Żurnalistka żurnalistce wilczycą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Z „Newsweeka” dowiedziałem się, że Danuta Holecka, ta z telewizji, jeszcze niedawno, to nawet SMS-a nie potrafiła wysłać. Koleżanka z pracy szefowej „Wiadomości” opowiada dziennikarce tego tygodnika, Elżbiecie Turlej  o wstręcie „cioci Danusi” do telefonów komórkowych, o strachu przed jazdą samochodem i chorymi na HIV. Dowiadujemy się, że telewizyjna gwiazda chodzi w trampkach, je tylko to co przynosi z domu i podgrzewa, musi, bo cały dzień przebywa w pracy, gdzie trampki zmienia na buty.

 

Holecka  w domu, w kominku spala opakowania plastykowe, o czym straży miejskiej donoszą sąsiedzi. Owszem ma ogródek, ale nie kosi trawy, nie kisi małosolnych i nie robi kompotów z truskawek. Całymi dniami tylko siedzi w TVP. Cytuję: „po powrocie do głównego wydania „Widomości” sodówka uderzyła jej do głowy”, stała się niedostępna, udaje że znajomych nie poznaje, „kiedy w maju dostała awans na naczelną „Wiadomości” chodziła dumna jak paw…” (a przecież jasne, że powinna się martwić i wstydzić).

 

Ta niezbyt zdolna dziennikarka – co głosi podpis na okładce „Newsweeka” (!) pod jej zdjęciem zajmującym całą stronę – jest „gotowa na wszystko” – te słowa to nawet tytuł artykułu. I jeszcze – dowiadujemy się – że „zabiega o sławę”. (Cholera, to już bezczelność – przepraszam, że nie mogę w tej relacji powstrzymać się od komentarza, choć oczywiście wiem o zasadzie: oddzielać informację od mądrzenia się, jeszcze raz przepraszam).

 

Czytam artykuł, czytam i niestety w końcu nie wiem czy może to kpina z Holeckiej, czy pochwała. Ponieważ między okrutnymi donosami wypływają na wierzch takie informacje:  „kiedy prowadziła program „Kawa czy herbata” (wymyślony jeszcze przez dziewczynę o pięknych oczach Halszkę Wasilewską za panowania w TVP znakomitego reżysera Janusza Zaorskiego) nastawiała budzik na 3 rano, żeby ich (synków, bliźniaków(!) Stefka i Julka) nakarmić. O czwartej wyjeżdżała do studia. Z rozdartym sercem (to ładnie ujęła autorka artykułu), bo dzieci zostawały z nianią (dobra więc to matka, dzieci samych nie zostawiała). Dowiadujemy się dalej, że chłopaki-bliźniaki (cóż za przepiękna polityczna antycypacja) dziś już skończyli studia medyczne (w Zabrzu – to bardzo ważne), jeden ożenił się i niedługo zostanie ojcem (a więc nazywanie szefowej przez podwładnych babcią jest trochę na wyrost, ale w pełni uzasadnione).

 

Inny z kolegów redaktorki funkcyjnej przypomniał: „potrafi też pomóc. Niedawno któryś z wydawców przez kilka dni nie przychodził do pracy. Sprawdziła gdzie mieszka, pojechała. Okazało się, że alkoholik. Wpadł w ciąg. Załatwiła odwyk, przekonała że warto dać mu drugą szansę. Chłop wrócił do żywych i do TVP”.

 

(No, no!)

 

Ale zaraz potem autorka, obywatelka Elżbieta Turlej pisze: „babcia Danusia… potrafi również zaszkodzić. Wie komu szepnąć, z kim nie lubi pracować, a ostatnio nie lubi pracować z Edytą Lewandowską. Młodszą…”.

 

No cóż, a któraż z pań lubi młodsze? Pytanie oczywiście retoryczne.

 

Zdaniem pani E.T. Lewandowska lepiej radzi sobie z politykami opozycji. Bo Holecka kiepsko. Autorka tekstu opiera się na opinii przewodniczącej Nowoczesnej, Katarzyny Lubnauer: „czułam że chce mnie zaorać (…) potem usiłowała mnie sprowokować, ale wiedziałam, że im bardziej byłam spokojna, tym bardziej się denerwowała. Mimo to starała się mnie dopaść. I tak się zagalopowała, że przedłużyła program o 7 minut.

 

(Rzeczywiście, o 7 minut, to już skandal!)

 

Dowiadujemy się też, że wcześniej – gdy Holecka miała w TVP kłopoty – to z pomocą pośpieszyli jej tylko Leszek Miller„szkoda takiej miłej, porządnej dziennikarki”Janusz Piechociński, który oferował jej nawet pracę. Ale nie skorzystała.

 

O tej „opiece” onegdaj niech wiedzą dziś PiS-owcy, których teraz wybrała. Czytamy dalej: „Już nie jest ofiarą, ale bliską znajomą Kury (elegancko!), czyli nowego prezesa telewizji Jacka Kurskiego (…), przez kilka dni w swoim domu na Mokotowie przygotowuje do wystąpień publicznych Andrzeja Dudę (ani chybi zmusiła go siłą).

 

No proszę! Choć sama przecież „niezbyt zdolna” – jak ocenia E.T. – to instruuje prezydenta. Koniec świata. Wprawdzie D.H. jest po ekonomii na SGH, pracowała w TVP Info, w TVP Polonia i „Wiadomości” prowadziła. Ale to wszystko przecież łatwizna. Każdy może. Nawet dostała się do telewizji bez protekcji. Mówi, że ma ją tylko „z góry”. Demonstruje swoją wiarę. U niektórych tak jest.

 

A jeszcze do tego wszystkiego ponoć Danuta H. powiada, że Jarosław Kaczyński przepada za jej babką w czekoladzie, no i że ma takie same hobby co ona: uwielbia koty.

 

Miau, miau!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Artykuł o Danucie Holeckiej „Newsweek wyeksponował szczególnie. „Żurnalistka” żurnalistce przywaliła ile się da. A przecież… w Ojczyźnie jest tyle krzywd i ważnych tematów. Obca ręka ich oczywiście nie przekreśli (i szkoda że używa polskiej rączki). Niektórzy już tak mają, że nawet na obczyźnie o własnym kraju mówią źle. Na okładki politycznych tygodników trafiają zwykle – aż do przesady – najważniejsi politycy. „Newsweek” siłą rzeczy zrobił więc prezent szefowej Wiadomości. W końcu ładna jest. (ST)

 

Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus

 

Nie ma wolności mediów bez medialnego ładu – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

„Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”, przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, dotyka takich spraw jak: wolność, niezależność, pluralizm mediów.  To tematyka ważna nie tylko dla dziennikarzy, ale dla wszystkich, których interesuje problematyka współczesnej demokracji.

 

W raporcie, jak zauważają jego autorzy, po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium  w danym kraju. Są to opinie i doświadczenia dziennikarzy z krajów Inicjatywy Trójmorza. Autorzy raportu dotarli do stolic tych krajów m.in. Sofii, Budapesztu, Bukaresztu, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Tallina, Rygi i Wilna.

 

Kiedy myślę o wolności mediów, to często jednak powracam do pytania o ład medialny, a co za tym idzie o jakość języka publicznych debat.

 

Pluralizm na rynku medialnym i ład medialny

 

Jednym z istotnych cech współczesnej demokracji jest pluralizm, czyli możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z tymi opiniami do opinii publicznej. W raporcie czytamy, że „zdecydowana większość ankietowanych wystawiła »dobrą«»bardzo dobrą« ocenę pluralizmu mediów w ich krajach. Oznacza to, że dziennikarze dostrzegają obecność na rynku medialnym wielu różnorodnych podmiotów, reprezentujących szerokie spektrum poglądów, tematów i opinii. Jak na kraje demokratyczne, stosunkowo duży jest przy tym odsetek osób mających przeciwne zdanie. Tych, który oceniają pluralizm mediów w swoim kraju negatywnie (»źle« lub »problematycznie«), jest ponad 25%. Razem z odpowiedziami »częściowo dobrze« to blisko 45% ankietowanych. To naprawdę dużo”.

 

Moim zdaniem problem pluralizmu łączy się z innym ważnym zagadnieniem, a mianowicie z ładem medialnym. Nie mam przekonania, co do tego, że w Polsce już możemy mówić o dobrym ładzie medialnym. Wydaje mi się również, że wciąż temat ten nie jest poruszany wystarczająco w debacie publicznej. Wiele lat temu o problematyce ładu medialnego pisał bp Adam Lepa. Ten ceniony znawca mediów zauważył, że bez udziału ładu medialnego nie zbuduje się społeczeństwa komunikacji. Ład medialny wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Zdaniem bp. Lepy „ma też walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami. Dlatego refleksja nad ładem medialnym jest dziś bardzo ważna i potrzebna”.

 

Bp Lepa zauważył, że „ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom zarówno dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej, jak i budowę więzi komunikacyjnych. »Równowaga« zaś to po prostu optymalny stan w poszczególnych sektorach mediów, takich jak ich struktura, zasady ustrojowe, ustawodawstwo w dziedzinie mediów, udział obcego kapitału, bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji czy ochrona obywateli przed negatywnym wpływem mediów” (zob. tutaj)

 

Po przestudiowaniu „Raportu o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” zauważam, że dotyka on tak naprawdę problematyki ładu medialnego. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego. Dlatego dla ładu medialnego (również w Polsce) wciąż ważne pozostają pytania: jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?

 

Niezależność mediów i język debaty

 

To kolejny ważny temat poruszony w raporcie. Niezależność mediów to obok ich pluralizmu podstawowe kryterium składające się na ocenę stanu wolności słowa danego państwa. „Odpowiedzi oceniające niezależność mediów jako »częściowo dobrą«, »problematyczną«, »złą«»bardzo złą« stanowią łącznie ponad 67%. To uprawnia do twierdzenia, że w krajach Inicjatywy Trójmorza niezależność mediów to problem realny” – czytamy w raporcie. W raporcie zwrócono uwagę, „iż jeśli zsumuje się odpowiedzi sygnalizujące problemy w tym aspekcie realizacji zasady wolności mediów, to wynik będzie co najmniej niepokojący”.

 

Jednak wydaje mi się, że poruszając problem niezależności mediów, wolności słowa, nie wolno pominąć refleksji nad językiem, którym posługujemy się w życiu publicznym. W marcu 2019 r. ukazał się bardzo ważny list społeczny episkopatu pt. „O ład społeczny dla wspólnego dobra”. Biskupi wzywają w nim wszystkich uczestników życia publicznego do głębokiej refleksji nad językiem i do szacunku zarówno dla oponentów, jak i dla odbiorców. „Wzywamy wszystkich uczestników życia publicznego, zwłaszcza polityków, dziennikarzy, publicystów i użytkowników mediów społecznościowych, ale także zabierających głos w gronie rodzinnym, sąsiedzkim i współpracowników, do głębokiej refleksji nad językiem używanym w rozmowach o sprawach publicznych” – napisali biskupi.

 

„Odpowiedzialność za język debaty publicznej ponoszą zwłaszcza środki społecznego przekazu. Dociekliwość w dążeniu do prawdy, rzetelny i uczciwy opis złożonej rzeczywistości, pluralizm prezentowanych opinii, równy dystans do wszystkich opcji politycznych, rzeczowość unikająca zbędnych emocji, daleki od jednostronności oraz uproszczeń język – to istota medialnej posługi na rzecz dialogu i dobra wspólnego” – kontynuują biskupi. (Zob. dokument)

 

Na zakończenie warto przywołać słowa, które wypowiedział kiedyś Jan Paweł II: „Wolności nie można tylko posiadać, ale trzeba ją stale zdobywać, tworzyć. Może ona być użyta dobrze lub źle, na służbę dobra prawdziwego lub pozornego”.

 

Wydaje się, że musimy o tym pamiętać, kiedy myślimy o wolności i niezależności mediów.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

 

Więcej o raporcie

 

Potrafił rozmawiać – wspomnienie ŁUKASZA WARZECHY o ś.p. Andrzeju Godlewskim

W sobotę pożegnaliśmy Andrzeja Godlewskiego, dziennikarza. Tyle wystarczy – kto jest ciekaw, jak przebiegała bardzo bogata dziennikarska kariera zmarłego, bez trudu odszuka te informacje w internecie.

 

Kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie był pełny, Mszę Świętą koncelebrowało siedmiu księży. Prócz rodziny, przyjaciół i wiernych z parafii, w której Andrzej aktywnie działał, było też wielu dziennikarzy, m.in. Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Michał Karnowski, Tomasz Sianecki, Marcin Antosiewicz, Piotr Zaremba, Justyna Dobrosz-Oracz, Grzegorz Chlasta.

 

Na zdjęciu, ustawionym przed trumną, Andrzej był uśmiechnięty na swój charakterystyczny sposób. To fotografia, którą wstawił na profile w mediach społecznościowych. Jest wciąż na Twitterze i Facebooku.

 

Andrzej odszedł w wieku zaledwie 49 lat po kilkuletniej walce z wyjątkowo wredną i wyjątkowo rzadką odmianą nowotworu. Był aktywny niemal do samego końca. Jeszcze na kilka tygodni przed odejściem organizował debaty i spotkania, był gościem w mediach. Ostatni wpis na jego profilu na FB o kolejnej debacie jest z 15 maja. Andrzej zmarł 7 czerwca. Wiedział, że odchodzi. Miał w sobie tyle spokoju, że zdążył przygotować list pożegnalny, który odczytano podczas nabożeństwa żałobnego.

 

Spotkaliśmy się po raz ostatni przy okazji jakiejś dyskusji może ze dwa miesiące wcześniej. Po Andrzeju właściwie prawie nic nie było widać. Zawsze tak samo uśmiechnięty, tak samo miły, nie epatował swoimi problemami, obawami, cierpieniem. Wręcz przeciwnie – można by sądzić, że ma się przed sobą całkowicie szczęśliwego, spokojnego o przyszłość człowieka. Może zresztą tak było – Andrzeja uspokajała jego głęboka wiara. Gdyby ktoś nie wiedział, że toczy walkę o własne życie, nie podejrzewałby.

 

A kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? Nie jestem nawet w stanie dokładnie odtworzyć. To musiało być podczas jednego z wyjazdów studyjnych, w których wielu brałem udział na etapie przygotowania Polski do przystąpienia do UE. Czyli znaliśmy się ponad 15 lat. Nie była to wielka przyjaźń czy bardzo intensywna znajomość, ale mieliśmy ze sobą zawsze kontakt, nieustannie gdzieś na siebie wpadaliśmy. I widząc go, zawsze bardzo się cieszyłem. Był kolegą, którego niezmiennie witało się z wewnętrznym impulsem radości, że jest, że się go widzi, że można zamienić kilka słów.

 

Teraz wyjaśnię, dlaczego to wspomnienie umieszczam w cyklu felietonowym na portalu SDP. Otóż kiedy się poznaliśmy, nasza rzeczywistość medialna i polityczna wyglądały inaczej niż dzisiaj. Wtedy te cechy Andrzeja, na które wskazywało wiele osób, wspominając go ostatnio, nie kontrastowały aż tak mocno z tłem, bo tło było bardziej stonowane. Myślałem o nim po prostu: miły facet, może trochę zbyt miękki, zbyt wstrzemięźliwy.

 

Tymczasem na tle rzeczywistości medialnej i publicznej AD 2019 Andrzej jawił się już jako epigon. Był kimś niezwykłym.

 

Po pierwsze – wyróżniał się kompetencjami. Przy coraz większym dyletanctwie dzisiejszych dziennikarzy, Andrzej po prostu błyszczał w swojej tematyce, głównie niemieckiej (mówił znakomicie po niemiecku, ale to nic dziwnego, skoro studiował w Lipsku) i europejskiej. A przy tym nigdy nie był protekcjonalny. Jeżeli komuś zdarzyło się popełnić merytoryczny błąd, zwracał uwagę w tak delikatny i przychylny sposób, że można mu było być tylko wdzięcznym. Odejście Andrzeja to pod tym względem ogromna strata. Z polskiego dziennikarstwa zniknęła jedna z zaledwie kilku osób, tak świetnie orientujących się w sprawach niemieckich i europejskich. Jedna z niewielu, od których mogliby się uczyć młodzi dziennikarze.

 

Po drugie – i to jest nawet ważniejsze – Andrzej był człowiekiem – podkreślam: człowiekiem, nie tylko dziennikarzem – nadzwyczaj łagodnym, uprzejmym, delikatnym i niekonfrontacyjnym. To, co kiedyś wydawało mi się może nadmierną miękkością, w ostatnich latach stało się towarem deficytowym, dobrem rzadkim, czymś unikatowym i bardzo, bardzo cennym. To była zdolność do rozmowy – bez pokrzykiwania, bez złośliwości, bez śladu napastliwości – z tymi, z którymi Andrzej mógł się głęboko nie zgadzać. Andrzej miał swoje poglądy, niezbyt kompatybilne z linią obecnej władzy, ale umiał do nich spokojnie przekonywać. Nie było w nim drapieżności, tak dzisiaj cenionej u tych, których Robert Mazurek nazwał w niedawnym wywiadzie „gniazdowymi”. Andrzej ratował, ocalał, odtwarzał zdolność do polemiki z maksymalnym szacunkiem dla drugiej strony. To dzisiaj ekstremalnie rzadka cecha, gdy premiowana jest medialna agresja, zero-jedynkowość i poniewieranie przeciwnika (właśnie przeciwnika, a nie polemisty, bo każdy, kto się nie zgadza, jest traktowany jak wróg).

 

Andrzej był też człowiekiem głęboko wierzącym i zapewne to również wpływało na jego postawę wobec bliźnich.

 

Chciałbym, żeby ta część Andrzejowego charakteru i sposób, w jaki działał jako dziennikarz, jakoś w nas pozostała. Żebyśmy potraktowali ją jako testament odchodzącego (zdecydowanie zbyt wcześnie) kolegi, który jest już w innym, lepszym świecie.

 

Andrzeju, spoczywaj w pokoju. Będzie tu Ciebie bardzo brakowało.

 

Łukasz Warzecha

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TVP. To i owo o Wowo – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Włodzimierza Bielickiego

Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50., 60. – sam będąc chłopcem od podawania piłek tenisowych. A rzecz działa się na sopockim korcie. Niedużym, ale zabytkowym, o który walczą dziś zażarcie pazerni ludzie o chamskich obyczajach. Mieszkaliśmy tuż obok – Helska 2 – i codziennie wiele godzin spędzałem na korcie.

 

 

To była przystań, salon sopockiej elity, która przybyła tu – po wojnie – do pustych domów modnego – przed wojną –  kurortu. Z Wilna, Lwowa, Krakowa i Warszawy.

 

Sopot (a nie jak czasem słychać Sopoty) to było molo, Grand Hotel, pnąca się stromo ulica – wówczas Rokossowskiego, a dziś (od 1956 r.) Bohaterów Monte Cassino. Były piękne wille po bogatych gdańszczanach, wreszcie Opera Leśna i Łysa Góra – zimowy salon inteligencji jeżdżącej na nartach, z niewielką skocznią narciarską i torem saneczkowym na morenowych wzgórzach otaczających miasteczko (40-tysięczne – wtedy i dziś).

 

Niedaleko w Gdańsku  był słynny „Bim Bom” – zakładany miedzy innymi przez Wowa, „Czarny Kot”, „Żak” z Afanasjewem, Cybulskim, Kobielą, Federowiczem, Wojtychem.   „Teatr Wybrzeże” – z bardzo popularnymi młodymi aktorami Elżbietą Kępińską  i Władysławem Kowalskim, a także Zdzisławem Maklakiewiczem. Teatralną sceną wybrzeża dyrygowali – Iwo Gall, a potem Zygmunt Hubner żonaty z piękną aktorką Mirosławą Dubrawską. Gościnie Andrzej Wajda reżyserował „Kapelusz pełen deszczu” Arthura Millera, a w „Hamlecie” występował Edmund Fetting. W  pamiętnym „Do wiedzenia, do jutra” Janusza Morgensterna są sceny z Sopockiego kortu z bohaterem niniejszego wspomnienia Wowo Bielickim i Romanem Polańskim.  Wtedy też powstał kultowy film „Dwaj ludzie z szafą”, w którym można dostrzec młodego Mariusza Dmochowskiego.

 

Gdynia była marynarska i rybacka. Gdańsk  z wielkim nakładem odbudowany przez cały kraj, z bardzo ważnym dla Polski przemysłem stoczniowym. Wreszcie Sopot – artystyczny, z małym rybackim porcikiem na południe od przepięknego mola, którego architektura została obecnie zakłócona przez dobudowanie mariny dla milionerów (postój nawet dla małych jachcików jest tam bardzo drogi).

 

W takim anturażu studiował młody artysta, przebojowy, o niespożytej energii.  Przybył do Sopotu ze stolicy. Bo Wowo to rodowity Warszawiak urodzony w 1932 roku. Jego krewni w ciągu ubiegłych wieków w Warszawie mieli nie tylko pojedyncze kamienice, ale np. na ulicy Miodowej kilkanaście domów w szeregu.

 

   Wowo Bielicki urodził się w Śródmieściu, w domu na Krakowskim Przedmieściu niedaleko pomnika Kopernika.  Tam też chodził do szkół. I co tu ukrywać  – miał opinię Casanovy.

 

Jednak wyjechał do Sopotu, gdzie studiował i skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Odpłacił się za te studia sowicie – zostawił po sobie ogromną ilość prac i dokonań. Przez całe życie wymyślał, projektował i realizował setki scenografii. Małych, średnich, w teatrze, operze, a także w telewizji. Reżyserował też i prowadził od strony artystycznej masowe imprezy na stadionach i placach. Wowo był tytanem pracy. Cieszył się nią, a rezultatami cieszył ludzi.

 

To co teraz piszę ma być cyklem o ludziach telewizji  których znałem. Wracam więc  do zdania pierwszego – Wowo wyróżniał się wszystkim.

 

Gdy nastał prezes Maciej Szczepański, którego – na wyrost – nazywano nawet „krwawym Maciejem”, Wowo potrafił się postawić na publicznym zebraniu.  – Kto Pan jest? – zapytał groźnie Prezes. Wowo grzecznie objaśnił, że jest głównym reżyserem telewizji  i być może przestałby nim być , gdyby nie ujęli się za nim redaktorzy potrzebni wówczas Szczepańskiemu.

 

   Wowo był osobowością. Gdy powstawał nowy projekt działu publicystyki, konsultowano się z nim nie tylko w sprawach scenograficznych, reżyserskich, ale także dotyczących wyboru tematów. Był  życzliwy, bez zazdrości zawodowej. A to rzadkie wśród ludzi sztuki. Może dlatego, że był multiinstrumentalistą – reżyserem, realizatorem, redaktorem, a często również autorem.

 

Potrafił sobie zjednywać ludzi. Ci którzy z nim współpracowali nie tylko sowicie korzystali ze wspaniałej wyobraźni artysty, ale w sposób widoczny bardzo się rozwijali pod wpływem człowieka, który miał niespożytą energię i zapał, zawsze wierzył, że wszystko się uda.

 

 

Fot. Joanna Bielicka

Miał też odwagę. Wówczas nie kupowano gotowych formatów, a wymyślano programy od początku do końca. Takie podejście niezbędne jest przy wielkich transmisjach i imprezach plenerowych. Trzeba mieć wówczas wyobraźnię antycypującą jak zachowają się  tłumy widzów. Imprezy masowe są w części improwizowane, ale jednak powinny być kontrolowane przez tworzącego widowisko. Takie były „Wieloboje Gwiazd”, parasportowe programy na żywo, na największych arenach kraju. Wymyślił je Janusz Wieczorek, aprobował Mariusz Walter, reżyserował Wowo. Bezbłędnie do prowadzenia wybrali Jana Ciszewskiego Tomasza Hopfera. A potem na trybunach stadionów zasiadało po kilkanaście tysięcy ludzi, a przed telewizorami kilkaset razy więcej. Programy biły rekordy popularności. Wieloboje gwiazd można by dziś reaktywować. Wtedy w charakterze zawodników brali udział wyłącznie polscy mistrzowie olimpijscy, mistrzowie świata i Europy.

 

Dziś mistrzów sportu nam nie brakuje, a może być ich jeszcze więcej jeśli najzdolniejszych umiejętnie będzie się promować. Iluż to mamy wybitnych narciarzy, kolarzy i lekkoatletów. Nie tylko piłkarzy mamy. Gorzej ze sprawozdawcami. Jeden Przemysław Babiarz nie da rady.

 

   Wowo – to i owo, a wiec jeszcze trochę ciekawostek. Miał reżyser konia wyścigowego na spółkę z aktorem-gwiazdorem Ignacym Gogolewskim. Trzymali go w stajni w Jabłonnej, po której dawno już ślad zaginął. Wowo był także międzynarodowym sędzią tenisowym, bardzo zresztą łagodnym i przymykającym oko na auty. Maszyn do kontroli nie było.

 

   Wowo Bielicki był jednak przede wszystkim artystą-malarzem i scenografem, a także reżyserem. Bywało, że dyrektorował – między innymi teatrem w Wałbrzychu, mieszkając w przepięknym zamku w Książu.

 

   Wowo był skarbnicą wiedzy o sztuce, a także o artystach. Znał ich w końcu osobiście i to przez całe lata. Docenił go Krzysztof Skowroński, twórca i właściciel Radia Wnet. Wowo miał tu stałą audycję, w której opowiadał barwnie i życzliwie o ludziach kultury, a także o wielu ciekawych znajomych.

 

Ludzie sztuki są szybko zapominani. Owszem, wywołują wzruszenie, uśmiech i oklaski. Ale  to wszystko, jest bardzo ulotne i szybko zapominane.

 

Kochajmy artystów. I płaćmy o wiele więcej niż obecnie jest to stosowane. Większość z nich nie opływa w luksusy. Nie jest też prawdą – jak gadają zazdrośnicy – że artysta jeśli chce być  lepszym, musi być głodnym. Częściej wegetowanie kończy się bowiem smutno. Potem mówi się łzawo i wspomina rzewnie, ale to już artysty nie przywróci.

 

Jeszcze jedno. Wysyłamy na ostatnia wachtę artystów do różnych domów niby pogodnej starości. Gdzieś poza miasto. Gdzie daleko jest do teatrów i sal koncertowych. I tak nie powinno być. Wielu spośród starszych może przecież nadal chodzić na spacery, być wśród znajomych, a nie być zamkniętych w czterech ścianach. Może tak jest wygodniej dla „opiekunów”.

 

   Wowo miał rodzinę, kochająca żonę, dwóch synów. Szkoda jednak, że nie poszedł w ślady Ludwika Solskiego. Owszem, żył szybko i ciekawie. Zmarł 24 października 2012 roku. Miał 80 lat.

 

Stefan Truszczyński

 

Reporter potrzebny od zaraz – TOMASZ NIEŚPIAŁ analizuje dziennikarski rynek pracy

Dziennikarzom bezrobocie raczej nie grozi. Ale pracodawcę, który zapewniałby stabilne warunki zatrudnienia i dobrą pensję nie jest łatwo znaleźć.

 

Polska Agencja Prasowa szuka redaktora nocnego. Jak wynika z ogłoszenia zamieszczonego na portalu Pracuj.pl do jego obowiązków należeć będzie przygotowywanie depesz opisujących najważniejsze wydarzenia z kraju i ze świata podczas nocnej zmiany. Szanse na pracę mają osoby bardzo dobrze znające język angielski i jeszcze jeden język obcy: niemiecki, francuski, hiszpański lub rosyjski. Atutem jest doświadczenie w dziennikarstwie informacyjnym. Na etat nie ma jednak co liczyć. Przewidywana forma współpracy to umowa o dzieło.

 

Na tym samym portalu widnieje ogłoszenie zamieszczone przez Powiatowy Urząd Pracy w Pszczynie na Śląsku. Poszukiwana jest osoba do 30. roku życia, która będzie pracowała w portalu pszczynska.pl. Pensja? Od 2250 zł brutto.

 

Daj mi dziennikarza, znajdę mu zajęcie

 

Dziennikarzy nieustannie szuka działające na Lubelszczyźnie Wydawnictwo Wspólnota Mateusza Orzechowskiego. W ramach grupy ukazuje się dziewięć tygodników lokalnych, a dodatkowo wydawca regularnie poszerza swoje portfolio o internetowe serwisy informacyjne.

 

   – Rotacja w naszej firmie jest naturalna. Jest to związane z przejmowaniem kolejnych tytułów i odchodzeniem ludzi do innych zawodów – mówi Dariusz Jędryszka, dyrektor programowy Wydawnictwa Wspólnota. – Dlatego wyznajemy zasadę: daj mi dziennikarza, a ja znajdę mu zajęcie. Jeśli ktoś jest dobry i chce pracować, to znajdziemy mu taki zakres obowiązków, by go w pełni wykorzystać. Zarówno w jednym z naszych lokalnych tytułów jak i w charakterze pracy zdalnej.

 

Otwarta głowa i język polski

 

Jeszcze niedawno redaktora szukał portal Wpolityce.pl. Natomiast należący do tego samego wydawcy portal wGospodarce.pl ogłaszał się z związku z poszukiwaniem dziennikarzy zainteresowanych gospodarką i umiejących się posługiwać językiem polskim. „Szukamy przede wszystkim osób z otwartą głową, ciekawych świata, gotowych poświęcić czas w pracy z ambitnym zespołem dziennikarskim w zamian za przyzwoitą płacę” – zachęcano w ogłoszeniu.

 

Dziennikarza w Miastku na Pomorzu szuka Polska Press Grupa. Wymagania? Minimum rok doświadczenia na stanowisku reportera, wykształcenie wyższe, dyspozycyjność, prawo jazdy. Co w zamian? Możliwość rozwoju zawodowego, zdobycie doświadczenia pracy w mediach, twórczą atmosferę w pracy i umowa o pracę.

 

Jak przyznaje Dariusz Jędryszka, w powiatowych miasteczkach trudno znaleźć dziennikarzy. – Zwykle więc trzeba ich ściągać z większych miast lub uczyć młodzież, co bywa długotrwałym procesem – wyjaśnia Jędryszka.

 

Na przestrzeni ostatnich lat tygodniki działające w ramach Wydawnictwa Wspólnota współpracowały z dziennikarzami, którzy odchodzili z mediów o charakterze regionalnym, np. „Dziennika Wschodniego”, czy Radia Lublin. – Szczególnie wartościowi są lokalni korespondenci takich mediów. Mają doświadczenie i solidny dziennikarski warsztat, a jednocześnie znają lokalną społeczność i jej problemy – przyznaje Dariusz Jędryszka, który przed przejściem do Wspólnoty, przez wiele lat był dziennikarzem „Dziennika Wschodniego”.

 

Dziennikarz w sieci

 

Marcin Superczyński, wieloletni dziennikarz radiowy, który dziś wykłada dziennikarstwo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, przekonuje, że ludzie, którzy zaczynają studia dziennikarskie mają zwykle mgliste pojęcie o tym, jak naprawdę wygląda ten zawód. – Dlatego ucząc studentów dziennikarstwa staramy się to robić wielokierunkowo. Tłumaczymy, że warsztat jest ważny, ale też wiele zależy od ich mobilności i posiadania szerszych kompetencji, bo jako praktycy dobrze wiemy jak ten rynek wygląda: czasem trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością – mówi Marcin Superczyński.

 

Doskonale to wie Jarosław Kałucki, były wrocławski korespondent „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem ilość pojawiających się ogłoszeń dotyczących pracy dla dziennikarzy, nie przekłada się na ich jakość. – Często te ogłoszenia skierowane są do copywriterów, a nie dziennikarzy. Cześć mediów, głównie portali internetowych, tak naprawdę poszukuje mediaworkerów, którzy będą dostarczać treści, a nie artykuły dziennikarskie. Serwisy typu wPolityce.pl, czy NaTemat.pl nie zdobywają własnych newsów tyko opisują i komentują cudze. Czy to jest dziennikarstwo? Moim zdaniem nie – ocenia Jarosław Kałucki.

 

Wracamy do ogłoszeń. Oferty z początku czerwca dotyczą też m.in. poszukiwań redaktora serwisu Kobieta.pl, czy redaktora online w Antyradio.pl.

 

Dziesiątki anonsów skierowanych do dziennikarzy znaleźć można na portalu sdp.pl. Ogłaszają się redakcje ogólnopolskie i lokalne, różnego rodzaju wydawnictwa i firmy poszukujące osób z tzw. „lekkim piórem”.

 

Z kolei w dziale „oferty pracy” w portalu Wirtualnemedia.pl pośród setek ogłoszeń, kilkadziesiąt dotyczy pracy na stanowisku dziennikarza. Szukają m.in. TVN, Polsat i same Wirtualnemedia.pl.

 

Czym się kieruje redakcja podczas rekrutacji? Jakiego rodzaju kompetencje cenią u dziennikarzy najbardziej i czy kandydatom, którzy się zgłaszają do pracy w portalu trudno sprostać oczekiwaniom redakcji? – takie pytania zadaliśmy w e-mailu do Marcina Szumichory, dyrektora zarządzającego i redaktora naczelnego Wirtualnemedia.pl. Do czasu publikacji tego tekstu, nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi. Bez odzewu pozostały także nasze e-maile, w których pytaliśmy o sposoby rekrutacji dziennikarzy skierowane do innych ogólnopolskich redakcji, m.in. „Rzeczpospolitej”, „Wprost” czy „Dziennika Gazety Prawnej”.

 

Według Jarosława Kałuckiego kluczowa w ogłoszeniach jest rzeczywista oferta redakcji. – Na jaką pensję mogą liczyć dziennikarze? Czy jest to etat, czy umowa śmieciowa? Jeśli etat, to co się za nim kryje? – wylicza Jarosław Kałucki. – Realia są takie, że redakcje chętnie wpuszczą autora na swoje łamy, ale pod warunkiem, że to on sam sobie zapłaci ZUS, pokryje koszty związane z przygotowaniem artykułu, a w razie problemów prawnych weźmie na siebie całą odpowiedzialność – zauważa były korespondent „Rzeczpospolitej”.

 

I dodaje: – Nawet jeśli znajdzie się redakcja skłonna zapłacić kilkaset złotych za obszerny i pracochłonny artykuł, to pozostaje pytanie: ile naprawdę dobrych tekstów w miesiącu jest w stanie napisać taki wolny strzelec? Cztery może pięć, pewnie nie więcej. Jeśli znajdzie się w ogóle redakcja zainteresowana kupnem artykułów, to po odliczeniu kosztów, trudno mówić o godnych zarobkach.

 

Dziennikarskie pensje i wysokość honorarium autorskiego to oddzielny temat. Opisywaliśmy go na portalu sdp.pl w tekście „Siódme przykazanie. Jak zarabiają freelancerzy”.

 

   Z analizy portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że mediana na stanowisku dziennikarza w Polsce wynosi 4060 zł brutto. To oznacza, że co drugi dziennikarz otrzymuje pensję od 3010 do 5 300 zł miesięcznie. 25 procent dziennikarzy zarabia poniżej 3 tys. zł, a na zarobki powyżej 5 300 zł brutto miesięcznie może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych dziennikarzy.

 

   Jarosław Kałucki przypomina jednak, że różnice między stawkami warszawskimi a tymi oferowanymi w regionalnych i lokalnych redakcjach są duże. Nie zmienia się jednak to, że niezależnie od miejsca pracy, honoraria od lat spadają.

 

Według Kałuckiego kluczowy moment, który rzutuje na obecną sytuację ekonomiczną wielu dziennikarzy to koniec lat 90. – Redakcje wyszły z założenia, że bardziej opłacalne będzie zaangażowanie studentów, praktykantów i stażystów, których teksty ostatecznie zredagują redaktorzy. Ruszyła lawina, która szybko zepsuła rynek – uważa Jarosław Kałucki.

 

Zmiany jakie zachodzą w mediach w ostatnich latach mogą być jednak dla wielu osób szansą na pracę, czy rozwój zawodowy i finansowy w tej branży. – To już nie jest ten sztywny podział na prasę, radio i telewizję. Internet i media społecznościowe, które są dziś nieodłącznym elementem pracy dziennikarza sprawiły, że każdy może sobie znaleźć swoje miejsce w mediach – przekonuje Marcin Superczyński. Jego zdaniem szczególnie przed młodymi ludźmi pojawia się szansa na sukces, bo oni dobrze się w tym orientują. – Media społecznościowe i nowe technologie, bez których współczesne dziennikarstwo nie istnieje, to dla nich naturalne środowisko. Oni wiedzą na czym polega praca na zapleczu Internetu, potrafią tworzyć treści pod kątem wyszukiwarek internetowych – analizuje wykładowca dziennikarstwa na KUL.

 

Nasi rozmówcy podkreślają też, że choć na dziennikarskim rynku bywa różnie, to medialne doświadczenie przyda się niemal w każdym zawodzie. – Dziennikarstwo nie zamyka drogi do kariery w innych dziedzinach. Przecież redagowanie tekstów, czy umiejętność występowania przed mikrofonem lub kamerą, to kompetencje uniwersalne, mogą się przydać niezależnie od tego, jaki zawód się wykonuje – przekonuje Marcin Superczyński.

 

Tomasz Nieśpiał

 

Dziennikarze strajkują po cichu – uważa ANNA RACINIEWSKA

Kolejne grupy zawodowe strajkują. Głośno, agresywnie, politycznie. Żądają podwyżek, lepszych warunków pracy, szacunku i docenienia ich wysiłku. Straszą odejściem z zawodu, bo zarabiają mniej niż „na kasie w Biedronce”. Cichy strajk dziennikarzy odbywa się niezauważalnie – o ironio – również dla mediów. Bez pikiet, bez transparentów, bez brania zakładników: tradycyjne podejście do zawodu dziennikarza odchodzi do lamusa.

 

Wbrew pozorom dziennikarstwa nie wykończyła rewolucja cyfrowa. Papierowe wydania są nadal czytane, a widzowie pozostali wierni telewizji. Co więc sprawia, że wydawcy mają kłopoty z pozyskaniem  pracowników do redakcji, a jednocześnie  doświadczeni dziennikarze szukają pracy bezskutecznie?

 

Pierwsze co przychodzi mi na myśl, to nasza cicha zgoda na złe traktowanie, która w końcu wzbudziła bunt. Śledząc strajk nauczycieli,  dla których zatrudnienie na umowę o pracę jest czymś oczywistym, uzmysłowiłam sobie, że etat dziennikarski to oksymoron. Oszczędzanie na kosztach zatrudnienia stało się w naszej branży normą. Mało tego: opakowane w ozdobny papier „freelancerki” – wydawało się atrakcyjne. Na tyle, że przyzwyczailiśmy naszych pracodawców do śmieciowych umów, w zamian deklarując pełnoetatową dyspozycyjność. A często także podejmując się zobowiązań do wieczornych, weekendowych i świątecznych dyżurów czy delegacji bez nadgodzin. Wszystko to na „wierszówce”.  I chyba mamy tego dość. Na dzisiejszym rynku to pracodawcy poszukują i chcą wiązać pracownika ze sobą. Najwyraźniej to jeszcze nie dotarło do wydawców…

 

Z pewnością jednak wydawcy umieją liczyć. Mamy wśród nas gwiazdy dziennikarstwa, których zarobki przyprawiają o zawrót głowy. Tak wygląda biznes: lokomotywa musi być doceniona finansowo, a oszczędności trzeba szukać gdzie indziej. Czyli w całej reszcie redakcji. Banalne strajkowe porównanie do zarobków w dyskontach ilustruje sytuację sporej grupy polskich dziennikarzy. Wydawcy rekrutują nieskutecznie, gdyż pomiędzy wymaganiami stawianymi kandydatom a oferowaną płacą jest wielka przepaść. Ostatecznie pracodawca woli zatrudnić studenta czy świeżo upieczonego absolwenta, który jeszcze bez kredytu i dzieci ma mniejsze wymagania finansowe, za to chętnie wpisze w CV rozpoznawalny tytuł. Tymczasem doświadczony dziennikarz, któremu przebrała się miarka, z rezygnacją  i  żalem przejdzie do PR-u. Nie bez przyczyny większość ogłoszeń pracy „w mediach” dotyczy stanowisk copywriterów – agencje wiedzą, gdzie rekrutować…

 

No właśnie – i w ten sposób dochodzimy to najbardziej wstydliwego aspektu naszego zawodu. Czyż większość naszej pracy nie jest de facto pisaniem na zamówienie?  Realizujemy linię polityczną i wytyczne układów biznesowych redakcji.  Nie sposób dziś pisać, aby nie zostać „przypisanym”. Ale tego oczekuje przecież nasz czytelnik w naszym spolaryzowanym świecie. I tak naprawdę już ani odbiorcy, ani sami dziennikarze nie zwracają uwagi na zatartą granicę pomiędzy rzeczywistością a jej kreowaniem. I nie chodzi tu nawet o fakenewsy, tylko o żonglerkę faktami i opiniami. Odejście do „legalnego” PR-u wydaje się w tym przypadku uczciwym rozwiązaniem…

 

Ciężko wytrwać w naszym zawodzie. Jednak dziennikarzem nigdy się być nie  przestaje. Nawet „bez wierszówki”, bez szerokiego grona odbiorców „gazet reklamowych” i widoku na zmianę.

 

Anna Raciniewska

 

 

Kto ma wolność prasy – felieton JAROSŁAWA WARZECHY

Zdarzyło mi się w przeszłości być wykładowcą dziennikarstwa na trzech wyższych uczelniach. W każdej z nich – i z każdym kolejnym rocznikiem, który przechodził przez moje ręce -przeprowadzałem ten sam eksperyment. Gdy po dwóch miesiącach studenci już się ze mną oswoili, gdy stali się odważniejsi w dyskusji, i gdy ja także zorientowałem się kogo na co stać, rzucałem na żer temat marzenie: co to jest wolność prasy, czy szerzej wolność mediów.

 

Jeszcze dziś czuję przebiegający przez salę ten dreszcz podniecenia – nareszcie teraz powiemy co my o tym wszystkim myślimy. I płynął potok różnych pomysłów sprowadzających się w sumie do jednego – dziennikarz to jest ktoś, kto może pisać, mówić to, co chce, albo subtelniej, co uważa za słuszne, i nikt nie może mu zmieniać niczego z tego, co on napisał czy powiedział, bo to jest cenzura, a cenzury to już nie ma i nie będzie (jak pieniędzy). Tak to wyglądało, by nie wdawać się w bardzo interesujące szczegóły na temat sposobów karania tych, co by chcieli inaczej.

 

Po mniej więcej dwudziestu minutach temperatura dyskusji opadała i wtedy ja się do niej włączałem: Laureat nagrody Pulitzera, wieloletni dziennikarz tygodnika The New Yorker,  Abbott Joseph Liebling, na pytanie, co to jest wolność prasy odpowiedział – „Wolność prasy zapewniona jest tylko tym, którzy prasę posiadają”.

 

I to był początek dyskusji o istocie zawodu dziennikarza. Kim jest w rzeczywistości dziennikarz w wielkiej medialnej machinie, jak powinien czy jak może się bronić przed zmieleniem przez bezwzględne medialne mechanizmy, i na czym faktycznie polega wolność dziennikarza w mediach, które są jakie są i nigdy nie były ani nie będą inne. Bo sąd Lieblinga na temat wolności prasy wypowiedziany przez niego na początku lat sześćdziesiątych jest i będzie aktualny.

 

Po co było to wszystko? Funkcjonuje bowiem w naszym zawodzie romantyczna wizja dziennikarza. Dzisiaj możliwa do spełnienia w Internecie, przy stosunkowo niewielkich nakładach. Gdy jednak młody adept zawodu decyduje się wejść w świat dużej medialnej machiny dobrze, by wiedział na co się decyduje i jak się bronić, gdy będzie chciał zachować twarz, także przed sobą. Gdy będzie chciał mieć i zachować własne poglądy. Bo to wszystko kosztuje. Czasami dużo.

 

Funkcjonują w zawodzie dziennikarza także mity szkodliwe, kłamliwe. Nie tylko ja słyszałem deklaracje, że ktoś jest dziennikarzem obiektywnym, bo nie ma poglądów albo zostawia je przed wejściem do redakcji. Publicysta, który deklaruje, że nie ma poglądów albo kłamie, albo jest idiotą. Publicysta bez poglądów to przecież sprzeczność sama w sobie.

 

To tylko wycinek z wielkiego tematu o rzeczywistej kondycji nie polskiego dziennikarstwa, ale polskiego dziennikarza. Po 1990 roku nie było nigdy właśnie takiej rzetelnej dyskusji, która pociągnęłaby za sobą postulaty prawnych rozwiązań, choćby co do niesławnego artykułu 212 paragraf 2. Może czas najwyższy ją zacząć?

 

Jarosław Warzecha

 

Polski proces przeciw Facebookowi w globalnym kontekście – analizuje MIROSŁAW USIDUS

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych.

 

Maciej Świrski, który pozwał Facebooka do sądu, zarzucając mu dyskryminację i cenzurę prewencyjną, poinformował na Twitterze, że przedstawiciele błękitnej platformy podczas pierwszej rozprawy, 5 czerwca próbowali wyłączyć jawność postępowania. Sąd na szczęście się na to nie zgodził. Mamy więc szansę poznać fejsową argumentację, która, według relacji samego pana Macieja, brzmi przedziwnie.

 

W jednym z argumentów procesowych przedstawiciele koncernu twierdzą np., że Świrski nie może reprezentować społeczności Facebooka. Sam, jako członek tej społeczności, zapewniam, że może, choćby mnie, a pewnie nie tylko mnie. Dołączam się i solidaryzuję z panem Świrskim. Ile tysięcy użytkowników, tak jak ja, ma poprzeć sprawę tego pana, żeby „twarzoksięga” przyznała, że jednak reprezentuje społeczność?

 

Przy czym nie chodzi tylko o szczegółową treść i znaczenie skarg pana Macieja. W interesie znacznie większej społeczności, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Trzeba też od razu wyjaśnić, że Maciej Świrski nie pozywa fejsa w imieniu Reduty Dobrego Imienia, z którą jest związany. Pozwał portal z powództwa prywatnego w 2016 roku, po Marszu Niepodległości. Jego skarga dotyczy znikania z Facebooka przed 11 listopada stron i profili niektórych osób i instytucji m.in. organizujących marsz. Pozew cytuje również przykłady cenzury, z którymi zetknęły się różne znane osobistości życia publicznego, związane z szeroko rozumianą prawicą.

 

Czy sąd sprosta?

 

Przypominam, że pisałem o tym problemie na portalu SDP wielokrotnie. Komentowałem na przykład w grudniu ubiegłego roku umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych. Może tak  się stać, ale nie musi. Nie mam niestety pewności, czy sąd sprosta tej sprawie merytorycznie, czy poradzi sobie z technicznymi kwestiami związanymi z funkcjonowaniem serwisów internetowych, w szczególności społecznościówek. O tym też wspominałem niedawno, pisząc o pomyśle na „internetowe sądy pokoju”. Obawiam się niestety, że z powodu trudności z ogarnięciem „technikaliów” sąd podejmie ostatecznie decyzję, którą nazwijmy „chowaniem głowy w piasek”, unikając ustanawiania ważnego precedensu z lęku przed błędami, co się już w przypadku spraw dotyczących internetu zdarzało.

 

Jednak już sam proces wytoczony Facebookowi jest czymś ważnym, jeśli nie przełomowym. I nawet jeśli wyrok nie zadowoli zwolenników wolności i wyższości przepisów prawa nad cenzorską samowolą administracji serwisu społecznościowego, to sam fakt, iż sprawę rozstrzyga sąd jest krokiem naprzód. Argumentacja, że Facebook jest prywatnym, a nie publicznym serwisem i zasadniczo na wolnym rynku może sobie ustanawiać takie zasady moderacji treści i polityki wobec użytkowników, jakie tylko chce, jest konfrontowana z ogólniejszymi zasadami demokracji – wolności informacji, debaty i wymiany. I na tę płaszczyznę powinniśmy przenosić ten spór, nie odpuszczając serwisowi Zuckerberga spraw fundamentalnych.

 

Lewica: cenzura to bzdura, ale potrzeba więcej cenzury

 

Jak pisałem też niedawno, nikt nie wybrał w demokratycznych wyborach Zuckerberga, szefów Twittera, Apple’a czy Bezosa. Nie ma więc żadnego powodu, aby wolno im było wobec obywatela więcej, niż wolno przedstawicielom i organom państwa. Wspominałem o coraz potężniejszych monopolach spółek technologicznych, które nie tylko niszczą branżę medialną ale kontrolują coraz więcej danych o każdym z nas, same nie podlegając prawie żadnej kontroli. To co zapowiadałem w tekście z 23 kwietnia, czyli akcja prawna przeciw monopolitom tzw. Big Tech, staje się obecnie ciałem za oceanem.

 

Batalia z potentatami występującymi czasem jako skrót GAFA (Google Amazon Facebook Apple) albo też w amerykańskim nazewnictwie „Big Tech”, ma dwa aspekty. Jeden to stosowane przez społecznościówki, ale również przez Google i Apple praktyk cenzury politycznej o dość dobrze widocznym i jednostronnie lewicowym obliczu. Drugi rozgrywa się na płaszczyźnie prawa antytrustowego i kwestii praw konsumenckich.

 

W maju Biały Dom poprosił Amerykanów, by podzielili się swoimi osobistymi historiami na temat cenzury politycznej i uprzedzeń, z jakimi zetknęli się w mediach społecznościowych. Powstało internetowe narzędzie do monitorowania cenzury praktykowanej przez Big Tech. Podawany w połowie maja adres strony – www.whitehouse.gov/techbias – na którą doświadczeni przez facebookowy, youtubowy, twitterowy i google’owy zamordyzm mieli zgłaszać swoje sprawy, w tej chwili prowadzi na pusta stronę. Na razie nie wiem, dlaczego.

 

Oczywiście przedstawiciele mediów lewicowych (w amerykańskim nazewnictwie „liberalnych”) uważają, że antykonserwatywnej i antyprawicowej cenzury w społecznościówkach nie ma w ogóle. Jednocześnie przedstawiciele tych mediów raz po raz nawołują do zaostrzenia cenzury na tych platformach. Ostatnie szeroko komentowane przykłady to Oliver Darcy z CNN wzywający Twittera do zbanowania oficjalnego konta prezydenta Donalda Trumpa czy Joe Bernstein z Buzzfeeda żądający od YouTube stosowania cenzury wobec satyrycznego kanału wideo prowadzonego przez 14-letnią dziewczynkę o pseudonimie Soph, bo w jednym z filmów przebrała się w hidżab.

 

Przedstawiciele lewicy nie widzą sprzeczności logicznej pomiędzy zaprzeczaniem istnienia cenzury a wzywaniem do ostrzejszego cenzurowania treści. Możemy się na to tylko uśmiechnąć. Jeszcze bardziej uśmiechamy się, gdy fakt cenzury potwierdza przedstawiciel uprzywilejowanej w społecznościówkach formacji. Kilka tygodni temu parlamentarzystka Partii Demokratycznej i kandydatka do urzędu prezydenta, Tulsi Gabbard wyraziła sprzeciw wobec cenzury praktykowanej wobec użytkowników Facebooka.

 

„Musimy być gotowi walczyć o prawo wszystkich Amerykanów do wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy” – pisała pani Gabbard w jednym ze swoich tweetów. – „Musimy zachęcać do nieskrępowanej dyskusji na tematy publiczne i zjednoczyć się, aby powstrzymać Facebooka i innych przed próbami cenzury/dławienia/wpływu w debacie publicznej”.

 

Republikanie mogą więc nie tylko liczyć na niektórych przynajmniej Demokratów w postępowaniu antytrustowym przeciwko Big Tech, ale również w walce z politycznymi praktykami cenzorskimi na platformach, które niektórzy eksperci i komentatorzy oceniają jako bardzo poważne zagrożenia dla demokracji i państwa prawa. Mnożą się przykłady ofiar dyskryminacji i prześladowania ze strony cyfrowych potentatów.

 

Należy do nich były kandydat na prezydenta Herman Cain, obecnie zaangażowany w Koalicji na rzecz Standardów dla Mediów Cyfrowych i IT. Cain twierdzi, że cenzura nałożona na niego przez Big Tech spowodowała spadek liczby jego zwolenników, a także zablokowała mu dostęp do internetu. A to już jest wpływanie przez platformy technologiczne na wynik wyborów. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nasilające się działania administracji i Republikanów wobec GAFA wynikają z obaw, że platformy te będą wpływały na wyniki wyborów lub próbowały to robić w przyszłym roku, podczas kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku.

 

Inna historia, barwna i niejednoznaczna, to Laura Loomer, aktywistka, „dziennikarka śledcza”, która zasłynęła bardzo niewygodnymi dla Hillary Clinton pytaniami. Nie jest to postać, której można stuprocentowo zaufać. Wielu uważa ją za krzewicielkę bezpodstawnych teorii spiskowych. Twierdzi jednak, że została usunięta z szerokiej gamy platform internetowych, w tym Facebooka, Twittera, PayPala, a nawet Ubera. Jeśli to prawda, to paradoksalnie wiarygodność pani Loomer rośnie, zaś Big Tech wygląda coraz mniej ciekawie. No bo, jeśli to zwykła wariatka i mitomanka, to dlaczego potęgi internetowe ją tak zaciekle i gremialnie zwalczają? Czy chodzi o te pytania do pani Clinton, czy może o to, że udało jej się nagłośnić cenzorskie praktyki Big Tech?

 

Standardy dobrostanu do weryfikacji

 

Drugim nurtem wielkiej batalii z branżą technologiczną są podjęte właśnie kroki administracyjno-prawne przeciw monopolistycznej pozycji Google i innych w Stanach Zjednoczonych. Departament Sprawiedliwości i Federalna Komisji Handlu rozpoczynają przegląd obszarów potencjalnej dominacji największych firm z Doliny Krzemowej.  Jak poinformował „Wall Street Journal”, Departament Sprawiedliwości sonduje obecnie Google, pozostawiając FTC sprawdzenie praktyk Amazona i Facebooka w zakresie uczciwej konkurencji. Niezależnie od tych kroków, House Judiciary Committee ogłosił własne dochodzenie w sprawie stanu „konkurencji na rynkach cyfrowych”, podkreślając swoje zaniepokojenie faktem, że „niewielka liczba dominujących, nieuregulowanych platform ma nadzwyczajną władzę nad handlem, komunikacją i informacją w sieci”.

 

Wojna z Big Tech nie będzie jednak prosta. Zgodnie z większością interpretacji prawnych, rząd amerykański będzie musiał wykazać, że firmy technologiczne nadużyły swojej pozycji monopolisty i zaszkodziły konsumentom. To trudne zadanie w odniesieniu do Google i Facebook, które oferują większość usług za darmo. „Postrzegam te działania jako robienie szumu i wyraz furii, nic w praktyce nie oznaczające” – skomentował akcję administracji USA na łamach „WSJ” Larry Downes z Uniwersytetu Georgetown. Jego zdaniem, jest mało prawdopodobne, aby można było wykazać, że firmy technologiczne naruszyły „standardy dobrostanu konsumentów”.

 

Jednak wzrost potęgi GAFA skłania do ponownego przemyślenia tych standardów. Tak uważa np. Maurice Stucke, były prawnik Wydziału Sprawiedliwości teraz na wydziale prawa na Uniwersytecie Tennessee. W jego ocenie, że chodzi o skupianie się na cenach usług, lecz na odpowiedzi na pytanie, czy firmy technologiczne tłumią konkurencję. Jak dodaje, europejskie działania antymonopolowe przeciwko Google stworzyły „mapę drogową” dla urzędników amerykańskich, która może pomóc im zmierzyć się z gigantem. „Wszystkie obszary naruszeń, które zidentyfikowali Europejczycy, mogłyby zostać wykorzystane przez Stany Zjednoczone” – wyjaśnia.

 

Niedawno Google został ukarany w Europie grzywną 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji na rynku reklamy. Zdaniem ekspertów, przy przychodach tej firmy to niewiele znaczy. Jednak podobny cios i zakazanie tego rodzaju praktyk w USA, mogą okazać się dla wyszukiwarkowego potentata bardziej bolesne, bo tam właśnie są jego korzenie.

 

Stucke zauważył, że amerykańskie organy ochrony konkurencji mają przewagę nad swoimi odpowiednikami w UE, ponieważ mogą wymagać „strukturalnych” środków zaradczych lub nawet podzielenia firm, które zdominowały rynek, jak to miało miejsce w latach 80. z monopolem telekomunikacyjnym AT&T a także w pierwotnym orzeczeniu przeciwko Microsoftowi, które zostało potem uchylone w wyniku odwołania.

 

Nie tylko prawica

 

Wprawdzie PR spółek technologicznych kieruje uwagę na polityczny charakter postępowania antymonopolowego i kontekst przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Jednak trudno zaprzeczyć, że  krytyka monopolitycznych praktyk Big Tech ma charakter ponadpartyjny. Już w marcu demokratyczna kandydatka na prezydenta Elizabeth Warren wezwała do rozbicia monopoli technologicznych. I nie jest to jedyna przedstawicielka amerykańskiej lewicy, która się za tym opowiada.

 

Demokraci w amerykańskiej Izbie Reprezentantów wszczęli kilka dni temu nowe dochodzenie w sprawie ochrony konkurencji w Dolinie Krzemowej. Prawodawcy chcą odpowiedzi na pytanie, czy tacy giganci technologiczni jak Facebook i Google stali się monopolistami i trzeba ich podzielić. Postępowanie jest prowadzone przez Davida Cicilline’a, demokratę z Rhode Island, który stoi również na czele Podkomisji Antymonopolowej Izby.

 

„Wzrost monopolistycznych potęg w naszej gospodarce jest jednym z najpilniejszych wyzwań gospodarczych i politycznych, przed którymi dziś stoimy. Pozycja potentatów na rynkach cyfrowych przedstawia zupełnie nowy zestaw zagrożeń” – głosi Cicilline w komunikacie prasowym wydanym przez jego biuro  – „(…) bardzo ważne jest, aby Kongres podjął kroki w celu ustalenia, czy istniejące przepisy prawne są odpowiednie do zwalczania nadużyć ze strony strażników platform, czy też potrzebujemy nowych przepisów, aby odpowiedzieć na to wyzwanie.”

 

Poza administracją i parlamentarzystami z obu partii jest mnóstwo branż i podmiotów żywotnie zainteresowanych położeniem kresu dominacji GAFA. Nie chodzi tylko o media tradycyjne i internetowe, które boleśnie odczuwają wysysanie dochodów reklamowych do Google’a i Facebooka, ale również firmy innego typu np. sieci handlowe czy deweloperów internetowych, którym trudno mierzyć się z ekspansjonizmem Amazona. Nawet niektórzy przedstawiciele Doliny Krzemowej nie są skłonni stać po stronie GAFA. Na przykład Yelp i Oracle krytykują Google za manipulowanie polityką regulacyjną z korzyścią dla siebie i podkradanie najlepszych programistów.

 

Podchodząc do problemu praktyk monopolitycznych trzeba, jak się wydaje patrzeć nieco szerzej niż tylko na aspekty finansowe. Nawet jeśli wiele usług Big Tech, takie jak media społecznościowe czy konta Gmail, nie wiążą się z opłatami za aktywację i utrzymanie, to konsumenci płacą przecież swoimi danymi od osobowych po dane, których udostępniania nie zawsze są świadomi, historiami zakupów czy podróży. Ile to jest warte dokładnie w przeliczeniu na użytkownika, trudno szacować. Jednak skoro Google i Facebook zarabiają grube dziesiątki miliardów na wykorzystywaniu tych danych, to jednak są to rzeczy wartościowe  w sensie biznesowym.

 

W tym międzynarodowym i globalnym kontekście proces Maciej Świrskiego przeciw Facebookowi przed polskim sądem wydaje się jeszcze ciekawszy. Mam nadzieję, że sąd nie ograniczy się do rozważań, na ile pan Świrski reprezentuje społeczność użytkowników Facebooka i czy naruszone zostały jego dobra osobiste. Sprawa ta ma znacznie ciekawszy wymiar ogólny i kontekst znacznie ważniejszy niż prywatny żal do serwisu internetowego. Czy sąd zechce na to właśnie tak spojrzeć, jak piszę wyżej, to oczywiście zależy już tylko od sądu.

 

Sprawa jest odroczona do 30 października.

 

Mirosław Usidus

 

Nowe media i stare problemy – JOLANTA HAJDASZ o wolność słowa w krajach Trójmorza

Przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich „Raport o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza”  jest gotowy. Jego wyniki są zaskakujące – ujawniają wykluczanie z debaty publicznej dziennikarzy o konserwatywnych, prawicowych poglądach i pokazują, jak mocno w mediach tych krajów trzyma się postkomunizm.  

 

Nie mamy mediów, które mówią głosem naszego narodu (Chorwacja) nasze media są prozachodnie, czyli identyfikują się z wartościami LGBT i robią kopiuj – wklej z maszynerii liberalnej Zachodu (Rumunia),  znów mamy nowomowę, która jest narzędziem władzy , słowa homofobia, islamofobia, mowa nienawiści  to jej przykłady (Słowenia), w mediach nie można mówić o chrześcijańskich korzeniach Europy (Chorwacja) – to zdania, które mnie zaskoczyły najbardziej wśród setek zdań zawartych w ankietach, stenogramach z konferencji i opracowaniach zebranych w czasie pracy nad „Raportem o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza”, jaki w ramach projektu „Debata Dziennikarzy II” został przygotowany w Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Podsumowując kilkumiesięczną pracę całego zespołu nad „Raportem” pragnę na koniec przedstawić kilka swoich refleksji.

 

Daleko od mainstreamu

 

Na początek zastrzeżenie. Nasz „Raport” nie jest całościowym opracowaniem naukowym, ponieważ  w stosunkowo krótkim czasie jego tworzenia nie sposób opracować tego tak obszernego zagadnienia w sposób całościowy i potwierdzony kwerendą np. w krajowych archiwach. Jego wartość jest jednak niepodważalna. Po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium (najwyższa sprzedaż w sektorze prasy drukowanej, najwyższa słuchalność w radiu, największa oglądalność wśród nadawców telewizyjnych, czy najwyższa tzw. klikalność w internecie) w danym kraju. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego, co w znaczący sposób determinuje  do dziś wszystkie etapy przekazywania każdego komunikatu „od nadawcy do odbiorcy”, od decyzji, które z wydarzeń dnia codziennego trafią do mediów, jaki to będzie przekaz, który z bohaterów tego przekazu będzie pozytywnym, a który negatywnym i jakie emocje całe zdarzenie powinno wywołać wśród odbiorców. Wbrew pozorom swobodne dziennikarskie wypowiedzi i opinie zebrane w „Raporcie” mają w mojej ocenie ogromne znaczenie. Pokazują bowiem świat osób wykluczanych z debaty publicznej w sposób wręcz systemowy, nie można bowiem uznać za przypadkowe to, iż powtarzają się w rozmowach i w wypowiedziach dziennikarzy te same tematy, te same nierozwiązywalne na poziomie krajowym problemy.  Nie powinniśmy tych opinii lekceważyć, bo wiele wskazuje na to, że właśnie ci pomijani w głównych mediach dziennikarze są blisko obywateli swoich państw, znają ich problemy i … nie mają tylko gdzie ich prezentować . Mimo mnogości mediów, setek tytułów prasowych, portali internetowych i fortun ich właścicieli. Przytoczone na wstępie opinie nie mamy mediów, które mówią głosem naszego narodu (Chorwacja), nasze media są prozachodnie, czyli identyfikują się z wartościami LGBT i robią kopiuj – wklej z maszynerii liberalnej Zachodu (Rumunia), czy  znów mamy nowomowę, która jest narzędziem władzy , słowa homofobia, islamofobia, mowa nienawiści  to jej przykłady (Słowenia), w mediach nie można mówić o chrześcijańskich korzeniach Europy (Chorwacja) powinny być jak alarm, sygnalizujący, iż daleko jeszcze do wolności mediów, wolności słowa, w krajach, gdzie można sformułować i usłyszeć takie zdania. W sytuacji, w której los, a przede wszystkim zatrudnienie  wypowiadającego ten osąd dziennikarza jest niepewny, trudno opublikować tzw.  twarde dowody na poparcie tych opinii, ale za ich wiarygodność w naszym opracowaniu odpowiadają doświadczeni dziennikarze z Polski, którzy mają bogaty i udokumentowany dorobek zawodowy. Warto ich relacje potraktować bardzo poważnie, bo rzadko ten głos ma szanse znaleźć się w przestrzeni publicznej i to poza własnym krajem. Liczba zatrudnionych dziennikarzy i zagranicznych korespondentów, długi okres funkcjonowania na rynku prasy, wielkość kapitału, jakim się dysponuje oraz odpowiednie pozycjonowanie w wyszukiwarkach w sieci sprawiają, iż jedynym źródłem wiedzy o problemach mediów danego kraju są media mainstreamowe, największe, w których interesie nie jest dopuszczanie do głosu oponentów. Dla porównania to tak  jakby rynek i system polskich mediów opisywać jedynie na podstawie informacji Gazety Wyborczej, bardzo jednoznacznie sprofilowanej pod względem światopoglądu, więc jednoznacznie oceniającej zjawiska życia publicznego w sposób zgodny z własnym systemem wartości, z którego istnienia odbiorca, szczególnie zagraniczny może w ogóle nie zdawać sobie sprawy. Dlatego w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich postanowiliśmy opracować „Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” kontaktując się bezpośrednio z dziennikarzami, pracownikami i współpracownikami mediów, koncentrując się na próbie dotarcia także do rozmówców poza mediami mainstreamowymi i najpopularniejszymi wyszukiwarkami internetowymi.

 

Kto, co kiedy i jak?

 

Trójmorze to międzynarodowa inicjatywa gospodarczo-polityczna skupiająca 12 państw Europy położonych w pobliżu mórz Bałtyckiego, Czarnego i Adriatyckiego,  w skład której wchodzą: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry. Wszystkie te kraje, poza Austrią łączy doświadczenie funkcjonowania w ustroju komunistycznym, dlatego postanowiliśmy wyłączyć z tego opracowania Austrię, jedyny kraj, którego społeczeństwo, a co za tym idzie także środki masowego komunikowania, nie mają za sobą doświadczeń komunizmu i postkomunizmu.  Nawiązaliśmy kontakty z dziennikarzami z 11  krajów, odbyliśmy 11 podróży, by się z nimi spotkać. Podstawą przygotowania Raportu końcowego są ankiety dla dziennikarzy – uczestników spotkań i dyskusji panelowych w krajach uczestniczących w projekcie  oraz raporty tzw. koordynatorów, osób z Polski odpowiedzialnych za przygotowanie opracowania w poszczególnych krajach. To znani i doświadczeni dziennikarze, m.in. Grzegorz Górny, Wiktor Świetlik, Wojciech Mucha, Jadwiga Chmielowska, Wojciech Pokora, Iwona Sznajderska, Piotr Hlebowicz, Andrzej Klimczak, czy Monika Pietraszkiewicz. Łącznie w okresie  listopad 2018 – marzec 2019 odbyło się 11 podróży studyjnych do Budapesztu, Bukaresztu, Wiednia, Rygi, Tallina, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Sofii i Wilna. Koordynatorzy i członkowie SDP uczestniczący w spotkaniach z miejscowymi dziennikarzami zebrali łącznie 43 ankiety od czynnych zawodowo dziennikarzy oraz opracowali 11 raportów na temat wolności mediów w poszczególnych krajach. W opracowaniu przeanalizowano także  blisko 11 godzin zapisu audio-video z Międzynarodowej Konferencji „Wolność ( słowa) kocham i rozumiem”, jaka odbyła się  w Warszawie w Domu Dziennikarza w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy  Polskich w dniach 28 luty – 1 marca 2019 r. Materiały te zostały poddane analizie jakościowej i ilościowej, przy czym koniecznie należy zaznaczyć, iż  analiza ilościowa nie jest przeprowadzona na reprezentatywnej próbie, więc jej wyniki są jedynie uzupełnieniem analizy jakościowej. Warto jednak zauważyć, iż dziennikarze w każdym kraju to bardzo specyficzna i mimo pozorów otwartości, hermetyczna grupa zawodowa, nie tak liczna, możliwość poznania jej poglądów i ocen wygłaszanych w swobodnej atmosferze zawodowego spotkania „kolegów po fachu”  jest więc bardzo cenna.  Staraliśmy się dotrzeć do dziennikarzy także z mediów niszowych, prezentujących konserwatywne wartości i prawicowe poglądy. Wszyscy ankietowani są czynnymi zawodowo dziennikarzami wszystkich rodzajów środków masowego komunikowania, zdecydowana większość z nich – 24 osoby pracują w swoim zawodzie ponad 10 lat.  Na 43 osoby, które zdecydowały się wypełnić ankiety 13 osób to dziennikarze ze stażem pracy między 10, a 20 lat pracy w mediach, a 11 osób pracuje ponad 20 lat, co oznacza, iż większość ankietowanych pracuje w zawodzie dziennikarskim na tyle długo, by znać wiele jego aspektów z perspektywy praktyka, osoby czynnej zawodowo w dłuższym czasie.   14 dziennikarzy ma staż pracy krótszy niż 10 lat. Pozostali – 5 osób – to ci, którzy nie podali informacji o tym, jak długo pracują w swoich zawodach. Najstarszy z ankietowanych pochodzi z Węgier i w zawodzie pracuje od 1978 r. , najmłodszy ze Słowacji, pracuje ok. 1 roku. Ponad połowa z nich poinformowała o tym, iż co najmniej dwu –trzykrotnie zmieniali pracę, nierzadko tracąc ją wbrew swojej woli, w zawodzie jestem od 1991 r. przeszedłem drogę od reportera do redaktora naczelnego i z powrotem napisał obrazowo jeden z ankietowanych. Ankiety były anonimowe, ale każdy z uczestników spotkań, który zdecydował się ją wypełnić opisywał swoje doświadczenia zawodowe.

 

Co z tego wynika?

 

Z naszego opracowania wynika jednoznacznie, iż pomimo geograficznej bliskości, dziennikarze z  krajów Inicjatywy Trójmorza mają niewielką (lub zgoła żadną) wiedzę na temat realizacji zasady wolności słowa w innych niż własny krajach, brakuje  bowiem usystematyzowanych opracowań na ten temat. Potwierdziło się także, iż stałą praktyką w naszych krajach stało się czerpanie wiedzy o stanie wolności mediów nawet u bliskich sąsiadów z raportów międzynarodowych organizacji takich jak Freedom House czy Reporterzy Bez Granic, których ustalenia np. na temat stanu wolności mediów w Polsce są w ocenie SDP niezgodne ze stanem faktycznym, a przy tym oparte są na niejasnych kryteriach oraz subiektywnych ocenach osób przygotowujących opracowania dla tych organizacji. Przykładowo  organizacja Freedom House informuje, że media  w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii i Chorwacji są tylko „częściowo wolne” (partly free), a organizacja  Reporterzy Bez Granic w 2018 roku po raz kolejny obniżyła notowania Polski – w rankingu wolności słowa za rok 2018 Polska była dopiero na 58 miejscu ze 180 krajów, a rok później, czyli w 2019 jest sklasyfikowana na 59 miejscu, co oznacza spadek o 41 miejsc w porównaniu do roku 2015. W rzeczywistości nie ma jednak powodów, które racjonalnie mogłyby uzasadnić tak drastyczny spadek. W innych krajach jest  jeszcze gorzej –  w rankingu Reporterów Bez Granic w 2018 Węgry zajmowały miejsce 73, Chorwacja 69, a Bułgaria 111. Jeśli opis sytuacji w tych krajach jest tak „rzetelny” jak ten dotyczący Polski, to jest to sytuacja w najwyższym stopniu niepokojąca. Oznacza bowiem, że niewiele o sobie nawzajem wiemy, a przez to trudniej może się nam współpracować i przeciwdziałać zagrożeniom.

 

Wnioski płynące z opracowania „Raportu” są następujące :

 

  • We wszystkich krajach Inicjatywy Trójmorza transformacja środków masowego komunikowania przebiegła inaczej i doprowadziła do powstania odmiennych systemów prasowych mimo pozorów ich podobieństwa. Stowarzyszenia dziennikarskie, redakcje, medialne instytucje nie mają swoich odpowiedników w poszczególnych krajach, a nawet pozornie podobne organizacje mogą różnić się genezą i wartościami, które reprezentują . Powszechna jest niewiedza,  kto de facto reprezentuje czyje interesy.
  • brak aktualnych , wiarygodnych analiz ekonomicznych dotyczących szeroko rozumianego świata mediów.  Nawet doświadczeni, od lata związani z profesjonalnymi mediami dziennikarze nie wiedzą kto i w jaki sposób finansuje ich miejsca pracy i zarobkowania. Niewielka jest wiedza o  mechanizmach powstawania nawet najbardziej znanych mediów w poszczególnych krajach Inicjatywy Trójmorza  i przyczyn upadku innych. Nie ma powszechnej wiedzy , gdzie takie informacje można znaleźć. Praktycznie nikt nie zna właścicieli mediów, nawet ci dziennikarze, którzy  potrafią wskazać (rzadko) kraj, z którego wg nich pochodzą właściciele mediów, w których pracują , rzadko potrafią  wskazać nazwy konkretnych firm, korporacji, spółek, czy nazwisko rodziny właścicieli
  • Ciągle jeszcze występuje bariera językowa. Mimo składanych powszechnie deklaracji o znajomości języka angielskiego, w praktyce sprowadza się ona do poziomu komunikatywności.  W każdym przypadku,  gdy była możliwość posługiwania się w rozmowach tłumaczem z języka miejscowego, zmieniała się w sposób lawinowy liczba przekazywanych przez dziennikarzy informacji . Mają oni ogromną wiedzę o współczesności swoich krajów, o współczesnych mediach i dzielą się nią mimo realnego dla wielu ryzyka utraty pracy lub dochodów w sytuacji, gdy dadzą się poznać jako reprezentanci „niewłaściwych”, czy „politycznie niepoprawnych” poglądów
  • Wskazane byłoby opracowanie metodologii dla tworzenia własnego dla krajów Inicjatywy Trójmorza  raportu na temat realizacji zasady wolności słowa . Raportu tworzonego  wg jednolitych kryteriów dla wszystkich krajów, np. na wzór Raportu „Reporterów bez granic”, ale z własnymi niezależnymi od istniejących organizacji dziennikarskich  metodami analizy i przede wszystkim niezależnymi źródłami informacji.  Powstające dotychczasowe raporty Freedom Hause i „Reporterów bez granic”są podporządkowane tezom ideologicznym, potwierdzają to dziennikarze z wielu krajów (nie wszyscy).  Pragnę także zaznaczyć, że  nie oznacza to odrzucenia raportu „Reporterów bez granic”, ani opinii, iż organizacja ta   świadomie wypacza obraz wolności mediów oceniając poziom wolności słowa w krajach naszego regionu, ale wiele wskazuje na to, iż w okresie ostatnich 30 lat wytworzyła ona stałe mechanizmy pozyskiwania informacji z  danego kraju i nie uwzględnia ona alternatywnych do mainstreamowych źródeł informacji. Protesty przeciwko nieuzasadnionemu obniżaniu miejsc w rankingach wolności słowa (płynące np. z Polski , czy Węgier) są zupełnie nieskuteczne, widoczna jest więc potrzeba stworzenia alternatywnego narzędzia do opisu sytuacji w mediach
  • W żadnym kraju nie występują  problemy techniczne z dostępem do infrastruktury. W tej dziedzinie dotyczącej świata mediów  z pewnością udało się krajom postkomunistycznym , jakim są kraje Inicjatywy Trójmorza, dogonić Zachód, co tak głośno i powszechnie postulowano w latach 90-tych i późniejszych. Nie ma generalnie żadnych problemów z dostępem do gazet papierowych,  szerokopasmowego internetu, naziemnej telewizji cyfrowej. Warto jednak przypomnieć, że media to nie tylko nowoczesna technika, ale także, a raczej przede wszystkim treść przekazu. Warto ponownie zacząć walczyć o jego jakość i prawdziwość.

 

W mojej ocenie wszystkie wskazane powyżej zagadnienie wymagałyby przeprowadzenia  pogłębionych interdyscyplinarnych badań empirycznych w przyszłości . Konieczne byłyby także opracowania historyczne, ponieważ tylko analiza faktów z przeszłości mogłaby dać nam prawdziwy obraz obecnych mediów. Wyrażam nadzieję, iż SDP będzie zajmowało się nadal tą problematyką i za rok powstanie Raport nr 2 na temat wolności słowa w krajach Inicjatywy Trójmorza. Ufam, że będzie bardziej optymistyczny

 

dr Jolanta Hajdasz, prof. Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu, dyr. CMWP SDP

 

POBIERZ RAPORT o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza_13062019