Milicja wejdzie do Michnika – ŁUKASZ WARZECHA o tym, że zagraniczne media mało wiedzą o Polsce

Milicja wejdzie do Michnika, a wcześniej ktoś podrzuci mu narkotyki – to najczęściej przytaczany wątek (cytat z redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”) z tekstu o sytuacji mediów w Polsce, który ukazał się na portalu renomowanego amerykańskiego magazynu „Foreign Policy”.

 

W środku tekstu pojawia się ramka z zachętą read more, a w niej odsyłacze do trzech innych tekstów, pokazujących, jak źle dzieje się z Polską: „Poland’s Historical Revisionism Is Pushing It Into Moscow’s Arms. The country doesn’t need an openly pro-Russian political party. Its own government’s attempts to rewrite Polish history play directly into Vladimir Putin’s hands”, „Poland’s New Populism. Warsaw may be turning away from the European Union, but that doesn’t mean that it is turning toward Moscow instead” oraz „It’s Time to Play Hardball With Poland. Brussels needs to admit that Warsaw’s democratic charade is over”. Nie widać żadnego tekstu, który próbowałby pokazać polską sytuację z innej perspektywy.

 

Ja próbowałem. Zawsze próbuję, jeśli mam okazję. Dlatego w tekście przytoczono moją krótką wypowiedź:

 

That the paper [„Gazeta Wyborcza”] leans to the left has made it a target for people in Poland, even those who find the propaganda on TVP distasteful. Lukasz Warzecha is a columnist for the conservative magazine Do Rzeczy. “Before 2015, you had the media picture completely dominated by the left part of the political scene,” he said. “Now the picture is much more balanced.”

 

Z dziennikarskiego punktu widzenia tekst jest bardzo marny. Pisany w taki sposób, w jaki wiele zachodnich mediów pisze o Polsce. Pamiętam doskonale sprzed lat rosnące rozczarowanie sposobem, w jaki niegdyś mój ulubiony „The Economist” pisał o Polsce pod rządami PO. Coraz bardziej przypominało to narrację „Gazety Wyborczej”, coraz mniej rzetelne przedstawienie złożonej sytuacji politycznej. W końcu, po wielu latach, gdzieś w okolicach 2015 roku, zrezygnowałem z prenumeraty brytyjskiego magazynu, wychodząc z założenia, że skoro w ten sposób pokazuje sytuację w Polsce, to nie daje to gwarancji rzetelności w tekstach o innych krajach.

 

Tekst na portalu FP jest, rzecz jasna, napisany z tezą. Pomija przynajmniej kilka istotnych informacji.

 

Po pierwsze – nie umieszcza w kontekście zmian w TVP. Jakkolwiek krytyczny mielibyśmy do nich stosunek (ja mam skrajnie krytyczny, o czym kilkakrotnie pisałem na portalu SDP), należałoby jednak przypomnieć również personalne ruchy, które miały miejsce za poprzedniej władzy.

 

Po drugie – tam, gdzie jest mowa o rzekomym prześladowaniu opozycyjnych mediów, autorzy tekstu wspominają o tym, że Jarosław Kaczyński „zażądał od prokuratury”, aby zajęła się publikacjami „GW” („In February, the de facto leader of Poland, Jaroslaw Kaczynski, did just that, attacking Gazeta Wyborcza after it raised questions about his involvement in plans to build a luxury skyscraper in Warsaw. Kaczynski insisted that the paper retract the stories and publish an apology, but when it refused, he demanded the public prosecutor charge the authors with defamation”.) To oczywiste przekłamanie, być może wynikające z nieznajomości polskich realiów, także prawnych. Jarosław Kaczyński złożył bowiem przeciwko „GW” prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego – a nie jest to jednak to samo, co żądanie, aby prokuratorzy oskarżyli autorów tekstu o zniesławienie (jakkolwiek prokurator może, jak wiadomo, przystąpić do takiego postępowania). Mało tego, dziennikarska uczciwość nakazywałaby – gdyby oczywiście autorzy tekstu w FP wiedzieli, o czym w ogóle piszą – wspomnieć, że przez osiem lat swoich rządów Platforma Obywatelska, mimo powszechnej krytyki ze strony przedstawicieli mediów, nie skasowała z kodeksu karnego wspomnianego artykułu 212. Gdyby to zrobiła, prezes PiS nie mógłby go dziś używać przeciwko gazecie Adama Michnika. Oczywiście należałoby też napisać, jak sam PiS zmienił zdanie w sprawie art. 212 (pisałem o tym na portalu SDP).

 

Po trzecie – autorzy tekstu oznajmiają, że poprzez przejęcie przez będący własnością państwa Orlen Ruchu, PiS może zyskać kontrolę nad dystrybucją prasy. Nie wspominają jednak ani słowem, że oferta Orlenu – jakkolwiek można mieć co do niej obawy (o tym także pisałem na portalu SDP) – nie jest jakimś zamachem na niezależną sieć dystrybucji, ale konsekwencją faktycznej plajty Ruchu i dramatycznej sytuacji wydawców prasy w związku z tym.

 

Mamy zatem przed sobą tekst słaby, pod tezę, pokazujący, jak mało jego autorzy wiedzą o sytuacji w Polsce. Reakcje mogą być dwie. Pierwsza to pogardliwe wzruszenie ramionami. Druga – którą zalecam – to skorzystanie z każdej okazji, aby rozmawiać z kolegami z zagranicy, piszącymi o Polsce. Warto pomagać, przekazywać kontakty, sugerować rozmówców – możliwie różnorodnych, prezentujących różne punkty widzenia. Ja sam mam to szczęście, że dziennikarze z różnych krajów – a to z Czech, a to z Hiszpanii, a to z Łotwy czy Niemiec – odzywają się do mnie co jakiś czas z prośbą o komentarz, pomoc, skierowanie do osób, które potrafią powiedzieć o polskiej sytuacji coś więcej niż tylko sztampa z Czerskiej. Każdy taki kontakt bardzo mnie cieszy, a już szczególnie, gdy jego inicjatorem są przedstawiciele mediów, które tradycyjnie zaopatrywały się w opinie tylko w polskiej lewicowo-liberalnej bańce. Staram się pomagać, jak tylko mogę, tak aby następnym razem zagraniczny kolega znów się do mnie odezwał. W ten sposób burzy się monopol polskich lewicowych mediów na opowiadanie o tym, co dzieje się w naszym kraju. I nie chodzi przecież o to – jestem jak najdalszy od sugerowania, aby iść w tę stronę – żeby robić klakę rządowi. Nie – wystarczy pokazać, że może być inny punkt widzenia niż ten, do którego przywykł interlokutor z Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoch. Niekoniecznie entuzjastyczny wobec władzy, ale po prostu niezależny, a nie powielający narrację opozycji.

 

A że efekty bywają różne? Takie jest życie. W tekście na portalu Foreign Affairs jedna rzecz została jednak mimo wszystko uczciwie powiedziana: że „Gazeta Wyborcza” to medium lewicowe, bardzo mocno wspierające konkretną polityczną opcję.

 

 

Wolność z Kwaśniewskim – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnym przekazie obchodów rocznicy 4 czerwca 1989 r.

Dzień ten rządowa koalicja PO-PSL, razem z prezydentem  Bronisławem Komorowskim, kazała nam obchodzić jako najważniejsze polskie święto. A w jaki sposób Rzeczpospolita po 1989 r. się odrodziła można było zobaczyć w tym roku w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, gdzie wedle pomysłu Władysława Frasyniuka słowa „We free people!” skandował… Aleksander Kwaśniewski. Charakterystyczne jest też to, jak te opozycyjne wobec rządowych obchody przedstawiały opozycyjne media.

 

Wydarzenie obszernie relacjonowała wyborcza.pl/Trójmiasto, podkreślając przenikliwość innego byłego prezydenta – Lecha Wałęsy: „Przechodzimy z epoki państw, z epoki wielkich podziałów powojennych, do epoki intelektu, informacji i globalizacji”. Czy to zapowiedź oczekiwanego przez światową lewicę końca państw narodowych i konieczności rozmycia się we wspólnej Europie antywartości? Czy do tego zmierza ostatni projekt landyzacji Polski? Czy nie przed tym m.in. ostrzegał prezydent Andrzej Duda w liście odczytanym w ECS przez Zofię Romaszewską: „Chciałbym, żeby obecne różnice uświadomiły nam, że powinniśmy zawsze mieć w pamięci biblijną przestrogę o losie królestw podzielonych”?

 

Kwaśniewski – przeciwnik Putina?

 

Wyborcza.pl/Trójmiasto obszernie cytowała Aleksandra Kwaśniewskiego, przyjmowanego w ECS jako obrońca konstytucji i wszelkich swobód. Najlepsze w ustach funkcjonariusza bolszewickiej, zbrodniczej partii było to: „Widzimy, że pewni ludzie chcą końca demokracji i powrotu do rządów silnej ręki. W Europie są partie przeciwników demokracji, wspierane przez putinowską Rosję. Trzeba więc twardo walczyć o wartości fundamentalne – wolność, demokrację, wolny rynek, państwo prawa, szacunek dla odrębności, do nie dyskryminowania kogokolwiek”. Komunista demokratą. Zwolennik Breżniewa i Gorbaczowa przeciwnikiem Putina. Odwracanie pojęć. A realizatorem rządów silnej ręki ma być PiS, jak się można spodziewać gorsze od PZPR.

 

 „My wolni ludzie!”

 

Wyborcza.pl/Trójmiasto zwróciła też uwagę na przemówienie nawróconego na Okrągły Stół Bronisława Komorowskiego: „wybory 4 czerwca i powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego to
była mądrość, która doprowadziła do gigantycznej reformy kraju”. Były prezydent „zapomniał” dodać, ze w ramach tej „mądrości” komuniści – za zgodą Solidarności – zmienili w trakcie głosowania reguły gry: zmienili ordynację wyborczą pozwalając dostać się do kontraktowego Sejmu komunistom z listy krajowej. „Zapomniał” też dodać, że prezydentem wkrótce został twórca stanu wojennego: towarzysz Wojciech Jaruzelski. To już nie tylko mądrość, ale czystej wody mądrość etapu.

 

„Po spotkaniu prezydentów odbyła się też krótka debata z udziałem wybitnych działaczy opozycji w czasach PRL” – podkreśliła wyborcza.pl/Trójmiasto. Ci „wybitni” to m.in. Władysław Frasyniuk, Henryk Wujec, Małgorzata Niezabitowska. A gdzie – można spytać – Andrzej Gwiazda, czy Krzysztof Wyszkowski?

 

Na koniec zabłysnął jeden z „wybitnych”: „Kwaśniewski, za karę, że ty się uczyłeś angielskiego, kiedy ja siedziałem w więzieniu, wykrzycz to po angielsku: „My wolni ludzie!” – zawołał Władysław Frasyniuk, po czym Kwaśniewski wykrzyczał: „We free people!”

 

W tym samym ECS odbyło się również spotkanie Lecha Wałęsy i Leszka Balcerowicza. Ten drugi, były minister finansów stwierdził: „PiS to ugrupowanie, które cofa Polskę ustrojowo. To ustrojowi komuniści, którzy udają antykomunistów”. I kto to mówi? – można spytać? Były członek PZPR.

 

Mogło być inaczej?

 

Teraz portal Miasta Gdańska www.gdansk.pl, który w 30 rocznicę czerwcowych wyborów obszernie cytował Donalda Tuska, że „trzeba być zdeterminowanym i odważnym w walce o zwycięstwo, nawet jeżeli przegrało się pierwszy mecz”. Myliłby się ten, kto sądzi, że „król Europy” mówił o historii. Mówił o politycznej bieżączce. Przegranej w wyborach do PE tzw. Koalicji Europejskiej. Po czym znów błysnął mądrością wykładowcy akademickiego: „w roku 1988 i 1989 nikt nikogo nie wykluczał”. Tusk „zapomniał” o komunistach? O tym, co robili, jak wykluczali nieznani sprawcy Kiszczaka?

 

Przepraszam, w gąszczu cytowanych wypowiedzi zapomniałbym o Nobliście Lechu Wałęsie: „Mamy np. mniejszości seksualne, dlaczego nie miałyby mieć swojej partii?” Cóż ten temat ma wspólnego z rocznicą prawie wolnych wyborów. Może tyle, że w Europejskim Centrum Solidarności bez żenady promowane jest LGBT. Jak „pięknie” współgra to z wypowiedzią dziennikarza „Gazety Wyborczej” Pawła Wrońskiego, który stwierdził, że rotmistrz Witold Pilecki walczył o to, aby w Polsce mogły mieszkać m.in. osoby LGBT.

 

I w końcu rekapitulacja prezydent (prezydentki?) Gdańska, Aleksandry Dulkiewicz: „Polska rewolucja bez rozlewu krwi to wielki powód do dumy i radości, której nie możemy dać sobie odebrać”. A kto chce prezydentom i prezydentkom odebrać „ich” święto? Dulkiewicz dodawała: „Musimy dziś też pamiętać, że mogło być inaczej”. Prezydentka Gdańska chyba nie odwoływała się do historii, bo niespecjalnie się nią przejmuje, patrząc na śmietnik na Westerplatte. Może zamarzyła o szybkim odejściu od umów Okrągłego Stołu po klęsce komunistów w koncesjonowanych wyborach czerwcowych 1989? Rozpisaniu wyborów w pełni wolnych, demokratycznych? Jednak nie. Z kontekstu wypowiedzi Dulkiewicz i innych zgromadzonych w ECS można wywnioskować, że straszyli wizją rozwiązania siłowego. Tylko historycy (ci niekomunistyczni) takiego wariantu nie traktują poważnie.

 

Powiew czerwca

 

Portal Miasta Gdańska zwrócił uwagę na inną wypowiedź Lecha Wałęsy, którą można streścić w słowach: jeśli kolejne wybory znów wygra PiS, „czeka nas coś w rodzaju rewolucji październikowej” (gdzie indziej Noblista straszył wojną domową). Zabłysnęła też przywoływana przez www.gdansk.pl Małgorzata Niezabitowska, rzeczniczka powstałego po czerwcowych wyborach rządu: „Tadeusz Mazowiecki nie mówił o żadnej grubej kresce, ale o grubej linii”. Jeśli widzieć różnicę, to linia wyda się czymś grubszym, problemem poważniejszym. Były opozycjonista Zbigniew Janas na określenie przejścia z PRL do PRL-bis wprowadził nowe pojęcie: „rewolucja negocjowana” . „Bo miała wszystkie cechy rewolucji, ale bez jednej: myśmy się nie wyrzynali”.

Henryk Wujec postanowił przenieść czerwiec 1989 r. na czerwiec 2019 r.: „Jeszcze my doprowadzimy do tego że ten powiew wolności, który się narodził teraz – czujecie ten powiew? –
doprowadzi do zwycięstwa”. Najwyraźniej były opozycjonista tylko swoje środowisko uważa za depozytariuszy prawie wolnych wyborów. Tylko co tam u Was robi Kwaśniewski, Cimoszewicz, Miller, itd.?

 

4 czerwca 1992

 

W rocznicę 4 czerwca 1989 r. zabłysnęła też (post)komunistyczna „Polityka”. Na portalu tygodnika tekst pod znamiennym tytułem „Jak TVP przykrywa i zohydza rocznicę 4 czerwca” napisała Anna Dąbrowska. Zdaniem pani redaktor (redaktorki?) jednym z pomysłów telewizyjnych „Wiadomości” na „przykrycie” 4 czerwca „był materiał o wmurowaniu kamienia węgielnego pod pomnik premiera Jana Olszewskiego przed KPRM”. Pani redaktor (redaktorka?) „zapomniała”, że 4 czerwca to jeszcze jedna polska rocznica? Przecież 4 czerwca 1992 r. komuna obaliła rząd Jana Olszewskiego. Ale mecenas Olszewski nie jest bohaterem dla „Polityki”, czy „Wyborczej” (preferują Kwaśniewskiego, czy Mazowieckiego). Bo Olszewski próbował odejść od układów Okrągłego Stołu i walczyć z grubą kreską Mazowieckiego. Przeprowadzał dekomunizację i lustrację, rozpoczął starania o wejście Polski do NATO i wyrzucenie z Ojczyzny okupacyjnych sowieckich wojsk. Nie zgodził się na tworzenie spółek polsko-rosyjskich w dawnych bazach wroga. Tego wszystkiego komuna mu nie darowała zawiązując spisek znany jako nocna zmiana.

 

„Ludzie śmiecie”

 

I jeszcze raz „Polityka”, która na 30 rocznicę przypomniała rozmowę z 2008 r. Jacka ŻakowskiegoTadeuszem Mazowieckim. „Więc kiedy był prawdziwy przełom” – pytał Żakowski. „Powstanie mojego rządu było przełomem” – odpowiadał Mazowiecki , ale zaraz asekurował się: „Nie od razu mieliśmy kontrolę nad MSW i wojskiem. To się działo stopniowo”. To już nie asekuracja, ale zaklinanie rzeczywistości. Bowiem w tym „przełomowym” rządzie rządził KiszczakSiwicki, pod nadzorem Jaruzelskiego. Na koniec Żakowski pytał, a właściwie stwierdzał: „Bo Radio Maryja jest odpowiedzią na jakiś ból w społecznej rzeczywistości. Podobnie jak Lepper, Giertych, PiS, Rokita,
projekt IV RP. Zygmunt Bauman ma na klientelę tych zjawisk trafne i mocne określenie: „ludzie śmiecie” – niechciane produkty uboczne nowej rzeczywistości”. Dziś z tego grona wyskoczyłby Giertych – on, tak jak wcześniej Bronisław Komorowski, nawrócił się na Okrągły Stół i postępową lewicę laicką. Ale skoro Zygmunt Bauman (zbrodniarz z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego) ma być wyrocznią – widać, w jakim kierunku poszedł ten prawie wolny okrągłostołowy świat.

 

Tadeusz Płużański

 

Moje dziennikarstwo – wspomnienia ELŻBIETY KRÓLIKOWSKIEJ-AVIS

Współpracę z prasą rozpoczęłam dość wcześnie, bo w 1968 roku, kiedy kończyłam polonistykę ze specjalnością filmowo-telewizyjną.

 

   Do jedynego tygodnika społeczno-kulturalnego w Łodzi, „Odgłosy”, zarekomendował mnie prof. Bolesław W. Lewicki, który był promotorem mojej pracy magisterskiej pt. „Poetyka filmu kryminalnego”. Może dostrzegł w niej jakiś potencjał dziennikarski? W „Odgłosach” zaproponowano mi felieton filmowy, najpierw jako zastępstwo w okresie wakacji, a potem stałą współpracę. Pisywałam tam artykuły publicystyczne na tematy filmowe, szerzej – kulturalne, przeprowadzałam także wywiady do serii „Sylwetki łódzkich plastyków”. Pamiętam, że był pośród nich Leszek Rózga grafik światowej sławy, Zdzisław Głowacki ówczesny rektor Wyższej Szkoły Plastycznej, znany rzeźbiarz Michał Gałkiewicz i inni. W owym czasie zaczęłam także współpracę z „Ekranem”, która trwała do momentu mojego aresztowania czyli do czerwca 1970 roku.

 

W redakcji tego pisma atmosfera dla osoby myślącej samodzielnie nie była zbyt przyjazna. „Odgłosy” były (wówczas? zawsze?) bardzo upolitycznione. Był to wprawdzie tygodnik społeczno-kulturalny, jednak w wersji, powiedziałabym, „szturmowej”. Ponieważ jednak zajmowałam się filmem, telewizją, generalnie sztuką, były to względnie bezpieczne regiony. Pracował tam także publicysta Konrad Frejdlich, którego rolą było podobno zajmować się młodym narybkiem dziennikarskim. Po naszym aresztowaniu, moim i mojego kolegi Marka Kruzerowskiego, władze redakcyjne oraz SB, miały do niego pretensję o to, że nie okazał dość czujności. I sugerowały, że pewnie dlatego, iż sam miał poglądy „wywrotowe”. Wiele lat później przeczytałam o tym w materiałach IPN-owskich w materiałach z okresu mojego śledztwa.

 

Nie pamiętam przypadku ingerencji cenzury. W końcu moje teksty były zwykle wyspecjalizowanymi recenzjami filmowymi albo wywiadami z filmowcami czy plastykami. Studiowałam u profesora Bolesława W. Lewickiego, który prowadził pierwszą w Polsce Katedrę Wiedzy o Filmie, u niego właśnie składałam pracę magisterską. Zaproponował mi nawet robienie doktoratu pod tajemniczym tytułem „Nośność informacyjna filmu dokumentalnego”. Przeliczałam na bajty elementy informacyjne w kadrze – mówiąc szczerze szybko się tym liczeniem bajtów znudziłam. Byłam krytykiem filmowym, interesowała mnie analiza dzieła filmowego, sprawy psychologiczne, kulturowe, estetyczne. To był dla mnie fascynujący, a także obszar bezpieczny, choć wtedy sobie tego nie uświadamiałam. Pisałam także, jak chyba wszystkie młode ambitne absolwentki filologii polskiej, poezje, i była to oczywiście poezja monumentalna. Debiutowałam potężnym i bardzo poważnym wierszem w miesięczniku kulturalnym „Osnowa”. Znalazłam się tam w 1968 roku za rekomendacją mojego kolegi ze studiów, także piszącego wiersze, Witolda Sułkowskiego. Moim szefem był tam Jan Huszcza, dobry poeta i uroczy człowiek.

 

Mieliśmy wtedy w Łodzi dwie gazety codzienne, „Dziennik Łódzki” i „Głos Robotniczy”, Pierwszy był nieco mniej upolityczniony, drugi – prawdziwa „szturmówka”. O ile pamiętam – było to jednak sporo lat temu – właśnie tam pracowali Jerzy Katarasiński i Iwona Śledzińska-Katarasińska. Ja sama już w liceum wiedziałam, że chcę zostać dziennikarką. Byłam jedną z niewielu osób, absolwentów liceum, która wiedziała czego chce, że chce pisać, i to pisać o filmie. Dlatego wybrałam specjalizację filmową. Katedra „Wiedzy o Filmie” była pierwszą placówką tego typu w Polsce. Znalazłam się wówczas w gronie młodej i rozwichrzonej inteligencji artystycznej – tej, która biegała do DKF-u, na spektakle do teatru, na koncerty do filharmonii. Moja mama dbała o to, żebym miała abonament do Filharmonii, pamiętam że do abonamentowiczów należał jeden dzień w tygodniu – piątek. Jeśli chodzi o uczestnictwo w kulturze, był to czas bardzo twórczy, stymulujący. Natomiast już wtedy widać było tę schizofrenię między naszymi poglądami, zwłaszcza poglądami politycznymi, których kompletnie nie manifestowało się w pracy. Tak się złożyło, że ja nie musiałam przeżywać takich dylematów jak młodzi dziennikarze konserwatywni, piszący o polityce czy ekonomii. Moje konserwatywne poglądy zwykle nie kolidowały z pracą, kontrola „w kulturze” była mniej dolegliwa, pisałam o filmie, co chciałam. To była jednak bezpieczniejsza działka. Natomiast w tym samym okresie uczestniczyłam już w życiu politycznego undergroundu, bo w międzyczasie Witek Sułkowski wprowadził mnie do organizacji RUCH. Wtedy poznałam Stefana Niesiołowskiego i przez półtora roku byłam jednym z aktywniejszych uczestników tej podziemnej organizacji. Kompletna schizofrenia życia, choć nie myślenia. Dwa nurty, które biegły równolegle, zupełnie się nie przecinając, aż do 1970 roku. A właściwie do 1989 roku, do upadku komuny. W tym samym czasie, kiedy pisałam specjalistyczne recenzje filmowe i liryczne poezje, uczestniczyłam w akcjach ekspriopriacyjnych RUCHU. Musieliśmy przecież mieć powielacze, maszyny do pisania, no i dyskutowaliśmy zawzięcie jak tu obalić ustrój komunistyczny i zreformować Polskę. W taki sposób, aby choć trochę przypominała demokracje zachodnioeuropejskie.

 

Cała nasza setka, zgrupowana w sześciu czy siedmiu ośrodkach miejskich, była to młodzież niemal wyłącznie inteligencka. Chciałabym zwrócić uwagę na wysoką ideowość tej dużej w końcu grupy, rozstrzelonej dodatkowo w kilku ośrodkach. Ale w takim duchu nas wychowywano. W naszych domach rodzinnych żyło się ideą wolności Polski. Mój ojciec, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej, przeszedł całą długą drogę awansu od księgowego małej firmy do Centrali Handlu Zagranicznego. Kiedy był kierownikiem komisu, wówczas posady bardzo lukratywnej, zaproponowano mu etat w CHZ. Ale łączyło się to z koniecznością zapisania się do partii. Więc mój ojciec odmówił. A wiedząc, że skończyła się dla niego ścieżka awansu, mając już na głowie żonę i trójkę dzieci, po prostu zmienił zawód. Skończył kursy ogrodnicze i został, jak to się wtedy mówiło, badylarzem, i zrobił spore jak na tamte czasy, pieniądze. Więc mając taką historię rodzinną, jakie mieliśmy mieć poglądy?

 

Werbunek do RUCHU dokonał się w taki sposób. Kiedyś w Bibliotece Uniwersyteckiej spotkałam nie żyjącego już kolegę ze studiów Witolda Sułkowskiego. Zapytał co myślę o tym wszystkim, co się dzieje dookoła, więc mu powiedziałam. Wtedy poinformował mnie, że istnieje grupa ludzi, której celem jest obalenie komunistycznego reżimu i przywrócenie demokracji w Polsce, i zapytał czy chciałabym w to wejść? Chciałam. Zostałam wychowana w domu, w którym wiedziano co to jest Katyń i AK, i że nie byli to „bandyci, wrogowie narodu polskiego i agenci obcych mocarstw”. RUCH, pierwsza od „Wolności i Niezawisłości” podziemna organizacja niepodległościowa, miała na owe czasy („późny Gomułka”) bardzo ambitny program. Nie żaden „socjalizm z ludzką twarzą”, lecz wolna i demokratyczna Polska. Wolne wybory, pluralizm partyjny – przy likwidacji PZPR i jej przybudówek – liberalizacja gospodarki, niezależne sądownictwo i prokuratura, zniesienie cenzury, pluralistyczne media. Oraz pociągnięcie do odpowiedzialności karnej funkcjonariuszy reżimu – pierwsza przymiarka do dekomunizacji. Wychodziliśmy z założenia, że władzę w Polsce, w interesie Związku Sowieckiego, sprawuje grupa „strażników”, która rządzi Polską przy pomocy rozbudowanego aparatu ucisku. Następuje degradacja Polaków, fizyczna, moralna, oraz cywilizacyjny i ekonomiczny regres kraju. Tak więc w tym samym czasie, kiedy pisałam recenzje do „Odgłosów” czy „Ekranu”, działałam już w nielegalnej organizacji RUCH.

 

Aresztowano nas niespodziewanie, tuż przed akcją poronińską, na którą miałam jechać razem z innym członkiem organizacji, Andrzejem Woźnickim, aby przygotować alibi dla jednej z uczestniczek akcji w Poroninie. Nasza akcja miała być protestem przeciw hucznym obchodom stulecia urodzin Lenina w Polsce, co bardzo nam się nie podobało. I choć generalnie podobał nam się pomysł wysadzenia pomnika Lenina w powietrze, symbolu sowieckiej opresji, chyba nie byliśmy na takie zdecydowane akcje gotowi. Toteż większość z nas, w tym Andrzej Czuma, nie akceptowała taką akcję, ja także miałam odczucia bardzo ambiwalentne. Jak się potem dowiedzieliśmy, to właśnie ten pomysł doprowadził do masowych aresztowań. Generalnie młodzież była tak ideowa, że mimo ponad setki ludzi, rozsianych po 6 czy 7 ośrodkach, przez półtora roku służby bezpieczeństwa nic o nas nie wiedziały. Dopiero przygotowania do wyjazdu do Poronina uruchomiły TW Sławomira Daszutę z Gdańska, który od Andrzeja Czumy dowiedział się jakiejś „większej akcji”, i dał znać esbecji. I tak zaczęły się aresztowania.

 

Jestem z siebie dumna. Przeszłam „suchą stopą” więzienie, potem osiem lat zakazu pracy dziennikarskiej na etacie. A przecież przez półtora roku siedziałam w małej celi z bandytkami, złodziejkami, rozbojowiczkami, prostytutkami, i wszystko mogło się zdarzyć. Widząc, że sobie radzę, oddziałowa wyznaczyła mnie celową, dziewczyny zaczęły wtedy bardziej dbać o higienę, a nawet udawały, że czytają książki. Dla mnie bardzo dramatyczna była świadomość, że nigdy nie wrócę do zawodu. Widziałam, że dziennikarz to pierwsza linia ideologicznego frontu, więc na pewno będę miała „szlaban”. Kiedy wyszłam z więzienia, oczywiście mowy nie było o powrocie do dziennikarstwa, więc zaczęłam pracować w dzielnicowym domu kultury jako instruktorka do spraw młodzieży. Moja szefowa należała wprawdzie do partii, jednak polubiłyśmy się. To właśnie ona zarekomendowała mnie po zakończeniu 3-miesięcznego kontraktu do Zdzisława Wlazłowicza, dyrektora Zjednoczenia Gospodarki Komunalnej w Łodzi. Dostałam tam etat archiwistki. Ale ktoś mnie zadenuncjował. Dyrektor wezwał mnie i powiedział, że był donos, iż zatrudnia osoby niepewne politycznie w archiwum tak „strategicznej” instytucji jak Zjednoczenie Gospodarki Komunalnej. Ale nie zamierza mnie zwolnić, tylko przenosi do małej placówki tłumaczy – znałam już wtedy angielski – gdzie tłumaczono instrukcje techniczne dla zjednoczenia. Spotkałam tam świetnych ludzie, fantastycznych. Ale już wtedy zaczęłam myśleć o powrocie do zawodu.

 

   Chciałam być dziennikarką. Zawsze dobrze pisałam, dużo czytałam. Niedawno kolega z liceum, potem znany scenograf filmowy, powiedział mi, że „byłam jedyną dziewczyną w klasie, której wypracowania stanowiły konkurencję dla chłopców”.

Ten zawód łączył się z poznawaniem świata, z jego komentowaniem, wyrażaniem opinii. Wokół mnie zawsze gromadzili się ludzie, dyskutowaliśmy, ciągła wymiana poglądów. To była ważna część mojego życia. No i kreowanie jakichś małych rzeczywistości – artykułów, recenzji, a może po troszę i świata? Młody człowiek jest zwykle idealistą, wydaje mu się, że został przysłany na Ziemię, żeby zbawić Świat. To prawda, choć może nie zbawić, lecz zmienić choć trochę na lepszy.

Mam wiele lat pracy zawodowej na wszystkich polach – publicystka, pisarka, tłumaczka, myślę, że nie ma obszaru pracy dziennikarskiej, w której bym czegoś nie zrobiła. Zawsze mnie interesowały problemy moralno-ideowe, bliskie mi były sprawy Polski i Polaków a także wątek służby Ojczyźnie. Zawsze mówiłam [i pisałam] prawdę, czy były to tematy kulturalne czy polityczne. Bo jeśli można coś zmienić na lepsze, to tylko pozostając w bliskim kontakcie z prawdą. Najpierw prawidłowa diagnoza, a potem właściwa kuracja. Po prostu chciało się zostawić ten świat trochę lepszym niż zastało. W mojej rodzinie ten element służby społecznej zawsze pozostawał żywy. Realizowałam go po prostu mówiąc i pisząc prawdę najlepiej i najsprawniej jak potrafiłam. A „po godzinach” – działając w podziemnej organizacji niepodległościowej. Niby to się nie wiązało, jednak owszem, nawet bardzo ściśle.

 

Po dwóch latach po wyjściu z więzienia i pracy tu i tam, zaczęłam myśleć o powrocie do zawodu.

 

Kiedyś w Wytwórni Filmów Fabularnych na Łąkowej na kogoś czekałam. Przechodził początkujący wtedy reżyser Grzegorz Królikiewicz, którego wówczas nie znałam. Podeszłam i powiedziałam, że jestem krytykiem filmowym, że niedawno wyszłam z więzienia, gdzie siedziałam „za politykę”. Wiem, że właśnie rozpoczął pracę nad swoim debiutem fabularnym i zapytałam, czy nie znalazłby tam dla mnie pracy? Popatrzył i powiedział: „Jest pani zatrudniona”. Ostatecznie do tego nie doszło, już nie pamiętam dlaczego, ale zarekomendował mnie do „Ekranu”, z którym już przedtem, przed więzieniem, współpracowałam. Zaczęłam znowu publikować w „Ekranie”, potem dostałam stały felieton w „Tygodniku Kulturalnym”, pisałam też dla jedynego wówczas magazynu dla kobiet, lepszego o kilka długości od obecnych, dla miesięcznika „Uroda”.

 

Naprawdę dużo pisałam. Ale jako „osoba niepewna politycznie”, nie mogłam dostać etatu. Zwróciłam się więc do Komisji Zatrudnienia Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wiedziałam, że w „Ekranie” jest wolny etat, ale kiedy SDP zwróciło się w tej sprawie do „Ekranu”, a ściślej do naczelnego Benedykta Nosala, byłego instruktora z Komitetu Centralnego, on podobno odparł: „Tak, ta pani jest bardzo zdolna, dużo dla nas pisze, ale jako element politycznie niepewny nie możemy jej zatrudnić na stałe”. Przez osiem lat, do 1980 roku pracowałam więc – jakbyśmy dziś powiedzieli – „na umowie śmieciowej” czyli za wierszówkę. Na szczęście miałam mnóstwo energii, nie bałam się pracy, więc zawsze pisałam dla kilku redakcji i całkiem nieźle sobie radziłam. A w 1980-tym, kiedy zaczęło się trochę „rozluźniać”, zatrudnił mnie najlepszy tygodnik filmowy „Film”. Te półtora roku, to były dla mnie „złote czasy”, pod każdym względem. W „Filmie” pracowali najświetniejsi krytycy filmowi jak Andrzej Kołodyński, Bogumił Drozdowski, Oskar Sobański. Kiedy powstała „Solidarność”, zaraz się zapisałam, intensywnie działałam. Oskar Sobański, mój przełożony i świetny dziennikarz, był jednym z tych najaktywniejszych, wspieraliśmy go we wszystkich działaniach Był delegatem na Kongres Kultury Polskiej. Trzynastego, kiedy usłyszałam przemówienie gen. Jaruzelskiego, natychmiast do niego zadzwoniłam, aby dowiedzieć się, co się dzieje i ustalić jakąś taktykę. Telefon nie odpowiadał. Więc wybrałam się piechotą z Żoliborza, mieszkałam przy ulicy Elbląskiej, przez zasypaną śniegiem i skutą mrozem Warszawę, do Pałacu Kultury. Miałam jeszcze resztki nadziei, że to nie stan wojenny, którym przecież od miesięcy Jaruzelski, Urban i inni nas straszyli. Zastałam tam wywieszkę „Kongres Kultury odwołany”. Pieszo wróciłam na mój Żoliborz. To był początek końca.

 

Zaczęło się znowu schizofreniczne życie polskiego dziennikarza antykomunisty. Najpierw nie zostałam zweryfikowana, potem 9 miesięcy zawieszenia, następnie przyjaciele zarekomendowali mnie do TVP na Woronicz, do „Anteny”. Z jednej strony – niełatwe życie dziennikarza opozycyjnego w wielkiej machinie propagandowej, a z drugiej – uczestnictwo w „Mszach za Ojczyznę” w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, w spotkaniach inteligencji twórczej w kościele na Żytniej, w różnych manifestacjach patriotycznych, w pierwszomajowych antypochodach . Polska schizofrenia.

 

Ale nadszedł stan wojenny, zostałam zweryfikowana negatywnie, i znowu wylali mnie „na zbitą twarz”. Kilku smętnych panów, trzech czy czterech, spoza redakcji. Nie znałam ich. Moim zdaniem byli to częściowo aparatczycy z Wydawnictwa „Ruch”, a częściowo esbecy, ale podobno zdarzali się także koledzy – dziennikarze.

 

Pytano mnie o źródła utrzymania, powiedziałam, że dziennikarstwo. Potem – jak oceniam stan wojenny, a jak „Solidarność”. Nie ukrywałam poglądów, mówiłam jak wielką szansę dla narodu, dla Polski niesie „Solidarność”. Jak ogromną rolę odgrywają związki zawodowe, które są naszą reprezentacją, i jak można wykorzystać ten potencjał.

 

To się oczywiście nie spodobało, i znowu zostałam pozbawiona etatu. Ale osiągnęłam już jako krytyk filmowy tak dobrą pozycję, że moi koledzy nie zostawili mnie samej. Najpierw otrzymywałam pomoc z „Solidarności” SDP. Przyjechało do mnie do domu kilka osób – nie pamiętam nazwisk – które dystrybuowały środki czystości. Zapytałam, czy mogę z nimi pracować? I dołączyłam do grupy pomagających innym dziennikarzom. Po ośmiu miesiącach moi koledzy z tygodnika „Film”, gdzie do niedawna pracowałam, zarekomendowali mnie do TVP na Woronicza, a konkretnie do tygodnika „Antena”. Tam, w październiku 1982 roku dostałam etat. Moim szefem był Jerzy Peltz, znany krytyk filmowy. W „Antenie” spędziłam osiem lat. Trudno powiedzieć, aby pracowało mi się tam łatwo, przecież TVP to była pierwsza linia propagandowego frontu. Znowu pomogła mi moja specjalizacja, film. Trzeba jednak przyznać, że dobrze wykorzystałam ten czas, bardzo się wtedy zawodowo rozwinęłam. Dzięki poprzedniej pracy w „Filmie”, skąd często wyjeżdżałam na międzynarodowe festiwale filmowe, zyskałam kontakty zagraniczne, które kontynuowałam w „Antenie”. Znałam angielski i hiszpański, rzadki w tym czasie język, toteż głównie ja obsługiwałam festiwale w Hiszpanii i Portugalii. Zaowocowało to dwiema książkami: w tym czasie napisałam pierwszą w Polsce historię kinematografii hiszpańskiej pt. „Śladami Bunuela” oraz „Opowieści kina metyskiego”, zbiór szkiców na temat kin latynoskich. Prace te zostały docenione przez Ministerstwo Kultury, otrzymałam stypendium do Hiszpanii na pogłębienie studiów, a następnie, zapewne już „w uznaniu zasług”, otrzymałam kolejne stypendium, tym razem od hiszpańskiego Ministerstwa Kultury. Przez kilka lat byłam krytykiem filmowym popularnego programu Jedynki PR „Cztery pory roku” oraz dziennika TVP2 „Panorama”. A jednocześnie – znowu to schizofreniczne podwójne życie polskiego konserwatysty – uczestniczyłam w spotkaniach intelektualistów w kościele na Żytniej. Pamiętam ostatnią wigilię Kaliny Jędrusik, kiedy to w bluzce z potężnym dekoltem roznosiła wigilijny opłatek. To była scena! Brałam udział w słynnych Mszach za Ojczyznę, w manifestacjach ulicznych z różnych okazji oraz antypochodach pierwszomajowych. Pamiętam z tych pochodów Krzysztofa Bobińskiego, wtedy chyba jeszcze korespondenta „Financial Times”.

 

Tu chciałabym dodać, że byłam chyba jedyną w historii TVP osobą, która odmówiła wykonania polecenia służbowego jednemu z prezesów Radiokomitetu. A było to tak: szef „Anteny” Adam Budzyński uważał, że jestem najlepszym w redakcji krytykiem filmowym (co nie znaczyło, że byłam adekwatnie do tego wynagradzana). Kiedy np. przyjeżdżała Jane Fonda czy Roman Polański, to ja przeprowadzałam z nimi wywiady, co nie przekładało się jednak na moje pensje czy premie. Bardzo mnie to denerwowało, kolejna niesprawiedliwość systemu, gdzie dobrze wynagradzani byli partyjni lub „pokorni”. Wracając do tematu: kiedyś przychodzi do mnie szef i mówi: ”Idź do budynku A na X piętro (słynny „Olimp”, gdzie rezydowali prezesi, wtedy, w 1987 roku był to ex- tokarz z Zakładu Sprzętu Kolejowego w Łapach, Janusz Roszkowski), czeka tam na ciebie dyrektor ds. polityki i ocen programowych, Janusz Kasprzycki. Wszystko ci na miejscu wyjaśni”. Wjechałam windą na „Olimp”. „Pani Elżbieto – zaczął pan dyrektor – chcielibyśmy, aby napisała pani pozytywną recenzję z serialu, który mamy zamiar sprowadzić”. Ten serial nazywał się „Monsignore”, główną rolę kardynała Flaherty, grał znany amerykański aktor Richard Chamberlain. „Najpierw muszę zobaczyć serial” – odparłam. „Proszę, tu jest jeden odcinek, zostawiam panią samą” – i włączył kasetę. Już wtedy wiedziałam, że kilka tygodni przedtem prezes Roszkowski napisał list do numeru 30 „Polityki”, podpisując się „Piotr Torchalski z Warszawy”, w którym informował o „niezwykle atrakcyjnym amerykańskim serialu”, kończąc list sugestią, że warto byłoby ten serial pokazać w Polsce. Następnie, tym razem jako „Jan Wyrobek”, popełnił kolejny list do nru 33 „Anteny”, powołał się na list w „Polityce”, zwierzył się, że widział „Monsignore” na Zachodzie, i znowu zachęcał do pokazania go w TVP. Moją rolą było napisać entuzjastyczną recenzję serialu, która miała zostać wydrukowana w „Antenie”, wraz z pytaniem do czytelników czy chcieliby zobaczyć serial w telewizji. Oglądam pierwszy odcinek i nie wierzę własnym oczom: oto Richard Chamberlain jako kardynał Flaherty, wysoki urzędnik Watykanu, który defrauduje watykańskie pieniądze, uprawia seks z młodą zakonnicą, papieża gra jakiś czarny, pokraczny karzeł, a Watykan pokazany jest jako siedlisko herezji, korupcji i deprawacji. Zaczęłam gorączkowo myśleć. Wiedziałam, że nie mogę napisać pozytywnej recenzji, ale jeśli napiszę negatywną, to koniec ze mną, i z moją z takim trudem odbudowaną karierą. Po prostu idę na bruk! Choć dziennikarze opozycyjni nie musieli uczyć się odwagi, ale na pewno przechodzili, w przyspieszonym tempie, kurs dojrzewania. Nie było innego wyjścia. Następnego dnia idę więc na „Olimp” i mówię dyrektorowi Kasprzyckiemu: „Panie prezesie, ten serial jest bardzo niedobry, to raz. A po drugie, pokazywanie go teraz w Polsce jest – moim zdaniem – niebezpieczne”. „A to dlaczego?” – zapytał zaskoczony prezes. „Bo w tej chwili obserwuje się dobry klimat dialogu Kościół – władze partyjno-państwowe. W dodatku między Polską, generałem Jaruzelskim a Watykanem trwają rozmowy na temat Konkordatu. I jeśli teraz dojdzie do emisji serialu, który pokazuje Kościół i Watykan w takim świetle, grozić to będzie zaburzeniem tego procesu i społecznymi protestami. Powinniśmy raczej łagodzić konflikty, a nie je zaogniać. A tu jest moja recenzja, negatywna”. „Tak pani mówi, tak pani mówi” – powtórzył prezes. I tak się rozstaliśmy, a ja myślałam, że już po mnie. Wracam do redakcji, a szef Adam Budzyński rwie włosy z głowy. ”Wyrzucą nas, wszystkich nas wyrzucą!”. Ale nie wyrzucili. Pozytywną recenzję napisała ówczesna zastępczyni naczelnego „Anteny”, Ewa Staśko, prywatnie żona Janusza Rolickiego, apelując równocześnie o opinie czytelników. Ostatecznie nadeszło osiem odpowiedzi, większość negatywnych, i sprawa upadła. Tak zakończyła się jedna z licznych w TVP w latach 80. „historia pewnej manipulacji”.

 

Pracując w „Antenie”, jako najlepszy zdaniem szefów, krytyk filmowy w redakcji, byłam „wysyłana na najtrudniejsze odcinki”. To znaczy, jeżeli trzeba było okazać się wiedzą filmową oraz znajomością języków, byłam delegowana ja. Ale do kasy po wysokie pensje, po premie, byli partyjni lub pokorni. Zrobiłam wtedy wiele wywiadów z gwiazdami światowego kina, min. z Jane Fondą. Dla nas, polskiej opozycji, Fonda nigdy nie była sojusznikiem, wręcz przeciwnie, walczyła z prezydentem Reaganem i jego batalią z Imperium Zła. Dopiero niedawno się ocknęła i zaczęła weryfikować swoją ówczesną działalność z perspektywy skutków /”po owocach ich poznacie”/. Pamiętam wywiady z Gregory Peckiem, Ali McGrow, Pedro Almodovarem, Angelą Molina, etc.

 

Odeszłam z „Anteny” w 1990 roku, na własną prośbę, kiedy już zdecydowałam się wyjechać do Wielkiej Brytanii.

 

Polski dziennikarz za czasów komuny musiał mieć dwa razy więcej rozumu niż reżimowy, żeby nie zginąć, lub nie wypaść z obiegu. I jest na to tysiące dowodów. Jeden z nich – powyżej.

 

Zawsze miałam nadzieję, że to się kiedyś skończy. Myślałam, iż za dużo zostało już zrobione, zainwestowano zbyt wielki potencjał energii, walki i cierpienia, żeby to miało zostać zmarnowane, zaprzepaszczone. Tylko musimy być mądrzy, umieć wyciągać wnioski z przeszłości. Kreować przyszłość w nieco inny sposób niż kiedyś, ani „przedwojenny” ani też „wojenny”, choć wtedy nie wiedziałam jeszcze w jaki. Podczas całych lat 70. i 80. żyłam w tym schizofrenicznym dwunurcie, i nie było możliwości, abyśmy mogli wtedy żyć inaczej.

 

W 1989 roku na międzynarodowym festiwalu filmowym w Portugalii poznałam mojego przyszłego męża, Petera Avisa. Ja byłam członkiem jury FIPRESCI, a on przyjechał jako obserwator, prowadził wtedy w Londynie magazyn filmowo-telewizyjny. Wkrótce się oświadczył, w 1990 roku rozwiązałam umowę o pracę i wyjechałam do Wielkiej Brytanii. Przez pół roku nie robiłam nic, byłam tak zmęczona, że przez pół roku po prostu odreagowywałam. Nie mogłam pisać, ani słowa. Ale potem zaczęły przychodzić z Polski prośby o korespondencje, miałam już przecież ustaloną reputację dobrego krytyka filmowego. Najpierw propozycja z miesięcznika „Film”, potem z „Kina”, ze starego „Przekroju”, „Superexpressu”, etc. etc. Pracowałam wtedy dla BBC, przez kilka lat pisałam recenzje filmowe dla słynnego poety emigracyjnego, który prowadził dział kulturalny, Bolesława Taborskiego. Oboje bardzo byliśmy zadowoleni – on z materiałów, ja z pieniędzy jakie wówczas BBC płaciła. Pisywałam także dla londyńskiego „Dziennika Polskiego” (”The Polish Daily”), z którym nadal współpracuję. Przez kilka lat pracowałam dla tygodnika „Wprost”, przez 13 lat miałam stały felieton w miesięczniku „Film”, a potem stały felieton w dzienniku „Życie” z kropką, itd. itd. Pisałam na tematy kulturalne, obyczajowe, tzw. modern attitudes, potem polityczne. Wyjechałam jako thatcherystka, a wracam jako cameronistka. Też konserwatyzm, ale nieco inny, „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, który wchłonął pewne elementy państwa opiekuńczego. W tej chwili programy podlegają procesowi miksażu, obserwuje się wędrówkę motywów programowych z partii do partii, to co reprezentuje teraz współczesny brytyjski konserwatyzm zawiera również elementy uznawane do niedawna, nie wiedzieć dlaczego, za zdobycz lewicy. W tej chwili partia konserwatywna nie może już funkcjonować w sposób, w jaki rozumiała to Margaret Thatcher, przez ostatnie lata zmieniła się baza społeczna, pojawiły się organizacje broniące praw człowieka jak Amnesty International czy Human Rights, feministyczne, chroniące prawa zwierząt czy środowisko naturalne, które wpłynęły na zmianę naszej świadomości. Należy zatem bronić wartości konserwatywnych: ochrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci, obrona rodziny jako związku kobiety i mężczyzny, miejsca religii w przestrzeni publicznej, etc. Ale tradycyjny, „twardy” konserwatyzm jest już dziś passe, nie do zaakceptowania. Przez 6 czy 7 lat byłam też stałą korespondentką „Twojego Stylu”, zatrudniła mnie tam naczelna, Krystyna Kaszuba, świetny head hunter. Byłam tam docenianym i znakomicie opłacanym korespondentem, oprócz wywiadów z gwiazdami amerykańskiego kina (Susan Sarandon, Gwyneth Paltrow, Cristina Ricci, Ralph Fiennes, Michael Caine, Sean Connery, Lionel Richie, Isabelle Huppert, Tim Burton, Cate Blanchett, etc.) pisałam też artykuły na tematy obyczajowe i społeczne.

 

Moim pupilem jest miesięcznik „Kino”, jedyne pismo filmowe w Polsce, które się naprawdę liczy, z ambicjami i osiągnięciami. Współpracuję z nim regularnie od ponad 20 lat. Pisuję do magazynu SDP „Forum”, do „Gazety Polskiej”, mam stały kontakt z Polsatem News. Współpracuję z wieloma pismami, zajmuję się różną tematyką, bo korespondent musi znać się na wszystkim, od polityki do kultury.

 

Od kilku lat moja specjalizacją oraz hobby jest problematyka demokracji. Ponieważ w centrum zabiegów demokratycznych znajduje się człowiek, obywatel. Ponieważ demokracja nie zawsze bywa korzystna dla władzy – konieczność konsultacji, dialogu ze społeczeństwem – ale zawsze dla obywatela. No i zakłada pewną sprawiedliwość społeczną: działa w imię większości, ale chroni także prawa mniejszości. Społeczeństwo obywatelskie, pluralizm medialny, podmiotowość obywatela. Są to pryncypia, o które walczyłam będąc członkiem RUCHU. Plus pewne elementy porządku demokratycznego, których nie mogłam wtedy znać, bo choć wiele mówiło się wtedy w Polsce o demokracji, w istocie był to „demokracja ludowa”, jej blady fantom. Dopiero w Anglii zobaczyłam jak funkcjonuje porządek demokratyczny. Nic dziwnego, że spodobała mi się jeszcze bardziej.

 

Uważam, że demokracja, to nasz program na przyszłość. Wprawdzie zaczyna się już o niej mówić, o systemie, elementach układu, ale w tej chwili wiedza na ten temat w Polsce jest jeszcze i mętna i fragmentaryczna. Miałam na ten temat szereg wykładów, dwa w Sejmie dla parlamentarzystów, kilka w Uniwersytecie Warszawskim dla studentów wydziału dziennikarstwa, wiele w klubach studenckich, klubach „Gazety Polskiej”, biorę udział w debatach publicznych. Bez względu na to, jaką słuchacze prezentują opcję polityczną, pytają o sprawy podstawowe. To dopiero początek drogi Polaka – świadomego obywatela swojego kraju. Jeszcze jeden smutny spadek po komunizmie, kto wie czy nie najbardziej dramatyczny.

 

Powrócę do przeszłych doświadczeń zawodowych, ich ciągłość. W więzieniu miałam poczucie, że jestem ciągle dziennikarką i pisarką. W więzieniu robiłam notatki, część ich jeszcze mam. Napisałam też sztukę telewizyjną, opartą na moich przeżyciach z tego okresu. Krótka, godzinna forma dramatyczna, pokazująca więzienną rzeczywistość, zapis przypadków jakie spotkałam, a zarazem różnych rodzajów cierpienia tam, za kratami. Przekazałam ją w latach 80. Jerzemu Koeningowi, który był wówczas szefem „Dialogu” oraz Teatru Telewizji. Powiedział, że „jest interesująca, ale za mocna”. A tymczasem był to dokument, ani jedna scena nie została wymyślona, „samo życie”.

 

Przetrzymałam też próbę pozyskania mnie przez SB. W 1975 roku kiedy mieszkałam jeszcze w Łodzi, z rodzicami, przyszło do mnie dwóch smutnych panów. Przedstawili się jako pracownicy organów bezpieczeństwa, i dodali na pociechę, że „wszystko o mnie wiedzą”. Np. wiedzą o tym, że staram się o etat w „Ekranie”, co było prawdą. Ze jest to syndrom zamkniętego koła, bo nie mogę dostać etatu dopóki nie jestem zameldowana w Warszawie, a nie mogę zostać zameldowana, bo nie mam etatu. Byli doskonale zorientowani, że zależy mi na zameldowaniu w Warszawy, gdzie czekała na mnie praca, oraz otrzymaniu etatu, który by mnie finansowo stabilizował. Powiedzieli wprost: „Doskonale pani wie, że są wrogowie Polski, którzy robią w naszej ojczyżnie krecią robotę”. Typowe wejście werbowników. Dali mi do zrozumienia, że jeżeli będę współpracowała z SB, dostanę etat w „Ekranie” oraz, automatycznie, zameldowanie w Warszawie. Ponieważ nie mieli na mnie haka, to mnie tylko zanęcali. Udało mi się ich pożegnać, i to w taki sposób, że już nigdy nie wrócili. Tak więc otrzymałam propozycję: wymarzony etat w „Ekranie”, w którym wtedy bardzo dużo pisałam, co postawiłoby mnie finansowo na nogi, moi rodzice przestaliby się o mnie martwić, no i automatycznie zameldowanie w Warszawie. Za cenę kapowania moich kolegów i przyjaciół. Nie dałam się „pozyskać”. I tak nigdy tego etatu w „Ekranie” nie dostałam. Ale kiedy w 1980 roku atmosfera w Polsce trochę się rozluźniła, otrzymałam etat w najlepszym wtedy piśmie filmowym, w tygodniku „Film”. No i dziś nie muszę się moich ówczesnych wyborów wstydzić.

 

Spisała Elżbieta Binder

 

Dziennikarze w internetowych sądach pokoju – MIROSŁAW USIDUS o pomyśle jak pilnować prawa w sieci

Wolne sądy. Zdecydowanie zbyt wolne dla szybkiego Internetu. Wymiar sprawiedliwości podąża zwykłymi przewodami sądowymi. Sieć potrzebuje sądowych światłowodów i rozpraw 5G. A mówiąc mniej obrazowo – warto byłoby do regulacji i egzekucji prawa w Internecie (w tych drobniejszych sprawach) pomyśleć o rozwiązaniach bardziej przystających do tempa komunikacji internetowej.

 

Rzecz w tym jednak, byśmy, przyspieszając procedury, upraszczając rozwiązywanie sporów, nie wyrządzili krzywdy praworządności. Nie jest to też rozwiązanie koniecznie demokratyczne, raczej tylko narzędzie, które można zastosować w różnych systemach. Tzw. sądy internetowe, działające w trybie online, powstają od niedawna, o czym piszę dokładniej poniżej, w Chinach, gdzie ogólny kontekst nie ma nic wspólnego z wolnością i demokracją. To jednak tylko potwierdza, że koncepcja, którą możemy nazwać „internetowymi sądami pokoju” (niekoniecznie tak, ale to dobrze brzmi), jest organizacyjno-technicznym konceptem, który da się implementować w dowolnym otoczeniu politycznym.

 

Umowa społecznościowa platformy, użytkowników i państwa

 

Demokratyczną wersję tego rozwiązania opisał w serwisie Medium, w kwietniu tego roku Jeff Jarvis, profesor medioznawstwa i internetoznawstwa na The City University of New York.

 

Jego pomysł zaczyna się od swoistego przymierza, czy też „umowy społecznej” czy może lepiej „społecznościowej”, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, zawiera ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa. Dokument ten zobowiązuje użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego.

 

   Jarvis nie przypisuje sobie pomysłu „internetowych sądów”, które nad tak powstałymi regulacjami platform, miałby czuwać. Pisze, że usłyszał o tej koncepcji podczas pewnej konferencji. Powołując się jednak na zasadę Chatham House, osoba, która o tym mówiła, prosiła Jarvisa o zachowanie anonimowości. On sam, mając od autora pomysłu pozwolenie, konceptualnie rozwija tę myśl, zastanawiając się nad, tym jak mogłoby i jak powinno działać to w praktyce.

 

Jak by to miało funkcjonować?

 

A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i naruszeń prawa (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstaje po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma jest zobowiązana do podjęcia działań i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy.

 

Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Zdaję sobie sprawę, że znawcy prawa mogą niechętnie zmarszczyć brwi na taką profanację czcigodnego wymiaru sprawiedliwości. Kto jednak zna dobrze Internet, praktyki cenzorskie Facebooka, Twittera i Google’a, ten musi, moim zdaniem przyznać, że takie rozwiązanie to niezły pomysł, jeśli alternatywą jest arbitralność decyzji administracji serwisów i platform internetowych, zaprawiona dodatkowo mocnym sosem politycznej stronniczości.

 

Kto demokratycznie wybrał Zuckerberga, Bezosa, Dorseya, Cooka? – pytałem niedawno. Jeśli w innych niż polityczna cenzura okolicznościach mówią chętnie o tym, że ich produkty są własnością społeczności użytkowników, to niech będą konsekwentni i zgodzą się na umowę społeczną definiującą reguły i regulaminy ich serwisów. I przestrzegają krajowego prawa, o czym też niedawno pisałem na portalu SDP.

 

Po jedenaste – nie krzywdź

 

Wyobrażam sobie, że w praktyce działalność owych sądów internetowych, polegałaby na stosowaniu wiedzy w dużym stopniu technicznej, a nawet technik dziennikarskich, na równi z prawem i regulacjami platform internetowych. Wyobraźmy sobie np. weryfikację domniemanego „fake newsa” przez taki sąd. Wymagałoby to umiejętności sprawdzenia prawdziwości informacji, wiarygodności źródeł. Czyli tego, czym od zawsze zajmowali się dziennikarze. Czy dziennikarze mogliby zasiadać w tego typu ciałach orzekających, obok prawników? Myślę, że tak, podobnie jak deweloperzy internetowi czy urzędnicy.

 

Ochrona przed dezinformacją jest tylko jednym z ogólnych postulatów skutecznej i gwarantującej wolność regulacji Internetu. Innym ogólnym oczekiwaniem jest zachowanie „kultury osobistej” (ang. „civility”). Niby wydaje się to oczywiste, jednak zdaniem wielu krytyków, postulowanie zachowań grzecznych w każdej sytuacji, w konsekwencji prowadzi do tłumienia słusznego gniewu. Jak pisze Michael Meranze, historyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego „ostatecznie wezwanie do zachowania kultury osobistej jest żądaniem, aby nie okazywać złości i, gdyby zostało ono wyegzekwowane, sugerowałoby, że nie ma się o co gniewać na świecie”. Obecnie jest tendencja, aby rozumieć to pojęcie jako zachowanie kultury osobistej wobec innej osoby, nie obrażanie jej, unikanie zniesławiania i wyrażania pogardy wobec ludzi ze względu na ich wygląd, poglądy, przypadłości itp.

 

Być może najlepszą ogólną regułą dla postulowanych sądów internetowych i bardziej generalnie regulacji w sieci jest „unikanie krzywdy”, które ja rozumiałbym szeroko. Nie chodzi bowiem tylko o zapobieganie krzywdzie ludzi wprowadzanych w błąd, oszukiwanych, a także tych obrażanych obrzucanych wyzwiskami, będących ofiarami pogardy na takim czy innym tle. „Sąd pokoju” powinien również mieć na uwadze krzywdę, jaka się dzieje osobie, która jest kneblowana, której odmawia się powiedzenia tego, co myśli, i jest bezbronna wobec potężnej korporacji internetowej lub „armii trolli”. Inaczej mówiąc złem i krzywdą są również takie działania jak cenzura, niesprawiedliwe i nierówne traktowanie użytkowników (co dobrze znamy np. z Facebooka), dyskryminacja polityczna i podobne negatywne zjawiska.

 

Chińczycy już prawują się online

 

Zostawiając na chwilę na boku problem demokracji i cenzury, warto spojrzeć jak funkcjonują chińskie internetowe metody rozwiązywania sporów, które wprowadza się tam od ubiegłego roku. Pierwszy taki „sąd online” powstał w Hangzhou, potem utworzono dwa kolejne – w Pekinie i w Guangzhou.

 

W tym samym mniej więcej czasie Najwyższy Sąd Ludowy Chin opublikował przepisy regulujące m. in. to, jakie rodzaje spraw podlegają jurysdykcji tych sądów i niektóre kwestie proceduralne. Zgodnie z tym sądy internetowe są wyznaczone do rozpatrywania sporów dotyczących internetowej sprzedaży towarów i usług, umów użyczenia, praw autorskich i pokrewnych, własności i naruszeń, domen internetowych, naruszeń praw osobistych lub praw własności za pośrednictwem Internetu, roszczeń z tytułu odpowiedzialności za produkt oraz internetowych spraw sądowych w interesie publicznym wnoszonych przez prokuratorów.

 

Obecnie wszystkie trzy sądy internetowe mają jurysdykcję jedynie na terenie miast, w których powstały. Większość odwołań rozpatrywana ma być przez sądy pośredniczące w ich odpowiednich jurysdykcjach. Jednakże, sądy internetowe właściwe dla praw autorskich i sporów dotyczących naruszenia praw autorskich oraz sporów dotyczących nazw domen, rozpatrywanych przez sądy w Guangzhou i Pekinie, mogą odwoływać się do sądów ds. własności intelektualnej w swoich miastach.

 

Co do zasady cały proces sądowy w chińskich sądach internetowych jest prowadzony online, w tym obsługa dokumentów prawnych, przedstawianie dowodów i sam proces. Najwyższy Sąd Ludowy Chin potwierdził, że sądy internetowe mogą brać pod uwagę dowody elektroniczne dostarczone przez strony, które mogą być uwierzytelnione podpisami elektronicznymi, znacznikami chronologicznymi, tzw. weryfikacją hash, blockchain i innymi metodami weryfikacji odpornymi na ingerencję z zewnątrz.

 

Jeszcze zanim opublikowano te regulacje, sąd internetowy w Hangzhou uznał dowody uwierzytelnione technologią blokchain w sprawie o naruszenie praw autorskich w Internecie, co było pierwszym takim przypadkiem w Chinach i chyba na świecie. W tej sprawie powód pozwał drugi podmiot o naruszenie praw autorskich, czyli publikację materiału chronionego prawem autorskim, bez odpowiedniej licencji. Powód przechwycił strony internetowe strony pozwanej, ich kod źródłowy i rejestry połączeń oraz umieścił dane na platformie typu blockchain. Sąd orzekł, że dane te potwierdzają się wzajemnie i dokładnie odzwierciedlają źródło, generację i sposób dostarczenia, a zatem były wiarygodne i mogły zostać dopuszczone jako dowód.

 

Wygląda na to, że działalność chińskich sądów internetowych skupia się na sprawach odległych problemu dopuszczalnych zachowań i treści w Internecie, a zarazem od polityki. Naruszenie praw autorskich czy oszustwo w handlu internetowym to sprawy odnoszące się do dobrze znanych i dość jasnych przepisów prawa ogólnego. Nie potrzeba do nich stosować, ani nawet nie należy, żadnych internetowych „umów społecznych”. Na takie zresztą Chiny chyba nie pozwoliłyby.

 

Dyskusyjne jest, czy w demokratycznych krajach zachodnich „internetowe sądy pokoju”, o których pisałem, miałyby zajmować się tym co od dawna dobrze reguluje prawo handlowe, konsumenckie i autorskie. Wolałbym, by zajęły się kwestiami, z którymi tradycyjne sądownictwo sobie słabiej radzi, czyli regulacją i swobodami sfery „życia społecznego” w sieci. Jednak eksperymentom Chińczyków z sądami internetowymi warto się przyglądać, bo może z nich wyniknąć sporo praktycznej, czasem czysto technicznej, wiedzy, gdybyśmy jednak byli skłonni spróbować sieciowych „sądów pokoju”.

 

Mirosław Usidus

 

Jak podbili Polskę powiatową – EWA BARLIK o lokalnych magnatach prasowych

Mateusz Orzechowski wydaje na Lubelszczyźnie dziewięć tygodników lokalnych o łącznym nakładzie ponad 25 tys. egzemplarzy. Piotr Piotrowicz jest wydawcą pięciu tygodników w Wielkopolsce, których jednorazowy nakład to 35 tys. egz. Pozostali wydawcy lokalni mają najczęściej jeden silny tytuł w powiecie. Jak Waldemar Śliwczyński we Wrześni. Czy przyszłość prasy lokalnej będzie należeć do takich koncernów prasowych czy do indywidualistów silnie związanych ze swoim tytułem?

 

   Mateusz Orzechowski zaczynał swoją wydawniczą przygodę stosunkowo niedawno, bo 17 lat temu. Najpierw eksperymentował z małą lokalną gazetą w powiecie radzyńskim, którą wydawał raz na miesiąc. Dość szybko zmienił cykl wydawniczy na tygodniowy, wchodząc równocześnie do sąsiedniego powiatu łukowskiego. Ma bardziej temperament polityka niż dziennikarza. Ukończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim, potem uzyskał tytuł MBA w Wyższej Szkole Menedżerskiej. Już jako wydawca był wiceprzewodniczącym sejmiku województwa lubelskiego i kandydatem na europosła z listy PO. Dziś mówi, że nie można jechać na dwóch koniach i albo jest się niezależnym wydawcą, albo politykiem. Przekonał się o tym na własnej skórze.

 

   – Najpierw koledzy-politycy ucieszyli się, że będę wydawał niezależną gazetę. Chcieli takiej, ale jak się okazało, że gazeta nie zawsze pisze o nich dobrze, to mieli do mnie pretensje. Natomiast koledzy-wydawcy ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych uważali mnie trochę za taką czarną owcę, bo jak dziennikarz może się angażować w politykę? A ja idąc do polityki zostawiłem redakcję innym i nie wtrącałem się do gazety jako wydawca – mówi Orzechowski.

 

Ostatecznie, osiem lat temu zdecydował, że definitywnie kończy z polityką i przechodzi na stronę czwartej władzy. Szybko zdobywał wiedzę o dziennikarstwie i o rynku wydawniczym. Dziennikarzy i redaktorów sam musiał nauczyć fachu, bo zatrudniał osoby, które nie miały formalnego wykształcenia w tej dziedzinie. Pomagały różne kursy organizowane przez środowisko prasowe, SGL, Izbę Wydawców Prasy. Zatrudniał nawet jako doradców znanego redaktora Tomasza WróblewskiegoJacka Gałązkę, cenionego grafika i projektanta gazet.

 

Podbijał kolejne powiaty północnej Lubelszczyzny tygodnikami „Wspólnota”, powielając wypracowany już model gazety: w tytule musi być nazwa miasta powiatowego, informacje z terenu dużego powiatu wypełniają ponad połowę gazety, a z mniejszego co najmniej 6 stron. Resztę trzeba przeznaczyć na teksty z regionu Lubelszczyzny i z sąsiednich powiatów oraz na ogłoszenia i treści użytkowe np. program telewizyjny. Ostatecznie mutacje pojedynczych wydań mają nawet 5 poziomów, co zdaniem wydawcy jest głównym źródłem jego sukcesu.

 

W każdym mieście powiatowym zbudował redakcję, w której pracują osoby z tego miasta lub okolicy, i dział ogłoszeń, który tradycyjnie jest oddzielony od redakcji. Ponieważ gazety żyją głównie ze sprzedaży egzemplarzowej (cena 2,90 zł za egz.) kluczową sprawą jest dystrybucja. Orzechowski zbudował własny system kolportażu, nie mając pojęcia, że inni też tak robią. Żadnych dużych kolporterów, chyba, że do prenumeraty instytucjonalnej. Odbiór całego nakładu z drukarni w Łodzi, podział na powiaty i kierowcy, którzy rozwożą gazetę po okolicy docierając do punktów sprzedaży, głównie do małych sklepów w każdej wsi.

 

   Piotr Piotrowicz, jak większość wydawców tygodników lokalnych, zaczynał po 1989 roku, przy okazji pierwszych wolnych wyborów samorządowych. To typ działacza kultury, organizator festiwalu muzycznego w Jarocinie, radiowiec, o dużej wrażliwości plastycznej – dopracowane okładki jego gazet wielokrotnie otrzymywały wyróżnienia w konkursie Grand Front. Z okazji 25-lecia istnienia wydawnictwa spisał swoje wspomnienia w formie książki zatytułowanej „Papierowa szlachta”, w której sam udziela odpowiedzi na pytania, np. skąd wziął na to wszystko kasę?

 

Jego wejście na rynek prasowy Wielkopolski odbyło się kosztem innych tamtejszych tytułów, zwłaszcza „Panoramy Leszczyńskiej”, a później „Rzeczy Krotoszyńskiej”. Bo Piotrowicz wchodzi na rynek bez pardonu i nie bierze jeńców. Jednak i jego tygodniki dotknęły spadki sprzedaży. Dziś „Gazeta Jarocińska” sprzedaje się w nakładzie 6,5 tys. egz., a jeszcze przed kilkoma laty w powiecie zamieszkałym przez 70 tys. osób sprzedawało się 10 tys. i już nie dało się więcej, bo nie miałby kto kupować! Spadki czytelnictwa wydań papierowych wydawca stara się zrekompensować przychodami generowanymi przez lokalne portale informacyjne, które działają przy każdym z wydawanych tytułów.

 

Tygodniki Piotrowicza mają tytuły związane z miastem i powiatem, w którym się ukazują i zawartość odpowiednią do tytułu. Są dobrze redagowane, dziennikarze są odważni, mają zacięcie śledcze i nosa do newsów. Sam wydawca stoi za nimi murem i nie idzie na żadne kompromisy, że za cenę większych przychodów z reklam uciszy jakiegoś napastliwego redaktora. Nie pozostaje jednak Don Kichotem rynku prasowego i – widząc, co robią wydawcy ogólnopolscy – również wprowadził tzw. reklamę natywną.

 

Obaj lokalni magnaci prasowi, Orzechowski i Piotrowicz są menedżerami. Zarządzają wydawnictwem, ale nie wtrącają się do redakcji. Piotrowicz miewa jeszcze takie zapędy, bo kiedyś sam kierował jarocińską redakcją, ale brakuje mu już na to czasu. Orzechowski przyznaje, że nawet nie zna wszystkich pracowników wydawnictwa. On tylko nadzoruje i podejmuje strategiczne decyzje, np. dotyczące rozwoju grupy w Internecie.

 

   Orzechowski i Piotrowicz czują, że wiatr zmian ich nie ominie i muszą odnaleźć się w rzeczywistości cyfrowej. Wspólnie z kilkoma innymi lokalnymi wydawcami powołali spółkę, która uzyskała już dwa granty prorozwojowe z Google. Efekty widać na coraz lepszych stronach internetowych wydawanych przez nich tytułów. Internet to ciągle inwestycja w przyszłość, bo przychody generuje prasa papierowa, ale przecież nic nie trwa wiecznie.

 

Na pytanie, czy sprzedaliby dziś swoje lokalne koncerny nie mówią „nie”, ale większy entuzjazm wykazują, gdy pojawia się możliwość przejęcia jakiegoś lokalnego portalu informacyjnego.

 

Ewa Barlik

 


Piotr Piotrowicz

 

Mateusz Orzechowski

 

Przeszedł do legendy – ś.p. Macieja Parowskiego wspomina MIKOŁAJ JULIUSZ WACHOWICZ

Po ciężkiej chorobie zmarł nasz Kolega Maciej Parowski, członek SDP, dziennikarz, pisarz, publicysta, krytyk literacki, wieloletni (1992 – 2003) redaktor naczelny „Nowej Fantastyki”, a potem również redaktor naczelny „Czasu Fantastyki”.

 

Maćka poznałem ponad 20 lat temu, kiedy uczestniczyliśmy w kolegiach redakcyjnych „Reakcji” – studenckiego „Tygodnika myśli”, skupiającego autorów o prawicowych, konserwatywnych poglądach. Maciej miał tam w latach 1998 – 1999 swoją stałą rubrykę o przewrotnym tytule „Młot na czarownice”. Od roku 2004 często widywaliśmy się zarówno na konwentach fantastyki, zwłaszcza na Festiwalu w nidzickim zamku, jak i podczas fandomowych imprez w Warszawie. Co prawda nie zamieścił w „Nowej Fantastyce” żadnego z moich historyczno-fantastycznych opowiadań, jednak najwyraźniej cenił aktywność dziennikarską, skoro udzielił mi rekomendacji do naszego Stowarzyszenia. Był niezwykle płodnym krytykiem i felietonistą (6 tomów felietonów, 6 zredagowanych antologii), ale – odnoszę wrażenie – że jako pisarz dopiero się rozkręcał. Wydał dwie powieści: pierwszą w roku 1982, a drugą dopiero 28 lat później. Opublikował też około 35 opowiadań. Już od dawna uchodził za postać „półlegendarną” – tak nazwałem Go zresztą w biograficznej książce o pokoleniu 1971 – jako Mistrz i/lub adwersarz całej plejady młodszej generacji twórców fantastyki i okolic. W ostatnich latach jakby się wycofywał z aktywności; w roku 2017 odmówił na przykład kandydowania na delegata Zjazdu SDP w Kazimierzu, zasłaniając się wiekiem. Dziś przeszedł do legendy.

 

Czy to przypadek (jeśli przypadek, to bardzo metafizyczny), że wczoraj odnalazłem w archiwum domowym egzemplarze „Reakcji” z felietonami Maćka? W jednym z nich pt. „Wiek męski, wiek klęski” („Reakcja” nr 7/1999, s. 12) pisał o niespełnionych marzeniach m.in.: Och, wszystko jeszcze może się zmienić… Przeciwnie – nic się nie zmieni, nie przekroczymy indywidualnych ograniczeń, ja nie przeskoczę biologii. Miał wówczas blisko 53 lata i jeszcze 20 przed sobą. Czy czuł się spełniony? Nie wiem. Nie zapytałem Go o to nigdy, ale na pewno podchodził do zagadnienia filozoficznie: Każda forma spełnienia – kontynuował tamże – kryje w sobie nie mające końca serie innych alternatywnych niespełnień. W doktrynie reinkarnacji widziałem dotąd perwersyjne okrucieństwo, mające za cel udręczenie biednej człowieczej duszy w różnych wcieleniach. Ale może jest przeciwnie – może wyraża się w tym marzycielski duch perfekcjonizmu i maksymalizmu, by sprawdzić się w wielu wariantach losu? Mówiąc skrótowo – zaliczyć co niemożliwe!

 

Teraz, w obliczu śmierci, te rozważania brzmią zgoła inaczej, metafizycznie.

 

Żegnamy Cię, Maćku, z głębokim żalem. Twoje odejście to strata dla wielu środowisk, nie tylko dla Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich!

 

3 czerwca 2019

 

Fot. Nowa Fantastyka

 

 

Czy dziennikarze wstrząsną Kościołem katolickim i go wewnętrznie zmienią? – zastanawia się ks. ARTUR STOPKA

W odczytanym w ostatnią niedzielę maja br. w licznych kościołach w Polsce „Słowie biskupów do wiernych”, zatytułowanym „Wrażliwość i odpowiedzialność”, jest mowa o wstrząsaniu wspólnoty Kościoła w Polsce, o wstrząsających wyznaniach i relacjach. Nie ma wątpliwości, że źródłem tych wstrząsów są media. W związku z tym pojawiać się może pytanie, czy media, a może nawet poszczególni dziennikarze lub twórcy są w stanie wstrząsnąć Kościołem katolickim w Polsce w takim stopniu, aby skłonić go lub wręcz zmusić do radykalnych zmian wewnętrznych?

 

Podobne pytanie wybrzmiewało tu i ówdzie po premierze filmu „Kler”, który co prawda był dziełem fikcyjnym, jednak w dużej mierze na materiałach dziennikarskich opartym. Słychać w tych pytaniach tęsknotę za realną potęgą „czwartej władzy”, zdolną wpływać na rzeczywistość zawsze i wszędzie. Nic w tym dziwnego. Żyjemy przecież w świecie, w którym szeroko pojęte media (w tym Internet), sprawiają wrażenie, że są w stanie skutecznie i szybko oddziaływać na decyzje i wydarzenia zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej. Szczególnie w sferze polityki, ale nie tylko. Wielu ludzi jest głęboko przekonanych, że obecnie upowszechnienie pojedynczej informacji może przynieść warte ogromnych sum zmiany w gospodarce. Media stały się bronią, narzędziem w walce. Pociski stanowią w niej w równym stopniu prawdziwe informacje, jak i fake newsy. Ten, kto za ich pomocą potrafi kształtować nastroje i opinie największej grupy odbiorców, okazuje się zwycięzcą.

 

Sondaże i nastroje

 

Czy na Kościół katolicki da się w ten sposób wpływać? Czy wystarczy przekonać lub wywołać określone emocje wystarczająco dużej grupy jego członków, aby doprowadzić do konkretnych zmian w jego działaniach, w sposobie funkcjonowania, wywołać pożądane decyzje?

 

Jest to o wiele trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Nawet na poziomie czysto instytucjonalnym Kościół nie jest tworem, w którym decyzje podejmowane są na podstawie wyników sondaży. Zarówno te wielkie, o fundamentalnym znaczeniu dla jego kształtu, jak i te drobne, formujące go na co dzień. Dlatego nie wystarczy doprowadzić do nagłej zmiany nastrojów wobec Kościoła i w nim samym, w rezultacie których np. ponad połowa ankietowanych opowie się za dymisją wszystkich biskupów z terenu jakiegoś kraju. Ich faktyczne umocowanie nie zależy od poparcia społecznego. Nie zależy nawet od frekwencji na niedzielnych Mszach świętych.

 

Terapia wstrząsowa

 

W Kościele nie przynoszą szybkich rezultatów różnego rodzaju działania w typie „terapii wstrząsowej”. Dlatego raczej nie należy się spodziewać, że polscy katolicy z dnia na dzień masowo przestanę chodzić na niedzielne Msze święte, chrzcić dzieci, prosić o kościelne pogrzeby swych bliskich. Nie wypiszą też hurtowo swych pociech ze szkolnej katechezy. Nie zmienią się także gwałtowanie myślenie, mentalność, zapatrywania, postawy i postępowanie większości biskupów i księży. Wciąż będą na większości płaszczyzn funkcjonować dotychczasowe struktury, mechanizmy, schematy i zwyczaje.

 

Na pewną zmianę postępowania biskupów w kwestii nadużyć seksualnych duchownych wobec nieletnich od 1 czerwca br. także w Polsce wpłyną zmiany w kościelnych przepisach wprowadzone przez papieża Franciszka w motu proprio wydanym 9 maja, a nie żądania większości Polaków zawarte w sondażach robionych po udostępnieniu filmu braci Sekielskich. Faktyczne stosowanie nowych zasad w praktyce w każdej z diecezji w Polsce będzie uzależnione w ogromnym stopniu od miejscowego biskupa.

 

A w Kielcach…

 

Dobrym przykładem, pokazującym, jak to działa w Kościele, jest sytuacja związana ze wspomniany wyżej „Słowem do wiernych” wydanym przez Radę Stałą 22 maja br. Zapowiadano, że zostanie ono odczytane we wszystkich parafiach w Polsce w niedzielę, 26 maja. Tak się jednak nie stało. Biskup kielecki zadecydował, że wierni mogą się zapoznać z listem Rady w Internecie, natomiast z ambon będzie czytany w wiadomym temacie list jego autorstwa i to dopiero 2 czerwca.

 

W świetle zasad, wg których funkcjonuje Kościół, miał pełne prawo tak postanowić. Konferencja Episkopatu Polski ani jakikolwiek jej organ nie ma żadnej władzy nad którymkolwiek biskupem w Polsce. Nie może mu niczego nakazać ani zakazać. Taką władzę nad biskupem ma tylko Następca św. Piotra.

 

Jedenaście dni

 

   Tomasz Krzyżak w przeddzień udostępnienia filmu „Tylko nie mów nikomu”, już po pokazie prasowym, napisał, że jest to „wstrząsający film, który nie wstrząśnie Kościołem”. Jest to diagnoza pod wieloma względami trafna. Jednak rozwój wydarzeń po premierze dzieła Tomasza Sekielskiego dowodzi, że spowodowało ono w samym Kościele reakcję i to właściwie błyskawiczną. Otóż doszło do nadzwyczajnego spotkania Rady Stałej KEP. Dokładnie jedenaście dni po tym, jak film pojawił się na YouTubie. To w Kościele, którego „młyny mielą powoli”, jest działanie natychmiastowe.

 

Efektem tego zebrania było wymienione już „Słowo do wiernych”, sygnalizujące przede wszystkim zmianę tonu i języka, jakim w oficjalnych wypowiedziach członkowie polskiego episkopatu mówią o pedofilii w szeregach duchownych. Z briefingu, jaki miał miejsce po spotkaniu Rady, wynika, że zapadły też inne decyzje, dotyczące wcielenia w życie konkretnych rozwiązań systemowych w tej trudnej i bolesnej sferze.

 

Impuls

 

Film Sekielskich był zdecydowanie najmocniejszym dotychczas działaniem medialnym, dotykającym poważnego problemu w życiu Kościoła w Polsce. Wcześniejsze publikacje, głównie prasowe, nie miały tej siły. Film ze względu na sposób oddziaływania na odbiorcę, a także jego zasięg i dostępność, okazał się impulsem zarówno do podjęcia ponadstandardowego kościelnego działania, jak i do intensyfikacji, wyeksponowania albo sfinalizowania wcześniej podjętej aktywności. Np. o liście do wiernych w kwestii nadużyć duchownych mówiło się już wiele miesięcy temu, wciąż jednak pojawiały się przeszkody, uniemożliwiające jego dopracowanie i publikację. Po filmie „Tylko nie mów nikomu” wystarczyły dosłownie dni na to, aby taki ważny, oczekiwany od dawna w Kościele i poza nim, głos hierarchów zaistniał.

 

Zarówno film „Tylko nie mów nikomu”, jak i wcześniejsze publikacje, wpływają na to, co się dzieje w Kościele w innym wymiarze. Uruchamiają one i moderują pewne powolne procesy na poziomie świadomości obecności, uczestnictwa, odpowiedzialności, praw i obowiązków we wspólnocie i instytucji Kościoła. Obejmują przede wszystkim wiernych świeckich, ale nie omijają również duchowieństwa. Te przemiany trwają i chociaż nie są spektakularne, to jednak realnie wpływają na kształt Kościoła. Bo chociaż Kościół jako instytucja może się wydawać odporny na nawet bardzo silne wstrząsy, to jednak ich skutki w nim pozostają, trwają i nie są obojętne, przynosząc stopniowe, potrzebne zmiany. Nie da się zaprzeczyć, że media mają na nie realny wpływ.

Ks. Artur Stopka

 

Grzech ludzi nie jest grzechem Kościoła – ks. MARIUSZ FRUKACZ uważa, że dziennikarze laiccy nie rozumieją Kościoła

Jest poważny problem w Kościele w Polsce, ale to nie oznacza, że media mają ukierunkować sposób jego rozwiązania. Tym bardziej, że niektóre z nich nie rozumieją istoty Kościoła.

 

Ostatnio jesteśmy świadkami coraz gorętszej dyskusji nad stanem Kościoła w Polsce. Pojawiają się głosy, że wcześniej film „Kler”, a teraz dokument „Tylko nie mów nikomu” były i są potrzebne do oczyszczenia Kościoła. Stawia się również pytanie, czy media są w stanie wstrząsnąć Kościołem katolickim w Polsce, a nawet zmusić Kościół do radykalnych zmian wewnętrznych.

 

Oczywiście, człowiek współczesny żyje otoczony mediami, w mediosferze. A zatem to, co media piszą i przekazują, ma jakiś wpływ na postawę człowieka, a nawet na jego myślenie o życiu społecznym i otaczającym świecie. Żyjemy w przestrzeni, w której środki społecznego przekazu, szczególnie Internet, odgrywają ważną rolę w życiu człowieka, w jego relacjach.

 

Próba medialnego sterowania Kościołem

 

Wydaje się zasadne stwierdzenie, że mamy do czynienia  w Polsce z próbą medialnego sterowania Kościołem. Były już próby dzielenia Kościoła na „Kościół toruński” i „Kościół łagiewnicki”, a przy okazji synodu o rodzinie, który odbywał się w Rzymie,  mówiło się nawet o „synodzie medialnym”, kiedy to media uczepiły się jedynie sprawy Komunii dla osób rozwiedzionych, pomijając cały szereg ważnych tematów rodzinnych. O takich próbach medialnego sterowania Kościołem możemy również mówić przy okazji nominacji biskupich, kiedy to przy konkretnych nazwiskach już określa się kogoś jako „otwartego” albo „zamkniętego”, „konserwatystę” albo „nowoczesnego”. Myślę, że z takim medialnym sterowaniem możemy mieć – jeśli już nie mamy – do czynienia w przypadku kryzysu w Kościele. Jest już grono „podpowiadaczy medialnych”, którzy oczekują takiego, a nie innego kierunku oczyszczenia Kościoła. Słyszy się już np. w kontekście przyjazdu do Polski abp. Charlesa Scicluna, że powinien być zastosowany wariant chilijski. Oczywiście, jest poważny problem w Kościele w Polsce, ale to nie oznacza, że media mają ukierunkować sposób jego rozwiązania.

 

Postrzeganie Kościoła

 

Niewątpliwie sposób, w jaki media informują o Kościele, ma wpływ na to, jakie jest postrzeganie Kościoła przez społeczeństwo. Jest tak również w przypadku takich filmów jak obraz braci Sekielskich. Ostatnio Instytut Badań Pollster opublikował sondaż, w którym m.in. jedno z pytań dotyczyło tego, czy film „Tylko nie mów nikomu” miał wpływ na to, jak w społeczeństwie polskim postrzegany jest Kościół katolicki. Z sondażu wynika, że 57 proc. respondentów odpowiedziało twierdząco na to pytanie i że teraz postrzegają Kościół gorzej, 32 proc. ankietowanych stwierdziło, że produkcja Sekielskich nie miała na nich wpływu w tym aspekcie, 7 proc. zaznaczyło odpowiedź „trudno powiedzieć”, natomiast 4 proc. badanych odparło, że owszem, film zmienił ich postrzeganie Kościoła i teraz postrzegają go lepiej. Więcej informacji: https://www.dorzeczy.pl/kraj/103161/Dramatyczny-sondaz-dotyczacy-polskiego-Kosciola.html

 

W dyskusji dotyczącej Kościoła coraz częściej patrzy się na niego jak na firmę, która przeżywa kryzys wizerunkowy. Tymczasem Kościół nie jest zwyczajnym ludzkim przedsiębiorstwem, gdzie mają obowiązywać w pełni wypracowane metody zarządzania kryzysami.

 

To jasne, że w misji Kościoła bardzo ważna jest wiarygodność. Dlatego też w przypadku sytuacji, z jaką teraz mamy do czynienia, istotne jest komunikowanie się ze społeczeństwem. I można to czynić lepiej, ale w sytuacji, kiedy Kościół jest zepchnięty do roli tłumaczącego się, to zawsze dla pewnych środowisk nie będą to działania wystarczające.

 

Rozumienie Kościoła

 

W pokazywaniu Kościoła w mediach czy też w filmach takich jak „Kler” lub „Tylko nie mów nikomu” trzeba, moim zdaniem, postawić pytanie o rozumienie Kościoła. Jako dziennikarz katolicki wiem, że Kościół to nie tylko widzialna instytucja, ale to tak naprawdę wspólnota ludu Bożego, wspólnota ludzi wierzących. Tymczasem zauważa się, że takie filmy jak ten braci Sekielskich w jakiś sposób oddzielają instytucję Kościoła od Kościoła jako wspólnoty ludu Bożego. Pokazują Kościół jako grzeszny, a tymczasem trzeba mówić o grzechu ludzi Kościoła. Kościół ze swojej natury nie jest grzeszny, ale są w nim grzesznicy. To, co mnie martwi, to zapominanie o całej przestrzeni dobra i świętości, która jest obecna w Kościele. Jako film dokumentalny obraz braci Sekielskich pokazuje prawdę o konkretnych osobach i sytuacjach. Jednak zawsze trzeba pytać, na ile jest to obraz pełny.

 

Niedawno redaktor naczelny „Niedzieli” ks. dr Jarosław Grabowski napisał: „Kościół to przestrzeń – pole, na którym ciągle rośnie więcej pszenicy niż chwastów. To ogromna łódź, której sternikiem jest Jezus Chrystus. Jeśli czasami nabiera wody, to dlatego, że niektórzy chcą Go wyręczyć, bo uważają się za lepszych” (https://www.niedziela.pl/artykul/142827/nd/Kosciol-nie-jest-nasz).

 

Oczywiście, jesteśmy świadkami burzy medialnej, którą wywołał film braci Sekielskich, ale trzeba też zwrócić uwagę na to, że są już próby wykorzystywania go w walce politycznej. Przy okazji ujawnia się  niezrozumienie misji Kościoła i projektowanie interesów politycznych na widzenie Kościoła. A to tak naprawdę nie służy jego oczyszczeniu. Przy okazji warto podkreślić, że równocześnie jesteśmy świadkami zdarzeń,  które mają na celu marginalizowanie roli Kościoła w społeczeństwie.

 

Zawsze uważałem, że jako dziennikarz powinienem budować świat dobrych wiadomości, zawsze pokazywać prawdę o tym, co złe w świecie, społeczeństwie, ale także widzieć wiele dobra, które najczęściej jest ciche.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

 

Junk newsy i inne zjawiska pogodowe – WOJCIECH POKORA o raporcie naukowców z Oxfordu

Raport Oxfordu: Wpolityce.pl wśród serwisów ze „śmieciowymi wiadomościami” grzmi nagłówek jednego z branżowych portali. Drugi w tytule podaje, że Badacze z Oksfordu umieścili Pikio i wPolityce na liście serwisów ze „śmieciowymi” newsami (pisownia oryginalna).

 

Odkąd w 2017 roku słownik Collinsa uznał „fake news” za słowo roku, odbiorcy mediów a szczególnie tzw. mediów społecznościowych odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. Fake newsy odpowiadają w powszechnej świadomości, obok bootów, za całe zło i patologię dotykającą współczesne media. No może wygrywają z nimi jedynie internetowe trolle. Dziś o fake newsach powstają książki, organizuje się branżowe konferencje im poświęcone, stają się przedmiotem badań i analiz. Trudno komuś wmówić, jak jeszcze kilka lat temu podczas kampanii prezydenckiej w USA, że prawdziwa, ale niewygodna dla kogoś informacja to fake news. Jesteśmy uświadomieni. Żeby nas zmanipulować potrzebne są nowe narzędzia. A o te łatwo. Wystarczy wprowadzić jakieś nowe, obcobrzmiące pojęcie opisujące stare zjawisko i być jednym z pionierów opisywania nim rzeczywistości. Wówczas można próbować przekonywać społeczeństwo, że białe jest czarne.

 

Od pewnego czasu w medialnej przestrzeni pojawiło się określenie „junk news”, czyli „wiadomości śmieciowe”. Pojęcie nie jest nowe, ale funkcjonowało dotychczas raczej w środowisku branżowym, ostatnio natomiast jest popularyzowane, a jego znaczenie wypaczane. Wiadomości śmieciowe to produkt uboczny portali internetowych. Pojawiły się wraz z walką o klikalność. Już dawno zauważono, że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak informacja podana w sensacyjnej formie. Im bardziej sensacyjna i niewiarygodnie brzmiąca, tym bardziej powinna wywołać oczekiwany skutek – kliknięcie. Zaczęto więc na portalach internetowych, obok rzetelnych newsów, zamieszczać materiały mające przyciągnąć uwagę użytkowników. Przywykliśmy już do widoku strony głównej stron informacyjnych, gdzie obok informacji o, dajmy na to, katastrofie kolejowej, możemy przeczytać o nowym sposobie na raka, który każdy z nas może spróbować wdrożyć w życie przy pomocy zalegających w lodówce produktów. Najczęściej rozumiemy, że przeczytana przez nas wiadomość nadaje się właśnie do śmieci i podejrzewamy, że niewiele prawdy w sobie zawiera. Ale wydaje się tak błaha i nieistotna, że nie nazywamy jej dezinformacją czy fejkiem, a określamy właśnie mianem junk news. Głupota mająca przyciągnąć uwagę użytkownika. Ma to dziś praktycznie każda większa witryna.

 

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem nagłówki na branżowych portalach, informujące o tym , że Polska to kraj, w którym na podstawie analiz naukowcy odkryli na Twitterze największy odsetek odnośników do stron szerzących dezinformację w postaci junk news w kontekście eurowyborów. Zaciekawiło mnie coś jeszcze, jak wyglądają junk newsy odnoszące się do wyborów, skoro z definicji powinny to być ciekawostki z pogranicza sensacji i kłamstwa. A jeszcze bardziej przykuło moją uwagę, że poważne branżowe portale informują, że za zdemaskowaniem rozpowszechniaczy tych śmieciowych wiadomości stoi sam Oksford! To robi wrażenie.

 

Z pomocą w dociekaniu prawdy przyszło mi Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego szefowa – dr Jolanta Hajdasz zadała sobie trud przeanalizowania badań na które powołano się w polskich publikacjach o naszej czołowej pozycji w dezinformowaniu z pomocą junk news. I co się okazało? Na początek oddam głos CMWP SDP, które w wydanym oświadczeniu ostrzega, by nie brać bezkrytycznie na wiarę tego, co czytamy o raporcie „z Oksfordu”, a dokładnie wczytać się w raport: „Rezultat badań uzyskany przez naukowców z Oksfordu jest wynikiem specyficznej metodologii tego badania opartej na ideologicznej interpretacji analizowanych zdarzeń. Badanie, o którym mowa, zostało przeprowadzone na podstawie danych pochodzących z tzw. Junk News Aggregator, narzędzia internetowego, który w oparciu o nieznany użytkownikom algorytm selekcjonuje ukazujące się w Internecie treści pod kątem ich prawdziwości wskazując te, które uznaje za „junk news”, czyli „informacje śmieciowe”.

 

Zaglądam zatem na stronę https://newsaggregator.oii.ox.ac.uk/ co polecam każdemu, bo to ciekawostka nie mniejsza niż samo zjawisko junk news. Otóż strona ta to agregat, który w teorii ma wyszukiwać i publikować junk newsy, by zwalczać to zjawisko. Na stronie możemy wybrać język i region z którego chcemy wyszukać śmieciowe wiadomości – wybrałem zatem Unię Europejską i rodzimy język, by poczytać bzdury, którymi karmi nas Internet w czasie kampanii wyborczej do Europarlamentu. Wyszukało mi masę informacji. Kliknąłem w tę ze zdjęciem Andrzeja Dudy, spodziewając się manipulacji w jego wykonaniu. Otworzyła się wiadomość umieszczona na portalu niezalezna.pl z dnia 23 maja 2019 roku z godziny 08.44 zatytułowana: „Prezydent Andrzej Duda dzisiaj o godz. 20.00 wygłosi orędzie”. Tyle. Koniec komunikatu. Klikam kolejny, tym razem zdjęcie prof. Legutki, czytam: telewizjarepublika.pl – UWAGA! Już dziś wyjątkowe spotkanie patriotyczne! Gośćmi będą m.in. prof. Legutko; prof. Szczerski; prof. Nowak; prof. Roszkowski. ZAPRASZAMY NA TRANSMISJĘ !, klikam kolejne zdjęcie a tam – wpolityce.pl 20 minute(s) ago – PiS odwołuje konwencję na Mazowszu. Kaczyński punktuje Schetynę: Powinien przeprosić. Pokazał swój stosunek do zagrożonych osób.

 

Przejrzałem całą stronę z wyświetlonymi informacjami z Unii Europejskiej w języku polskim i trafiłem jedynie na informacje z portali: niezalezna, wPolityce, nczas, pikio, wsensie i dlapolski. Żaden z artykułów, w które kliknąłem, nie zawierał w moim mniemaniu niesprawdzonych informacji, nie wszystkie dotyczyły kampanii wyborczej do Europarlamentu (były np. dotyczące pedofilii). O co zatem chodzi? Być może wyjaśni to chociaż po części klauzula, która zamieszczona jest na cytowanej stronie, a brzmi ona tak:

 

ZASTRZEŻENIE: Junk News Aggregator i jego narzędzia rozpoznają witryny oparte na ugruntowanej typologii, przetestowanej w kilku naukowych badaniach przeprowadzonych przez naszą grupę badawczą (COMPROP). Odzwierciedla on naszą naukową opinię i ocenę, i niekoniecznie jest wynikiem poglądów naszych założycieli czy też Uniwersytetu w Oxfordzie. Podstawa tejże opinii opisana jest w naszej metodologii.

 

Czyli to nie Uniwersytet w Oksfordzie opublikował raport tylko grupa badawcza, która zastrzega by nie przypisywać wyników jej prac uniwersytetowi, a sami badacze przyznają, że wyniki z którymi możemy się zapoznać, to OPINIE i OCENY, a nie wyniki badań. Po wyborze stron do agregacji nie trudno odnieść wrażenie, że naukowcy mają ugruntowane poglądy polityczne, które mogą przeszkadzać im w obiektywnej ocenie rzeczywistości. I to mnie nie dziwi. Dali klauzulę w której to otwarcie przyznają, zatem każdy korzysta z ich narzędzi na własną odpowiedzialność i z pełną świadomością, że to nie jest narzędzie mające na celu obiektywne uchwycenie rzeczywistości. Dziwi mnie jednak fakt, że narzędzie to wykorzystują branżowe portale, które pod pozorem opisania raportu o junk newsach wciskają nam wszystkim starego i dobrze nam już znanego fake newsa.

Wojciech Pokora

 

Trzeba nauczyć się czytać znaki – DAGMARA DRZAZGA o warsztacie dziennikarki, autorki filmów dokumentalnych

Jak to się dzieje, że realizuję właśnie taki, a nie inny film dokumentalny? Że w którymś momencie następuje owo „sekretne porozumienie” z Nieznanym, decyzja zostaje podjęta i wyruszam w długą podróż? Od prawie dwudziestu lat kręcę filmy i dla mnie samej wybór tematu jest jedną z największych zagadek. Coś na skraju realności i metafizyki, co trudno wyjaśnić i nad czym – przyznaję – chyba nie do końca panuję.

 

Na potrzeby tej publikacji, sięgając też do własnych notatek, wracam do przeżyć sprzed ponad trzech lat. Nie jest to, oczywiście, łatwe. Natychmiast włącza się mechanizm autocenzury. Można pisać o filmie na sto sposobów, analizować warsztat, pokazywać zastosowane środki narracyjne oraz techniczne – czyli wziąć przysłowiowe „szkiełko” i dokładnie przyjrzeć się całości. I to jest bardzo dobre. Ja jednak pójdę tu inną ścieżką. Dla mnie kino jest nie tylko profesją czy pasją. Jest czymś więcej. To proces intymny. Jeśli zatem obiecałam szczerze opowiedzieć o początkach pracy nad Martwym sezonem, słowo się rzekło. Mam wrażenie, że wchodzę na drogę prowadzącą do mniej oświetlonych części głębokiego wąwozu.

 

Pierwszy raz pomyślałam o tym, żeby zrobić film o Rafale Wojaczku kilka lat temu. Byłam wtedy uczestnikiem festiwalu telewizji regionalnych w Koszycach na Słowacji. Tam poznałam Żmiciera Wajciuszkiewicza, białoruskiego barda, który śpiewał poezję Rafała. Powiedzieć „śpiewał”, to powiedzieć niewiele! Żmicier jest wspaniałym artystą, jego interpretacje nie mają równych sobie. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy słuchałam Wojaczka w jego wykonaniu! Zaprzyjaźniliśmy się ze Żmicierem, a on przyznał, że nauczył się języka polskiego ze względu na autora Innej bajki! Jednak myśl o zrealizowaniu dokumentu o Poecie tak jak nagle przyszła, tak i odeszła. I choć czasem powracała, szybko karcona była przez własne, osobiste „nie”! Dlaczego? Po pierwsze: o Wojaczku napisano już tak wiele książek, rozpraw, artykułów i analiz naukowych. Po drugie, powstały o nim filmy dokumentalne, reportaże, programy poetyckie, a także hipnotyzująca fabuła Lecha Majewskiego. Po trzecie i najważniejsze – jak tu się mierzyć z legendą i po co? Każdy z miłośników Rafała ma „swojego” Wojaczka, zatem co ja mogę jeszcze nowego dopowiedzieć? Nie ma sensu pakować się w projekt, który już na samym początku wydaje się być skazany na porażkę. Tak właśnie wówczas myślałam. Czasem jednak – zupełnie znienacka – dopisywałam kolejne sceny nieistniejącego filmu. Pojawiały się obrazy, wracałam do wierszy. Wątpliwości nie zmniejszały się ani na jotę. Mijały kolejne miesiące. Film we mnie rósł. I nagle poczułam, że dosyć tego! Nie można tak w nieskończoność! Potrzebny jest jakiś przełom. Moment, w którym wszystko się rozstrzygnie. Robię ten film, albo nie robię. I już! A jeśli nie robię, najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić i zająć myśli czymś innym. Koniec. Kropka.

 

To był jeden z tych depresyjnych dni. Jesień albo wiosna, nie pamiętam. Na pewno szara, dżdżysta i zimna. Kilka godzin wcześniej przyjechałam do Biblioteki Śląskiej w Katowicach, a wizyta ta nosiła w mojej głowie znamiona czegoś prawie ostatecznego. Scenariusz był właściwie gotowy, nie szukałam więc biograficznych tropów. Chciałam, po prostu, wziąć do ręki „tamte” egzemplarze – Poezję z 1965 roku, w której debiutował, a potem majową Odrę z 1971 z jego ostatnimi wierszami. Na pewno ją czytał, bo kiedy umierał była już w kioskach. Wszystko to dobrze wiedziałam, ale musiałam dotknąć „autentyku”. Zauważyłam, że w jakiś dziwny sposób mam ten zmysł wyczulony. Gdziekolwiek jestem, przesuwam palcami po kamieniach, przedmiotach, drzewach. Widocznie jest mi to potrzebne; jakiś kontakt zmysłowy, pozawerbalny, instynktowny….

 

A zatem – pożółkły papier, podniszczone okładki, zagięte rogi stron. Szelest. Zapach druku przefiltrowany przez czas. Tylko tyle, albo aż tyle. Nic jednak się nie wyjaśniło. Widocznie „seans spirytystyczny” się nie powiódł. Duch nie zechciał się zmaterializować. Kompletna porażka. Niby czego się spodziewałam?

 

Znowu stałam na przystanku autobusowym. Zaczynały się popołudniowe godziny szczytu, tłum gęstniał, a ja chciałam już tylko wrócić do domu. Rafał, czy chcesz, żebym to ja zrobiła ten film?

 

Pytanie, śmieszne i może nie aż tak dosłownie, powracało przecież od jakiegoś czasu. Komu, tak naprawdę, je zadawałam? Na pewno było świadectwem mojego lęku. Jakkolwiek nie będę drążyć i dociekać „istoty rzeczy”, zawsze będzie to portret Rafała niepełny. Zbyt długo pracuję w dokumencie, żeby tego nie wiedzieć.

 

– No więc, chcesz? – powtórzyłam szurając czubkiem buta po mokrym asfalcie. – Jeśli tak, to daj mi jakiś znak!

 

A potem roześmiałam się z sama z siebie i swojej zuchwałości!

 

Autobus wreszcie podjechał. Był tak pełny, że ledwo weszłam do środka. Drzwi się zamknęły, ruszyliśmy. Stojący obok mężczyzna wydychał resztki przetrawionej wódki. Zrobiło mi się słabo i zaczęło mnie mdlić, pomyślałam, że zaraz zemdleję. Oby tylko dojechać do następnego przystanku! I nagle stało się coś, w co trudno mi do dzisiaj uwierzyć. Młody chłopak, chyba student, wyjął z kieszeni smartfona i zaczął swojej dziewczynie czytać na głos wiersze! Jechaliśmy, a on nie przestawał. Czasem tylko mówił: „Kochanie, posłuchaj, to takie piękne!” i czytał dalej. Od razu wyjaśnię: nie – nie był to Wojaczek, na moje ucho – Baczyński. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie? W jednej sekundzie zostałam wyrwana z gorącego, cuchnącego wnętrza na inną orbitę.  Nie było już autobusu, ludzi, kwaśnego zapachu alkoholu. Istniała najczystsza, najprawdziwsza Poezja. Dlatego, kiedy wysiadałam, pomyślałam tylko: Rafał, dziękuję!

 

I już wiedziałam, że muszę zrobić ten film.

 

To wszystko mogłoby być literacką fikcją, albo sceną z filmu. Nie jest ani jednym, ani drugim. Życie napisało taki scenariusz. Kto wie, może gdybym wsiadła do innego autobusu, nigdy nie zrobiłabym filmu o Rafale?

 

Mówię o tym, żeby podkreślić, jak niewiele – przy całej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościach – znaczymy wobec rzeczywistości, która jest najlepszym reżyserem. Nasza rola polega na tym, aby się na nią otworzyć, zacząć „rezonować”. Trzeba nauczyć się czytać znaki, które są nam dane. One są jak ptaki. Jeśli ich nie zauważymy, za chwilę odfruną.

 

Praca nad Martwym sezonem trwała trzy lata. To był wspaniały czas spotkań z ludźmi, którzy  Rafała Wojaczka znali, przemierzania dróg, którymi się kiedyś poruszał i odkrywania na nowo jego wierszy. To była epoka wielkich emocji i świadomość ciągłego dotykania tajemnicy. Jeśli choć trochę z tego, czego doświadczyłam udało mi się przekuć w filmowe kadry, mogę czuć się zwyczajnie szczęśliwa.

 

Dagmara Drzazga