Czy Kościołowi potrzebny jest tabloid? – zastanawia się ks. ARTUR STOPKA

Media katolickie i kościelne nie stanowią dzisiaj znaczącej siły na rynku. Czy wobec tego powinny jak najszybciej zadbać o zwiększenie swej formalnej i treściowej atrakcyjności? A może najpierw powinny zająć się szukaniem odpowiedzi na pewne pytania?

 

Gdy niemal osiem lat temu, w grudniu 2011 roku, pojawił się w Łodzi „katolicki tabloid”, rychło można było usłyszeć głosy przestrzegające, że wszechogarniająca tabloidyzacja mediów dotyka również te kojarzone z wiarą i Kościołem. Bezpłatne pismo, wydawane wtedy przez lokalne Radio Plus we współpracy z Wydziałem Duszpasterstwa Młodzieży nie zdobyło rynku. Jednak dzięki jego zaistnieniu można i trzeba było postawić pytanie, czy tabloid to odpowiednia forma środka komunikowania dla Kościoła w Polsce. A także pytanie szersze: Czy media katolickie trzeba uatrakcyjniać, czy powinny one upodabniać się do mediów świeckich, brać z nich wzór, ścigać się z nimi pod względem formy i treści? Czy w ogóle są w stanie wziąć udział w dokonujących się właśnie radykalnych przemianach?

 

Balansowanie

 

Praktyka pokazała, że w obszarze mediów tradycyjnych wzorce rodem z tabloidów nie są przychylnie przyjmowane przez polskich katolickich odbiorców. Nie ma dzisiaj tego typu udanych prób na naszym rynku i nie widać przejawów intensywnego oczekiwania na nie. Co prawda niektórzy niezwiązani z instytucjami kościelnymi wydawcy starają się zagospodarować ewentualną niszę, publikując periodyki zbliżone do tabloidów (yellow), odwołujące się do katolickich wartości i częściowo treści, jednak sukces tego typu inicjatyw jest umiarkowany, a czytelnicy nie traktują ich jako pism kościelnych.

 

Nieco inaczej ten problem wygląda w Internecie. Niektóre katolickie, a nawet ściśle kościelne serwisy balansują na granicy tabloidyzacji. Jest to widoczne szczególnie w formułowaniu tytułów nastawionych na zwiększanie klikalności, choć również dobór treści czasami pozwala dostrzec wychylenie w stronę rozrywki, sensacji i swoiście realizowanego populizmu. Pojawia się m.in. w różnych aspektach magia, akcentowanie emocji, cudowności, nadzwyczajności, wyjątkowości zdarzeń i prezentowanych osób, dopatrywanie się znaków, propagowanie wyjątkowo „skutecznych” modlitw, powierzchowne prezentacje zjawisk o charakterze charyzmatycznym itp. Tego rodzaju działania okazują się w istocie próbą zaspokojenia potrzeb religijnych potencjalnych odbiorców, a z atrakcyjnym i skutecznym głoszeniem wiary, z ewangelizacją mają w ostatecznym rozrachunku niewiele wspólnego.

 

Zabiegi

 

Wracając do katolickich i kościelnych mediów tradycyjnych można odnieść wrażenie, że przez wiele ostatnich lat problemem, który stawiały przed sobą nie było przede wszystkim uatrakcyjnienie formy przekazu i dostarczanych treści dla zdobycia nowych odbiorców. Skupiały się raczej na spełnianiu oczekiwań odbiorców dotychczasowych, aby minimalizować straty. Miały więc miejsce rozmaite zabiegi, pewne przekształcenia (np. zmiany layoutów i szat graficznych, przebudowy ramówek radiowych), jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wynikały one niejednokrotnie nie tyle z potrzeb i żądań odbiorców, ile z pragnienia uniknięcia zdecydowanego „odstawania” od mediów świeckich odczuwanego przez właścicieli i twórców kościelnych i katolickich środków przekazu.

 

Nie jest niczym nowym sięganie w tych mediach po tematykę lifestylową. Silny nacisk na sprawy rodziny w nauczaniu Kościoła jest naturalnym bodźcem do jej wprowadzania. Problemem jednak zazwyczaj jest przypadkowy dobór podejmowanych zagadnień i niedopracowane forma, w jakiej te treści są przedstawiane odbiorcom.

 

Niezrozumienie

 

Media katolickie i kościelne nie są dzisiaj w Polsce nawet w części tak mocne, jak to miało miejsce przed wybuchem drugiej wojny światowej. Wtedy prasa katolicka stanowiła znaczący procent całego rynku i miała ogromny wpływ na kształtowanie opinii społecznej. Ograniczana przez władze w latach PRL-u po roku 1989 nie zdołała nawet w części odbudować swojej pozycji z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Nie udało się również, mimo wydawałoby się sprzyjających warunków, stworzyć w III RP silnej katolickiej radiofonii ani telewizji. W internecie serwisy katolickie również nie stanowią znaczącej siły. Nie tylko nie są w stanie podjąć rywalizacji z dużymi portalami i liczącymi się serwisami, ale niejednokrotnie po prostu walczą o przetrwanie. Reklamodawcy traktują wyznaniowe media z dużą rezerwą, a z drugiej strony one same z racji systemu wartości, którym się kierują, nakładają na siebie pod tym względem szereg ograniczeń.

 

Taka sytuacja wynika zapewne z ograniczonego zapotrzebowania na dostarczane przez nie treści, ale chyba również jest efektem niezrozumienia roli mediów we współczesnym świecie i w życiu poszczególnych ludzi u dużej części kościelnych decydentów. Na poziomie Konferencji Episkopatu Polski mimo upływu trzech dziesięcioleci wciąż nie powstała wybiegająca w przyszłość strategia medialna Kościoła katolickiego w Polsce. Wiele wskazuje na to, że rola katolickich i kościelnych mediów w naszym kraju będzie w nadchodzącym czasie systematycznie malała.

 

Pytania

 

Wydaje się, że przed katolickimi i kościelnymi mediami w Polsce stoją nie tyle pytania dotyczące uatrakcyjnienia ich formy i treści, ile zagadnienia o charakterze podstawowym, a więc pytania o sens i cel ich istnienia oraz o misję, którą powinny podjąć. Dopiero po jasnym i precyzyjnym sformułowaniu odpowiedzi nadejdzie pora na kwestie bardziej szczegółowe i formalne.

 

Szukając odpowiedzi na te najbardziej fundamentalne pytania trzeba mieć świadomość, że żyjemy w czasach, w których odbiorca mediów, zyskujących wciąż nowe możliwości techniczne i nie tylko, nieustannie i bardzo szybko się zmienia. Jest kształtowany przez środki komunikacji o ogromnej sile, które mają z Kościołem niewiele wspólnego i na które ma on ograniczony, a wręcz minimalny wpływ. To one narzucają dzisiaj nie tylko formę i treść przekazu, ale również jego szybkość, dostępność, użyteczność. Kształtują one również język, którym odbiorca się posługuje i który jest dla niego zrozumiały. Jeśli Kościół będzie chciał nadal mieć swoje media, jeśli katolicy będą chcieli je tworzyć, muszą te fakty uwzględnić.

 

Ks. Artur Stopka

Nie mylmy cenzury z polityczną poprawnością – WOJCIECH POKORA o granicy wolności słowa

„Czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się kompetentny odpowiedzieć?” – zapytał na Twitterze Redbad Klynstra-Komarnicki, aktor, prezenter telewizyjny i dziennikarz. Zapłacił za to pytanie wysoką cenę. Okrzyknięty został „homofobem” na podstawie tej łatki produkcja serialu „Król” wycofała się z propozycji, którą dla niego przygotowała. Hejt, który go spotkał spowodował, że ze współpracy zrezygnowała agencja aktorska, tłumacząc to „interesem firmy”. Nie chciała być utożsamiana z poglądami pana Klynstra-Komarnickiego.

 

Tylko, że on nie ma kontrowersyjnych poglądów. W wydanym przez niego oświadczeniu możemy przeczytać: „Mam znajomych i przyjaciół o różnych orientacjach seksualnych mieszczących się w skrócie LGBTQ+ i ich preferencje nie stanowią i nie stanowiły dla mnie nigdy kryterium oceny jakości ich człowieczeństwa. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zaglądania przez Państwo czy Kościół do sypialni obywatela. Każdy ma prawo w swoim domu robić to, na co ma ochotę, o ile mieści się to w ramach prawa i nie narusza wolności drugiej osoby lub innej istoty, której prawa są chronione w naszej cywilizacji”. W tym kontekście warto się zastanowić, gdzie jest dzisiaj granica wolności słowa i czy w Polsce pojawia się cenzura motywowana polityczną poprawnością.

 

Słownik języka polskiego PWN definiuje poprawność polityczną jako „unikanie wypowiedzi lub działań, które mogłyby urazić jakąś mniejszość, np. etniczną, religijną lub seksualną”. Możemy sobie przecież wyobrazić, że zaistnieje jakaś grupa, która zechce w przestrzeni publicznej drwić z wartości, załóżmy katolickich, obrażając członków tej wspólnoty, jej hierarchów, nazywając duchownych dewiantami i kpiąc z ważnych dla tej grupy symboli. Wówczas, dzięki poprawności politycznej, takie działania zostaną napiętnowane społecznie i osoby, które te działania podejmują, określone zostałyby mianem „chamów” i w ten sposób traktowane.

 

Wiadomo, „cham” to osoba, która nie przestrzega zasad i jest przy tym ordynarna, zatem nie ma dla niej miejsca w towarzystwie osób dobrze wychowanych. Z takim „chamem” więcej nie będzie okazji się spotkać i nikt więcej jego tekstu nie wydrukuje, chyba że to przeprosiny. Tak przynajmniej wynika z założenia, o którym przeczytałem na stronie weekend.gazeta.pl w artykule „Poprawność polityczna znienawidzona jak gender. Dlaczego to pojęcie dla wielu stało się obelgą”. Właściwie jest to rozmowa redaktor Dominiki Buczak z profesorem Włodzimierzem Gruszczyńskim z Uniwersytetu SWPS. Redaktor stawia tezę, że termin „poprawność polityczna” przywołują w Polsce najczęściej prawicowe portale i prasa. Głównie w charakterze obelgi, na co profesor odpowiada, że to pewnie dlatego, że dla ludzi, którzy stosują się do zasad poprawności politycznej, jest to tak naturalne, że nie przychodzi im do głowy, żeby pisać artykuły o tym, że to wspaniała sprawa. Ewentualnie mogliby napisać coś o politycznej niepoprawności, ale wtedy użyliby raczej słowa „chamstwo”. Można zatem domniemywać, że wrażliwość lewicowa nie dopuszcza nawet potrzeby rozważań nad polityczną poprawnością, gdyż jest to trwały element ich postaw i wypowiedzi i jedynie „cham” nie stosuje się do tych zasad, jak to „cham”.

 

Profesor Gruszczyński definiuje w rozmowie poprawność polityczną w następujący sposób: „Mów poprawnie politycznie, czyli tak, żeby nie zrobić drugiemu krzywdy moralnej czy emocjonalnej swoimi słowami. To jedna z zasad komunikacji Grice’a: mów tak, żeby drugiej stronie było w miarę możliwości przyjemnie”. To w sumie bardzo infantylne założenie, ale skoro jedynie „cham” się do tej postawy nie stosuje, to może warto wdrożyć je w życie. Z tym że nikt tego nie robi. Przecież przytoczone przeze mnie kilka linijek wyżej działania w stosunku do katolików, to działania powszechne. Produkowanie i eksponowanie tzw. „cipomaryjek” czy obrażanie duchownych i chrześcijan, w szczególności katolików, to wręcz moda i sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Przybicie genitaliów do krzyża, czy podarcie Pisma Świętego, to przecież element wolności artystycznej, którą każdy ma prawo wyrażać jak chce. A że czasem zostanie uznany za obrazoburcę? Na tym polega sztuka. Otóż nie. Na tym polega hipokryzja, bo istnieją jednak tematy tabu, które traktowane są w sposób odmienny od religii, to m.in. tematy związane z mniejszościami seksualnymi.

 

Mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem. Środowiska promujące ruch LGBT+ robią wszystko, by o tym zjawisku było głośno. Organizowane są parady, w promocję ruchu zaangażowane są potężne środki finansowe, powstają odrębne działy literatury gejowskiej i lesbijskiej, proponowane są działania edukacyjne w szkołach. Z drugiej strony, publicznie zadane pytanie o rozwinięcie „plusa” znajdującego się po skrócie LGBT powoduje ostracyzm i niszczy artyście życie zawodowe. Dlaczego?

 

Wydaje się, ze nie o polityczną poprawność w tym wszystkim chodzi, bo przecież swoim pytaniem pan Klynstra-Komarnicki nikomu krzywdy moralnej czy emocjonalnej nie wyrządził. Podobnie jak redaktor Paweł Lisicki, który w programie „Wierzę” zapytał: „Dlaczego musimy umieć rozróżniać nauczanie Kościoła w kontekście ideologii LGBT od samego homoseksualizmu? Czy brak wyraźnego określania grzechu sodomii przyczynia się do utwierdzania homoseksualistów w przekonaniu, że da się go połączyć z nauczaniem Chrystusa?”. Jednak za te słowa zablokowany został kanał YouTube, w którym cykl audycji był emitowany. Z czym mamy zatem do czynienia, skoro nie o polityczną poprawność chodzi? Myślę, że z cenzurą.

 

Zacznę znowu od definicji słownikowej, żebyśmy poruszali się w tym samym zakresie pojęć. Zatem słownik PWN podaje, że cenzura to „kontrola publicznego przekazywania informacji, stanowiąca ograniczenie wolności wyrażania poglądów (tradycyjnie nazywanej wolnością słowa) oraz rozpowszechniania informacji (wolność druku)”. Każdy przejaw cenzury narusza tym samym wolność słowa. Z definicji. Słownik, ale i doświadczenie, podpowiada, że organy cenzury powoływane były zazwyczaj przez organy państwowe lub kościelne z punktu widzenia zgodności ich treści z prawem, polityką państwa, obronnością, moralnością czy zasadami wiary (stąd cenzura polityczna, wojskowa, obyczajowa, kościelna). Ale w przypadku kanału YouTube mamy do czynienia z cenzurą stosowaną przez prywatny podmiot, monopolistę, któremu pozwolono zdominować rynek przekazu video w Internecie. Zresztą, podobnie jak Facebookowi czy Twitterowi pozwolono na to samo w segmencie social media.

 

Kilka miesięcy temu grupa republikańskich senatorów wystąpiła przeciw praktykom cenzury stosowanym przez Google, Facebook i Twitter. Zasugerowali, że wymienione podmioty stosują cenzurę treści politycznych. Obawy senatorów potwierdziły się już w czerwcu br. gdy wyciekło nagranie z udziałem szefowej odpowiedzialnej za innowacje w Google. Jan Gennai, bo tak nazywa się szefowa, wypowiadała się m.in. na temat ostatnich wyborów prezydenckich w USA i zdradziła, że Google planuje tak dopasować algorytm wyszukiwarki, by wyświetlać przede wszystkim „właściwe” treści. Tak, by opinia publiczna została „właściwie” ukształtowana.

 

   W tym kontekście należy rozpatrywać działania podejmowane przez należący do Google kanał YouTube. I jak najbardziej należy protestować przeciwko przejawom cenzury, który firma ta stosuje. Dziwi mnie, że nie wszystkie środowiska, szczególnie te mające wolność, i demokrację na sztandarach, zauważają niebezpieczeństwo podejmowanych przez monopolistów działań. Jak pokazuje historia, nie każdy wróg mojego wroga jest moim przyjacielem i w sprawach tak ważnych jak wolność słowa, nie należy iść na żadne kompromisy, nawet gdy wydaje się, że przynoszą chwilowe zwycięstwo na froncie walki politycznej czy ideologicznej.

 

Wojciech Pokora

Nie przepraszam za „autystycznego Kuchcińskiego” – ŁUKASZ WARZECHA o języku

Jest taki stary rysunek Andrzeja Mleczki, z czasów słusznie już minionych. Na zebraniu jakiejś partyjnej egzekutywy mówca stojący na mównicy powiada do kolektywu: „Z dniem dzisiejszym wprowadza się następujące przysłowia i porzekadła ludowe…”.

 

   Mleczko, tworząc ten rysunek zapewne jakieś 40 lat temu, nie sądził nawet, że komentując peerelowski absurd staje się zarazem prorokiem przyszłych czasów i że w lapidarnej formie ujmuje to, czym będzie językowa poprawność polityczna. A poprawność polityczna to między innymi wielka lewicowa operacja na języku. Jak każda inżynieria społeczna – zaś lewica lubuje się w społecznej inżynierii na wszystkich polach – tak i tutaj zamiarem jest wykorzenienie tego, co naturalne i co powstało w toku ewolucji oraz zastąpienie tego językiem obłym, nic niemówiącym, przede wszystkim zaś nieoceniającym. Bo ocenianie jest złe.

 

   A także „niestygmatyzującym”. Pojęcie „stygmatyzowania” to jeden z ulubionych wytrychów lewicy. Językowa „stygmatyzacja” ma polegać na tym, że słowo, które odnosi się do jakiejś grupy osób lub cechy, jest także używane w znaczeniu pejoratywnym, ale wtedy nie dotyczy tej konkretnej grupy ludzi. I nie ma znaczenia, że takie ogólne, figuratywne, niedosłowne znaczenie kształtowało się przez dziesiątki, czasem setki lat, a używający go nie mają na myśli konkretnych ludzi czy ich cech, co jest jasne dla każdego normalnie myślącego użytkownika języka polskiego (i nie tylko polskiego). Wszystko to nieważne – takie słowo ma być tabu.

 

   W czasach studenckich kpiłem z forsowanego przez lewicowych inżynierów języka określenia „sprawny inaczej”, które miało zastąpić „inwalidę”, „kalekę” czy „niepełnosprawnego”. Żartowano wtedy, że może Murzyna należałoby nazywać „białym inaczej”, ale obawiam się, że przy dzisiejszym poziomie paranoi (to słowo też budzi już moje wątpliwości…) nie byłoby to chyba dobre wyjście. Zresztą, zdaniem niektórych, o Murzynach też już pisać i mówić nie wolno. A już broń Boże, żeby przywołać przysłowie „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” – choć w gruncie rzeczy jest to przysłowie antyrasistowskie, u podstawy którego leży krytyczna ocena wykorzystywania czarnoskórych. Ale ono „ugruntowuje stereotypy” i „stygmatyzuje”.

 

   Oceniając krytycznie marszałka Marka Kuchcińskiego, napisałem na Twitterze: „To był od początku bardzo zły marszałek, arogancki, walczący z mediami, wręcz autystyczny”. Jak każda osoba pracująca w materii języka, rozróżniam potoczne i specjalistyczne znaczenia słów. Dla każdego, komu nie wyprano mózgu, jasne jest, że przymiotnik „autystyczny” jest tu użyty w kontekście potocznym, a nie specjalistycznym i medycznym. Oznacza tyle co „mający słaby kontakt z otoczeniem, niekomunikatywny, nadmiernie zamknięty w sobie”, a nie odnosi się do osoby dotkniętej autyzmem. Okazało się jednak, że – zdaniem jakiejś grupy ludzi – dopuściłem się śmiertelnej zniewagi ludzi cierpiących na autyzm. (Za całkowicie zbyteczne uważam zaznaczanie tutaj, że takich ludzi uważam za godnych troski i uwagi).

 

   Wiem oczywiście – znając doskonale od lat mechanizm internetowych owczych pędów – że w jakiejś części, pewnie nawet w dużej, nie stoi za tym pompowanym oburzeniem autentyczne poczucie obrazy czy zniewagi, ale bardzo częsty mechanizm napędzania w sobie poczucia moralnej wyższości. Bierzemy kogoś, kogo i tak nie lubimy, sięgamy po byle pretekst, po czym, sygnalizując nasze oburzenie, stajemy się w oczach naszych i naszej grupy moralnie lepsi. Niezależnie od tego mechanizm językowej poprawności politycznej jest realny i warto mu się przyjrzeć na tym przykładzie.

 

   Poprawność polityczna zakłada zatem, że powinniśmy przestać używać określeń, którymi ktoś może się poczuć urażony. W tym wypadku – jakaś niewielka grupa ludzi, którzy być może mają coś wspólnego z autyzmem w sensie medycznym, a może nie, tego przecież nie sposób dociec.

 

   Ponieważ jednak poczucie bycia urażonym jest czysto subiektywne, a wiele osób szuka jedynie pretekstu, żeby tę swoją rzekomą urazę okazać, tak aby pognębić przeciwnika ideowego, w praktyce oznaczałoby to nieustającą językową autocenzurę i posługiwanie się jakąś obłą nowomową. Zawsze znajdzie się bowiem ktoś, kogo jakieś określenie będzie urażać, a dla lewicowych inżynierów języka to już jest pretekst, żeby się takim słowem zająć i uznać je za niecenzuralne.

 

   Jeśli określenie „autystyczny” w sensie potocznym podobno obraża autystyków, to czy mogę o kimś w przenośni napisać, że jest ślepy i głuchy? Chyba nie, bo „stygmatyzuję” tym samym niewidomych i niesłyszących. Może zresztą powinienem raczej napisać: „widzących inaczej” i „słyszących inaczej”?

 

   Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygamtyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

   Wcześniej użyłem słowa „paranoja”. Czekam tylko, aż odezwą się obrońcy cierpiących na uporczywe zaburzenia urojeniowe i pouczą mnie, że właśnie obraziłem cierpiących na tę chorobę. Trzeba będzie zmienić tytuł powieści Fiodora Dostojewskiego „Idiota”. Może na „Myślący inaczej”? No i trzeba koniecznie opracować nową wersję „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdzie sam główny bohater wielokrotnie powiada o sobie, że jest idiotą. Wyrzućmy jeszcze z języka określenia takie jak „bez serca” (czyli bez empatii), „bez głowy” (czyli źle pomyślany, źle przygotowany), „bezzębny” (czyli za łagodny, bez ikry), że nie wspomnę o tak godnych potępienia określeniach jak „ocyganić” czy „żydzić”.

 

   A co z „grubym nieporozumieniem”? Skasować! To przecież jawne naigrywanie się z osób – jak by tu je nazwać – nierozmiarowonormatywnych. Z tego samego powodu trzeba by się pozbyć słowa „chudpachołek”. Myślę, że łapią się również takie zwroty ze słowem „głodny” (np. „głodny sukcesu”, „głodny sławy”), bo tu z kolei mamy uderzenie w głodującą część ludzkości. Jak już cenzurować, to z rozmachem.

 

   Wzmożenie towarzystwa, które zabrało się za mój tłit, przeszło wszelkie miary. Pewna pani na Facebooku z oburzeniem pytała, gdzie można by „to” zgłosić, żeby „zrobić z tym porządek”. Nie wiem na pewno, co miała na myśli, ale wiem, że zwolennicy poprawności politycznej i lewicowej inżynierii społecznej bardzo lubią robić porządek z tym, co im nie pasuje, nie lubią za to wolności słowa. Najdziwniejsze, że do tego chóru przyłączył się były dziennikarz Bogusław Mazur, który zaczął mnie zasypywać informacjami o medycznej naturze autyzmu, co przecież nie miało tu kompletnie nic do rzeczy.

 

   Wszystkim oburzonym chciałbym powiedzieć, że jedynym lekarstwem na polityczną poprawność jest zdrowy rozsądek, także w dziedzinie języka. Dlatego nie tylko nie mam zamiaru przepraszać za użycie słowa „autystyczny” w potocznym znaczeniu, ale też nadal będę go w tym znaczeniu używał. Tak samo jak nadal będę w znaczeniu przenośnym lub potocznym używał słów „głuchy”, „ślepy”, „kulawy”, „paranoiczny”, „niedorozwinięty”. A że ktoś uparł się, aby dostrzegać w tych słowach „stygmatyzację” albo obrazę – to nie mój problem.

 

Łukasz Warzecha

Gwóźdź w bucie – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA–AVIS o tym, jak media europejskie skręciły na lewo

W ciągu ostatnich 30. lat zmieniła się mapa ideologiczna europejskich mediów.  Wektor myślenia o państwie,  społeczeństwie, rodzinie,  religii przesunął  się w lewo.  Stery państw, korporacji medialnych, organizacji pozarządowych przejmowała generacja byłych dzieci – kwiatów, wtedy już produkt indoktrynacji lewicowych myślicieli jak Gramsci czy Ziżek,  kampusowych guru jak Germaine Greer i Helene Rytmann oraz  inżynierów dusz jak Soros.

 

   Oczywiście, inaczej ten proces wyglądał w Stanach Zjednoczonych –  pacyfizm,  gwałtowne przemiany obyczajowe, inaczej w Paryżu – antyrządowe manifestacje uliczne,  silny nurt związkowy, jeszcze inaczej –  radykalny,  z użyciem przemocy w Berlinie. Przejmowanie mediów w Europie i Ameryce dokonywało się w rozmaity sposób, w stylu catach-as-catch-can,  zakładania „bastionów postępu” jak Ted Turner i CNN, czy  wykupywania przez zamożniejsze grupy medialne jak Guardian  Observera. Albo jak  francuski Le Monde, niemiecki  Die Welt czy hiszpański El Pais czyniły to step by step, dokonując wrogiego przejęcia i powoli zmieniając profil pisma. I tak  na naszych oczach pejzaż  światopoglądowy  europejskich mediów  zmienia się, od pluralizmu do lewicowego monopolu.

 

   Dziś ten proces jest niemal zakończony. Spójrzmy na dramatyczny przypadek najbardziej zasłużonej korporacji  medialnej świata,  dziś  – że posłużę się tytułem dramatu Arthura Millera –  „po upadku”. Kiedy w 1956 roku rząd brytyjski wysłał swoje siły do Egiptu, by ponownie przejąć kontrolę nad Kanałem, BBC opowiedziała się przeciw polityce zagranicznej swojego kraju. Podobnie w 1982, podczas wojny o Falklandy.  Margaret Thatcher do końca miała Korporacji za złe, że ta zdeklarowała się przeciw „wojnie obronnej” Wielkiej Brytanii. O ile z dzisiejszej perspektywy BBC w przypadku Kanału Sueskiego  miała swoje racje,  kolejne plebiscyty na Wyspach Falklandzkich i wola mieszkańców przynależności do macierzy , potwierdziły  zły wybór dokonany przez Korporację potem.  Ale były to jedynie grzechy powszednie BBC.  Potem zaczęła popełniać grzechy główne, a nawet śmiertelne. 

 

   Przede wszystkim nadmierne upolitycznienie Korporacji. Za pieniądze z abonamentów – ponad 4 mld funtów rocznie – poza wszelką kontrolą, nie tylko państwa, nie tylko organizacji powołanych do  moderowania zawartości programu, ale i obywateli. Najpierw otwarta wojna z premier Thatcher, potem wspieranie laburzysty Tony Blaira, a po upublicznieniu jego Trzeciej Drogi, marszu ku centrum, walka o jego usunięcie. Blair okazał się po prostu nie dość otwarty na związkowych „czerwonych baronów”, zastąpił Marksa utopijnym socjalistą Thomasem Morrisonem i pozbył się komunistycznych logo z sierpem i młotem na czele. Oczywiście, przez cały czas wojny z kolejnymi gabinetami rządowymi BBC twierdziła, że „broni niezawisłości i etosu telewizji publicznej przed próbami przejęcia przez partie”, ale wszyscy wiedzieli, że to zwykły cynizm. BBC już w latach 80. skręciła w lewo, rozpoczęła  wojnę z chrześcijaństwem, z wartościami konserwatywnymi, i dziś, jeśli odwołuje się do Jezusa, Biblii czy pokazuje  księdza, zawsze kończy się to niewybredną kpiną.  I tak, za pieniądze z abonamentów, poza jakąkolwiek  organizacyjną  i społeczną kontrolą, powstał prywatny folwark,  kpiący sobie w żywe oczy i z państwa, i ze swoich abonamentowiczów. A mimo to w 2016 roku  nowoczesny współczujący konserwatysta David Cameron podpisał The Royal Charter, rodzaj kontraktu między państwem a BBC,  na kolejnych dziesięć lat.  Bez żadnych zastrzeżeń czy żądań.

 

   Nieco innym tropem biegły przemiany w jednym z najbardziej prestiżowych dzienników, czytywanym od 1788 roku, nakład 442 tys., The Times. Jeszcze 20-30 lat temu nieoficjalny organ partii konserwatywnej, twierdza konserwatyzmu, ostoja wartości chrześcijańskich i monarchii, od momentu zakupienia go przez australijskiego potentata medialnego, Ruperta Murdocha,  wszystkim tym być przestał. Po pierwsze, pod wpływem political correctness Times posterował w lewo, a po drugie  – w zależności od kaprysów politycznych właściciela, raz stawia na torysów, innym razem na laburzystów. Jeśli kiedyś ten dziennik był emanacją  programu brytyjskich konserwatystów, bronił interesów kraju i w polityce wewnętrznej i zagranicznej – umiarkowane welfare state, kwoty rocznego wpływu imigrantów, troska o służby publiczne – dziś czytujemy tu teksty, które mogłyby znaleźć się w lewicowym Guardianie.  Konkurent Timesa od 1885 roku, The Daily Telegraph,  nakład 635 tys., czytywany  jest  natomiast przez tych konserwatystów, którzy głosowali za Brexitem, „chcą odzyskać kontrolę nad swoim państwem, odebraną przez UE” i  stanowili te 92 tys. członków partii, którzy wynieśli Borisa Johnsona na fotel premiera.  Który zresztą jeszcze dwa tygodnie temu  miał w tym dzienniku swój komentarz za, bagatela,  280 tys. funtów rocznie. 

 

   Zaskakującej  transformacji podlega konserwatywny tabloid The Daily Mail.  Powoli staje się „konserwatywny inaczej”. Owszem, wciąż anty-imigrancki i nie pominie żadnej okazji, żeby przyłożyć Polakowi czy  Pakistańczykowi, narzeka na upadek służb publicznych, na szaleństwa politycznej poprawności – ale już podczas  ostatniego „konkursu piękności” między kandydatem wyrazistym, Borisem Johnsonem, a znacznie bardziej umiarkowanym Jeremym Huntem, postawił na tego drugiego!  I codziennie łoił Johnsonowi skórę, a że nakład Daily Maila wynosi prawie 3 mln, uderzenie było mocne. Epidemia „na lewo marsz” nie ominęła także centrowej do niedawna najstarszej gazety niedzielnej świata, „czytywanej jeszcze przez Jane Austen”, Observera.  Z tym, że na zmianie profilu pisma zaważyły stosunki własnościowe.  Niedawno Observer  został zakupiony przez grupę Guardiana (400 tys.) i jego profil zmienił się z dnia na dzień.  Z umiarkowanego, wyważonego dziennika opinii, stał się tubą swego nowego właściciela.  A dziennik Independent już od 10? 15? lat przestał być „niezależny”.

 

   Dokładnie ten sam proces  dokonuje się  w Europie kontynentalnej. I przy okazji  warto dodać, że jest to zjawisko globalne, występujące w Stanach Zjednoczonych i Australii,  Indiach oraz  Brazylii.  W latach 80. często jeździłam służbowo do Hiszpanii. W kioskach widać było komunistyczny El Mundo Obrero, „Świat pracy”, a publikowany od 1971 roku El Pais – naśladując istniejący od 1903 roku dziennik ABC – walczył o ten sam konserwatywny i pro-monarchistyczny  segment rynku. Generalnie El Pais był dziennikiem prawicowo-centrystycznym, dziś określa się jako „niezależna gazeta codzienna”, w istocie o profilu bliższym El Mundo Obrero niż ABC.    

 

   Podobny proces zanotować można we Francji. Przechwytywania kolejnych przyczółków prasowych przez lewicę – zaciągnąwszy kurtynę milczenia na L’Humanite czy, militancką lewicę,  satyryczny tygodnik Charlie Hebdo. Spójrzmy tylko, co stało się z centrowym niegdyś, najpoważniejszym francuskim dziennikiem opinii, Le Monde’em. Tym razem pozwolę sobie nawiązać do wątku „Le Monde a sprawa polska”. Kiedy eksplodował temat marszu równości w Białymstoku, w tej najbardziej opiniotwórczej francuskiej gazecie  ukazał się tekst polskiego dziennikarza z Gazety Wyborczej, który pisał: „Marsz dumy LGBT w Białymstoku, bastionie nacjonalistycznym w Polsce, przerodził się w koszmar”.  Jakub Iwaniuk informuje Francuzów  nie tylko o skali nacjonalizmu w Białymstoku, ale i o tym, jak to na pocztach brakuje prasy opozycyjnej – co jest oczywistym kłamstwem, zapominając też poinformować, że głównymi dystrybutorami są jednak EMPIK  i kioski RUCHU, gdzie prasy opozycyjnej nigdy nie brak.  I tak, wspierając się na wymyślonych danych  promuje nad Sekwaną obraz Polski – „czarnej sotni”, ksenofobicznej i faszystowskiej. A  przecież Jakub Iwaniuk nie jest w prasie francuskiej jedynym heroldem złej sławy Polski – w  Liberation pisuje Maja Zółkowska, a w Le Figaro – Maya Szymanowska. Wszyscy prezentują poglądy lewicowo-liberalne.  Identycznej  mutacji uległ Die Welt. Choć sam się określa  mianem „liberalno – konserwatywnego”, podąża za bojówką spod znaku  Zueddeutsche Zeitung  czy Frankfurter Allgemeine Zeitung, których poglądy zdążyliśmy poznać i po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, po zwycięskich wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego plus ostatnie komentarze na temat poczynań obecnego rządu.  

 

   Światowe media toczy ciężka choroba monokultury światopoglądowej, zabijająca pluralizm i odbierająca  co najmniej  50 proc. odbiorcom możliwość  uczestnictwa w światowym obiegu myśli, dialogu. Niszcząca demokrację i prawa człowieka, z których jednym jest prawo do posiadania  własnych poglądów, a także – co wciąż podkreślają Brytyjczycy – „własnej gazety”.  Promowanie tylko jednego, lewicowego sposobu oglądania świata, sito w rekrutacji dziennikarzy do wydawnictw i redakcji, zabiegi socjotechniczne na żywym ciele społeczeństwa – czy to przypadkiem nie deja vu z czasów słusznie minionych? A co my mamy robić z naszym Kodeksem Dziennikarskim, gdzie wciąż tkwią jak gwóźdź w bucie takie zasady jak prawda jako jedyne kryterium odniesienia, rzetelność informacyjna, oddzielanie faktów od komentarza i inne, jak widać, już archaiczne, zasady? 

                                                                                      

Elżbieta Królikowska-Avis

Stalówka czy gęsie pióro – Mirosław Usidus o nowej fali mediów społecznościowych

Dla tzw. Pokolenia Z, które wkracza właśnie w fazę rozkwitu swoich możliwości rynkowo-konsumpcyjnych, przeżywane przez niektórych starszych dylematy „Facebook czy Twitter?” są jak pytania o to, czy lepsze pióro gęsie czy stalówka. Rewolucja mediów społecznościowych jest już na zupełnie innym etapie.

 

   A na etapie tym Facebook jawi się jako serwis schyłkowy, Twitter – niszowy, a YouTube – staroświecki i niewygodny. Na ich miejsce „Zeci” mają nowe i jeszcze nowsze alternatywy, na przykład TikTok, który poniżej obszernie omawiam, bo najwięcej medialnego hałasu ostatnio zrobił. Ta społecznościowa aplikacja z Chin rodem swoim szybkim marszem, najpierw przez Azję, a potem cały świat, przeraziła Marka Zuckerberga.

 

   Obok niej pojawia się cała rzesza nowych platform, o których jeszcze mało kto słyszał, a na które warto mieć oko. Oczywiście założenie, że każda z nich odniesie sukces, jest nierozsądne. Nowy ferment w social mediach oznacza po prostu, że młodsi użytkownicy szukają nowych sposobów na sieciowe życie w sytuacji, gdy fejs już dawno nie wchodzi w grę, a Instagram czy Snapchat nie każdemu odpowiadają.

 

   Staram się w tym artykule przybliżyć nowe serwisy i aplikacje (nowe produkty są najczęściej tworzone głównie z myślą o Internecie mobilnym). Niektórym da to wiedzę i pozwoli nie otwierać oczu ze zdumienia, gdy wszyscy dookoła zaczną mówić o „czymś nowym”. Inni być może zdecydują się spróbować nowych rzeczy. Muszę jednak od razu ostrzec wybrednych. TikTok i aplikacje „nowej fali” mogą sprawić wam duży zawód swoim poziomem, językiem komunikacji czy wprost infantylizmem, którym są przesiąknięte, ale to w końcu zabawy bardzo młodych ludzi. Tak jak były nimi początki Facebooka, którego kilkanaście lat temu poważni i dorośli ludzie uważali za głupawkę i bzdurną stratę czasu.

 

„Zeci” chcą się bawić

 

   Opublikowane wiosną ubiegłego roku wyniki badań agencji „We Are Social” i serwisu Hootsuite, przeprowadzone w 239 krajach świata wykazały, że w 2017 roku do sieci społecznościowych dołączało prawie milion nowych użytkowników dziennie. I to tempo przyspiesza z roku na rok. Obecnie odpowiada za nie głównie Afryka.

 

   Jeśli chodzi o szczegóły, to badania te obaliły niektóre mity. Na przykład, że w postrzeganym dotychczas jako zabawka najmłodszych serwisie Instagram, rzeczywiście dominują najmłodsi. Okazało się, że Instagramu używa więcej osób w wieku od 45 do 54 lat niż w grupie 13 do 17 lat. Zatem nie tylko Facebook, z którego młodzież od wielu lat ucieka przed rodzicami, jest „wapniacki”. Także ten rzekomo młodzieżowy Instagram to już wcale nie platforma nastolatków, w każdym razie już nie tak jak się wielu wydaje.

 

   Obrazkowy Instagram to królestwo gwiazd i tzw. influencerów. Wiadomości o jego nie tak już młodzieżowym charakterze mogą nie brzmieć pomyślnie dla hollywoodzkich bożyszczy, takich jak Will Smith, który pod koniec 2017 roku założył konto na Instagram, a w zeszłym roku stworzył kanał na YouTube, aby dotrzeć do młodszej widowni. Tymczasem, niestety dla pana Smitha i wielu innych gwiazd ze starych konstelacji, oba te serwisy dla „Zetów” są już nieco passé. Nie oznacza to, że zostały przez całkowicie porzucone, tak jak Facebook, ale Generacja Z szuka jeszcze nowszych i młodszych platform.

 

   Najchętniej takich nie bazujących na słowie pisanym, lecz na obrazie i to ruchomym. Z badań wynika, że „Zet” ogląda 3-4 godziny wideo online dziennie. Tu już nie ma prawie miejsca na konsumpcję innych mediów. Nie tylko prasa, radio czy telewizja nie znajdują miejsca w spektrum uwagi tego pokolenia. Nie znajdują też miejsca treści internetowe oparte na słowie pisanym, ani media społecznościowe „starej” (tak, tak, już tak) daty.

 

   Tacy jak Will Smith muszą się w tym świecie liczyć z tym, że stają do rywalizacji z zastępami YouTuberów, Instagramerek czy zdobywających popularność w szaleńczym tempie TikTokerów. Dzięki sławie filmowej czy telewizyjnej mają wprawdzie już markę, ale, jeśli się nie postarają i nie zaproponują nic oryginalnego, co mogłoby skutecznie konkurować z influencerami o rdzennie sieciowym pochodzeniu, to „Zeci” nie będą im wierni „za zasługi”.

 

   Według badań serwisu Bloomberg, Generacja Z w 2019 roku przewyższy liczebnością milennialsów, sięgając w krajach rozwiniętych około 32 proc. całej populacji. Informacja ta ma oczywiście silny wydźwięk biznesowo-reklamowy, co w efekcie ma również przemożny wpływ na mass media, Internet i media społecznościowe. Według Nielsena, siła nabywcza generacji milenialsów jest szacowana na 65 miliardów dolarów. „Zeci” już teraz poprzednie pokolenie wyprzedzili z szacunkową kwotą 100 miliardów dolarów, którą mogą wydać na zakupy.

 

   Pojawiło się wiele analiz próbujących ująć w klamry potrzeby pokolenia „Zetów”. Jeśli chodzi o media (w tym przypadku jest to równoznaczne z mediami internetowymi), to mają poszukiwać przede wszystkim silnie spersonalizowanych doświadczeń, z bardzo dużym naciskiem na ochronę prywatności. Innym zjawiskiem odróżniającym to pokolenie od poprzednich jest to, że jego przedstawiciele przedkładają rozrywkę nad relacje. Tak wynika z badań a wybierane przez nich serwisy, z TikTokiem na czele, zdają się to potwierdzać.

 

   Eksperci określają platformy komunikacji i informacji preferowane przez tę generację jako „ulotne” (ang. „ephemeral”). Przykładem takiego serwisu był Snapchat, aplikacja służąca do wysyłania filmów i zdjęć, które można było pierwotnie oglądać przez maksymalnie 60 sekund. Jeśli rzeczywiście „Zeci” mają wszystkie opisane wyżej preferencje, to nic dziwnego, że wyrzucili Facebooka do kosza, bo przecież platforma Zuckeberga działa masowo, przechowuje i analizuje dane użytkowników, sprzedając je reklamodawcom i nic nie robiąc sobie z ich prywatności.

 

TikTok, TikTok, upływa czas Facebooka

 

   Przegląd „nowej fali” zacznijmy od hitu ostatniego roku – TikToka, który jest produktem chińskiej firmy ByteDance. Z powodu tej aplikacji za straconą dla Facebooka uważa się teraz prawie całą Azję, pomijając przypadki krajów, w których fejs i tak był zablokowany, czyli np. Chin. Najnowsze doniesienia mówią również o coraz większej popularności chińskiej wideo-appki w USA, czy w Kanadzie. Czyli Zuckerberg obrywa na własnym terenie. W samych Chinach TikTok znany jest jako Douyin.

 

   Po przekroczeniu w ubiegłym roku miliarda pobrań TikTok wyprzedził ponad dwukrotnie Instagram (444 mln pobrań), który jest w tej chwili ostatnim serwisem Facebooka, zatrzymującym młodszych użytkowników. Oprócz tego serwisu, będącego zasadniczo społecznościową platformą umożliwiającą tworzenie przez użytkowników i publikacji krótkich (do 15 sek.) filmików wideo, Chińczycy z ByteDance oferują też produkty mające większe ambicje, takie jak agregator newsów i innych treści Toutiao, oferowany na rynkach zachodnich jako TopBuzz.

 

   Choć serwisy oferujące tworzenie i publikacje krótkich filmików nie są nowością, np. Twitter zaproponował kilka lat temu appkę wideo Vine, to specyficzne, oparte podobno na zaawansowanej sztucznej inteligencji algorytmy TikToka uznane zostały za niezwykle innowacyjne i bardzo spodobały się młodym użytkownikom. Chiński produkt stał się hitem, czyli czymś, czego Facebookowi nie udało się stworzyć od ubiegłej dekady. Warto przypomnieć, iż jego nowsze, cieszące się znaczącą popularnością wśród młodych interneutów serwisy, Instagram i WhatsApp, nie zostały wymyślone przez firmę Zuckerberga, lecz przejęte, za grube miliardy dolarów.

 

   Nieudolność i pewnego rodzaju impotencję Facebooka demonstruje przykład Lasso, uruchomionej pod koniec ubiegłego roku aplikacji społecznościowej, która pozwala użytkownikom oglądać i tworzyć krótkie filmy, które zazwyczaj są amatorskimi teledyskami piosenek. Aplikacja jest prawie identyczna jak TikTok, ale nie umywa się do oryginału jeśli chodzi o popularność wśród młodzieży. Obecnie ByteDance wydaje się wyprzedzać błękitną platformę zarówno pod względem strategicznym jak też co do rozumienia potrzeb młodszych internautów.

 

   Wypieranie z Azji musi boleć. Chiny są owszem rynkiem specyficznym, na którym Facebook czy Instagram jest niedostępny ze względu na cenzurę. Jednak nieco ponad 40 proc. pobrań aplikacji TikTok w 2018 roku pochodziło od użytkowników z demokratycznych Indii, gdzie dotychczas dominowała stajnia Facebooka, czyli główna platforma społecznościowa, Instagram i WhatApp.

 

   Co gorsza, ekspansja TikToka zaczyna wykraczać poza Azję i wkraczać do Ameryki. Liczba pobrań chińskiej appki App Store Apple’a i sklepu Google Play wynosi już kilkadziesiąt milionów w USA. Takie dane podawała firma SensorTower, zajmująca się badaniami rynku aplikacji. W tym samym czasie facebookowe Lasso zostało pobrane zaledwie przez 70 tys. użytkowników.

 

   Wprawdzie, według danych Sensor Tower, wciąż pod względem liczby pobrań w 2018 roku TikTok plasował się za WhatsApp, Facebook Messengerem i samym Facebookiem, jednak przykład rozpaczliwej imitacji appki przez tworzenie jej niezbyt udanego klona dobitnie obrazuje panikę Facebooka w obliczu ekspansywnych Chińczyków.

 

Śmieszne filmiki z redakcji „Washington Post”

 

   Tym, którzy nie dali się jeszcze przekonać do Facebooka, o Instagramie nie mówiąc, TikTok może wydać się czymś kompletnie niezrozumiałym czy wręcz dziwacznym. Jego użytkownicy to głównie nastolatki nagrywające filmiki, na których śpiewają, tańczą, czasem tylko śpiewają, czasem tylko tańczą, przy akompaniamencie popularnych przebojów. Ciekawą funkcjonalnością jest możliwość montowania filmów, także techniką „społecznościową”, czyli publikowane dziełka są zbiorowym dziełem użytkowników. Ci są mocno zachęcani przez platformę do współpracy z innymi użytkownikami, przez mechanizm tzw. „reakcji” wideo lub funkcję „duetów” wokalno-wizualnych.

 

   TikTokowym „producentom” aplikacja oferuje do wykorzystania całą gamę przeróżnych dźwięków, od popularnych klipów muzycznych po krótkie fragmenty programów telewizyjnych, filmów YouTube lub innych „memów” stworzonych na TikToku. Można przyłączyć się do „wyzwania” polegającego na stworzeniu czegoś lub wziąć udział w produkcji memu tanecznego. Gdy na wielu platformach memy i ich tworzenie bywa zakazywane, ByteDance oparł cały pomysł aktywności na tworzeniu wizualnych memów. Jak wiele podobnych appek, oferuje też szereg efektów, filtrów i naklejek, które można wykorzystać w tworzeniu tych treści. TikTok uczynił edycję treści wideo niezwykle prostą. Nie trzeba być ekspertem w dziedzinie montażu, aby kleić klipy wideo, które wypadają niekiedy całkiem zgrabnie.

 

   Gdy użytkownik otwiera aplikację, pierwszą rzeczą, którą widzi, nie jest kanał powiadomień od jego znajomych jak na Facebooku czy Twitterze, ale strona pt. „Dla Ciebie”. Jest to tworzony przez algorytmy AI kanał oparty na treściach, z którymi użytkownik wchodził w interakcje. Użytkownicy, którzy zastanawiają się co by mogli opublikować, są natychmiast rekrutowani do grupowych wyzwań, hashtagów lub do oglądania popularnych piosenek. Algorytm TikToka nie wiąże z jedną grupą znajomych, lecz wciąż stara się przenosić użytkownika do nowych grupy, tematów, aktywności. To jest być może największa różnica i innowacja w porównaniu z innymi platformami i koresponduje z wykrytymi w badaniach preferencjami „Zetów”, dla których relacje są mniej ważne niż dobra zabawa.

 

   TikTok ma też, bo tego oczekują użytkownicy, całkiem solidne zabezpieczenia prywatności (w przeciwieństwie do niektórych innych znanych aplikacji). Użytkownicy mogą przestawić konto na tryb prywatny, wyłączyć komentowanie, ukryć konto przed wyszukiwaniem, wyłączyć pobieranie, uniemożliwić interakcje oraz ograniczyć przesył wiadomości.

 

   TikTok od niedawna zaczyna testować reklamę w aplikacji w formach krótkich tzw. pre-roll, czyli filmików poprzedzających filmiki główne. Dla marek grupa użytkowników serwisu jest atrakcyjna. Jednak uważa się, że młoda platforma musi uważać na reklamę, aby nie odstraszyć użytkowników, pokolenia, które reklamy nie toleruje.

 

   Głębszy wgląd w „zabawne” treści TikToka szybko prowadzi do wniosku, że są one zabawne głównie dla nastoletnich przedstawicieli tzw. Generacji Z. Czy wyrosną oni z TikToka? Czy do serwisu przekonają się nieco starsi użytkownicy. A może popularna platforma zestarzeje się tak jak Facebook, który z czasem wyrósł na całkiem poważną i odgrywającą dużą rolę społeczno-polityczną formę komunikacji? Zobaczymy.

 

   Na razie TikTok zderzył się z całkiem dorosłym światem. W debacie publicznej prowadzonej w niektórych krajach (m.in. Chinach i Indiach) pojawiły się opinie, że aplikacja przyczynia się do upowszechniania treści bezprawnych, w tym pornografii. Dostęp do TikToka został zablokowany w Indonezji już w lipcu 2018 roku, w Bangladeszu w listopadzie 2018 r., a niedawno w Indiach (w kwietniu 2019). Zwłaszcza decyzja władz indyjskich musiała być bolesna, gdyż appka miała tam już ok. 120 milionów użytkowników.

 

   Może więc kłopoty aplikacji, z której kontrolą i moderacją właściciele chyba jednak sobie jeszcze nie radzą, odłożą w czasie egzekucję Facebooka. Przy okazji Chińczycy poczuli na własnej skórze, jak to jest, gdy ktoś nie dopuszcza i blokuje rozwój usług z zewnątrz na swoim terenie, co sami od lat praktykują wobec zagranicznych podmiotów.

 

   Co z tego wynika dla starych mediów? Nie jest to łatwe do ogarnięcia a tym bardziej do wyjaśnienia. Na razie zgodnie z regułą, aby wchodzić tam, gdzie może być potencjalny czytelnik i klient, na TikToka wszedł „The Washington Post” i nawet zyskał tam kilkadziesiąt tysięcy obserwujących. Nie próbuje jednak za bardzo obciążać ich poważnymi gazetowymi treściami, wrzucając tam raczej „śmieszne” filmiki z pracy redakcji.

 

Użytkownik chce zarabiać na serwisie zamiast dawać zarabiać serwisowi na sobie

 

   O TikToku piszę najwięcej, bo uchodzi za hit sezonu. Wielu ekspertów widzi w nim następcę Facebooka, czyli przyszłego dominatora. Może jednak przyszłość wcale nie będzie wyglądać tak jak w ciągu ostatniej dekady, gdy społeczności zdominowane były przez wielkie platformy i korporacje. Może nadchodzą czasy większego pluralizmu, wielości nisz i mniejszych platform, w którym także i Facebook zachowa swój kawałek tortu, choć znacznie mniejszy. W tym hipotetycznym pluralizmie chciałoby mieć swój udział wielu nowych graczy, startupów, które proponują coraz to nowsze, czasem bardzo ciekawe lub zgoła zadziwiające, serwisy i aplikacje.

 

   Jedną z nich jest Houseparty – serwis opisywany jako platforma czatu wideo w grupach, maksymalnie do ośmiu osób, na żywo. Można więc w nim zorganizować zarówno poważną telekonferencję, jak też melanż online, w którym każdy imprezowicz siedzi w domu przy kompie, tablecie czy smartfonie, każdy z buteleczką… wody mineralnej. To bardzo w stylu obecnej młodzieży. Technicznie jest to podobne do znanych od lat telekonferencyjnych aplikacji, takich jak Google Hangouts, jednak różnica polega na tym, że nie trzeba prosić o dołączenie do czatu – w gronie znajomych jest on dostępny automatycznie. Houseparty to czwarta najczęściej pobierana aplikacja sieci społecznościowej w App Store Apple’a. Milion użytkowników spędza 20 milionów minut dziennie na platformie. 60 proc. użytkowników ma mniej niż 24 lata.

 

   Kolejna appka na wznoszącej ostatnio fali to Kik, komunikator bardzo podobny do Messengera Facebooka a zarazem do Snapchata. Użytkownicy mogą wysyłać tu wiadomości zarówno do pojedynczych znajomych, jak i do całych grup. Od innych komunikatorów odróżnia Kika nacisk na prywatność. W przeciwieństwie do innych aplikacji do wysyłania wiadomości, nie wymaga podania numeru telefonu. Użytkownicy mogą zachować anonimowość, rejestrując się za pomocą nazwy lub adresu e-mail.

 

   Kik znajduje się w pierwszej dziesiątce aplikacji dla nastolatków w Stanach Zjednoczonych. Ciekawostką, coraz częściej zresztą występującą w nowych platformach społecznościowych jest to, że użytkownicy Kika mogą zarabiać pieniądze (Kik ma swoją własną kryptowalutę nazywaną Kin), biorąc udział w ankietach przeprowadzanych przez marki, udostępniając treści lub podejmując inne działania w społeczności. Platforma pozwala tworzyć firmom chatboty do rozmowy z użytkownikami. Skorzystały z tej funkcji m. in. Sephora i CNN.

 

   Od szeregu lat funkcjonuje już serwis Twitch, który dla osób 30-40 plus jest czymś niemal zupełnie niezrozumiałym. To platforma medialna do udostępniania strumieniowych transmisji wideo na żywo  z gier komputerowych oraz zawodów w sportach elektronicznych. Strona została założona w 2011 roku przez Justina KanaEmmetta Sheara. W sierpniu 2014 roku platforma została kupiona przez Amazona za kwotę 970 milionów dolarów. Wspominam o tym serwisie, dlatego, aby zobrazować, czym „Zeci” żyją i pasjonują się, a nie by namawiać kogoś do oglądania jak inni grają w gry w Internecie, bo mnie też wydaje się to dziwaczne.

 

   Serwisem do transmisji strumieniowych, która ma konkurować z Twitchem jest Caffeine.tv, zbudowany przez byłych deweloperów Apple. Można w niej strumieniowo transmitować treści multimedialne z komputera lub telewizora, gry wideo, ale również inne treści. Serwis oferuje aktywnym i popularnym „nadawcom” możliwość zarabiania, podobnie zresztą jak Twitch.

 

   Nowszą propozycją jest aplikacja Vero, która sama siebie określa jako „autentyczną” platformę mediów społecznościowych. A to głównie dlatego, że nie używa żadnych algorytmów serwujących treści użytkownikom i jest też całkowicie wolna od reklam. Vero „z wyglądu” jest podobna do Instagrama, oferując użytkownikom możliwość dzielenia się wszystkimi rodzajami treści (nie tylko zdjęciami i filmikami) z gronem obserwujących, którzy mogą być klasyfikowani jako przyjaciele, bliscy przyjaciele, znajomi lub po prostu obserwujący. Appka zanotowała silny skok popularności w ubiegłym roku.

 

   Przez opisy nowych platform przewija się motyw możliwości zarobkowania. Owszem, młodzi użytkownicy sami chcą zarabiać na społecznościowych serwisach, zamiast dawać zarabiać na sobie Facebookowi i innym. Jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo za aktywność i ciekawe treści jest Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu. Notowania „Steema” spadły z maksymalnego poziomu siedmiu dolarów do zaledwie złotówki, jak sprawdzałem, pisząc ten tekst.

 

   Poza wymienionymi platformami jest wiele nowych projektów o niszowej lub wyspecjalizowanej tematyce. Akurat to nie jest nic szczególnie nowego, gdyż takie tematyczne i „sektorowe” społecznościówki powstają od bardzo dawna. Niektóre nowe pomysły są na tyle ciekawe, że warto o nich wspomnieć. Np. społecznościowa FindSisterhood dla kobiet, która pozwala użytkowniczkom dyskutować na tematy osobiste w sposób całkowicie anonimowy, giełda lokalnych i sąsiedzkich informacji NextDoor czy Care2, skupiająca 30 milionów ludzi społeczność, która „o coś walczy”, przez organizowanie się, petycje i samopomoc stara się zmienić świat na lepsze.

 

   Nisze społecznościowe bywają mocno specyficzne. Jest serwis AOC poświęcony aktywności Alexandrii Ocasio-Cortez, kontrowersyjnej amerykańskiej polityk o poglądach będących mieszanką komunizmu i skrajnego ekologizmu. Powstała sieć tych, którzy odeszli z Facebooka – FaceOff – której celem jest zachowanie kontaktu z wszystkimi, którzy wciąż pozostają na błękitnej platformie. Istnieje nawet platforma nastolatków o nazwie ParentsSpace, która skupia się tematycznie na przewagach nowych typów serwisów społecznościowych nad „serwisami rodziców”, głównie Facebookiem i Twitterem. Podobno analitycy giełdowi opierają na jej treściach swoje przewidywania dotyczące akcji „starych” społecznościówek.

 

   Tradycjonalistów może ucieszy, że powstało nawet coś takiego jak Readit – anonimowa platforma społecznościowa dla osób, które lubią czytać książki tylko w formacie papierowym, poświęcona w dużym stopniu krytykowaniu ludzi, którzy czytają książki w formacie elektronicznym. Najniżej na Readit notowani są ci, którzy czytają książki w smartfonach i na tabletach.

 

   Mogą zajść zmiany, nawet rewolucje. Upaść może Facebook czy Twitter. Być może rynek zdominują platformy chińskie a potem afrykańskie… To wszystko z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem może się wydarzyć. Jednak nikt, absolutnie nikt, nie sądzi, że ludzkość straci zainteresowanie i serce do internetowych social mediów. One na 100 proc. z nami już zostaną.

 

Mirosław Usidus

Krok po kroku – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o sztuce realizacji reportażu radiowego

Świat przyspiesza, a dziennikarstwo razem z nim. Niestety, pośpiech i idąca za nim niedbałość prowadzą często do takich błędów, jak „uśmiercenie” Adama Słodowego przez wszystkie największe media. Reportaż radiowy, gatunek z założenia mało newsowy i wymagający czasu, także przygotowuje się dziś znacznie szybciej, niż kilkadziesiąt czy choćby kilkanaście lat temu. Mimo to praca nad reportażem trwa stosunkowo długo i składa się z kilku etapów.

   

   Pierwszy to dokumentacja. Zaczyna się od wyboru samego tematu (o tym, jak szukać pomysłów na reportaże i jak wybierać bohaterów, pisałam tutaj), potem natomiast trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o danym temacie, przeczytać odpowiednie książki, pójść do archiwów, zastanowić się, jakich ludzi można nagrać, jak się z nimi skontaktować, czy są dostępni, czy dobrze mówią, itd. Już na tym etapie część tematów okazuje się nieodpowiednia. Dla radiowców problematyczne bywają na przykład tematy historyczne, kiedy upływ czasu decyduje o tym, że ubywa świadków wydarzeń. O ile fascynujący reportaż prasowy może powstać na podstawie książek, dokumentów archiwalnych, rozmów z ekspertami, o tyle podobnie skonstruowany reportaż radiowy byłby całkowicie niestrawny. W radiu bowiem liczą się emocje.

 

   Pamiętam, jak kiedyś poproszono mnie w radiu o przygotowanie reportażu o otwockich Żydach. Otwock, miasto niegdyś uzdrowiskowe, położone bardzo blisko Warszawy, przed wojną było zamieszkane w połowie przez Żydów. W czasie wojny zamknięto ich w getcie, które w 1942 roku zlikwidowano.

 

   Z getta uratowali się nieliczni. Większość z nich już zmarła. Ci, którzy żyją, mieszkają w Izraelu, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie… Początkowo wyglądało na to, że zwyczajnie nie będę miała z kim rozmawiać o tym, co się wydarzyło w Otwocku. Na etapie dokumentacji przeczytałam jednak niezwykłą książkę. Napisał ją Calek Perechodnik, który w otwockim getcie wstąpił do żydowskiej policji. Czynnie uczestniczył w likwidacji getta – namówił między innymi żonę, żeby wraz z ich maleńkim dzieckiem wyszła z kryjówki. Do końca wierzył Niemcom, którzy przekonywali, że rodziny policjantów są całkowicie bezpieczne. Nie była to oczywiście prawda. Rodzina Perechodnika została zamordowana. On sam przez długi czas się ukrywał, zginął po kapitulacji powstania warszawskiego. Zrozpaczony po stracie, w kryjówce pisał rodzaj dziennika, który wiele lat później wydano pod tytułem „Spowiedź”.

 

   Okazało się, że w Otwocku jest grupa ludzi, którym ta lektura jest dobrze znana. Ogromnie nią poruszeni starają się, żeby ślady po otwockich Żydach nie zniknęły. Reportaż, który ostatecznie nagrałam, był tak naprawdę historią o nich – współczesnych mieszkańcach Otwocka. Razem szliśmy śladami Calka Perechodnika, budując jednocześnie bardzo emocjonalną opowieść o tych, którzy próbują ocalić pamięć o dawnych żydowskich obywatelach miasta.

 

   W przypadku reportażu radiowego dokumentacja często przeplata się z kolejnym etapem, czyli nagraniami. Warto nagrywać kolejne etapy szukania informacji, źródeł, świadków wydarzeń. Wtedy możemy budować dramaturgię, pokazywać, jak dana sprawa się rozwija. Zrobiłam tak przy okazji nagrywania reportażu o polskich nacjonalistach. Mogłam pokazać tylko te postaci, które ostatecznie wybrałam do nagrań. Zdecydowałam się jednak zamieścić w reportażu cały proces zdobywania kontaktów, szukania postaci i rejestrowania kolejnych spotkań z nimi – ze względów dramaturgicznych, ale nie tylko.

 

   Była wiosna 2016 roku. Od pewnego czasu widać było, że nacjonaliści stają się coraz bardziej aktywni. Marsz 11 listopada co roku przyciągał tłumy. Trwał kryzys migracyjny i w różnych krajach coraz głośniej było słychać sprzeciw wobec obecności uchodźców w Europie. Coraz częściej też dochodziło w Polsce do ataków na obcokrajowców lub osoby po prostu posługujące się innymi językami. Chciałam dowiedzieć się, kim są polscy nacjonaliści.

 

   Pierwsze trudności pojawiły się błyskawicznie. Jak znaleźć bohaterów? Jeździłam na kolejne nacjonalistyczne marsze i demonstracje. Próbowałam zagadywać ludzi biorących w nich udział, ale spotykałam się ciągle z obojętnością lub wręcz niechęcią. Kiedy w końcu znalazłam bohaterów, szybko okazało się, że trudno się z nimi rozmawia. Początkowo miałam nadzieję, że pokażę działaczy organizacji nacjonalistycznych przez pryzmat ich osobistych wyborów. Porozmawiam z ich przyjaciółmi i rodzinami. Jednak „moi” nacjonaliści ważyli każde słowo, pilnie strzegli swojej prywatności, niechętnie mówili o sobie, za to chętnie wchodzili w niekończące się potyczki na argumenty. Gdybym przygotowywała audycję publicystyczną, to może przydałyby mi się takie nagrania. W reportażu były do niczego. Zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga.

 

   Zauważyłam jednak ciekawą rzecz. Spędzałam z moimi bohaterami sporo czasu, mając nadzieję na to, że w końcu choć trochę się otworzą. Jeździłam z nimi między innymi do różnych miast na demonstracje, więc siłą rzeczy dużo rozmawialiśmy (w samochodzie czy po prostu przy kawie, czekając na dane wydarzenie). W końcu ze zdumieniem odkryłam, że… polubiliśmy się. Groźni nacjonaliści zaczynali pokazywać ludzką twarz.

 

   Po kilku miesiącach pracy nad reportażem miałam dziesiątki godzin nagrań i żadnego pomysłu, jak to wszystko połączyć. Chociaż Kasia Michalak z Radia Lublin jako moja mentorka podrzucała mi pomysły na kolejne nagrania (reportaż powstawał w ramach stypendium im. Jacka Stwory, pod opieką doświadczonej reportażystki), były one dla mnie niewykonalne, przede wszystkim dlatego, że moi bohaterowie bardzo wyraźnie stawiali granice, jak blisko siebie mnie dopuszczą. Był to czas, kiedy wielu dziennikarzy interesowało się organizacjami nacjonalistycznymi i ich działacze uważnie śledzili przekazy medialne na własny temat. Analizowali je i wyciągali wnioski. A ponieważ większość dziennikarzy pytała ciągle o to samo, nacjonaliści umieli już odpowiadać na ich pytania tak, żeby przedstawić się w dobrym świetle.

 

   W Polsce toczyła się wtedy dyskusja (i toczy do tej pory), na ile organizacje nacjonalistyczne są groźne, a na ile „cywilizują” swoich członków; czy każdy ma prawo do wyrażania swojej opinii i gdzie są granice mowy nienawiści; czy nacjonaliści to w rzeczywistości neonaziści; czy zagrażają obcokrajowcom w naszym kraju? Zostałam częścią swojego reportażu, pokazując swoje relacje z bohaterami – sympatię, bo okazali się inteligentnymi i – o zgrozo! – całkiem miłymi ludźmi, przynajmniej dopóki nie rozmawialiśmy o sprawach fundamentalnych. Ale też drugą stronę medalu – wątpliwości, które ciągle towarzyszyły mi podczas rozmowy z nimi, bo nigdy nie wiedziałam, czy mówią mi prawdę. Nie ufaliśmy sobie do końca. Oni mieli świadomość, że niektóre ich poglądy są bardzo kontrowersyjne i trudne do zaakceptowania przez ogół społeczeństwa. Ja znałam policyjne statystyki, mówiące o tym, że wzrosła liczba ataków na obcokrajowców czy przypadków mowy nienawiści. Częściej niż nad tym, co mówią moi bohaterowie, zastanawiałam się nad tym, czego mi nie mówią i co ukrywają.

 

   Wiedziałam jednak, że jeśli znowu powtórzę, jak większość dziennikarzy, tylko to, że nacjonalistów trzeba się bać, reportaż nie wniesie nic nowego. Po rozmowie z socjologiem badającym organizacje nacjonalistyczne nabrałam przekonania, że nacjonalistów trzeba słuchać, bo ich poglądy wyrastają z pewnych potrzeb, frustracji, lęków. Zepchnięcie ich na margines może te lęki i frustracje pogłębiać. Uznałam więc, że żeby ten reportaż był interesujący, żebym mogła powiedzieć w nim cokolwiek nowego, muszę stać się jego częścią. Zrobiłam reportaż o reportażu. Pokazałam kulisy. Zamieściłam w nim to, co w przypadku innej audycji prawdopodobnie potraktowałabym jak radiowe śmieci: umawianie się na rozmowy i ustalanie reguł ich przebiegu. Ciągłe odmowy. Przedłużającą się ciszę po zadanym przeze mnie pytaniu. Ale też błahe rozmowy, które pokazują, że nie wszystko nas dzieli, coś także łączy – choćby problemy z psującymi się samochodami czy podobne poczucie humoru.

 

   Nie każdemu jednak mój pomysł na reportaż się spodobał. Po jego prezentacji i późniejszej emisji docierały do mnie najróżniejsze głosy, często sprzeczne: że chyba sama jestem nacjonalistką; że widać od razu, że do nacjonalistów jestem uprzedzona; że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w nacjonalizmie; i najważniejsze pytanie: po której właściwie jestem stronie?

 

   Odbiór tego reportażu pokazał mi, jak podzielonym jesteśmy społeczeństwem, a sama praca nad audycją stypendialną nauczyła mnie przede wszystkim słuchania drugiego człowieka, nawet tego bardzo ode mnie odmiennego. Reportaż został zakwalifikowany do prezentacji na międzynarodowej konferencji IFC w Sztokholmie, znalazł się w „Antologii Polskiego Reportażu Radiowego” autorstwa Jana Smyka i uzyskał nominację w konkursie SDP o nagrodę im. Stefana Żeromskiego. Z perspektywy kilku lat widzę, że było to jedno z moich większych zawodowych wyzwań, ale też wspominam tę pracę jako niesamowitą przygodę i bardzo jestem wdzięczna, że mogłam jej doświadczyć.

 

   Kiedy mamy nagrane już wszystkie potrzebne rozmowy i sceny, przechodzimy do kolejnego etapu, czyli do montażu i realizacji: tu zaczyna się magia radia. Montaż i realizacja to moje ulubione momenty pracy nad reportażem radiowym, chociaż jest to zajęcie bardzo pracochłonne, żmudne i wymagające dużo czasu. To też chyba najtrudniejszy etap przygotowania reportażu. Początkujący (na przykład praktykanci czy kandydaci na współpracowników Studia Reportażu) potrafią na tym etapie często utknąć na wiele dni, tygodni, miesięcy… Czasami mają dobre pomysły na reportaże, solidnie się przygotowują i nagrywają ciekawe rozmowy, ale zmontowanie audycji (i to jeszcze tak, żeby zmieścić się w określonym czasie antenowym) ich przerasta. Kluczem jest znalezienie pomysłu na to, co chcemy przekazać odbiorcy.

 

   Zdarza się, że wracam z nagrań zachwycona, po czym okazuje się, że uległam jedynie urokowi osobistemu rozmówcy, a po przesłuchaniu dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nagrania są słabe. Częściej jednak jestem podekscytowana tym, jakie możliwości daje montaż, bo właśnie to jest ten moment, kiedy z bezładnych nagrań powstaje spójna całość – reportaż. To moment, kiedy musimy wiedzieć, co chcemy powiedzieć naszym reportażem. Nie wystarczy wybrać najciekawsze fragmenty. Reportaż musi mieć klarowny przekaz, jakąś myśl przewodnią, która zostanie w słuchaczu. Od tego, które fragmenty nagrań wybierzemy, zależy, jaki ten przekaz będzie. Jednym z przykładów jest historia moich audycji o wojennej radiostacji Łódź Podwodna, kiedy z niemalże tych samych nagrań zmontowałam dwa zupełnie różne reportaże (opisałam już ten proces tutaj). Inny przykład to reportaż, który przygotowałam z Hanną Bogoryja-ZakrzewskąMelchiorze Wańkowiczu, zatytułowany „Mel – opowieść o pamięci”.

 

   Ta audycja powstała w 2015 roku, kiedy Polskie Radia obchodziło 90-lecie swojego istnienia. Przygotowywaliśmy wtedy sylwetki różnych reportażystów. Wśród nich znalazł się Melchior Wańkowicz. Nie mogło go zabraknąć, skoro patronuje jednemu z najważniejszych konkursów radiowych. Wraz z Hanią solidnie zabrałyśmy się do pracy. Najpierw przeczytałyśmy mnóstwo książek autorstwa Wańkowicza i jego asystentki, Aleksandry Ziółkowskiej. Potem nagrałyśmy chyba wszystkich, którzy mogli pamiętać zmarłego w 1974 roku mistrza. Wreszcie usiadłyśmy do montażu. Dziesiątki godzin rozmów, nagrań i… pustka. Garść anegdot, trochę informacji encyklopedycznych o pisarzu, strzępki wspomnień rodzinnych i powtarzające się słowa „już nie pamiętam”. Jak ułożyć z tego historię? To Hania wpadła wtedy na przewrotny pomysł, czyli stworzenia reportażu o… niepamięci. O tym, jak szybko i łatwo uciekają z naszych umysłów wspomnienia o bliskich nam ludziach. Jak nawet wielcy tego świata skazani są na zapomnienie. W końcu kiedyś listy zaadresowane po prostu „Melchior Wańkowicz, słynny pisarz” dochodziły bez problemu, bo każdy listonosz wiedział, gdzie mieszka reporter. Jego książki sprzedawały się w tysiącach egzemplarzy. Na spotkania autorskie z nim przychodziły tłumy. A dziś? Słynne powiedzenia Wańkowicza czy stworzone przez niego słowa nie są już powszechnie używane. Nawet w miejscowości, w której pisarz spędził sporo czasu, nie każdy wie, kim był Melchior Wańkowicz. Tę właściwość naszej pamięci postanowiłyśmy zaakcentować. To jeden z tych reportaży, które powstały podczas montażu. Jestem pewna, że ktoś inny mógłby z tych samych nagrań złożyć kompletnie inną audycję.

 

   Potem przychodzi czas na realizację, którą dziś zazwyczaj niestety zajmujemy się sami (kiedyś pracowali nad tym reżyserzy dźwięku – z braku środków możemy korzystać z ich usług jedynie w wyjątkowych przypadkach). Ten etap polega na dopracowaniu brzmienia, począwszy od technicznych szczegółów, jak wyrównywanie poziomów dźwięku różnych nagrań, poprzez łączenie ich ze scenami, po dokładanie efektów czy muzyki.

 

   Wreszcie, jeżeli uznamy, że reportaż jest skończony, przychodzi czas na jego ocenę przez szefa redakcji (tak przynajmniej dzieje się w Studiu Reportażu, gdzie audycji słucha redaktor naczelna Irena Piłatowska). To zawsze nieco stresujący moment. Czy audycja jest dobra? Czy wszystko jest zrozumiałe? Czy reportaż porusza odbiorcę? Nasza szefowa przekazuje nam uwagi, z którymi można się zgodzić lub nie. Co ważne, reportażysta odpowiada za swój reportaż jako całość. Tylko on może coś zmienić, nikt inny nie ma prawa ingerować w treść reportażu.  

 

   Nestor niemieckiego reportażu radiowego Leonard Braun mówił zawsze, że każdy reportażysta jest w swojej pracy samotny. Właśnie dlatego kilkadziesiąt lat temu wraz z kilkoma kolegami po fachu zaczął organizować międzynarodowe spotkania reportażystów, czyli International Feature Conference. Początkowo brało w nich udział kilkanaście osób, dziś na każde przyjeżdża 100-150 radiowców z całego świata. W trakcie konferencji słuchamy reportaży i dyskutujemy o nich, bierzemy udział w warsztatach i wykładach. To fantastyczna okazja do nauki, dlatego została też przeniesiona na polski grunt. W ciągu roku kilka razy mamy okazję do spotkań na najróżniejszych warsztatach, między innymi podczas jesiennego Seminarium Reportażu w Warszawie.

 

   Wysłuchanie reportażu przez słuchacza jest ostatnim etapem całego procesu produkcji. Podczas konferencji, warsztatów i spotkań słuchaczami są doświadczeni reportażyści, którzy wnikliwie analizują każde dzieło. Zaprezentowanie przed nimi swojej pracy bywa bardzo stresującym doświadczeniem, ale… bywa też niezwykle przyjemnym. Jedno nie ulega wątpliwości. Najlepiej uczyć się na błędach. Zarówno własnych, jak i cudzych.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

Syndrom Boga – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Kamila Durczoka

Casus Kamila Durczoka jest ciekawy pod paroma względami. Mamy tu pytania o równość wobec prawa i o niszczący brak pokory. I, być może, niszczący wpływ samego dziennikarskiego zawodu na tych, którzy nie umieją sobie poradzić z własnym sukcesem.

 

   Przede wszystkim ważne jest, że pijacki wyczyn Durczoka nie był niewinną wpadką, choć na szczęście skończyło się bez ofiar. Jedyną jest sam Durczok. To nie była jazda na kacu (wielokrotnie w tekstach poświęconych tej tematyce wskazywałem, że polskie normy są tu znacznie bardziej restrykcyjne niż te w wielu innych krajach). Durczok był pijany w sztok, prowadząc potężne auto. Był potencjalnym zabójcą.

 

   A jednak, mimo wniosku prokuratury, sąd nie zastosował środka zapobiegawczego w postaci aresztu, wyznaczając zaskakująco niskie poręczenie majątkowe w wysokości 15 tys. złotych. Lata doświadczeń nauczyły mnie, żeby pochopnie nie wypowiadać się na temat orzeczeń sądowych, jednak tej decyzji nijak zrozumieć nie mogę. Główne przesłanki do zastosowania środka zapobiegawczego w postaci aresztu są dwie: możliwość mataczenia oraz wysokość grożącej kary. W tym wypadku to 12 lat.

 

   Kara jest zatem bez wątpienia wysoka. Możliwość mataczenia co do okoliczności, w jakich dziennikarz pił alkohol i wsiadł potem za kierownicę, również istnieje. Skoro prokuratura stawia zarzut z art. 174 kodeksu karnego sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu (błędnie określany w większości tekstów jako „sprowadzenie niebezpieczeństwa w ruchu lądowym”), to określenie, jaki dystans Durczok przejechał w stanie upojenia i z iloma promilami wsiadł za kierownicę, skoro w momencie zatrzymania miał ich 2,6 będzie tu istotne. Mało tego, ten sam artykuł k.k. rozróżnia działanie umyślne i nieumyślne. W tym drugim przypadku zagrożenie karą jest wyraźnie niższe – nie 8, ale 3 lata. Zatem szczegółowe okoliczności czynu będą mieć ogromne znaczenie w procesie, do którego przecież musi dojść. Jak można tu nie dostrzegać zagrożenia mataczeniem – nie mam pojęcia. I żeby było jasne: areszt nie jest rodzajem kary. Jest środkiem zapobiegawczym, więc nie chodzi tu o żadną zemstę, ale o zabezpieczenie postępowania.

 

   Co motywowało sąd, żeby nie przychylić się do wniosku prokuratury? Dlaczego poręczenie majątkowe jest zadziwiająco niskie? Czy pozycja Durczoka i jego poglądy nie odegrały tu jakiejś roli? Tego nie wiemy, ale decyzja sądu sprawia co najmniej dziwne wrażenie.

 

   Durczok przeprasza. Bo cóż mu pozostało? Zapewne będzie chciał dobrowolnie poddać się karze i zapewne prokuratura nie będzie się chciała na to zgodzić. Czy dziennikarz powinien trafić do więzienia, czyli dostać karę bezwzględnego pozbawienia wolności bez zawieszenia – nie jestem w stanie orzec. Mam wstręt do populistycznych powrzaskiwań w takich sprawach. Wiem natomiast, że kara powinna być proporcjonalnie dotkliwa, bo i zagrożenie nie było urojone.

 

   Można się zastanawiać, jak to możliwe, że dorosły człowiek, który jeszcze kilka lat temu kierował jednym z głównych programów informacyjnych w polskich mediach, okazał się do tego stopnia nieodpowiedzialny, do tego stopnia sam się nie kontrolował – ale też nie miał obok siebie nikogo, kto przywołałby go do porządku – że mógł wsiąść do samochodu w takim stanie.

 

   To powinna być też przestroga dla tych, którzy dziś – albo kiedykolwiek – czuli się uprzywilejowani. Przez lata tak było – gwiazdy, w tym gwiazdy dziennikarstwa, mogły liczyć na taryfę ulgową. Można odnieść wrażenie, że w niektórych sytuacjach nadal tak jest, choć szczęśliwie coraz rzadziej. Kamil Durczok zaliczył faktycznie bolesny upadek – z samego szczytu niemal na dno – i ewidentnie sobie z tym nie poradził. Ale taki to jest zawód – tu nic nie jest dane raz na zawsze, a łaska widzów, czytelników i pracodawców na pstrym koniu jeździ. Dobrze jest wkalkulować to w swoje rachuby już w momencie, gdy ktoś decyduje się dziennikarstwem zajmować.

 

   Durczok zapadł na syndrom Boga, ten sam, który zdarza się choćby wybitnym lekarzom. Pozycja, jaką przez lata zajmował, sprzyjała tej przypadłości. Z Olimpu jednak, jak się okazuje, można zostać strąconym (co przydarzało się zresztą i greckim bogom) – do samego Hadesu.

 

Łukasz Warzecha

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Arbiter elegantiarum – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o Tadeuszu Sznuku

Poszukajmy – za Sienkiewiczem – Petroniusza. Wypatrując arbiter elegantiarum. Mogliby nim zostać tacy, jak: Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski, Gustaw Holoubek, Karol Małcużyński – a bliżej z aktywnych –  Artur Orzech. Gdybym to ja decydował, rzekłbym: Tadeusz Sznuk. Bynajmniej nie po protekcji (choć jest zaledwie 5 dni młodszy ode mnie). Ale niech będzie po kolei.

 

   Tadeusz Maria Sznuk urodził się 76 lat temu. Był to sam środek wojny – 16 lipca 1943, czas przełomu czołgowej bitwy pod Kurskiem, masakry Polaków na Wołyniu. Syn Stanisława przyszedł na świat w Kielcach. Potem była Warszawa – XXX Liceum imienia Jana Śniadeckiego. A dalej Politechnika Warszawska – wydział elektroniki i tytuł magistra inżyniera.

 

   Gdy w najważniejszym i najmądrzejszym teleturnieju Telewizji Polskiej dopowiada „jednemu  z dziesięciu” w sprawach technicznych, brzmi to lekko, zrozumiale i przekonująco – czy to fizyka, chemia, czy matematyka. To nie jest tylko odczytanie z kartki – ściągawki. Czuje się, że prowadzący odpytywanie zawodników wszystko to naprawdę wie i rozumie. I obojętne, czy to o ciśnieniu, pierwiastkach, kątach, trójkątach, elektronice, składzie produktu spożywczego, bombie atomowej, czy sile kopa końskiego. Życzliwie uzupełnienia lakoniczną odpowiedź na pytanie. Doda, ale nigdy po to, by pomniejszyć ocenę wiedzy na ogół stremowanego gościa TVP.

 

   Skąd się taki wziął, który nie da się nie lubić, którego słucha się z uwagą, który wywołuje uśmiech po drugiej stronie ekranu?

 

   Pan Tadeusz – rzeczowy, cierpliwy na miarę wyznaczonego delikwentowi turnieju czasu. Sprawny, utrzymujący tempo i klimat szlachetnie prowadzonej zabawy. Są cechy wrodzone – to od mamusi i od tatusia. I nabyte – to już praca i aktywność. W latach 1959-1964 przyszły pan inżynier i pilot samolotowy zaczął się odrywać od myślenia o watach, woltach i częstotliwościach. I był to słusznie wybrany początek – Rozgłośnia Harcerska. Popularna, bo inna niż pozostałe radiowe stacje. Może to bardzo dobre fluidy patronki ulicy, gdzie się znajdowała redakcja – Marii Konopnickiej. Może inteligentni i pracowici koledzy, koleżanki – pomogli zdolnemu szybko połknąć nie tylko bakcyla, ale i nabyć umiejętności radiowca, dziennikarza.

 

   I tak szedł młody lektor i komentator jak burza. Rozgłośni Harcerskiej się słuchało. Słuchał i Mariusz Walter. Mistrz powierzył mu rolę lektora w programie „Świadkowie”. Nie było w nim postaci prowadzącego. Był tylko zupełnie niezwykły w tamtejszej telewizji, miękki, ale perfekcyjny głos Sznuka. Program dotyczył spraw bolesnych. Był dobrze redagowany przez Jerzego Szotkowskiego, a potem Dariusza Baliszewskiego. Miał dramatyzm pokazywanych zdjęć i filmów dokumentalnych, dobrze napisany tekst. Ale to głos Sznuka najbardziej przemawiał i utrwalał przekaz. Zazdrośni zawodowi lektorzy dziwowali się czasem, skąd ten „amator”? Telewidzowie nie mieli z tym problemu. Pan Tadeusz szybko zamieszkał w ich pamięci i domach. Oczywiście, było jeszcze kilku znakomitych lektorów (a dziś mamy już wielkie grono), ale Sznuk poszedł dalej. W Programie Trzecim Polskiego Radia, a potem w Sygnałach Dnia (w Jedynce) już nie tylko czytał cudze teksty, ale sam tworzył audycje. A potem się pokazał. Też u Waltera – w Studio 2, a także w Turniejach Miast. W Opolu stanął przed festiwalową publicznością. Zawsze sobie znakomicie dawał radę. No i potem przyszedł rzeczony teleturniej „Jeden z dziesięciu” – od 1994 roku. A więc to już ponad dwie dekady. Rekordy oglądalności. I tysiące już ludzi, którzy przeszli przez studio. Bardzo mądrych i mądrych inaczej. Nikomu Tadeusz krzywdy nie zrobił, za to piękne dziewczyny wręczały zawodnikom tony prezentów.

 

   Teraz z dawnymi kolegami spotykamy się najczęściej na pogrzebach. My – nieobecni lub obecni mało w tv – radiu. Tadzia oglądamy wszyscy i to często. Ale i z przyjemnością. Tak jak robią to również nasze żony, dzieci, a i wnuki.

 

   Teraz powspominam: Tadeusz miał zawsze ogromne powodzenie u kobiet. Mężczyzna średniego wzrostu. Szczupły. Zawsze zadbany i elegancki. Ale dopiero gdy się odezwał choć słowem, magnetyzm zaczynał działać. To jest wspomnienie z sympatią, ale niech będzie trochę uszczypliwe, by było prawdziwe.

 

   Po jednym z turniejów miast, w małym nadmorskim miasteczku, już po programie, Idol z Warszawy gaworzył sobie jeszcze prywatnie z wpatrującymi się w niego uczestnikami (noooo głównie uczestniczkami) teleturnieju. Rozmowa była beztroska, dowcipna, przerywana salwami śmiechu. I nagle jedna z pań, zbudowana solidnie, nie wytrzymała, porwała Tadzia za ręce i uciekła z nim z sali. Co było dalej? Nie wiem.

 

   W telewizji, w radio to jest właściwie normalne, że co jakiś czas sadzają na najwyższym stołku politycznie wybranego, podporządkowanego aktualnej władzy durnia. A ten zaczyna od zdejmowania z anteny, wyrzucenia z pracy dziennikarzy. I to bardzo często najlepszych.

 

   Tadeusz miał takież doświadczenia. Czasem periody tych, którzy go odsuwali, trwały krótko i wracał na swoje miejsce, na które sobie zasłużył i był tam wręcz niezastąpiony. Ludzie (normalni) się cieszyli, a Tadeusz – bez zbędnych wyjaśnień – czynił swoją powinność i wykazywał umiejętności.

 

   Wiem, bo widziałem i słyszałem (na własne uszy), że lubili go zawsze najlepsi. Słuchałem tego od pisarki-radiowca Ewy Szumańskiej, od partnerki ze Studia 2 Bożeny Walter, od Eugeniusza Pacha, od świetnego reportera Jacka Grelowskiego, nonkonformisty Mariana Bekajło i wielu innych.

 

   Ruchy kadrowe to najczęściej rezultat zmian w polityce albo i zwykłej zazdrości, a i zawiści nawet. Dziennikarze są czasem wciągani w wir wydarzeń. Czasem sami trzaskają drzwiami. Ale to jest trudne – bo pracować i zarabiać na życie trzeba. Czasem też ulegają pokusie. Sejm i Senat nią bywają. W 1989-tym Tadeusz wraz ze Zdzisławą Gucą (bardzo dobrą dziennikarką z Polskiego Radia) i Bogusławem Kaczyńskim (niezwykle popularnym znawcą bell canta) zgodzili się kandydować w wyborach parlamentarnych. Mieli być niezależni. Elokwentny pasjonat opery i przyjaciel operowych elit dał jednak w ostatniej chwili drapaka. Wycofał swoją kandydaturę, robiąc przykrą niespodziankę koleżance i koledze. Zostali z ręką w… Na ich szczęście i tak się nie dostali na Wiejską, choć Tadzio dostał w województwie warszawskim 155 tysięcy głosów. Myślę, że teraz – obojętnie z jakiej partii by wystartował – dostałby poparcie jeszcze większe. Ode mnie na pewno tak. Ale – miłośnicy Sznuka – nie bójcie się, wasz idol dostał nauczkę. I na pewno żadne szatany już go nie namówią. Tych, którzy dziś wciskają guziczek, by posłuchać turnieju prowadzonego przez Tadeusza Sznuka, jest ponoć milion, a może i dwa!

 

   Zawsze się śmieję (z sympatią!), gdy po pierwszym starciu uczestników gry słyszę naprawdę bardzo zadowolonego prowadzącego: – No i do drugiej rundy przechodzą wszyscy zawodnicy!

 

   Fajnie jest, życzliwie. Ludzie to widzą, ludzie to słyszą. I odpłacają serdecznie.

          

   Sznuk podkreśla: to tylko zabawa, jak w życiu – od szczęścia wiele zależy. Bo można dostać pytanie – „z którego kontynentu pochodzi mandarynka” albo kto napisał – „a to feler, westchnął seler”, ale również pytanie o wzór chemiczny albo problem astronomiczny.

 

   Arbiter elegantiarum? Oczywiście nie tylko, że do wręczania nagród wybiera piękne kobiety, które – niestety – przemykają zbyt szybko przez scenę. Ale poprzez wszystko, co czyni zawodowo: głos, gest, nienaganne maniery i elegancki garnitur.

 

   Durniów być może denerwuje. Popisał się niedawno taki jeden, zamieszczając w internecie fake news o rzekomym zejściu ze świata autora popularnego programu telewizyjnego. Głupich nie sieją! Bęcwałów, którzy powielili ten „news” było też trochę. Ale nic to – jak mawiał Mały Rycerz. – Żyj i Prowadź! (również programy telewizyjno-radiowe) jeszcze długo! Życzymy tego Tobie i sobie. Mało kogo wszyscy (no prawie) w Polsce lubią.

 

Stefan Truszczyński 

 

P.S. Byłbym zapomniał – Tadeusz Sznuk ma licencję pilota samolotowego. Bardzo lubi latać – szczególnie lądować. Lubi też lotników, samoloty i lotnictwo w ogóle. Zamieszkał nawet w osiedlu zbudowanym na terenie dawnego lotniska sportowego Gocław, na ulicy o lotniczej nazwie.

 

Fot. Wikipedia

 

Ogłoś i niech się dzieje co chce – WOJCIECH POKORA o sile emocji w dziennikarskim przekazie

Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy – zwykł mawiać Albert Einstein. I miał w tym sporo racji, bo zdobywając wiedzę, którą posiedli inni, będziemy poruszać się w schematach przez nich stworzonych. Nie stworzymy własnych. Zatem wyobraźnia – tak, ale nikt nie odmówi Einsteinowi także wiedzy.

 

Wyobraźnia więc w teorii Einsteina nie zastępuje wiedzy, a ma ją jedynie wspomóc i uzupełnić. Musi być zachowana równowaga. W reklamie od lat funkcjonuje podobna do Einsteinowej zasada, mianowicie – emocje ważniejsze od informacji. Już dawno odkryto, że produkty lepiej się sprzedają gdy reklama gra na emocjach klientów, a nie na ich intelekcie. Mało treści, dużo emocji i jest spora szansa na zwiększenie sprzedaży. I tu już nie działa niestety zasada równowagi. Śledząc niektóre kampanie reklamowe wręcz mam wrażenie, że intelekt jest ostatnim do czego twórcy chcieliby się odwołać. I mają do tego prawo, tak targetują swoich klientów i tak do nich przemawiają. Problem pojawia się wówczas, gdy podobną zasadę przyjmują media.

 

Wywołanie emocji, podniesie sprzedaż

 

Irena Tetelowska, prowadząc swoje badania prasoznawcze, przeanalizowała w latach 50. prace PulitzeraHearsta. Opisała wówczas zasadę działania emocji w „prasie sensacyjnej”. Autorka zauważyła, że wiadomości sensacyjne „angażują nie tylko prostą ciekawość czytelnika, lecz – i to może przede wszystkim – najróżniejsze emocje: lęku, gniewu, ambicji, niepokoju istnienia, niezaspokojonych dążeń, popędu płciowego, elementów sadyzmu”. Ponadto Tetelowska zwróciła uwagę na fakt istnienia dwóch wersji sensacji prasowej – naturalnej i tworzonej. Naturalna to taka, która odnosi się do wydarzeń, które same w sobie budzą emocje i nie potrzeba im żadnych dodatkowych zabiegów dziennikarskich. Tworzone, jak można się domyślać, to te, które dzięki umiejętnemu zaprezentowaniu zaczynają wywoływać emocje.

 

Mistrzem w tej drugiej formule był wspomniany William R. Hearst. Twierdził on, że „czytelnik jest zainteresowany przede wszystkim wydarzeniami, które zawierają elementy jego własnej, prymitywnej natury. Należą do nich: 1) Czynnik samozachowawczy; 2) Miłość i rozmnażanie się; 3) Żądza i ambicja”. Dlatego najlepiej sprzedają się historie o morderstwach, wypadkach, o zdrowiu, żywieniu, seksie, miłości, skandale towarzyskie i o wszelkiego rodzaju uzależnieniach. Wiedział to już przed Hearstem James Gordon Bennett, który ukuł maksymę: „Ogłoś i niech się dzieje, co chce”. Dziś znany jest jako prekursor dziennikarstwa śledczego, jako jeden z pierwszych zaczął prześwietlać i opisywać polityków oraz ich życie prywatne. Polityka sama w sobie jest nudna, ale polityka z tłem w postaci życia polityków i ich słabości sprzedaje się doskonale. Budzi bowiem emocje. Tak narodziła się prasa bulwarowa, która przede wszystkim operuje emocjami w odróżnieniu od prasy opiniotwórczej, która ma wpływać na intelekt.

 

Manipulacja emocjami

 

Słowem roku 2015 wg Oxford Dictionary zostało „słowo” – „xD”. Tak! Należy o tym pamiętać za każdym razem, gdy zaczynamy kolejną debatę na temat stanu mediów. Nie tylko w Polsce. Gdy emotikon stał się słowem roku popularnego słownika, uzmysłowił wszystkim, że znaczenia nie ma już liczba znaków (magiczny wyznacznik powagi wielu prac naukowych i tekstów dziennikarskich), ale emocje zawarte w jak najmniejszej ich liczbie. Nie bez przyczyny popularne portale podają w nagłówku czas w jakim można przeczytać zamieszczony tekst. Czytelnicy nie chcą się trudzić. Chcą mieć świadomość, że są poinformowani, ale nie muszą zgłębiać treści. Dlatego niosący za sobą emocje obrazek, czy też ciąg znaków w sposób umowny wyrażający np. radość, może z powodzeniem zastąpić nie jeden komentarz ekspercki. Bo wyraża emocje autora, które trafiają w emocje odbiorcy i doskonale wpisują się w jego nastroje. Nie dziwi więc, że za słowo kolejnego roku, czyli 2016, Oxford Dictionary uznał „post-prawdę”. A czym jest „post-prawda” jeśli nie rozwinięciem tego, co oddawał emotikon? Słowo 2016 roku opisuje (zgodnie ze słownikową definicją) okoliczności, w których fakty nie mają znaczenia w kształtowaniu opinii publicznej, bowiem zastępuje je odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań. Co może niepokoić to fakt, że możemy z czystym sumieniem tą definicją opisać nie zjawisko „post-prawdy”, a coraz częściej media w ogóle. Nasza debata publiczna, której „poligonem”, chyba nie „salonem”, stają się media, bazuje coraz częściej na emocjach. Gdyby było inaczej, każdy dziennikarz zapraszający do studia polityka rozmawiałaby z nim o realnych działaniach i punktach programowych i gwarantuję, że ugrupowanie bez własnego programu w takich warunkach nie osiągnęłoby progu wyborczego. Dziś jest inaczej, można nie mieć merytorycznie nic do przekazania, a bazując jedynie na emocjach budować poparcie społeczne dla swoich działań. Mało tego – na emocjach można oprzeć sens funkcjonowania w polityce, czego wyrazem był chociażby „Ruch Palikota”.

 

Można też na emocjach budować linię redakcyjną. Tu przykładów mamy aż nadto. Wystarczy zacząć od przeglądu okładek popularnych tygodników, które prześcigają się w wymyślaniu przyciągających uwagę, ale i kształtujących opinię, rysunkach czy fotomontażach, poprzez krzykliwe nagłówki, często nie oddające zupełnie treści artykułów, które zapowiadają, po dodatki w postaci książek, filmów, gadżetów, czy też naklejek. One nie tylko napędzają sprzedaż, ale są elementem wojny na emocje. I tak rozumiem głośną w ostatnich dniach naklejkę „Strefa wolna od LGBT”, czy też w drugiej wersji „Strefa wolna od ideologii LGBT”. Nie mnie oceniać, czy to dobry chwyt marketingowy i czy buduje prestiż tytułu, który ją dodaje do swojego nakładu, ale sytuuję ją mniej więcej tam, gdzie jeden z dodatków popularnego dziennika, którym była „Ewangelia Judasza”. Wypuszczenie tego typu dodatku, wraz z towarzyszącym temu szumem medialnym, ma na celu w sposób symboliczny określenie profilu ideologicznego wydawcy. I wzbudzić emocje rzecz jasna. Te dodatki to takie emotikony – opisują emocje wydawcy, trafiają w emocje czytelników i wpisują się w ich nastrój. Wierny czytelnik przywiązuje się do tytułu.

 

Oświadczenie CMWP SDP

 

Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dotyczące reakcji firmy Empik na zapowiedź wydania numeru Gazety Polskiej z naklejką „Strefa wolna od LGBT” rozpatruję w świetle powyższych faktów. Żeby dobrze zrozumieć dlaczego CMWP zareagowało w tej sprawie, należy odłożyć na chwilę emocje i przyjrzeć się faktom. Nie ma tu znaczenia, co o środowisku LGBT sądzi dyrektor Centrum czy prezes SDP i sugerowanie, że Stowarzyszenie opowiada się w sporze ideologicznym po jednej ze stron jest nieuczciwe. Spory światopoglądowe nie są kategorią, którą zajmuje się, a przede wszystkim zajmować nie może, organizacja dziennikarka i prowadzone przez nią biuro monitoringu. Znaczenie ma w tym oświadczeniu fakt, że doszło do naruszenia przepisów i zasad wolności słowa. Skoro dwa podmioty dogadują się na usługę, podpisują stosowne umowy i z tych umów się wywiązują (jeden podmiot dostarcza towar, drugi nim handluje), to jeśli umowa nie obejmuje w swoim zakresie prawa ingerencji sprzedawcy w treści nie może odmówić sprzedaży konkretnego numeru. To wykracza poza jego kompetencje. Jeśli zgodzimy się na to, że jakieś gremium nada sobie przywilej wycinania niewygodnych ich zdaniem artykułów, czy dodatków z gazet, to wrócimy szybkim krokiem do przywrócenia urzędu cenzury w naszym kraju. A tego, mam nadzieję, nikt nie chce.

 

Wojciech Pokora

NASZA SONDA. Poprawność polityczna

Empik odmówił sprzedaży „Gazety Polskiej” z naklejką „Strefa wolna od LGBT”. Co o tym sądzą dziennikarze? Ich wypowiedzi publikujemy alfabetycznie.

 

Fot. Donat Brykczyński

WOJCIECH BIEDROŃ, dziennikarz śledczy, portal wPolityce.pl:

 

Nie podoba mi się dyktat korporacyjny Empiku, ale nie zgadzam się z treścią naklejki.

 

Fot. Jacek Herok

WITOLD GADOWSKI, wiceprezes SDP, dziennikarz śledczy, tygodnik „Sieci”:

 

To tylko pretekst dla kierunku ideologicznego firmy Empik. Sieć promuje książki postkomunistów, takich jak Ryszard Kalisz czy inicjatywy LGBT Roberta Biedronia. Wszystkie książki, które budzą odrazę polskich patriotów są promowane przez Empik. Dlatego programowo nie współpracuję z tą siecią. Książki wydawane przeze mnie, nie znajdą się w ich dystrybucji.

 

PIOTR LIPIŃSKI reporter historyczny, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”: 

 

Nie wyobrażam sobie, aby w przestrzeni publicznej – a taką jest też księgarnia – znalazła się wykluczająca część Polaków nalepka „Strefa wolna od LGBT”. Podobnie, jak nie wyobrażam sobie, aby na tramwajach znowu znalazł się napis „Nur für Deutsche”. Wlepka „Gazety Polskiej” nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Nie jest krytyką jakiejkolwiek ideologii ale próbą dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

 

Fot. Donat Brykczyński

PAWEŁ LISICKI, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”:

 

Skandal, ponieważ jest to ingerowanie przez dystrybutora w treść jednego z pism. Empik rozprowadzał pisma o nieporównywalnie większej wyrazistości i kontrowersyjności. Wydaje mi się, że Empik uległ politycznej poprawności i złamał reguły normalnego działania na rynku. Takie rzeczy nie powinny być tolerowane.

 

Fot. Wikimedia

PIOTR PYTLAKOWSKI, dziennikarz śledczy, tygodnik „Polityka”:

 

Bardziej niż do decyzji Empiku wolałbym odnieść się do akcji „Gazety Polskiej”. Gazeta dodając do swojego wydania naklejki z napisem „Strefa wolna od LGBT” powtarza akcje praktykowane przez przedwojennych polskich faszystów. Myślę o gettach ławkowych, czyli strefach na uczelniach zakazanych dla Żydów. Podobne rozwiązania wprowadzili hitlerowcy w Niemczech. Były również tramwaje tylko dla Niemców oraz dzielnice tylko dla Niemców czy tylko dla Żydów. „Strefa zakazana dla LGBT” oznacza mniej więcej to samo. Kiedy mówi się o LGBT, używa się skrótu myślącego mówiącego, że to ideologia. Nie ma ideologii LGBT, są tylko ludzie homoseksualni, którzy żyją wśród osób heteroseksualnych. Ludzie homoseksualni żyją na świecie, tak długo jak on istnieje.

 

Fot. Twitter

TOMASZ SAKIEWICZ, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”:

 

Swoją akcją chcieliśmy zaprotestować przeciwko totalitarnym praktykom ideologii LGBT. Okazuje się, że istnieje element totalitarny, jakim jest cenzura, która polega na próbie uniemożliwienia wypowiedzi, zamykaniu ust i zastraszaniu, a wreszcie na uniemożliwieniu sprzedaży gazety. Empik sprzedaje różne obrzydlistwa typu „Nie” Urbana, „Fakty i mity” oraz inne pisma, które dyskryminują i obrażają katolików. Natomiast nam nie wolno krytykować ideologii LGBT. Geneve Sieć zakazując sprzedaży naszego tygodnika złamała wszelkie normy prawne. Jeżeli nie godzimy się na powstanie nowego totalitaryzmu, powinna być powszechna reakcja na to zachowanie.

 

Fot. Polskie Radio

WIKTOR ŚWIETLIK, dyrektor Trzeciego Programu Polskiego Radia i były dyrektor CMWP SDP

 

Zablokowanie przez EMPiK dystrybucji „Gazety Polskiej” z kontrowersyjną wlepką oceniam bardzo negatywnie. Nie jestem – szczerze mówiąc – zachwycony akcją tygodnika, z którego dużą częścią redakcji i naczelnym się w końcu dobrze znam, ani to mądre, ani skuteczne. Nie zmienia to faktu, że EMPiK nie blokował chociażby dystrybucji obrażającego regularnie katolików czasopisma „Fakty i Mity”, nawet wtedy, gdy zbliżył się do niego były morderca księdza Popiełuszki. Nie blokowano tygodnika „Nie” Jerzego Urbana, czy innych agresywnych publikacji. Jak widać jednym w EMPiK-u wolno więcej, innym mniej, a wszystko zależy od strony politycznej i poprawności.   

 

Spisał: Tomasz Plaskota