i zadaje mi pan takie pytanie?! Czy pan chce, żeby mnie… skonfiskowano?” „Wywiad z nieboszczykiem” należy do grupy tekstów opartych na dialogu, wyrazistej anegdocie i puencie. To właśnie po nich widać, że przyszły twórca „Kariery Nikodema Dyzmy” i „Znachora” wprawiał się w literackie rzemiosło, że już w latach 1925-1929, gdy regularnie pisał felietony, myślał o pisarskiej karierze. Felietony wychodziły spod ręki dziennikarza bardzo szybko. Improwizował w nich jak uliczny grajek. „Jego starsza siostra Janina wspominała w rodzinnych rozmowach, że redaktorzy potrafili wydzwonić Tadeusza w kawiarni hasłem: „brakuje tekstu” a on ołówkiem na serwetce pisał felieton lub nowelę, zanim goniec zdążył dobiec z redakcji” – pisze Jarosław Górski we wstępie do „Pechowego literata”. Z tą samą sprawnością Dołęga-Mostowicz pisał też powieści na zamówienie w odcinkach. Dzięki nim różne gazety, niekoniecznie endeckie, podnosiły swoje nakłady, a sam pisarz zaczynał coraz lepiej zarabiać. Mostowicz dziennikarz zaczął znikać stopniowo z łam gazet w 1929 roku, by pojawić się w nich w 1930 jako autor odcinkowej powieści „Ostatnia brygada” o polskim awanturniku Andrzeju Dowmuncie, który dorobił się fortuny w Afryce (ale wg  Górskiego i innego badacza twórczości Mostowicza, Józefa Rurawskiego, prawdziwym jego powieściowym debiutem były napisane wcześniej, ale później wydane „Kiwony”). W grudniu 1930 roku na łamach dziennika „ABC” zaczęła  ukazywać się w odcinkach „Kariera Nikodema Dyzmy” stanowiąca obraz wielkiego kryzysu gospodarczego w Polsce z aluzjami do ludzi ze świecznika. Kiedy 2 maja 1931 roku cenzor zatrzymał numer „ABC” z kolejnym mocnym odcinkiem „Kariery…”, gwiazda  Dołęgi-Mostowicza świeciła już mocno na rynku literatury popularnej. Wtedy też zaczęła się rodzić legenda „Kariery…” jako zemsty pisarza za jego pobicie kilka lat temu. Pisarz żądny sławy i pieniędzy podtrzymywał tę legendę. „Kariera Nikodema Dyzmy” jest ważną książką w dorobku Mostowicza także dlatego, że wprowadza do naszej literatury typ silnego, ale jednocześnie niekoniecznie moralnego człowieka, który w zderzeniu ze społeczną materią za wszelką cenę chce odnieść zwycięstwo.

I w tym miejscu wypada zakończyć opisywanie dziennikarskiego rozdziału w bogatym życiu Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Mostowicz do 1939 publikował kolejne powieści, natomiast rzadko już felietony, interesował się także kinem, pisał scenariuszowe adaptacje swoich powieści. W 1939 roku zaczął współpracę z Hollywood, którą przerwał wybuch II wojny światowej. Wzięty pisarz zginął 20 września 1939 roku w Kutach jako kapral WP zastrzelony przez patrol sowiecki. Wykazał się patriotyzmem, nie uciekając z kraju przed wojenną nawałnicą. W Kutach mocnym akcentem przypieczętował swoją sensacyjno-melodramatyczną twórczość, w której starał się oprócz rozrywki przekazywać także poważne moralne i społeczne treści.

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.