Co z tą tolerancją? – pyta ksiądz redaktor MARIUSZ FRUKACZ

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ze zdziwieniem i zaniepokojeniem przyjęło decyzję firmy Empik o nie przyjęciu do sprzedaży wydania Gazety Polskiej z naklejką „strefa wolna od LGBT”.  Natomiast rzeczniczka Empiku poinformowała na Twitterze, iż nie ma u nich miejsca na jawną dyskryminację i na treści łamiące prawo.  I mamy znowu dyskusję na temat tolerancji, demokracji, dyskryminacji, wolności słowa itd.

 

Tolerancja w przestrzeni publicznej jako reguła bezwzględna

 

   Jest sprawą oczywistą, że każdy człowiek ma prawo do szacunku, obrony własnej godności, poszanowania własnych przekonań. Nikogo nie wolno znieważać i prześladować ze względu na takie czy inne przekonania. Jednak, jak pokazuje nam to historia III RP, w przestrzeni publicznej niejednokrotnie pod pozorem przeciwdziałania dyskryminacji w rzeczywistości promowało się i promuje określone postawy i poglądy, co z kolei prowadzi do dyskryminacji tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Czyli z tolerancją tak naprawdę mamy kłopot i jest ona traktowana wybiórczo.

 

   Warto przypomnieć, co na temat tolerancji napisał o. Józef Maria Bocheński w jednaj z najsłynniejszych swoich książek pt. „Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów”. Ten znany filozof, światowej sławy logik napisał: „Tolerancja. Tyle co znoszenie. Nazywamy “tolerancyjnym” człowieka, który toleruje, to jest znosi innych, ich poglądy, ich sposób życia itp. Tolerancja jest wypróbowanym sposobem współżycia w łonie tego samego społeczeństwa różnych grup ludzi, różniących się pod względem światopoglądu, względnie zasadniczych tez politycznych. W tej dziedzinie tolerancja jest pożyteczną dyrektywą ustrojową. Ale z tą tolerancją związanych jest kilka zabobonów. Jeden z nich polega na pojmowaniu tolerancji jako reguły bezwzględnej, od której nie ma wyjątków. Wtedy rozumie się przez tolerancję także znoszenie kogoś, kto obraża innych, ich uczucia itp. Skądinąd niektórzy pojmują tolerancję tak szeroko, że żądają znoszenia nawet tych, którzy chcą siłą obalić tolerancyjny ustrój. Mamy wtedy do czynienia z dwoma zabobonami: żadna tolerancja nie uprawnia nikogo do obrażania innych, a tolerancja, która toleruje swoich własnych wrogów, nie może się ostać”.

 

   Wydaje się, że właśnie w całej dyskusji między Gazeta Polską i Empikiem, a także BP definicja tolerancji w ujęciu o. Bocheńskiego jest zapomnianym głosem rozsądku.

 

Tolerancja – narzędzie wojny z chrześcijaństwem

 

   Myślę, że każdy, kto dobrze obserwuje życie społeczne zauważa, że bardzo często podejmowanie dyskusji na temat środowiska LGBT, albo sprzeciw wobec działań tego środowiska kończy się oskarżeniem o brak tolerancji i złamaniem standardów demokracji. Często również tolerancja jest narzędziem do wojny z kulturą chrześcijańską.

 

   Na tzw. marszach równości środowiska LGBT obrażają uczucia religijne osób głęboko wierzących w imię tolerancji. To wszystko, moim zdaniem, jest owocem rewolucji 1968 r., związanej z początkiem marksizmu kulturowego, który już bardzo mocno wszedł w przestrzeń naszego życia społecznego. Pojawiło się nowe słownictwo, jak np. wyrażenie „zadowolenie z płci”. To nowe słownictwo jest projektem kulturowym obowiązującym już w instytucjach publicznych i instytucjach kultury, takich jak m.in.: księgarnie, teatry, kina. Dlatego równie mocno, jak wobec Gazety Polskiej,  Empik nie reaguje kiedy okładki innych gazet, książek uderzają w chrześcijaństwo. To taka wybiórcza tolerancja.

 

   Ciekawe jest to, że już od wielu lat międzynarodowe organizacje, jak ONZ czy UE, wydają się tworzyć z praw człowieka jakby nową ideologię, dążąc wręcz do ich sakralizacji. W konsekwencji można również zaobserwować tendencję do deprecjonowania tradycyjnych nośników szeroko rozumianej kultury, w skład której wchodzą religie. Zwróciły na to uwagę Lucetta ScaraffiaEugenia Roccella, autorki książki pt. „Wojna z chrześcijaństwem. ONZ i Unia Europejska jako nowa ideologia”, która ukazała się w  serii Biblioteki „Niedzieli” już w 2006 r. Książka wówczas nie została zauważona w przestrzeni debaty publicznej.

 

   W Polsce już mieliśmy i mamy do czynienia z obrażaniem uczuć religijnych chrześcijan. W latach 90-ych „Wprost” opublikowało okładkę z Matką Bożą w masce przeciwgazowej. Całkiem niedawno okładka  „Wysokich Obcasów” miała wizerunek Matki Bożej puszczającej oko, a środowiska LGBT prowokują wizerunkiem „Tęczochowskiej Matki Boskiej”.

 

   Kiedy „Wprost” wydrukowało swoją okładkę głos zabrał m. in. Jan Nowak-Jeziorański, który wówczas napisał: „W moim przekonaniu tolerancja łączy się z szacunkiem dla odmiennych przekonań, zwłaszcza religijnych. Symbole religijne, które są świętością dla ludzi wierzących, nie powinny być wyśmiewane ani karykaturowane przez ludzi o odmiennych przekonaniach religijnych. Nie byłoby większego nieszczęścia dla Polski niż rozpętywanie wojny religijnej”.

 

   Warto dodać, że m. in. z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wynika, że członkowie wspólnot religijnych muszą tolerować i akceptować negowanie przez innych ich przekonań i praktyk religijnych. W uzasadnieniu na temat okładki „Wprost”  podkreślono wówczas, że okładka wpisywała się w debatę publiczną i odnosiła się do ważnego, z punktu widzenia społecznego, zagadnienia. Dzisiaj podobne uzasadnienie słyszymy ws. prowokacji środowisk LGBT. To ma być jedynie element debaty publicznej.

 

   Myślę, że potrzebujemy normalności i spokoju, przede wszystkim prawdy i szacunku, ale też odrzućmy dyktaturę i relatywizm poprawności politycznej.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Strefa wroga – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Po wałkowaniu polityczno – medialnym; aborcji, in vitro i gender, przyszła pora na nowy postęp czy jak kto woli destruktora jakim jest społeczność LGBT.

 

   Flagowy tytuł rządowy „Gazeta Polska”, wypuścił na rynek naklejki o strefach wolnych od mniejszości seksualnych. W ramach rewanżu jeden z głównych tygodników opozycyjnych „Newsweek” od nienawiści. A prześmiewczy ASZdziennik, strefę wolną od stref wolnych. Na akcje „GaPol” szybko zareagował Empik, który ogłosił bojkot. Co jest o tyle dziwne, że w tym samym salonie sprzedaje się bez problemu miesięcznik „To my kibice!”, gdzie bohaterami są chuligani „przeszkadzający” w  Marszach Równości.

 

   A tak ogólnie to stref nam przybyło. To fakt. Strefy szare, nadgraniczne, bez dzieci oraz komfortu. I marzenie prawie każdego – vipovskie. Mamy strefy wolne od czasu, od parawanów, od zagrożeń wybuchem, od broni. I kiedy wydawałoby się, że w tym sezonie królować będą doniesienia o strefach wolnych od komarów, od diesli czy 5G. To jednak nic z tego. Wszystkich przebiły i zdominowały sfery figlarne; płciowe i seksualne. Tęczowa rewolucja wygrała ze swędzeniem po ugryzieniach, ze smrodem spalin i zagrażającymi technologicznymi nowinkami.

 

   Jak dobrze pamiętam, walka o wolność do czegoś trwała od dawien dawna. Na ten przykład jeśli chodzi o palenie, wspominam dworzec kolejowy w Sędziszowie Małopolskim. Był tam bar okupowany głównie przez miejscowych, z uwagi na to, że nieliczni podróżni i tak się tam bali wejść. Znajdowała się w tym przybytku jedna sala, zarówno dla palących i niepalących. A wspólną przestrzeń oddzielała granicą… krata.

 

   Wracając do meritum, przykład z nośnika red. Tomasza Sakiewicza mógłby znaleźć godnych naśladowców. Pamięć podpowiada, co się działo onegdaj, a wyobraźnia, co może się stać w przyszłości.

 

   Medialni bohaterowie tygodnia, nie byli prekursorami z pomysłem „ograniczeń”. Przecież na zamku w Sobkowie, od lat wita gości napis: „Zakaz wstępu telewizji TVN”. A i jeszcze za komuny wychodził taki nieformalny organ naturystów „Veto”. I śmiał czelność obwieszczać całej zgorszonej Polsce, że promuje strefy/miejsca beztekstylne. Dyskryminując tekstylnych rzecz jasna.

 

   Ale inne gazety mogłyby pójść podobnym śladem:

 

   – „Daily Mail” informował, że Polacy polują na łabędzie i je zjadają. Reklama: CBD aliejus, Kanapių aliejus, Kanabidiolis hdrop.lt Wystarczy wypuścić na rynek tabliczki „Strefa wolna od Polaków” i rozwiesić nad stawami.

 

   – Magazyn motoryzacyjny „Top Gear” w swych najlepszych latach: „Strefa wolna od rowerów i przyczep kempingowych”. Wiadomo. Spowalniają ruch.

 

   – Gazeta „Hodowca bydła” czy „Hodowca trzody chlewnej”: „Strefa wolna od weganizmu,  wegetarianizmu, witarianizmu, frutarianizmu, owowegetarianizm, liquidarianizmu, sprautarianizmu”. Cokolwiek to znaczy.

 

   – „Łowiec Polski” : „Strefa wolna od grzybiarzy”. Bo wchodzi takim jeden z drugim we flanelowej koszuli z wiaderkiem na linie strzału i jeszcze przeszkadza w nagonce.

 

   – „Metal Hammer” : „Strefa wolna od punk – rocka”. No chyba, że z wyjątkiem zespołów grających metal punka. Im wybaczamy więcej.

 

   – „Cosmopolitan” : „Strefa wolna od niewyzwolonych (jeszcze) kur domowych”. Z dodatkową informacją, że odpowiednie napisy umieszczać nad zlewem, fortepianem lub przy szafce z drutami i szydełkami.

 

   – „Nasza Legia”. „Strefa wolna w szczególności od „Polonii Warszawa”, a także fanów Widzewa, ŁKS-u, Wisły, Cracovii, Lecha, Arki, Ruchu, Górnika, GKS-u, Spartaka Moskwa, Jagiellonii…”. No dobra, odpowiednia vlepka powinna przybrać rozmiary co najmniej B – 5.

 

   Swego czasu „Przekrój” miał bardzo pomysłowy dział „O czym nie piszemy”. Może by tak zamiast stref wolnych od czegoś tam, w środkach masowego, piśmienniczego przekazu, po prostu o tym nie pisać?  

 

Krzysztof Prendecki

„Spiskowiercy” i ludzie biznesu – MIROSŁAW USIDUS o teoriach spiskowych w świecie Internetu

Rząd Stanów Zjednoczonych wytępił wszystkie ptaki w 2001 r. i zastąpił je dronami inwigilującymi – twierdzą przedstawiciele ruchu „Birds Aren’t Real” (z ang. „ptaki nie istnieją naprawdę”). Ruch, niby miał być tzw. „beką” z teorii spiskowych, ale chętnie korzysta z owoców popularności szalonej teorii i sprzedaje gadżety. Sprawa sprawą, ale pecunia non olet, nieprawdaż?  

 

   W rzeczywistości kształtowanej przez Internet, sieci społecznościowe i memo-kulturę, zwanej czasem bardziej uczenie „rynkiem uwagi” (ang. „ettention economy”), przestaje mieć znaczenie, jaki mamy stosunek do teorii spiskowej, którą opisujemy – czy ją krytykujemy, demaskujemy, ośmieszamy, czy wierzymy w nią lub jesteśmy skłonni przekonywać, iż jest w niej ziarno prawdy. Ważne jest zwrócenie na siebie i na naszą publikację uwagi.  

 

   Nie jest natomiast ważne, że pisząc o „Imperium Lechitów”, czy Irlandczykach przywiezionych do Ameryki na statkach niewolniczych wymyślamy pseudohistoryczce dyrdymały dla żartu. Ważne, czy to, co piszemy, kreślimy lub nagrywamy, jest wystarczająco atrakcyjne, aby były kliki, udostępnienia, polubienia i dyskusje. Tak działa marketing  filmów Patryka Vegi i ruch antyszczepionkowców. To wszystko są ludzie, którzy doskonale rozumieją „attention economy”. Kto zrozumie tę grę, ten skorzysta, nie tylko krzewiąc teorie spiskowe, ale również teorie mające ośmieszyć teorie spiskowe, czy na przykład ruch kwestionujący istnienie prawdziwych ptaków.  

 

„Co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”  

 

   Lider „Birds Aren’t Real”, dwudziestolatek Peter McIndoe, mówił kilka miesięcy temu, w rozmowie z serwisem „The Daily Beast”, że całkowicie poważnie wierzy w to, że ptaki są tak naprawdę maszynami zaprojektowanymi do obserwacji i kontrolowania Amerykanów. Jednak wcześniej zarówno on sam, jak inni przywódcy ruchu przyznali, że powołali go, aby ośmieszyć i sparodiować inne teorie spiskowe. Dodatkowo chodziło tu o politykę, bo ruch na celownik wziął teorie zwolenników prawicy, nade wszystko QAnon, mówiącą o spisku lewicowych satanistycznych pedofilów, którzy walczą z Donaldem Trumpem i Ameryką.  

 

   Jednak satyryczna idea zyskała w amerykańskim Internecie pod koniec ubiegłego roku popularność samoistną. Pomógł filmik nakręcony przez znanego YouTubera PewDiePie z kilkoma milionami odsłon. A sklep internetowy zaczął przynosić dochody ze sprzedaży koszulek, kubków, itp. Niektórzy przedstawiciele spiskowej teorii, która była z założenia nieprawdziwa, zaczęli chyba rozumieć, że bardziej opłaca się krzewienie prawdziwej wiary w nieprawdziwość ptaków, niż powiedzenie: „OK., to był tylko żart. Tak naprawdę chodziło nam o satyrę z teorii spiskowych”. To może i zostałoby docenione przez wielu, ale zakończyłoby karierę teorii i… rozkręcający się biznes.  

 

   Zdaje się, że dobrze zrozumiał to McIndoe. Dlatego mówi to, co mówi. Jednak nie do wszystkich w ruchu to dotarło. Są tacy, którzy wciąż trzymają się korzeni. Np. instagramowe konto „Birds Aren’t Real NY” (nowojorski oddział) jasno komunikowało, że chodzi o parodię innych teorii spiskowych. Ale już działacze z Teksasu na Instagramie deklarowali szczerą wiarę w teorię nieistnienia ptaków, choć przyznawała, że niektórzy działacze skłaniają się na podstawie własnych doświadczeń do przyznania, że „co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”.  

 

Błędy poznawcze w spiskach – błędy w rozumieniu spisków  

 

   Nauka obecnie patrzy na spiskowe teorie nieco inaczej niż kiedyś, gdy z miejsca odrzucano je jako szaleństwa, niedorzeczności i groźne bzdury. Dziś badacze coraz częściej widzą w nich swoistą „normalność”, przejaw życia społecznego i psychologiczne mechanizmy, które są bardzo stare, znane i niejako rutynowe w procesach komunikacji na forum publicznym. Niektórzy eksperci nawet obawiają się, że próba zapobieżenia i radykalnego eliminowania teorii spiskowych mogłaby stanowić większe zagrożenie niż ich istnienie.  

 

   Internet zmienił sposób dystrybucji, natężenie publikacji o spiskowym charakterze, ale samo zjawisko występowało już dawno temu. Trudno jednak ocenić, czy przekonania o spiskach były kiedyś mniej czy bardziej intensywne, bo nie badano tego, lekceważąc tę sferę z miejsca, jako „stek bzdur” i „zajęcie szaleńców”. Niedawno Jan-Willem van Prooijen, psycholog z Vrije Universiteit Amsterdam i Michael Wood, profesor psychologii na brytyjskim uniwersytecie w Winchesterze, przeprowadzili badania, z których wynika, iż od co najmniej stulecia teorie spiskowe regularnie trafiają na strony amerykańskich gazet.  

 

   Inny naukowiec, Joseph Uscinski, politolog z Uniwersytetu w Miami, skatalogował ponad sto tysięcy listów do redakcji opublikowanych w „The New York Times” i „Chicago Tribune”, dochodząc do wniosku, że liczba listów zawierających domniemania istnienia konspiracji i przeróżne teorie spiskowe w ciągu ostatnich 120 lat była stała. Co oznacza, że funkcjonują od dawna w takim samym natężeniu. Ich liczba nie rosła, ani nie malała. Dopiero gdy znaczenie medialnych „gatekeeperów” spadło, wraz z rozwojem Internetu i każdy mógł nie tylko publikować ale również propagować swoje teorie w sieci, powstało wrażenie, że wiara w spiski rozkwitła dzięki Internetowi. To błąd poznawczy, jeden z takich, jakie często popełniają zwolennicy teorii spiskowych.  

 

   Innym częstym błędem jest przekonanie, że spiskowe teorie mają charakter marginalny a kultywuje je niewielka grupka „foliarzy”. Jedna z ankiet przeprowadzonych w 2014 r. w USA wykazała, że ponad połowa Amerykanów wierzy w co najmniej jeden spisek medyczny z długiej listy, na której znajdują się m. in. poglądy o szczepieniach, o których lekarze lub władze wiedzą, że są niebezpieczne, lub teorie, że amerykańska administracja leków (FDA) celowo zwalcza naturalne metody leczenia nowotworów z powodu presji ze strony przemysłu farmaceutycznego. Zdaniem Uscinskiego, który komentował te badania w mediach, jest całkiem prawdopodobne, że każdy człowiek ma swój ulubiony spisek, w który święcie wierzy.  

 

   Ciekawie pisze o spiskowych teoriach Carrie Leonard z Uniwersytetu w Lethbridge w Kanadzie. Badała dość szeroki wachlarz poglądów, które nazywa ogólnie „błędnymi przekonaniami”, wliczając do nich m. in. doświadczenia paranormalne i przekonania o oszustwach w grach hazardowych. Jej zdaniem, narodzinom spiskowych przekonań sprzyjają takie czynniki jak poczucie braku kontroli nad różnymi aspektami własnego życia, psychologiczna skłonność do myślenia paranoicznego, niezrozumienie i niewłaściwe korzystanie ze statystyk a także brak zdolności rozumowania probabilistycznego. To właśnie łączyć ma wiarę w UFO, duchy, oszukańcze mechanizmy w maszynach do gry i spiski polityczne. I to wszystko, zdaniem Leonard, łączy się wzajemnie ze sobą, czyli jeśli ktoś wierzy w zjawiska paranormalne, to z większym prawdopodobieństwem jest antyszczepionkowcem itd.  

 

   Ciekawe są także obserwacje społecznych aspektów skłonności do wiary w spiski w pracach Carrie Leonard, ale również innych badaczy. Wynika z nich, że, jeśli jesteś częścią grupy, która jest marginalizowana i czuje się pozbawiona wpływu na system polityczny, to teorie spiskowe zalęgną się w tobie z dużo większym prawdopodobieństwem niż w przedstawicielu grupy uprzywilejowanej i wpływowej. Dla polityków wynikałby stąd jasny wniosek, że zmniejszanie poziomu wykluczenia społecznego zmniejsza poziom nieufności opartej na spiskowych poglądach. Doświadczenie uczy jednak, że politycy nie chcą tego zrozumieć.  

 

   Wspomniany już Joseph Usciński po analizie spiskowej epistolografii medialnej, stanowczo zaprzecza, że skłonności do wiary w spiski przypisane są do jednej ze stron sporu politycznego. Mentalność ta nie ma zabarwienia, ani lewicowego, ani prawicowego.  Wiara w „onych” pociągających za sznurki i manipulujących krajem, jest szeroko rozpowszechniona we wszystkich częściach spektrum politycznego. Tu oczywiście można wskazać na kolejny błąd poznawczy popełniany przez publicystykę piętnującą spiskowe teorie, która zwykle wiąże je opcją przeciwną w stosunku do poglądów autorów „analiz”.      

 

   Uściński zauważył też ciekawe zjawisko, polegające na tym, że „ogromna infrastruktura teorii spiskowych” budowana przez formację polityczną, gdy jest w opozycji, natychmiast rozwiewa się po wygranych przez nią wyborach. Wszystkie teorie na temat Busha i jego administracji budowane w mediach i Internecie przez lewicę i Demokratów przez lata, zniknęły jak ręką odjął, gdy w 2008 roku wybory wygrał Obama. Zaczęło się za to budowanie „infrastruktury” po drugiej stronie.  

 

Moderatorzy Facebooka zarażeni spiskami  

 

   Mechanizmy psychologiczne mechanizmami psychologicznymi, ale raport serwisu internetowego „Verge” z lutego 2019 wskazuje, że silna ekspozycja na teorie spiskowe może zarażać nimi osoby, które do ich kontroli zostały zatrudnione. Dziennikarze odkryli, iż na niektórych moderatorach zatrudnionych przez Facebooka do usuwania obrazów szczególnie odrażających, np. obcinania głowy czy treści ukazujących zoofilię, oraz do kontroli publikacji propagujących spiski, czytane teksty i oglądane obrazy wywarły  silne piętno, ich reakcje przypominają syndrom stresu pourazowego a niekiedy widać w nich zaskakujące zmiany postaw, np. akceptację teorii spiskowych  

 

   Reporter Casey Newton opisuje przypadek jednego z moderatorów, który zaczął przekonywać wszystkich dookoła, że Ziemia jest płaska. Rozmówcy autora tekstu tłumaczą to dawką mediów społecznościowych. Jeśli użytkownika Facebooka porównać do palacza, to moderatorzy palą po dwie paczki mocnych dziennie. Duża ilość konsumowanych kontrowersyjnych treści sprawia, że stają się dobrze znane, oswajamy się z nimi a stąd już tylko krok do akceptacji.  

 

   „Im częściej to widzisz, tym to coś jest bardziej znajome, a im bardziej znajome, tym bardziej wiarygodne”, tłumaczy w „Verge” Jeff Hancock, profesor komunikacji i dyrektor Stanford Social Media Lab.  

 

 

   „Treści spiskowe zostały zaprojektowane tak, aby były przekonujące. Ludzie akceptują te teorie, ponieważ pomagają nadać sens światu, który jest przypadkowy i chaotyczny. Mogą zaoferować poczucie komfortu lub bezpieczeństwa. Widząc te teorie pojawiające się wielokrotnie na Facebooku, wydaja się nam coraz mniej obce i dziwaczne”, dodaje James Grimmelmann, profesor Cornell Law School.  

 

   Ponadto „powtarzająca się ekspozycja może sprawiać wrażenie, że teoria spiskowa jest bardziej rozpowszechniona niż jest w rzeczywistości”, uzupełnia Dominique Brossard, profesor Uniwersytetu Wisconsin-Madison.  

 

   Dochodzi do tego zjawisko psychologiczne nazywane „zarażeniem emocjonalnym”, znane z sytuacji gdy ktoś nieświadomie naśladuje wyraz twarzy lub inaczej odzwierciedla nastrój osoby, z którą rozmawia lub przebywa.  

 

   Badania grupy bardzo szczególnej, czyli moderatorów przeglądających ogromne ilości kontrowersyjnych treści społecznościowych demonstruje dość dobrze możliwy mechanizm rozpowszechniania się i popularyzacji teorii spiskowych. Jednak nie można automatycznie doświadczeń tak szczególnej grupy przekładać na resztę, zwykłych konsumentów Internetu. Wniosek płynący z publikacji „Verge” jest raczej taki, że bezkrytyczna konsumpcja takich treści w nadmiernych ilościach wystawia użytkownika na niebezpieczeństwo „zarażenia się”, niż, że używając Facebooka staniesz się w końcu „płaskoziemcem”.  

 

Lepiej zarobić niż zwalczać konspiracjonizm  

 

   Czy wyeliminowanie teorii spiskowych jest w ogóle możliwe? Wspomniany wcześniej holenderski badacz, Van Prooijen przeprowadza badania sprawdzające, czy fałszywe przekonania o spiskach można korygować, dając ludziom, którzy w nie wierzą, coś, czego im brakuje – poczucie władzy i kontroli nad własnym życiem. W eksperymentach laboratoryjnych wydaje się to działać. Upodmiotowienie ludzi, zaszczepienie im poczucia kontroli, wprowadzenie przejrzystości w działaniach – to sprawia, że atrakcyjność spiskowych teorii maleje. Jednak to, co działa w laboratorium, jest niełatwe do zastosowania w życiu, zwłaszcza, że ze spiskowymi teoriami chcą walczyć głównie ci, którzy są ich zwyczajowymi negatywnymi bohaterami: politycy, naukowcy, lekarze. To nie sprzyja wiarygodności w oczach spiskowierców.  

 

   W 2006 r. politolodzy Brendan NyhanJason Reifler opisali zjawisko zwane „backfire effect”. Wykazali, że wysiłki zmierzające do obalenia nieprawdziwych, niedokładnych informacji w dziedzinie polityki mogą sprawić, że wśród odbiorców wzrośnie przekonanie, że owe fałszywe informacje są prawdziwe. Wydaje się, że sama gorliwość w dementowaniu spiskowych teorii wzbudza podejrzliwość i działa przeciwskutecznie.  

 

   Internet oskarżany zwykle o to, że jest narzędziem do rozpowszechniania spiskowych teorii na nieznaną wcześniej skalę, może być zarazem świetnym narzędziem do ich neutralizacji. Zazwyczaj wystarczą fakty i dane, a tych w sieci nie brakuje. Jeśli osoba, której je podsuwamy, nie jest fanatykiem czy szaleńcem, to twarde fakty powinny wystarczyć do odwiedzenia jej od nieprawdziwych spiskowych wierzeń. W dodatku w sieci działają aktorzy równorzędni, czyli znajomi i życzliwi koledzy, a nie złowrogie kręgi polityków-iluminatów, międzynarodowej finansjery, lekarzy zblatowanych z demonicznym przemysłem farmaceutycznym, media i naukowcy eksperymentujący na ludziach.  

 

   W tym sensie Internet i społeczności są teoretycznie doskonałym narzędziem do obalania teorii spisku. Jednakże, jeśli ktoś tak jak np. ruch „Birds Aren’t Real” wyczuł w czymś, co miało być żartem i kpiną z innych teorii spiskowych, kuszący zapach rozgłosu i pieniędzy, to perspektywy walki z nimi nie wyglądają zbyt różowo. Wychodzi na to, że walka z „płaskoziemstwem”, „Imperium Lechitów”, „chemtrailsizmem”, „negacjonizmem lądowania na Księżycu”, jest mniej intratnym zajęciem niż propagowanie tych i dziesiątek innych teorii.  

 

Mirosław Usidus

Adam Słodowy jak Mark Twain – ŁUKASZ WARZECHA o fałszywej informacji o śmierci twórcy kultowego programu telewizyjnego

Przyznaję – też dałem się nabrać. Pamiętałem dobrze z dzieciństwa te niesamowite konstrukcje, które podobno dawało się zbudować samemu. Choć ja nigdy nawet nie spróbowałem. No i oczywiście pamiętałem słynny wskaźnik – czarną strzałkę ze srebrnym grotem, którą konstruktor wskazywał kluczowe miejsca swoich projektów.

 

   Poruszyła mnie zatem wiadomość o śmierci Adama Słodowego, którą znalazłem na portalu bodaj Radia Zet. Szybko zerknąłem w agregator wiadomości, gdzie zobaczyłem, że o odejściu pana Słodowego pisze kilka innych dużych serwisów. Wrzuciłem więc wspomnianą wiadomość na Twittera ze słowami żalu oraz krótkim wspomnieniem. I na jakiś czas przestałem zaglądać do Internetu.

 

   Jakież było moje zaskoczenie po kilku godzinach, gdy okazało się, że wiadomość była nieprawdziwa. W przeciwieństwie do sytuacji, gdy nazwa ta jest używana wobec niewygodnych opinii albo politycznie kłopotliwych informacji, w tym wypadku mieliśmy do czynienia z klasyczną fałszywką informacyjną (zwaną „fejkniusem”, ja jednak wolę spolszczoną nazwę).

 

   Kilka osób napisało do mnie, że nie dochowałem należytej staranności, dzieląc się smutną informacją na Twitterze, ja jednak nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie jestem dziennikarzem informacyjnym, nie jest moim zadaniem weryfikowanie informacji u źródła. W tym wypadku byłem zresztą zwykłym odbiorcą wiadomości. I zachowałem się jak każdy rozsądnie krytyczny odbiorca. Dokładnie tak, jak instruowaliśmy studentów w czasie spotkań na temat fałszywek informacyjnych, które organizowane były w ciągu około roku na różnych uniwersytetach w Polsce (Kraków, Gdańsk, Poznań, Warszawa) przy udziale „Polityka Insight”, miesięcznika „Press” i Facebooka. Po wstępnej dyskusji panelowej z gośćmi szkolenia, przechodziliśmy do warsztatów, podczas których studenci mieli zidentyfikować fałszywe wiadomości w zbiorze, zawierającym kilkanaście wymieszanych informacji (zwykle im się to udawało). Następnie przechodziliśmy do zaleceń, które formułowali uczestnicy zajęć przy naszej pomocy.

 

   W tym przypadku spełniona wydawała się większość warunków, by uznać informację za prawdziwą, choć – przyznaję – nie wszystkie. Przede wszystkim informacja pojawiła się we wszystkich wiodących, poważnych mediach. Jak prześledził bardzo dobry serwis Konkret24 (afiliowany przy portalu TVN24.pl), pierwotnie pojawiła się na portalu Interia, który tłumaczył potem, że uzyskał ją od dwóch niezależnych źródeł, których jednak nie zidentyfikował. Bezkrytycznie powtórzyły ją za nim inne portale i powstał efekt masy.

 

   Po drugie – informacja dotyczyła osoby realnej i w dodatku była – z całą ogromną moją sympatią dla pana Adama Słodowego, w końcu człowieka już starszego (oby żył 200 lat!) – prawdopodobna. To wyłączyło czujność.

 

   Po trzecie – trudno było wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś miałby fałszować tę akurat informację. O ile mechanizm maksymalnego sceptycyzmu włącza mi się automatycznie przy niepewnych, dziwnych wiadomościach, dotyczących polityki, gwiazd (jeśli takie przypadkiem przeczytam) lub jakichś dziwnych sytuacji życiowych, jeśli te ostatnie pojawiają się w miejscach, którym może zależeć na łowieniu kliknięć – o tyle tutaj trudno było wyobrazić sobie motyw. 

 

   Post factum przyznaję jednak, że jako odbiorca mogłem być bardziej krytyczny. Mogłem na przykład zwrócić uwagę na to, że w żadnej z informacji nie ma powołania się na nikogo z rodziny, współpracowników, przyjaciół. Jedynie na inne źródła wiadomości. To powinno budzić podejrzenia. Trudno jednak było wyobrazić sobie, żeby bezmyślnemu instynktowi stadnemu uległy wszystkie duże organizacje medialne. A jednak.

 

   W wielu redakcjach prawdopodobnie myślano podobnie, jak myślałem ja: skoro tamci podali, to przecież musieli to sprawdzić i nie mogli sobie pozwolić na pomyłkę. A skoro tak, to i my podajemy, bo przecież nie możemy tej informacji nie mieć, skoro mają ją już wszyscy inni. Tyle że na takie myślenie może sobie pozwolić odbiorca, ale nie powinni sobie na nie pozwolić dziennikarze, zajmujący się obróbką informacji. Tymczasem w tę pułapkę wpadł nawet PAP! A przecież kto jak kto, ale Polska Agencja Prasowa właśnie tego typu wieści powinna szczególnie drobiazgowo weryfikować, będąc dla innych redakcji pierwotnym źródłem wiedzy. Na usprawiedliwienie – choć słabe – można jedynie napisać, że w przypadku Adama Słodowego nie mówimy o osobie publicznej (już nie), a więc zdobycie informacji u źródła (rodziny, przyjaciół) faktycznie mogło być niełatwe.

 

   Tu wracam do wspomnianego wcześniej Konkretu24, kierowanego przez Beatę Biel. To chyba jedyna (pewności nie mam, ale o żadnym innym nie wiem) redakcja, afiliowana przy innym medium, której zadaniem jest wyłącznie weryfikowanie informacji, często krążących uparcie po sieci i bezkrytycznie powielanych przez kolejnych internautów, a czasami i redakcje. Konkret24 wykonuje w gruncie rzeczy pracę, którą powinna wykonywać każda redakcja. Ale jest to praca wymagająca czasu i wysiłku, czasami nie tylko kwerendy internetowej, ale też uzyskania informacji od różnych podmiotów. Warto Konkret24 odwiedzać regularnie – czasem można się zdziwić, widząc, że coś, co od dawna uważało się za fakt, jest zmyśleniem.

 

   W tej sprawie przykre jest, że to, co w mediach powinno być standardem, dziś jest domeną jedynie specjalnie w tym celu stworzonych serwisów. Z czego pośrednio wynika, że w innych redakcjach do weryfikacji faktów podchodzi się… powiedzmy: luźniej.

 

   A pan Adam – cóż, mógłby powtórzyć za Markiem Twainem, który znalazł w gazecie własny nekrolog: „Pogłoski o mojej śmierci były przesadzone”.

 

Łukasz Warzecha

Wiadomo, co zrobią ze zwycięstwem –  ADAM SOCHA jeszcze o polemice wywołanej felietonem Roberta Mazurka

„Wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?” – tym pytaniem zakończył Robert Mazurek swój felieton pt. „Danucie Holeckiej i Jackowi Kurskiemu do sztambucha”, odnosząc się do gwałtownych ataków na jego osobę, wywołanych „Listem otwartym do Danuty Holeckiej” opublikowanym  tydzień wcześniej w swoim stałym felietonie w „Plusie Minusie”.

 

 Znam odpowiedź na pytanie Mazurka, ale nim ją udzielę, najpierw zapytam, dlaczego „List” Mazurka wywołał taką furię w gronie prorządowych publicystów, do niedawna koleżanek i kolegów Mazurka z tych samych redakcji? Przecież od momentu przejętych blitzkriegiem mediów publicznych i przekształceniem ich w narzędzia propagandy partyjnej non stop media antyrządowe opisują i potępiają to zjawisko oraz tworzą listy hańby z nazwiskami najgorliwszych wykonawców. Są dwa tego powody.

 

   Ci, którzy atakują Jacka Kurskiego, Danutę Holecką, braci Karnowskich nie są wiarygodni, gdyż za poprzednich rządów robili dokładnie to samo, a więc „przygadywał kocioł garnkowi”. Toteż im gwałtowniej na Czerskiej i Wiertniczej atakują „TVP Info”, „wPolityce.pl” itd., tym w oczach liderów PiS-u i elektoratu rządzącej partii zyskują. Ich wiarygodność z każdym atakiem Lisa, Olejnik, Żakowskiego, Czuchnowskiego itd., tylko się umacnia.

 

   Drugi powód to WIARYGODNOŚĆ Roberta Mazurka w oczach „ludu PiS-owskiego”, a przede wszystkim szacunek i podziw liderów PiS-u, którzy pamiętają, iż to dzięki m.in. takim publicystom, jak Mazurkowi zawdzięczają m.in. dojście do władzy. Robert Mazurek z racji wyjątkowego talentu mógł być gwiazdą największych i najpotężniejszych mediów III RP, tak jak Wojciech Czuchnowski, który zaczynał swoją karierę od konserwatywnego „Czasu Krakowskiego”, by stać się czołowym pistoletem Czerskiej. Robert Mazurek wybrał wierność wyznawanym wartościom i przez wiele lat egzystował w niszy medialnej. Stał się szybko najwybitniejszym publicystą prawej strony, demaskując i zdzierając maski zakłamanym rządzącym III RP politykom. Robił to przy tym w sposób arcyinteligentny, dowcipny i błyskotliwy. Osiągnął w tym mistrzostwo.

 

   Ośmieszał także gwiazdy medialne salonów III RP. Przypomnę tylko jego akcję częstowania ciepłą wódką czołowego propagandzisty TVP za czasów „Brunatnego Roberta” (to też określenie Mazurka, które stało się obiegowe, tak jak nazwanie TVP pod rządami układu post magdalenkowego „Telewizją białoruską z oddziałem w Warszawie”).

 

   To dlatego jego „List otwarty do Danuty Holeckiej” tak wkurzył niedawnych kolegów Roberta Mazurka, a zwłaszcza ta fraza mistrza felietonu: „W tępej propagandzie sukcesu jesteście gierkowscy, w nagonkach na opozycję gomułkowscy, a w estetyce jaruzelscy. Tyle, że za Jaruzela było klarowniej, bo oni przynajmniej występowali w mundurach, a wam ich nie sprawiono”.

 

   Robert Mazurek od samego początku krytykuje, jak to określił „paździerzową TVP” pod rządami Jacka Kurskiego, ale dopiero to zdanie przypiekło ”salon medialny IV RP” do żywego. Dlatego, że te porównania do niedawna  mogły odnosić się tylko i wyłącznie do dziennikarzy z „lewej strony Wisły”, że posłużę się poetyką Mateusza Matyszkowicza, wiceprezesa TVP z jego polemiki z „listem Mazurka”. „Jak można porównać nas do propagandzistów gomułkowsko-jaruzelskich, skoro to my właśnie przez tyle lat z takimi propagandzistami walczyliśmy!” – zdają się pytać zdumieni i obrażeni.

 

   Prorządowe pióra, które rzuciły się na Mazurka nie podjęły polemiki z podstawowym jego pytaniem-stwierdzeniem: dlaczego w publicznej telewizji robicie partyjną propagandę? Zamiast polemiki uciekli się do ataków ad personam, insynuując, jak Danuta Holecka, że to pewnie zazdrość go zżera, że to nie on jest telewizyjną gwiazdą, czy jak szef TAI Jarosław Olechowski, „subtelnie” starał się go zdyskredytować przypominając, komuż to Mazurek się wysługuje: „Panie Mazurek, kto Panu kazał napisać te wynurzenia spod śmietnika (wiadomo do czego nawiązuję) szef Niemiec czy szef z czerwonoarmijnym rodowodem?”.

 

   Podstawowa różnica pomiędzy jego niedawnymi koleżankami i kolegami, z którymi ramię w ramię walczył z postkomunizmem, a którzy go teraz zaatakowali polega na tym, że Robert Mazurek pozostał wierny misji dziennikarskiej, zachował niezależność i wolność. Tak się składa, że dzisiaj może być wolny i niezależny na antenie RMF FM, w „Plusie i Minusie” oraz w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, a nie w tygodniku „Sieci” czy na portalu „wPolityce”. Tygodnik „Sieci” czytałem już tylko dla rubryki „Mazurka i Zalewskiego”, reszta autorów stała się do bólu przewidywalna, pisząc „po linii i na bazie”.

 

   Dla mnie najistotniejszy głos w tym chórze potępiającym Roberta Mazurka zabrał Michał Karnowski, który najlepiej wyraził, o co tu chodzi: „mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu”.

 

   Michał Karnowski napisał, ni mniej ni więcej, że w miarę, jak obóz PiS-u powiększa swoje zwycięstwo, walka z obozem III RP zaostrza się. Rozumiem traumę braci Karnowskich i innych dziennikarzy z prawicowych, niszowych mediów, którzy zostali przez Jacka Żakowskiego, w apogeum rządów Donalda Tuska, skazani na wymarcie.

 

   Robert Mazurek też to rozumie, ale chciał uprzytomnić, że rewolucja się dokonała, przeciwnik został rozgromiony i trzeba wrócić do cywilizowanych form walki.

 

   Mazurek wcielił się tutaj w rolę Dantona z genialnego filmu Andrzeja Wajdy, który stara się zatrzymać krwawy terror, uzmysłowić Robespierrowi, że zwyciężył i trzeba zatrzymać gilotynę, bo ci, którzy ją uruchomili też w końcu na nią trafią.

 

   To samo mówi Mazurek: „wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?”

 

   Łukasz Warzecha, też jeden z nielicznych już publicystów, którzy wybrali niezależność, broni na portalu sdp.pl Roberta Mazurka i proponuje zorganizowanie debaty o tym, „jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP”?

 

   Szanowny panie Łukaszu, nie będzie żadnej debaty. Prezes Jacek Kurski udowodnił prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że obrał słuszną metodę a elektorat PiS-u przez tyle lat upokarzany jest zachwycony i dopinguje dziennikarzy TVP do spuszczania codziennie twardego, brutalnego łomotu „wrogom Polski”.

 

   I teraz odpowiadam na pytanie Roberta Mazurka: „co z tym zwycięstwem zrobicie?” Na pytanie już odpowiedział marszałek senatu Stanisław Karczewski. Po zwycięskich wyborach parlamentarnych na jesieni, a szykuje się wielkie zwycięstwo, zostanie przeprowadzona operacja pt. „dekoncentracja mediów”. Na czym będzie polegała, wiemy z Węgier, gdzie oligarchowie, którzy zawdzięczają swoje majątki Orbanowi powołali holding medialny i wykupili udziały w mediach opozycyjnych od dotychczasowych, zagranicznych właścicieli. W Polsce po jesiennych wyborach błyskawicznie zostanie przyjęta ustawa, na mocy której w mediach kapitał zagraniczny nie będzie mógł mieć więcej udziałów ponad określony mniejszościowy poziom. Właściciele zagraniczni będą musieli więc odsprzedać udziały, które kupi holding kredytowany np. przez PKO BP. Bo tak naprawdę nie tyle chodzi o to, by inne państwa nie miały wpływu na opinię publiczną w Polsce, co o to, by rządzącą partię uwolnić od kontroli niezależnych mediów. Że o to chodzi pokazała histeryczna reakcja braci Karnowskich, gdy właściciel Zetki nie im sprzedał radio a  Agorze, wszak kapitałowi polskiemu. 

 

   Mateusz Matyszkowicz, wiceprezes TVP pyta: „Gdyby świat wyglądał tak, jak opisuje go Robert Mazurek to, czy mógłby napisać taki list otwarty – wejść w otwartą, publiczną polemikę z dziennikarką Telewizji Publicznej?”

 

   Dzisiaj jeszcze może polemizować, ale po dekoncentracji mediów może to już być niemożliwe.

 

Adam Socha

Tygodnik dla czytających – ks. ARTUR STOPKA o przyczynach wzrastającej popularności „Tygodnika Powszechnego”

Gdy ogromna większość gazet i czasopism notuje w Polsce systematyczne spadki nakładów, krakowski „Tygodnik Powszechny” wbrew trendowi ma coraz więcej czytelników. Warto popatrzeć, jak to się dzieje.

 

Żyje jeszcze sporo Polaków, którzy pamiętają, jakim fenomenem był „Tygodnik Powszechny” przed rokiem 1989, w czasach PRL-u. Jak po kolejne numery pisma biegało się po Mszy św. do zakrystii. Jak wielu duchownych nie tylko chętnie pomagało w kolportażu, ale również za punkt honoru uważało znajomość treści poszczególnych numerów. „Tygodnik Powszechny” był ważnym elementem sfery wolności, jaką wówczas dla znaczącej części społeczeństwa stanowił Kościół. Czasopismo było też liczącym się głosem wspólnoty polskich katolików na temat otaczającej ich rzeczywistości, także tej kościelnej.

 

List od Papieża

 

Po roku 1989 zapanowało powszechne przekonanie, że „Tygodnik” popełnił poważny błąd, angażując się politycznie po jednej, bardzo konkretnej stronie. Od pisma gwałtownie odwrócili się polscy duchowni. Jego tytuł stał się dla niejednego z nich synonimem kreciej roboty w Kościele. Ci, którzy zaczęli „Tygodnikowi Powszechnemu” nie najlepiej życzyć otrzymali poważny argument w postaci listu papieża Jana Pawła II do redaktora naczelnego, Jerzego Turowicza, z okazji pięćdziesięciolecia pisma. Jedyny Polak na Stolicy Piotrowej pisał z nieskrywanym zatroskaniem.

 

Powołując się na swoją wizytę w Ojczyźnie w roku 1991 stwierdził, że odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyliczywszy, że po 1989 roku mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa, Jan Paweł II stwierdził, że oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w „Tygodniku Powszechnym”. „W tym trudnym momencie Kościół w «Tygodniku» nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany” – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los «Tygodnika Powszechnego» i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu” – czytamy w liście Następcy św. Piotra.

 

Wyrok?

 

Te papieskie słowa mogły dla pisma oznaczać wyrok. Nie brakło takich, którzy zaczęli odliczać dni i godziny do momentu, w którym czasopismo straci prawo używania w tytule określenia „katolickie” i po prostu upadnie z braku czytelników. Przeliczyli się. Po rozmaitych perturbacjach (w tym również właścicielskich) „Tygodnik Powszechny” wciąż się ukazuje. Co więcej wciąż ma w tytule sformułowanie „Katolickie pismo społeczno-kulturalne”. I od kilku lat jego nakład nie spada, jak to ma miejsce w odniesieniu do zdecydowanej większości czasopism na polskim rynku, lecz stopniowo, krok po kroku rośnie. Stał się więc ewenementem, idącym z uporem wbrew trendom.

 

Jak to możliwe? Łukasz Warzecha analizując w ubiegłym roku na łamach portalu SDP  sukces sprzedaży „Tygodnika Powszechnego” wskazał przede wszystkim na dwie kwestie – lojalność czytelników i nieoczywistość. Wyjaśniając tę drugą, stwierdził: „«Tygodnik Powszechny» daje swoim czytelnikom jakieś zaskoczenie, pobudzenie do myślenia, zamiast wyłącznie potwierdzania ich własnych poglądów”.

 

Kwestia zaufania

 

Jest w tej diagnozie sporo racji. Warto zwrócić uwagę, że obydwie wskazane przez Warzechę przyczyny sukcesu TP wzajemnie się uzupełniają. Lojalność, o której mówi, jest czymś innym niż powszechne dziś wśród odbiorców w Polsce przywiązanie do konkretnych tytułów, stacji radiowych i telewizyjnych, serwisów internetowych, wynikające z ich charakteru „tożsamościowego”. W czasach, gdy ten rodzaj mediów dominuje na rynku, „Tygodnik Powszechny” stawia swoim czytelnikom wymóg nie identyfikacji z prezentowanymi na łamach poglądami, ale zaufania do redakcji, że warto poznać przygotowane przez nią treści.

 

Na kwestię zaufania zwracał zresztą uwagę sam zespół TP w materiałach promocyjnych. Odbiorca nie musi zgadzać się z tym, co czyta. Dzięki lekturze dowiaduje się, co myślą inni, w jaki sposób widzą konkretne sprawy i interpretują zjawiska oraz wydarzenia. Czytelnik TP w pewnym sensie „musi” być otwarty na dialog. Okazuje się, że w ostatnich kilku latach liczba tego rodzaju odbiorców powoli rośnie, a redakcja potrafiła tę niszę zauważyć i skutecznie zagospodarować.

 

Autorytety

 

W „Tygodniku Powszechnym” dokonała się pokoleniowa zmiana. Jednak wciąż można dostrzec w kształtowaniu pisma szacunek, a raczej przywiązywanie znaczenia do kwestii autorytetu. Nie sposób zignorować wartości, jaką dla wizerunku i odbioru tego pisma ma postać ks. Adama Bonieckiego. Nakładane na niego przez władze zgromadzenia, do którego należy, zakazy wypowiadania się dla mediów czynią wyjątek tylko dla krakowskiego czasopisma. Paradoksalnie dla części odbiorców, w tym sporego grona katolików, czynią one poglądy i opinie ks. Bonieckiego bardziej wartościowymi i godnymi poznania. Redakcja konsekwentnie buduje swój wizerunek na autorytecie byłego generała marianów. Ale nie tylko na jego autorytecie.

 

Dwa lata temu Jerzy Sadecki na łamach miesięcznika „Press” w obszernym tekście poświęconym zauważalnemu sukcesowi krakowskiego pisma zwrócił uwagę, że przywiązywanie wagi do autorytetów widać także np. w doborze felietonistów. „Każdy z nich ma swoich fanów” – odnotował. Określenie „fanów” wydaje się tutaj nie do końca precyzyjne. Dla określonych grup odbiorców konkretni autorzy pojawiający się na łamach tygodnika są czymś więcej niż idolami. Są właśnie autorytetami.

 

Wiśniewski i Woś

 

TP wypracował sobie w ostatnich latach opinię czasopisma odważnego. To w nim pojawiają się np. niewygodne nie tylko dla części polskich katolickich hierarchów, ale również dla wielu księży i wiernych świeckich teksty o. Ludwika Wiśniewskiego. Niezależnie od tego, czy odbiorcy się z nimi zgadzają czy nie, są to ważne głosy w debacie o Kościele w Polsce, które raczej nie mają szans ukazać się w jakimkolwiek innym piśmie opatrzonym przymiotnikiem „katolicki” w naszym kraju.

 

Ale opinia „odważnego” dotyczy nie tylko tematyki kościelnej. Kilkakrotnie zdarzyło się, że na łamach „Tygodnika Powszechnego” publikowane były teksty znanych autorów, których publikacji odmówiły inne renomowane periodyki. Znaczącym ruchem było również zatrudnienie znanego i budzącego kontrowersje publicysty Rafała Wosia, z którym tygodnik „Polityka” nie przedłużył umowy. Tego typu działania również kształtują wizerunek pisma.

 

Dawniej „inteligent”

 

We wspomnianym już tekście w „Press” redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Piotr Mucharski w pewnym sensie definiuje docelową grupę odbiorców redagowanego przez niego pisma: „To ważne określenie tożsamościowe: jestem człowiekiem czytającym. Skoro czytam, to nawet gdy z czymś się nie zgadzam, nie powiem, że ten myślący inaczej jest debilem. Dziś określenie «człowiek czytający» to jak dawniej «inteligent»”.

 

Trudno powiedzieć, czy nakład i sprzedaż TP w najbliższych latach będą nadal rosły, czy też okaże się, że osiągnął on maksimum możliwości. Jego sukces wynika przede wszystkim z jednego: istnieje w Polsce zapotrzebowanie na tego typu pismo i redakcja efektywnie je zaspokaja. Potrzebuje go konkretna, wcale nie mała, jak na dzisiejsze warunki i okoliczności, grupa ludzi.

 

Ks. Artur Stopka

Skarpetki noszone trzy dni z rzędu – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o tym, jak brytyjskie media wybierają premiera

Dwa kraje, Polska i Wielka Brytania, i dwa systemy wyłaniania premierów. Tam jest to zawsze lider ugrupowania, które wygrało wybory powszechne, w Polsce – niekoniecznie. Na Wyspach dotąd obowiązuje zasada: zwycięskie ugrupowanie bierze wszystko i w dość skomplikowanym procesie, wyłania ze swoich szeregów szefa partii i zarazem premiera. A królowa wybór akceptuje i powierza mu misję utworzenia rządu. 

 

Po rezygnacji Theresy May nie zdecydowano się na wybory parlamentarne – zapewne konserwatyści uznali, i słusznie, że nie byłoby to dla nich bezpieczne rozwiązanie. Więc obowiązuje inna, krótsza procedura. Najpierw z grupy kandydatów posłowie torysi wyłaniają finałową dwójkę, a potem 160 tys. członków partii, korespondencyjnie, dokonują ostatecznego wyboru szefa partii i zarazem premiera.  W głosowaniu w Izbie Gmin Boris Johnson otrzymał 160 głosów, a jego rywal Jeremy Hunt – 77. Teraz  odbywają spotkania w terenie, 22 lipca zakończenie głosowania, a 23 ogłoszenie wyników.  Trzeba dodać, że choć  Boris Johnson pozostaje na prowadzeniu, jego przewaga do Jeremy Hunta maleje. Jest oskarżany o brak szacunku dla rodziny – liczne romanse pozamałżeńskie, skutkiem czego jego wieloletnia żona Marina Wheeler  wyrzuciła  go z domu i wniosła pozew o rozwód – a teraz burzliwe kłótnie z nową partnerką Carrie SymondsJeremy Hunt od lat pozostaje w stabilnym związku z żoną Chinką. Interesujące, że cała kampania wyborcza obu delikwentów tylko w małym stopniu dotyczy programu, a znacznie częściej – zarzutów charakterologicznych i obyczajowych. W Wielkiej Brytanii, kolebce demokracji!

 

Jak  tamtejsze media kreślą sylwetkę Borisa Johnsona? Oczywiście, w lewicowych BBC, komercyjnej ITV, Guardianie, Independencie przedstawiany jest jako figura śmieszna i groteskowa, z burzą blond włosów, w niechlujnym garniturze i „asyryjskich”, nabytych w British Museum,  skarpetach, noszonych trzy dni z rzędu.  Twardogłowy entuzjasta Brexitu, który oczywiście pogrąży brytyjską gospodarkę w wieloletni kryzys i skłóci ją z całym światem. Portret Jeremy Hunta wygląda znacznie lepiej. Choć brytyjska opozycja z liderem Jeremym Corbynem na czele, oraz ich media,  wciąż  namawiają do rozpisania wyborów, mając nadzieję, że w tym totalnym chaosie i kompromitacji torysów, zdołają coś ugrać, a może nawet zastąpić ich na Downing Street.  Ale, ostatecznie, wspierają  Hunta. Brytyjska prasa konserwatywna jest mocno podzielona. The Daily Telegraph promuje Borisa Johnsona, Times stoi w rozkroku ze wskazaniem na Hunta, ale już prawicowy tabloid Daily Mail – najwyraźniej niszczy  zdeklarowanego pro-brexitowca Johnsona i stawia na jego umiarkowanego rywala. Spróbujmy prześledzić, jak wygląda  sytuacja na podstawie niezwykle popularnej i opiniotwórczej gazety – 3 mln egzemplarzy dziennie! – The Daily Maila.

 

Wprawdzie inteligentny i dawał sobie radę jako mer Londynu, ale kapryśmy i kontrowersyjny. A kiedy nabroi, znika jak Yellow Submarine” – nawiązuje do filmu Beatlesów  Daily Mail.  „Operuje okrągłymi hasłami i przejawia nadmierny optymizm, za którym nie podążają fakty – Churchill także był optymistą, ale robił wszystko, by realizować swoje plany. I był odważny nie tylko w słowach, ale i w czynach” – pisze tabloid.  Jak to należy odczytywać?  Że dla tej gazety  Boris Johnson jest zbyt wyrazisty programowo – ostatnie jego hasło „do or die!”, doprowadzić do Brexitu  do 31 pażdziernika lub umrzeć, najwyraźniej przestraszyło Daily Maila.  No i mnóstwo zarzutów obyczajowych. Jeden z czołowych  publicystów Daily Maila Stephen Glover pisze: „Czy ta hałaśliwa, nieprecyzyjnie wyrażająca się, wykrętna, okropnie wyglądająca figura, to naprawdę nasza jedyna narodowa nadzieja?” Glover  twierdzi, że Zjednoczone Królestwo potrzebuje kandydata, który stoi obiema nogami na ziemi, bo wiele jest do stracenia. Pomyślność gospodarki,  szansa na zarządzanie państwem bez ingerencji  Unii.  „Potrzebny jest polityk mądry  – pisze – odważny, z wizją właściwej drogi, który będzie trzymał marksizm z daleka od Downing Street. Patrząc na ostatnie dni kampanii, nie wierzę, aby to był Boris Johnson” – kończy Glover. I tu  akurat  ma  racje. Były mer Londynu jest nieprzewidywalny, odważny, lecz niekonsekwentny, bez wizji przyszłego państwa, a czy będzie trzymał lewicę z dala od rządzenia – oto jest pytanie.

 

Daily Mail cytuje także wiele innych negatywnych opinii o Johnsonie.  Przede wszystkim jego rywala Jeremy Hunta, który mówi: ”Nie interesuję się jego prywatnym życiem, ale te wieczne ucieczki przed mediami! Wygląda na to, że chce dostać się na Downing Street 10 tylnymi drzwiami!” Rzeczywiście, kiedy  ma jakieś kłopoty, znika jak „żółta łódż podwodna” i nie udziela wywiadów. A to nie zjawił  się na debatę kandydatów w Channel 4,  to znów pominął podobną w Sky News, odmawia innym.  Są i inne zarzuty, oto list byłego labourzystowskiego premiera, Gordona Browna: „BoJo jest sierżantem, rekrutującym ludzi do Narodowej Partii Szkocji i największym ryzykiem stabilizacji Wielkiej Brytanii od 312 lat” czyli  podpisania umowy o unii angielsko-szkockiej.  Z kolei kolega partyjny  Johnsona, minister handlu zagranicznego Liam Fox, doradza, żeby  unikał  incydentów jak  wielka kłótnia kochanków – którą sąsiedzi – labourzyści nagrali  i przesłali do Guardiana – „bo to wprowadza niepotrzebne zakłócenia kampanii i kierowanie dyskusji publicznej na boczny tor”.  Wierny donator partii konserwatywnej, John Griffin, 4 mln funtów, domaga się wyjaśnień, i  tylko wierni  sojusznicy jak kolega partyjny Jacob Rees – Mogg tłumaczą, że „nawet kandydat na premiera ma prawo do życia prywatnego” i  atakują sąsiadów, którzy upublicznili awanturę, nazywając ich „podglądaczami –  wojskiem Corbyna”.  Jednak dla wyborców  jest to sygnał, jak bardzo zmienił się stosunek torysów do spraw obyczajowych.

 

Media lewicowo-liberalne atakują Borisa Johnsona za to że „ma słaby team wyborczy”, „w tym żadnej kobiety”, że w 2018 roku tylko na wystąpieniach, artykułach do prasy  i tantiemach z książek  zarobił 1 mln funtów, jakby to był jakiś grzech, oraz że „zaskoczył przeciwnika radykalnym hasłem 'do or die’”, jakby nie miał do tego prawa. Chociaż najkrótszy program Johnsona wcale nie jest  radykalny, wręcz przeciwnie. „Przeprowadzić Brexit do Haloween, przeformatować partię jako nowoczesny progresywny konserwatyzm i być gotowym do pobicia opozycji Jeremy Corbyna”.  W istocie czym takie memento różni się od tego Theresy May? A jednak brytyjskie media wolą „Borysa Johnsona w wersji soft”, Jeremy Hunta, i robią wszystko, żeby to on zwyciężył w wyścigu wyborczym.

 

Kim jest ów przeciwnik, którego promują nie tylko brytyjskie media lewicowe, ale i spora część konserwatywnych? Były minister zdrowia, którego osiągnięć nikt nie może sobie przypomnieć oraz aktualny szef dyplomacji,  z podobnymi dokonaniami. Bezbarwny, pozbawiony charyzmy, najpierw zwolennik, a teraz  przeciwnik Brexitu, i gdyby jakimś cudem udało się go przepchnąć, byłaby to powtórka z Theresy May.  Podobno nie odrzuca możliwości opuszczenia Unii bez dealu, ale „byłaby to ostateczność”, i dopuszcza możliwość kolejnego przełożenia terminu rozwodu. Tak więc przyjazne mu media pełne są sympatycznych i uśmiechniętych fotek  Hunta, a to z wielką rybą na targu, a to popijającego  truskawkowy milkshake, a to kupującego orchidee dla swojej żony. „Wciąż tej samej!” zaznaczają lewicowi dziennikarze, znani przecież z przyjaznego stosunku do życia na kocią łapę  oraz  rozwodów.  A w międzyczasie kandydat rzuca dość niezborne hasła jak „obiecuję większy budżet na obronę, aby zatrzymać rosyjskie zagrożenie i pokazać, że nasz kraj wciąż jest militarną potęgą”.  Albo, zupełnie od Sasa –„odrzucam obniżenie kwoty imigrantów Theresy May do kilkudziesięciu tysięcy rocznie. Nie możemy stać się Little England”. Ciekawe, skąd weźmie fundusze na armię, skoro na Wyspy wciąż napływa ok. 280 tys. imigrantów rocznie, a „Little England”, tytuł sitcomu, to satyra na wszystko, co jeszcze do niedawna uchodziło za „prawdziwie angielskie”.  Jeremy Hunt, to także najbogatszy minister gabinetu Theresy May, ale lewicowe media jakoś nie mają mu tego za złe, a  uboższemu Johnsonowi – mają. Nawet tego, że wciąż powtarza: ”być biznesmenem, który osiągnął sukces, to rzecz pozytywna i wzorzec dla innych”. Tylko jakoś cicho o konserwatywnych wartościach, chrześcijańskich, o których torysi wspominali jeszcze za czasów Margaret ThatcherJohna Majora.

 

Jak bardzo zdeterminowany i zarazem cyniczny jest w istocie Jeremy Hunt, niech świadczy fakt, że po raz pierwszy od 40 lat opowiedział publicznie o tragedii, która zdarzyła się w jego rodzinie. Kiedy miał 2 lata i był kąpany razem  z paromiesięczną siostrą, dziewczynka utonęła. I teraz, ocieplając wizerunek, sięgnął po tamto zdarzenie. Opowiada też, że jego ulubionym filmem jest „Titanic”, „choć bardzo żal mu  jego pasażerów”, jako dziecko lubił bawić się kolejką, „pije wino, ale w sposób umiarkowany”. Nudy na pudy. A jego najbardziej zabawnym zawołaniem jest „call me Jeremy Stunt!”, gra słów Hunt i stunt, czyli  Mr Spryciarz.  Ma rację dziennikarz Henry Deeds, który pisze: ”były minister zdrowia przypomina sympatycznego pediatrę z lizakiem w kieszeni, który nagle podciąga rękawy i zaczyna boksować … powietrze”. Program dziurawy jak szwajcarski ementaler, „przeprowadzić Brexit,  pozytywny, otwarty i międzynarodowy”. Co to u diaska znaczy, nie był uprzejmy powiedzieć.

 

Tak więc i media lewicowo-liberalne i przynajmniej połowa konserwatywnych stawiają na kandydata umiarkowanego, Jeremy Hunta. Niby mają do tego prawo, ale kiedy przypomnimy sobie, że magnata medialnego Ruperta Murdocha nazywa się „producentem premierów”, rzecz wydaje się poważniejsza. Murdoch ze swoim Timesem (300 tys. nakładu) i  Sunem  (3 mln) pomógł wygrać  Johnowi Majorowi, potem, kiedy zmienił preferencje partyjne, Tony Blairowi, a następnie znowu konserwatyście Davidowi Cameronowi. A dziś w sukurs przychodzi mu lewica i Daily Mail z kolejnymi 3 mln nakładu. Nie wydaje się, żeby kiedykolwiek doszło do Brexitu a  torysi znowu powrócili do dawnych wartości. Rewolucja w brytyjskiej polityce się dokonała i nawet część konserwatywnych mediów strzeże, żeby nic złego jej się nie stało.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

 

 

 

 

Chocholi taniec  – ŁUKASZ WARZECHA o głośnej polemice Roberta Mazurka z Danutą Holecką

Syzyfowa praca kontra chocholi taniec. Tak to mniej więcej wygląda. Syzyfem jest w tym wypadku Robert Mazurek, ale w tej roli występowało już kilku innych ważnych publicystów obozu konserwatywnego: Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein, ja również.

 

Chocholi taniec wykonują Danuta Holecka, Jarosław Olechowski, Michał Karnowski i inni obrońcy status quo w TVP, a głównie w „Wiadomościach” (bo jednak pamiętajmy, że TVP to nie same „Wiadomości” i publicystyka).

 

Felietonowego listu Roberta Mazurka do Danuty Holeckiej nie będę streszczał – kto chce, znajdzie go na stronach „Rzeczpospolitej”. List w typowo Mazurkowej formie mówi o tym, co widzi każdy, kto nie ma klapek na oczach i o czym wspomniani przeze mnie publicyści pisali nieraz: że „Wiadomości” forsują w skrajnie prymitywny sposób nieznośnie wręcz nachalną propagandę nie ideologiczną nawet, ale wprost partyjną. Sądzę, że co do prawdziwości tej diagnozy nie ma w ogóle dyskusji. Warto zauważyć, że odtańcowujący chochole figury nawet z tym nie polemizują – używają innej argumentacji, o czym za chwilę. Sądzę, że doskonale rozumieją, co się w „Wiadomościach” dzieje. I Olechowski, i Holecka wiedzą, że to nie jest program informacyjny w ścisłym tego słowa znaczeniu. A może nawet w nieścisłym.

 

Nie będę opisywał tego, co i jak pokazują „Wiadomości”. Pobieżna kwerenda mediów społecznościowych pozwala odnaleźć multum opinii osób o poglądach konserwatywnych, w tym wyborców PiS, którzy stwierdzają, że sztandarowego programu „informacyjnego” TVP po prostu nie trawią. Że on ich obraża. Że w zupełnie jawny sposób chce z nich zrobić głupków. To piszą całkiem przypadkowi widzowie. A może raczej – w większości byli widzowie.

 

Robert Mazurek w swoim liście nie zwrócił uwagi na jedną jeszcze istotną rzecz, przeciwstawiając „Wiadomości” „Faktom”: że na „Wiadomości” składają się wszyscy obywatele. A to jednak rzecz kluczowa. Nie znaczy to, że pochwalać albo nawet akceptować można robienie tępej propagandy za prywatne pieniądze (choć akurat za prywatne ona bywa znacznie subtelniejsza). Jest to jednak inny kaliber niż opłacanie skrajnie nieobiektywnego i wykrzywionego przekazu pieniędzmi publicznymi.

 

Dlaczego Mazurek napisał swój list do Holeckiej? Prawdopodobnie dlatego, że mu się przelało. I ja to rozumiem – tym, którzy chcieliby traktować dziennikarstwo poważnie, musi się przelewać, gdy oglądają „Wiadomości”.

 

Jakich odpowiedzi doczekał się Mazurek?

 

Odpowiedziała mu Danuta Holecka. Odpowiedź wygląda, jakby została skopiowana z jakiegoś przekazu dnia, powielanego od kilku lat w obronie publicystyki w TVP: „Nie rozumiem dlaczego rozbicie przez »Wiadomości« TVP informacyjnego kartelu, który w III RP decydował o przekazach dnia, wywołuje w Tobie aż taką frustrację. Pierwszy raz od lat Polacy mają szansę zobaczyć rzeczywistość, która nie jest autoryzowana na Czerskiej. To chyba dobrze, że tak jest, nie uważasz?”. Trudno nawet z tym polemizować, bo te kilka zdań opartych jest na oczywistym chwycie erystycznym: Holecka pomija istotę sprawy, nie próbuje nawet przekonywać, że „Wiadomości” nie są programem informacyjnym tylko z nazwy, za to stwierdza, że w ten sposób rozbito „informacyjny kartel”. Oczywiste jest, że można go było rozbić, robiąc po prostu profesjonalny i rzetelny program informacyjny, a nie lustrzane odbicie „Faktów”, tyle że znacznie bardziej prymitywne w środkach.

 

Dalej Holecka: „Podkreślasz, że tak łatwo jest uderzać i atakować »Wiadomości«, ale Ty nie lubisz »śpiewać w chórze«. Wielokrotnie krytykowałeś »dziennikarstwo stadne«, więc co takiego się stało, że właśnie to robisz? Ustawiasz się z tłumem innych w pozycji cenzora i arbitra tego, co jest w mediach publicznych właściwe, a co nie. Zaczynasz mówić tym samym głosem, co Agnieszka Kublik i Tomasz Lis, którzy przez lata mieli absolutny monopol na tzw. prawdę. Czy tak bardzo chcesz zostać przytulony przez ten salonowy establishment, że musisz się im przypodobać?”.

 

Znam ten szantaż doskonale: nie można skrytykować niczego, co robią publiczne media, bo wtedy automatycznie „staje się po drugiej stronie”. No i oczywiście standardowe sugestie, że chce się być „przytulonym przez establishment”. Sam spotykałem się i spotykam z takimi zarzutami wiele razy. Gdybym miał się nimi przejmować, musiałbym nieustannie dostosowywać swoje opinie do tego, co mówi jedna lub druga strona sporu.

 

Dalej: „Bo znam Cię i nie wierzę, że jesteś tak małostkowy i pamiętliwy, że wciąż żywisz urazę, o to, że jednak nie pracujesz dla TVP”. Oczywiście – wszyscy krytycy TVP robią to z zazdrości i zawiści. Mali ludzie.

 

Czy ten tekst to Twoja inicjatywa, czy zapotrzebowanie na niego zostało ustalone w czasie kolejnego spotkania przy słynnym śmietniku? Robercie, ile listów otwartych napisałeś do mediów i dziennikarzy, którzy przez lata byli twarzami przemysłu pogardy?”. Czyli: „Dla kogo pracujesz i kto ci zapłacił” oraz „a co robiłeś, kiedy…?”.

 

Jedno można powiedzieć na pewno: odpowiedź Holeckiej trzyma standardowy poziom przekazu programu, któremu szefuje.

 

Teraz będzie dłuższy cytat z tekstu Michała Karnowskiego. Osoby wrażliwe na specyficznie pompatyczny styl z góry przepraszam.

 

„Warto jednak obserwując te ataki pamiętać, że gdyby nie te tak atakowane punkty oporu wobec medialnych walców III RP, już dawno mielibyśmy powtórkę z roku 2007. Wtedy dobre dla Polski rządy rozwalono bezwzględną nawałnicą. A potem było zaszczuwanie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wreszcie Smoleńsk i hańba posmoleńskiej pogardy.

Tamte lekcje (i wiele innych, od 1989 i 1992 roku począwszy) na szczęście zostały przez obóz propolski zapamiętane. Zrozumiano, że bitwa o kształt Polski wymaga przeciwstawienia się hordom orków pałujących wszystko, co święte dla Polaków, w sposób bardziej zdecydowany niż obrotowe felietony w przejętej pod śmietnikiem gazecie. Przyjęto do wiadomości, że mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu. O elementarny pluralizm, który dziś – na poziomie całego rynku – jest pełen, co w III RP stanowi duże novum. […]

I rozumiem, że wielu nie chce brać w wojnie z orkami udziału. Bo oberwać można, bo nieprzyjemnie, bo dzieci prześladują (co podpowiadał gawiedzi Jacek Żakowski już w roku 2016). Widzę te wybory, te przejścia do przedpokojów Salonu III RP i naprawdę rozumiem, żalu nie mam”.

 

Mamy tu wszystko to, co niektórzy, najbardziej korzystający z obecnego układu, próbują uparcie powtarzać. A więc nazywanie siebie samych „obozem propolskim” (Mazurek, Zaremba, ja sam to najwyraźniej nie jest obóz „propolski”, a może nawet wprost antypolski), maksymalnie wzmożenie, forsowanie poglądu, że trwa wojna, więc nie sposób myśleć o jakichś tam standardach. Słusznym wolno wszystko. No i wreszcie diagnozę, że każdy, kto się nie zgadza na maksymalne medialne przegięcie, ślini się w „przedpokojach” III RP. Pisałem już wielokrotnie, ale powtórzę: to są metody Adama Michnika, którymi naczelny „Gazety Wyborczej” starał się kiedyś – z sukcesem – zdyskredytować swoich oponentów w taki sposób, żeby w ogóle nie trzeba było z nimi podejmować polemiki.

 

Karnowski sięga też po przykład amerykańskiej Fox News. Przykład w oczywisty sposób niecelny, i to podwójnie. Po pierwsze – bo Fox News to stacja prywatna. Po drugie – bo Fox News nie wspiera Donalda Trumpa bezwarunkowo, a w kwestiach niektórych jego zachowań wobec dziennikarzy wobec prezydenta USA opozycyjnych była absolutnie krytyczna. Fox News to na pewno stacja prorepublikańska, lecz z całą pewnością nie telewizyjny biuletyn administracji Trumpa.

 

Można mieć do tekstu Mazurka różne zastrzeżenia, można twierdzić, że passus o ubieraniu w mundury jest zbyt ostry. Nie zmienia to faktu, że Mazurek pisze o realnym problemie, a repliki nawet istnienia tegoż problemu nie kwestionują. Ich wydźwięk jest taki, że „owszem, przeginamy i przeginać będziemy, bo my walczymy dla Polski, a wy nie, więc tak musi być”.

 

Wierzę, że nie musi. Pozostaje mi jedynie – co robiłem tu już kilkakrotnie – zaproponować, żeby zorganizować w końcu debatę o tym, jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP. Nie wiem, jak Mazurek, ale ja w takiej debacie chętnie wezmę udział, broniąc swojego poglądu – o ile swojego gotowi będą publicznie bronić Karnowski, Holecka, Olechowski.

 

Łukasz Warzecha

Propaganda nie może zastąpić dziennikarstwa – WOJCIECH POKORA o manipulacji „Więzi” i „Gazety Wyborczej”

15 lipca 1410 roku doszło do jednej z ważniejszych bitew w dziejach naszego kraju. Oto, jak ogłosił Zygmunt Luksemburski, „wrogowie Chrystusowego Krzyża” sprzymierzeni ze schizmatykami (prawosławni Rusini), poganami (Litwini i Żmudzini), a także innowierczymi „saracenami” (Tatarzy) pokonali przedstawicieli chrześcijańskiego Zachodu, którzy stali w jednym szeregu z rycerzami Zakonu Najświętszej Marii Panny, potocznie zwanymi „Krzyżakami”. Nie, to nie jest zabieg publicystyczny, tak w propagandzie przedstawiono bohaterów bitwy pod Grunwaldem. Siła tej propagandy była tak duża, że jeszcze dwa lata po bitwie Zygmunt Luksemburski szukał chętnych do antypolskiej krucjaty.

 

Wojna propagandowa nie jest wymysłem XXI wieku i niestety, jej pierwszą ofiarą jest prawda. Od razu po przegranej bitwie, Krzyżacy rozesłali na europejskie dwory poselstwa, informując, że oto chrześcijański świat przegrywa z barbarzyńcami i potrzebna jest natychmiastowa pomoc z zewnątrz, by ocalić honor Kościoła. Zapewne zabieg ten by się powiódł, gdyby nie dyplomatyczne działania Jagiełły i udział polskiej delegacji na Soborze w Konstancji, gdzie ostatecznie udowodniono kłamstwo agresorom. To nic, że mieliśmy bezsprzecznie rację i zwyciężyliśmy w boju. Bez sprawnej dyplomacji pod wodzą Pawła Włodkowica (i nieco bardziej dyskusyjnej Mikołaja Trąby), zostalibyśmy wykluczeni z obszaru tzw. cywilizacji zachodniej.

 

Niestety ziarno raz zasiane będzie rosło, gdy trafi na podatny grunt. Do dziś w debacie pobrzmiewają echa krzyżackiej propagandy i zdarza się, że ktoś użyje „średniowiecznych” argumentów w całkiem współczesnej debacie. Jak kilka lat temu reżyser Janusz Kijowski, zabierając głos w debacie o sensie polskich powstań i patriotyzmie, zapytał: co jest porywającego w fetowaniu bitwy średniowiecznej, gdzie azjatycka dzicz starła się z cywilizacją zachodnią? Co za sens wydawania milionów na bitwę pod Grunwaldem?

 

Kłamstwo jako element wojny, dziś nazywanej hybrydową, towarzyszy nam zatem od wieków. I na wieki zaszczepia wirusa wątpliwości. Elementy tej wojny dostrzegamy w większości konfliktów, w które uwikłana była Polska, szczególnie gdy zależało na osłabieniu jej pozycji w Europie. Tomasz Łysiak pisał w jednym z felietonów o tym, jak Rosjanie w XIX wieku rozpętali propagandową wojnę o wizerunek Polski we Francji i Anglii. Zajęli się tym urzędnicy III Wydziału Osobistej Kancelarii Cesarskiej (czyli rosyjskiego wywiadu) instalując w środowiskach emigracyjnych agentów i prowokatorów. Jednym z nich był Julian Bałaszewicz vel Albert Potocki, który pisując pod pseudonimami do rożnych gazet, prowadził sam ze sobą polemiki skłócające środowiska niepodległościowe. To on uczynił w oczach Zachodu szaleńcem Ludwika Mierosławskiego, co zresztą w opinii o Mierosławskim pobrzmiewa do dziś, bo taka łatka przywarła do niego na stałe – nierealistycznego wariata. Co ważniejsze, rosyjski aparat władzy przećwiczył walkę propagandową wykazując jej skuteczność. Dziś ją tylko rozwija i doskonali. Nie wymyśla niczego na nowo.

 

Należy pamiętać, że Kościół niemal za każdym razem padał ofiarą tej samej wojny propagandowej, na równi z naszą państwowością. Walka ta uwidoczniła się szczególnie w okresie komunizmu. To wówczas przekonywano o istnieniu ciemnogrodu i Kościoła postępowego, z którym trzymać powinna intelektualna elita kraju. Wówczas zaprzęgano literatów do wyrażania poparcia do antykościelnych działań, jak w lutym 1953 roku, gdy księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku, a grupa literatów krakowskich, wśród których była m.in. Wisława Szymborska, podpisała i przekazała władzom rezolucję mającą potwierdzić poparcie społeczne dla „procesu krakowskiego„. Wówczas też stworzono twór zwany „księżmi patriotami”, którzy dla kariery i stanowisk występowali przeciw hierarchii kościelnej.

 

Nie mogę w innym kontekście rozpatrywać ostatnich wybryków redaktorów „Więzi” i „Gazety Wyborczej”, którzy publikują „ewangeliczny list biskupów w sprawie osób LGBT i praw pracowniczych”. Fałszywka ma zwieść czytelników, którzy nie doczytają tekstu do końca (a w przypadku Gazety Wyborczej, nie wykupią dostępu do płatnego serwisu), by dowiedzieć się, że „tekst powstał w reakcji na oświadczenie Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Świeckich z 5 lipca 2019 r.” i „w rzeczywistości nie jest to list polskich biskupów, ale tekst napisany przez Bartosza Bartosika, który życzyłby sobie i wszystkim, aby dokumenty polskich hierarchów kościelnych zawierały treści bardziej ewangeliczne, a mniej publicystyczne”.

 

Czemu służy taka publikacja? Zdaniem mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris – fałszywka przypomina poziom carskiej Ochrany piszącej „Protokoły mędrców Syjonu”. To mocne oskarżenie, bowiem „Protokoły...” służyły za pretekst i uzasadnienie antysemityzmu na początku XX wieku. Chcę wierzyć, że wybryk wymienionych redakcji, to element „zabawy intelektualnej”, która w żadnym wypadku nie jest dopuszczalna, ale która nie ma jednak na celu uzasadnianie antychrześcijańskich wystąpień. Wpisuje się raczej w szerszy kontekst swoistego „kulturkampfu” i podporządkowywaniu Kościoła doraźnym działaniom politycznym, ale daleko mu do nawoływania do fizycznej eliminacji jego członków.

 

Jednak przyzwolenie na tego typu zabiegi, szczególnie na wykorzystywanie do tego prasy, zasługuje na potępienie i do tego będę zachęcał Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Media nie służą bowiem do „urabiania” postaw obywateli do poglądów ich pracowników i powinny w pierwszej kolejności trzymać się standardów, a nie wyznaczonej przez jakieś redakcyjne kolegium misji. Kłamstwo i manipulacja nigdy nie mogą być elementem pracy dziennikarza, ani misją jakiejkolwiek redakcji. Bez względu na cel i idee, którym mają niby służyć.

 

Wojciech Pokora

Sięganie pod dno – ŁUKASZ WARZECHA o sondażu, z którego wynika, że Polacy nie mają zaufania do mediów

IPSOS jak co roku zbadał zaufanie do mediów. Sondaże przeprowadzono w 27 krajach (w Europie są to m.in. Belgia, Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Węgry, poza Europą – Kanada, USA, Malezja, Meksyk, Rosja, Peru czy Arabia Saudyjska). Wyniki dotyczące Polski są alarmujące.

 

Nie mamy tutaj do czynienia z raportem w stylu tych o wolności mediów, o których dwukrotnie w ostatnim czasie pisałem na portalu SDP. To nie jest badanie oparte w jakimkolwiek stopniu na subiektywnej ocenie wyselekcjonowanych ekspertów lub obserwatorów, od dawna współpracujących z daną organizacją i dość dowolnie dobierających sobie rozmówców lub dostrzegających tylko to, co chcą dostrzec. To klasyczne badanie opinii publicznej prowadzony w sieci, a następnie doważane w taki sposób, żeby próba była możliwie reprezentatywna dla całości społeczeństwa. Nie dotyczy to wszystkich badanych krajów, ale Polski – tak. Próba to prawie 20 tys. respondentów z 27 państw. Mówimy zatem o sondażu, który z dużym prawdopodobieństwem oddaje faktyczny stan zaufania do mediów.

 

Pytania podzielono w większości na dotyczące trzech źródeł informacji: gazet (w tym tygodników), radia i telewizji oraz internetu. Są też pytania dotyczące osób, które odbiorcy znają z sieci lub osobiście, ale te tutaj pomijam.

 

Bardzo wysoki jest u nas poziom nieufności wobec gazet. Ufa im 29 proc. badanych, nie ufa aż 65 proc. (sumuję tu odpowiedzi „bardzo” i „raczej” po obu stronach, reszta to odpowiedzi „nie wiem”). Gorzej jest tylko w Serbii.  I to w sytuacji, gdy w instynktownym przekonaniu zapewne większości środowiska dziennikarskiego to właśnie prasa drukowana powinna być ostoją wiarygodności w porównaniu na przykład z Internetem. W końcu słowo pisane zostaje, można je najłatwiej zweryfikować. Średnia dla 27 państw wynosi odpowiednio 47 i 48 proc. Spora grupa respondentów wskazała też, że ich zaufanie do gazet zmalało w ciągu ostatnich pięciu lat: 43 proc. Wzrost zaufania wskazało jedynie 8 proc. Większość z mających wyrobione zdanie Polaków uważa, że gazety prezentują znaczną lub dużą liczbę fałszywek informacyjnych (fake news): 47 proc. wobec 41 będących przeciwnego zdania.

 

Niezwykle ważne jest pytanie o to, czy zdaniem badanych dane źródło informacji ma dobre intencje, przekazując wiadomości. Dla gazet ten wynik w przypadku Polski to ledwo 30 proc. Gorzej jest, co ciekawe, Na Węgrzech (24 proc.) i w Serbii (18 proc.).

 

Jeszcze gorzej jest w przypadku radia i telewizji (bez podziału na publiczne i prywatne). Zaufaniem darzy je tylko 27 proc. odbiorców, nie ufa 67 proc. O spadku zaufania w ciągu pięciu lat mówi 48 proc. badanych, o wzroście – 10 proc. O przewadze fałszywek jest przekonanych aż 53 proc. badanych wobec zaledwie 37 mających odmienne zdanie. W dobre intencje wierzy natomiast więcej Polaków niż w przypadku gazet – 33 proc.

 

Wiarygodniejszy od obu tradycyjnych źródeł okazuje się internet: 31 proc. zaufania wobec 62 proc. nieufności. Tu w ciągu pięciu lat zaufanie zmalało u 36 proc. respondentów, a wzrosło u 11 proc. Natomiast w przypadku internetu najwyższy spośród trzech źródeł informacji jest odsetek przekonanych, że mamy tam do czynienia ze znaczną liczbą fałszywek: 56 proc. wobec 33 proc. Wskazania na dobre intencje to 36 proc.

 

Internet wygrywa też w zestawieniu źródeł informacji, najlepiej „obsługujących” odbiorców. Na gazety wskazało w Polsce (odpowiedzi „bardzo” i „raczej”) 45 proc., na radio i telewizję – 47 proc., zaś na internet – 56 proc.

 

No i wreszcie to, co wydaje się w polskim kontekście być może najistotniejsze, bo najpełniej maluje problem: ocena publicznych mediów. Odpowiedzi na pytanie, czy polski publiczny nadawca zapewnia odbiorcom to, czego oczekują, twierdząco odpowiada 32 proc., przecząco – 31 proc., a 37 proc. nie ma zdania.

 

Zaskakująco wypada odpowiedź na pytanie, czy publiczni nadawcy są zbędni (obsolete). Polska wylądowała tu na drugim po Rosji miejscu z 45 proc. odpowiedzi twierdzących wobec 26 proc. przeczących i 29 bez opinii. Zdecydowana większość mających opinię uważa, że nadawca publiczny nie oferuje programu wysokiej jakości: to równo 50 proc. wobec 27 proc. będących odwrotnego zdania oraz 24 bez opinii. I wreszcie pytanie, w odpowiedzi na które Polska zdecydowanie się wybija: „Czy uważasz, że publiczny nadawca różni się od prywatnych?”. Zsumowane odpowiedzi „tak” i „raczej tak” dają w Polsce aż 68 proc. Odpowiedzi „nie” i „raczej nie” – ledwie 10 proc. Druga w kolejności jest Rosja, gdzie odpowiedź twierdząca to 59 proc. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii to 38 proc., we Francji – 32 proc., w Niemczech – 52 proc. Średnia ze wszystkich badanych krajów to 47 proc. na „tak” i 15 proc. na „nie”.

 

Co to wszystko znaczy? W największym skrócie – tyle, że media notują w Polsce dramatyczny zjazd, gdy idzie o rolę, jaką sami sobie lubimy przypisywać – kontrolerów życia publicznego, szukających prawdy w imieniu odbiorców i pokazujących ją im. Olbrzymi poziom nieufności wobec wszystkich rodzajów mediów w Polsce powinien być sygnałem alarmowym. Sondaż IPSOS-u nie daje nam odpowiedzi na pytanie, dlaczego zaufanie jest tak niskie, ale można spróbować na nie odpowiedzieć.

 

Częściowo wskazywałem już na możliwe przyczyny w swoich tekstach na portalu SDP. Jako że ogromna część mediów bierze udział w politycznej – ba, czysto partyjnej grze, nazywając to obłudnie „tożsamością”, ich odbiorcy z obu stron sporu są szczęśliwi, że ich poglądy są potwierdzane, lecz zarazem zdają sobie sprawę, że to tylko gra w dwa ognie, spektakl i udawanie. Że tak naprawdę media, które lubią, tylko udają, że są mediami, a tak naprawdę są partyjnymi przybudówkami. Ponieważ pytania w sondażu dotyczą ogólnie zaufania do mediów danego typu, bez podziału, rzecz jasna, na media z punktu widzenia pytanego „słuszne” i „wraże”, można założyć, że odpowiedzi są wypadkową tego, czy dany respondent miał w danym momencie bardziej na myśli te „słuszne” – wtedy odpowiadał, że zaufanie ma – czy bardziej te wraże – wtedy odpowiadał, że zaufania nie ma. Ciekawy, choć chyba mało zaskakujący rezultat przyniosłoby badanie, w którym media oraz respondentów podzielono by według ich sympatii politycznych.

 

W badaniu IPSOS mamy tego namiastkę w pytaniach o to, czy publiczni nadawcy różnią się od prywatnych oraz o to, czy publiczny nadawca jest zbędny. Przytłaczająca większość odpowiedzi „tak” w pierwszym przypadku zawiera zapewne i tych, którzy pytani o szczegółową ocenę powiedzieliby, że owszem, różnią się, bo pokazują szczerą, propolską prawdę, a nie kłamstwa, jak prywatna „szczujnia”; i tych, którzy oceniają, że media publiczne to odrażająca propaganda za publiczne pieniądze, inaczej niż rzetelne i uczciwe media prywatne. Obie grupy łączy paradoksalnie przekonanie o różnicy między mediami prywatnymi a publicznymi. Te niemal 70 proc. jest miarą polskiej polaryzacji w ogóle, a także polaryzacji konkretnie w mediach.

 

Z kolei aż 45 proc. twierdzących, że publiczni nadawcy są zbędni, wobec 26 proc. będących odwrotnego zdania, nie daje się w pełni wytłumaczyć nawet podziałem politycznym. Można by przecież założyć, że niezbędności mediów publicznych będą bronić zwolennicy PiS, a o ich zbędności będą przekonani przeciwnicy partii rządzącej. Tymczasem widać, że liczba broniących mediów publicznych jest wyraźnie mniejsza niż elektorat PiS, a liczba uważających, że mogłoby ich nie być – wyraźnie wyższa niż elektorat twardej opozycji. Wytłumaczenia można szukać jedynie w tym, jak Polacy o różnych sympatiach partyjnych oceniają jakość publicznych mediów.

 

Można zatem powtórzyć pytanie, które wielokrotnie tutaj już stawiałem: co jeszcze musi się stać z polskimi mediami, jakiego dna lub jak głęboko pod dno muszą sięgnąć w swojej dyspozycyjności, jak mocno muszą podbijać bębenek tym, którzy trzymają rękę na kasie, państwowej lub prywatnej, żebyśmy zauważyli, że podcinamy gałąź, na której sami siedzimy? I od razu mogę sobie odpowiedzieć: nie ma chyba takiej granicy. Mimo jasnych i niebudzących wątpliwości syndromów głębokiego kryzysu, wynikającego z aliansu mediów z polityką, nie widać woli, aby o tym problemie choćby porozmawiać. A już zwłaszcza porozmawiać inaczej niż zgodnie ze z góry przyjętymi rolami w politycznej kłótni.

 

Łukasz Warzecha