Czy edukacja będzie receptą na manipulację? – analizuje ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Do opracowania działań z zakresu edukacji medialnej potrzebni są zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i specjaliści z zakresu andragogiki, bo to właśnie osoby starsze często są najbardziej podatni na manipulację.

 

Kwestia edukacji medialnej od wielu, wielu lat znajduje się w orbicie zainteresowań kolejnych składów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Przeważnie są to działania widoczne, ale epizodyczne. Jaki będzie ciąg dalszy obecnych starań? To dopiero czas pokaże. Na razie tempo jest imponujące. W połowie listopada przyjęta została wspólna deklaracja Krajowej Rady organów państwowych i instytucji publicznych o współdziałaniu na rzecz edukacji medialnej. Czytamy w niej między innymi:

 

Istniejące zagrożenia takie jak: dezinformacja, mowa nienawiści czy przejawy agresji w środowisku online, wymagają od instytucji państwa skoordynowanych działań w zakresie ochrony obywateli, w szczególności dzieci i młodzieży, a także w zakresie upowszechniania umiejętności świadomego korzystania z mediów”.[1]

 

Tydzień później odbyło się spotkanie z przedstawicielami mediów publicznych w celu włączenia ich w ten proces[2], a 30 listopada debata ze środowiskiem naukowym.[3]

 

Edukacja szkolna, czy edukacja seniorów?

 

Nastawienie na szczególną ochronę ludzi młodych jest naturalne, ale, na co zwracał ostatnio uwagę na łamach portalu sdp.pl Mirosław Usidus, to głównie starsi są podatni na manipulację.[4] Seniorzy (65+), którzy stanowią większość widzów TVN24 (63%)[5] i TVP Info (60%),[6] to przedstawiciele tego pokolenia, które staje się ofiarami oszustw metodą na: wnuczka, policjanta, prokuratora, pracownika banku… Działając w dobrej wierze, potrafią zapakować oszczędności życia w reklamówkę i wyrzucić przez okno, bo tak im polecił głos w słuchawce…[7] Mimo wszystko zaufanie do mediów spada, a kolejne straty na tym polu zapewne potwierdzi w styczniu Edelman Trust Barometr na 2022 rok.

 

Pewne jest również to, że jeśli potraktować kwestię poważnie i długofalowo, potrzebni będę w otoczeniu KRRiT zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i eksperci z zakresu andragogiki, bo na tym polu jest wiele do nadrobienia.

 

Groźne następstwa lenistwa

 

Profesor socjologii Janina Kowalik z Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Kielcach zapytana o to, czy Internet sprawia, że łatwiej ulegamy manipulacji niż dawniej, czy może jest wprost przeciwnie, bo pozwala szybko dotrzeć do źródła i je zweryfikować, odpowiada:

 

Internet jest niezwykle skutecznym sposobem wywierania wpływu, a fakt, że sam w sobie znacząco ułatwia weryfikację informacji, niewiele zmienia i w niewielkim stopniu pomaga użytkownikom w analizie komunikatu, które mają wywołać jakąś postawę lub zachowanie. Powód? Nadawcy-manipulatorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że odbiorcy będą podejmowali próby weryfikacji informacji, więc „piętrowo” niejako dobudowują odpowiedzi na potencjalne wątpliwości adresata komunikatu. Ta piętrowa manipulacja internetowa wykorzystuje zupełnie „analogowe” formy, jak reguła wzajemności, reguła konsekwencji, społeczne dowody słuszności, regułę podobieństwa, lubienia i sympatii czy autorytetu, czy wreszcie mechanizm budowania przekonania o wyjątkowości okazji, ograniczoności i niedostępności jakiegoś dobra. Jakby tego było mało, Internet posiada całkiem spory arsenał narzędzi dodatkowych związanych ze swoją specyfiką: emocjonalne nacechowanie słów eksponowanych w tytułach czy tzw. leadach, nierzadko zresztą same tytuły są jedną wielką manipulacją, kłamstwem, ale przyciągającym wzrok i zainteresowanie. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że przecież użytkownik Internetu, który ma zdolność operowania komputerem i poszukiwania treści, ostatecznie mógłby zorientować się w tych mechanizmach i dać im odpór w swoich reakcjach. Dlaczego wielu z nas tego nie robi i stanowi żer dla manipulatorów? Przepraszam za to co powiem – z lenistwa. Fałszywa informacja jest podana niejako na tacy, a weryfikacja wymaga wysiłku  –  podsumowuje prof. Kowalik.

 

Wygląda więc na to, że sama nauka narzędzi i uczulenie na potencjalne zagrożenia to zbyt mało. Odbiorcom powinno się jeszcze chcieć. Jak to osiągnąć, gdy często sami dziennikarze nie są dość staranni w weryfikacji źródeł, mimo że to fundament ich edukacji? Profesor Olga Dąbrowska-Cendrowska z Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach w wywiadzie udzielonym portalowi sdp.pl zwróciła uwagę, że nawet studenci dziennikarstwa niechętnie korzystają z tradycyjnych mediów, zwłaszcza prasy drukowanej.[8] W uzupełnieniu dodaje, że manipulacje medialne stanowią przedmiot akademickich analiz:

 

Pokazujemy studentom, czego nie powinni robić. Na co też uważać w kontaktach np. z rzecznikami prasowymi. Rzadko trafimy na kłamstwo. Częściej na wypowiedzi, których celem jest bardziej ochrona wizerunku mocodawcy niż przekazanie rzetelnych informacji – zauważa prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska.

 

Amerykański socjolog Erving Goffman wprowadził pojęcie manipulowania wrażeniami (impression management). Według tego badacza ludzie manipulują wrażeniami, jakie robią na innych; kontrolują je, decydując, co w danej sytuacji spotkania ukryć, a co ujawnić.[9] Żyjemy w świecie manipulacji i konia z rzędem temu, kto wie, co z tym zrobić?

 

Najpierw zachęcić a później ostrzec?

 

Skoro młodych ludzi najpierw należałoby skutecznie zachęcić do korzystania z mediów, a potem ich przed nimi ostrzec (sic!), a już dziś można stwierdzić, że są mniej podatni na manipulację w mediach (również społecznościowych) niż starsi, to czy jest sens podejmować tego typu działania edukacyjne?

 

Uważam, że tak – odpowiada dr Jacek Szkurłat z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Jak najbardziej potrzebne jest nauczanie i to tych najmłodszych, ponieważ to oni bardzo często i długo korzystają chociażby z portali społecznościowych, które jak skądinąd wiemy, mogą być źródłem niesprawdzonych i wręcz szkodliwych informacji. Ponadto, wykształcenie już od najmłodszych lat umiejętności racjonalnego korzystania ze wskazanych treści medialnych pozwoli na kształtowanie ich wizji świata nie tylko w sposób jednowymiarowy, uproszczony, ale także umożliwi dostrzeganie całej jego złożoności. Nie wyobrażam sobie, aby w tym procesie nie uczestniczyli rodzice – uzupełnia dr Szkurłat. – Ich znajomość zagrożeń płynących z niekontrolowanego dostępu do informacji, jak również umiejętność wykorzystywania zabezpieczeń, które dziś oferuje nam oprogramowanie komputerowe, mogą być absolutnie fundamentalne dla „filtrowania” treści docierających do najmłodszych.

 

Czy edukacja medialne powinna stanowić element edukacji szkolnej?

 

Uważam, że powinien to być element procesu edukacji. Zwłaszcza z uwagi na fakt, że dziś raczej ukierunkowywać się ona powinna na umiejętność korzystania z różnych źródeł, a nie wiedzę stricte encyklopedyczną. Wspomniana edukacja medialna jak najbardziej będzie się w to wpisywała. Warto dodać, iż np. na stadiach na kierunku Pedagogika Przedszkolna i Wczesnoszkolna jest przedmiot nowe technologie w edukacji. Jeśli zatem przyszły nauczyciel będzie miał wiedzę, z jakich narzędzi może korzystać, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby te wiadomości wzbogacić o to, jak z nich korzystać, a następnie przekazać to uczniom – wskazuje na możliwości dr Szkurłat.

 

Szkoła, media publiczne, uczelnie, czy warto zbudować szerszy front?

 

Dobrze byłoby, aby oprócz rodziców w niniejszy proces włączyć także organizacje pozarządowe i niezależne ośrodki, aby nie tylko podmioty/media publiczne brały w nim udział. To samo w sobie będzie bardzo cenne, bo także będzie pokazywało złożoność otaczającego nas świata – wskazuje kierunek dr Szkurłat.

 

Krótki zryw, czy długi dystans?

 

W 2002 roku w Targach Kielce odbyła się konferencja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji poświęcona mediom jako przedmiotowi edukacji. Wzięli w niej udział przede wszystkim nauczyciele. Wcześniej KRRiT zorganizowała w Warszawie (18.10.2000 r.) konferencję naukową: Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Wówczas ukazał się też „Raport o stanie edukacji medialnej w Polsce”. Od tamtej pory minęły dwie dekady. Po drodze były inne szarże. Na przykład w 2015 roku wydana została pod patronatem Krajowej Rady i Polskiego Komitetu do spraw UNESCO praca zbiorowa „O potrzebie edukacji medialnej w Polsce” pod redakcją Michała FedorowiczaSławomira Ratajskiego. Prawie pół tysiąca stron wiedzy i przemyśleń.[10] W słowie wstępnym ówczesny przewodniczący KRRiT Jan Dworak podsumował dotychczasowe aktywności tego organu na niwie edukacji medialnej – interesujące i bezowocne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że drepczemy w miejscu, nie wiedząc, w którą stronę iść, co naprawdę jest problemem i jak mu przeciwdziałać.

 

Jak wiele jest do zrobienia?

 

Za odpowiedź niech posłuży cytat z artykułu „Zwierzenia oszusta praktykującego” Jacka Fedorowicza:

 

„(…) w drzwiach jakiejś świetlicy z telewizorem stanęła para w średnim wieku. Obejrzeli mój „Dziennik” (program satyryczny, zamieszczający m.in. fałszywe rozmowy z politykami) bardzo uważnie. Cały, od początku do końca. Nie uśmiechnęli się ani razu. Kiedy pojawiły się napisy końcowe, on powiedział ze złością: no i nie podali pogody”…[11]

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.gov.pl/web/krrit/koordynacja-dzialan-z-zakresu-edukacji-medialnej-w-polsce—wspolna-deklaracja-krrit-oraz-organow-panstwowych-i-instytucji-publicznych – dostęp 15.12.2021 r.

[2] https://www.gov.pl/web/krrit/spotkanie-w-celu-zaangazowania-mediow-publicznych-w-dzialania-na-rzecz-edukacji-medialnej-w-polsce – dostęp 15.12.2021 r.

[3] https://www.gov.pl/web/krrit/edukacja-medialna–spotkanie-krrit-ze-srodowiskiem-naukowcow – dostęp 15.12.2021 r.

[4] https://sdp.pl/miroslaw-usidus-flirt-z-fejkiem/ – dostęp 15.12.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/kto-oglada-tvn24-profil-widza – dostęp 15.12.2021 r.

[6] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvp-info-jak-odbierac-kto-oglada-profil-widza-emeryci – dostęp 15.12.2021 r.

[7] https://kielce.tvp.pl/57464799/oszusci-wciaz-probuja-dwie-proby-wyludzenia-przez-falszywych-policjantow – dostęp 15.12.2021 r.

[8] https://sdp.pl/lans-przed-rzetelna-informacja-rozmowa-z-prof-olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 15.12.2021 r.

[9] A. Giddens, Socjologia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, słownik, s. 725.

[10] O potrzebie edukacji medialnej w Polsce, pod red. M. Fedorowicz i S. Ratajski, Polski Komitet ds. UNESCO i KRRiT, Warszawa 2015

[11] J. Fedorowicz, Zwierzenia oszusta praktykującego, [w:] Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Materiały z konferencji naukowej, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa, s. 29.

Dziennikarz bezkompromisowy – JANUSZA SZOSTAKA wspomina ZBIGNIEW HELIŃSKI

W wieku 64 lat zmarł Janusz Szostak, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Polsce. Przegrał walkę z Covid-19. Może gdyby bardziej narzekał, bardziej martwił się o siebie nie doszłoby do tego? Do końca wierzył, że to po prostu większe przeziębienie, że przejdzie. Nie przeszło. Dopiero dzień przed śmiercią przyjechało do niego pogotowie.

 

Janusz wpajał mi, że w dziennikarstwie ważne są opinie ludzi. Ich przeżycia, doświadczenia. Do każdego musiałem dotrzeć, porozmawiać z nim. Tylko wtedy historia była pełna życia, barw, smaków i emocji. Miało ją pisać życie innych, nie moje. Ja byłem tylko sprawozdawcą. Pracował z wieloma osobami, dlatego uważam, że opowiadać o nim powinni również inni.

 

Alarmujący wpis na Facebooku

 

Covid nie odpuścił także mnie. Bardzo miła Ratowniczka z Błonia nie pozostawiła co do tego złudzeń – napisał 9 grudnia na swoim profilu Janusz Szostak. – Dzień później już nie żył. Na koniec bezskutecznie reanimowała go żona.

 

Chorował od kilku dni. Bagatelizował jednak zagrożenie. Cały Janusz, twardy, nie narzekający na katar, kaszel, gorączkę, chrypę. Z planami na przyszłość. Redakcja, sprawy związane z fundacją „Na Tropie”, którą prowadził, ostatnie szlify najnowszej książki – to było ważne, nie on. On da sobie radę.

 

Źle się czuję, ale minie, poleżę trochę i przejdzie – powiedział, gdy rozmawiałem z nim kilka dni przed śmiercią. – Nie martw się, będzie dobrze.

 

Gdy 9 grudnia przeczytałem wpis na Facebooku zadzwoniłem jeszcze raz. Tym razem rozmawiałem z jego żoną. Janusza słyszałem tylko z oddali. Po raz ostatni…

 

Janusz pozostaje dla mnie wzorem dyscypliny dziennikarskiej i literackiej. Fascynuje mnie tempo, w jakim pisał swoje książki. Wydał ich dziesięć. Wstawał ok. godziny szóstej i praktycznie od razu nastawiony był na pracę. Realizację określonych zadań, które sam przed sobą stawiał.

 

Miał tak od początku – wspomina Tomasz Połeć, który Janusza znał od 1976 roku. – To właśnie on namówił mnie na dziennikarstwo. W Expressie Wieczornym tempo, w jakim pisał wzbudzało podziw o wiele bardziej doświadczonych kolegów. Żartowali nawet, że jest płodny jak królik.

 

W swojej obecnej redakcji, „Expressie Sochaczewskim”, którego  Janusz Szostak był wydawcą, wymyślił akcję świąteczną pod nazwą Patrol Świętego Mikołaja. Okazuje się, że Mikołajem był już jednak o wiele wcześniej.

 

Byliśmy bardzo młodymi dziennikarzami – opowiada Tomasz Połeć. – Janusz podwiózł do domu biednego chłopca. To było przed Bożym Narodzeniem. Gdy wracaliśmy z materiału stwierdził, że musi zrobić im prezenty. Podjechaliśmy do pierwszego sklepu, jaki był po drodze i zrobiliśmy duże zakupy. Nie znaleźliśmy jednak tego domostwa, nasz samochód zakopał się w śniegu. Jakoś wróciliśmy do sklepu, ekspedientka wskazała nam najbiedniejszą rodzinę w okolicy. Sprezentowaliśmy jej całe sprawunki.

 

Swoich dziennikarzy bronił, jak lew.  Szedł za nimi w ogień

 

Jeśli chodzi o materiały dziennikarskie Janusz Szostak nigdy nie odpuszczał. Nawet w najtrudniejszych sprawach prowadził śledztwa dziennikarskie do końca. Wszystko, czego się dowiedział, musiał przekazać czytelnikowi.

 

To był prawdziwy medialny twardziel – opowiada Mikołaj Podolski autor książki „Łowca Nastolatek”. Z Januszem pracowali nad sprawą osławionej Zatoki Sztuki oraz zaginięcia Iwony Wieczorek. – Zapamiętam go, jako najlepszego do tej pory naczelnego, jakiego miałem. A było ich około czterdziestu. Najbardziej elastycznego. Pozwalał mi eksperymentować i szukać różnych form. Miał niesamowitego nosa do tematów. Szybko potrafił rozpoznać, który temat ma potencjał czytelniczy i społeczny.

 

Janusza cechowała niebywała wręcz odwaga dziennikarska. Interesowały go tematy, których wiele redakcji nie podejmowało. Tak było na przykład z materiałami o urzędach pracy, które werbowały kobiety do agencji towarzyskich. Mało tego, że publikował to jeszcze, gdy pojawiły się pretensje dał do zrozumienia, co myśli. W sposób jednoznaczny.

 

Od początku wiedzieliśmy, że po Krystku będą kłopoty – kontynuuje Podolski. – Nie spodziewaliśmy się jednak, że tak duże. Nie zrezygnował jednak. Mało tego, namawiał mnie, żebym pisał dalej. Im trudniejszy podejmowałem temat, tym otrzymywałem większe wsparcie. Zaimponował mi również przy sprawie Iwony Wieczorek, że nie odpuszczał. Inni już dawno by zrezygnowali. On nie. Nie tylko pisał i zbierał materiały, ale i sam szukał. To był absolutny ewenement. Pokazał wszystkim, że praca dziennikarza nie kończy się na pisaniu. Zawsze upierał się, żeby dużo jeździć i rozmawiać z ludźmi w terenie. Śmiał się z redaktorów, którzy swoje materiały sklejają z urywków już opublikowanych tekstów. Wpoił mi, że muszę mieć swoje informacje, które wnoszą coś nowego do sprawy, jeśli chcę zajmować się czymś na poważnie.

– Pamiętam nasze długie rozmowy i burze mózgów przy tworzeniu tekstów – wspomina Marta Bilska. – Janusz w stu procentach oddawał się temu, co robił, a jego praca była jego pasją. Takiego go zapamiętam. Niezniszczalnego.

 

Ze szczególnym uznaniem o dziennikarstwie Janusza Szostaka wypowiedział się również jasnowidz Krzysztof Jackowski.

 

Był prawdziwy i w zasadzie cały czas pracował – wyjaśnił. – Nic nie upiększał, nic nie ukrywał. Chylę przed nim czoła. Oddany pasji. Nie jest to częste w obecnym, powierzchownym – trzeba przyznać – świecie reporterskim. Czasami trudny w kontaktach, ale to dlatego, że od innych wymagał tyle samo ile od siebie. Gdyby policjanci żyli swoją pracą tak samo, jak on nie byłoby w Polsce niewykrytych przestępstw.

 

Janusz potrafił być jednak również wyrozumiały. Wybaczał błędy i potknięcia. Tak było na przykład w przypadku Bogumiły Nowak, dziennikarki „Expressu Sochaczewskiego”. Pracę w gazecie znalazła po przeczytaniu ogłoszenia na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Co w zasadzie niespotykane, razem z mieszkaniem, a nie miała wtedy, gdzie się podziać.

 

Stawiał wyzwania, nowe cele – mówi Bogumiła Nowak. – Wiedział czego chce, uczył jak dotrzeć do celu. Potrafił współdziałać. Wymagający, ale nie autorytatywny i despotyczny.

 

Na Tropie

 

Wyjątkowym dzieckiem w życiu Janusza Szostaka była fundacja Na Tropie. Wymyślił ją i stworzył. Miała szukać ludzi zaginionych a nie tylko publikować komunikaty.

 

Zainspirowałem go do poszukiwań Joanny Gibner z Olsztyna – wspomina Marek Książek dziennikarz z Olsztyna. – Matka dziewczyny będzie dozgonnie Januszowi za to wdzięczna. W tej sprawie również wykazał wyjątkową dociekliwość, która była chyba jedną z najważniejszych cech w dziennikarskim życiorysie zmarłego. Widać to w każdym jego tekście, w każdej książce reporterskiej, gdy dokopuje się do szczegółów w sprawach kryminalnych, o których nawet policja nie miała pojęcia. Kiedyś w swoim tekście o Feliksie Siemenasie, który ukazał się w „Reporterze”, ujrzałem dopisany ręką redaktora Szostaka akapit. Początkowo mnie to zirytowało, ale musiałem przyznać mu rację, że wyszperał informacje o biznesmenie-fantaście, które wzbogaciły materiał, a o których wcześniej ja – autor – nie wiedziałem.

 

Tyle inni. A kim był na mojej drodze zawodowej? Niesłychanie dobrym redaktorem prowadzącym, który zawsze chciał pomagać, podpowiadać. Przymykał oko na opóźnienia. Jestem mu wdzięczny, że nigdy nie irytował się, gdy tekst powstawał na ostatnią chwilę lub musiał spaść do następnego numeru, ale z mojej winy. Trochę, jak ojciec. Dzisiaj żałuję, że nie zawsze spinałem się wtedy na sto procent. Od dzisiaj będę o tym pamiętał. Dla siebie, ale i dla Ciebie Januszu. Spoczywaj w pokoju.

 

Zbigniew Heliński

Lans przed rzetelną informacją – rozmowa z prof. OLGĄ DĄBROWSKĄ-CENDROWSKĄ

W studiach dziennikarskich ważne jest zarówno dbanie o korzenie, jak też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości – mówi prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska, kierownik Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

 

Zacznijmy od przykładu, który zelektryzował w tym roku nie tylko media branżowe. Prywatne LO w Słupsku zrezygnowało z pompą z klasy dziennikarskiej, a otworzyło w jej miejsce vlogerską[1]. Pani katedra ma jeszcze klasę patronacką?

 

Tak i to nie jedną. Klasy pod naszym patronatem funkcjonują w Jędrzejowie i Kielcach, m.in. w cenionym V Liceum Ogólnokształcącym im. Ks. Piotra Ściegiennego. Wygląda na to, że będą następne. Po debacie, która miała miejsce w tym roku podczas Świętokrzyskiego Festiwalu Nauki, zwróciło się do nas X LO im. Józefa Piłsudskiego z Kielc z propozycją utworzenia takiej klasy. Ma to być efektem zainteresowania uczniów, którzy uczestniczyli we wspomnianej dyskusji. Nosiła ona tytuł: „Nie chce mi się z wami gadać. Nowe oblicza komunikacji” i była poświęcona funkcjonowaniu w social mediach.[2]

 

Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie nie zdołał zrekrutować chętnych na XIV kurs dziennikarski. We wrześniu bieżącego roku na stronie internetowej Studium Dziennikarskiego UP pojawił się komunikat, że rekrutacje zostają zawieszone do odwołania[3]. Państwo mówicie o mniejszym zainteresowaniu drugim stopniem. Czy studia dziennikarskie przestały interesować młodych ludzi? Dawniej był to jeden z najpopularniejszych kierunków w Polsce, jak dziś psychologia. Istniała nawet do 2013 roku prywatna Wyższa Szkoła Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza, która miała filię m.in. w Kielcach.

 

Tu nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno młodych ludzi nie przestało interesować komunikowanie i to jest dobra wiadomość. Starsze roczniki przyciągało, coś, co brzmi dziś nieco paradoksalnie, stabilność zatrudnienia i jasno określona ścieżka kariery. W porównaniu z firmami marketingowymi lub PR ten świat wydawał się znany i przez to zrozumiały. Generalizując, mogę stwierdzić, że studenci pierwszego roku nie rozumieją dziennikarstwa. Przychodząc na uczelnię, już mają swoje strony, blogi, kanały video, podcasty… Oni już czują się dziennikarzami. Mają swoje zasięgi, nieraz robiące wrażenie. Natomiast patrzą na te swoje „małe, osobiste” media trochę jak politycy. Nie rozumieją, czym jest dziennikarstwo w demokratycznym społeczeństwie. Jak istotną rolę odgrywa „czwarta władza”. Bardziej ich pociąga lansowanie niż rzetelne informowanie. Na przykład dla mojego syna dzielenie się w social mediach nowymi trickami na hulajnodze jest tak naturalne, jak rozmowa na ten temat na szkolnym korytarzu w czasie przerwy.

 

Czy przychodząc z takim nastawieniem, przeżywają rozczarowanie? Jak studenci inżynierii dźwięku, którzy w przyszłości chcieliby pracować w studiu nagrań, a projektują słuchawki dla operatora młota pneumatycznego?

 

Oferta jest oczywiście niespójna z ich oczekiwaniami. Nie skupiamy się na tym, jak wylansować swój kanał w mediach społecznościowych. Uczymy dziennikarskiej rzetelności, sięgania do źródeł, zadawania pytań. Z czasem przekonują się, że to ważne. Ci, którzy zaczynają drugi stopień studiów, konsekwentnie go kończą. Jednak na początku drogi sporo studentów uważa, że źle wybrała kierunek.

 

Bardzo różnią się współcześni kandydaci na studia dziennikarskie od tych sprzed lat?

 

Myślę, że kolejne młode pokolenia więcej łączy, niż dzieli, ale są też zauważalne różnice. Na przykład kandydaci nie znają dziś tygodników opinii i głównych kanałów informacji. Nasze pokolenie przychodząc na studia, uważało, że znajomość tych źródeł jest oczywista. Dla nich nie jest. Bez wstydu mówią, że ich to nie interesuje.

 

Czy to się zmienia w toku studiów, czy tak już zostaje i możemy się spodziewać, że za parę lat tygodnikom opinii i serwisom informacyjnym zabraknie kadry, bo w odpowiedzi na oferty pracy kandydaci odpiszą: „nas to nie interesuje”?

 

Pomaga w tym praca nad kontrowersyjnymi tematami, np. aborcja w Polsce. Studenci mają za zadanie wyszukanie aktualnych informacji w różnych typach mediów. Potem dziwią się i to bardzo, że te same kwestie opisuje się w tak różny sposób. To budzi zainteresowanie i pokazuje, że funkcjonują w wygodnych bańkach informacyjnych, w których czują się bezpiecznie, czują, że są zrozumiani. Nie muszą się wysilać, aby przedstawić swój punkt widzenia, uzasadnić go. Kulturalnie obronić.

 

Zaczynają po takich zajęciach dzielić media na prorządowe i opozycyjne, jak to ostatnio często czynią i odbiorcy i portale branżowe?

 

Tę wiedzę czerpią przeważnie z drugiej ręki. Zwracają zatem uwagę na media, które ogląda się w domu. W najbliższym środowisku ocenia się też podejście takiej, czy innej stacji do tematu np. wspomnianej przeze mnie aborcji. Ktoś mieszka w czasie roku akademickiego u dziadków i tam ma w tle TVP Info, u kogoś w domu tata ogląda namiętnie TVN24.

 

Gdyby mieli oferty pracy z „Wiadomości” i „Faktów”, którą by przyjęli?

 

Dziś deklarują, że wybraliby… „Wydarzenia”. Najwidoczniej mocne zaangażowanie polityczne redakcji zniechęca młodych ludzi.

 

A jakie mają atuty?

 

Przede wszystkim umiejętności techniczne. Nagranie i podstawowa obróbka materiałów audio, foto i video nie stanowi dla nich żadnego problemu. Podobnie jak sformatowanie tekstu i jego zamieszczenie w sieci. Przy tych dużych umiejętnościach wyjściowych mają jednak problem z pozyskiwaniem informacji i weryfikacją źródeł. Dla użytkowników smarftonów problemem jest też przeczytanie dłuższego tekstu. W tym kontekście warto dodać, że znikoma liczba studentów  chce pisać prace o prasie. Wolą analizować media społecznościowe.

 

To poniekąd zrozumiałe – biblioteka mieści się wówczas w smartfonie… Obserwujecie Państwo przesunięcie zainteresowania studentów w stronę PR.

 

Komunikacja społeczna faktycznie zaczyna dominować. Skala interakcji w Internecie jest coraz większa. Nawet komentujący coś mówi o sobie. Mówi wystarczająco dużo, żeby na tej podstawie wnioskować, jaki mamy target. Specjaliści z tego zakresu są potrzebni. Znów, podobnie jak dawniej w przypadku dziennikarstwa, znaczenie ma rynek pracy. Każda instytucja chce prowadzić w sposób profesjonalny swoją komunikację z otoczeniem społecznym. Natomiast w mediach absolwenci przeważnie zaczynają od reporterki. Po paru latach są bardzo wyeksploatowani i zmieniają zawód na spokojniejszy. Obserwujemy różne transfery naszych absolwentów, z którymi mamy kontakt, np. do urzędów, muzeów, sądów, bibliotek i własnych firm.

 

Z pani słów wynika, że trudno to nastawienie studentów zmieniać. Czy wobec tego powinno się zmodyfikować kierunek, programy nauczania pod ich potrzeby?

 

Pracujemy obecnie zarówno nad diagnozą i mapą kształcenia na kierunkach dziennikarskich w Polsce, jak i stanem rozwoju dyscypliny nauki o komunikacji społecznej i mediach w ramach komitetu problemowego Polskiej Akademii Nauk. Myślę, że raporty, które powstaną pokażą dobitnie, w jakim miejscu jesteśmy i nad czym powinniśmy pracować.

 

Uczelnie szukają też węższych specjalizacji w obszarze kształcenia. Zadziwiła mnie, na przykład studentka z Chin, która studiowała u nas w programie Erasmus. U siebie studiowała na kierunku: Communication and design.

 

Słowem, ważne jest dbanie o korzenie, ale też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości.

 

Czy zmiany, które nastąpiły w podejściu młodego pokolenia to już wszystko, czy o czymś jeszcze warto wspomnieć?

 

Parafrazując słowa Zygmunta Baumana o konsumentach: „widzą cię, więc jesteś”. Dla nich to ważne. Służą temu poczuciu „bycia” ich konta w mediach społecznościowych i ich zasięgi. Młodzi ludzie są też bardzo niecierpliwi, a w dziennikarstwie droga na szczyt jednak trochę trwa. Mają inny stosunek do pracy niż nasze pokolenie. Cenią swój czas wolny. Warto to szanować. Zarabianie pieniędzy na studiach stało się dziś prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy umiejętne handlowanie ubraniami w jednej z aplikacji.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński

 


 

Olga Dąbrowska-Cendrowska

Doktor habilitowana w dziedzinie nauk społecznych w dyscyplinie nauki o komunikacji społecznej i mediach, prof. UJK. Zainteresowania naukowe: współczesny polski system medialny, ze szczególnym uwzględnieniem mediów adresowanych do kobiet, konwergencja treści, poradnictwo medialne, mediatyzacja poradnictwa[4].

 

[1] https://www.rmf24.pl/ciekawostki/news-zawod-youtuber-w-slupsku-powstaje-pierwsza-w-polsce-klasa-vl,nId,5119109#crp_state=1 – dostęp 01.12.2021 r.

[2] https://sfn.ujk.edu.pl/nie-chce-mi-sie-z-wami-gadac-nowe-oblicze-komunikacji/ – dostęp 01.12.2021 r.

[3] https://sd.up.krakow.pl/ – dostęp 01.12.22021 r.

[4] https://kdiks.ujk.edu.pl/olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 01.12.2021 r.

 

Czy „Wiadomości” TVP mogą być wiarygodne? – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

 „Wiadomości” były we wrześniu najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce. Jednocześnie w badaniach uznano je w tym samym okresie za najmniej wiarygodne. Czy istnieje szansa na pozycję lidera w obu tych kategoriach?

 

Z materiałów, które opublikował portal Wirtualnemedia.pl wynika, że „Wiadomości” TVP były najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce we wrześniu 2021 roku[1]. Jednocześnie w badaniu CBOS uznano ten program za najmniej wiarygodny[2]… Tego obrazu nie rozjaśnia bynajmniej analiza sytuacji „Wydarzeń” Polsatu. Respondenci ocenili je jako najbardziej wiarygodne źródło, a równocześnie straciły najwięcej widzów… Może więc w ogóle nie chcemy obiektywnych mediów, a jedynie takie, które są zgodne z naszymi poglądami politycznymi? Poruszaliśmy już tę kwestię na łamach portalu sdp.pl. Zapytana o zdanie politolog dr Agnieszka Zaremba stwierdziła, że najbardziej na obiektywnych mediach powinno zależeć samym politykom, bo tylko wówczas będą… wiarygodni[3]. Jak się jednak okazuje się, w oparciu o przywołane powyżej analizy, można być we współczesnym świecie medium wiarygodnym i niewiarygodnym jednocześnie.

 

Społeczne skutki permanentnego podziału

 

O ocenę sztandarowego programu TVP, którego powstanie jesienią 1989 roku było symbolem transformacji ustrojowej i manifestem odejścia od partyjnej propagandy w mediach publicznych, w kontekście sytuacji społecznej w Polsce pytamy profesor socjologii Janinę Kowalik.

 

– Badanie CBOS ukazuje niepokojący obraz medialnego systemu informacji i komunikacji społecznej, jaki ukształtował się od kilku lat w naszym kraju – odpowiada prof. Kowalik. – Należy zwrócić uwagę szczególnie na fakt, że na mapie głównych źródeł, z których społeczeństwo (szczególnie w wieku średnim i powyżej) pozyskuje informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie, nie sposób już wskazać mediów różniących się akcentami w sposobie doboru i prezentacji informacji lecz oddzielone od siebie „Rowem Mariańskim” światy poszczególnych mediów i ich zwolenników. Te światy nie przenikają się w związku z tym zupełnie bądź w bardzo ograniczonej części składowych swoich baniek, a’priori negując wiarygodność drugiej strony. Wyłączając młodszą część społeczeństwa, bardziej mobilną medialne, pozyskującą informacje z Internetu, dwie strony barykady stanowią zwolennicy TVP kontra TVN.

 

Najistotniejsze znaczenie ma więc wciąż sposób pokazywania stron politycznego sporu w Polsce. Bywa przy tym, że przedstawiciele władzy i opozycji wprost mówią o osobistych lub środowiskowych niechęciach wobec różnych redakcji. Prof. Kowalik zwraca uwagę na konsekwencje dalszego utrzymywania się tego podziału wśród zwolenników różnych stronnictw i zaangażowanych w spór mediów.

 

Problemem, który będzie miał dalekosiężne skutki dla obrazu świadomości Polaków jest fakt, że ok. 80% społeczeństwa, (w nierównych proporcjach ok. 50%/ ok. 30%) tworzy dwie zbiorowości, które dzień po dniu, rok za rokiem, korzystają z jednego z tych (TVP i TVN – przyp. redakcji) różniących się przekazów i buduje sobie zupełnie odmienny obraz tego samego świata. Trudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki w sytuacji nagłej zmiany polityki informacyjnej telewizji publicznej np. w efekcie zmian politycznych czy nawet personalnych w zarządzie TVP. Gdzieś pomiędzy dwoma społeczno-informacyjnymi światami TVP i TVN, znajdują się zwolennicy programów informacyjnych Polsatu, który w obliczu ekstremalnych stanowisk powyższych stacji, zdaje się dla wielu przedstawiać najbardziej obiektywny przekaż.

 

Z perspektywy mechaniki komunikacyjnej

 

Ekspert w dziedzinie komunikacji i współpracy z mediami Adam Łaszyn, zapytany o to, czy wpływ na postrzeganie „Wiadomości” mogłaby mieć na przykład zmiana nazwy programu odpowiada:

­

Nie ma problemu wiarygodności programu znanego jako „Wiadomości”. Przynajmniej z punktu widzenia mechaniki komunikacyjnej. I właśnie dlatego nic nie wskazuje na to, aby obecne władze partyjne kraju, jak i kierownictwo publicznej spółki, jaką jest TVP, były w ogóle zainteresowane odzyskiwaniem traconego zaufania do tej partyjnej tuby. Łącznie z nazwą.

 

Jakie są więc szanse na odzyskanie wiarygodności przez główny program informacyjny TVP również w oczach pozostałych odbiorców? Łaszyn stwierdza, że nie widzi obecnie takiej możliwości.

 

Wymagałoby to jakiegokolwiek dryfu w kierunku obiektywizmu. A przy świadomości, że „albo będziemy rządzić, albo siedzieć”, a więc rosnącego konfliktu i polaryzacji w kraju, nie łagodzi się siły rażenia kluczowego oręża walki, jakiego jest się w posiadaniu. Ten program jest narzędziem, służy nie dostarczaniu informacji a kształtowaniu określonych postaw wśród wyborców. Zwłaszcza w segmencie „budżetowym”, czyli tym zdefiniowanym przez obecnego zarządcę TVP jako „ciemny lud”. Rzeźnik nie zastanawia się nad estetyką siekiery, która służy do ćwiartowania mięsa. Ma skutecznie ćwiartować mięso. I wiadomo, że intensywnie używana siekiera będzie się tępić. Póki zatem „Wiadomości” będą instrumentem władzy, a nie rzetelnym serwisem dla społeczeństwa (utrzymywanym wszak z jego środków), będziemy najpewniej obserwować proces eksploatowania tego narzędzia, aż w szeroko pojętym interesie społecznym całkiem nie będzie się nadawało do użytku. Łącznie z nazwą.

 

Czy zatem nie możemy liczyć na szybkie i pozytywne zmiany? Adam Łaszyn nie pozostawia złudzeń.

 

To szybko nie nastąpi, bo przecież bardzo dużej grupie odbiorców, nie rozumianych już szeroko, bardzo odpowiada mielonka przygotowywana w tej masarni. Albo w ogóle nie widzi i nie rozumie (zgodnie ze znanym szlagwortem Bismarcka) jak przygotowywana jest tam ta kiełbasa (wyborcza) albo zupełnie nie przeszkadza im to, że łamane w tej redakcji są wszelkie zasady rzetelnego dziennikarstwa w imię przywalenia „tym drugim” lub schlebiania poglądom tyle niewybrednym co odpowiadającym interesom jedynie słusznej partii. I dla nich „Wiadomości” mieszające pogardę dla uchodźców i uwielbienie dla Papieża-Polaka są wiarygodne. Po co więc grzebać przy czymś, co po prostu robi swoje, nawet jeśli się zużywa? Łącznie z nazwą.

 

Informacja jest kluczem

 

Sceptyczna w tej kwestii jest również prof. Janina Kowalik. Zwraca przy tym uwagę, że ktokolwiek i kiedykolwiek będzie wprowadzał zmiany, musi do nich podejść z mądrością i wrażliwością na odbiorcę. Ujmuje to tak:

 

Pytanie jak można przywrócić wiarygodność najważniejszego programu informacyjnego TVP – „Wiadomości” zdaje się proste, jeśli prześledzi sie powody, dla których są one uznawane za niewiarygodne. Trzeba mieć jednak świadomość, że każda zmiana tego przekazu będzie równocześnie poważną „operacją na żywym organizmie” tj. na świadomości ponad połowy średniej i starszych generacji społeczeństwa, ukazując mu zupełnie odmienny obraz świata. Oddalenie się przekazu od wyobrażonego stanu powszechnej szczęśliwości bliżej realiów mogłoby wywołać stan powszechnej frustracji. W mojej ocenie, jedyną drogą przywracania wiarygodności „Wiadomościom” TVP jest wypełnienie ich informacjami o wydarzeniach w kraju i na świecie, bez intencjonalnego cenzurowania i ograniczania zakresu tych informacji. Obecnie świat pokazywany w Wiadomościach skurczył się do wybranych polskich spraw, niekiedy odniesionych do relacji z Unią Europejską. Pozostała część globusa nie istnieje, tak samo jak nie mają miejsca żadne sprawy rzucające jakikolwiek cień na społeczny stan powszechnej szczęśliwości. Sama prosta zmiana zawartości – z publicystyki ilustrowanej obrazkami na czystą informację, dotyczącą również innych spraw i obszarów, w tym spraw zagranicznych, zapewne przyniosłoby wzrost wskaźnika wiarygodności. Jeśli do tego dodano by zasady dobrego dziennikarstwa, etyki i przyzwoitości, efekt natychmiastowy.

 

Adekwatność oceny

 

Maciej Strzembosz (producent, dawny lider obywatelskiego projektu ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze) w wywiadzie udzielonym portalowi Onet.pl stwierdził, że ocena działalności prezesa TVP Jacka Kurskiego wcale nie będzie jednoznaczna. Propaganda i disco polo wylądują na jednej szali, a nowe kanały (TVP Wilno, TVP Dokument, TVP Kobieta) i stabilne finansowanie na drugiej[4]. Wygląda na to, że również w środowisku naukowym nie ma zgody, co do adekwatnej oceny sytuacji na medialnym rynku. Istnieje równolegle obiegowa opinia, że media prywatne mogą być stronnicze i realizować polityczne wizje właściciela, a te publiczne powinny być bezstronne. Samo myślenie, że redakcje zamiast informować i objaśniać świat zachowując przy tym pluralizm i szacunek wobec ludzi o odmiennych poglądach, mogą stać w pierwszym szeregu i walić politycznych przeciwników tępa pałą, jest niebezpieczne. Tak jak niebezpieczne jest każde tego typu przyzwolenie. „W każdej rzeczy końca patrzaj” – tak Biernat z Lublina oddał myśl Ezopa. W „Słowniku języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego zapisano w haśle wiarogodność: „Bycie wiarygodnym; właściwość tego, co jest wiarygodne”, co zostało uzupełnione dwoma przykładami. Pierwszy z nich brzmi: „sąd musi zorientować się w wiarygodności opinii, które świadek podaje zamiast faktów”[5]. Wygląda na to, że dla wyrobienia sobie poglądu na sprawy budzące zainteresowanie redakcji głównych problemów informacyjnych, trzeba korzystać z wszystkich tych źródeł, a najlepiej sięgać po dodatkowe kanały. Niestety mało kto ma tyle czasu, co media skrzętnie dziś wykorzystują.

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wiadomosci-lider-programow-informacyjnych-wrzesien-w-dol-kto-oglada-fakty – dostęp 06.10.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wydarzenia-polsat-news-najbardziej-wiarygodne-i-bezstronne-tvp-spadek-propaganda – dostęp 06.10.2021 t.

[3] https://sdp.pl/zbigniew-brzezinski-o-obiektywizmie-nieco-polemicznie/ – dostęp 06.110.2021 r.

[4] https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/beda-kolejne-odcinki-rancza-producent-finalizuje-rozmowy-z-tvp/5fnpyrs – dostęp 06.10.2021 r.

[5] http://www.sjpd.pwn.pl/haslo/wiarogodno%C5%9B%C4%87/ – dostęp 06.10.2021 r.

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Chrystianizacja medialnego kontynentu

Czy na rynku katolickich mediów możliwe są większe przetasowania? Jaka powinna być obecność Kościoła w wirtualnym świecie?

 

Rozszerzenie przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji koncesji dla Radia Profeto, które prowadzą Sercanie z Limanowej, sprowokowało portal WirtualneMedia do postawienia pytania, czy oto powstaje alternatywa dla Radia Maryja?[1] Ponieważ ta ostatnia stacja wciąż budzi mnóstwo emocji, co ciekawe często u ludzi, którzy jej w ogóle nie słuchają, zaczęto poszukiwać odpowiedzi na tę kwestię. Na wirtualnych łamach portalu SDP.PL swoje zdanie wygłosili: ks. Mariusz Frukacz („Komplementarność, nie alternatywa”[2]), ks. Artur Stopka („Decydują słuchacze”)[3]Łukasz Warzecha (Czy jest możliwa alternatyw dla Radia Maryja)[4]. Nieco wcześniej Mirosław Usidus dokonał analizy portalu społecznościowego Agappe.PL, podkreślając przy tym nie tylko jego walory techniczne, ale też narzędzia biznesowe[5]. Wydaje się jednak, że Radio Profeto bliżej do celów Radio Catolica WBNU[6] w Framingham i Radio Catolica WGUA[7] w Lawrence nadających w językach hiszpańskim i portugalskim dla wiernych z Diecezji Bostońskiej, niż do starcia o rząd dusz ze stacją toruńskich redemptorystów. W wypowiedzi dla portalu WirtualneMedia ks. Michał Olszewski SCJ, twórca radia i prezes Fundacji Profeto.pl podkreślił, że bardzo się cieszą, iż będą mogli nadawać w południowej Małopolsce i dzięki temu dotrą z programem ewangelizującym do większej liczby odbiorców. To wszystko.

 

„Chrystianizujcie ten wielki, internetowy kontynent”

 

Te słowa Benedykta XVI pokazują wagę, jaką ten papież przykładał do ewangelizacji przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii. W maju 2011 roku w Watykanie odbyło się spotkanie Ojca Świętego z blogerami. Niespełna pół roku po pierwszym Blog Forum Gdańsk. Na ten temat wypowiadał się wówczas twórca nieistniejącego już, katolickiego portalu społecznościowego Diecezji Kieleckiej KielceLive.PL ks. Jan Duda. Powiedział, że Kościół wędruje z duchem czasu, ale w swoim tempie. Gdy zaproponował ówczesnemu biskupowi kieleckiemu Kazimierzowi Ryczanowi (1939-2017)[8], żeby założył konto w social mediach i coś sam publikował, ten zrobił wielkie oczy i powiedział: „wiesz, ale ja do tego muszę się jeszcze przyzwyczaić”. Biskup Ryczan uważany był za przedstawiciela najbardziej konserwatywnych duchownych. Należy jednak podkreślić, że na powstanie KielceLive zwyczajnie zezwolił i patrzył na ten projekt przychylnym okiem.

 

Autor wspomnianego serwisu, zwracał uwagę na problemy, które leżą po stronie samego duchowieństwa, które powinni wziąć też mocno pod uwagę twórcy Agappe.PL[9]. Podkreślił m.in., że oficjalne kanały np. na YouTube trącą bardzo oficjalnym tonem, za którym współczesny odbiorca, zwłaszcza młody, niespecjalnie przepada.

 

Watykan chce być bliżej ludzi. Powinniśmy więc szukać rozwiązań, jak być bliżej tego człowieka w sieci tak bardziej osobiście – powiedział ks. Duda, podkreślając kontekst aktywności duszpasterzy w mediach już istniejących. – Tym bardziej, że ci, którzy chcieliby się podzielić swoim własnym doświadczeniem wiary pozostają w takim dziwnym ukryciu. Brakuje świadectw, że ludzie nawracają się poprzez Internet. Wciąż też jest za mało osób pod koloratkami, które ujawniają się w sieci i potrafią się przyznać: „jestem kapłanem. Chcesz? Mogę ci pomóc”.

 

Ks. Duda zauważył, że wielu kapłanów po prostu boi się Internetu i tego, co w nim znajdą (np. pełne niechęci wypowiedzi wobec Kościoła). Wyższe seminaria duchowne nie przygotowywały ich do dyskusji w sieci, a Episkopat nie miał żadnego, jednolitego programu, czy chociażby platformy wymiany doświadczeń między duszpasterzami, którzy byli aktywni w mediach społecznościowych, ucząc się wszystkiego samodzielnie, często od podstaw.

 

„Jezus korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”

 

We wspomnianym wywiadzie, udzielonym podcastowi RadioBlog.PL, autor portalu KielceLive.PL wyraził pogląd, że według niego, gdyby Jezus przyszedł dziś na świat w ludzkim wcieleniu, „bez dwóch zdań korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”. Dodał: „Sądzę, że byłby nim św. Jakub, zwany synem gromu, który potrafiłby odpowiedzieć tak, żeby w pięty poszło”.

 

Również we współczesnym Kościele brakuje koordynatora, który zdołałby zebrać w jedną całość nieraz rozproszone i indywidualne działania. Ponadto sami duszpasterze nie należą do grupy szczególnie aktywnej. Zapytany o to ks. Duda odpowiedział ze śmiechem:

 

Walczymy, cały czas walczymy! Trudno jest skłonić kapłanów, żeby siedli i udzielili sensownych odpowiedzi na pytania, które pojawiają się na forum. Wiedzę też po kolegach, że szybko się niecierpliwią i zniechęcają, bo w Internecie nie można liczyć na szybki efekt, a wśród poważnych kwestii są też pytania kompletnie niepoważne, wzięte z kosmosu. Księża by chcieli, żeby ktoś ich czasem pogłaskał, stwierdził, że coś dobrze powiedzieli, a zamiast tego są kolejne prośby i pytania: „chłopie, jesteś księdzem, weź rzesz pomóż, bo sam nie mogę sobie rady z tym dać”. Jako duchowni czasem uciekamy w wygodnictwo. Znam proboszcza, który przestał zamieszczać kazania w plikach MP3 po trzech krytycznych komentarzach.

 

Warto podkreślić, czym było KielceLive.PL. Ks. Duda objaśnił to tak: to taka mała, wirtualna parafia. Co dzień odwiedza nas około tysiąca osób.

 

Radio i wezwanie papieża Franciszka

 

W 2015 roku ojciec Paco Anzoategui pisząc na łamach serwisu TheBostonPilot.com o powstaniu wymienionych już nowych katolickich stacji radiowych, które rozpoczynały wówczas nadawanie dla wiernych z Diecezji Bostońskiej po portugalsku i hiszpańsku, odwoła się do słów papieża Franciszka, który wezwał do niesienia Dobrej Nowiny zwłaszcza tym, którzy znajdują się na peryferiach. Podsumował, że stacje w Farmingham i Lawrence są wielkim krokiem również w kierunku udostępniania katolikom z tych rejonów wysokiej jakości programów i informacji o charakterze lokalnym, krajowym i międzynarodowym[10].

 

Warto przywołać słowa, które przy tej okazji wygłosił kardynał Sean O’Malley na temat radia: Radio jest tak wspaniałym medium, ponieważ dociera do ludzi w domu, w samochodzie, w pracy, o każdej porze dnia i nocy. Radio daje naszej wspólnocie możliwość dzielenia się przesłaniem Kościoła z ludźmi z wszystkich środowisk. Czasami jest to jedyna, możliwa forma podtrzymywania stałego kontaktu. (…) Mam nadzieję, że możliwość słuchania tych stacji będzie źródłem łaski dla wszystkich słuchaczy[11].

 

Na rodzimym rynku

 

Trudno przypuszczać by Radio Profeto w najbliższym czasie przegoniło Radio Maryja, a portal Agappe.PL zagroził dominacji Facebook’a na rodzimym rynku. Stacja toruńskich redemptorystów ma nie tylko trzydziestoletnią tradycję. Szkoli nowe, dziennikarskie kadry, świadomie zarządza marką opartą o, jak to zauważyła Katarzyna Augustyniak, trzy filary: swojskość, patriotyzm i wspólnotę[12]. Może również liczyć na wsparcie środowiska Rodzin Radia Maryja. Natomiast niespecjalnie może mieć nadzieję na ekspansję. Stacje radiowe najczęściej zmienimy w samochodzie: słabnie zasięg ulubionej rozgłośni w trasie? Zmieniamy na inną, podobną. Politycy się kłócą zamiast dyskutować? Reagujemy tak samo. Jak informuje Komitet Badań Radiowych wracamy do przyzwyczajeń sprzed pandemii, czyli radio towarzyszy nam w podróży[13]. Rzadziej zmieniamy częstotliwości w domu lub w pracy, czyli w pozostałych, najczęstszych lokalizacjach[14]. Oczywiście wciąż się zdarza, że sięgniemy po lokalne radio podczas wyjazdu, bo na przykład mają najlepszą w okolicy jakość dźwięku, ale nie są to zmiany trwałe.

 

W 2011 roku CBOS opublikował z okazji 20-lecia Radia Maryja obszerną analizę słuchaczy tej stacji. Podkreślono jej wpływ na zainteresowanie osób starszych rodzimą polityką i braniem udziału w wyborach. Chyba rzadko zwracamy uwagę na ten aspekt, skupiając się głównie na tym, na kogo przeważnie trafiają głosy. Jak się jednak okazało nie tylko na PiS, choć ten dominował. Ze wspomnianych badań wynika, że również na PO, a prezydent RP Bronisław Komorowski był oceniany przez słuchaczy pozytywnie. Rezultaty burzyły też nieco stereotypowy wizerunek odbiorców stacji. W podsumowaniu Mirosława Grabowska napisała, że jedna czwarta słuchaczy mieszkała wówczas w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców, jedna trzecia legitymowała się wykształceniem średnim lub wyższym, a co piąty nie ukończy 45 roku życia[15]. Mimo wszystko trudno podejrzewać, żeby ci wierni słuchacze postanowili opuścić ulubioną stację. Najwyżej okazać się może, że korzystają z kilku kanałów informacji. Pewne jest natomiast to, że Kościoła w mediach nie może zabraknąć, a to zależy zarówno od aktywności indywidualnej samych kapłanów, jak i spójnej strategii działań. Ten wielki, medialny kontynent wciąż czeka na swojego Ignacego Loyolę.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-profeto-radio-maryja-limanowa-katolickie-radio-malopolska-fm-dab_1 – dostęp 26.08.2021 r.

[2] https://sdp.pl/ks-mariusz-frukacz-komplementarnosc-nie-alternatywa/ – dostęp 26.08.2021 r.

[3] https://sdp.pl/decyduja-sluchacze-ks-artur-stopka-o-koscielnej-radiofonii/ – dostęp 26.08.2021 r.

[4] https://sdp.pl/lukasz-warzecha-czy-jest-mozliwa-alternatywa-dla-radia-maryja/ – dostęp 26.08.2021 r.

[5] https://sdp.pl/agappe-pl-zaskakuje-dojrzaloscia-ekspert-o-szansach-katolickiego-facebooka/ – dostęp 26.08.2021 r.

[6] Skrót od Buena Nueva, czyli Dobrej Nowiny.

[7] Skrót od Nasza Pani z Gwadelupy.

[8] https://www.diecezja.kielce.pl/biskupi/sp-kazimierz-ryczan – dostęp 26.08.2021 r.

[9] https://agappe.pl/ – dostęp 26.08.2021 r.

[10] https://www.thebostonpilot.com/opinion/article.asp?ID=173970 – dostęp 26.0-8.2021 r.

[11] Ibidem.

[12] https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/handle/item/233168 – dostęp 26.08.2021 r.

[13] https://badaniaradiowe.pl/radio-w-polsce-wchodzi-w-2020-rok-z-bardzo-dobrym-wynikiem/ – dostęp 26.08.2021 r.

[14] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-gdzie-sluchamy-dom-praca-samochod-pandemia-koronawirus

– dostęp 26.08.2021 r.

[15] Dwadzieścia lat Radia Maryja, oprac. M. Grabowska, CBOS

Cienie izolacji – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o dziennikarstwie po pandemii

Czy zmiany wywołane przez pandemię są groźne dla rozwoju dziennikarstwa?

 

Wymieranie zawodu?

 

Jesienią 2020 roku światło dzienne ujrzał raport, opracowany przez International Center for Journalism, zatytułowany: „Journalism and the Pandemic: A Global Snapshot of Impacts”[1]. W badaniu wzięło udział 1400 dziennikarzy ze 125 krajów. Jak zauważył na łamach portalu WNIP (What’s New In Publishing) Faisal Kalim, celem zakrojonego na tak szeroką skalę projektu było m.in. poszukiwanie wizji rozwoju dziennikarstwa po pandemii[2]. Materiał ten miał więc stać się drogowskazem na przyszłość; wytyczyć kierunek, który powstrzyma potencjalne „wymieranie zawodu”, jak to określiła dr Julia Posetti z ICFJ.

 

Powoli zapominamy, jak trudny i przygnębiający był 2020 rok. Od marca obowiązywała i w Polsce restrykcyjna izolacja społeczna. Nie było szczepionek. Ze świata docierały doniesienia o wzrostach zakażeń. Nikt, może poza wąską grupą ekspertów WHO, nie wiedział, z czym świat się właściwie mierzy? Znalazło to oczywiście odzwierciedlenie w przywołanym raporcie. Negatywne skutki emocjonalne i psychiczne pandemii potwierdziło aż 70% badanych. Doszły do tego kłopoty finansowe (aż 89% ankietowanych poinformowało o przynajmniej jednej decyzji właścicieli dotyczących ograniczenia wydatków), przeciążenie pracą, której dodatkowo nie dało się realizować w normalnych trybach, izolacja społeczna i wreszcie samo ryzyko zakażenia wirusem.

 

Od plagi dezinformacji do nadziei

 

Według raportu ICFJ w czasie pandemii wzrosła liczba ataków na dziennikarzy w Internecie. Agresja przeniosła się na ulice: 3% badanych przyznało, że dokonano na nich czynnej napaści. Dziennikarze podkreślili też wzrost dezinformacji, zarówno ze strony prywatnych użytkowników sieci (liderem miłośnicy Facebook.com), jak i samych rządów… Te ostatnie respondenci oskarżyli również o wykorzystywanie pandemii do ograniczania wolności słowa.

 

Pojawiły się jednak i efekty pozytywne. Dziennikarzy skrupulatniej sprawdzali źródła. Korzystali też do angażowania czytelników aktywniej niż dotychczas z platform społecznościowych. Badani uznali, że dzięki temu wzrosło zaufanie odbiorców do firmowanych przez nich materiałów. Co ważne i sami dziennikarze uznali, że mocniej angażują się w swoją pracę, doceniają też bardziej wsparcie, jakie otrzymują ze strony najbliższych.

 

Skromne oczekiwania

 

Wyrażone w raporcie oczekiwania środowiska można uznać za nad wyraz skromne. We wskazówkach dla wszystkich organizacji, które chcą wspierać krytyczne, niezależne dziennikarstwo na wysokim poziomie, napisano, że pracownicy mediów najbardziej oczekują stabilnej sytuacji finansowej: uczciwych wynagrodzeń i zwrotu kosztów operacyjnych (76%). Na dalszych pozycjach znalazły się: podnoszenie kompetencji cyfrowych (publikowanie atrakcyjnych materiałów i ich upowszechnianie) i dotyczących weryfikacji otrzymywanych danych, a nawet samych źródeł (po 67%). Dziennikarze liczą też na bliższą współpracę ze światem nauki (w czasie pandemii dotyczy to oczywiście przede wszystkim reprezentantów nauk o zdrowiu, ale kontekst jest szerszy).

 

Zmiany, zmiany, zmiany

 

Zapewne medioznawcy już niebawem zaczną publikować analizy zawartości mediów w czasie pandemii i deliberować na temat trwałości zmian, które zaszły na tym polu. Na przykład pisma turystyczne skupiły się na wycieczkach krajowych, co wynikało z braku możliwości, lub niepewności wypraw zagranicznych[3]. Trudno jednak uznać, że tak już zostanie.

 

Oczywiście zmienia się nie tylko zawartość. Na przykład CNN konsekwentnie przygotowuje swoje zespoły do pracy zdalnej, szkoląc kadry, jak chałupniczymi metodami zrobić redakcję w domu i przygotowywać materiały bez straty jakości. Stacja zachęca też do zwiększenia aktywności w mediach społecznościowych, w tym do korzystania z takich platform jak Tik Tok[4].

 

James Stagg z „The Caterer” magazynu poświęconego branży hotelarskiej stwierdził w wywiadzie, że przejście redakcji do pracy zdalnej udało się z dwóch powodów: istniały już narzędzia i wszyscy byli bardzo zdeterminowani. Stwierdził jednak, że nie da się pracować na długą metę bez możliwości wizyty na miejscu i rozmów z ludźmi. Podkreślił, jak gigantyczny wpływ na kreatywne pomysły mają spotkania w redakcji i koleżeńskie uwagi[5].

 

Zagrożenia

 

W maju 2021 r. na łamach SDP.PL pisaliśmy o obawach związanych z przeciąganiem pracy zdalnej. Raport opracowany przez Mediolański Instytut Badań Społecznych dla Parlamentu Europejskiego definiuje szereg zagrożeń z wynikających z niekorzystnego wpływu długotrwałej, przymusowej pracy z domu na zdrowie fizyczne i psychiczne pracowników, uznając przy tym na przykład kontrolę ergonomii stanowisk pracy przez odpowiednie służby za iluzoryczną. Stwierdzono ponadto, że niewielu liderów ma predyspozycje do zarządzania zespołem online. Na Wyspach Brytyjskich młodzi dziennikarze zaprotestowali przeciwko likwidacji przez wydawnictwo Reach siedzib redakcji w mniejszych ośrodkach. Zapytali: jak mają pracować nadal z ciasnych mieszkań (mało kto kupował mieszkanie, by było też jego biurem), od kogo mają się uczyć i jaki będzie prestiż redakcji bez siedzib?[6] Nie jest to jedyny przypadek przeciągania pracy zdalnej poza zakres konieczny i nadużywania jej do kolejnej „optymalizacji kosztów” funkcjonowania redakcji. Wiele aspektów długoterminowej pracy zdalnej nie zostało jeszcze w ogóle przebadanych. Pytamy o to dr Annę Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, autorkę: „Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19a”[7].

 

Czy znamy już wszystkie meandry pracy zdalnej? Wiemy na przykład, jakie są oczekiwania domowników, wobec osoby, które realizuje swoje zawodowe zadania z domu, na przykład, że posprząta, nastawi obiad, pomoże dzieciom w lekcjach, wyjdzie z psem i pobawi się z kotem?

 

Takie wątki pojawiały się sporadycznie w odpowiedziach na pytania otwarte – objaśnia dr Dolot, trenerka biznesu. – Zwłaszcza przedstawiciele młodszego pokolenia podkreślali, że starsi nie rozumieją tej specyfiki, co można streścić w komunikacie: „a z domu – to możesz mi załatwić…”. Pandemia wpłynęła jednak pozytywnie na postrzeganie samych prac domowych. Statystycznie dużo osób musiało opuścić biura i zobaczyli, że praca z domu jest tak samo ważna, a czasem trudniejsza, bo na przykład trzeba umieć się do niej motywować. Ta zmiana postrzegania pracy zdalnej i docenienia jej wartości jest dobra. Są natomiast zdiagnozowane złe strony. Pracujemy dłużej niż w biurach. Niekorzystne jest też to, że ktoś (szef/kolega) dzwoni późno, albo w niedzielę i mówi „akurat mam czas na rozmowę, otwórz maila”… – uzupełnia dr Anna Dolot.

 

Przyszłość zdalnego dziennikarstwa

 

Oczywiście istnieją redakcje, które od początku funkcjonują zdalnie, z kolegiami odbywającymi się online i dostarczaniem materiałów przez łącza elektroniczne. Ważnym aspektem jest jednak to, że zdalnie pracują ci, którzy chcą tak działać, a nie ci, którzy są do tego zmuszani. Długotrwała izolacja, która powoduje zmiany w organizacji działań, może przynieść też liczne, negatywne skutki dla jakości samych materiałów.

 

Nawet w elementarnych kursach dziennikarskich zwraca się uwagę na rolę spotkań bezpośrednich, które ciągle oferują więcej niż kontakt przez telefon, komunikacja online i zdecydowanie więcej niż „sucha” korespondencja e-mail. Zainteresowani poznaniem podstaw tego zawodu dowiadują się, że powinni obserwować reakcje rozmówcy na zadane pytanie, które mogą powiedzieć wiele więcej, niż to będzie wynikało z udzielonej odpowiedzi. Z tego też powodu są chwile, w których politycy najchętniej oddzieliliby się od mediów murem, zwieńczonym drutem kolczastym…

 

Według raportu ICFJ dziennikarze oczekują stabilności finansowej. Google udostępniło ostatnio swoim pracownikom w USA kalkulator, dzięki któremu mogą sprawdzić, ile zarobią, jeśli będą pracowali w centrali, a ile jeśli z domu. Okazuje się, że w tym drugim wypadku ich dochody mogą być… niższe. Google uzależnia bowiem wysokość zarobków od wynagrodzeń na danym terenie[8].

 

W tle wszystkich kalkulacji pozostaje jednak wciąż niewygasła pandemia. CNN zwolniło troje pracowników za przyjście do biura bez szczepienia przeciwko COVID-19. Nie jest to jedyny amerykański pracodawca, który bezwzględnie wymaga szczepień od swoich pracowników[9]. Należy dodać, że ograniczanie powierzchni biurowych redakcji, które następowało w 2020 r., będzie miało niekorzystny wpływ również na zachowanie reżimów sanitarnych, nie mówiąc o spadku komfortu samej pracy.

 

Jak wynika z raportu Menpower Group menadżerowie w Polsce oczekują powrotu pracowników do biur[10]. Warto uzupełnić tę uwagę i dodać, że na zwiększony ruch czekają też kawiarnie i bary ulokowane w pobliżu siedzib. Z kolei rozwój pracy zdalnej zwiększa zainteresowanie pracowników migracjami do miejsc przyjemnych, poza zatłoczone metropolie[11]. Co może mieć interesujące konsekwencje w przyszłości.

 

Pewne pozostaje jednak to, że na odległość powinni pracować ci, którzy wybrali taką formę, a nie ci, którzy muszą. Rolą pracodawcy jest wówczas zapewnienie ergonomiczne stanowiska, wyposażenie we właściwe narzędzia i poszanowanie życia prywatnego, gdy godziny pracy mijają. Siedziba redakcji nie jest kosztem, z którego można łatwo zrezygnować. To miejsce twórczego fermentu, które zapewnia kreatywne pomysły i o jakość, bo mądrość rodzi się w dyskusji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.icfj.org/our-work/journalism-and-pandemic-survey – dostęp 13.08.2021 r..

[2] https://whatsnewinpublishing.com/key-to-reimagining-post-pandemic-journalism-how-the-challenges-unleashed-by-the-pandemic-have-also-unveiled-real-opportunities/ – dostęp 13.08.2021 r.

[3] https://digitalcontentnext.org/blog/2021/06/10/travel-media-execs-outline-their-post-pandemic-plans/ – dostęp 13.08.2021 r.

[4] https://newsday.co.tt/2021/08/11/trinidadian-consultant-trains-with-cnn-in-post-pandemic-journalism/ – dostęp 13.08.2021 r.

[5] https://www.welchpr.co.uk/2021/06/16/journalism-in-a-post-pandemic-world-an-interview-with-james-stagg-the-editor-of-the-caterer/ – dostęp 13.08.2021 r.

[6] https://sdp.pl/sluchajmy-swojego-mozgu-zbigniew-brzezinski-o-pracy-zdalnej-dziennikarzy/ – dostęp 13.08.2021 r.

[7] Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, oprac. A. Dolot, Kraków 2020.

Zob. ponad to: https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/#_ftn3 – dostęp 13.08.2021 r.

[8] https://www.bbc.com/news/business-58171716 – dostęp 13.08.2021 r.

[9] https://www.bbc.com/news/world-us-canada-58112125 – dostęp 13.08.2021 r.

[10] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdalna-praca-nie-podoba-sie-polskim-szefom-az-88-proc-z-nich-chce-powrotu-pracownikow-do-biur – dostęp 13.08.2021 r.

[11] https://www.rp.pl/Rynek-pracy/308089934-Praca-zdalna-otwiera-nowe-sciezki-mobilnosci-Polakow.html – dostęp 13.08.2021 r.

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Pandemia i podcasty

Czy 2020 rok faktycznie był rokiem podcastów?

 

W prognozach dla rynku mediów na 2020 rok specjaliści przewidywali, że będzie to czas niesamowitego wprost rozwoju rynku podcastów. Pisaliśmy o tym na łamach SDP.PL, zwracając przy tym uwagę na możliwe trudności w masowym pojawianiu się nowych kanałów, zwłaszcza gwarantujących wysoką jakość. Nie są to bowiem narzędzia dla każdego i bez wątpienia są bardziej czasochłonne niż prowadzenie bloga, lub uaktualnianie statusów w social mediach[1]. Dziś sprawdzamy, czy prognozy okazały się trafne, czy też pokrzyżowała je pandemia.

 

W opinii ekspertów

 

Czy 2020 r. to  faktycznie był rok podcastów? – zastanawia się z nami Damian Ruciński autor podcastu ITiTy.PL[2] związany z branżą IT od końca minionego stulecia. – W mojej opinii zdecydowanie tak i to zarówno w skali mikro, bo sam zacząłem więcej słuchać oraz uruchomiłem swój pierwszy podcast, jak również w skali makro. Wystarczy spojrzeć chociażby na liczbę polskich podcastów znajdujących się w internetowym katalogu podkasty.info[3], gdzie na początku roku 2020 ich liczba wynosiła około 3400, a obecnie jest to już ponad 6500 pozycji. Gdy spojrzymy na rynek podcastów w skali całego globu, to na dziś podcastindex.org[4] informuje o ponad 4 milionach pozycji! Rosnące zainteresowanie podcastami widać również po stronie słuchających. Przytoczyć można jako dowód liczbę subskrybentów newslettera polecającego polskie podcasty najlepszepolskiepodcasty.pl[5], który wystartował z początkiem 2020 roku, a obecnie co tydzień dociera do prawie 3000 osób!

 

Nieco polemizuje z tą tezą Bartosz Lewicki doświadczony radiowiec, który w 2020 r. współtworzył podcast programu na rzecz zdrowia psychicznego NASZAwtymGŁOWA[6], a obecnie prowadzi kanał „Quizomaniacy – Podcast Wybitnie Teleturniejowy”[7], zwracając uwagę, że wzrost popularności, nie oznacza jeszcze wzrostu wpływów: Komercjalizacja podcastów nie jest łatwa, zwłaszcza w Polsce, gdzie grupa słuchaczy to głównie ludzie znający nasz przepiękny język, trudno jednak mówić o zasięgach globalnych. Jako podcaster można zyskać partnera, lokować informacje o produktach, lub zdobyć sławę i występować jako prelegent za pieniądze. Można również zadziałać od drugiej strony – mieć treści i je publikować, w kawałkach, jako podcasty – zyskując zasięgi i dodatkowych słuchaczy stosunkowo niewielkim kosztem. Tak robi teraz większość rozgłośni radiowych – od TOK FM, przez Wnet po Radio Kielce. Dodajmy do tego stacje radiowe, takie jak Nowy Świat, czy 357, które są dostępne wyłącznie w internecie, nie podlegają pod KRRiTV, mają swoich patronów. Gdzie autor może zajmować się tym, co naprawdę lubi i potrafi – śmieszy, tumani, przestrasza.

 

Można również być najbogatszą firmą świata, Amazonem, stworzyć swoją platformę z muzyką i podkastami, a potem pójść na zakupy. Na przełomie 2020 / 2021 spółka kosmonauty Bezosa wydała około 300 milionów dolarów na Wondery, firmę tworzącą i publikującą podcasty premium, za odtwarzanie których płacą słuchacze. Jak widać, nie jest ich aż tak wielu, bo pół roku później Amazon ogłosił zakup, również za 300 mln dolarów, Art19: platformy służącej do publikacji i „monetyzacji” podcastów. Mówiąc prościej – do dodawania reklam, zarówno przez twórców, jak i automatycznie, w przerwie na reklamę. Aż przypomina się stukanie palcem w garnek i miły męski głos: „Zapraszamy do reklamy”. Tak właśnie radio zaczęło emitować reklamy w Polsce. A my, nieświadomie, zaczęliśmy szukać alternatywy dla radia.

 

Zainteresowanie rozgłośni

 

W ubiegłym roku pisaliśmy na łamach SDP.PL, że rozwojem podcastów zainteresowane jest Auditorium17. Wspomniane przez Lewickiego Radio Kielce oferuje od 2020 r. słuchaczom na własnej platformie 33 różne podcasty, prowadzone zarówno przez dziennikarzy, jak i zaproszonych gości[8]. O to, jakie tematy cieszą się największym zainteresowaniem, pytamy odpowiadającego za tę część aktywności Radia Kielce Roberta Felczaka:

 

Zdecydowanie prowadzą „Kryminalne Historie”[9], za którymi uplasowały się podcasty historyczne, m.in.: „Moc Historii”[10] i „Obrazy wojennych zdarzeń”[11] – informuje Felczak.

 

Analizując zawartość comiesięcznych notowań swoistej listy przebojów podcastów, czyli „Podcast Hot50”, wydawanej przez powstały w 2019 roku „Podcast Magazine (Beyound The Microphon)” można zauważyć, że gusta polskiej publiczności nie odbiegają specjalnie od zamiłowań słuchaczy kanałów anglojęzycznych. Kategorie: „Tru Crime” i „History” budzą i tam żywe zainteresowanie. Popularnością cieszą się też tematy dotyczące biznesu, „Kids and Family” i edukacji. To ostatnie nie powinno dziwić w czasie praktykowania nauki zdalnej na całym globie. Warto zauważyć, że łącznie pismo, którego założycielem jest Steve Olsher, wyróżnia aż 21 kategorii tematycznych kanałów. Co ciekawe Hot50, za której zestawianie odpowiada Rob Actis powstaje nie w oparciu o wskaźniki takie jak: zasięgi, liczba odbiorców, czy dochód, ale na podstawie rekomendacji czytelników „Podcast Magazine” i ich głosowania. W założeniu ma to dać szansę małym, ale wartościowym kanałom na zaistnienie w świadomości miłośników podcastów[12].

 

Bez wpływu pandemii?

 

Patrząc na kolorowe strony „Podcast Magazine”, wydaje się, że pandemia nie miała większego wpływu na rynek podcastów, choć oczywiście temat ten poruszali przywoływani na wirtualnych łamach twórcy (magazyn można czytać online, pobrać w postaci pliku PDF, a nawet… wysłuchać). Jak oceniają to polscy eksperci?

 

– Tak zwani „duzi gracze” dostrzegają potencjał, jaki drzemie w podcastach – odpowiada Damian Ruciński. – To właśnie na czas pandemii  przypada największy podcastowy transfer, czyli przejście Joe Rogana i jego podcastu na wyłączność do Spotify za niebagatelną sumę 100 mln $. Podcasty to medium internetowe, naturalnym jest więc to, że wraz z koniecznością bycia „online” wiele osób przybliżyło się do tej formy konsumowania treści, dostępnych zresztą w jakże popularnym modelu „na żądanie”. Słowo „podcast” już nie jest niezrozumiałe. Wzrasta liczba osób, które podobnie jak ja uważają, że właśnie to medium przemawia (dosłownie i w przenośni) do nich najbardziej.

 

Jak prowadzić podcast?

 

Wszystko wskazuje na to, że prognoza tym razem się sprawdziła, co jest zaskakujące o tyle, że rozwój rynku podcastów przewidywano konsekwentnie od kilku lat i każda z tych dotychczasowych wizji była chybiona. Wydaje się, że pandemia, a zwłaszcza czas izolacji społecznej, miały duży wpływ na popularyzację tego nienowego przecież narzędzia komunikacji. O to, jak prowadzić podcast, pytamy Bartosza Lewickiego. W pierwszej kolejności zwraca uwagę na niski próg wejścia.

 

Żeby zostać dumnym twórcą podcastowym, wystarczy smartfon – objaśnia Lewicki. – Oczywiście, to samo dotyczy Youtuberów, ale przy podcaście nie musimy dbać o tło, strój, makijaż, światło. W podcaście wystarczy, że dookoła jest w miarę cicho i nie ma tego paskudnego echa. Możemy nagrywać tak, żeby nie montować, albo skorzystać z wielu dobrych i darmowych programów do obróbki dźwięku. Mając zabezpieczone zaplecze techniczne, warto skupić się na trzech rzeczach, które pozwolą nam odnieść sukces i zostać gwiazdą. Są to: pomysł, charyzma i wytrwałość.

 

Czy mógłby pan rozwinąć ten ostatni wątek?

 

– Na temat dwóch pierwszych elementów nie będę się wypowiadał – tylu mądrych autorów zajmowało się nimi od czasów antyku – odpowiada Lewicki. Trzeci element jest jednak bardzo ważny: jeśli nie jesteśmy jeszcze gwiazdą, wybicie się z własnym materiałem jest trudne i wymaga czasu oraz radości, że w tym tygodniu wysłuchało nas aż siedem osób. Po drugie, z czasem przychodzą doświadczenie i nawyki, które podpowiadają nam, jak i gdzie nagrywać, czy wycinać każdy oddech i pauzę oraz co jest ważniejsze – forma, czy treść. Nie są to błahe sprawy. Posłuchajcie podcastera, który przedtem nie miał doświadczenia w radiu i telewizji. Porównajcie jego pierwsze i obecne odcinki. Czy nabrał luzu, czy zamiast skupiać się na poziomach nagrania, teraz skupia się bardziej na poziomie merytorycznym. Kiedy się go przyjemniej słucha? Z tego powodu osoby z radiowym obyciem mają łatwiej na starcie. Oni już wiedzą, o co chodzi. Ale z drugiej strony liczy się świeżość i łamanie schematów – pod warunkiem, że robi się to na przyzwoitym poziomie technicznym.

 

Jaka dziś rysuje się przyszłość rynku podcastów?

 

W krajach, w których podcasty są znane dłużej i mają większy potencjał, bo są nagrywane po angielsku, funkcjonują producenci podcastów. Ty masz pomysł, odwagę i nutkę szaleństwa, oni – sprzęt, doświadczenie i odrobinę sceptycyzmu – zauważa Bartosz Lewicki. – Minusem jest oczywiście to, że producenci będą chcieli zarabiać, a początkujący podcaster nie chce za dużo tracić. Ale może kierunkiem rozwoju podcastów jest właśnie taki podział zadań i obowiązków? Jest więc luka, która pewnie zostanie w jakiś sposób wypełniona również nad Wisłą. I zanim zaczniecie na mnie krzyczeć, że to zły pomysł, to pamiętajcie, że The Beatles miało swojego Georga Martina.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/czas-podcastow-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 05.08.2021 r.

[2] https://itity.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[3] https://podkasty.info/ – dostęp 05.08.2021 r.

[4] https://podcastindex.org/ – dostęp 05.08.2021 r.

[5] https://najlepszepolskiepodcasty.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[6] https://naszawtymglowa.pl/podcasty/ – dostęp 05.08.2021 r.

[7] https://open.spotify.com/show/45f4s0byvyoZi5SGQBLusG – dostęp 05.08.2021 r.

[8] https://podcasty.radio.kielce.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[9] https://podcasty.radio.kielce.pl/kryminalne-historie – dostęp 05.08.2021 r.

[10] https://podcasty.radio.kielce.pl/moc-historii – dostęp 05.08.2021 r.

[11] https://podcasty.radio.kielce.pl/obrazy-wojennych-zdarzen – dostęp 05.08.2021 r.

[12] https://podcastmagazine.com/ – dostęp 05.08.2021 r.

Znikające dziedzictwo – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o „kaczkach dziennikarskich” i „sezonie ogórkowym”

Znika zjawisko dziennikarskich kaczek i sezonu ogórkowego. Jakie są tego powody i czy będziemy za nim tęsknić?

 

Zanikające terminy

 

Ze zbiorowej świadomości znikają powoli terminy dziennikarskie, które w minionym stuleciu były dla wszystkich zrozumiałe. Można do nich zaliczyć na przykład: „kaczkę dziennikarską” i „wiadomości wyssane z palca”. Najprawdopodobniej za chwilę do tego grona dołączy i „sezon ogórkowy”. Już dziś wpisując to zapytanie w okno internetowej wyszukiwarki, dostaniemy przede wszystkim odpowiedzi dotyczące uprawy warzyw. Zagadnienie nie zainteresowało środowiska naukowego, co potwierdził, zapytany o tę kwestię Kierownik Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek. Szkoda, bo znika kolejny obszar, który spokojnie można określić mianem dziennikarskiego dziedzictwa. Odchodzi w cień bez wystarczającej analizy i uczonej refleksji. Trudno dziś nawet o dobrą definicję sezonu ogórkowego, popartą zbiorem przykładów. „Kaczka dziennikarska” i „wysysanie wiadomości z palca” miały w tym wypadku więcej szczęścia. Legendarny rysownik Papcio Chmiel ulokował gigantyczny palec w fikcyjnej redakcji pisma „Trele Morele”. Redaktorzy mogli z niego wysysać fałszywe informacje, gdy im brakowało prawdziwych, żeby zapełnić nimi łamy.[1] „Kaczka dziennikarska” to fałszywa wiadomość. Według Władysława Kopalińskiego termin wywodzi się z Francji. Niejaki Cornelius, aby ustalić granicę naiwności czytelników, napisał w artykule, że miał dwadzieścia kaczek, z których jedną zabił, poćwiartował i rzucił pozostałym, które łapczywie ją zjadły. Następnie zabijał kolejne i czynił z nimi podobnie, aż została tylko jedna, która zjadła pozostałych dziewiętnaście. Miało to uzasadnić wyjątkową żarłoczność tego gatunku ptactwa.[2]

 

Szukając definicji

 

Według „Słownika języka polskiego PWN” sezon ogórkowy to okres letniego zastoju w życiu kulturalnym.[3] Internetowe hasło kieruje do Korpusu Języka Polskiego PWN, gdzie znajdziemy kilka przykładów użycia tego terminu. W 1999 r. na łamach pisma „Cosmpolitan” ukazała się taka oto wypowiedź: „- To sezon ogórkowy, nie pracuje się w takim napięciu – mówi Anita Szarlik, dziennikarka. – Trochę tak, jak gdyby przez dwa miesiące była niedziela. Trudno kogokolwiek znaleźć, dlatego każde zdobycie informacji jest plusem”.[4] Kolejny cytat pochodzi już z XXI wieku. W 2004 r. „Fakt” dociekał, dlaczego kolejna seria programu „Idol” pojawi się dopiero wiosną następnego roku. Odpowiedź producentów streszczono w następujący sposób: „Twierdzą, że lato to sezon ogórkowy i wtedy nie warto ruszać z tak dużą produkcją[5]. W 1974 r. w magazynie „Motor” zauważono z pewnym zresztą oburzeniem, że Szkoci mają na sezon ogórkowy Potwora z Loch Ness, a mieszkańcy PRL-u równie interesujące zagadnienie: „jak jeździć? To znaczy przy jakiej proporcji benzyny i oleju”.[6] W Korpusie Języka Polskiego PWN znajdziemy jeszcze kilka przykładów. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1974 r., najnowsze z 2004 r.

 

Inaczej termin sezon ogórkowy zdefiniował Piotr Müldner-Nieckowski. Stwierdził, że to okres, w którym nie ma ważnych informacji prasowych.[7] W odróżnieniu od Słownika PWN nie odwołał się w ogóle do kwestii wakacyjnej przerwy w pracy teatrów i innych instytucji wysokiej kultury. Przywołał ten termin jako przykład związku frazeologicznego zwanego frazemem i zjawiska nie badał.

 

Przykłady pociągają

 

Wygląda na to, że pojęcie sezonu ogórkowego najpierw oderwało się od teatralnej posuchy i związało ze względną ciszą w życiu politycznym w czasie parlamentarnych wakacji. Stały dostęp do rozmówców ułatwiła jednak z czasem telefonia komórkowa. Z każdym można się dziś skontaktować, choćby wypoczywał na drugim końcu świata. Liczba informacji, które i tak docierają do redakcji, raczej wymaga selekcji niż wysysania dodatkowych z palca. Redaktor naczelny popularnego serwisu „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc”, dziennikarz z trzydziestoletnim doświadczeniem Dariusz Gacek, zapytany o przykłady zapamiętanych przez niego tematów, które panowały w sezonach ogórkowych, wylicza błyskawicznie: wieloryb Lolek płynący Wisłą, chomik latający z aparatem, jezioro pełne wódki, aktywność UFO, czyli kręgi w zbożu, puma… To zbiór propozycji, które potem wałkowano przez całe lato. Warto od razu zauważyć, że nie są to kwestie tuzinkowe, wręcz przeciwnie! Wypada pochwalić dziennikarską pomysłowość i znajdowanie tematów, które nie tylko elektryzowały odbiorców, skupiając na sobie uwagę, ale też prawdopodobnie pozwalały autorom dobrze się bawić przy redagowaniu kolejnych materiałów. Taki trening kreatywnego pisania realizowany na oczach odbiorców.

 

Z przykładów zawartych w Korpusie Języka Polskiego PWN wynika, że w świadomości samych dziennikarzy sezon ogórkowy wiązał się z powracającymi doniesieniami na temat Nessie, czyli Potwora z Loch Ness. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają, jak przez całe wakacje ekipa „Lata z Radiem” konsekwentnie poszukiwała: „paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego”, co miało być rodzimą odpowiedzią na tajemniczą bestię ze szkockiego jeziora.

 

Pojęcia: sezon ogórkowy, kaczka dziennikarska i wiadomości wyssane z palca, wiele łączy. Mowa tu o materiałach sensacyjnych, ale jednocześnie nieszkodliwych, niewywołujących paniki, za to skupiających na sobie uwagę i pozwalających odbiorcom na pogodny uśmiech tuż po odkryciu mistyfikacji i radosną zabawę z przyswajania kolejnych materiałów.

 

Kto „zniknął” sezon ogórkowy

 

Jak już wspomniano najnowsza wzmianka w Korpusie Języka Polskiego PWN pochodzi z 2004 r. Latem 2021 r. trudno znaleźć choćby ślad sezonu ogórkowego. Wciąż docierają do nas komunikaty na temat pandemii, o związanych z tym niepokojach na świecie, programach szczepień, ale też Narodowym Spisie Ludności. Dopiero co skończyło się Euro 2020, a trwa Olimpiada w Tokio. Komunikatów jest pełno. Zupełnie jakby newsy działały jak aplikacja w tle, niby uśpiona, ale przypominająca konsekwentnie o swoim istnieniu. Czasy, o których mówiła Anita Szarlik w 1999 r., bezpowrotnie minęły. Wydaje się, że szczególny wpływ na zanik sezonu ogórkowego ma jednak życie polityczne, prowadzone z niespotykaną dotychczas intensywnością. Zapytana o tę kwestię politolog dr Agnieszka Zaremba odpowiada w następujący sposób:

 

Polityka nie zasypia. Mamy newsy przez 24 godziny to i politycy musieli się dostosować. Obecność w mediach to obecnie być albo nie być dla polityka. Dlatego bardzo wielu wykorzystuje media społecznościowe do kreowania własnego wizerunku, a dla mediów tradycyjnych jest dostępna „na okrągło”. Duże zmiany wywołała pandemia, teraz nikt nie musi zaraz z kamerą przyjeżdżać, wystarczy domowe studio (coraz lepsza jakość kamer w laptopach i telefonach). I z jednej strony to dobrze, że wyborcy mają swoją władzę „na bieżąco”, a z drugiej trochę szkoda, że nie możemy od siebie wzajemnie odpocząć. Poza tym przesyt nie jest wskazany w żadnej dziedzinie i nawet najbardziej zagorzali obserwatorzy sceny politycznej zaczynają się uodparniać na ogromną ilość newsów od polityków. W Polsce w ogóle nie zanosi się w tym roku na sezon ogórkowy. Mamy powrót Donalda Tuska, ciągłe wojenki w obozie rządzącym, konflikt z UE, szczepienia i zakup Abramsow. Od przybytku zdecydowanie tym razem głowa boli.

 

Mundus senescit

 

Ludzie średniowiecza pod pojęciem mundus senescit (świat się starzeje) rozumieli, że: lepiej już było. Może i nam przyjdzie zatęsknić za czasami, w których paskuda bawiła się z dziennikarzami w wodnego berka na Zalewie Zegrzyńskim? Wydaje się, że nikomu by nie zaszkodziła odrobina oddechu i miejsca na pogodny uśmiech, zwłaszcza w wakacje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI, wydanie pierwsze 1981 r.

[2] W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 447.

[3] https://sjp.pwn.pl/slowniki/sezon%20og%C3%B3rkowy.html – dostęp 26.07.2021 r.

[4] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;258,2;34236.html – dostęp 26.07.2021 r.

[5] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;920,2;8867.html – dostęp 26.07.2021 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;1908,2;6416.html – dostęp 26.07.2021 r.

[7] P. Müldner-Nieckowski, Wprowadzenie do frazeologii, [w:] Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004 r., s. 14.

Sześćset słów – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o krótkich formach dziennikarskich

Dziennikarstwo stoi dziś przed znalezieniem odpowiedzi na pytanie: jak tworzyć krótkie i długie formy tak, by trafiły zarówno do ekspertów, jak i do przypadkowych odbiorców? Czy obligatoryjne skracanie materiałów to ruch w dobrą stronę?

 

Zmiany na polskim rynku Internetowym

 

W lipcu (14.07.2021 r.) ukazał się „Raport strategiczny Internet 2020/2021” opracowany dla Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.[1] Wynika z niego, że czas pandemii wprowadził na rynku znaczne zmiany. Już 90,4% gospodarstw domowych miało w ubiegłym roku dostęp do sieci (wzrost z 86,7%). Rozwijał się dynamicznie rynek e-commerce, a co trzeci mieszkaniec deklarował, że kupił przez Internet produkt, którego tą drogą nie nabył nigdy wcześniej. Co ciekawe najwięcej powstałych nowych e-sklepów (23%) oferowało książki i multimedia. W pierwszym półroczu spadły natomiast o 4% wydatki na reklamę online, co przypomina czas wyczekiwania na dalsze wypadki związane z pandemią COVID-19, w którym znaleźliśmy się w marcu 2020 r. wszyscy, nie tylko biznes. Warto dodać, że ten negatywny trend odwrócił się w drugim półroczu.

 

Istotna zmiana dominującego urządzenia

 

Marcin Niemczyk z Polskiego Badania Internetu, który we wspomnianym raporcie przybliżył obraz użytkowników, zauważył, że to smartfon jest urządzeniem pierwszego wyboru. Korzysta z niego codziennie 24,4 miliona Polaków. W tej kategorii komputery znalazły się daleko w tyle z wynikiem zaledwie 11,4 miliona codziennych użytkowników. W sposób oczywisty zmiana dominującego urządzania ma i będzie miała w przyszłości wpływ na to, w jaki sposób i jakie treści będą podawały media.

 

W raporcie na podstawie danych GUS wyczytamy, że najczęstszym celem korzystania z sieci, była poczta e-mail (65,9%). Na drugim miejscu znalazło się czytanie wiadomości online, gazet lub czasopism (65,4%). Dopiero dalsze pozycje zajęło wyszukiwanie informacji o usługach lub produktach (62,7%), wykonywanie rozmów głosowych i video (55%) i, co na pewno będzie zaskakujące dla namiętnych użytkowników tego typu platform, korzystanie z serwisów społecznościowych (54,8%).

 

Inaczej sytuacja wygląda pod względem czasu poświęcanego różnym miejscom w globalnej sieci. Tu królują: YouTube, Facebook i Google. Kolejne pozycje zajęły grupy: Wirtualna Polska, Allegro, OLX, RAS Polska, Polsat-Interia, Agora i Polska Press.

 

Według badania Mediapanel z grudnia 2020 r., na które powołuję się autorzy „Raportu strategicznego Internet 2020/2021”, pierwsza piątka witryn w kategorii informacje i publicystyka przedstawiała się następująco: onet.pl, o2, se.pl, radiozet.pl, wp.pl, gromadząc od dziewięciu do ponad jedenastu milionów użytkowników. W kategorii: biznes, prawo finanse, na pierwszym miejscu uplasowało się money.pl. Kolejne pozycje zajęły: businessinsider.com.pl, gazeta.pl, rp.pl i wp.pl.

 

Warto dodać, że główne grupy użytkowników ukończyły 35 rok życia, a młodsze pokolenie skupia się na video i informacjach głosowych.

 

Rewolucja to czy nie?

 

W czerwcu 2021 r. serwis Wirtualnemedia.PL poinformował, że nowe zasady dla dziennikarzy wprowadził amerykański serwis Insider. Publikowane w nim artykuły mają liczyć mniej niż sześćset słów. Redaktor naczelny portalu Nicholas Carlson stwierdził, że obecnie teksty mają średnio 700 wyrazów, a czytelnicy porzucają te materiały po dojściu do jednej trzeciej[2]. Można w takim razie postawić pytanie: dlaczego nie od razu 212, tylko całe 600? Carlson tłumaczy, że to górna granicy, a redaktorzy mają pełne prawo prosić o materiał zawierający od 200 do 300 słów.

 

Internet oczywiście przyjmie każdą liczbę znaków, z wolą czytelników jest w tym wypadku inaczej. Zaproponowane rozwiązanie przypomina podejście do treści w mediach tradycyjnych, gdzie czas antenowy, czy rozmiar artykułu są z góry określone. Wygląda to więc raczej na powrót do starych rozwiązań, niż szarżę rewolucjonistów. Czy jednak nie potrzebujemy dogłębnych analiz, materiałów obszernych, które objaśnią nam jakąś zawiłą kwestię?

 

Krótkie informacje i długie opowieści

 

O to, czy faktycznie sięgamy po coraz krótsze treści, pytamy prof. Marzenę Marczewską dyrektorkę Instytutu Literaturoznawstwa i Językoznawstwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach:

 

– Myślę, że tak jest. Żyjemy szybko, jesteśmy bombardowani informacjami. Nie umiemy się koncentrować. Trudno nam się skupić. Powstają poradniki, jak w sieci pisać długie teksty, które sprawiają wrażenie krótkich i nie odstraszają czytelnika. Webwriting ma swoje wymogi. Od pewnego czasu obserwuję popularność bardzo krótkich filmików na portalach typu Jibjab. Mamy tam nawet możliwość wyboru długości nagrania: krótsze wersje filmów (shorties), które personalizujemy, są coraz bardziej popularne. Wniosek: chcemy, by wszystko było podane natychmiast. Widzę też, że wiele osób korzysta z prasy w specyficzny sposób: ludzie czytają tylko tytuły i leady. Rzut oka i wydaje nam się, że wszystko wiemy. Rzadko czytamy całość. Przypominam, że na brak czułości, a więc uważności zwracała uwagę Olga Tokarczuk, która stwierdziła, że obecnie obserwujemy nowy sposób opowiadania o świecie. Serialowy. Zjawisko to opisywał także Jacek Dukaj, który po epoce oralnej i epoce pisma zapowiedział epokę bezpośredniego transferu przeżyć.  Bezpośredni transfer przeżyć bazuje na zmysłach: patrzę – widzę, słucham – słyszę. Wszystko dzieje się teraz. Nie piszemy do przyjaciół – dzwonimy. Nie czytamy powieści – oglądamy filmy. Noblistka sygnalizowała także, że bezpośrednie przekazywania doświadczenia np. za pomocą fotografii, filmu, różnych relacji (np. w mediach społecznościowych) staje się alternatywą dla tradycyjnego czytania. Słowo mówione lub pisane staje się coraz mniej potrzebne. Zwłaszcza w dobie Internetu, który zamiast być doskonałym narzędziem gromadzenia wiedzy, coraz częściej postrzegany jest jako źródło chaosu i narzędzie programowania ludzkich zachowań. Zalewani informacjami, często nieprawdziwymi,  szukamy obrony w „myśleniu upraszczającym, ideologicznym, partyjnym”. Szybkość i nieuważność idą w parze. I nie są pozytywnymi zjawiskami.

 

Księgarze jednak informują, np. Oskar Tracz z CK Wiedza, że chętniej sięgamy po powieści niż po zbiory nowel lub opowiadań.

 

To są zupełnie dwie różne sprawy. Czytanie powieści i śledzenie aktualności w sieci. Czytamy głównie dla przyjemności, dobrej narracji. Łakniemy opowieści, które objaśniają świat. Szukamy też emocji, stąd zapewne niezwykła popularność literatury sensacyjno-kryminalnej i obyczajowo-romansowej. Organizujemy sobie czas, by oddać się przyjemności bycia w innej rzeczywistości.  W ostatnim roku Biblioteka Narodowa odnotowała wzrost poziomu czytelnictwa o 3%. Być może pandemia, która zmieniła tempo naszego życia, miała na to pewien wpływ. Wielu osobom jednak wystarczy funkcjonowanie w sieci. A tam głównie szukamy konkretnych, łatwo dostępnych informacji. Zależy nam na czasie. Po prostu musimy wiedzieć szybko. Stąd tendencja w dziennikarstwie do podawania informacji w pigułce, mimo że Internet pozwala technicznie na bardzo obszerne wypowiedzi – objaśnia prof. Marczewska.

 

Według irlandzkich kursów dziennikarstwa lead powinien składać się z 20 wyrazów. Z recepcji mediów społecznościowych wynika, że wielu ludziom to wystarcza do wyrobienia sobie poglądu na temat całego zagadnienia. Zanika zapotrzebowanie na analizy? Wystarczy komunikat? Jak w dziale sportowym: Legia – Górnik 2 : 0? Kibic nie musi pytać ani o dyscyplinę, ani o skutki takiego, a nie innego rezultatu. Czy to więc nie oznacza, że krótkie treści, bez objaśniania rzeczywistości i tłumaczenia następstw jakichś działań (np. obniżki stóp procentowych), będą tylko dla ekspertów?

 

Dogłębne analizy już od dawna interesują przede wszystkim ekspertów. Jesteśmy leniwi, wymagamy, by ktoś przystosował informację do naszych potrzeb i podał ją najprościej, jak to jest możliwe. Na przykład chcemy wiedzieć, jak bardzo jakaś zmiana prawna wpłynie na wzrost cen paliw i na ceny określonych produktów, ale już niekoniecznie zapoznamy się z obszernym wyjaśnieniem ekspertów, dlaczego tak się może stać i co musiałby się wydarzyć w skali globalnej, by wzrostu cen uniknąć. Dziennikarze bardzo często pełnią rolę nauczycieli: przekazują wiedzę. Bycie dziennikarzem to dziś niezwykle duża odpowiedzialność i misja edukacyjna. Jeśli zaś uważnie obserwujemy funkcjonowanie mediów, widzimy, jak wielka odpowiedzialność za słowo towarzyszy pracy dziennikarskiej – uzupełnia Profesorka.

 

Nie rewolucja a regres

 

Według medioznawcy dr. Tomasza Chrząstka kierownika Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, zmiana w przypadku portalu branżowego, jaką zaproponował naczelny Insidera, nie ma uzasadnienia. Skoro średnia wynosi 212 słów, to znaczy, że są ci czytelnicy, którzy porzucają tekst po przeczytaniu tytułu i leadu i tacy, którzy czytają do końca.

 

Już w połowie lat 80-tych XX w. Umberto Eco popełnił esej Dreaming of the Middle Ages, gdzie opisał zjawisko odchodzenia odbiorców mediów od tekstów na rzecz obrazów. Porównał tę sytuację ze średniowiecznym sposobem objaśniania zawartości Biblii ogółowi niepiśmiennych wiernych za pomocą obrazków. Jak się okazuje, brniemy w to dalej. Ograniczenie tekstów do 600 słów w portalu/czasopiśmie branżowym uważam za nieporozumienie. Już zazdroszczę autorom umiejętności całościowego wyłożenia złożonych kwestii w tej ilości wyrazów. A gdzie miejsce na komentarz czy analizę ekspertów? Media branżowe nie są przecież przeznaczone dla szerokiego odbiorcy, niektórzy wydawcy o tym zapominają i stawiają sobie za cel pozyskanie jak najwięcej reklamobiorców, bo to przełoży się na wynik finansowy.

 

Czy to stały trend w internetowych mediach i czy są jakieś szanse, a może i potrzeby na jego odwrócenie?

 

Niestety trend skracania informacji z czasem postępuje i nie dotyczy już tylko tekstów – odpowiada dr Chrząstek. – Dziś to konsument, poprzez swoje wybory, decyduje czy dane medium utrzyma się na rynku. Kolejne redakcje kroją więc materiały na miarę swoich odbiorców, którzy szukają informacji lekkich, łatwych w odbiorze i przyjemnych. Sam sobie zadaję pytanie, gdzie i czy w ogóle jest jakaś granica tego regresu? Poza tym – wzorem Kato Starszego – dodam, że grupa TVN powinna otrzymać koncesję.

 

Czego potrzebuje konsument?

 

Odpowiedź na pytanie o fatyczne potrzeby konsumentów jest dziś wyjątkowo trudna. Ostatnia uwaga dr Chrząstka dla osób zorientowanych w sytuacji na krajowym rynku medialnym pod każdym względem: prawnym, finansowym i politycznym, będzie jasna. To czy się z nią zgodzą, czy też nie to już zupełnie inna kwestia. Podstawę oceny stanowić będą: wiedza ekspercka i… poglądy. Dla osoby, której ta problematyka nie dotyczy, to komentarz niewiele znaczący, który zostanie zapomniany tuż po doczytaniu do kropki. Jak zatem konstruować informacje, by trafiły zarówno do odbiorców kompetentnych, jak i do tych, których, jak to określiła Profesor Marczewska, należy edukować? To jest wyzwanie dla dziennikarstwa na najbliższe lata.

 

Zbigniew Brzeziński

 

P.S. Niniejszy tekst ponad dwukrotnie przekroczył narzuconą w Insiderze normę, nie wyczerpując przy tym tematu.

 

[1] https://www.iab.org.pl/aktualnosci/raport-strategiczny-internet-2020-2021-iab-polska-najwazniejsze-podsumowanie-rynku-reklamy-cyfrowej-teraz-rowniez-jako-serwis-www/ – dostęp 15.07.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rewolucja-w-amerykanskim-insiderze-dziennikarze-maja-pisac-artykuly-zawierajace-mniej-niz-600-slow – dostęp 15.07.2021 r.

Zmory, babole i mistrzowie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o polszczyźnie dziennikarzy

Właściciele mediów oszczędzając na wszystkim, doszli do wniosku, że skoro klawiatura ma klawisz F7, to korektor nie jest nikomu do szczęścia potrzebny. Skutki widać gołym okiem.

 

Stare i nowe zmory

 

Filozof i dokumentalista Didier Eribon podczas wywiadu zapytał filologa Gerege’sa Dumezila o to, co dostrzega, gdy trzyma w dłoniach swoją nową książkę. Ten odpowiedział bez wahania: „błędy w druku[1]. Już ludzie średniowiecza byli przekonani, że na świecie wyjątkowo aktywny jest demon o imieniu Titivillus. Porywał on kopistom litery i w skórzanym worze zanosił do piekła. Dziś, w dobie edytorów tekstów, za literówki odpowiada jednak nie diabeł, a optymalizacja kosztów funkcjonowania redakcji. Ta sama zmora, która przerzedziła bardziej od zarazy szeregi dziennikarzy śledczych, uznała, że fotoreportera zastąpi telefon, a redakcja to koszt, a nie miejsce kreatywnej wymiany myśli i twórczego fermentu. Właściciele oszczędzając na wszystkim, doszli do wniosku, że skoro klawiatura ma klawisz F7, to korektor nie jest nikomu do szczęścia potrzebny. Skutki widać gołym okiem. W latach 2012 – 2020 wypełniały one wirtualne łamy strony: „Cała Polska czyta dziennikarzom[2].

 

Do starych zmor technologia dodał nowe. Łacińska maksyma: „verba volant, scripta manent” (słowa ulatują, pismo pozostaje), straciła moc w momencie, w którym zaczęliśmy zapisywać programy nadawane na żywo, żeby móc je później odtworzyć. Po mundialu 1986 r. nieistniejące od dawna „Razem” pół strony poświęciło błędom komentatorów. Dowiedzieliśmy się np., że po jednej stronie murawy stali „Brazylianie”, a po drugiej „Francuzczycy”. Potknięcia z Euro 2020, rozgrywanego w 2021 r., bez wątpienia będziemy sobie mogli odtworzyć w systemach VOD.

 

Język jest systemem znaków i nośnikiem kultury. Media odgrywają w jego rozwoju, a czasem podtrzymywaniu istotną rolę. Jakby wbrew rankingowi czytelnictwa, z którego wynika, że w 2020 roku tylko 42% Polaków przeczytało przynajmniej fragment książki, czytamy dziś więcej niż kiedykolwiek[3]. Inna sprawa, jaka jest jakość tych krótkich komunikatów w mediach społecznościowych, czy prywatnej korespondencji online. Przekleństwa pojawiły się nawet w reklamie, co jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia. Stand-up bez wulgaryzmów chyba w ogóle nie istnieje. Krótkie notki dziennikarskie powinny w tym wypadku być ostoją gramatyki, ortografii i stylu. O tym, w jakiej kondycji jest dziennikarska polszczyzna rozmawiamy z ekspertkami.

 

Ochrona języka a wpływ mediów społecznościowych

 

Magazyn „Cała Polska czyta dziennikarzom” określił swoją misję w następujący sposób: „wyłapujemy babole. Wszelakie – dziennikarskie, redakcyjne, graficzne – zewsząd związane z mediami”. Strona działała aktywnie w latach 2012-2020, obserwowało ją prawie sto tysięcy osób, którzy niestrudzenie dostarczali nowych treści. Czy z polszczyzną w mediach jest aż tak źle?

 

Wszyscy zdajemy sobie sprawę ze zmian, jakie w procesie komunikacji wprowadziły media elektroniczne. – odpowiada profesorka Marzena MarczewskaŻyjemy w wielkim pośpiechu, wszyscy się śpieszymy. Dziennikarze zaś bardziej niż inni ścigają się z czasem, muszą przecież podzielić się informacją najszybciej, jak tylko potrafią. Wyobraźmy sobie, jak błyskawicznie muszą pracować, by ciągle zaskakiwać odbiorców nowymi wiadomościami. Informacje są natychmiast publikowane online. Nikt nie zastanawia się nad pięknem słowa, najważniejsze jest, by zdążyć z podaniem informacji przed innymi. Przekaz musi być ekspresowy i w miarę prosty, stąd niebezpieczeństwo popełnienia błędów, niedbalstwo, niechlujstwo. Pojawiają się więc błędy różnego typu, w tym błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Musimy również pamiętać, że w czasie ekspansji nowych mediów każdy może być dziennikarzem. Jakość polszczyzny publicznej również budzi coraz większe zastrzeżenia. Raport  na temat najczęściej popełnianych błędów w Internecie (przygotowany  przez serwis Polszczyzna.pl i stronę Poprawna polszczyzna) pokazał, że kopalnią błędów jest Facebook (aż 40,2% błędów), najmniej błędów odnotowano w newsach dziennikarskich (3,1%). Co z jednej strony sprawia, że warto zastanowić się nad silnym wpływem mediów społecznościowych na polszczyznę, z drugiej zaś – należy przyznać, że osoby publikujące w sieci mają jednak świadomość wagi poprawnego języka.

 

W czasach PRL Walery Pisarek wydał „Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie”[4]. Różne uchybienia w dziennikarskim rzemiośle nie są więc niczym nowym. Pisarek we wstępie zauważył, że to dzięki redakcjom w całym kraju posługujemy się tym samym językiem. Norman Davies w autobiografii „Sam o sobie” stwierdził, że w Wielkiej Brytanii przez długie lata dopuszczalny był na krajowych antenach tylko jeden akcent, co w jego ocenie mocno ograniczało kulturową różnorodność[5]. Czy dużo straciliśmy z bogactwa przedwojennej polszczyzny?

 

Język żyje i ciągle się rozwija – zauważa prof. Marzena Marczewska. – Zmienia się świat, zmieniają się warunki naszego życia, zmienia się także język. Można powiedzieć, że język jest czułym (bo uważnym) świadkiem tego, co się dzieje wokół nas. Dlatego obca jest mi perspektywa „utraty czegoś”, zakładania, że „straciliśmy jakieś bogactwo”. Nie lubię mówienia o tym, że coś (kiedyś) było lepsze lub gorsze. Było inne. Profesor Jerzy Bartmiński mówił, że są dwie postawy językoznawców wobec języka – jedni są jak ogrodnicy, którzy chcą wszystko kontrolować, a drudzy – jak botanicy – po prostu lubią obserwować rośliny w ogrodzie. I ta właśnie obserwacja jest fascynująca.

 

Język znakomicie oddaje naszą rzeczywistość. Obserwujemy skutki otwarcia się na świat po 1989 roku: wolność, napływ słownictwa anglo-amerykańskiego, wielość nadawców medialnych, agresja w języku publicznym, coraz mniejsza wrażliwość na słowo. Wolność wypowiedzi wiąże się również z  przyzwoleniem na większą swobodę, zwłaszcza w sieci: stąd więcej wulgaryzmów, kłamstw, obrażania innych. Mowie nienawiści, pogardy sprzyja także pozorna anonimowość, brak bezpośredniego kontaktu z odbiorcą i poczucie bezkarności. Ostatnio coraz częściej zastanawiamy się nad sensem odbieranych informacji, zalewani jesteśmy kłamstwami, fejkami. Stajemy się bezbronni wobec wszechobecnej manipulacji. I często nie uświadamiamy sobie potęgi języka. A to język kształtuje naszą świadomość, jest znakomitym kluczem do naszych umysłów. Chciałabym zwrócić uwagę na kampanię społeczną zainicjowaną przez Radę Języka Polskiego przy Prezydium PAN „Ty mówisz – ja czuję. Dobre słowo – lepszy świat”, która ma ludziom uświadomić, że nasz świat naprawdę zależy od używanych przez nas słów.

 

– Tak zwana optymalizacja kosztów funkcjonowania redakcji dotknęła działy językowe i korektę. Systemy komputerowe nie są doskonałe. Potrafią też płatać figle. Nie tylko zresztą te wynikające z autokorekty, ale również liczby widocznych znaków w poszczególnych polach. Na przykład w jednym z dzienników regionalnych pojawił się komunikat o spotkaniu dyplomatki ze studentami. Tytuł, widoczny na stronie głównej brzmiał: „Ambasador opowiedziała o stosunkach (…)”. Dopiero po kliknięciu rozwija się cały: „Ambasador opowiedziała o stosunkach międzynarodowych”. Co można poradzić dziennikarzom, którzy zostali osamotnieni przy klawiaturach?

 

Mamy wiele dobrych słowników, także internetowych. – podpowiada prof. Marczewska. – Można z nich korzystać, gdy pojawiają się wątpliwości. Przy wielu polonistykach funkcjonują także poradnie internetowe, tam też znajdziemy szybką pomoc. Zawsze też trzeba myśleć o tym, co się pisze. I szanować odbiorcę. Często autorzy stosują różne zabiegi, by przyciągnąć uwagę czytelnika, a więc niektóre sformułowania, mimo że wydają nam się błędne, mogą być używane świadomie. Powinniśmy jednak zawsze przykładać wagę poprawności i jasności przekazu. Zwłaszcza teraz, w czasie gdy zalewają nas alternatywne fakty i postprawda.

 

Warto też przypomnieć, że polszczyzna podlega ochronie prawnej, a „do ochrony języka polskiego są obowiązane wszystkie organy władzy publicznej, wszystkie instytucje i organizacje uczestniczące w życiu publicznym”. Rada Języka Polskiego co dwa lata składa sprawozdania ze stanu ochrony języka polskiego (ostatnie sprawozdanie było poświęcone językowi informacji politycznej, a obserwacji poddano paski pojawiające się w „Wiadomościach”). Dlaczego to tak ważne? Ochrona polega na „dbaniu o poprawne używanie języka i doskonaleniu sprawności językowej jego użytkowników oraz na stwarzaniu warunków do właściwego rozwoju języka jako narzędzia międzyludzkiej komunikacji”. Dbając więc o jakość języka, którym się posługujemy, dbamy o dobrą komunikację z innymi ludźmi, a więc i o swoje dobre samopoczucie, o właściwe funkcjonowanie we wspólnocie językowej, o tożsamość. Wszyscy przecież mieszkamy w języku.

 

Rola młodomowy

 

W 2013 roku w „Zeszytach Prasoznawczych” ukazał się artykuł Anny Wileczek, zatytułowany: „Medialność młodomowy”[6]. Pytam panią profesor, czy nastąpiła na tym polu jakaś zmiana, czy też język, jakim posługują się młodzi ludzie, wciąż jest atrakcyjnym źródłem nowych zwrotów dla dziennikarzy? A jeśli: tak, to dlaczego tak się dzieje?

 

W rzeczy samej mowa nastolatków jest przedmiotem licznych stylizacji także dziennikarskich. Jest to ciągle aktualny trend, zwłaszcza że nastąpiła  znaczne specjalizacja tzw. stylu dziennikarsko-publicystycznego. Raz, że młodomowa jest ciągle przedmiotem zainteresowania dziennikarzy (kilka tysięcy enuncjacji medialnych po kolejnym plebiscycie Młodzieżowe Słowo Roku, zob. tez magazyn Słówka w „Gazecie Wyborczej”, gdzie „zatrudniono” nativa (piętnastolatkę!). Moda ta wiąże się z traktowaniem mowy młodych jako „rezerwuaru” świeżych form (kreatywność językowa, konkret, potoczność, emocjonalność, zaangażowanie), ale też aktywizacji idei, które wiążą się z młodością i jej prawami: autentycznością, spontanicznością, luzem, nonszalancją… Kolejna rzecz to kwestia funkcjonowania w „Kulturze beki” -współczesnego permanentnego karnawału. Tu „powaga” jest passe, a wartość ma to co lekkie, śmieszne, trywialne, ironiczne lub sarkastyczne… – objaśnia prof. Wileczek.

 

Zgubne wpływy

 

Nie tylko młodomowa oddziałuje na polszczyznę dziennikarzy. Zgubny wpływ wywierają żargony, np. urzędniczy lub reklamy. Przykładem może być zwrot: „nabór wniosków”. Równie dobrze można by pisać o „zaciągu wniosków”. Słowo nabór, dotyczy tylko ludzi. Ciekawostką języka administracji jest też to, że za głównego czytelnika nie traktuje się w korespondencji adresata, lecz organ odwoławczy… Za sprawą reklamy słowo „posiadać” stało się omalże synonimem: mieć. Czy nasze samochody „posiadają klimatyzację”? Mało prawdopodobne, chyba, że postęp zapewnił już światu mechanicznych posiadaczy.

 

Literówki, presja, brak korekty… Na szczęście dziennikarze mają też poczucie humoru i dystans do siebie. Bohdan Gumowski w książce „Subtelność brzemienia” zamieścił rozdział, zatytułowany cytatem z Gogola: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”. Wyczytać w nim można, m.in. że: „trwają walki w dekolcie Mekongu[7]. Ciekawych materiałów dostarcza też poradnik językowy Polskiego Radia „Od słowa do słowa”. W 2013 w rubryce humor z anteny, pojawił się wątek piłkarski: „gol po akcji, którą można oglądać wielokrotnie i wielokrotnie palce lizać”. W 2015 wzrost cen podsumowano zaś słowami: „spożywka odbiła”[8]. Dziennikarze sprawdzają się jednak w roli obrońców języka. O to, jak radzą sobie w programie Mistrz Mowy Polskiej[9] pytamy koordynującą działania w Kielcach Marzenę Sobalę.

 

Kieleckie Centrum Kultury i Prezydent Miasta Kielce są honorowymi gospodarzami tegorocznej XXI Gali Mistrzów Mowy Polskiej. Przywilejem organizatorów, jest możliwość nominowania do tytułu Mistrza Mowy Polskiej mieszkańców z województwa świętokrzyskiego. Wśród 14 osób zakwalifikowanych do Programu, było czterech dziennikarzy radiowych i dwie dziennikarki, obecnie pracujące w innych zawodach. Wszyscy wypadli doskonale. Wykazali się nie tylko poprawnością językową, ale szacunkiem do słowa, umiejętnym wykorzystywaniem go do przekazania treści. W swoich pięciominutowych prezentacjach pokazywali bogactwo języka polskiego stosując zamiennie słowa opisujące sytuacje o których mówili. Posługiwali się językiem z pasją, z poszanowaniem reguł gramatycznych, świadomi że język rozwija się ciągle, wraz z nowymi technologiami, nowymi sposobami komunikowania.

 

– Jakie wątki poruszyli w swoich wystąpieniach?

 

Magdalena Fudala w swojej prezentacji omawiała formanty feminatywne, potocznie zwane żeńskimi końcówkami podkreślając, że swobodnie i bez przymusu powinniśmy zacząć ich używać. Logicznie i ze swadą podawała przykłady zdarzających się nierzadko nieporozumień, wynikających z uporczywego stosowania form męskich  przypadkach, gdy istnieją ich żeńskie odmiany. W sposób zabawny, choć poważny podeszła do tematu relacji między płcią a językiem.

 

Krzysztof Irski , wskazywał na niedbałość językową współczesnego dziennikarstwa, traktując swoje wystąpienie częściowo jako apel do dziennikarzy, nie dbających już o formę, rozmazujących  przekazywane treści i stosujących  język naszpikowany błędami, skrótami i naleciałościami. Usłyszeć na antenie, czy przeczytać w gazecie : w „cudzysłowiu”  czy  „cofać się wstecz”- to niestety norma.

 

Kolejny dziennikarz radiowy Bartłomiej Zapała, zastanawiał się, czy w Unii Europejskiej, grozi nam utrata językowej tożsamości. Przedstawił zgrabną publicystykę, zwarty tekst z teza, którą rozwijał logicznie, stosując przykłady, statystyki , a wszystko to wypowiedziane było poprawnym, zrozumiałym językiem, z pasją obserwatora zmieniającego się świata.

 

Karolina Kępczyk pracująca obecnie w kulturze, zastanawiała się czym dla nas wszystkich jest kultura. Mówiąc pewnym tonem, z entuzjazmem, wykorzystując przy tym swoją mocną głosu, wciągnęła słuchających w swoje rozważania.

 

Paweł Solarz mówił o swojej miłości do zawodu, o swoich pasjach które wykorzystuje w pracy w radiu. Z kontrolowaną swobodą opowiadał o własnych doświadczeniach,  promieniując entuzjazmem, zmieniając ton głosu, przekazywał uniwersalne prawdy o dziennikarstwie. Trzeba być rzetelnym, oddanym i kochać to co się robi, to było przesłanie dla wszystkich dziennikarzy, wynikające  z jego prezentacji.

 

Piotr Zawadzki zaprezentował skecz, znany z pierwszego etapu. Poprowadził z aktorską swobodą i dziennikarskim doświadczeniem dwie scenki, mające przekonać słuchających,  że za nieposzanowanie gramatycznych i stylistycznych zasad języka polskiego i ubogie słownictwo, może grozić nawet najwyższa kara. Wykorzystał doskonale swoją wiedzę na temat wystąpień publicznych i wykorzystał w swojej prezentacji umiejętność modulowania, łagodność i barwę głosu.

 

Irlandzka rada na koniec

 

Uczestnicy irlandzkich kursów dziennikarskich są szykowani do działania w osamotnieniu. Otrzymują też praktyczne rady, które mają pomóc wyłapać błędy literowe, których autor po prostu we własnym tekście nie widzi. Sięgając po rezultaty badań na temat funkcjonowania mózgu, zalecają: „zaskocz się! Zmień kolor tła, rozmiar i styl czcionki, marginesy. Tak, żeby umysł myślał, że ma do czynienia z czymś nieznanym”. Nic jednak drugiej pary kompetentnych oczu nie zastąpi. Nikt też nie zdejmie z dziennikarzy ciężaru ochrony języka.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje. Z Georges’ esm Dumezilem rozmawia Didier Eribon, PWN, Warszawa 1996 r.

[2] https://www.facebook.com/dziennikarzom – dostęp 13.06.2021 r.

[3] https://www.bn.org.pl/raporty-bn/stan-czytelnictwa-w-polsce/stan-czytelnictwa-w-polsce-w-2020-r. – dostęp 13.06.2021 r.

[4] W. Pisarek, Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie, Ossolineum, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1978 r.

[5] N. Davies, Sam o sobie, Znak, Kraków 2019 r., s. 116-118.

[6] A. Wileczek, Medialność młodomowy, „Zeszyty Prasoznawcze”, t. 56, 2013 r.

[7] B. Gumowski, Subtelność brzmienia, czyli dzieje Radia Kielce i Aktualności Dnia, Kielce 2016 r.

[8] „Od słowa do słowa”, poradnik językowy Polskiego Radia, Warszawa 2013 (nr 16) i 2015 (nr 46).

[9] https://www.mistrzmowy.pl/ – dostęp 13.06.2021 r.

Słuchajmy swojego mózgu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o pracy zdalnej dziennikarzy

Czy praca zdalna dziennikarzy po pandemii to kolejna forma „optymalizacji kosztów”? Jakie będą skutki zlikwidowania stałych siedzib lub drastycznego ograniczenia powierzchni wynajmowanych przez redakcje?

 

Temat stary, skala nowa

 

Może trudno dziś uwierzyć, ale Sarah Marshall opublikowała „10 wskazówek dla dziennikarzy pracujących w domu” w 2013 roku. Redakcja portalu Journalism.co.uk zwróciła się wówczas z pytaniami do 80 tysięcy swoich odbiorców o to, jak samodzielnie zorganizować sobie pracę. Uzyskane odpowiedzi podzielono na rady. Najwięcej do powiedzenia miał freelancer – Karl Hodge[1]. Oprócz kwestii, które często pojawiały się w czasie pandemii polskich mediach, również na łamach sdp.pl[2], takich jak: zaplanuj dzień, oddzielając pracę od czasu wolnego, zorganizuj przestrzeń (nie pracuj w łóżku!), wyłącz rozpraszacze, pojawiają się i wątki zaskakujące jak: załóż buty i zdejmij je w momencie, w którym kończysz pracę. Kolejny element nie dotyczył redakcji w czasie pandemii, ale warto go przywołać obecnie: planuj kontakty z ludźmi – umawiaj spotkania na mieście z twoimi rozmówcami; zadbaj, żeby znajomi nie wpadali do ciebie, gdy pracujesz. O tych aspektach firmy, w tym redakcje, przyzwyczajone przez ponad rok do pozostawania przez pracowników w izolacji, zdają się zapominać w ogóle. A przecież za chwilę relacje międzyludzkie nabiorą tempa, a to oznacza zmiany w organizacji pracy. Hodge zachęcał wprost, żeby nie przesiadywać w domu. Zalecał też znalezienie grupy wsparcia.

 

Nierozpoznane skutki pracy zdalnej

 

Bez wątpienia analizy będą trwały długo. Temat ten poruszył ostatnio na swoich łamach „Financial Times” relacjonując inne wizje pracy w bankowości po pandemii[3]. W Europie, na przykładzie firm z Francji, Holandii i Niemiec, rozważa się poważnie system hybrydowy: trzy dni pracy w domu i dwa w biurze. W USA, oglądanym przez pryzmat Wall Street, planowany jest powrót do działania w biurach, uznając, że praca zdalna to aberracja. W tym wypadku podkreślane jest, że młodzi pracownicy, z których wielu rozpoczyna karierę z rocznym opóźnieniem, nie czują się częścią czegoś większego, gdy nie znajdują się wewnątrz organizacji również pod względem przestrzeni. Nie mają szans na spotkanie szefa lub współpracowników w windzie. Peter Blau już w minionym wieku ustalił, że organizacja, w której nie ma kontaktów nieformalnych, a jedynie struktura pionowa (pracownik – zwierzchnik), nie działa[4]. Komentując jego badania Anthony Giddens dodał, że: w ten sposób (dzięki kontaktom nieformalnym – przyp. ZB) oprócz konkretnych rad zyskiwali poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dawała im praca w pojedynkę[5]. W filmie dokumentalnym „Blogersi” w reżyserii Jarosława Rybusa (2011 r.) Jacek Żakowski mówił, że taka redakcja jak „Polityka” to rodzaj think tanku, instytut. Stwierdził, gdy coś pisał, to obok byli Janina Paradowska, Wiesław Władyka, którzy potrafili go złapać za rękaw i powiedzieć: „ej, zastanów się, czy na pewno masz rację”! Żakowski mówił o tym w kontekście blogera, który przy swojej klawiaturze jest sam.

 

Z perspektywy Unii Europejskiej

 

Pod koniec kwietnia na stronie Parlamentu Europejskiego został opublikowany obszerny (174 strony) raport, poświęcony w całości telepracy i pracy zdalnej „The impact of teleworking and digital work on workers and socjety. Special focus on surveillance and monitoring, as well as on mental health of workers”[6]. Najważniejsza konkluzja brzmi w sposób następujący: po pandemii kwestie pracy zdalnej należy przemyśleć na nowo! Autorzy raportu, za którego redakcję odpowiadała Manuela Samek Lodovici z Instytutu Badań Społecznych w Mediolanie (Istituto per la Ricerca Sociale), przewidują, że wraz z końcem pandemii należy się spodziewać, że i praca wróci do normalności. Prognozują jednak, że powszechniejsze niż przed 2020 rokiem będą wspomniane już formy hybrydowe. Postulują jednak, żeby kwestie poddać nowym studiom i analizom, żeby sprawdzić, czy rozwiązania wymuszone przez konieczność izolacji społecznej mają sens i wartość po zakończeniu tego przymusu. Oprócz nadziei związanych z kontynuacją pracy zdalnej chociażby możliwość jej łączenia z macierzyństwem i większej elastyczności w zatrudnianiu, podnoszą szereg obaw. Pojawia się pytanie o to: ilu szefów faktycznie potrafi zarządzać zespołem i motywować pracowników na odległość? Podkreślane jest zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z przepracowaniem, co niekorzystnie wpływa nie tylko na zdrowie pracowników, ale i na ich wydajność. Podnoszona jest kwestia, czy inspekcja pracy będzie odgrywała swoją rolę w takiej sytuacji? Czy ochroni zatrudnionych przed niedostosowanymi do ergonomicznych wymogów stanowiskami pracy, wykluczającym prywatność nadzorem online i wspomnianym już przepracowaniem? Dziennikarzy dotyczy to w takim samym zakresie, co przedstawicieli innych branż. Zmartwień ze stałą pracą w formie zdalnej jest jednak więcej.

 

Trzęsienie ziemi w UK

 

Jim Waterson na łamach „The Guardian” doniósł w marcu 2021 roku, że większość dziennikarzy  gazet, których właścicielem jest firma Reach (m.in. „Daily Express”, „Daily Star” i setek gazet regionalnych) ma pracować w przyszłości z domu. Firma likwiduje redakcje w średnie wielkości miastach i jedynie w dużych ośrodkach będzie utrzymywać biura typu hub (15 w całym kraju). Wydawca powołuje się na wewnętrzną ankietę, w której większość pracowników zadeklarowało, że może pracować z domu. Sama firma, dla której podstawę stanowi sprzedaż prasy drukowanej, liczy w związku z tym na znaczne oszczędności. Pozbawionym biura dziennikarzom lokalnym firma ma zapewnić możliwość utrzymywania kontaktu społecznego z kolegami, nie podano jednak szczegółów[7]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z kolejnym podejściem do tzw. „optymalizacji” kosztów. Dotyczy nie tylko pracy w Wielkiej Brytanii, ale też Hiszpanii („El Diario”), USA, czy Polsce[8]. W Wielkiej Brytanii zwłaszcza młodzi dziennikarze z regionalnych gazet wyrazili poważne obawy o to, jak na stałe będą realizować swoją pracę w niewielkich mieszkaniach, jak się szkolić (od kogo uczyć?) i jaki będzie prestiż tytułów bez siedzib? W „Gazecie Wyborczej” pracownicy, którzy wzięli udział w ankiecie dotyczącej pracy zdalnej, zwrócili uwagę, że niezbędna jest rekompensata za prąd i Internet, w związku ze wzrostem kosztów. Problemem okazało się też to, że czas pracy aż 2/3 z grona respondentów znacznie się wydłużył. Może warto przywołać słowa, które Alistair MacLean zapisał w „Komandosach z Nawarony”: „szczęście opuszcza ludzi zmęczonych”…

 

Zgodnie z raportem „Journalism, media, and technology trends and predictions 2021”, który przedstawił Nic Newman, aż 8 na 10 szefów redakcji uważa, że praca zdalna utrudnia budowanie zespołu i utrzymywanie relacji, a w związku z kontynuacją pracy zdalnej obawiają się oni o skuteczną komunikację i zdrowie psychiczne pracowników. Newman podkreśla też duże oczekiwanie samych dziennikarzy na odbudowanie kontaktów twarzą w twarz. Może to być o tyle trudne, że zgodnie z raportem opublikowanym na początku bieżącego roku, mniej więcej połowa redakcji zamierza zmniejszyć swoją powierzchnię biurową[9].

 

Kilka rad dla osamotnionych dziennikarzy

 

Jack Dearlove we wstępie do obszernego artykułu na temat przerabiania przestrzeni domowej na biuro, który ukazał się rok temu, napisał: Bądźmy szczerzy, niewielu z nas, wybierając obecne mieszkanie, zakładało, że będzie w nim spędzać czas, jak w biurze[10]. Trudno nie zgodzić się z tą tezą. Dearlove już na poziomie podstawowego wyposażenia przestrzeni sugeruje, że, poza podstawkami pod laptopa, myszkami, klawiaturami i innymi przedmiotami z tego zakresu, trzeba kupić roślinki. Przestrzeń, w której spędzamy wiele godzin ma być nie tylko ergonomiczna, ale i ładna – „kwiatki są ładne”, dodaje.

 

Kolejny zbiór praktycznych podpowiedzi pojawił się w 2021 roku podczas obszernej rozmowy na temat pracy zdalnej programu profilaktyki zdrowia psychicznego „Nasza w tym głowa”, którą Bartosz Lewicki przeprowadził z przewodniczącym Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Marcinem Olkowiczem. Warto je przywołać w obszernym fragmencie: Dbajmy o siebie. Przywróćmy stan, w którym pamiętamy o tym, że nasze organizmy mają swoje potrzeby (…). Zacznijmy słuchać siebie. Zacznijmy rozumieć, że potrzebujemy pracować nie w ciągu pięciu godzin bez przerwy, tylko robić sobie regularne przerwy – to po pierwsze. Po wtóre dbajmy o to, żeby jednak pomimo warunków, w których pracujemy, praca była pracą, a dom był domem.(…) Dbajmy o to, żeby inaczej komunikować nasze potrzeby współpracownikom i szefom, bo ani jedni ani drudzy nie siedzą niestety w naszych głowach i nie rozumieją, co jest nam w tej sytuacji potrzebne. Mogli to rozumieć wtedy, kiedy byliśmy w biurze i widzieli naszą minę, reakcję. Dzisiaj jej nie widzą. (…) Kolejną rzeczą jest to, żebyśmy zrozumieli, że nasz mózg nie ma nieograniczonej mocy obliczeniowej i przerobowej i jest mięśniem takim, jak każdy inny. Trzeba go karmić, ale też ćwiczyć i dać mu szansę na regenerację. No i wreszcie znajdźmy w sobie trochę więcej elastyczności na inność, na to, że inni mają inaczej niż my, a my mamy inaczej niż inni. Jakkolwiek to dziwnie brzmi. To znaczy, zrozummy, że są tacy, którzy potrzebują inaczej pracować, niż nam się zdaje i że nasze dotychczasowe metody współpracy z nimi w zmianie warunków, w zmianie standardu pracy na zdalną, mogą nie mieć zastosowania[11].

 

Reasumując

 

Wracając do obaw młodych dziennikarzy z Wysp Brytyjskich, może warto zauważyć, że innym wyborem jest zostanie freelancerem, jak przywołany Karl Hodge, a czym innym etat w redakcji. Przestrzeń biurowa to nie koszt, ale miejsce twórczego fermentu, dyskusji i nauki, w której tworzą się więzi międzyludzkie i kontakty nieformalne bez, których, jak to ustalono już w latach sześćdziesiątych XX wieku, organizacja zbyt dobrze nie działa. Czas izolacji, miejmy nadzieję, powoli się kończy, a to oznacza, że niebawem wrócą normalne relacje między ludźmi i bezpośrednie spotkania, a to stawia przed pracą zdalną nowe wyzwania, z którymi dziennikarze nie musieli się mierzyć w trakcie pandemii. Pozostaje się więc zgodzić z treścią raportu „The impact of teleworking and digital work on workers and society”, że po pandemii należy kwestię kontynuacji pracy zdalnej rozważyć na nowo.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism.co.uk/news/10-tips-for-journalists-who-work-from-home/s2/a553279/ – dostęp 12.05.2021 r.

[2] https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/ – dostęp 12.05.2021 r.

[3] https://www.ft.com/content/266a0b18-ff37-43b1-9a7a-ebc55ee5c020 – dostęp 12.05.2021 r.

[4] P. Blau, The Dynamics of Bureaucaracy, University of Chicago Press, Chicago 1963.

[5] A. Giddens, Socjologia. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 370.

[6] https://www.europarl.europa.eu/thinktank/pl/document.html?reference=IPOL_STU%282021%29662904 – dostęp 19.05.2021 r.

[7] https://www.theguardian.com/business/2021/mar/19/mirror-owner-tell-most-journalists-permanently-work-from-home-reach – dostęp 12.05.2021 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pracownicy-gazety-wyborczej-warunki-pracy-zdalnej-postulaty – dostęp 12.05.2021 r.

[9] https://reutersinstitute.politics.ox.ac.uk/journalism-media-and-technology-trends-and-predictions-2021 – dostęp 12.05.2021 r.

[10] https://www.journoresources.org.uk/journalist-home-office-essentials/ – dostęp 12.05.2021 r.

[11] https://naszawtymglowa.pl/o-specyfice-pracy-zdalnej-i-jej-wplywie-na-zdrowie-psychiczne-pracownikow-rozmowa-z-marcinem-olkowiczem-przewodniczacym-rady-edukacyjnej-sar/ – dostęp 12.05.2021 r.

Czy da się odbudować wiarygodność Trójki? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Dobrze, gdyby teraz skupiono się na badaniach oczekiwań odbiorców oraz budowaniu dobrej atmosfery wewnątrz redakcji, bo ona będzie emanować na zewnątrz.

 

W najnowszym badaniu Radio Track Kantar Polska, obejmującym okres od lutego do kwietnia 2021 roku, udział  Programu 3 Polskiego Radia w słuchalności wyniósł zaledwie 2,3 proc. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wynik ten zmniejszył się aż o 2,4 pkt. Stacja znalazła się dopiero na 11. miejscu w zestawieniu – podaje portal Wirtualnemedia.pl

 

Prosta droga do celu…

 

Barbara Balya w pracy „The Power of Radio. Basic Skills Manual”[1] zwróciła uwagę, że w radiu najważniejsze jest słuchanie… słuchaczy. Stacja nie może odnieść sukcesu, bez zbudowania z nimi intymnej więzi. W końcu program towarzyszy odbiorcom w przeróżnych okolicznościach: podczas jazdy samochodem, w kuchni, a nawet w sypialni. Potwierdza to Sarah Beham w podsumowaniu dyskusji zamykającej opracowanie: „The Future of Radio in South Africa. Innovations and Trends”[2]. Podobnie jak Balya autorka ta zauważyła, że słuchacze wciąż czują potrzebę zadzwonienia do stacji. Przy czym to jest zupełnie inna forma kontaktu, niż gdy łączymy się telefonicznie z dowolnym biurem obsługi klienta. Ma charakter osobisty, jakbyśmy odzywali się do starego znajomego. Są oczywiście zmiany technologiczne, ale radio potrafi się w pewnym przynajmniej stopniu przed nimi bronić, czego chyba najlepszym wyrazem satyryczny program stacji BBC4 „The Future of Radio”, w którym Jerome Vincent i Stephen Dinsdale wyśmiewali nowinki techniczne i ich wpływ na nasze życie[3].

 

Na kolejną istotną kwestię zwrócił uwagę zmarły w ubiegłym roku nestor kieleckiego środowiska radiowego Bohdan Gumowski. W książce „Subtelność brzmienia” napisał następujące słowa: „W pracy dziennikarskiej niesłuchanie ważne są z jednej strony możliwości samorealizacji, z drugiej – relacje w zespole”. Według Gumowskiego o jakości pracy w redakcji mówi to, czy wszyscy mają szansę na spełnienie zawodowych celów i marzeń[4]. Słowem: przekaz radiowy, to przekaz intymny, który wymaga wsłuchania się w głos tych, którzy są po drugiej stronie głośnika i dobrej atmosfery wewnątrz samej rozgłośni.

 

…ale pod górkę i przez pole minowe

 

Ta prosta droga zaczyna się komplikować, gdy przychodzi nam rozmawiać o rozgłośniach publicznych w III Rzeczypospolitej. Co ciekawe w drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku panował w tej kwestii optymizm. Na uczelniach odbywały się żarliwe dyskusje na temat przyszłości mediów, takie jak np. „Wolność słowa – między rynkiem a normą” (Uniwersytet Warszawski 27 czerwca 2007 r.). Środowiska twórcze pod przewodnictwem Jana Dworaka i Macieja Strzembosza opracowały obywatelski projekt ustawy. Spotkania na ten temat organizował prezydent Lech Kaczyński, a  Platforma Obywatelska przygotowała przyzwoity program, którego po wygranych wyborach nie zrealizowała. Dziś panuje pesymizm. Poproszony o komentarz w tej sprawie medioznawca dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego informuje, że coraz mniej chętnie wypowiada się na ten temat. Po chwili dodaje: póki media publiczne nie przestaną być traktowane w kategorii politycznego łupu, to nic się nie zmieni. Ale wiem, że tak się nie stanie. Prędzej odejdą widzowie i słuchacze niż politycy zmienią swoje myślenie.

 

Może więc to partie polityczne (wszystkie – sic!) powinny postawić sobie pytanie: po co nam radio bez słuchaczy?

 

Szefowie – odległa analogia gminna

 

W czasie konfliktu w Radiu Nowy Świat zmuszony do ustąpienia z funkcji prezesa spółki zarządzającej medium Piotr Jedliński napisał, że szefowa RNŚ Magdalena Jethon przeniosła „wszystkie najgorsze wzorce z Trójki”[5]. Może warto zapytać: co złego działo się w PR3 i to być może od wielu długich lat? Niestety nie ma analiz, które objaśniałyby następującą kwestię: ile osób potrafi zarządzać zespołem? Dotyczy to zresztą nie tylko samych mediów w Polsce. Podczas konferencji MarCom Skills Day, która rozpoczęła działania Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Joanna Malinowska-Parzydło, powiedziała, że gdy jest pytana o to, co stało się z talentami w firmach, odpowiada, iż zostały zlikwidowane przez niekompetentnych liderów. A potrzebni są tacy przywódcy, którzy potrafią pociągnąć za sobą[6], bo: najbardziej pożądanym przez pracowników benefitem jest profesjonalny i przyzwoity szef. W przypadku mediów publicznych oraz administracji samorządowej, rządowej i spółek skarbu państwa, po zmianach politycznych, nim powoła się nowe kierownictwo, ktoś powinien postawić sobie pytanie: czy wskazany przez niego kandydat potrafi zarządzać zespołem, czy w ogóle ma predyspozycje do kierowania ludźmi i nadaje się na lidera? Instytucje publiczne powinny być pod tym względem wzorem. Gdyby tak było Helena Szewczyk w artykule: „Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych” nie mogłaby napisać: w sądach pracy jest również najwięcej spraw wnoszonych przez osoby zatrudnione w administracji publicznej. W samych tylko ministerstwach (w 18 resortach) w 2014 roku procesowało się sto kilkadziesiąt osób. Wśród spraw najczęściej wnoszonych do sądów pracy są sprawy dotyczące bezprawnych zwolnień z pracy, zaniżania ocen okresowych i związanego z tym szykanowania i prześladowania[7]. A jak jest w mediach? Marcowy konflikt w TVN pokazuje, że niekoniecznie dobrze[8]. Pod tym względem świat redakcji jest jednak dość hermetyczny. Pracownicy rzadko skarżą się innym dziennikarzom. Media nie są czwartą władzą wobec siebie.

 

Dziennikarze

 

W przywołanej już pracy „The Power of Radio” autorka stwierdziła, że dziennikarz powinien być odpowiedzialny, wyważony i niezależny. Dwa pierwsze z tych czynników są uwarunkowane przygotowaniem merytorycznym, charakterem i dobrymi wzorcami. Ostatni powinni mu zapewnić liderzy, ludzie zarządzający stacją, którzy odpowiadają za komfort pracy. Balya zaleca prezenterom poznanie słuchaczy, rozmawianie z nimi, ale bez pouczania i protekcjonalnego traktowania. O kreatywności w zawodzie napisała tak: opisz scenę i pozwól słuchaczowi zdecydować, czy jest piękna. To sztuka, bo o ile widz, lub czytelnik są skupieni na tym, co aktualnie oglądają lub czytają, słuchacz najczęściej robi też coś innego. Charyzma jest ważna. Wciąż istotniejsza niż tembr głosu.

 

Autorytety

 

Marek Szewczyk dyrektor kreatywny krakowskiego Dream Team, którego poproszono o przesłanie biogramu, który miał uzupełnić wywiad z tym specjalistą w dziedzinie reklamy, napisał w pierwszych słowach: „atleta od urodzenia”. Robert Kozyra zarzucił ostatnio nowej ramówce Trójki brak przyciągających osobowości[9]. Czy autorytetem można się urodzić?

 

Wojciech Mann tak napisał w swoich wspomnieniach: Bardzo się cieszę, że moja pierwsza audycja nie została nigdzie zachowana. Do dziś pamiętam potworny wysiłkiem, z jakim dukałem przemądrzałe zdania na temat Donovana (…). Szefowie Trójki, szukając nowych ludzi do współpracy, w naturalny sposób zwrócili uwagę na radio harcerskie, licząc, że młodzi ludzie tam występujący są już po pierwszej wstępnej obróbce dziennikarskiej. Dzięki temu któregoś dnia minąłem z dumna mina uzbrojonego wartownika straży przemysłowej przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 i znalazłem się w pokojach redakcji muzycznej Programu III[10].

 

Trójka to dziś eksperyment na żywym organizmie, a konflikt między stacją a byłymi dziennikarzami, który stanowił podstawę powstania dwóch nowych projektów: Radia Nowo Świat i Radia 357, jest raczej na tyle poważny, że na ich rychły powrót nie ma co liczyć. Trzeba więc budować od nowa.

 

Odległa analogia piłkarska

 

Nim drużyna spadnie z ekstraklasy często słychać o frustracji i konflikcie w zespole. Część zawodników, którzy wciąż chcą występować na najwyższym poziomie rozgrywek, odchodzi. Nie podążają jednak za nimi kibice. W udzielonym ostatnio portalowi sdp.pl wywiadzie Adam Łaszyn zwrócił uwagę na przypadek Radia Zet, które mimo uszczerbków w składzie dziennikarskim, nie straciło tak znacznej liczby odbiorców jak Trójka. Ekspert w dziedzinie kryzysów komunikacyjnych ujął to tak: Radio Zet i Trójka to zupełnie dwie różne bajki. Zetka to stacja prywatna, przedsięwzięcie przede wszystkim komercyjne, nawet jeśli częściowo pełni funkcje misyjne dostarczając ciekawe newsy, publicystykę, czy ujawniając afery. Ale to też nie tyle dla misji, co sprzedaży zasięgów. Natomiast Trójka to nie tylko ponad półwieczna legenda, ale i dobro publiczne[11]. Klub, który spadł do niższej klasy rozgrywkowej, szuka nowego trenera, sponsorów, przygląda się czujnym okiem wychowankom i stara się odzyskać zaufanie kibiców. Z czasem prezentuje plan powrotu na szczyt.

 

Wracając do myśli, którą można znaleźć przecież nie tylko w „The Power of Radio”. Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Sarah Beham ponadto zauważył w podsumowaniu pracy o przyszłości radiofonii w RPA, że dziennikarze powinni nauczyć się (a wraz z nimi ich szefowie) wykorzystywać dane do tworzenia programu. Wydaje się, że przed stacją rok przejściowy. Dobrze, gdyby poświęcono go na właśnie badania i budowanie dobrej atmosfery wewnątrz, bo ona będzie emanować na zewnątrz. W kwestii badań interesujące są zarówno warunki na jakich zechcieliby wrócić ci, którzy porzucili Trójkę dla Radia Nowy Świat i Radia 357, i najciekawsi, czyli ci którzy wybrali inną z dostępnych rozgłośni. Analizie powinna też zostać poddana grupa młodych odbiorców, którzy do radia się nie garną. Może po prostu nie ma dla nich atrakcyjnej oferty? Parafrazując tytuł zbioru recenzji teatralnych prof. Stanisława Żaka: radio dla ludzi jest…

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] B. Balya, The Power of Radio: Basic Skills Manual. Friedrich-Ebert-Stiftung 2008.

[2] S. Beham, The Future of Radio in South Africa, Konrad Adenauer Stiftung 2018.

[3] https://www.bbc.co.uk/programmes/b06zvzqp – dostęp 05.05.2021 r.

[4] B. Gumowski, Subtelność brzemienia, czyli Dzieje Radia Kielce i Aktualności dnia, Polskie Radio Kielce S.A., Kielce 2016 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 05.05.2021 r.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=zawaVfHIjYk – dostęp 05.05.2021 r.

[7] H. Szewczyk, Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych, „Z Problematyki Prawa Pracy i Polityki Socjalnej”, t. 1 (18), 2020, s. 108.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-skarga-zarzuty-do-discovery – dostęp 05.05.2021 r.

[9] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krytyka-wiosennej-ramowki-polskiego-radia-radio-bez-osobowosci – dostęp 05.05.2021 r.

[10] W. Mann, Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 88.

[11] https://sdp.pl/mysliwy-zwierzyna-rozmowa-z-adamem-laszynem-o-kryzysach-wizerunkowych-mediow/ – dostęp 05.05.2021 r.