Radio sięga głębiej – rozmowa z ADAMEM BOGORYJĄ-ZAKRZEWSKIM, Radiowym Reportażystą Roku 2020

W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego – mówi  Adam Bogoryja-Zakrzewski, Radiowy Reportażysta Roku 2020 w konkursie Melchiory, w rozmowie z Olgą Mickiewicz-Adamowicz.

 

Jak zareagowałeś na wiadomość, że to właśnie ty zostałeś Radiowym Reportażystą Roku?

 

Sprawiła mi ogromną radość, zwłaszcza że w uzasadnieniu jurorzy napisali, że przyznają mi nagrodę za całokształt pracy, za odkrywanie świata wymagające dużego zaangażowania oraz odwagi osobistej. Powiedzieli też, że w tej chwili jestem jednym z nielicznych reportażystów, który robi materiały śledcze.

 

A który uważasz za swój największy sukces?

 

Zdecydowanie ten o szlaufach, czyli nastoletnich dziewczynach utrzymujących relacje z dużo starszymi od nich mężczyznami w zamian za prezenty – kosmetyki, ubrania. Wtedy o tym zjawisku jeszcze nikt nie wiedział ani rodzice tych dziewczyn, ani nauczyciele.

Ale ich rówieśnicy doskonale znali realia. Jeden z hip-hopowców napisał tekst na ten temat. Dowiedziałem się o tym od znajomej fryzjerki. Aż podskoczyłem z wrażenia, tak niesamowita wydawała mi się ta historia. Trzy miesiące trwało dotarcie do tych dziewcząt i nakłonienie ich do rozmowy. Miały po 14 lat i ogromne parcie na szkło. Kiedy dowiedziały się, że nagrywam reportaż nie tylko dla radia, ale też dla telewizji, zamiast przestraszyć się, że zostaną rozpoznane – ucieszyły się, że wystąpią na ekranie.

 

Jak myślisz, dlaczego tych reportaży śledczych jest w radiu tak mało? Z jakimi problemami ty się mierzysz?

 

Doświadczenie pokazało mi, że lepsze warunki pracy oferuje telewizja. Daje więcej czasu na nagrania, jest w stanie pokryć większe koszty. Tam spotykałem się ze zrozumieniem, że nie wszystko da się zaplanować, że czasem trzeba zostać z bohaterem dzień dłużej. W radiu środki są dużo mniejsze, na wszystkim trzeba oszczędzać. Z drugiej strony w telewizyjnych programach interwencyjnych świat wygląda na przerażający, brudny i zły. Trudno potem inaczej postrzegać rzeczywistość.

 

Nie brakuje ci tego telewizyjnego rozmachu? Zaczynałeś od radia, potem pisałeś do prasy, ale przede wszystkim przecież pracowałeś w telewizji. Do radia wróciłeś po latach zdobywania zupełnie innych doświadczeń.

 

Pracując w telewizji nie zdawałem sobie sprawy z siły radiowych środków przekazu. Dopiero kiedy przyszedłem do Studia Reportażu, zacząłem zwracać na nie uwagę. W radiu łatwiej jest sięgnąć głębiej. W telewizji dużo zależy od humoru, od możliwości poszczególnych członków ekipy. Wystarczy, że jedna osoba coś zepsuje i praca całej ekipy idzie na marne. Z drugiej strony, telewizja ma niezwykłą siłę.

Pamiętam, jak kiedyś udało mi się uzyskać zgodę na wywiad z mordercą dzieci. Pamiętasz tę sprawę? Małżeństwo w Łodzi wkładało martwe dzieci do beczek, beczki trzymali w mieszkaniu. Jako jedyny w kraju dostałem mogłem porozmawiać ze zwyrodnialcem, który to zrobił. On sam zgodził się na wywiad, licząc na to, że rozmowa złagodzi wyrok podczas apelacji.

Nie mogłem pokazać jego twarzy – tylko zbliżenia. Kamera rejestrowała, jak drgały mu nerwy na policzkach, jak w jego oczach widać było dziką złość. Dowiedziałem się, że nie był zdolny do przeżywania głębszych uczuć. Zbliżenie na zęby śniło mi się potem przez tydzień.

Zajmuję się tymi „kryminałkami” nie dlatego, że szukam sensacji, ale zawsze i tylko wtedy, gdy coś więcej z tego wynika.

 

Czego szukasz w takich tematach? Kiedy one cię interesują?

 

Jeśli czytam, że pijany mężczyzna zabił swoją konkubinę i w zasadzie na tym kończy się historia, to mnie to nie pociąga. Ale jeśli słyszę, że człowiek zabił swoje dzieci na oczach żony, że pracownice socjalne przez rok nie potrafiły wyjaśnić, dlaczego w domu tych dzieci nie ma, to dla mnie jest to okazja, żeby pokazać system, który nie chroni najsłabszych.

Kiedyś zrobiłem reportaż o niesłusznie skazanym za morderstwo Czesławie Kowalczyku, pseudonim Czester. W więzieniu spędził 12 lat i to spowodowało ogromną tragedię rodzinną. Czester ma syna. Kiedy mężczyzna trafił za kratki, chłopiec był malutki. Ojciec pisał do dziecka, ale matka chłopca chowała listy. Syn uznał, że ojciec go nie kocha. Uciekł z domu w wieku 7-8 lat. Chciał jechać do ojca, bo przypadkowo znalazł adres na jednej z kopert. Matka znalazła go na peronie dworca kolejowego.

W tej sprawie prokurator oskarżył. Co mu szkodzi? Przecież sędzia wszystko sprawdzi. Sędzia, do którego dotarłem, powiedział: przecież prokurator się przygotował, przedstawił akt oskarżenia, nie miałem wątpliwości, że mówi prawdę, skazałem. I to najpierw na dożywocie! Spytałem go: a gdyby możliwy był wyrok śmierci? Powiedział: nie miałbym wątpliwości.

Trudno uwierzyć, ale jest to możliwe – można kogoś skazać tylko z powodu lenistwa. Prawnikom, prokuratorom, sędziom, nie zawsze chce się dogłębnie sprawdzić akta sprawy.

Gdy Czester w końcu wyszedł z więzienia, próbował nawiązać kontakt z synem. Ten powiedział mu: jesteś moim ojcem tylko biologicznym, nie chcę cię znać.

Czester za odszkodowanie od państwa kupił jacht, katamaran, pływa nim po Morzu Śródziemnym. Syn zgodził się w końcu, żeby z nim pojechać. Próbują się do siebie zbliżyć. Nie zgodzili się jednak na to, żebym pojechał z nimi, nagrał kontynuację historii.

 

Po tym, co do tej pory mi powiedziałeś, odnoszę wrażenie, że dla ciebie największe znaczenie ma jednak obraz. Miałeś kiedyś inne poczucie? Że to dźwięk jest ważniejszy?

 

Ale tak było właśnie w przypadku tego reportażu o Czesterze! W więzieniu nie marnował czasu. Dużo czytał i dzięki temu wspaniale, obrazowo opowiadał o uczuciach. Do tego muzyka, którą dobrała moja żona, Hanna Bogoryja-Zakrzewska. To, co mówił wtedy Czester, poruszało w słuchaczu bardzo czułe struny.

Mogę ci opowiedzieć o jeszcze innym przykładzie. Lubię słuchać Dire Straits, ich muzyka jest dla mnie niezwykła. Ale kiedyś zobaczyłem ich na scenie … czar prysł. Obraz nie stanął na wysokości zadania.

Pamiętam też swój pierwszy reportaż, nagrywany jeszcze w rozgłośni w Szczecinie. Opowiadał o młodym homoseksualiście. To były czasy, kiedy o homoseksualizmie nie mówiło się otwarcie. Jego historia wciągała, ale gdyby był do niej nagrany obraz, prawdopodobnie widz znudziłby się po kilku minutach.

 

A czy masz jakichś radiowych mistrzów?

 

Nie mam takiej jednej osoby, jestem samoukiem, ale pamiętam reportaże, które na różnych etapach bardzo mnie fascynowały. Jeden z takich reportaży powstał w Szczecinie, jego autorką była Alina Głowacka. Była to historia zawarcia znajomości na ławce, na krakowskich Plantach. Zaskoczyło mnie, jak wspaniale można zbudować opowieść o tak drobnym zdarzeniu.

Niezwykle wciągnął mnie kiedyś radiowy reportaż Edwarda Miszczaka o Sybiraku. Miał aż 40 minut, a powstał z 60 godzin nagrania!

Potem wpadł mi w ucho reportaż o dzwonach Europy. Ich dźwięki stanowiły punkt wyjścia do opowiadania o różnych momentach w europejskiej historii. Z kolei irlandzki reportaż pokazał mi, jaka może być siła narracji. Autor stał na wzgórzu i opisywał miasteczko, w którym zaraz coś się stanie. Wspaniale napisane, nie mogłem się oderwać od tej opowieści.

Ostatnio z zachwytem patrzę na to, co robi Agnieszka Szwajgier. Pracowaliśmy razem nad reportażem o bezdomnych w Berlinie. Temat może mało odkrywczy, ale dźwięk i muzyka, opracowane przez Agnieszkę, wyniosły tę historię na zupełnie inny poziom.

 

Rozmawiasz o najtrudniejszych sprawach – o morderstwach, oszustwach, wadach systemu. A jednocześnie jesteś ciepłym, uśmiechniętym człowiekiem. Jak udało ci się uniknąć cynizmu, zgorzknienia?

 

Staram się być otwarty na innych. Poświęcać im czas. W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego.

Czesław Miłosz powiedział: „jest taka granica cierpienia, po której się uśmiech pogodny zaczyna”. Ja też często jestem widziany uśmiechnięty, ale w środku wszystko przeżywam. Czasami nie śpię w nocy, emocje mi na to nie pozwalają. Jeszcze nie nauczyłem się ich wyrzucać.

 

Warto? Mimo wszystko? Nie masz dosyć, nie masz ochoty robić tego, co lekkie, łatwe i przyjemne?

 

To, co robię, musi mieć sens i zapewniać mi satysfakcję. Boję się tylko tego, że nie będę mógł robić tematów, które mi to dają.

 


 

Adam Bogoryja-Zakrzewski

Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.

 

Punkt zwrotny – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, co robią radiowi reportażyści, kiedy codzienna rutyna już im nie wystarcza

Wielu dziennikarzy dochodzi w swojej pracy do punktu, w którym codzienna, szybka praca przestaje im wystarczać. Nie chodzi tu wyłącznie o reporterów newsowych, dla których pośpiech jest nieodłączną częścią życia. Nawet reportażyści, którzy (przynajmniej w teorii) na realizację materiałów mogą poświęcić więcej czasu, marzą często o wyrwaniu się z codziennego kołowrotka i pozostawieniu po sobie czegoś bardziej trwałego.

 

W przypadku reportera prasowego naturalną drogą wydaje się napisanie książki. Telewizyjny dziennikarz może zrobić film dokumentalny. A co z reportażystą radiowym?

 

Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, reportaż radiowy jest w trudnym momencie, w którym trzeba znaleźć odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość. Radio powoli traci odbiorców. Rozwija się za to rynek podcastów. Warto popatrzeć, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych, które są kolebką tego medium.

 

Ojczyzna podcastu

 

Pamiętam, jak pięć lat temu, podczas międzynarodowej konferencji reportażystów radiowych IFC, słuchałam wystąpienia dwóch Amerykanek, które opowiadały o modelu radiofonii publicznej w Stanach. Nadawcy publiczni są tam zdecentralizowani, a w całym kraju działa około 1300 niewielkich stacji radiowych i telewizyjnych, które nie emitują reklam, za to można w nich zobaczyć i usłyszeć ambitne treści. Owszem, ci nadawcy dostają niewielkie dofinansowanie od państwa, ale przede wszystkim utrzymują się z datków słuchaczy i dzięki wsparciu sponsorów. Nic dziwnego, że na takim gruncie rynek podcastów mógł się szybko i efektywnie rozwinąć.

 

W 2019 roku wydatki na reklamę w podcastach na rynku amerykańskim wyniosły 708 mln dolarów. Pandemia i spowolnienie gospodarcze nie zatrzymały wzrostu wydatków na reklamę. Co więcej, to właśnie w maju tego roku Joe Rogan, czyli najpopularniejszy na świecie twórca podcastów, podpisał z serwisem Spotify umowę na wyłączność. Nieoficjalnie mówi się, że kontrakt opiewał na 100 mln dolarów.

 

Dlaczego mówię o tym wszystkim? Co ma wspólnego podcast w Stanach z reportażem w Polskim Radiu? Jak się okazuje – zaskakująco dużo.

 

Idzie nowe

 

Kiedy pięć lat temu słuchałam o tym, że słuchacze sami wybierają w internecie autorów i treści, które są dla nich najbardziej interesujące, wiedziałam już, że jest to przyszłość rynku audio także w Polsce – ale nie sądziłam, że ta przyszłość nadejdzie tak szybko.

 

Pierwszym sygnałem, że idzie nowe, było pojawienie się podcastów na wspomnianej już przeze mnie International Feature Conference. To coroczne wydarzenie było przez kilkadziesiąt lat swojej historii zarezerwowane dla radiowców. Kilka lat temu twórcy dokumentalnych podcastów także zaczęli wysyłać swoje produkcje do organizatorów konferencji, aby zaprezentować je tak samo, jak to robią reportażyści. Od tego czasu podcasty regularnie goszczą w programie konferencji. Rywalizują też z typowo radiowymi reportażami o najważniejsze radiowe nagrody. Wystarczy wspomnieć choćby „On a bloody trail of a Dane”, czyli duński, wiejący grozą serial podcastowy, o spotkaniu dwojga dziennikarzy z psychopatycznym mordercą. Podcast ten znalazł się na krótkiej liście programów rywalizujących w tym roku o Prix Italia, czyli najważniejszą na świecie nagrodę radiową.

 

Podcast po polsku

 

Polskie Radio od dawna umieszcza swoje audycje w internecie. Niedawno władze radia zdecydowały się na kolejny krok – produkowanie treści wyłącznie z myślą o internecie, czyli właśnie podcastów.

 

Wysyp radiowych produkcji przeznaczonych wyłącznie do internetu rozpoczął się jednak na początku roku. Najpierw Dariusz Rosiak, znany i ceniony dziennikarz Trójki, po burzliwym rozstaniu z Polskim Radiem uruchomił własny podcast. Jego „Raport o stanie świata” to jeden z najbardziej medialnych podcastów w Polsce – na jego temat pojawiło się prawie 10 tysięcy wzmianek. W sierpniu Rosiak ogłosił wyniki pierwszego półrocza tworzenia audycji wyłącznie w internecie: milion odsłuchów na platformie Anchor, drugie tyle w Spotify.

 

Kilka miesięcy temu nadawanie rozpoczęło internetowe Radio Nowy Świat. Zaledwie przed paroma dniami ogłoszono powstanie kolejnego radia tworzonego przez dawnych dziennikarzy Trójki, czyli Radia 357. Obie inicjatywy spotkały się z ogromnym zainteresowaniem i wsparciem słuchaczy.

 

Co więcej, na początku października swoją premierę miał także drugi sezon „Śledztwa Pisma”, reporterskiego podcastu o tajemniczych sprawach kryminalnych, który brzmi trochę jak połączenie audiobooka z reportażem radiowym. Pierwszy sezon był ogromnym sukcesem. Odcinków posłuchano ponad 600 tysięcy razy. Można się spodziewać, że drugi sezon też osiągnie świetny wynik. Zwłaszcza że podcasty w Polsce zdobywają coraz większą popularność. Rynek co miesiąc rośnie o 40 procent. Już jedna czwarta internautów słucha tego typu produkcji – zwłaszcza na tematy związane ze zdrowiem, psychologią, technologią czy biznesem.

 

Co z tym reportażem?

 

Co zrobią w tej sytuacji reportażyści radiowi? Niektóre rozgłośnie zdecydowały się nawiązać współpracę ze Spotify i tam właśnie można słuchać reportaży, przygotowanych na przykład przez zespół Radia Lublin czy Radia Katowice. Nie wszystkie jednostki Polskiego Radia zdecydowały się to zrobić, z różnych względów formalno-prawnych. Duże, radiowe projekty dokumentalne realizowane są rzadko, z braku funduszy.

 

Reportażyści, którzy szukają dla siebie nowych wyzwań, paradoksalnie więc sięgają po inne medium niż radio – piszą książki. Ostatnie lata to prawdziwy wysyp książek reporterskich, których autorami są radiowcy. Zaczęło się od Eweliny Karpacz-Oboładze ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wraz z Angeliką Kuźniak napisała najpierw biografię Ewy Demarczyk „Czarny Anioł”, a potem też znakomitą książkę „Krótka historia o długiej miłości”, która opowiadała o uczuciu trwającym kilkadziesiąt lat, zapoczątkowanym w stalinowskim więzieniu. Później książkę opublikowały też Hanna Bogoryja – ZakrzewskaKatarzyna Błaszczyk. „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” to z jednej strony literacka wersja znanych i nagradzanych reportaży autorek, a z drugiej – powrót do bohaterów sprzed lat. Swoją premierę w ostatnich miesiącach miał też literacki reportaż Bartosza Panka, dziennikarza Dwójki, reportażysty, zdobywcy „radiowego Oscara”, czyli Prix Italia. Jego książka „U nas każdy jest prorokiem. O Tatarach w Polsce” opowiada właśnie o tej mniejszości, zamieszkującej głównie Podlasie. I chociaż nie wolno mi jeszcze zdradzać szczegółów, najbliższe miesiące przyniosą nam kolejne premiery książek napisanych przez radiowców.

 

O czym świadczy fakt, że tyle książek piszą radiowcy? Na pewno o tym, że chociaż opowieść skonstruowana za pomocą samego dźwięku jest piękną formą, to jednak niesie za sobą pewne ograniczenia. Reportaż radiowy, żeby trafiał do słuchaczy, musi być stosunkowo prostą, a na pewno bardzo klarowną historią. Zbyt wiele niuansów czy dygresji spowoduje, że odbiorca zwyczajnie się pogubi. Co zrobić z ogromnym materiałem, który często zbieramy w trakcie dokumentowania tematu? Napisanie książki wydaje się być naturalnym pomysłem.

 

Jednak fakt, że radiowcy wybierają słowo pisane, a nie właśnie podcast (lub reporterski serial podcastowy), świadczy też o pewnym braku. Projektów w rodzaju „Śledztwa Pisma” na polskim rynku jest jeszcze bardzo niewiele. Większość podcastów to monologi lub wywiady. Przygotowanie podcastu reporterskiego jest kosztowne i obarczone pewnym ryzykiem (bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się dana historia).

 

Czy to się zmieni w przyszłości? Czy znajdą się ludzie, gotowi inwestować w duże, dokumentalne projekty dźwiękowe? Patrząc na tempo rozwoju nowego medium – zapewne tak. I to prawdopodobnie szybciej, niż nam się wydaje.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Wszyscy moi mistrzowie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o roli mentorów w zawodzie dziennikarza

Mam szczęście w życiu. Zawsze tak uważałam, mimo różnych perturbacji, które zdarzały mi się po drodze. Szczęście to polega między innymi na tym, że mogłam uczyć się zawodu od najlepszych. W czasach kiedy wszyscy się spieszą i gdzieś gonią, kiedy w wielu redakcjach panuje ostra rywalizacja, moi mistrzowie podarowali mi czas, uwagę, życzliwość i cierpliwość. O tak, na początku potrzebne było morze cierpliwości…

 

Całe swoje zawodowe życie pracuję z kobietami i to one przede wszystkim wywarły na mnie wpływ. Wdzięczna jestem każdej z nich – Kasi Rodek z radia studenckiego, która nauczyła mnie radiowych podstaw, takiego elementarza radiowca. Jak zrobić sondę uliczną? Jak skonstruować ciekawy materiał reporterski? Jak w ogóle używać mikrofonu? Jak zmontować nagrany dźwięk? Jak rozmawiać z ludźmi?

 

Potem moją kolejną szefową była Hanna Dołęgowska, która przyjęła mnie do pracy w Polskim Radiu. Od niej nauczyłam się, że w pracy dziennikarza liczy się konkret. Hania była bezlitosna w tropieniu lania wody. Słów, które nic nie znaczą, a zajmują cenny czas antenowy. Sprawiedliwa do bólu. Chwaliła, ale też krytykowała. Od niej zdarzyło mi się usłyszeć: „zrobiłaś ten materiał, jakbyś była głucha” – nie cierpiała niestarannego montażu, byle jakich cięć, przypadkowego użycia dźwięku. Ona nauczyła mnie, jak występować na antenie. Jak rozmawiać z gościem. Jako wydawca z uwagą słuchała każdego słowa wypowiedzianego w audycji i reagowała natychmiast, kiedy coś jej zdaniem było nie tak.

 

Gdyby moją pierwszą pracę w radiu studenckim porównać do skończenia podstawówki, to praca z Hanią Dołęgowską w radiowej Czwórce dała mi radiową maturę. Potrafiłam już pracować szybko i skutecznie. Zrobić materiał reporterski i relację na żywo. Poprowadzić audycję w studiu i w plenerze, kiedy zawsze mogło wydarzyć się coś niespodziewanego.

 

Potem moją najprawdziwszą na świecie mentorką, Mistrzynią przez duże „M” została Hanna Bogoryja-Zakrzewska. Autorka niezliczonej liczby reportaży i laureatka kilkudziesięciu (!) nagród. Tropiła urzędnicze absurdy. Piętnowała korupcję. A jednocześnie – to osoba, która potrafi otwierać rozmówców, rozmawiać delikatnie. Ma dużą wiedzę na temat psychiki człowieka. To ona nauczyła mnie reportażu radiowego.

 

Hanię spotkałam przypadkiem. Pojechałam ze znajomymi z jednej z organizacji pozarządowych do niewielkiego miasta na północy Polski. Robiłam materiał o akcji, którą tam przeprowadziła młoda aktywistka, Paulina. Traf chciał, że była tam też Hania, która o tych samych ludziach robiła reportaż. Pamiętam jej długie włosy, powłóczystą spódnicę i ogromną życzliwość, którą mi wtedy okazała.

 

Byłam początkującą reporterką, ona reportażystką z fantastycznym dorobkiem. Ja, rozmawiając z ludźmi i nagrywając, popełniałam wiele błędów. Ona radziła sobie świetnie z każdą dziennikarską materią. Budziła mój autentyczny podziw. To ona, po tym spotkaniu, zaproponowała mi, żebym ubiegała się o podjęcie współpracy ze Studiem Reportażu i Dokumentu. I udało się! Gdyby nie Hanka, nie zaczęłabym robić reportaży radiowych.

 

Pierwszy, który wysłałam jej do oceny, zaakceptowała bez większych zastrzeżeń. Może na zachętę..? Bo każdego kolejnego słuchała wnikliwie i krytycznie. Nauczyła mnie dramaturgii. Wytłumaczyła, że poprzez reportaż opowiadamy radiowe historie. Nie przekazujemy tego, co najciekawsze. Przekazujemy opowieść w taki sposób, żeby z jednej strony dopełnić wszelkich reguł dziennikarskiej rzetelności, ale z drugiej – żeby w danej historii odcisnąć indywidualny ślad. Żeby znaleźć w niej drugie dno i pozostawić słuchaczowi miejsce na własną refleksję.

 

Pilnowała, żebym używała dźwięku z sensem. Żeby muzyka nie była przypadkowa. Żebym szukała nie tylko tematów, ale też sposobów na opowiadanie o nich.

 

Po dwóch-trzech latach takich nieformalnych praktyk (Hanka poświęciła dziesiątki godzin na słuchanie moich reportaży, czytanie maili, dawanie rad) dostałam propozycję pracy w Studiu Reportażu na etacie. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Okazało się, że spotkałam tam moją kolejną mistrzynię – Irenę Piłatowską.

 

Nie tylko we mnie wywoływała na początku strach. Perfekcyjna w każdym calu – elegancka, zadbana, na wysokich obcasach, w pięknych sukienkach i makijażu, autorka tylu świetnych reportaży, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Laureatka najważniejszych polskich i międzynarodowych nagród. Uprzejma, chociaż nieco zdystansowana. Przychodziłam do redakcji z nagrań w terenie, nieco rozczochrana i w ubłoconych butach i siadałam przed tą królową reportażu, która ma jakąś niezwykłą zdolność wyławiania z każdej audycji najmniejszej niedoskonałości.

 

Od niej nauczyłam się montować tak, żeby słuchacz nie był w stanie określić, gdzie zostało zrobione cięcie. Ona zwracała mi uwagę na każdą nielogiczność. Nie dało się jej mydlić oczu – dostrzegała każdy brak sensu, banalność pomysłu, błąd dramaturgii.

 

Nauczyła mnie, że nagrany materiał jest dopiero tworzywem, z którego muszę ulepić daną historię. Nawet jeśli mój rozmówca mówił doskonale. Nawet jeśli jego historia już po nagraniu wydaje się skończona – usłyszałam jej początek i koniec, wiem o wszystkim, co się wydarzyło. Wytłumaczyła mi, że nawet nagranie o łowieniu ryb można przekształcić w dzieło sztuki. Sama zrobiła o tym reportaż i dostała za niego nagrodę.

 

Ernest Hemingway wykreślał przede wszystkim przymiotniki. Uważał je w dużej mierze za niepotrzebne. Irena Piłatowska czyściła swoje reportaże z tego, co zaśmieca czystość przekazu. Dzięki niej zaczęłam nie tylko robić lepsze audycje, ale też lepiej pisać.

 

Nie wiem, kiedy przestałam się jej bać. Ale nadszedł w końcu taki moment. Może kiedy dostałam pierwszą w życiu nagrodę za reportaż?

 

Pamiętam, jak cieszyła się z każdego mojego wyróżnienia. Przede wszystkim z tego o zasięgu międzynarodowym, dzięki któremu spotkałam swoich kolejnych mistrzów. Tym razem dwóch mężczyzn.

 

Simon Elmes był moim mentorem w ramach stypendium im. Ake Blomstroma dla młodych twórców radiowych. Edwin Brys – koordynatorem tego programu. Najwyższa światowa liga reportażu radiowego. Uczyli mnie sztuki opowiadania historii, ale dali mi też coś ważniejszego niż wiedza, której miałam już w głowie sporo. Dali mi swoje ciepło i wiarę w moje możliwości. Być może wyczuli, że tego potrzebuję, bo bezustannie i przesadnie mnie chwalili, dzięki czemu uwierzyłam, że jestem w stanie zaprezentować efekt swojej rocznej pracy przed międzynarodowym gronem specjalistów. W dodatku – że będę opowiadać o swojej pracy w obcym języku, mimo kompleksów dotyczących akcentu rodem z Europy Wschodniej. Udało się. Efektem stypendium był reportaż, którym wygrałam też jedno z najważniejszych dla mnie wyróżnień – Srebrnego Melchiora.

 

Moi wszyscy mentorzy, chociaż tak różni, mieli jedną cechę wspólną – niewiarygodną życzliwość.

 

Zdarzyło mi się przez krótki czas pracować w redakcji lokalnego radia. Moim szefem był tam wówczas człowiek, który najwyraźniej uważał, że dobry szef trzyma wszystkich krótko i rządzi twardą ręką. Kiedy na poranne kolegium przychodziłam z propozycjami tematów, mówił „no, całkiem niezłe” i… oddawał je innym. Jeśli w końcu udało mi się jakieś zachować dla siebie i wysyłałam mu do oceny gotowe materiały, krytykował je, a przy okazji – moje możliwości intelektualne. Usłyszałam od niego, że nigdy nie zostanę dziennikarzem z prawdziwego zdarzenia. W krótkim czasie doprowadził do tego, że kiedy przekraczałam próg radia, zaczynało mnie mdlić. Uciekłam stamtąd szybko.

 

Mój ówczesny szef nie nauczył mnie niczego. No, może poza jednym – jak NIE postępować z ludźmi.

 

Dziś, ucząc młodszych dziennikarzy zawodu, myślę o tych wszystkich osobach, dzięki którym doszłam do tego punktu, w którym jestem dzisiaj. Myślę o całym wsparciu, które mi dali. Wiem, że sami często w przeszłości też mieli kogoś takiego, kto uczył ich, nie licząc swojego czasu pracy, nie oczekując za to zapłaty, cierpliwie tłumacząc, na czym ten zawód polega.

 

Czuję, że pomoc moich mistrzów to jednocześnie pewien dług. Pomagając innym, teraz staram się go spłacić.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Zaskoczenia i rozczarowania – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czy są tematy, które zawsze kończą się zrobieniem dobrej audycji

Często zdarza się, że zaczynając pracę na jakimś reportażem wyobrażamy już sobie, jak będzie brzmiał. Nie chodzi tu o stawianie tezy, ale o oczekiwania dotyczące tego, jak będzie opowiadał nasz rozmówca, że porwie naszych słuchaczy wspaniałą, barwną historią, że zdradzi nam jakieś nieznane wcześniej szczegóły… A potem nadchodzi rzeczywistość, która już tak kolorowa nie jest.

 

Bohater nudzi albo się jąka. Nie pamięta szczegółów, albo nie chce ich podać. Opowiada same banały, a na koniec w dodatku żąda autoryzacji i czepia się każdego słowa.

 

Tak może być zawsze. Nie ma niestety tematów – pewniaków, do których realizacji możemy przystąpić pewni, że powstanie ciekawa audycja. Być może to właśnie czyni naszą pracę tak fascynującą? Bo z jednej strony, nawet nagrywając świadków najważniejszych historycznych wydarzeń możemy zrobić nudny reportaż (proszę mi wierzyć, słyszałam kiedyś opowieść Żydówki z łódzkiego getta, zmontowaną i przedstawioną tak, że o mało nie zasnęłam). A z drugiej – nawet z czegoś, co pozornie jest niczym, możemy skonstruować ciekawą, wartościową audycję. Jeżeli tylko wykażemy się mądrością, wrażliwością i wyobraźnią.

 

Pamiętam, że kiedy uczestniczyłam w różnych warsztatach, bardziej doświadczeni koledzy powtarzali, że reportaż jest gatunkiem autorskim. Od nas zależy, jak opowiemy daną historię. Zawsze mówili, że nawet jeśli dwie osoby nagrywają tę samą postać, ostatecznie na pewno pokażą ją inaczej. Na inne szczegóły zwrócą uwagę. Wybiorą inne fragmenty wypowiedzi, dobiorą inną muzykę i efekty.

 

Dlatego też od nas w dużej mierze zależy, czy swoją ewentualną porażkę zamienimy w sukces. A jednym z moich ulubionych przykładów na to jest reportaż Małgorzaty Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci”.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku. Mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością, wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

Czasem młodzi reporterzy wierzą, że podjęcie jakiegoś dramatycznego, wstrząsającego tematu zagwarantuje im sukces. W efekcie każdy adept reportażu zalicza na początku zrobienie audycji o nowotworze, Powstaniu Warszawskim i problemie bezdomności (tak, ja też od tego zaczynałam). Wydawać się może, że postawienie mikrofonu przed osobą, która przeżyła coś ważnego, oznacza jednocześnie zrobienie poruszającej audycji, że taki temat „sam się zrobi”. W rzeczywistości bardzo trudno jest, podejmując temat, który został już omówiony z tak wielu stron, powiedzieć jeszcze coś nowego, coś, co słuchaczowi zapadnie w pamięć. To między innymi dlatego za trudne uważamy tematy tzw. rocznicowe, czyli dotyczące najważniejszych wydarzeń historycznych, takich jak Powstanie Warszawskie czy Sierpień ’80. Na ich temat powstało już bardzo wiele audycji, książek i artykułów. Coraz trudniej znaleźć bohatera, który jeszcze nigdy nie był o nic pytany przez dziennikarzy czy historyków. W dodatku, jeśli temat dotyczy osób już nie żyjących – trzeba znaleźć sposób, żeby nie przedstawiać ich w sposób pomnikowy. Nadać im kolorytu i wywołać w słuchaczu emocje.

 

Tym, co gwarantuje sukces, niezależnie od podjętego tematu, jest autorskie podejście, pod warunkiem oczywiście, że wiemy, co chcemy poprzez tę audycję powiedzieć i że jest to istotne.

 

Pamiętam rumuński reportaż zatytułowany „Kaseta”, autorstwa Marii Balabas. Maria jest dziennikarką prowadzącą poranny program w rumuńskim radiu. Pewnego dnia przydarza jej się niesamowita okazja – może nagrać wywiad z jednym ze swoich ulubionych muzyków. Czeka na to wydarzenie, pełna nadziei i bardzo podekscytowana. Okazuje się jednak, że idol jest znudzony i zblazowany. Nie chce mu się odpowiadać ciągle na te same pytania, więc niemalże zmusza Marię, żeby opowiedziała mu o sobie. Maria opowiada, a jednocześnie zaczyna snuć opowieść o Rumunii czasów jej dzieciństwa, miłości do muzyki, kasecie ulubionego muzyka, która dość przypadkowo trafia w jej ręce, emigracji… Z nieudanego wywiadu udało jej się stworzyć głęboką i wciągającą opowieść.

 

Warto posłuchać także niedawno zrealizowanego reportażu Katarzyny Michalak z Radia Lublin „Śpiewajcie wolność”. 19 listopada 1985 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wystąpiła słynna amerykańska piosenkarka folkowa, obrończyni praw człowieka – Joan Baez. Wydarzenie odbyło się spontanicznie. Joan Baez, wspominając później to, co się stało na KUL-u mówiła, że „był to najszybciej zorganizowany koncert w jej karierze”.

 

Dziennikarka Radia Lublin przypadkowo dowiedziała się o tym fakcie. Jej reportaż jest z jednej strony śledztwem, bo Katarzyna Michalak stara się odkryć kulisy tego mało znanego i słabo udokumentowanego wydarzenia. Z drugiej strony – to opowieść o nastrojach społecznych w trudnym dla Polski czasie – cztery lata po wprowadzeniu stanu wojennego i cztery lata przed odzyskaniem wolności. Ale też o nadziei, solidarności i umiłowaniu wolności. Reportaż będzie w tym roku reprezentował Polskę podczas konkursu Prix Europa.

 

Wiedza o tym, jak opowiadać historie, przydała mi się całkiem niedawno. W ramach wakacyjnego cyklu „Domowe archiwum dźwiękowe” poprosiłam słuchaczy radiowej Trójki o przysyłanie własnych nagrań i związanych z nimi opowieści. Na samym początku akcji odezwał się do mnie znajomy reżyser dźwięku. Okazało się, że w archiwum Teatru Polskiego Radia jest taśma z głosem dziecka. Chłopiec płacze, krzyczy, ale też śmieje się, bawi i śpiewa piosenki. Chociaż taśma była kilkukrotnie wykorzystywana w różnych słuchowiskach, nie wiadomo, kto na niej jest. Znajomy reżyser zgodził się, żebyśmy poszukali płaczącego chłopca. Okazało się, że dziś to pięćdziesięcioletni mężczyzna, ceniony informatyk mieszkający w Niemczech. Za pomocą zaledwie kilku krótkich nagrań udało mi się opowiedzieć jego historię, która jest jednocześnie opowieścią o emigracji i odwadze dokonywania trudnych wyborów. Same nagrania były krótkie i dość błahe. Tym, co nadało im znaczenia, był montaż, realizacja (dobranie muzyki i efektów), narracja i postawienie bohaterowi kilku pytań. Udało mi się je postawić wyłącznie dlatego, że gruntownie przemyślałam tę audycję i miałam na nią pomysł.

 

Nie oznacza to oczywiście, że nie zdarzają mi się zaskoczenia. Czasem dostaję od bliższych i dalszych znajomych bądź od słuchaczy propozycje zrobienia jakiegoś reportażu. Często wspominam, jak którejś nocy, siedząc na nocnym dyżurze w radiu i gadając z nudów o różnych rzeczach z realizatorem dźwięku, usłyszałam od niego historię wojennej radiostacji Łódź Podwodna na warszawskich Bielanach. Kolega naciskał, żebym zrobiła o tym reportaż. „Co za nuda” – pomyślałam, ale z grzeczności obiecałam, że przyjrzę się tematowi. W efekcie powstał reportaż „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja” – jedna z najważniejszych dla mnie audycji, która nagrodzona została między innymi Stypendium im. Jacka Stwory i nagrodą SDP im. Adolfa Bocheńskiego.

 

I na odwrót. Pamiętam, że pojechałam kiedyś na nagrania, spotkać się z osobą, która miała nietypowe hobby. Człowiek ten zgodził się zabrać mnie ze sobą na prawdziwą wyprawę i dzięki niemu przeżyłam jedną z najciekawszych przygód w życiu. A potem usiedliśmy nagrać rozmowę i… czar prysł. Stres bohatera, a może po prostu nieumiejętność opowiadania o tym, co się właśnie wydarzyło, spowodowały, że reportaż był do niczego.

 

Właśnie dlatego nasza praca jest tak ciekawa. Bo pozwala nabrać dystansu wobec tego, co patetyczne, pomnikowe, poważne. I jednocześnie dostrzec głębię w drobiazgach.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Rewolucja – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o reportażu w czasach pandemii

Nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że pandemia koronawirusa wywróciła nasz świat do góry nogami. Wiele branż musiało niemalże z dnia na dzień zacząć funkcjonować na zupełnie innych zasadach. Dotyczy to także dziennikarstwa.

 

Zanim pandemia dotarła do naszego kraju, w Polskim Radiu korzystaliśmy z pracy zdalnej tylko w wyjątkowych okolicznościach. Nagrania telefoniczne czy internetowe, ze względu na słabą jakość dźwięku, były traktowane jako zło konieczne. Nagle jednak musieliśmy nauczyć się nie tylko tego, jak poprowadzić audycję z własnego mieszkania, ale też jak zrobić reportaż wyłącznie za pomocą telefonu i komunikatorów internetowych. Paradoksalnie okazało się, że okres najbardziej restrykcyjnych ograniczeń był dla nas wyjątkowo twórczy.

 

Już na samym początku umówiliśmy się w Studiu Reportażu i Dokumentu, że zawieszamy dotychczasowe plany i zaczynamy pracować nad audycjami o tej nowej, zaskakującej rzeczywistości czasów pandemii. Rozmawialiśmy o tym, że naszym obowiązkiem jako dokumentalistów jest praca nad zapisem tego, co się akurat dzieje, po to, żeby ktoś w przyszłości mógł po to sięgnąć, żeby po tym wszystkim został ślad. Nagrywaliśmy rozmowy z bohaterami, ale też codzienne sytuacje, w których braliśmy udział. Po raz pierwszy bowiem na taką skalę byliśmy nie tylko obserwatorami wydarzeń, ale także ich uczestnikami, co znalazło odzwierciedlenie w naszych reportażach.

 

Pamiętam swoje pierwsze audycje zrobione wyłącznie zdalnie. Mimo izolacji udało mi się zrobić coś, z czego zawsze musiałam z bólem serca rezygnować. Od kiedy pamiętam, chciałam robić reportaże o tym, co dzieje się poza granicami naszego kraju. Niestety niewiele miałam takich możliwości. Naszego radia zwyczajnie nie stać na opłacanie długich i kosztownych delegacji, w związku z tym rzadko pracujemy za granicą Polski. Ale wobec polecenia pracy zdalnej, jakie dostaliśmy z góry, paradoksalnie otworzyły się przede mną nowe możliwości. W kilka dni, nie wstając praktycznie z kanapy we własnym mieszkaniu, połączyłam się z ludźmi mieszkającymi w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Włoszech, Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii.

 

Sytuacja była wtedy bardzo dynamiczna. Codziennie śledziłam rosnącą w zastraszającym tempie liczbę zakażonych. Nie mogłam uwierzyć w to, co dzieje się w Lombardii, a potem też w Hiszpanii. W Polsce co kilka dni wprowadzano nowe zasady bezpieczeństwa, aż w końcu zostaliśmy praktycznie wszyscy zamknięci we własnych mieszkaniach.

 

Moi rozmówcy opowiadali mi o tym, jak sytuacja wygląda w ich krajach, ale rozmawialiśmy też o samotności, czy poczuciu absurdu, że świat zaczyna wyglądać jak kolejny odcinek serialu Black Mirror (którego scenarzyści przedstawiali różne wersje naszej przyszłości, zazwyczaj ogromną rolę odgrywały w nich nowe technologie). Pogrzeb online? Ślub transmitowany przez komunikator? Imprezy na Zoomie, święta na Skypie? Dziś nikogo już to nie dziwi. Wówczas, na początku pandemii, wszystko to były nowe, zdumiewające zjawiska. Reportaże, które wtedy zrobiłam można znaleźć tu: https://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/2478906,Wlochy-na-wojnie-z-wirusem-reportaz-Olgi-Mickiewicz oraz tu: https://www.polskieradio.pl/7/3040/Artykul/2477630,Trzy-krotkie-reportaze-zycie-w-cieniu-koronawirusa.

 

Bardzo ciekawą audycją z tego czasu był reportaż Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej „Dla Ciebie, Mamo” (do posłuchania tu: https://www.polskieradio24.pl/7/6408/Artykul/2486663,Dla-Ciebie-Mamo-Hanna-BogoryjaZakrzewska). Sama autorka przyznała, że była to najbardziej osobista audycja, którą zrobiła w życiu. Opowiedziała w niej o sytuacji seniorów, którzy na początku często bagatelizowali zagrożenie. Wykorzystała w reportażu nagrane rozmowy telefoniczne ze swoją mamą, starszą już kobietą, którą cała rodzina próbuje przekonać do większej ostrożności. Co ciekawe, mama autorki dopiero na końcu została poinformowana, że jest nagrywana. Nagrania zostały wykorzystane oczywiście za zgodą bohaterki.

 

Na inny ciekawy zabieg zdecydowała się Joanna Sikora z Radia Białystok w reportażu „Posłuchaj ciszy” (można go znaleźć na tej stronie: https://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/181986). Autorka napisała o swoim reportażu tak:

Rewolucja. W świecie reportażu trwa rewolucja. Codzienność, bliska i znana, odsunęła się w przyszłość, a może i w przeszłość. Tworzenie reportażu stało się teraz prawdziwym wyzwaniem.

Bo jak opowiedzieć o życiu ludzi, nie patrząc im w oczy? Jak obserwować, kiedy nie można być obok? Jak zdobyć zaufanie, kiedy dzielą nas tysiące kilometrów i wiem, że pewnie nigdy się nie spotkamy?

Wszystko jest inaczej. Nie ma długich godzin przy herbacie, nie towarzyszę bohaterom w różnych momentach ich życia. Są za to cztery ściany mojego mieszkania i komputer. Nawet mikrofon nie jest już potrzebny. Leży na półce.

Kiedy w połowie marca kończyłam montować reportaż, który nagrywałam, śmiejąc się z bohaterami w ich mieszkaniach, trzymając na rękach ich dziecko, z nostalgią robiłam w nim ostatnie poprawki. Wiedziałam, że minie sporo czasu, aż ktoś pozwoli mi, bym weszła do jego domu.

Epidemia, poza izolacją i niepewnością, przyniosła też ciszę. Ucichły parki, place zabaw, ulice. Świat opustoszał, brakuje dźwięków. Tak jakby wszyscy wstrzymali oddech i czekali na to, co dalej.

Bardzo chciałam zatrzymać ten moment i stworzyć opowieść o miejscach, które aż kipiały od hałasu i tętniły życiem, a które tak bardzo dotknęła pandemia: o Włoszech, Hiszpanii i USA. Słyszałam zgiełk ulicy amerykańskiej metropolii, brzęk filiżanek we włoskich kawiarniach czy uliczne flamenco w Hiszpanii. O te dźwięki, tak dobrze znane moim bohaterom, chciałam ich zapytać.

Jak teraz brzmi otaczający ich świat? Czego im brakuje? Czy oswoili, też w sobie, ciszę?

Z pomocą znajomych udało mi się dotrzeć do pani Barbary z Rzymu, Agaty z Bilbao i pana Sylwestra z Nowego Jorku. Komunikatory, które jeszcze do niedawna były ostatecznością, stały się jedyną szansą na rozmowę.

Pojawiło się kolejne wyzwanie: co zrobić, aby dobrze nagrać dźwięk. Na szczęście moi bohaterowie wspierali mnie ze wszystkich sił podczas tych poszukiwań. Sami zmienili się w reporterów. Agata nagrała swoją wyprawę do sklepu pustymi ulicami Bilbao, pani Basia ze swojego balkonu opowiadała o błękicie rzymskiego nieba, a pan Sylwester po drodze do pracy malował obrazy opustoszałego nowojorskiego metra.

I tym sposobem, w ciągu trzech wieczorów, odwiedziłam trzy kraje.

 

Zmieniającą się audiosferę zauważyły też dwie reportażystki, Magda Świerczyńska-Dolot (Radio Gdańsk) i Katarzyna Michalak (Radio Lublin). Połączyły siły w projekcie „Nie słyszę…”. Założyły stronę internetową, na której publikowały dźwiękowe opowieści ludzi, mówiących o tym, czego nie słyszą z powodu pandemii, oraz jakich dźwięków im brakuje. Skrzypiących drzwi w kościele, przyśpiewek stadionowych, oklasków po spektaklu, śmiechu dawno nie widzianych przyjaciół, a nawet miarowego stukania w klawiaturę – każdego dźwięku może brakować, kiedy ma dla nas głębsze znaczenie. Na stronie Radia Lublin można posłuchać reportażu, który był podsumowaniem akcji: https://radio.lublin.pl/2020/06/25-06-2020-katarzyna-michalak-i-magda-swierczynska-dolot-nie-slysze/

 

Z kolei Beata Kwiatkowska (PR Dwójka) przekazała swój mikrofon ratownikowi medycznemu. Nagrywał on to, co przychodziło mu do głowy: przemyślenia, obserwacje, ale też znakomite radiowe sceny, jak na przykład wyjazd medyków do chorego (nie wiadomo, co mu dolega, ale zgłoszono, że ma problemy z oddychaniem) czy łączenie bohatera z rodziną przez komunikator i czytanie dziecku bajek na dobranoc (też online). Audycja „Na rekord” znajduje się tutaj: https://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/2491747,Studenci-ASP-projektuja-dla-medykow.

 

W momencie kiedy zostały wprowadzone najbardziej restrykcyjne ograniczenia, szukaliśmy też sposobów na twórcze wykorzystanie archiwów. Magda Skawińska ze Studia Reportażu i Dokumentu zestawiła ze sobą nagrania dotyczące dwóch epidemii – koronawirusa oraz czarnej ospy, która nawiedziła Wrocław w 1963 roku. Fantastycznie przeplotła nagrania archiwalne i współczesne, wskazując na to, co wspólne dla obu okresów (zgodnie z powiedzeniem, że historia lubi się powtarzać). Jej reportażu „Przerwa w normalnym życiu” można posłuchać tutaj: https://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/2505175,Wroclaw-w-czasach-zarazy

 

Po prawie trzech miesiącach epidemii w Polsce obostrzenia zaczęły być powoli luzowane. Do normalnego trybu pracy ciągle jednak nie wróciliśmy. Wiele nagrań cały czas robimy zdalnie, a delegacje, które kiedyś były naszą codziennością, wciąż ograniczone są do absolutnego minimum.

 

Mamy już jednak poczucie, że pewien etap został za nami. To właśnie dlatego wraz z Beatą Kwiatkowską postanowiłyśmy zrobić coś w rodzaju dokumentalnego słuchowiska, podsumowującego ostatnie tygodnie. Wykorzystując strzępy nagrań (sceny w sklepie i w domach rodzinnych, pojedyncze zdania, oficjalne komunikaty), zrobiłyśmy reportaż „Dźwięki pandemii”. Miałyśmy poczucie, że pandemia koronawirusa to z jednej strony ciągły dopływ nowych informacji o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. Z drugiej – monotonia codzienności, kiedy wielu osobom większość dnia upływa w samotności bądź wyłącznie w gronie najbliższych ludzi we własnym domu. To balansowanie pomiędzy strachem o zdrowie swoje i bliskich oraz lękiem o przyszłość a nudą. Chciałyśmy zatrzymać emocje i atmosferę tych dni. Czy nam się to udało, mogą ocenić Państwo sami: https://www.polskieradio.pl/7/6408/Artykul/2514820,Reportaz-Dzwieki-pandemii-czyli-pandemiczny-krajobraz-dzwiekowy

 

Jak długo potrwa jeszcze pandemia, nie wie nikt. Możemy być jednak pewni, że ostatnie miesiące zmieniły nasze przyzwyczajenia i nawyki. Jako społeczeństwo staliśmy się bardziej ostrożni, czasem wręcz nieufni. To dotyczy także naszej pracy reportażystów. Nie wszyscy bohaterowie chcą przyjmować dziennikarzy – obcych ludzi w swoich domach. Z kolei wyjazdy na nagrania pociągiem czy autobusem, kiedyś norma, dziś są źródłem potencjalnego zagrożenia. W momencie odwoływania pierwszych obostrzeń zdarzało mi się rozmawiać z bohaterami w maseczkach. Duszno, źle słychać i co najgorsze – nie widać mimiki, trudno odczytać emocje, trudniej nawiązać porozumienie. Dziś rozmawiamy już normalnie, chociaż rzadko kiedy podajemy sobie rękę na przywitanie.

 

Te wydawałoby się błahe zmiany (maseczka na twarzy, brak kontaktu fizycznego, rozmowy nagrywane przez telefon, zamiast twarzą w twarz) powodują, że nasza praca stała się trudniejsza. Kiedy z bohaterami rozmawiamy o tym, co intymne, każda bariera, nawet niewielka, stawia pod znakiem zapytania to, czy uda się nawiązać nić porozumienia.

 

Nic dziwnego chyba, że zmęczeni wydarzeniami ostatnich miesięcy czekamy na koniec zarazy.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Pierwszy stopień wtajemniczenia – OLGA MICKIEWICZ–ADAMOWICZ o laureatach nagrody im. Jacka Stwory

Młodzi twórcy radiowi w Polsce zajmujący się reportażem w większości prędzej czy później zawalczą o stypendium im. Jacka Stwory. „Ta Stwora”, jak żartobliwie mówią radiowcy, to dla początkującego reportażysty najbardziej prestiżowa nagroda, ale też umożliwiająca najwięcej w późniejszym radiowym życiu.

 

Pamiętam doskonale pewien listopadowy wieczór 2015 roku, kiedy stojąc na scenie studia koncertowego im. Agnieszki Osieckiej usłyszałam, że zostałam kolejną laureatką stypendium im. Jacka Stwory. Pamiętam radość, dumę, ale też poczucie odpowiedzialności. Bo stypendium, chociaż łączy się z nagrodą finansową, oznacza przede wszystkim rok wytężonej pracy pod czujnym okiem mentorów. I pewność, że ta praca zostanie skrupulatnie oceniona przez najlepszych w Polsce reportażystów.

 

Dla mnie stypendium oznaczało, że przez kolejny rok obracałam się w środowisku nacjonalistów. Chociaż prywatnie zupełnie mi z nimi nie po drodze, 2016 rok był momentem, kiedy weszli do mainstreamu. Największe media relacjonowały ich marsze i pochody, a przedstawiciele poszczególnych organizacji nagle uzyskali głos. Ciekawiło mnie, kim są prywatnie i skąd się wzięły ich radykalne poglądy. Co prawda reportażu, który finalnie powstał, nie uważam za najważniejszą czy najlepszą ze swoich audycji, ale nigdy nie zapomnę czasu, który poświęciłam na jego przygotowanie. Mogłam zaryzykować i spróbować go zrobić po swojemu. Mogłam przeznaczyć mnóstwo czasu na zbliżenie się do bohaterów, którzy gdyby nie to, na pewno by mnie odrzucili.

 

Nie wiem, czy stypendium im. Jacka Stwory było moim zawodowym przełomem. Na pewno „jednym z”, pierwszym stopniem wtajemniczenia. Innymi były wyjazdy na zagraniczne konferencje, międzynarodowe stypendium im. Ake Blomstroma, które dostałam rok później, czy najróżniejsze zawodowe wyzwania, które po prostu pojawiały się w codziennej pracy. Ale na pewno stypendium dało mi poczucie pewności siebie, wiarę w to, że przynależę do grona reportażystów radiowych i że to, co robię i mówię, ma znaczenie. A to mogło być dla mojego dziennikarskiego rozwoju nawet istotniejsze, niż formalnie przyznana nagroda. Chociaż nie da się ukryć, że kolekcja dyplomów i statuetek ułatwia życie.

 

Znam wielu świetnych dziennikarzy, którzy nie mają na koncie żadnej nagrody. Znam też takich, którzy w konkursach nawet nie startują, bo nie mają takiej potrzeby. Albo startują raz i od razu odnoszą wielki sukces. Jednak dla większości reportażystów nagroda ma nie tylko wymiar praktyczny (którym są dodatkowe pieniądze – w zawodzie dla pasjonatów, przy obecnej wysokości honorariów, to ma znaczenie). Nagroda często zwyczajnie ułatwia życie. Jest informacją dla szefa, że odnosimy sukcesy i inni nas doceniają. Oraz dla bohaterów reportażu – zdarzało mi się wielokrotnie, że zanim przyszłam na umówione spotkanie, bohater sprawdzał w Internecie, kim jestem, słuchał moich reportaży (najczęściej tych nagradzanych) i na tej podstawie wyrabiał sobie na mój temat opinię. Psycholodzy mają na to nawet definicję: efekt aureoli. A mówiąc prościej: dobre pierwsze wrażenie da się zrobić tylko raz. Informacja o nagrodach reportażysty potrafi zrobić takie właśnie dobre pierwsze wrażenie.

 

Nagroda stanowi także mocny punkt w zawodowym CV, kiedy ubiegamy się o dodatkowe środki z różnych organizacji na realizację materiału, próbujemy wydać książkę albo chcemy zainteresować kogoś naszym projektem. Tak jak tytuł doktora czy profesora na uczelni, jak nazwa stanowiska w korporacji, jak dystynkcje na mundurze – są informacją o tym, co już udało nam się zrobić, czego dokonać.

 

W historii konkursu im. Jacka Stwory zdarzały się też jednak sytuacje, kiedy samo stypendium okazywało się przepustką do najwyższych radiowych zaszczytów.

 

Tak wydarzyło się choćby w przypadku Patrycji Gruszyńskiej-Ruman ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wygrała stypendium im. Jacka Stwory w 2007 roku. Potem przez kolejne miesiące pracowała nad audycją o Stanisławie Rachwał. Na jej nazwisko natrafiła przypadkiem, kiedy zwiedzała były obóz Auschwitz-Birkenau. Zwróciła na nie uwagę, ponieważ brzmiało tak samo, jak nazwisko panieńskie matki Patrycji. Postanowiła sprawdzić, czy Stanisława Rachwał była z nią spokrewniona. Okazało się, że to postać porównywana z rotmistrzem Pileckim. Patrycja nie odnalazła co prawda rodziny, ale trafiła na niezwykłą historię.

 

Stanisława Rachwał cztery lata spędziła w Auschwitz-Birkenau, a po wojnie dziesięć w komunistycznym więzieniu. W obozie marzyła o zemście na tych, którzy byli przyczyną jej cierpienia. Po wojnie nadarzyła się ku temu okazja – trafiła do jednego więzienia z Marią Mandl, sadystyczną komendantką żeńskiego obozu. Czy Stanisława skorzystała z okazji do zemsty? Przekonać się można, słuchając reportażu: https://www.polskieradio24.pl/130/2617/Artykul/2184952,WINna-nieWINna-Patrycja-GruszynskaRuman

 

– Ten reportaż to wybuch talentu Patrycji – tak audycję komentowała Irena Piłatowska, która przez wiele lat była redaktor naczelną Studia Reportażu i Dokumentu. – Sceną, którą zapamięta każdy, kto słyszał ten reportaż, jest spotkanie pod prysznicem kata i ofiary. To właśnie wtedy Maria Mandl poprosiła Stanisławę o przebaczenie.

 

Reportaż Patrycji, zatytułowany „WINna, nieWINna”, uhonorowany został najważniejszą radiową nagrodą na świecie, tzw. radiowym Oscarem, czyli Prix Italia. Czy powstałby, gdyby nie stypendium im. Jacka Stwory?

 

To samo pytanie można by zadać w przypadku innego polskiego reportażu nagrodzonego Prix Italia, „Chcę więcej” Bartosza Panka z radiowej Dwójki, który zrealizowany został w 2013 roku. Opowiada o zmarłym już Dominiku Połońskim, muzyku, który gra na wiolonczeli, używając tylko jednej ręki. U Dominika 10 lat wcześniej zdiagnozowano nowotwór mózgu. Rak spowodował niedowład lewej części ciała. Ale reportaż opowiada przede wszystkim o pasji tworzenia, muzyce, znaczeniu dźwięku. Warto posłuchać tej audycji. Odnaleźć można ją tutaj: https://www.polskieradio.pl/80/4198/Artykul/1321716,Chce-wiecej

 

Kto wie, czy reportaż Bartosza brzmiałby tak samo, gdyby nie stypendium? Kto wie, czy w ogóle by powstał? Bartek początkowo chciał robić audycję o włoskim aktorze Feruccio Solerim, który od 1959 roku wciela się w tę samą postać w teatrze Piccolo w Mediolanie. Komisja artystyczna, która pracuje z  każdym laureatem stypendium im. Jacka Stwory, była temu przeciwna, bo w radiu trudno zachować prawdziwe emocje, kiedy na głos bohatera trzeba nałożyć tłumaczenie. Ale Bartosz uparł się i pojechał do Mediolanu. Po czym okazało się, że Soleri na każde jego pytanie odpowiada półsłówkami, bo tak traktuje dziennikarzy. Bartek wrócił więc do Polski i po konsultacji z mentorami zabrał się za kolejny temat ze swojej „listy marzeń” – czyli za historię Dominika Połońskiego.

 

Z kolei inna laureatka, Katarzyna Błaszczyk ze Studia Reportażu i Dokumentu, mówi tak: – W tym roku mija dziesięć lat odkąd otrzymałam Stypendium im. Jacka Stwory. Możliwość nagrania reportażu marzeń: zabezpieczenie środków finansowych oraz współpraca z doświadczoną reportażystką Anną Sekudewicz zaważyły na wszystkim, co później udało mi się stworzyć radiowo i nie tylko. Myślę, że wynikało to z kilku czynników. Po pierwsze, jako reportażystka byłam już wtedy gotowa na opowiedzenie wyjątkowej historii. Miałam już doświadczenie zawodowe, wcześniej wielokrotnie eksperymentowałam z dźwiękiem i byłam już po ukończeniu prestiżowej EBU Master School, gdzie zdobyłam zupełnie inne, nowe narzędzia do tworzenia historii radiowych. Po drugie, miałam absolutnie wyjątkowy temat, który łączył w sobie wątki historyczne, śledcze, podróżnicze, a jednocześnie dotyczył takich wartości jak miłość, ojczyzna, przynależność. Jedyne czego potrzebowałam to wyruszyć w podróż do Brazylii, na co potrzebne były duże, jak na moje możliwości, pieniądze. Po trzecie i być może najważniejsze, miałam zorganizowaną i profesjonalną opiekę artystyczną – w osobie wybitnej reportażystki Anny Sekudewicz.

 

Dzięki stypendium powstał reportaż „Listy Brazylia – Polska”. Wszystko zaczęło się w Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy, gdzie autorka odnalazła XIX-wieczne listy polskich emigrantów z Brazylii, które nigdy nie dotarły do adresatów. Postanowiła ruszyć do Rio Grande do Sul i odnaleźć potomków nadawców, sprawdzić, jak dalej potoczyły się ich losy.

 

Katarzyna podkreśla, że reportaż „Listy Brazylia-Polska” okazał się dla niej przełomowy: – Dzięki wyjazdowi nauczyłam się wykonywać resarch w szybkim tempie, a nawet w języku, który bardzo słabo rozumiałam. Kluczowe okazało się słuchanie ludzi, i pozwolenie, by brali czynny udział w tworzeniu tego dokumentu. Zrozumiałam też, jak trudny jest bohater zbiorowy i co trzeba zrobić, by mimo wszystko reportaż poruszał emocje. Po powrocie, pod okiem Anny Sekudewicz, rozpoczęłam żmudną pracę nad konstrukcją dramaturgiczną. Wybranie fragmentów, które wyemitujemy i poskładanie ich w przejrzystą, trzymającą w napięciu całość, to było duże wyzwanie. Jednak właśnie ono spowodowało, że teraz nagrywam i montuję już zupełnie inaczej. „Listy Brazylia-Polska” pozostają moim najbardziej znanym i nagradzanym reportażem. Choć później zdarzało mi się tworzyć nagradzane audycje i wydać z Hanną Bogoryja-Zakrzewską książkę, to nadal uznaję otrzymanie stypendium im. Jacka Stwory za jedno z najważniejszych wydarzeń w moim radiowym życiu zawodowym.

 

Joanna Sikora z Radia Białystok także mówi o swojej nagrodzie z wielkim entuzjazmem: – W tym roku mija 6 lat od nagrody w konkursie stypendialnym imienia Jacka Stwory. Z perspektywy czasu wiem, że to był prezent od losu. Na tamtym etapie mojego życia zawodowego pracowałam w tzw. newsach. Była to codzienna pogoń za informacjami, w związku z tym na reportaż nie zostawało zazwyczaj za wiele czasu. Wygrana okazała się szansą, by skupić się tylko na tworzeniu. Podczas nagrań i montażu praktycznie zrezygnowałam z codziennej pracy.

 

Joanna pracowała nad reportażem o Biebrzy, zatytułowanym później „Rzeka odchodzi i trwa”. Miała wiele godzin nagrań, na których zarejestrowała tradycyjne śpiewy mieszkańców nadbiebrzańskich wiosek, ale nie wiedziała, jak połączyć je w spójną całość. Pomogła jej w tym Janina Jankowska, opiekunka artystyczna. Co więcej, szefowa Studia Reportażu Irena Piłatowska-Mądry od razu zaproponowała, żeby audycję udźwiękowić w systemie dookólnym, we współpracy z wybitnym realizatorem Polskiego Radia Andrzejem Brzoską.

 

Reportaż okazał się olbrzymim wyzwaniem, przede wszystkim ze względów technicznych. W historii polskiej radiofonii audycje w systemie dookólnym powstawały tylko w wersji studyjnej, głównie były to słuchowiska. Dźwięki były tam wypreparowane, prawdopodobnie nikt nie wychodził w teren ze sprzętem nagrywającym. Takiego sprzętu też w Polskim Radiu Białystok nie było. Za jego skonstruowanie zabrał się radiowy dział techniki. Powstał specjalny rodzaj rusztowania, na której umieszczono łącznie trzy mikrofony, pozwalające nagrywać dźwięki z każdej strony. To dzięki temu Joanna zrobiła pierwszy w Polsce reportaż zrealizowany w technice surround sound. Słuchacz ma dzięki niej wrażenie, że dźwięki wydobywają się nie tylko z lewej lub prawej strony (to efekt stereo), ale zewsząd. Audycji można posłuchać tutaj: https://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/131165

 

Tak pracę nad nią wspomina Joanna: – Kiedy wstępnie udało się zapanować nad materiałem, przyszedł czas na pracę z Andrzejem Brzoską. Po raz pierwszy miałam szansę spędzić tyle godzin nad realizacją reportażu. Były to cztery sesje po kilkaset minut w Studiu Teatralnym Polskiego Radia. Pan Andrzej potrafił wyczarować cuda z tego, co przygotowałam. Wszystko stało się przestrzenne, ciepły dźwięk otaczał nas z każdej strony. W prawym głośniku krzyczały żurawie, w lewym brzęczały owady. Z tyłu wyły psy sąsiada, a w tle szumiała Biebrza. Wszystko otulone śpiewem głównego bohatera. Całość brzmiała bajecznie. Satysfakcja była olbrzymia. Nikt do tej pory nie zrobił w ten sposób reportażu. Byłam pierwsza. Bez stypendium i wsparcia wielu osób nie byłoby takiej możliwości.

 

– Nie było łatwo, ale dziś wiem, że było warto. To była przygoda, ale zaważyła też na moim dalszym życiu zawodowym. Dziś w Polskim Radiu Białystok zajmuję się praktycznie tylko reportażem, a w głowie mam cały czas rady pani Janki Jankowskiej.

 

Oczywiście nie jest tak, że każdy laureat stypendium im. Jacka Stwory okaże się gwiazdą polskiej radiofonii. Dla nielicznych nagroda była tylko przygodą, epizodem. Po zakończeniu pracy nad wybraną audycją poszli dalszą drogą, niekoniecznie związaną z radiem: Julia Prus mieszka w Afryce, przygotowuje stamtąd korespondencje i pisze teksty. Ireneusz Białek, który jako nastolatek stracił wzrok, zajmuje się dziś osobami niepełnosprawnymi na Uniwersytecie Jagiellońskim. Andrzej Guzowski napisał doktorat i pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Białystoku. Dla większości stypendystów nagroda jest jednak przypieczętowaniem ich związku z reportażem.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

10 reportaży radiowych, które warto znać – subiektywny wybór OLGI MICKIEWICZ-ADAMOWICZ

Żeby dobrze pisać, trzeba dużo czytać. To zasada znana chyba wszystkim, którzy chcą podszkolić swój warsztat pisarski lub dziennikarski. A co z radiowcami? Popularne sformułowanie wystarczy sparafrazować – żeby robić dobre reportaże radiowe, trzeba dużo słuchać.

 

Poniżej moja subiektywna lista dziesięciu audycji, od których warto zacząć.

 

  1. Witold Zadrowski „Dahoman” – bo cały jest zbudowany ze scen, a to jest wzorzec, do którego należy dążyć.

 

Zaczynamy od absolutnej klasyki. Witold Zadrowski był radiowcem i reżyserem filmów dokumentalnych. Pierwszym Polakiem, który zdobył tzw. „radiowego Oscara”, czyli nagrodę Prix Italia (za reportaż „Śmierć słonia” w 1966 roku). Ja polecam posłuchać innej jego audycji, powstałej w 1970 roku.

 

„Dahoman” to nie tylko tytuł reportażu, to także imię jego głównego bohatera. A jest nim… koń. Ogier urodzony w Janowie Podlaskim, który ścigał się na torze na warszawskim Służewcu, występował w cyrku, a po latach powrócił do stadniny jako reproduktor.

Zadrowski pokazuje całe jego życie za pomocą scen. Jest z mikrofonem przy narodzinach swojego bohatera, jest wtedy, kiedy Dahoman odnosi sukcesy na torze, jest wtedy, kiedy pokazuje wyuczone triki na arenie cyrkowej. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji, ile czasu powstawał ten reportaż, ale musiało być to przynajmniej kilka, a może nawet kilkanaście lat.

 

Czy historia konia mogłaby poruszać, gdyby została opowiedziana przez weterynarza, tresera, hodowcę? Być może. Ale tylko nagrana tak, jak zrobił to Zadrowski, sprawia, że pięćdziesiąt lat później ciągle czujemy się tak, jakbyśmy stali w tej stajni, wdychali zapach siana i końskiego nawozu, i obserwowali pojawienie się na świecie nowego życia.

 

To właśnie pokazuje, że sceny nagrywane wtedy, kiedy towarzyszymy naszym bohaterom w ważnych dla nich sytuacjach, mają o wiele większą siłę, niż nawet najpiękniej skonstruowana opowieść post factum.

 

„Dahoman” to niezwykła egzemplifikacja banalnego stwierdzenia, że dobry reportaż potrzebuje czasu. W epoce szybkiego życia i szybkiego dziennikarstwa tej audycji powinni wysłuchać wszyscy, którzy myślą o tym, żeby zająć się reportażem radiowym.

 

  1. Jerzy Janicki i Witold Zadrowski „Oczekiwanie – reportaż o tych, których JESZCZE nie ma” – bo pokazuje, że warto wykorzystywać nowe technologie, niezależnie od tego, co akurat znaczy słowo „nowe”.

 

Zostajemy jeszcze na chwilę przy Zadrowskim, tym razem jednak sięgamy po audycję, którą zrobił w duecie z Jerzym Janickim.

 

Są lata sześćdziesiąte. Chociaż dziś młodym rodzicom trudno to sobie wyobrazić, wówczas ze względów przede wszystkim higienicznych, matki i jej nowo narodzonego dziecka nie można było w szpitalu odwiedzać.  Nie było też możliwości, żeby do siebie dzwonić – rzecz nie do pomyślenia dziś, kiedy noworodek w sekundę po narodzinach zbiera już pierwsze „polubienia” na Facebooku.

 

Reporterzy postanowili jednak wykorzystać zdobycze ówczesnej techniki (czyli krótkofalówki) i pomogli w ten sposób świeżo upieczonym ojcom zdobyć pierwsze informacje o ich dzieciach. Rozmowy pomiędzy rodzicami oczywiście nagrali. Powstała w ten sposób niezwykła, momentami zabawna, momentami wzruszająca, ale zawsze bardzo prawdziwa audycja o tych pierwszych emocjach towarzyszących ludziom w tak niezwykłym momencie, jakim jest pojawienie się na świecie małego człowieka.

 

Dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe niż wtedy, ale może to właśnie zabija kreatywność? Niewielu dziś możemy posłuchać audycji, które opierałyby się na wykorzystaniu nowych technologii w zdobyciu nagrań, do których inaczej nie mielibyśmy dostępu. Do głowy przychodzi mi jeszcze jeden pomysł, brytyjski. Dziennikarze dzwonili wówczas do budek telefonicznych w całym kraju. Jeśli ktoś podniósł słuchawkę – rozmawiali z tą osobą i nagrywali rozmowy. Po latach przygotowali jeszcze raz podobną audycję, łącząc się z przypadkowymi ludźmi na Skypie. Udało im się wtedy nawiązać kontakt między innymi z Syryjką. Rozmawiali podczas bombardowania jej miasta.

 

Być może pandemia koronawirusa i konieczność ograniczenia bezpośrednich kontaktów spowoduje, że podobnych pomysłów będzie więcej?

 

  1. Krystyna Melion i Maria Rosa Krzyżanowska – „Dwie godziny, 40 minut i 15 sekund byłem z narzeczoną” – bo pokazuje, że reportaż to pomysł, poza tym to rzadka okazja do wysłuchania reportażu wcieleniowego.

 

I znowu coś sprzed ponad pięćdziesięciu lat, co urzeka świeżością i lekkością. Dwie kobiety (Krystyna Melion to wybitna reportażystka, uczestniczka Powstania Warszawskiego. Maria Rosa Krzyżanowska to pierwsza powojenna spikerka TVP) umawiają się na randki z mężczyznami poznanymi za pomocą ogłoszeń matrymonialnych. Okazuje się, że część z nich to zwykli oszuści.

 

Reportaż zabawny, dowcipny, w którym jedną z głównych ról odgrywa ukryty mikrofon. I to nie tylko dlatego, że pozwala zarejestrować rozmowy z nieuczciwymi absztyfikantami. Mikrofon w tym reportażu został spersonifikowany i obdarzony własnym głosem. Był maleńki (mieścił się w bukieciku fiołków) i podobno został wypożyczony od znajomych wojskowych. To dzięki niemu nagranie tego reportażu było w ogóle możliwe.

 

Powtórzę: chociaż dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe – sięga po nie niewielu radiowych reportażystów. Reportaż wcieleniowy w prasie jest oczywiście o wiele łatwiejszy do zrealizowania niż w radiu czy telewizji, gdzie konieczne jest ukrycie sprzętu nagrywającego. Warto posłuchać, jak dwie dziennikarki radiowe zrobiły to pół wieku temu. A może nawet się zainspirować?

 

  1. Janina Jankowska „Polski sierpień” albo „Powódź wszystkich Polaków” – bo stanowią przykład zasady, że tam gdzie kończy się praca reportera newsowego, zaczyna się praca reportażysty.

 

Janina Jankowska to człowiek-legenda. Reportażystka zdobywająca najwyższe polskie i światowe laury. Twórczyni Studia Reportażu i Dokumentu. W czasach PRL – opozycjonistka.

 

Warto posłuchać przynajmniej jednego z dwóch chyba najsłynniejszych jej reportaży. „Polski sierpień” to dokument o strajkach w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Autorka pojechała tam wbrew woli kierownictwa radia, które przekazywało wtedy ocenzurowane informacje o wydarzeniach na Wybrzeżu. Audycja otrzymała najważniejsze na świecie radiowe wydarzenie, czyli Prix Italia.

 

Z kolei „Powódź wszystkich Polaków” to opowieść o tym, co stało się latem 1997 roku. Podczas ogromnej powodzi tysiące ludzi straciło dobytek całego życia. Audycja powstała wyłącznie z wypowiedzi emitowanych lub publikowanych wcześniej w prasie, radiu i telewizji. Autorka zdobyła za nią nagrodę Premios Ondas w Barcelonie.

 

Dlaczego warto posłuchać tych dokumentów? Pomijając ich ogromną wartość historyczną, warto zwrócić uwagę, z jakiego tworzywa zostały skonstruowane. Nie ma w nich jednego, konkretnego bohatera. W przypadku „Powodzi…” autorka dysponowała wyłącznie cudzymi nagraniami. A jednak udało jej się stworzyć opowieść o określonej strukturze i napięciu. Nie rozbudowanego newsa, ale właśnie dokument.

 

To cenna lekcja dla tych, którym wydaje się, że reportaż może powstać tylko tam, gdzie jest miejsce na intymną rozmowę. Wcale tak być nie musi! A za chwilę kolejny świadczący o tym przykład.

 

  1. Agnieszka Czarkowska i Alicja Pietruczuk – „Cały wasz – czyli jak przez małą wieś przetoczyła się wielka historia” – bo pokazuje, na czym polega metoda propagowana przez mistrza reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego: od szczegółu do ogółu.

 

W 1997 roku Aleksander Kwaśniewski, który był wówczas prezydentem Polski, w ramach wspierania swojej partii w wyborach parlamentarnych jednego dnia objechał kilka wsi na Podlasiu. Na piętnaście minut zajrzał też do maleńkiej wioski Mochnate koło Hajnówki. I to właśnie zderzenie najwyższej władzy ze zwykłym człowiekiem jest tematem tej świetnej audycji (nagrodzonej zresztą Premios Ondas w Barcelonie).

 

Autorki reportażu przez trzy dni dokumentowały życie wsi, którą zamierzał odwiedzić prezydent. Nagrywały ludzi porządkujących obejścia, koszących trawę, przygotowujących się do tego ważnego dla nich wydarzenia. Nagrały też wizytę samego Aleksandra Kwaśniewskiego – banalne pytania „jak wam się żyje”, jowialne uwagi kierowane do mieszkańców, nieco zbyt ciężkie żarty. Znamienne wydaje się skojarzenie jednego z gospodarzy, któremu prezydencka wizyta skojarzyła się z innym ważnym wydarzeniem w historii miejscowości – dniem, w którym przez wieś przejeżdżał car.

 

To pozornie błahe wydarzenie pokazuje jak w soczewce, jak daleko znajduje się władza od zwykłego człowieka. Niewielki szczegół, wizyta prezydenta trwająca zaledwie piętnaście minut, okazała się świetnym pretekstem do stworzenia opowieści o czymś znacznie poważniejszym – relacji rządzących i rządzonych.

 

  1. Irena Piłatowska „Kosowo z daleka” – bo pokazuje, że wielkimi tematami, którymi żyje cały świat, można się zajmować nawet wówczas, kiedy redakcja nie wysyła nas za granicę.

 

W 1999 roku NATO zdecydowało się na przeprowadzenie operacji na terenie Kosowa. Z Włoch wystartowały samoloty, które zbombardowały byłą Jugosławię, aby zakończyć w ten sposób czystki etniczne. Poskutkowało to jednak zaostrzeniem kryzysu humanitarnego.

 

Czy reportażysta, którego redakcja z wielu różnych przyczyn nie może wysłać za granicę, musi zrezygnować z opracowania takiego tematu? Wcale nie. W reportażu Ireny Piłatowskiej pojawiają się co prawda nagrania z Włoch, ale tylko dlatego, że autorka była tam akurat na wakacjach. Nie one są jednak w tym reportażu najważniejsze. Osią dramaturgiczną są telefony, które Irena Piłatowska wykonuje z redakcji w Warszawie. W Belgradzie mieszka bowiem jej znajomy, z którym od jakiegoś czasu nie ma kontaktu. Czy coś mu się stało? Może nie przeżył bombardowania albo jest ranny? Ponieważ telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie używano powszechnie, autorka reportażu postanowiła zadzwonić do sąsiadki znajomego. Łączy się z nią kilkukrotnie. Nie tylko dowiaduje się w ten sposób, co stało się ze znajomym, ale też rejestruje strach kobiety przed bombardowaniami. Reportaż zdobył nagrodę Premios Ondas w Barcelonie w 2000 roku.

 

Audycja powstała, kiedy redakcje dysponowały o wiele większymi budżetami, niż teraz. Dziś za granicę wyjeżdżają nieliczni. Niewiele mediów stać na utrzymywanie korespondentów, a honoraria za materiały są tak niskie, że nawet nie pokryłyby kosztów podróży. Warto posłuchać tego reportażu, jeśli szukamy sposobu na opowiadanie o tym, co na świecie ważne, a nie mamy nawet co marzyć o zdobyciu środków na zagraniczny wyjazd.

 

  1. Hanna Bogoryja – Zakrzewska i Ernest Zozuń „Emilia – niewolnica tajemnicy” – bo pokazuje, że reportaż to sztuka i że nawet do pozornie nudnego tematu można podejść kreatywnie.

 

Kolejna propozycja to reportaż, a właściwie serial dokumentalny (bo składa się z trzech odcinków) o absurdach biurokracji i nieuczciwości urzędników. W jednej z warszawskich szkół odbył się konkurs na dyrektora. Wyniki zdziwiły i rozzłościły nauczycieli, uczniów i rodziców. Zorganizowali więc protest. Przewodnicząca konkursowej komisji odmówiła jednak rozmów z nimi i podania uzasadnienia wyniku, zasłaniając się obowiązującą ją rzekomo tajemnicą.

 

Reportażyści radiowi przygotowujący audycje o urzędniczych absurdach muszą mierzyć się z jedną podstawową trudnością. Tłumacząc zawiłości zasad i przepisów, dzwoniąc do kolejnych oficjeli – łatwo mogą słuchacza przytłoczyć i znudzić dużą liczbą szczegółów. Ale Hanna Bogoryja-ZakrzewskaErnest Zozuń to mistrzowie w swoim fachu. Zdecydowali się opowiedzieć tę historię tak, że okazała się ogromnym sukcesem i przyniosła im wiele nagród, w tym Grand Press w 2002 roku.

 

Historię urzędniczki, powtarzającej jak mantrę słowa „obowiązuje mnie tajemnica”, zatytułowali „Emilia – niewolnica tajemnicy” i wystylizowali na operę mydlaną. Narratorem był Maciej Gudowski. Zastosowano też dość kiczowatą muzykę. Wszystko to ośmieszyło zachowania urzędniczki.

 

Ta audycja to dowód na to, że w naprawdę dobrym reportażu forma jest równie ważna, jak treść. I że ogranicza nas tylko własna wyobraźnia.

 

  1. Małgorzata Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci” – bo pokazuje, jak porażkę reportera przekuć w sukces.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku, mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

  1. Katarzyna Michalak „Złoty chłopak” – bo pokazuje, że reportaż radiowy powinien być filmem dokumentalnym (tylko że bez dźwięku), oraz prezentuje całe bogactwo środków radiowych.

 

Historia miłośnika filmu i przedsiębiorcy Abrahama Tuszyńskiego, polskiego Żyda, który urodził się w Brzezinach koło Łodzi i stworzył w Amsterdamie jedno z najpiękniejszych kin świata, „Theater Tuschinski”. A także opowieść autorki reportażu o własnym, spędzonym w Łodzi dzieciństwie.

 

To reportaż, który najpierw mnie rozdrażnił, a zaraz potem zachwycił. Jest w nim wszystko. Muzyka, sceny, nagrania archiwalne, narracja autorki, dialogi aktorów. Bogactwo głosów i dźwięków ocierające się o kicz. Ale taki właśnie był świat Tuszyńskiego – pełen filmowych historii, pretensjonalnych min aktorów niemego kina. Pełen przepychu, pieniędzy i blichtru.

 

A jednocześnie Tuszyński, światowiec i kinowy potentat, był chłopakiem z biednego, małego polskiego miasteczka. Imigrantem, który do Amsterdamu trafił, szukając sposobu na poprawienie swojego bytu. I tak samo autorka audycji, która ma na koncie najważniejsze polskie i światowe nagrody za swoje reportaże, jest dziewczyną z Łodzi, której z dzieciństwem kojarzy się turkot maszyny do szycia dziadka – co nie jest bez znaczenia dla opowiadanej historii.

 

Przepięknie, precyzyjnie skonstruowana opowieść została uhonorowana wieloma nagrodami, w tym jedną międzynarodową, Prix Marulić. Warto słuchać „Złotego chłopaka” siedząc wygodnie, najlepiej w półmroku, tak żeby pozwolić zadziałać wyobraźni. Zupełnie jak w kinie.

 

  1. Magdalena Świerczyńska-Dolot „Kiedyś ci o tym opowiem” – bo pokazuje, że tematy można znaleźć wszędzie (nawet w sobie) oraz stanowi rzadki przykład opowieści osobistej w polskiej radiofonii.

 

Na koniec reportaż, który powstał w 2019 roku. Jest jednocześnie pracą stypendialną przygotowaną w ramach stypendium im. Jacka Stwory.

Kiedy autorka zdobyła możliwość pracy przez rok nad jednym, wybranym tematem, była już w ciąży. Radosny okres przyćmiło oczekiwanie na wyniki badań. Standardowo wykonywane testy sugerowały, że dziecko urodzi się z zespołem Downa. Jak w tej sytuacji cieszyć się powiększeniem rodziny? Co dzieje się między najbliższymi sobie ludźmi, kiedy muszą, każdy po swojemu, zmierzyć się ze strachem, stresem, ale też pytaniem: co dalej?

 

Ta właśnie osobista historia stała się tematem reportażu stypendialnego. Magda nagrywała siebie i swoją rodzinę, rozmawiała z lekarzami, rejestrowała domowe sceny. Skonstruowała z nich niezwykle poruszającą, uniwersalną opowieść. To rzadki na polskim podwórku przykład personal story – na zachodzie bardzo popularnej, opierającej się na osobistych doświadczeniach autora. Wymaga dużo odwagi, ale też umiejętności, żeby nie przekroczyć granic dobrego smaku. Nie opowiadać wyłącznie o sobie, a zamiast tego stworzyć historię z drugim dnem.

 

Oto lista dziesięciu audycji, od których moim zdaniem warto zacząć. Ale nie należy na nich poprzestać. Więcej inspiracji można znaleźć tutaj.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Przenikanie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czego reportażysta radiowy może nauczyć się z gazet i telewizji

Wydawać by się mogło, że prasa, radio i telewizja to odrębne światy, tymczasem mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego. Przynajmniej jeśli chodzi o reportaż.

 

W jednym z moich wspomnień z dzieciństwa dziadek tłucze mięso na kotlety przy dźwiękach hejnału z wieży Kościoła Mariackiego. Małe radio ustawione na fale radiowej Jedynki stoi w kuchni, sama już nie jestem teraz pewna – na lodówce? A może na parapecie? Rytmiczne uderzanie tłuczkiem do mięsa łączy się z dźwiękami trąbki, tworząc przedziwną, ale dla mnie w jakiś sposób kojącą, dającą poczucie bezpieczeństwa kombinację.

 

Pamiętam babcię, która siedzi w samochodzie zaparkowanym pod blokiem. Siedzi tak, dopóki nie skończą się jej ukochani Matysiakowie. Jeśli akurat zaczyna się jej ulubiony radiowy serial, a ona jest poza domem, na przykład na działce, mogę mieć pewność, że odnajdę ją w małym fiacie, z jakimś drobiazgiem w dłoniach, którym bawi się bezwiednie, skupiona na opowieści sączącej się z głośników.

 

Pamiętam mamę, która z przejęciem przysłuchuje się „Liście Przebojów” Marka Niedźwieckiego w radiowej Trójce czy „Requiem dla mojego przyjaciela” autorstwa Zbigniewa Preisnera, emitowanego po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego.

 

Radio było w moim domu od zawsze. Radio było dla mnie czymś namacalnym i oczywistym, a jednocześnie (paradoksalnie) tajemniczym i ulotnym. Lata 90., na które przypadało moje dzieciństwo, to nie był czas Facebooka i Instagrama, stron internetowych i fanpejdży ulubionych prezenterów. Radio było wtedy wyłącznie głosem. Było też polem do popisu dla wyobraźni.

 

Dość wcześnie zrozumiałam, że chcę być dziennikarką. Na pytanie o to, co chcę w życiu robić, odpowiadałam – dużo jeździć po świecie i pisać. Radio wydawało mi się czymś poza zasięgiem, czymś w rodzaju fantastycznego świata z baśni słuchanych w dzieciństwie. Ale ponieważ zawsze dużo czytałam i lubiłam pisać, byłam pewna, że to właśnie któraś z gazet będzie moim przyszłym miejscem pracy.

 

Wszystko zmieniło się na studiach, kiedy w radiu studenckim zaczęłam powoli poznawać radiową kuchnię. Po kilku latach okazało się, że moje marzenie się spełniło. Faktycznie dużo jeździłam i robiłam reportaże, tyle tylko że w wersji radiowej. Bo chociaż mam na koncie kilka reportaży napisanych dla dużych, ogólnopolskich gazet, to jednak w końcu zaczęłam pracować dla Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Czy to, czego uczyłam się z tekstów Hanny KrallRyszarda Kapuścińskiego, Mariusza SzczygłaWojciecha Tochmana okazało się niepotrzebne, bo odnoszące się tylko do reportażu prasowego? Wręcz przeciwnie.

 

Myślę, że główne zasady, którymi można się kierować, są uniwersalne niezależnie od tego, jakim medium się posługujemy.  

 

Dotyczy to przede wszystkim podstaw. Chociażby definicji, czym jest reportaż. Wbrew pozorom, określenie tego wcale nie jest łatwą sprawą. Dla mnie gatunek definiują przede wszystkim zgrabne sformułowania autorstwa reporterów prasowych. „Reportaż to dramaturgia faktów” – powiedział kiedyś Janusz Roszko, piszący dla gazet w latach 60. „Reportaż jest o tym, o czym jest i o czymś jeszcze” – to z kolei słowa Mariusza Szczygła. „Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedie” – tak uważał Ryszard Kapuściński i trudno się z nim nie zgodzić, wszystko jedno, czy mówimy o dziennikarzach radiowych, prasowych czy telewizyjnych.

 

Umiejętność pracy w terenie, nawiązywania kontaktu z ludźmi to kolejna sprawa wspólna dla wszystkich reportażystów, niezależnie od rodzaju medium, którym się posługują. Żeby wzbudzić zaufanie bohatera, trzeba mieć czyste intencje. Nie można gonić za sensacją, interesować się wyłącznie sprawą, a nie człowiekiem. Bohater to wyczuje, niezależnie od tego, czy przychodzimy do niego z notatnikiem, kamerą czy mikrofonem.

 

Sądzę, że łączy nas też pewna wrażliwość, która powoduje, że jesteśmy wyczuleni akurat na ten określony sposób opowiadania o świecie, jakim jest reportaż. Coś, co sprawia że nie gonimy za newsem (chociaż pracę reporterów newsowych podziwiam i często to od jej efektów zaczynam własną, bo jak to się mówi: tam, gdzie kończy się news, zaczyna się reportaż). To pewien sposób postrzegania świata, który powoduje, że rejestrujemy fakty i powiązania między nimi, umiemy ułożyć obrazy i wypowiedzi w dramaturgicznym porządku, tak żeby tworzyły opowieść,  ale jesteśmy też zdolni do tego, aby w codzienności dostrzec metaforę.

 

Każdy dziennikarz posługuje się językiem, a ten, który robi reportaże, powinien być na niuanse językowe szczególnie wyczulony, ponieważ reportaż jest gatunkiem na styku sztuki i dziennikarstwa. Mówiąc wprost, reportaż powinien być nie tylko rzetelny czy istotny społecznie, ale zwyczajnie piękny. Kompetencje językowe na wysokim poziomie to kolejna umiejętność, która powinna łączyć wszystkich reportażystów. Ja na przykład dziwiłam się na początku, że w radiu sporo się czyta (najczęściej teksty napisane samodzielnie). A skoro nad tekstem można wcześniej w spokoju popracować (na przykład nad narracją w reportażu), to musi on być precyzyjny. Każde słowo powinno mieć w nim swoje miejsce. Przypadkowe są zbędne. Czy nie tego uczy choćby pisarstwo Hanny Krall? Liczy się wrażliwość językowa, ale też umiejętność wyczucia odpowiedniego rytmu. I jak się okazuje, reportażyści radiowi dobrze piszą. Wystarczy sięgnąć po książkę, która ukazała się w zeszłym roku „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” autorstwa Katarzyny BłaszczykHanny Bogoryja-Zakrzewskiej. Dwie reportażystki radiowe wróciły po latach do swoich bohaterów. Napisały książkę poruszającą, ale też literacko znakomitą. A mogę zdradzić, że książek reporterskich autorstwa reportażystów radiowych ukaże się w najbliższym czasie więcej!

 

Z drugiej strony, praca dla różnych mediów oznacza też czasem zaskakujące różnice. Zaczyna się już od doboru bohaterów. W gazecie reporter ma dużą dowolność. Może opisać to co zobaczył, co przeczytał w dokumentach. W telewizji ktoś, kto źle mówi, ale przykuwa wzrok, także sprawdzi się jako bohater. W radiu nagrywamy tylko tych, którzy dobrze mówią: wyraźnie, barwnie, zrozumiale.

 

Różnic jest oczywiście więcej. Na przykład kiedy pracuję dla radia, nagrywam wszystko, bo jeśli czegoś nie będę miała w nagraniu, to nie będę mogła tego wykorzystać. Z kolei kiedy zbierałam materiały do tekstów, czasami świadomie nie włączałam dyktafonu. Słuchałam wtedy bardziej świadomie i aktywnie, zapisywałam tylko daty, nazwiska, rzeczy, które musiałam dodatkowo sprawdzić. Wychodziłam z założenia, że jeśli czegoś nie zapamiętam, to dlatego, że nie było to istotne. Nie mogłam sobie pozwolić na lenistwo umysłowe – jeśli czegoś nie zapamiętałam, to nie mogłam już do tego wrócić. Zdarzało mi się kilka razy, że na podstawie nagrań dla radia pisałam teksty. Była to bardzo trudna praca, bo zupełnie inaczej komponowałam reportaż radiowy, a zupełnie inaczej tekst. W radiu liczyłam na emocje, tekst musiał zawierać wystarczającą ilość szczegółów, tak żeby wywołać w głowie odbiorcy określone obrazy.

 

Potwierdza to Adam Bogoryja-Zakrzewski ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, który jest także doświadczonym i wielokrotnie nagradzanym reportażystą prasowym i telewizyjnym.

 

Koleżanka z prasy zdziwiła się kiedyś, że nie przeczytałem akt sprawy, którą chciałem opisać. Miałem wtedy jeszcze nawyki radiowo-telewizyjne. W tych mediach liczą się emocje, tzw. „mięso”. Konieczne szczegóły dotyczące sprawy trzeba przemycić tak, aby były strawne dla widza czy słuchacza. Pisząc dla gazety, musiałem znacznie więcej czasu poświęcić na dokumentację, aby tekst był pełny, bez logicznych niedociągnięć. Stało się to moim nawykiem także w radiu i telewizji. Dzięki temu mam znacznie więcej pomysłów na realizację reportaży – mówi.

 

Adam zwraca uwagę na jeszcze inną rzecz. Praca ekipy telewizyjnej jest kosztowna. Jadąc na plan, trzeba mieć w głowie mnóstwo pomysłów na ujęcia, sceny, które posuną akcję do przodu. Nie można sobie pozwolić na przestoje.

 

Wiele reportaży radiowych jest nagrywanych w mieszkaniach bohaterów. To powoduje, że są dosyć statyczne. Ja staram się je nagrywać tak, jakbym robił je dla telewizji, żeby była jedność czasu i miejsca. Ostatnio udało mi się przekonać byłego więźnia Auschwitz, żeby pojechał ze mną na teren dawnego obozu. Tam powstał reportaż o jego losach. Innym razem poszedłem z synem żołnierza wyklętego do podziemi więzienia na Rakowieckiej w Warszawie, gdzie w okresie stalinowskim wykonywano wyroki na członkach antykomunistycznego podziemia. Słychać było dźwięk ciężkiej, otwieranej bramy, kroki, głosy odbijające się od ścian. Bohater mojego reportażu był niezwykle wzruszony, że znalazł się w tym miejscu – przekonuje Adam.

 

W dobrym reportażu radiowym stosuje się jeszcze więcej technik telewizyjnych, czy wręcz filmowych. Jedną z nich jest zróżnicowanie planów. Reportaż, który nagrany by był cały czas w tej samej odległości od mikrofonu (składałby się na przykład wyłącznie z głosów osób siedzących przy jednym stole), szybko by znużył odbiorcę. Stosując zróżnicowanie planów (bliski, kiedy bohater mówi prosto do mikrofonu i daleki, kiedy nagrywamy na przykład sceny – manifestacje uliczne, przebieg rozprawy sądowej, kłótnię sąsiadów na klatce schodowej, ptaki ćwierkające w lesie, gotowanie obiadu, itd.) pozwalają przytrzymać uwagę odbiorcy, ale też czasem dać mu chwilę wytchnienia, kiedy może przemyśleć to, co przed chwilą usłyszał.

 

Inną techniką typowo filmową jest cliffhanger, czyli dosłownie „zawieszenie na krawędzi klifu”. To ten moment w opowieści, kiedy już wiemy, że bohater znalazł się w tarapatach, że nastąpi jakiś zwrot akcji, ale na więcej informacji musimy poczekać. Zdarzało mi się stosować tę technikę na przykład w reportażach historycznych, kiedy musiałam podać sporą dawkę faktów, a jednocześnie chciałam wzbudzić w odbiorcy zaciekawienie, utrzymać jego uwagę do tego momentu, kiedy pojawią się emocje. W reportażu „Splecione losy” opowiadałam historię Polaka i Japończyka, którzy sto lat temu przypadkowo spotkali się na statku i nawiązali przyjaźń. Ta relacja wpłynęła na losy kolejnych pokoleń. Przedstawiając losy Polaka, Stanisława Michowskiego, bałam się, że powstanie wyliczanka: wyjechał, przyjechał, zrobił, osiągnął. Dlatego opowieść o Stanisławie, którą snuła jego wnuczka, przeplatałam własną narracją, w której dawałam delikatnie znać, jak dramatyczne okażą się jego dalsze losy i jak niezwykła będzie przypadkowo zawarta na statku znajomość.

 

Ostatnią sprawą są wzajemne inspiracje. Książki, muzyka, filmy wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości, na naszą wrażliwość i na to, jakimi jesteśmy twórcami. Ryszard Kapuściński opowiadał w jednym z wywiadów, co robił, kiedy nic nie mógł danego dnia napisać. Oczywiście wtedy czytał! Książki, muzyka, filmy, wystawy także dla mnie są inspiracją do poruszania określonych tematów, stosowania metafor, wykorzystywania muzyki, którą gdzieś już kiedyś usłyszałam. Jak mawia belgijski reporter Edwin Brys: „Wszystko już zostało powiedziane, ale nie przeze mnie”. Jednak żeby dodać coś nowego, najpierw  trzeba uważnie wysłuchać poprzedników.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

Jak szukanie znajomych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o pierwszym kroku do dobrego reportażu

Jednym z najważniejszych wyzwań, stojących przed początkującymi reportażystami radiowymi jest znalezienie odpowiedniego tematu i bohatera. Młodzi dziennikarze sięgają często po zagadnienia, które chociaż im wydają się nowatorskie, w rzeczywistości są już ograne i przez to trudne do przygotowania. Walka z nowotworem, bezdomność, doświadczenia powstańców warszawskich czy więźniów obozów koncentracyjnych to ważne i poruszające sprawy, jednak na te tematy powstało już tak wiele reportaży, że trudno znaleźć w nich jeszcze coś zaskakującego. Jak więc szukać bohaterów?

 

   „Najlepsze dokumenty są opowieścią o przepaści między marzeniami a rzeczywistością. Są o ludziach, którzy by chcieli, ale nie mogą. Albo mogą, ale nie chcą. Są o czymś, co jest niepełne, niedokończone, zdekompletowane” – powtarza belgijski mistrz reportażu Edwin Brys. Reportaże (radiowe, chociaż nie tylko), które zapadają w pamięć, pokazują ludzkie dążenia wbrew przeciwnościom, rejestrują zmianę, są zapisem pewnego napięcia pomiędzy tym, jak jest a tym jak chcieliby nasi bohaterowie, żeby było.

 

Kilka lat temu pracowałam na przykład nad reportażem „Niezłomny”, który został potem wyemitowany w radiowej Trójce. Słowem, które jednocześnie stało się tytułem reportażu, określił mojego bohatera jego znajomy. Pasją Damiana Kądzielewskiego jest sport. Kiedy spotykaliśmy się na nagrania, przygotowywał się właśnie do wyjątkowo trudnych zawodów – triathlonu na dystansie Iron Man. Damian jest niepełnosprawny. Wiele lat spędził w różnych szpitalach, miał wypadek, odkryto u niego nieuleczalną chorobę Huntingtona. Ale nie poddawał się. Zarejestrowałam kilka godzin jego treningu, pojechaliśmy też razem do Świdnika, z którego pochodzi Damian i gdzie mieszka jego rodzina. Matka, sama była pływaczka, wzruszyła się, opowiadając o pasji syna i jednocześnie o jego chorobach. Wszyscy wiedzieliśmy, że Damian nigdy nie wyzdrowieje, a pasja do sportu nadaje jego życiu sens. Co więcej, rodzina Damiana nie była zamożna, tymczasem wymarzone starty i treningi wiązały się z ogromnymi kosztami. Reportaż opierał się więc na kontraście pomiędzy wspaniałymi planami Damiana i jego ogromną zawziętością a bezwzględną rzeczywistością, z którą przyszło mu się mierzyć. To właśnie sprawiło, że ta prosta w sumie historia wielu osobom bardzo zapadła w pamięć. Między innymi była inspiracją dla innego niepełnosprawnego, który po emisji reportażu wysłał do nas wiadomość z podziękowaniem i obietnicą, że sam zacznie realizować swoje marzenia. Nawiasem mówiąc, Damianowi jakiś czas później udało się ukończyć zawody na dystansie Iron Man – prawie cztery kilometry wpław, sto osiemdziesiąt na rowerze i maraton!

 

No dobrze, ale skąd w ogóle czerpać informacje o tego typu historiach?

 

Zdarza mi się czasem szkolić praktykantów w radiu. Jednym z ćwiczeń, które im zadaję, jest znalezienie tematów, które ich zdaniem nadają się na reportaż. Okazuje się, że młodzi ludzie, najczęściej studenci dziennikarstwa, mają z tym ogromny problem, a to przecież dopiero pierwsza trudność, z którą muszą się mierzyć podczas pracy nad własnym materiałem. Tymczasem sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest mnóstwo. Oto kilka przykładów.

 

  •    Poczta pantoflowa – sposób, z którego chętnie korzystam. Jeśli znajomi i znajomi znajomych wiedzą, że robię reportaże, sami chętnie podsyłają mi ciekawe tematy. I z drugiej strony – jeśli szukam konkretnej osoby do reportażu, myślę najpierw, kto mógłby mi podać kontakt do takiego człowieka. Przykładem jest historia powstawania reportażu „Saidali”. Tytułowym bohaterem był tadżycki opozycjonista, który uciekł ze swojego kraju, ściągnął do Polski rodzinę (po wielu perypetiach) i od jakiegoś czasu próbuje tu sobie ułożyć życie. Saidali, człowiek niezwykle wykształcony, musiał się mierzyć z tym, jak zarobić na rodzinę bez znajomości języka i jak odnaleźć się w zupełnie innej kulturze (gdy tymczasem on i jego żona zawarli kojarzone małżeństwo – nie znali się przed ślubem; są muzułmanami; nie mówią po polsku, itd.). Trafiłam na tego człowieka przez zupełny przypadek. Robiłam reportaż o ludziach, którzy mierzą się z biedą i korzystają z pomocy pewnej organizacji pozarządowej. Jeden z wolontariuszy zaproponował, żebym spotkała się z Saidalim. Kiedy porozmawialiśmy, zrozumiałam od razu, że jego historia zasługuje na oddzielny reportaż.

 

  •    Inne media – dziennikarstwo stadne to zmora dzisiejszych czasów i w żadnym przypadku nie zachęcam do kopiowania tematów innych redakcji, ale szeroko rozumiany internet to kopalnia! Kiedyś jedna z moich bliskich koleżanek, młoda i wydawać by się mogło, zupełnie zdrowa osoba, miała udar. Mogła mówić o szczęściu – przeżyła i jest obecnie w zupełnie dobrym stanie, jednak nie musiało tak być. Zaczęłam wtedy szukać informacji o chorobie i trafiłam na blog Lewaczka.pl. Prowadziła go Kasia ze Szczecina, która jeszcze przed trzydziestką miała udar i z aktywnej, zdrowej i sprawnej dziewczyny zamieniła się w osobę, która na nowo musi ćwiczyć podstawowe umiejętności. Ponieważ urzekło mnie to, jak pisała o swojej chorobie, postanowiłam zrobić o niej reportaż. Spotkanie z nią pamiętam do tej pory, a po emisji reportażu dostawałam wiadomości od słuchaczy, że poruszyła ich ta audycja.

 

Warto też czytać coś poza największymi dziennikami i tygodnikami. Czasem mała wzmianka w lokalnej prasie może dostarczyć informacji o ciekawym temacie. Tak było, kiedy wraz z Norbertem Frątczakiem robiliśmy reportaż o Marku Szablińskim, współczesnym wikingu. Norbert przyniósł krótki wywiad z małej, lokalnej gazety, przeprowadzony z panem Markiem. Niewiele tam było informacji poza tym, że pan Marek od dziesięcioleci zajmuje się rekonstruowaniem łodzi wikingów. Nie wydawało mi się to szczególnie ciekawe, ale ponieważ nie chciałam robić przykrości Norbertowi, zgodziłam się, żebyśmy spróbowali zrobić ten reportaż, co finalnie było strzałem w dziesiątkę. Pan Marek nie tylko miał w zanadrzu mnóstwo anegdot. Okazało się, że dla niego pasja to sposób na zachowanie godności w różnych trudnych momentach życia. Za ten reportaż dostaliśmy drugą nagrodę w konkursie Bałtyk 2018.

 

  •  Powrót do dawnych bohaterów reportaży – tak zrobiłam reportaż „Korona” o Miłce Raulin, najmłodszej Polce, która zdobyła Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Pierwszy reportaż powstał prawie trzy lata temu. Tematem było wtedy to, jak Miłka, która nie jest profesjonalnym sportowcem, łączy pasję z życiem rodzinnym i zawodowym. Jednak po skończonych nagraniach wracałam do niej wielokrotnie. Po ponad dwóch latach spotkań połączyłam wszystkie nagrania w jeden duży reportaż, pokazujący różne etapy i aspekty przygotowań do zdobycia Korony Ziemi. Miałam poczucie, że naprawdę dobrze udokumentowałam ten proces. Chciałabym tak pracować częściej! A reportaż reprezentował Polskę w międzynarodowym konkursie w Barcelonie.

 

  • Wewnętrzny radar – nazwałam tę metodę w ten sposób, bo dziennikarstwo kojarzy mi się z ciągłą gotowością do „wysłyszenia” historii. Nie da się uprawiać tego zawodu przez osiem godzin dziennie, a potem wrócić do domu i zapomnieć o pracy. Warto ciągle mieć w tyle głowy, że ktoś, z kim akurat rozmawiamy, może być bohaterem reportażu. Zdarzało mi się tak wielokrotnie, na przykład kiedy pracowałam nad audycją „Więcej niż piasek” o otwockich Żydach, wymordowanych w czasie wojny. Jeden z moich rozmówców, który w tym reportażu pojawił się dosłownie na chwilę, stał się głównym bohaterem innej historii. Była to opowieść o jego rodzinie, polsko-żydowskiej, w której dwie religie i dwie tradycje przeplatały się przez kilka pokoleń.

 

  • Specjalizacja, znajomość danej branży – jeśli jesteśmy zafascynowani jakąś dziedziną, prawdopodobnie wiemy o niej więcej, niż przeciętny Kowalski. Oznacza to także, że spotykamy ludzi, którzy nie są znani szerokiemu gronu osób, a o których warto opowiedzieć. Dzięki temu, że od lat żegluję, zrobiłam kilka reportaży o żeglarzach, na przykład o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Pani kapitan jako pierwsza kobieta w historii opłynęła świat i mimo poważnego wieku dalej pływa po Bałtyku. Kiedyś była postacią bardzo znaną, dziś – nieco zapomnianą. Gdyby nie to, że zupełnie prywatnie zaczęłam o niej czytać, nie powstałby reportaż „Pierwsza Dama Oceanów”.

 

  •   Sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest na pewno jeszcze więcej. Co ważne, w przypadku reportażu radiowego warto dbać o to, żeby dany człowiek nie tylko miał do opowiedzenia ciekawą historię, ale też żeby dobrze mówił, żeby chciało się go słuchać. Miałam kiedyś szczęście zrobić audycję o człowieku, który kolekcjonuje ludzkie wspomnienia. To były archeolog, który zrezygnował z wyjazdów badawczych po narodzinach dziecka, nie chciał bowiem, aby omijały go najważniejsze momenty z życia córki. Nie stracił jednak pasji do odkrywania tego, co nieznane. Ma nietypowe hobby – chodzi z aparatem po ulicach, zaczepia ludzi, robi im zdjęcia i prosi o to, aby opowiedzieli mu o fragmencie swojego życia. Mnóstwo osób już się na to zgodziło, a on przechowuje w pamięci (i na blogu) ich wspomnienia. Piotr ma w sobie ogromną wrażliwość, potrafi też wspaniale, plastycznie opowiadać. Jak widać, bohaterem nie musi być tylko człowiek nieszczęśliwy, poraniony przez los, ale z całą pewnością musi być to ktoś z niebanalną historią.

 

  •   I wreszcie ostatni warunek – chemia pomiędzy autorem i bohaterem reportażu. Może być tak, że temat wydaje się świetny, bohater mówi dobrze, ma ciekawą historię i… reportaż z różnych powodów nie wychodzi. Pamiętam, jak kilka lat temu próbowałam zrobić audycję o jednym z warszawskim skłotów. Mieścił się w centrum, w przepięknej, opuszczonej kamienicy. Wspólnotę tworzyły niezwykle barwne postacie – młodzi ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie karmili potrzebujących (w każdą niedzielę można było przyjść do nich na wegetariański obiad), pomagali dzieciom z biednych rodzin w odrabianiu lekcji, wspierali lokatorów w walce z czyścicielami kamienic. Byłam pewna, że kiedy zaczniemy nagrywać, usłyszę mnóstwo fascynujących opowieści. Tak się jednak nie stało. Mieszkańcy skłotu nie byli szczególnie zainteresowani reportażem. Nie zależało im na rozgłosie. Tworzyli własne gazety i portale internetowe, więc media głównego nurtu nie były im do niczego potrzebne. W dodatku nie ufali mi do końca. Postawili warunek, że zgodzą się na nagrywanie tylko wtedy, kiedy dowiodę że jestem po ich stronie, pomogę im w przygotowaniu transparentów na manifestację oraz wezmę udział w proteście – nie jako dziennikarz, tylko jako zwykły uczestnik. I chociaż prywatnie cel protestu był mi bliski, nie zgodziłam się na takie zatarcie granic. Reportaż nie powstał.

 

Jak więc widać, nie ma jednej, prostej recepty na znalezienie bohatera idealnego. Cały ten proces jest jednak fascynujący i przypomina trochę szukanie znajomych lub przyjaciół. Z niektórymi łączą nas mocne więzy na całe życie, inni pojawią się w naszym życiu na chwilę, ale mimo to wywrą na nas wpływ. Tu i tam przydaje się umiejętność rozmowy z ludźmi, empatia i znajomość psychologii. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Słuchając innych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o zagranicznych reportażach radiowych

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii.

 

Dosłownie kilka dni temu zakończyło się Ogólnopolskie Seminarium Reportażystów Radiowych. To dla nas, pracowników radia, wyjątkowa okazja do spotkania, słuchania nawzajem swoich audycji, wymiany doświadczeń. Jednak zanim takie seminaria zaczęły być organizowane w Polsce (ideę zaszczepiła zdobywczyni Prix Italia i założycielka Studia Reportażu, Janina Jankowska), pomysł na podobne spotkania powstał za granicą.

 

Wszystko zaczęło się w 1974 roku, kiedy to niemiecki dziennikarz radiowy, Peter Leonard Braun, postanowił zorganizować pierwsze z nich. Braun już w latach 60. współpracował z różnymi europejskimi twórcami radiowymi (między innymi z Polakiem, Witoldem Zadrowskim). Dlatego zdawał sobie sprawę, że w różnych krajach pojawiają się nowinki techniczne dotyczące radiowej produkcji, ale też zaskakujące czy wręcz innowacyjne pomysły na reportaże. Jednak poza granicami danego kraju nikt prawie o nich nie wiedział, między innymi z powodu bariery językowej. Co więcej, reportażyści często byli i są w swojej pracy samotni.

 

Pierwsze spotkanie dla europejskich radiowców ograniczyło się do udziału kilkunastu osób. Później ta liczba rozszerzyła się do 70, współcześnie – często przekracza 100. Tak powstało International Feature Conference, czyli coroczne spotkanie, za każdym razem w innym kraju i innym mieście, dla reportażystów, producentów, a coraz częściej również twórców podcastów. IFC polega przede wszystkim na słuchaniu audycji (wraz ze skryptem zawierającym tłumaczenie na angielski) i dyskutowaniu o nich. Oprócz tego co roku można liczyć na wykłady i prezentacje dotyczące takich tematów, jak kwestie techniczne, wyzwania związane z dziennikarstwem śledczym, sposób budowania napięcia w reportażu, pomysły na audycje z wykorzystaniem nowych technologii i wiele, wiele innych.  Wieczorami odbywają się spotkania mniej formalne, które mają sprzyjać budowaniu sieci kontaktów, pomocnej potem na przykład przy międzynarodowych projektach radiowych.

 

Kiedy pierwszy raz wzięłam udział w IFC, byłam na samym początku mojej drogi w Studiu Reportażu. Konferencję zorganizowano wtedy w Polsce, w Lublinie. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie różnorodność prezentowanych audycji, od klasycznych reportaży autorstwa dziennikarzy BBC, przez bałkańskie produkcje na pograniczu reportażu i słuchowiska, po całkowicie eksperymentalne formy przywiezione przez Finów.

 

Zaskoczyło mnie także, jak dużą rolę w percepcji reportaży odgrywają uwarunkowania kulturowe. Prezentowany był wówczas między innymi polski reportaż Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i Magdy Skawińskiej „Ten Karski”, opowiadający o legendarnym polskim emisariuszu. Chociaż dla większości Polaków jest to postać pomnikowa, niewielu obcokrajowców zna Jana Karskiego i jego zasługi. Podczas dyskusji pojawiały się między innymi pytania: „co właściwie zrobił ten Karski?” czy „dlaczego nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za akcję odwetową Niemców?” (chodziło o rozstrzelanie 32 osób w odwecie za odbicie Jana Karskiego z niewoli gestapo). Chociaż nam, Polakom, trudno w to uwierzyć – dla przedstawicieli wielu narodów historia II wojny światowej to sprawa odległa i dość abstrakcyjna.

 

Podobne zaskoczenie przeżyłam kilka lat później, kiedy już jako polski przedstawiciel Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców słuchałam wraz z innymi członkami tego gremium reportażu Eweliny Karpacz-Oboładze „Taśmociął” o Eugeniuszu Rudniku, kompozytorze, inżynierze dźwięku i pionierze muzyki elektronicznej. Rudnik, postać niebanalna, pozostawał przez wiele lat swojego życia w przyjacielskich stosunkach z autorką reportażu. Był między innymi opiekunem jej powstającej przez rok pracy stypendialnej. Ewelina Karpacz-Oboładze nagrywała go od długiego czasu, a w reportażu znalazły się fragmenty ich półprywatnych, żartobliwych rozmów, kiedy to kompozytor nazywał ją na przykład „miłą, ładną dziewczyną”. Jakie było moje zdziwienie, kiedy z tego powodu reportaż został uznany przez czeską dokumentalistkę za… seksistowski!

 

Międzynarodowe spotkania to jednak także okazja do wymiany doświadczeń i rozeznania się, kto pracuje w jakich warunkach. Niestety, w większości krajów europejskich (nie tylko zachodnich) reportażyści mogą cieszyć się znacznie lepszymi warunkami pracy, niż w Polsce. Dysponują większymi środkami na realizację audycji, co pozwala wydłużyć czas pracy nad poszczególnymi audycjami, a nad reportażami pracują większe zespoły, podczas gdy w Polsce reportażyści większość rzeczy robią sami, od researchu, przez nagrania, po realizację dźwięku i montaż. W wielu programach na reportaż zarezerwowany jest prime time. W Polsce często emituje się go na przykład w nocy lub przed południem, kiedy radio ma znacznie gorszą słuchalność. Znacznie więcej też sił i środków niż w Polsce przeznacza się na jego promowanie, np. w mediach społecznościowych. Efekty bywają spektakularne. Pamiętam na przykład, kiedy przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne opowiadające o najróżniejszych historycznych i współczesnych wydarzeniach ze świata – na przykład głośnych sprawach kryminalnych, zamachach terrorystycznych, słynnych aferach. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. Trwają nawet godzinę. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Tym bardziej cieszy, że polski reportaż, mimo tych ograniczeń, dobrze sobie radzi w międzynarodowych konkursach i festiwalach. W tym roku jedna z nagród w europejskim konkursie Prix Europa trafiła w ręce Agnieszki Czyżewskiej-Jacquemet z Radia Lublin za przepięknie zrealizowaną i precyzyjnie skonstruowaną audycję „Człowiek śpiewający sercem” o ormiańskim śpiewaku Aszocie Martyrosyjanie. Z kolei Michał Słobodzian z Radia PiK zakończył konkursowe zmagania na 3. miejscu. Stworzył niezwykle przejmujący reportaż o rodzicach, którzy stracili dziecko. A jedna z najbardziej prestiżowych nagród radiowych na świecie, porównywana z radiowym Oscarem, czyli Prix Italia, powędrowała w tym roku do Anny Kołodziejczyk, która pod opieką Janusza Deblessema zrobiła reportaż o bardzo ciekawej historii piosenki „Mury”. W Polsce to jeden z najsłynniejszych utworów Jacka Kaczmarskiego, a w Katalonii – znany utwór pieśniarza Lluisa Llacha.

 

Tym natomiast, czego w Polsce nie ma, a szkoda, jest radiowy serial dokumentalny, gatunek bardzo na Zachodzie popularny. Coraz częściej opowiada się tam historie w odcinkach, wychodząc z założenia, że to przyciągnie słuchaczy przed odbiorniki skuteczniej, niż pojedyncze audycje. Tematy mogą być przeróżne. Pamiętam choćby serię „The Untold: Missing” autorstwa Georgii Catt. Opowiada ona historię zaginionego mężczyzny. Przerażona partnerka zgłasza sprawę na policję, po czym okazuje się, że mężczyzna żyje, ma się całkiem nieźle i trudno właściwie powiedzieć, żeby był zaginiony. Dlaczego w takim razie nie chce wrócić do domu? Produkcja ciągle jest dostępna na stronie BBC i warto jej posłuchać. Inny świetnie zrealizowany radiowy serial, niestety po duńsku, to „Królowa nocy”. Opowiada o muzykach klasycznych, do których wydzwania nieznana kobieta. Niewiele mówi, ale wydaje z siebie jęki, okrzyki i inne odgłosy kojarzące się z seksem. Kim jest? Dlaczego upodobała sobie akurat tę jedną grupę zawodową? Serial jest zabawny, wciągający i przede wszystkim fantastycznie zilustrowany muzycznie, a jego autorzy zdobyli za niego kilka lat temu wspomnianą już nagrodę Prix Europa.

 

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii. Jednak tym, co bezsprzecznie wzbudza zachwyt i czego można się nauczyć na międzynarodowych spotkaniach, jest umiejętność opowiadania historii. Świadome, bardzo przemyślane konstruowanie opowieści, które pozwala chwycić słuchacza za serce i na długo pozostawić ślad w jego pamięci.

 

Najbliższe IFC odbędzie się w maju 2020 roku w Rzymie. Może wziąć w nim udział każdy, kto odpowiednio wcześnie się zarejestruje. Więcej informacji znaleźć można na tej stronie: https://ifc2.wordpress.com/

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Rodzina przyjaciół reportażu – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o spotkaniach ze słuchaczami

Chociaż nasze prace często zdobywają nagrody, a kiedy są emitowane w radiu, słuchają ich setki tysięcy słuchaczy, to i tak największe emocje towarzyszą bezpośredniemu spotkaniu z publicznością.

 

Jest wczesny wieczór. Na piętrze kamienicy przy Rynku Starego Miasta w Warszawie zbierają się tłumy. Jeszcze słychać szmer rozmów, ale wkrótce zapanuje cisza. Już za chwilę popłyną słowa układające się w niezwykłą historię. Wszyscy usiądą zasłuchani. Popatrzą niby przed siebie, ale chyba niewiele zobaczą. Będą zbyt zajęci. Prawdopodobnie wyświetlą w głowach swój własny film dokumentalny. Bo chociaż słowa opowieści słychać wyraźnie, obrazy jej towarzyszące powstają wyłącznie dzięki wyobraźni.

 

Tak właśnie wyglądają Spotkania z Reportażem, organizowane już od 19 lat w warszawskim Klubie Księgarza. Wymyśliła je redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, Irena Piłatowska.

 

   – Pomysł narodził się przy okazji 55. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego – tłumaczy. – Chciałam zaprezentować publiczności unikalne materiały znajdujące się w archiwum Polskiego Radia – powstańcze reportaże. Nawet ówczesny prezes nie wiedział, jakie to skarby. Twierdził, że na pewno zostały zmanipulowane. Tymczasem to właśnie reportaż w czasach PRL-u przemycał prawdę o różnych wydarzeniach. Przez to, że opowiadał o indywidualnych losach konkretnych ludzi, przechodził czasem przez sito cenzury.

 

Ponieważ nie było jeszcze wtedy Muzeum Powstania Warszawskiego, Irena Piłatowska jako miejsce spotkań wybrała Muzeum Historyczne m. st. Warszawy. Raz w tygodniu, przez cały okres kiedy trwało powstanie, prezentowany był jeden reportaż. Zapraszano też gości, między innymi Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Powstały płyty „Głosami powstańców”, ale to nie one są najcenniejszą pamiątką po tamtym czasie.

 

   – Najbardziej utkwił mi w głowie wpis harcerzy w księdze pamiątkowej, którzy napisali, że dziękują za możliwość uczenia się historii od tych, którzy ją tworzyli – wspomina redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu. – Zobaczyłam wtedy, jak ogromna jest siła takich spotkań i zrozumiałam, że radio musi wychodzić do słuchaczy.

 

Właściwe Spotkania z Reportażem powstały jednak w zupełnie innych okolicznościach.

 

   – Ciąg dramatycznych przeżyć sprawił, że musiałam zająć się czymś, co pozwoli mi zapomnieć o bólu i zacząć normalnie funkcjonować – mówi Irena Piłatowska. – A ponieważ akurat skończyłyśmy z Anną Sekudewicz z Radia Katowice reportaż „Siusiający na Księżyc”, do którego muzykę napisał Marcin Błażusiak, postanowiłyśmy zaprezentować efekty naszej pracy publiczności. Spotkanie w Klubie Księgarza okazało się sukcesem, zorganizowałam więc kolejne i tak to już trwa 19 lat, przy pomocy i dzięki życzliwości Jana Rodzenia z Klubu Księgarza.

 

Swoje reportaże prezentujemy tam my, jako pracownicy Studia Reportażu i Dokumentu, ale też inni uznani reportażyści z całej Polski. Zdarza się, że spotkania organizowane są gościnnie w innych miastach, czasami nawet za granicą. I chociaż nasze prace często zdobywają nagrody, a kiedy są emitowane w radiu, słuchają ich setki tysięcy słuchaczy, emocje towarzyszące bezpośredniemu spotkaniu z publicznością są ogromne. Nie są to wyłącznie moje odczucia.

 

   – ​Ja też mam tremę i lekki niepokój, czy ktoś nie powie: ale nuda – mówi reportażystka Hanna Bogoryja-Zakrzewska. – Na szczęście tak się nie zdarzyło. Za to kilka razy po spotkaniu autorskim ktoś zdecydował się opowiedzieć mi swoją historię, albo wskazać bohatera następnej opowieści.

 

Inna reportażystka dodaje: – Nie przepadam za sytuacjami, w których uwaga jest przekierowana, nawet w małym stopniu, z reportażu na mnie. Robię reportaż, to dla mnie największa przyjemność, potem antena i bardzo jest miło, jeśli ktoś powie coś dobrego po wysłuchaniu. Natomiast nie lubię mówić o sobie. Podobnie mam z nagrodami, fajnie jeśli są, ale kiedy mam wyjść na scenę i wygłosić parę zdań, kolana mi się uginają. Jednak kiedy przychodzę na spotkania z koleżankami i kolegami, i widzę zainteresowanie ze strony słuchaczy, myślę, że warto je dla nich organizować.

 

Bo to właśnie możliwość spotkania twarzą w twarz z autorem reportażu, a często także jego bohaterem, jest tym, co przyciąga publiczność. Nawet w naszych szalonych, szybkich, cyfrowych czasach.

 

   – Internet daje możliwość, żeby podejrzeć, jak działa radio. Można zobaczyć zdjęcie autora, bohatera, czasami znaleźć jakiś krótki filmik z nimi w rolach głównych. Ale to nie zastąpi spotkania – przekonuje Irena Piłatowska. – Wzrusza mnie, kiedy ktoś z publiczności podchodzi i usprawiedliwia się, dlaczego nie mógł przyjść na poprzednie spotkanie: bo na przykład wyjechał albo zachorował. W ciągu tych wszystkich lat powstało coś na kształt rodziny przyjaciół reportażu.

 

   – Najbardziej lubię, gdy publiczność zadaje pytania, wtedy czuję, że jest zainteresowana tym, co robię – opowiada Hanna Bogoryja-Zakrzewska. – Podczas spotkania we Lwowie młodzi ludzie klaskali w pewnych momentach i to było niesamowite, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam.

 

Nie da się ukryć, że najbardziej zapadają w pamięć te spotkania, w których udział biorą bohaterowie reportażu. Chociaż ich historia przedstawiona jest już w audycji – zawsze odpowiadają oni na nieskończenie wiele dodatkowych pytań. W końcu są to postaci nietuzinkowe.

 

Pamiętam na przykład spotkanie z panią Lesią – Ukrainką pracującą w Polsce, która była bohaterką mojego reportażu „Cienkie nitki szczęścia”. Jej dramatyczne losy wzbudziły duże zainteresowanie wśród uczestników spotkania (była w Polsce sprzedana jako niewolnica, potem przebywała w naszym kraju nielegalnie). Odpowiedziała na wiele dodatkowych pytań  (zapis spotkania z nią można znaleźć tutaj).  Z kolei kilka miesięcy temu odbyło się spotkanie, podczas którego prezentowano mój reportaż „Splecione losy”. Opowiadał on o niezwykłej przyjaźni Polaka i Japończyka. Chociaż bohaterowie reportażu już od dawna nie żyją, na spotkaniu byli obecni ich bliscy. Co dodali do historii opowiedzianej w audycji? Można przekonać się tutaj.

 

   Irena Piłatowska jest z kolei pod wrażeniem ostatniego spotkania, podczas którego prezentowano reportaż Joanny Bogusławskiej „Życie spełnione”. Jego bohaterem jest Józef Walaszczyk, który urodził się w 1919 roku. W czasie II wojny światowej uratował życie 53 Żydom. W pierwszych latach okupacji poznał dziewczynę, która wyjawiła mu swoją żydowską tożsamość podczas kontroli przeprowadzonej przez Niemców.

 

Od tej pory Józef Walaszczyk opiekował się nią, początkowo przechowując ją w swojej kawalerce przy ulicy Kruczej, wyrabiając aryjskie dokumenty, później kwaterując ją w różnych mieszkaniach w stolicy. Mimo jego starań dziewczyna została aresztowana przez gestapo wraz z grupą 21 osób. Józef Walaszczyk doprowadził do zwolnienia zatrzymanych, organizując okup w wysokości jednego kilograma złota (zapis spotkania odnaleźć można tutaj)

 

   – Wydawać by się mogło, że reportaż dokładnie opowiada historie bohaterów, ale nigdy nie da się w nim zawrzeć wszystkiego – przekonuje redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu. – I to właśnie takie drobiazgi dodawane, opowiadane podczas spotkań, stanowią o ich sile. Ludzie potrzebują reportażu. Chcą słuchać opowieści i konfrontować z nimi własne życie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Krok po kroku – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o sztuce realizacji reportażu radiowego

Świat przyspiesza, a dziennikarstwo razem z nim. Niestety, pośpiech i idąca za nim niedbałość prowadzą często do takich błędów, jak „uśmiercenie” Adama Słodowego przez wszystkie największe media. Reportaż radiowy, gatunek z założenia mało newsowy i wymagający czasu, także przygotowuje się dziś znacznie szybciej, niż kilkadziesiąt czy choćby kilkanaście lat temu. Mimo to praca nad reportażem trwa stosunkowo długo i składa się z kilku etapów.

   

   Pierwszy to dokumentacja. Zaczyna się od wyboru samego tematu (o tym, jak szukać pomysłów na reportaże i jak wybierać bohaterów, pisałam tutaj), potem natomiast trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o danym temacie, przeczytać odpowiednie książki, pójść do archiwów, zastanowić się, jakich ludzi można nagrać, jak się z nimi skontaktować, czy są dostępni, czy dobrze mówią, itd. Już na tym etapie część tematów okazuje się nieodpowiednia. Dla radiowców problematyczne bywają na przykład tematy historyczne, kiedy upływ czasu decyduje o tym, że ubywa świadków wydarzeń. O ile fascynujący reportaż prasowy może powstać na podstawie książek, dokumentów archiwalnych, rozmów z ekspertami, o tyle podobnie skonstruowany reportaż radiowy byłby całkowicie niestrawny. W radiu bowiem liczą się emocje.

 

   Pamiętam, jak kiedyś poproszono mnie w radiu o przygotowanie reportażu o otwockich Żydach. Otwock, miasto niegdyś uzdrowiskowe, położone bardzo blisko Warszawy, przed wojną było zamieszkane w połowie przez Żydów. W czasie wojny zamknięto ich w getcie, które w 1942 roku zlikwidowano.

 

   Z getta uratowali się nieliczni. Większość z nich już zmarła. Ci, którzy żyją, mieszkają w Izraelu, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie… Początkowo wyglądało na to, że zwyczajnie nie będę miała z kim rozmawiać o tym, co się wydarzyło w Otwocku. Na etapie dokumentacji przeczytałam jednak niezwykłą książkę. Napisał ją Calek Perechodnik, który w otwockim getcie wstąpił do żydowskiej policji. Czynnie uczestniczył w likwidacji getta – namówił między innymi żonę, żeby wraz z ich maleńkim dzieckiem wyszła z kryjówki. Do końca wierzył Niemcom, którzy przekonywali, że rodziny policjantów są całkowicie bezpieczne. Nie była to oczywiście prawda. Rodzina Perechodnika została zamordowana. On sam przez długi czas się ukrywał, zginął po kapitulacji powstania warszawskiego. Zrozpaczony po stracie, w kryjówce pisał rodzaj dziennika, który wiele lat później wydano pod tytułem „Spowiedź”.

 

   Okazało się, że w Otwocku jest grupa ludzi, którym ta lektura jest dobrze znana. Ogromnie nią poruszeni starają się, żeby ślady po otwockich Żydach nie zniknęły. Reportaż, który ostatecznie nagrałam, był tak naprawdę historią o nich – współczesnych mieszkańcach Otwocka. Razem szliśmy śladami Calka Perechodnika, budując jednocześnie bardzo emocjonalną opowieść o tych, którzy próbują ocalić pamięć o dawnych żydowskich obywatelach miasta.

 

   W przypadku reportażu radiowego dokumentacja często przeplata się z kolejnym etapem, czyli nagraniami. Warto nagrywać kolejne etapy szukania informacji, źródeł, świadków wydarzeń. Wtedy możemy budować dramaturgię, pokazywać, jak dana sprawa się rozwija. Zrobiłam tak przy okazji nagrywania reportażu o polskich nacjonalistach. Mogłam pokazać tylko te postaci, które ostatecznie wybrałam do nagrań. Zdecydowałam się jednak zamieścić w reportażu cały proces zdobywania kontaktów, szukania postaci i rejestrowania kolejnych spotkań z nimi – ze względów dramaturgicznych, ale nie tylko.

 

   Była wiosna 2016 roku. Od pewnego czasu widać było, że nacjonaliści stają się coraz bardziej aktywni. Marsz 11 listopada co roku przyciągał tłumy. Trwał kryzys migracyjny i w różnych krajach coraz głośniej było słychać sprzeciw wobec obecności uchodźców w Europie. Coraz częściej też dochodziło w Polsce do ataków na obcokrajowców lub osoby po prostu posługujące się innymi językami. Chciałam dowiedzieć się, kim są polscy nacjonaliści.

 

   Pierwsze trudności pojawiły się błyskawicznie. Jak znaleźć bohaterów? Jeździłam na kolejne nacjonalistyczne marsze i demonstracje. Próbowałam zagadywać ludzi biorących w nich udział, ale spotykałam się ciągle z obojętnością lub wręcz niechęcią. Kiedy w końcu znalazłam bohaterów, szybko okazało się, że trudno się z nimi rozmawia. Początkowo miałam nadzieję, że pokażę działaczy organizacji nacjonalistycznych przez pryzmat ich osobistych wyborów. Porozmawiam z ich przyjaciółmi i rodzinami. Jednak „moi” nacjonaliści ważyli każde słowo, pilnie strzegli swojej prywatności, niechętnie mówili o sobie, za to chętnie wchodzili w niekończące się potyczki na argumenty. Gdybym przygotowywała audycję publicystyczną, to może przydałyby mi się takie nagrania. W reportażu były do niczego. Zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga.

 

   Zauważyłam jednak ciekawą rzecz. Spędzałam z moimi bohaterami sporo czasu, mając nadzieję na to, że w końcu choć trochę się otworzą. Jeździłam z nimi między innymi do różnych miast na demonstracje, więc siłą rzeczy dużo rozmawialiśmy (w samochodzie czy po prostu przy kawie, czekając na dane wydarzenie). W końcu ze zdumieniem odkryłam, że… polubiliśmy się. Groźni nacjonaliści zaczynali pokazywać ludzką twarz.

 

   Po kilku miesiącach pracy nad reportażem miałam dziesiątki godzin nagrań i żadnego pomysłu, jak to wszystko połączyć. Chociaż Kasia Michalak z Radia Lublin jako moja mentorka podrzucała mi pomysły na kolejne nagrania (reportaż powstawał w ramach stypendium im. Jacka Stwory, pod opieką doświadczonej reportażystki), były one dla mnie niewykonalne, przede wszystkim dlatego, że moi bohaterowie bardzo wyraźnie stawiali granice, jak blisko siebie mnie dopuszczą. Był to czas, kiedy wielu dziennikarzy interesowało się organizacjami nacjonalistycznymi i ich działacze uważnie śledzili przekazy medialne na własny temat. Analizowali je i wyciągali wnioski. A ponieważ większość dziennikarzy pytała ciągle o to samo, nacjonaliści umieli już odpowiadać na ich pytania tak, żeby przedstawić się w dobrym świetle.

 

   W Polsce toczyła się wtedy dyskusja (i toczy do tej pory), na ile organizacje nacjonalistyczne są groźne, a na ile „cywilizują” swoich członków; czy każdy ma prawo do wyrażania swojej opinii i gdzie są granice mowy nienawiści; czy nacjonaliści to w rzeczywistości neonaziści; czy zagrażają obcokrajowcom w naszym kraju? Zostałam częścią swojego reportażu, pokazując swoje relacje z bohaterami – sympatię, bo okazali się inteligentnymi i – o zgrozo! – całkiem miłymi ludźmi, przynajmniej dopóki nie rozmawialiśmy o sprawach fundamentalnych. Ale też drugą stronę medalu – wątpliwości, które ciągle towarzyszyły mi podczas rozmowy z nimi, bo nigdy nie wiedziałam, czy mówią mi prawdę. Nie ufaliśmy sobie do końca. Oni mieli świadomość, że niektóre ich poglądy są bardzo kontrowersyjne i trudne do zaakceptowania przez ogół społeczeństwa. Ja znałam policyjne statystyki, mówiące o tym, że wzrosła liczba ataków na obcokrajowców czy przypadków mowy nienawiści. Częściej niż nad tym, co mówią moi bohaterowie, zastanawiałam się nad tym, czego mi nie mówią i co ukrywają.

 

   Wiedziałam jednak, że jeśli znowu powtórzę, jak większość dziennikarzy, tylko to, że nacjonalistów trzeba się bać, reportaż nie wniesie nic nowego. Po rozmowie z socjologiem badającym organizacje nacjonalistyczne nabrałam przekonania, że nacjonalistów trzeba słuchać, bo ich poglądy wyrastają z pewnych potrzeb, frustracji, lęków. Zepchnięcie ich na margines może te lęki i frustracje pogłębiać. Uznałam więc, że żeby ten reportaż był interesujący, żebym mogła powiedzieć w nim cokolwiek nowego, muszę stać się jego częścią. Zrobiłam reportaż o reportażu. Pokazałam kulisy. Zamieściłam w nim to, co w przypadku innej audycji prawdopodobnie potraktowałabym jak radiowe śmieci: umawianie się na rozmowy i ustalanie reguł ich przebiegu. Ciągłe odmowy. Przedłużającą się ciszę po zadanym przeze mnie pytaniu. Ale też błahe rozmowy, które pokazują, że nie wszystko nas dzieli, coś także łączy – choćby problemy z psującymi się samochodami czy podobne poczucie humoru.

 

   Nie każdemu jednak mój pomysł na reportaż się spodobał. Po jego prezentacji i późniejszej emisji docierały do mnie najróżniejsze głosy, często sprzeczne: że chyba sama jestem nacjonalistką; że widać od razu, że do nacjonalistów jestem uprzedzona; że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w nacjonalizmie; i najważniejsze pytanie: po której właściwie jestem stronie?

 

   Odbiór tego reportażu pokazał mi, jak podzielonym jesteśmy społeczeństwem, a sama praca nad audycją stypendialną nauczyła mnie przede wszystkim słuchania drugiego człowieka, nawet tego bardzo ode mnie odmiennego. Reportaż został zakwalifikowany do prezentacji na międzynarodowej konferencji IFC w Sztokholmie, znalazł się w „Antologii Polskiego Reportażu Radiowego” autorstwa Jana Smyka i uzyskał nominację w konkursie SDP o nagrodę im. Stefana Żeromskiego. Z perspektywy kilku lat widzę, że było to jedno z moich większych zawodowych wyzwań, ale też wspominam tę pracę jako niesamowitą przygodę i bardzo jestem wdzięczna, że mogłam jej doświadczyć.

 

   Kiedy mamy nagrane już wszystkie potrzebne rozmowy i sceny, przechodzimy do kolejnego etapu, czyli do montażu i realizacji: tu zaczyna się magia radia. Montaż i realizacja to moje ulubione momenty pracy nad reportażem radiowym, chociaż jest to zajęcie bardzo pracochłonne, żmudne i wymagające dużo czasu. To też chyba najtrudniejszy etap przygotowania reportażu. Początkujący (na przykład praktykanci czy kandydaci na współpracowników Studia Reportażu) potrafią na tym etapie często utknąć na wiele dni, tygodni, miesięcy… Czasami mają dobre pomysły na reportaże, solidnie się przygotowują i nagrywają ciekawe rozmowy, ale zmontowanie audycji (i to jeszcze tak, żeby zmieścić się w określonym czasie antenowym) ich przerasta. Kluczem jest znalezienie pomysłu na to, co chcemy przekazać odbiorcy.

 

   Zdarza się, że wracam z nagrań zachwycona, po czym okazuje się, że uległam jedynie urokowi osobistemu rozmówcy, a po przesłuchaniu dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nagrania są słabe. Częściej jednak jestem podekscytowana tym, jakie możliwości daje montaż, bo właśnie to jest ten moment, kiedy z bezładnych nagrań powstaje spójna całość – reportaż. To moment, kiedy musimy wiedzieć, co chcemy powiedzieć naszym reportażem. Nie wystarczy wybrać najciekawsze fragmenty. Reportaż musi mieć klarowny przekaz, jakąś myśl przewodnią, która zostanie w słuchaczu. Od tego, które fragmenty nagrań wybierzemy, zależy, jaki ten przekaz będzie. Jednym z przykładów jest historia moich audycji o wojennej radiostacji Łódź Podwodna, kiedy z niemalże tych samych nagrań zmontowałam dwa zupełnie różne reportaże (opisałam już ten proces tutaj). Inny przykład to reportaż, który przygotowałam z Hanną Bogoryja-ZakrzewskąMelchiorze Wańkowiczu, zatytułowany „Mel – opowieść o pamięci”.

 

   Ta audycja powstała w 2015 roku, kiedy Polskie Radia obchodziło 90-lecie swojego istnienia. Przygotowywaliśmy wtedy sylwetki różnych reportażystów. Wśród nich znalazł się Melchior Wańkowicz. Nie mogło go zabraknąć, skoro patronuje jednemu z najważniejszych konkursów radiowych. Wraz z Hanią solidnie zabrałyśmy się do pracy. Najpierw przeczytałyśmy mnóstwo książek autorstwa Wańkowicza i jego asystentki, Aleksandry Ziółkowskiej. Potem nagrałyśmy chyba wszystkich, którzy mogli pamiętać zmarłego w 1974 roku mistrza. Wreszcie usiadłyśmy do montażu. Dziesiątki godzin rozmów, nagrań i… pustka. Garść anegdot, trochę informacji encyklopedycznych o pisarzu, strzępki wspomnień rodzinnych i powtarzające się słowa „już nie pamiętam”. Jak ułożyć z tego historię? To Hania wpadła wtedy na przewrotny pomysł, czyli stworzenia reportażu o… niepamięci. O tym, jak szybko i łatwo uciekają z naszych umysłów wspomnienia o bliskich nam ludziach. Jak nawet wielcy tego świata skazani są na zapomnienie. W końcu kiedyś listy zaadresowane po prostu „Melchior Wańkowicz, słynny pisarz” dochodziły bez problemu, bo każdy listonosz wiedział, gdzie mieszka reporter. Jego książki sprzedawały się w tysiącach egzemplarzy. Na spotkania autorskie z nim przychodziły tłumy. A dziś? Słynne powiedzenia Wańkowicza czy stworzone przez niego słowa nie są już powszechnie używane. Nawet w miejscowości, w której pisarz spędził sporo czasu, nie każdy wie, kim był Melchior Wańkowicz. Tę właściwość naszej pamięci postanowiłyśmy zaakcentować. To jeden z tych reportaży, które powstały podczas montażu. Jestem pewna, że ktoś inny mógłby z tych samych nagrań złożyć kompletnie inną audycję.

 

   Potem przychodzi czas na realizację, którą dziś zazwyczaj niestety zajmujemy się sami (kiedyś pracowali nad tym reżyserzy dźwięku – z braku środków możemy korzystać z ich usług jedynie w wyjątkowych przypadkach). Ten etap polega na dopracowaniu brzmienia, począwszy od technicznych szczegółów, jak wyrównywanie poziomów dźwięku różnych nagrań, poprzez łączenie ich ze scenami, po dokładanie efektów czy muzyki.

 

   Wreszcie, jeżeli uznamy, że reportaż jest skończony, przychodzi czas na jego ocenę przez szefa redakcji (tak przynajmniej dzieje się w Studiu Reportażu, gdzie audycji słucha redaktor naczelna Irena Piłatowska). To zawsze nieco stresujący moment. Czy audycja jest dobra? Czy wszystko jest zrozumiałe? Czy reportaż porusza odbiorcę? Nasza szefowa przekazuje nam uwagi, z którymi można się zgodzić lub nie. Co ważne, reportażysta odpowiada za swój reportaż jako całość. Tylko on może coś zmienić, nikt inny nie ma prawa ingerować w treść reportażu.  

 

   Nestor niemieckiego reportażu radiowego Leonard Braun mówił zawsze, że każdy reportażysta jest w swojej pracy samotny. Właśnie dlatego kilkadziesiąt lat temu wraz z kilkoma kolegami po fachu zaczął organizować międzynarodowe spotkania reportażystów, czyli International Feature Conference. Początkowo brało w nich udział kilkanaście osób, dziś na każde przyjeżdża 100-150 radiowców z całego świata. W trakcie konferencji słuchamy reportaży i dyskutujemy o nich, bierzemy udział w warsztatach i wykładach. To fantastyczna okazja do nauki, dlatego została też przeniesiona na polski grunt. W ciągu roku kilka razy mamy okazję do spotkań na najróżniejszych warsztatach, między innymi podczas jesiennego Seminarium Reportażu w Warszawie.

 

   Wysłuchanie reportażu przez słuchacza jest ostatnim etapem całego procesu produkcji. Podczas konferencji, warsztatów i spotkań słuchaczami są doświadczeni reportażyści, którzy wnikliwie analizują każde dzieło. Zaprezentowanie przed nimi swojej pracy bywa bardzo stresującym doświadczeniem, ale… bywa też niezwykle przyjemnym. Jedno nie ulega wątpliwości. Najlepiej uczyć się na błędach. Zarówno własnych, jak i cudzych.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz