Syndrom oblężonej twierdzy – ks. ARTUR STOPKA o komunikacji w Kościele

Problem komunikacji w Kościele katolickim w Polsce potrzebuje pilnych i dobrych rozwiązań. Najpierw jednak musi zostać szeroko uświadomiony i zrozumiany.

 

Niektórzy eksperci i publicyści już od dłuższego czasu przebąkiwali, że Kościół katolicki w Polsce ma problemy w sferze komunikacyjnej. Wskazywali, że w pewnych kwestiach jego przekaz jest niespójny, a brak wewnętrznego dialogu powoduje dezorientację i narastające podziały wśród wiernych. Sugerowali i przewidywali, że na dłuższą metę zaowocuje to poważnym uszczerbkiem wizerunku Kościoła jako instytucji oraz przyniesie szkody wspólnocie. Nie były to jednak głosy na tyle silne, aby zaowocować jakimiś konkretnymi działaniami. Dominowało przekonanie, że pozycja Kościoła w Polsce jest wystarczająco mocna, a aktywność w sferze komunikacyjnej na tyle sprawna i sprawdzona, że nie są potrzebne jakieś znaczące zmiany. Triumf święciła zasada: „Po co ruszać coś, co jakoś funkcjonuje?”.

 

Własna agenda

 

Zarówno w komunikacji „ze światem zewnętrznym”, jak i wewnątrz Kościoła, wobec pojawiających się problemów stosowano więc niemal wyłącznie specyficzny rodzaj komunikacji reaktywnej, który – jak się okazało – skutkował utwierdzaniem zarówno wśród licznych duchownych różnego szczebla, a także sporej części wiernych świeckich, syndromu oblężonej twierdzy. Kościół w Polsce nie podjął próby wprowadzenia do społecznej debaty własnej agendy tematów. Nie bez powodu w maju br. w wywiadzie dla „Do Rzeczy” Tomasz Terlikowski mówił: „Polski katolicyzm potrzebuje silnego zaplecza intelektualnego. Tak, żeby to on wyznaczał agendę, a nie był odpowiedzią na agendę wyznaczaną przez przeciwników Kościoła. Zamiast się wdawać w kolejne wojenki, należy wreszcie pewne tematy zacząć dyktować”. Znany publicysta przyznał, że do tego faktycznie konieczne są media i silne instytucje. Zwrócił też uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Kościołowi w jednej kwestii udało się odnieść sukces właśnie dzięki temu, że to on wyznaczył temat. Chodzi o prawną ochronę życia ludzkiego. Jednak łatwo zauważyć, że od tamtych czasów Kościół w naszym kraju znajduje się głównie w komunikacyjnej defensywie, a gdy próbuje przejąć inicjatywę (jak np. w sprawie korytarzy humanitarnych dla imigrantów), ponosi spektakularną klęskę.

 

Zgodnie z przysłowiem „Na pochyłe drzewo każda koza skacze”, słabość komunikacyjną Kościoła w Polsce zaczęto na różne sposoby wykorzystywać. Można powiedzieć, że w ostatnich kilkunastu miesiącach nastąpiło apogeum tego rodzaju zjawisk.

 

Punkt kulminacyjny i test

 

Pod pewnymi względami punktem kulminacyjnym okazał się film fabularny Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Reżyser kojarzony z ostrymi i bezkompromisowymi portretami różnych grup polskiego społeczeństwa, stworzył nie tylko sugestywny obraz duchowieństwa katolickiego. Przy okazji upowszechnił i utrwalił wiele schematów myślowych dotyczących Kościoła, jego funkcjonowania i miejsca w aktualnej rzeczywistości naszego kraju. Wielomilionowa widownia dzieła Smarzowskiego (dla niektórych będąca zaskoczeniem) pokazała, że istnieje w Polsce spore zapotrzebowanie na pewien sposób mówienia o Kościele i pokazywania go, zwłaszcza w wymiarze instytucjonalnym. Z drugiej strony ujawnił kompletną bezradność komunikacyjną Kościoła wobec tego typu przekazu o nim samym. Nie pojawiły się nawet próby potraktowania cieszącego się ogromną oglądalnością filmu jako okazji do podjęcia szerokiej debaty o Kościele w naszej Ojczyźnie, o jego aktualnej sytuacji, o tym, jaką rolę odgrywa, a jakie są wobec niego oczekiwania.

 

Jak można było przewidzieć, faktycznym testem możliwości komunikacyjnych Kościoła w Polsce stała się sprawa nadużyć seksualnych duchownych wobec nieletnich. Okazały się one znikome. W rezultacie doszło do kilku bardzo bolesnych wpadek. Co najmniej dwie z nich jeszcze długo będą stanowiły poważne obciążenie dla wszelkich wysiłków komunikacyjnych Kościoła na tym polu. Pierwsza to wypowiedź abp. Józefa Michalika z roku 2013 o „lgnących dzieciach”. Druga to konferencja prasowa z marca br., podczas której prezentowane były i komentowane przez wysokich przedstawicieli Konferencji Episkopatu Polski wyniki kwerendy diecezjalnej w kwestii nadużyć księży. Zarówno pierwsza, jak i druga są dowodem zupełnego braku nie tylko strategii komunikacyjnej w Kościele w Polsce, ale nawet doraźnych rozwiązań umożliwiających zbudowanie skutecznego przekazu w jednej, konkretnej, bardzo istotnej sprawie.

 

Zaledwie dni

 

Na takim tle pojawił się w maju film braci Tomasza i Marka SekielskichTylko nie mów nikomu”. Sprawnie zrealizowana produkcja umieszczona w bezpłatnym dostępie w Internecie szybko uzyskała dziesiątki milionów odsłon. Okazała się odporna na próby zignorowania jej przez niektórych przedstawicieli episkopatu, których skrajnym przykładem jest przede wszystkim brak wypowiedzi choćby jednego biskupa przed kamerą. Co więcej, wywołała refleksję nad kwestiami komunikacyjnymi w Kościele w Polsce. Jej praktycznym skutkiem okazało się przede wszystkim „Słowo biskupów do wiernych” zatytułowane „Wrażliwość i odpowiedzialność”. Dokument taki miał się pojawić już wiele miesięcy wcześniej, jednak wciąż jego przyjęcie przez episkopat okazywało się niemożliwe. Po filmie Sekielskich redagowanie listu zostało sfinalizowane wciągu zaledwie dni.

 

W pewnym sensie efektem filmu „Tylko nie mów nikomu” jest też przebieg konferencji prasowej w związku z wizytą w Polsce abp. Charles Scicluny, będącego w Kościele powszechnym „twarzą” walki z nadużyciami seksualnymi duchownych wobec nieletnich. Spotkanie z dziennikarzami poprowadził tym razem nie rzecznik KEP, lecz koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka ks. Piotr Studnicki. Po udostępnieniu filmu mówił on m. in. „Chcemy w systemie usprawnić komunikację Kościoła, postawić nacisk na lepszy przepływ informacji. Film braci Sekielskich pokazał, że często ksiądz jest usunięty z kapłaństwa, a podaje się za kapłana. Nieraz brakuje płynnej komunikacji z wiernymi”.

 

Rachunek sumienia

 

Kwestie komunikacji poruszył również w czerwcowym wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej o. Adam Żak, stojący na czele COD. Zwrócił uwagę, że potrzebna jest równowaga, żeby nie rozwiązywać kryzysu tylko na sposób komunikacyjny, lecz realnie, tak, „żeby komunikacja miała co zakomunikować”. Dodał, że sprawa komunikacji, to jedna z wielkich bolączek ostatnich lat, mówiąc zarówno o komunikacji ze społeczeństwem, jak i o tej z wiernymi. „Swoją drogą, media katolickie też powinny zrobić sobie rachunek sumienia, bo oportunistycznym sposobem działania przyczyniały się do tego, że dziś wierni stoją pod rynną, już nawet nie pod deszczem. Ale komunikacja nie ma stwarzać faktów, tylko o nich informować” – zauważył.

 

O tym, że zaczyna się zrozumienie dla znaczenia komunikacji w Kościele świadczyć też może obecność znanej dziennikarki Pauliny Guzik na szkoleniu dla diecezjalnych i zakonnych delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży we Wrocławiu.

 

Wciąż jednak mamy do czynienia z działaniami incydentalnymi, związanymi tylko z jedną trudną kwestią, z jaką musi się mierzyć Kościół w Polsce i raczej z symptomami, że problem komunikacji wreszcie dociera do świadomości przynajmniej niektórych. Dają one mimo wszystko nadzieję na strategiczne i systemowe rozwiązania w przyszłości. Pytanie – w jak odległej przyszłości.

 

Ks. Artur Stopka

Nie chodzi o tort, tylko o przepis na tort – MIROSŁAW USIDUS o wojnie jaka toczy się o reklamę

Myślicie, że to Google i Facebook wymyśliły targetowane behawioralne, spersonalizowane i podawane podług profilu użytkownika reklamy? Nie. Wymyśliliśmy to w 1996 roku my, członkowie zespołu „Rzeczpospolitej Online”. I nie tylko my, ale także wielu innych ludzi z wielu innych dużych firm medialnych, którzy we wczesnych latach Internetu próbowali znaleźć sposób na biznes w sieci.

 

Odwiedzający serwis gazety miał mieć swój profil, rejestrowaną historię odwiedzin, znane nam zainteresowania i na tej podstawie miały być mu serwowane treści, personalizowana strona wraz oczywiście z precyzyjnie  wycelowanymi reklamami. Dziś, powiecie, to oczywiste. Tak działają najpopularniejsze serwisy społecznościowe, tak działają wyszukiwarki. A wtedy? W latach 90-tych? Też to było oczywiste dla osób, które poznały Internet, rozumiejąc, na czym polega, co oferuje i jak można go wykorzystać.

 

Więc geniusze z Google czy Facebooka wcale nie wymyślili modeli reklamowych i biznesowych, które teraz tak suto monetyzują. O nie. Wymyślili inne rzeczy, bardziej ze sfery techniki i programowania, ale nie o tym jest ten tekst. Dlaczego więc, choć przyszli do Internetu później niż znakomita większość firm z branży „starych mediów” i nie mieli pomysłów rewolucyjnie lepszych od prekursorów takich jak my w latach 90-tych w „Rzepie” czy wielu innych przedstawicieli prasy, to oni ostatecznie zdominowali i właśnie teraz już zmonopolizowali rynek reklamy w Internecie?

 

Odpowiedź na to pytanie, jeśli czyta się różnych branżowych analityków, wydaje się znana, ale wciąż jedynie częściowo. Ma się wrażenie, że wciąż powstaje. Wciąż poszukujemy pełnego wyjaśnienia, jak to się stało, że tradycyjne środki masowego przekazu nie potrafiły odtworzyć w sieci niezwykle lukratywnego biznesu, dzięki któremu kwitły jeszcze kilka dekad temu.

 

Spadek i próby nadrabiania

 

Obecnie już z pewnością nie kwitną, choć dla polskiego rynku dane na temat wpływów z reklamy w prasie nie zawsze są klarowne, bo rządzą w dużym stopniu czynniki polityczne. Jaśniej to wygląda na nieco normalniejszym rynku. W latach 2008-2015 przychody z reklam prasowych w USA spadły o 61 proc. i to wydaje się bliższe rzeczywistości także w innych krajach, gdy o reklamach decyduje wyłącznie rynek.

 

Spadek dochodów reklamowych wydawnictwa od wielu lat próbują nadrobić sprzedażą subskrypcji, płatnych dostępów do treści, e-wydań i wielu podobnych rozwiązań nawiązujących do dawnej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Badania przeprowadzone przez American Press Institute w 2016 r. wskazują, że tzw. paywalle, czyli zamykanie treści serwisów internetowych w modelach prenumeraty cyfrowej i pokrewnych form subskrypcji, stały się w amerykańskiej prasie normą. Spośród 98 amerykańskich gazet o nakładzie powyżej 50 tys. egzemplarzy, 77 stosowało jakiś model prenumeraty online. 80 proc. z tych przypadku to tzw. „miękkie paywalle”, czyli prenumerata z określonym limitem darmowych artykułów dla czytelnika, po przekroczeniu którego użytkownik jest kierowany na stronę subskrypcji. Podobne rozwiązanie stosuje u nas np. internetowa „Gazeta Wyborcza”.

 

Za przykład sukcesu takiego modelu podaje się najczęściej internetowy serwis „New York Times”, który obecnie ma od 2,5 do 3 mln płacących subskrybentów, zaś sprzedaż prenumerat internetowych w 2017 roku stanowiła 60 proc. przychodów wydawnictwa. Ten sam model został przyjęty przez „Washington Post” i „Wall Street Journal”, które zwykle również mówią o sukcesie.

 

Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę korpo-optymizm kierownictwa tych znanych marek prasowych, to co z innymi tytułami i pozostałymi mediami w Internecie? Przecież nie chodzi o to, aby jako tako radziły sobie tylko nieliczne, najbardziej znane tytuły. Media lokalne, tematyczne, skupiające się na niszach, niegdyś zasilane przyzwoicie przez reklamy, nie mają siły by rywalizować z gigantami Internetu, zwłaszcza, że Google i Facebook najskuteczniej przejmują reklamę do węższych grup i skupiającą się na specjalistycznych potrzebach, o czym będzie jeszcze niżej mowa.

 

Wezwanie do podzielenia się zyskiem

 

Prognozy przychodów reklamowych na 2019 rok trzech potentatów internetowego świata – Google’a, Facebook i Amazon Media Group – to 245 miliardów dolarów. Jak wskazują eksperci, nie są to żadne dodatkowe pieniądze, które te firmy kreują. Te przychody to nic innego jak tlen wyssany przez gigantów ze środowiska, w którym radzić sobie mają wszystkie inne media. Słabsi duszą się i zamierają.

 

Eksperci brytyjscy szacują, że aż 90 proc. wszystkich nowych wydatków na reklamę cyfrową w tym kraju trafia do oligopolu z Doliny Krzemowej. Całkiem podobnie, z niewielkimi tylko różnicami ilościowymi a nie jakościowymi, jest w wielu krajach zachodnich. Na całym świecie, same tylko Facebook i Google mają już w rękach 18 proc. całego rynku reklamy, czyli tortu obejmującego spektrum wszystkich mediów od papieru po TV. Przewiduje się, że liczba ta będzie rosła. Jednocześnie, firmy te, nie płacąc lokalnie podatków, nic nie dają finansom kraju, który umożliwia im działanie.

 

Oczywiście Europa próbuje z tym walczyć. Google został niedawno ukarany grzywną w wysokości 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji w reklamie. Jak zauważył Hegarty, „Google zarabia prawie 9 miliardów dolarów w kwartał, więc stać ich na grzywnę 1,5 miliarda euro.” Należy to chyba odczytywać jako zachętę, aby karać Google’a jeszcze dotkliwiej, aby zrozumiał, że powinien się podzielić z europejską branżą reklamową.

 

A ma się czym dzielić, podobnie jak inni potentaci. W ciągu dekady giganci internetowi – Google, Amazon i Facebook w USA, a także Alibaba, Tencent i Baidu w Chinach przeobrazili się w najbogatsze, najpotężniejsze firmy na świecie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie panuje powszechna zgoda co do tego, że tzw. Big Tech  przejmuje kontrolę nie tylko nad prywatnymi danymi użytkowników, ale nad rynkiem reklamy, na którym owe przepastne zasoby kontrolowanych przez Big Tech mają kluczowe znaczenie.

 

Jednocześnie aktywiści walki o prywatność wskazują na niejasność co do tego, w jaki sposób największe firmy z branży platformowo-technologicznej definiują i gromadzą dane oraz sprzedają je osobom trzecim. Może szczegóły techniczne zarządzania naszą prywatnością przez te korporacje są niejasne, ale całkiem jasne jest, że ich ogromne dochody reklamowe biorą się głównie z tego, że dysponują tymi danymi.

 

Być może wydawcy walczący o kawał tortu reklamowego, jaki ma dzięki naszym danym Google, powinni skupić się na tej kwestii, na zmianie sposobu zarządzania danych o użytkownikach Internetu, a nie na pieniądzach. Gdyby mediom przyszło do głowy, że można użyć swoich wciąż istniejących wpływów, aby doprowadzić do utworzenia zabezpieczonego, publicznego repozytorium danych prywatnych internautów, do którego dostęp po uzyskaniu odpowiedniej licencji mieliby wszyscy, to Google i Facebook śpiewałyby inaczej.

 

Na razie jednak przedstawiciele mass mediów wolą domagać się wypłaty. Według danych News Media Alliance, branżowej organizacji zrzeszającej wydawców gazet w USA, w 2018 roku treści pochodzące od tych wydawców w wyszukiwarce oraz na platformie Google News przyniosły Google 4,7 mld dolarów, czyli prawie tyle samo, ile połączone przychody reklamowe wszystkich amerykańskich wydawców w ciągu roku (5,1 mld).  Media domagają się udziału w tych krociowych zyskach. Pomoże im w tym być może administracja rządowa USA. Przedstawiciele Google krytykują dane NMA, wskazując, że wyszukiwarka nie wyświetla reklam przy zapytaniach o informacje.

 

W spór wydawców z Google włączył się rząd USA  i Senat USA. Komisja Sprawiedliwości Kongresu USA rozpoczęła dochodzenie, które ma zbadać, czy Big Tech nie wykorzystuje swojej dominującej pozycji wobec firm medialnych. Wątpię czy Google, które generalnie stoi na stanowisku, że nie ma za co płacić a wydawcy zyskują na wyświetlaniu linków do ich treści w wyszukiwarce, a na pewno nie tracą, będzie chciało się dzielić pieniędzmi z reklam. Wydaje się, że bardziej prawdopodobne jest, iż zastosuje „wariant hiszpański” czyli usunie treści domagających się pieniędzy wydawców z wyszukiwarki, dowodząc firmom medialnym, jakie to oznacza dla nich straty.

 

Argumentacja Google raczej w mediach do nikogo nie trafia. Ma się wrażenie, że przedstawiciele tej branży pogrążają się w desperacji, stąd zapewne coraz bardziej natarczywe żądania finansowe wobec Google i Facebooka. Pisałem kilka miesięcy temu o fali zwolnień w środkach masowego przekazu, nie tylko w tych „starych”, ale również internetowych. Jak zauważył na Twitterze Matthew Gertz, z organizacji non-profit Media Matters, głębokie cięcia w mediach mają miejsce w czasie dobrej koniunktury gospodarczej. „Gdy przyjdzie następna recesja, nastąpi katastrofa dla branży informacyjnej”, napisał.

 

Głośno wyraz swojemu niezadowoleniu dawali z powodu zwolnień przede wszystkim pracownicy HuffPost, zwracając publicznie uwagę, że największe cięcia dotyczą ludzi zajmujących się takimi tematami jak problemy społeczne i zdrowie publiczne. Wyeliminowano też całkowicie sekcje opinii i komentarzy. Zach Carter, jeden z reporterów HuffPost, napisał: „Google i Facebook zjadają tę branżę żywcem i zabierają wraz z nią amerykańską demokrację”. Opinia ta jest powszechniejsza i nie dotyczy tylko przychodów reklamowych, których potentaci pozbawiają wydawców, zarówno tym dawnych, jak i nowszych, takich właśnie jak HuffPost czy Buzzfeed. Dotyczy także wielu innych aspektów funkcjonowania rynku medialnego.

 

Sprzeciw młodych

 

Są też inne zjawiska, niekorzystne dla mediów żyjących tradycyjnie z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny model reklamowy. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, jak to niektórzy chcieliby widzieć, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat wygrywa omijanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Pamiętam sytuacje, gdy już nie sposób było dostrzec tekstu zza wyskakujących okienek animacji i filmików. Trudno, a czasem w ogóle nie można było ich zamknąć, zanim się nie „odegrały”. Zauważalne też było, że  polscy wydawcy w porównaniu z zachodnimi byli znacznie bardziej irytujący.

 

Napędzane rozhulaną, inwazyjną reklamą modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają za to systemy subskrypcyjne, choć wśród treści, za które gotowi są płacić, nie ma artykułów, reportaży, publicystyki, czyli tego co tradycyjnie oferują media. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacąc miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, o czym pisałem też niedawno.

 

Koniec świata reklamy i marek – początek świata informacji

 

Jest też problem z samą reklamą. Nie tylko bowiem stare modele tworzenia i sprzedawania mediów przestały działać, ale również sama reklama, z której środki masowego przekazu tak dobrze żyły, przeżywa swoja małą apokalipsę.

 

W starym świecie, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego przede wszystkim sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  były z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci restauracji (jak McDonalds), marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz – np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn – ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalny.

 

Sprzedaż i opłacalność nożykom do golenia dla czarnoskórych zapewniają narzędzia i reklamy Google oraz Facebooka. Koszt dotarcia do potencjalnego klienta za pomocą oferowanych przez te firmy narzędzi marketingowych i reklamowych jest niewysoki, zważywszy możliwość remarketingu i utrzymywania klienta za pomocą rozlicznych narzędzi komunikacyjnych, które oferuje Internet.

 

Coraz większa precyzja w przetwarzaniu danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może mieć szybki dostęp do dóbr, które odpowiadają jego biologicznym, a nie konsumpcyjnym potrzebom. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, opiera się na informacji a nie na reklamie, pojęcie „zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie tańszy z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce ów ibuprofen kupić.

 

Im szybciej media ten nowy świat zrozumieją, im szybciej przestaną walczyć o powrót „starych dobrych czasów”, także jeśli chodzi o reklamy, tym lepiej dla nich. Gra się nie toczy o „udział w zyskach Google”, bo Google zyskami raczej nie będzie chciał się dzielić. Gra idzie o informacje i dane. I to, tak naprawdę, a nie dochody reklamowe, zmonopolizowały obecnie giganty Internetu. A ponieważ wcale nie jest powiedziane, że informacje i dane prywatne użytkowników mają i powinny być kontrolowane tylko przez Google i Facebooka, jest jeszcze o co powalczyć.

 

Mirosław Usidus

Oczekiwana zamiana miejsc – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Ciekawostką ogórkowego sezonu, było pojawienie się w Polskim Radiu 24 Beaty Szydło. Dziennikarzem przepytującym okazał się …kolega partyjny Zdzisław Krasnodębski.

 

I to jest bardzo dobra wiadomość. Tzw. upartyjnienie mediów z otwartą przyłbicą. A nie udawanie i silenie się na obiektywność zza naramiennika. Jeśli można odtajniać deklarację swojej agenturalnej przeszłości lub składać zeznania majątkowe, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ukazać całemu krajowi, co siedzi w mętnej dziennikarsko – politycznej głowie.

 

Dajmy sobie już spokój z ta niezależnością. Przed laty red. Jacek Żakowski postulował, aby program pierwszy TVP dać partii rządzącej, a program drugi opozycji. Można idąc typ tropem, podzielić też  radio. Jedynka dla PiS-u, trójka dla PO, program czwarty dla opozycji pozaparlamentarnej, a  dwójka dla PSL. A co, podobno nie chcą być kojarzeni, że to partia chłopska. Niech się ukulturalniają. A Polskie Radio 24 niech wprowadzi zasadę niezawisłości, w każdy dzień tygodnia dla wybranej partii. Albo niech i cały tydzień, tak jak tydzień grecki w znanym dyskoncie.

 

Dziennikarzy się odpowiednio dobierze, a jak nie będą chcieli, to dyżurni politycy odpowiednio ich zastąpią. Można też wprowadzić zasadę, aby było jeszcze bardziej obiektywnie, że niech przesłuchują przyjaciele. Wiadomo, że w każdej partii zajadłych wrogów nie brakuje. Rozrysować grafik tak, aby skakali sobie do gardeł sami swoi. Tacy, co to sobie miejsca wchodzące do Parlamentu wygryzają. Przy braku „kizi-mizi” zabawa gwarantowana. Oglądalność i słuchalność też.

 

W sumie to trudno zrozumieć pojawiające się głosy oburzenia. Przecież to czy przepytuje usłużny dziennikarz grillujący nielubianego przeciwnika czy zrobi to gracz polityczny, nie ma większego znaczenia. Są setki tysięcy rodaków, którzy uwielbiają oglądać naparzankę w debacie publicznej. Skoro redaktorzy zapraszają redaktorów na podsumowania tygodnia, to dlaczegóż dyskryminować działaczy politycznych. W sumie to można pójść jeszcze dalej i politycy będą robić wywiady z dziennikarzami.

 

Takie pary nasuwają się same. Na pierwszy ogień: Krystyna Pawłowicz kontra Tomasz Lis. Posłanka na wygodnym fotelu, redaktor na łożu fakira. Na żywca. W prime time. Zamiast walk MMA. I te miliony przed odbiornikami…

 

Krzysztof Prendecki

Wolność słowa bez prawdy nie istnieje – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe.

 

Zasada wolności słowa, wyrażanie własnych opinii i poglądów, jest jedną z najważniejszych zasad państwa demokratycznego i uznawane jest za standard norm cywilizacyjnych. To przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności, praw człowieka i obywatela. Wolność osoby, a więc także jej wolność wypowiadania się, nie jest nieograniczona. Kończy się ona tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Nikogo nie wolno pomawiać, fałszywie oskarżać, oceniać i zawsze należy głosić prawdę.

 

Sprawa pracownika sieci IKEA

 

W ostatnim czasie w Polsce podjęta została dyskusja nad wolnością słowa i poglądów w związku ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA. W czerwcu 2019 r. pracownik tej sieci został zwolniony za to, że w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy, polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas” na firmowym forum internetowym, wyraził swoją krytyczną opinię na temat akcji wspierania ruchu LGBT + . Pracownik sieci IKEA w swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia mu umowy o pracę.

 

Do sytuacji odniosło się również Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które w swoim stanowisku podkreśliło, że „z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym »nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią«”.

 

Do sprawy odniósł się także sam poszkodowany – pan Tomasz, który w swoim oświadczeniu napisał m.in.: „Mój wpis był reakcją na indoktrynację, której jako pracownik byłem od lat poddawany w miejscu pracy. Narzucany pracownikom IKEA stosunek do postulatów ruchu LGBT radykalnie różni się od nauczania Kościoła katolickiego wypływającego z Pisma Świętego. Jako katolik nie mogę uczestniczyć w propagowaniu ideologii sprzecznej z moją wiarą ani akceptować sytuacji, w której pracodawca zmusza mnie do zmiany mojego światopoglądu. Zawierając z IKEA umowę o pracę, zobowiązałem się do jak najlepszego wykonywania moich obowiązków pracowniczych jako sprzedawcy mebli kuchennych. Z umowy jednak w żaden sposób nie wynikało, że wśród moich obowiązków, jako pracownika sklepu IKEA, ma leżeć reprezentowanie ideologii jej właściciela. Niestety, z przykrością zauważyłem, że IKEA oraz część dziennikarzy wbrew faktom przedstawiają mnie jako osobę nawołującą do przemocy i nienawiści wobec innych pracowników. Posunięto się wręcz do tez tak absurdalnych jak przypisywanie mi chęci fizycznej agresji wobec osób o skłonnościach homoseksualnych. Jest to oczywista nieprawda, która godzi w moje dobre imię. Szanuję każdego człowieka niezależnie od koloru skóry, narodowości, wyznania czy jego sfery prywatnej (np. seksualnej). W swojej codziennej pracy absolutnie nigdy nie przejawiałem braku szacunku wobec koleżanek i kolegów, którzy nie podzielali ważnych dla mnie wartości oraz prowadzili styl życia niezgodny z zasadami klasycznej etyki i nauczania katolickiego” (zob. https://www.niedziela.pl/artykul/43809)

 

Problem w Europie

 

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa i głoszenia własnych poglądów. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe. Dobitnym tego przykładem jest zwolnienie w 2007 r. chrześcijańskiej stewardessy linii lotniczych British Airways, która nie chciała zrezygnować z noszenia na szyi krzyżyka zawieszonego na łańcuszku. I dopiero po czterech miesiącach sporu pracownicy British Airways uzyskali zgodę na noszenie symboli religijnych – krzyżyków, muzułmańskich chust czy sikhijskich turbanów.

 

Okazuje się, że również we Francji prywatne przedsiębiorstwo może zabronić pracownikom noszenia symboli religijnych. Takie stanowisko wynika z wewnętrznego regulaminu prywatnego przedsiębiorstwa, które zakazuje noszenia w miejscu pracy widocznych symboli politycznych, filozoficznych lub religijnych.

 

W 2012 r. przez polskie media przetoczyła się dyskusja, gdy nowe wewnętrzne rozporządzenie dla personelu pokładowego Polskich Linii Lotniczych LOT – w jednym z dokumentów zatytułowanych „Zasady obsługi pokładowej”, który zawierał rozdział pt. „Umundurowanie”, w podrozdziale „Biżuteria” – zawierało zapis: „Niedozwolone jest noszenie w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne”. Sprawę opisywał wówczas m.in. „Nasz Dziennik”. Potem jednak Polskie Linie Lotnicze LOT, szanując przywiązanie do tradycji i wrażliwość Polaków, usunęły kontrowersyjne wytyczne zabraniające personelowi pokładowemu noszenia w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne (zob. https://www.gosc.pl/doc/1076612.LOT-usuwa-kontrowersyjny-zapis-ws-symboli-religijnych)

W Europie trwa wojna kulturowa, wojna z tradycyjnymi wartościami. Dziennikarze i politycy, zwłaszcza lewicowi, zmuszają odbiorców do przyjęcia ich poglądów. Dzieje się to także w przedsiębiorstwach, w miejscach pracy. W kulturze Zachodu toczy się ostra walka o kształt duchowy naszej cywilizacji.

 

Godność człowieka, wolność i wolność słowa

 

Warto przypomnieć, że wolność słowa jest pochodną godności człowieka, a nie odwrotnie. „Człowiek słusznie wysoko ceni sobie wolność i żarliwie o nią zabiega: słusznie pragnie, i powinien, formować i kierować swoją wolną inicjatywą, swoim życiem osobistym i społecznym, biorąc za nie osobistą odpowiedzialność. Rzeczywiście, wolność nie tylko pozwala człowiekowi odpowiednio zmieniać stan rzeczy znajdujących się na zewnątrz niego, ale także za sprawą wyborów, zgodnych z prawdziwym dobrem, wpływa na jego wzrastanie jako osoby: tym sposobem człowiek rodzi samego siebie, jest ojcem swojego istnienia, buduje porządek społeczny”– czytamy w „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (n. 135)

 

Wśród praw pracowników Kompendium Nauki Społecznej Kościoła  wskazuje na prawo do zachowania i wyrażania własnej osobowości w miejscu pracy, „przy czym w żaden sposób nie może być naruszona wolność sumienia pracownika czy jego godność”. (zobacz cały dokument (http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/justpeace/documents/rc_pc_justpeace_doc_20060526_compendio-dott-soc_pl.html)

 

„Wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 2). Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 7)”- podkreśla Katechizm Kościoła Katolickiego (n. 1738)

 

Wolność słowa i sumienie

 

Zasadniczą sprawą w kwestii wolności słowa  jest, moim zdaniem, jednak sprawa dobrze uformowanego sumienia. Kwestia sumienia dotyka niesłychanie ważnych spraw z pogranicza prawa, etyki i światopoglądu. Jest ono w każdym człowieku głosem wołającym o prawdę, głosem wołającym o granice między dobrem a złem. Warto też przypomnieć, że wolność słowa bez prawdy nie istnieje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Taki postęp już przerabialiśmy – felieton WOJCIECHA POKORY

Sprawa pana Tomasza, któremu firma próbowała narzucić swoją ideologię, przypomina scenę z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono robotników, wręczono im czerwone szturmówki i kazano śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do tłumu śpiewającego hymn „Boże coś Polskę” karano zwolnieniem z pracy.

 

3 lipca to dla mnie, lublinianina, ważna data. Równo 70 lat temu w lubelskiej katedrze dokonał się bowiem cud. Zapłakał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wydarzenie to, stało się początkiem kultu wizerunku Matki Boskiej Płaczącej, ale także momentem zwrotnym w relacjach państwo-Kościół.

 

Dlaczego pisze o tym wydarzeniu na branżowym portalu dziennikarzy? Z bardzo ważnego powodu. Efektem lubelskiego cudu, a może bardziej społecznej reakcji na ten cud, czyli masowych pielgrzymek do Lublina i wzmożenia życia religijnego, była m.in. szeroka akcja propagandowa ówczesnych władz. Komuniści postanowili wykorzystać okazję do tego, by przeprowadzić operację uświadamiającą wiernym Kościoła katolickiego, gdzie jest ich miejsce. Metody, które wówczas wykorzystano (w 1949 roku), mogą wydać się bardzo nowoczesne i postępowe dzisiejszemu czytelnikowi, bo pod podobnymi hasłami stosowane są i dzisiaj. Uspokoję, 70 lat temu, także nazywano je postępem.

 

Pierwszą metodą było zaprzęgnięcie do walki intelektualistów. Najlepiej katolickich, przecież nie będą Kościoła potępiać innowiercy, żeby nie wyglądało to na zewnętrzną robotę. 14 lipca 1949 roku w Teatrze Miejskim w Lublinie zorganizowane zostało zebranie „demokratycznych katolików” (nie żartuję, tak się określili, przypominam, czasy są stalinowskie), o których pisano, że jest to lubelska inteligencja, którzy to „demokraci” wyrazili zaniepokojenie wykorzystywaniem przez Kościół prostych ludzi, bowiem takie zachowanie „gorszy myślącego katolika”. Na zebraniu głos zabrali członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, którzy potępili „organizatorów cudu” i pracowników KUL. Spotkanie lubelskiej inteligencji odbyło się pod hasłem: Precz z zacofaniem średniowiecznym.

 

Jednak nie tylko inteligencja potępiła zacofanie niepostępowych katolików. Wykorzystano do tego również aktyw robotniczy. Przywożono pod katedrę pracowników z fabryki obuwia, którzy mieli rzucać w tłum cegłówkami, i prowokować modlących się ludzi do rozrób. Zorganizowano „oddolny” wiec poparcia dla postępowej części społeczeństwa (czyli dla komunistycznej władzy), na który nakazano przyjść pracownikom pod groźbą zwolnienia z pracy. Na wiecu sprawdzano listę obecności i wręczono przybyłym transparenty. Wszystko po to, by ówczesne media (w tym Polska Kronika Filmowa) mogły przygotować obrazek dla reszty społeczeństwa. Hasła, które wówczas zamieszczono na wręczanych robotnikom transparentach, mogą wydać się na dziś znajome. Coraz częściej goszczą bowiem niestety na ekranach naszych telewizorów czy komputerów: Nikt nas nie cofnie do średniowiecza, Lublin nie będzie ciemnogrodem, Precz z politykierami w sutannach, Kościół do modlitwy, a nie do polityki czy też Nie pozwolimy nadużywać wiary do celów politycznych.

 

W mediach pojawiły się artykuły i reportaże, które dziś czytając, widzę obrazki rodem z naszych telewizorów. Zacytuję jeden przykład. (Cytaty przytaczam za książką Marioli Błasińskiej „Cud. W 1949 r. Lublin stał się Częstochową”). Jacek Wołowski pisał w Życiu Lubelskim – Od dwu dni siedzę w Lublinie. Gdy, stojąc dziś w tłumie przed katedrą, spytałem jakiegoś tęgawego księdza w brązowym kiltlu, z teczką w ręce, co myśli o tym, co dzieje się w Lublinie, gdy zadając to pytanie, wyciągnąłem legitymację redakcyjną i dałem mu ją do przeczytania, ksiądz zawołał: – Na kolana, grzeszniku! Zawołał to tak donośnym głosem, iż parę czarno ubranych pań stojących tuż obok ruszyło w moją stronę. Gesty ich były nieprzyjazne, (…) a patrzyły na mnie, jak wielkie kocury na małą biedną mysz(…). Znamy to? Te agresywne „baby” z różańcami atakujące grzecznych i naiwnych reporterów? Tłumy ciemnogrodzkich, opętanych wyznawców, które w różnych powodów postanawiają nienawistnie modlić się publicznie i reagują agresją na media? No to wiedzmy, że to nie wymysł XXI wieku.

 

Prowokacjom na ulicach towarzyszyły prowokacyjne tytuły w prasie.  Prowokacje nie powstrzymają pracy nad odbudową kraju podawały nagłówki „Trybuny Ludu”. Pisano o tym jak wierni i prawdziwi inteligenci powinni traktować swoją wiarę, by odróżnić się od wstecznictwa i fanatyzmu. Zaczęto także wykorzystywać usłużnych duchownych, z których już w niedługim czasie rekrutowali się tzw. księża patrioci, czyli ci, którzy zarejestrowali się w Komisji Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Oni doskonale wiedzieli, jakimi wypowiedziami przypodobać się komunistom. Księża, którzy nie dostosowali się do wytycznych władz trafili do więzienia. Wraz z ok. 600 osobami, które wyłapano na ulicy podczas prowokowanych zamieszek lub aresztowano za fakt szerzenia informacji na temat cudu w lubelskiej katedrze.

 

A teraz współczesny wątek:

„W zeszłym miesiącu obchodziliśmy dzień IDAHOT, Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii (17 maja). Z tej okazji opublikowaliśmy artykuł w naszym intranecie, prezentujący nasze wartości i stanowisko w tej kwestii, zgodnie z komunikacją Grupy Ingka. Jeden z naszych pracowników opublikował komentarz pod artykułem, wyrażając swoją opinię w sposób mogący naruszyć dobra i godność osób LGBT+ . Dodatkowo, pracownik faktycznie wykorzystał cytaty ze Starego Testamentu mówiące o śmierci, krwi w kontekście tego, jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”

 

Pracownik, który opublikował komentarz to pan Tomasz. Pan Tomasz jest katolikiem i głosi katolickie poglądy. Jak sam mówi w wywiadzie, którego udzielił „Naszemu Dziennikowi”, zatrudnił się w IKEI, by zajmować się tym, czego dotyczyła jego umowa o pracę, czyli sprzedażą mebli. I wywiązywał się z tego zadania najlepiej jak potrafił. Nikt nie miał zastrzeżeń do jego pracy. Jednak pewnego dnia, w jego zakładzie pracy obchodzony był „międzynarodowy dzień przeciw homofobii, bifobii i transfobii, aby walczyć o prawa lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych i osób o wszystkich orientacjach seksualnych i tożsamościach płciowych (LGBT+)”. Obchody tego dnia były promowane jako dzień walki z wykluczeniem. Jak mówi pan Tomek: Gdy przyszedłem w tym dniu do pracy i dowiedziałem się, co będziemy świętować, wziąłem urlop na żądanie. Nie chciałem uczestniczyć w promocji czegoś sprzecznego z wyznawanymi przeze mnie wartościami.

 

Następnego dnia władze firmy zamieściły na wewnętrznej stronie internetowej artykuł „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Pan Tomasz nie poczuwał się do tego obowiązku, który stał w sprzeczności z jego poglądami. Dodał więc komentarz z cytatami z Pisma Świętego. Skoro pracodawca wprowadził do zakładu pracy swoją ideologią, pan Tomasz poczuł się w obowiązku podzielić się swoją. To nie on zmienił zasady gry i nie on wprowadził do firmy rozmowy o światopoglądzie. Jak się jednak okazało, panu Tomaszowi wolno mieć poglądy i tolerancyjny zarząd je doceni, jeśli będą one „postępowe”. A, że nie były, pan Tomasz wyleciał za drzwi.

 

W tej sprawie słusznie głos zabrało m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Nie, pan Tomasz nie jest dziennikarzem, ale pan Tomasz ma prawo wyrażać swoje zdanie. I tego dotyczy stanowisko CMWP. Każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie, szczególnie w miejscu, w którym ktoś próbuje mu narzucić swoje. Gdyby pan Tomasz spierał się z IKEĄ o kształt śrubek, i IKEA uznałaby, że forsowane przez niego pomysły zaszkodzą interesom firmy, i pan Tomek trwałby w swoim uporze, mieliby prawo za taką polemikę go zwolnić. Jednak gdy firma meblarska narzuca panu Tomkowi swoją ideologię, to przypomina to scenę rodem z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono pracowników lubelskich zakładów pracy, wręczając im czerwone szturmówki i każąc śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do śpiewającego obok tłumu hymnu „Boże coś Polskę” karząc zwolnieniem z pracy albo więzieniem. Na to zgody być nie może, bo taki postęp już przerabialiśmy.

 

Wojciech Pokora

 

 

Ćwiczenie intelektualne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak powinny się zmieniać media publiczne

Odpowiedź na pytanie „czy zmieniać kształt mediów publicznych?” zależy – jak to jest w większości przypadków dzisiaj – od tego, po której stronie podziału politycznego jest pytany. Dotyczy to nie tylko odbiorców mediów czy polityków, ale też wielu dziennikarzy.

 

Pozwolę sobie uznać ten podział za głupi i stwierdzić, że wciąż są dziennikarze bynajmniej nie uznawani za opozycyjnych, którzy widzą, że w wielu punktach media publiczne nie funkcjonują dziś jak publiczne, ale jak partyjne, być może bardziej niż kiedykolwiek. Tymczasem płacą na nie wszyscy obywatele. Jakiś czas temu pisałem na portalu SDP (polemizując z poglądem Bronisława Wildsteina), że wprowadzanie w ten sposób kulawego pluralizmu (antyrządowe media prywatne i prorządowe państwowe za publiczne pieniądze) nie ma racji bytu. Na pytanie odpowiadam zatem: tak, media publiczne powinny się zmienić instytucjonalnie. Ale to musi być bardzo dobrze przemyślana zmiana. Taka, która zagwarantuje, że ani obecny, ani wcześniejszy stan rzeczy się nie powtórzy. Inna nie ma sensu, można ją sobie darować.

 

Jednocześnie dzisiaj rozważania na ten temat zreformowania mediów publicznych wydają się jedynie ćwiczeniem intelektualnym, bo ci, od których to zależy, nie widzą potrzeby reformy, a wszystko wskazuje na to, że pozostaną przy władzy na kolejną kadencję. Nie zmienia to faktu, że takie ćwiczenia mają swoją wartość. Kiedyś sytuacja się zmieni i dobrze mieć na ten moment przygotowaną koncepcję. Dobrze też – wychodząc z moim zdaniem oczywistej oceny, że obecny kształt mediów publicznych jest wadliwy – niejako sprawdzić się. Zobaczyć, komu zależy na czym i kto jakie rozwiązania gotowy jest poprzeć.

 

Żeby ocenić pojawiające się koncepcje, trzeba przyjąć jakieś docelowe założenia. Uważam, że takie powinny być cztery.

 

Po pierwsze – instytucjonalne odseparowanie mediów publicznych od bezpośredniego wpływu polityków. Całkowicie zrobić się tego nie da, ale można w system wmontować filtry, podobnie jak ma to miejsce w systemie niemieckim.

 

Po drugie – odizolowanie wyboru szefów mediów publicznych od woli polityków tak jak tylko się da.

 

Po trzecie – uwzględnienie, że na media publiczne składają się wszyscy obywatele, więc nie mogą one być tubą aktualnie rządzącej partii, nawet jeśli zgodzimy się, że w jakimś stopniu ich linia powinna oddawać wynik wyborów.

 

Po czwarte – media publiczne dlatego są zasilane budżetowymi pieniędzmi, żeby realizować misję, a nie po to, żeby ścigać się w komercji z mediami prywatnymi. Oglądalność nie może być tu naczelnym kryterium.

 

W ostatnim czasie pojawiły się dwie koncepcje zmian – jedna firmowana przez Platformę Obywatelską, druga będąca projektem obywatelskim. W przypadku tej pierwszej trudno nie mieć podejrzeń co do sposobu, w jaki media publiczne chciałaby potraktować partia twardej opozycji, wielokrotnie sygnalizująca, że zamierza w nich przeprowadzić bezwzględną czystkę po wzięciu władzy. Można zatem podejrzewać, że koncepcja firmowana przez PO ma na celu zwykłe odwrócenie znaków, a nie naprawienie mediów.

 

tekście na portalu Wirtualne Media, opisującym koncepcję PO, czytamy, że miałby powstać jeden duży holding radiowo-telewizyjny oraz miałaby zostać zlikwidowana Rada Mediów Narodowych. Ten ostatni punkt nie wydaje się kontrowersyjny, bo RMN to dziwaczny, zbędny twór, o którego likwidacji niedługo po jego powołaniu myślał przecież sam PiS. Zasadnicza część reformy miałaby wyglądać następująco:

 

Nowe, 15-osobowe rady medialne miałaby wybierać Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji spośród przedstawicieli sejmików wojewódzkich, lokalnych organizacji artystycznych i społecznych. Z kolei rady wyłaniałyby zarządy regionalne spółek radiowo-telewizyjnych. Nad całością czuwałaby 30-osobowa rada centralna, złożona z przedstawicieli 16 rad regionalnych oraz reprezentantów ogólnopolskich organizacji artystycznych, wyższych uczelni i NGO-sów.

 

Z kolei członkowie KRRiT mieliby być powoływani na kadencje różnej długości, tak aby dominująca w danym momencie siła polityczna nie miała nigdy pozycji bezwzględnie silniejszej.

 

Przedstawiciele PiS zarzucają projektowi PO, że partia ta chciałaby wybierania osób kontrolujących radio i telewizję ze środowisk, gdzie ma spore wpływy. To może być zarzut celny, ale nie musi. Z pewnością sposób, jaki proponuje PO, bardziej odizolowuje media publiczne od bezpośredniego wpływu polityków niż obecny system, który nie zawiera właściwie żadnego filtra. Ten aspekt przedstawiciele PiS pomijają, bo jest dla nich szczególnie niewygodny.

 

Diabeł natomiast tkwi w szczegółach. Kilka miesięcy temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki. Tam zarządy poszczególnych regionalnych stacji (takie tworzą w Niemczech system mediów publicznych) są wybierane przez kilkudziesięcioosobowe rady, których członkowie są delegowani przez wiele różnego typu organizacji – od Kościołów, poprzez organizacje kulturalne, po różnego rodzaju stowarzyszenia i NGO-sy, ale nie przez partie. Natomiast lista organizacji, które mają prawo wysuwać swoich przedstawicieli do rad jest zawarta w landowym ustawodawstwie. Czyli wpływ polityków przejawia się na pierwszym etapie poprzez konieczność uzgodnienia w Landtagu, jakie organizacje zostaną zapisane w ustawie jako wchodzące do rady. I to jest klucz to sprawy.

 

Jeśli bowiem rady medialne miałyby być 15-osobowe, to spośród ilu i jakich kandydatów miałaby ich członków wyłaniać KRRiT? Jakim kluczem by się kierowała? Kto miałby prawo zgłaszać kandydatury? Kto zasiadałby w dwukrotnie liczniejszej radzie centralnej? Jak określić, które organizacje miałyby prawo kierowania tam swoich przedstawicieli? Bez doprecyzowania tych kwestii trudno pomysł oceniać. Jednak kredyt zaufania wobec PO w sprawach mediów publicznych – jakkolwiek krytycznie ocenialibyśmy ich obecną postać – jest, najdelikatniej mówiąc, poważnie ograniczony. Krytycy z partii rządzącej słusznie pytają, dlaczego te znakomite pomysły nie zostały opracowane i wcielone w życie w ciągu dwóch kadencji rządów PO.

 

Nieco mniej informacji jest o obywatelskim projekcie reformy, któremu patronuje były wiceminister kultury i twórca TVP Kultura Jacek Weksler, ale przy którym pracowali przedstawiciele różnych środowisk. Jest tam mowa o rozwiązaniu obecnie istniejących spółek i natychmiastowym powołaniu w ich miejsce nowych, finansowanych nie z abonamentu, a z budżetu (co właściwie już teraz ma miejsce, choć bez formalnej zmiany i na zasadzie prawnej prowizorki). TVP i radio zostałyby połączone w jeden organizm (tak jest np. w Estonii), a osobna spółka zrzeszałaby ośrodki regionalne. Na poziomie centralnym pozostawiono by jedynie cztery kanały TVP. Kodeks etyczny pracowników mediów publicznych miałby być prawnie wiążący. RMN przestałaby istnieć, a członkowie KRRiT byliby wybierani na kadencje różnej długości, odmienne niż kadencja Sejmu (podobieństwo z projektem PO). Zostałaby powołana przynajmniej 27-osobowa Rada Programowa, do której weszliby przedstawiciele środowisk artystycznych, organizacji pozarządowych, marszałków województw, rektorów uniwersytetów, RPO, która miałaby prawo wnioskować o odwołanie prezesów spółek medialnych.

 

I znów – diabeł tkwi w szczegółach. Jak ustalano by listę organizacji, mogących powoływać swoich przedstawicieli do Rady Programowej? Jak określano by, którzy członkowie KRRiT mają być powoływani na kadencję jakiej długości?

 

Mimo sceptycyzmu, który powinien się włączać z automatu, dobrze, że pomysły na zmianę są. Jest o czym rozmawiać. Problem w tym, że jedna strona sporu politycznego – a wraz z nią spora część dziennikarzy – nie widzi żadnej potrzeby dyskusji na ten temat, bo jej zdaniem jest dobrze. Pozostaje mi na końcu zawrzeć apel do władz SDP – jakkolwiek mam poczucie, że to głos wołającego na pustyni – żeby włączyć się do tej potrzebnej dyskusji poprzez debaty, konferencje, spotkania. Bo nie – dobrze nie jest, wręcz przeciwnie: jest fatalnie i widzi to każdy trzeźwo myślący dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Nostalgia za wypichconym felietonem – KRZYSZTOF PRENDECKI o dziennikarstwie kulinarnym

Parafrazując autora „Fizjologii smaku”, można śmiało rzec: „Powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, co jesz”.

 

30 lat minęło jak jeden dzień. Trzy dychy, tak zwanej wolnej Polski. Również okres umiejętnego wyswatania sztuki pisania, z wiedzą o kulinariach. W „Wyborczej”, natknąłem się na tekst znanej popularyzatorski zdrowego żywienia Katarzyny Bosackiej. Było tam o tym, jak się zmieniały gusta smakowe rodaków. Coś w stylu; od baru mlecznego do dania narodowego – kebaba. Chciałbym jednak coś dorzucić wspominkowego, ale nie o samym jedzeniu, nie o kucharzach, nie o konsumentach, a o miłośnikach kuchni, smakowicie posługujących się słowem. Przewodnią myślą niech będzie dialog z bajki „Dwanaście prac Asteriksa”:

 

Kapłanka z Wyspy Rozkoszy:

– Czego sobie życzysz piękny wojowniku?

Obelix:

– Jeść

– Jeść? Jesteś na wyspie rozkoszy Ze wszystkich dostępnych rozkoszy możesz wybrać co chcesz, a Ty wybrałeś jedzenie?

– No pewnie! Jedzenie to prawdziwa rozkosz”.

 

A wszystko zaczęło się od Piotra Bikonta, którego niestety nie ma już wśród nas. Był prekursorem wystawiania rekomendacji restauracjom w całej Polsce. I szydzenia z nich ile wlezie (jak było trzeba), w rubryce „Jadłem w…”.

 

Muszę to przyznać, wychowałem się kulinarnie na tych felietonach. Od czasów licealnych, jak tylko przemierzałem nasz kraj, starałem się też wdepnąć w progi polecanej knajpy. Czasem odwiedziny przeradzały się w prawdziwe uczty. Po prostu się zaszalało. Zdarzyło się mieć odłożoną kasę, na zakup kurtki na zimę. Zamiast tego popuściło się pasa i pofolgowało kieszeni np. w restauracji korsykańskiej Paese. Okrycia wierzchniego po latach bym nie pamiętał, a biesiada pozostała na długo w pamięci. I do dziś utkwiły w głowie, połechtane kubki smakowe godne Napoleona. Choćby polędwica w sosie z zielonego pieprzu czy szparagi w sosie beszamelowym.

 

Z dwie dekady temu, gdy Bikont gościnnie reżyserował w mym rodzinnym Rzeszowie, „Iwonę księżniczkę Burgunda”, trafił na pustynię kulinarną. Chwaląc jedynie miejscowy chleb z kminkiem i miejsce gdzie można się było poczuć jak w Europie, kawiarnię „Pożegnanie z Afryką”.

 

Po recenzji rzeszowskiej restauracji „Czarny kot” tarzałem się po podłodze ze śmiechu. A redaktorowi Michałowi Cichemu, felietonista musiał dać na pralnię, bo tenże przy czytaniu nie tylko się uśmiał. Rzeczony fragmencik z „Dużego Formatu” GW i tytuł aż proszący się o przeczytanie: „Gicz z kota”:

 

„Micha Filemona – to nie jest nazwa, która mogłaby mnie zachęcić do jedzenia. Nozdrzami wyobraźni natychmiast czuję przed sobą porcję kitiketa. Niby nieco lepiej brzmi „deser kocia rozkosz”, no, ale jaka ona jest, ta kocia rozkosz? Na dachu, przy kominie i do tego w marcu. Gdy jednak widzę w karcie jeszcze na dodatek „gicz cielęcą z Czarnego Kota”, zastanawiam się, czy nie złożyć doniesienia do sanepidu i Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, bo już sam nie wiem, czy tu karmią koty, czy kotami”.

 

W krakowskiej „Gazecie” z kolei, to Robert Makłowicz nachodził miejscowych restauratorów, aby uchronić nasze trzewia. Jakież to wszystko było autentyczne, gdy się wychwalało legendarne kiełbaski z Nyski, a smagało piórem słynnego „Wierzynka”. I tu również pojawiła się idea niesienia kaganka oświaty gastronomicznej, aby przestawić wajchę myślenia na właściwe tory jadalności. Ot choćby wtedy, kiedy wyśmiewał nonsens lokali, które reklamowały się jako „domowe jedzenie”:

 

„W domu gotują amatorzy, w barach i restauracjach powinni to czynić zawodowcy. (…) Samemu też można przykleić podeszwę, przetkać rurę czy naprawić auto, nie widać jednak reklam: „Domowe naprawianie butów”, „Przetykam rury i naprawiam krany niczym wujek Stefan”, „Tu naprawisz samochód jak u taty na działce”. Jakoś nie spotyka się szyldów: „W naszym basenie wykąpiesz się jak w gliniance”, „Piszemy podania z błędami” albo „Strzyżemy amatorsko”. Dlaczego więc zawodowi kucharze uparli się, by tak deprecjonować własną pracę?” – pytał retorycznie Makłowicz.

 

Roberta Makłowicza oczywiście rozsławiła tv, i wielu rodaków po dziś dzień jest wdzięcznych, że dzięki tym programom, zaczęli wreszcie głodnieć na niedzielnym kacu. Jednak wiele kultowych powiedzonek, zostało również utrwalonych na papierze. Ot choćby te, odnoszące się do; nazwisk („Mięso twarde jak serce Berii”), polityki międzynarodowej („Ciasto kruche jak pokój na Bliskim Wschodzie”), historii („Piana trzyma się miski jak Rosjanie Kaliningradu”), regionów („Na Śląsku gubię się zawsze. Tamtejsze oznaczenia dróg wyglądają tak, jakby za chwile miał wkroczyć Wermacht, a polscy patrioci już zdążyli poprzestawiać drogowskazy”),czy narodów („Lubię makaroniarzy, mimo iż wymyślili pizzę i fiata”).

 

Piotr Bikont ze swoim przyjacielem Robertem Makłowiczem, w licznym felietonach – listach do siebie, starali się kształtować nasze gusta i podniebienia. Na długo przed obecną rewolucją kulinarną. Jeszcze przed zalewem kulinarnych blogerów i kucharzy na wszystkich kanałach tv. Nie przejmując się modami i kulinarną poprawnością, rekomendowali opasłość w tekście „Grubi do boju!”. Przyznawali się szczerze, do spożywanych okropieństw. M.in. zjedzenia chińskiej zupy w proszku wzmocnionej łyżką spirytusu w Kolei Transsyberyjskiej (P. Bikont), czy bułki posmarowanej margaryną w „Warsie” PKP (R. Makłowicz).

 

Słynna zasada „Edemas, ut vivamus, non vivimus, ut edamus” („Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, aby jeść”) została wpojona nam przez prekursorów gatunku, w trudnych czasach transformacji. Ok, recenzentów i felietonistów w omawianej materii smakowitości nie brakuje. Ale wydaje się, że jest to świat albo tekstów sponsorowanych albo zapisków pozbawionych niezwykle potrzebnej finezji i ironii.  Przychodząc do wyszynku, chcemy wyrazić swą radość gromkim „wow”. Myśląc o wnętrzu, obsłudze i przede wszystkim szefie kuchni. Czytając o kulinariach, powinna nam nie tyko polecieć nieodzowna ślinka, ale wypadałoby wydobyć opary humorów szczęścia, podlanych sosem intelektualnej uczty.

 

Krzysztof Prendecki

 

Gonzo, czyli słowo (nie)godne filozofa – JERZY J. PILCHOWSKI, kreśli sylwetkę Huntera S. Thompsona

Hunter S. Thompson (HST) potrafił słowami (nie)godnymi filozofa wyostrzać rozmazane, przez strach i obrzydzenie, kontury świata. Tęsknię za nim.

 

 Sposób w jaki HST pisał, a raczej sposób w jaki myślał, nazywamy gonzo. Oficjalnie, gonzo jest synonimem słowa dziwaczne. Wolę jednak bostoński slang w którym gonzo to coś co robi się większe i twardsze, gdy emocje do niego napływają. Przyjęcie takiej definicji ułatwia bowiem obserwowanie dzikiej awantury pomiędzy ludźmi, którzy uważają, że mózg HST był duży i twardy oraz sflaczałymi nadludźmi z „The New York Times”.

 

Jedno jest pewne. HST potrafił precyzyjnie i sprawiedliwie opryskać należnym mu błotem standardowy sposób myślenia: „Obiektywne dziennikarstwo jest jednym  z najważniejszych powodów tego, że pozwalamy od dawna na to aby amerykańska polityka była aż tak bardzo skorumpowana.”.

 

Równie celne, jest to co napisał o telewizji: „Telewizyjny biznes jest brzydszy od większości rzeczy. Jest normalnie postrzegany jako pewnego rodzaju okrutne i płytkie okopy broniące uczciwym dziennikarzom dostępu do pieniędzy, długi plastikowy korytarz w którym biegają złodzieje i sutenerzy, a uczciwi ludzie zdychają jak psy bez powodu.”.

 

Oh well … Pewnych spraw „bez pół litra nie razbieriosz.”. Wódka jest jednak za słaba, aby oświetlać problemy tak wielkie jak Ameryka. Tym bardziej, że alkohol to „downers”, czyli narkotyk wpędzający ludzi w depresję. HST potrzebował również „uppers” (wywołują radość  i optymizm) oraz „screamers” które pozwalają zobaczyć, że spotkani w Las Vegas picuś-glancuś i lalunia to krwiożerczy dinozaur i padlinożerna wrona.

 

Ludzie, którzy jadą przez życie na kwadratowych kołach mają jednak problem, szczególnie po kilku głębszych, z zaakceptowaniem faktu, że HST ćpał. Umówmy się, że bronić go nie będę. Niech sam się broni: „Oczywiście, moje ćpanie jest przesadzone, inaczej już dawno bym umarł.”.

 

Słowa słowami, ale mamy również oczy i widzimy, że bez ilustracji Ralpha Steadmana twórczość HST byłaby uboższa. Podstawą ich przyjaźni był podobny sposób widzenia świata. Świetnie obrazuje to fragment listu HST do RS:  „Drogi Ralfie,  Myślę kolego, że musimy to razem przeżyć. Jakiś frajer z Oregonu, ma na imię Perry, chce ufundować nam miesiąc na Hawajach, w czasie Bożego Narodzenia, i wszystko co musimy zrobić to relacjonować Honolulu Maraton dla jego miesięcznika „Bieganie”… Taaak. Wiem co myślisz, Ralfie. Kręcisz się po pracowni, w mieścinie Old Loose Court i myślisz, ‘Dlaczego ja? I dlaczego teraz? Właśnie wtedy gdy zaczynam być szanowany?’  Well … bądźmy szczerzy; każdy może być szanowany, szczególnie w Anglii. Ale nie każdy może zarabiać biegnąc jak wariat 26 mil w rozreklamowanym biegu dla maniaków który nazywa się Honolulu Maraton.”.

 

HST i Oscar Zeta Acosta (OZA) poznali się w roku 1967. Dobrze, że tak się stało. Drogi bożych szaleńców powinny się przecinać. OZA czyli dr Gonzo był dla HST czymś w rodzaju prototypu:  Południowy-zachód jest krainą zamieszkiwaną przez wiele plemion które łączy wpływ cywilizacji Azteków. Mówią na sobie Chicano. Ich stolicą jest East Los Angeles. Żyją tam według własnych praw, czyli w konflikcie z prawem napisanym na papierze. OZA był ich adwokatem. Dobrze rozumiał, że przestrzeganie sądowych procedur to dla Chicano prosta droga do więzienia. To co OZA robił na sądowych salach trudno określić inaczej niż mówieniem do sędziego: „Gonzo ci w …„ Robił to jednak w sposób kulturalny i zgodny z procedurami. W efekcie, nawet najsprytniejsi żydowscy sędziowie dostawali fiksum-dyrdum i nie byli w stanie wydawać zgodnych z procedurami wyroków. Uzupełnieniem jego wspaniałej bezczelności było (w roku 1970) kandydowanie na szeryfa hrabstwa Los Angeles. Przegrał ale zebrał setki tysięcy głosów dzięki czemu stał się „nietykalny”.

 

Koniec był niestety łatwy do przewidzenia. W roku 1974, OZA płynął yachtem z Meksyku do Kalifornii. Nie dopłynął i nikt się nigdy nie dowie czy Pacyfik połknął go z własne woli.  (Na początku lat siedemdziesiątych, wydawnictwo Straight Arrow Books opublikowało dwie napisane przez OZA książki; „The Autobiography of a Brown Buffalo” i „The Revolt of the Cockroach People”.)

 

Wróćmy na początek lat sześćdziesiątych. W roku 1965, „The Nation” zamówiło u HST tekst na temat gangu motocyklistów „Hell’s Angels” (Anioły z piekła). Tekst ten uczynił go sławnym i zaowocował ofertą napisania książki. Kilka lat później (listopad 1974), wywiadzie dla „Playboya”, tak opowiadał o pracy nad tą książką: „Oni byli trochę zaskoczenie tym, że normalnie wyglądający dziennikarz literackiego pisma z Nowego Jorku wytropił ich w obskurnym warsztacie samochodowym w przemysłowej części slamsów południowego San Francisco. Na początku, byli wytrąceni z równowagi ale po 50 lub 60 piwach znaleźliśmy wspólny język gdyż … Szaleńcy zawsze się rozpoznają.”.

 

Geneza Aniołków jest prosta. Po drugiej wojnie światowej, do domu wróciły tysiące żołnierzy. Przywieźli wewnętrzne i zewnętrzne blizny, które starali się leczyć narkotykami, bijatykami i szumem wiatru we włosach. Powstała subkultura ludzi silnych i słabych równocześnie. Pisząc tę książkę, HST nie dosypywał ani cukru, ani soli. Pisał prawdę, również o tych którzy starali się Aniołki cywilizować. Jej publikacja (w roku 1966) była wielkim sukcesem. Za zarobione pieniądze, HST kupił posiadłość w Woody Creek w stanie Kolorado. Nazwał ją „Owl Farm” (Gospodarstwo sów) i była to dla niego prawie zaciszna przystań.

 

W roku 1970, idąc śladami OZA, HST zgłasza swoją kandydaturę na szeryfa hrabstwa Pitkin. Przegrywa (minimalnie) ale, podobnie jak OZA, wygrywa pewnego rodzaju „eksterytorialność”. Pisze też tekst „The Battle of Aspen: Freak Power in the Rockies” („Bitwa o Aspen: Siła Oszołomów w Górach Skalistych”). Publikuje go w magazynie „The Rolling Stones” i tak zaczyna się wieloletnia współpraca HST z tym kultowym pismem. To jest już liga mistrzów.

Rok później, HST otrzymuje, z pisma „Sport Illustrated”, zamówienie na reportaż o organizowanym corocznie w Las Vegas wyścigu motocyklowym Mint 400. Powstaje dwuczęściowy tekst dla „The Rolling Stones”, a następnie jego sztandarowe „gonzo”, czyli książka „Fear and Loathing in Las Vegas” („Strach i obrzydzenie w Las Vegas”).

 

Pisząc tę książkę, HST trafił w dziesiątkę. „Strach i obrzydzenie” odsłoniło stan duszy amerykańskiej klasy średniej. Tak zwana nowoczesność powoduje bowiem, że biznesmeni, brokerzy giełdowi i ludzie na kierowniczych stanowiskach żyją w ciągłym stresie, czyli na adrenalinowym haju. Robi to z nich ludzi emocjonalnie niestabilnych i często popadających w depresję nazwaną też wypaleniem. Wtedy potrzebne jest „sanatorium”. Jadą wówczas do  Las Vegas, aby skoczyć w wir hazardu, picia, ćpania i seksu gdyż jak wiadomo „klin klinem”. Po kilku dniach padają na hotelowe łóżko i śpią dzień lub dwa. Krzyczą wtedy przez sen, pocą się i robią pod siebie. Jest chyba tak, że organizm postawiony nad przepaścią ratuje się wydalając gwałtownie fizyczne i psychiczne toksyny. Po takiej kuracji, jeśli nie umrą lub nie zwariują (co się często zdarza), mogą wziąć prysznic i poczuć się jak nowo narodzeni. HST opisał to wszystko stawiając siebie i dr Gonzo (czyli OAZ) w roli facetów szukających odpowiedzi na pytanie: Gdzie schowało się amerykańskie marzenie? I nie jest ważne czy (jak chcą jedni) to co napisał HST jest komedią, czy też (jak chcą inni) dramatem: „Teraz po wyjściu z windy i wejściu do kasyna, wielki tłum kłębi się ciągle dookoła stołów do gry w kości. Kim są ci ludzie? Te twarze! Skąd oni się tutaj wzięli?  Wyglądają jak karykatury sprzedawców używanych samochodów z Dallas. Ale oni naprawdę istnieją. Jezusieńku, jest ich diabelsko dużo – piszczących ciągle koło tych stołów w mieście na pustyni o czwartej trzydzieści w niedzielny poranek.”. (…).

 

„Dziwne wspomnienia w tą nerwową noc w Las Vegas. Pięć lat później? Sześć? To wygląda jak całe życie albo przynajmniej jak Ważna Era – rodzaj szczytowania, który się nie powtórzy. San Francisco w połowie lat sześćdziesiątych było wyjątkowym miejscem. Może to miało jakiś sens. Może nie, patrząc perspektywicznie … nie znamy wyjaśnienia, żadna mieszanka słów lub muzyki albo wspomnień nie podważy jednak przeświadczenia, że było się na tym skrzyżowaniu czasu i świata. Cokolwiek to znaczy … Historię trudno zrozumieć, gdyż słyszymy tyle bzdur, ale nawet nie będąc pewny co historia znaczy mamy podstawy myśleć, że od czasu do czasu energia całego pokolenia zaświeci długim i jasnym błyskiem, z powodu którego nikt w tym czasie nie rozumie – i nie zostanie nigdy wyjaśnione co się właściwie stało.”

 

Nie jest przypadkiem, że wybrałem właśnie te dwa fragmenty. W książce dzieli je tylko kilka stron. Razem, stanowią dobry przykład przeplatania strachu i obrzydzenia z nostalgią.

 

Cofnijmy się do roku 1968. Ruch hippisowski był w rozkwicie i Czerwone Pieluszki (Najsławniejsi ludzie tej „formacji ideowej” to Abbie Hoffman, Jerry Rubin i David Horowitz) wierzyły, że droga do władzy stoi przez nimi otworem. Moja ulubioną dokumentacją sposobu w jaki ci ludzie myśleli to opublikowane w książce „Do it!” (autor: Jerry Rubin) zdjęcie. Jest na tym zdjęciu grupa gołych hippisów i na każdej postaci napisano „One Vote” (Jeden Głos).  Gołą prawdą okazało się jednak to, że wybory prezydenckie w roku 1968 wygrał Richard Nixon który był cynicznym hipokrytą. Nie przeszkadzało to większości wyborców, gdyż lewicowy kontrkandydat (Hubert Horatio Humphrey) był dokładnie taki sam. Czerwone Pieluszki pomyślały wtedy, że zwycięstwo Nixona da im szansę na dorżnięcie establishmentu w następnych wyborach.

 

Nadszedł rok 1972, kandydatem Demokratów został czerwony senator George McGovern. „The Rolling Stone” wysłało HST, aby opisał kampanię wyborczą. I opisał. Powstała książka „Fear and Loathing: On the Campaign Trail ‘72”. Napisał w niej jak (upraszczając) wyglądają naćpane Czerwone Pieluszki, gdy przelatują analnie młode feministki. „W tym czasie, było mi trudno utrzymać powagę. Ci biedni, młodzi i naiwni z wodogłowiem. Czy przekażą tą dziwną wiadomość swoim rodzicom, gdy wrócą do swoich domów w Middletown, Shaker Heights i w hrabstwie Orange?  Myślę, że chyba tak. I ich rodzice mogli by napisać listy do NBC, informując iż z wiarygodnych źródeł dowiedzieli się, że Chanceller był uzależniony od LSD-25 – dostarczanego mu bez wątpienia w dużych ilościach przez komunistycznych agentów – i żądać aby został on natychmiast zdjęty z wizji i aresztowany.”.  [Wyjaśnienie: Middletown to nazwa symbolizująca prowincjonalizm. Shaker Height to nazwa sugerująca, że chodzi o miasteczko, w którym popularna jest, przechowywana często w solniczkach (shaker), kokaina. A hrabstwo Orange jest miejscem w którym lubią mieszkać razem ludzie z mafii, z biznesu i intelektualiści. A John Chancellor to znany w tym czasie dziennikarz.]

 

Takich kwiatków jest w tej książce dużo i czytelnik nie ma innego wyjścia tylko śmiać się głośno i żałośnie.  Paradoksalnie, wielu poważnych ludzi zalicza tą książka do poważnych dzieł politologicznych. I ja się z nimi zgadzam.

 

Mijały lata. HST pisał i był czytany. Ponowny wybuch świetności nadszedł jednak dopiero w roku 1980. Powstała wtedy książka „The Curse of Lono” („Przekleństwo bożka Lono”). Składa się ona z dwóch części. W pierwszej, HST opisuje maraton w Honolulu, który otworzył mu oczy na zaczynającą się erę nowej etyki: „Koncepcja zwycięstwa poprzez przegraną już zapuściła korzenie i wielu ludzi mówi, że ma to sens. Maraton w Honolulu jest doskonałym przykładem Nowej Etyki. Główna nagroda to szara koszulka dla każdego, z czterech tysięcy, kto dobiegł do mety. To była próba i przegrali tylko ci którzy odpadli.”

 

Oznacza to, że trzeba zdobyć się na ogromny wysiłek, aby zostać ubrany w szarą koszulkę i móc zaliczyć siebie do tłumu zwycięzców.

 

Uff. Poprzednim razem, niejaki Mao Zedong ubrał tłumy w jednakowe garniturki i też mówił im, że są zwycięzcami. Druga część tej książki to świat etyki hemingwayowskiej. Jest w niej list do Ralpha Steadmana:  „Drogi Ralfie, … Siedziałem na rybackim krześle w łodzi nazwanej Humdinger i walczyłem desperacko z ogromną rybą – i 17 minut później przyciągnąłem ją tak blisko łodzi, że mogłem się wychylić i roztrzaskać jej mózg jednym szaleńczym uderzeniem wojennej maczugi z Samoa. Nikt już mnie nie lekceważy, Ralfie, mogę pić z rybakami. Twarde chłopy. Spotykamy się wieczorami w barze Huggo, aby opowiadać niestworzone historyjki, pić z dużych kieliszków i śpiewać dzikie pieśni”.

 

Może już czas pomyśleć o tym czy prawda o nas ukryta jest w dzikich pieśniach czy w monotonnym klepaniu butami o asfalt?

 

Johnny Depp, przygotowując się do zagrania głównej roli w filmie „Las Vegas Parano”, spędził dużo czasu w „Owl Farm”.  HST pozwolił  mu zaglądnąć do pudeł, w których trzymał różne niedokończone teksty. Depp znalazł tam brudnopis książki, w której HST opisał czas (rok 1958), gdy pracował w San Juan, czyli w stolicy Puerto Rico. Namówił HST do opublikowania książki „The Rum Diary” („Dziennik zakrapiany rumem”) i na jej podstawie powstał film.

 

Końcówka XX wieku. HST publikuje trylogię „Gonzo papers” („Zapiski Gonzo”): „The Great Shark Hunt” („Wielkie polowanie na rekiny” – 1979), „Generation of Swine” („Pokolenie świń” – 1988) „Songs of the Doomed” („Pieśni przeklętych” – 1990)  Są w tych książkach stare, opublikowane w różnych pismach, teksty. Są też teksty i listy które nigdy wcześniej nie były publikowane. Jest co czytać. Jest z czego wyławiać myśli ostre jak żyletki.  Z tych książek wybrałem jednak tylko jeden cytat. W „Songs of  Doomed” jest rozdział „German Decade: The Rise of the Fourth Reich” („Niemiecka dekada: Początek Czwartej Rzeszy”). Zaczyna się on od słów: „Wysoki blondyn z błyskiem w niebieskich oczach wszedł do kawiarni Riviera i zaczął się rozpychać. Krzyczał  „Sieg heil!”. „Ich bin ein Barliner!”. Była północ, sobota w Greenwich Village i siedziałem przy barze, oglądając telewizyjne wiadomości – banda dzikich Niemców wdrapała się na Mur Berliński. Wielki tłum po obu stronach Bramy Brandenburskiej śpiewał „Deutschland über Alles” a inni machali dłońmi pełnymi pieniędzy. „Nareszcie wolni!” krzyczał ten człowiek. „Śmierć komunistycznym świnią! Będziemy maszerować drogą usłaną kośćmi.”. Rzeczywiście wojna się skończyła. Czerwone niebezpieczeństwo uciekło. Pełne zwycięstwo bez przelewu krwi. Połączyły się dwie części potwora. …”. 

 

Początek wieku XXI. 23 kwietnia 2003, HST bierze ślub ze swoją asystentką Anitą Bejmuk.

 

Bywa tak, że starsi panowie (posiadający bogate życie wewnętrzne) zakochują się w młodych dziewczynach. Takie małżeństwa (jeśli dziewczyna też posiada bogate życie wewnętrzne) bywają przez pewien czas udane. Tak było w tym wypadku. Ale nawet oszałamiające postępy farmakologii nie są w stanie zmienić tego, że gonzo starszych panów nie jest już tak twarde jak być powinno.

 

I nawet jeśli młoda żona rozumie to i wybacza, to jednak …  HST lubił strzelać. 20 lutego 2005 strzelił po raz ostatni. We własną głowę. W pożegnalnym liście napisał:

 

„Koniec gier. Koniec wybuchów. Koniec chodzenia. Koniec zabawy. Koniec pływania. 67. To jest 17 lat więcej niż 50. 17 więcej niż potrzebowałem i chciałem. Nuda. Jestem zawsze marudny. Brak radości – dla każdego. 67. Stajesz się chciwy. Zachowuj się jak na twój wiek przystało. Spokojnie – to nie będzie bolało.”.

 

Johnny Depp nie pozwolił mu odejść bez jeszcze większego huku. Dwudziestego sierpnia roku pańskiego 2005, przy dźwiękach piosenki Dylana („Hey! Mr Tambourin Mam, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to …”) prochy HST wystrzelone zostały z wielkiej armaty i wiatr historii rozwiał je nad „Owl Farm”.

 

Jerzy Jacek Plichowski

 

Fot. Wikimedia

Łzy, które nie irytują – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym dlaczego reportaż radiowy wciąż ma słuchaczy

Niektórzy mówią, że reportaż radiowy to przeżytek – zazwyczaj są to ludzi, którzy w ogóle radia nie słuchają lub słuchają takiego, gdzie są wyłącznie konkursy, reklamy i muzyka.

 

Nawet nie dziwię się tym kategorycznym stwierdzeniom, bo faktycznie radiowy reportaż wydaje się być formą niedzisiejszą. Posługuje się wyłącznie dźwiękiem, a przecież dziś dominuje kultura obrazkowa. Wystarczy porównać popularność portali typu YouTube (gdzie nawet muzyka musi być opatrzona klipem lub przynajmniej ilustracją) i Sound Cloud (przeznaczonych wyłącznie do odtwarzania dźwięku). Ten pierwszy to światowy gigant. Ten drugi popularny jest przede wszystkim wśród osób zafascynowanych dźwiękiem (głównie muzyką).

 

Co więcej, reportaż jako gatunek w ogóle wydaje się być niedostosowany do dzisiejszego świata, w którym newsy przez całą dobę płyną wartkim strumieniem, bez rozróżnienia na te, które są istotne, które błahe, a które zupełnie nieprawdziwe. Jeśli korzystamy z portali społecznościowych typu Facebook, jest duże ryzyko, że zostaniemy zalani doniesieniami zarówno o najważniejszych wydarzeniach na świecie, jak i ciekawostkami bez większego znaczenia czy fake newsami.

 

Film dokumentalny bez obrazu

 

A jednak reportaż jeszcze żyje i w dodatku ma się całkiem dobrze. Może właśnie na przekór szybkiemu i często byle jakiemu dziennikarstwu? Może w świecie błyskawicznych newsów ludzie szukają wartościowych, skłaniających do refleksji opowieści, które pobudzają wyobraźnię i angażują na dłużej, niż pięć minut? Z jakichś powodów książki reporterskie sprzedają się w dużych nakładach, festiwale reportażu przyciągają sporo odbiorców (także młodych), a reportaż radiowy ciągle istnieje na antenie Polskiego Radia – chociaż trzeba przyznać, że niemalże wyłącznie tam, bo zdecydowana większość stacji radiowych już z tej formy zrezygnowała.

 

Tymczasem, jak przekonują głosy naszych słuchaczy, reportaż w radiu ciągle wywołuje emocje. „Nie wysiadałem z samochodu, dopóki nie usłyszałem, jak skończyła się ta historia”, „Jak słucham, że reportaż radiowy umiera, to chce mi się śmiać. Słuchałem ostatnio reportażu tak wzruszającego, że obawiałem się, że spowoduję wypadek, bo zwyczajnie oczy zaszły mi łzami, a prowadziłem samochód”, „Rewelacja, nie wiedziałam wcześniej, jak takie reportaże brzmią, a miałam wrażenie, jakbym oglądała film dokumentalny!” – to opinie naszych słuchaczy, które przychodzą do nas mailowo lub na nasze konta facebookowe. Nawiasem mówiąc, porównanie do filmu dokumentalnego było całkiem trafione. Katarzyna Michalak, reportażystka z Radia Lublin, często powtarza, że powinniśmy starać się nagrywać tak, jakbyśmy robili film dokumentalny, tylko że bez obrazu. Obraz ma powstać w głowie naszego słuchacza, dzięki jego własnej wyobraźni, nakarmionej przez nas dźwiękiem, słowem i muzyką. I taki obraz często powstaje. Co więcej, wywołuje emocje. Jedna z uczestniczek corocznego seminarium reportażu w Warszawie powiedziała kiedyś: „Kiedy oglądam telewizyjne reportaże, irytuje mnie płacz bohatera. Mam wrażenie, jakbym patrząc na człowieka w rozsypce uczestniczyła w czymś zbyt intymnym. Ale w reportażu te emocje pokazane są zazwyczaj subtelniej. Wystarczy usłyszeć głęboki wdech bohatera, chwilę pauzy w opowieści, przełknięcie śliny, żeby móc się wczuć w jego losy i przeżyć emocje razem z nim”.

 

Audycje młodych nie tylko dla młodych

 

Inna sprawa, że nawet w Polskim Radiu można usłyszeć głosy, że reportaż to przeżytek. Stąd pomysły, aby emitować go w środku nocy lub zastępować czymś, co należałoby uznać raczej za rozbudowany news, oraz by ograniczać czas jego emisji w programie przeznaczonym dla młodych słuchaczy. Co ciekawe, w wielu krajach europejskich myśli się o reportażu w radiu zgoła inaczej. Przez dwa lata byłam polskim reprezentantem w Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców. Brałam udział w wielu międzynarodowych spotkaniach. Podczas jednego z nich przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne prezentujące najróżniejsze wydarzenia ze świata – historyczne, jak na przykład afera Watergate, i całkiem współczesne, jak zamach terrorystyczny w Sztokholmie, bądź głośne sprawy kryminalne. P3 Dokumentar trwają kilkadziesiąt minut, zazwyczaj nieco więcej niż godzinę. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Podczas tych samych międzynarodowych spotkań miałam okazję się przekonać, jak wielu młodych ludzi chce zajmować się opowiadaniem historii wyłącznie za pomocą dźwięku. To właśnie dla nich przeznaczone jest stypendium imienia Ake Blomstroma, szwedzkiego dziennikarza bardzo wspierającego młodych adeptów tego zawodu. Co roku dziesiątki początkujących radiowców ubiegają się o tę międzynarodową nagrodę, umożliwiającą im roczną pracę pod okiem doświadczonych kolegów. Obecność młodych ludzi w świecie dźwiękowych opowieści da się też zauważyć wśród autorów podcastów. Wielu z nich decyduje się na publikowanie swojej twórczości w internecie. Chociaż stosują wszelkie prawidła konstruowania reportażu radiowego, cenią sobie większą niezależność i możliwość poruszania tych tematów, które najbardziej ich interesują. W praktyce często powstają „reportaże w wersji pop” – to lekkie tematy, żartobliwa narracja, bardzo dynamiczna konstrukcja, a autor często jest jednocześnie bohaterem audycji. W minionych latach na międzynarodowych konferencjach prezentowano między innymi podcast na temat roli pocałunków w naszym życiu, czy taki, w którym autor rozprawia się z kwestią własnej nadwagi. Te audycje, robione przez młodych i raczej dla młodych, mogą w przyszłości zyskiwać coraz większe znaczenie.

 

Oczywiście także wśród etatowych pracowników publicznych stacji radiowych (bo również za granicą reportaż istnieje właściwie wyłącznie tam) można znaleźć młodych ludzi. Ich audycje poruszają ważne i trudne tematy, np. Georgia Catt z BBC 4 przedstawiła jakiś czas temu świetną serię reportaży „Missing” o zaginionym mężczyźnie. Jego żona, która dopiero co urodziła mu dziecko, bardzo zaniepokojona zniknięciem partnera, zgłosiła to na policję. Wkrótce okazało się, że mężczyzna żyje i prawdopodobnie ma się całkiem dobrze. Dlaczego więc nie chce wrócić do rodziny?

 

Inna Brytyjka, Hanna Walker-Brown, pracuje z kolei w firmie producenckiej The Falling Tree. Nie tylko robi reportaże (np. historię o umieraniu jej babci i tym, co wydarzyło się w ciągu tych godzin w jej rodzinie czy opowieść o tajemniczej katastrofie morskiej sprzed lat), ale też sama tworzy do nich muzykę i efekty dźwiękowe. Wielu młodych ludzi za granicą decyduje się również na pracę freelancera, współpracując z radiem publicznym, emitując swoje produkcje na antenie innych stacji radiowych oraz zamieszczając je w internecie.

 

Nie wycinajcie reportażu

 

W Polsce jednak, poza nielicznymi wyjątkami, nie byłoby to możliwe. Stawki za reportaże są bardzo niskie, a miejsc, w których można wyemitować swoje dzieło – nie ma wiele. Mimo to radiowy reportaż interesuje młodych. Co roku studenci starają się o możliwość odbywania praktyk w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, niektórzy z nich zresztą zostają w radiu na stałe (na przykład nasz najmłodszy współpracownik, Antoni Rokicki). Wielu młodych ludzi bierze też udział w Konkursie im. Jacka Stwory, oferującemu laureatowi roczne stypendium i możliwość realizacji reportażu marzeń pod opieką mentorów. Ostatnio natomiast dwie młode reporterki radiowej Trójki postanowiły organizować w jednej z warszawskich kawiarni cykliczne spotkania „Tego się nie wytnie”, podczas których uczestnicy mogą słuchać reportaży i o nich dyskutować z autorami. Organizatorki piszą na stronie wydarzenia: „Wierzymy w reportaż radiowy. Jesteśmy, mimo to, że dziś to często liczba dźwięków decyduje o wypłacie, a praca nad formą przestaje mieć znaczenie. Radio staje się domeną ludzi nieczułych na dźwięk. Jeśli czujesz podobnie jak my, ale mimo wszystko jesteś, chcesz posłuchać reportaży albo porozmawiać o tym, czy jeszcze warto – przyjdź. W knajpie TO SIĘ WYTNIE na Pradze będziemy słuchać dwóch reportaży, które były emitowane na antenie Polskiego Radia. Poznamy dwóch reportażystów i dwa różne sposoby widzenia świata. Będziemy się spierać, kłócić, a czasem nawet płakać, bo tylko wtedy reportaż istnieje, kiedy nie przejdziemy obok niego obojętnie. I wtedy ma się dobrze”.

 

Pozostaje więc mieć nadzieję, że reportaż, mimo niesprzyjających czasów, nie zginie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

 

 

 

Freedom House o polskich mediach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że media są uczestnikami politycznej wojny, i to często w charakterze najgorliwszych żołnierzy, pisałem wielokrotnie, także na portalu SDP. To nie jest zresztą teza rzadko spotykana, tyle że zwykle jest stosowana wybiórczo. Jedna strona widzi tylko, że to media sympatyzujące z drugą są żołnierzami w konflikcie partyjnym – i odwrotnie. Dziennikarze – jak to niedawno powiedział w rozmowie z Marcinem Makowski Robert Mazurek – pełnią rolę gniazdowych na stadionie.

 

Obie strony konfliktu, aby dowieść swojej tezy, chętnie sięgają po monitoring mediów lub po raporty o wolności mediów. Sięgają po nie, o ile te raporty dowodzą ich tezy lub też po to, żeby krzyknąć, że raporty są kłamliwe. Zależy od tego, co pokazują, oraz od tego, kto je sporządzał. Potem już idzie rutynowo i standardowo. Jedna strona będzie tryumfalnie pokazywać: „O, proszę, jak tamci są nierzetelni i wzbudzają hejt!”, a druga będzie dyskredytować dane badanie tylko dlatego, że jej nie pasuje albo stoją za nim niewłaściwe osoby czy organizacje.

 

Pisałem niedawno na portalu SDP o badaniu wolności mediów, prowadzonym przez Reporterów Bez Granic (RSF). Badanie to w mojej opinii, opartej na analizie stosowanej metodologii, nie opisuje w gruncie rzeczy niczego poza całkowicie subiektywnymi odczuciami grupy współpracowników RSF, rekrutujących się spośród osób niechętnych obecnej władzy.

 

Z drugiej jednak strony odrzucanie a priori wszystkich badań wolności i stanu mediów tylko dlatego, że wskazują na pewne niebezpieczeństwa, związane z obecnym stanem rzeczy, jest nierozsądne. Dziś chciałbym wskazać na raport Freedom House, renomowanego amerykańskiego think-tanku, który również bada wolność mediów od wielu lat, a który to cykl raportów bywa jednym tchem cytowany przez sympatyków obecnej władzy obok raportów RSF jako niewiarygodny. Tu jednak sprawa jest mniej oczywista.

 

Tegoroczny raport „Freedom and the Media” posługuje się inną punktacją niż coroczne raporty FH „Freedom of the Press”. Państwa otrzymały tam ocenę od 0 (najmniej wolne) do 4 (najbardziej wolne). Polska otrzymała 3 punkty. Jesteśmy na tym samym poziomie co Włochy, Hiszpania czy Czechy.

 

Metodologia, jaką stosuje FH, jest u swojej podstawy również częściowo uznaniowa, podobnie jak w przypadku RSF. Badaniem sytuacji w poszczególnych krajach zajmują się w tym przypadku eksperci, przyglądający się poszczególnym krajom. Opierają się również na sieci własnych kontaktów, ale nie jest to metoda prostego kopiuj-wklej z dostarczanych informacji. Na liście pytań, na podstawie których buduje się ocenę wolności mediów w danym kraju, są między innymi pytania o penalizację zniewagi głowy państwa (niestety, w polskim kodeksie karnym taki artykuł jest), o stosowanie pośredniej lub bezpośredniej cenzury, o upartyjnienie przekazu. Rzecz jasna, w wielu przypadkach odpowiedzi będą oparte na subiektywnych odczuciach. Jeśli jednak spojrzeć, jak kształtowała się pozycja Polski w ostatnich latach w raportach „Freedom of the Press” (posługujących się skalą od 0 – największa wolność mediów – do 100 – najmniejsza wolność), widać, że nie było tam bezzasadnego skoku w dół w 2015 roku, jak w przypadku raportu RSF. W 2014 roku Polska otrzymała 27 punktów, w 2015 roku – 26 punktów, rok później – 28 punktów, a dopiero w 2017 roku – 34 punkty, co pierwszy raz zakwalifikowało nas nie jako kraj z mediami wolnymi, ale z „częściowo wolnymi” (partly free). Przypomnijmy, że gwałtowny spadek Polski w raporcie RSF, nie był spowodowany żadnymi widocznymi przyczynami i był niejako „prewencyjny”.

 

Natomiast w raporcie FH właśnie w 2017 roku, gdy Polska odnotowała największy spadek, w opisie polskiej sytuacji pojawiło się kuriozalne stwierdzenie, że „PiS starał się wyciszyć głosy w mediach, kwestionujące promowaną przez niego narrację historyczną, która w większości pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej”. Jako przykład tego „wyciszania” podano dyskusję przed emisją filmu „Ida” w TVP.

 

W dodatku w tym samym roku krytyczny, szerszy opis polskiej sytuacji medialnej dla Freedom House przygotowała Annabelle Chapman, pracująca wówczas m.in. dla tygodnika „The Economist”, za sprawą powiązań towarzyskich niechętnemu obecnej władzy. Sama też zresztą od początku przyjmowała takie stanowisko. Być może tu należy szukać źródła wcześniej przytaczanych dziwacznych uwag na temat polskiej narracji historycznej.

 

Natomiast tegoroczny raport FH o mediach należy czytać łącznie z raportem FH o stanie wolności w ogóle. Tutaj Polska uznawana jest za kraj wolny (Free) z 84 punktami na 100. Tu też znajdujemy obszerniejszy opis polskiej sytuacji medialnej: „Media w Polsce są pluralistyczne, a większość jest w prywatnych rękach. Jednakże media publiczne oraz organy nimi zarządzające zostały oczyszczone z głosów odrębnych po przyjściu PiS do władzy w 2015 roku. TVP, publiczny nadawca telewizyjny, promuje rządowy przekaz na tematy począwszy od pokojowych protestów antyrządowych, które pokazywane są jak próby zamachu stanu, na krytycznych organizacjach pozarządowych skończywszy, ukazywanych jako agenci opozycji lub obcych sił. W roku 2018 programy publicznej telewizji były wykorzystywane do otwartego wspierania kampanii partii rządzącej przed wyborami lokalnymi oraz do dyskredytowania kampanii opozycji”.

 

Można zwrócić uwagę na nieścisłości. Nie jest prawdą, że w konstytucyjnym organie kontrolnym, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, nie zasiadają przedstawiciele opozycji. Nie mają natomiast nic do powiedzenia, gdy idzie o podejmowanie decyzji, zaś Rada Mediów Narodowych, decydująca o obsadzie kluczowych stanowisk, jest po prostu obsadzona przez czynnych polityków partii rządzącej. Czy reszta opisu sytuacji jest fałszywa i łatwo można ją odrzucić wzruszeniem ramion? O tym, jak działa TVP, pisałem tutaj już wielokrotnie i moja opinia niespecjalnie różni się od tej, zaprezentowanej przez FH. Radziłbym więc mniej automatyzmu w ocenach.

 

Co więcej, jednym ze stałych punktów wszystkich raportów na temat wolności mediów w Polsce były odniesienia do zapowiadanej przez rząd najpierw repolonizacji, potem dekoncentracji mediów. Pisałem i na portalu SDP, i gdzie indziej, dlaczego te plany uważam za niezywkle groźne dla wolności mediów i wolności słowa. Niestety, niedawna wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina może wskazywać, że w drugiej kadencji ten projekt powróci. To zła wiadomość. Jako ostrzeżenie przed skutkami tych działań, proponuję lekturę szerszej analizy, przygotowanej przez Freedom House, dotyczącej sytuacji mediów węgierskich. Nie byłoby dobrze, gdyby miałby to być wzór dla Polski.

 

Łukasz Warzecha