Myśli Nowoczesnej Panienki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

 „Anty – salonowiec” z „Towarzyszką Panienką” – Polsat szykuje się do odpalenia niezłej petardy.

 

Polska posiada rekordową liczbę stacji telewizyjnych, w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Mało tego. Będziemy mogli też przebierać, w programach typu „polityczne łapu – capu”. Z odpowiednim komentarzem prowadzących i głosem ludu piszącego i dzwoniącego do programu. Filmiki „śmieszne koty” nieźle wypadają w rankingach popularności. Nie dużo gorzej mają się politycy ze swoimi wpadkami.

 

Dowiadujemy się, że Polsat zapragnął stworzyć konkurencję dla „Szkła kontaktowego” i „W tyle wizji”. Nie byłby to news z gatunku tych, że zostawia się z wrażenia włączone żelazko, byle tylko przeczytać treść wiadomości. Chodzi raczej o nieszablonowy „wkład” studia. Do roli prowadzącego przymierza się Monikę JaruzelskąRafała Ziemkiewicza.

 

Nie od kozery, będzie w tym miejscu słynny cytacik: „Przeciwieństwa przyciągają się i uzupełniają. Dwie liczby nieparzyste dają liczbę parzystą. Sprawdza się nie tylko w matematyce ale i w życiu”. Tak jak nie przymierzając, plusy dodatnie i ujemne.

 

Czy to nowa jakość dla szklanego ekranu? Przecież już różne duety w telewizji występowały. Wojciech MannKrzysztofem Materną, Jacek ŻakowskiPiotrem Najsztubem, Tomasz SekielskiAndrzejem Morozowskim. Można wymieniać w nieskończoność. Podobno taśma filmowa i publika,  najbardziej łaknie takich nieodżałowanych wzorców, jak Flip i Flap. Kto robi za jednego, a kto za drugiego, niech już sobie widzowie sami rozstrzygną. Nie zawsze znaliśmy poglądy prowadzących. Lecz przeważnie, gospodarze tych programów nadawali na podobnych falach.

 

RAZ i córka gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to na pozór „postacie z różnych bajek”. Łączy ich jednak wspólna szkolna znajomość. Ponadto, była lewicowa radna, nie ma dziwnym trafem uprzedzeń do prawaków. Nie to, żeby miała do nich wyjątkową słabość, ale przynajmniej wysypki na ich widok nie dostaje. Zapraszała już do swojego programu emitowanego na YouTube, miłośników skrajnie prawej sceny politycznej.

 

Mało  tego, udzieliła kilka lat temu wywiadu dla „Do Rzeczy” i pochwaliła tam Radio Maryja”: „To dla mnie wielkie zaskoczenie, że można prowadzić tak głębokie rozmowy. (…) Próbowałam się tym wrażeniem z kimś podzielić, ale wszyscy przyjmowali taką postawę: no co ty, to przecież Rydzyk, to jakieś oszołomy„.

 

Także pierwsze wrażenie może wzbudzać emocje. Ale jak to, Oni tam razem? Po głębszym zastanowieniu dochodzimy do wnioski, że powinno być jednak ciekawie, rzeczowo i sielankowo.

 

To także sygnał dla innych mediów, że można pójść o krok dalej. I parować jak się tylko da. Np. redaktor Monika Ogórek, kandydowała jak pamiętamy, z poparciem SLD do Sejmu i Pałacu Prezydenckiego. Spokojnie mogłaby się dogadać z redaktor Moniką Olejnik. Tą ostatnią podwoził przecież samochodem naczelny tygodnika „Nie” Jerzy Urban. Dwie Moniki. MdM w piękniejszej wersji, bo kobiecej.

 

Red. Wojciech Cejrowski z red. Jerzym Urbanem? Proszę bardzo. Hardkor nad hardkory? Niekoniecznie. Co ich łączy? Co prawda oddzielnie, ale byli gośćmi w programie „Skandaliści”. Należałoby redaktorów prowadzących przedzielić jakąś pleksą, aby się szklanką wody nawzajem nie oblali. Ale oglądalność przebiłaby skoki narciarskie w TVN-ie.

 

Można się rozmarzyć, ale jakby tak Danuta Holecka poprowadziła z Piotrem Kraśko koncert życzeń? „Dla Pani Izabeli z Suwałk, mimo sytuacji politycznej i zagrożeń, życzenia racjonalnego dialogu, wspólnego pragmatycznego działania, …pamiętając, że powinny znikać domowe podziały. I samych najlepszych wyborów politycznych, zwłaszcza takich, po których w końcu odwiedzisz nasz dom. Życzy córka z rodziną”.

 

Drodzy właściciele stacji, dyrektorzy, wydawcy. Pamiętajcie. Jedyne co Was ogranicza, przy ogarnianiu idealnych zespołów, to Wasza własna wyobraźnia.

 

Krzysztof Prendecki

Dziennikarz nie świnia, swoje prawa ma – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Jednych dziennikarzy wpuszcza się do studia radiowego czy telewizyjnego. Inni całują klamkę. Czy stygmatyzacja i cenzura redaktorów ma sens?

 

Red. Tomasz Terlikowski skrytykował swego czasu PiS, w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Dostał bana i TVP Info ogląda tylko na szklanym ekranie, a nie za stołem, przy światłach, od środka.

 

Co ciekawe Terlikowski bez problemu głosi swoje prawdy w  TV Republika, pisuje do „Gazety Polskiej” czy „Tygodnika Solidarność”. Ale zgłasza akces, że chętnie w temacie Kościoła porozmawia z tygodnikami „Sieci”, „Do Rzeczy” oraz telewizją wPolsce.pl. Ale ideowcy z prawej strony mają swoją wizję oblicza prawdy. Redaktor komentujący dla TVN, i współpracujący niegdyś z „Newsweekiem” i radiem TOK FM, to obłudnik i Judasz.

 

Takich przypadków jest więcej. Na przykład red. Rafał A. Ziemkiewicz nie tylko wkurza salon. Anty-salon również. Czyli wszystkich. RAZ zauważył, że „media PiS-owskie są toporne, prymitywne i nieskuteczne”. A za krytykę „piątki Kaczyńskiego” jakoś tak zniknął z TVP Info. Bycie prawicowym symetrystą, to nie lada zadanie.

 

Jak się jest dziennikarzem, należy się trzymać jedynie słusznej linii czy tam drogi. Jak się człowiek wyłamuje, to się niechybnie środowisku naraża.

 

Taka „Towarzyszka panienka”. Jakież było oburzenie, że autorka wywiadów zaprasza do swoich programów skrajną prawicę. A ciekawe, co by było, jakby zapraszała skrajną lewicę? Trockistów, maoistów czy anarchokomunistów. Monika Jaruzelska nie powinna w swych przesłuchaniach, wychodzić z kanonu: Urban, Gadzinowski, Zandberg, Ikonowicz.

 

Jednak wykazała się prawicowym odchyleniem. Hańba. Samo wpadnięcie na pomysł, że można rozmawiać z Ziemkiewiczem, Michalkiewiczem, Korwinem czy Braunem. Brrr. Miejmy nadzieję, że choć witała się z nimi przez chusteczkę i szklanki po herbacie które dotykali, porządnie wyparzyła.

 

Dążąc do ideału i doskonałości, każda partia powinna mieć swoją telewizję. A w niej tylko swoich dziennikarzy, którzy do rozmów zapraszaliby tylko swoich partyjnych i redakcyjnych kolegów. Świat byłby piękny, nieskomplikowany, poukładany. Nie było by połajanek słownych, wychodzenia ze studia, tekstów typu „Ja panu nie przerywałem”. Takie światy równoległe, w której panuje idylla, nie zmącana intelektualnym wysiłkiem próby zrozumienia przeciwnika.

 

Red. Krzysztof Skowroński, na pytanie „czy trzeba się ześwinić?” odpowiedział w „ABC dziennikarstwa”:

 

„Praca dziennikarza to próba odcedzenia jednego od drugiego, to laboratorium, w którym czasami można pozamieniać probówki z podobnymi. Pamiętajmy, że nasze laboratoriom nie jest sterylnym miejscem, ma cechy chlewu, a w chlewie są świnie. Rozmaite rodzaje świń. Świat świń jest tak samo jak wszystkie inne światy skomplikowany”.

 

Specjaliści od trzody chlewnej, już dawno temu stwierdzili, że nienawiść w stadzie jest spowodowana łączeniem w czasie tuczu dwóch grup warchlaków, ustalającymi poprzez walki, hierarchię w stadzie. Wobec powyższego, w naszym chlewiku tylko słuszni i swoi. Błotko do radosnego paplania tylko dla nas. O korycie nie wspominając.

 

Tylko uwaga na agresję, która może się w przyszłości zrodzić nawet wśród swoich. Jest to spowodowana zbyt dużym zagęszczeniem i nudą. Obgryzają sobie wtedy uszy i ogony. Także studia telewizyjne tylko duże i porozsadzać po kątach. Tematy tylko niebezpieczne, podnoszące adrenalinę. Np. co doktor Terlikowski sądzi o ewangelikach, herezji, lustracji, antykoncepcji i homoseksualistach.

 

Na samą myśl ogonki się kręcą. Chrum, chrum.

ZIEMexit – KRZYSZTOF PRENDECKI o sprawie Rafała Ziemkiewicza pół żartem, pół serio

Czy problemy dziennikarzy, którzy mają jakieś fobie, czegoś się boją, np. są genderfobami lub religiofobami, bądź też uprawiają antypolonizm lub antysemityzm, czyż te sprawy nie powinien rozstrzygać niezależny, niezawisły organ ścigania oraz Temida?

 

Deportacja Rafała A. Ziemkiewicza z Wysp Brytyjskich rozpaliła media społecznościowe. Prowokując,  jak zwykle w takich sytuacjach, pytania i wątpliwości. Oczywiście mogą być raporty oskarżycielskie, nawet i naukowe. To ma być wystarczająca podstawa do osądzania i skazywania. Tylko czy raport „Nigdy więcej” sporządzony przez socjologa jest wystarczającą wyrocznią?

 

Kobieta mająca niewątpliwie serce po lewej stronie, czyli Monika Jaruzelska z programem „Towarzyszka panienka”, trafiła do brunatnej księgi. Czy jak będzie chciała pojechać śladami antysemity Karola Marksa do Londynu, też nie zostanie wpuszczona? Może by tak władze poszczególnych krajów, opublikowały uprzednio gości niepożądanych, aby nie narażać na niepotrzebne „koszta” podróży i „misia” w paszporcie.

 

Wszyscy też wiemy, że prokuratury i sądy są zawalone ważniejszymi sprawami. Lecz były już takie przypadki „wolności słowa” przerabiane. Na ten przykład, znany dziennikarz pokroju RAZ-a, Stanisław Michalkiewicz, był już grillowany przez prokuraturę w 2008 roku. Niczego się nie dopatrzyła w stwierdzeniu: „Judajczykowie próbują wymusić na naszym rządzie zapłatę haraczu zwanego dla niepoznaki rewindykacjami, a stoi za tym m.in. Światowy Kongres Żydów – główna firma koncernu „holokaustowej industrii”. Judejczyk to przecież mieszkaniec Judei, a o przedsiębiorstwie pisał już wcześnie amerykański historyk żydowskiego pochodzenia Norman Finkelstein. W tym samym roku zresztą, zatrzymany na lotnisku koło Tel Awiwu i deportowany z Izraela. Także publicysta Ziemkiewicz nie może pochwalić się pionierskim tytułem: „zakazowicz – ekstremista”.

 

Nie wiemy też czy pocieszeniem dla Rafała Ziemkiewicza będzie cała plejada osób publicznych, (wśród nich również Żydów) którzy się narazili. Jak choćby Peter Schäfer – dyrektor Programu Badań Judaistycznych Uniwersytetu w Princeton (napisał książkę „Jezus w Talmudzie”), Szlomo Sanda – historyk z Uniwersytetu Telawiwskiego (popełnił wolumin: „Wymyślenie żydowskiego narodu”), Stephen Walt z Harvardu i John Mearsheimer z University of Chicago (opublikowali „The Israel Lobby”), prof. Richard Lucas były wykładowca na Uniwersytecie Technologicznym Tennesee i Uniwersytecie Południowej Florydy w Tampie (autor „Zapomnianego Holokaustu”).

 

Natomiast ze światowych i ogólnopolskich mediów dowiemy się też kto jest antysemitą. W XXI wieku,  zostali nimi okrzyknięci zwykli mieszkańcy: „Europejczycy”. Twierdzą oni że „Izrael jest największym zagrożeniem dla pokoju”. Na początku wieku pod auspicjami Komisji Europejskiej wykonano badania, w których takie przekonanie wyraziło 59% respondentów. Izrael wyprzedził tak „lubiane” kraje jak Irak, Iran, Afganistan i Korea Północna. Głosy oburzenia nad tym antysemityzmem, wyraziły władze w Jerozolimie, Centrum Szymona Wiesenthala i Unia Europejska.

 

Dostało się również Amerykanom. Podczas finansowego kryzysu, Żyd Bernard Madoff sprzeniewierzył 50 mld dolarów. Internauci na wielu stronach, dali upust swej złości, wypominając pochodzenie „finansisty”. Liga Przeciw Zniesławieniu wydała stosowne oświadczenie: „komentarze internautów są głęboko obraźliwe poprzez zastosowanie stereotypowych stwierdzeń na temat Żydów – poczynając do sugestii, iż tylko Żyd byłby zdolny do oszustwa na tak wielką skalę, aż po teorie spiskowe głoszące, że Żydzi kradną pieniądze dla wzmocnienia Izraela”.

 

Czy Rafał Ziemkiewicz mógłby chuchać na zimne i nie stąpać po kruchym lodzie tematu niezbyt bezpiecznego? Mógłby zająć się Polactwem, bardzo spokojny temat. Nikt przecież nie będzie sadzał do więzienia za szydzenie z mentalności post PGR-owskiej rodaków znad Wisły. Można pojechać po Jóźku Marszałku ile wlezie, w końcu piłsudczycy mogą sobie co najwyżej protestować na wewnętrznych spotkaniach stowarzyszeniowych przy herbacie. Niewiele się dzieje, gdy autor sobie folguje, co dusza zapragnie, pisząc o płci pięknej. Co najwyżej kilka feministek przyjdzie na Targi Książki z protestem. Po autograf i tak ustawi się dłuższa kolejka. Mógłby wreszcie indagowany, wziąć sobie do serca oskarżenia Jerzego Roberta Nowaka, prezesa Domu Ojczystego, Ruchu Przełomu Narodowego i Klubów Patriotycznych o: „lizusostwie Ziemkiewicza wobec Żydów”. No i zamiast maścić wazelinką i kontynuować chwalenie „Narodu wybranego” to niepotrzebnie powywijał publicystyczną szabelką.

 

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w Mateczniku siedział, Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”. Mógłby sobie polonista Rafał Ziemkiewicz, pisać sobie dalej te swoje SF. A jak już politykę uprawiać, to kontynuować dzielenie się swoimi poglądami, pisząc do niszowego „Najwyższego czasu!”. Ale zachciało się wydać „Viagrę mać” i wypłynęło się na czytelnicze salony. I się obrywa. A na tym lotnisku to mógłby się deportowany choć powołać na swe słowa: „Kaczyński oszalał”. Czyli walka z kaczorem – dyktatorem. Jak nic azyl polityczny się należy. W ramach wyjazdu/ucieczki z faszystowskiego kraju.

 

Krzysztof Prendecki

Ogórek krótki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO o tym, jak wypełnić łamy latem

Sezon ogórkowy w mediach. Czy jest szansa dla pory pt. „nic się nie dzieje”?

 

Sezon ogórkowy jak wiemy, oznacza bezczynność na niwie kulturalnej. Zamykają się między innymi teatry. Jest tak, jeśli chodzi o państwowe instytucje, utrzymywane na koszt podatnika. „Prywaciarz” na taki luksus nie może sobie pozwolić, wobec czego teatr Polonia czy Buffo działają jak w sezonie.

 

Okres zbierania ogórków u nas czy u zachodnich sąsiadów, to także posucha jeśli chodzi o tematy w mediach.  Aż się chce zacytować piosenkę: „Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic. I nie stanie się nic, aż do końca”. Wakacji oczywiście.

 

Przeglądam sobie „Czwartą władze. Najważniejsze wydarzenia medialne III RP”, wnikliwego red. Witolda Beresia. I rzeczywiście, w lecie za wiele się nie dzieje.

 

Nawet listę najbogatszych Polaków, drukował „Wprost”, jak na złość jeszcze w czerwcu. „Gazeta Polska” listę konfidentów, też jeszcze upchała przed wakacjami. Publicystyczny wyjątek typu „Wasz prezydent, nasz premier” red. Adama Michnika, ukazał się początkiem lipca. Czyli jeszcze przed szczytem sezonu urlopowego. A jak mowa o wczasach, to były jeszcze „Wakacje z agentem”, redaktorów Rafała KasprowaJacka Łęskiego. Ale wydrukowane tuż przed wrześniem, czyli w okresie gdzie naród zaprząta sobie głowę wyprawkami do szkoły swych pociech.

 

Jest w tym dużo racji.

 

Wyobrażacie sobie tego statystycznego Polaka, który, no dobra, niech już będzie, zakupił papierową gazetę. I ten letnik Jan Kowalski, otoczony plażowo obowiązkowym parawanem, czyta sobie niezwykle zachęcające teksty. I to jakie?  Same już tytuły, aż się proszą, żeby zrobić sobie z tego czasopisma kapelusik na upał. Ot choćby: „Nasze triumfy, nasze klęski” czy „Znak sprzeciwu, znak przymusu”.

 

Lipiec jeszcze nie jest taki kiepski. A to TVN chcą przejąć, Donald Tusk coś powie, a to Trybunał co nieco ogłosi. Jednak w sierpniu może być posucha. I pozostaną dzikie zwierzęta znalezione w ubikacjach: „Wąż w klozecie. Austriak ugryziony w WC”. Klikanie gwarantowane. Przecież niemal każdy jest ciekaw, gdzie ten gad ugryzł. W Polsce też, żeby nie było, żeśmy gorsi: „Poranna toaleta z niespodzianką, ze spłuczki wypełzł pyton”. To tylko dwa przykłady z ciepłych miesięcy ubiegłego roku.

 

Krótki risercz i okazuje się, że węży bywało więcej. Czytamy interesujące relacje, o „główce wychodzącej z muszli”  i „zaskoczeniach mieszkańców bloku”. Dominują pytony i to królewskie, a wiele szczęścia mają głównie mieszkańcy Dolnego Śląska.

 

Materiał robi się sam. Dzwonimy po komentarz do; pobliskiego ogrodu zoologicznego, przychodni weterynaryjnej i sklepu zoologicznego, na Straż Miejską i Graniczną, zaprzyjaźnionego profesora od reptiliologii i herpetologii. Dokładamy wypowiedź dyżurnego psychologa zwierząt i specjalisty od zarządzania kryzysowego. Artykuł jak się patrzy.

 

Natomiast mieszkańcy Małopolski i Podkarpacia, mają większą szanse na spotkanie misia. Dzwonimy do eksperta, a ten biegle tłumaczy, że: „uciekając przed niedźwiedziem należy wybrać niezbyt cienkie drzewo, aby je łapą nie złamał.  Ale też nie za bardzo grube. Aby po tym drzewie za nami nie wlazł”.

 

I gdy już jesteśmy w ogródku, to ani się z gąską, ani z brunatnym, ani innym pełzającym się nie witamy.

 

Bowiem czeka nas rewolucja. Na razie w amerykańskim Insiderze. Jak wiadomo, Business Insider to czołówka znanych serwisów o tematyce biznesowo – technologicznej. Wyszło polecenie, aby dziennikarze pisali artykuły zawierające mniej niż 600 słów. Ma być krótko. Bo czytelnik, nawet jak skończył Harvard Business School czy Stanford University, po 212 słowach, ziewa przeciągle i mu za dużo robactwa wlatuje przez otwór gębowy.

 

Też mi odkrycie. W podręcznikach dla dziennikarzy, przecież jest jak byk, aby; pisać zwięźle, przechodzić od razu do rzeczy i nie komplikować narracji. Profesor Walery Pisarek w „Retoryce dziennikarskiej” przytacza nawet Pliniusza MłodszegoWybaczcie mi ten długi list. Nie miałem dość czasu, by go skrócić”. Ot i co. Sztuka skracania. Nareszcie redaktorzy zza Wielkiej Wody na to wpadli.

 

I nadali roboty podwójnie. Bo oprócz niełatwego wymyślania tematów ogórkowych, to jeszcze trzeba będzie opanować niezwykle trudną sztukę pisania bez zbędnego zagmatwania. Za to treściwie i z sensem.

 

Krzysztof Prendecki

Pływanie w ścieku – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Wykluczenie polityka w debacie politycznej, przywraca dyskusje o cenzurze, wolności słowa i innych imponderabiliach.

 

Maszyna do teleportowania jednak istnieje. Wielu Polaków musi być przecież przekonanych, że są wśród nas aktywiści polityczni, którzy przenieśli się w czasie. I to pewnie z okresu, kiedy byliśmy potęgą. Prosto z I Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Łącznie z poglądami minionego czasokresu. Czy należy do nich Grzegorz Braun? Dziennikarz, a zarazem polityk jak najbardziej skuteczny. Został przecież Posłem na Sejm i nie ma większych problemów z dotarciem do swoich wyborców. Nade wszystko mówi kwieciście i śmiało można stwierdzić, że jest złotoustym Grzegorzem.

 

Tylko co z takimi „kwiatkami” począć, gdy łączą się zdalnie z „mediami głównego ścieku”?

 

To jest ten dylemat. Gdy traktujemy programy telewizyjne czy radiowe (teraz również dostępne wizualnie) jako część naszego domostwa. I dziennikarze stają się takimi naszymi „wespół w zespół” domownikami. A ponieważ słyniemy z gościnności, zapraszamy też gości, w postaci polityków.

 

No i teraz pytanie, jak się w tych gościach zachowują? Nie chodzi tu o obowiązkowe ściąganie butów, tylko o poglądy głoszone przy stole. Jak mówią nie po naszej myśli, albo co gorsza, pisząc kolokwialnie: „przeginają pałeczkę”. Wyrzucenie za drzwi to podejście w wersji radykalnej. Ta spokojniejsza zakłada, że już więcej zaproszeni nie zostaną.

 

Ładnych kilka dni temu, znany, rzetelny i ceniony red. Andrzej Stankiewicz, wykluczył z debaty posła Konfederacji. „Skandal” miał miejsce w niedzielnym programie „7 dzień tygodnia” w Radiu Zet i na portalu Onet.pl.  Tak na marginesie, niedziela to nie pierwszy dzień tygodnia?

 

O co poszło? Grzegorz Braun, ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, nazwał „szkolonym psychopatą”. Wówczas redaktor prowadzący debatę, usunął naszego bohatera  z dalszej dyskusji. Czerwona kartka i do szatni.

 

Czy mógł zamiast wyrzucania, spróbować np. delikatnie dopytać pretendenta na urząd prezydenta miasta. Np. czy  ma kompetencje z zakresu medycyny i psychologii, aby określać dysfunkcje poznawczo – emocjonalne ministra reprezentującego interesy „łże prawicy”. Albo czy szkolenia w zakresie psychopatii, odbywały się z pieniędzy „kondominium rosyjsko niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym”?

 

Jeszcze wcześniej padło ostrzeżenie, taka żółta kartka. Na pytanie dotyczące organizacji marszów równości, G. Braun odpowiedział: „Nie popieram dewiacji”.

 

W liście broniącym posła, sztabowcy napisali:

 

Dziennikarz (???) prowadzący debatę wyborczą w radiu Zet miał czelność upominać(!!!) Posła na sejm RP i kandydata na ważny publiczny urząd, za to że ten wyraził własną opinię, posługując się określeniami zdefiniowanymi w Słowniku języka polskiego”.

 

Rzeczywiście, PWN wydaje różne dziwne słowniki. Np. w 2002 roku, wydał „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, autorstwa prof. Macieja Grochowskiego. Czy to jest powód, aby korzystać z jego zasobów pełnymi garściami?

 

Również kilkadziesiąt lat temu, Światowa Organizacja Zdrowia wykreśliła homoseksualizm z listy chorób i zaburzeń, a w środowiska naukowe uznały, że homoseksualizm jest normalnym wariantem ludzkiej seksualności. Lecz nasz oldschoolowy kandydat, gdy przeskakiwał między wiekami, nie dowiedział się, że nawet określenie „dewiacja seksualna”, jest terminem przestarzałym.

 

Obrońcy napisali również, że jest coś takiego jak: „konstytucyjne prawo do swobody wypowiedzi, ale również obowiązujące normy wynikające z prawa o radiofonii i telewizji oraz kodeksu etyki dziennikarskiej”.

 

Redaktor naczelny Radio ZET, Michał Celeda, również w odpowiedzi powołał się na te same normy: „jako nadawca przestrzegamy przepisów ustawy o radiofonii i telewizji, które wprost mówią o tym, że audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub dyskryminujących ze względu na rasę, niepełnosprawność, płeć, wyznanie lub narodowość”.

 

Już dużo wcześniej, red. Kamil Sikora, zauważył, że w takich sytuacjach pojawią się zarzuty, że to cenzura. Nie zgadzając się z takim postawieniem sprawy, zauważa: „Nie, bo dziennikarz to nie stojak na mikrofon, który musi przyjmować wszystko, co jego rozmówca mówi”.

 

Współpracownicy kandydata, podzielili się również spostrzeżeniem, że „Sondaże musiały mocno skoczyć w górę p. Grzegorzowi, skoro w radiu Zet wyłączono mu mikrofon pod kretyńskim pretekstem”.

 

To jednak inaczej działa. To p. Grzegorzowi skoczyć mogłyby słupki, hen wysoko, po wywaleniu z programu. Audycje w których prowadzący dziękują za współpracę, albo politycy wychodzą ze studia to nie pierwszyzna. O programie robi się głośno i o to też nieraz, w tym medialnie kociokwiku chodzi. Ok, zdarza się, że ktoś po prostu nie wytrzymuje. „Franuś nie wyprowadzaj ty mnie z nerw”, mawiał Balcerek w Alternatywach 4.

 

Raczej Grzegorz Braun, powinien się wyłączyć, tuż po usłyszeniu pytania o Marsz Równości. W ramach protestu przeciwko pytaniu o takie „bezeceństwa”. Miłośnicy serialu „Ranczo” pamiętają przecież, jak senator Kozioł, w trakcie debaty, wstaje i wychodzi ze studia. Strzał w dziesiątkę, gdyż odciął się w ten sposób, od uprawiania polityki przez konformistyczną, demokratyczną większość.

 

Dość tego! Wreszcie trzeba zatrzymać to szaleństwo politpoprawności” – piszą zatroskani sympatycy. I w tym miejscu można się znów zatrzymać. Gdzie są granice wolności, poprawności, obrażania? I czy w ogóle da się je wyznaczyć? Czy przypadkiem dziennikarz nie powinien dopuścić wypowiedzi bez komentowania. A zainteresowani, czyli środowiska LGBT czy odpowiedni minister, powinni we własnym zakresie, dotknięci słowami, wytoczyć procesy za zniesławienie?

 

Albo wyobraźcie sobie, Bill Gates pozywający prezesa Konfederacji Korony Polskiej, za deprecjonowanie swego czasu – Windowsa 8. Ależ byłaby „klikalność”. Nie tylko lokalna, ale i światowa przecież. I jakże ważny rozgłos. I rozpoznawalność. Czy też nie o nią w polityce chodzi?

 

Krzysztof Prendecki

Esemesowość Roku – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Plebiscyty nie zawsze muszą się dobrze kojarzyć. Ot choćby ten na Górnym Śląsku. Czy do tych niechlubnych, dołączy głosowanie w ramach grupy Polska Press?

 

Nie wiem czy jesteście na fejsbukach, ale kilka tygodni temu, niektórzy z moich znajomych informowali, że zostali nominowani w kategorii Osobowość Roku. Komunikowali przy tym, że są wzruszeni, zaszczyceni i coś w tym stylu. I jeszcze bardziej będą pracować ku chwale Ojczyzny. Musi to być niezwykle miłe, bo przecież nominacje kojarzą się bardziej z tymi do Oscarów, niż z nominacjami do wyjścia z domu Wielkiego Brata. Jeśli ktoś jeszcze pamięta ten  barakowy show.

 

Szansa, że takich bliskich gdzieś macie, jest całkiem spora. Bo grupa Polska Press nominowała jakieś 13 tysięcy obywateli. Skąd ich, aż tylu wzięto trudno powiedzieć. Jest to też bardzo budujące, że w kraju nad Wisłą, tyle osobistości czy tam osobowości pomieszkuje.

 

A jakie to musi być smutne, dla nie nominowanych. Pomyślcie sobie, kilkanaście tysięcy osób, a mniej w tej wybitnej czeredzie nie ma? I nie będę zaproszona/zaproszony na galę wręczenia statuetki? Nie pozdrowię ze sceny rodziny, bliskich, znajomych? Jakaś „ścianka” przepadnie? Jak to mawiali w kultowym filmie: „Za parę dni, proszę pana, to się dopiero zacznie. Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”. I tego nie będzie? Ehhh.

 

Oprócz prestiżu dla gazet i zwycięzców, nie da się pominąć efektu finansowego. W dawnych czasach jak były tego typu konkursy, np. na Sportowca Roku, to się kupowało, wycinało i wysyłało zgłoszenie. Znam taką sportsmenkę, której dość majętny partner, wykupywał nakład tysiącami. Afera z „Fryzjerem” też pokazała, jak to działacze „Amiki kupowali wyniki”, a piłkarze byli zmuszani wysyłać kupony plebiscytowe na siebie. Ciekawe, ile się da z tego wycisnąć? Choć pewnie tych smsów jest mniej, niż w tych męczących konkursach znanych stacji radiowych. Niech tylko każda z nominowanych postaci, odda choćby z jeden głos na siebie, to się powinno trochę uzbierać. Na rynku prasowym przecież każdy sms się liczy. Grosz do grosza, a będzie…

 

Najciekawsze w tym wszystkim okazały się jednak protesty i rezygnacje. Kilkoro osób nominowanych przez „Gazetę Wrocławską” zrezygnowało z udziału, zarzucając dziennikowi „eskalowanie ksenofobicznych nastrojów”. No i oczywiście jak trudno nie zgadnąć: „przejęcie wydawnictwa przez znanego biznesmena z Orlenu”. I jeszcze ten nowy naczelny „Gazety Krakowskiej”. Z taką przeszłością. „Gniazdowy” kibic fanatyk, jednego z najstarszych krakowskich klubów.

 

A jak smsy szły do niemieckiego właściciela to było lepiej, niż do tego, co to należy do Skarbu Państwa? Na tych stacjach przecież wiadomo, korzystamy tylko z toalet. Ewentualnie kupujemy „gorące psy” w wersji wege.

 

Jeszcze słówko o wykluczeniu. Dr Zbigniew Martyka wyleciał z kategorii nauka, za przewinienia, jakimi były „ważne przyczyny społeczne”. Znaczy się dla lekarza „negacjonisty”, który w pandemię nie wierzy, a w sprawie szczepień ma wątpliwości, nie ma tu miejsca. Tak czy owak, osobnikom którzy są wywrotowcami i szkodnikami w nauce, należy się osobna rozprawka.

 

Jednak najbardziej w tym wszystkim dziwnym jest w ogóle istnienie kategorii „nauka”. Skąd ten biedny czytelnik kupujący „Nowiny” w Rzeszowie czy „Echo Dnia” w Kielcach ma się na niej znać. Znaczy się kojarzyć i oceniać dokonania, tzw. „pracowników nauki”. Gdzie ma się dowiedzieć, ile dany naukowiec ma cytowań i czy publikuje w prestiżowych czasopismach naukowych na świecie?

 

Czy statystyczny zjadacz chleba i czytelnik regionalnej gazety, zapoznał się ze świetnym tekstem, opublikowanym kilka lat temu, przez wybitnego socjologa prof. Tomasza Szlendaka pt. „Manufaktury makulatury”? Pozwólmy sobie na rzeczony fragmencik: „Uczelnie wyższe (…) to wielkie wytwórnie papierów, bynajmniej nie wartościowych. Sterta produkowanych tu (…) doktoratów i habilitacji posłuży nam w przyszłości do wytarcia nosa lub – co gorsza – innej części ciała w znacznie bardziej intymnych sytuacjach. Tylko bowiem w takiej – przemielonej na poczciwe chusteczki higieniczne, serwetki i papier toaletowy – postaci wiele spośród dzieł akademików nadaje się do użycia. Nie ma większego sensu, by 90% uniwersyteckiej (nad)produkcji umysłowej zalegało biblioteczne magazyny. Nikt, prócz katalogujących te dzieła bibliotekarzy, nigdy do nich nie zajrzy, niczego z nich się nie dowie i nic nie uzyska (…). Krótko rzecz ujmując: większość papierowej produkcji uniwersytetów i innych uczelni wyższych (…) niewiele jest warta”.

 

Co prawda, całkiem ekologicznie, przechodzimy powoli z papieru, na wersje elaboratów elektronicznych. Lecz sam przekaz o przeważającej bezsensowności, jest niezwykle jasny i aktualny.

 

A może chodzi o tzw. profesorów medialnych? Czytelnik czy widz ich kojarzy, bo zdalnie nie wychodzą z łamów prasy, radia i telewizji. Znany politolog prof. Mirosław Karwat, o swoich koleżankach i kolegach z branży tak pisze: „W mediach politolodzy „politykują” w sposób niewiele różniący się od dawnych wzorców „kawiarnianej polityki”, czyli komentując rozmaite sensacje, snując przypuszczenia i domysły, dzieląc się swymi wrażeniami, ewentualnie formułując oceny różnych występów na scenie politycznej na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce w telewizyjnych turniejach tańca, śpiewu czy dowcipu”. O tak, niektórzy pozazdrościli showmeństwa światkowi artystów, choć jury w którym zasiadają, jest z trochę innej medialno – rozrywkowej bajki.

 

Krzysztof Prendecki

 

P.S. To pisałem ja. Nominowany w plebiscycie Osobowość Roku. Może w przepływie próżności oddam na siebie głos? Kto wie. Będę miał przynajmniej jeden.

Przyjemności rozdrobnione na drobne – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Oprócz badań okresowych, dziennikarze powinni obowiązkowo odbyć pogłębiony kurs „edukacji zdrowotnej”. 

 

Dr Tara Swart, neurobiolog, lekarz i wykładowca w MIT Sloan School of Management, postanowiła przeprowadzić badanie. Pod swoje szkiełko wzięła grupę nie byle jaką, tylko dziennikarzy. Przedstawiciele „czwartej władzy” zgłosili się do badań dobrowolnie, co może świadczyć o braku nadmiaru obowiązków lub ciekawością poznania prawdy o sobie samych. Wytypowano grupę czterdziestu dziennikarzy z redakcji różnych: internetowych, telewizyjnych i prasowych. Podejście w pełni profesjonalne. Pobieranie krwi, noszenie pulsometrów, prowadzenie dzienników z informacjami o składnikach spożywanych ingrediencji.

 

Co prawda pojawili się od razu krytycy którzy zarzucili brak grupy kontrolnej jako punktu odniesienia lub porównania. A w ujęciu statystycznym, jeden miłośnik „alko”, mógł wypaczyć liczby dla całej grupy. Pomimo tych metodologicznych przeciwwskazań, warto  się przyjrzeć wynikom, które nie powinny zaskakiwać.

 

Okazało się np., że zawartość tego co w głowie, nie funkcjonowało na zbyt wysokim poziomie. Bo przeciążenie. Przez co? Wiadomo, trunki, kawa oraz pokarmy bogate w cukier.

 

Efekty badań pokazały szereg czynników wskazujących na wysoki poziom stresu w grupie, np.: zmienność tętna w pobliżu napiętych, ważnych terminów. Również mało godzin snu lub brak dobrej jakości spania. Regeneracja w ciągu dnia pracy, pozostawiała wiele do życzenia. Może jakaś sjesta, drzemka, hamaki rozstawić?

 

Duża część grupy zgłaszała, że ​​doświadczyła stresu, ale często podawała jako przyczynę czynniki inne niż praca, w tym rodzina i finanse. Potwierdzały to dane dotyczące zmienności tętna. Wyższy stopień stresu podczas godzin spędzonych w domu. Także kochani, do domu lepiej nie wracajcie. Rozstawcie sobie siennik czy inne łóżko polowe w gabinecie. A co do finansów, można powoli rozpocząć w tej sprawie, rotacyjny strajk głodowy przed drzwiami naczelnego. Nic Wam nie będzie, przecież i tak beznadziejnie się odżywiacie.

 

Wniosek jest też taki, że starsi dziennikarze byli w stanie lepiej znosić stres. Także drogie młokosy, stażyści, słuchajcie „dziadersów”. Jak znajdziecie w pracy takiego co popija w kącie, to się nie oburzajcie. Poczytajcie teksty takich osób jak red. Stefan Kisielewski: „We wspomnieniach jednak widzę ciągle mały bar narożny, naprzeciwko gmachu Polskiego Radia na Zielnej. Pracowałem w Radio jako sekretarz działu koordynacji programów i szybko awansowałem, choć byłem tam najmłodszy. Stosunki koleżeńskie miałem bardzo dobre i ciągle chodziliśmy na piwo właśnie do tego małego baru. Wyskakiwało się w czasie pracy na jedną bombę z pianą. Jakież to było świetne piwo! Czasem zachodziliśmy tam po parę razy na dzień. (…) Zaraz naturalnie wracało się do biura i praca szła jak z płatka”.

 

Wspomniano już o tym, że badania nie powinny dziwić, zwłaszcza nas Polaków. Tytuły już od wielu lat grzmiały: „Dziennikarze i informatycy piją najwięcej alkoholu”, „Dziennikarze, artyści, lekarze – w tych zawodach pije się najwięcej”, „Absolutnymi rekordzistami są artyści i dziennikarze”, „Twórcy, artyści, literaci i dziennikarze”. Wszędzie dziennikarze, tacy budowlańcy im do nóżki kieliszka nie dorastają. I to wcale nie prawda, że literatka to szklaneczka, z której pijali literaci.

 

Ale pisząc poważnie, prof. Wiktor Osiatyński diagnozował: „Ten zawód jest na pewno obciążony ryzykiem uzależnienia, trafiają do niego ludzie, którzy mają pewne poczucie misji, wyjątkowości”.

 

Czy w tym wszystkim znajdzie się powiew czegoś optymistycznego. Najbardziej znany portal o winiarstwie „Winicjatywa.pl”, przytoczył wnioski znanego francuskiego lekarza Davida Khayata, który napisał książkę „Przestań sobie odmawiać!”. Główne credo: alternatywą dla dietetycznych i abstynenckich ekscesów jest dopuszczenie drobnych przyjemności. Podkreślmy – drobnych – i tego się trzymajmy.

 

Krzysztof Prendecki

 

 

 

Wajchowy na Woronicza – komentarz satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W slangu kolejarskim, wajchowy to pracownik manewrowy. Teraz znalazł zatrudnienie w misyjnej telewizji.

 

Dużo się dzieje w telewizji publicznej i oczywiście idzie ku dobremu. Już wyjaśniamy w czym rzecz. Otóż coraz większe grono odbiorców, ludzi ciekawych świata, chciałoby mieć wpływ na to co słucha i ogląda. Mamy nieprzebrany zalew podcastów i prawdziwą klęskę urodzaju: youtuberów. Do tego dochodzą platformy z filmami i seriali. Przebieramy i odpalamy. Mamy na coś ochotę klikamy. Zmieniamy, słuchamy i ustalamy sobie listę interesujących zachcianek.

 

A telewizja jawi się jako ta nudniejsza. Jacyś tam za biurkiem, układają dla nas przewidywalną ramówkę. Podają program z godzinami, o tej i o tamtej, to i to. I mamy działać wedle ich widzimisię. Znaczy mieliśmy. Dopóki ktoś nie zmądrzał i zarządził, że ten wyleniały stan zastany należałoby zmienić i uatrakcyjnić odbiór.

 

Wedle red. Michała Karnowskiego, „Wajchowy to popularna wśród części obserwatorów sceny medialnej figura, to mityczny decydent, który decyduje o sposobie przedstawiania rzeczywistości politycznej przez największe prywatne koncerny telewizyjne”. Telewizja publiczna pozazdrościła kapitalistycznym publikatorom.

 

Pozostaje tylko zagadka. Jak to działa? Czy Pan Prezes, ten najważniejszy dzwoni do tego Prezesa też ważnego, ale na odcinku propagandowym i mu tam miesza? A ten z kolei mąci na szczeblach jeszcze niższych prezesów czy innych kierowników? Czy może jest to nadgorliwa inicjatywa tylko tego Prezesa środka, aby się nie narazić temu Prezesowi wyżej? No bo chyba nie jest tak, że Prezesi jeden i drugi o niczym nie wiedzą. A jak to jest spontaniczna oddolna inicjatywa kolektywu pracowniczego?

 

Przypomina się w tym momencie, kapitalny skecz kabaretu TEY pt. „Kociołek”.

Kelner (Zenon Laskowik): Jest teraz taka sprawa, czy będziemy serwować, czy nie? Co my serwujemy?

Szef Kuchni (Janusz Rewiński): Serwujemy to co my namieszamy”.

 

Otóż tak teraz się dzieje. Coraz częściej w TVP, zamiast zapowiedzianej w programie audycji, jest coś zupełnie innego. Była zapowiedź teleturnieju „1 z 10”, a na ekranie uroczystości. Zapowiadano „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a puszczono powtórnie film Ewy Stankiewicz o Smoleńsku. Jeszcze wcześniej miał być film red. Stankiewicz, a był film znanego artysty Antoniego Macierewicza. Można by w tym miejscu napisać: czeski film. Ale byśmy niepotrzebnie obrazili zasłużone i znacznie mniej awangardowe dokonania południowych sąsiadów. Kinematografia czeska stawiała przecież wysokie wymagania swoim odbiorcom.

 

Przekaz jest prosty. Wyrzućcie programy. Jakieś „Tele Magazyny” do kosza na papier, a Internetowe „programy tv” usuńcie z listy ulubionych. Na co Wam to?

 

Np. w świecie kultury, istnieje coś takiego jak film czy koncert: niespodzianka. Idziemy do kina czy sali widowiskowej i nie wiemy co na czeka. Taką „Kinder niespodziankę”, ma teraz cała Polska jak długa i szeroka. Zasiada wygodnie przed odbiornikiem i czeka z niecierpliwością co poleci, co nadadzą. Może będzie o Piastach i Andegawenach albo „Sanatorium miłości”. Miała być Joanna Lichocka, a wyskoczy zza kadru Danuta Holecka. Obojętnie.

 

A to wszystko dla naszego dobra. Jest taka książka „Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej?” Barry’ego Schwartza. Wg. tego psychologa, wyeliminowanie wielości wyborów konsumenckich może znacznie zmniejszyć niepokoje kupujących. Albo „Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko dokonamy właściwego wyboru. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy coraz bardziej zagubieni, pośród coraz większej liczby możliwości?”, to z kolei pisze Renata Salecl w „Tyranii wyboru”. Spokojnie, medialni spece zrobią to za nas lepiej. A nawet jeśli zakreślimy pisakiem, na co chcemy spozierać, to tam ktoś wspaniały czuwa zatroskany i wybierze za nas inaczej. Ale też doskonale.

 

Kelner: wy tutaj mieszacie, a ktoś dostaje po ryju, nie?

Szef Kuchni: Słuchaj Alfredzie, ktoś miesza, żeby w ryj mógł brać ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

 

Krzysztof Prendecki

Nazi razi – satyryczny komentarz KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Pierwsze strony gazet, popularne „jedynki”, powinny przykuwać uwagę czytelników. Najlepiej mundurami nie lubianych armii.

 

Przed laty, tygodnik „W Sieci” apelował do dziennikarzy o zaprzestanie „histerycznej kampanii nienawiści”, w „temacie” pedofilii wśród księży. A na ilustracyjną okładkę trafił redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, przedstawiony w mundurze żołnierza SS z podpisem: „Prawie jak Goebbels”.

 

A za porównaniami do Goebbelsa nie przepadamy. Nawet naczelny tygodnika „Nie”, bujał się po sądach kilkanaście lat za „Goebbelsa stanu wojennego”.

 

Ale za to chętnie cytujemy. Całkiem niedawno zasłużony opozycyjny dziennikarz Waldemar Kuczyński, wrzucił do sieci rozważania: „Dlaczego ta „demokratyczna” prasa, uzależniona od ośrodków zagranicznych, nie dostrzega, jak wspaniale zmieniamy kraj? Dlaczego nie potrafi dostrzec, jak wiele dają programy socjalne, jak przywracamy moralność po bałaganie stworzonym przez poprzedników?„. Był to cytat, a jakże, z Josepha Goebbelsa z 1934 r.

 

Po latach Jacek Karnowski i „Sieci” mają jednak przeprosić za zdjęcie Tomasza Lisa w nazistowskim mundurze. Po ośmiu latach od publikacji sprawiedliwość zatriumfowała donosiły portale.

 

W tym wszystkim zadziwiające jest to, jak często lubimy odwołania do historii. Przecież już nie najnowszej. Hitler doszedł do władzy w 1933 r., to trochę już minęło. Historycy przypominają też, że Adolf pojawił się na okładce tygodnia „Time” 2 stycznia 1939 r., bo przyznano mu tytuł „Człowieka Roku 1938”. Wojna skończyła się jakieś siedem dekad temu. Lecz to temat wciąż aktualny. Tylko w ostatnim okresie, na szefa wrocławskiego IPN-u mianowano hajlującego historyka. A na rynku bestselerem okazał się Mein Kampf. Właśnie robią kolejny dodruk.

 

Coś jest na rzeczy. Już swego czasu wydawnictwo „The Facto” zauważyło na swojej stronie: „Uwielbiamy literaturę faktu. Niestety, polska oferta wydawnicza w tym segmencie jest uboga – wyjąwszy książki poświęcone biografii Adolfa Hitlera, kobietom Hitlera, zausznikom Hitlera, generałom Hitlera, agentom Hitlera, architektom Hitlera, psom Hitlera, bunkrom Hitlera, diecie Hitlera, zamachom na Hitlera, sojusznikom Hitlera, czołgom Hitlera, tajnym broniom Hitlera, lekarzom Hitlera oraz bieliźnie Goeringa. Bez wątpienia hitlerolog-amator ma w czym przebierać. Gorzej z czytelnikiem, który chciałby odpocząć od wąsików i zmagań na froncie wschodnim”.

 

Czytelnik prasowy odpoczywać jednak nie może i się go razi, nazi grafiką.

 

Niemcy bardziej współczesne, nie stronią od porównań do brunatności. Tygodnika „Stern”, ukazał prezydenta Trumpa w pozie nazisty. Merkel w otoczeniu nazistów na okładce „Der Spiegel”? Nie ma sprawy. Sojusznicza Francja: Macron jak Hitler? Proszę bardzo. Dziennik „Le Monde” o to zadbał i pośpieszył z taką okładką. A co Czechy, miały by być gorsze? W popularnym tygodniku „Refleks”, zamieszczono twarz przywódcy z wąsikiem, do tego czarnoskórą, z bujną afro czupryną.

 

U nas tygodnik „Wprost”, dzierży palmę hitlerowskiego pierwszeństwa. Okładeczka z tytułem: „Niemiecki koń trojański”. A na niej Erika Steinbach w wiadomym mundurze, siedząca na kanclerzu Gerhardzie Schroderze. Jedynka „Heil Lepper” z przewodniczącym Samoobrony w roli głównej, musiała wzburzyć Andrzeja Leppera, który zażądał nawet milion złotych odszkodowania. „Znowu chcą nadzorować Polskę”, a na przodzie nowego wydania tygodnika europejscy politycy pochyleni nad mapą. Merkel w przewodniej roli. O takie tam nawiązanie do słynnej fotografii Hitlera i generałów nad sztabowymi mapami.

 

„Gazeta Polska” również nie chciała pozostać w tyle. Grafika z Donaldem Tuskiem w mundurze nazi. Nie zgadniecie z kim? Bardzo trudne. Bingo. Z Angelą Merkel. Wysiedli z tramwaju z napisem „nur für Deutsche”. No bo z jakiego innego mieliby wyjść? Niepodległość? Krzysztof Stanowski zareagował na tweecie:

 

„1. Oburzaj się na polskie obozy zagłady w mediach.

  1. Popieraj fotomontaż byłego premiera RP w niemieckim mundurze z II WŚ.

Logika?”

 

Wracając jeszcze do sprawy Tomasza Lisa. Wydawca i redaktor naczelny, wbrew wyrokowi temidy, przeprosić jednak nie zamierzają. Bo taki tygodnik „W Sieci” już nie istnieje. „Sieci” jest. Tak jak nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek. Lądek- Zdrój.

 

Nie wiadomo co na to prawnicy.

 

Ale proszę sobie wyobrazić sytuację, że byliście w gospodzie „U Zdzicha” i zatulili Was tam sałatką jarzynową albo jajkami w majonezie. Uparcie chcieliście odszkodowania za perturbacje gastryczne. I niezawisły sąd je przyznał. Ale uwaga. Gospoda „U Zdzicha” zmieniła nazwę na „Zdzisiek” i może nam Pan skoczyć. Na chochelkę.

 

Albo pozostając w tematyce wojennej. Takie Niemcy, mogłyby nie wypłacać odszkodowań wojennych. Przecież straty i szkody spowodowane przez działania zbrojne, nie zrobił RFN-y tylko III Rzesza. To oczywiste, nieprawdaż?

 

Krzysztof Prendecki

Ziemia dla ziemniaków, muza dla rodaków – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W świecie globalnym, internacjonalistycznym czy też kosmopolitycznym, wciąż się nie poddajemy. Dowodem jest nowy projekt ustawy, w myśl której udział muzyki polskiej w radiu ma wzrosnąć do 49 procent z obowiązujących 33.

 

Z tego co najmniej 60 procent w godzinach między 5 rano a 24. Czyli tuż po północy można nas Polaków, jeszcze bardziej otumaniać zachodnią zgnilizną. Kto dba o panów portierów na nocnych dyżurach? Dlaczego muszą być skazywani na rzępolenia jakiś tam chłopców z Liverpoolu czy Londynu? Kto za tym stoi?

 

Ponieważ moda na teorie spiskowe ma się w najlepsze. To chociaż, ze dwie.

 

Pierwsza. Najbardziej prawdopodobna, prozaiczna, nudna, przewidywalna, finansowa. Polscy kompozytorzy i producenci z ZAiKS-ów i itp., wynajęli efektywnych lobbystów, którzy wiedzieli gdzie uderzyć trzeba. Kilka lat temu, media donosiły o ZAiKS-ie, który strzyże fryzjerów. Ludzie przychodzili do zakładu posłuchać muzyki, a właściciele takich pracowni zamiast płacić haracze udawali Greka, że z klientami gadają o polityce i bawią się przy tym w najlepsze nożyczkami. A to co leci w tle, wcale nie wpływa na ich percepcje i zwiększenie ich obrotów. Wyłudzacze. Udręczania z golibrodami było za mało, więc się rozpędzono i zwiększono limity procentów słuchalności.

 

Druga. Narodowa. Mamy przecież narodową kwarantannę, narodowe szczepienia, narodowe media, narodowe grania, narodowe czytania, narodowe testy inteligencji, narodowe grzybobrania i morsowania, narodowe partie nawet. Naród z partią, partia z narodem po prostu. Naród jest naszym najwyższym dobrem na ziemi. A ponieważ Polska ma wielowiekową tradycję tolerancji, więc „my naród” traktujemy szeroko, łącznie z zamieszkującymi nasze ziemie narodowościami; Niemców, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Litwinów, Żydów, Wietnamczyków, Ormian, Czechów, Słowaków i części Ślązaków którzy uważają się za naród. Polska muzyka. dotrze jeszcze szerzej do narodu, któremu słoń na ucho nie nadepnął.

 

Co ma zrobić takie biedne RMF? Co prawda w RMF Classic, dałoby się jeszcze zapełnić połowę audycji Chopinem i kolegami. Jeśli odpowiednia rada, przymknie oko na francuskiego ojca Fryderyka. W muzie filmowej, też żeśmy sroce spod ogona nie wypadli. Ale już takie RMF MAXX Funk Sound Dance Hop bęc, może mieć nie lada problem. Stacja spod Kopca Kościuszki miała też zwyczaj, że w święta narodowe grała tylko po polsku. Piękna inicjatywa, choć realizatorzy nie wiedzieli, że ideę tę, rozszerzy się na rok cały.

 

Albo Radio Zet, które w swym najważniejszym konkursie dla słuchaczy, oferuje wygranie auta. Automobil niech ustawowo będzie tylko rodzimej produkcji. Poloneza Caro już nie robią, ale prace trwają nad naszą elektryczną Teslą. Wypiszemy Ci drogi odbiorco talon, do zrealizowania jak tylko wehikuł zjedzie z taśm montażowych. Radio WAWA też nieszczęśliwe, bo im konkurencji przybędzie i stracą na swej wyjątkowości.

 

Można akcję rozszerzyć dalej. Telewizje będą mogły puszczać tylko połowę zagranicznych filmów, seriali i teleturniejów. Jak zabraknie to się dokręci albo wypożyczy coś ze zbiorów archiwalnych. Polską Kronikę Filmową po latach, całkiem się dobrze ogląda. Tylko trzeba będzie mandatami uciszyć utyskujących, takich jak jeden z bohaterów „Rejsu”: „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest”.

 

Prasa też powinna omawiać głównie wieści z kraju. Co tam w Brukseli i Waszyngtonie dopiero od piątej strony. A dwadzieścia procent treści, powinno dotyczyć Budapesztu i Międzymorza.

 

Póki co mamy jeszcze tzw. Internety i nie zawsze uda się tam ustawodawcy, swoimi mackami sięgnąć. Wyobraźcie sobie Netfliksa. Naoglądaliście się jakiś hiszpańskich seriali. Licznik bije ile minut. A potem pyk. Dostęp ograniczony i teraz przez dwa tygodnie będziecie oglądać „Zenka”, „Kogel Mogel 3” i „365 dni”. Jak nadrobicie polskojęzycznymi produkcjami, „się odblokuje” i wrócicie sobie na półwysep Iberyjski.

 

A jak sympatyk takiego np. Radia Nowy Świat, miałby sobie wyobrazić zachodzące zmiany? Wojciech Mann propaguje muzę z kraju Wuja Sama, Maciej Kydryński Fado i klimaty afrykańsko – hiszpańsko – portugalskie. Co prawda pełen wigoru Andrzej Poniedzielski, uspokaja nas trochę Piosennikiem, w krajowym poetyckim wydaniu. Ale nie każcie nam słuchać pieśni portowych z Lizbony po polsku czy bębnów z Etiopii w nadwiślańskim wykonie. Kamil Bednarek ze swym reagge w zupełności wystarczy.

 

Nu, Zuckenberg! Nu pagadi! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Stowarzyszenie „Królestwo Wolnych Słowian” zapragnęło zostać Markiem Zuckenbergiem znad Wisły. Ze skutkiem wiadomym do przewidzenia.

 

Po  tym jak Prezydenta Donalda Trumpa skandalicznie zablokowano w internetach, niejednemu zrodziła się myśl… No to teraz Wam pokażemy. I dokopiemy. I się zaczęło. W trakcie rozruchu jest też portal społecznościowy Gazety Polskiej i będą następne. Każdego, komu gdzieś tam kiedyś dano bana, ma ochotę otworzyć coś własnego. Tak jak kuchcik podtapiany w kotle i wywalony przez właściciela, otwiera własną knajpę, aby się odgryźć na gastro bandzie. A co. „Nu, Zajec! Nu pagadi!

 

A jeszcze wcześniej zaczął działać portal o patetyczno – wzniosłej nazwie Wolni Słownianie.pl. Podobno słowa mają znaczenie, więc się nad tym zatrzymajmy.

 

Co prawda etymologiczne spory nadal trwają, ale w języku łacińskim słowo sclavus znaczy tyle co Słowianin, jak również niewolnik. Jak pamiętamy z historii,  handlowano niewolnikami na całego, a dominowali wśród tej podaży Słowianie właśnie. Popyt nakręcali  Arabowie, a pośrednikami byli m.in. żydowscy kupcy. Obrót naszymi ziomami był niczego sobie. Znanym ośrodkiem niewoli, gdzie handelek kwitł w najlepsze była Praga.

 

Tak więc Wolni Słowianie to dobra nazwa, bo już żeśmy się z kajdan wymotali. A może jeszcze lepsza byłaby Wyzwoleni Niewolnicy? Przy okazji można byłoby się ubiegać o jakieś odszkodowanie.

 

Idźmy dalej. Jak wiemy z geografii i innych Wikipedii, Słowianie zamieszkują Polskę, Czechy, Słowację, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Serbię, Macedonię Północną czy Bułgarię.

 

I to jest dopiero strzał w dziesiątkę, bo przecież nie w stopę.

 

Wyobraźcie sobie platformę społecznościową bez cenzury, w której Słowacy wystawią laurkę bogatszym braciom Czechom. Czesi będą pisać co sądzą o sąsiadach z północy, Polakach. Polacy, Białorusini i  Ukraińcy o Rosjanach, Chorwaci o Serbach, a Bośniacy o jednych i drugich. I tak dalej. Czarnogórzec po wypiciu porannej śliwowicy i Bułgar po południowej szklanicy rakiji zapragnie to wszystko przeczytać i skomentować. Bez hejtu i cenzury oczywiście. W imię braterskiej słowiańskiej miłości.

 

Zdjęcie na głównej opatrzymy arcySłowiańską Cleo ubijającą masło lub obecną kochanką Władimira Putina. Będziemy z namiętnością udostępniali na portalu paski z Russia Today. W końcu przecież to nasi bracia Słowianie.

 

Niezła mieszanka wybuchowa. Tak naprawdę wystarczyłoby nazwać portal Wolne Bałkany albo Swobodna Jugosławia i już byłoby niezmiernie ciekawie.

 

A co z naszymi bratankami Węgrami, przecież to grupa ludów ugryjskich? Można by było ich gościnnie wsadzić do jakiejś zakładki czy innej zaufanej grupy.

 

Może kiedyś powstanie portal Wolni Semici. W którym zarówno i Żydzi i Arabowie, będą sobie nawzajem lajkować, wysyłać serduszka i strzelać tylko focie. I ci z Autonomii Palestyńskiej i Ci z Tel Awiwu. Świat będzie taki piękny, nie zbanowany…

 

Z nowinek. Zanim nowy portal bez cenzury rozkwitł na dobre, postanowił się już zawiesić. Choć zdążono w ramach wolności słowa, zablokować na nim, twórcę internetowego Krzysztofa Gonciarza. Parafrazując gospodarza domu z Alternatyw 4: „Akceptujemy wszystkie wpisy na naszym portalu wolnej myśli, oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami”.

 

Krzysztof Prendecki

Patent na sternika …Trójkowego – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Co ma Urząd Patentowy do „gadanka” tego i owego redaktora i „puszczanka” muzy takiej i owakiej? Okazuje się, że ma i to nie mało.

 

Zanim do radia, to jeszcze trochę historii zaczerpniętej z prasy. Naczelny tygodnika „Nie” pozwolił sobie na żart, o którym poinformował opinię publiczną, że w odpowiednim urzędzie nabył prawa autorskie do hymnu narodowego. I od tego momentu Kampania Reprezentacyjna Wojska Polskiego, aby mogła odegrać ów hymn, on musi wyrazić na to zgodę. A jeśli nie, oficjele na lotnisku będą witani melodią „Szła dzieweczka do laseczka”.

 

Jak powszechnie wiadomo (uwielbiam ten propagandowy zwrot), wiosną mieliśmy całkiem sporą rewolucję w kultowej „Trójce”; odejścia, protesty, zamieszanie. Z ramówki wypadły m.in.: „Lista Przebojów”, „Zapraszamy do Trójki” czy „Sjesta”. Spore grono redaktorów porzuciło stacjonarnego pancernika, który się zasadził na politycznej mieliźnie i przesiadło się na nowe fale internetowych fregat, w postaci Radia Nowy Świat i Radia 357.

 

Następnie dowiedzieliśmy się, iż „Polskie Radio wytacza ciężkie działa przeciwko Markowi Niedźwieckiemu” i chce zastrzec znak towarowy „Muzyka ciszy”. Do tego dorzucono ponad trzydzieści nazw audycji Trójki, takich jak np. „Manniak po ciemku” i wiele opcji z adresowymi numerkami 3/5/7. W sumie można też zawarować program „5 10 15”, bo tam, ten niepokorny redaktor Mann, głos dawał.

 

To bardzo odważne posunięcie, aby Urząd Patentowy zawalić takimi niezwykle ważnymi sprawami. Przecież tam na co dzień, zajmują się doniosłymi wynalazkami, takimi  jak: „rower dwustronny”, „damskie majtki z kalendarzem”, „składacz łóżka”, „metoda rozhuśtania huśtawki”, „rozrywkowy pisuar”, „metody zakrywania łysiny”. Polska jest w ogonie w Europy jeśli chodzi o zgłaszanie patentów, więc spece od rozgłośni radiowej postanowili to nadrobić, dorzucając innowacje ze swojego poletka.

 

Aby było wszystko jasne, we wniosku dopowiedziano: „W przeważającej liczbie przypadków tytuły te zostały zaproponowane przez Polskie Radio S.A. lub osoby działające w jego imieniu, a kojarzone z nimi osoby są jedynie redaktorami prowadzącymi”.

 

A było to tak. Kierownik produkcji czy ktoś jeszcze ważniejszy, zawezwał panów redaktorów Wojciecha i Marka. I mówił słuchajcie, mamy takie audycje. Żeśmy je sobie tutaj w gronie ścisłego kierownictwa wymyślili; „Markomania” i „Radiomann”. Tak się szczęśliwie składa, że Wasze imiona i nazwiska pasują do tych audycji, to je poprowadzicie. Czy może mamy szukać do nich kogoś innego? Kogoś na M czy ma Ma. Słuchajcie, no redaktorze Niedźwiecki, pociągniesz tę łajbę, bo jak wiesz, nocnych Marków nie brakuje, sobie kogoś dobierzemy.  Kolego Mann, nie chcecie do tego „Radiomanniaka”, co żeśmy stworzyli? To też kogoś znajdziemy, mało to radiowych maniaków dookoła?

 

Niech się jednak znani dziennikarze nie przejmują. Znając inteligencje i kreatywność słuchaczy, to wystarczy, że redaktorzy ogłoszą konkursy na nowe audycje wśród słuchaczy. Będzie można się spodziewać wysypu programów pod tytułem: „Manniana popołudniowa”, „Mannierka z songami” czy „Mannewry konsolą”. Zamiast 3/5/7 pojawić się mogą przecież: „Naga broń 3 i 57”, „3 i 5/7 tygodnia” czy „357 Dalmatyńczyków”. Dzieci w przedszkolach będą miały nową zabawę: „Trzecia godzina – niedźwiedź śpi, piąta godzina – niedźwiedź chrapie, siódma godzina – niedźwiedź łapie”. W ogóle to ta Myśliwiecka niedobrze się kojarzy. Z jakimś myśliwym czy co, a tu mamy niedźwiedzia takiego, no wiecie sami.

 

Wystarczy też, bez zbędnego wysiłku intelektualnego sięgnąć po opcję „synonim” w googlach, wordzie czy po prostu w głowie. I gotowe. Już wiadomo, że zamiast „Manniaka po ciemku”, będzie „Manniak po omacku”.

 

Zdaje się, że obecne jedynie słuszne kierownictwo stacji, zapomniało, że to ludzie są najważniejsi. Znani i lubiani. Nawet Robert Makłowicz doczekał się bycia radiowcem i w Newonce.radio puszcza muzykę: „od Bartóka po punk rocka”. Bo jest uwielbiany. Nazwy są drugorzędne. Tak samo jak książki kucharskie świetnie się sprzedają, byle znana z ekranu gwiazda, świeciła swym blaskiem z okładki. Widzowie i słuchacze kochają dziennikarzy pasjonatów, a nie tytuły takie czy owakie. Generalnie, to mogli by pracować za samo uznanie wśród fanów. Red. Tomasz Lis w książce „ABC dziennikarstwa” przytoczył cytat: „Wybieramy dziennikarstwo, bo pozwala nam ono pozostawać dzieciakami po czterdziestce” i zapytał „Czy w ogóle powinno nam się płacić za coś, co bylibyśmy skłonni robić za darmo?”.

 

Czyli że co? Wystarczy: „ku chwale słuchaczy i Ojczyzny”.

 

Oczywiście można biadolić, że: „Trójka to niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski i trzeba ją było uwolnić z rąk ideowych dzieci i wnuków Jaruzelskiego i Kiszczaka” (redaktor-polityk Joanna Lichocka) albo „w Trójce od kilkudziesięciu lat nic się nie zmieniało. Te same osoby prowadziły w ten sam sposób te same audycje. I tak przez 40 lat” (prezes Agnieszka Kamińska).

 

No to od słów do czynów, od narzekań i działania. Trójka ma najniższą słuchalność w swojej historii na poziomie 2,9 proc., a takie RNŚ „tylko” 1 700 000 słuchaczy. Nowe Radio 357 tylko w jeden dzień uzbierało ponad 100 tys. złotych, a Radio Nowy Świat szczyci się sumą powyżej trzech milionów. Zdaje się też, że i „uciekinierzy” nie tyrają nieodpłatnie. I to bez reklam i polityków.