W poniedziałkowy poranek nie wyemitowano wywiadów z cyklu „Salon Polityczny Trójki”. Prowadzącą tę audycję Beata Michniewicz poszła na zaplanowany urlop.
Po zamieszaniu wokół Listy Przebojów Trójki z rozgłośni odeszło wielu dziennikarzy i z anteny spadają kolejne audycje. W ubiegłym tygodniu były kłopoty za zapełnieniem grafiku „Zapraszamy do Trójki”. W ostatni piątek zaś nie wyemitowano nowego wydania Listy Przebojów.
„Dziś po godzinie 19.00 zagramy przeboje znane z trójkowej anteny. Czynimy tak z szacunku dla słuchaczy i wszystkich prowadzących ten kultowy program, a przede wszystkim dla Marka Niedźwieckiego, który zdecydował się zakończyć współpracę z Programem 3 Polskiego Radia” – poinformowano.
Wyniki głosowania zamieszono jedynie na stronie internetowej listy. Na pierwszym miejscu znalazła się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
W czwartek Monika Kuś z biura zarządu Polskiego Radia zakomunikowała, że trwają prace nad nową ramówką Trójki. „Kierownictwo Anteny przygotowuje obecnie nową, atrakcyjną ofertę programową” – stwierdziła.
Kąkolewski mówił, że aby opisać daną historię, najpierw musiała go ona zafascynować osobiście jako człowieka, a dopiero później oceniał ją pod kątem materiału na reportaż. Twierdził, że nie ma czegoś takiego jak bezstronne czy obiektywne opisanie rzeczywistości, bo żaden reporter nie jest w stanie zdystansować się do otaczającego świata, ale posiada własne odczucia i przemyślenia – mówi Marta Sieciechowicz, autorka wywiadu-rzeki z Krzysztofem Kąkolewskim „Potwór z Saskiej Kępy” w rozmowie z Tomaszem Nowakiem.
Joanna i Krzysztof Kąkolewscy, lata 90. XX w., źródło: M. Sieciechowicz, „Potwór z Saskiej Kępy”, Wyd. von Borowiecky, Warszawa 2009.
Mija piąta rocznica śmierci wybitnego reportażysty Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015). Co po nim zostało w polskim reportażu?
Był jednym z twórców i „ojców założycieli” polskiego reportażu powojennego. Zostawił po sobie ogromny dorobek przede wszystkim w dziedzinie reportażu prasowego, który przyniósł mu największą sławę w latach 60 i 70. XX wieku. Był wtedy prawdziwą gwiazdą, o Ryszardzie Kapuścińskim czy Hannie Krall mało kto wówczas słyszał, chociaż byli rówieśnikami. Zaczynał jako reporter interwencyjny, czyli śledził afery gospodarcze lub kryminalne. Dzisiaj nazywane jest to dziennikarstwem śledczym. Później zaczął wydawać książki z gatunku literatury faktu, a jego największe dzieła to: „Jak umierają nieśmiertelni”, „Co u pana słychać?”, „Wańkowicz krzepi”, „Baśnie udokumentowane”, „Dziennik tematów”. Z późniejszych zaś to przede wszystkim „Umarły cmentarz” – zapis drobiazgowego śledztwa w sprawie tzw. pogromu kieleckiego z 1946 r. opublikowany w 50. rocznicę wydarzeń oraz trylogia „Generałowie giną w czasie pokoju” – dziennikarskie śledztwo m.in. w sprawie morderstwa byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony, komendanta głównego policji gen. Marka Papały, ministra sportu Jacka Dębskiego.
Warto wspomnieć, że Kąkolewski był także autorem książek beletrystycznych.
O tym już mało kto pamięta, ale na podstawie jego najbardziej znanego kryminału „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” został nawet nakręcony film z Zygmuntem Hübnerem w roli głównej. Kąkolewski był współautorem scenariusza i zagrał w nim małą rólkę. Starał się także ująć pojęcie reportażu w ramy teoretyczne, zdefiniować, czym jest reportaż. To on jest autorem hasła „reportaż” w „Słowniku literatury polskiej XX wieku”. Spod jego pióra wyszło kilka teoretycznych rozprawek na temat reportażu jako gatunku literackiego. Przez 40 lat prowadził także seminarium z reportażu na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, jego uczennicami były m.in. Barbara Wachowicz i Joanna Siedlecka.
Melchior Wańkowicz, który nazwał Kąkolewskiego „profesorem reportażu”, ocenił opisywanych przez niego bohaterów, że nie są ani świętymi, ani szujami. Co decydowało o wyborze przez Kąkolewskiego bohaterów i tematów reportaży?
Kąkolewski mówił, że aby opisać daną historię, najpierw musiała go ona zafascynować osobiście jako człowieka, a dopiero później oceniał ją pod kątem materiału na reportaż. Twierdził, że nie ma czegoś takiego jak bezstronne czy obiektywne opisanie rzeczywistości, bo żaden reporter nie jest w stanie zdystansować się do otaczającego świata, ale posiada własne odczucia i przemyślenia. Tę mityczną dziennikarską bezstronność mogło tylko zastąpić ukazanie danej historii z różnych stron, słowami uczestników głównych bohaterów, świadków, znajomych. Czynnikiem decydującym była więc jego ciekawość świata i drugiego człowieka, mechanizmy, jakie rządzą jego postępowaniem, motywacje. Tematy, które poruszał, często były związane z nim samym i jego przeżyciami, bardzo często z wojną, która wybuchła, gdy miał 9 lat i przez którą stracił ojca we wrześniu 1939 r. w obronie Warszawy.
„Literatura faktu, która uzależniona jest od materiału wydobywanego z życia, wymaga pewnych specyficznych technik, które dotąd są właściwie nieznane i same w sobie są fascynujące” – stwierdził Kąkolewski. Co miał na myśli? Czy nie wystarczy rzetelnie opisać to, co się widzi i wie na podstawie wiarygodnych źródeł?
Myślę, że Kąkolewski mówił o pewnych predyspozycjach do zawodu reportera. Główną i podstawową jest wspomniana już przeze mnie ciekawość świata i drugiego człowieka. Człowiek i jego historia jest w centrum zainteresowania reportera. „Rzetelny opis” może być zastosowany np. do opisu wieżowca, tzn. ile ma pięter, jaki jest kolor tynku. Z ciekawością świata wiąże się intuicja, która jest cechą wrodzoną, talentem, „iskrą Bożą” daną nam za darmo.
Która albo jest, albo jej nie ma.
Tak, podobnie wewnętrzna wrażliwość, umiejętność obserwacji, spostrzegawczość i fundamentalna dla reportera umiejętność słuchania, zwrócenie się do bohatera, zainteresowanie jego losem, za co on odwdzięcza się swoją historią. Uważam, że największym sukcesem pisarza i reportera jest usłyszeć od rozmówcy słowa: „jeszcze nikomu tego nie mówiłem, pani/panu pierwszej/pierwszemu to opowiadam”. Być może jest to umiejętność z pogranicza psychoterapii, psychiatrii czy psychologii. Umiejętność empatii, życzliwości w stosunku do drugiego człowieka, wydaje się być kluczowa. Wielu z nas patrzy i słucha, ale tylko nieliczni widzą i słyszą. Kąkolewski do nich należał. Dzięki temu potrafił ujrzeć w losach swych bohaterów to, czego oni sami nie potrafili, bo nie widzieli się w kontekście, w dystansie, w całej historii. On tę historię, dzięki nim tworzył. Podobnie było ze zdarzeniami… Można powiedzieć w uproszczeniu, że Kąkolewski wiązał je w fabułę, odkrywając przed czytelnikiem ich ukryte przyczyny, przebieg i konsekwencje. Wiedział, że nie ma przypadków i to pozwalało mu odkrywać konkretną historię i podawać czytelnikowi jakby mówiąc: widziałeś dom, a nie zobaczyłeś domowników, widziałeś domowników, a nie zobaczyłeś, że nie stanowią domu…
Co było dla niego podstawą warsztatu reporterskiego?
Warsztat reportera jest czymś bardzo indywidualnym. Melchior Wańkowicz napisał o tym w „Karafce La Fontaine`a” gdzie szczegółowo opisał m.in. metodę sporządzania kartoteki do książki. To było przed erą komputerów, więc gromadził kilogramy papierowych fiszek selekcjonowanych według z góry ustalonego planu. Kąkolewski twierdził z kolei, że „plan to najgorsza rzecz, jaką można zrobić”. Podstawą jego pracy była wspomniana już umiejętność znalezienia bohatera-tematu. Nie trzeba zastrzegać numeru telefonu, a ludzie sami się odezwą – mówił Kąkolewski miał zdolność maksymalnej koncentracji np. w czasie rozmowy z bohaterem i notowania – to było przed erą dyktafonów – najważniejszych rzeczy podczas rozmowy. Uważał, że dyktafon rozleniwia, powoduje, że stajemy się mniej czujni w czasie rozmowy, a konieczność notowania powoduje maksymalne skupienie na temacie i rozmówcy.
W jaki sposób selekcjonował fakty?
Wykorzystywał swoją wysoko rozwiniętą zdolność dedukcji, kojarzenia wydarzeń, słów i opowieści, które w trakcie zbierania materiałów do książki, potrafił powiązać z innymi, na pozór niemającymi związku z głównym tematem. W praktyce wyglądało to tak, że notatki, fotografie czy zapisane przemyślenia umieszczał w podpisanych odpowiednio kopertach, które odpowiadały poszczególnym wątkom w temacie. Takich kopert mogło być kilkadziesiąt, niektóre nie zostały wykorzystane, niestety, przed jego śmiercią i mogą do dziś skrywać sensacyjne informacje.
Kąkolewski eliminował potoczność z wypowiedzi bohaterów swoich reportaży. Czy to nie sprawiało, że ich słowa traciły naturalność i stawały się sztuczne?
Czym innym jest język mówiony, a czym innym pisany. Inaczej pisze się do gazety, a inaczej pisze się książkę. Redakcja wypowiedzi nie może spowodować wypaczenia jej sensu, należy także pozostawiać specyficzne dla danej osoby cechy wypowiedzi, np. regionalizmy czy powiedzenia gwarowe. Nie ma to nic wspólnego ze sztucznością, raczej jest to szlifowanie tekstu. U każdego pisarza wygląda to inaczej. Hanna Krall twierdziła, że im mniej słów, tym lepiej. Z kolei Wańkowicz był „wielbicielem” słowa, typem staropolskiego gawędziarza, który swoje opowieści mógł pisać, pisać i pisać… Takie pisanie jest już sztuką, ale, jak wiadomo, u podstaw każdej sztuki jest rzemiosło.
Bohater naszej rozmowy podkreślał znaczenie gatunku dziennikarskiego, jakim jest wywiad. Czy zawsze w wywiadzie wszystko zależy od dziennikarza? Czy miejsce przeprowadzania rozmowy miało dla niego znaczenie?
Na początku był wywiad, czyli rozmowa – tak można by rozpocząć historię dziennikarstwa. Znalezienie bohatera to połowa sukcesu, ale można go zmarnować poprzez nieumiejętne przeprowadzenie rozmowy. Podstawą jest zainteresowanie i zaangażowanie w los bohatera. To od dziennikarza zależy, czy bohater się otworzy i opowie swoją historię, czy nie. Dlatego niedopuszczalne jest okazywanie wrogości wobec swojego rozmówcy, walka z nim czy potępianie w trakcie rozmowy. Napastliwość dziennikarska, tak dzisiaj rozpowszechniona w mediach, nie ma nic wspólnego z prawdziwym reportażem. Miejsce przeprowadzenia rozmowy, jak twierdził Kąkolewski, ma znaczenie psychologiczne dla naszego rozmówcy. Nie lubił umawiać się w mieszkaniach prywatnych swoich bohaterów. Uważał, że to ich rozprasza, czy wręcz rozleniwia, dlatego najchętniej umawiał się na terenie neutralnym, w miejscach publicznych, bo tam mógł zaobserwować swojego bohatera i jego reakcje w obcym otoczeniu; w swoim domu, na swoim terenie, był przewidywalny, czuł się pewnie, mógł górować nad reporterem. To są techniki warsztatowe, bardzo indywidualne dla każdego pisarza, wykształcone w ciągu lat praktyki, niepowtarzalne i nieprzekazywalne.
Znakomita większość jego reportaży powstała w PRL. Jaki wpływ na ich tematy miała sytuacja polityczna i cenzura?
Kąkolewski wspominał, że na wielu spotkaniach autorskich pytano go, dlaczego nie zajął się sprawą Katynia, tylko zbrodniami hitlerowskimi. Pomijając już próby relatywizacji tych zbrodni, z czym mamy dziś do czynienia, podobnie zresztą jak w okresie PRL, choć oczywiście wektor się przesunął i jest teraz skierowany na wschód, to Kąkolewski niezmiennie odpowiadał, że ukształtowała go wojna z Niemcami, i pisał o tym, co dotknęło go osobiście w dzieciństwie. Stąd także wybór tematów, m.in. jego słynna książka „Co u pana słychać?” – seria wywiadów z nieosądzonymi zbrodniarzami hitlerowskimi, która ukazała się w połowie lat 70. Temat, wydawałoby się wtedy bezpieczny, a jednak spotkał się z ostrą krytyką. Podobnie było z inną książką „Jak umierają nieśmiertelni” – temat był bardzo nośny medialnie, ale także określany jako „pochodzący ze zgniłego zachodu”. Mógł sobie pozwolić na takie tematy, kiedy już zdobył pewien rozgłos po kilkunastu latach pracy jako reporter kryminalny i opisujący także wiele afer gospodarczych – takie tematy były dopuszczalne w PRL-u, a wręcz oklaskiwane ze względu na starania władzy o „piętnowanie” postaw antysocjalistycznych. Kąkolewski miał także poparcie Jerzego Putramenta i Romana Bratnego, czego nigdy się nie wypierał i do końca życia był im wdzięczny za m.in. pomoc w wyjeździe do RFN czy USA. Przyglądając się działalności twórczej Kąkolewskiego w okresie PRL musimy ponadto wziąć pod uwagę uwarunkowania, jakim twórczość literacka podlegała wówczas, ale i podlega dziś, tj. po 1989 r. Kąkolewski działał w sytuacji typowej dla polskiego twórcy od ponad 300 lat, ale jednak – przynajmniej w latach 50. XX w. – uskrajnionej. Ten twórca musi przede wszystkim nauczyć się wykorzystać krótkie momenty między kolejnymi formami okupacji i zniewolenia. Kąkolewski miał tę umiejętność, ale za jej zastosowanie w konkretnych wypadkach płacił ogromną cenę. Płacił ją nie tylko za możliwość realizacji swych pomysłów twórczych, reporterskich, literackich, ale przede wszystkim za możliwość życia. Dziś, póki co, twórca płaci za swą wolność tworzenia „tylko” jakością życia, jeśli śmiercią, to nie sensu stricto. W okresie młodości Kąkolewskiego męczeństwo nie było pluszowe. Heroizmu wymagajmy przede wszystkim od siebie, potem od sobie współczesnych, a wreszcie „unikajmy aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń”.
Dlaczego Melchior Wańkowicz nazywał Kąkolewskiego „szakalem, który czeka na padlinę”, a Stanisław Dygat mówił, że jest „potworem”?
Melchior Wańkowicz i Stanisław Dygat to jego najwięksi przyjaciele. Kąkolewski miał zwyczaj, że na każdym spotkaniu autorskim wspominał o nich przynajmniej w kilku słowach. Szanował ich, a ich zdanie o nim i jego twórczości bardzo sobie cenił. Te dwa określenia dotyczyły spraw zawodowych, opisują cierpliwość, wytrwałość i skuteczność Kąkolewskiego jako autora, pisarza i reportera. Więź z Wańkowiczem była dosyć specyficzna, ponieważ Wańkowicz otwarcie mówił, że nie bardzo lubi jego książki, a nawet, że nie bardzo je rozumie, ale jednak doceniał odrębność drogi pisarskiej Kąkolewskiego, pisał o nim i utrzymywał kontakt do śmierci. Efektem tej przyjaźni był wywiad-rzeka „Wańkowicz krzepi”. Dygata poznał najpierw poprzez jego książki, najpierw były „Pożegnania”, a potem „Jezioro Bodeńskie”. W Dygacie podziwiał przede wszystkim przenikliwość i intuicję, zdarzało się, że Dygat dzwonił do niego w czasie oglądania telewizji i mówił: „żebyś ty widział, jak facet kłamie, coś fenomenalnego”.
Spędziła pani sporo czasu z Kąkolewskim, czego owocem jest wywiad-rzeka zatytułowana „Potwór z Saskiej Kępy”. Chętnie o sobie opowiadał czy trzeba było wszystko mozolnie wyciągać z niego?
Był niezwykle i przerażająco inteligentnym człowiekiem. Rozmowa z nim wymagała olbrzymiej koncentracji i wysiłku, także fizycznego. Każde spotkanie trwało kilka godzin, a po Kąkolewskim, który miał już wówczas siedemdziesiąt kilka lat, w ogóle nie było widać zmęczenia. Kilkadziesiąt lat spędzonych na pracy twórczej sprawiło, że wiedział już na początku mojego pytania, o co chcę zapytać i odpowiadał bardzo obszernie, robiąc przy okazji dygresje, z których wyłaniał się nowy wątek rozmowy. Był niesłychanie grzeczny i uprzejmy, nigdy nie przerywał. Przy każdej rozmowie była obecna jego żona, Joanna Kąkolewska, która służyła pomocą i przypominała niektóre fakty czy daty. Sam wiele razy wspominał, że żona jest jego osobistym menedżerem, sekretarzem i ochroniarzem, że także w pracy twórczej jest więcej niż jego współpracownikiem.
Jakim był człowiekiem?
Sam o sobie mówił, że jest egoistą, egomanem i egocentrykiem, a jednocześnie był skierowany w 100 procentach w stronę rozmówcy.
Przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański ogłosił głosowanie w sprawie określenia liczby członków zarządu TVP, a także powołania członka zarządu TVP. Jedynym kandydatem był Jacek Kurski.
Jak tłumaczył Czabański w wypowiedzi dla portalu Wirtualnemedia.pl, z wnioskiem o poszerzenie składu zarządu o Jacka Kurskiego wystąpił p.o. prezesa TVP Maciej Łopiński. – Przyjęliśmy generalną, niepisaną zasadę w Radzie Mediów, że to prezes może formować zarząd. To nie wynika z prawnych przesłanek, ale prezes jako lider zespołu kierowniczego ma prawo do istotnego głosu przy formowaniu zarządów, więc ja ten wniosek pana Łopińskiego uznałem za trafny i poddałem go pod głosowanie – wyjaśniał przewodniczący RMN.
W piątek po południu okazało się, że powrót Jacka Kurskiego do zarządu TVP poparli członkowie rady rekomendowani przez PiS: Krzysztof Czabański, Joanna Lichocka i Elżbieta Kruk, a przeciw byli Juliusz Braun (rekomendowany przez PO) i Grzegorz Podżorny (zasiadający w radzie z ramienia Kukiz’15).
Marek Niedźwiecki złożył pismo przedprocesowe, w którym domaga się od Polskiego Radia i Telewizji Polskiej przeprosin za informacje sugerujące, że zmanipulował wyniki głosowania Listy Przebojów Trójki.
W oświadczeniu, które w czwartek pojawiło się w mediach, Niedźwiecki napisał:
„Jutro miało być 1999. notowanie Listy Przebojów Trójki. Dla mnie już go nie będzie. To nie jest dobry ani łatwy czas – ani dla Trójki, ani dla mnie.
Złożyłem dziś wezwanie przedprocesowe do władz Polskiego Radia i Telewizji Polskiej. Robię to nie tylko dla siebie, ale też dla Słuchaczy, bo stworzyliśmy wspólnie coś wyjątkowego. Oczekuję od wezwanych oficjalnych przeprosin oraz przekazania kwoty 10 tys. złotych na rzecz lekarzy walczących z pandemią.
Żegnam się z Trójką, ale nie z Ludźmi Trójki, bo wciąż jesteśmy RAZEM. To tylko tango…”
W piśmie przedprocesowym dziennikarz domaga się, aby Polskie Radio i TVP zamieściły oświadczenie, w którym każdy z nadawców „przeprasza Pana Marka Niedźwieckiego za rozpowszechnienie nieprawdziwej i niczym nieuzasadnionej informacji o rzekomych nieprawidłowościach dotyczących Listy Przebojów Programu Trzeciego”.
Marek Niedźwiecki odszedł z Trójki po zamieszaniu jakie wynikło wokół ostatniego notowania Listy Przebojów, po wygraniu piosenki Kazika Staszewskiego „Twój ból jest lepszy niż mój”. Dyrektor Programu 3 Polskiego Radia Tomasz Kowalczewski stwierdził, że wyniki LP zostały zmanipulowane. Cała sytuacji wywołała falę odejść wielu dziennikarzy Trójki.
Trwa akcja SDP i CMWP SDP wspierania prasy w czasie pandemii koronawirusa. Tym razem w jej ramach proponujemy lekturę „Kuriera Wieleńskiego”, miesięcznika „Debata” oraz magazynu kulturalno-społecznego „Kultura i Biznes”.
Kurier Wieleński nr 57/2020
W numerze m.in.: Obchody 100. urodzin św. Jana Pawła II; Co na szkolnej ławce – komputer czy drukowana książka?; Coraz więcej zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski.
W numerze m.in.: Ks. Jan Rosłan – Moje spotkania z Janem Pawłem II; Efektywniejsza dla nauki jest wolność – rozmowa z socjologiem dr. hab. Jackiem Poniedziałkiem; Zabawa ze św. Tomaszem w smutnych czasach.
W numerze m.in.: Katyń… ocalić od zapomnienia – 80. rocznica zbrodni; O książkach Romualda Karasia o majorze Sucharskim; Kult naturszczyka? O występach filmowych artystów bez aktorskiej proweniencji.
Przypominamy, że trwa akcja SDP i CMWP SDP, której celem jest wsparcie prasy drukowanej, dedykowana szczególnie tym gazetom, które wydawane są obecnie jedynie online, a przed pandemią koronawirusa były w sprzedaży w wersji papierowej, a teraz udostępnione zostały w sieci za darmo. Ze względu na skutki obostrzeń związanych z zagrożeniem koronawirusem prasa drukowana przeżywa coraz bardziej się nasilający kryzys związany z ograniczeniem możliwości jej promocji i przede wszystkim dystrybucji. Dlatego SDP postanowiło udostępnić swoje strony internetowe (sdp.pl, cmwp.pl) i bazę mailingową do nieodpłatnego promowania tych wydawnictw. Prosimy o nadsyłanie na adres – [email protected] – linków z dostępem do konkretnego numeru, będziemy je rozsyłać do naszych członków i wszystkich adresatów znajdujących się w naszej bazie mailingowej. Przypominamy, że SDP nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w tych gazetach, a prezentowane na ich łamach poglądy wyrażają stanowiska Autorów i Redakcji, a nie SDP.
Biuro Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zawiadamia, że tegoroczna gala wręczenia Nagród SDP zostaje przełożona na dzień 25 czerwca 2020 roku.
Już ponad 50 firm dołączyło do Solidarnościowej Akcji Radiowej Radia Wnet. Jej celem jest pomoc polskim przedsiębiorcom oraz organizacjom pozarządowym poprzez udostępnienie darmowego czasu reklamowego. Teraz przyjmowane są zgłoszenia na kampanie reklamowe, które będą emitowane na antenie w czerwcu.
W ramach S.A.R. Radio Wnet udostępnia czas reklamowy polskim przedsiębiorcom o wartości ponad 250 tys. zł. Akcja cieszy się ogromną popularnością, już w pierwszych dniach zgłosiło się do niej ponad pięćdziesiąt podmiotów, zapełniając majowe bloki reklamowe.
Wśród tych, którzy dołączyli do akcji są: Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, Tu Idea, Neoxal, IMAGO Printer, Muchomor. Aktualnie Radio WNET przyjmuje zgłoszenia na kampanie reklamowe, które będą emitowane na antenie w czerwcu.
Akcja promocyjna obejmuje emisję spotów reklamowych na falach FM w Warszawie i w Krakowie oraz na wnet.fm. W ramach S.A.R., każdy przedsiębiorca może otrzymać jednotygodniową kampanię o wartości 3000 zł.
Firmy, które chciałyby przystąpić do akcji, powinny wypełnić formularz na stronie www.wnet.fm/solidarni lub zgłosić się pisząc na adres [email protected]. Można wysłać gotowy spot lub zlecić jego przygotowanie Radiu Wnet po cenie odpowiadającej kosztom produkcji. Na stronie radia uczestnicy dowiedzą się jak poprawnie przygotować radiową reklamę. Po pozytywnym zweryfikowaniu firmy pod kątem wymaganych warunków, przedstawiciel radia poinformuje o szczegółach emisji reklamy na antenie. Ilość pakietów reklamowych jest ograniczona.
„Gość Niedzielny” w pierwszym kwartale 2020 roku stracił pozycję lidera sprzedaży wśród tygodników opinii. Wyprzedziła go „Polityka”.
Z danych Polskich Badań Czytelnictwa „Audyt ZKDP wynika, że średnia sprzedaż „Polityki” w pierwszym kwartale 2020 roku wyniosła 90 016 egz. i była o 4,40 proc. mniejsza niż w tym samym okresie rok wcześniej. Na drugą pozycję spadł „Gość Niedzielny”, którego wynik po spadku aż 20,97 proc., wyniósł 87 363 egz. Dystrybucja tego tygodnika w znacznym stopniu oparta jest na sprzedaży w kościołach. Natomiast z powodu pandemii koronawirusa we mszach świętych może uczestniczyć ograniczona liczba osób.
Na trzecim miejscu znalazł się „Newsweek Polska”, ze średnią sprzedażą na poziomie 67 633 egz. (spadek o 12,86 proc.).
Kolejne pozycje wyglądają następująco: „Sieci” – 34 712 egz. (spadek o 10,86 proc.), „Do Rzeczy” – 28 880 egz. (spadek o 7,97 proc.), „Tygodnik Powszechny” – 25 267 egz. (spadek o 8,67 proc.), „Gazeta Polska” – 21 479 egz. (spadek o 6,59 proc.), „Przegląd” – 14 336 egz. (spadek o 6,58 proc.).
W marcu 2020 roku natomiast średnia sprzedaż „Polityki”, wyniosła 88 177 egz., po spadku w stosunku do marca 2019 roku, o 4,77 proc., „Gościa Niedzielnego” – 68 003 egz., (spadek aż o 37,88 proc.) „Newsweeka Polska” – 67 875 egz. (spadek o 4,75 proc.), „Sieci” – 33 904 egz. (spadek o 15,37 proc.), „Do Rzeczy” – 28 981 egz. (spadek o 3,85 proc.), „Tygodnika Powszechnego” – 24 789 egz. (spadek o 7,09 proc.), „Gazety Polskiej” – 20 153 egz. (spadek o 12,20 proc.), „Przeglądu” – 13 709 egz. (spadek o 10,73 proc.).
Legendarny dziennikarz radiowy Piotr Kaczkowski, po 57 latach pracy, rozstaje się z Programem 3 Polskiego Radia.
O swojej decyzji poinformował w krótkim oświadczeniu, które zostało udostępnione w mediach społecznościowych.
„Dzień dobry Domku. Te słowa przez pół wieku towarzyszyły mi na progu Myśliwieckiej 3/5/7. Marzyłem, że tak będzie zawsze. Niestety, od szeregu już lat, dzień po dniu, coraz bardziej blakły i więzły mi w gardle. Decyzja dojrzewała we mnie od dawna. Dziś chciałbym Państwu podziękować za lata wsparcia, wspólnych wzruszeń, dzielenia się muzyką i słowem. Miałem piękne życie radiowe. Mam nadzieję, że jeszcze wróci. W Trójce kierowanej z miłością i szacunkiem przez kompetentnych ludzi” – napisał Piotr Kaczkowski.
Dziennikarz z Programem 3 Polskiego Radia związany był od 1963 roku, zajmował się głównie muzyką rockową. W 2014 roku przeszedł na emeryturę, ale nadal prowadził autorskie programy.
Po zamieszaniu z ostatnim notowaniem Listy Przebojów Trójki z rozgłośni odeszli Marek Niedźwiecki, Hirek Wrona, Marcin Kydryński (pisaliśmy o tym tutaj) oraz Agnieszka Szydłowska (pisaliśmy o tym tutaj). Współpracę ze stacją zakończył też Michał Olszański, który był związany z Trójką od 25 lat. Z pracy w Trójce zrezygnował również jej dyrektor muzyczny Piotr Metz (pisaliśmy o tym tutaj). When you decide to play at online casinos, first you have to learn more about various casino bonuses and choose the best one for you.
Media w epoce koronawirusa nie podają informacji, ale terroryzują ludzi, a terror powoduje ofiary. Jest mnóstwo samobójstw i depresji. Winne są im przede wszystkim duże telewizyjne stacje dezinformacyjne – mówi Witold Gadowski, dziennikarz śledczy i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w rozmowie z Tomaszem Nowakiem.
„Media zabijają dziś więcej ludzi niż COVID-19” – twierdzisz w najnowszym „Komentarzu tygodnia” opublikowanym na swoim kanale na YouTube. Dlaczego tak uważasz? Nie przesadzasz?
Media powodują zachowania skrajne, przyczyniają się do masowej depresji i paniki, która zabija ludzi. Przyczyniają się do powstawania kompletnie nieracjonalnych zachowań w formie buntu, który jest niebezpieczny dla życia i zdrowia. Ludzie w wyniku działalności mediów czują się bezradni, wydani na igraszkę ciemnych sił, o których nie mają pojęcia, bo przecież media o niczym nie informują.
Najłatwiej jest okiełznać panikę rzetelnymi informacjami.
Media w epoce koronawirusa nie podają informacji, ale terroryzują ludzi, a terror powoduje ofiary.
Podaj przykłady.
Jest mnóstwo samobójstw i depresji. Winne są im przede wszystkim duże telewizyjne stacje dezinformacyjne. Jeżeli chcemy cokolwiek zrozumieć z otaczającego nas świata, najpierw wyłączmy wszystkie stacje dezinformacyjne. Nie należy się martwić tym, że media mówią różne rzeczy ani tym, że prawda jest wyciszana. Należy wierzyć, że prawda się przebije. Jeżeli ludziom zabraknie odwagi na mówienie prawdy o czasach, w których żyjemy, prawdę o nich przekażą kamienie. Wyszedłem z mediów i znam ich naturę, dlatego ostrzegam, że to, co kiedyś było zdrowe i dawało nam pewne wyobrażenie świata, dziś staje się toksyczne.
A co należy zrobić po wyłączeniu stacji dezinformacyjnych?
Świat po epidemii nie będzie już taki sam. Będziemy musieli w nim walczyć o nasz styl życia. Ale żeby walczyć o coś, trzeba najpierw wiedzieć, o co się walczy. Samemu należy szukać informacji i inspirować te poszukiwania, a dzięki sprawdzonym informacjom formować własny styl życia.
Jak to osiągnąć?
Muszą powstawać grupy, które się zajmują weryfikowaniem informacji, bo jeden człowiek albo nie ma czasu, energii, albo umiejętności na zajmowanie się taką pracą. Jeżeli powstanie grupa, która w ramach swoich zawodowych zainteresowań będzie weryfikować informacje ze swoich dziedzin i dzielić się nimi z innymi to takie kręgi staną się bardzo opiniotwórcze. Będą ułatwiać życie i pozwolą ludziom wychodzić z sytuacji depresji psychicznej którą powodują media.
„Niepostrzeżenie weszliśmy w epokę, w której media służą jako jedna z podstawowych broni” – podkreśliłeś w „Komentarzu tygodnia”. Stwierdziłeś też, że toczy się medialna wojna wokół COVID-19. Co jest jej stawką?
Kontrola nad ludźmi, czyli władza przesunięta poza sferę demokracji w kierunku technologicznego totalitaryzmu. Nadchodzi władza ekspertów, którzy nie będą wybierani ani weryfikowani przez społeczeństwo, ale przedostaną się do wyższych kręgów na zasadzie kooptacji. To będzie tyrania ekspertów. Ekspert wcale nie oznacza znawcy, ale tego który zostanie za niego uznany. Np. amerykański lekarz Anthony Fauci być może jest znawcą w jakiejś wąskiej dziedzinie, ale nie jest znawcą problemów o których się wypowiada. Bill Gates, który wypowiada się o sprawach globalnych, nie jest znawcą niczego.
Można domniemywać, że zna się na oprogramowaniu komputerowym, które sprzedaje jego korporacja Microsoft.
Myślę, że nawet na tym się nie zna. Na pewno zna się na monopolizowaniu rynku, brudnych zagraniach i terroryzowaniu mniejszych firm. Stosował taką strategię zarządzając Microsoftem. Ale nie sądzę, żeby znał się na informatyce, przecież ma tylko średnie wykształcenie.
Skąd dzisiaj najlepiej czerpać informacje?
Z internetu.
A konkretnie?
Z mediów społecznościowych, gdzie znamy autora lub nadawcę, wiemy kim jest. Drugim źródłem wiedzy powinny być autorytety z danej dziedziny. Każdy zna autorytety zajmujące się określoną dziedziną, u których można sprawdzić wiarygodność informacji.
Robisz tak?
Oczywiście. Dzwonię do znajomych których uważam za autorytety. Ostatnio weryfikuję informacje u mikrobiologów i ludzi pracujących w laboratoriach o wysokiej specjalizacji na Zachodzie. Przedstawiam im informację, a oni mówią: to jest nieprawdopodobne, to już wiemy od dawna, to jest głupie, a to bezsensowne. Po uzyskaniu od nich informacji, wiem co myśleć. Nie znam się na mikrobiologii, ale ufam prawdziwym autorytetom, które znam, a nie ekspertom wyznaczonym przez media decyzyjne, bo oni są częścią maszyny propagandowej mającej złamać nasz opór przed naruszaniem naszej wolności i swobód obywatelskich.
Dezinformacja jest rozpowszechniana nie tylko przez telewizję. W mediach społecznościowych ogromną popularnością cieszą się fake newsy. Jeden z nich mówi, że koronawirus nie istnieje, inny, że za rozpowszechnianie choroby odpowiada technologia 5G.
Jest coś takiego jak test na fake odporność. Jeżeli znajdziemy potwierdzenie danej informacji w niezmienionej formie przynajmniej w dwóch niezależnych i poważnych źródłach to już jest duże prawdopodobieństwo, że jest ona prawdziwa. Najczęściej wariackie informacje nie wytrzymują próby pierwszej weryfikacji.
Przeprowadziłeś ostatnio test na fake odporność?
Ktoś wrzucił w sieci słowa pierwszego przewodniczącego Światowej Organizacji Zdrowia Brocka Chisholma, która brzmi tak: „Nie będzie ładu, jeżeli nie zniknie państwa narodowe, rodziny i tradycyjne wartości”. Podano, że słowa pochodzą z książki zatytułowanej „Psychiatria społeczna” wydanej w 1947 r. Znalazłem książkę i za pomocą różnych haseł sprawdziłem czy te słowa rzeczywiście znajdują się w tekście.
No i…?
Przejrzałem całą książkę i nie było cytowanych słów.
Czyli klasyczny, chociaż na pierwszy rzut oka prawdziwie wyglądający fake news?
Tak.
Sprawdziłeś źródło kłamstwa?
Źródłem dezinformacji jest amerykański fake news, który został zdyskredytowany i przeprowadzono nad nim bardzo ciekawą dyskusję. Fałszywych informacji w sieci jest wiele, dlatego bardzo potrzebny jest poradnik poruszania się po internecie, podręcznik weryfikowania informacji na własną rękę. Można go zrobić na kilka sposobów. Dziś zweryfikowanie prawdziwości informacji zajmuje 15 minut i sprawia, że możemy się poruszać tylko w obrębie informacji sprawdzonych. One też mogą nie opisywać rzeczywistości do końca, ale można te informacje krzyżować z innymi punktami widzenia i dociekać prawdy.
Co zrobić kiedy mimo prezentowania niepodważalnych faktów odbiorcy i popularyzatorzy fałszywych informacji twierdzą, że prawda jest ukrywana przed ludźmi przez media, naukowców i rządy? Popularność fake newsów wynika z zanikania krytycznego i logicznego myślenia. Nie chodzi wyłącznie o informacje dotyczące COVID-19, ale o fałszywe teorie dotyczące Wielkiej Lechii, haplogrupy r1a1, szczepionek, sieci 5G czy płaskiej ziemi.
Zgadzam się z tym. Zawsze będzie grupa ludzi skłonnych wierzyć we wszystko co nie ma racjonalnego podłoża, np. zwolennicy teorii o Chemitrails i różnych tego typu rzeczach. Tych ludzi się nie przekona, szkoda na nich tracić czasu, bo oni i tak wiedzą lepiej. Ci którzy z samego założenia uważają, że wiedzą lepiej, muszą być eliminowani z kręgu dyskusji, bo szkoda na nich energii i czasu. Zakres dociekań należy ograniczyć do ludzi rozsądnych, którzy chcą znaleźć prawdziwy obraz świata. Ludzi rozsądnych nie jest wielu, ale tylko oni mają dostęp do prawdy, bo im na niej zależy.
Skąd tak ogromna popularność fake newsów dotyczących nie tylko koronawirusa?
To naturalne zjawisko, bo kiedy nic nie wiemy, dajemy posłuch najbardziej niewiarygodnym i fantastycznym wyjaśnieniom. Dzieje się tak ponieważ media zamknęły nas w bańce niewiedzy. Przeładowują nam mózg niepotrzebnymi albo emocjonalnymi informacjami, które mają wzbudzić w nas określone postawy, ale nie dają nam informacji i niczego nam nie wyjaśniają. Przeładowane mózgi powodują reakcje nerwowe, stres i napięcie. W bańkach niewiedzy, w jakich trzymają nas media, przebijają się fantastyczne i nieprawdopodobne informacje, które wyjaśniają sytuację i są emocjonalnie przyjmowane z dużym wyczekiwaniem. Informacje prawdziwe wymagają od człowieka pracy umysłowej, żeby zrozumiał rzeczywistość. Fake news czy informacja spiskowa, która wyjaśnia wszystko jest łatwa, bo wystarczy ją przyjąć, nie trzeba z nią nic robić, nie trzeba jej sprawdzać, można od razu ją przekazywać dalej. To jest jak wirus COVID-19. Szerzy się koronawirus, ale rozpowszechniają się też wirusy fantastycznych i spiskowych teorii.
Dyrektor muzyczny Programu 3 Polskiego Radia Piotr Metz odchodzi z rozgłośni.
„Najnormalniej w świecie uznałem, że nie mogę akceptować i takiego sposobu zarządzania ludźmi i sposobu traktowanie ludzi, tak jak Marka Niedźwieckiego ostatnio – powiedział Metz w krótkiej rozmowie z Moniką Olejnik, która została opublikowana na jej profilu facebookowym.
Dyrektor muzyczny Trójki pokazał też SMS-a, którego dostał w nocy z piątku na sobotę od szefa Trójki Tomasz Kowalczewskiego: „Piotrze, dopilnuj aby piosenka o której rozmawialiśmy nie była na Antenie”. Chodziło o zdjęcie utworu Kazika, który wygrał Listę Przebojów Trójki.
Piotr Metz dyrektorem muzycznym Trójki został w 2016 r., z rozgłośnią był związany przez 15 lat.
O zamieszaniu z Listą Przebojów Trójki pisaliśmy też tutaj.
Kierownictwo Programu 3 Polskiego Radia zapowiedziało, że zlecony zostanie audyt Listy Przebojów oraz będzie stworzony regulamin programu.
Prezes Polskiego Radia Agnieszka Kamińska na poniedziałkowej konferencji tłumaczyła, że z danych zabezpieczonych przez system informatyczny wynika, że piosenka Kazika nie wygrała ostatniej Listy Przebojów i zapowiedziała „dogłębne wyjaśnienie tych kwestii”.
Zastępca dyrektora „Trójki” Mirosław Rogalski, wyjaśniał, iż słuchacze oddają głosy poprzez specjalną stronę, po zalogowaniu się. Potem głosy zlicza automat, a następnie asystent prowadzącego eliminuje te głosy, co do których są wątpliwości (np. gdy występują podejrzenia, iż zostały wygenerowane przez programy komputerowe).
Rogalski stwierdził, że system automatycznie zliczył 1487 głosów na utwór Bartasa Szymoniaka, 1338 – na Deep Purple, 1187 – na The Cure, a 1157 – na piosenkę Kazika. W wyniku „ręcznej” selekcji unieważniono 577 głosów oddanych na Deep Purple, 448 – na The Cure i 53 na Kazika. Dyrekcja Polskiego Radia podała, iż po operacjach moderatora Kazik został przesunięty na pierwsze miejsce. Szymoniak, czyli ten który miał najwięcej głosów, spadł na 6.
Zastępca dyrektora „Trójki” powiedział, że zlecony zostanie audyt List Przebojów na przestrzeni ostatnich lat oraz zorganizowane spotkanie z pracownikami w celu wyjaśnienia wątpliwości. Trójka opracuje również precyzyjny regulamin Listy Przebojów, a słuchacze zostaną poinformowani, czy ich głos został zaliczony.
Bartosz Gil, dziennikarz muzyczny Trójki, który został zawieszony w sobotę po unieważnieniu Listy Przebojów, napisał list do dyrektora rozgłośni Tomasza Kowalczewskiego, w którym przedstawił swoją wersją wydarzeń. Tłumaczy, że krótko po emisji Kowalczewski zadzwonił do dyrektora muzycznego Trójki Piotra Metza z prośbą o „zrobienie czegoś z tym Kazikiem”, a po godz. 2 w nocy miał mu wysłać SMS-a: „Piotrze, dopilnuj aby piosenka o której rozmawialiśmy nie była na Antenie”.
Gil utrzymuje, że Kazik wygrał ostatnie notowanie LPT zgodnie z regułami, które, choć nieformalne, wykształtowały się, obowiązywały i były przestrzegane w tym programie od wielu lat.
Po zamieszaniu z ostatnim notowaniem Listy Przebojów Trójki z rozgłośni odeszli Marek Niedźwiecki, Hirek Wrona, Marcin Kydryński (pisaliśmy o tym tutaj) oraz Agnieszka Szydłowska (pisaliśmy o tym tutaj). Współpracę ze stacją zakończył też Michał Olszański, który był związany z Trójką od 25 lat.