Dziennikarz nie może być politykiem – przypomina ks. ARTUR STOPKA

Bardzo często można być posłem, radnym, pełnić jakieś funkcje w administracji publicznej i w organizacjach politycznych nie rezygnując ze swego dotychczasowego zawodu, ponieważ nie rodzi to konfliktu interesów. W odniesieniu do dziennikarzy sprawa się jednak komplikuje.

 

 

Wydawałoby się oczywiste, że takie sytuacje w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo nawet tzw. chłopski rozum podpowiada, że niosą w sobie konflikt interesów. Wydawałoby się równie oczywiste, że jeśli jednak mimo to się zdarzają, mamy do czynienia ze zjawiskiem incydentalnym. Wystarczy jednak zajrzeć do Internetu, aby się przekonać, że wcale nie są takie rzadkie, jak należałoby się spodziewać. O co chodzi? O łączenie usankcjonowanej stanowiskiem działalności politycznej z dziennikarstwem. Wygląda na to, że nie wszyscy dostrzegają kryjące się w takim zestawieniu niebezpieczeństwo lub, jeśli dostrzegają, decydują się je ignorować.

 

 

Zarówno wykonywanie jakiejś politycznej funkcji, jak i praca dziennikarska, wymagają dużej dozy społecznego zaufania. Jedno i drugie zajęcie skutkuje oddziaływaniem na innych ludzi, nie tylko na ich poglądy, ale również na ich życie. Różnią się jednak zasadniczo. Jedno z nich ma w swoją istotę wpisaną funkcję kontrolną wobec drugiego. Jednym z bardzo ważnych zadań dziennikarzy jest patrzenie na ręce politykom. Tu nie ma wzajemności. Zadaniem polityków nie jest kontrolowanie mediów. Nawet, jeżeli wydaje im się, że liczni odbiorcy dają im do tego społeczny mandat.

 

 

W Internecie jest dostępny fragment książki Sylwii Męcfal, zatytułowanej: „Prasa lokalna w relacjach z kluczowymi aktorami społecznymi. Studia przypadków”. W pierwszym rozdziale autorka zajmuje się m. in. kwestią konfliktu interesów. Zwraca uwagę, że dziennikarze mogą być postawieni wobec różnych rodzajów konfliktów interesów: indywidualnych lub instytucjonalnych. Wskazuje też różnicę między rzeczywistym konfliktem interesów a potencjalnym. Ten drugi, to sytuacja, która przez odbiorców może być postrzegana jako konflikt interesów, jednak dziennikarz w rzeczywistości nie czerpie żadnych korzyści z zaistniałych okoliczności, a wykonuje swoją pracę zgodnie z zasadami etycznymi zawodu.

 

 

Wydawać by się więc mogło, że w przypadku tylko potencjalnej sprzeczności interesów jest wszystko ok i dziennikarz nie łamie standardów. Problem w tym, że z punktu widzenia odbiorcy rzecz wcale nie jest taka oczywista. Co więcej, ma on pełne prawo ograniczyć swoje zaufanie do dziennikarza i reprezentowanego przez niego konkretnego tytułu czy instytucji medialnej, ponieważ nie dysponuje narzędziami pozwalającymi mu weryfikować istnienie lub nieistnienie faktycznego konfliktu interesów.

 

 

Jako jeden z przykładów indywidualnego konfliktu interesów Sylwia Męcfal wskazuje łączenie dwóch ról z zawodem dziennikarza. „Pojawiają się przypadki dziennikarzy, którzy łączą dziennikarstwo z rolami politycznymi (np. z byciem posłem, radnym czy choćby kandydatem w wyborach lokalnych)” – odnotowuje. Autorka idzie jeszcze dalej i dodaje, że dziennikarze powinni zastanowić się nad etycznością swojego postępowania, kiedy godzą się, aby poprowadzić szkolenia dla biznesmenów czy polityków dotyczące wizerunku medialnego, czy wtedy, kiedy zostają rzecznikami prasowymi prywatnych firm. Obserwując sytuację w Polsce można odnieść wrażenie, że ten poziom subtelności w kwestiach etycznych nie jest powszechnie dostępny wśród pracowników i twórców mediów w naszym kraju.

 

 

Polskie prawo nie porusza tak szczegółowych kwestii, jak możliwość łączenia funkcji politycznych z wykonywaniem zawodu dziennikarza. Zajmuje się nią natomiast (nadal dość powszechnie akceptowany w różnych środowiskach) Kodeks etyki dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wśród jego pięciu punktów poświęconych konfliktowi interesów ostatni brzmi: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych”.

 

 

   Sprawa jest tu postawiona jasno i każdy, kto chciałby przestrzegać najbardziej podstawowych reguł pracy w mediach otrzymuje prostą i zrozumiałą wskazówkę. Niestety, życie pokazuje w ostatnich latach, że nie dociera ona czasami nawet do ludzi o bardzo znanych w mediach nazwiskach. Jeśli ta odporność na elementarne zasady etyczne w tak ważnej kwestii zacznie się upowszechniać, będziemy mieli w Polsce poważny problem na wielu różnych płaszczyznach. Największy problem będą mieli odbiorcy mediów, którzy nigdy nie będą wiedzieli, czy i w jakim stopniu mogą ufać konkretnej osobie tworzącej przekaz oraz reprezentowanej przez nią gazecie, stacji radiowej, kanałowi telewizyjnemu lub internetowemu serwisowi. Zamieszanie i problem z zaufaniem już jest widoczny, a może w nadchodzących latach eskalować.

 

 

Warto przy okazji zwrócić uwagę, że konflikt interesów dotyka nie tylko samych dziennikarzy, ale również wchodzących w politykę właścicieli i dysponentów mediów. Wygląda na to, że mało kto w ogóle zauważa tu jakikolwiek problem.

 

 

   Papież Franciszek w maju br. podczas spotkania z dziennikarzami z całego świata powiedział: „Wasza praca jest cenna, ponieważ przyczynia się do poszukiwania prawdy, a tylko prawda czyni nas wolnymi”. Niestety, gdy łączy się bycie politykiem z byciem dziennikarzem, prawda natychmiast staje w poważnym zagrożeniu, a często okazuje się pierwszą i najważniejszą ofiarą konfliktu interesów.

 

Artur Stopka

Zamiana ról – ŁUKASZ WARZECHA o tym, co wolno „dziennikarzowi obywatelskiemu”

Część opozycji i Towarzystwo Dziennikarskie mówią o wielkim skandalu, policja nie zajęła, jak się zdaje, oficjalnego stanowiska (ja go w każdym razie nie znalazłem). 15 sierpnia z Pikniku Antyfaszystowskiego funkcjonariusze wyprowadzili Martę Bogdanowicz, „dziennikarkę obywatelską”.

 

 

Dodać tu trzeba, że opozycyjne media, opisując tę historię, jakoś zapominają nadmienić, że piknik, jakkolwiek przebieg miał pokojowy, miał też na celu zablokowanie legalnego marszu narodowców, którego trasa miała przebiegać Nowym Światem (w ostatniej chwili została zmieniona i blokujący zostali ze swoją blokadą jak Himilsbach z angielskim) – a zatem był zgromadzeniem z gruntu nielegalnym, jak zresztą większość podobnych wydarzeń, firmowanych przez radykalną część opozycji. To ma w tej historii znaczenie.

 

 

Na zdjęciach widać, że Marta Bogdanowicz jest faktycznie prowadzona pod ramiona przez dwóch policjantów, a na szyi ma identyfikator. Na słowo musimy uwierzyć, że to coś w rodzaju legitymacji prasowej. Piszę „coś w rodzaju”, bo nie mam pojęcia, jaka redakcja może wystawić legitymację prasową „dziennikarce obywatelskiej”. Znalazłem informację, że pani Bogdanowicz robi materiały dla Video KOD, czyli, jak rozumiem, medialnej emanacji Komitetu Obrony Demokracji.

 

 

Sprawa nie jest tak prosta, jak chciałaby widzieć opozycja, ale też pokazuje zapętlenia, które są potencjalnie niebezpieczne i których nikt chyba nie chce rozwiązać, bo łatwiej łowi się ryby w mętnej wodzie.

 

 

Abstrahując od histerycznego tonu relacji opozycyjnych mediów – jako się rzekło, skrzętnie pomijających kwestię nielegalności relacjonowanej przez dziennikarkę demonstracji – można założyć, że policja nie uwzięła się akurat na opozycyjne media. Po prostu była to kolejna operacja likwidacji nielegalnego zgromadzenia, co zawsze wygląda podobnie: spokojnie i profesjonalnie działająca policja stopniowo wynosi uczestników, którzy oporu nie stawiają, ale nie chcą też odejść dobrowolnie. Oburzenie na to, że byli oni spisywani, jest również nie na miejscu – byli spisywani jako osoby tworzące nielegalne, bo nie zgłoszone zgromadzenie (i tak zresztą nie wydano by na nie pozwolenia, gdyby zostało zgłoszone później niż marsz narodowców). Policjanci potraktowali zatem Martę Bogdanowicz nie wyjątkowo, ale tak samo jak pozostałych uczestników wydarzenia. Czy mieli prawo?

 

 

I tu pojawia się niejednoznaczność. Bo, po pierwsze, jakkolwiek przedstawicieli mediów policja w ten sposób traktować nie powinna czy więcej nawet: nie wolno jej tego robić (art. 43. Prawa prasowego), to jednak nie istnieje prawna definicja dziennikarza – choć wielokrotnie wskazywano, że jej stworzenie byłoby pożyteczne. Inna sprawa, że w atmosferze ostrego konfliktu politycznego, przenoszącego się na media, trudno sobie wyobrazić wypracowanie takiej definicji w zgodzie z postulatami całego środowiska i trudno byłoby uniknąć podejrzeń, że władza chce ją sformułować w taki sposób, aby było to dla niej najwygodniejsze. Zaś kategoria „dziennikarzy obywatelskich” jest w ogóle nieczytelna, „dziennikarzem obywatelskim” może bowiem każdy mianować sam siebie i wydrukować sobie stosowny identyfikator na domowej drukarce. A już szczególnie nieczytelna staje się, gdy taki „dziennikarz obywatelski” nie oddziela całkowicie swojej roli sprawozdawcy od roli aktywisty czy działacza. Tak zaś było, na ile można stwierdzić, w tym przypadku. By jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, trzeba przypomnieć, że tych ról nie umie od siebie oddzielić wielu profesjonalnych dziennikarzy, biorących udział w roli bynajmniej nie obserwatorów, a nawet nie gości czy komentatorów, w wydarzeniach, firmowanych czy to przez rządzących, czy przez opozycję. I nie jest to zdrowa sytuacja – przeciwnie, ona ogromnie szkodzi naszej profesji.

 

 

Jak zatem ocenić działanie policji w tym konkretnym przypadku? Rzecz w tym, że trudno powiedzieć. Można sobie przecież wyobrazić sytuację, w której całe nielegalne zgromadzenie oplakietkowuje się jako „dziennikarze obywatelscy” i żąda, aby policja pozostawiła je w spokoju. Z drugiej strony trzeba być wyczulonym na jakiekolwiek działania, choćby tylko potencjalnie mogące godzić w wolność mediów i słowa. Można też spytać, czy – jeśli, jak można założyć, pani Bogdanowicz mówiła policjantom, że jest dziennikarką, zagłębiali się oni w jej dokumenty czy też w ogóle nie zwracali na te słowa uwagi? A jeżeli w takim razie mieliby do czynienia nie z „dziennikarzem obywatelskim”, ale z pracownikiem normalnej, pełnoprawnej redakcji – też zadziałaliby z automatu? Tak przecież być nie powinno. Kolejne pytanie brzmi, czy pani Bogdanowicz nie stwarzała swoim zachowaniem podstaw do stwierdzenia, że nie jest jedynie obserwatorem, ale też aktywnym uczestnikiem wydarzenia – czy na przykład nie wznosiła z innymi obecnymi jakichś okrzyków? A przecież dziennikarze powinni w takich sytuacjach ze wszech miar dbać o to, żeby nie mylono ich z uczestnikami wydarzenia. Pytań i wątpliwości jest, jak widać, mnóstwo.

 

 

Trudno dostrzegać tutaj jasne i oczywiste rozwiązanie w sytuacji, gdy prawo nie nadąża za rzeczywistością. Bez stworzenia możliwie szerokiej, ale też możliwie jasnej definicji dziennikarza, takie sytuacje mogą się powtarzać. Prócz definicji dziennikarza profesjonalnego mogłaby też przecież powstać definicja „dziennikarza obywatelskiego”, również szeroka, ale oznaczająca mniejsze uprawnienia. O ile na przykład wspieram pomysł polskiego Press Clubu, aby nadać dziennikarzom wykonującym swoje obowiązki status podobny do statusu funkcjonariuszy publicznych (a więc atak na dziennikarza w trakcie pracy byłby ścigany z urzędu, niezależnie od jego skutków i rodzaju) – o tyle byłbym zdecydowanie przeciwko rozszerzaniu tego przywileju na „dziennikarzy obywatelskich”.

 

 

Tymczasem można odnieść wrażenie, że jakiekolwiek prace czy rozważania, dotyczące dopasowania prawa dotyczącego mediów do rzeczywistości, nawet w tak wąskim zakresie jak definicja dziennikarza, nikogo nie interesują.

 

 

Niezależnie od tego, sądzę, że policja powinna swoje zachowanie wyjaśnić. Choćby po to, żeby nie dawać pretekstu do oskarżeń o polityczne motywacje swoich działań.

 

 

Łukasz Warzecha

Fakty wpasowane do narracji – MIROSŁAW USIDUS o „kulturze oburzenia”, która niszczy media i wolność słowa

Płatki śniegu (snowflakes) nie spierają się, nie argumentują, nie trudzą się odpieraniem twierdzeń, z którymi się nie zgadzają. Nie umieją tego. Brak im wytrwałości lub wiedzy, albo obu tych rzeczy. Gdy temperatura dyskusji wzrasta, po prostu topią się. Uważają, że „hejt”, czyli wszystko to, z czym się nie zgadzają i czego nie akceptują, powinien zostać zakazany.

 

Termin „płatki śniegu” zrodził się z groteskowej i histerycznej kłótni studentów Yale z przedstawicielem władz uczelni na temat kostiumów halloweenowych. Cechy tej, obrażającej się natychmiastowo i „topniejącej” emocjonalnie z byle powodu formacji, opisała Claire Fox w książce „I Find That Offensive!”. Można się z tego śmiać i traktować nadwrażliwych z przymrużeniem oka, gdyby nie rosnąca w tym pokoleniu niechęć do wolności słowa w wymiarze bardziej ogólnym, w społeczeństwie, w którym funkcjonują, państwie, w którym głosują.

 

Prowadzi to w ich „kulturze oburzenia” do coraz chętniejszej akceptacji środków prawnych (a nawet siłowych) skierowanych przeciw osobom i wypowiedziom, obrażającym w ich mniemaniu, czy to mniejszości, czy inne naprawdę lub rzekomo chronione grupy oraz wartości, czy cokolwiek w końcu, co w danym momencie może przyczyniać się do topnienia „śnieżynki”. W tyle głowy trzeba mieć, że ci, tak mało odporni na opinie i poglądy inne – niż własne – ludzie, to przyszłość, bo to przeważnie młodzież szkolna czy studencka.

 

Podwykonawcy ideologicznych projektów

 

   Filozof i analityk polityki, Thomas Mitchelhill w serwisie „Medium” opublikował w marcu tego roku tekst mówiący o tym, jak ogarniająca media społecznościowe, a w ślad za nimi także tradycyjne środki przekazu „kultura oburzenia” niszczy dziennikarstwo i ogólniej mass media.

 

Dziennikarze nie próbują już docierać do obiektywnych prawd”, pisze Mitchelhill. „Platformy mediów społecznościowych, chęć pozyskiwania ruchu na stronach, kierowania uwagi, a ostatecznie pieniędzy, zamieniły dziennikarzy w podwykonawców ideologicznych projektów, opłacanych za przekształcenie informacji w narrację polityczną. Wszyscy są opętani ideologicznymi celami i gotowi zrobić wszystko, aby ‘fakty’ wpasować do narracji, której służą”.

 

Autor jako główny przykład podaje sprawę głośnej ulicznej konfrontacji młodzieży z Covington Catholic School z grupą starszych Indian. W ciągu kilku godzin, na podstawie zmontowanego filmiku, nie pokazującego całego przebiegu zajścia i kontekstu (całość materiału zmieniała wymowę wydarzeń), wszystkie liberalne media na czele z uchodzącymi za prestiżowe „The New York Times” i „Washington Post”, rzuciły się jak wygłodniałe hieny na grupę nastolatków. Odprawiano oszalały ideologiczny rytuał medialny z nieodłącznymi zarzutami „bigoterii”, „rasizmu” i „nietolerancji”. Znany pisarz Reza Aslan i celebrytka Kathy Griffin wręcz nawoływali do przemocy wobec chłopaków.

 

A teraz zapytajmy znienacka, co powie zwolennik wolności słowa na ten paroksyzm hejtu w wykonaniu mediów i środowisk lewicowych? Powie: „cóż, to ich wilcze prawo, koszty demokracji i wolności”. Uczniom wyrządzono krzywdę w oparach linczu, ale prawo do swobodnego wyrażania opinii jest wyższą wartością w demokracji niż ich samopoczucie.

 

Niestety kręgi liberalno-lewicowe nie są skłonne do wzajemności w takim rozumieniu swobody wypowiedzi. W grupach, w których ideologia lewicowa ma silny wpływ lub wręcz dominuje, np. na amerykańskich uczelniach, narasta akceptacja dla cenzury a „kultura oburzenia”, która uczyniła z mediów pędzące za posoką ofiar ogary, w sprawie uczniów katolickiej szkoły staje się podłożem pomysłów zamykania ust ludziom o odmiennych poglądach.

 

Zamknąć usta, nawet przemocą

 

Szerokim echem w USA i na świecie odbiły się badania Pew Research Center z 2015 r. wykazujące, że 40 proc. amerykańskich tzw. millenialsów, czyli osób w wieku od 18 do 34 lat, uważa, że „władze powinny uniemożliwiać ludziom wypowiadanie obraźliwych opinii na temat grup mniejszościowych”. Wciąż większość (58 proc.), choć nie przytłaczająca, uznała, że wolność słowa powinna obejmować także takie obraźliwe wypowiedzi. Niewielkie w sumie różnice pomiędzy odsetkiem zwolenników państwowej cenzury a swobody wypowiedzi, były dla wielu szokujące i wywołały falę komentarzy.

 

Z tym samych badań wynikało, że starsze pokolenia Amerykanów wyraźnie bardziej cenią wolność słowa. Po połączeniu wszystkich grup wiekowych okazało się, iż za rządową cenzurą „obraźliwych” wypowiedzi jest 28 proc. Amerykanie jako całość wciąż wyróżniają się przywiązaniem do wolności słowa na tle innych. 67 proc. z nich uznaje swobodę wypowiedzi obrażających mniejszości w miejscach publicznych. To prawie dwa razy więcej niż 35-procentową mediana z 38 krajów, które badało Pew Research Center.

 

Rosnący odsetek zwolenników cenzury „obraźliwych” wypowiedzi wśród młodszych Amerykanów zafrapował badaczy, którzy postanowili wgłębić się w zjawisko. Przez kolejne lata pojawiały się kolejne raporty z badań ankietowych, dla zwolenników wolności słowa wręcz alarmujące. Na przykład Brookings Institution opublikowała we wrześniu 2017 wyniki sondy wśród studentów mówiące o 40 procentach twierdzących, że pierwsza poprawka nie obejmuje ochroną „mowy nienawiści”. 50 proc. w tym badaniu uznało, że właściwym sposobem radzenia sobie z wypowiedziami obraźliwymi jest ich zakaz i „zamknięcie ust” osobom je wypowiadającym, zaś 19 proc. akceptuje „zamknięcie ust” za pomocą przemocy fizycznej. Media komentowały poglądy studentów na wolność słowa jako „mrożące krew w żyłach”.

 

Nie wszyscy jednak są skłonni do alarmizmu. Nie brakuje opinii, że być może zadano w ankietach niewłaściwe pytania i zmanipulowano je eksponowaniem aspektów związanych z tzw. „mową nienawiści” czy obrażaniem grup mniejszościowych. Gdy kwestię przedstawia się jako typowy konflikt wartości w społeczeństwie demokratycznym, wyniki rozkładają się nieco inaczej.

 

Instytup Gallupa w badaniu przeprowadzonym w 2016 roku dla Knight Foundation i Instytutu Newseum zadał studentom pytanie nieco bardziej złożone. Sprowadzało się ono do postawienia przed ankietowanym alternatywy – co jest jego zdaniem ważniejsze – stworzenie pozytywnego środowiska do nauki dla wszystkich studentów przez zakazanie pewnych wypowiedzi, czy też wolne wyrażanie różnych punktów widzenia, także takich, które są obraźliwe lub stronnicze w stosunku do określonych grup ludzi. Przy tak postawionym problemie, w którym wyraźniej ukazuje się konfrontację wartości – wolności vs. ochrony przed negatywnymi wypowiedziami, zakaz „pewnych wypowiedzi lub wyrażania pewnych punktów widzenia” poparło jedynie 22 proc. badanych. Może więc nie jest tak źle, tylko trzeba uczciwie wyjaśnić, jakie są konsekwencje jednej i drugiej opcji.

 

Jeśli położy się na szali „twoją wolność” i „ochronę innych przez obrażaniem” w sposób jasny i zrównoważony, to do millenialsa też zaczyna coś docierać i potrafi wyjść poza swoją „kulturę oburzenia” i bezkompromisową chęć walki z hejtem. Całkiem ładnie koreluje to z mentalnością „płatków śniegu”. Bo wprawdzie „topi” je tak łatwo „mowa nienawiści”, to jednak rząd „idący po ich wolność słowa” również gwałtownie podnosi temperaturę.

 

   Wolność słowa przestaje być abstrakcją, gdy jest odbierana „mnie” a nie komuś innemu, społeczeństwu czy nawet mediom. Wybitny amerykański prawnik Jonathan Turley, gdy przeprowadza gościnne wykłady na uczelniach, ma zwyczaj pytać studentów, czy byliby skłonni sprzedać mu swoją wolność słowa za 150 tys. dolarów. Zwykle około połowa sali podnosi rękę. Turley tłumaczy tak duży odsetek nisko ceniących swobodę wypowiedzi nie tyle cynizmem młodzieży i ich niepohamowanym materializmem, lecz brakiem zrozumienia samego pojęcia i jego abstrakcyjnością.Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił…” można by powiedzieć, trawestując wieszcza, o niedocenianej wolności słowa.

 

Oczywiste jest, że wolność słowa nigdy i nigdzie nie była absolutna. Nawet w kraju, w którym gwarantowana jest przez pierwszą poprawkę do konstytucji wprowadzono szereg ograniczeń. Np. zgodnie z orzeczeniem amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie Schenck przeciwko Stanom Zjednoczonym w 1919 r., wolność wypowiedzi nie obejmuje przypadków, które stanowią „wyraźne i rzeczywiste zagrożenie” dla społeczeństwa. Na przykład, nie wolno bezkarnie krzyczeć „ogień!” w zatłoczonym teatrze, ponieważ nie wzbogaca to w żaden sposób idei dyskutowanych w społeczeństwie, zaś ryzyko ofiar obrażeń jest wysokie. Z drugiej strony zdaniem najwyższej władzy sądowniczej np. rasistowskie wystąpienia liderów Ku Klux Klanu, powinny być chronione zasadą wolności słowa, chyba że bezpośrednio podżegają do przemocy.

 

Kwestia wolności słowa w USA rozebrana została (nomen omen) w filmie „People vs. Larry Flynt” (u nas jako „Skandalista Larry Flynt”), w którym przedstawiono bój prawny pornografa o możliwość swobodnego publikowania swoich treści. Wynikający z tego obrazu tok rozumowania, opierający się na regule, że wolność dotyczy nawet „najgorszego” z obywateli i „najniższych treści” warto zawsze przypominać współczesnym miłośnikom cenzury „obraźliwych” treści. A to dlatego, że zwykle widzą oni problem jedynie w treściach o charakterze konserwatywnym i prawicowym. Ukazanie, jak działa zasada wolności słowa na przykładzie Flynta, odwrotnym politycznie, drażniącym konserwatystów, może obnażyć hipokryzję lewicowych miłośników cenzury, albo… zmusić ich do myślenia. Nie wykluczam tego.

 

Nocnik Słonimskiego

 

Przenosząc tę problematykę na polskie poletko, mógłbym skupić się na tym, co proponują lub przynajmniej zdają się proponować u nas środowiska LGBT w dziedzinie zwalczania „mowy nienawiści”, „nietolerancji” i „obrażania mniejszości” i ich do również podpartej u nas konstytucyjnie reguły wolności słowa. Z dostępnych publicznie wypowiedzi zwolenników tej formacji przebija podobna jednostronność, niekonsekwencja i wręcz hipokryzja, jaką widać w opisywanych wyżej lewicowych środowiskach uniwersyteckich w USA. Ujmując ich podwójny język w skrócie – „my korzystamy z wolności – a oni obrażają”.

 

Jednak nie bardzo mi się chce nad tym pochylać. To bardzo gorący, polityczny i kampanijny temat. Wejście w kwestię LGBT nie sprzyja rozważaniom z zachowaniem dystansu. Dlatego wolę napisać o nie mniej ciekawych przypadkach konfliktu wolności słowa recenzentów utworów i wydarzeń kulturalnych z reprezentantami naszej „kultury oburzenia” i płatkami śniegu, które nie znoszą krytyki swoich artystycznych dokonań.

 

Na przykład muzykowi i prowadzącemu telewizyjne „Koło fortuny”, Rafałowi Brzozowskiemu, nie spodobała się recenzja jego płyty. Postanowił dochodzić naruszenia swoich dóbr osobistych w sądzie. Dobra te, zdaniem artysty, naruszały dwie recenzje napisane przez dziennikarza muzycznego Pawła Walińskiego, w których recenzent o Brzozowskim pisze m. in. „jest ładny, ma ciepły głos, pisze piosenki proste, łatwe i przyjemne. Gładki jest jak galaretka i podobnie do niej oślizły”, nazywając go w innym fragmencie „beztalenciem”.

 

To sprawa nowsza. Głośniejsza była ta sprzed kilku lat, gdy w publikacji w serwisie społecznościowym Tomasz Raczek porównał film „Kac WAWA”. do „nowotworu złośliwego”. Producent nie wytrzymał i pozwał krytyka. Ta głośna swego czasu historia jest trochę „snowflejkowa” w swoim charakterze ale nie bardziej niż to, co wydarzyło się w 2012 roku, gdy reżyserka dzieła „Big love”, Barbara Białowąs, postanowiła „skonfrontować się” z recenzentem Michałem Walkiewiczem.

 

W jego recenzji filmu czytamy m. in. „Opowiedziany językiem, którym wstyd już opowiadać, prawiący banały, których nie sposób już słuchać. Stawiający w centrum nie bohaterów, ale jakieś koszmarne klisze z prasy młodzieżowej, i to tej z czasów raczkującej demokracji. (…) Finał, w którym bohaterka zwraca się bezpośrednio do widza i zachęca go, by ‘wyluzował’, jest gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia”.

 

   Białowąs zadzwoniła do redakcji i umówiła się na spotkanie z recenzentem. W siedzibie serwisu Filmweb odbyła się rozmowa twórczyni filmu z krytykiem, w której ta pierwsza próbowała mu wyjaśnić, że się myli, bo „jego interpretacja poszła nie w tym kierunku” a „ona jest przedstawicielką postmodernizmu”. Cóż, przynajmniej Walkiewicz uniknął procesu, ale zachowanie Białowąs wpisuje się w kanon śnieżynkowych zachowań – kompletnego braku przygotowania na krytykę i niepozytywne opinie.

 

Ciekawe czy dzisiejsze płatki śniegu z artystycznymi pretensjami zniosłyby Antoniego Słonimskiego i jego złośliwe recenzje. Pisał np. (w 1934 r.) o jednym z przedstawień warszawskich – „Simona kocha Tony’ego, Andrzej Salicel kocha Simonę, Simona nie kocha Andrzeja Salicela, a Tony kocha Simonę. Potem Tony już nie kocha Simony, Simona kocha Andrzeja, a Andrzej kocha Simonę. Ta wstrząsająca tragedia serc ludzkich opowiedziana jest z lekkością i błyskotliwością, jaką odznacza się stary nocnik wyrzucony na śmietnisko. Lekkie to, ma połysk, ale usiedzieć już na tym nie sposób”. W czasach Słonimskiego w dobrym tonie było na podobną złośliwość odpowiedzieć błyskotliwie i… równie złośliwie. W śnieżynkowej „kulturze oburzenia” nie ma na to miejsca, pomijając już prosty fakt, że nikt w tym pokoleniu nie jest zdolny do wymyślenia czegoś dorównującego dowcipem i wyrafinowaną kąśliwością Słonimskiemu.

 

Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”, powiedział kiedyś George Orwell. Jak daleko jesteśmy dziś od tej zasady? Jak daleko jesteśmy od znanej maksymy – „nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia”, której, wbrew obiegowemu przekonaniu, autorem nie jest Wolter, lecz jego autorka jego biografi, Evelyn Beatrice Hall?

 

Trudno nie mieć wrażenia, że coraz dalej. Dziś zdaje się rodzić nowa wersja owej „wolterowskiej” maksymy – „nie zgadzam się z twoimi poglądami, więc są one hejtem, z którym walczyć ma prawo i państwo, po kres dni moich, twoich, i tego państwa”.

 

Mirosław Usidus

Podzieleni – GORAN ANDRIJANIĆ porównuje chorwackich i polskich dziennikarzy

WIDZIANE Z ZAGRZEBIA. Redaktorzy naczelni w Chorwacji lubią autorów, których mogą kontrolować i którzy są politycznie przewidywalni. Najprawdopodobniej i w Polsce szefowie gazet wolą takich dziennikarzy, ale faktem jest, że wielkość i wielorakość rynku medialnego daje polskim kolegom większe pole do manewru niż nam w Chorwacji.

 

Kiedy w zeszłym roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Chorwackich (HND), największej organizacji zrzeszającej dziennikarzy w Chorwacji, przyznało doroczną nagrodę dziennikarce telewizyjnej Ivanie Petrović za korespondencje z Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii, niektórzy z jej kolegów, byli tym wyborem niezadowoleni. Choć „niezadowoleni“ to stanowczo za mało powiedziane.

 

   Petrović, dziennikarka Novej TV, otrzymała nagrodę za sprawozdanie z ogłoszenia wyroku w Trybunale w Hadze dla generała chorwackich sił zbrojnych w Bośni i Hercegowinie Slobodana Praljaka, podczas którego oskarżony wypił truciznę i ostatecznie zmarł, na znak sprzeciwu wobec niesprawiedliwego – jego zdaniem – wyroku.

 

W uzasadnieniu podano, że dziennikarka otrzymała nagrodę za profesjonalne i bogate w ekskluzywne informacje sprawozdanie. Była m.in. pierwszą dziennikarką na świecie, która podała informację, że Praljak zmarł z powodu zatrucia jeszcze w sądzie, a nie – jak się twierdziło – w szpitalu.

 

Mimo to jednak aż dziesięciu członków HND nie zgodziło się z takim uzasadnieniem. Podpisali komunikat prasowy, w którym stwierdzili, że korespondencjom z Hagi brakuje „podstawowych elementów dziennikarskich”. Z tego też powodu zwrócili swoje nagrody stowarzyszeniu, które otrzymali w poprzednich latach.

 

Skąd taka niezgoda między członkami stowarzyszenia w ocenie pracy dziennikarki? To jasne, że stały za tym nie profesjonalne, ale ideologiczne powody.

 

HND jest jednym z najstarszych chorwackich stowarzyszeń w kraju, działa od 1910 roku, a swoją działalnością od 1990 roku zapisała się jako „lewicowo-liberalna” organizacja. Było to widoczne także w  kontekście nagród przyznawanych tekstom zorientowanym w tym kierunku politycznym. Nagroda przyznana dziennikarce znanej jako „konserwatywna”, której trudno zarzucić brak profesjonalizmu, była rzadkim odstępstwem od reguły. I tego wyjątku nie chcieli zaakceptować niektórzy członkowie NHD. Petrović była zwyczajnie „zbyt prawicowa”, aby mogła otrzymać taką samą nagrodę jak oni.

 

Przykład ten dobrze ilustruje, jak rzadkim zjawiskiem jest profesjonalna solidarność między chorwackimi dziennikarzami. Dziennikarze w Chorwacji nie mają poczucia wspólnoty czwartej władzy, której celem jest monitorowanie polityków bez względu na to, która partia rządzi. Zamiast tego, z pewnymi wyjątkami, skupieni są w ideologiczno-światopoglądowych frakcjach, z których każda ma swoje poczucie misji, a jest nią propagowanie określonej wizji politycznej o tym, jak ta młoda chorwacka demokracja miałaby wyglądać. Ci zaś dziennikarze, którzy mają inną wizję, nie są ich kolegami po piórze, ale nieprzyjaciółmi, których należy wyrzuć z dyskusji publicznej.

 

Jako dziennikarz pracujący w Chorwacji, ale także w Polsce wydaje mi się, że między scenami medialnymi obu państw istnieje wiele podobieństw (jak też i różnic). Jednym z podobieństw jest to, że większość dziennikarzy jest podzielona i skupiona w określonych światopoglądowo i ideologicznie grupach i coraz mniej jest tu miejsca dla tych, którzy chcą uczynić swoje dziennikarstwo choć trochę wolnym od politycznych, a pośrednio i partyjnych interesów.

 

Nie ma wątpliwości, że ten „kolektywizm” jest konsekwencją doświadczenia czasów komunizmu, kiedy dziennikarze byli – jak mawiano w byłej Jugosławii – „pracownikami społeczno-politycznymi”, a tym samym propagatorami idei politycznych. Ciężko się pozbyć starych nawyków czy to wśród Chorwatów, czy Polaków.

 

Byłoby przesadą wszystkie niedociągnięcia na scenie medialnej tłumaczyć konsekwencjami postkomunizmu, natomiast faktem jest, że w Chorwacji wciąż w dużej mierze dominują na tej scenie dziennikarze byłego reżimu lub ich światopoglądowi spadkobiercy. Mówimy przecież o państwie, w którym na przykład wiodące medium w kraju zatrudnia jako korespondentów z Watykanu, ludzi, którzy pisali o Kościele jeszcze w czasach komunistycznych, i to jasne w jaki sposób…

 

Jasne jest także, że w głównych prywatnych mediach dominuje światopogląd lewicowo-liberalny, co było najbardziej widoczne w 2013 roku, kiedy żadne z tych mediów nie poparło referendum o konstytucyjnej ochronie małżeństwa jako wspólnoty mężczyzny i kobiety. Nie zrobiły tego ani media mające status „konserwatywnych”, ani „prawicowych”.

 

Wydaje się , że mentalność postkomunistyczna dziennikarstwa, które nie potrafi działać bez politycznych ochroniarzy i które jest gotowe sprzedać swoją wolność słowa oraz służyć politycznej poprawności, nie jest zarezerwowane tylko dla „lewej” strony, ale często spotyka się je wśród „prawicowych” dziennikarzy czy tych, którzy się za takich uważają.

 

Wydaje mi się, że w Polsce ta wspomniana postkomunistyczna mentalność jest także widoczna. Mam jednak wrażenie, że także dziennikarze, którzy nawet mają formułę polityczną, bronią jej w sposób bardziej profesjonalny i elegancki moralnie niż ich chorwaccy koledzy.

 

W niedawnej rozmowie dla portalu SDP Rafał Ziemkiewicz chwali się:„Jestem jednoosobową firmą, która nazywa się >>Rafał Ziemkiewicz<<, świadczącą usługi różnym zleceniodawcom w granicach tego, na co się zgadzam. Poza tygodnikiem „Do Rzeczy”, który współzakładałem, nie ma takiego medium, z którym bym się identyfikował na sto procent. Przez te blisko 30 lat mojej aktywności udało mi się sporo ludzi przekonać do tego, że ten Ziemkiewicz to może mówi mądrze, może głupio, ale mówi co on sam uważa, nie służy żadnej partii ani żadnemu brandowi“.

 

Ziemkiwiczu i jego poglądach możemy myśleć co chcemy, ale trudno nie zgodzić się z tym, co twierdzi na temat swojej niezależności.  W Polsce jest wystarczająco wielu takich publicystów, którzy mogą się pochwalić tak ciężko zapracowanych statusem. W Chorwacji można takich policzyć na palcach jednej ręki.

 

Nawet, jeśli są gotowi pójść tą drogą, trudno jest im się przebić do głównych mediów.

 

Przed paroma miesiącami dziennik konserwatywny „Večernji list“ bez wyjaśnienia przerwał współpracę z Mato Mijiciem, młodym konserwatywnym analitykiem, który był jednym z ich najchętniej czytanych felietonistów. Ani „Večernji…“, ani Mijić, nie skomentowali tego kroku, ale jasne było, że dziennikowi nie odpowiadał styl pisania młodego analityka, nie szczędzącego słów prawdy i rządzącym, i opozycji.

 

Redaktorzy w Chorwacji lubią autorów, których mogą kontrolować i którzy są politycznie przewidywalni. Najprawdopodobniej i w Polsce naczelni wolą takich dziennikarzy, ale faktem jest, że wielkość i wielorakość rynku medialnego daje polskim kolegom większe pole do manewru niż nam w Chorwacji. To przestrzeń, w której możliwe jest unikanie takich redaktorów lub ich otwarte krytykowanie w walce o wolność dziennikarstwa.

 

Goran Andrijanić, dziennikarz chorwackiego portalu Bitno.net 

 

Tłum. Barbara Andrijanić

Presja newsa – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o stresie wśród dziennikarzy

Dziennikarz i fotoreporter należą do najbardziej stresujących zawodów świata. W badaniach wyprzedzają kadrę menadżerską i ratowników medycznych. Z czego to wynika?

 

W badaniach na temat stresu w pracy przodują Amerykanie. Wpisując w okno dialogowe wyszukiwarki hasło „most stressful jobs / profession” otrzymamy linki do wyników badań i metod ich przeprowadzenia oraz komentarzy. Dzięki corocznemu charakterowi tych analiz i publikacji łatwo można śledzić zachodzące zmiany. Jedno jednak jest pewne, w pierwszej dziesiątce znajdą się zawody medialne.

 

Tegoroczne zestawienie serwisu Career Cast[1], które szeroko komentowały media (m.in. CNBC)[2], otwiera żołnierz. Tuż za nim uplasowali się strażak i pilot. To zmiana, bo właśnie piloci najczęściej byli liderami rankingów najbardziej stresujących zawodów w poprzednich latach. Miejsce tuż za podium zajął policjant, a zaraz za nim znalazł się broadcaster, czyli reporter telewizyjny lub radiowy. Pozycja szósta należy do organizatora wydarzeń (event coordinator), a siódma do dziennikarza newsowego. Pierwszą dziesiątkę uzupełnili – specjalista ds. PR, menadżer wyższego szczebla i taksówkarz.

 

Career Cast przebadał przedstawicieli dwustu profesji. Ogólna tendencja jest zdecydowanie niekorzystna. Dwa lata temu 69% badanych zadeklarowało, że jest nadmiernie zestresowanych w pracy. W 2019 roku takiej odpowiedzi udzieliło aż 78% respondentów.

 

Co nas tak stresuje?

 

W pierwszej czwórce zawodów wymienionych w zestawieniu Career Cast (żołnierz, strażak, pilot i policjant) oczywiście najważniejszym powodem jest bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia. Co jednak stresuje ludzi mediów? Tu we wskazaniach dominują dwa czynniki: presja czasu i konfrontacje z opinią publiczną, zarówno te bezpośrednie, w przypadku reportera prowadzącego rozmowy na ulicy, jak i w mediach społecznościowych.

 

W odróżnieniu od pracy menadżera, czy ratownika medycznego, aktywnych w warunkach intymnych, efekty działań dziennikarza są widoczne od razu i podlegają nieraz bardzo surowej ocenie. W mediach internetowych dochodzi do tego presja na „klikalność”, a we wszystkich (zwłaszcza w informacyjnych) wyścig o palmę pierwszeństwa. Być przed innymi to przecież znaczy: być cytowanym, być źródłem. Zapewne z tych powodów uśmiercono ostatnio przedwcześnie Adama Słodowego. Konflikt odpowiedzialności za słowo i konieczności weryfikacji danych z gonitwą za newsem i brakiem czasu na redagowanie komunikatów wyraźnie narasta.

 

Warto w tym miejscu zauważyć, że nie tak znów dawno były nie tylko godziny, ale i całe dni, w których świat medialny zamierał. W przypadku prasy codziennej sobotnie wydanie szło w piątek do druku i dziennikarze wracali do działań w niedzielę, żeby wydać gazetę na poniedziałek. Pojawiało się miejsce na głęboki oddech, refleksję, czy planowanie. Pod koniec drugiej dekady XXI wieku informacje napływają non stop. Świat pędzie w zawrotnym tempie. Podczas I Blog Forum Gdańsk guru social mediów Brian Solis mówił, że twitt „żyje” pół godziny, a dobry twitt półtorej. Redakcje aktywne na społecznościowych platformach mają więc do dostarczenia kilkadziesiąt komunikatów na dobę i to codziennie. Do tego dziennikarze rywalizują o uwagę nie tylko z innymi tytułami prasowymi, ale też z mistrzynią selfie, czy mistrzem mema.

 

Fotoreporter ma jeszcze gorzej?

 

Portal Top Resume[3] zestawił tylko pięć najbardziej stresujących zawodów. Lista w części pokrywa się z przedstawioną powyżej. Miejsce pierwsze zajmuje w niej strażak, drugie pilot, trzecie policjant, czwarte event coordinator, ale na pozycji numer pięć pojawia się fotoreporter. Ten zawód bardzo często znajduje się w wynikach zachodnich badań nad tym zagadnieniem. Fakt ten wywołał kilka lat temu ożywioną dyskusję w social mediach. Głos zabierali zwłaszcza ludzie robiący zdjęcia, nawet zawodowo, ale nie pracujący w redakcjach, bądź na ich rzecz. Byli mocno zaskoczeni, że ta profesja może wywoływać tak potężny stres. Zajrzyjmy na chwilę do uzasadnienia: „fotoreporterzy utrwalają chwile. O ile dziennikarz może coś poprawić, ulepszyć, lub uzupełnić w swojej relacji, o tyle fotografie są nie do powtórzenia”. Autorzy przywołanego materiału zwracają ponadto uwagę na miejsca pracy, do których należą również tereny konfliktów zbrojne, czy ulicznych przepychanek. Podkreślają też ryzyko aresztowania w krajach, w których nie szanuje się wolności prasy.

 

W fotoreporterskim środowisku w czasach odchodzenia od umów o pracę na rzecz samozatrudnienia mówiło się, że niektórzy gotowi są rzucać się pod gąsienice czołgów podczas defilady, byle mieć unikatowe ujęcie. W końcu zasada była prosta – nie publikujesz, nie zarabiasz. Należy też zwrócić uwagę na znaczny wzrost amatorskiej konkurencji. To już nie są czasy, kiedy oprócz samej umiejętności kadrowania, wyczucia chwili i światła, potrzebna też była wiedza na temat poprawnego wywołania filmu Fotopan HL i przygotowania odbitek. Prawie każdy ma w kieszeni urządzenie, którym zrobi zdjęcie lub nawet nagra krótki filmik. Przyjmuje się, że zawód fotoreportera będzie zanikał w związku z postępem technologicznym i, że nastąpi to szybciej, niż jednostki sztucznej inteligencji przejmą redagowanie krótkich komunikatów. To bez wątpienia też nie wpływa dobrze na samopoczucie moich dawnych kolegów po fachu. Gdy chwieje się dół piramidy potrzeb Abrahama Maslowa (poczucie bezpieczeństwa), trudno utrzymać równowagę psychiczną dzięki samorealizacji.

 

Te okropne social media

 

W XX wieku jedyne co mógł zrobić odbiorca mediów, to pokląć cicho lub głośno przed ekranem, przy radioodbiorniku lub nad płachtą gazety. Teraz jest inaczej. Każdy użytkownik dowolnej platformy społecznościowej w Internecie ma dziś prawo głosu. Prócz ewidentnych korzyści, jakie może odnieść autor z rozmowy z czytelnikami (w tym z ekspertami w omawianej dziedzinie), może spotkać się też z agresją. To niewielki wysiłek napisać nieprzychylny komentarz pod opublikowanym tekstem, a nawet „otagować” autora, chcą go zmusić do dyskusji. Przy czym od dziennikarzy wymaga się (na szczęście!) więcej. Na przykład tego, że nie puszczą im nerwy. Nie jest jednak tak, że zderzenie z wirtualną agresją zawsze spłynie po autorze, jak po kaczce woda. Mogą zdarzyć się chwile, w których straci spokojny sen, czas wolny poświęci na interakcje w sieci lub ponure rozmyślania na temat tego, co go właśnie przykrego spotkało. Biegłość w organizowaniu sobie dobrego wypoczynku i zdolność do szybkiego odreagowania to dziś istotne atuty w pracy w mediach. Brak tych umiejętności może prowadzić do wypalenia zawodowego, które WHO uznała ostatnio za chorobę.

 

Słowo na zakończenie

 

Wydaje się, że istotnymi elementami studiów lub kursów dziennikarskich powinny dziś być metody radzenia sobie ze stresem i zarządzania sobą w czasie, czyli walka z głównym stresorami. Do tego przydałaby się umiejętność organizacji dobrego wypoczynku i zdolności z zakresu dyskusji w mediach społecznościwych. Potrzebne są zatem nowe programy nauczania na nowe czasy.

 

Zbigniew Brzeziński

 


 

Wojciech Kreft, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Janusza Korczaka w Warszawie:

 

Zmiany związane z nowymi technologiami, jakie zachodzą w świecie zawodów medialnych i wzrastający wpływ sieci społecznościowych powodują duży wzrost tempa i stresogenności pracy dziennikarzy, reporterów, fotoreporterów i wydawców. Wymagają dużo większej od przeciętnej odporności na bezpośrednią ekspozycję społeczną, ciągłe bycie on-line i podążanie za zmieniającymi się gustami różnych grup odbiorców.

 

Konieczne wydaje się, praktyczne i warsztatowe uczenie przyszłych mistrzów tych sztuk różnych technik i metod radzenia sobie ze stresem oraz zarządzania sobą w czasie. Umiejętności wyłączania się „slow down” i bycia „off-line”, techniki szybkiej regeneracji i efektywnego wypoczynku to niezbędne dla nich kompetencje.

 

 

[1] https://www.careercast.com/jobs-rated/most-stressful-jobs-2019?page=0

[2] https://www.cnbc.com/2019/03/07/the-most-stressful-jobs-in-america.html

[3] https://www.topresume.com/career-advice/top-5-most-stressful-professions

W imię pieniędzy – MIROSŁAW USIDUS o służeniu Google’a i Facebooka cenzorom, dyktatorom i zamordystom

Uprawiające cenzorską samowolkę w Polsce globalne platformy są jednocześnie posłusznymi fagasami rządów domagających się wycinania politycznie niewygodnych treści. Można by powiedzieć, że Google i Facebook są konsekwentne – walczą z gwarantowaną przez polskie prawo wolnością słowa tak samo jak… w krajach walczących z wolnością słowa. Po prostu zawsze są przeciw wolności słowa. Ja to jednak nazwę hipokryzją, bo u nas cenzurują w imię mętnych „wartości” a gdzie indziej  dla kasy, by interes się kręcił.

 

Monsanto, firma agrochemiczna, która zyskała nieco kontrowersyjną sławę za sprawą pestycydów stosowanych w rolnictwie i GMO, nie tylko włożyła w ostatnich latach wiele wysiłku w dyskredytowanie śledztw dziennikarskich w mediach, ale też dobrze płaciła Google’owi za tłumienie niewygodnych materiałów w wyszukiwarce.

 

   Carey Gillam, dziennikarka firmy Reuters, kilka lat temu napisała wiele artykułów o skutkach zdrowotnych stosowania produktów Monsanto. W ramach „zarządzania kryzysem” firma nie tylko publikowała w mediach artykuły podważające ustalenia dziennikarki, ale jak twierdzi „The Guardian” zapłaciła Google’owi sporo pieniędzy za promowanie w wyszukiwarce linków do materiałów, które kwestionują ustalenia Gillam. Niby to ciągle owo „zarządzanie kryzysem komunikacyjnym”, ale pozostaje nieprzyjemne wrażenie, że ludzie oczekujący obiektywnych wyników wyszukiwania w Internecie zostali zmanipulowani. I Google wziął za to forsę.

 

Gdy Carey  Gillam w 2017 roku przygotowywała się do wydania swojej książki pt. „Whitewash: The Story of a Weed Killer, Cancer, and the Corruption of Science”, Monsanto jak donosił „The Guardian” była w stanie pełnej mobilizacji. Przygotowała plan składający się z 23 kroków, neutralizujących wymowę faktów zgromadzonych przez Gillam. Wśród tych działań było m. in. pozycjonowanie w Google strony internetowej, przygotowanej przez krytykowaną korporację, która miała się w Google ukazywać jako  pierwszy wybór, gdy ludzie wyszukiwali nazwisko „Gillam”. A zatem ludzie szukali niewygodnych dla Monsanto informacji i dostawali stronę przygotowaną przez Monsanto. A Google na to pozwalał, bo, jak twierdzi „Guardian”, dostał za to pieniądze.

 

Stare google’owe hasło „Don’t be evil” (najlepiej chyba przetłumaczyć na „Nie czyń zła”) brzmi w tym kontekście jak złośliwy dowcip. Jednak Google wciąż na pokaz ma usta pełne frazesów i zawsze gotowa jest pouczać każdego dookoła, co jest w Internecie właściwe. I cenzurować, banować, manipulować wynikami wyszukiwania, bez mrugnięcia okiem przekonując, że reprezentuje „standardy” i etykę nigdy dotychczas w biznesie i w mediach niespotykaną.

 

Google zrobi dla was wszystko, cenzorzy i dyktatorzy

 

Piękną historią obłudy i lawiranctwa jest historia Google w Chinach. Wyszukiwarkowy potentat operując w tym kraju przestrzegał chińskiej polityki cenzury w Internecie, znanej pod hasłem „The Great Firewall of China” do marca 2010 roku. Wyniki wyszukiwania na Google.cn były filtrowane, aby nie zawierały wyników postrzeganych jako szkodliwe dla Chińskiej Republiki Ludowej. Google tłumaczył, że cenzura jest konieczna, aby powstrzymać rząd chiński przed całkowitym zablokowaniem Google’a, co miało wcześniej już miejsce w 2002 roku. Narracja Google’a była trochę jak tłumaczenia komunistów zainstalowanych przez ZSRR po II wojnie w Polsce – „lepiej, że my was uciskamy, niż mieliby to robić bezpośrednio Sowieci”.

 

Wielu chińskich użytkowników Internetu jednak nie doceniało tego niesłychanego „poświęcenia” Google’a i krytykowali „nie czyniącą zła” wyszukiwarkę za współpracę z chińskim rządem w represjonowaniu obywateli ChRL, szczególnie tych, którzy sprzeciwiają się rządowi i opowiadają się za prawami człowieka. Co więcej, postawa Google została oficjalnie potępiona i określona jako hipokryzja przez Ruch Wolnych Mediów,  Reporterów bez Granic, Human Rights Watch i Amnesty International.  W marcu 2010 r., po tym jak rozmowy z władzami chińskimi nie doprowadziły do porozumienia, firma przeniosła swoją usługę Google China do Google Hong Kong, która znajdowała się poza jurysdykcją chińskich przepisów. Według wielu raportów, strona ta jednak także jest cenzurowana.

 

Kolejny krok w tym kontredansie nastąpił w ubiegłym roku, gdy ujawniono, że Google pracuje nad specjalną wersją swojej wyszukiwarki do użytku w Chinach, która miałaby cenzurować treści zgodnie z ograniczeniami nałożonymi przez rząd chiński. Projekt ten był znany pod kryptonimem Dragonfly. Wzbudzał on oburzenie nie tylko ludzi spoza firmy ale również wielu pracowników Google’a. Ostatecznie został zawieszony. Czas pokaże, czy na zawsze, bo z Chin wciąż dochodzi do wrażliwych na dochody google’owych nozdrzy, kusząca woń wielkiego biznesu na ogromnym chińskim rynku.

 

Inny wielki rynek – indyjski – też jakoś czyni Google’a potulnym i dyspozycyjnym. W 2016 r. tamtejsze Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej ujawniło, że Google zgodziło się na cenzurowanie wyników wyszukiwania i reklamy dotyczącej badań płci dzieci nienarodzonych, co jest nielegalne w Indiach.

 

Już badanie opublikowane w 2002 r. wykazywało, że Google usuwa setki stron z niemieckiej i francuskiej wersji wyszukiwarki. Oczywiście chodziło o neonazistów, antysemitów, islamskich ekstremistów, ale też co najmniej jedną stronę internetową „fundamentalistów chrześcijańskich”. Oczywiście w Niemczech Google na żądanie rządu cenzuruje również pornografię. Cenzura polega na usuwaniu stron z wyników wyszukiwania.

 

W marcu 2018 r. Google usunął z listy wyników wyszukiwania w Szwecji stronę, po tym jak w tamtejszych mediach rozpętała się kampania krytyki przeciw Google, YouTube i Facebookowi. Prym wiodły tabloid „Expressen” i dziennik „Dagens Nyheter”. Usunięta strona zawierała akcenty antysemickie, ale również krytykowała wydawnictwo Bonnier Group i jego przemożny wpływ na opinię publiczną. Smaczku sprawie dodaje fakt, że grupa Bonnier jest właścicielem gazet, które atakowały platformy internetowe. W dodatku treści publikowane na stronie są w Szwecji całkowicie legalne. A więc Google cenzurował treści nie na podstawie przepisów prawa tylko lobbingu medialnego. Ministrowie szwedzkiego lewicowego rządu stanęli po stronie mediów domagających się pozaprawnej, politycznej cenzury i zagrozili Google’owi konsekwencjami. Google ostatecznie usunął stronę w Szwecji z wyników wyszukiwania, znajdując pretekst w postaci roszczeń dotyczących praw autorskich.

 

W kwietniu 2018 r. przedstawiciele Google wziął udział w spotkaniu z fanami cenzury politycznej z lewicowego szwedzkiego rządu w celu „omówienia roli firmy wyszukiwawczej w krajobrazie medialnym”. Google zgodził się dopracować swoje algorytmy, a także zatrudnić więcej pracowników, aby upewnić się, że „groźby i nienawiść” (hot och hat) zostaną wyeliminowane z wyszukiwarki Google i filmów na YouTube. Oczywiście są to działania w żaden sposób nie związane w orzecznictwem sądów, a Szwecja wciąż jest na czele przeróżnych rankingów w sferze wolności mediów, ale to już inna historia.

 

O podwójnych standardach należącego do Google YouTube można by długo. Przypomnijmy kilka najbardziej charakterystycznych historii. We wrześniu 2007 r. YouTube na żądanie władz egipskich zablokował konto egipskiego działacza Waela Abbasa, który zamieścił tam nagrania wideo na temat brutalności policji, nieprawidłowości w wyborach i antyrządowych demonstracji pod rządami reżimu Mubaraka. Wkrótce potem jego konto zostało przywrócone. Ale nie każdy miał takie szczęście

 

Zwłaszcza, że niedemokratyczne rządy miały prosty bat na łase na odsłony i dochody platformy. W 2006 r. Tajlandia zablokowała dostęp do YouTube po tym jak zidentyfikowano dwadzieścia „obraźliwych” filmów wideo, które nakazano usunąć. W 2007 r. turecki sędzia nakazał zablokowanie YouTube w kraju ze względu na nagrania wideo obrażające Mustafę Kemala Atatürka.  W lutym 2008 r. pakistański urząd ds. telekomunikacji zakazał działalności YouTube w tym kraju, co, nawiasem mówiąc, przypadkowo zablokowało dostęp do serwisu na całym świecie na kilka godzin. Zakaz został zniesiony po tym, jak YouTube usunął kontrowersyjne komentarze dotyczące islamu, wygłoszone przez urzędnika holenderskiego rządu!

 

Można? Można. YouTube służy i słucha cenzorów i dyktatorów. Potrzebny tylko bat.

 

W 2016 roku YouTube uruchomił specjalną zlokalizowaną pakistańską wersję swojej strony internetowej dla użytkowników w Pakistanie, na której cenzuruje treści uznane przez rząd pakistański za bluźniercze. Zasady cenzury zostały spisane w specjalnej umowie serwisu z rządem Pakistanu. W rezultacie władze tego kraju zniosły zakaz korzystania z YouTube.

 

Facebook reaguje na komendę – „służyć!”

 

Wymieniany zwykle w parze z Google’m serwis Facebook ma może trochę mniej pretensji aby być wyznacznikiem standardów etycznych. Hipokryzji przedstawicielom tej platformy jednak również nie brakuje. Gdy z gębami pełnymi frazesów o „tolerancji”, „mowie nienawiści” „zwalczaniu fake newsów” łamią zasady wolności słowa, choćby w Polsce, w krajach, w których demokracji i wolności jest tyle co kot napłakał, przyjmują postawę posłusznego pieska, który natychmiast reaguje na komendę: „Służyć!”.

 

W lipcu 2018 r. grupa kilkunastu amerykańskich kongresmanów z obu partii wysłała list do prezesa Facebooka Marka Zuckerberga (również do prezesa Google Sundara Pichai), wzywając ich do odrzucenia żądań rządu wietnamskiego dotyczących usunięcia publikacji „niesłusznych” politycznie. Wprowadzane wówczas w Wietnamie prawo nakładało na firmy internetowe, takie jak Facebook i Google, obowiązek usunięcia treści w ciągu 24 godzin od otrzymania wniosku od rządu. Amerykańscy parlamentarzyści szczególnie zaniepokojeni byli cenzurowaniem kont Wietnamczyków z amerykańskim obywatelstwem. „Jeśli rząd wietnamski zmusza wasze firmy do pomocy i podżegania do cenzury, jest to problem, który należy podnieść na szczeblach dyplomatycznych”,  pisali kongresmani. Jednak Facebook, co pokażą dalsze przykłady, nie potrzebuje obrony ze strony instytucji dyplomatycznych i demokratycznych. Po prostu jest gotów słuchać poleceń zamordystów, zwłaszcza, gdy ci dają zarobić.

 

W 2016 r. Mark Zuckerberg był cały w skowronkach na temat swoich ciepłych relacji z chińskimi liderami, w tym z przewodniczącym KPCh Xi Jinpingiem. Wielokrotnie odwiedzał ten kraj, aby spotkać się z najwyższymi oficjelami odpowiedzialnymi za Internet. Uczył się nawet mandaryńskiego. Jak informowali obecni i byli pracownicy Facebooka, sieć społecznościowa bez rozgłosu przygotowywała oprogramowanie, które służyć miało do tłumienia postów w określonych obszarach geograficznych. Chodziło głownie o Chiny, wielki rynek, gdzie sieć społeczna była (i jest) blokowana. Z tych informacji wynika, że dla wielkiego rynku w państwie środka i wielkiej forsy z tego wynikającej, Zuckerberg był gotów występować w roli podwykonawcy rygorystycznej chińskiej cenzury politycznej.

 

W Turcji, Indiach, Pakistanie i Maroku Facebook rutynowo cenzuruje komentarze na zamówienie polityczne władz. Ściśle współpracuje też z rządem Izraela. A społecznościowe grupy palestyńskie są tak represyjnie blokowane, że powstał nawet specjalny hashtag, #FbCensorsPalestine, sygnujący treści dotyczące współpracy Facebooka w rządem Izraela. Na żądanie władz Myanmaru Facebook masowo usuwał posty ofiar rzezi muzułmańskiej mniejszości etnicznej muzułmanów (znanej jako Rohingya).

 

W Europie Facebook też słucha rządów domagających się cenzurowania treści. W czerwcu 2017 r. niemiecka policja najechała dziesiątki domów osób podejrzanych o obraźliwe posty w mediach społecznościowych. Jak podawał „The New York Times”, było to połączone z rewizjami w mieszkaniach i przesłuchaniami. Na polecenie władz niemieckich Facebook usunął wtedy dziesiątki tysięcy materiałów na platformie i od tego czasu posłusznie regularnie usuwa ich coraz więcej. Podobne żądania ma rząd Wielkiej Brytanii, a Facebook słucha go i mu służy.

 

Nie nienawiść do religii, lecz nienawiść do wolności

 

   A teraz pomyślmy o pewnym kraju nad Wisłą, w którym, według niektórych opinii, zagrożona jest demokracja i praworządność, a który walczy z Google’m i Facebookiem o to, by platformy przestrzegały wolności słowa, gwarantowanej przez jego Konstytucję. Gdy YouTube wycina filmy z wypowiedziami przedstawicieli Kościoła i komentatorów na temat LGBT, to, czy robi coś dokładnie przeciwnego do swojej posłusznej islamskim duchownym polityki w Pakistanie, czy też może jest konsekwentne? I tu i tam jest przeciw wolności.

 

I w dodatku jego działania na obszarze Polski są, przynajmniej wedle mojej opinii, niezgodne z prawem. Pisałem niedawno o procesie wytoczonym Facebookowi przez Macieja Świrskiego. W interesie znacznie większej społeczności niż społeczność Facebooka, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Wcześniej komentowałem umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Nie mam jednak przekonania czy owa umowa w jakikolwiek skuteczny sposób bronić będzie polskiego prawa i gwarantowanych w nim wolności. Mam nadzieję, że polskie władze stać na twarde postawienie sprawy, tak jak zrobiły to Indie, Turcja czy Pakistan, albo też Niemcy czy Szwecja. Tylko, że w naszym przypadku byłoby to twarde postawienie sprawy nie w imię cenzury i ograniczeń wolności, lecz w obronie wolności słowa. Zablokować Facebooka i YouTube, dopóki nie zaniechają cenzury politycznej? Dlaczego nie? Bylibyśmy pierwsi na świecie.

 

Właściwie jedynym rządem, o którym wiem, że ma podobne podejście jest administracja prezydenta Trumpa w USA. Działania w ojczyźnie gigantów internetowych będą mieć znaczenie dla wszystkich na całym świecie, pod warunkiem, że coś w ogóle tam zajdzie. Według doniesień mediów, Biały Dom opracował projekt rozporządzenia wykonawczego w celu rozwiązania problemu  cenzury politycznej i skrzywienia antyprawicowego Big Tech, które widoczne jest jak na dłoni nawet dla ślepego.

 

Jaki ostatecznie ten akt będzie miał kształt i czy  ogóle wejdzie w życie, jest niejasne. Paradoksalnie, choć intencją Trumpa jest występowanie w imię pierwszej poprawki do amerykańskiej konstytucji mówiącej o wolności słowa, narzucanie przez rząd prywatnym platformom czegokolwiek, nawet wymogu przestrzegania wolności słowa, może być uznane za naruszenie amerykańskiej konstytucji. Jest jeszcze prawo z 1996 roku o nazwie „Communication Decency Act”, która zarówno chroni platformy internetowe przed odpowiedzialnością za treści zamieszczane przez ich użytkowników, jak i upoważnia firmy do usuwania treści bez obawy przed odpowiedzialnością. To podstawa swobody Google’a i Facebooka w zarządzaniu treściami, czyli także w politycznym cenzurowaniu.

 

Pozornie wydaje się, że YouTube zablokowało homilię arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, bo nie jest islamskim mułłą. Ale, gdyby się głębiej zastanowić, to nie. Przecież w Pakistanie, gdzie YouTube Google’a „służy”, gdyby mułła będący związany z rządem nakazał wycięcie kazania innego mułły, który mu się nie podoba, to posłuszne YT by to natychmiast zrobiło.

 

Prawdziwą przyczyną jest więc tak naprawdę to, że Google, właściciel YouTube, ma całkowicie gdzieś wolność, liczy się tylko z siłą i pieniędzmi. A jedynym dylematem, jaki przeżywa, jest szukanie skutecznego sposobu ukrycia faktu, że wolność nie ma dla tych hipokrytów żadnego znaczenia. A ponieważ ma pieniądze, może zapłacić za ukrywanie tego faktu. Na szczęście coraz słabiej mu to idzie.

 

Mirosław Usidus

Prawda nie jest mową nienawiści – ks. MARIUSZ FRUKACZ o cenzurze w social mediach

Media społecznościowe stały się w naszych czasach naturalną przestrzenią komunikacji. Takie portale, jak YouTube, Facebook i Twitter cieszą się ogromną popularnością. Niestety, niektóre z nich stały się rajem dla lewicowych cenzorów.

 

 

Rozwój technologii cyfrowych spowodował coraz większą dostępność do treści i demokratyzację. Przez formuły multimedialności media społecznościowe zmieniły sposób myślenia i styl życia współczesnego człowieka. Łączą one w dzisiejszych czasach miliardy ludzi na całym świecie. Jak zauważa w jednym ze swoich felietonów Jan Maria Jackowski „media społecznościowe mają zatem istotny wpływ na rzeczywistość. Mogą w nich być zamieszczone treści pozytywne, dobre, ale mogą być również treści oraz przekazy negatywne, złe, które niekiedy bywają wykorzystywane do propagandy i dezinformacji, szerzenia niechęci czy nienawiści” (zobacz tutaj).

 

Znikające treści

 

Od pewnego jednak czasu portale takie jak: YouTube, Facebook i Twitter  stosują przedziwną politykę, gdzie kluczem jest pojęcie „mowa nienawiści”, które jest rozumiane w szczególny, jak się okazuje, sposób. W ostatnim czasie było kilka głośnych przypadków zablokowania treści konserwatywnych przez serwis YouTube. Przeciwko takim działaniom stanowczo protestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. I tak m.in. portal YouTube usunął dwa odcinki programu „Wierzę” Pawła LisickiegoPiotra Miśki, emitowanego w telewizji internetowej wSensie.tv . W nagraniach wyjaśniano nauczanie Kościoła katolickiego na temat ideologii ruchu LGBT. Według pracowników serwisu miały one rzekomo szerzyć „mowę nienawiści”. Kanał został zablokowany na trzy miesiące. Z informacji podanych przez serwis wynika, że platforma YouTube przywróciła administratorowi kanału możliwość publikacji filmów, mimo że ostrzeżenia dotyczące „szerzenia mowy nienawiści” wobec katolickiego programu „Wierzę” nie zniknęły.

 

 

Blokada wSensie.tv nie jest jedyna w ostatnim czasie. Doszło m.in. do zawieszenia, a następnie zamknięcia przez YouTube kanału telewizji wRealu24.pl oraz usunięcia i zawieszenia stron Kai Godek na portalach Facebook i Twitter. Usunięte również zostało z kanału YouTube kazanie abp. Marka Jędraszewskiego. 5 sierpnia profil Radia Maryja na YouTube otrzymał tzw. pierwsze ostrzeżenie za zamieszczenie na nim homilii abp. Marka Jędraszewskiego, którą wygłosił w kościele Mariackim w Krakowie z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Po protestach m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich kazanie zostało przywrócone, a YouTube przyznał, że usunięcie z profilu Radia Maryja kazania abp. Marka Jędraszewskiego nastąpiło wskutek błędu. Serwis przywrócił też zablokowany wcześniej kanał Telewizji wRealu24.

 

 

Wolność słowa dla wybranych

 

„Mowa nienawiści” stała się wygodnym kryterium do usuwania niewygodnych treści. Takie można odnieść wrażenie, gdy obserwuje się to, co się dzieje w mediach społecznościowych. W mediach tych mamy bowiem do czynienia z jawnym naruszeniem wolności i siłową próbą wprowadzenia cenzury wśród obywateli. Z podobną próbą cenzury użytkownicy mediów społecznościowych zetknęli się już kilka lat temu na Facebooku. Publicysta „Niedzieli” Artur Stelmasiak komentował już w 2016 r., że w tym samym czasie, gdy kasowane były plakaty nawiązujące do polskiej historii i religii, na których zapraszano na legalną manifestację w święto niepodległości, strony facebookowe propagujące zakazany w Polsce zbrodniczy system komunistyczny miały się bardzo dobrze. Administratorom Facebooka nie przeszkadzało propagowanie faszystowskiego lub komunistycznego ustroju państwa. Warto przypomnieć, że w  art. 256 ust. 1 Kodeksu karnego czytamy: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

 

Ograniczanie wolności słowa według facebookowego czy youtubowego widzimisię, może być poważnym zagrożeniem dla demokracji. „Stosowanie represji wobec wolności słowa ma jednak stałą tendencję. Z jednej strony katolickie i konserwatywne poglądy na Facebooku są rugowane, a z drugiej wartości chrześcijańskie i uczucia religijne mogą być bezustannie obrażane. Przykładem tego są profile w ohydny sposób zniesławiające św. Jana Pawła II, na które było już setki doniesień, a administratorzy Facebooka twierdzą, że jest on zgodny z ich standardami. A przecież wystarczy użyć słowa homolobby, aby znaleźć się na celowniku” – pisał Artur Stelmasiak, publicysta i komentator „Niedzieli” (zobacz tutaj).

 

 

Wydaje się, że media społecznościowe stały się rajem dla cenzorów o poglądach lewicowych. Stały się one tak naprawdę narzędziem walki o kształt polskiej wolności i demokracji. I gdybym ten mój artykuł zamieścił na którymś z portali społecznościowych, może zostałby on oceniony jako „mowa nienawiści”. Czy fakty i prawda to naprawdę „mowa nienawiści”?

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…- ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak przed laty było normalnie

Cyfrowe archiwa zastąpiły dzisiaj w większości te papierowe. Zaleta jest taka, że grzebiąc w starociach, nie pokrywamy sobie palców kurzem. No i łatwiej jest utrzymać porządek w wirtualnych teczkach za pomocą dat, tagów i tytułów. Jedno się nie zmieniło: nadal w starych tekstach, dokumentach czy fotografiach można natrafić na rzeczy ciekawe, nawet zaskakujące.

 

Szukając ostatnio czegoś całkiem innego w cyfrowych czeluściach dysków twardych mojego komputera, trafiłem na jedenaście zdjęć sprzed ponad 12 lat, umieszczonych w folderze „Debata Kaczyński-Tusk 2007”. Ta debata odbywała się 21 marca w redakcji „Faktu”, gdzie wówczas pracowałem. Prowadziłem ją wspólnie z ówczesnym redaktorem naczelnym Grzegorzem Jankowskim. Kto robił zdjęcia – nie wiem. Nazwisko nie jest zachowane w metadanych plików.

 

Debata zaplanowana była chyba – jak wskazywałyby godziny zrobienia zdjęć – na 16. Godziny zdjęć pokazują też, że Donald Tusk przyjechał trochę przed czasem, jednym samochodem. Towarzyszył mu tylko doradca do spraw wizerunku Maciej Grabowski (widać go na jednym ze zdjęć).

 

   Jarosław Kaczyński natomiast chwilę się spóźnił. Był wtedy premierem, więc wizytę poprzedziła kontrola BOR, a konwój rządowych aut przyjechał do biurowca przy Domaniewskiej (tego samego, gdzie wciąż mieści się siedziba Ringier Axel Springer) na sygnale. Był z nim Jan Dziedziczak, wtedy rzecznik rządu (także jest na jednym ze zdjęć).

 

Rozmowa odbywała się w gabinecie naczelnego, jedynie w gronie czterech osób. Na stole kwiaty, filiżanki, ciasto, woda mineralna. No i dyktafony, na wszelki wypadek aż trzy. Goście usiedli na obszernej kanapie, ale w pewnym od siebie oddaleniu. My z Grześkiem na fotelach naprzeciwko.

 

Niestety, samego tekstu debaty w swoim komputerowym archiwum nie znalazłem. Prawdopodobnie spisywać ją musiał ktoś inny – w przeciwnym wypadku miałbym ten plik u siebie.

 

Na zdjęcia z tego wydarzenia trafiłem wkrótce po tym, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił, że jest otwarty na debatę z Jarosławem Kaczyńskim. Takiej debaty oczywiście nie będzie – to jest zapewne dla wszystkich jasne. Kaczyński jej do niczego nie potrzebuje, mniejsi gracze natychmiast zgłosiliby pretensje, że ich w niej nie ma, a gdyby byli – debata zmieniłaby się przecież w bezsensowną wymianę krótkich przytyków. Nikt zresztą dzisiaj nawet specjalnie takiej debaty liderów obozów politycznych nie potrzebuje. Zwolennicy jednych i drugich są okopani na swoich pozycjach, media elektroniczne są w większości tak mocno po jednej lub drugiej stronie, że uzgodnienie wspólnych warunków spotkania – gdyby miało być transmitowane jednocześnie na kilku antenach – wydaje się niemożliwe. Gazety są w tej konkurencji w ogóle bez szans. Nie ma zapotrzebowania, atmosfery, możliwości, a ze strony Schetyny był to tylko rutynowy i w sumie mało istotny chwyt piarowy. Za brakiem odpowiedzi ze strony PiS nie poszło standardowe pokrzykiwanie, że „Kaczyński tchórzy”, bo nawet twardzi antypisowcy nie uznaliby przecież, że o to tu chodzi.

 

Zdjęcia z debaty „Faktu” sprzed 12 lat opisać by dziś można klasycznym tekstem, rozpoczynającym kolejne filmy z cyklu „Gwiezdnych wojen”: „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”.

 

Co było wtedy inaczej? Dlaczego wtedy takie spotkanie było możliwe, a dzisiaj nie jest?

 

Można by o tym napisać długi esej. W największym skrócie zaś przyczyny są następujące.

 

   Po pierwsze – istniało wtedy naturalne oczekiwanie, że przywódcy najważniejszych partii się spotkają i będą rozmawiać. Tak po prostu, bez wyborczego pretekstu, bo przecież był to dopiero marzec i nikt sobie nie wyobrażał, że na jesieni dojdzie do przyspieszonych wyborów, których skutkiem będzie przejęcie władzy przez Platformę na bite osiem lat. Organizowania takich spotkań oczekiwano oczywiście od mediów.

 

   Po drugie – „Fakt” jako miejsce spotkania był do zaakceptowania dla obu stron. Dziś ten dziennik jest traktowany przez PiS jak wróg (jak zresztą właściwie każde medium niebędące jednoznacznie po stronie obecnej władzy), ale wtedy Kaczyński miał na świeżo w pamięci, że to właśnie „Fakt” (o czym pisałem jakiś czas temu na portalu SDP) rozbił monopol „Gazety Wyborczej” i choć bywał dla pierwszego rządu PiS trudny, to zarazem nie był uznawany za medium wrogie.

 

   Tusk z kolei rozumiał, że to dobry do rozmowy, neutralny grunt, a w dodatku gazeta, której ogromnej liczby czytelników nie można lekceważyć.

 

   Po trzecie – i to jest być może najważniejsze – nie był to jeszcze czas, gdy w polityce chodziło o to, żeby się pozabijać. Oczywiście nie dosłownie, ale symbolicznie. Owszem, minęły wtedy dopiero dwa lata od momentu spektakularnego upadku koncepcji PO-PiS, ale wciąż poziom wzajemnych negatywnych emocji był kilkakrotnie niższy niż dzisiaj. Co oczywiście przekładało się na media i ich sytuację w tym konflikcie.

 

Można oczywiście skończyć w tym miejscu i poprzestać na zwykłym opisie sytuacji: kiedyś było tak, teraz jest inaczej; kiedyś się dało, dzisiaj się nie da. Tak po prostu jest.

 

A jednak to byłoby niepostawienie kropki na „i”. Żeby ją postawić, trzeba napisać, że wtedy było, jak było, ale było normalniej. Stanem normalnym jest to, że niepałający do siebie sympatią, nawet niemający do siebie zaufania dwaj liderzy polityczni są w stanie spotkać się w redakcji gazety, której żaden z nich nie uważa za przyjazną sobie – i w tej redakcji rozmawiać o tym, co uważają za istotne.

 

To, co dzieje się dzisiaj – brak chęci do jakiejkolwiek rozmowy, brak oczekiwania, że do niej dojdzie, traktowanie mediów jako pasów przekaźnikowych dla partyjnych przekazów – to jest nienormalne.

A jednak jest iskra nadziei. Co ciekawe – z tego samego źródła, o którym wspominam na początku. Oto bowiem „Fakt” coraz wyraźniej powraca do swoich dawnych tradycji zderzania ze sobą różnych poglądów i dawania im pola do dyskusji. Zaproszenie do współpracy Tomasza Lisa z jednej strony, a Rafała Ziemkiewicza z drugiej jest wyłomem w jednostronnym (w wariancie awersu i rewersu) krajobrazie medialnym. Dwaj koryfeusze dwóch skrajnie różnych spojrzeń na Polskę obecni na jednych łamach – a prócz tego wielu innych ciekawych publicystów, w tym nieoczywistych. Projektowi odbudowy przez nową naczelną dziennika, Katarzynę Kozłowską, otwartej agory, jaką był przez wiele lat dział Opinii „Faktu”, bardzo kibicuję. Nie tylko dlatego, że takich miejsc jest dziś bardzo niewiele, ale też dlatego, że to przypomnienie, na czym polega debata. Oraz pokazanie, że wbrew wszystkiemu można dla niej wciąż znaleźć miejsce.

 

Łukasz Warzecha

Biznes i misja – MIŁOSZ KLUBA o pasji tworzenia nowego magazynu

Mieli pasję, po dziewięć tysięcy na inwestycje i praktycznie żadnej wiedzy o wydawaniu gazety. Zaczęli robić czasopismo. Takie, które sami chcieliby kupować. 

 

Pomysł na poświęcony „kreatywnej edukacji” magazyn pojawił się… w szkole. MarcinAleksandra Sawiccy prowadzą kilka szkół wykorzystujących metodę Montessori oraz współpracują z rodzicami, którzy swoje dzieci chcą uczyć w domu samodzielnie. Wydawane regularnie pismo początkowo miało być pomocą właśnie dla nich. Do zespołu dołączyła ekipa podcastu „Więcej niż edukacja”, poświęconego edukacji domowej. Spotkania, podczas których klarowała się wizja „Kredy” trwały kilka miesięcy. – Zależało nam, żeby było to profesjonalne czasopismo, dostępne w całej Polsce, w szerokiej dystrybucji, żeby to nie miało charakteru szkolnego biuletynu – opowiada Jan Pleti, dyrektor wydawnictwa Inspiredu.

 

Nie bez znaczenia był też fakt, że magazyn ma na siebie zarobić – i to przede wszystkim dzięki sprzedaży, a nie reklamom. – Założyliśmy, że reklam nie będzie zbyt dużo i że nie będziemy reklamowali niczego, czego sami byśmy nie polecili – mówi Rafał Marszałek, również członek zespołu „Kredy”. – Jeśli miałby się pojawić np. artykuł sponsorowany, to powinien on być wyraźnie oznaczony – dodaje Jan Pleti.

 

Więcej niż podręczniki 

 

– Chcemy pokazywać, że edukacja może być piękna, że w każdym dziecku, ale i w każdym z nas drzemie ogromny, często niewykorzystany potencjał. Pragniemy porywać ludzi do pasji, rozwijania talentów, nieustannego poszukiwania – opowiada Agnieszka Pleti, redaktor naczelna „Kredy”, współprowadząca wraz z Anną Marszałek podcast „Więcej niż edukacja”. Podtytuł „magazyn kreatywnej edukacji” miał zwracać uwagę właśnie na to, że „edukacja jest znacznie bardziej złożona niż tylko szkolne podręczniki”. – Teraz odchodzimy od tego hasła, bo za bardzo narzucało ono wielu ludziom skojarzenie z pracami kreatywnymi dla małych dzieci – przyznaje Agnieszka Pleti.

 

Jak podkreśla, redaktorów „Kredy” łączy to, że wszyscy są pasjonatami edukacji –  sami uwielbiają się uczyć, odkrywać nowe obszary wiedzy i działania. – Nakręca nas również zachwyt nad tym, co robią inni. Wszyscy kochamy innych ludzi i uwielbiamy pochylać się nad ich pasjami, talentami, często tymi prostymi, ale wymagającymi oddania serca – mówi redaktor naczelna.

 

Na własnych błędach

 

Zanim ukazał się pierwszy numer „Kredy” członkowie redakcji musieli się nauczyć właściwie wszystkiego o wydawaniu pisma. Dziś wspominają np. jak przeglądali inne czasopisma na półkach, by znaleźć takie, które im się spodobają i dowiedzieć się, co decyduje o udanym projekcie magazynowego layoutu. Po tym rozeznaniu stworzenie makiety zlecili profesjonalnemu grafikowi, dystrybucję zewnętrznej firmie (magazyn można dostać m.in. w Empiku oraz w sklepie internetowym wydawnictwa). O artykuły poprosili specjalistów z branży edukacyjnej i praktyków, poznanych m.in. przy okazji prac nad podcastem. – Zależy nam, żeby współpraca z nami była satysfakcjonująca dla piszących również pod względem finansowym. Często jednak spotykamy się z pozytywnym zaskoczeniem autorów, którzy nie spodziewali się gratyfikacji, bo piszą głównie z pasji i chęci dzielenia się swoją wiedzą – mówi Rafał Marszałek, dyrektor finansowy wydawnictwa i kierownik działu IT

 

Do tej pory ukazało się 10 wydań, poświęconych tematom takim jak książki, harcerstwo, edukacja filmowa, muzyczna czy sportowa. Były także numery poświęcone edukacji domowej i metodzie Montessori. Obecnie „Kreda” drukowana jest w nakładzie 3 tys. egzemplarzy. W miesiącu wydania sprzedaje się połowa nakładu. Resztę można kupić jako numer archiwalny (są chętni, bo teksty i tematy pozostają aktualne). Co miesiąc kilkaset sztuk sprzedaje się w wersji elektronicznej, która tak jak wydanie drukowane kosztuje 24,90 zł. – Nasze założenie było proste – płaci się za treść, a treść jest taka sama – tłumaczy Rafał Marszałek.

 

Sprzedaż jest wciąż za mała, by przychody pokryły koszty i zapewniły rezerwę na inwestycje, a w przyszłości zwrot wkładu i zysk dla inwestorów. – Na razie uczymy się na własnych błędach i za własne pieniądze – przyznaje Jan Pleti. Właściwie można to rozumieć dosłownie, bo inwestorzy to po prostu grupa siedmiu znajomych, którzy po równo (9 tys. zł) zrzucili się, by założyć własne pismo.

 

Za dużo czytania

 

Do tego, by można było spokojnie działać potrzebna byłaby sprzedaż na poziomie 5 tys. egzemplarzy. – Wierzymy, że w Polsce jest więcej niż kilka tysięcy osób, które są zainteresowane tematyką edukacji i które byłyby skłonne kupić nasz magazyn – przekonuje Jan Pleti. – Nie poddajemy się, bo „Kreda” ukazuje się dopiero od niespełna roku, a dla nas to nie tylko biznes, ale również misja – podkreśla.

 

Jan Pleti wspomina także telefoniczne rozmowy z kilkoma osobami, które po pół roku zrezygnowały z prenumeraty. – Chciałem zrozumieć, czy to był jakiś nasz błąd techniczny, czy mają może jakieś zastrzeżenia. Wyszedłem z założenia, że jeśli ktoś wydał, licząc z przesyłką, jakieś 150 zł na sześć numerów naszego magazynu, to ma prawo się wypowiedzieć – wspomina. – Okazało się, że niektórzy po prostu zapomnieli odnowić prenumeratę, ale była jedna czytelniczka, która nie kryła swojej irytacji, nie ponowiła zakupu ponieważ treści jest tak dużo, że nie starczyło jej czasu na przeczytanie wszystkich numerów – wspomina dyrektor Inspiredu.

 

Obecnie redakcja przygotowuje dla swoich czytelników obszerną ankietę, by dowiedzieć się „co najbardziej pomaga naszym czytelnikom, a co jest zbędne według nich w magazynie”.

 

Agnieszka Pleti dodaje, że nie brakuje pozytywnego feedbacku od czytelników „Kredy”.

– Piszą, że artykuły pomagają im, wprawiają w zachwyt i inspirują do działania. Prenumerują nas również biblioteki uniwersyteckie co samo w sobie jest dla nas dużym zaskoczeniem i radością – opowiada. – Szczerze powiedziawszy, to komunikat zwrotny, jaki dostajemy, przerósł nasze  oczekiwania – przyznaje.

 

Na taką opinię pracuję m.in. autorzy. – Wielu z nich to bardzo wartościowi ludzie, którzy często nie publikowali nigdzie swoich tekstów. My wyciągamy na światło dzienne prawdziwe perełki, ale takie żywe – cieszy się Agnieszka Pleti. – Piszą o życiu, o tym co dzieje się w ich rodzinach, w ich szkołach, w ich pracy i myślę, że to, co urzeka najbardziej, to właśnie ich pełne mądrości spojrzenie. No i oczywiście umiejętność podzielenia się tym z innymi – wyjaśnia.

 

Miłosz Kluba

Druga pensja – TOMASZ PLASKOTA o korupcji wśród dziennikarzy

Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o – mówi Aleksander Majewski z portalu wPolityce.pl. Czy żurnaliści stosują się do tej zasady?

 

– Obawiam się, że mniejsze, większe czy największe zjawiska korupcyjne są czymś powszechnym wśród dziennikarzy. Nastąpiła degeneracja środowiska – ubolewa dziennikarz portalu wPolityce.pl i telewizji wPolsce.pl Aleksander Majewski. – Mówi się o korupcji wśród urzędników czy korupcji wśród policjantów, chociaż w ostatnich latach nie jest to już tak poważny problem jak kiedyś, ale warto zwrócić uwagę na proceder korupcyjny wśród dziennikarzy – podkreśla.

 

Korupcję bez względu na jej rodzaj bardzo trudno udowodnić. Ale ona istnieje, także w środowisku dziennikarskim. Pieniądze za przychylne teksty, albo za pomijanie pewnych tematów są przekazywane w ramach legalnych umów. Dziennikarzom zajmującym się stykiem wielkiego biznesu i polityki proponuje się luksusowe wycieczki zagraniczne czy konto w banku, z którego można sfinansować zakup domu czy samochodu. Propozycje dostosowane są do wymagań konkretnego dziennikarza. – Przez korupcję rozumiemy sytuację, w której dziennikarz za napisanie określonej treści, czasem pozytywnej, a czasem negatywnej dostaje jakąś formę wynagrodzenia – definiuje problem redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki.

 

Czasem z propozycjami korupcyjnymi przychodzą znajomi. Wysyłający liczy, że dzięki temu skuteczniej dotrze do adresata i łatwiej go przekona. – Miałem wiele dziwnych propozycji. Najczęściej zgłaszał się ktoś znajomy, bo jak niektórzy mówią, „tylko ch…e nagrywają kolegów”. Nikogo więc nie nagrywałem, mówiłem tylko, że nie interesują mnie żadne propozycje – mówi były dziennikarz „Pulsu Biznesu”, obecnie pisarz Mariusz Zielke.

 

Dziennikarzom najczęściej oferuje się pieniądze.

 

– Jarosław Ziętara zginął, bo odrzucił propozycję przyjęcia pieniędzy. Tak twierdzili świadkowie na procesie. Pieniądze mieli mu zaproponować ludzie, których przemytnicze biznesy tropił i opisywał – wskazuje poznański dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 27 lat bada sprawę porwania i zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Dodaje, że nie miał żadnych propozycji korupcyjnych związanych ze sprawą Ziętary, ale otrzymywał groźby i był zastraszany. Z propozycją dodatkowego wsparcia finansowego spotkał się wielokrotnie dziennikarz śledczy Witold Gadowski. Proponowano mu określone pieniądze za napisanie artykułu na dany temat.

 

– Zwykle było to kilka lub kilkanaście tysięcy złotych za tekst – twierdzi wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i publicysta „Sieci”. – Odrzucałem jednak takie motywacje – podkreśla.

 

Jedna z anegdot ze środowiska dziennikarskiego mówi, że któryś z dziennikarzy zajmujących się ekonomią otrzymał propozycję łapówki. Kiedy usłyszał kwotę oburzony odpowiedział: „Nie będę schylał się po grosze”. Kiedy otrzymał dziesięć razy więcej, pieniądze przyjął. Ale to tylko miejska legenda.

 

Niektóre firmy i korporacje starają się dbać o to, żeby wszystkie teksty, które powstają na ich temat były pozytywne. Dbając o swoje dobre imię i walcząc o kontrakty ogromnej wartości uciekają się do łamania prawa. A dziennikarze chcąc zarobić więcej łamią i prawo, i zasady.

 

– To zdarzyło się w 1999 r. Już w pierwszym dniu pracy, kiedy zacząłem zajmować się branżą informatyczną w „Pulsie Biznesu” zgłosił się do mnie człowiek z międzynarodowej korporacji. Powiedział, że mój poprzednik był u nich na etacie, więc i mi proponuje współpracę. Za każdy tekst, w którym dobrze o nich napiszę, zaproponował mi drugą pensję. Byłem zszokowany. Od razu odmówiłem – wspomina Mariusz Zielke.

 

Propozycje korupcyjne trudno jednak udowodnić, bo wszystko robione jest w białych rękawiczkach. Nikt przecież nie przychodzi i nie mówi, że chce kogoś skorumpować. – Usłyszałem, że mają swoją gazetkę w której będą przedrukowywać moje teksty i za to będą mi wypłacać honorarium. Miałem dostawać drugie tyle co w gazecie. Wydaje mi się, że ta praktyka była powszechnie stosowana w mediach. Nie byłem wyjątkowym dziennikarzem, nikt mnie wtedy nie znał. Nie napisałem jeszcze żadnego tekstu na temat nowej branży – podkreśla autor pierwszego polskiego thillera finansowego zatytułowanego „Wyrok”. Temat korupcji w Polsce Zielke szerzej przedstawi w książce „Lobbysta”, która ukaże się we wrześniu.

 

Czasem pieniądze proponują osoby doprowadzone do ostateczności i pokrzywdzone przez los. Chociażby poszkodowani przez wymiar sprawiedliwości, czy przez banki szukają za wszelką ceną nagłośnienia swojej sprawy i walczą o sprawiedliwość. Nie jest to etyczne, ale trudno ich za to do końca winić.

 

– Osoba pokrzywdzona przez wymiar sprawiedliwości zapytała mnie, ile chciałbym pieniędzy za napisanie tekstu, w którym poruszyłbym jej problem. Zdziwiło mnie to i zapytałem dlaczego składa mi taką propozycję. Okazało się, że dziennikarze z ogólnopolskich redakcji, do których zwracała się z prośbą o pomoc, mówili, że zajmą się jej tematem. Ale mówili, że trzeba zapłacić, bo sprawa wiążę się z dodatkowymi kosztami. W końcu ta osoba trafiła do mnie i opisałem jej sprawę. Była zdziwiona, że zrobiłem swoje i nic za to nie chciałem. Oczekiwanie dodatkowej gratyfikacji jest obrzydliwe – mówi  Aleksander Majewski.

 

Dziennikarz może być urażony przekazaniem mu pieniędzy w kopercie. Może też ten fakt jakimś cudem udokumentować i narobić przychodzącemu z ofertą kłopotów. A przecież nikt ich nie chce. Można też takim zachowaniem „obrazić” dziennikarza. Lepiej więc zaproponować mu tajne konto, na przykład w banku szwajcarskim. – Mój informator, którego oceniam jako oficera polskich służb specjalnych, zaproponował mi w imieniu jednego z największych banków na świecie założenia konta w Szwajcarii. Mógłbym skorzystać z tego konta gdybym chciał sobie kupić dom, samochód czy jechać na luksusową wycieczkę – mówi Mariusz Zielke.

 

Oprócz pieniędzy pojawiają się również dobra materialne chociażby w postaci samochodów.

 

– Pod koniec lat 90. pracowałem w „Rzeczpospolitej”, wtedy jeden z szefów dużej wówczas sieci handlowej zaproponował mi napisanie historii dotyczącej jego konkurencji. Na zakończenie rozmowy powiedział mi: Jak pan to dobrze opisze, wyjedzie pan ode mnie samochodem – wspomina współprowadzący programu „Studio Polska” w TVP Info Jacek Łęski . – Drugie zdarzenie miało miejsce również w tamtym czasie. Firma Banpol kierowana przez Krzysztofa Suskiego sprzedawała różne, często zbędne rzeczy Poczcie Polskiej. Było to możliwe, ponieważ on korumpował szefów regionalnych oddziałów Poczty Polskiej. Podczas rozmowy z Suskim mówię, że jeżeli ktoś potrzebuje dwóch motocykli, a kupuje Renault Megane, to jest to nie w porządku. A on bardzo grzecznie odpowiedział mi: Panie redaktorze, jeżeli potrzebuje pan Renault Megane, nie ma żadnego problemu – śmieje się Łęski i dodaje, że nie skorzystał z propozycji przyjęcia auta. Historia Suskiego ukazała się na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” i od tamtej pory Łęski nie miał już propozycji korupcyjnych.

 

Pieniądze za pozytywne pisanie o nich albo na interesujące ich tematy proponują różne „instytuty”, które gromadzą samozwańczych ekspertów, a w rzeczywistości zajmują się promowaniem środowisk określonych przedsiębiorców. Niektóre z nich działają bardzo ofensywnie. Inspirują kampanie, nie zawsze bezpośrednio związane z ich celem. Służy to uwiarygadnianiu się i zdobywaniu przychylności w społeczeństwie.

 

– Zgłosił się do mnie przedstawiciel pewnego instytutu. Zaproponował pieniądze za napisanie i opublikowanie interesującego ich materiału. Pieniądze miały być przekazane na podstawie umowy o dzieło. Odmówiłem i powiedziałem, że są standardy, których trzeba przestrzegać. Reakcją był śmiech i słowa: o jakich standardach mówisz, przecież takie zachowania są na porządku dziennym. Usłyszałem, że wszyscy dziennikarze w tym kraju są po jakiejś stronie i wykonują czyjeś polecenia. Określenie się po danej stronie to jedno, ale sytuacja, w której dziennikarz podpisuje umowę z innym podmiotem niż własna redakcja czy wydawnictwo z którym współpracuje jest naganne. Propozycję złożyła mi osoba, która przedstawiała się jako dziennikarz i redaktor jednego z mediów. Nie chciałbym jednak wskazywać o kogo chodzi. Zastanawia mnie rola tego człowieka, bo z jednej strony występuje jako przedstawiciel określonego instytutu i konkretnego biznesmena, a jednocześnie, żeby było śmieszniej, przedstawia się jako dziennikarz – mówi Aleksander Majewski i podkreśla: – Mamy pomieszanie z poplątaniem. Ale niestety nikogo to specjalnie nie bulwersuje.

 

Granice w kontaktach z dziennikarzami przekraczają instytucje publiczne. Przykład? Proszę bardzo. Instytucja oferuje dziennikarzowi umowę o dzieło, żeby promował jej pozytywne działania. Efektem takiej umowy są teksty opisujące, jak wspaniale instytucja wypełnia swoją misję. Jeżeli tak jest rzeczywiście to jeszcze pół biedy. A co będzie jeżeli instytucja zacznie fatalnie działać? Dziennikarz związany z nią umową i pieniędzmi dalej będzie chwalił jej działania?

 

Czasami dziennikarza kusi się egzotyczną wycieczką lub darmowym lotem. Wielu korzysta, a później widzimy zdjęcia na portalach społecznościowych i czytamy tekst promocyjny, który nie jest oznaczony stosownym dopiskiem.

 

– Kiedy byłem łódzkim korespondentem „Rzeczpospolitej” zadzwoniła do mnie asystentka wiceprezesa lotniska Lublinek w Łodzi. Otwierano wtedy połączenie duńskiej linii Cimber na trasie Łódź – Kopenhaga. Powiedziała, że jeżeli moja relacja ukaże się na pierwszej stronie dodatku do „Rzeczpospolitej” – „Moje podróże” – to polecę do Kopenhagi. Odpowiedziałem, że nie do mnie taka propozycja – mówi redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański. Na szczęście nie zawsze tak jest. – Byłem raz w Rzymie z łódzkimi dziennikarzami na zaproszenie linii Centralwings, taniego przewoźnika LOT. Poleciałem tylko dlatego, że nie stawiali żadnych warunków. Nie żądali tekstów. Przedsiębiorstwa mają fundusze na dobre relacje z dziennikarzami. Warto mieć dobre relacje z firmą, ale nie znaczy, że dziennikarz ma pisać laurki i teksty pod dyktando. O przyjmowaniu pieniędzy czy prezentów przez dziennikarzy nie może być mowy. To oczywiste – podkreśla Torański.

 

Podobnie widzi problem uczestnictwa w lotach sponsorowanych przez rządy czy przedsiębiorstwa Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. – Jeżeli państwo albo instytucja organizuje wyjazd dla grupy dziennikarzy pozwalając im dotrzeć do miejsc, do których w inny sposób nie mogą dotrzeć i w warunkach wyjazdu nie ma informacji, że dziennikarz będzie musiał pisać o wyjeździe, albo że będzie zobowiązany do pisania w określony sposób, to nie jest to forma korupcji – ocenia Paweł Lisicki. – Problemem byłoby, gdyby dziennikarz po takim wyjeździe był zobowiązany napisać określone treści. Tylko, że to też nie jest korupcja, ale forma nadużycia – dodaje.

 

Nikt z dziennikarzy, którzy skorzystali z propozycji korupcyjnych w takiej czy innej formie nie przyzna się do tego. Jest również problem z udowodnieniem takich czynów, ale wiadomo, że propozycje korupcyjne trafiały na podatny grunt.

 

– Jest dość znana historia z połowy lat 90. Nie chcę podawać nazwisk, ale znam historię z pierwszej ręki. Dziennikarz pracujący w dużym tygodniku opisywał znanego biznesmena. Pewnego dnia ten dziennikarz zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Zobaczyliśmy się. Okazało się, że był już szefem biura prasowego biznesmena, którego jeszcze niedawno opisywał. Biznesmen spotkał się z nim i spytał ile zarabia. Dziennikarz powiedział, że 8-10 tysięcy złotych miesięcznie. Przedsiębiorca zaproponował mu trzy razy tyle. Spotkaliśmy się jeszcze raz, dziennikarz próbował przekonać mnie i Rafała Kasprowa, bo razem pracowaliśmy nad tematem, żebyśmy poruszyli pewien aspekt sprawy ważny dla biznesmena, dla którego zaczął pracować. Ale nas to nie interesowało – mówi Jacek Łęski. Łamanie etyki zawodowej nie zawsze popłaca. Kariera dziennikarza w roli rzecznika firmy nie trwała długo, po trzech miesiącach został zwolniony.

 

Nie wszystkie, krążące w środowisku opowieści o przyjętych przez dziennikarzy łapówkach są prawdziwe. Często służą one zdyskredytowaniu konkurenta czy podważeniu do niego zaufania. – Gdy zająłem się pisaniem o funduszach emerytalnych zaczęto rozpuszczać informacje, że za napisanie tekstu dostałem milion złotych. Później pojawiła się plotka, że dostałem nie milion złotych, ale milion dolarów. Była to kompletna bzdura – mówi Mariusz Zielke.

 

Ciężko jednoznacznie stwierdzić jak szeroki zasięg ma korupcja wśród dziennikarzy. Jeszcze trudniej złapać kogoś za rękę podczas przyjmowania korzyści. Ale fakty wskazują, że ten naganny proceder stanowi problem. Nie należy go bagatelizować. Trzeba z nim walczyć. Nie przy pomocy przepisów prawnych, ale przez trzymanie się zasad etyki. Na korupcję bez względu na jej formę nie powinno być miejsca w dziennikarstwie. – Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o. To zawodowa łobuzeria, do której nie powinno dochodzić – podkreśla Aleksander Majewski.

 

Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl