TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Królewiec – miasto królów, a nie mordercy Kalinina

4 lipca 1946 r. władze sowieckie przemianowały Królewiec, dawną stolicę Prus Książęcych, będących lennem Polski, na miasto mordercy komunistycznego Michaiła Kalinina – Kaliningrad. Od 9 maja 2023 r. rosyjskie miasto Kaliningrad nosi polską nazwę – Królewiec.

Decyzję podjęła rządowa Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej. „Fakt nazwania dużego miasta położonego blisko granic Polski imieniem M.I. Kalinina, zbrodniarza współodpowiedzialnego m.in. za decyzję o masowym wymordowaniu Polaków (zbrodnia katyńska), ma w Polsce emocjonalny, negatywny charakter” – brzmiało uzasadnienie decyzji. Komisja podkreśliła również, że „każde państwo ma prawo używania w swoim języku tradycyjnych nazw stanowiących jego dziedzictwo kulturowe, nie może być natomiast zmuszane do stosowania w swoim języku nazw przez nie nieakceptowalnych”.

Kim był Michaił Kalinin? Ten przez całe swoje dorosłe życie bolszewik urodził się 19 listopada 1875 r. we wsi Górna Trójca guberni twerskiej w rodzinie prostych chłopów. Brak podstawowej wiedzy i ogłady nie przeszkodziły mu trafić na szczyt sowieckiego państwa (co w przypadku bolszewików nie powinno nas dziwić), ale w jego przypadku stało się to niemal unikalnym atutem – jako jeden z nielicznych liderów kom-partii pochodził ze wsi. A przecież władza czerwonych miała być robotniczo-chłopska. Poza tym Kalinin był potrzebny Stalinowi, który właśnie ze względu na niskie loty Michaiła bez problemu nim manipulował i wykorzystywał go do wykonywania swojej woli. Jeszcze ważniejsze było to, że prostolinijność Kalinina przekuwała się na brak aspiracji politycznych i jako taki nie stanowił on dla Józefa Wissarionowicza zagrożenia.

Już w 1919 r. Kalinin został przewodniczącym Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad Rosyjskiej FSRR, która to nazwa niewiele komukolwiek powie, ale oznacza formalną głowę państwa. W 1938 r. konstytucja sowiecka zmieniła nazwę urzędu Kalinina na przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. W rzeczywistości była to funkcja czysto reprezentacyjna, co musi śmieszyć szczególnie w kontekście cech Kalinina. I nawet koledzy bolszewicy nazywali go wszechzwiązkowym starostą. A wódz mógł być tylko jeden – Stalin. Do śmiechu jednak – szczególnie nam, Polakom – nie jest. Bo inna funkcja Kalinina była tyleż fasadowa, co już sprawcza. W 1919 r. został zastępcą członka realnego gremium kierowniczego: Biura Politycznego Komitetu Centralnego WKP(b), a w 1925 r. członkiem tej grupy bandytów pełną gębą. I tu współodpowiadał za czystki lat trzydziestych, w tym ludobójstwo katyńskie. Do czasów Putina w Rosji trwała dyskusja o powrocie Kaliningradu do historycznej nazwy Królewiec. Tym bardziej że to za sprawą takich bandytów jak Michaił Kalinin od 1945 r. miasto było rujnowane. I teraz przynajmniej dla nas, Polaków, nazywa się Królewiec.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bez Czerwca 1976 r. nie byłoby Solidarności

Mimo, iż do dziś powielane są kłamstwa o tym, że „ludowa” władza musiała stłumić wystąpienie mętów i pijaków, był to kolejny zryw Polaków przeciw narzuconej przez Sowietów komunistycznej władzy. Protesty czerwca 1976 r. zostały wywołane drastyczną podwyżką cen na podstawowe artykuły spożywcze, w partyjnej propagandzie nazywaną „operacją cenową”.

Komuniści przygotowywali podwyżkę przez 1,5 roku. Czerwona władza rozważała 10 wariantów, ale wybrała najgorszy z możliwych – najmniej zarabiający mieli dostać najmniejsze rekompensaty.

– Wszystkie „polskie miesiące” – Czerwiec 1956 w Poznaniu, Grudzień 1970 w Gdańsku, Czerwiec 1976 w Radomiu, strajki lata 1980 roku, łączyły wspólne elementy w wymiarze ekonomicznym, społecznym i politycznym – mówi prof. Jerzy Eisler. – To nie były różne kryzysy, to był ten sam kryzys, który uzewnętrzniał się co jakiś czas. Nie chodziło tylko o kiełbasę, każdy polski bunt miał charakter niepodległościowy. Chleb lubi być posmarowany wolnością.

 „Pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia”

Czerwony Radom pamiętam siny
jak zbite pałką ludzkie plecy
szosę E-7, na dworcach gliny
jakieś pieniądze, jakieś adresy

– śpiewał Jan Krzysztof Kelus w „Balladzie o szosie E-7”.

– Za każdym razem scenariusz protestów był taki sam – zaczynało się rano w zakładzie pracy, czy to w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, czy w Stoczni Lenina w Gdańsku, czy w Zakładach Metalowych im. Gen. Waltera w Radomiu – mówi dalej prof. Eisler. – Za każdym razem tłum podążał w kierunku KW PZPR, bo ludzie wiedzieli, że to była prawdziwa władza. Nigdy do protestujących nie wychodził I sekretarz, ale jego zastępca. Wszędzie do budynku wchodzili prowokatorzy i rozpoczynało się plądrowanie. Wszędzie spokojny tłum był atakowany przez „siły porządkowe”.

Strach w ludzkich oczach, upokorzenie
w spotniałych palcach świstki wyroków
pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia
listy z więzienia, lekarz, adwokat

– śpiewał dalej J.K. Kelus.

W Radomiu przeciwko demonstrantom skierowano 1543 milicjantów i zomowców oraz kilkuset tajniaków. Według danych MSW w czasie kilkugodzinnych zajść ulicznych zginęły dwie osoby, rannych zostało co najmniej 121 cywilów (liczba znacznie zaniżona). Według środowisk opozycyjnych zatrzymano ponad 2 tys. osób, większość została brutalnie pobita. W trybie natychmiastowym zwolniono z pracy 939 osób.

„Szosą E-7, dziwny autostop”

Naprawdę trzeba było coś zrobić
naprawdę gliny były na dworcach
i stąd to całe nasze jeżdżenie
szosą E-7, dziwny autostop

Konrad Bieliński, działacz KOR: – Szosą E-7 jeździliśmy do Radomia z Warszawy. Do poszkodowanych dotarliśmy dopiero po 1,5 miesiąca. Zdobywanie adresów było bardzo trudne, tak jak pierwsze kontakty z rodzinami.

Czerwiec nas zastał z dala od miasta
jesienią Konrad już na nas czekał
pierwsze pieniądze właśnie zebrano
pojechaliśmy, ktoś musiał jechać

Wiesław Długosz, skazany na 9 lat więzienia: – Dlaczego kontakty były trudne? Tropami opozycjonistów szli esbecy.

Konrad Bieliński: – Esbecy przychodzili przed nami i mówili, że pojawią się tacy z KOR-u, a jak zadzwonicie, to syn, czy mąż wyjdzie wcześniej.

Nadziei miałem bardzo niewiele
że na coś przyda się to jeżdżenie
mówiąc po prostu raczej myślałem
że to się znowu skończy więzieniem

Sędzia Dobrowolska

Szum zagłuszaczki, to o Radomiu
jak o procesach mówią już brzeskich
znowu jesteśmy z dala od miasta
co też tam słychać u Romaszewskich?

Był jeden akt oskarżenia i ludzi skazywano na podstawie tego samego paragrafu, bez udowodnienia jednostkowej winy.

– Sądy działały wtedy szybko. Sędzia Dobrowolska potrafiła w 15 minut skazać człowieka na dwa lata więzienia – zapamiętał Mirosław Chojecki, który też jeździł do Radomia z pomocą i uczestniczył w rozprawach przeciwko robotnikom. – Sędziowie trochę się zreflektowali, gdy zaczęła przyjeżdżać Halina Mikołajska i mecenas Siła-Nowicki.

Sędzia Elżbieta Dobrowolska sądziła w Radomiu jeszcze przez wiele lat.

– Dostajemy renty po 600-700 zł., a w Radomiu jest biednie – mówił mi jeden z poszkodowanych. – Czerwiec złamał nam życiorysy, a potem zostaliśmy bez jakiejkolwiek pomocy. Wyroki zrewidowano nam dopiero wiele lat po 1989 roku.

Gdyby nie Ursus i Radom

Na różnych szosach jadąc nocami
wiem że się Radom przypomni jeszcze
gdy wycieraczki będą zmazywać
półkola w kroplach rzadkiego deszczu

W Radomiu stanęły wszystkie ważniejsze zakłady, ok. 20 tys. osób. 1 lipca 1976 r. Stefan Kisielewski napisał, że to był pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka.
Protestowano nie tylko w Radomiu, Ursusie i Płocku. Strajki wybuchły w 97 zakładach w 24 województwach z udziałem ponad 70 tys. osób. To był wielki bunt społeczny o szerokim zasięgu. Bunt przeciwko komunie i do tego bunt udany. Jeszcze tego samego dnia władze „po konsultacjach społecznych” w całym kraju odwołały podwyżki cen.

„Gdyby nie Ursus i Radom do dziś jedlibyśmy chleb z marmoladą” – takie powiedzonko zapamiętano w Radomiu.

To już naprawdę 5 lat minęło
znowu jesteśmy z dala od miasta
I tylko nie wiem czy będę umiał
znowu pojechać szosą E-ileś
gdy przyjdzie pora i co odpowiem
gdy ktoś mnie spyta gdzie wtedy byłeś?

Potem przyszły strajki lipca i sierpnia 1980 r., Solidarność, okrągły stół i transformacja systemu. Bez Czerwca 1976 r. byłoby to niemożliwe.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wydali gen. Roweckiego agenci Gestapo, potem UB

30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że „Grot” wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.

4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios – w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała „Grota”.

Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce „Generał Grot u kresu walki” przybliża nam tamte wydarzenia: „Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania Gestapo trafienia na ślad „Grota” zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina.”

Kalkstein wpadł w ręce Gestapo w „kotle” konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu – z własnej woli, bez przymusu – oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem Gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.

Trójka renegatów

Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego „Czarne chmury”).

W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej „Stragan”. Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych, awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej „H” (od pierwszej litery jego pseudonimu „Hanka”). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegającej „Straganowi”.

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli „wsypy”: ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. „Sroka” i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. „Gens”. Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.

Bohdan Urbankowski w swojej „Czerwonej mszy” napisał, że Świerczewski „za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach”.

Przełożonym trójki agentów był SS Untersturmfuhrer Erich Merten z warszawskiego Gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:

1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia „Grota”,

2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.

W rezultacie – jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce „Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego” – „Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w Gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych”.

Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów „padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. „Brodowicz”) i podpułkownik Witold Drobik (ps. „Dzięcioł”) – aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez Gestapo”.

„Gens” na tropie

Wróćmy jednak do tragedii gen. „Grota”. Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: „Gens” znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym”. Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.

Tadeusz Żenczykowski: „Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie „Grota”, lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio – w ramach swych czynności tropicielskich – zdołał zauważyć, że „Grot” bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze „Grot” może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.

W tym pamiętnym dniu – jak wynika z dochodzeń „Oskara” (Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK) – Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł – zaraz po nim – na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak „Grot” wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu…”.

Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. „Grota” potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego Gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.

Z wyroku AK

Jakie były dalsze losy trójki renegatów? Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki „H” widziała Kalksteina w gmachu Gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.

W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał „Grota”, ale przyznał się do wydania w ręce Gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłka Drobika i mjra Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.

Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.

Tadeusz Żenczykowski: „Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której bezpieka dobrze wiedziała”.

Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.

Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i – za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego – podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.

Pod opieką bezpieki

Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego”, za co kara była jedna – wyrok śmierci. (Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef „Kedywu” AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano).

Inaczej było z agentem Gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. „warunkowo” wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała… bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.

Irena Rowecka pisze: „Opowiadano mi, że dosięgła go ‘prywatna kara’: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz”.

Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. „Ludowe” prawo – podobnie jak w przypadku Kalksteina – okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD – wyjechała za granicę, gdzie mieszkała do swojej śmierci w 2002 r. Jeszcze w latach 80., jako pracownica „Orbisu”, działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.

Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? Zdaniem Sądu Wojewódzkiego „oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które – jak wiemy obecnie – współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (…) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego”.

Na rozkaz Himmlera

Generał Stefan Rowecki „Grot” zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby Gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji.

Po informacji o wybuchu Powstania Warszawskiego Heinrich Himmler nakazał zamordować gen. „Grota”. Według współczesnych ustaleń komendant Główny Armii Krajowej zginął w Sachsenhausen między 2 a 7 sierpnia 1944 r.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Czy Krystynę Skarbek zamordowano na zlecenie tajnych służb?

15 czerwca 1952 r. w Londynie odeszła chyba najwybitniejsza polska kobieta-szpieg Krystyna Skarbek. Okoliczności jej śmierci do dziś budzą wątpliwości. Miała zostać pchnięta nożem w londyńskim hotelu przez Dennisa Muldowneya, irlandzkiego stewarda, którego oświadczyny wcześniej odrzuciła. Mordercę dziwnie szybko skazano i powieszono. Podejrzewa się, że działał na zlecenie sowieckiego NKWD, brytyjskiego wywiadu lub władz komunistycznej Polski.

Praca przed wojną w warszawskim przedstawicielstwie Fiata, gdzie miała kontakt ze spalinami, spowodowała plamy na płucach. To uratowało jej życie. Gestapo, które aresztowało Krystynę w styczniu 1941 r., wypuściło ją, obawiając się gruźlicy.

Z kolei lecząc się w Zakopanem, Skarbek nawiązała kontakty z ówczesną elitą Rzeczypospolitej, ale też przemytnikami alkoholu i papierosów. Znajomość ludzi, kryjówek i szlaków pomogła jej w czasie wojny pełnić misję tatrzańskiej kurierki-wywiadowcy.

Wiele wskazuje na to, że na niej wzorował się brytyjski pisarz Ian Fleming, były oficer służb specjalnych, tworząc postać Vesper Lynd – bohaterki swojej pierwszej powieści o Jamesie Bondzie – Casino Royale.

Urodziła się 1 maja 1908 r. w Warszawie jako córka ziemianina Jerzego Skarbka herbu Abdank i Stefanii, pochodzącej z łódzkiej zamożnej rodziny żydowskich bankierów Goldfederów.

Już od młodych lat jeździła konno, na nartach i wspinała się w górach, opanowała francuski, angielski i łacinę. Niezwykła uroda – którą wychwalał np. podróżnik i pisarz Arkady Fiedler – pozwoliła jej uczestniczyć w konkursie Miss Polonia w 1930 r.

Po wybuchu wojny znalazła się w Anglii, gdzie wstąpiła do tajnej agencji brytyjskiej SOE, powołanej przez Winstona Churchilla do dywersji na tyłach niemieckiej armii. Według nowego życiorysu była angielską dziennikarką Christine Granville, urodzoną w 1915 r., pracującą jako korespondentka na Węgrzech. Z Budapesztu trzykrotnie konspiracyjnym szlakiem przez Tatry przebijała się do okupowanej Polski. Razem z Andrzejem Kowerskim, ps. Andrew Kennedy, organizowała ucieczki Polaków, internowanych w węgierskich obozach do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dzięki zebranym przez nich informacjom o ruchach wojsk Churchill wiedział, kiedy Niemcy zaatakują ZSRS. Brytyjski premier nazywał Polkę „piękną, inteligentną, piekielnie odważną, najlepszą moją agentką”. Współpracowała z głęboko zakonspirowaną polską organizacją wywiadowczą „Muszkieterowie”.

Gorzej było w życiu prywatnym. Krystynie nie udało się przekonać matki do ucieczki z Polski – Stefania Skarbek została zamordowana przez Niemców na Pawiaku w styczniu 1942 r.

Niezwykłe misje wywiadowcze pełniła w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie i we Francji. Podczas Powstania Warszawskiego jej wielokrotne wnioski o przerzut do kraju zostały odrzucone. W kwietniu 1945 r. zdemobilizowana w Kairze dostała odprawę zaledwie 100 funtów (roczna płaca wynosiła wtedy ok. 3000 funtów). Pracowała jako pokojówka w hotelu, telefonistka, sprzedawczyni w londyńskim domu towarowym Harrods, stewardesa na statkach pasażerskich. Aż do 15 czerwca 1952 r.

 

„Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o gen. Józefie Hallerze w rocznicę śmierci

4 czerwca 1960 r. w Londynie zmarł gen. Józef Haller, dowódca II Brygady Legionów Polskich i Armii Polskiej we Francji. W wojnie polsko-bolszewickiej członek Rady Obrony Państwa oraz Generalny Inspektor Armii Ochotniczej.

Jako jeden z niewielu najwyższych rangą polskich oficerów walczył kolejno z Rosjanami, Austriakami, Niemcami, Ukraińcami i Bolszewikami. Stał się wzorem żołnierza, obywatela, społecznika i wychowawcy młodzieży. Generał Józef Haller dawał przykład osobistego męstwa, wiary i poświęcenia. Ten Honorowy Obywatel Warszawy zasłużył na upamiętnienie w stolicy.

Podstawy polskiego harcerstwa czy Polskiego Czerwonego Krzyża, które współtworzył, dały asumpt do powstania prężnie działających do dziś organizacji społecznych. To doskonały wzorzec dla młodego pokolenia Polaków, którego patriotyczny i wychowawczy rozwój stanowił zawsze dla generała istotny fragment działalności.

Ceniony w stolicy Polski, ceniony w całym kraju, niezwykle serdecznie przyjmowany przez amerykańską Polonię, dodawał otuchy żołnierzom i cywilom, inspirował duchownych i świeckich, leciwych weteranów zrywów powstańczych jak i akademicką młodzież. Zwalczał totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Swoją postawą przyczynił się do obrony Warszawy przed zajęciem jej przez barbarzyńskie oddziały bolszewickie w 1920 r. Po wygranej bitwie warszawskiej w Mińsku Mazowieckim przed obrazem Matki Bożej Anielskiej dziękował Bogu za otrzymane łaski i zwycięstwo.

Pomnik generała Józefa Hallera powstaje w stolicy staraniem niepodległościowych środowisk społecznych. Pomysł lokalizacji monumentu został lata temu wpisany w Plan Rewitalizacji Placu Hallera w miejscu postawionej tam tablicy pamiątkowej. Zgodnie z obowiązującą w Warszawie procedurą wniosek w sprawie wzniesienia pomnika musiał trafić do Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Jak można się było spodziewać, z niechęcią wobec inicjatywy wystąpili „prascy aktywiści” – ale na szczęście nieliczni. Pomnik autorstwa artysty rzeźbiarza Stanisława Szwechowicza ma mieć całkowitą wysokość 3,90 m, w tym stojąca postać generała 2,50 m, a cokół 1,40 m. Tak swoje dzieło opisuje artysta: „Projekt pomnika przedstawia postać gen. Hallera w pozie stojącej, prawa ręka oparta na szabli. Postać ukazana w swobodnej pozie – lekko rozchylony płaszcz wojskowy z charakterystycznym futrzanym kołnierzem, pod płaszczem mundur z atrybutami odpowiednimi dla epoki. Koncepcja ukazuje wybitnego dowódcę, jakim był gen. Haller, w ujęciu pełnym siły i energii. Stąd prócz elementu wojskowego – szabli, jest gest lewej ręki i dłoni, wskazującej jakby na umiejscowione na cokole osobiste przesłanie gen. Hallera: «Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały». Ten gest lewej dłoni jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych pokoleń, wskazując na obowiązek wielkiego oddania dla spraw Ojczyzny. Na jednej ze ścian cokołu znajdzie się tablica z czarnego granitu z tekstem «W hołdzie Polonii, która na wezwanie stawała zawsze, by bronić Ojczyzny. Dziś, tak jak kiedyś, bliska więź z Macierzą potrzebna jest Polsce, Europie i Światu. Chwała polskim Sokołom rozsianym po świecie broniącym wszędzie Ojczystego Gniazda»”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bestia z Rakowieckiej

Rotmistrz Witold Pilecki przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” brutalnych śledczych z katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie – bestii w ludzkiej skórze. W nagrodę dostawali stanowiska, wysokie emerytury.

W związku z 76. rocznicą zamordowania naszego bohatera przypomnę jedną z głównych bestii – Eugeniusza Chimczaka. Rocznik 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Sprawy szpiegowskie”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo ‘sprawy szpiegowskie’ a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać torturami.
Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na znęcanie się. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

„Wszystko wybijemy…”

Chimczak pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Eugeniusz Chimczak torturował w trakcie przesłuchań mojego Ojca. Ale też, a może przede wszystkim, żonę Taty – Stanisławę Płużańską (oboje zostali aresztowani przez UB w pierwszych dniach maja 1947 r., kilka dni po ślubie).
Ojciec tak wspominał „swojego” oprawcę: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

W lipcu 1955 r. Tadeusz Płużański, w piśmie z więzienia we Wronkach (gdzie odbywał karę dożywotniego więzienia, po wcześniejszym skazaniu na śmierć) do Rady Państwa PRL, ujawnił szczegóły śledztwa: „Bito mnie. Czekało mnie coś gorszego. Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. Nie była to czcza pogróżka. W stosunku do żony mojej zastosowano system maltretowania, zalewania potokiem rynsztokowych wymysłów, deptania jej godności kobiecej. Szantażowano ją, że jeżeli nie podpisze wszystkiego, co podsuwają jej do podpisu, ja zostanę rozstrzelany. Była w ciąży. Spowodowano poronienie, które pociągnęło za sobą krwotoki (poronienie przeżyła w karcerze i nie udzielono jej żadnej pomocy lekarskiej). Doprowadzono ją do stanu krańcowego wyczerpania fizycznego i nerwowego, w którym traciła świadomość, bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami”.

I właśnie to nienarodzone dziecko Stanisławy i Tadeusza Płużańskich, pracownik dzisiejszego Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL Jarosław Wróblewski nazwał najmłodszą ofiarą Rakowieckiej.

Za kratki nie trafił

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komunistyczni oprawcy „Orlika” z Virtuti Militari

24 maja 1945 r. w Lesie Stockim na Lubelszczyźnie oddział mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” stoczył zwycięską bitwę z pięciokrotnie większymi siłami NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Bernaciak został zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek (woj. mazowieckie). Potem szczątki polskiego żołnierza czerwoni bandyci ukryli tak, że do dziś nie można ich odnaleźć. A mordercy – właśnie za zbrodnię na Bernaciaku – mają Virtuti Militari.

Major Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik rezerwy Wojska Polskiego, uczestnik wojny obronnej 1939 r., aresztowany przez Sowietów, zbiegł z transportu do obozu w Kozielsku. Był legendarnym dowódcą ZWZ-AK-WiN Inspektoratu Puławy.

Kilka dekad później Marian Bernaciak musiał ustąpić miejsca Henrykowi Sternhelowi, który zabrał mu ulicę w Warszawie na Zaciszu. W przestrzeni publicznej miasta stołecznego polski niepodległościowiec przegrał z antypolskim komunistą. Podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie został wyrugowany przez uczestnika wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członka sowieckich organizacji przestępczych: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Gdyby się spotkali oko w oko w czasie wojny – zapewne komunista nie miałby szans. A w wolnej Polsce i Warszawie Sternhelowi pomógł prezydent Rafał Trzaskowski. Pomógł w 2017 r., w ramach rekomunizacji stołecznych ulic. Uczynił to mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych.

Sprawie „Orlika” nie pomogła petycja z 2016 r. kilkudziesięciu tysięcy osób, wielu organizacji społecznych, m.in. Fundacji „Łączka”: „Zwracamy się z apelem do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy o odebranie Orderów Virtuti Militari żołnierzom reżimu komunistycznego odznaczonym za udział w akcji przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu, w wyniku której poniósł śmierć mjr Marian Bernaciak ps. Orlik”.

Bo 24 czerwca 1946 r. „Orlika” zamordowali funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik wojsk wewnętrznych NKWD). I to właśnie pięciu zbrodniarzy z KBW otrzymało Virtuti Militari za zlikwidowanie „bandyty” Bernaciaka.

Warto przywołać, że Order Virtuti Militari ustanowił w czerwcu 1792 r. król Stanisław August Poniatowski, aby uczcić zwycięskie starcie z Rosjanami pod Zieleńcami. Jako pierwsi odznaczeni zostali m.in. Tadeusz Kościuszko i ks. Józef Poniatowski. Virtuti zostało przywrócone w niepodległej RP w 1919 r., a w 1944 r. zawłaszczone przez komunistów.

Wiele wskazuje na to, że mordercy „Orlika” z KBW orderów Virtuti Militari – nawet pośmiertnie – nie stracą. Powód? Głowa państwa może to najwyższe polskie odznaczenie bojowe odebrać tylko po konsultacji z kapitułą orderu VM. A prezydent Andrzej Duda kapituły nie uzupełnił. Mógł to zrobić jeszcze ponad trzy lata temu, kiedy żył gen. Janusz Brochwicz-Lewiński, ps. Gryf, czy gen. Tadeusz Bieńkowicz, ps. Rączy…

Ale mjr Marian Bernaciak też szczęśliwie otrzymał Virtuti: 1 czerwca 1945 r. rozkazem nr 319 Delegata Sił Zbrojnych na Kraj. 73 lata później, 1 czerwca 2018 r., przekazania dokonał szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie na ręce Wandy Piotrowskiej, siostry „Orlika”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści mordowali ks. Kaczyńskiego

Zamęczony 13 maja 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. „Zwłoki dostarczono dnia 18 maja o godzinie 9.40, w pace, bez ubrania, z głową osłoniętą papierem, po widocznych śladach sekcji zwłok” – napisał w „Pro memoriach” prymas Stefan Wyszyński.

Zygmunt Kaczyński urodził się 15 października 1894 r. w Kaczynie koło Łomży. Był księdzem, ale też posłem na Sejm (1919–1927), dziennikarzem, dyrektorem Katolickiej Agencji Prasowej (1930–1939), ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie RP na uchodźstwie (1943–1944).
W 1945 r. powrócił do Polski, licząc na odbudowanie społeczności katolickiej w okupowanej przez sowietów Ojczyźnie.

Wracając do okresu przedwojennego. „Jego aktywność polityczna i współpraca m.in. z Władysławem Sikorskim, Wincentym Witosem, Wojciechem Korfantym, Karolem Popielem i I. J. Paderewskim była kontestowana przez sfery rządowe: wysyłano pisma do kardynała Aleksandra Kakowskiego i Stolicy Apostolskiej próbując zdyskredytować księdza i pozbawić go funkcji dyrektora Katolickiej Agencji Prasowej np. donosząc o rzekomo złym prowadzeniu się ks. prałata w Szwajcarii, czy jego udziałach w kawiarni Oaza w Warszawie. Komisja powołana przez ordynariusza warszawskiego nie potwierdziła stawianych zarzutów” – napisał znawca postaci ks. Kaczyńskiego, historyk Mirosław Biełaszko.

1 stycznia 1946 r. Kaczyński został proboszczem zrujnowanej przez Niemców parafii Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim w Warszawie, o czym później pisał: „W okresie trzech lat w mej parafii o ludności robotniczej odbudowałem w dużej części kościół oraz trzy domy, w których mieszczą się 3 przedszkola dla dzieci, kuchnia ludowa wydająca 200 obiadów dziennie dla najbiedniejszych, świetlica, przychodnia lekarska itp.”

Ponieważ komuniści nie zgodzili się na wznowienie działalności Katolickiej Agencji Prasowej, skupił się na tworzeniu „Tygodnika Warszawskiego” (pierwszy numer ukazał się 11 listopada 1945 r.), którego podtytuł brzmiał: „Pismo katolickie poświęcone zagadnieniom życia narodowego”. Oczywiście bezpieka – na zlecenie komunistycznych władz – rozpracowywała środowisko tygodnika i samego księdza. Dwukrotnie aresztowany, 26 kwietnia 1949 r. pod zarzutem „nieprzestrzegania podpisanych zobowiązań” (informacje przekazywał prymasowi Wyszyńskiemu i bp. Choromańskiemu).

Śledztwo prowadziło kierownictwo bezpieki: Roman Romkowski (Natan Grunszpan-Kikiel), Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Bobrowicki), Jacek Różański (Józef Goldberg) i Julia Brystiger. 28 sierpnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał ks. Kaczyńskiego na 10 lat pozbawienia wolności.

Ks. Zygmunt Kaczyński został zrehabilitowany w 1958 r., ponieważ „dowody były fingowane i uzyskane drogą niedozwolonych i przestępczych metod /…/ w wyniku tego rodzaju postępowania sądowego poniósł on śmierć”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Obchodzenie Dnia Zwycięstwa w Polsce nie ma sensu

Od kilku lat Polska obchodzi Narodowy Dzień Zwycięstwa 8 maja jako oficjalne święto państwowe. Wcześniej, tak jak wszystkim podbitym przez Sowietów Europejczykom, kazano nam świętować 9 maja. Ale wprowadzona w 2015 r. przez Platformę Obywatelską zmiana zegarków – z czasu moskiewskiego na czas Greenwich – nie wystarczy. Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było.

Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: „Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców”.

Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy, zdrajcy i zbrodniarze: od tow. Bieruta do tow. Jaruzelskiego. Od sędziego Widaja czy Michnika do sędziego Iwulskiego. Od Mariana Cimoszewicza (ojca) do Włodzimierza Cimoszewicza (syna).

W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Obce, totalitarne i nielegalne (bo nigdy nie wybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.

No i jak tu mówić, że w maju 1945 r. Polacy odnieśli zwycięstwo, że wojna na naszych ziemiach się skończyła, skoro z czerwonym intruzem walczyli dalej polscy żołnierze – wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Ich samotny, toczony do połowy lat 50. bój kończył się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków rodziny.

Ale wracając do owego „zwycięstwa” 1945 r. – znamienny jest fakt, że tylko w maju doszło do dwóch wygranych bitew. Pod Kuryłówką 7 maja oddziały partyzanckie Narodowej Organizacji Wojskowej odparły trzy ataki NKWD, zabijając 57 wrogów (przy stratach własnych 7). W Lesie Stockim 24 maja zwycięstwo nad o wiele większymi siłami nieprzyjaciela odnieśli AK-owcy dowodzeni przez majora Mariana Bernaciaka, ps. Orlik.

Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, Polska powinna się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej. Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia.

O tej schizofrenii powinny nam przypominać również wydarzenia w Grajewie. W nocy z 8 na 9 maja 1945 r. 200 żołnierzy Jana Tabortowskiego, „Bruzdy”, majora Wojska Polskiego, żołnierza AK i WiN, wkroczyły do miasta. Przed akcją dowódca wygłosił krótką pogadankę, że wojna cały czas trwa, Sowieci chcą zniewolić Polskę, a oni, polskie wojsko, muszą pokazać światu swój sprzeciw. Sprzeciw wobec „wyzwolenia” tych terenów kilka miesięcy wcześniej, które polegało na mordach, grabieżach i gwałtach. Była to kontynuacja czerwonego barbarzyństwa, które trwało od 17 września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r.
Polskie wojsko, po zablokowaniu dróg dojazdowych do Grajewa i zajęciu gmachów UB, MO i sowieckiej komendantury (bronionej przez kilkudziesięciu krasnoarmiejców), wypuściło z aresztów ok. 100 żołnierzy podziemia. Dla więźniów było to realne wyzwolenie. Po polskiej stronie poległ jeden partyzant. Podczas odwrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Czerwonej pod miejscowością Łojki. Kilku największych okrutników z NKWD i „polskiego” UB rozstrzelano. Milicjantów, po przysiędze, że więcej nie będą represjonowali Polaków, zwolniono. Akcja w Grajewie nie była jedyną tego dnia. W Dąbrowie Tarnowskiej ok. 40-osobowy oddział Tadeusza Musiała „Zarysa” rozbił miejscowe więzienie i uwolnił ok. 80 przetrzymywanych. Z kolei w Białymstoku ponad 100 więźniów opanowało część katowni i wydostało się na wolność.

To było prawdziwe wyzwolenie. Nie z rąk komunistów, tylko od komunistów. A ponieważ Polska w wyniku zdrady mocarstw nie została od komunistów wyzwolona, dlatego obchodzenie Dnia Zwycięstwa nie ma żadnego sensu. I drugorzędne jest to, że decyzją Platformy Obywatelskiej celebrować mamy teraz nie 9, tylko 8 maja – co najwyżej wróciliśmy niniejszym do zachodniej strefy czasowej.

Drugorzędne, czy na placu Czerwonym w Moskwie obok następcy zbrodniarza Stalina, czy na Westerplatte w towarzystwie byłych współpracowników Hitlera (Chorwacja, Litwa, Rumunia, Ukraina, Węgry). W tym drugim miejscu – gdzie rozpoczęła się II wojna światowa – oddaje się zresztą hołd ofiarom nie niemieckiej, ale „nazistowskiej” agresji, a nawet „nazistowskim” ofiarom.

Obchodzenie kolejnych rocznic 8 maja nie ma sensu, bo tego zwycięstwa w 1945 r. nie było. I nie dlatego, że formalnie II wojna światowa skończyła się dopiero 2 września, kiedy Japonia skapitulowała przed aliantami na Pacyfiku. Również nie dlatego, że Polacy – najwierniejszy sojusznik Anglosasów – nie zostali zaproszeni na paradę zwycięstwa do Londynu. Dlatego jednak, że dla Polski ta wojna w ogóle się nie skończyła. Ok. 200 tys. polskich żołnierzy nie złożyło broni i walczyło dalej – przeciwko sowieckiemu zniewoleniu – przez następnych 10 lat. W ramach ostatniego polskiego antysowieckiego i antykomunistycznego powstania.

Major Jan Tabortowski „Bruzda” zginął w walce z polskimi kolaborantami Stalina w sierpniu 1954 r. Trzy lata później los dowódcy podzielił Stanisław Marchewka, „Ryba” – ostatni oficer poakowskiego podziemia, który poległ z bronią w ręku. Przez następnych sześć lat ukrywał się już tylko Józef Franczak „Laluś”. Szczątki „Bruzdy”, które czerwoni oprawcy wrzucili do bezimiennego dołu, do dziś nie zostały odnalezione.

Ale 8 maja Grajewo obchodzi w ostatnich latach wyzwolenie od komunistów. A Instytut Pamięci Narodowej edukuje o tym, co naprawdę stało się w maju 1945 r. Dzięki takim akcjom wyzwalamy się z sowieckiej okupacji naszych umysłów. I to jest prawdziwy polski dzień zwycięstwa.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdegradować Rokossowskiego!

Ilu mamy marszałków Polski? Właściwie wiadomo. Józef Piłsudski i Edward Śmigły-Rydz. Dwóch przedwojennych marszałków. Ale jest jeszcze trzech powojennych: Michał Rola-Żymierski, Marian Spychalski i Konstanty (Konstantin) Rokossowski. Ten ostatni 1 maja 1950 r. wydał rozkaz dotyczący „czystki” i rusyfikacji dowództwa WP.

19 marca 1920 r., w dniu swoich imienin, Piłsudski przyjął reprezentantów Ogólnej Komisji Weryfikacyjnej, która na mocy uchwały Sejmu prosiła Naczelnego Wodza, by przyjął stopień Pierwszego Marszałka Polski. Jednak buławę marszałkowską wręczono mu uroczyście dopiero po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej 14 listopada 1920 r.

Teraz drugi polski marszałek Polski. Po śmierci Piłsudskiego, w 1935 r. Edward Śmigły-Rydz został mianowany przez prezydenta Ignacego Mościckiego generalnym inspektorem Sił Zbrojnych, a w następnym roku – 10 listopada 1936 r. – marszałkiem Polski. Buławę marszałkowską poświęcono w kaplicy Zamku Królewskiego w Warszawie. Uroczystość przekazania jej Śmigłemu-Rydzowi odbyła się na dziedzińcu Zamku, z udziałem przedstawicieli rządu, wojska, duchowieństwa. Jednak nie wszystkim przedstawicielom sanacji ta nominacja się podobała – wielu, szczególnie „starych” piłsudczyków, uważało, że godność ta należy się jedynie Piłsudskiemu, a Śmigły-Rydz nie zasługiwał na takie wyróżnienie.

Jest jeszcze trzeci marszałek Polski. 13 kwietnia 1923 r. prezydent RP Stanisław Wojciechowski, na wniosek Ministra Spraw Wojskowych gen. Kazimierza Sosnkowskiego i uchwały Rady Ministrów, nadał ten tytuł francuskiemu dowódcy Ferdinandowi Fochowi. 3 maja na placu Saskim w Warszawie Marszałek Foch wziął udział w uroczystym odsłonięciu pomnika księcia Józefa Poniatowskiego.

To teraz czerwoni marszałkowie. Konstanty (Konstantin) Rokossowski choć urodził się jako Polak, był potem bohaterem i marszałkiem Związku Sowieckiego, za zasługi (nie dla Polski przecież) został pochowany przy murze Kremla. I dwaj kolejni polscy zdrajcy – Michał Rola-Żymierski i Marian Spychalski, pachołki Rosji, dumnie spoczywający do dziś w Alei Zasłużonych Powązek Wojskowych w Warszawie.

Marszałkami Polski zostali nie z wyboru Polaków, ale z nadania Moskwy. Za życia na szczytach władzy (choć Rola-Żymierski – właściwie Łyżwiński – siedział przed wojną za korupcję, a Spychalski po wojnie za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). „Brudne imię Żymierskiego utrwali się w historii, jak utrwaliły się imiona targowiczan…” – pisała w maju 1945 r. Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj. Niestety, wszyscy po śmierci zostali nagrodzeni pochówkiem na Powązkach.

Do dziś ta nekropolia chwały polskiego oręża pozostaje zbezczeszczona przez komunistów. Bo prócz żołnierzy AK, wojny 1920 r. i 1939 r., powstańców listopadowych, styczniowych, bezczelnie położyli się tu po wojnie zdrajcy polskiej sprawy: komuniści. Kaci obok, a nawet nad ofiarami.

Wzięli sobie także Aleję Zasłużonych, gdzie prócz Roli-Żymierskiego i Spychalskiego straszą inni degeneraci, jak Gomułka, Świerczewski czy prezydent-morderca Bierut.

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

Komunistyczni generałowie, w tym: Berling, Oliwa, Urbanowicz, Jaroszewicz (także premier PRL), Jóźwiak (wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant MO), Kieniewicz (dowódca KBW), Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa), Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa), Muś (kolejny dowódca KBW), Ochab (kolejny KPP-owiec), Szlachcic (szef MSW).

Do tego szefowie bezpieki: Radkiewicz, Romkowski, Mietkowski, Ptasiński, Świetlik.

Niżsi rangą ubecy: Fejgin, Łyszkowski, Stróżyński, Umer.

Krwawi sędziowie: Badecki, Frenkiel, Garnowski, Hochberg, Karczmarz, Kryże, Ochnio.

Krwawi prokuratorzy: Zarakowski, Holder, Ligięza.

Komunistyczne morderczynie: Brystiger i Graff.

W ostatnich latach Powązki zanieczyścili kolejni komuniści: Jaruzelski i Siwicki. A także Czapla i Sawczuk (szefowie Głównego Zarządu Politycznego WP), Molczyk, wiceszef wojsk Układu Warszawskiego, który chciał zlikwidować Solidarność siłą. Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do robotników. Obok „kat Trójmiasta” Kociołek. I poprzednik Urbana – Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

1 sierpnia 2016 r., w kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, mauzoleum mordercy Bieruta zostało potraktowane czerwonym napisem „kat”. Podobnie grób Roli-Żymierskiego. Upiekło się tylko Spychalskiemu. Aby do takiego „szargania autorytetów” nigdy więcej nie doszło, oczyśćmy Powązki z komunistów. A trzech niepolskich marszałków zdegradujmy.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Faktycznie kierował bezpieką i przesłuchiwał Pileckiego. Gdzie jest jego grób?

23 kwietnia 1956 r., w ramach bolszewickich walk frakcyjnych, komuniści aresztowali wyjątkowego okrutnika, faktycznego szefa bezpieki (choć w randze wiceministra) Romana Romkowskiego. W marcu 1957 r. Romkowski został skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Na wolność wyszedł razem z innymi bestiami: Fejginem i Różańskim w 1964 r.

Roman Romkowski urodził się w 1907 r. jako Menasze Grinszpan-Kikiel. Już w młodości został komunistą, przeszkolony w Kominternie („Szkoła Lenina”). Równolegle pracował w Krakowie w fabryce skrzyń, potem terminował w zakładzie krawieckim. W 1930 r. był delegatem na V Zjazd Komunistycznej Partii Polski do Moskwy. Przez kilka lat więziony w Polsce za działalność wywrotową i antypaństwową.

We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy w batalionach robotniczych, po czym przedostał się do zajętego przez ZSRS Brześcia. W latach 1941-1944 dowódca, komisarz polityczny i szef wywiadu oddziału partyzantki sowieckiej „Brygada im. Stalina” na Białorusi.

Od 1 sierpnia 1944 r. delegowany do „polskiej” bezpieki: szef kontrwywiadu Resortu Bezpieczeństwa Publicznego, potem dyrektor kontrwywiadu w MBP (Departament I). W latach 1946-1949 pomocnik ministra BP, a od 1 stycznia 1949 r. do 27 listopada 1954 r. oficjalny wiceminister bezpieczeństwa. W latach 1949 – 1954 członek Komisji Bezpieczeństwa KC PZPR, która nadzorowała aparat represji.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 r. mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 r. nadzorował śledztwo w przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Według relacji osobiście przesłuchiwał rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.
W połowie grudnia 1948 r. jeden z krwawych funkcjonariuszy bezpieki – Józef Dusza otrzymał polecenie od Romkowskiego i Różańskiego, aby „w celach na Mokotowie stworzyć taki reżim, aby podejrzani sami prosili o doprowadzenie ich z celi na przesłuchanie”.

Roman Romkowski stworzył również specjalną listę sędziów dopuszczonych do wydawania wyroków na przeciwników politycznych – zarówno w nagłaśnianych procesach pokazowych jak i sekcjach tajnych, powołanych przy sądach powszechnych. W wydanej przez IPN książce Grzegorza Jakubowskiego „Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944-1950” czytamy: „Sekcja tego typu, wzorowana na radzieckich »trojkach«, rozpoczęła działalność na początku 1950 r. w Departamencie Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości. Powstała z inspiracji wiceministra bezpieczeństwa publicznego Romana Romkowskiego, który poprzez Henryka Podlaskiego, dyrektora Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego w MS zażądał od Henryka Chmielewskiego (minister sprawiedliwości; z tego fragmentu też wynika jasno, że faktycznie rządził Podlaski i to on kontaktował się z bezpieką i realizował jej interesy) zorganizowania szczególnego sposobu rozpoznawania karnych spraw politycznych »o wielkiej wadze dla interesów Partii i Państwa«. Sprawy te mieli rozpatrywać na niejawnych posiedzeniach sędziowie w pełni zasługujący na zaufanie partii. Zgodnie z żądaniami Romkowskiego odbywało się to często na terenie więzienia (stąd nazwa »sądy kiblowe«)”. Jedną z takich szczególnych spraw, rozpatrywanych w 1953 roku przez sekcję tajną przy Sądzie Wojewódzkim w Warszawie był mord sądowy na gen. Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”.

Po ucieczce do USA innego mordercy z bezpieki Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba) 10 października 1954 r. Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

Jeden z pracujących w tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę na przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

Roman Romkowski zmarł w 1968 r., pochowany został na Powązkach Wojskowych w Warszawie, choć we wskazanym miejscu (kwatera G-9-14) jego grobu nie ma!

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Generał Fieldorf i propaganda PRL

16 kwietnia 1952 r. komunistyczny Sąd Wojewódzki w Warszawie utrzymał karę śmierci dla gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, organizatora i szefa Kedywu – Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Polskiego generała komuniści powiesili 24 lutego 1953 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Generała „Nila” rodzimi bolszewicy powiesili potajemnie, nie informując rodziny. Dopiero 7 marca 1989 r. prokurator generalny PRL uznał, że Fieldorf „nie popełnił zarzucanych mu czynów” (mordowanie radzieckich partyzantów i skoczków, „lewicowych podziemnych ugrupowań niepodległościowych” i współpraca z hitlerowcami podczas okupacji).

Czy można to nazwać rehabilitacją? Rodzina musiała długo czekać na jakiekolwiek upamiętnienie. Dopiero w latach 60. komunistyczne władze zgodziły się na postawienie na Powązkach grobu – symbolicznego. Na tablicy mogło się znaleźć tylko nazwisko i pseudonim konspiracyjny generała. Na początku lat 70. Janina Fieldorf wystąpiła do ówczesnego szefa MON Wojciecha Jaruzelskiego o ustalenie miejsca pochówku i zgodę na napis informujący, kim był jej mąż i w jaki sposób zginął.

– Jaruzelski powiedział, że nie udało się odnaleźć miejsca spoczynku ojca. A jeśli nie zgadzamy się na proponowany napis: „Zmarł śmiercią tragiczną”, symbolicznego grobu nie będzie – mówiła mi przed laty Maria Fieldorf-Czarska, córka „Nila”. Jaruzelski miejsce znał, ale nie pomógł. Córka szczątków ojca szukała do końca życia. Zmarła w 2010 r., zanim rozpoczęto prace na „Łączce”. Ale do dziś generała nie udało się odnaleźć.

Maria Fieldorf walczyła też o ukaranie żyjących oprawców taty. Tak samo bezskutecznie. Wspominała: – „Na jednym z posiedzeń Sąd Okręgowy w Warszawie utajnił rozprawę. Na salę pozwolono wejść tylko mnie, dziennikarzy wyproszono. Kazano mi nawet wyłączyć mikrofon. Powiedziałam, że nie życzę sobie, aby po raz kolejny sprawa mojego ojca była tajna, bo tak już było w PRL. W 1952 r. mordu sądowego na ojcu też dokonano za zamkniętymi drzwiami. Pani prokurator zagroziła, że oskarży mnie o obrazę majestatu sądu.

Tymczasem w 2014 r. na tych samych Powązkach pochowany został – z honorami państwowymi i wojskowymi – Wojciech Jaruzelski. Człowiek walczący z Polską i Kościołem miał mszę w katedrze polowej Wojska Polskiego, bo wola jego rodziny została uszanowana. Inaczej niż wola rodziny Fieldorfów.

A gdyby dziś zrobić sondaż, okazałoby się, że Polacy powszechnie znają Jaruzelskiego, a mniej więcej połowa go szanuje. A Fieldorfa nawet nie mogą szanować, bo na ogół nie wiedzą, kto to jest. Propaganda rodem z PRL nadal działa. I efekt jest taki, że sowieckiego generała i zbrodniarza Wojciecha Jaruzelskiego państwo polskie żegna z honorami, jak bohatera. A prawdziwego polskiego generała i prawdziwego bohatera Augusta Emila Fieldorfa – niewinnie powieszonego i zrzuconego do jakiegoś bezimiennego dołu, nie można po ponad 70 latach wydobyć z ziemi. „Nil” swojego grobu i pogrzebu jak nie miał, tak nie ma.