Do mądrości (a może tylko do normalności) przez mądre książki i nie tylko – REKAPITULACJA – PROF. RYSZARD LEGUTKO

Kiedyś nikogo nie trzeba było zachęcać do czytania dobrych, mądrych książek. Te czasy pamiętam wcale nie przez mgłę… Nawet, a może przede wszystkim… Zacznijmy od 1989 roku, kiedy wyraźnie do było widać kult wydawnictw dobrych i bardzo dobrych. I już wydawało nam się, że ci wszyscy sowieciarze „od czytelnictwa”, mentalni cenzorzy, pojadą sobie – wszak wolność podróżowania to jedna z podstaw demokracji – gdzie pieprz na Syberii rośnie, ale okazało się, że na książkach można zarobić…

Niektórzy, co chwalebne, zarabiali jeszcze 25, 20 lat temu na książkach dobrych, ale potem były już przeważnie książki „dla wszystkich”. Kryminały i poradniki w zalewie lektur „poczytaj mi aktorze” spowodowały stworzenie społeczności „raczej miałkej” – jak mówi mój uczony kolega. Na szczęście jednak, nie zaniechano, w dużym trudzie zresztą, pokazywania ludziom tego, co – przepraszam  za banał – dobre i piękne. Wybaczcie, łatwo jednak przy tej kwestii wpadam w egzaltację, jak panienka z pensji o surowych obyczajach.

Książka jak powietrze

Niektórzy mi nie wybaczą „pomijania” czasów komuny w tzw. czytelnictwie, ale nie chodzi naprawdę o to, że w PRL nie wydawano dobrych, a nawet mądrych książek. Były takie, przeoczone przez cenzurę. Były publikacje dostępne „spod lady”.

Rzecz w tym, iż za komuny, co dla ludzi mojego pokolenia oczywiste, nie wydawano wszystkich książek wartych publikacji, bo nie było po prostu wolności słowa. Tak, tak,  w to dalej  nadal nie mogą uwierzyć niektórzy liberalni i lewaccy dziennikarze krzyczący, że poddano ich cenzurze, bo cytowano ich słowa, ale  – uwaga – skomentowano inaczej niż „autorzy” sobie życzyli.

Prawie pozytywizm

Cóż… No, właśnie, ci ludzie to ofiary książek takich sobie, oddalonych od naszej mentalności i kręgu kultury judeochrześcijańskiej i innych kultur zresztą też. Czytanie książek dobrych i mądrych stało się ofiarą wolnego rynku, też jednego z filarów demokracji.

Na szczęście są jeszcze oficyny, które stawiają na publikacje dobre i wybitne, na książki, które zmuszają do myślenia i czytania innych książek. Książek, przy których dobrze się myśli. Do takich oficyn można zaliczyć Wydawnictwo Fronda, które właśnie oddało do rąk Czytelników książkę „Rekapitulacja” autorstwa profesora Ryszarda Legutko.

Człowiek, po prostu

Encyklopedie podają, że to pisarz, filozof publicysta z wykształceniem filozoficznym właśnie, który skończył też anglistykę. Niektóre te almanachy pomijają już fakt, że prof. Legutko skończył te kierunki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czytający ludzie, nawet kiedy pierwszy raz zetkną się z profesorem (chyba musieliby przybyć z innej galaktyki, ale mogą tacy jeszcze być), od razu zorientują się, że autora „Rekapitulacji” wychował i ukształtował Kraków.

I to, co ważne, że Legutkę wychował Kraków, bez zarzucanych często pierwszej stolicy Polski stereotypów i akcentów wywyższania się i „wiedzy bibliotecznej”. Ryszard Legutko po prostu podąża swoją drogą. Był wykładowcą, był politykiem, ale przed, po i w trakcie jest przede wszystkim filozofem z otwartym umysłem. Bo profesor to postać.

Opinie

Inny wybitny humanista, historyk i przewodnik konserwatystów, profesor Andrzej Nowak tak pisze o Rekapitulacji autorstwa Ryszarda Legutki: „Książka o zdobywaniu mądrości napisana przez najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkałem. Autobiografia intelektualna na tle bezpardonowej analizy upadku naszej cywilizacji. Gorzki ma smak, lecz odświeżający. Nie pozostawia złudzeń, ale pokazuje dobrą drogę” – napisał prof. Andrzej Nowak

Jeszcze jedna opinia – profesora Zdzisław aKrasnodębskiego: „Jak Ryszard Legutko, jeden z najwybitniejszych umysłów europejskich, znakomity filozof i polityk, którego przemówienia potrząsały Parlamentem Europejskim i Ursulą von der Leyen, stał się tym, kim jest? Przyznam się, że często zadawałem sobie to pytanie. Ta książka jest jego własną na nie odpowiedzią. To fascynująca, refleksyjna opowieść o rozwoju intelektualnym – o dzieciństwie i studiach w PRL, o przeczytanych książkach, o poszukiwaniach filozoficznych,o rozczarowaniu liberalizmem, o zwrocie ku filozofii starożytnej oraz miłości do Sokratesa i Platona, o trosce o Polskę. To plastyczny obraz czasów minionych i gorzka diagnoza współczesności, niespełniającej dawnych nadziei” – wspomniał owe „czasy minione” prof. Zdzisław Krasnodębski

 

Fragment

W pochwałach Kolegów po piórze, fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja rozsyłany przez Wydawnictwo Fronda wydaje się nieprzypadkowy:

(…)

Marzec ’68 w Krakowie

Marzec ’68 był dla nas, studentów UJ, całkowitym zaskoczeniem. Zaliczyłem pierwszy semestr pierwszego roku (z niejakimi trudnościami), a po przerwie semestralnej wróciłem jak inni na uczelnię, by zacząć semestr drugi z daną sobie obietnicą wzięcia się do pracy. Planów innych poza naukowymi i rozrywkowymi nie miałem ani ja, ani nie mieli koledzy. Życie w Krakowie, w tym także na uniwersytecie, toczyło się leniwie i nic nie zapowiadało, by gomułkowską stabilizacją mogło cokolwiek za chwiać. Kościół – praktycznie jedyna siła opozycyjna – wydawał się nieco wycofany po ostrych konfliktach z władzą komunistyczną, walkami o krzyże i świątynie, brutalnej reakcji na list biskupów i groteskowo-prymitywnych atakach komunistów na Wielką Nowennę w rodzaju aresztowania świętego obrazu. Robotnicy i urzędnicy jak zwykle pracowali nad wykonaniem kolejnych planów produkcyjnych, a aparat partyjny pełnił, również jak zwykle, swoją rolę kierowniczą, dbając o to, by nic się na lepsze nie zmieniło. Trudno więc było przewidzieć, że w przedwiośniu 1968 roku Polska Ludowa dozna poważnych wstrząsów, a już niemal nie możliwe się wydawało, że owe wstrząsy wywołają studenci i intelektualiści: ci pierwsi zajęci byli przecież swoim miłym życiem studenckim, a tych drugich powszechnie uważano, i to nie bez racji, za najbardziej konformistyczną grupę w PRL-u.

Wiadomość, że coś się dzieje w Warszawie, dotarła do nas poniedziałkowego ranka, 11 marca. Później wydarzenia potoczyły się szybko: wiece na Rynku, zadymy z Milicją Obywatelską, wtargnięcie tejże milicji na teren UJ i pobicie studentów oraz kilku profesorów, wyłonienie studenckiej reprezentacji, kolejne wiece, petycje, zebrania, plotki, roznoszenie ulotek oraz słuchanie Wolnej Europy; to ostatnie najczęściej bez sukcesów, bo zagłuszarki pracowały pełną mocą.

Gdy po latach spróbowałem uporządkować zapamiętane wydarzenia i informacje z tamtych lat, te, o których miałem dobrą wiedzę, bo bezpośrednio ich doświadczałem, wyłonił mi się obraz niejednorodny. Z jednej strony, byłem zdumiony zjawiskiem, które później w dalszych latach PRL-u, a także w III RP miało się powtarzać w skali ogólnopolskiej i z którym wówczas zetknąłem się po raz pierwszy. Oto społeczeństwo, które wydaje się trwać w stanie drzemki, jakby nie pomne swojej podłej sytuacji, a do tej pory niemal do niej nawykłe, nagle się budzi i zaczyna groźnie ryczeć i szarpać kraty klatki, w której przebywa. Obudzili się w pamiętnym marcu nie tylko studenci, lecz także inni mieszkańcy Krakowa. Pamiętam, że taksówkarz, który mnie wiózł na uczelnię, nie wziął pieniędzy za kurs, zagrzewając do boju; pamiętam liczne okrzyki zachęty i poparcia ze strony przechodniów; pamiętam sąsiadów, którzy mnie zaczepiali, podekscytowani pytali o nowiny, solidarnie klepali po plecach, starając się dodać otuchy.

Pamiętam także pierwsze godziny owego marcowego poniedziałku, kiedy przychodziły informacje o rozruchach w Warszawie. To nie były zwykłe suche przekazy o niepokojach w PRL-u, podobne do tych, jakie znaliśmy z przeszłości. Niosły one ze sobą ładunek społecznego dynamizmu i bodziec do działania prawie natychmiast zmieniający nasze nastawienie z biernego na czynny. Nie umawialiśmy się przecież co do dalszych wspólnych akcji, bo było nas zbyt wielu i mieliśmy za mało czasu na jakiekolwiek narady i koordynacje. Wiedzieliśmy jednak od samego początku z wyrazu twarzy rozmawiających, z używanej retoryki, z intonacji wypowiedzi, a nawet z samej atmosfery dla nas ożywiająco nowej, że niesie nas fala, niespodziewana, ale wspaniała fala, której chętnie, a nawet radośnie się poddajemy, bo chcemy płynąć z jej nurtem. Później podobne doznania unoszenia się wraz z wielką wyzwoleńczą falą odczuwałem tylko w Sierpniu 1980.

Wspaniałe było również i to, że owa kryzysowa sytuacja powstała tak nagle i tak niespodzianie spowodowała ujawnienie się wspólnych z nami poglądów u ludzi, o których nigdy nie sądziliśmy, że mogą sprzyjać buntowi przeciw władzy. To nie tylko nasi koledzy studenci sprawiający do tej pory wrażenie, że posłuszeństwo wobec autorytetu było ich drugą naturą, okazywali się w ciągu krótkiego czasu zuchwałymi kontestatorami, lecz także ludzie starsi, w tym profesorowie. Profesor uniwersytetu zbuntowany przeciw władzy to była wcześniej postać nam raczej nieznana, a nawet fikcyjna. Gdy więc w marcu zobaczyliśmy po raz pierwszy profesorów okazujących swój polityczny sprzeciw wobec polityki partii komunistycznej, czuliśmy się pokrzepieni ich widokiem, a przede wszystkim podbudowani ich słowami. Odsłoniło się nam to oblicze uniwersytetu, jakiego nie znaliśmy, a o jakim wielu z nas wątpiło, że jeszcze istnieje.

Nie znaczy to wcale, że wiedzieliśmy dokładnie, o co nam chodzi i co chcemy osiągnąć. Brak informacji, ogólna konfuzja, nadmiar plotek, przesadne podniecenie wielu uczestników oraz wrzaskliwa propaganda lejąca się z prasy, radia i telewizji nie pozwalały na jasne wytyczenie linii działania i skierowanie uwagi buntujących się młodzieńców na jakieś konkretne cele. Wiadomo, że chodziło nam wszystkim o Dziady, a ponieważ przedstawienia nie znaliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co takiego bulwersującego umieścił w nim reżyser, że wywołało zdjęcie ze sceny, wyrażaliśmy ogólną solidarność ze studentami warszawskimi. Ale przecież wszyscy czuliśmy, że taka solidarność to za mało i że zbiorowy pęd emocji, nagle wyzwolony, pcha nas ku sprawom bardziej zasadniczym, niemal ustrojowym, bo, jak wie dział każdy żyjący w PRL, cenzura i polityczna kontrola myśli ustrój ten tworzyła i utrzymywała w istnieniu. No więc bardziej świadomi i stanowczy spośród nas domagali się zniesienia cenzury. „Domagali się” – to może za dużo powiedziane. Bardziej precyzyjnie byłoby rzec, że wypowiadano te i podobne żądania we własnym gronie wśród gorączkowych licytacji słownych i wypisywano na ulotkach, które z niemałym na kładem żmudnej pracy ręcznie kopiowano, a następnie nieporadnie rozprowadzano.

Jaki sens miało pisanie takich żądań? Głównie taki, żeby je wykrzyczeć, a wykrzyczawszy, poczuć, że mówi się rzecz głęboko słuszną, której wcześniej ze strachu, z ostrożności lub nawyku uległości nie ośmielano się wypowiadać. Krzyk – jak to często się zdarza – był więc odreagowaniem uprzedniego milczenia, a także nie całkiem czystego sumienia, które temu milczeniu towarzyszyło. Atak władz na Mickiewicza stał się do takiej reakcji wyborną okazją, bo stworzył sytuację krystalicznie czystą moralnie – z jednej strony barbarzyńcy i łajdacy podnoszący bluźnierczo rękę na wieszcza, na którego nikt dotąd podnieść ręki się nie ważył, a z drugiej my broniący wielkiej literatury, piękna i polskiej tradycji.

Zniesienie cenzury było stałym motywem zgłaszanych haseł, a oprócz niego pojawiały się dziesiątki innych, jeszcze mniej realistycznych, wypowiadanych chaotycznie w uniesieniu lub w przelotnej niefrasobliwości. Pamiętam kilkakrotnie wypowiadany postulat upublicznienia prawdy o Katyniu. Pamiętam kilka osób na jednym z wieców, które przekonywały, że po winniśmy się domagać wypuszczenia z więzienia Kuronia i Modzelewskiego, autorów listu otwartego do partii. Pamiętam też, że ktoś inny zasugerował poruszenie sprawy odebrania Polsce Lwowa i Wilna przez Związek Sowiecki i przyklepania aneksji przez aliantów zachodnich. Widać było, że wprawdzie dotychczasowa cenzura i trwająca ponad dwadzieścia lat indoktrynacja wypchnęły ze zbiorowej oraz z indywidualnej świadomości wiele treści i sparaliżowały je mechanizmami strachu i fałszu, wystarczył moment zachwiania się systemu, a wszystko w sposób cudowny odżywało. Jakkolwiek te hasła mogły drażnić niewczesną lekkomyślnością polityczną, to przecież trudno było nie docenić oznak życia i zdrowia w tych wybuchach pragnienia poznania prawdy, nazwania rzeczy słowem właściwym czy poddania osądowi sprawiedliwości tego, co przeszłe i teraźniejsze. Bardziej niepokojące byłoby, jak sądzę, gdyby w momentach mobilizacji i buntu, takich jak ów pamiętny marzec, ludzie okazali się nie zdolni do zdjęcia kagańca ze swoich myśli i pragnień, ważąc każde słowo po to, by wykazać się przed władzą swoją roztropnością. Roztropności buntowników władza nie potrzebowała, a przyzwyczajenie do kagańca źle by rokowało przyszłym protestom przeciw władzy komunistycznej w Polsce.

Ale w ruchu marcowym pojawiały się też rzeczy mniej krzepiące, a niekiedy przygnębiające. Myliłby się ten, kto by sądził, że ruch ogarnął większość studentów. Prawda jest taka, że w Krakowie najbardziej zaangażowali się pierwszo- i drugoroczniacy, natomiast starsze lata mniej chętnie włączały się w protesty. Istniał wręcz rozpowszechniany w uczelnianym środowisku pogląd, że protesty mają w sobie coś na tyle szczeniackiego, że szanujący się student czwartego i piątego roku nie powinien się wygłupiać, dołączając do marcowej awantury. Wypowiadano chętnie kąśliwe uwagi deprecjonujące bunt, z których najbardziej chwytliwe było łączenie protestów z juwenaliami: „W tym roku juwenalia zaczęły się już w marcu”, mawiano, co wywołało w nas, protestujących, bezsilną złość, taką, jaką się od czuwa, gdy wiadomo, że żadna perswazja nie złagodzi złej woli kpiarza ani nie naruszy jego głęboko wkorzenionego uprzedzenia.

Ta obojętność starszych kolegów mnie drażniła, choć właściwie nie powinna. Przecież sam wybuch marcowych protestów uznałem za fakt cudownie niespodziewany, a skoro tak, to po co zżymałem się na obojętność lub małą przychylność większości, która wszak reprezentowała postawę, do jakiej się wcześniej już przyzwyczaiłem? Zderzenie się z brutalnym faktem, że bunt przeciw ustrojowi może nie mieć szerokiego poparcia – niechby z ostrożności tajonego, lecz szczerego – był gorzkim doznaniem. Pokazywał on, choć wniosku takiego jeszcze wtedy nie wyciągałem, że nie ma czegoś takiego jak opór całego społeczeństwa przeciw komunizmowi, bo niezależnie od komunistycznych absurdów, od szkodliwości i brutalności systemu górę zawsze bierze społeczny konserwatyzm, znacznie głębszy niż ostrożność, strachliwość czy inne słabości charakterologiczne jednostek, przejawiający się w naturalnym dążeniu do nienaruszania status quo.

Taki konserwatyzm ma swoje uzasadnienie, choćby przez to, że jest nieusuwalnym społecznym faktem; nie tylko więc nie należy go negować jako aberrację, lecz także – ta w gruncie banalna myśl przyszła mi do głowy znacznie później – powinien być brany pod uwagę przy wszelkich bardziej zasadniczych przekształceniach społecznych mogących wywołać silny odruch obronny. Gorsze jest to, że w momentach przesilenia, gdy siły zła wygrywają, ten konserwatyzm niechętny oporowi wobec władzy despotycznej daje wsparcie bierne, a niekiedy czynne dla działań represywnych i moralnie paskudnych przez tę władzę przedsiębranych. Zawsze w takich razach – tak stało się w Marcu, a także, jak żywo pamiętam, w stanie wojennym – nagle pojawiają się jakby spod ziemi ludzie właśnie z tej konserwatywnej rzeszy się wywodzący, ludzie nijacy i wcześniej nie znani lub znani mało, którzy chętnie wykonują brudną robotę, kontrolują, spisują, donoszą, kłamią, straszą, a czynią to bez widocznych objawów wstrętu do wykonywanej roboty.

Wśród kadry uniwersyteckiej w czasach Marca takich typów na UJ było niewielu, ale potrafiłbym wymienić przynajmniej kilkunastu, których marcowe zaistnienie pozwoliło wspiąć się wyżej mimo dość wyraźnego dyzgustu, który wywoływali i którego, jeśli nie byli skończonymi głupcami, musieli być świadomi. Później na zlecenie partii prowadzili dla studentów rozmaite indoktrynacyjne dokształty o wspaniałości PRL-u i komunizmu oraz o nikczemności ich wrogów, gdzie – ale to już później – opowiadali o wojskach Bundeswehry gotowych do inwazji na Czechosłowację, o Niemcach mordujących polskich oficerów w Katyniu, o brudnych dolarach, za które wywołano w Warszawie zamieszki, i tym podobne. Ludzie, którzy tę podłą robotę wykonywali, byli oczywiście miernotami. Profesorowie z najwyższych pięter hierarchii o dobrych nazwiskach trzy mali się przyzwoicie. Rektor UJ w tamtych czasach, Mieczysław Klimaszewski, nie zachowywał się szczególnie bojowo, ale z powodu swojej powściągliwości w wypowiadaniu politycznych opinii i raczej przychylnego nastawienia do własnych studentów, niezależnie od wykrzykiwanych przez nich haseł, zyskał sympatię i nikt o nim, o ile wiem, nie powiedział nieprzyjaznego słowa.

Znacznie gorszą opinię miał jego zastępca, językoznawca, profesor Mieczysław Karaś. Ten raczej nie pokazywał się w wielkich zgromadzeniach studenckich, by nie być wygwizdanym, ale chadzał w towarzystwie podejrzanych typów po gmachach uniwersyteckich i w obmierzłym stylu strofował studentów, strasząc ich karami za działalność antyustrojową. Karaś był partyjniakiem o topornym kroju gomułkowskim, bezwzględnie powolny rozkazom egzekutywy, za co później, a także z uwagi na jego postawę w czasie Marca, towarzysze nagrodzili go funkcją rektora UJ. Studenci, rzecz jasna, Karasia serdecznie nie lubili, co przejawiało się na różne sposoby, przede wszystkim przez złośliwe komentarze, jakimi kwitowano każdorazowe wymienienie jego nazwiska. Krążyła wśród nas, na przykład, opowieść z upodobaniem rozpowszechniana, że Karaś miał jedno oko szklane i o tym właśnie jego szklanym oku opowiadano szereg mało wytwornych, lecz wówczas niezmiernie nas śmieszących anegdot. Żartowanie ze szklanego oka niemiłego prorektora nie było oczywiście karą nazbyt ostrą, biorąc pod uwagę dokonania Karasia na urzędzie, a i też – przyznajmy – niezbyt godną nobilitującego statusu studentów najstarszej uczelni w Polsce, ale przecież tylko taka forma retorsji pozostawała w naszym zasięgu. (…)

 

Fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja, Wydawnictwo Fronda/ Biblioteka Konserwatysty

Rozważania o polskości red. TOMASZA GRZYWACZEWSKIEGO zorganizowane przez Fundację Archiwum Jana Olszewskiego

Wykład red Tomasza Grzywaczewskiego „Polskość, czyli co? Podróż po Kresach” odbędzie się 18 września w muzeum na Rakowieckiej.

Spotkanie zorganizowane przez Fundację Archiwum śp. Premiera Jana Olszewskiego z dziennikarzem Tomaszem Grzywaczewskim rozpocznie się o godz.17.00. w czwartek 18 września w świetlicy Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL przy ul.Rakowieckiej 37.

 

 

„Nie mam za co przepraszać”. Ratusz nęka procesem b. dyrektora TVP3 Opole. Monitoring CMWP SDP

Urząd Miasta Opole pozwał dziennikarza, byłego dyrektora i redaktora naczelnego TVP3 red. Mateusza Magdziarza. Chodzi o program lokalny z 11 listopada 2021 roku z relacją z uroczystości. W przemówieniu, prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski nawiązał do sytuacji na polsko-białoruskiej porównując nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali wtedy funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego… Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.

Urząd Miasta Opola najpierw próbował spowodować, aby red. Magdziarz stanął przed sądem na podstawie przepisów prawa karnego. Potem ratusz pozwał m.in. telewizję, b. szefa TVP3 Opole i reportera Adama Wołka za to, że – zdaniem władz miasta – w programie lokalnym nierzetelnie przedstawiono uroczystości 11 listopada 2021 roku.

Przemówienie, czy antyrządowa propaganda?

Chodzi o przemówienie prezydenta Opola, niegdyś związanego z PO, Arkadiusza Wiśniewskiego. Nawiązał do ówczesnej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Wiśniewski porównał nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali jesienią 2021 roku funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej, do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego…

Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Okrzyki wznosił wtedy m.in. działacz opozycji antykomunistycznej Wiesław Ukleja.

Głuchy telefon i „MZ Trias Opolski”

Nie można się skontaktować z rzecznikiem opolskiego urzędu, naczelnikiem biura prasowego Adamem Leszczyńskim, bo telefon podany na stronie internetowej ratusza nie odpowiada.

Smartfony identyfikują podany numer jako kontakt do Międzygminnego Związku Trias Opolski:

Pytanie o powód pozwania Mateusza Magdziarza redakcja sdp.pl przesłała do rzecznika Leszczyńskiego mailem. Do czasu publikacji artykułu nie dostaliśmy odpowiedzi.

Co powiedział prezydent?

Prezydent Opola mówił 11 listopada 2021 roku podczas uroczystości 103. rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości : „(…) Polska nie może odwracać się od matek z dziećmi [w tle wyraźnie słychać okrzyk <<skandal >>], które głodne [dale i przez całą relację słychać m.in. okrzyki <<skandal, hipokryta>>] przed wojną próbują przedostać się przez granicę. Polska wiele lat, wiele razy była ofiarą walki zbrojnej. Wiemy jak wyglądają obrazy cierpiących matek (…) choćby przypominając sobie zdjęcia z Powstanie Warszawskiego” – powiedział w Święto Niepodległości w 2021 roku prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. Jego przemówieniu cały czas towarzyszyły okrzyki protestu, że wykorzystuje politycznie sytuację na polsko-białoruskiej granicy do walki politycznej z rządem Zjednoczonej Prawicy.

https://x.com/matt_magdziarz/status/1798760191250534670

Zdaniem obserwatorów uroczystości i samego ówczesnego redaktora naczelnego TVP Opole, która pokazała przemówienie, prezydent sugerował, iż SG nie chce przepuszczać nielegalnie imigrujących „matek z dziećmi”, a w rzeczywistości młodzi ludzie m.in. sprowadzani przez Moskwę i Mińsk z Bliskiego i Środkowego Wchodu rozbijali strażnice i atakowali kamieniami funkcjonariuszy służb. Wielu z nich ranili.

Skandaliczna retoryka

We poście na X z ub. roku Magdziarz napisał m.in.: „11 listopada 2021 roku prezydent Opola wygłosił przemówienie. Oczywiście jak wielu krytyków PiS nie mógł przegapić takiej okazji i odnosił się do sytuacji na granicy z Białorusią. Zdaniem wielu osób w tym fragmencie zastosował skandaliczną retorykę odwołując się do Powstania Warszawskiego. Minęły prawie 3 lata a Gmina Opole w pozwie cywilnym zarzuca mi naruszenie jej dóbr osobistych (jako redaktorowi naczelnemu TVP3 Opole) za publikację materiału zawierającego krytyczną ocenę tego przemówienia” – przekazał Magdziarz.

Teraz – jak mówi pozwany dziennikarz – niewiele się zmieniło, na pewno nie w jego postrzeganiu sprawy. „Wiśniewski niebezpiecznie zestawił to, co się działo wtedy na granicy z Powstaniem Warszawskim. Wykorzystał uroczystości 11 listopada 2021 roku do wskazania, bez kontekstu, iluzorycznej winy obrońców granicy” – podkreślił we wtorek Mateusz Magdziarz w rozmowie z portalem SDP.  „TVP3 Opole rzetelnie to relacjonowała te wydarzenia” – mówił dziennikarz.

Nigdy nie będziesz sam

„Zostałem pozwany, bo prezydent nie może znieść porażki, jaką niewątpliwie było jego przemówienie, co zresztą potwierdzali uczestnicy uroczystości” – zaznaczył były szef TVP3 Opole. „W tym procesie zostałem sam, TVP Opole, po zmianie rządu, na kolanach przeprosiła urząd i prezydenta. Reporter też przeprosił. Co ciekawe prezydenta a nie gminę która go pozwała” – powiedział Magdziarz.

„Na <<placu boju>> pozostałem tylko ja” – przyznał Magdziarz.

„Nie mam zamiaru przepraszać i wpłacać 50 tysięcy złotych na WOŚP. Jestem zdania, że jeśli ktoś w tym przypadku działał na szkodę Opola to prezydent swoim przemówieniem” – powtórzył Mateusz Magdziarz. Następna rozprawa 17 września br.. Sąd będzie przesłuchiwał Magdziarza. Potem, najprawdopodobniej, na następnej rozprawie mowy stron i wyrok. Co ciekawe, sąd nie przesłuchał prezydenta Opola.

Centrum Monitoringu Wolności Mediów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło monitoringiem tę sprawę. Będziemy się przyglądać dalszemu postępowaniu sądowemu.

 

 

 

Fałszywa nuta na orkiestrę i większość, czyli, co może RADA PROGRAMOWA POLSKIEGO RADIA w likwidacji?

Do wybranej na przednówku tego roku Rady Programowej Polskiego Radia w likwidacji najlepiej pasowałaby inna nazwa: Rada Problemowa, bo większość jej członków, zamiast pomagać, sprowadzi chyba na rozgłośnię kłopoty. Prawne. I należy ufać, że nieświadomie. RP PR przyjęła bowiem uchwałę, w której zwraca się do ministra kultury o współprowadzenie Orkiestry Polskiego Radia, ale odrzuciła projekt uchwały z propozycją dotowania muzyków przez MKiDN kwotą 10 mln zł.

Rady Programowe mediów są niepotrzebne. Wiadomo to od ponad 30 lat.

Komu radzić?

Chętnych do tych rad jednak nie brakuje, bo partie i organizacje społeczne chcą wiedzieć, co dzieje się w TVP, PR i PAP. Dlatego wciąż są osoby, które dają się namówić na kandydowanie z rekomendacji instytucji społecznych lub ugrupowań politycznych. Zarobek żaden, bo członkowie rad programowych dostają ok. 300 złotych za posiedzenie plus zwrot kosztów podróży. Szefowie tych rad biorą trochę więcej, ale niewiele więcej.

Z kronikarskiego obowiązku dodać należy, że większość obecnych członków Rady Programowej Polskiego Radia to ludzie popierający pomysły rządu Donalda Tuska na media publiczne, a raczej na ich likwidację. Z 15-osobowego składu RP PR zaledwie kilka reprezentuje punkt widzenia mediów konserwatywnych. Niestety, mniejszość owa nie może powstrzymać zapędów większości rady. Po kolei jednak.

Polityczny bigos muzyczny i jak go zjeść

Na posiedzeniu Rady Programowej Polskiego Radia w likwidacji 12 września 2025 roku wydarzyło się coś dziwnego i niepokojącego zarazem.

Otóż w ten piękny dzień końca lata w stołecznej siedzibie Polskiego Radia w likwidacji przy al. Niepodległości rada programowa tej publicznej rozgłośni rozpatrywała projekt uchwały, w której paragrafie pierwszym napisano: „Rada Programowa Polskiego Radia – Spółki Akcyjnej w likwidacji zwraca się do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, o rejestrację Orkiestry Polskiego Radia do Rejestru Instytucji Kultury, dla których organizatorem jest Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – czytamy w projekcie, który przedstawiała wiceprzewodnicząca RP PR, dziennikarka TVP w likiwdacji Anna Kwiatkowska-Bieda.

Nie oceniając jednak nikogo, doszło do prezentacji krótkiej treści uchwały, zdaniem wszystkich obecnych na posiedzeniu RP PR, bardzo potrzebnej w jej intencji. Chodzi o wsparcie Orkiestry Polskiego Radia w likwidacji, bo – jak uzasadniano – muzykom Zespołu OPR się nie przelewa. Czy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z jej nową szefową Martą Cienkowską to zmienią? Nie wiadomo, bo współprowadzenie orkiestry publicznej rozgłośni przez resort – nawet zdaniem jej władz PR reprezentowanych przez wiceprezesa, czyli zastępcę likwidatora Polskiego Radia Juliusza Kaszyńskiego – nie oznacza od razu powodzenia i wyższych honorariów dla artystów. Większość RP PR uznała jednak, że można spróbować.

Bezprawne, ale bezpieczne

Rekomendowany przed Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, poparty m.in. przez PiS członek rady i sekretarz generalny SDP, dziennikarz Hubert Bekrycht miał spore zastrzeżenia do projektu. Przede wszystkim – jak mówił – nie można go przyjąć, bo Polskie Radio jest od prawie dwóch lat w likwidacji. Nawiasem mówić – zdaniem Bekrychta – fikcyjnej, bo po nielegalnym przejęciu PR, TVP i PAP, pieniądze na rozwój rozgłośni spływają z rządu. Likwidacja PR jest tylko po to, aby mała już część załogi, której nie podobają się nowe porządki koalicji w Polskim Radiu nie protestowała i nie dążyła do strajku – akcentował dziennikarz.

Bekrycht powoływał się na artykuł 486 paragraf 1 Kodeksu Spółek Handlowych stanowiący instrukcję, czynności likwidacyjnych. „Likwidatorzy powinni zakończyć interesy bieżące spółki, ściągnąć wierzytelności, wypełnić zobowiązania i upłynnić majątek spółki (czynności likwidacyjne). Nowe interesy mogą podejmować tylko wówczas, gdy to jest potrzebne do ukończenia spraw w toku. Nieruchomości mogą być zbywane w drodze publicznej licytacji, a z wolnej ręki – jedynie na mocy uchwały walnego zgromadzenia i po cenie nie niższej od uchwalonej przez zgromadzenie” – napisano w KSH.

Zdaniem sekretarza generalnego SDP, popierającego ideę wspierania Orkiestry PR, przepisy są jednoznaczne i wykluczają przyjęcie uchwały m.in. o wpisie „Orkiestry Polskiego Radia do Rejestru Instytucji Kultury”. To przekroczenie przepisów w firmie w stanie likwidacji. Likwidacji, która – jak tłumaczył członek RP PR rekomendowany przez PiS, prawnik, ekonomista i… muzyk Tomasz Siwak – sprawia zresztą kłopoty nie tylko władzom PR, ale i pracownikom, bo jaki bank chętnie udzieli kredytu osobie zatrudnionej w firmie w likwidacji?

Zlikwidować likwidację

Do większości członków Rady Programowej argumenty Bekrychta i Siwaka nie dotarły. Siwak zresztą zaproponował inne wyjście. Mianowicie opracowanie projektu uchwały Rady Programowej Polskiego Radia z żądaniem zakończenia fikcyjnej likwidacja państwowej rozgłośni. Chodzi o wycofanie się MKiDN z decyzji z grudnia 2023 roku o postawienie w stan likwidacji spółek medialnych – TVP, PR i PAP. Siwiak zwracał też uwagę na fakt, że nie ma żadnego harmonogramu likwidacji Polskiego Radia, bo ten stan wprowadzono wyłącznie z powodów politycznych i na życzenie koalicji PO, PSL, PL 2050 i Lewicy.

Propozycja Siwaka nie była jednak dyskutowana. Przewodniczący RP PR, liberalno-lewicowy dziennikarz wybrany do rady z rekomendacji PO Jan Ordyński z Towarzystwa Dziennikarskiego nie poddał tego rozwiązania pod głosowanie.

Wniosek formalny zgłosił jednak Hubert Bekrycht. Zaproponował projekt uchwały, aby Rada Programowa Polskiego Radia w likwidacji poprosiła minister kultury o przekazania 10 milionów złotych na działalność OPR. Głosowano ten projekt. Nie przyjęto propozycji. Czy to była niespodzianka? Chyba nie.

Zamiast 10 milionów

Większość członków rady chcąca pomóc muzykom poprzez współprowadzenie zespołu przez ministerstwo nie chciała pomocy w postaci 10 milionów złotych dla tejże orkiestry… Spośród 11 obecnych za byli tylko Hubert Bekrycht, Tomasz Siwak i dziennikarka z oddziału warszawskiego SDP wybrana z rekomendacji PiS Hanna Budzisz. Przeciwko było 5 osób, m.in. szef RP PR Jan Ordyński. Wstrzymały się 4 osoby. 10 milionów OPR nie dostanie i może nawet nigdy by nie dostała, ale nawet nie próbowano. Bo jak ktoś domaga się od tego rządu 10 milionów, to dostaje trzy… Może koalicji coś z KPO zostało.

Z kolei za przyjęciem propozycji współprowadzenia przez resort kultury Orkiestry Polskiego Radia za byli wszyscy obecni, z wyjątkiem Bekrychta, Budzisz i Siwaka. Bo ta trójka była w tej sprawie od początku przeciw.

Wyszło na to, że większość członków rady, zamiast dotacji, domaga się czegoś, co prawnie jest niemożliwe. Nawet dla pomysłowego rządu Tuska, który dzieli kasę na jachty i na seks-kluby. Na orkiestry symfoniczne tyle jednak nie daje.

I nawet można by o tym coś jeszcze napisać, ale… nie warto.

 

 

JOLANTA HAJDASZ W TV REPUBLIKA: Wywiad z chuliganem [VIDEO]

Samuel Pereira – 40 tysięcy za jeden artykuł,  fotoreporter Robert Kwiatek 90 tysięcy dla policjantów, którzy zatrzymali „Batmana” , Anita Gargas – trudno policzyć, bo to ponad 20 procesów, donos ministra Sikorskiego na polskich biskupów do Watykanu  i  wygrane procesy dziennikarzy z „likwidatorami” w mediach publicznych…

O tych i o innych sprawach monitorowanych przez CMWP SDP  i SDP w najnowszym odcinku programu red. Piotra Lisiewicza  „Wywiad z chuliganem” w TV Republika. Premiera w niedzielę 14 września – terminy powtórek w programie ramowym. Poniżej Wywiad z chuliganem.

Poniżeż pogram Piotra Lisiewicza Wywiad z chuliganem, czyli prezes SDP i szefową CMWP SDP Jolantą Hajdasz:

UWAGA NA KŁAMLIWE TREŚCI – STOP DEZINFORMACJI

W związku z atakiem rosyjskich dronów na Polskę należ zwrócić szczególną uwagę na inforamacje jakie podajemy, My, dziennikarze. Trudno znaleźć jakąś konkretną receptę na unikanie dezinfomacji, czy wręcz uleganie wrogiej propagandzie, ale wystarczy, wydaje się, że wystarczy trzymać sie zasad obowiązującym w naszym zawodzie.

  1. Zastanówcie się, czy w dobie kryzysu musicie podać konkretną informację. Nie wiecie, nie wstydźcie się zapytać szefa albo bardziej doświadczonego dziennikarza.
  2. Zwrócie uwagę na źródło informacji. W przypadku ważnych komunikatów sprawdźcie, czy Wasz „news” ma autoryzację władz państwa odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli.
  3. Nawet kiedy jesteście zmęczeni, dbajcie o język informacji. Prostota przekazu jest kluczem do zrozumienia go. Nie bawcie się w „barokowy”, piękny styl.  Po pierwsze prawda bez błędów językowych.

BIZNES ALERT: Konserwatywny publicysta zastrzelony w USA na oczach tysięcy ludzi

Artykuł ze strony Biznes Alert z 11 wrzesnia 2025 roku:

Charlie Kirk publicysta konserwatywny i internetowy twórca nie żyje. Zastrzelono go podczas spotkania w kampusie Utah Valley University w Orem w USA. Sprawca zbiegł.

Policja nie zatrzymała mordercy. Strzał do Kirka wywołał chaos wśród słuchających publicysty. Ameryka jest w szoki.

Śmierć otwartego konserwatysty

Informację o śmierci Kirka podał m.in. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, który złożył wyrazy szacunku rodzinie. „Był kochany i podziwiany przez WSZYSTKICH, a zwłaszcza przeze mnie, a teraz nie ma go już z nami. Melania i ja składamy kondolencje jego pięknej żonie Erice i rodzinie. Charlie, kochamy cię!” – Prezydent Donald J. Trump

Trump w przemówieniu publikownym na X Białego Domu oddał hołd zamorowanemu publicyście. „Wzywam wszystkich obywateli do przestrzegania amerykańskich wartości, tak drogich Charliemu Kirkowi, z powodu, których zginął. Wwolności słowa, praworządności oraz patriotycznego oddania i miłości do Boga” – podkreślił prezydent USA.

Amerykańskie media szczegółowo relacjonują tragiczne wydarzenia. Na profilu OSINTdefender napisano:

Charlie Kirk słynął z tego, że prowadził spotkania otwarte dla konserwatywnej widowni, podczas których zapraszał do rozmowy osoby o odmiennych poglądach, by debatować na tematy polityczne.

Przekonaj mnie…

Format ten był często nazywany „Prove Me Wrong” albo „Change My Mind” [przekonaj mnie – red.]. Internetowy twórca odbywał ogólnokrajową trasę „The American Comeback Tour”, a wizyta na uniwersytecie była jej częścią.

10 września, podczas jednej z debat, Kirk został postrzelony prosto w szyję. Zostało to zarejestrowane przez uczestników spotkania i szybko rozprzestrzeniło się w sieci. Mimo natychmiastowej próby reanimacji, Kirk zmarł. Policji udało się zatrzymać osobę, która mogła być powiązana ze sprawą zabójstwa. Jak informuje The New York Times, nie jest ona jednak sprawcą. Na ten moment osoba odpowiedzialna za morderstwo nie została jeszcze ujęta.

Cała sprawa jest szeroko komentowana na świecie. Od momentu tragedii imię i nazwisko Charlie Kirka pojawiły się miliony razy we wpisach na X i stanowi najczęściej wymieniane hasłem na tej platformie.

Na cześć Charlie Kirka prezydent Trump wydał rozkaz opuszczenia wszystkich flag amerykańskich na terenie Stanów Zjednoczonych do połowy masztu.

BIZNES ALERT

łoz/ hub/ X

Artykuł ze strony Biznes Alert:

https://biznesalert.pl/konserwatywny-tworca-zostal-zastrzelony-w-usa-na-oczach-tysiecy-ludzi/

W USA wrze też z innego powodu. Liberalne media zataiły brutalne zabójstwo młodej Ukrainki, bo zamordował ją czarnoskóry mężczyzna.

Artykuł ze strony Biznes Alert:

https://biznesalert.pl/liberalne-media-usa-przemilczaly-brutalne-zabojstwo-ukrainki-bo-zamordowal-ja-czarnoskory-mezczyzna/

MARCIN PASZKOWSKI: Brzmi dziwnie, wygląda dziwnie… Czyli, ZINY jako świadectwo

Na pierwszy rzut oka to anachronizm: kartki, zszywki, farba drukarska – kiedy wszystko jest już w sieci. Kto dziś chce robić zin? Odpowiedź nie jest ani sentymentalna, ani jednowymiarowa.

Od kilku lat obserwujemy w Polsce coś w rodzaju powrotu do papieru: nie masowego, mainstreamowego drukowania, lecz drobnej, lokalnej produkcji – zinów robionych metodą DIY (angielski skrót od wyrażenia „Do It Yourself”, które oznacza „Zrób to sam”), kolekcjonerskich, często limitowanych, z wyraźnym podpisem autora i społecznością wokół nich. Ziny to nie przypomnienie dawnego undergroundu na siłę, lecz świadomy wybór formy komunikacji.

Zin historyczny

Jako pierwszy polski zin wskazuje się nieraz „Notatnik Robotnika Sztuki” – niezależne pismo wydawane przez artystów związanych z elbląską Galerią El, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972-1973. Impuls zinotwórczy w PRL-u – tu nie będzie niespodzianki – przyszedł wraz z pierwszą falą polskiego punk rocka. W 1979 roku w Warszawie, w środowisku związanym z zespołem Kryzys pojawił się fanzin „Szmata”. Krzysztof Grabowski z Dezertera wydawał „Azotox” (1983-1986) – na ostatniej stronie drugiego numeru widniało punkowe hasło: „GAZETY MANIPULUJĄ – TA TEŻ!!! MYŚL SAM”.

W analizach badawczych tamtego okresu przyjmuje się, że w latach 1978-1998 ukazywało się ok. 1275 tytułów (i prawie 3300 numerów!). Zapewne było ich więcej.

Wariaci wydawniczy

Kto to wydaje? Najczęściej ludzie, których trudno jednoznacznie opisać: twórcy, muzycy, graficy, aktywiści, a czasem całe kolektywy. Przykład najbardziej rozpoznawalny – „Chaos w Mojej Głowie”. Fanzin był wydawany w drugiej połowie lat 90-tych, by zakończyć żywot w 2001 roku. Po dekadzie jednak znalazło się kilkoro ludzi od lat związanych ze sceną hardcorepunk, którzy wznowili zina (ostatni numer „Chaos w Mojej Głowie” #31 – lato 2025, format A4 i 280 stron!). Projekt, który od lat układa się jak hybryda magazynu i kroniki sceny: duże numery, setki stron wywiadów, rysunków, reportaży.

Za zinami stoją konkretni ludzie i lokalne sieci. W przypadku „Chaosu” inicjatywa odżywała dzięki grupie związanej z Opolem i osobom, które się z niego wywodzą. Drobne inicjatywy, jak „Bunkier” (Radom) czy „Ściana Wschodnia”, pokazują z kolei jak zin potrafi być narzędziem lokalnej opowieści i wymiany.

Dlaczego druk, skoro jest internet?

Odpowiedzi zebrane z rozmów z twórcami i uczestnikami sceny powtarzają parę motywów. Po pierwsze gest. Zin jest fizycznym znakiem istnienia, przedmiotem, który można położyć na stole, schować do pudełka, wymienić na koncercie. To ważne w kulturach, które cenią rytuał: koncert → stoisko → rozmowa → sprzedaż/zamiana.

Marcin Pryt frontman zespołu 19 Wiosen zdj. ze zbiorów Autora

Po drugie estetyka i kontrola: papier pozwala na eksperyment z formatem, typografią, kolażem, ręcznymi poprawkami, wprowadza do pracy element „unikatu”.

Po trzecie zaufanie i trwałość Papier wciąż ma wartość archiwalną, trudniej go skasować niż post w mediach społecznościowych.

Wreszcie, ekonomia społeczna. Dla wielu wydawców zin to sposób na finansowanie działań (drobne sprzedane nakłady, wymiany, zrzutki) i utrzymanie niezależności od algorytmów i reklam. Te motywy powtarzają się w analizach i reportażach poświęconych renesansowi zinów w Polsce.

Ziny jako pierwowzór Internetu

Michał Chojecki, artysta wizualny, założyciel Oficyny Peryferie – pracowni drukarsko-introligatorskiej i artzinowego wydawnictwa stwierdził: „Zarówno śmierć zinów na przełomie wieków, jak i ich współczesne odrodzenie, są ściśle związane z Internetem. Pojawienie się blogów, a następnie mediów społecznościowych, bardzo szybko doprowadziło do tego, że niezależne i rozproszone treści, które były publikowane w zinach, przeniosły się do sieci. Tam zyskały możliwość o wiele łatwiejszej dystrybucji i uwolniły się z sideł fizycznego nośnika.

zdj. ze zbiorów Autora

Jednak szybko okazało się, że wolność Internetu stała się – bo ten pierwotny Internet był rzeczywiście zdecentralizowany i nieregulowany – ułudą. Przypomnijmy sobie arabską wiosnę, gdy Facebook i Twitter były narzędziami, które sprzyjały łamaniu monopoli medialnych – dzięki nim ludzie organizowali się i umawiali na protesty. Jednak niedługo później wypłynęła sprawa Cambridge Analytica, co pokazało, że tak naprawdę cyfrowe media są narzędziem kontroli, dominacji i manipulacji. Dlatego dziś dostrzegam w zinach reakcję na nieskończoność cyfrowego strumienia danych, a także tęsknotę za osadzeniem w fizycznym świecie. Ziny współcześnie mają inne znaczenie niż miały 30 lat temu, kiedy były najprostszą formą subkulturowej komunikacji. Z dzisiejszej perspektywy tak nie jest – stworzenie zina wymaga większego wysiłku, ale odgrywają one znaczącą rolę: są jak ognisko, przy którym gromadzą się ludzie, żeby pogadać i wspólnie spędzić czas”.[1]

Kultura papierowa funkcjonuje równolegle do sieci: stoiska na festiwalach i koncertach, lokalne księgarnie niezależne (tych niestety ubywa), biblioteki zinów (w 2022 r. kolekcję zinów w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich prezentowano na specjalnej wystawie w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu!), a także spotkania warsztatowe — nauka składania i powielania numeru to dziś osobny rytuał i sposób na budowanie społeczności. To nie są jedynie egzotyczne eksponaty — to żywa wymiana. Warsztaty „jak zrobić zina?” i festiwale zinowe, które przyciągają pokolenia od nastolatków po doświadczonych wydawców.

Prawo zinów

Ziny rządzą się swoimi zasadami: mały nakład, dobre relacje z dystrybucją niezależną, przemyślana sprzedaż podczas wydarzeń. Wiele projektów korzysta też z Internetu jako narzędzia promocji i sprzedaży (media społecznościowe, Bandcamp, newsletter), ale papier pozostaje produktem centralnym – medium, które daje autorowi pełnię wyrazu. Dla części ludzi zin to forma oporu wobec standaryzacji treści online; dla innych – przestrzeń do eksperymentu, gdzie błędy i surowość są wartością.

Współczesna „scena zinowa” w Polsce jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Ziny, które kiedyś kojarzyły się głównie z punkową subkulturą i kserowanymi, amatorskimi wydawnictwami, dziś ewoluowały, choć nadal zachowały swój niezależny, często non-profitowy charakter. Cechuje je różnorodność form i tematyki: ziny nie są już tylko fanzinami muzycznymi. Znajdziemy wśród nich artziny (skupione na sztuce wizualnej), ziny komiksowe, literackie, feministyczne, fotograficzne, a nawet kulinarne. Tematyka jest praktycznie nieograniczona, od osobistych notatek i pamiętników, przez reportaże, po eseje i poezję.

Łatwiej, chociaż trudniej

Chociaż duch DIY (do it yourself) wciąż jest żywy, twórcy coraz częściej sięgają po profesjonalne techniki druku, takie jak risograf czy sitodruk, co nadaje zinowym publikacjom unikalny, estetyczny charakter. To sprawia, że wiele współczesnych zinów to prawdziwe małe dzieła sztuki. Doskonałym przykładem wysokiej jakości wykonania jest „Striptiz” – zin artystyczny Marcina Pryta z Łodzi (znanego też jako Henryk Ulik, M11P, Xylen Mazaki) — poety, komiksiarza, muzyka (projekty: 19 Wiosen, Tryp, MASZYNOWA), aktywnie działającego w strukturach kultury niezależnej – m.in. poprzez fundację Kosmopolitania.

zdj. ze zbiorów Autora

Przyszłość? Ziny nie będą dominować w krajobrazie medialnym, nie po to powstały. Ich siła polega na tym, że są niszowe, ale wpływowe: kultywują pamięć, pozwalają testować pomysły, przypominają, że słowo i obraz mogą istnieć także poza ekosystemem klików. Nie chodzi o rozgłos, nie chodzi o pieniądze. Ważna jest…idea!

 

Festiwale i biblioteki zinów, warsztaty i małe wydawnictwa pokazują, że papier w 2025 roku ma więcej twarzy niż kiedykolwiek – od ostrego punkowego, czy metalcore fanzinu, po artystyczne, limitowane edycje. Dziesięć lat temu w Domu Słów w Lublinie odbył się Samizdat: Lublin Zine Festival. Nomen omen 13 grudnia 2015 r. odbyła się konferencja połączona z całodniowymi warsztatami tworzenia małych autorskich publikacji artystycznych. Kserowane samizdaty jako świadomy wybór artystycznej ekspresji.

Ciągle drukują…

W Łodzi niedawno też miało miejsce wydarzenie łączące dwie inicjatywy związane z drukowaniem, niezależnym wydawaniem, działaniem kolektywnym: warszawski Drukuj Zinfest oraz łódzki Render. Podczas wspólnego wydarzenia w formule targów wydawców tworzących ziny, art magazyny, druki, niezależne publikacje, eksperymentujących z technikami, realizacjami i materiałami w ramach formuły „zrób to sam”.

zdj. ze zbiorów Autora

Dla tych, którzy chcą doświadczyć kultury w trybie „offline”, zin jest dziś jeszcze bardziej atrakcyjną alternatywą niż jeszcze dekadę temu. Ziny w Polsce AD 2025 to nie nostalgiczny powrót ani obrona przed technologią, lecz świadomy wybór formy komunikacji – fizycznej, ograniczonej, ale dzięki temu często bardziej szczerej i bliższej. Jeśli ktoś chce poczuć tę energię, niechaj idzie na zinfest, kupi numer ze stoiska, porozmawia z autorem. To najlepszy sposób, by zrozumieć, po co ktoś dziś rozdaje papier w dobie internetu. Zinowe „podziemie” w Polsce jest dowodem na to, że papier nie umarł, a ręczne, niezależne tworzenie wciąż ma się świetnie i przyciąga nowych, kreatywnych ludzi.

W dobie znikających tytułów, politycznych zawirowań na rynku prasy, istnienie i pewien rozkwit „obiegu alternatywnego” (trzeciego obiegu?), to dobra czy zła wiadomość dla dziennikarzy?

 

 

[1] Chojecki M. (2022) – Jak Zrobić Zina? Self-publishing dla artystek i artystów. Warszawa: Oficyna Peryferie.

 

Nie żyje KATARZYNA STOPARCZYK

W wypadku samochodowym zginęła dziennikarka Katarzyna Stoparczyk. Świat polskich mediów pogrążył się w żałobie. Tragiczną informację podało m.in. Polskie Radio, z którym od lat związana była Katarzyna Stoparczyk. Strona internetowa rozgłośni utrzymana jest w czarno-białej tonacji, są też zmiany w programie.

Katarzyna Stoparczyk zginęła 5 września wypadku samochodowym na Podkarpaciu.

Ukończyła studia wokalno-aktorskie Akademii Muzycznej we Wrocławiu; była absolwentką podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Wrocławskim. Przygodę dziennikarską – jak przypominał serwis internetowy PR – rozpoczęła Polskim Radiu Wrocław.

Katarzyna Stoparczyk związana była przede wszystkim z Programem Trzecim Polskiego Radia. W Trójce prowadziła audycje dla dzieci i młodzieży, m.in. „Dzieci wiedzą lepiej” i „Zagadkowa niedziela”, które cieszyły się dużą popularnością zarówno wśród najmłodszych, jak i ich rodziców.

„Zainicjowała również Radiowy Teatr Dziecięcy Polskiego Radia, w którym dzieci mogły współtworzyć przedstawienia radiowe i uczestniczyć w profesjonalnych warsztatach aktorskich i dykcyjnych” – napisano na portalu Polskiego Radia.

Prowadziła także audycje kulturalne i wywiady. Była współautorką i prowadzącą programu TVP „Duże dzieci”.

Katarzyna Stoparczyk miała 55 lat.

 

sdp.pl/ Biznes Alert