Gdzie brzmią fałszywe nuty? – ŁUKASZ WARZECHA analizuje „Tylko nie mów nikomu” jako dzieło dziennikarskie

Film Tomasza Sekielskiego jest nie tylko dokumentem ważnym dla polskiego Kościoła i polityki (bo, chcąc nie chcąc, na nią wpływa). Jest też owocem pracy dziennikarskiej. Emocje wywołał jednak takie, że nikt nie przyjrzał mu się dotąd od tej właśnie strony.

 

Moje zawodowe zboczenie polega na tym, że od tego typu analizy nie jestem w stanie się nigdy uwolnić, nawet jeżeli temat materiału jest bardzo emocjonujący. A przecież dziennikarz, podobnie jak reżyser, stosuje określone środki, żeby osiągnąć cel. Czasem tym celem jest wzbudzenie ciekawości, czasem – podkreślenie najważniejszego przekazu tekstu, czasem – pobudzenie wątpliwości albo krytycznego myślenia w jakiejś sprawie. Filmowiec, oglądając nawet najbardziej wciągające dzieło najbardziej cenionego reżysera analizuje, po jakie sięgnął środki, jak kadrował ujęcia, jaką dobrał do nich muzykę i tak dalej – oraz jaki efekt, jaki wpływ na widza dzięki temu osiągnął.

 

W ten sam sposób można spojrzeć na reportaż, dokument czy nawet tekst publicystyczny. Różnica jest taka, że o ile filmowiec operuje jednak na ogół w sferze fikcji, to dziennikarz zmaga się z prawdą i faktami, a to powinno na niego nakładać pewne ograniczenia w operowaniu środkami stylistycznymi.

 

O znaczeniu filmu Sekielskiego mówiłem świeżo po jego obejrzeniu w wideokomentarzu na swoim kanale na YT. Powiedziałem, że film jest ważny i potrzebny, ale też ma pewne elementy, które osłabiają poczucie, że chodzi w nim wyłącznie o prawdę. Niepotrzebnie, bo ta prawda, którą pokazał w części swojego dokumentu Sekielski, broni się wystarczająco mocno sama. Oceniałem w ten sposób nie stronę czysto warsztatową, ale merytoryczną.

 

Dzisiaj w ten sam sposób oceniam „Tylko nie mów nikomu” od strony warsztatu: to film bardzo sprawny – momentami aż za bardzo. Niepotrzebnie.

 

Nowoczesny dokument nie ucieka od efektów, które uatrakcyjniają go czysto wizualnie. Ujęcia z dronów, elementy inscenizacji – to wszystko zdarza się nawet w produkowanych masowo reportażach w programach interwencyjnych, cóż dopiero w filmach dokumentalnych. I jest obecne u Sekielskiego. Pokazywane są z góry świątynie czy inscenizowane zbliżenia na przedmioty czy osoby. Jedno z nich pokazuje na przykład twarz człowieka pijącego mleko, które ścieka mu po brodzie. Ten obraz pojawia się, gdy ofiara molestowania opowiada, że ksiądz, który wyrządził jej krzywdę, pił często mleko. Nie jest to jedyna taka scena w filmie.

 

Tu mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jako się rzekło, to normalny element nowoczesnego dokumentu. Z drugiej – budzi wątpliwości, szczególnie przy tak drażliwym temacie. Czemu bowiem taka inscenizacja służy? Przecież nie przekazaniu faktów (czasami inscenizacji występują w takiej roli i wtedy są stylistycznie neutralne). Odpowiedź jest oczywista: wzmocnieniu emocji. Słyszmy wstrząsającą historię molestowanej kobiety (wtedy dziewczynki) i widzimy zbliżenie na odrażającą twarz (w kamerowym zbliżeniu w formacie HD niemal każda twarz będzie mało estetyczna) mężczyzny pijącego mleko. Czy to coś wnosi w warstwie wiedzy widza? Nie. To tylko wzmacnia przekaz opowieści ofiary.

 

Sekielski mógłby odpowiedzieć, że właśnie o to mu chodziło, bo ta relacja miała wybrzmieć jak najmocniej. Może ma rację, ja jednak mam tutaj ambiwalentne odczucia. W inscenizowaniu takich obrazów pobrzmiewa mi jakaś fałszywa nuta.

 

Ewidentnie fałszywa nuta brzmi natomiast już nie w aktorskich inscenizacjach, ale w ewidentnie aranżowanych scenach z udziałem jednego z głównych bohaterów filmu, prawnika Artura Nowaka. Są takie dwie. Pierwsza, gdy Nowak – przecież prawnik, a więc ktoś doskonale wiedzący, jakie są procedury składania pism czy umawiania się na spotkania z jakimikolwiek  osobami funkcyjnymi, świeckimi czy duchownymi – dobija się do zamkniętych drzwi warszawskiej kurii, chcąc zostawić pismo dla kardynała Nycza. Drzwi są zamknięte, bo Nowak przyszedł poza godzinami pracy kurii. Tak samo odbiłby się od drzwi dowolnego urzędu, gdyby zjawił się po godzinach jego pracy. Wie to on sam, wie to Sekielski. Znów można spytać: po co zatem ta inscenizacja?

 

Druga scena to ta kończąca film: próba porozmawiania z kardynałem Dziwiszem. Nowak i jego klient, Marek Mielewczyk, ofiara molestowania, dwukrotnie próbują – nie umówieni – dostać się do kardynała, dzwoniąc domofonem do drzwi jego domu. Za pierwszym razem nikt nie odbiera, za drugim słyszą, że kardynała nie ma. Odchodzą, mówiąc: „No i co zrobisz? Nic nie zrobisz”. To szyte tak grubymi nićmi, że aż żenujące. Równie dobrze można by próbować z ulicy dostać się do dowolnego ministra.

 

Pytanie brzmi: po co były Sekielskiemu te sceny, skoro główny wątek jego obrazu – wyznania ofiar i spotkania niektórych z nich z prześladowcami – jest wystarczająco mocny i nie trzeba go wspomagać naciąganymi scenami czy inscenizacjami? Mało tego: postawiłbym tezę, że gdyby skasować z filmu wszystkie te nic niewnoszące w warstwie faktów uzupełnienia i skrócić go w ten sposób niemal o połowę – byłby nawet mocniejszy. Zaś u bardziej krytycznie i analitycznie nastawionych widzów nie wywoływałby poczucia, że momentami autor chciał nimi manipulować.

 

Jest jeszcze jedna wątpliwość, tu i tam się pojawiająca: czy Sekielski postąpił etycznie z dziennikarskiego punktu widzenia, nagrywając ukrytą kamerą spotkania ofiar z prześladowcami – ludźmi już starymi, nawet, jak w przypadku ks. Cybuli, nad grobem. Wątpliwość rozumiem, ale tu bronię Sekielskiego stanowczo. Dziennikarz ma prawo sięgnąć po nadzwyczajne środki, jeśli działa w uzasadnionym interesie społecznym. Jeśli tylko w ten sposób może sięgnąć prawdy. I tak tu właśnie było. Ofiary otworzyły się dopiero po latach, księża, którzy je molestowali, byli już siłą rzeczy starymi ludźmi. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby przyznali się do swoich czynów, gdyby weszła do nich ekipa z kamerą. Celu, którym było pokazanie prawdy, jakkolwiek strasznej i niewygodnej dla wielu, nie dałoby się osiągnąć inaczej.

 

Czego by wreszcie o dokumencie Sekielskiego czy o motywacjach, jakie nim kierowały, nie myśleć – odniósł ogromny sukces: stworzył dokument, który potężnie wpłynął na rzeczywistość. Wiele wskazuje na to, że nie tylko w krótkim, ale też w długim okresie, jeśli wziąć pod uwagę, że Kościół musi zareagować systemowo. To chyba marzenie każdego dziennikarza co najmniej od czasów serii tekstów Woodwarda i Bernsteina o aferze Watergate.

 

I jakich byśmy nie mieli wątpliwości czy zastrzeżeń – na tle wielu nierzetelnych, fałszujących rzeczywistość, robionych wręcz na polityczne zamówienie materiałów dziennikarskich film Sekielskiego broni się całkiem dobrze.

 

Ostatecznie – jak mówił Józef Mackiewicz – tylko prawda jest ciekawa.

Łukasz Warzecha

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Biegnij Tomku, biegnij – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Tomasza Hopfera

Prawdziwych gwiazd Ti-Wi już nie ma. Odeszły, odchodzą. I zwykle krótkie jest to ich idolowanie. Cieszą się, gdy tłum im klaszcze i śmieje się szczerze. Z reguły bardzo się śpieszą jakby wiedzieli (ci ulubieńcy), że to wszystko tak krótko trwa. Tomek żył tylko 47 lat.

‘35-ty rok

Dokładnie 24 kwietnia się urodziwszy. A więc byk zodiakalny. Czy ja wiem? Taki byk to on nie był. Owszem – wysoki, ale i bardzo szczupły przez całe życie. No, sprinterzy nie tyją. Chyba tylko na emeryturze. Ale tej to Tomek nie dożył. Był prawdziwym biegaczem, może i skoczkiem. Ale „laufrem” na pewno nie. W latach 50-tych – młodziutki – został nawet członkiem kadry narodowej, dwukrotnie mistrzem Polski w sztafecie 4 x 400 metrów (w 1955 i 1958 r.). Krąg stadionu robili wtedy w 45-46 sekund. Tomasz śmigał na cienkich, długich nogach jak antylopa. I tak mu już zostało. Potem jeszcze – krótko – były próby na metrów osiemset. W warszawskiej „Sparcie”. Gdy przestał biegać sprinty, intensywnie wziął się za tenisa. A potem już gnał na coraz dłuższych dystansach. Wreszcie maratony stały się jego pasją. I pomysł, by przyciągnąć innych do biegania.

 

I to się znakomicie udało. „Za wami pójdą inni” – był taki film o ludziach z lasu. Tamci poszli, aby bronić Ojczyzny. Tomek namawiał „biegaj razem z nami”. I krok po kroku, a rok po roku rozwijała się moda na masowe bieganie. Dziś to już przecież narodowy sport i tysiące ludzi biegnących przez miasta po zdrowie. Za jedyne 42, 195 kilometrów.

 

Kamera

 

Dziennikarstwo sportowe było Tomka naturalne. Zaczął w miesięczniku „Lekkoatletyka”, potem był „Sport dla wszystkich” i „Express Wieczorny” – oczywiście dział sportowy. W 1969 zadebiutował telewizyjnie relacjonując Memoriał Janusza Kusocińskiego. Wsadzano go wówczas na wysokiego konia, wraz z innym debiutantem również sportowcem, Wiesławem Johanem, późniejszym obrońcą internowanych w stanie wojennym i sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Potem obok lekkoatletyki zajmował się głównie piłką nożną i kolarstwem. Dostrzeżono talent i zaczęto powierzać mu rolę gospodarza studia podczas dużych imprez sportowych, Olimpiad i Mistrzostw Świata w piłce nożnej.

 

Pierwszy dostrzegł go (w 1969 roku) Ryszard Dyja. Władza miała zaufanie do tego faceta, który był dobrym organizatorem, ale niepotrzebnie sam pchał się na ekran. Wówczas zresztą było wielu świetnie prezentujących się dziennikarzy sportowych. Lawirowali w lansadach między „wicie-rozumicie”, ale byli to przystojni mężczyźni ze świetną dykcją i polszczyzną. Szef sportu Dyja miał w kim wybierać. Zachował kilku tuzów, odsunął bardzo zdolnego i popularnego Jacka Żementowskiego i postawił na Hopfera. Tomek miał już wówczas 34 lata i zapewne byłby najbardziej popularnym wśród serwujących informacje i sypiących liczbami o metrach i sekundach – ale to było mało.

 

Nastało STUDIO-2 i prezes Szczepański. Ten zdał publicystykę Jerzemu Ambroziewiczowi, który prawdziwie dziennikarskim okiem wypatrzył – usłyszał w katowickim radio Mariusza Waltera, wychowanka Konrada Grudy („Sportu blaski, sportu cienie”).

 

Zaiskrzyło „STUDIO-2”. Miliony usiadły przed telewizorami. Walter wymyślił trio – Bożena, Edward i Tomek. Bezbłędnie. Prowadzącą znał dobrze, bo to była jego piękna żona, w Edwardzie (Mikołajczyku) zobaczył błyskotliwego złośliwca, okularnika w typie dzisiejszych mądrali komputerowych. Tomek to było trzecie trafienie w dziesiątkę. Żywiołowy, autentyczny, sympatyczny wlazł przez małe ekrany do domów i przez 10 lat ich nie opuścił. Gwiazdy kina i estrady zazdrościły mu popularności. Byłem już wówczas na Woronicza, ganiałem reportersko po Polsce. Nie pamiętam nikogo wśród kolegów dziennikarzy i obywateli naszego pięknego kraju, kto by Tomka nie lubił, nie uśmiechał się doń, gdy sypał z pamięci rękawa jak karabin maszynowy tysiące pełnokrwistych, zawsze ciekawych informacji. Nie potrzebował żadnych kartek. Wszystko potrafił zapamiętać. Idol nie mizdrzył się, nie wzdychał i przewracał oczami. On wyłaził przez „lufcik” (opisywany przez Wiecha) i stawał przed telewidzami taki jaki był naprawdę. A to jest jedyna recepta, by być kochanym. Tylko prawda jest ciekawa – mówią. Hopfer był właśnie prawdziwy.

 

Też go lubiłem. Powiedział mi kiedyś w studio, gdy ktoś tam mnie skrytykował i uprzejmie doradzał. „Nie słuchaj, rób tak jak czujesz. Wtedy się uda”. I to była dobra rada. To be or not to be. Ale jak? Owszem – praca, przygotowanie. Ale po prostu niektórzy nadają się do tej roboty, a inni nie. Mówi się: wyżej … nie podskoczysz. Oczywiście próbować trzeba. Ale telewizja to kapryśna panna. Nigdy nie wiadomo kogo wybierze.

 

Byli decydenci – z tyłu. I ci – wyrobnicy – na wierzchu. Decydenci powinni być mądrzy, przede wszystkim z dobrym gustem i powinni cieszyć się naprawdę sukcesami swoich podwładnych. Niestety często boją się utraty zasiadanego stołka – że rozwijający się „gwiazdor” ich wygryzie. I dlatego niestety prawdziwych gwiazd nie mamy. Hamulcowi to właśnie kasta zazdrosnych szefów. Nie rozumieją, że wyrobnicy na nich pracują!

 

W STUDIO-2 było inaczej. Tomek rzeczywiście szalał, ale z natury życzliwy wobec ludzi, nie oszczędzający się w pracy był gotów pracować po kilkanaście, a i dwadzieścia godzin czasem.

 

Walter miał pomysły, ale dawał pole swoim ludziom. Też pracował na okrągło. Przyszedł do niego kolega – z tych młodszych – Janusz Wieczorek: „szefie zrobimy wielki turniej gwiazd sportowych, na największych arenach kraju, z publicznością liczoną w tysiącach; sponsorować będą wielkie przemysłowe zakłady, poprowadzą turnieje Tomasz Hopfer i Jan Ciszewski, a reżyserować będzie Wowo Bielicki. I poszło i wyszło. Trzynaście razy tysiące ludzi na stadionowych trybunach Warszawy, Katowic, Wrocławia i innych miast dopingowało najlepszych sportowców kraju. A startowali w tych programach tylko mistrzowie olimpiad, mistrzowie świata i Europy – złoci, srebrni i brązowi medaliści. Była to prawdziwa popularyzacja sportowców i sportu. Skakali, biegali, jeździli po arenach rowerami i motocyklami. Programy trwały po kilkadziesiąt minut, a czasem i dłużej. Oczywiście wszystko było na żywo. Prowadzący zdobyli sobie jeszcze większą popularność, a telewizja uznanie. Tomek szalał z mikrofonem, Ciszewski – najlepszy sprawozdawca piłki nożnej jaki kiedykolwiek był w naszym kraju – łagodził obyczaje.

 

Wiadomo, że szczęśliwi godzin nie liczą. Pieniądze – owszem. Nigdy nie były one jednak w tych czasach tak wielkie jak na przykład za „postrewolucyjnych” prezesów TVP. Owszem zarabiano po kilka a nawet kilkanaście złotych, ale nie setki tysięcy, na które pozwoliły sobie na przykład „Pampersy”. Cenzura pod partyjną łapą i z „białego domu” była czujna i decydująca. Ale też w gruncie rzeczy ciężko wystraszeni urzędnicy musieli bardzo uważać, by zbytnim wścibstwem nie narazić się najwyższej władzy. Ponieważ wśród tejże były tzw. „dobre paniska” otwierające nawet trochę wrota na tolerancję przywiewaną z zachodu. No, ale tak się działo do czasu. 13 grudnia to wszystko trachnęło. Spadły maski i wylazło ZOMO.

 

Ucieczka w chorobę

 

Jeszcze się wszystko turlało jakoś przez jakiś czas. Mariusz Walter i współpracownicy slalomowali między nadziejami telewidzów a poleceniami władzy. Zależności były bizantyjskie. Ale kombinować jak zawsze można było. Prezesi się zmieniali. Sami nawet „rekonstruowali” swoje nazwiska. Jeden na przykład nie chciał dłużej być „baranem”, a tak się nazywał gdy rządził w Szczecinie, więc po zainstalowaniu go w Warszawie dorobił sobie końcówkę nazwiska. Inny ponoć ukrywał wstydliwe choroby. Wreszcie nastał gość w aksamitnej marynarce i  nienagannych manierach. Sam się usadził przed kamerami na tle napoleońskiej dekoracji. Przedtem pisał o mistrzach pędzla ciekawe książki, ale teraz zgodził się na podłą rolę. Przypadło mu więc w udziale wywalanie kilkuset ludzi na Woronicza i w szesnastu oddziałach TVP. Poszli więc z musu won. Trochę zostało. Ci skruszeni opuścili oczęta i klepali w telewizorkach co im było pisane.

 

Przygotowania do zamachu rozpoczęto na kilka tygodni przed czarną, grudniową nocą. Gdy wpadli do telewizji komandosi i poprzecinali kable. Niektórzy z tych bojowców porobili sobie nawet potem, niby humorystyczne, zdjęcia z nożami w zębach. Drukowaliśmy je w podziemnej prasie. Niech mamusie i żony wiedzą, co synek robił w Warszawie.

 

Prezes z Krakowa jeszcze coś paplał, ale już za jego plecami faktyczny decydent działał. Grzelak mu było. Wołał wybranych – głównie z Dziennika Telewizyjnego i serwował im propozycję nie do odrzucenia: „przymierzajcie mundurki!” Nie będę się dziś już pastwił – po latach – nad nazwiskami. Bóg z wami chłopaki. Oczywiście pamiętam ich dobrze, bo w końcu tak jak wielu innych wyleciałem z pracy na osiem lat. Faktem jest, że spośród tych, których władza wojskowa chciała mieć w studio w godzinę zamachu byli i tacy, którzy zdecydowanie powiedzieli NIE! Wśród jednych z najlepszych dziennikarzy i bardzo popularnych w tamtym czasie, w listopadzie 1981 był Maciej Wierzyński. Oczywiście nie miał co tu potem szukać, więc wyemigrował na lata do Ameryki.

 

Władza bardzo chciała mieć przede wszystkim tych najbardziej popularnych. Oczywiście również Tomka Hopfera. Pracowali nad nim wojskowi,. Pracował nad nim redaktor Dyja – szef sportu w TVP. Tomek nie powiedział zdecydowanie nie, postanowił uciec w chorobę. To był niezły pomysł, bo wszyscy wiedzieli, że był nerwowy, bardzo wrażliwy, kruchy i emocjonalny. Zamknął się więc Hopfer w jednym z podwarszawskich szpitali. Ale i tam go znaleźli. Wprawdzie nie grozili, ale usilnie namawiali. „Byłeś gwiazdą – mówili – będziesz nikim, a rodzina zdechnie z głodu.” Wredna presja na wrażliwego człowieku pogarszała stan zdrowia Tomka. Fakt że również z powodu kilkuletniej bardzo wyczerpującej pracy był niezbyt silny psychicznie. Przyjaciele, między innymi Maciej Wierzyński, Jerzy Ambroziewicz, Stefan Lewandowski starali się załamującemu się dziennikarzowi pomóc. W tym czasie – warto to przypomnieć – wielu nowych przedsiębiorców, między innymi z raczkujących zakładów prywatnych, firm polonijnych zaczęło pomagać dziennikarzom wyrzuconym z pracy. Zresztą oni sami chwytali się różnych zawodów żeby przeżyć. Oczywiście też wielu wyjechało za granicę, wielu już na stałe.

 

Hopfer coś tam zaczął dłubać, były to wyroby z kości i pseudobiżuteria. Oczywiście sytuacja – żona, córka, konieczność utrzymania rodziny to wszystko powodowało coraz większą frustrację. Ludzie znani, artyści, dziennikarze, aktorzy i reżyserzy, plastycy i muzycy, którzy odmówili poparcia huncie znaleźli się w okropnej sytuacji. Nie wszyscy byli w stanie podjąć prywatną działalność przedsiębiorczą. Ale pomoc dawał kościół i były transporty żywności i ubrań zza granicy. Dary były rozdzielane w katakumbach kościelnych. Dużą rolę na przykład w Warszawie odegrał ksiądz poeta dr nauk Wiesław Niewęgłowski. Ale to wszystko było za mało. Twórcom zaglądała w oczy nędza. Wytrzymywali tylko najsilniejsi. Niektórzy po dwóch, trzech latach podejmowali jednak pracę w mediach. I nie mam najmniejszego zamiaru ich za to ganić. Ale dla bardzo wielu stan wojenny trwał. Nie chcieli pracować w mediach łżących i podporządkowanych. Wielu wytrwało w tym uporze aż osiem lat.

 

Tomasz Hopfer niestety nie wytrzymał tego strasznego napięcia. Zachorował naprawdę. Gwałtownie i śmiertelnie. Koledzy starali się zorganizować pomoc. Niestety medykamenty przyleciały z zachodu za późno. Tomek miał już tak odwodniony organizm,  że – gdy wdarła się infekcja – nie wytrzymał. Zmarł w warszawskim szpitalu 10 grudnia 1982 roku, a więc w przeddzień pierwszej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego.

 

Piszę to wszystko z nadzieją, że zostanie zapamiętany jako jeden z tych, którzy nie poddali się politycznym naciskom. Był wierny swoim przekonaniom do końca. Tomek był kochany i bardzo zdolny. Gdy umarł miał zaledwie 47 lat.

 

Stefan Truszczyński

Fot. YouTube/TVP Sport

Tomasz Hopfer: Postanowiłem sobie za główny dziennikarza obowiązek propagowanie tych wartości, które rozwijają człowieka, kształtują jego charakter i dumę.

Ból i pokuta – ks. MARIUSZ FRUKACZ o filmie braci Sekielskich

Z bólem odebrałem dokument „Tylko nie mów nikomu” TomaszaMarka Sekielskich. Oczywiście w Kościele są ludzie grzeszni, są problemem Kościoła przypadki pedofilii wśród duchownych. Jest też oczywiste, że nawet jeden taki przypadek byłby o jeden za dużo, ale na pewno wielkim nadużyciem jest sugestia, iż Kościół ze swoją wyjątkową tożsamością jest „wylęgarnią” pedofilii, a z taką sugestię coraz częściej można spotkać się w przestrzeni publicznej. Myślę, że trzeba postawić zasadnicze pytanie, czy mówić o pedofilii w Kościele, czy o pedofilii wśród osób duchownych? Moim zdaniem to bardzo ważne rozróżnienie, bo Kościół to znacznie głębsza rzeczywistość, aniżeli tylko wymiar instytucjonalny.

 

W duchu prawdy…

 

Oczywiście z pedofilią trzeba walczyć bezwzględnie i wszędzie. W filmie Sekielskich padają mocne słowa o pedofilii. Są świadkowie. Mój niepokój jednak budzi sposób łączenia tych wypowiedzi z obrazem, np. kiedy jest mowa o tym, że pedofilia jest strasznym przestępstwem jest najazd kamery na zdjęcie Jana Pawła II, pomnik polskiego papieża, czy nawet zdjęcie ks. Jerzego Popiełuszki. W takich momentach mam wrażenie, że film nie jest już tylko dokumentem, ale jest próbą odpowiedzi na założoną z góry tezę. Niewątpliwie może dojść do osłabienia  Kościoła i ograniczenia znacznie relacji Kościoła ze społeczeństwem.

 

Kościół oczyszcza się

 

O. Adam Żak SJ, dyrektor Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie, podczas jednego ze spotkań dotyczących pedofilii wśród osób duchownych zauważył, że „Kościół jest w społeczeństwie i rozpoznaje problem oraz oczyszcza się nie tylko jedynie dla siebie, ale chce pokazać wszystkim, że dzieci trzeba chronić”.

 

Jako Kościół rozpoczynamy tę pracę, której zasadniczo nikt inny w społeczeństwie nie robi. To, że media skupiają się na Kościele, to z jednej strony jest zrozumiałe, bo Kościół ma integralne nauczanie moralności, ale z drugiej strony skupienie uwagi mediów tylko na Kościele usypia inną część społeczeństwa – podkreślił o. Żak.

 

Ważne jest, żeby w całym społeczeństwie powstała strategia narodowa, co, jak dostrzegamy, nie jest łatwe. „Samo prawo karne nie wystarczy” – wskazał o. Żak, dodając, że „ten problem jest obecny w całym społeczeństwie” (tutaj).

 

W filmie Sekielskich słusznie daje się głos ofiarom. Jednak zabrakło moim zdaniem pokazania, że problem pedofilii dotyka całego społeczeństwa. Nie wiem, czy p. Sekielski, jako odważny dziennikarz, byłby w stanie zaryzykować swój autorytet, by pracować nad tą ważną społecznie sprawą w środowisku np. ludzi kultury, mediów, celebrytów?  Dlatego bardzo ważny jest apel Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich do dziennikarzy o rzetelność i uczciwość w przedstawianiu w mediach komentarzy i opinii publicznych na temat filmu. Otóż CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko manipulacjom zawartym w materiałach telewizji TVN i „Gazety Wyborczej”, przedstawiających reakcje abpa Marka Jędraszewskiego na film „Tylko nie mów nikomuTomaszaMarka Sekielskich.

 

„12 maja br. w programie informacyjnym „Fakty” telewizji TVN i 13 maja br. w artykule „Abp Jędraszewski ma być w Piekarach Śląskich. Szef Związku Górnośląskiego: <To mnie tam na pewno nie będzie>” „Gazety Wyborczej” w manipulacyjny sposób zacytowano wyrwane z kontekstu zdanie metropolity krakowskiego abpa Marka Jędraszewskiego: cyt. Z kłamstwa robi się dzisiaj element polityki wielkiej, a właściwie to jest bardzo mała i nędzna polityka  przedstawiając je, jakby było jego reakcją na w/w film dokumentalny. Tymczasem, co widać na opublikowanym na stronie internetowej archidiecezji krakowskiej nagraniu, abp Jędraszewski odpowiadał na inne pytanie, nadawanie jego wypowiedzi innego znaczenia jest niczym nieuprawnione i wprowadza w błąd opinię publiczną” – czytamy w tekście CMWP SDP.

 

Tak naprawdę przemilczanie głosu papieża…

 

Mówiąc o zjawisku podejmowania przez dziennikarzy tematyki pedofilii, można zauważyć częste odwołania do procedur, o konieczności których bardzo zdecydowanie mówi papież Franciszek. Jednak równocześnie eksperci i dziennikarze podejmujący ten temat tak naprawdę nie poddali głębszej analizie przemówienia papieża Franciszka wygłoszonego w tym roku 24 lutego na zakończenie watykańskiego spotkania przewodniczących episkopatów, poświęconego ochronie małoletnich w Kościele.

 

Stanowczo apeluję o kompleksową walkę przeciwko wykorzystywaniu małoletnich, w dziedzinie seksualnej, a także w innych dziedzinach, ze strony wszystkich władz i poszczególnych osób, ponieważ mamy tu do czynienia z ohydnymi przestępstwami, które powinny być wymazane z powierzchni ziemi. Tego żąda wiele ofiar ukrytych w rodzinach i różnych środowiskach naszych społeczeństw” – powiedział papież.

 

Mamy do czynienia z problemem uniwersalnym, o charakterze przekrojowym, który niestety występuje niemal wszędzie. Trzeba powiedzieć jasno: powszechność tej plagi, potwierdzając jej powagę w naszych społeczeństwach, nie umniejsza jej potworności w obrębie Kościoła” – kontynuował Franciszek, zwracając uwagę na to, że problem nie dotyczy jedynie osób duchownych i Kościoła.

 

Jednak także dzisiaj dostępne statystyki na temat nadużyć seksualnych wobec nieletnich, sporządzone przez różne organizacje i organy państwowe i międzynarodowe (WHO, UNICEF, Interpol, Europol i inne) nie ukazują prawdziwej skali zjawiska, często niedocenianego, głównie dlatego, że wiele przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich nie jest zgłaszanych, w szczególności tych bardzo licznych popełnionych w środowisku rodzinnym (…)  Pierwszą prawdą, która wyłania się z dostępnych danych, jest to, że tymi, którzy dopuszczają się wykorzystywania, czyli przemocy (fizycznej, seksualnej lub emocjonalnej) są szczególnie rodzice, krewni, mężowie małoletnich żon, trenerzy i wychowawcy. Ponadto, według danych UNICEF z 2017 r. z 28 krajów świata, na 10 dziewcząt, które miały wymuszone stosunki seksualne, 9 ujawnia, że padły ofiarą osoby znanej lub bliskiej rodzinie” – zaznaczył Franciszek.

 

   Oczywiście przestępstwa pedofilii wśród osób duchownych są absolutnie sprzeczne z autorytetem moralnym i wiarygodnością etyczną Kościoła, ale jako dziennikarze spróbujmy odpowiedzieć na apel papieża i zająć się problemem także jako zjawiskiem globalnym. Dla zainteresowanych polecam całe przemówienie papieża (tutaj)  i odsyłam do wywiadu z ks. Fortunato di Noto, który ukazał się w tygodniku “Niedziela” (tutaj).

 

Myślę, że wobec tematu pedofilii musimy stanąć w prawdzie jako społeczeństwo. Ukazywanie jedynie Kościoła jako miejsca, gdzie mamy do czynienia z tymi przestępstwami, usypia społeczeństwo na zaistnienie tego problemu w innych instytucjach.

 

ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz katolickiego tygodnika „Niedziela”.

Sekielski obnaża grzechy dziennikarstwa – opinia TOMASZA NIEŚPIAŁA o filmie „Tylko nie mów nikomu”.

W całym kraju trwa ogólnonarodowa debata na temat pedofilii w Kościele. Dużą część minionego weekendu słuchałem dziennikarskich analiz, komentarzy i puent. Często trafiających w punkt. Dziennikarze nie tylko ochoczo sami komentują, ale i zapraszają gości, którzy oburzają się w temacie najgorszego z przestępstw. I słusznie. Film Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” – choć osobiście zauważam w nim kilka warsztatowych niedociągnięć – jest ważny. Ba, wierzę, że także przełomowy. Bo obnażający patologie i dający głos ofiarom. Poza tym miliony wyświetleń filmu dokumentalnego – na moment kiedy piszę te słowa, jest ich prawie 7 mln, a przecież licznik rośnie z każdą godziną w tempie niewyobrażalnym – są wystarczającym dowodem na to, że obraz Sekielskiego jest jednym z najważniejszych wydarzeń dziennikarskich i w ogóle medialnych  ostatnich lat.

 

Doceniając ten fakt i wielkie zaangażowanie twórców w powstanie tego filmu, jednocześnie denerwuje mnie wielkie oburzenie tych wszystkich dziennikarzy, którzy dziś gremialnie zadają pytania o to: jak to się mogło wydarzyć w Kościele? I gdzie byli wszyscy kościelni hierarchowie, którzy nie reagowali na niepokojące sygnały, a nawet tuszowali sprawy tak gorszące, że dziś trudno o jakiekolwiek usprawiedliwienie?

 

Dziś chętnych do zadawania pytań Kościołowi jest wielu. Szukanie winnych wydaje się proste. Łatwo bowiem stawiać zarzut, mając takiego gotowca jak film Sekielskiego.

 

Zastanawiam się jednak gdzie były te dziennikarskie autorytety z lewa i prawa, kiedy Tomasz Sekielski postawił na szali niemal wszystko, by taki dokument stworzyć? Gdzie były setki tysięcy złotych, a może i miliony, które mają do dyspozycji producenci i wydawcy z dużych i bogatych redakcji? Kto miał odwagę, by oddelegować swoich dziennikarzy do pracy nad wymagającym i czasochłonnym materiałem, który przywracałby wiarę w dziennikarstwo?

 

Sekielski i jego w gruncie rzeczy niewielka firma wraz z grupą darczyńców stworzyli coś, co powinni robić dziennikarze mający za sobą wsparcie wielkich redakcji, za którymi stoją renomowany tytuł, wielkie pieniądze i tabuny prawników.

 

Dlatego filmem „Tylko nie mów nikomu” Sekielski obnaża nie tylko grzechy Kościoła. Ale i mediów, które zaślepione własną wielkością i być może własnymi grzechami – nie mają odwagi do podejmowania odważnych tematów dziennikarskich. Nie są w stanie zaryzykować pieniędzy i autorytetu, by pracować nad ważną społecznie sprawą. Obcinają budżety i rezygnują z finansowania przedsięwzięć ryzykownych, niepewnych, o nieznanym finale. I skutkiem tego jest hibernacja – bo wciąż wierzę, że nie śmierć – dziennikarstwa śledczego.

 

Tomasz Sekielski udowadnia tym filmem, że można – niezależnie od miejsca pracy – robić dobrą reporterską robotę. Że warto być odważnym i niezależnym.

 

I dlatego myślę, że „Tylko nie mów nikomu” jest nie tylko wyrzutem sumienia polskiego Kościoła. On jest, a na pewno powinien być także wyrzutem sumienia dla dziennikarstwa w Polsce.

Tomasz Nieśpiał

Od autorytetu do utopii – ŁUKASZ WARZECHA o 30 latach „Gazety Wyborczej”

„Gazeta Wyborcza” jest dziś już tylko cieniem siebie samej sprzed lat. Z roli najwyższego autorytetu, strącającego z piedestałów i na nie wynoszącego, została zredukowana do roli jednej z wielu gazet, ze spadającą sprzedażą, zbiorowymi zwolnieniami i coraz mniejszą mocą sprawczą. 30 lat jej istnienia to historia najpierw sukcesu bardziej politycznego niż medialnego, a potem – stopniowego gaśnięcia.

 

„GW” od samego początku miała ambicje kreowania polityki. Zgoda, że takie ambicje ma wiele mediów, również tych powiązanych z, umownie mówiąc, prawą stroną, ale „GW” była pod tym względem jednak wyjątkowo dobrze ustawiona. Przecież nawet jej redaktor naczelny – dziś już raczej żywy posąg niż faktyczny szef pisma – był przez trzy lata posłem na Sejm, jednocześnie kierując gazetą.

 

Dla mnie „GW” wiąże się z kilkoma bardziej prywatnymi wspomnieniami. Pamiętam na przykład, jak w czasach, gdy pracowałem w nieistniejącym już „Życiu”, „Wyborcza” zabawiała się robieniem antysemitów z ludzi dla niej niewygodnych. Dziś w zasadzie robi to samo, ale siła jej oddziaływania jest bez porównania mniejsza. W tamtym okresie „Życie” wzięło w obronę prof. Ryszarda Legutkę, który w taki właśnie sposób został potraktowany. Inna podobna historia to tragiczny los dr. Dariusza Ratajczaka, którego w 1999 roku oskarżono o kłamstwo oświęcimskie na podstawie wprowadzonego zaledwie rok wcześniej, krępującego zresztą wolność słowa, złego i zbędnego przepisu. Postępowanie wobec niego sąd umorzył ostatecznie trzy lata później, ale historyk został skutecznie zaszczuty właśnie przez „GW”. I to w białych rękawiczkach, bo wprawdzie w „GW” pisano, że wsadzać do więzienia za „nawet najobrzydliwsze” poglądy się nie powinno, ale zarazem wytrwale przypominano o oskarżeniach wobec Ratajczaka. Można zakładać, że to za sprawą jej publikacji naukowiec nie był w stanie znaleźć pracy. W 2010 roku znaleziono go martwego w jego własnym aucie na parkingu przed centrum handlowym.

 

Szczególnie dobrze zapadła mi w pamięć histeria „Wyborczej”, wywołana pojawieniem się na rynku dziennika „Fakt”, w którym miałem szczęście pracować od początku przez dekadę. Gdy drugi polski tabloid ruszał w 2003 roku, od pierwszego dnia był agresywnie atakowany przez redakcję z Czerskiej. Gdy uruchomiono w nim najpierw dodatek „Europa”, a potem regularny dział opinii, w którym pojawiały się wywiady z najważniejszymi polskimi i zagranicznymi intelektualistami oraz politykami – ataki się wzmogły. Nigdy nie pojawiały się w nich odniesienia do tej właśnie części gazety, zawsze natomiast była ona przedstawiana jako głupawe pisemko dla prymitywów. Motywacja była oczywista: „GW” od momentu wejścia na rynek potężnego gracza wiedziała, że oto pojawiła się konkurencja do rządu dusz, której nie da się łatwo zakrzyczeć, bo wydawca jest zagraniczny i ma do dyspozycji potężne pieniądze. Pojawienie się w „Fakcie” tekstów opiniowych musiało wywołać wyjątkową wściekłość: oto tabloid, piszący o chomiku pomagającym wykryć zdradę małżeńską dzięki zamontowanej na grzbiecie kamerce, jednocześnie publikuje rozmowy lub teksty Javiera Solany, prof. Marcina Króla, Richarda Pipesa czy Valéry’ego Giscarda-d’Esating. To była po prostu obraza. W Polsce monopol na sięganie po takie nazwiska i mówienie ludziom, jak mają myśleć, miała mieć Czerska.

 

Z czasem „GW” musiała się pogodzić z istnieniem realnej konkurencji. Dziś jej publicystyka jest w większości słaba i przewidywalna, pisana na jedno skrajnie lewicowe kopyto. Znacznie ciekawsze pod tym względem są właściwie wszystkie inne gazety, niezamykające się we własnym kręgu: od „Rzeczpospolitej”, poprzez „Polskę Times” i „Dziennik Gazetę Prawną”, na „Super Expressie” i „Fakcie” (gdzie nowa naczelna przywróciła dział opinii) skończywszy. Dramatycznie osłabła siła politycznego rażenia, co pokazał uśpiony już chyba cykl o przygodach pana BirgfellneraJarosławem Kaczyńskim. „Wyborcza” nie jest już nawet w stanie wykreować skutecznie politycznego lidera (vide najpierw Ryszard Petru, teraz Robert Biedroń). Nie jest też w stanie rozstawiać opozycji zgodnie ze swoim życzeniem. Ataki i zaczepki wobec Grzegorza Schetyny w najmniejszym stopniu nie zmieniły jego sytuacji.

 

Na Facebooku popularne są profile, których nazwy brzmią podobnie: robię coś dla beki. Można by spokojnie założyć profil „czytam »Wyborczą« dla beki”. Bo zwykle już tylko do tego się nadaje. Niepowtarzalne są podniosłe elukubracje Jarosława Kurskiego, głoszącego schyłek demokracji i ostrzegającego przed nadchodzącym faszyzmem. Wejrzenie w inną rzeczywistość oferuje „Gazeta Stołeczna”, w której stężenie schematów, budowanych wokół karykaturalnego wręcz spojrzenia na potrzeby „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków”, przyprawia o zawrót głowy. „Stołeczna” to w pewnym stopniu utopia, pokazująca, jakiego świata chcieliby dziennikarze „dużej” „Wyborczej”. Jest tam więc wiele o tym, jak bohaterscy ateiści walczą z kościelną opresją, jak źli blachosmrodziarze zawłaszczają miasto i o tym, jak radośni zmiennoseksualni single bawią się przy sojowym latte w hipsterskich lokalach. Ktoś kiedyś powinien napisać dłuższą pracę na temat świata, przedstawianego w „Stołecznej”.

 

Nie życzę jednak, odmiennie niż wielu moich kolegów, „Gazecie Wyborczej”, żeby zniknęła z rynku, choć z mojego punktu widzenia zrobiła wiele złego. Pracują tam wciąż publicyści, z którymi można toczyć normalną dyskusję i którzy nie mają w zwyczaju zaczynać od delegitymizacji drugiej strony. Wciąż jakoś obecny jest „symetrysta” Grzegorz Sroczyński, jest niepoprawny liberał Witold Gadomski, jest stonowany Roman Imielski (wielokrotny gość mojego programu publicystycznego w Polskim Radiu 24), są dziennikarze, dostarczający rzeczowej informacji, jak Andrzej Kublik, specjalizujący się w kwestiach gospodarczych, głównie energetycznych, czy Justyna Suchecka, zajmująca się edukacją. Jest wreszcie Dominika Wielowieyska, której kiedyś spłatałem złośliwego figla w TOK FM, trollując prowadzony przez nią program, a która wydaje się jednak zachowywać jakąś wewnętrzną intelektualną uczciwość – jakkolwiek mocno bym się z nią nie zgadzał.

 

Czy Polska bez „GW” byłaby lepsza? Być może kiedyś, gdy gazeta Michnika rządziła niepodzielnie, odpowiedziałbym twierdząco. Ale bez dzisiejszej „Wyborczej”, sprowadzonej do roli po prostu jednej z wielu gazet – już niekoniecznie. Po prostu jej zniknięcie dzisiaj niczego by specjalnie nie poprawiło. Ot, pewna grupa z lekka oderwanych od rzeczywistości umysłowych potomków Unii Demokratycznej oraz młodych wykorzenionych lewicowców straciłaby swój organ. Nie warto zresztą – tak sądzę – życzyć upadku żadnemu medium. Im jest ich więcej, tym lepiej dla debaty, mimo wszystko.

 

Nie napiszę jednak „Gazecie Wyborczej”, że życzę jej kolejnych 30 lat, bo nie chcę być hipokrytą. Napiszę: skoro już jesteście tyle lat, to bądźcie sobie dalej; bylebyście nigdy nie odzyskali pozycji, jaką mieliście przez pierwsze dwie dekady waszego istnienia.

Łukasz Warzecha

Szydzenie z religii i kapłanów – ks. MARIUSZ FRUKACZ o manifestacji przed Radiem Maryja

We współczesnej  demokracji robią zawrotną karierę takie pojęcia jak: tolerancja, kompromis, nowoczesność. W imię „poprawności politycznej” nadaje im się jednak inny sens, który w dzisiejszej nowomowie oznacza nawet akceptację zła. A pojęcia takie jak: uczciwość, odwaga, ojczyzna, obowiązek są zastępowane przez cynizm, oszustwo, podstęp, kłamstwo.

 

W ostatnim czasie w polskiej rzeczywistości zauważa się znieważanie religii katolickiej, Kościoła i kapłanów. A to wszystko w imię „nowoczesnego państwa”.

 

Prawda – szacunek do drugiego człowieka

 

Zawsze uważałem, że bardzo ważne jest budowanie na fundamencie prawdy. Jednocześnie trzeba zawsze kierować się szacunkiem do drugiego człowieka. A właśnie z tym szacunkiem mamy w Polsce największy problem. Dużo mówi się i pisze o tzw. mowie nienawiści, która dotyka jakichś grup społecznych, ale  wyklucza się z tej grupy chrześcijan, szczególnie katolików oraz księży katolickich. Właśnie wobec katolików, kapłanów i osób życia konsekrowanego stosuje się nie tylko hejt, ale także klasyczną „mowę nienawiści”. Klarownym przykładem „mowy nienawiści” była manifestacja pod hasłem „Chryja pod Radiem Maryja”. Otóż 3 maja, w dniu 228. rocznicy Konstytucji 3 maja i w dniu, w którym katolicy w Polsce obchodzą uroczystość Matki Bożej Królowej Polski, przed siedzibą Radia Maryja w Toruniu odbyła się manifestacja środowisk feministycznych pod nazwą: „Na drugi koniec Tęczy z Ojcem Tadeuszem. Chryja 2”. Dobrze się stało, że wobec tej manifestacji zaprotestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. „Podczas manifestacji znieważano kapłanów, a w szczególności dyrektora i redaktora naczelnego Radia Maryja oraz TV Trwam. Podczas pikiety w wulgarny sposób odstawiano scenki obyczajowe, m.in. taniec i pocałunek osób w maskach o. Rydzyka i posłanki PiS Anny Sobeckiej, drwiono z ważnych dla katolików symboli, słów i wartości. Takie działania niszczą i w niepodważalny sposób naruszają zasadę wolności słowa, ponieważ jej elementem jest zawsze szacunek i tolerancja dla innych oraz poszanowanie ludzkiej godności” – czytamy w stanowisku CMWP SDP.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zaapelowało również do władz publicznych, by „podjęły działania zapobiegające w przyszłości tego typu prowokacyjnym atakom politycznym„.

 

Atmosfera tolerancji?

 

Obserwując przestrzeń życia publicznego, można zauważyć fakt, że szerzy się atmosferę tolerancji wobec szydzenia z kapłanów, kapłaństwa, religii katolickiej i Kościoła. Kiedyś abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, zauważył, że „pod hasłami pluralizmu poglądów, tolerancji, życia publicznego – przy inwazji środków społecznego przekazu – szerzy się wielka fala rugowania prawdy i wartości chrześcijańskich”.

 

Kultura czy dekonstrukcja kultury?

 

Warto przy okazji zwrócić uwagę, że ze znieważeniem i szydzeniem wobec religii, Kościoła i osób duchownych mamy do czynienia w świecie kultury. W kabaretach, na deskach teatrów, w produkcjach filmowych spotykamy się ze zjawiskiem znieważania religii i Kościoła. Jest faktyczne obrażanie ludzi głęboko wierzących. Boję się, że może to wszystko wywołać nienawiść lub pogardę. A przecież w ten sposób wyrządza się największą krzywdę świętym kapłanom, którzy opiekują się bezdomnymi, misjonarzom, kapłanom czuwającym przy umierających w hospicjach, którzy pochylają się nad wyniszczonym chemioterapią dzieckiem. Warto zauważyć, że twórcy takich „dzieł” mówią wówczas o nowoczesnej kulturze. A moim zdaniem, to nie ma nic wspólnego z prawdziwą kulturą. Jest to raczej dekonstrukcja kultury. Prawdziwa kultura zakłada przecież piękno, dobro, prawdę.

 

Oczywiście, pojęcie „nowoczesność” robi w ostatnim czasie zawrotną karierę w Polsce. Jak zauważył kiedyś na łamach „Niedzieli” ks. Mariusz Sztaba „propaguje się je jako synonim rozwoju, postępu, dostatku, dobrej przyszłości itd. Ale czy tak jest w rzeczywistości? Wydaje się bowiem, że „nowoczesność” dla wielu współczesnych „ekspertów” i tzw. nowoczesnych polityków związana jest z realizacją ideologii neoliberalizmu. W tej sytuacji należy zapytać się więc, czym jest neoliberalizm, aby potem adekwatnie odpowiedzieć na pytanie, czy Polacy jako naród chcą takiej nowoczesnej Polski, czy tylko może wybrana grupa, która dzięki lansowaniu takiej właśnie wizji Polski, przy wykorzystaniu społeczeństwa obywatelskiego, jest w stanie realizować swoje cele i interesy pod płaszczykiem demokracji i procesów globalizmu”.

 

Rola sumienia

 

Na zakończenie chciałbym wskazać na konieczność przywrócenia w debacie publicznej właściwej roli sumienia – głosu Boga, wołającego o prawdę, o granicę między dobrem i złem. W 1995 r.  św. Jan Paweł II mówił w Skoczowie, że „Polska potrzebuje ludzi sumienia”, i kontynuował: „Sumienie jest dla każdego człowieka sprawą o zasadniczym znaczeniu. Jest ono naszym wewnętrznym przewodnikiem i jest także sędzią naszych czynów. Jakże ważne jest więc, aby nasze sumienia były prawe, aby ich osądy oparte były na prawdzie, aby dobro nazywały dobrem, a zło – złem. (…) Nasza Ojczyzna stoi dzisiaj przed wieloma trudnymi problemami społecznymi, gospodarczymi, także politycznymi. Trzeba je rozwiązywać mądrze i wytrwale. Jednak najbardziej podstawowym problemem pozostaje sprawa ładu moralnego. Ten ład jest fundamentem życia każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Dlatego Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia! Być człowiekiem sumienia to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło”.

 

Wydaje się, że wobec zaistniałych faktów, takich jak manifestacja „Chryja pod Radiem Maryja” głos św. Jana Pawła II o roli sumienia jest w Polsce wciąż lekcją, którą trzeba odrobić.

ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz katolickiego tygodnika „Niedziela”

Zagrożeniem dla wolności słowa jest dewaluacja pojęć – zauważa WOJCIECH POKORA

Na drugi koniec Tęczy z Ojcem Tadeuszem. Chryja 2  – pod tym hasłem już po raz drugi odbyła się demonstracja Toruńskiego Strajku Kobiet pod siedzibą Radia Maryja w Toruniu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zaprotestowało przeciwko temu wydarzeniu zwracając uwagę, że takie działania niszczą i w niepodważalny sposób naruszają zasadę wolności słowa, ponieważ jej elementem jest zawsze szacunek i tolerancja dla innych oraz poszanowanie ludzkiej godności. Dla osób pracujących w mediach tego typu prowokacje są przy tym wyjątkowo dokuczliwe, ponieważ podważają ich wiarygodność oraz autorytet i zaufanie odbiorców mediów, a one są niezbędne przy pełnieniu funkcji związanych z dziennikarstwem i komunikowaniem masowym.

 

Przy okazji demonstracji, na której rozdawane były druki aktu apostazji, pojawił się po raz kolejny postulat świeckiego państwa. Co ciekawe, padł on z ust byłej wicemarszałek Sejmu, a dziś liderki kujawsko-pomorskiej listy partii Wiosna w wyborach do Parlamentu Europejskiego – Wandy Nowickiej:

 

Wielki sukces, że udało się zrobić tę pokojową, a jakże słuszną demonstrację, po to, żebyśmy mieli świeckie państwo, żeby wreszcie zmieniło się to, że tak ogromne pieniądze publiczne płyną wielką rzeką do rozgłośni i to się musi skończyć. Musimy wreszcie zbudować państwo świeckie, a Toruński Strajk Kobiet, który organizuje +Chryję+ już drugi raz naprawdę robi fantastyczną robotę i fakt, że wyście wygrały, to wielki sukces ruchu kobiecego.

 

W tej na pozór naiwnej wypowiedzi upatruję większe zagrożenie dla wolności słowa w Polsce, niż w maskaradzie urządzonej pod rozgłośnią. Warto zwrócić uwagę na dwa ważne aspekty tego wydarzenia. Pierwszy jest banalnie prosty do wychwycenia. Oto środowiska uważające się za arcytolerancyjne, niosące na sztandarach hasła odmieniające tolerancję przez wszystkie przypadki, urządzają demonstrację będącą skrajnym przykładem nietolerancji na wartości odmienne od wyznawanych przez ich liderów. Obalając pomnik hipokryzji kleru stawiają w jego miejsce jeszcze większy pomnik hipokryzji, nawet tego nie zauważając. I z tego rodzi się drugie, poważniejsze zagrożenie. Niezrozumienie pojęć które się samemu głosi, bądź, co bardziej niebezpieczne, celowe ich wypaczanie. Z tego płynie wielkie zagrożenie dla wolności słowa i tu już można zacząć bić na alarm.

 

   Gdy polityk o bardzo silnie określonym światopoglądzie głosi publicznie ideę świeckiego państwa, zaczynam mieć to samo poczucie dyskomfortu, gdy stojący na czele wrogiej dywizji oficer wydaje rozkaz powszechnego rozbrojenia, nie zaczynając od siebie. Idea świeckiego państwa nie zakłada bowiem tego, co odnajdujemy w krótkiej wypowiedzi marszałek Nowickiej, czyli że nagle organizacje religijne zostaną usunięte z przestrzeni publicznej i przestaną korzystać z publicznych pieniędzy na tych samych zasadach co tzw. świeckie organizacje. Idea państwa świeckiego zakłada w pierwszej kolejności neutralność państwa i jego funkcjonariuszy, czyli powinność powstrzymywania się od zajmowania stanowiska w sprawach religijnych i światopoglądowych. Za tym idzie szereg cech państwa świeckiego, na które pani Nowicka i popierane przez nią manify, czy chryje nigdy w swojej ograniczonej tolerancji się nie zgodzą, czyli rezygnacja państwa z różnicowania obywateli według kryteriów religijnych, czy dopuszczenie do nauki religii w szkole na zasadzie dobrowolności (co dziś ma miejsce i jest oprotestowywane).

 

Zagrożeniem dla wolności, w tym wolności słowa, jest dopuszczanie do dewaluacji pojęć i zmiany znaczeń słów, których używamy. Przez takie zabiegi dopuszczamy w debacie publicznej do głosu osoby i organizacje, które pod hasłami szczytnych idei mogą chcieć przemycić nam kolejne odmiany totalitaryzmów, które nieświadome społeczeństwo wpuści do swoich zagród jak ciotka mojej znajomej bolszewików przechodzących przez jej miejscowość, by się poczęstowali obiadem. Jak łatwo się domyślić – straciła nie tylko obiad i zastawę, ale ledwo uszła w swej dobroci i naiwności z życiem.

Wojciech Pokora