KOMITET NA RZECZ OCALENIA POLSKIEJ SZKOŁY: Nowe programy kształcenia MEN to naruszenie prawa

Reforma oświaty proponowana przez MEN to naruszenie prawa, a usunięcie Pana Tadeusza, narodowej epopei Adama Mickiewicza, to skandal – mówili podczas środowej konferencji prasowej przedstawiciele Komitetu na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. Spotkanie odbyło się w Domu Dziennikarza przy Foksal w Warszawie. Na konferencję obok ekspertów KROPS zaprosiło też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Konferencja KROPS w siedzibie SDP obyła się pod hasłem: „>>REFORMA 26. Kompas Jutra<< to NARUSZENIE PRAWA!”. Spotkanie było transmitowane w sieci. Wzięli w niej udział eksperci oświatowi, nie tylko związani z KROPS.

„Minister Barbara Nowacka podpisała 11 marca br. rozporządzenie w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym, natomiast 12 marca br. rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie ramowych planów nauczania dla publicznych szkół” – to tekst zaproszenia na konferencję.

Nauczyciele i eksperci biją na alarm. Minister Nowacka przekonuje, że zmiany są uniwersalne i nowoczesne. Wielu nauczycieli ją krytykuje. Reforma propagowana jako nowoczesna wcale – zdaniem specjalistów – taka nie jest. „Podobne stosowano, tuż po rewolucji w sowieckiej Rosji. Tam też skupiano się na kształceniu poprzez działania” – wyjaśniła ekspertka oświatowa i publicystka Jolanta Dobrzyńska. „Zmienia się nie tylko kształcenie, ale zmieniają się metody kształcenia, nie zwraca się uwagi na treść, wiedzę” – dodała.

 

Zdaniem Dobrzyńskiej metody interdyscyplinarnego nauczania na przykład między klasowego są złe dla uczniów. „To eliminacja naturalnej kultury zachowania” – tłumaczyła Dobrzyńska i zwróciła uwagę na, że systematyczna metoda zdobywania wiedzy, w polskiej szkole minister edukacji Barbary Nowackiej, odchodzi w niebyt. Przypomniała też, że nowe zasady kształcenia to złamanie Konstytucji i – tak jak podkreśla KROPS – niezgodne z innymi normami prawa.

Polonistka i autorka podręczników Hanna Dobrowolska mówiła, że poziom nauczania języka ojczystego – bo tak, jej zdaniem, powinny być traktowane zajęcia m.in. z polskiej literatury a nawet dla młodszych bajek i gawęd – systematycznie się obniża. Z kanonu lektur usunięto między innymi „Pieśni” Jana Kochanowskiego „Nie ma zgody Polaków na niszczenie dorobku polskiej kultury” – podkreśliła Hanna Dobrowolska.

Nauczycieli szczególnie bulwersuje to, że z listy lektur, poza Inwokacją, usunięto epopeję narodową. „Usunięcie poematu „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza to skandal, który dotyka wszystkich nauczycieli języka polskiego, a przede wszystkim uczniów” – podsumowała polonistka na konferencji Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły.

W dyskusji o edukacji i skandalicznych propozycjach MEN wzięli także udział również: prowadzący konferencję i ekspert d.s. edukacji Marek Puzio, lekarka Maria Kępińska i Marek Grabowski z Fundacji Mamy i Taty, członek Rady Demografii i Rodziny przy Prezydencie RP Karolu Nawrockim.

Podczas debaty eksperci zwrócili też uwagę na ogólny trend w zmianach w polskiej oświacie. Argumentowali, że zamiast wzmacniać podstawy wiedzy coraz więcej w szkole jest zajęć nauczających o kontrowersyjnych kwestiach ekologicznych, czy związanych z życiem intymnym człowieka.

 

zdj. Jolanta Hajdasz , Hubert Bekrycht

KOLEJNY NADPAD RZĄDU NA TV REPUBLIKA – Zatrzymano ekipę telewizyjną MICHAŁA RACHONIA – news i komentarz

„Przed siedzibą Służby Kontrwywiadu Wojskowego funkcjonariusze prowadzą wobec ekipy Republiki czynności służbowe, a zanim te czynności się rozpoczęły otrzymaliśmy informacje, że funkcjonariusze policji będą chcieli obejrzeć nagrania, które wykonaliśmy naszymi kamerami. Oczywiście odmówiliśmy i przekazaliśmy, że powinni zwrócić się oficjalnie do Telewizji Republika, a szefostwo stacji podejmie decyzję czy będziemy je pokazywać czy nie” – poinformował Michał Rachoń, dyrektor programowy stacji.

„Wszystko, co robi nasza stacja, wszystkie nagrania, są objęte tajemnicą dziennikarską. Dlatego żadnych nagrań ani treści tego, co zarejestrowały nasze kamery, nie będziemy przedstawiać” – dodał Michał Rachoń.

 

tekst i grafika TV Republika

 

Komentarz:

Możnaby oczywiście wyliczać, który to już zamach na wolne media konserwatywne. Można przypominać, ile, oprócz Republiki, tych mediów już napadnięto. Trzeba to robić, nawet jeśli wydaje się to być bez sensu, bo „oni są silniejsi”. Nic podobnego. Oni są coraz słabsi i dlatego się boją atakując. Próbując zastraszyć nawet tych, którzy się zastyraszyć nie dadzą.

Trzeba przypomninać, tak często jak się da o zbrodniach medialnych koalicji 13 grudnia. Sukcesywnie. Należy być zbiorowym kronikarzem medialnego zamachu stanu. Od bezprecensowego, poza Rosją, bezprawnego przejęcia mediów przez rząd Donalda Tuska 20 grudnia 2023 r., poprzez próby zatrzymania procesu koncesyjnego Republiki i wPolsce24,  aż do utrydniania pracy, lżenia i zatrzymywania  dziennikarzy konserwatywnych mediów. Co da to dokomentowanie?

Chyba sporo, bo rząd się tego boi. A archiwa teraz już nawet z sieci rzadko znikają. Oprócz tych zatrzymanych w medich publicznych od ponad dwóch lat zarządzanych przez nielegalne władze – marionetkowe kierownictwo TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej. Wszystko to w likwidacji. Ale utrzymywane wciąż za Twoje pieniądze, Podatniku!

Dokumentujmy zatem każdy przejaw bezprawia tej wladzy, jej arogancji i siłowych prób oddziaływania na media. Te, niestety, obym się mylił, będą. Będą, bo chamski jest charakter tych rządów. Kiedy wyborcy KO, PSL i Lewicy, tudzież reszty PL 2050 zorientują, że ktoś ich nabił w butelkę i rządzi nimi chamstwo?

Nie wiem, ale na pewno będzie za póżno…

 

Hubert Bekrycht

 

 

MACIEJ ŚWIRSKI: WETO SAFE – moment strategiczny dla Polski

Dlaczego spór o ustawę implementacyjną jest w istocie sporem o przyszłość polskiego przemysłu?

Decyzja Prezydenta Rzeczypospolitej o zawetowaniu ustawy implementującej instrument SAFE zmienia sens całej debaty. Przestaje ona dotyczyć technicznego mechanizmu finansowania zakupów obronnych. Staje się sporem o coś znacznie poważniejszego: o to, czy Polska posiada strategię przemysłową w świecie, w którym przemysł obronny wyrósł na rdzeń nowoczesnego rozwoju technologicznego.

Prezydent powiedział rzecz fundamentalną: państwo nie może przyjmować instrumentu finansowego bez wcześniejszego określenia własnej strategii przemysłowej. Dokumenty rządowe tej strategii nie zawierają. Ustawa implementacyjna SAFE jest ustawą o obsłudze pożyczki, a właśnie dlatego spotkała się z wetem.

SAFE – instrument bezpieczeństwa czy mechanizm sterowania przemysłem

Rozporządzenie Rady (UE) 2025/1106 ustanawiające instrument SAFE zostało przedstawione jako reakcja Europy na pogarszające się środowisko bezpieczeństwa. Tworzy ono jednak w istocie nowy mechanizm decyzyjny dotyczący inwestycji w europejski przemysł obronny.

Mechanizm ten przebiega w kilku etapach. Państwo członkowskie przygotowuje projekt inwestycji obronnej i kieruje go do Komisji Europejskiej, która ocenia jego zgodność z celami instrumentu oraz z koncepcją europejskiej bazy technologiczno-przemysłowej obronności. Jeżeli Komisja uzna projekt za zgodny, przekazuje go do Rady Unii Europejskiej, która podejmuje decyzję wykonawczą zatwierdzającą projekt. W trakcie realizacji Komisja nadzoruje kolejne etapy i decyduje o wypłacie środków.

Taka konstrukcja oznacza, że państwo członkowskie nie decyduje samodzielnie o kierunku inwestycji przemysłowych finansowanych z SAFE. Decyzja o tym, czy i w jakiej formie projekt powstanie, zapada poza nim.

Polska ustawa – mechanizm obsługi długu

Polska ustawa implementacyjna przyjmuje tę konstrukcję w całości. Tworzy fundusz finansowy w Banku Gospodarstwa Krajowego – Finansowy Instrument Zwiększenia Bezpieczeństwa – którego jedynym zadaniem jest obsługa pożyczki SAFE i przekazywanie środków do resortów realizujących projekty. Kluczowy przepis ustawy stanowi wprost: środki mogą być wydawane wyłącznie na projekty zakwalifikowane przez Komisję Europejską i zatwierdzone decyzją wykonawczą Rady UE.

Krajowy mechanizm finansowy nie posiada zatem autonomii przemysłowej. Polska bierze na siebie dług, natomiast decyzja o jego przeznaczeniu zapada w systemie europejskim. W dokumentach rządowych brakuje strategii przemysłowej dla SAFE. Istnieje jedynie mechanika obsługi zobowiązania.

Mechanizm krzyżującej się warunkowości – i jego pozatraktatowe korzenie

Kluczowym elementem systemu jest warunkowość działająca na dwóch poziomach jednocześnie. Warunkowość pionowa dotyczy bezpośrednio instrumentu SAFE: projekt inwestycji musi zostać oceniony przez Komisję jako zgodny z celami instrumentu i europejską bazą przemysłową, dopiero wtedy może zostać zatwierdzony przez Radę. W trakcie realizacji Komisja kontroluje osiąganie kolejnych etapów i może wstrzymać wypłatę środków.

Warunkowość pozioma działa szerzej, w całym systemie finansowym Unii Europejskiej. Dostęp do środków europejskich może zostać uzależniony od spełnienia warunków instytucjonalnych lub politycznych niezwiązanych bezpośrednio z konkretnym projektem. Doświadczenie Polski z Krajowym Planem Odbudowy pokazuje, jak ten mechanizm funkcjonuje w praktyce: państwo może formalnie posiadać dostęp do instrumentu finansowego, ale wypłata środków zostaje uzależniona od spełnienia dodatkowych wymogów określonych przez Komisję.

To jednak tylko połowa obrazu. Polska od lat doświadcza nacisków Komisji Europejskiej w obszarach, które traktaty akcesyjne z 2004 roku wyraźnie pozostawiły poza kompetencjami unijnymi. Wymiar sprawiedliwości, organizacja mediów, a przede wszystkim obronność i przemysł zbrojeniowy – wszystkie te dziedziny znalazły się poza zakresem zobowiązań, które Polska przyjęła, wstępując do Unii. Komisja wywierała jednak wpływ na te obszary kanałami finansowymi i politycznymi, tworząc w ten sposób precedens warunkowości pozatraktatowej: instrument, który formalnie nie wynika z żadnego zobowiązania, ale w praktyce działa jak zobowiązanie egzekwowane.

W przypadku SAFE oba mechanizmy – pionowy i poziomy – mogą działać równocześnie, przy czym sam instrument dotyka dziedziny, która z mocy traktatów pozostaje domeną państwa członkowskiego. Powstaje w ten sposób system krzyżującej się warunkowości, w którym państwo ponosi ryzyko finansowe, lecz nie sprawuje pełnej kontroli nad mechanizmem finansowania, i to w obszarze, gdzie suwerenność traktatowa jest bezsporna.

Wymiar prawny: hipoteza o przekroczeniu kompetencji

Tu docieramy do kwestii, która w debacie publicznej pozostaje niemal nieobecna, choć jej konsekwencje są daleko idące. Traktaty, na których podstawie Polska przystąpiła do Unii Europejskiej w 2004 roku, nie przewidują przeniesienia kompetencji w dziedzinie obronności na organy wspólnotowe. Polityka obronna pozostaje domeną suwerenną państw członkowskich, chronionych przez zasadę kompetencji powierzonych: Unia działa wyłącznie w granicach uprawnień przyznanych jej przez traktaty.

W świetle tej zasady instrument SAFE budzi poważne wątpliwości. Rozporządzenie tworzy mechanizm zatwierdzania, nadzoru i warunkowania finansowania projektów obronnych przez Komisję Europejską i Radę UE w obszarze, który traktatowo pozostaje poza ich jurysdykcją. Polska ustawa implementacyjna, przyjmując tę konstrukcję, wchodzi na pole prawnie niejednoznaczne – i to nie z perspektywy politycznej, lecz z perspektywy zobowiązań traktatowych, którymi Polska jest związana.

Hipoteza prawna, którą warto poddać pogłębionej analizie, jest następująca: umowy i decyzje zawarte lub podjęte z pominięciem ustawowego trybu ratyfikacji i kontroli parlamentarnej, w dziedzinie objętej suwerennością traktatową państwa, mogą nie rodzić skutków prawnych wiążących Polskę na gruncie prawa krajowego. Obowiązuje traktat i konsekwencje prawne wynikające z traktatu – a traktat w tej materii milczy.

Zapowiedzi rządu, że weto prezydenta zostanie zignorowane i że Polska przystąpi do systemu SAFE poza trybem ustawowym, wpisują się w ten sam wzorzec pozatraktatowych nacisków, który Polska obserwuje od lat w odniesieniu do sądownictwa czy mediów. Przekroczenie kompetencji nie staje się legalnym działaniem przez to, że jest dokonywane przez rząd, a nie przez Komisję.

Przemysł obronny to system technologiczny

W polskiej debacie publicznej SAFE opisuje się językiem czołgów i artylerii. To zasadnicze nieporozumienie. Nowoczesne systemy wojskowe są przede wszystkim systemami informatycznymi: integrują sztuczną inteligencję, przetwarzanie danych, cyberbezpieczeństwo, systemy satelitarne, zaawansowaną elektronikę, robotykę i systemy autonomiczne. Przemysł obronny wyrósł na jeden z głównych motorów rozwoju technologicznego państw.

Kto projektuje architekturę systemów wojskowych, ten projektuje również przyszłość gospodarki cyfrowej. Państwo, które tej architektury nie kontroluje, skazuje swój rozwój technologiczny na zależność od tych, którzy ją kształtują.

Łańcuch konsekwencji

Mechanizm SAFE tworzy czytelny łańcuch następstw. Państwo członkowskie zaciąga pożyczkę finansowaną przez Unię Europejską, jednak projekty inwestycyjne podlegają ocenie Komisji, która preferuje inicjatywy realizowane w ramach istniejących europejskich łańcuchów przemysłowych. Największe zdolności przemysłowe skupione są w Niemczech, Francji i częściowo we Włoszech. W konsekwencji przeważająca część dużych projektów będzie lokowana właśnie tam.

Państwa takie jak Polska uczestniczą w systemie głównie jako klienci lub podwykonawcy. Europejski kompleks przemysłowo-obronny skupia się w kilku ośrodkach, podczas gdy Polska finansuje ten system poprzez dług, lecz nie współkształtuje jego architektury technologicznej. Centrum europejskich zbrojeń przesuwa się ku istniejącym ośrodkom przemysłowym – przede wszystkim ku Niemcom i Francji.

Lekcja historii

Odpowiedź na pytanie, czy Polska może pozwolić sobie na rolę klienta w cudzym systemie przemysłowo-obronnym, nie jest abstrakcyjna. Już doświadczenia wojny 1920 roku pokazały, że państwo pozbawione własnej bazy przemysłowej uzależnia się od zewnętrznych dostaw uzbrojenia i amunicji. To przecież na skutek decyzji Anglii rządzonej przez Lloyd-Gerorga wstrzymano dostawy amunicji do Polski w krytycznym momencie wojny z bolszewikami. Uratowali nas bracia Węgrzy. To jest nauka dla Polski na zawsze: taka zależność zawsze ogranicza suwerenność strategiczną – i to niezależnie od formalnych gwarancji sojuszniczych, umów międzynarodowych czy nawet własnego interesu państw podejmujących decyzje w stosunku do Polski. Dlatego rozwój polskiego przemysłu obronnego nie jest kwestią wyłącznie gospodarczą; wpisuje się w rdzeń bezpieczeństwa państwowego, i strategiczne planowanie przyszłości państwa.

Polski SAFE 0% – alternatywa suwerenna

Na tym tle propozycja przedstawiona przez Prezydenta Rzeczypospolitej i Prezesa Narodowego Banku Polskiego nabiera znaczenia wykraczającego poza doraźny spór o zawetowaną ustawę. Program nazwany roboczo Polskim SAFE 0% wyznacza inny kierunek: zamiast obsługiwać pożyczkę zaciągniętą w ramach mechanizmu, którego architektura decyzyjna leży poza Polską, proponuje zbudowanie instrumentu finansowego zakorzenionego w krajowej strategii przemysłowej.

Warunkiem realizacji tego programu jest jednak właśnie to, czego w dokumentach rządowych dotyczących SAFE nie ma: określenie polskich priorytetów przemysłowych i technologicznych. Które kompetencje Polska chce rozwijać samodzielnie? W jakich łańcuchach wartości zamierza uczestniczyć jako podmiot, a nie podwykonawca? Jakie technologie mają pozostać pod krajową kontrolą jako warunek suwerenności strategicznej? Bez odpowiedzi na te pytania żaden instrument finansowy – krajowy ani europejski – nie stanie się narzędziem rozwoju. Stanie się wyłącznie mechanizmem obsługi zadłużenia.

Polski SAFE 0%, rozumiany jako program budowania krajowych kompetencji przemysłowych, jest alternatywą wobec logiki, w której Polska finansuje cudzy rozwój technologiczny. Jego wdrożenie wymagałoby jednak czegoś, czego polska polityka gospodarcza unikała od dekad: strategicznej decyzji o tym, czym Polska chce być w europejskiej i globalnej architekturze przemysłu obronnego.

Prawdziwy sens weta

W tym kontekście weto prezydenta wyraża sprzeciw wobec przyjęcia mechanizmu finansowego bez uprzedniego określenia strategii przemysłowej państwa. Prezydent tym wetem wskazał wyraźnie, że Polska nie może ograniczyć się do roli uczestnika systemu, który finansuje cudze kompetencje technologiczne.

Traktat daje jej do tego pełne prawo – bo obronność pozostaje domeną, której Polska nie przekazała Unii i przekazać nie mogła bez zmiany traktatów, której nie było.

Najważniejsze pytanie

Spór o ustawę implementacyjną SAFE dotyczy zatem odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie: czy Polska chce być wyłącznie uczestnikiem europejskiego systemu bezpieczeństwa, czy również jednym z jego technologicznych architektów. Weto prezydenta sprawia, że pytanie to nie może zostać pominięte.

W XXI wieku bezpieczeństwo państwa zaczyna się w fabrykach, laboratoriach i centrach projektowych. Państwo, które nie kontroluje własnych technologii, traci z czasem zdolność kontrolowania własnej przyszłości.

 

Maciej Świrski/ swirski.info

 

zdj.: ze strony swirski.info

Apel IZBY WYDAWCÓW PRASY: Czyste nośniki – demokratyczny rząd nie może być obojętny na los ludzi kultury

Sektor kultury i środowiska kreatywne, od których istnienia i działania zależą losy i stan polskiej kultury, od lat apelują do władz o rozwiązanie tzw. problemu czystych nośników. Nasze środowisko to ponad 300 000 ludzi zatrudnionych w sektorach, które nazywa się kreatywnymi. Jesteśmy ludźmi teatru, literatury, muzyki, telewizji, środowisk nadawców, wydawców i autorów. Wspólnie generujemy 4 proc. PKB i chcielibyśmy, by dla dobra kraju ten wskaźnik systematycznie wzrastał.

Sektor kreatywny każdego dnia dostarcza społeczeństwu wartościowe treści, które pomagają nam rozumieć rzeczywistość, śledzić wydarzenia i korzystać z rozrywki. Jest to realna praca, która powinna być godnie wynagradzana. Jednym z elementów tego wynagrodzenia są opłaty od tzw. czystych nośników i urządzeń służących do kopiowania utworów w ramach dozwolonego użytku osobistego – stanowiące rekompensatę za możliwość kopiowania utworów na własny użytek. Problem polega jednak na tym, że w obecnym kształcie mechanizm ten jest rozwiązaniem archaicznym, krzywdzącym twórców i producentów kultury. Doceniamy wysiłek państwa w finansowaniu środowisk twórczych, ale musimy po raz kolejny zaapelować o unowocześnienie przepisów, które będą działały na rzecz poprawienia stanu finansowania kultury i to w sposób nieobciążający budżetu państwa! Sprawa nie wymaga regulacji ustawowych. Wystarczy złożenie podpisu na nowelizacji rozporządzenia dot. czystych nośników i urządzeń służących do kopiowania utworów w ramach dozwolonego użytku osobistego. Nieaktualność obowiązujących przepisów w naszym kraju jest kuriozalna. W Polsce, w odróżnieniu od innych krajów UE, lista nośników objętych opłatą wciąż zawiera m.in. płyty CD, kasety VHS, magnetowidy czy nawet kasety magnetofonowe – czyli nośniki i urządzenia, których mało kto dziś używa i niemal nikt już nie produkuje. W wykazie wciąż brakuje używanych na masową skalę komputerów, smartfonów, telewizorów, czy tabletów. A przecież to właśnie smartfon jest dziś głównym urządzeniem wykorzystywanym do korzystania z utworów na własny użytek.

Czyż nie jest zatem oczywiste, że należy go niezwłocznie objąć niewielką opłatą, uiszczaną przez jego producentów i dystrybutorów? Autorzy tego listu od lat przekonują, że jest to konieczne i równie długo czekają na niezbędne regulacje. Bezczynność Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w tej sprawie jest zdumiewająca, tym bardziej, iż projekt nowelizacji był szeroko konsultowany publicznie i jest gotowy, ale wciąż niepodpisany. Wbrew obietnicom jego wprowadzenia od 1 stycznia 2026 roku, podpisu na stosownym rozporządzeniu nadal nie ma. Dlatego po raz kolejny apelujemy o sprawczość, by hasło: „robimy, nie gadamy” nie pozostało pustym frazesem i aby tysiące polskich twórców, w tym muzycy, filmowcy, aktorzy, twórcy fotografii, grafik i rysunków, pisarze, naukowcy, wydawcy prasy czy dziennikarze – wzorem swoich europejskich koleżanek i kolegów – miały szansę na przetrwanie i rozwój.

 

Izba Wydawców Prasy

 

Warszawa, 10 marca 2026 roku

 

O niemieckiej pożyczce i pewnej aktorce pisze DAWID WILDESTEIN: Szczepkowska bredzi putinowską propagandę

W portalu SDP publikujemy często opinie autorów z rożnych środowisk reprezentujących rozmaite poglądy. Zdecydowaliśmy się przybliżać m.in. niektóre z wpisów dziennikarza i publicysty Dawida Wildsteina z jego profilu na Facebooku. Felietony zamieszczamy za wiedzą Autora – tytuł i śródtytuły oraz nieliczne skróty od redakcji.
Przegrzali z tym SAFE. Serio. Jeśli używają nawet tej ćwierć inteligentki, tego, wybaczcie słowo, ale to i tak najłagodniejsze, nielotnego chamidła, Szczepkowskiej, która znowu zaczyna bredzić putinowską propagandę, że Nawrocki nie jest Prezydentem (skądinąd to niebywałe, że po stronie Uśmiechniętego Populizmu można tak na bezczelu, bez ukrywania nadawać przekazem z Russia Today), to znaczy, że wiedzą, że już muszą chwycić się wszystkich swoich rezerw, najgorszego patusiarstwa…
To, co miało być ich spektakularnym zwycięstwem przestało nim być i muszą dziko walczyć. O tym świadczy ich wycie.
I nic dziwnego. Bo po tych kilku tygodniach debaty o berlińskim SAFE, a szczególnie po prezydenckim projekcie SAFE 0% nie wiem, jak można popierać ten s*f, który chce nam sprzedać Uśmiechnięty Populizm. Nie wiem jak ktokolwiek, kto jakkolwiek ogarnia rzeczywistość, może być za tą patologią.
Przecież oni się w pełni odsłonili. Ta władza już nawet nie ukrywa, właściwie wprost przyznaje, że nie chodzi o żadną obronność, czy o rozwój Polski i naszych zdolności militarnych. (…) Chodzi o to, by nas związać z Berlinem i Brukselą i żeby nasze możliwości obronno-wojskowe były uzależnione od warunkowości (czytaj łaski) przychylnych im państw.
Plus jeszcze ta ostentacja w zapowiedziach, że mają gdzieś konstytucję, Prezydenta etc.; i tak przyjmą i pokaża środkowy palec całej reszcie…
A jakby ktoś miał jeszcze do jakiegoś czasu wątpliwości, to ten dziki, nieracjonalny, durny wylew hejtu chyba wystarczająco pokazał, że żadna rozmowa nie jest możliwa. Żadna debata, czy refleksja nad tym, jak tworzyć własne państwo i jak je zabezpieczać. Mamy brać od Niemców i morda w w kubeł. Kto myśli inaczej faszystą. I jeszcze (…) ten prymitywizm, ta tępota i infantylizm tego, co nam sprzedaje od kilku dni ta władza i jej medialne cyngle z GW, TVN i okolic… dla każdego na jakimś poziomie intelektualnym i niezależnie od poglądów politycznych jest to zwyczajnie odrażające.
No i Tusk wyskakujący na przemówieniu z przekazem, ze Niemiec płakał jak sprzedawał SAFE, więc bierzmy jak najszybciej? Serio? No, da się głupiej i prymitywniej?  Oni już nie udają. To propaganda idiotów dla idiotów. Najbardziej mnie chyba bawi wątek, że Nawrocki robi to, bo USA… A w tym czasie, na bezczelu, bez krępacji, politycy niemieccy wprost mówią, że Polska ma przyjąć SAFE, bo inaczej będzie kuku. (…)
A w filmikach, które argumentują za berlińskim SAFE nasza Uśmiechnięta Patologia też robi z siebie zwyczajnego debila… np pokazuje zaporę na granicy polsko- białoruskiej, przeciw której samo walczyli. Serio. Kim trzeba być, by coś takiego łykać?
PS: algorytmy czesto tną zasięgi moich wpisów. Jeśli ten post wydaje Ci się ważny – proszę, podaj go dalej – DW.

O pisarzu zakazanym, SERGIUSZU PIASECKIM – spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP z prelekcją MARKA JOŃCZYKA

Skrót spotkania  poświęconego pisarzowi Seriuszowi Piaseckiemu w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP 4 marca 2026 r. (oprac. Alaeksandra Tabaczyńska)

Dr Teresa Kaczorowska: Witam państwa serdecznie na marcowym spotkaniu Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Witam po miesięcznej przerwie. Po raz pierwszy w historii odwołałam spotkanie z powodu wielkiej zimy i mrozu. Jest to dopiero drugie spotkanie w tym roku, ale niezwykle ważne.

Poświęcone jest niezwykłej, wielobarwnej postaci, jaką był Sergiusz Piasecki – antykomunista, żołnierz, pisarz, agent wywiadu, ale też buntownik i zwaśniony z prawem przemytnik.  Opisał to w swojej powieści beletrystyczno – biograficznej pt. „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”. książkę tę z pewnością państwo znacie, był też film, czy nawet dwa chyba włoski i polski, nakręcony na podstawie tej powieści. Jednak w Polsce zakazany.

Dopiero w ubiegłym roku jego ciało z Anglii sprowadzono do Polski i spoczął na warszawskich Powązkach obok Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Także mamy go już w Polsce. Nagrobek przyjechał z Anglii zrekonstruowany przez IPN i bardzo się cieszę, że gościmy dzisiaj historyka z IPN-u, z delegatury w Kielcach, IPN Kraków, pana Marka Jończyka.

Marek Jończyk jest historykiem, nauczycielem, już prawie 20 lat pracuje w IPN-ie, gdzie jest edukatorem, badaczem i autorem dwóch książek. Zajmuje się głównie zbrodnią katyńską i tematem historii najnowszej. Tej historii najtrudniejszej o żołnierzach wyklętych, a Sergiusz Piasecki był na pewno niepokorny, niezłomny i wyklęty i zaczął pisać właśnie blisko Kielc w więzieniu na Świętym Krzyżu.

Tam powstała jego najsłynniejsza powieść, która została przełożona na 16 języków i to był niezwykły sukces wydawniczy. Od razu w pierwszym roku cztery wydania polskie, później się posypały następne i polskie i zagraniczne filmy, teatry i tak dalej. Nawet zastanawiano się podobno w jury, jeśli chodzi o nagle Nobla, czy nie uwzględnić Xawerego Piaseckiego jako noblisty.

Niestety w Polsce był zakazany, niedostępny, ale już go mamy u siebie i możemy czytać jego książki, gdyż są wciąż czytane. Ja wypożyczyłam dwie książki z biblioteki, które są zaczytane, kartki wypruwają się. Bardzo serdecznie witamy – Marek Jończyk

 

MJ: Na wstępie chciałem bardzo podziękować Pani Tereso za zaproszenie, za możliwość spotkania się dzisiaj tutaj z Państwem i podzielenia się garścią informacji o tym niesłychanie frapującym, zaskakującym, wzbudzającym mnóstwo kontrowersji człowieku. To opowieść o osobie, która całe swoje życie poświęciła temu, żeby Polska była niepodległym krajem. W młodości jego ścieżki były różne. Czasami prowadziły go na manowce.

Młodość buntownika, szpiega, przemytnika

Jak za chwilę Państwu przedstawię, młodość bohatera spotkania, nie wskazywała, iż stanie się tak gorliwym polskim patriotą. Proszę Państwa, tak jak tutaj w kuluarach jeszcze przed rozpoczęciem spotkania rozmawialiśmy, miał niezwykle barwny życiorys, którym mógłby się podzielić przynajmniej z kilkoma osobami.

Sergiusz Piasecki to buntownik, człowiek o niepokornym charakterze, idący często pod prąd. Człowiek, który imał się przeróżnych zajęć, był żołnierzem, następnie przemytnikiem, fałszerzem czeków, nawet zajmował się dystrybucją i produkcją pornografii. Był żołnierzem, walczył o Polskę w 1919, 1920, 1921 roku. Był przemytnikiem, wywiadowcą, agentem polskiego wywiadu, człowiekiem, który popadł w konflikt z prawem. W miejscu najmniej spodziewanym, w najcięższym więzieniu II Rzeczpospolitej Polskiej w okresie dwudziestolecia międzywojennego w dawnym klasztorze benedyktyńskim na Łysej Górze, czyli na Świętym Krzyżu, bo tak to miejsce jest bardziej znane – rozpoczął coś, co wydawało się niemożliwe. Rozpoczął wspaniałą karierę pisarską, która w konsekwencji, dała mu wolność. Wypłynął na szerokie wody. Ten stan stabilizacji nie trwał długo, bo zaledwie dwa lata później w 1939 roku wybuchła II Wojna Światowa, która również wywarła na nim wielkie piętno, a jego postawa w czasie II Wojny zasługuje na niezwykłe uznanie. Prześladowany przez komunistów musiał udać się na emigrację, gdzie zmarł w 1964 roku.

TK: Wróćmy do początku. Młodość Sergiusza Piaseckiego. Kiedy przyszedł na świat?

MJ: I tutaj pojawiają się pewne kontrowersje. Jak wykazały analizy genealogiczne, tak to określmy, urodził się 1 kwietnia 1901 roku w Lachowiczach. To niewielka miejscowość położona niedaleko Baranowicz na terenie dzisiejszej Białorusi. Widzimy portret Sergiusza Piaseckiego, a tutaj państwo widzą ufundowaną tablicę memoratywną, która jest na ścianie kościoła parafialnego w Lachowiczach.

Proszę państwa, dlaczego powiedziałem, że moment jego urodzenia wzbudza kontrowersje? Ponieważ bardzo często pojawiały się inne daty jego urodzenia, na przykład 1 czerwca bądź 19 maja 1899 roku. Z czego to wynikało? Przede wszystkim z faktu, że w trakcie swojego burzliwego życia, głównie działalności konspiracyjnej w czasie drugiej wojny światowej, posługiwał się różnymi nazwiskami i fałszywymi dokumentami. Najczęściej te dokumenty były wystawione na nazwisko Tomaszewicz, ale również używał nazwiska Aleksander Kisielewski i w tych dokumentach pojawiały się różne daty urodzenia, wspomniane 1. czerwca bądź 19 maja 1899 roku.

Współczesne badania natomiast, wykazały, jak sam Piasecki mówił o tym, będąc już na emigracji od 1946 roku w Wielkiej Brytanii, datą pewną jego urodzenia był 1 kwietnia 1901 roku. Przyszedł na świat w rodzinie specyficznej. Jego ojciec Michał Piasecki miał korzenie szlacheckie, aczkolwiek była to zubożała szlachta i niestety zruszczona.

Michał Piasecki był naczelnikiem poczty w Lachowiczach, posługiwał się językiem rosyjskim, nie mówił po polsku. Sergiusz Piasecki przyszedł na świat z nieformalnego związku. Michał Piasecki związał się na pewnym etapie swojego życia z białoruską wieśniaczką, Klaudią Kukałowicz i matka miała incydentalny wpływ na jego wychowanie. Sam Sergiusz Piasecki w „Autodenuncjacji”, w ostatniej książce, która ukazała się, pisał, że wspomnienia matki to jakby kadry wyrwane z filmu. Do jedenastego roku życia, co ciekawe, nosił jej nazwisko, czyli gdzieś około 1911 -12 roku Michał Piasecki, ojciec Sergiusza, całkowicie odseparował matkę od syna i zabronił kontaktów. Podobno matka chciała nawiązać z nim kontakt, ale brak wykształcenia, ówczesne możliwości, zawierucha pierwszej wojny światowej, rewolucja bolszewicka, zmiany na pograniczu polsko-sowieckim, spowodowały, że utracił całkowicie kontakt z biologiczną matką.

Trudności wychowawcze

Wychowaniem Sergiusza Piaseckiego zajmowała się konkubina ojca, nazywała się Filomena Gruszewska. Była to ponoć kobieta piękna, niezwykle atrakcyjna.

Michał Piasecki, ojciec Sergiusza, prawdopodobnie kochał ją ślepą miłością i nie dostrzegał, że znęcała się nad młodym synem. Sam Sergiusz wspominał swoją przybraną matkę, w tych słowach: pomimo dobrobytu w domu wiedziałem, co to jest głód, krzywda i podstęp, prześladowania i kłamstwa. Musiałem zawsze być czujny i śledzić wroga, tak zwaną matkę, nie tylko oczami, lecz każdym nerwem. Dało mi to zdolność wyczuwania aury sadyzmu, nawet w powietrzu. Zrobiło mnie sprzymierzeńcem prześladowanych i naładowało nienawiścią do wszelkiej tyranii i obłudy.

Można powiedzieć, że już w tych latach dziecięcych czy młodzieńczych ukształtował się ten niepokorny charakter Sergiusza Piaseckiego. Rzecz ciekawa, miał też kontakt z polską kulturą. Można wyczytać o tym w pracy doktorskiej autorstwa przyjaciela Sergiusza Piaseckiego.

Ci ludzie zetknęli się na emigracji dość przypadkowo, po prostu mieszkali obok siebie w Hastings w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mowa tutaj o Ryszardzie Demelu, który stał się wkrótce jego powiernikiem, przyjacielem, a po sześćdziesiątym czwartym roku wykonawcą jego testamentu. On też napisał rozprawę doktorską, którą obronił we Włoszech, bo tam Ryszard Demel mieszkał, w 1981 roku. Można sięgnąć do tej pracy. Ona jest dostępna. Nosi tytuł „Sergiusz Piasecki życie i twórczość”. Jak wspomina Ryszard Demel, kiedy Sergiusz Piasecki opowiadał mu dzieje swojej młodości, zetknął się po raz pierwszy z literaturą polską jako trzynastolatek, czternastolatek.

Czytał trylogię Sienkiewicza, ale rzecz ciekawa w języku rosyjskim. Nie znał wtedy języka polskiego. Chodził do szkół rosyjskich. Były to czasy zaboru rosyjskiego. Uczęszczał do szkół w Mińsku, potem w Bobrujsku, w Włodzimierzu nad Klaźmą i wreszcie w Pokrowie. Buntował się, był zrusyfikowany, a jego koledzy w szkole nazywali go pogardliwie Polaczok, Polacziszka, wytykali mu jego polskie pochodzenie. On sam nie mógł do końca tego zrozumieć, ponieważ z Polską nie miał wiele wspólnego.

Nie potrafił posługiwać się językiem polskim i to ugruntowało w nim buntowniczą naturę. Dochodziło często do bójek. Jak sam opowiadał swoje dzieciństwo i młodość, bardzo często spędzał w samotności.

Uciekał z domu rodzinnego, starając się odseparować od konkubiny ojca Filomeny Gruszewskiej i często czas spędzał na łonie natury. Bardzo to pokochał. Często dochodziło w tych gimnazjach do zwad, do bójek, stąd częste przenosiny z jednej szkoły do drugiej. W Pokrowie w 1916 lub 17 roku doszło do sytuacji dramatycznej dla samego Sergiusza. Obrażany przez swoich kolegów, pobił jednego z nich w klasie i również użył siły w stosunku do inspektora szkolnego. Oddano go w ręce władz i został doraźnie skazany na pobyt w domu poprawczym. Tak więc jak sam po latach wspominał, prosto ze szkoły w mundurku z wyszytymi palmami na kołnierzu trafił bezpośrednio do młodocianego więzienia. Był to jego pierwszy konflikt z prawem. Zdecydował się na ucieczkę z tego więzienia. Zbiegł, udał się do Moskwy i trafił w samo oko cyklonu.

Rewolucja i bolszewicka nawała nad Wisłą

Był rok 1917, po latach, na początku lat pięćdziesiątych, kiedy przygotowywał edycję jednego z najbardziej znanych swoich dzieł „Zapiski oficera Armii Czerwonej”, tak wspominał ten czas:

Rewolucja w Rosji nie po to się dokonała, żeby robotnika i chłopa od eksploatacji uwolnić, lecz po to, żeby ich ogłupić, obrabować, wpędzić w nędzę i zrobić całkowicie niewolnikami. Rząd nie chce, żeby naród był syty albo miał dostatek. Oni dobrze wiedzą, że człowiek syty zaczyna o czymś innym prócz jedzenia myśleć. A tak, to każdy ma tyle tylko, żeby z głodu nie zdechnąć i gołym nie chodzić i boi się to utracić, a jednocześnie wbijają mu w głowę przez tyle lat, że nigdzie na świecie tak dobrze nie jest jak u nich.

Jak sam po latach wspominał, nabrał wtedy awersji do ideologii bolszewickiej. Spotkał się z niezwykle dramatycznymi i krwawymi wydarzeniami. Był świadkiem śmierci swoich przyjaciół i swoich znajomych. Wiedział, czym jest rewolucja, czym jest komunizm, czym jest bolszewizm i można powiedzieć, że to ukształtowało go na następne nie tylko lata, ale całe jego życie. W 1919 roku, kiedy sytuacja polityczna na to pozwalała, powrócił do, można powiedzieć, rodzinnego Mińska. Tam, gdzie czuł się najpewniej i najlepiej. Ale to był moment, kiedy rozgorzała już wojna między odradzającą się Rzeczpospolitą po 123 latach zaborów, a właśnie Rosją bolszewicką. Rzecz ciekawa, wstąpił do takiej niepodległościowej organizacji o przekonaniach antybolszewickich, który nazywała się Zielony Dąb.

Również ukończył szkołę nadzorców telegrafów i telefonów. Pracował w tym zawodzie przez kilka miesięcy do sierpnia 1919 roku. Ten moment jest szczególny, ponieważ podczas walk na terenie Mińska między żołnierzami odradzającego się Wojska Polskiego, a żołnierzami Armii Czerwonej stanął po stronie właśnie żołnierzy Wojska Polskiego. Został 9 sierpnia 1919 roku, ranny.

Walczył przeciw bolszewikom w składzie Polskiej Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Od końca września 1919 roku do kwietnia 1920 roku służył w Wojskowej Dyrekcji Telegrafów i Telefonów. Wyczuto jego talent, jego zdolności, jego inteligencję i został skierowany do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty w Warszawie, którą ukończył.

I tutaj dotykamy wydarzeń sierpnia roku 1920. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w Bitwie Warszawskiej. Walczył dokładnie 25 kilometrów od Warszawy.

Brał udział w bitwie pod Radzyminem, która przechyliła los Bitwy Warszawskiej, stoczonej w dniach między 13 a 16 sierpnia 1920 roku. Służył w szeregach Wojska Polskiego aż do wiosny 12 maja 1921 roku, kiedy już po podpisaniu rozejmu, wkrótce Traktatu Ryskiego został zdemobilizowany. Tu otwiera się nowy rozdział w jego życiu, ponieważ został człowiekiem bez środków do życia.

Ofiara traktatu z Rygi

Większa część jego rodziny po ustanowieniu granicy w wyniku Traktatu Ryskiego znalazła się po stronie sowieckiej. Nie miał, dokąd wrócić ani z czego żyć. Rozpoczyna się najbardziej dramatyczny okres w jego życiu. Zaczął zajmować się tym, do czego miał można powiedzieć predylekcje, ale również zetknął się w czasie swojej młodości, pobycie w więzieniu w okresie rewolucji bolszewickiej oraz z osobami z półświatka.

Zajmował się fałszowaniem pieniędzy, wystawieniem fałszywych czeków, zaczął pozować do zdjęć pornograficznych, kolportować pornografię. Jednocześnie zwrócił na siebie uwagę żołnierzy z II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, tak zwanej Dwójki. To oddział zajmujący się wywiadem i kontrwywiadem. Sergiusz znał doskonale polsko-sowieckie pogranicze, znał ludzi z półświatka, doskonale posługiwał się językiem rosyjskim i różnymi mutacjami języka białoruskiego. Słabo mówił po polsku. Był człowiekiem niesłychanie odważnym, przebojowym, mającym kontakty i postanowiono zwerbować go do pracy w polskim wywiadzie i kontrwywiadzie. To jest dokładnie sierpień 1922 roku, kiedy zostaje agentem w ekspozyturze II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego numer 6 w Brześciu nad Bugiem.

Rozpoczyna swoją działalność wywiadowczą. Jest człowiekiem niezwykle brawurowym. Przekraczał bardzo często granice nielegalnie. W swoich wspomnieniach pisał, że zdarzało się, nawet trzydzieści razy w miesiącu, iż przekraczał tak zwaną zieloną granicę. Przykrywką do działalności wywiadowczej była działalność przemytnicza. Bardzo często tą granicę przekraczał razem z grupami przemytników.

Była to granica bardzo słabo strzeżona. Wtedy jeszcze nie działał korpus ochrony pogranicza. Było wiele dziur, można powiedzieć tak obrazowo, w tej granicy polsko-sowieckiej, przez którą przenikały różnego rodzaju grupy ludzi wszelkiego autoramentu przemytników i aferzystów. Przez tą granicę również przeprowadzano z Sowietów uciekinierów Polaków, którzy nie mieli możliwości legalnego powrotu do odrodzonej, niepodległej już Polski. Oczywiście to odbywało się wszystko na zasadach opłacania specjalnych grup przeprowadzających tych ludzi przez zieloną granicę, a więc przykrywką dla działalności agenturalnej Piaseckiego była jego działalność przemytnicza.

Oczywiście, jak to w takim środowisku nie brakowało alkoholu, zabaw, a Sergiusz był młodym, dwudziestokilkoletnim człowiekiem, nie brakowało również narkotyków. Bardzo często kokainę używał w działalności agenturalnej, którą sprzedawał czy wręcz dawał oficerom Armii Sowieckiej, żeby wydobyć od nich różnego rodzaju informacje.

Los szmuglera…

Niestety, mając dostęp do narkotyków, sam się od nich uzależnił i tutaj rozpoczyna się kolejny dramatyczny okres w jego życiu. Przychodzi grudzień 1923 roku, dochodzi do starcia band przemytniczych. Czasami te bandy przemytników rywalizowały ze sobą.

Bandy te, co można odczytać na kartach „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzcy”, kolaborowały czy to z Policją Polską, czy Policją Sowiecką. Wystawiały swoich konkurentów. Była to bardzo brutalna, nieczysta i krwawa gra. Nie brakowało użycia broni palnej. Krew lała się w sensie dosłownym i padały ofiary śmiertelne. Po jednym z takich starć band przemytniczych w grudniu 1923 roku Piasecki został aresztowany za rozbój i przesiedział 21 miesięcy w polskim więzieniu w Nowogródku.

Prawdopodobnie po interwencji II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego został zwolniony bez procesu w sierpniu 1925 roku, ale wkrótce za rozboje został ponownie aresztowany i to spowodowało, że 18 lutego 1926 roku został zwolniony ze służby w polskim wywiadzie i kontrwywiadzie jako człowiek, który wzbudzał niedostateczne zaufanie. Za swoją brawurową postawę i odwagę, chodzi tutaj o wydarzenia jeszcze sprzed grudnia 1923 roku, kiedy to w brawurowy sposób uwolnił jednego ze współwywiadowców z więzienia GPU w Mińsku. Otrzymał odznaczenie brązowy krzyż zasługi z mieczami i został awansowany do oficerskiego stopnia podporucznika Wojska Polskiego, a więc stał się formalnie oficerem polskiego wywiadu i kontrwywiadu.

Szukał oczywiście jakiejś drogi dla siebie. Chciał zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej jako człowiek z doświadczeniem wojskowym, jednak Francuzi odmówili jego przyjęcia do tej formacji wojskowej, ponieważ dowiedzieli się o tym, że jest oficerem Wojska Polskiego. Mimo, że zwolnionym ze służby, ale jednak nikt go nie zdegradował, więc to rozpoczęcie nowego etapu w jego życiu się nie udało.

Przychodzi lato 1926 roku. Po kilku miesiącach tułaczki zajął się tym co umiał najbardziej, czyli rozbojami. Niestety uzależnienie od narkotyków, alkohol, kontakty ze światem przestępczym spowodowały, że dopuścił się, wraz z kolegą z Wilna, pod wpływem narkotyków rozboju na dwóch żydowskich kupcach. Zrabowali kwotę niewiele ponad tysiąca złotych. Oczywiście bardzo szybko te pieniądze się rozeszły. Następnie dopuścili się ataku na kolejkę konną, która kursowała na trasie między Lidą a Grodnem w okolicy Wasyliszek. Miejsce ciekawe, szczególne miejsce, gdzie przyszedł na świat Czesław Niemen.

I w okolicach tychże Wasyliszek dokonał z kolegą napadu. Skradli kolczyki jednej z podróżujących kobiet. Warte były 154 złote z tego, co można było wyczytać w aktach sądowych. Nie zostali schwytani, ale dla chęci zysku zostali wydani przez konkubinę jego kąpana złodzieja. Dostali się do więzienia. I jest to moment szczególny rok 1926, gdzie jeszcze na tym polsko-sowieckim, polsko-litewskim pograniczu jest dość niespokojnie.

Jak można wyczytać w materiałach, które pozostawił po sobie obrońca Sergiusza Piaseckiego, Adam Pragier, w procesie, który się odbył w 1926 roku.

Piasecki, Kmicic, Babinicz

Adam Pragier był postacią bardzo barwną. To jest żołnierz Legionów Polskich, działacz Polskiej Organizacji Wojskowej, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, poseł na Sejm I i II kadencji w odrodzonej II Rzeczpospolitej, autorytet prawny, doktor nauk prawnych, który starał się bronić Piaseckiego. Adam Pragier po latach wspominał na łamach prawdopodobnie wiadomości londyńskich w 1970 roku, a więc już po śmierci Piaseckiego, że w normalnym sądzie dostałby za to wyrok maksymalnie trzech lat więzienia. W tamtych warunkach sądziły na polsko-sowieckim pograniczu sądy doraźne i za każdy rozbój z bronią w ręku, a tak ta sytuacja wyglądała wtedy właśnie latem 26 roku, sąd zasądził wyrok kary śmierci. Został skazany na śmierć. Szok. Czekał na wykonanie tego wyroku. I w tym momencie z pomocą przyszli jego współtowarzysze służby w wywiadzie i kontrwywiadzie z II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Dzięki interwencji Polskiego Wojska i Sztabu Generalnego Wojska Polskiego ten wyrok kary śmierci, który zapadł w stosunku do Sergiusza Piaseckiego, został zamieniony na 15 lat ciężkiego więzienia. Adam Pragier mówił po latach o Sergiuszu Piaseckim, że nie był on typem bandyty czy złodzieja, ale raczej typem awanturnika z siedemnastego wieku, zabłąkanemu w nasze czasy. I mnie się nasuwa analogia między postacią Sergiusza Piaseckiego i tym, co napisał Adam Pragier.

Andrzej Kmicic. Jeżeli cofniemy się wstecz do okresu wojen polsko-szwedzkich, potopu szwedzkiego, lat 1655-1660, poczytamy Potop, drugą część trylogii Henryka Sienkiewicza, to taką właśnie niespokojną duszą był Andrzej Kmicic, zresztą też pochodzący z Orszy na Białorusi. A więc chorąży orszański, a więc człowiek, który urodził się na tych samych terenach, na tych samych ziemiach.

Piasecki zaczął odbywanie tego wyroku. Najpierw został osadzony w ciężkim więzieniu w Rawiczu, gdzie był często przywódcą buntów więziennych. Ta jego inicjatywa buntownicza, wynikała z nieludzkiego traktowania więźniów, ze strasznych warunków, w jakich przetrzymywano tych ludzi.

Sergiusz zaskarbił sobie niesłychaną estymę wśród współwięźniów. Karnie został przeniesiony do więzienia w Komorowie, gdzie często był również dodatkowo karany pobytem w karcerze więziennym. Nie złamało to buntowniczej natury i kręgosłupa Piaseckiego.

Za kratami

Cały czas równolegle walczył o swoje uwolnienie. W odstępach mniej więcej dwuletnich w 1930 i 1932 roku pisał listy do Prezydenta Polski, do Ministra Sprawiedliwości z prośbą o ułaskawienie, wskazując na swoją służbę w II Oddziale Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w odrodzonej już II Rzeczpospolitej. Prośby były odrzucane. W końcu za tą jego buntowniczą naturę przeniesiono go do najcięższego więzienia, które znajdowało się w byłym kompleksie klasztornym Benedyktynów Łysogórskich na Świętym Krzyżu.

Jak z panią Teresą rozmawialiśmy przed rozpoczęciem spotkania, to można by cały długi wykład popełnić. Mam szczególny sentyment do tego miejsca, ponieważ mieszkam kilka kilometrów od Kielc w paśmie Łysogór.

Jak wychodzę do swojego ogrodu, to mam widok właśnie na Łysicę i na klasztor łysogórski. Przy nawet średniej widoczności doskonale widzę to miejsce. Bywam tam bardzo często. To jedno z najstarszych miejsc, gdzie powstał pierwszy polski klasztor benedyktyński, którego korzenie sięgają prawdopodobnie początków XI wieku, a potwierdzona fundacja klasztorna ma miejsce w czasach Bolesława Krzywoustego około 1120, 1130 roku. W okresie zaborów, jeszcze przed powstaniem styczniowym władze rosyjskie, władze zaborcze dokonały kasaty klasztoru łysogórskiego.

Relikwie drzewa krzyża świętego zostały przeniesione do kościoła parafialnego w Nowej Słupi i wtedy powołano do życia w tym miejscu dom dla księży zdrożnych. Po powstaniu styczniowym jest to miejsce, gdzie toczą się walki ugrupowań partyzanckich pod dowództwem generała Mariana Langiewicza. W styczniu 1863 roku ma tam miejsce Bitwa pod Świętym Krzyżem.

Władze carskie utworzyły tam więzienie i ono funkcjonowało przez cały okres zaborów, aż do zakończenia pierwszej wojny światowej. Ten stan rzeczy nie uległ zmianie również po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 1918 roku i cały czas funkcjonowało tam więzienie najcięższe w Polsce.

To są fotografie z zasobu archiwalnego Narodowego Archiwum Cyfrowego. Wybrałem tylko kilka. Mogą państwo wejść na stronę Narodowego Archiwum Cyfrowego i zapoznać się z większą ilością fotografii.

Brama główna wejście do tego kompleksu więziennego. Widok na dziedziniec wewnętrzny. Budynek, gdzie dziś mieści się Muzeum Przyrodnicze na Świętym Krzyżu. Cela izolacyjna, nie od środka, tylko z zewnątrz. Nie bez przypadku wybrałem tą fotografię, bo podczas odbywania kary w tymże więzieniu na Świętym Krzyżu, Sergiusz Piasecki prawdopodobnie w tym miejscu przebywał. Był kilkakrotnie karany karą karceru za buntowniczą naturę, również za chęć pisania.

Najniższe wyroki, jakie odbywali tam więźniowie to dziesięć lat ciężkiego więzienia. Dozorowani przez strażnika służby więziennej. Zwróćcie państwo uwagę, co ci ludzie mają na nogach.

Są spętani takimi specjalnymi kajdanami, łańcuchami i tak w istocie nie jest to jedyne zdjęcie z tej kolekcji przedstawiające obrazy więzienia na Świętym Krzyżu.

Więźniowie pracowali w różnych warsztatach ślusarskich, tkackich, była szwalnia, było oczywiście piekarnia, była kuchnia, kuźnia. Oni musieli być samowystarczalni i jeszcze zarobić na swoje utrzymanie. Warunki były makabryczne.

Wiosną 1934 roku Sergiusz Piasecki wykonując pracę więźnia w kuźni znalazł wycinek gazety z ilustrowanego kuriera codziennego. I wyczytał, że tenże ilustrowany kurier codzienny organizuje konkurs na najlepszą powieść roku. I postanowił rozpocząć pisanie.

Rzecz nieprawdopodobna. Przeskoczę do roku 1935 i 36 kiedy zadzierzgnęły się znajomości między Sergiuszem Piaseckim a Melchiorem Wańkowiczem. Wańkowicz przyjechał. Pozwolono mu po długich staraniach na odwiedziny Piaseckiego wówczas odbywającego karę więzienia na Świętym Krzyżu. Wańkowicz po latach opisywał, jak wyglądało to więzienie.

Nie tylko papier limitowany…

Cele były przepełnione. Sienniki leżały piętrowo ułożone aż do samego sufitu. Na noc te sienniki, w których mieszkały pchły i pluskwy były rozkładane na betonowej podłodze i więźniowie spali i mieszkali w takich warunkach. Miejsca było tak mało, że chcąc poruszać się, chodzić, ustawiali się w krąg gęsiego i maszerowali pod wyznaczony rytm, po prostu jak żołnierze w wojsku w czasie defilady nie można było zmylić kroku, bo wtedy cały ten układ się burzył.

W takich warunkach Piasecki postanowił rozpocząć pisanie, ale musiał uzyskać zgodę naczelnika więzienia, o którą starał się prawie rok. Zaczęło się od prozaicznego wypadku. Podczas jednego z nielicznych spacerów na spacerniaku w spoinie między brukiem, którym był wyłożony ten spacerniak, Piasecki dostrzegł stalówkę, która miała złamaną główkę.

Więźniowie chodzili w kółko i on postanowił tą stalówkę zagospodarować. Posłużę się językiem Piaseckiego, odwołując się do treści Zapisków Oficera Armii Czerwonej, jak to mówił bohater tejże książki, Lejtnant Michaił Zubow, Misza Zubow, postanowił to znacjonalizować, czyli przywłaszczyć. Po którymś okrążeniu dziedzińca udał, że spadł mu chodak, schylił się po ten chodak, kucnął i zdołał wydłubać z tej spoiny stalówkę. Wyostrzył ją o ścianę celi. Atrament zrobił z rozpuszczonego ołówka kopiowego. Problem był tylko z papierem. Nie miał na czym pisać.

Papier był limitowany. Po kilkudziesięciu dniach starania, po wielu prośbach skierowanych do naczelnika więzienia na Świętym Krzyżu, uzyskał wreszcie zgodę, ale papier był limitowany. Nie mogły to być luźne kartki. Otrzymał brulion z ponumerowanymi stronami. Rozpoczął pisanie pierwszej swojej powieści zatytułowanej Piąty Etap. Napisał tą powieść w ciągu kilkudziesięciu dni, dokładnie między 2 a 29 czerwca 1934 roku.

Pisał codziennie po kilkanaście stron. Zabrakło mu papieru. Więc jak pisał? Najpierw pisał normalnie, wiersz za wierszem, wiersz za wierszem.

Kiedy skończył się papier, wystąpił do naczelnika z prośbą o przyznanie kolejnego brulionu, na co naczelnik więzienia się nie zgodził. Więc wpadł na ciekawy pomysł, zaczął pisać pionowo. Odwrócił kartę i zapisywał pod kątem prostym.

Kiedy skończyło się miejsce, zaczął używać atramentu innego koloru, z innego ołówka kopiowego. Zapisywał między wierszami. Kiedy zapisał w ten sposób cały brulion, już nie było absolutnie żadnego miejsca, musiał oddać ten brulion i dopiero potem otrzymał następne czyste.

Tak powstawały jego powieści. Wańkowicz dowiedział się o tym, dowiedzieli się o tym już po wydaniu Kochanka Wielkiej Niedźwiedzcy wszyscy literaci, na przykład Stanisław Mackiewicz, Kaden-Bandrwoski, że on pisząc na przykład ostatnie rozdziały Kochanka Wielkiej Niedźwidzy nie miał wglądu do początku. Mało tego, nie mógł dokonywać w tych brulionach żadnych poprawek, żadnych skreśleń, żadnych korekt.

On musiał to wszystko ułożyć w głowie, biorąc pod uwagę ten cały anturaż, te warunki w jakich żył, przepełnione cele, kryminaliści najgorszego sortu. Jak pisał Wańkowicz ujrzałem twarze dewiantów, morderców, kazirodców, ludzi skrzywionych, zniszczonych przez straszne warunki panujące w więzieniu.

A mimo to w tych koszmarnych warunkach Piasecki postanowił pisać i robił to. Co stało się z tą jego pierwszą powieścią Piąty Etap? Została ona zarekwirowana przez cenzurę więzienną i nie ujrzała światła dziennego.

Nie zraziło to Piaseckiego. Rozpoczął pisanie drugiej powieści. Kilka miesięcy później powstała kolejna licząca trzysta pięćdziesiąt stront powieść „Droga pod Mur”.

Pisarz bez pióra…

Ona również została skonfiskowana przez cenzurę więzienną i jej rękopis przepadł. Piasecki odtworzył go na emigracji podczas pobytu w Anglii pod zmienionym tytułem jako „Żywot Człowieka Rozbrojonego”. To był opis jego historii życia po zwolnieniu ze służby w Wojsku Polskim po zakończonej wojnie polsko-bolszewickiej, czyli po 1921 roku.

I mimo, że te dwie książki zostały skonfiskowane jako podejrzanie polityczne, również podejrzanie moralnie, Piaseckiego to nie zraziło. Jesienią 1935 roku rozpoczął pisanie „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”

Piasecki w więzieniu zaczął czytać Pismo Święte. Jego znajomość i nauka polskiego języka literackiego rozpoczyna się od lektury Biblii. Wkrótce zaczął czytać wiadomości literackie. Informacja o jakimś nieznajomym bliżej człowieku, który ma niesłychany talent literacki, nie wiadomo do dzisiaj, jakim sposobem dotarła do Wańkowicza, który zainteresował się Piaseckim.

Postanowił dotrzeć do tego człowieka i rękopis „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” dzięki interwencji Melchiora Wańkowicza, można powiedzieć, został w końcu przepuszczony przez cenzurę więzienną i uzyskał wolność wcześniej niż autor powieści. Rękopis skierowano do wydawnictwa Rój w Warszawie w roku 1935. Po pracach redakcyjnych on został zmieniony.

Ciekawostką jest, że kiedy Piasecki wyszedł już z więzienia w 1937 roku i miał sposobność dotknąć tej książki, ją przeczytać, był oburzony i zniesmaczony. Ponieważ wydawca dokonał wielu korekt, zmian, a nawet usunął kilka rozdziałów z tej książki. Do dzisiaj nie zachował się oryginał rękopisu, który zaginął w czasie drugiej wojny światowej. Piasecki nigdy już go nie odtworzył, nie był w stanie tego zrobić. Był tym faktem zbulwersowany, ale tak naprawdę przebywając w więzieniu nie miał żadnych możliwości wpłynięcia na wydawcę, żeby powieść ukazała się w oryginalnym kształcie. Mało tego, te poprawki mogły być nieintencjonalne. Jak powiedziałem, ten rękopis był specyficzny, pisany wzdłuż i w poprzek stron.

Te treści nakładały się na siebie, więc być może ktoś to, czytywał ten rękopis, popełnił nieintencjonalne pomyłki. Piasecki przebywając w więzieniu jeszcze przed swoim zwolnieniem nie wiedział o tym, że powieść ukazała się drukiem. Dowiedział się o tym z wiadomości literackich, które otrzymywał dzięki pomocy Wańkowicza.

Przysyłano mu po prostu to czasopismo i wyczytał w wiadomościach literackich, że „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” ukazał się drukiem. Został odebrany przez czytelników i przez krytyków bardzo pozytywnie. Wkrótce ukazało się jego drugie wydanie.

Książka również wypłynęła na świat. Została przetłumaczona, jak Pani Teresa powiedziała na wstępie na piętnaście języków. O tym wszystkim Piasecki dowiedział się jeszcze przebywając w więzieniu.

Rozpętała się kampania na rzecz przedterminowego zwolnienia Piaseckiego z więzienia Łysogórskiego. Interweniował wspomniany Melchior Wańkowicz, wspomniany Stanisław Mackiewicz, Kaden-Bandrowski, wielu literatów, wielu ludzi sztuki, wśród których był też prawdopodobnie Stanisław Ignacy Witkiewicz. Przede wszystkim chodziło o to, żeby uratować tego człowieka.

On w wyniku jedenastu lat pobytu w tych ciężkich warunkach więziennych nabawił się gruźlicy. Był wrakiem człowieka. Tak naprawdę odsiadka tego wyroku do końca, przepraszam za kolokwializm, czyli jeszcze kolejne cztery lata mogły spowodować jego śmierć.

Ścieżka do wolności

Działań na rzecz ułaskawienia, bo to musiał być akt łaski prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego, podjął się wspomniany Adam Pragier, który został jego adwokatem.

Doszło do sytuacji niesłychanej. Ja nigdzie nie spotkałem się z jakąś analogią. Zawarto dżentelmeńską umowę. Adam Pragier wykorzystał swoje osobiste znajomości. Znał się z wiceministrem sprawiedliwości Adamem Chełmońskim.

Adam Chełmoński był działaczem Stronnictwa Narodowego, posłem na Sejm, podobnie jak Adam Pragier. Co prawda z konkurujących partii politycznych, ale znali się. I po prostu Pragier złożył wizytę Chełmońskiemu, taką półoficjalną, półprywatną, półurzędową.

Zabrał ze sobą wydanie „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Podarował to Chełmońskiemu i poprosił o jedno. Panie Adamie, niech Pan nie podejmuje decyzji dzisiaj. Niech Pan przeczyta tą książkę. Niech Pan zapozna się z informacjami, w jakich warunkach ona powstała i spotkajmy się. Spotkanie odbyło się za kilkanaście dni i Chełmoński był oszołomiony tym, co przeczytał i tym, o czym dowiedział się na temat Piaseckiego.

Postanowił to wykorzystać, ale postawił pewne warunki, ponieważ paradoksalnie Piasecki przebywając w więzieniu, stał się jednocześnie zamożnym człowiekiem, ponieważ czerpał prawa autorskie do swojej powieści. Posiadał na koncie niebagatelną, jak na tamte czasy kwotę piętnastu tysięcy złotych. I wiceminister sprawiedliwości, Adam Chełmoński, powiedział Pragierowi:

Panie Adamie w zasadzie są dwie rzeczy. Awanturnicza przeszłość Piaseckiego i to, że będzie dysponował dużymi pieniędzmi. Jaką mamy gwarancję, że ten człowiek z taką przeszłością i po jedenastu latach pobytu jest zresocjalizowany? Śmiem wątpić.

Pewnie znowu uda się na pogranicze, zacznie pić, narkotyzować się, dokonywać rozbojów. Wtedy Adam Pragier zaproponował Gentleman ‘s Agreement. Stanęło na tym, że nie będzie mógł zamieszkać w strefie przygranicznej, tylko osiedli się w centralnej Polsce, daleko od granicy i że wydawnictwo Rój, które wypłacało mu te tantiemy z tytułu praw autorskich, nie wypłaci mu całej kwoty, tylko będzie płaciło miesięczną pensję w wysokości pięciuset złotych. Taka umowa dżentelmeńska umowa między dwoma panami zdecydowała o tym, że minister sprawiedliwości wystąpił z prośbą do prezydenta Mościckiego o zwolnienie Piaseckiego z więzienia, co stało się faktem 2 sierpnia 1937 roku.

Po 11 latach

Z więzienia odebrał go kielecki dziennikarz, pracujący w Gazecie Polskiej, redakcji kieleckiej nazywał się Eugeniusz Żytomirski. Rozpoznał Piaseckiego, był pierwszym człowiekiem, który przyjął go na wolności, na prośbę Wańkowicza. Konwojował go, można powiedzieć, ze Świętego Krzyża do Kielc, zameldował go w kieleckim hotelu Bristol przy głównej ulicy. Ten hotel istnieje do dzisiaj w niezmienionej lokalizacji w samym centrum miasta przy ulicy Sienkiewicza.

Zabrał do miejscowej cukierni, która była położona naprzeciwko. Piasecki był onieśmielony, oszołomiony. 11 lat pozbawienia wolności zrobiło swoje.

Następnego dnia oczywiście wzbudziło to sensację w Kielcach. Rozpisywały się o tym gazety. Ludzie tłumnie chcieli z nim robić wywiady, robić sobie zdjęcia, zobaczyć tego człowieka.

Następnego dnia pociągiem udał się do Warszawy i kiedy przyjechał już do Warszawy, wystosował do Melchiora Wańkowicza niezwykle wymowny telegram. Bardzo krótki, tej treści: Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Z krzyża, na którym był prawie ukrzyżowany. Z więzienia, które znajdowało się na Świętym Krzyżu i te trzykrotne podziękowania dla człowieka, który interweniował w jego obronie.

Wyszedł na wolność, ale był człowiekiem, zniszczonym przez chorobę. Potrzebna była rekonwalescencja i znowu tutaj pojawia się postać adwokata Adama Pragiera, który spotkał się z ministrem Chełmońskim i wyjednał u niego zgodę na to, ażeby znalazł się w pasie przygranicznym.

Chodziło o leczenie gruźlicy w górach. Udał się do Zakopanego. Granica z Czechosłowacją była względnie spokojna, żadne bandy przemytnicze raczej nie grasowały w takim wymiarze, jak na pograniczu wschodnim. Zresztą były to już zupełnie inne czasy. Granica wschodnia była już wtedy bardzo dobrze uszczelniona przez jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza. Mamy rok 1937, dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. W Zakopanem spotkał się z Witkacem. Panowie przypadli sobie do gustu.

Owocem przyjaźni Witkacego z Piaseckim stały się portrety. Zachowały się do naszych czasów dwa portrety Piaseckiego. To pierwszy z nich ma postać szczupłego, wysokiego, pociągłego na twarzy mężczyzny o bardzo regularnych, trochę ostrych rysach. Doskonale oddaje naturę Piaseckiego. Drugi, bardziej futurystyczny byśmy powiedzieli, jest sygnaturka Witkacy 1939 rok marzec. Proszę państwa, Witkacy Przepraszam Piasecki przebywał na leczeniu w Zakopanem, ale jednocześnie również przebywał w domu swoich przyjaciół w majątku Wandy z Wołowiczu w Rojcewiczowej w majątku Rochotna na Nowogródczyźnie gdzie był bardzo często podejmowany. Jeszcze mogę powiedzieć taką dygresję. Jak Piasecki został wypuszczony z więzienia, został przyjęty w domu Wańkowiczów. Podano obiad. Jak sam wspominał po latach, leżały na stole sztućce, normalna zastawa, porcelana. Pani Wańkowiczowa podała obiad, była łyżka, nóż, widelec, łyżeczki do ciasta i tak dalej, widelczyki.

Bez noża i widelca

No i Piasecki był bardzo zażenowany, czym byli zaskoczeni Wańkowiczowie. Powiedział po chwili, państwo pozwolą, że nie będę używał noża i widelca, bo przez ostatnie 11 lat, jeżeli używałem jakiegokolwiek sztućca, to była tym łyżka i będę jadł łyżką. Nie chcę zaczynać nauki jedzenia nożem i widelcem w obecności kogokolwiek. Widząc, że Piasecki jest bardzo skrępowany, zażenowany, że czuje się niekomfortowo, Wańkowicz no takim polskim, gościnnym sposobem zaproponował po prostu kieliszek wódki.

Na co Piasecki powiedział, a nie palę, a nie palę Melchiorze, ja zwykłem pić wódkę tylko z butelki. To pokazuje jego przeszłość, ale również w tych tragicznych okolicznościach, w tym ciężkim dla niego momencie, a jednocześnie radosnym, bo jednak wreszcie wyszedł na wolność, nie był pozbawiony humoru.

Ten okres stabilizacji nie trwał długo, bo 1. września 1939 roku wybucha druga wojna światowa. Piasecki zaciąga się, do wojska, jest podoficerem, nikt go nie pozbawił tego stopnia oficerskiego, jest zastępcą dowódcy batalionu w oddziale Korpusu Ochrony Pogranicza, walczy z Niemcami i nie ucieka z kraju. On w momencie, kiedy ta zawierucha wojenna wkracza na Wileńszczyznę i Nowogródczyznę, postanawia zostać w swoich rodzinnych okolicach, zostaje w Wilnie. Wilno przez Sowietów od września 1939 do czerwca 1940 roku jest pod okupacją litewską. Tutaj spotyka się z nacjonalizmem litewskim, ale jednocześnie nawiązuje kontakty ze strukturami podziemia niepodległościowego, Służbą Zwycięstwu Polski i Związkiem Walki Zbrojnej.

Nie inaczej rzecz wygląda po czerwcu czterdziestego roku, kiedy Wileńszczyzna przechodzi w ręce Sowietów. I nic nie ulega zmianie po czerwcu 1941 roku, kiedy na Wileńszczyznę wkraczają Niemcy. Rozpoczyna się, jak sam Piasecki mówi, trzecia okupacja w jego życiu: pierwsza litewska, druga sowiecka, trzecia niemiecka.

W konspiracji

Pełni rolę szczególną i to rzecz ciekawa, bdąc żołnierzem Polskiego Podziemia Niepodległościowego w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej nie złożył przysięgi. Z czym to było związane? Tłumaczy się to różnie.

Nigdy Piasecki jednoznacznie nie wytłumaczył, o co chodzi. Niektórzy jego biografowie, badacze jego twórczości, życia twierdzą, że było podyktowane to jego indywidualnością, taką niepokornością, nawet krnąbrnością. Jest też inne wytłumaczenie. On cały czas przez swoje życie miał skrajnie, takie narodowe i antysowieckie, antybolszewickie poglądy i niejednokrotnie wypowiadał się na łamach prasy podziemnej, na przykład Polski Walczącej, bo pisywał artykuły do właśnie pism ukazujących się w podziemiu, wydawanych przez struktury Polskiego Państwa Podziemnego.

Krytykował polski rząd emigracyjny za zbyt uległą postawę w stosunku do Sowietów głównie po czerwcu 1941 roku. Oczywiście do momentu zerwania stosunków dyplomatycznych przez Sowietów po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, co jak wiadomo nastąpiło w kwietniu 1943 roku. Być może to była przyczyna. Ale jak działa w tym podziemiu oprócz tego, że pisze, tworzy, publikuje w prasie podziemnej, on zajmuje się działalnością wyjątkową.

On znajduje się jako członek grupy likwidacyjnej wykonującej wyroki śmierci na osobach skazanych przed Sąd Podziemnego Państwa Polskiego, a więc rzecz niesamowita i jest w tym niesłychanie aktywny. 13 czerwca 1943 roku zorganizował i dokonał włamania do Urzędu Niemiecko-Litewskiej Policji i wyniósł stamtąd dokumenty obciążające aresztowanego kierownika Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej, a jednocześnie prokuratora Sądu Specjalnego Zygmunta Andruszkiewicza. Został odznaczony za to Brązowym Krzyżem Zasługi Sergiusz Piasecki.

Sam Zygmunt Andruszkiewicz nie przetrzymał ciężkiego śledztwa, co znaczy i przetrzymał i nie przetrzymał. Rzecz dramatyczna niezwykle, bojąc się, że nie wytrzyma tortur ze strony gestapo popełnił w więzieniu samobójstwo. Piasecki dokonując tego włamania, wyniósł również dokumenty, które były dowodem w sprawie odpowiedzialności sowieckiej w kwestii zbrodni katyńskiej. Dokumenty te zostały sporządzone przez Józefa Mackiewicza, który został przez Niemców zaproponowany jako członek delegacji Polskiego Czerwonego Krzyża, która miała się udać do Katynia wiosną czterdziestego trzeciego roku i stwierdzić tam rzeczywiste sprawstwo zbrodni katyńskiej dokonanej przez Sowietów.

Można powiedzieć, że jednocześnie w pewien sposób zawiązała się nić przyjaźni, aczkolwiek panowie nie spotkali się wcześniej. Mowa o Sergiuszu Piaseckim i Józefie Mackiewiczu, bo Józef Mackiewicz wyrokiem Podziemnego Sądu Polskiego, niewykluczone, że tutaj do dzisiaj nie wiadomo tak naprawdę, kto pociągał za sznurki, ale został również skazany na śmierć pod zarzutem kolaboracji.

Faktycznie publikował artykuły w ilustrowanym Kurierze Codziennym redagowanym przez Czesława Ancewicza, na którym zresztą Piasecki wykonał wyrok kary śmierci w maju 1943 roku. Piasecki otrzymał też rozkaz wykonania wyroku śmierci na Mackiewiczu i tego wyroku nie wykonał. Jakieś jego wewnętrzne przekonanie dało o sobie znać.

Pisarz nie strzela do pisarza

Nie wiem, do końca, czy instynkt, czy logika odegrała tu rolę, czy wszystko razem, ale spowodowało w konsekwencji, że Sergiusz Piasecki odmówił wykonania wyroku kary śmierci na Józefie Mackiewiczu. Czym uratował Mackiewiczowi życie, jak wykazało powojenne dochodzenie przeprowadzone już we Włoszech po 1945 roku Mackiewicz był fałszywie oskarżony. Nie kolaborował z Niemcami. Nie dopuścił się żadnego przewinienia w stosunku do polskiego narodu. Nie popełnił żadnej zbrodni, nie skalał się kolaboracją. Tak więc można powiedzieć, że ten akt takiej krnąbrności, tej buntowniczej postawy Piaseckiego również ratował życie.

Dochodzi jeszcze do jednego ważnego wydarzenia w czasie drugiej wojny światowej. W roku 1942, Piasecki podczas pobytu, jako że był poszukiwany przez władze okupacyjne niemieckie, posługiwał się różnymi nazwiskami. Ja powiedziałem na wstępie naszego spotkania, że tutaj pojawiają się w dokumentach różne daty jego urodzin.

Posługiwał się nazwiskami Jan Tomaszewicz i Aleksander Kisielewski. Ukrywał się przed władzami, bardzo często przebywał w majątku w Waszkiewiczach w miejscowości Barcie, w okolicach miejscowości Wilamowo na Wileńszczyźnie i tam poznał córkę właściciela majątku Jadwigę Waszkiewicz. To była wykształcona osoba, absolwentka Wydziału Prawa Uniwersytetu Batorego w Wilnie, jednak w swojej przeszłości miała pewne plamy. Zdaniem rodziny nie zasługiwała na, że tak powiem szacunek, zajmowała się bardzo przyziemnymi zajęciami: doglądała zwierząt, pracowała w polu.

Piasecki tam przebywał często jako robotnik, pomagał w tym majątku, utrzymywał się w ten sposób, bo jednocześnie ukrywał. Ci młodzi ludzie zakochali się w sobie. Jadwiga Waszkiewicz postanowiła po kilku miesiącach znajomości opuścić rodzinny dom. Wyjechała z Piaseckim do Wilna, zamieszkali razem i owocem tego związku było dziecko, które przyszło na świat 17. czerwca tysiąc 1944 roku. Syn, któremu nadano imię Władysław. Piasecki przeszedł z prawosławia na katolicyzm w tym czasie, żeby mógł zawrzeć związek małżeński.

Odbył się ślub z Jadwigą Waszkiewicz, która od tego momentu zaczęła posługiwać się nazwiskiem Tomaszewicz, czyli fałszywym nazwiskiem Piaseckiego. Nigdy nie nosiła nazwiska Piasecka, aż do śmierci używała nazwiska Tomaszewicz. Mało tego, syn Sergiusza Piaseckiego żyje do dzisiaj.

Jest to profesor Władysław Tomaszewicz, którego miałem przyjemność poznać w zeszłym roku na pogrzebie Sergiusza Piaseckiego w Warszawie w katedrze polowej Wojska Polskiego i potem na cmentarzu powązkowskim. Oni są łudząco do siebie podobni.

Mówiąc już o roku czterdziestym czwartym, jest on jednocześnie radosny, bo przychodzi na świat jego dziecko, co może być piękniejszego dla człowieka niż przyjść się na świat dziecka, a jednocześnie jest to moment szczególny, bo jest to przełom czerwca i lipca i zbliża się front sowiecki. Dochodzi do operacji Ostra Brama. Wilno jest wyzwolone siłami w większości żołnierzy Armii Krajowej.

Tu trzeba wskazać na osobę dowódcę Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, pułkownik Aleksandra Krzyżanowskiego Wilka, który jest mózgiem operacji Ostra Brama i walki o wyzwolenie Wileńszczyzny i Nowogródczyzny spod okupacji niemieckiej, ale jednocześnie niedopuszczenia do okupacji sowieckiej. Oni doskonale wiedzieli, mówię o kresowiakach, mówię o wilniakach, o mieszkańcach Nowogródczyzny, czym jest komunizm.

Wspomnę, że tylko w okresie od września 1939 do czerwca 1941 roku na polskich kresach wschodnich, które zagarnęli Sowieci, represjonowano milion sześćset tysięcy Polaków, z czego czterysta tysięcy straciło życie, a więc można się było spodziewać wszystkiego najgorszego ze strony Sowietów. Te wszystkie obawy się potwierdziły. Piasecki już latem 1944 roku był usilnie poszukiwany zarówno przez sowieckie formacje policyjne NKWD, NKGB oraz kontrwywiadzie wojskowym, czyli SMIERSZ, oraz przez Polski Urząd Bezpieczeństwa.

Czerwona pleśń

Musiał się ponownie ukrywać, tak jak w czasie okupacji niemieckiej. W październiku 1944 roku, jesienią, już kiedy sytuacja była całkowicie opanowana przez Sowietów i przez komunistów na terenie Wileńszczyzny, Piasecki spotkał się ze swoim kolegą z konspiracji, porucznikiem Armii Krajowej Longinem Łokuciewskim i powiedział do niego takie słowa. Czerwona pleśń ogarnęła nie tylko Wilno, ale ogarnie całą Polskę i pół Europy. Tutaj to koniec epopei. Niech pan ucieka z tego czerwonego piekła, je uczynię to samo.

 Zdawał sobie sprawę z tego, że w tym kraju, w takiej sytuacji, w takich warunkach politycznych nie jest w stanie funkcjonować. Z pomocą przyszli mu żołnierzy i dowódcy Armii Krajowej. Tutaj trzeba wskazać na tragiczną postać pułkownika Antoniego Olechnowicza, pseudonim Pochorecki. Ten człowiek, wyrokiem komunistycznego sądu na początku lat pięćdziesiątych został skazany na śmierć.

Wyrok śmierci w Warszawie, na Rakowieckiej, w więzieniu Centralnym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Mokotowie został na Olechnowiczu wykonany 8. Lutego 1951 roku. Jego szczątki znaleziono na łączce na Powązkach w 2014 roku. Dzięki badaniom DNA, pracy biura poszukiwań Instytutu Pamięci Narodowej udało się zidentyfikować jego szczątki i został pochowany w Panteonie, który znajduje się na Powązkowskiej łączce.

Olechnowicz udzielił dużego wsparcia Piaseckiemu, zorganizował jego ucieczkę. Pierwsza planowana ucieczka miała się odbyć morzem. Udał się na wybrzeże do Gdańska, gdzie miano go pod fałszywymi papierami zaokrętować na jeden ze statków płynących do Skandynawii.

Ucieczka

Niestety to się nie udało i pod zmienionym nazwiskiem, został dołączony do konwoju UNRRA (ang. United Nations Relief and Rehabilitation Administration; tłum. pol. Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy), który wyjeżdżał z Polski przez Czechosłowację, przez Niemcy, przez Szwajcarię do Włoch. Sytuacja była prozaiczna. Udało mu się wyjechać dzięki temu, że na placówce pogranicznej Polak, który odprawiał ten konwój UNRRA, był żołnierzem polskiego antykomunistycznego podziemia niepodległościowego.

Czechów przekupiono, podobnie Niemców. Włosi nie przywiązywali już do tego żadnej wagi i tym sposobem Piasecki 30 kwietnia 1946 roku, opuścił Polskę. Pozostawił swoją małżonkę, swojego syna, który miał niespełna, dwa lata.

Wybrał emigrację, ale nie tracił nadziei na to, że uda mu się ściągnąć swoich najbliższych do siebie na Zachód. I tutaj, wsparcia po raz kolejny w jego życiu udzielił Piaseckiemu, Melchior Wańkowicz. Nie miał środków do życia, bo jak się państwo domyślają, czasy okupacji niemieckiej i panujący już w Polsce komunizm odcięły go całkowicie od jakichkolwiek dochodów ze sprzedaży jego książek.

Wydawnictwo Rój zostało reaktywowane, ale w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie lat czterdziestych i tutaj też były pewne problemy. Kiedy Piasecki znalazł się we Włoszech, przypadkowo stwierdził, że jego książka ukazała się i to jej kilka wydań w języku włoskim. Poczynił starania, w czym pomógł mu Wańkowicz, ażeby wydawnictwa włoskie wypłacały mu pewną kwotę pieniędzy z tytułu praw autorskich.

Ale tak naprawdę, biorąc pod uwagę dewaluacji lira po drugiej wojnie światowej, były to kwoty symboliczne. Dzięki interwencji Wańkowicza, który spotkał się z samym generałem Władysławem Andersem, Sergiusz Piasecki został przyjęty jako oficer Wojska Polskiego, jako podporucznik do II Korpusu Polskiego. Stał się oficerem Korpusu Polskiego stacjonującego we Włoszech.

Tułaczka

Przebywał w obozach w Como, Kadenabija i Bellagio w Lombardii i następnie jesienią 1946 roku, kiedy już zapadły decyzje polityczne, oczywiście bardzo często bez udziału Polaków, kontyngent polski został systematycznie w partiach przerzucany do Włoch. Jesienią 1946 roku zaokrętowany został Piasecki z grupą żołnierzy II Korpusu w Neapolu. Statek wypłynął w Wielkiej Brytanii i przycumował w Glasgow.

Początkowo po 1946 roku Piasecki przebywał przez następnych kilka miesięcy w bazach wojskowych w Bury, w Blackpool oraz Olton. Rok później, 16 sierpnia 1947 roku został zdemobilizowany i osiadł w Londynie. Nie miał środków do życia. Zaczął czynić starania o wypłacanie pewnych kwot pieniędzy z tytułu praw autorskich od reaktywowanego w Nowym Yorku wydawnictwa Rój. Wydawnictwo to bardzo skutecznie Sergiuszowi przeszkadzało i rzucało kłody pod nogi. Często nie miał środków do życia. Żył w bardzo trudnych warunkach, ascetycznych. Mieszkał bardzo skromnie, początkowo wynajmował mieszkanie u niejakiej pani Barbary Suskiej, która mieszkała razem ze swoimi dwoma dorosłymi synami. To była rozwiedziona kobieta jeszcze z dwojgiem przysposobionych adoptowanych dzieci.

Jednym z tych dzieci była mała dziewczynka Basia Firbaim. Nie udało mi się stwierdzić, czy nazwisko tak brzmiące świadczy o jej narodowości żydowskiej, czy też nie, ale oto mniejsza. Barbara Suska prawdopodobnie zadłużyła się w Sergiuszu Piaseckim, zaproponowała mu mieszkanie w swoim letnim domu w Hastings nad morzem, gdzie przeprowadził się w 1953 roku.

Lato…

Ta kobieta posiadała tam dom letniskowy. On zamieszkiwał w niewielkim pokoju na poddaszu, doglądał tego domu, a jednocześnie pilnował posiadłości, kiedy pokoje były wynajmowane w okresie lata dla letników. Tam znalazł też dogodne warunki do pisania. Imał się różnego rodzaju prac fizycznych, bardzo często dorywczych.

Spod jego pióra wypływały kolejne książki, które były wydawane i przynosiły mu pewne dochody, ale były one niewielkie. Powstały przede wszystkim wtedy takie dzieła jak „Siedem pigułek Lucyfera” groteska na powojenną komunistyczną Polskę. Głównym bohaterem jest diabeł, który za zaniedbanie w piekle, nie doglądał rzetelnie palącego się ognia pod kotłami, został zesłany na karę jako człowiek na ziemi i trafił do komunistycznej Polski, co stało się 1. maja 1945 roku. Pod ludzką postacią wciela się w funkcjonariusza partyjnego, w szabrownika. W ten sposób Piasecki obnażył cały ustrój komunistyczny i tą rzeczywistość polityczną, jaka panowała w Polsce po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wtedy powstała też jego, trylogia złodziejska: „Spojrzę ja w okno”, „Jabłuszko”, „Nikt nie da nam zbawienia”.

Powstały wspomniane „Zapiski oficera Armii Czerwonej”, który obnażył tą naturę homo sovieticus z głównym bohaterem jest Lejtnant Armii Czerwonej, Michaił Zubow, który wkracza do Polski 17. września 1944 roku. Akcja powieści dzieje się przez okupację sowiecką na Wileńszczyźnie. Następnie okupację niemiecką od czterdziestego pierwszego roku, a później ponownie okupację sowiecką od lata czterdziestego czwartego roku, kiedy powieść się kończy i tak naprawdę czytając tą książkę, człowiek momentami wybucha śmiechem, ponieważ jest to oczywiście przedstawienie w trochę krzywym zwierciadle sowieckiego sposobu myślenia strasznie tragicznego. Powieść kończy się niesłychanie tragicznie. Ten człowiek, który był uratowany przez Polaków, który był przetrzymywany i ukrywany przed Niemcami, później jako funkcjonariusz Armii Czerwonej sowieckiego NKWD wydaje tych samych ludzi i skazuje ich tym samym na długoletnie więzienie bądź śmierć.

Niechęć do Miłosza – krytyka, czy atak?

A więc książka niezwykle dramatyczna. Trzeba też wspomnieć o tym, że Piasecki, znajdujemy się w Domu Dziennikarza, zajmował się działalnością publicystyczną. Publikował w ukazujących się w Wielkiej Brytanii wiadomościach i to bardzo regularnie. Jego teksty ukazywały się w wydawanych w Stanach Zjednoczonych, Dzienniku Polskim i Tygodniku Polskim, w ukazującym się narodowcu we Francji i w Szwajcarii w czasopiśmie, które nosiło tytuł Pod prąd. Napisał pamflet, w którym zaatakował Czesława Miłosza. Popełnił tekst, który zatytułował „Były paputczik Miłosz”. Paputczik to nic innego jak chwilowy sprzymierzeniec, zwłaszcza w odniesieniu do pisarzy sowieckich w latach dwudziestych i trzydziestych, tych porewolucyjnych dwudziestego wieku. To określenie zostało wymyślone przez Anatolija Łunaczarskiego, twórcy sowieckiej szkoły, człowieka, który postulował, żeby młodych ludzi dzieci i młodzież sowiecką wychowywać poza domem w skoszarowanych miejscach i był autorem programów nauczania w szkołach sowieckich.

Z czym była związana publikacja tego artykułu? Oczywiście z powojenną, wczesno powojenną przeszłością Czesława Miłosza. Zanim zadeklarował się jako antykomunista i działacz opozycji i emigrant od czterdziestego piątego do pięćdziesiątego pierwszego roku przez sześć lat swojego, dorosłego życia, służył temu systemowi.

Był attaché kulturalnym w Stanach Zjednoczonych i w Paryżu, we Francji. Pełnił służbę dyplomatyczną w imieniu rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, państwa komunistycznego. Napiętnował go przez to Sergiusz Piasecki, czym rozpętał burzę. Jerzy Giedrojć otoczył go przecież, szczególną opieką i pozwolił wyjść na prostą i rozpocząć zupełnie nowy etap w życiu Miłosza.

Natomiast Piasecki nie mógł tego wszystkiego darować. Niewykluczone, że w tle tego była również kwestia młodości. Niewykluczone, że chodziło tutaj o Jadwigę Waszkiewicz, vel Tomaszewską, żonę Piaseckiego, która znała się z Miłoszem, znała jego poglądy. Być może w tle była też jakaś kwestia natury sercowej. Panowie nie pałali do siebie miłością i konfrontowali swoje stanowiska na łamach prasy emigracyjnej. Taki korespondencyjny pojedynek. Po raz kolejny ukazała się prawdziwa natura Piaseckiego, zadeklarowanego antykomunisty, człowieka, który mimo wszystko idzie pod prąd, nie zmienia swoich poglądów, jest zadeklarowanym antykomunistą. Charakteryzując ten okres życia na emigracji, posłużę się jeszcze wspomnieniami biografa Piaseckiego, wspomnianego Ryszarda Demela, który tak scharakteryzował jego życie w Wielkiej Brytanii:

Żył cnotliwie i uczynnie. Ciągle jednak z pewną nieufnością do otaczającego go świata. Był szanowanym przez władze i członków AK na obczyźnie za odwagę i działalność w podziemiu, szczególnie pod okupacją niemiecką. Odzyskał przyznane mu odznaczenia wojskowe, a zarząd Związku Pisarzy na obczyźnie uznał jego pozycję pisarską bez zastrzeżeń.

Odejście w kierunku wielkości

Ciężkie lata, kilkanaście lat więzienia, ciężkie życie w czasie drugiej wojny światowej, ukrywanie się, działalność w konspiracji, ascetyczny tryb życia. Piasecki był nałogowym palaczem papierosów. Nigdy palenia nie rzucił, mimo że chorował na gruźlicę. Odżywiał się bardzo skromnie. Jak sam wspomina w swoich pamiętnikach, które w szczątkowym kształcie zachowały się po jego śmierci, prowadził dziennik przed śmiercią. Pisał ten dziennik przez prawie rok i kilka dni przed śmiercią zniszczył prawie całość i zachowały się tylko pierwsze i ostatnie karty tego dziennika.

Ale jak sam napisał, gotował raz na trzy dni, odżywiał się bardzo skromnie, żył ascetycznie. To wszystko, spowodowało, że zapadł na chorobę nowotworową. Rozpoczęto oczywiście leczenie, ale mówimy tutaj o pierwszej połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, mówimy tu o emigrancie, człowieku, pozbawionym środków pieniężnych, środków na leczenie.

Sam poprosił, przebywając w jednym z brytyjskich szpitalach, o to, żeby go przenieść do polskiego szpitala w Penley w Walii, mając nadzieję na uzdrowienie, co wynika z zachowanej korespondencji z Ryszardem Demelem, gdzie snuł jeszcze plany na swoją przyszłość, gdzie pisał, mówiąc o tym, że kiedy wyjdę, to mam w planie napisanie kolejnych powieści. Niestety zmarł 12. września 1964 roku. Został kilka dni później pochowany na cmentarzu w Hastings, w miejscowości, w której spędził większą część swojego pobytu w Wielkiej Brytanii.

Nagrobek zaprojektował Ryszard Demel, bo ja o nim nie powiedziałem, oprócz tego, że był działaczem polonijnym, był wspaniałym artystą, malarzem i przede wszystkim znakomitym rzeźbiarzem i światowej sławy witrażystą. On przeniósł się z Wielkiej Brytanii w sześćdziesiątym drugim roku, wyemigrował z rodziną, z żoną do Włoch. Wtedy również troszkę rozluźniły się więzi, przyjaźni między Demelem a Piaseckim, ale korespondowali ze sobą.

Demel odwiedził Piaseckiego w czasie jego choroby, kiedy przebywał w szpitalu w Penlay. Widzieli się wtedy ostatni raz. Był takim jego powiernikiem.

Pogrzeb w Polsce

Dzięki staraniom Instytutu Pamięci Narodowej podjęto działania w celu przeniesienia doczesnych szczątków pisarza, dziennikarza, publicysty, żołnierza, buntownika, awanturnika.

Można powiedzieć bardzo delikatnie do Polski. 29 września 2025 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego odbył się w ceremoniale wojskowym z udziałem najwyższych władz państwowych z udziałem prezydenta Rzeczypospolitej doktora Karola Nawrockiego, który zresztą rozpoczął tą całą procedurę, w czym miałem też swój jakiś drobny. Przepraszam, może takie samochwalstwo, ale kilka lat temu, kiedy rozpoczynaliśmy starania prezes ówczesne Instytutu Pamięci Narodowej doktor Nawrocki poprosił mnie o sporządzenie takiej opinii na temat Sergiusza Piaseckiego. Przyniosło to pozytywny skutek i po kilkudziesięciu latach jego szczątki zostały sprowadzone do kraju, do ojczyzny, do miejsca, które kochał najbardziej na świecie.

Chyba oprócz swojej rodziny, swojej żony i dziecka, którego niestety nigdy już nie zobaczył, a jak powiedziałem, czynił starania pod zmienionymi nazwiskami, podszywając się pod kobiety, podpisywał listy, korespondencje i paczki, wysyłał swojej żonie do Giżycka, która tam zamieszkała po zakończeniu drugiej wojny światowej. Tam wychowywała ich syna, tam opiekowała się swoją matką. Ona nigdy nie zdecydowała się na ucieczkę z Polski, wybrała opiekę nad członkami swojej rodziny, wychowanie syna. Z czasem te więzy się rozluźniły.

Wspomnienia

Jak tutaj Pani Teresa Kaczorowska już wspominała, dwaj polscy bohaterowie, wyklęci, zepchnięci na margines życia za ich postawę, za ich niezłomność, są pochowani obok siebie. Szczątki Sergiusza Piaseckiego, spoczywają wreszcie w świętej polskiej ziemi.

Na koniec odwołam się do kilku wspomnień z pamiętnika, jak Sergiusz Piasecki, sam o sobie pisał,

Uczyłem się bardzo źle, raczej wcale się nie uczyłem. Sprawowałem się jeszcze gorzej. Tatuś zawsze twierdził, że skończę źle, a ponieważ tatusie i stare ciocie nie mogą nie mieć racji, to się stało tak, jak przepowiadali i zrobiłem się pisarzem, a to prawdopodobnie jest nieuleczalne. Morał stąd taki, nie zawracałem sobie w szkole uwagi na czytanie książki. Teraz za karę muszę sam je pisać. Jedynie to mnie ratuje przed potępieniem dawnych kolegów, że robię to z chęci zysku.

Jeszcze jeden fragment jego wspomnień:

Charakter miałem ogromnie zmienny, niechętnie i ze wstydem do tej wady się przyznaję.

Na przykład w dzieciństwie nie lubiłem bardzo wódki i dziewczynek. Wódka była dla mnie niesmaczna, a dziewczynki irytowały mnie odrębną budową, tak jak koty czy psy.

Potem zasmakowałem i rozmiłowałem się w jednym i drugim. Chociaż oba te specjały sprawiały mi wiele różnego rodzaju kłopotów.

Miasto Londyn

Nie brakowało Sergiuszowi Piaseckiemu poczucia humoru, pisząc o swoim życiu, swojej przeszłości, swojej młodości. Tak wspominał na przykład pobyt w Anglii. To ostatni fragment, który chciałem zacytować, ponieważ kończy się bardzo wymownie.

Teraz mieszkam w mieście, w którym żyję na kupie tyle ludzi, ile w Litwie, Łotwie, Estonii, Finlandii i Norwegii razem wziętych. Dlatego jest tu ciasno i nudno. Miasto to nazywa się Londyn. Zamieszkują je Anglicy, policjanci i ja.

 Anglicy prawdopodobnie mówią po angielsku, bo wcale ich nie rozumiem i podejrzewam, że i oni siebie nie rozumieją. Na przykład z jednym z nich rozmawiałem, w cudzysłowie, dwie godziny, posługując się jedynie takimi znanymi słowami jak tak, nie i och. Tego mu wystarczyło.

 Działo się to, co prawda w domu publicznym, proszę się nie uśmiechać, w mowie potocznej chodzi przecież tylko o bar. Zamieniliśmy na pożegnanie kilka słów, uściski dłoni, co Anglicy robią wyjątkowo i wymieniliśmy się adresami. Za dwa dni otrzymałem list, który stwierdzał, że jestem strasznie miłym kompanem i że opowiadam bardzo ciekawe rzeczy.

 Uważam to za największy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem. Policja w Anglii zamiast konkurować lub współpracować ze złodziejami i zatruwać życie obywatelom, jak to się dzieje w każdym innym kraju, opiekuje się nimi, chroni dzieci od wypadków i bardzo jest grzecznie, dokładnie i chętnie informuje tych, którzy o to proszą. A ja piszę powieści, wzbogacam wydawców i czekam, kiedy diabeł, obojętnie jakiego koloru, wydusi wreszcie bolszewików, aby móc wrócić do Polski, którą kocham ponad wszystko.

I tym chciałem zakończyć tą opowieść niepełną przecież, bo wątków byłoby jeszcze bardzo wiele do poruszenia, o niezwykle barwnej, kontrowersyjnej postaci, ale postaci, której powiem tak ze swojego doświadczenia nie da się nie kochać.

TK: Dlaczego pan zajął się Sergiuszem Piaseckim?

MJ: Jako młody człowiek działałem w ruchu oazowym, chodziłem na pielgrzymki, gdzie poznałem ludzi z opozycji, z Solidarności, studentów z NZS-u, kiedy jeszcze nie studiowałem, ludzi z KPN-u, kiedy zacząłem studia w osiemdziesiątym szóstym roku, zacząłem działać w NZS-ie. Po kilku miesiącach działam też w Konfederacji Polski Niepodległej, kolportowaliśmy prasę drugoobiegową, różnego rodzaju wydawnictwa, w tym również Miłosza, wspomnianego tutaj, którego tak Piasecki szczególnie sobie umiłował. Wpadł mi w ręce maszynopis, odbijany na jakimś nędznym powielaczu i to były Zapiski Oficera Armii Czerwonej, niekompletne, poprzecierane, potargane, z brakującymi kartkami, częściami, ja to przeczytałem jednym tchem i po prostu zakochałem się w tej książce. W ogóle nie miałem pojęcia o tym, że istnieje ktoś taki jak Piasecki, nie wiedziałem, co to za człowiek, zacząłem drążyć, szukać jakichś informacji na jego temat i jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że on żył przez kilkanaście lat w miejscu, które leży niedaleko mojego domu. Tak rozpoczęła się moja przygoda i moje zafascynowanie tym człowiekiem, jego twórczością i powiem szczerze, że jest to jeden z moich ulubionych autorów, do którego bardzo często sięgam, nawet w takich chwilach, kiedy jest czasami źle, kiedy są jakieś trudne momenty, to jakoś bardzo pozytywnie mnie ten człowiek nastraja, biorąc pod uwagę jego życiorys, jego koleje życia, trudności, z jakimi się zmagał, jego dramaty tak naprawdę i tą tragiczną historię jego życia.  Był w stanie to wszystko przetrzymać, znieść, a jednocześnie być takim człowiekiem, który zachował ten swój kręgosłup, swoje przekonania, swoje poglądy do samego końca, był takim niesłychanym twardzielem, szedł na przekór wszystkim, nawet jeżeli to wydawało się nielogiczne. Tutaj odwołam się choćby o tej historii o Mackiewiczu i o tym wyroku śmierci, którego na szczęście, dzięki Bogu nie wykonał. Nie wiem, czy jakaś Opatrzność nad nim wyczuwała jakiś siódmy zmysł, ale tak właśnie było.

TK: Dziękujemy bardzo za tę wyjątkowo szczegółową i mało znaną biografię Sergiusza Piaseckiego, której my nie znaliśmy przez tyle lat, bo był zakazany, nie było go w bibliotekach. Ja też czytałam ze trzydzieści lat temu Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy. Niedźwiedzica jest na jego grobie, na Marmurze Białym, jest jego ukochana Niedźwiedzica, która go prowadziła podczas pracy przemytnika, podczas przekraczania granic, a przekraczał wiele razy, więc bardzo się cieszę, że rok 2026 Sejm ogłosił rokiem Sergiusza Piaseckiego w Polsce, bo JPN miał już swój rok chyba trzy lata temu.

Myślę, że dzięki temu ukażą się nowe wydania jego dzieł, że się będzie więcej działo, że Piaseckiego bliżej poznamy i tym bardziej panu gorąco dziękuję, że pan przybył aż z Kielc, czyli tam blisko, gdzie się narodził jako pisarz.

MJ: Tak, na Świętym Krzyżu. Tak, można powiedzieć, że tam narodził się ponownie, z tego ciężkiego więzienia na Świętym Krzyżu aktem łaski prezydenta Ignacego Mościckiego zostało przed wybuchem drugiej wojny światowej zwolnionych tylko trzech więźniów. Wśród tych trzech był właśnie nasz bohater był Sergiusz Piasecki. Ta miłość do pisania, zresztą wspominał o tym Wańkowicz wielokrotnie, że kiedy odwiedził go w więzieniu, jak go zobaczył, to był przerażony, bo zobaczył takiego chodzącego trupa z takimi wielkimi oczami o ziemistej cerze, wyniszczonego warunkami w więzieniu i mówi, że był zaskoczony. Piasecki zadawał Wańkowiczowi tylko jedno pytanie, jak pisać, jak pisać, co robić? Niech mi pan powie, niech mi pan wskaże drogę, jak to jest odbierane to, co ja napisałem. Mówi, że był zszokowany tym, co zobaczył. Mówię o tych warunkach, o tej nędzy tych ludzi, o tym upokorzeniu, tragicznym losie, a jednocześnie ta jego wielka miłość do literatury, co coś wyjątkowego.

TK: Pisał, że to jest przymus, że on musi po prostu pisać, a to jest niezwykłe, jak człowiek mógł pisać, który w wieku dwudziestu lat jeszcze nie znał języka polskiego. Nie mogłam w to uwierzyć. Myślę, że duża rola była w tym jego ojca, kiedy on był już w więzieniu i pisał listy do ojca, to ojciec zauważył, że on ma talent narracyjny, prawda, że jest spostrzegawczy, że jest bystrym obserwatorem i zachęcił go do pisania.

Brulion…

I jak czytałam o nim i czytałam jego książki, to pomyślałam sobie, że to więzienie, to co pan rzekł zresztą, to były jego drugie narodziny, ale też, że więzienie sprawiło, że on stał się w ogóle innym człowiekiem. Zaczął czytać Biblię, zaczął czytać wiadomości literackie i zaczął pisać. Biurkiem był więzienny parapet.

Jedno okienko w celi, gdzie jedenastu więźniów. I brulion, w tych brulionach zapisywał maczkiem. Ucieszył się bardzo, że Wańkowicz, który go odwiedził, przywiózł mu brulion i pióro i atrament. To był największy prezent dla niego.

Wańkowicz odegrał dużą rolę, prawda, w jego życiu, bo napisał wstęp do pierwszego wydania książki i później dzięki niemu Piasecki znalazł się w korpusie. Dzięki temu mógł wyjechać do Anglii.  Pomyślałam sobie, że my tu jesteśmy wśród ludzi pióra, że człowiek pióra uratował pisarza.

MJ: Tu zresztą jeszcze wspomniałem Państwu o wizycie Piaseckiego po wyjściu z więzienia w domu Wańkowiczów. Wańkowicz otrzymał wtedy od Piaseckiego prezent. Właśnie Pismo Święte, które zabrał ze sobą z więzienia i powiedział, panie Melchiorze, to Pismo Święte towarzyszyło mi przez całe 11 lat pobytu w więzieniu.

Odrodzenie

To jest coś niesamowitego, jakby narodził się, pojawił na świecie nowy człowiek. Więzienie jednak było dla Piaseckiego resocjalizacją, można powiedzieć.

To rzecz też niezwykle ciekawa, że w apogeum stalinizmu komunistyczne państwo zwracało majątek kościelny. Tyle tylko, że gospodarzami tego miejsca od tego momentu są ojcowie Oblaci Maryi Niepokalanej, którzy prowadzą i koncentrują się głównie na działalności misyjnej. Oni są gospodarzami tego miejsca, więc klasztor jest przygotowany do ich potrzeb. Jest odnowiony, nie ma tam już tych murów, wygląda to miejsce zupełnie inaczej, ale nie do końca.

Proszę mi wierzyć, kiedy wszedłem tam do tego miejsca pierwszy raz i zobaczyłem, bo tam czas się zatrzymał, to ciarki przechodzą. Warunki straszne, skrajnie antyludzkie bym powiedział i wtedy też taka refleksja człowieka dotyka, jak w takich warunkach można było cokolwiek napisać. To wręcz nie do uwierzenia.

TK: Na nagrobku jest data urodzenia 1899, w Wikipedii też, a Pan nas dzisiaj zapewnił, że to jest 1901 rok.

MJ: Prawdopodobnie ta data, o czym sam w autobiografii pisze Piasecki, że w toku różnego rodzaju postępowań, ja nie przytoczę dokładnie słów, ale jakby sens jego wspomnień, różnego rodzaju prokuratorzy, sędziowie i śledczy ustalili, że urodziłem się 1 kwietnia 1901 roku. Więc prawdopodobnie ta data jest właściwa.

Jak każda nauka, również historia nie jest nauką zamkniętą, ciągle toczą się różnego rodzaju polemiki, spory dyskusje. No i dobrze, być może kiedyś uda się dotrzeć do jakichś dokumentów, które jednoznacznie tą kwestię rozstrzygną. W każdym razie Instytut Pamięci Narodowej w dużej mierze przyczynił się do przywrócenia drugiego życia Piaseckiego. I stąd mamy też rok, stąd sprowadzenie ciała z Anglii.

 

Opracowała Aleksandra Tabaczyńska

zdj. Marek Jończyk i Sergiusz Piasecki

Sala SDP pękała w szwach podczas spotkania z pisarzem i publicystą PIOTREM WITTEM

Polski pisarz i publicysta, związany od lat z Francją, Piotr Witt był w czwartek wieczorem gościem Domu Dziennikarza SDP przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Autor mówił o swojej książce o Chopinie, Europie, Francji i oczywiście o Polsce.

Spotkanie zainicjowało m.in. Radio Wnet, w którym Witt ma cykliczne audycje oraz wydawca książek autora – oficyna Księży Młyn przy wsparciu SDP.

Przedpiekle sławy

Spotkanie połączone było z oficjalną kolejną prezentacją najnowszego wydania książki Piotra Witta opublikowanej nakładem łódzkiej oficyny Księży Młyn kierowanej przez wydawcę Michała Kolińskiego.

Piotr Witt od lat słynie ze znakomitych książek. Pisze je z pasją i przesłaniem. Zawsze nowa publikacja Witta cieszy się zainteresowaniem wydawców i księgarzy. „Komu Polska przeszkadza”, „Kroniki Paryskie” to niektóre z książek pisarza.

Ostatnia z książek Piotra Witta to „Przedpiekle sławy. Chopin i jego Paryż”. To historia młodego wirtuoza, który przyjeżdża do stolicy Francji.

Paryż ukształtował polskiego kompozytora, wywarł ogromy wpływ na Fryderyka Chopina, tak jak ogromny wpływ miasto nad Sekwaną wywarło na Autorze tej opowieści – tak mówią znajomi pisarza. „Przedpiekle sławy…” wydała łódzka oficyna Księży Młyn. Przedmowę do wydania napisał polski pianista i zwycięzca XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2005 roku.

Spotkanie w SDP

Na początku spotkania z Piotra Witem w sali SDP, w której zgromadziło się blisko 150 osób, nieoczekiwanie mikrofon przejął od prowadzącego spotkanie Konrada Mędrzeckiego, prezes Radia Wnet Krzysztof Skowroński. „Fascynujące opowieści znajdą Państwo w każdej z książek Piotra, bo Piotr Witt jest Wielkim Łowczym, potrafi złowić detal. I wokół tego detalu smuć całą historię” – mówił wieloletni prezes SDP.

Skowroński wspominał również wizytę u pisarza w stolicy Francji. „Gdyby ktoś, tak jak ja, miał okazję być u Piotra na siódmym piętrze paryskiej kamienicy, zobaczyliby Państwo w jak czarownym miejscu mieszka” – dodał akcentując, że wokół siedziby Witta panuje atmosfera cudownie połączonych XIX, XX i XXI stulecia.

Prowadzący, publicysta Radia Wnet Konrad Mędrzecki przypomniał, że Piotr Witt wielokrotnie podreślał, że książka „Przedpiekle sławy. Paryż Chopina” wzięła się z oburzenia.

Książki mogło nie być…

Autor zanim wyjaśnił cóż go tak oburzyło, że zaprowadziło do „Przedpiekla sławy…” wyjaśnił, że na rynku i w obiegu naukowym, w bibliotekach jest obecnie około 10 tys. publikacji o Fryderyku Chopinie. „Z tego znaczna część to biografie. W nich wszystkich jest bardzo dużo o Chopinie, ale brakuje tego jednego okresu od czasu, kiedy polski kompozytor przyjechał do Paryża do czasu, kiedy zaczął święcić tryumfy” – mówił Piotr Witt.

„Książka miała się nie ukazać” – ujawnił pisarz. „Zbierałem przez pięć lat materiały. Była wtedy już gotowa. Trzeba było ją tylko napisać” – opowiadał. „Po napisaniu >> Przedpiekla sławy…<< poszedłem do Ministerstwa Kultury” – wyjaśnił. Autor dodał, że protegował go konsul generalny RP w Paryżu. Ministerstwo, jak mówił Witt, było ostrożne. „Resort zwrócił się o opinię do pani profesor z Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, do pani, która nazywa się jak most, to znaczy Poniatowska. Pani profesor napisała, że >>tak, że nieźle<<, ale gdyby to była całościowa biografia…” – nie skończył zdania Piotr Witt wywołując rozbawienie zgormadzonych na spotkaniu. „I to właśnie wywołało moje oburzenie, bo potem Narodowy Instytut Fryderyka Chopina robił wszystko, aby ta książka nie zaistniała” – podkreślił pisarz.

Dobosz autorytetów

Ministerstwo w sprawie „Przedpiekla sławy…” zwróciło się jednak o drugą opinię do pisarza Andrzeja Dobosza. Witt wyjaśnił, że resort kultury nie miał wówczas wyjścia… – uczestnicy spotkania byli rozbawieni sposobem narracji autora.

Witt opisał recenzję Dobosza. „Napisał on opinię entuzjastyczną (…). Dzisiaj książka ta ma za sobą teraz wiele autorytetów: najlepszych historyków polskich i najlepszych historyków francuskich” – podsumował pisarz.

Piotr Witt i przed i po spotkaniu w siedzibie SDP podpisał kilkadziesiąt egzemplarzy „Przedpiekla sławy…”

 

W siedzibie SDP przy Foksal spotkanie z pisarzem i publicystą PIOTREM WITTEM

Polski pisarz i publicysta, związany od lat z Francją, Piotr Witt będzie w czwartek gościem Domu Dziennikarza SDP przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Piotr Witt będzie mówił o Europie, Francji i oczywiście o Polsce, o swoich książkach i publicystyce. Spotkanie zorganizowało Radio Wnet, w którym Witt ma cykliczne audycje.

 

Pisarza interesują nie tylko kultura i muzyka, co było tematami promowanej właśnie książki „Przedpiekle sławy. Chopin i jego Paryż”. Publicysta często mówi o Francji, Polsce i Unii Europejskiej a także o życiu nam współczesnym.

Tydzień temu Piotr Witt opowiadał właśnie w Radiu Wnet o francuskiej praktyce numerowania obywateli i wskazywał jak cyfrowe „ułatwienia” zamieniają życie w labirynt kontroli, kolejek i absurdów.

„Pętla totalitaryzmu zaciska się na szyi 27 narodów. Unia Europejska wprowadza europejski numer identyfikacyjny osób” – podkreślił Witt w Radiu Wnet. „Wkrótce i ja w Paryżu, i pan prezes [prezes Radia Wnet Krzysztof Skowroński – red.] w Warszawie otrzymamy ujednolicony numer, pod którym będziemy rozpoznawalni w rejestrach Unii. Do 2030 roku 360 milionów osób w Europie ma otrzymać swój numer. Nie wszyscy obywatele odnieśli się do projektu z entuzjazmem” – zwrócił uwagę pisarz.  „Ministrowie nie szczędzą wysiłków, aby do niego zachęcić. Idee nieznanych zwierzchników oblekają w ciało rządy, gdyż to rząd jest egzekutywą, czyli organem, który dokonuje egzekucji” – mówił Witt w Radiu Wnet.

Piotr Witt od lat słynie ze znakomitych książek. Pisze je z pasją i przesłaniem. Zawsze nowa publikacja Witta cieszy się zainteresowaniem wydawców i księgarzy. „Komu Polska przeszkadza”, „Kroniki Paryskie” weszły już do kanonu twórczości pisarza

Ksiązka Piotra Witta „Przedpiekle sławy…” to historia młodego wirtuoza, który przyjeżdża do stolicy Francji. Paryż ukształtował polskiego kompozytora, wywarł ogromy wpływ na Fryderyka Chopina, tak jak ogromny wpływ miasto nad Sekwaną wywarło na Autorze tej opowieści – tak mówią znajomi pisarza.

„Przedpiekle sławy” wydała łódzka oficyna Księży Młyn. Przedmowę do wydania napisał polski pianista i zwycięzca XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2005 roku.

Radio Wnet zaprasza wszystkich słuchaczy oraz czytelników, ich rodziny i znajomych na spotkanie, które będzie miało miejsce 5 marca o godzinie 18 w sali Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie przy ulicy Foksal 3/5. Portal SDP sdp. pl przyłącza się do tego zaproszenia.

 

zdj. Piotr Witt – fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

„NAJŚWIĘTSZE SERCE” przyciąga tłumy do kin – Blisko 80 tysięcy widzów w tydzień

Zaledwie tydzień po premierze film „Najświętsze Serce” stał się jednym z największych frekwencyjnych sukcesów religijnych produkcji ostatnich lat w Polsce. Obraz obejrzało już prawie 80 tysięcy widzów, a sam pierwszy tydzień dystrybucji, jak podkreśla polski dystrybutor, przerósł najśmielsze oczekiwania.

– Ten film udowadnia, że tęsknimy za Bogiem, za Jego miłością – mówi Przemysław Wręźlewicz z Rafael Film. – Weekend premiery był bardzo udany, natomiast pierwszy tydzień dystrybucji przerósł nasze marzenia. „Najświętsze serce” obejrzało 40 tysięcy widzów w zaledwie cztery dni – podkreśla.

Poruszające świadectwa i język serca

O sile filmu mówią nie tylko liczby, ale także reakcje widzów i zaproszonych gości. Ks. prof. Robert Skrzypczak zwraca uwagę na autentyczność świadectw pokazanych w produkcji.

– Najbardziej przemawiały do mnie oczy tych ludzi, którzy mówili o swoim spotkaniu z Chrystusem. Jeśli ktoś ma serce ożywione, widać to w jego sposobie życia, w sposobie mówienia. Film znalazł język, by wejść w tajemnicę cierpienia człowieka i odpowiedzieć na pytanie o miłość Boga – zaznacza kapłan.

Podczas premiery głos zabrał także biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej Rafał Markowski. – To wielkie dzieło, które warto nieść światu. Świat potrzebuje Serca Bożego – miłości niebywałej, szalonej, a jednocześnie domagającej się odpowiedzi – mówił.

„To film Jezusa” –  kino pełne nadziei

Twórcy filmu, Sabrina i Steven Gunnell, podkreślają, że sukces produkcji nie jest przypadkowy. Ich zdaniem świat bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje dziś przypomnienia o Bożej miłości.

– Patrzyliśmy na świat coraz bardziej brutalny, zagubiony i rozdarty przemocą. Zrozumieliśmy, że orędzie Najświętszego Serca przychodzi dokładnie na ten moment, aby obudzić nadzieję – mówią. – Świat jest spragniony prawdziwej miłości. To film Jezusa – to On tutaj działa, my jesteśmy tylko narzędziami. Widzimy cuda każdego dnia, odkąd pojawił się ten film.Twórcy zwracają uwagę, że kino może stać się przestrzenią ewangelizacji. – Trudno zaprosić kogoś na czuwanie czy niedzielną Mszę św., ale bardzo łatwo zaprosić do kina. „Najświętsze Serce” jest narzędziem misji – mówią, podkreślając, że żyjemy dziś w czasach misyjnych.

Frekwencyjny sukces pokazuje, że polscy widzowie szukają w kinie treści głębokich, duchowych i niosących nadzieję. „Najświętsze Serce” porusza, inspiruje i staje się dla wielu początkiem osobistej refleksji.

Film wciąż można oglądać w kinach w całej Polsce.

 

 

Lista kin na stronie i materiały wykorzystane w notatce Rafael Film

INFLUENCERZY JAK DZIENNIKARZE – bez dobrych przepisów będzie tylko rynek, nie przestrzeganie etyki

W siedzibie Krajowej Rady i Telewizji rozmawiano o rozpoznawalnych ludziach pracujących w sieci i dla internetowych firm. Co o nich wiadomo? Dużo zarabiają, są sławni i nie mają szefów. Nie zupełnie, ale i tak co trzecie polskie dziecko, chce być influencerem.

INFLUENCERZY – odpowiedzialność w blasku zasięgów – to tytuł konferencji oraz słowa z okładki informatora KRRiT o działalności gospodarczej w Internecie zaprezentowanego podczas spotkania.

Młodzi, ale już doświadczeni

Przyznam, że liczba młodych ludzi, którą zobaczyłem na sali, oprócz niewesołych myśli o przemijaniu, spowodowała u mnie bardziej twórcze spostrzeżenia.

Okazało się bowiem, że ci dojrzalsi uczestnicy konferencji doskonale potrafią rozmawiać z influencerami, tylko obie grupy muszą przyjąć jeden język postrzegania problemów pracy w sieci. Pracy specyficznej, bo polegającej, w przypadku kształtujących trendy internetowe, na zaufaniu i odpowiedzialności.

Wpływy i odpowiedzialność

Przewodnicząca KRRiT Agnieszka Glapiak otwierając konferencję przyznała, że wszyscy muszą się w tym przypadku od siebie dużo uczyć, bo tylko tak można doprowadzić do wyjaśnienia wielu wątpliwości.

Przewodnicząca KRRiT akcentowała też znaczenie influencerów dla polskiego rynku cyfrowego. „Jesteśmy dziś w gronie bardzo wpływowych osób: influencerów, twórców cyfrowych, a także ludzi mediów oraz social mediów. Zaznaczę, że nie jest to jedynie uprzejmy komplement na rozpoczęcie konferencji. To fakt potwierdzony danymi, zasięgami i realnym wpływem, jaki wywierają Państwo na miliony odbiorców – rozpoczęła dyskusję Agnieszka Glapiak.

KRRiT egzekwuje przepisy wymagane od oficjalnego podmiotu, który reprezentuje influencer. To jest przydatne dla organu regulacyjnego, bo od razu – zdaniem urzędników – powinno być wiadomo, kto musi przestrzegać przepisów o lokowaniu produktu i przestrzegać na przykład zakazu reklamowania alkoholu i tytoniu.

Alkohol i używki…

Jeszcze przed rozpoczęciem na dobre tego panelu już trwała dyskusja. Duże zdziwienie wśród niektórych urzędników KRRiT oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wywołały informacje przekaże przez jedną z gwiazd polskiej sieci, Natalię Sisik, że na południu Europy, na przykład w Hiszpanii, nikt nie przejmuje się unijnym zakazem promowania napojów z procentami. Zastępca przewodniczącej Krajowej Rady Hanna Karp przywołała dużą odpowiedzialność internautów kształtujących opinie najmłodszych użytkowników sieci wspominając o dużym zagrożeniu tej grupy nadużywaniem alkoholu i innych używek.

Wielu z influencerów było oburzonych. Nie dali nawet skończy wiceprzewodniczącej KRRiT. Pracujący w Internecie młodzi ludzie przekrzykiwali się, że to jest bardzo krzywdzące dla ich branży.  Sytuację ratowała rzecznik Rady Anna Ostrowska, która wymogła ponowne oddanie głosu Hannie Karp. Ta wyjaśniła, że nie chodziło jej o to, że takie sytuacje dotyczące uzależnień wśród influencerów są już problemem, ale powtórzyła, że istnieją zagrożenie, na które są narażeni są i producenci treści w sieci i ich odbiorcy.

Co wolno w sieci?

Regulacje to także problem dla wielu zarabiających w sieci na życie, bo na przykład, co opisał jeden z uczestników spotkania, zgłosił wszystkie swoje kanały do KRRiT. Oprócz jednego, bo uznał, że nie wypełnia on tej definicji. I… dostał 50 tysięcy kary.

zdj. HB

W dyskusji przygotowanej przez organizatorów z KRRiT uczestniczyli: Anna Garwolińska – dyrektor ds. regulacyjnych i public affairs ze Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, dr inż. Konrad Skotnicki – popularyzator nauki, twórca profilu znany jako „Doktor z TikToka”, Natalia Sisik – twórczyni i współtwórczyni serii #NewsNaDziś oraz Marcel Kiełtyka – członek zarządu, dyrektor ds. komunikacji i PR Stowarzyszenia Demagog.

Wśród pytań i odpowiedzi pojawiło się klika wątków, między innymi problem odpowiedzialności za umieszczane w ramach np. vlogów dyskusyjnych i zakazanych treści oraz kłopot z przyporządkowaniem poszczególnych influencerów niektórym branżom.

Dziennikarze i influencerzy – podobne problemy, ale na innym etapie

Piszący te słowa zapytał o podobieństwa zarabiających w sieci z dziennikarstwem oraz o skuteczność zrzeszania się pracujących w Internecie i wyjaśnił, że na skutek przestarzałego prawa prasowego nie ma w rejestrach zawodu dziennikarza. Ani zawodu influencera…

Otrzymałem odpowiedź, że prawo w kwestii pracujących w platformach przekazujących treści do sieci musi jeszcze długo być kształtowane i lepiej, aby nie polegało tylko na egzekwowaniu drakońskich kar. Jedna z uczestniczek panelu zaznaczyła, że porównanie influencerów i dziennikarzy jej się podoba, ale „przecież my w Internecie nie możemy brać takiej odpowiedzialności, jak redakcje” – mówiła.

Nowe prawo albo chaos

Wszyscy zgodzili się jednak, że ten wątek jeszcze długo nie będzie rozstrzygnięty, bo głównym zadaniem instytucji regulujących rynek cyfrowy jest wydobycie ustawy o prawie prasowym z mroków stanu wojennego. Przepisy prawa dla twórców internetowych także muszą być dostosowane do aktualnej daty, a nie momentu, kiedy prawodawca postanowił skodyfikować prawnie funkcjonowanie sieci.

Wyjaśniono także, iż influencerzy są zrzeszeni w kilku organizacjach. Ich zadaniem jest m.in. skoordynowanie wspólnych działań na rzecz rynku cyfrowego i funkcjonujących tam podmiotów.

 

Zdj. HB