TVN ukarany z materiał o ojcu Tadeuszu Rydzyku

Przewodniczący KRRiT Maciej Świrski nałożył na spółkę TVN SA karę w wysokości 142 800 zł. za emisję reportażu pt. „32 lata bezkarności. Fenomen ojca Tadeusza”. Regulator dopatrzył się w nim treści nawołujących do nienawiści i dyskryminujących z uwagi na przekonania religijne.

Jak poinformowała KRRiT, po emisji reportażu wpłynęło łącznie 2 624 skarg z 26 656 podpisami odbiorców.

„Przeprowadzona analiza wykazała, że poruszone wątki opisujące działania o. Tadeusza Rydzyka oraz środowiska słuchaczy Radia Maryja miały na celu wzbudzenie niechęci odbiorców i pokazanie osoby o. T. Rydzyka wyłącznie w negatywnym świetle” – czytamy w komunikacie.

Dalej zauważono, że w audycji „wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka, a także różne wydarzenia związane z jego działalnością pozbawione były szerszego kontekstu. Zostały wykorzystywane w celu poparcia kolejnych tez stawianych przez autora reportażu bez żadnego udokumentowania oraz w sposób jednostronny, tak aby wzbudzić niechęć odbiorców i wywołać wyłącznie negatywne opinie”.

Regulator dopatrzył się również, że w materiale TVN „zastosowano typowe środki manipulacji polegające na cytowaniu wypowiedzi wyrwanych z kontekstu oraz rozpowszechnianie kłamstw w odniesieniu do spraw już dawno wyjaśnionych. Przywoływano przy tym wiele stereotypowych poglądów na temat rozgłośni Radia Maryja, a na poparcie stawianych tez wykorzystano m.in. fragmenty utworu scenicznego, a zatem fikcji, autorstwa Marcina Kąckiego, jednej z tych osób, których wypowiedzi w reportażu były przedstawiane jako ustalenia faktyczne”.

Stwierdzono, iż „poprzez publikację materiału zawierającego treści nawołujące do nienawiści oraz dyskryminujące ze względu na religię lub przekonania, poglądy polityczne lub wszelkie inne poglądy spółka TVN naruszyła art. 47h ustawy o RTV”.

Dlatego przewodniczący KRRiT zadecydował o nałożeniu na dostawcę kary pieniężnej w wysokości 142 800 zł .

red., źródło: KRRiT

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak Bauman unicestwiał Polskę

Brytyjskie miasto Leeds. Spokojna, pełna zieleni dzielnica, z dala od centrum. Dwupiętrowy domek jednorodzinny z zadbanym ogródkiem. Na balkonie widać talerz z polską telewizją satelitarną. Tu, przez ponad 40 lat, mieszkał Zygmunt Bauman, choć urodził się w Poznaniu. Do 1990 r. był kierownikiem katedry socjologii tamtejszego uniwersytetu w Leeds. Wspólne seminaria prowadził z prof. Aleksandrą Jasińską-Kanią, córką agenta NKWD Bolesława Bieruta. Towarzysze mieszkali nawet razem, bo byli parą.

Zygmunt Bauman – major Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, za likwidację Żołnierzy Wyklętych odznaczony Krzyżem Walecznych, agent zbrodniczej Informacji Wojskowej. Urodził się 19 listopada 1925 r. w Poznaniu, zmarł 9 stycznia 2017 r. w Leeds (Wlk. Brytania).

„Grupa ogolonych na łyso Polaków wtargnęła na wykład prof. Zygmunta Baumana w Manchesterze i przerwała go wulgarnymi przyśpiewkami [precz z komuną]. Po krótkim czasie opuścili budynek. Nie zostali zatrzymani” – oburzała się w 2014 r. „Gazeta Wyborcza” podkreślając z satysfakcją, że podczas wcześniejszego wykładu we Wrocławiu (na zaproszenie prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza), za protest przeciwko obecności Baumana na tamtejszym uniwersytecie, kilku młodych ludzi skazano na kary do 30 dni aresztu, a dwunastu dostało grzywny od tysiąca do 6 tysięcy złotych.

Czyli, zamiast ścigać prawdziwych przestępców, w tym zbrodniarzy komunistycznych, aresztuje się i skazuje ludzi, którzy o takich zbrodniarzach przypominają. Ludzi, dla których skandowanie i wywieszanie transparentów: „precz z komuną” jest aktem desperacji. Bo major Bauman zamiast o swojej przeszłości lubił dyskutować o swoich ponowoczesnych (postalinowskich) koncepcjach. Tymczasem skazany, oczywiście po udowodnieniu mu winy, powinien zostać właśnie on.

Przypomnę, że inicjatorem zaproszenia b.majora KBW do Wrocławia w 2011 r. był prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, minister kultury Bogdan Zdrojewski, który gościł Baumana na Europejskim Kongresie Kultury. Zdrojewski zresztą najwyraźniej upodobał sobie stalinowca – rok wcześniej przyznał mu Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. A ponieważ Bauman został też zaproszony na debatę naukową do Poznania i Gdańska, tam również protestowali przeciwko jego występom młodzi Polacy.

Za co Krzyż Walecznych?

W kontekście gościnnych występów prof. Zygmunta Baumana na polskich uniwersytetach słyszałem opinie, że nie ma się za bardzo czym przejmować, bo naukowców zaczadzonych komunizmem było wielu. Ale nie tylko o „heglowskie ukąszenie” tu chodzi. Baumana wyróżniało coś gorszego – udział w stalinowskim aparacie represji. Takich, oddelegowanych ze zbrodniczych jednostek na front nauki, było już mniej.

O powojennych losach Baumana wiemy niewiele. Powstała jego biografia. Dlatego jest zapraszany przez nie zawsze nieświadomych niczego ministrów i prezydentów, obsypywany honorami i medalami. To prawda częściowa, bo historycy wiedzą na jego temat – od lat – wystarczająco dużo. I swoją wiedzę publikują  i to wcale nie w niszowych periodykach.

Problem polega na czymś innym – na zainfekowaniu polskich umysłów przez sowieckie „elity” – te przybyłe do nas po wojnie na obcych czołgach, które miały potem wystarczająco dużo czasu, aby wychować swoich następców.

„Najsłynniejszy żyjący polski socjolog. Wnikliwy filozof. Najlepszy analityk świata ponowoczesnego: świata Internetu, rozpadających się więzi międzyludzkich, niepewności. Świata, w którym wszystko płynie”- czytamy we wstępie do jednego z wywiadów z Baumanem w „Gazecie Wyborczej”.

I tu „zapomniano” o sprawie podstawowej – że owa sława socjologii, bohater salonów – sam aktywnie przyczynił się do rozpadu dawnego świata i jego tradycyjnych wartości oraz więzi.

Unicestwiał przynajmniej dwutorowo – jako oficer polityczny „ludowego” Wojska Polskiego, funkcjonariusz zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i agent innej sowieckiej jednostki –  jeszcze bardziej krwawej – Informacji Wojskowej. A od 1953 r. robił to samo – tylko po podlaniu naukowym sosem – jako socjolog.

Obie te „aktywności” Baumana były ze sobą ściśle związane. W dokumencie z 1950 r., kiedy dostał awans w KBW czytamy: „Jako szef Wydziału Polityczno-Wychowawczego (…) bierze udział w walce z bandami [polskim podziemiem niepodległościowym]. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”. I dalej: „Mjr Bauman ma przed sobą poważną perspektywę naukową”. Czyli nie tylko „uświadamiał” żołnierzy w duchu zbrodniczego stalinizmu, ale osobiście zwalczał „bandy” (można spytać, co było gorsze: hodowanie morderców, czy własny udział?).

I to jest właśnie powód, dla którego mjr Zygmunt Bauman powinien być ścigany. Wymiar sprawiedliwości III RP nie sprawdził jednak, za co naprawdę dostał Krzyż Walecznych. Czy “tylko” za to, że jako dowódca wydawał rozkazy walki z “bandami”, czy może sam do “bandytów” strzelał? Zresztą każdy z tych przypadków jest przez polskie prawo kwalifikowany jako zbrodnia komunistyczna, która nie ulega przedawnieniu.

Usprawiedliwianie stalinizmu

Podkreślić trzeba, że naukowa kariera Baumana rozpoczęła się, zanim ruszył w teren ścigać żołnierzy Armii Krajowej. Studia podjął zaraz po ucieczce z Polski we wrześniu 1939 r. (zamiast walczyć z okupantami) – na sowieckich uniwersytetach, choć dla obywatela polskiego – pozbawionego wiadomych powiązań nie było to możliwe. Potem, będąc jeszcze w KBW, uczył się w partyjnej Akademii Nauk Społecznych i Politycznych, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim (promotorem jego pracy magisterskiej był słynny marksistowski ideolog prof. Adam Schaff). Jako asystent innego stalinowca – Juliana Hochfelda zrobił błyskawiczną karierę naukową – w 1956 r. obronił pracę doktorską, a cztery lata później zrobił habilitację. W latach 60. wykładał także w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR – kuźni sowieckich „elit”.

I major/profesor Bauman robił to samo do końca – indoktrynował w duchu ponowoczesnym (postalinowskim). Dziennikarka Aida Edemariam z brytyjskiego „Guardiana” tak opisała poglądy Baumana (28 kwietnia 2007).: „utrzymuje, że nowoczesność stworzyła idealne warunki, aby działać nieetycznie”, gdzie „posłuszeństwo przełożonym było wartością najwyższą”, a ‘wielopoziomowość’ częściowo uniemożliwiła zwykłym ludziom zrozumienie konsekwencji własnych uczynków”.

No właśnie, w czasach „nowoczesnych” (stalinowskich) Bauman nie zdawał sobie sprawy, co się dokoła dzieje? Był posłuszny przełożonym, wykonywał rozkazy. Czy taka osoba może być winna? Ale na wszelki wypadek lepiej uciec od nowoczesności (stalinowskiej przeszłości) w ponowoczesność, gdzie wszystko jest płynne, relatywne.

Według Baumana – za „Guardianem” – w czasach nowoczesności „wzięcie osobistej odpowiedzialności i postępowanie moralne stało się większą próbą charakteru niż kiedykolwiek przedtem w historii”.

Nie ulega wątpliwości, że Bauman tej próbie nie sprostał. Tego oczywiście nie przyznawał twierdząc, że komunizm był najlepszym wyborem dla Polski, bo w II RP i w jego rodzinie była bieda: „Partia komunistyczna obiecywała rozwiązania najlepsze”. Ale nie powiedział już np., że partia komunistyczna, jako antypolska, była zdelegalizowana.

Koncepcja płynnej ponowoczesności ma swoje praktyczne cele: służy ochronie, relatywizacji i usprawiedliwianiu własnego życiorysu (w duchu „dałem się uwieść”), aby nie musieć się zeń w żaden inny sposób rozliczać, aby nikogo nie przepraszać – ani Żołnierzy Wyklętych ani tych, których umysły zniewalał. Znosi jednostkową winę. Owa ponowoczesność służy też rozmywaniu odpowiedzialności innych stalinowców, usprawiedliwianiu całej formacji. A usprawiedliwiają się też – wzorem propagandy z lat 50. – zagrożeniem ze strony „faszystów”. Przecież podczas „zakłóconego” wykładu profesora na Uniwersytecie Wrocławskim problemem nie był Bauman, ale grupka kibiców.

Nikomu nie zaszkodził?

Teraz powiedzmy sobie jasno: kariera – od politruka do naukowca – nie byłaby możliwa, gdyby Bauman i jego koledzy najpierw nie pozbyli się fizycznie prawdziwych polskich elit, a później nie wyrzucili niedobitków z uczelni. Najpierw ścigali watahy po lasach, a potem dorzynali je na uniwersytetach. Tak zamordowano „Łupaszkę”, „Zaporę”, Pileckiego i dorżnięto Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, Ossowskich. Dzisiaj potomkowie tych niedobitków upominają się o prawdę. Dla nich bohaterem jest Pilecki i Kukliński, a nie Jaruzelski, czy Bauman. W Polsce ten podział jest czytelny. Natomiast na świecie komunistyczna przeszłość Baumana jest nieznana.

Ze wspomnianego wywiadu dla „Guardiana” (jedynego obszernie odnoszącego się do przeszłości profesora) zachodni czytelnik nie dowie się, czym był KBW. Prócz tego, że zwalczał „terroryzm wewnątrz kraju”. Ani słowa o tym, kim byli owi „terroryści”. A przede wszystkim o tym, że Korpus był zbrojnym ramieniem sowieckiego okupanta, utworzonym na wzór NKWD, przeznaczonym do pacyfikacji polskich niepodległościowców. Oczywiście nie ma też nic o Baumanowym Krzyżu Walecznych i powodach jego przyznania. Ani o wcześniejszej (w czasie wojny) służbie w sowieckiej milicji w Moskwie, która bezpośrednio podlegała NKWD i do której nikt z ulicy (podobnie jak wcześniej na stalinowski uniwersytet) nie mógł trafić.

Dziennikarka „Guardiana” tak „rozbrajała” życiorys Baumana: „zaciągnął się do (…) Dywizji Polskiej Armii na Uchodźstwie – nie wstąpił do Armii Czerwonej, jak niektórzy utrzymują – z którą wrócił do Polski”. Tyle tylko, że owa Dywizja Piechoty Ludowego Wojska Polskiego podlegała Armii Czerwonej. Takich „nieścisłości” jest w wywiadzie więcej. Bauman mówił dalej: „przez trzy lata (tylko!) byłem tajnym agentem, gdy miałem 19 lat, i za to ponoszę pełną odpowiedzialność”. Ale cóż znaczy ta „pełna odpowiedzialność” – znów przeciętny brytyjski zjadacz chleba się nie dowie. Czy to odpowiedzialność moralna, a może karna – że chciałby stanąć przed obliczem niezawisłego (i postkomunistycznie pobłażliwego) sądu w oczekiwaniu na sprawiedliwą karę? Wolne żarty. Bauman po prostu ponowocześnie lawirował.

A co kryje się pod użytym pojęciem „polska służba bezpieczeństwa”? Tego też nie przeczytaliśmy. Nie przeczytaliśmy, że Baumana „uwiodła” Informacja Wojskowa – stworzona przez Sowietów i im bezpośrednio podległa, która okrucieństwem przebijała nawet słynną cywilną bezpiekę. A co robili agenci IW? Donosili na kolegów z takim skutkiem, że ściągali na nich represje. Bauman oczywiście miał swoje ponowoczesne wytłumaczenie: „Każdy porządny obywatel powinien uczestniczyć w kontrwywiadzie. To jest jedyna rzecz, która utajniłem, bo przecież podpisałem zobowiązanie, że zatrzymam to w tajemnicy…” Bauman oczywiście nie powiedział (a dziennikarka nie zapytała), że czym innym jest kontrwywiad własnego, suwerennego państwa, a czym innym państwa okupacyjnego, ścigającego własnych obywateli za patriotyzm. Ale przy okazji profesor – chyba tracąc na chwilę rewolucyjną czujność –  przyznał, że pozostał wierny tamtej Polsce – kolonii Stalina. Tylko, że takich niuansów człowiek Zachodu znów nie zrozumiał. Tym razem dziennikarka zapytała: „Czy kontrwywiad znaczyło donoszenie na ludzi, którzy walczyli przeciwko komunistom?” Odpowiedź: „Tego ode mnie oczekiwano, ale nie pamiętam żebym cokolwiek takiego robił. Nie miałem nic do roboty – siedziałem w biurze i pisałem – to nie była dziedzina, w której mogłem zebrać cokolwiek ciekawego”. Ale dziennikarka drążyła: „Czy zrobił Pan coś, co mogło komuś zaszkodzić?” Bauman: „Nie potrafię na to odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby tak było”.

„Czuję się bardziej ofiarą”

Przypomnijmy zatem profesorowi opinię oficera prowadzącego TW Semjona (czyli Baumana): był ,,dobrze wyszkolony. Materiały jego są cenne i dają analizę pracy aparatu polityczno-wychowawczego”. Nie trzeba być zresztą specjalistą od stalinizmu, aby wiedzieć, że każdy donos w każdych czasach przynosił szkodę. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dyktaturach dużo większą.

W „Guardianie” cytat ten nie pada (bo niby skąd brytyjska dziennikarka ma o tym wiedzieć?), za to profesor twórczo rozwija swoją koncepcję ponowoczesności: „Wtedy wydawało mi się to właściwe. Niektóre wybory w każdym życiorysie mogą być uznane jako błędne, tyle tylko, że nie muszą być oczywistymi błędami w czasie, gdy się ich dokonuje. Miałem wtedy 19 lat i nie wiedziałem wówczas tyle, ile wiem dziś mając 82.”

Czyli, błędy, bo nawet nie grzechy, młodości. Jakże przypomina to słowa Adama Michnika o jego bracie Stefanie (stalinowskim sędzim wojskowym, również tajnym współpracowniku Informacji Wojskowej): „Kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się działo. Naturalnie to go nie usprawiedliwia, ale nie uzasadnia też aż takiego eksponowania jego roli w stalinowskich zbrodniach sądowych”. Czy to nie ponowoczesność?

O agenta Semjona dziennikarka nie zapytała już Baumana (a gdyby jej rozmówca powiedział: byłem nazistą, pracowałem w SS, współpracowałem z Gestapo, ale miałem 19 lat, też by odpuściła?). Zadowoliła się stwierdzeniem: „Naprawdę nie chce o tym mówić, ponieważ Pani popycha mnie w kierunku zrobienia czegoś, czego nie chce zrobić, próbuje nadać znaczenie czemuś, co jest bez znaczenia.” I tu mamy smutną puentę: przeszłość była dla Baumana bez znaczenia. Niestety dla organów ścigania III RP także. Tak jak przeszłość Stefana Michnika, który kiedyś był łaskaw stwierdzić: „Przeszłość jest moją prywatną sprawą”.

 W końcu Bauman został rewizjonistą, za co – jak twierdził – słono zapłacił: „współpracowałem przez 2-3 lata, a przez 15 lat bezpieka mnie prześladowała. (…) szpiegowano mnie, donoszono na mnie, mój telefon był na podsłuchu, itd. Wyrzucili mnie z KBW, i w końcu, jak Pani wie, wyrzucili mnie też z uniwersytetu i zakazano publikacji mych prac. (…) Czuję się bardziej ofiarą” – kwitował Bauman.

A przecież przez te wszystkie lata, kiedy był „prześladowany”, wykładał dalej – na UW i WSNS. Kształcił kolejnych „homo sovieticus”, najpierw bardziej stalinowskich, potem bardziej rewizjonistycznych. Bo okupacyjna władza wciąż potrzebowała nowych „elit”, które zastępowały te prawdziwe, przedwojenne.

Wykuwać ponowoczesne kadry

Bauman przyznawał, że od marksizmu odchodził długo (o tym, że system mordował, dowiedział się dopiero po referacie Chruszczowa, czyli w KBW nic nie robił, nic nie widział, nic nie słyszał?). Na dobre odszedł dopiero wtedy, gdy sam system go odrzucił. Ale czy na pewno? Przecież ponowoczesność ze swoim relatywizmem i zerwaniem z tradycyjną konstrukcją świata jest w marksizmie głęboko osadzona. Paradoksalnie – właśnie po 1968 r., kiedy opuścił Polskę, wypłynął na szerokie wody i stał się „najlepszym analitykiem” stworzonej przez siebie, utopijnej i szkodliwej koncepcji, która pozwoliła mu również naukowo uciec od jego dawnych win.

Oczywiście Bauman nie był jedynym, który dał się „uwieść”, a potem kazał swoje „uwiedzenie” zrewidować. „Uwiedziony” został Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Włodzimierz Brus i młodsi: Seweryn Blumsztajn, Waldemar Kuczyński, Stefan Meller, Adam Michnik, Aleksander Smolar, czy Henryk Szlajfer. Starsi zostali „autorytetami” światowymi, młodsi na ogół tworzyli okrągłostołowy „salon” tu, na miejscu. Czy możemy się dziwić, że zawsze bronili swojego mistrza?

Z przedstawicielką takiej postalinowskiej „elity”, prof. Aleksandrą Jasińska-Kanią, Bauman mieszkał – jak już pisałem –  pod jednym dachem w Leeds. Wcześniej był promotorem jej pracy doktorskiej „Karol Marks a problemy alienacji we współczesnej socjologii amerykańskiej”. Ale naukowo udzielał się nie tylko na Zachodzie. W Teremiskach na Podlasiu był rektorem Uniwersytetu Powszechnego im. Jana Józefa Lipskiego. Młode, ponowoczesne kadry dalej płynnie wykuwał.

Nie zostali profesorami…

Zygmunt Bauman nie mówił, że mógł odejść z wojska i nie wstępować do zbrodniczego KBW, że dokonał wyboru. Często zresztą słychać do dziś, że bez tego młodzieńczego, właściwie niewinnego ukąszenia, nie zostałby „wnikliwym filozofem, najlepszym analitykiem świata ponowoczesnego”. Tylko co mają powiedzieć rodziny tych młodych ludzi, którzy ginęli z rąk NKWD, KBW, IW, UB? Tych patriotów bardzo nam ich we współczesnej Polsce brakowało i brakuje.

Bauman nie tylko dostawał nagrody, ale sam je przyznawał. Nagroda imienia jego zmarłej żony – pisarki Janiny Bauman (tysiąc funtów) trafia co roku do autora najciekawszej pracy z zakresu etyki i moralności. A ja bym wolał – w tej samej kategorii – nagrodę im. Rotmistrza Pileckiego. Byłoby bardziej etycznie i moralnie.

CEZARY KRYSZTOPA: Donald Trump nawet jeszcze nie dotknął Niemiec, a te już się rozleciały

Trudno powiedzieć dlaczego Niemcy okazali się kompletnie nieprzygotowani na zwycięstwo Donalda Trumpa. Być może są ofiarami własnej propagandy, podobnie jak amerykańskie „salony”.

Do sondaży generalnie warto mieć dystans. A jeszcze dzień przed wyborami w wywiadzie dla Tysol.pl socjolog Marcin Palade cytował swojego kolegę po fachu ze Stanów Zjednoczonych, który miał mu mówić, że badacze w USA w przypadku większości sondaży przy próbie wyjściowej tysiąca badanych uzyskują siedemdziesiąt pełnych odpowiedzi – 7% –  co wynika z braku zaufania do instytucji sondażowych. Próby można oczywiście powtarzać, ale to kosztowna operacja. Po uzyskaniu jakiejś minimalnej liczby wartościowych odpowiedzi, głosy podlegają „ważeniu” czyli badacze odczyniają nad nimi swoje badackie gusła. Jakim cudem taki wynik może być wiarygodny?

Niemieckie ofiary

Ja rozumiem, że takimi sondażami można mieszać w głowach statystycznym obywatelom. Ale, że całe niemieckie państwo, albo cały amerykański lewacki salon, nie dysponują żadnymi w miarę rozsądnymi analitykami, którzy mogliby to zweryfikować i dać do zrozumienia, że entuzjazm z powodu „przewagi Kamali Harris” może być jednak nieco przedwczesny? Czy intelektualna skleroza tych środowisk jest aż tak daleko posunięta, czy też w desperacji tak bardzo pragną się samooszukiwać?

Tak czy siak Donald Trump, który znany jest ze swojego dystansu do Niemców, tak jak Niemcy znani są ze swojego dystansu do niego, wygrał wybory. Jestem daleki od oczekiwania, że teraz nowy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjedzie do Polski na białym koniu, żeby uwolnić nas od administracji berlińskiego pachołka, ale trzeba mu przyznać, że jeszcze nie objął urzędu, a już mocno wpłynął na otoczenie geopolityczne Polski.

Niemcy się rozleciały

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz podjął decyzję o odwołaniu ministra finansów Christiana Lindnera, lidera liberałów. Scholz jeszcze walczy, chce od Bundestagu wotum zaufania – To rozpad koalicji rządzącej – uważają z kolei niemieckie media, które otwarcie piszą, że polem niesnasek był nie tylko sposób podejścia do problemów walącej się niemieckiej gospodarki, ale również sposób podejścia do zaskakującej Niemców sytuacji, w której wielkimi krokami zbliża się prezydentura Donalda Trumpa w najpotężniejszym kraju na kuli ziemskiej.

No i muszę przyznać, że tak jak nie wierzę w to, że „Trump nas uwolni od Tuska”, bo to nasza robota, to jednak mocno wstrząsnął jego patronami. Właściwie nie tylko nie objął jeszcze fotela prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie tylko nie dysponuje jeszcze narzędziami żeby to zrobić i niczego zrobić jeszcze nie zdążył. Nawet nie puknął jeszcze Niemiec, a te już się rozleciały.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dlaczego większość mediów zwalcza Trumpa?

To właściwie nie tyle pytanie, co obserwacja rzeczywistości towarzysząca dziennikarzom od czasów pierwszych oznak, że ten miliarder z USA może zostać najpotężniejszym człowiekiem świata. Dlaczego większość mediów jest wroga wobec Donalda Trumpa? Bo 45. prezydent Stanów Zjednoczonych narusza od dekad ustalone interesy. Liberalne i lewicowe.

Ktoś powiedział, że gdyby nie – podkreślmy to – luźny, związek Donalda Trumpa z Partią Republikańską nie byłoby wiadomo, że ten polityk nie jest liberałem. Bo w USA każdy może być i każdy nim może nie być liberałem. Zależy od interpretacji stanowego lub federalnego inspektora finansowego.

Łaty i schematy

Wolny rynek amerykański jest tak powiązany z globalną polityką ekonomiczną mocarstwa, że już od dawna do obywateli USA robiących interesy z Chinami i Rosją mógłby przylgnąć plaster „komunisty”, do biznesmena handlującego z Niemcami logo „ryzykanta” a do entuzjasty współpracy z Unią Europejską stygmat „wariata”. Mógłby takie plastry przylepiać ktokolwiek wpływowy ze Stanów Zjednoczonych, ale tego nie robi. Dlaczego? Bo USA są na innym poziomie biznesu. Wyższym. Niestety, polityka amerykańska pozostała, jak w Europie i Azji, wpisana w schemat mafii.

Trumpa zaczęto się bać i na swoim podwórku i w Azji i w Europie. Nie z powodu wyjątkowych talentów biznesowych. Jako konserwatywny polityk zaczął on po prostu zagrażać istniejącemu od dawna podziałowi świata. I podejściu do gospodarki w ogóle.

Spiski 

Międzynarodowe polityczne grupy interesów, które od dawna umawiały się na podział łupów przez 10 czy 20 lat, ze zgrozą patrzyły jak Trump łamie „umowy” i „porozumienia. Teoria spiskowa? Ze wszystkich teorii spiskowych najbardziej prawdopodobna jest taka, że nie ma żadnych teorii spiskowych.

Media, nie tylko zresztą te lewicowe i liberalne zaczęły zwalczać Trumpa wiele lat temu. I powtarzam, nie chodziło tylko o interesy, o góry dolarów, które zarabiał. Gra toczyła się i toczy o władzę. Nie tę absolutną z teorii spiskowych, ale na władzę, która przekłada się na nowych ludzi w polityce i biznesie, na nowe zmienne mające przemodelować podział tortu wpływów na świecie. Media, szczególnie zachodnie i elektroniczne mają zbyt wiele do stracenia, bo wobec nich Trump jest nieprzewidywalny, nie chodzi na pasku narracji rzucanych z Waszyngtonu, Brukseli, Moskwy, czy Pekinu. Tworzy swoje, czasem nieprawdopodobne modele postępowania. Czy to dobrze?

Tak i nie. Tak, bo Trump myśli konserwatywnie, ale i rynkowo – to oznacza, że nie wywoła III wojny światowej. Nie, bo nie wiadomo, czy byłby w stanie jej zapobiec. Nie wiadomo, bo na razie sytuacja tak się zmieniła na korzyść dla świata, że jego powrót do Białego Domu wydaje się gwarancją przewidywalnej przyszłości. Przynajmniej na cztery lata. Z Kamalą Harris jest zaś tak, że jeśli ona zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych na pewno wywoła globalny konflikt.

Dziennikarze zakładnikami właścicieli mediów

Media niechętne Trumpowi, a takich jest zdecydowana większość, obawiają się, że po jego dojściu do władzy nie będą mogły już straszyć ludzi wizjami niszczenia planety przez miliardera. Bo w sumie w pierwszej kadencji nie stało się nic złego dla świata, oprócz „puczu”, który wywołały media po wygranych przez Joe Bidena wyborach, chociaż przeciwnicy Demokratów uważają, że procedury elekcji prezydenckiej w 2020 roku zostały sfałszowane.

Bzdury o „prorosyjskości” i „faszyzmie” Trumpa padają jeszcze gdzie nie gdzie na podatny grunt, ale w coraz mniejszej liczbie krajów. Nagonka zaczyna przypominać groteskę. Prasa, radio, telewizja i Internet razem nie są w stanie okłamać wszystkich. Nawet gdyby Trump miał podobną siłę medialną na świecie jak jego przeciwnicy nic nie powstrzyma pustego śmiechu, kiedy to dziennikarze mediów frontu antytrumpowego nie mogą się porozumieć, co do narracji. Jeden mówi, że Trump zdecydowanie wygrywa a drugi, że wygrywa Harris. I to wszystko w pół minuty najlepszego czasu antenowego. I do tego to nachalne wpychanie wszędzie kandydatki Demokratów jak w reklamie dietetycznego hamburgera.

Podobieństwa

Nie wiem, czy wygra Trump, który też ma sporo wad, czy Harris poparta przez niemądrych celebrytów i kombinatorów politycznych. Wiem jednak, że w każdym medium ludzie nie lubią być okłamywani. A tak jest na froncie przekazu przeciwko 45. prezydentowi USA.

I już zupełnie na koniec. Wiceprezydent USA okrzyknięto zbawczynią Ameryki. Ja w widzę kandydatce Demokratów cechy Ewy Kopacz, nie tylko tę polegającą na rzucaniu przez ludzi kamieniami dinozaury, ale naprawdę niebezpieczne – w przypadku wojny – jest chęć schowania się przywódcy w domu. Jednak lepiej, aby ów był pod ziemią. Lepiej dla przywódcy… Czy mógłbym to napisać w liberalnej gazecie w USA? Nie. Trudno byłoby to umieścić nawet w mniej liberalnym a nawet w całkiem nie liberalnym lub nie lewicowym portalu, bo prawnicy Partii Demokratycznej są jak spragnieni zemsty koledzy Adama Bodnara.

HUBERT BEKRYCHT: Sejm otwarty nie dla dziennikarzy. Marszałek Sejmu cenzorem!

Co więcej, szef izby niższej polskiego parlamentu Szymon Hołownia nie jest już dla mnie ani dziennikarzem ani nawet politykiem. Ograniczając w parlamencie pracę dziennikarzy zrobił to nie tylko wobec ludzi mediów, których nie lubi.

Hołownia wyrządził krzywdę wszystkim dziennikarzom. Pod tym względem stał się pierwszym na świecie „demokratycznym” cenzorem. Wzywam wszystkich, aby nie nazywać Pana Marszałka „pajacem”.

Nie zasłużył

Szymon Hołownia miał zadatki na prawdziwego medialnego guru, ale spalił się w blokach. Udawał człowieka ogarniętego filozofią chrześcijańską, nawiedzonego „dziennikarza” a potem „pisarza” podążającego pod religijny prąd. Okazał się jednak politykiem bez gustu, bez zaplecza. Politykiem wynajętym przez Donalda Tuska, który – zdaje się – od początku spisał pana Szymona na straty.

Ograniczając pracę dziennikarzy w polskim parlamencie obecny marszałek udowodnił, że nie nadaje się także na scenę polityczną. Bo tu i ówdzie mówiono nie tylko o tlącym się w Hołowni żarze duchowym, ale także aktorskich ambicjach. Nie zasłużył. Tak jak w dowcipie o śnie dyrektora jednego z warszawskich teatrów:

Szefowi sławnej sceny śniły się dwie legendarne aktorki, które źli ludzi wbili przed teatrem na pal. Jedna z nich nieco się kręciła – raz w lewo, raz w prawo –  na co zareagowała druga:

– A koleżanka, jak zwykle, źle obsadzona – zwróciła uwagę artystka.

Tak jest w przypadku obecnego marszałka Sejmu. Rotacja szkodzi. Nie tylko w polityce.

Wodzirej na balu spółdzielczym?

Próba wpływania na pracę – jak to określał Hołownia mając nadzieję, że nadal pracuje w mediach– „swoich koleżanek i kolegów dziennikarzy” zakończy się dla obecnego marszałka Sejmu źle. Nie będzie ani showmanem pokrzykując z miejsca prowadzącego obrady ani nawet wodzirejem na balu spółdzielców w PRL (podobno tam imprezę prowadzili lepsi od Hołowni). Będzie raczej karykaturą hybrydy polityka, który chciał być jeszcze dziennikarzem i człowieka mediów, który nigdy nie został politykiem.

Cenzura to wpływanie lub próba wpływania na zachowanie dziennikarzy w korzystny dla cenzora sposób. Zatem, gdyby ktoś chciał udowodnić, że Hołownia nie został jednak cenzorem, polecam rozmaite lektury o tym, że cenzura jest właśnie chęcią oddziaływania na efekt pracy dziennikarzy. Jeśli miejsce pracy dziennikarzy jest ograniczone, nawet w ciasnym parlamencie, to efekt ich pracy jest mizerny. Albo żaden. Może o to Panu Marszałkowi Hołowni chodzi?

WIKTOR ŚWIETLIK: Kibice przemocy

Ci, którzy twierdzą, że liberalne czy prorządowe media nie patrzą Donaldowi Tuskowi na ręce nie mają racji. Patrzą i domagają się więcej. Zaczęły spełniać podobną rolę do publiczności walk gladiatorów domagającej się od ukochanego cezara coraz krwawszych widowisk i zagrzewającej go do ich organizacji. 

Epopeja walki z immunitetem Marcina Romanowskiego ma pewną charakterystyczną cechę, podobną do innych tego typu historii z niedawnej przeszłości, która jest – mam wrażenie – mało opisana. A zasługuje na taki opis i w sumie solidną dokumentację. Nie chodzi o cofanie immunitetu byłego wiceministra przez Radę Europy pod naciskiem polskiego rządu, ani nawet wracanie do starych zarzutów. Ponoć jest to niezgodne z procedurami, ale czymże są procedury w czasach demokracji walczącej o praworządność, gdzie prawa stanowi nie jego litera, a opinie zblatowanych z władzą kancelarii. Chodzi o rolę mediów.

Osobom z pewną choćby dozą krytycyzmu patrzącym na postępy tej władzy w umacnianiu demokracji i zwalczaniu wrogów ludu, z reguły rola mediów głównego nurtu jawi się jako reaktywno-wykonawcza. Dobrym przykładem była sprawa byłego szefa Orlenu. Oto służby podległe premierowi wygrzebują nagromadzone po poprzednikach nagrania. Wyciągają bez składu z tego trochę urywków. Tu jakieś przekleństwo, tu o kimś coś nieładnie, i wrzucają „dziennikarzowi” temu co zawsze. Ten składa z tego jakieś chaotyczne story, którego kawałkami od rana zachwycają się telewizje. W południe występuję premier i mówi o aferze stulecia, tysiąclecia, że nie popuści. Potem funkcjonariusze medialni urządzają dziką orgię poparcia dla słusznego gniewu wściekłego Tuska i nienawiści do jego wrogów. Jeśli uda się doprowadzić do autentycznego aresztowania to orgia jest jeszcze większa. Szczytowym przykładem jest radość w stylu nieocenionego w takich sprawach Wielińskiego zachwycającego się, że w brytyjskim więzieniu, gdzie w areszcie przebywa były szef Rządowej Agencji Rezerw Materiałowych, siedzą także gwałciciele i mordercy.

Zresztą funkcjonariusze spełniają też czasem doniosłą rolę na innych niż bezpośrednio medialny frontach. Weźmy chociażby najazd służb Tuska na pałac prezydencki na początku roku, czyli słynne zatrzymanie Wąsika i Kamińskiego. Kolumna głowy państwa została w tym czasie zablokowana przez zupełnie przypadkowo zepsuty autobus miejski. O tym, że autobus miejski zupełnie przypadkowo się zepsuł, zaświadczył pracownik tej co zawsze telewizji, który zupełnie przypadkowo się w tym autobusie zajmował.

Mam jednak wrażenie, że oprócz tych jakże ważnych społecznie ról wspierania władzy, szczucia w jej imieniu i krycia jej, gdy trzeba, nasze „wolne media” spełniają jeszcze jedną nieocenioną rolę. To one popychają ją do naruszeń, szczególnie w obszarze podpuszczania do coraz ostrzejszej przemocy wobec przeciwników. Drwiny z księdza Olszewskiego, kłamstwa o tym, że „ukradł sto baniek”, a także nieustanne oburzenie, że niedostatecznie wiele osób jeszcze wsadzono, że nadmiernie demokracja walcząca przejmuje się jeszcze resztami jakichkolwiek przepisów, immunitetami, procedurami, domniemaniami niewinności. Prorządowe publikatory i ich funkcjonariusze spełniają rolę najbrutalniejszych kibiców żądających od władzy coraz to brutalniejszych ruchów, także w stosunku do innych mediów, celuje w tym oczywiście Czerska, a władza zaspakaja ich marzenia.

Zastanawiałem się, czy było tak jeszcze niedawno. Jednak nie. TVP Jacka Kurskiego jechała po Tusku, kpiono z KOD i atakowano Czerską, niemieckie media, TVN. Ale już choćby kwestie repolonizacji czy opodatkowania TVN budziły dyskusje i wątpliwości. W czasie rządów PiS doszło do kilku aresztowań polityków czy menadżerów związanych z PO. Czy zatrzymaniu Jacka Krawca, byłego szefa Orlenu, towarzyszyła medialna orgia? Nawet słynne omdlenie mecenasa Giertycha budziło powszechne politowanie, ale nie przypominam sobie aż takiego wzmożenia. PiS miał swoje narracje i swoich narratorów, nierzadko nadgorliwych, niektórych także godnych miana funkcjonariuszy, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich otwarcie życzył komuś z opozycji gwałtu w więzieniu albo w urbanowskim stylu kpił z ewidentnie umęczonego więźnia.

Skąd ta różnica? Mam swoją własną teorię, że dziennikarze z Czerskiej i Wiertniczej jako dzieci raczej nie chodzili na religię i do kościoła. A nawet jak ktoś już dawno zapomniał o tym, co tam mówiono, co dotyczy większości dziennikarzy tak zwanej prawicy, to kilka zasad czasem gdzieś w tyle czachy każdemu zostaje. Miedzy innymi to, że pasienie się sadystyczną nienawiścią do innych, kiedy mają problemy, w dłuższej perspektywie nie popłaca.  A może i wytłumaczenie jest inne. Takie, że zbiorowa agresja i nienawiść to przede wszystkim domena tchórzy i ludzi słabych. Więc i o nich trzeba czasem może pomyśleć z litością, by nie być jak oni? Nie jest to łatwe uczciwie mówiąc. Jest to nawet, szczególnie dziś, cholernie trudne.

 

 

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści zrobili z księdza Gurgacza herszta bandy i zamordowali

Zbrodnia miała miejsce 14 września 1949 r. na podwórzu więzienia przy ul. Montelupich, w wyniku haniebnego wyroku krzywoprzysiężnego „sądu”. Według relacji naocznego świadka egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”, w tył głowy. Tak zginął ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita, który jako kapelan wspierał duchowo młodych chłopaków z antykomunistycznego oddziału „Żandarmeria” Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Potajemnie pogrzebany, po latach odnaleziony przez IPN, został z honorami pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Po aresztowaniu w lipcu 1949 r. ks. Władysława Gurgacza przesłuchiwali funkcjonariusze operacyjni z PUBP w Nowym Sączu oraz WUBP w Krakowie: Jan Bądek oraz Adam Błażejczyk i Bolesław Tomiak.

Najlepiej rozpoznany jest Jan Bądek, który był „specjalistą” od oddziału „Żandarmeria”. Po zaliczeniu – w ostatnich miesiącach 1947 r. – Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej PPR – w maju 1949 r. w lasach Jaworzyny Krynickiej brał udział, razem z oddziałem KBW, w zasadzce na członka „Żandarmerii” Mieczysława Rembiarza ps. „Orlik”. W lipcu 1949 r. uczestniczył w akcji zabicia kolejnych żołnierzy „Żandarmerii” w Kunowie k. Nowego Sącza.

Śledztwo

Księdza Gurgacza po aresztowaniu przekazano do dyspozycji Wydziału Śledczego, gdzie przesłuchania prowadzili Tadeusz Ziarko i Henryk Capiga. Ten drugi (rocznik 1927) w czasie niemieckiej okupacji należał do oddziału Gwardii Ludowej – Armii Ludowej im. Bartosza Głowackiego. 1 marca 1945 r. rozpoczął „służbę” w bezpiece. W 1947 r. przeszedł kurs śledczy przy Centralnej Szkole MBP w Warszawie. Awansowany, pod koniec lat 60-tych był zastępcą Naczelnika Wydziału „B” Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie w stopniu majora. „Służbę” skończył w stopniu podpułkownika.

7 lipca 1949 r. podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie, Stanisław Węglarz, podsumował stawiane księdzu zarzuty. Następnego dnia funkcjonariusz śledczy Jan Zborowski sporządził „postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej”, a naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Krakowie, Franciszek Gałuszka, przygotował akt oskarżenia, zaakceptowany przez prokuratora WPR w Krakowie, Piotra Smolnickiego

„Przywódca bandy”

Rozprawa przeciw oddziałowi dowodzonemu tak naprawdę przez Stefana Balickiego „Bylinę”, którą komuniści propagandowo nazwali „procesem ks. Gurgacza”, a w prasie także „procesem bandy ks. Gurgacza”, stała się pretekstem do nagonki na Kościół katolicki.

Rozprawie przewodniczył szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie Władysław Stasica, przy udziale Ludwika Kiełtyki i Mieczysława Motyczko.
Władysław Stasica (rocznik 1913), w latach 30. ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Od września 1947 do grudnia 1952 r. był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. Przewodniczył składom sędziowskim w wielu procesach żołnierzy i działaczy niepodległościowych, m. in. Kazimierza Pużaka. Później był wziętym adwokatem (członek Zespołu Adwokackiego nr 14 w Krakowie). Zmarł 20 czerwca 1973 r., pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Ludwik Kiełtyka (rocznik 1922), ukończył Gimnazjum Państwowe w Przemyślu (1935-1939), oraz Liceum Handlowe (1939-1940). W czasie niemieckiej okupacji pracował jako instruktor hodowlany Związku Hodowców Bydła w Krakowie. W lipcu 1944 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a w lutym 1945 r. do (L)WP.
We wrześniu tego roku ukończył sześciomiesięczną Oficerską Szkołę Piechoty w Inowrocławiu i został skierowany do Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie na stanowisko sekretarza. Ostatecznie, awansując na sędziego krakowskiego WSR, wydał 85 wyroków śmierci (w sumie miał ich na koncie co najmniej 216). Potem płynnie stał się urzędnikiem Państwowej Inspekcji Pracy i prezesem Handlowej Spółdzielni Inwalidów w Kielcach.

W uzasadnieniu wyroku na ks. Gurgacza sędziowie WSR w Krakowie podkreślali, że jezuita był „kapelanem bandy, którą demoralizował swoimi kazaniami, wychowując ją w duchu wrogości do obecnego ustroju”. (…) „Był moralnym przywódcą bandy, w bandzie używał ps. »Ojciec<, »Sem«.”

„Nienawiść do ustroju”

Oskarżycielem był szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Katowicach, Henryk Ligięza. W wystąpieniu, domagającym się kary śmierci, podkreślał, że „celem większego sfanatyzowania członków »Żandarmerii« osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. Przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju, osk. ks. Gurgacz wpajał w członków »Żandarmerii« nienawiść do obecnego ustroju i wolę do obalenia go”.

Henryk Ligięza (w 1936 r. absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w 1944 r. powstaniec warszawski w obwodzie „Żywiciel”) po wojnie „służył” najpierw w UB, po czym został przeniesiony na stanowisko podprokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie. Potem już tylko piął się po szczeblach kariery: w latach 1946-1955 był prokuratorem wojskowym w Krakowie, Białymstoku, Katowicach, a od 1950 r. w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.

Mimo zarzutów „odwilżowej” Komisji Mazura o łamaniu „socjalistycznej praworządności”, miękko wylądował w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych w Warszawie (zastępca kierownika działu), potem w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie (radca prawny), w końcu w Głównej Komisji Arbitrażowej (od 1959, arbiter i kierownik zespołu). Zmarł 25 września 1973 r. w Warszawie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie!!!

 „Każda kropla krwi niewinnie przelanej…”

13 sierpnia 1949 r., ostatni dzień procesu. W protokole rozprawy zapisano: „osk. ks. Gurgacz Władysław – nie oświadcza się”. Przeczą temu odnalezione zapiski funkcjonariusza pionu śledczego bezpieki: „Ost(atnie) słowo Gurgacz – do oddz[iału] nie należał z przyczyn polit(ycznych), jest niewinny jako kapłan, zakonnik i Polak. Niewinny dlatego – bo działał w dobrej wierze. Niewinny wobec Kościoła. Do lasu został zabrany – przymus fizyczny i moralny. Zrobił błąd. Nie tylko może, lecz i powinien udać się do lasu, aby przeciwdziałać większemu złu (dopisek na marginesie: moralista). Zamienił sukienkę duchowną na mundur polskiego żołnierza. Przeciwdziałał rozwojowi organizacji (gdyby nie on, byłoby nie 20, a cały batalion, całe Podhale). On chłopców umoralniał. Uważa, że wyraża przekonania większości narodu. Nie uznaje władz obecnych. Uważa się za przeds(tawiciela) 24 mili(onów) Polaków, którzy nie zgadzają się z obecną rzeczyw(istością) i modlą się o wolność. Iudica me deus (sic!) et discerne causam meam (łac.: Osądź mnie, Boże, i rozstrzygnij sprawę moją)”.

Według relacji zebranych przez biografkę zakonnika, Danutę Suchorowską, ks. Gurgacz miał w ostatnim słowie wypowiedzieć jeszcze kilka ważnych zdań: „(…) ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.

„Pod Twoją obronę”

14 sierpnia 1949 r. krakowski WSR wydał wyrok. Na śmierć skazano ks. Władysława Gurgacza, Stefana Balickiego „Bylinę” i Stanisława Szajnę „Orła”. Osadzono ich następnie w bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o którą zresztą ks. Gurgacz nie prosił.

Przez miesiąc ks. Gurgacz przebywał w celi śmierci, mając ograniczone możliwości kontaktowania się z pozostałymi żołnierzami PPAN. 14 września 1949 r. na podwórzu Montelupich (w rogu między murem a więzienną piekarnią), egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”. Choć w protokole zapisano obecność „plutonu egzekucyjnego”, w tył głowy strzelał tylko jeden – kat Montelupich – Władysław Szymaniak. W zbrodni asystowali: prokurator WPR w Krakowie Zenon Grela, naczelnik więzienia Władysław Pestka oraz – stwierdzający zgon, lekarz więzienny Eryk Dormicki.

Ostatnie chwile ks. Gurgacza zrekonstruował na podstawie rozmów z więzionymi w tym czasie na Montelupich ks. Szymański:

„Trzech więźniów szło na stracenie. Ubrani byli tylko w bieliznę. Pierwszy szedł o. Gurgacz, za nim Balicki i Szajna. Starszy celi położonej na wprost korytarza zarządził modlitwę za idących na śmierć. Zaśpiewano głośno »Pod Twoją obronę«. Strażnik kazał im milczeć, lecz oni śpiewali dalej. Wsłuchany w słowa pieśni szedł o. Gurgacz razem z dwoma przyjaciółmi na śmierć. (…) Przybyli na miejsce kaźni położone pod murem więziennym. Zawiązano im oczy. Prokurator, naczelnik więzienia i lekarz stanęli obok skazańców. (…) Gdy zamilkły tony pieśni, więźniowie w celach wyraźnie słyszeli cztery strzały. Dlaczego cztery? Wyrok wykonywał strażnik więzienny. Strzelał on z rewolweru wprost w potylicę. Pierwszy jednak strzał przeznaczony dla Gurgacza nie był celny. Zranił go tylko. Drugi strzał był przeznaczony dla Balickiego, a trzeci dla Szajny. Obydwa były celne. Teraz oddziałowy oddał strzał czwarty do słaniającego się po ziemi Gurgacza. Tym razem nie chybił. To, co się działo przy egzekucji i co opisałem, zawdzięczamy dr. Ernestowi von Beple (właśc. Ernestowi Boepple), odsiadującemu karę za zbrodnie popełnione podczas okupacji w Oświęcimiu. Przy egzekucji był obecny, ponieważ kazano mu ciała zabitych włożyć do worka i zanieść do piwnicy”.

Ksiądz Władysław Gurgacz został potajemnie pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jego szczątki odnaleziono w październiku 2018 r. podczas prac poszukiwawczych IPN.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści usłyszeli od niego: „NIE”

10 września 1947 r. płk. Franciszek Niepokólczycki został skazany na karę śmierci. W czasie II wojny światowej oficer ZWZ-AK. Od 1943 r. był zastępcą komendanta Kierownictwa Dywersji KG Armii Krajowej. W latach 1945–1946 prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, co pokazuje ciągłość walki.

Po aresztowaniu Niepokólczycki przeszedł ciężko śledztwo, torturował go m.in. słynny sadysta Jerzy Kędziora, który żyje do dziś pod Warszawą. O swojej postawie Niepokólczycki pisał po latach do przyjaciela: „Dowódcy wojskowi na tak wysokich stanowiskach, na jakim ja byłem, czasami znajdują się w takich sytuacjach, że powinni zdecydować się zginąć, ale nie wolno im kapitulować lub robić woltę. […] Trzymałem się tej zasady – można samemu przegrać, ale nie można utrudniać sytuacji innym”.

Dlatego podczas przesłuchań płk Niepokólczycki nie obciążał podwładnych, twierdząc, że działali z jego rozkazu i tylko on ponosi za to odpowiedzialność. Nie dał się także omamić ubeckim obietnicom: „Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 r., i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie”.

Powstałe 2 września 1945 r. na bazie struktur Armii Krajowej Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) – największa antykomunistyczna organizacja w powojennej Polsce, kontynuująca ideę odzyskania niepodległości – miało przede wszystkim charakter cywilny i obywatelski. Świadczyła o tym pełna nazwa – Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. Jego celem był dalszy opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Zrzeszenie WiN szybko stało się najliczniejszą ogólnopolską organizacją niepodległościową. Szacuje się, że już w 1945 r. liczyła ona 20 tys. członków. Idee cywilnego oporu były realizowane wielotorowo. Z jednej strony –rozwijano propagandę niepodległościową, z drugiej – infiltrowano powstające struktury „ludowej” władzy. Z rządem londyńskim utrzymywano kontakty kurierskie i korespondencyjne.

Jeszcze przed zakończeniem wojny z Niemcami, kiedy od wschodu nadciągała Armia Czerwona, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przygotowywali się na najczarniejszy scenariusz – konieczność przeciwstawienia się nowemu zaborcy. W tym celu, bazując na siatce i potencjale Armii Krajowej, zaczęto tworzyć nowe, ściśle zakonspirowane struktury. Najpierw powstała organizacja „Nie” („Niepodległość”), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ).

Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów „Nie”, pojawiła się wśród dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 r., kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była bezpośrednią reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i lesie żołnierzy AK. Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie tylko po to, żeby je prowadzić do boju, lecz przede wszystkim bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom „urządzić się” w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK. Głównym celem WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce gwarantowanych przez aliantów. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.

„Rozładowanie lasów” napotykało jednak wiele trudności. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców „ludowa” władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.

Wyrok śmierci na płk Franciszka Niepokólczyckiego zapadł 10 września 1947 r. w Krakowie w procesie WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chociaż oskarżony odmówił napisania prośby o łaskę, jemu i czterem innym skazanym tow. Bierut złagodził orzeczoną karę. Wyrok dożywotniego więzienia odbywał we Wronkach i w Szczecinie, cały czas odmawiając pisania próśb o łaskę (zakazał tego również żonie Annie).

Zwolniony na fali politycznej „odwilży” w grudniu 1956 r. Schorowany, przez kilka lat poruszał się o lasce. Mieszkał w podwarszawskim Milanówku, potem w Brwinowie.

Inwigilowany przez SB. Jeden z funkcjonariuszy pisał o Niepokólczyckim w 1958 r.: „Jego zdaniem legenda AK istnieje, rośnie i będzie rosła. Nie potrafią temu zapobiec czynniki rządowe bez względu na stosowane środki. […] Obecnie wielką polityką dla AK-owców w kraju jest zachować swoją godność żołnierską i nie pozwalać wszelkimi sposobami na pomniejszanie dorobku AK i jej legendy. Powinna ona jak sztandar być przekazana młodzieży”. Płk Franciszek Niepokólczycki zmarł 11 czerwca 1974 r. w Warszawie.

Kolejne Zarządy Główne WiN bezpieka rozbiła w latach 1945–1947. Nadzieje na wolne wybory zniweczyło sfałszowanie przez komunistów wyników referendum (3 razy „TAK”) w czerwcu 1946 r. Wówczas zmianie uległa taktyka WiN. Głównym zadaniem stało się informowanie światowej opinii o sytuacji w Polsce. Miał temu służyć m.in. „Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ”, a także apele do Trybunału w Hadze czy prezydenta USA Harry’ego Trumana.