Protest w obronie PIOTRA LISIEWICZA przed siedzibą Radia Poznań

Przed siedzibą Radia Poznań odbył się protest przeciwko usunięciu red. Piotra Lisiewicza z Rady Programowej tej rozgłośni. Bezprawną decyzję w tej sprawie podjęła Rada Mediów Narodowych, mimo iż nie ma podstawy prawnej tego działania oraz brak jakiegokolwiek merytorycznego uzasadnienia tego odwołania  w uchwale RMN.

Decyzja ta zbiegła się w czasie z krytyką opinii red. Piotra Lisiewicza na temat działań Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy  wyrażanej w TV Republika.    Przeciwko bezprawnemu odwołaniu red. Piotra Lisiewicza z funkcji przewodniczącego Rady Programowej Radia Poznań przez  RMN protestuje CMWP SDP.

Przed siedzibą Radia Poznań 3 lutego br. zebrało się ponad 50 osób z Poznania i wielkopolskich miast.

Byli wśród nich także dziennikarze – członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,  w tym red. Barbara Miczko-Malcher, nestorka dziennikarstwa radiowego w  Polsce, pracująca w Radiu Poznań ponad 50 lat i red. Jan Martini, publicysta, laureat Nagrody Głównej Wielkopolskiego Oddziału SDP w konkursie dziennikarskim w 2021 roku.

W imieniu SDP  głos zabrała dr Jolanta Hajdasz, prezes Stowarzyszenia.

Stanowczo protestujemy przeciwko bezprawnemu odwołaniu red. Piotra Lisiewicza z funkcji przewodniczącego Rady Programowej Radia Poznań przez Radę Mediów Narodowych i apelujemy o przywrócenie go na to stanowisko.  Protestujemy także przeciwko temu, iż z nieznanych przyczyn z internetu  zostało usuniętych ponad 200 audycji jego autorstwa pt. Wywiad z chuliganem. W kontekście działań RMN i Apelu Kolegium Redakcyjnego Radia Poznań w likwidacji jest to kolejna szykana, która ma charakter cenzury i prowadzi do eliminacji z przestrzeni publicznej dorobku zawodowego cenionego dziennikarza  – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Stanowisko SDP zebrani przyjęli oklaskami. Oświadczenie odczytane zostało  w czasie protestu zamaskowanych Strażników Wolności Słowa, jak nazwano manifestację, ponieważ część protestujących przed Radiem Poznań miała na twarzy maski symbolizujące protesty z 2012 r. przeciwko cenzurze Internetu wprowadzanej przepisami zwanymi  „Acta” i „Acta 2”.

Relację na żywo z protestu nadawała Telewizja Republika.

Więcej na ten temat TUTAJ

 

Poniżej tekst protestu CMWP SDP:

Protest przeciwko odwołaniu red. Piotra Lisiewicza z Rady Programowej Radia Poznań

Protest przeciwko odwołaniu red. Piotra Lisiewicza z Rady Programowej Radia Poznań

Centrum Monitoringu  Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko bezprawnemu odwołaniu red. Piotra Lisiewicza z funkcji przewodniczącego  Rady Programowej Radia Poznań przez Radę Mediów Narodowych  29 stycznia 2025 r. i apeluje o przywrócenie go  na to stanowisko.

Szczególnie bulwersujące jest przy tym brak podstawy prawnej tego działania oraz brak jakiegokolwiek merytorycznego uzasadnienia tego odwołania  w uchwale RMN . Zbiega się to w czasie z krytyką opinii red. Piotra Lisiewicza na temat działań Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy  wyrażoną  w  Apelu „Kolegium Redakcyjnego Radia Poznań”, w którym jako „jawnie pejoratywne” określono następujące wypowiedzi red. Piotra Lisiewicza o Jerzym Owsiaku : bajkopisarz, „najgorszy hejter III RP” i „świecki święty” .  Trudno rozdzielić oba te fakty, gdyż wykonanie tej bezprawnej uchwały RMN powierzyła „likwidatorowi” Radia Poznań, który jest członkiem w/w Kolegium Redakcyjnego tego radia i który rozwiązał z nim umowę o współpracy.

CMWP SDP przypomina , że każdy dziennikarz i publicysta ma prawo do własnej oceny  publicznych osób i wydarzeń oraz że ma prawo publikować je w mediach. Analizowanie i roztrząsanie kwestii publicznych należy do ustawowych zadań prasy, bowiem prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli
i krytyki społecznej (art. 1 ustawy – Prawo prasowe). Nie można abstrahować od faktu, że w Polsce występuje silna (i wzmacniająca się) polaryzacja poglądów na tematy istotne dla życia publicznego, ale w prawidłowo funkcjonującej demokracji spory  są zjawiskiem normalnym. W tym kontekście  CMWP SDP stanowczo podkreśla, iż red. Piotr Lisiewicz ma prawo formułować krytyczne opinie  np. na temat WOŚP i ma prawo wyrażać oburzenie opinii publicznej na dany temat (abstrahując nawet od oceny, czy słuszne).  Pozbawianie go pełnionych funkcji w konsekwencji wykonywania przez niego zawodowych obowiązków dziennikarza jest szykaną i lekceważeniem dziennikarskiej niezależności.

CMWP SDP podkreśla , że odwołanie red. Piotra Lisiewicza  nastąpiło wbrew obowiązującej Ustawie o radiofonii i telewizji, która opisuje tryb powołania członków Rad Programowych, ale nie przewiduje ich odwołania przed upływem 4-letniej kadencji.  O odwołaniu członków Rad Programowych nie mówi także Ustawa o Radzie Mediów Narodowych.  Obecnie Rada nadała więc sobie nieistniejące uprawnienia. Potwierdziła to sama Rada Mediów Narodowych w  październiku 2022 roku, gdy część Rady chciała odwołać ówczesnego przewodniczącego Rady Programowej Radia Kraków oskarżonego o gwałt, ale zakwestionował to prawo reprezentujący Lewicę Robert Kwiatkowski, członek Rady Mediów Narodowych. Rada nie odwołała wówczas  przewodniczącego Rady Programowej Radia Kraków, bo wg jej ówczesnych opinii „Rada Mediów Narodowych może odwołać zarząd albo Radę Nadzorczą, ale nie członka Rady Programowej, który musiałby sam złożyć rezygnację lub zawiesić zasiadanie w Radzie, by zostać usunięty z jej składu” (cytat za https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rada-mediow-narodowych-jakub-b-radio-krakow-rada-nadzorca-pap).

Dodatkowo z nieznanych przyczyn z przestrzeni publicznej zostało usuniętych ponad 200 audycji pt. „Wywiad z chuliganem”  zrealizowanych przez red. Piotra Lisiewicza  we współpracy z Radiem Poznań w latach 2016 – 2023. W kontekście działań RMN i Apelu Kolegium Redakcyjnego Radia Poznan „w likwidacji” jest to kolejna szykana, która ma charakter cenzury i prowadzi do eliminacji z przestrzeni publicznej dorobku zawodowego cenionego dziennikarza. W demokratycznym państwie nigdy nie powinno to mieć miejsca.

Piotr Lisiewicz jest dziennikarzem od ponad 30  lat, związany jest od początku swojej pracy zawodowej z tygodnikiem „Gazeta Polska” .  W uznaniu jego dorobku dziennikarskiego w 2023 roku został uhonorowany nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.Funkcję przewodniczcego Rady Programowej Radia Poznan pełnił przez 8 lat, czyli przez dwie ostatnie 4-letnie kadencje (2017 -2025) .

Apelujemy do Rady Mediów Narodowych o poszanowanie prawa i  dziennikarskiej niezależności oraz  o wycofanie się z tej kontrowersyjnej uchwały.

w imieniu  Zarządu SDP, CMWP SDP oraz Zarządu Wielkopolskiego Oddziału SDP

Jolanta Hajdasz, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Warszawa – Poznań, 3 lutego 2025 r.

Wraca cenzura – odwołanie dziennikarza PIOTRA LISIEWICZA z Rady Programowej Radia Poznań za krytykę Jerzego Owsiaka

Przejęta przez koalicję rządową Rada Mediów Narodowych odwołała dziennikarza Gazety Polskiej i TV Republika Piotra Lisiewicza z Rady Programowej Radia Poznań, której publicysta był przewodniczącym. To cenzura wypowiedzi – tak to oceniają nie tylko media konserwatywne. Zdaniem Lisiewicza jego zwolnienie jest bezprawne, bo członków rad programowych nie można odwołać.

Szef RMN poseł PO Wojciech Król na platformie X poinformował o odwołaniu Lisiewicza. „Media publiczne są dziś wolne od agresji i hejtu” – napisał Król.

Po przejęciu przez większość rządową RMN, rada nie komentuje oficjalnie pracy innych mediów innych niż konserwatywne. Na przykład protestów w sprawie kontrowersyjnych wypowiedzi pracowników TVP. Przypominają to internauci. „[pisownia oryginalna – red.] Media publiczne wolne dziś od agresji i hejtu!? Te najwolniejsze to programy Wysockiej-Schnepf, Czyża i Dobrosz-Oracz” – napisał na platformie X Adam Kuźniewski cytowany przez portal Biznes Alert – Media Alert (BA – MA).

Lisiewicz – jak sam przyznaje – krytykował Jerzego Owsiaka od ponad 30 lat. W połowie stycznia br. kierownicy redakcji bezprawnie przejętego przez rząd Radia Poznań mieli zaprotestować przeciwko wypowiedziom dziennikarza. Lisiewicz opisał lidera WOŚP jako m.in.: „najgorszego hejtera III RP”, „bajkopisarza” czy „świeckiego świętego”.

Lisiewicz nazwał jego usunięcie bezprawiem. Publicysta przypomniał, że ustawowo RMN powołuje członków rad programowych mediów publicznych, ale w przepisach nie ma mowy o ich odwołaniu.

Media Alert przypomniał niektóre wpisy w sieci z komentarzami w sprawie odwołania Lisiewicza z Rady Programowej Radia Poznań. Internauci zwracają uwagę, że odwołanie Lisiewicza za jego poglądy o Owsiaku to przykład cenzury [wpisy oryginalne – red.] „Czy w Polsce jest jeszcze wolność słowa?” – pytał na X Wojciech Szymczak.

„Piotr Lisiewicz aresztowany za krytykę Owsiaka. Przepraszam, przejęzyczyłem się, na razie tylko wyrzucony z Radia Poznań !!” – napisał na X internauta o pseudonimie „wampirek”. „Wolność słowa nie istnieje, wróciła cenzura 2.0!” – ocenił Mateusz. „Owsiak ma zapewniony parasol ochronny. Jest nietykalny” – napisał na X Marcin Edo.

 

opr. red.  Biznes Alert – Media Alert/ TV Republika/ X/ pm

Odpowiedź Krzysztofa Skowrońskiego z ZG SDP na ataki w tekście z miesięcznika Press 1-2/ 2025

W związku z mnożącymi się manipulacjami wobec FSD i SDP a także władz Stowarzyszenia, publikujemy odpowiedź Krzysztofa Skowrońskiego z ZG SDP na ataki w tekście z miesięcznika Press 1-2/ 2025

Miesięcznik Press w artykule „Stowarzyszenie Dziennikarskich Przelewów” zapoczątkował kolejny atak na Stowarzyszenie dziennikarzy Polskich i Fundację Solidarności Dziennikarskiej. Do tej pory nie odpowiadałem na rozmaite nieprawdziwe teksty Press, bo nie poważam redakcji, której jednym z zadań jest zniesławianie dziennikarzy i instytucji których światopogląd odbiega od lewicowo-liberalnej sztampy, a w świecie, gdzie kłamstwo i manipulacja stały się normą człowiek obojętnieje na takie zdarzenia.

Teraz też zachowałbym się podobnie, gdyby nie fakt, że tym razem atak nie jest skierowany przeciwko mnie, ale wziął na cel dwie instytucje którymi przez lata kierowałem, czyli Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Fundację Solidarności Dziennikarskiej. Ten atak, natychmiast wsparty przez Towarzystwo Dziennikarskie, uznałem za kolejną próbę zniszczenia niezależnych od władzy instytucji.

Przejdźmy do faktów. Zacznijmy od jednego z akapitów pan Boczka. Tytuł brzmi: „Cztery miliony od dobrej zmiany”. Początek jak w każdym tekście dramatyczny. Skarga jakiegoś anonimowego działacza, że nigdzie nie może znaleźć informacji na temat grantów fundacji i SDP (choć one są w sprawozdaniach zjazdowych i innych dokumentach dostępnych publicznie).

Po tym płaczliwym wstępnie pojawiają się konkretne liczby. W sumie, przez 10 lat swojego istnienia Fundacja pozyskała 2 023 000 złotych. Cztery duże granty. Jest się czym chwalić. Ale czy dziennikarz, którego zadaniem jest dokopać Fundacji pochylił się nad tym, czego one dotyczyły, na co były wydawane pieniądze? Nie!

Niech pan Boczek sobie wyobrazi, że w 2015 roku nastąpiło pewne istotne przewartościowanie polegające na odzyskiwaniu podmiotowości w rozmaitych sferach publicznego życia. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich postanowiło wykorzystać sytuację i zbudować swoją pozycję międzynarodową. Tak powstały projekty konferencji i wyjazdów studyjnych. Do Warszawy do Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal przyjeżdżali publicyści z całego świata. Tu spotykali się dziennikarze z Estonii, Ukrainy, Niemiec z reporterami z USA, Libanu, Indii czy Afryki.  Gościliśmy władze zarówno europejskiego, jak i światowego stowarzyszenia dziennikarzy.

My pokazywaliśmy polskie media, inicjowaliśmy dyskusje na temat cenzury, politycznej poprawności czy wolności słowa, a w wolnych chwilach gościom pokazywaliśmy Warszawę. Tak w FSD powstawały projekty na takie konferencje czy wyjazdy studyjne do krajów środkowej Europy na spotkania z dziennikarzami Litwy, Łotwy, Estonii, Czech, Słowacji, Węgier, Rumuni. Z tych ostatnich powstał raport o mediach w krajach Europy Środkowej. Tak chcieliśmy stworzyć niezależny ośrodek monitorowania wolności słowa, tworzyć własne raporty konkurencyjne do, naszym zdaniem. skażonych ideologią raportów np. Reporterów Bez Granic.

Na takie cele przeznaczyliśmy pieniądze które FSD otrzymała od Polskiej Fundacji Narodowej (983 450 zł). Podobnie Fundacja Solidarności Dziennikarskiej może się rozliczyć ze wszystkich grantów i te rozliczenia były wielokrotnie weryfikowane.

I tak Fundacja PKO to wsparcie dla dziennikarzy, tytułów prasowych, pomoc prawna, pomoc przy powstawaniu filmów dokumentalnych. Narodowy Instytut Wolności dobrze ocenił i przyznał finansowanie na stabilizację i rozwój Fundacji w wysokości 591 000 złotych. Wynajęcie lokalu, zakup mebli, komputerów, drukarek wyposażenie sali konferencyjnej i przygotowanie dalekosiężnej strategii fundacji było celem tej dotacji. Wszystko powstało, ale pewno pan Boczek nie pamięta, że wybuchła pandemia przerywająca projekty fundacji, później Rosja napadła na Ukrainę, co też zmieniło cele i działania FSD.

Tak jak w Fundacji również w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich potrafimy rozliczyć się z każdej złotówki. A dalej w tekście pana Boczka same insynuacje: 40 000 zł dla Jolanty Hajdasz to 40 000 zł dla firmy, która zrealizowała w trakcie obostrzeń pandemicznych 33 godziny nagrań z operatorem i dźwiękowcem, którzy przyjechali spoza Warszawy. Powstało z tego około 9 godzin emisyjnych audycji na profilu SDP na YouTube. To była usługa, dzięki której mogliśmy zrealizować projekt (inne oferty były wielokrotnie droższe).

A dalej – pomijam informacje na temat moich honorariów, które otrzymywałem zgodnie z intencją fundatorów grantów – kilka kolejnych fake newsów:

Robert Kawałko wykonał swoją pracę (choć pandemia zaważyła na efektach), nie był w żaden sposób związany z Radiem Wnet, księgowy nie był związany z Radiem Wnet, informatyk obsługuje SDP i dziesiątki innych firm od 2012 roku. Mariusz Pilis dostał nagrodę, ale nie dlatego, że był członkiem władz tylko dlatego, że nakręcił najlepszy film, Aleksandra Tabaczyńska (nagroda Fundacji Solidarności Dziennikarskiej) dostała nagrodę za wieloletnie uczestnictwo w procesie zabójców dziennikarza i nigdy nie pracowała w Radiu Wnet. Wszystkie projekty które realizowała fundacja z Radiem Wnet, pochodziły z Radia Wnet i Radio Wnet było oficjalną stroną porozumienia z granatodawcami.

Dziennikarze, którzy występowali w projektach dostawali za to honoraria i słusznie pan Boczek pisze, że pieniądze z grantu „dziennikarze – twórcy kultury” głównie trafiły do członków SDP, ale tak był ten grant pomyślany. Można tylko dodać, że to byli dziennikarze z całej Polski.

Nie było żadnych sprzeniewierzeń, nie było zawyżonych cen, wszystkie projekty zostały prawidłowo rozliczone. Pan profesor Marek Wroński z Głównej Komisji Rewizyjnej SDP, po burzy którą starał się wywołać na zjeździe w 2021 roku otrzymał wsparcie… Fundacji Solidarności Dziennikarskiej, bo uległ wypadkowi – to był właśnie wyraz solidarności dziennikarskiej z chorym kolegą, który wcześniej próbował zdyskredytować FSD.

I jeszcze jedno, na koniec swojego „artykułu” pan Boczek chwali się, że zadał mi poprzez SMS pytanie o kondycje SDP, a ja mu nie odpowiedziałem. To prawda, ale znam Press i wiem od lat, że nie jest wiarygodnym medium i nie udzielam mu żadnych wywiadów, nie przesyłam wypowiedzi i nie odpowiadam na żadne pytania.

Pan Boczek w swoim „artykule” napisał takie zdanie: „konkluzją debaty w Warszawie było, że najważniejsze w zawodzie dziennikarza jest…nie kłamać”. Jak będzie kiedyś okazja zaprosimy pana Boczka na taką konferencję.

 

Krzysztof Skowroński – członek Zarządu Głównego SDP, prezes SDP w latach 2011 – 2024, prezes Fundacji Solidarności Dziennikarskiej   

Spotkanie opłatkowo-noworoczne Oddziale Gdańskim SDP

Tradycyjnie członkowie Oddziału Gdańskiego SDP spotkali się, aby przełamać się opłatkiem, złożyć sobie noworoczne życzenia, pobyć ze sobą, powspominać czasy, kiedy to pracowaliśmy w licznych na Wybrzeżu redakcjach i chociaż ze sobą konkurowaliśmy, to wszyscy się nawzajem szanowaliśmy.

Kiedyś było nas dużo, ale znaliśmy się i lubiliśmy się. Dzisiaj wybrzeżowe środowisko dziennikarskie jest bardzo okrojone, została nas garstka – zaledwie kilkadziesiąt osób. Większość z nas zostało zmuszonych do traktowania dziennikarstwa jako hobby, czy wolontariat, gdyż nie ma dla nas pracy. Redakcje zlikwidowano, uszczuplono albo nasze miejsca zajęli ludzie przypadkowi. Wielu z nas utrzymuje się z najróżniejszych dorywczych robót, bo, mimo że część z nas jest jeszcze ludźmi młodymi, że ma świetne wykształcenie i dobry staż zawodowy, to nie dostanie żadnej pracy, gdyż ma trefne nazwisko. Jakoś to nam nie przeszkadza i nie stronimy od siebie. Chcemy się spotykać i jesteśmy dumni z przynależności do SDP. Nie wszyscy przyszli na nasze noworoczne spotkanie. Jednak udało się zebrać grupę czterdziestu osób.

 

Prezes naszego oddziału, Janusz Wikowski, który jest jednocześnie przewodniczącym GKR SDP, zadbał też o to, aby każdy z nas czuł się doceniony, ważny. Ponadto zajął się organizacją spotkania w sali restauracji Cała Naprzód. Lokal z pięknym widokiem położony jest nad samą Motławą, w dawnych czasach będącą główną arterią, wzdłuż której tętniło życie Gdańska.

Oczywiście nie zapomnieliśmy o Kolegach, którzy w minionym roku odeszli od nas. Zmówiliśmy za nich krótką modlitwę.

Potem Janusz Wikowski przekazał życzenia od dr Jolanty Hajdasz, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a także członków Zarządu Głównego SDP. Zarząd reprezentowała Maria Giedz, która jest jednocześnie członkiem Oddziału Gdańskiego. Życzenia otrzymaliśmy także od kolegów, którzy z różnych powodów nie mogli dotrzeć na nasze spotkanie, w tym od Macieja Łopińskiego, Andrzeja Liberadzkiego, Jana Jakubowskiego, Włodzimierza Szymańskiego, a także od Tadeusza Knade, gdańskiego dziennikarza, który wiele lat temu został zmuszony do życia na emigracji.

Prezes Wikowski przypomniał nam, że to my dziennikarze mamy ważną misję do spełnienia, szczególnie w okresie jawnego, bezpardonowego łamania prawa przez trzy władze (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą), a także – niestety przez, jak to się mówi „czwartą władzę”, w tym przypadku redaktorów neo-mediów.

– Nasze Stowarzyszenie poprzez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP twardo broni dziennikarzy, protestuje przeciwko łamaniu prawa, ograniczaniu przez władzę prawa społeczeństwa do informacji, przeciwko likwidacji przez rząd mediów publicznych, opowiada się za pluralizmem w mediach. I twardo mówi: STOP CENZURZE! – podkreślił Janusz Wikowski.

– To są tematy i problemy, których skutki odczuwamy i nie powinniśmy poddawać się w walce o nasze prawa i być tą rzeczywistą, skuteczną CZWARTĄ WŁADZĄ, z którą – jak sądzę – społeczeństwo wiąże – jak w latach 80., 90. XX w. – wielkie nadzieje. A zatem, jak nazwa tej restauracji – CAŁA NAPRZÓD!!!!” – kontynuował Wikowski.

– Dzisiaj spotkamy się tradycyjnie, na początku roku, aby poczuć się silnymi razem w kolejnym roku działania stowarzyszeniowego oraz w pracy zawodowej i walce o niezależność mediów i prawa do publikacji – dodał Wikowski.

Wśród nas byli nasi mistrzowie, redaktorzy naczelni, współtwórcy prasy gdańskiej i to jeszcze od tej podziemnej, a nawet i wcześniejszej jak: Edmund Szczesiak, Tadeusz Woźniak, Barbara Madajczyk, Edmund Krasowski, Stanisław Danielewicz. Był też Maciej Wośko niezłomny redaktor prasy dawniej gdańskiej, teraz ogólnopolskiej, znany z nietuzinkowych opinii prezentowanych w mediach niezależnych od koalicji 13 Grudnia. Był również z nami Krzysztof Kurkiewicz, członek Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP. Mieliśmy też gości z zewnątrz: Jerzego Modela, prezesa Oddziału Morskiego SDRP, a także Bogusława Olszonowicza, wiceprezesa Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i jednocześnie przewodniczącego Rady Programowej Telewizji Gdańskiej, który jak zawsze przyszedł z gitarą, aby akompaniować wspólnym śpiewom kolęd.

Nasze spotkanie zaczęliśmy po katolicku, chociaż nie każdy z nas jest praktykującym katolikiem, ale jakoś nikomu to nie przeszkadza, gdyż wiemy, że historycznie Polska związana jest z Kościołem katolickim. Ks. Jarosław Brylowski, nasz kolega i członek SDP, a jednocześnie proboszcz parafii pw. Bł. Księdza Jerzego Popiełuszki w Ełganowie, publicysta historyczny, m.in. autor tłumaczenia Ewangelii głoszonej przez Ireneusza z Lyonu poświęcił opłatki, którymi się dzieliliśmy, jednocześnie składając sobie życzenia.

A potem była biesiada, rozmowy towarzyskie, ale i poważne dyskusje o sprawach stowarzyszeniowych, o niezależności dziennikarskiej, o naszych prawach zawodowych. Rozeszliśmy się do domów z nowymi pomysłami i nadziejami na lepsze jutro.

 

 

 

 

 

O fatalnym losie artystów pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pas de deux dla ubogich

Przyszedł do mnie młodzieniec wyjątkowej urody i mówi: „Chciałem być tancerzem tak jak mój ojciec, ale 15 lat temu te łobuzy przy obracaniu Ministerstwem Kultury zabrały nam emeryturę”. Od lat ponoć trwa bój by ją tancerzom przywrócić. Bo przecież nie mogą tańczyć w balecie do 65 roku życia. Tłumy urzędasów dostają pieniądze bo rzekomo 'o nas walczą’. Ale guzik prawda. „Więc nie pójdę do baletowej szkoły chociaż w Polsce mamy pięć znakomitych, bo potem ja i moje dzieci będziemy żebrać…”

 Idzie po czerwonym dywanie minister kultury rzekomo, jeden za drugim. Wspinają się po pięknych schodach Teatru Wielkiego. Idą na balet. Siedzą potem w miękkich pluszowych fotelach i klaszczą. Piękny balet wyszykował naczelny choreograf pan Pastor. A jeszcze większe zasługi ponoć ma pan Dąbrowski – dyrektor całości. Wspaniały repertuar choć coraz skromniejszy. I tylko nikt nie dba o tych na dole tancerzy. Co z nimi będzie. Ministrowie kultury przychodzą na spektakl zadowoleni, gromkie oklaski, wręczanie medali. Ale zatroszczyć się o tych, którzy przepracowali tu całe zawodowe życie to już nie łaska. To las ludzi. Ponad dwa tysiące osób jest pozbawionych od 15 lat środków do życia.

Jak można odpowiadając za kulturę państwa skazywać artystów zasłużonych na nędzę, na głodowe chałturzenie, na upokorzenia? Na bezsilny płacz i rozpacz. Tancerze to szczególnie delikatne stworzenia. Bo taka jest sztuka taneczna, którą z wielkim oddaniem, z wielką pasją, siłą woli i męstwem wykonywali. Póki mogli harowali, to nie była zwykła praca. To był codziennie wylewany pot, nieustające ćwiczenia i napięcie na spektaklach.

Kochali to co robili więc trwali przy tej tyradzie. Byli też kochani i nagradzani przez zwykłych ludzi, którzy walili do Teatru Wielkiego tłumnie, bili brawo i podziwiali. Ale to wszystko nagle się skończyło bo takie są prawa biologii. I nic nikt na to nie poradzi. Nie mniej dalsze przyzwoite życie artystom się należy. Życie godne. Tak jak dzieje się to w cywilizowanych krajach. Ale nie u nas. Gdy zabrano emerytury tancerzom w  2011 roku Unia Europejska decydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych z 50 do 70 lat od chwili publikacji utworu. Tak właśnie dba się o ludzi zdolnych.

Do pałaców sprowadzili się ludzie niegodni i rządzą. Pojawiają się tam nawet czasem ładnie uczesane typy i typki ale wkrótce gdy przejdą pod bramą przy kordegardzie zmienia się ich dobrotliwe oblicze. Co się z tymi ludźmi dzieje? Sprzedają za bezcen krajowe klejnoty jak choćby „Polskie Nagrania. Jeżdżą po Polsce tam i z powrotem  po to, aby ukazać swoją osobę, jakby nie wystarczyło jej telewizji. Notable się cieszą z wizyty władz, ale ludzie śmieją.

A tancerze? Od 15 lat dostają guzik nawet bez pętelki. Figę bez maku i na pewno bez pasternaku, bo nikt tej małej grupy ludzi, gdy skończą pracę, nie dostrzega. Urzędnik ma emeryturę. Dyrektor, minister nawet niezłą. Tancerzowi zostają zdarte baletki i wielki żal.

Dobry Boże, zanim ci zatańczą za niebieską bramą daj im trochę pożyć. To piękni ludzie. Nadal smukli, przystojni i szlachetni.

Pas de deux zróbcie a potem zdjęcie przed lustrem i wyślijcie decydentom. Można dołączyć zdrowaśkę choć wątpliwe czy pomoże. Tancerze wszystkich krajów łączcie się. Ale co możecie zrobić? Nie wiem.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jeden brydżysta, drugi szachista, obaj to mordercy sądowi

Z Wikipedii dowiemy się przede wszystkim, że Marian Frenkiel to polski brydżysta, laureat wielu rozgrywek krajowych, europejskich i światowych, kapitan reprezentacji. Tymczasem ten brydżowy mistrz to stalinowski morderca sądowy. Drugi komunistyczny zbrodniarz to Władysław Litmanowicz, wybitny szachista.

To najpierw o Frenklu. Urodził się w 1919 roku w Łodzi jako syn Bronisława – oficera WP i lekarza, oraz Róży z Heflichów. Przed wojną ukończył łódzkie Prywatne Gimnazjum Męskie i trzy lata prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.

MOPR i „Czerwony Sztandar”

We wrześniu 1939 roku Marian wraz z rodziną uciekł do Sowietów. Najpierw do Łucka, gdzie jego ojciec objął miejscową klinikę. Potem na Uniwersytecie Iwana Franki we Lwowie kontynuował studia prawnicze. Tu został członkiem Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), i współpracownikiem „Czerwonego Sztandaru” (sowieckiej propagandówki wojskowej wydawanej w języku polskim). Przez jakiś czas „zwiedzał” Ukrainę w ramach batalionów pracy, by w końcu zatrudnić się w teatrze w Czkałowie (Kazachstan), a potem Orsku (południowy Ural).

„Oficer” śledczy

Karierę aktorską (po zmobilizowaniu do „LWP pracował w teatrze 1. Korpusu PSZ w ZSRS) przerwał przydział na „oficera” śledczego. Potem już tylko piął się po szczeblach stalinowskiego aparatu bezprawia. Po „wyzwoleniu” rodzinnej Łodzi utrwalał ludowy terror za biurkiem miejscowych prokuratur wojskowych. Nowy okupant musiał docenić jego pracę, skoro już w 1946 roku awansowano go do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Jednocześnie ukończył prawo na Uniwersytecie w Łodzi. W 1954 roku został przyjęty do PZPR.

Tym gorzej dla faktów

Z opinii służbowej płk Mariana Ryby, p.o. Naczelnego Prokuratora Wojskowego: „Cieszył się autorytetem przełożonych i podwładnych. Posiadaną wiedzę i doświadczenie umiał przekazać młodym oficerom. (…) Brał udział w opracowaniu poważniejszych instrukcji i zarządzeń Naczelnej Prokuratury Wojskowej. (…) Wolny czas poświęca na czytanie literatury pięknej. Interesuje się sportem i sztuką”.Do obowiązków prokuratora Frenkla należało prowadzenie i nadzorowanie śledztw w sprawach wojskowych. Lansował tezę, że jeżeli fakty są inne niż chciałaby prokuratura, to… tym gorzej dla faktów.

W raporcie „odwilżowej” Komisji Mariana Mazura napisano, że Frenkiel ponosi odpowiedzialność m. in. za:
„- niereagowanie na wyjaśnienia oskarżonych (…) składane na rozprawie, a zawierające zeznania o niedozwolonych metodach śledztwa – przeciwnie – w odpowiedzi na skargę Kryski [płk Jan Kryska był katowany przez Informację Wojskową], zażądał wyższej kary, uznając to za okoliczność obciążającą. Na stosowanie niedozwolonych metod śledztwa wskazywało wniesienie osk. Rolińskiego na noszach na salę sądową, czym prokurator nie zainteresował się, (…)
– oskarżanie w znacznej ilości spraw „spisku wojskowego”, w „sprawie bydgoskiej” i żądanie wysokich kar, jakkolwiek w sprawach tych było wiele niewyjaśnionych sprzeczności i wątpliwości, do wyjaśnienia których nie dążył wbrew obowiązkowi prokuratora (…)”

Żeby było ciekawiej, w 1956 roku Frenkiel zasiadał w komisji badającej miejsca potajemnych pochówków zamordowanych więźniów. Na liście było wiele jego ofiar. Komisja oczywiście niczego nie ustaliła.

Nieopodal „Łączki”

Prokurator Marian Frenkiel oskarżał również w sprawie mjr Zefrina Machalli, w której karę śmierci orzekał sędzia Stefan Michnik. 10 stycznia 1952 roku Machalla został stracony.
W 1956 roku Marian Frenkiel został przeniesiony do rezerwy w stopniu pułkownika. W Telewizji Polskiej odpowiadał za audycje dla Polonii. A potem spełniła się jego miłość do sportu – został mistrzem świata w brydżu. Jego okazały grób (zmarł przez nikogo nie ścigany w 1995 roku w Warszawie) znajduje się na stołecznych Powązkach Wojskowych nieopodal „Łączki”, gdzie do dołu śmierci jego koledzy wrzucili mjr Zefiryna Machallę.

Nauczyciel w Armii Czerwonej

Po Marianie Frenklu – mistrzu brydża, który wcześniej był stalinowskim mordercą sądowym, czas na innego zbrodniczego sędziego – Władysław Litmanowicza, szachistę.
Urodził się w 1918 r. jako Abram Wolf w nauczycielskiej rodzinie Marka i Róży z Birencwajgów. W 1939 roku ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Do czerwca 1941 roku kształcił się w Instytucie Nauczycielskim w Równem, pracując również jako nauczyciel. Potem deportowany w głąb ZSRS. Buchalter w kołchozie w Kagalniku pod Azowem (1941). W sierpniu 1941 roku został zmobilizowany do Armii Czerwonej. Ukończył miesięczną Szkołę Podoficerską. 11 sierpnia 1944 roku przeniesiony do „ludowego” Wojska Polskiego.

Gdzie jest mój ojciec?

W latach 1947-1952 Litmanowicz był sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, Kielcach i Warszawie. Wielu polskich oficerów skazał na karę śmierci, w tym 32-letniego porucznika Edmunda Bukowskiego. Ten Wilnianin, uczestnik Powstania Warszawskiego, odznaczony m. in. Krzyżem Walecznych, po 1945 roku nie złożył broni, by przez całą Europę wozić rozkazy i fundusze służące walce o niepodległość. W ciężkim śledztwie na Rakowieckiej nie przyznał się do antypolskiej działalności, stracony na Mokotowie 13 kwietnia 1950 roku.
Zwłoki porucznika Edmunda Bukowskiego zidentyfikowano w 2013 roku na „Łączce” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie. Podczas uroczystości jego syn Krzysztof Bukowski mówił:
– Gdy zabrali mi ojca, miałem osiem miesięcy. Nie było też mamy, która jako łączniczka odsiadywała wyrok 15 lat więzienia. Wychowywali mnie dziadkowie. Z naszej rodziny komuniści aresztowali 16 osób. Przez lata nie wiedziałem, co się stało z ojcem. Teraz, dzięki IPN, już wiem.

Wyróżniany i odznaczany

W latach 1952-1955 Litmanowicz był oficerem do zleceń doradcy szefa GZP WP płk. W. Zajcewa. Karierę w „ludowym” Wojsku Polskim zakończył w 1955 roku w stopniu majora (przeniesiony do rezerwy).Władysław Litmanowicz był jednym z najsłynniejszych powojennych… szachistów. W przerwach między skazywaniem ludzi na śmierć brał udział w finałach mistrzostw Polski. I tak np. w 1952 roku występował w międzynarodowym turnieju w Międzyzdrojach oraz reprezentował Polskę na olimpiadzie szachowej w Helsinkach.

W szachy grał, ale też o szachach pisał. Dziennikarstwem i publicystyką parał się od początku lat 50. Zapewne wieczorami, po powrocie z ciężkiej pracy w sądzie. W 1950 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika Szachy, którą to funkcję pełnił nieprzerwanie do 1984 roku. Również od 1950 roku prowadził dział szachowy w „Trybunie Ludu”. Szachowe kolumny redagował – do połowy lat 80. w wielu czasopismach (Express Wieczorny, Perspektywy, Żołnierz Polski, Żołnierz Wolności, Świat Młodych).

W związku ze swoim zamiłowaniem sprawował w światku szachowym szereg niebagatelnych funkcji – krajowych i międzynarodowych. W 1968 roku otrzymał tytuł sędziego klasy międzynarodowej, jako sędzia brał udział w wielu prestiżowych imprezach na świecie, w tym w olimpiadach (1980, 1984, 1986). Z kolei za osiągnięcia dziennikarskie oraz publicystyczne został odznaczony w 1973 roku Krzyżem Kawalerskim, a w 1982 roku Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Zmarł w 1992 roku, pochowany na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie. Jego żona, Mirosława Litmanowicz, była czołową polską szachistką, mistrzynią Polski i świata.

WIKTOR ŚWIETLIK: Polskie media dowiodły, że Orban miał rację

W sprawie Marcina Romanowskiego znacznie więcej oczywistych dowodów na słuszność węgierskiej decyzji o przyznaniu azylu polskiemu politykowi dostarczono już po jej podjęciu. Szczególnie liczni dziennikarze udowodnili, że, po pierwsze, w obrzydliwy sposób chodzą na pasku władzy, a po drugie, wtórują jej w nawoływaniu do łamania prawa. To, że przy okazji są ignorantami, a często też niedokształconymi kretynami, nie jest argumentem łagodzącym.

Zostawmy na chwilę na boku zawiłości Funduszu Sprawiedliwości, ustawiania (a nie losowania) sędziów, którzy mieli decydować o losie Romanowskiego, a także jego immunitetów. Spójrzmy na to, co działo się po węgierskiej decyzji. Ostatecznie mamy do czynienia z wiceministrem oskarżonym o urzędnicze nieprawidłowości. Tymczasem w Polsce usłyszeliśmy, w ramach zmasowanej narracji, że Romanowski ukradł pieniądze dla siebie, że wyprowadzał je na Węgry, a nawet że ratuje go… Putin. Wszystko to pisali nie tylko politycy, ale też ludzie mediów, których obowiązkiem do niedawna było jednak przekazywanie faktów, a nie zmyśleń.

Nie dość tego – pojawiły się dwie narracje, rozprowadzane wprawdzie przez polityków Platformy, ale bardzo szybko podchwycone przez dziennikarzy. Pierwsza brzmiała tak: trzeba wsadzić adwokata Romanowskiego, bo go broni. A skoro Romanowski jest „pisowskim przestępcą”, który uciekł na Węgry, gdzie „Putin realizuje swoje zobowiązania wobec PiS” – bo tak mniej więcej brzmi ten idiotyzm – to facet, który go broni, jest jego wspólnikiem.

Dość charakterystyczne, że podobne postulaty pojawiały się w przypadku księdza Olszewskiego i Michała Kuczmierowskiego. Mecenasa Krzysztofa Wąsowskiego atakowano argumentami, że nie reprezentuje on obozu władzy. Co więcej, przy pomocy działań prokuratorskich (robiąc go świadkiem w sprawach) próbowano go wyłączyć ze spraw. Czyli idealnym modelem jest taki, jaki dziś realizuje się, zdaje się, w przypadku Pawła Szopy. Oskarżony dostaje zbliżonego do władzy adwokata, który przekonuje go, że za obniżenie lub uniknięcie kary, a także zaprzestanie nękania jego bliskich, ma do wszystkiego się przyznać i obciążyć inne osoby.

Dość charakterystyczne, że takiego modelu w Polsce nie było nawet w PRL – był on natomiast obecny w ZSRR, gdzie faktycznie oskarżeni byli doprowadzani do stanu, w którym wyznawali miłość Stalinowi tuż przed tym, jak oni i ich rodziny dostawali kulkę w łeb.

Ale jest jeszcze jeden ciekawy element tej narracji: kolejny żelazny wątek, by podobnie jak Romanowskiego potraktować… wszystkich PiS-owców, którym zostaną postawione zarzuty. Czyli wystarczy, że ktoś podpadł Bodnarowi, Giertychowi, Tuskowi albo innej pani Wrzosek, bez względu na różnice między nimi. Wtedy z automatu, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, wszyscy PiS-owcy, którym postawiono zarzuty, mają być aresztowani, by nie uciekli na Węgry. Tam – dopiszmy sobie logiczny ciąg – w ręce weźmie ich „należyty adwokat”, a nie taki Wąsowski czy Lewandowski, i szybko przyznają się do wszystkiego.

Nie ma sensu przypominać ludziom postulującym takie działania żelaznych dla polskiego prawa zasad odpowiedzialności indywidualnej i domniemania niewinności. Nie ma sensu, bo wychowany na TVN umysł tak głęboko nie sięga. Stąd nerwy w tamtej sprawie.

 

KRRiT: Rząd Rzeczypospolitej Polskiej uzurpuje sobie kompetencje KRajowej Rady Radiofonii i Telewizji

Czworo z pięciorga członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przyjęło stanowisko, które jest dostępne na stronie KRRiT

Rząd Rzeczypospolitej Polskiej uzurpuje sobie kompetencje KRRiT

„Wpisanie największych prywatnych nadawców TVN SA i Telewizji Polsat przez Prezesa Rady Ministrów na rządową listę podmiotów strategicznych objętych ochroną państwa, z pominięciem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jest próbą zawłaszczenia kolejnych kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji” – brzmi stanowisko KRRiT pod którym podpisali się:

 

Maciej Świrski – Przewodniczący KRRiT

dr Agnieszka Glapiak – Zastępca Przewodniczącego KRRiT

dr hab. Hanna Karp – członek KRRiT

Marzena Paczuska – członek KRRiT

Jakże trafnie dziś pyta CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego oni jeszcze nie siedzą?

– Dlaczego oni wszyscy jeszcze nie siedzą?! – to dramatyczne pytanie niemieckiego blogera z Gazety Wyborczej Bartosza Wielińskiego, jest zarazem zabawne i całkiem poważne. No bo jeśli wziąć pod uwagę intencje red. Bartosza, to rzeczywiście, mają swoje sądy, bezprawnie przejęli prokuraturę, mają rząd, a co za tym idzie aparat przymusu, który zdjął z siebie więzy pułapki prawniczego formalizmu i generalnie jakiekolwiek przywiązanie do praworządności… i nic.

No prawie nic. Udręczyli księdza i dwie byłe urzędniczki, trochę w areszcie potrzymali Kamińskiego i Wąsika, no i kiedy pod przymusem i z wielkim hałasem doprowadzili przed oblicze nielegalnej komisji ds. Pegasusa byłego szefa ABW Piotra Pogonowskiego, ten zrobił im z głupich tyłków jesień średniowiecza.

To nie tak miało być. Ulicami miała płynąć pisowska krew i miały toczyć się głowy pisowców. Według wskazań niemieckiego „ideologischer Führer” tuskowskiej rewolucji, Klausa Bachmanna, Polska miała uginać się pod presją „policyjnych metod”. Pomniejsi pisowcy mieli zostać poddani powszechnemu ostracyzmowi i wystawiani publicznie ku przestrodze wytresowanego już wstydem i poczuciem niższości społeczeństwa. Bo przecież nie narodu. Miały być więzienia pełne pisowców, nawet im miejsce robią wypuszczając z więzień swój najwierniejszy elektorat – bandytów. I co? Ktoś powie – no nie ma za co ich wsadzać – ale czy to tuskowym pałkarzom przeszkadza? Jedyną więc logiczną odpowiedzią wydaje się być – bardzo chcieliby zbudować dyktaturę, ale nie potrafią. Są osłami, którym TVN dorobił wizerunki lwów.

Brukselscy Mogołowie

No chyba, że, wbrew intencjom red. Bartosza, pytanie rozszerzymy, w wyniku czego nabierze powagi. Bo takie pytanie jest całkiem zasadne jeśli chodzi o brukselsko-berlińską oligarchię. Te fałszywe mordy pełne „praworządności”. Dlaczego jeszcze nie siedzą? Ano dlatego, że zbudowali sobie wielce „demokratyczny” system, w którym jako „wielcy brukselscy Mogołowie” nie podlegają żadnej kontroli. Przekonał się o tym nawet Parlament Europejski, który usiłował przepytać Ursulę von der Leyen na okoliczność tajemniczej umowy z Pfizerem na bimbaliony szczepionek. Skutkiem było tylko to, że dowiedział się, nawet nie od von der Leyen, ta wysłała jakąś asystentkę, żeby wyjaśnić, że w zasadzie nie ma trybu, w jakim szefowa KE miałaby odpowiadać przed kimkolwiek.

Wymieniać można długo, Joanna d’Arc „praworządności”, specjalizująca się z „mrożeniu pieniędzy dla Polski”,  Vera Jourova, spędziła w czeskim areszcie miesiąc. Śledztwo umorzono. Eva Kaili, grecka europoseł, członek antypolskiej komisji ds. Pegasusa w Parlamencie Europejskim, głosująca za antypolskimi rezolucjami, uderzała w polski Trybunał Konstytucyjny, pamiętacie Katargate? Walizki pieniędzy? Ciążą na niej poważne zarzuty korupcyjne, ale spokojnie bryluje sobie na brukselskich korytarzach. A to i tak małe miki wobec ich największej winy w postaci doprowadzenia do ruiny projektu Unii Europejskiej w imię, w najlepszym razie – oderwanych od rzeczywistości ideologii, a w najgorszym – jak niektórzy twierdzą, na zlecenie lobbystów, przed którymi brukselskie podwoje nigdy się nie zamykają.

No dobrze, jednego Reyndersa, również asa walki o „praworządność” w Polsce i patrona licznych czeladników nad Wisłą, zawinęli niedługo po zakończeniu roboty w Komisji Europejskiej i po ostatnim dniu immunitetu. Ciążą na nim zarzuty prania brudnych pieniędzy.  A czy zaraz nie wróci na salony?

Rozbiegane oczy Tuska

Jeśli jednak nie wróci, to ten jeden przypadek może stanowić iskierkę nadziei na to, że i naszego, pomniejszego przedstawiciela brukselskiej nomenklatury dosięgnie sprawiedliwość. Donaldowi Tuskowi, zesłanego z brukselskiego Parnasu za głupotę i nieudolność do Warszawy, w ciągu roku udało się rozmontować dobrze prosperujące państwo.

A jednocześnie długo, pomimo ewidentnego łamania prawa przez przedstawicieli jego kamaryli, udawało mu się niczego osobiście nie podpisywać. Pierwszym przypadkiem kiedy mu się nie udało, była sprawa tzw. kontrasygnaty, którą „wycofał”, choć nie miał takiego prawa, a drugą, jak twierdzą mądrzejsi ode mnie, sprawa rzekomego „objęcia TVN i Polsatu ochroną strategiczną”, co, jeśli faktycznie będzie miało miejsce odbędzie się bez podstawy prawnej, ze złamaniem ustaw i konstytucji.

I Donald o tym wie. Dlatego jego oczy, tak pełne buty 13 grudnia zeszłego roku, są dziś jakby mocno rozbiegane.