Umiała być Przyjaciółką – wieczór wspomnień o BARBARZE PETROZOLIN-SKOWROŃSKIEJ

Klub Publicystyki Kulturalnej SDP zorganizował spotkanie poświęcone zmarłej jesienią 2023 roku Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej, pisarce, redaktorce i dziennikarce, której pasją była m.in. historia i historyczce pasjonującej się dziejami Warszawy i… swoją Rodziną – jak wspominali uczestnicy spotkania. A wieczór wspomnień nie przez przypadek zorganizowano w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego wieloletnią działaczką była Petrozolin-Skowrońska. Ten niezwykły wieczór wspomnień odbył się 4 grudnia. W imieniny Barbary.

Do Sali SDP przy Foksal w Warszawie przybyło liczne grono znajomych, współpracowników, przyjaciół oraz Bliskich śp. Pani Barbary. Ktoś przybyłych na spotkanie, jeszcze przed jego rozpoczęciem, powiedział, aby nie przypominać już szczegółów z życiorysu Pani Basi, bo „trzeba ją wspominać jako człowieka a nie jako postać historyczną” – zaproponowano. Ja niestety nie mogę tego zrobić, zatem zaczną od krótkiej noty biograficznej, którą publikowaliśmy tego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się o tym, że odeszła.

Pisarka, redaktor, dziennikarka

Barbara Petrozolin-Skowrońska urodziła się 24 lipca 1937 r. w Warszawie. Wojnę i okupację przeżyła na  Saskiej Kępie, z którą była związana do końca życia. Ukończyła liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, a później historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Interesowała się m.in. losami polskiej inteligencji, historią prasy i dziejami Warszawy. Współpracowała z ,,Kulturą”, ,,Literaturą”, ,,Mówią wieki”, ,,Nowymi Książkami”. Pisała scenariusze słuchowisk dla Polskiego Radia. Była autorką książek, m.in. „Przed tą nocą” o Powstaniu Styczniowym, i „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego”. W latach 1990 – 1998 pełniła funkcję redaktorki naczelnej Encyklopedii PWN, wydała m.in. wyróżnioną licznymi nagrodami Encyklopedię Warszawy.

Współpracowała z Pracownią Dziejów Warszawy i Pracownią Dziejów Inteligencji Instytutu Historycznego PAN. Przez 10 lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Przez wiele lat działała w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, aktywnie pracowała w Klubie Publicystyki Kulturalnej, była inicjatorką wielu akcji stowarzyszenia, publikowała swoje teksty na portalu sdp.pl.

Barbara Petrozolin-Skowrońska odeszła 22 października 2023 roku.

Tyle oficjalnej biografii, przejdźmy do spotkania ze wspomnieniami o Pani Barbarze. Wieczór prowadził jej syn dziennikarz, publicysta, twórca Radia Wnet i wieloletni prezes SDP, teraz w Zarządzie Głównym stowarzyszenia. Na Sali była obecna również prezes SDP Jolanta Hajdasz i wiceprezes SDP Wanda Nadobnik. Zawsze mam problem z wymienianiem osób obecnych na Sali podczas ważnych rocznic, uroczystości i wydarzeń. Na pewno kogoś pominę, ale przynajmniej oddam głos tym, którzy po ponad roku od odejścia Pani Basi wspominali ją tego grudniowego wieczora.

Powspominajmy…

„Na sali są sami przyjaciele mojej mamy” – tak rozpoczął spotkanie Krzysztof Skowroński.  „To jest zatem takie przyjacielskie spotkanie i tak je potraktujmy. Mam nadzieję, że będzie to wieczór pełen ciepłych wspomnień. Porozmawiajmy i powspominajmy mamę” – zachęcał. „Gospodynią tego spotkanie jest szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej Teresa Kaczorowska” – wyjaśnił Skowroński dodając, że redaktor Kaczorowska wyjechała do USA i nie mogła uczestniczyć w spotkaniu. List od niej ze wspomnieniami o Pani Barbarze odczytała wiceprezes SDP Wanda Nadobnik.

„Barbara była osobą bardzo aktywną, ciekawą świata, pracowała i działała głównie w Warszawie, ale też często wyjeżdżała, między innymi na północne Mazowsze. Uczestniczyła u nas w imprezach literacko-kulturalnych. (…) Zawsze była zachwycona kulturą i tradycją Ziemi Ciechanowskiej” – napisała Teresa Kaczorowska we wspomnieniach, które odczytała Wanda Nadobnik.

A sama wiceprezes SDP powiedziała, że oprócz wielu innych wspomnień ma też jedno, które doskonale charakteryzuje Barbarę Petrozolin-Skowrońską, osobę niesłychanie aktywną, która była filarem warszawskiej inteligencji a zarazem filarem Rodziny – mamą, teściową i babcią.

„Ja się denerwuję…”

„Było to chyba w czerwcu 2023 roku. Basia, po spotkaniu w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP, zadzwoniła do mnie. Rozmawiałyśmy, a w pewnej chwili Barabara powiedziała: <<Ja się tak denerwuję, bo Krzysztof zniknął. Prawdopodobnie pojechał do Wrocławia i to samochodem. I nie powiedział mi o tym.>> Mnie przypomniała się moja mama. Kiedy jedna z nas, trzech jej córek, wyjeżdżała gdzieś autem, mama dostawała szału i dzwoniła po wszystkich znajomych. Tak samo Basia” – wspominała Nadobnik dodając, że Pani Barbara następnego dnia zadzwoniła do niej z informacją, że Krzysztof nie powiedział jej, że pojechał samochodem, bo wiedział, że mama się będzie denerwować. Krzysztof Skowroński miał wówczas 57 lat… „To było takie wzruszające” – mówiła Nadobnik. „Tak było…” – potwierdził prowadzący wieczór wspomnień syn Pani Barbary.

Do wielu innych wspomnień i anegdot wracało grono najbliższych koleżanek Barbary Petrozolin-Skowrońskiej, dziennikarek tworzących nieformalny „Klub Wierszówek”. Jedna z nich, Elżbieta Królikowska-Avis tak zapamiętała Panią Basię:

„Spotkałyśmy się jakieś 15 lat temu, pewnie tutaj, na Foksal w Domu Dziennikarza. Miała ogromne <<zapotrzebowanie>> nie tylko na kulturę, ale i na ludzi. Spotkałyśmy się tutaj, wszystkie jesteśmy dziennikarkami, ale przyjaźń przeniosła się poza ten gmach.

Kreatywna w przyjaźni

Spotykałyśmy się a to w teatrze a to na jakimś spotkaniu, promocji książek, a to w restauracji Rukola, to nasza ulubiona, a to w kawiarniach no i w naszych domach” – mówiła Królikowska-Avis.

„Basia była bardzo kreatywna w przyjaźni” – podkreśliła. „Lubiła zaskakiwać nas, kiedy zapraszała nas na te swoje garden – party przy floksach, one zawsze tak pięknie pachniały. Zawsze to przyjątko było bardzo ładnie przygotowane. Kiedyś pamiętam przyszłam do niej a Basia cała rozemocjonowana mówi << O, jesteś, ale wiesz co, posłuchajmy teraz w Radiu Wnet mojego wnuka Józefa, bo on zaraz będzie czytał wiadomości sportowe” – wspominała. „Basia miała <<kawałek >> charakteru. Słuchała oczywiście innych poglądów, co nie oznaczało, że rezygnowała ze swoich, ale nie obrażała się” – tak Elżbieta Królikowska-Avis wspominała Panią Basię.

Nie mówiła o chorobach, ale mówiła „przepraszam”

Inna przyjaciółka Petrozolin-Skowrońskiej z „Klubu Wierszówek” Hanna Budzisz także podkreślała wszechstronne uzdolnienia redaktor Barbary: „Ceniłam Basię za jej lotny umysł i zainteresowanie światem” – opowiadała. „To nie był człowiek, który koncentruje się tylko na sobie, na własnych problemach, na własnych chorobach. Żyła tym, co się działo na świecie, tym co się działo w Polsce, w SDP” – mówiła Hanna Budzisz.

Kolejna przyjaciółka Pani Barbary z „Klubu Wierszówek” Anna Amanowicz wspominała, że prowadziły z Petrozolin-Skowrońską ożywioną korespondencję wysyłając sobie, niekiedy późnym wieczorem lub w nocy SMS-y.

„Basia umiała być przyjaciółką. Kiedy były jakieś nieporozumienia, to Basia natychmiast pisała do mnie wieczorem <<Przepraszam…>>” – podsumowała Anna Amanowicz.

Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas…

Przyjaciółka Pani Barbary, poznana w l. 80 ub. w. pieśniarka Ewa Błoch, śpiewała podczas wieczoru wspomnień ulubione utwory Pani Barbary. „Odnoszę wrażenie, że Basia dość sceptycznie zareagowała podczas naszego pierwszego spotkania, spotkania autorskiego poświęconego jej książce o Powstaniu Styczniowym” – opowiedziała ze śmiechem. „To się jednak szybko zmieniło, bo wówczas wybrałam – jej zdaniem – odpowiednie pieśni i je zaśpiewałam” – mówiła Ewa Błoch. „Basia była dla mnie takim filarem trwania. Trwania przez pokolenia” – podkreśliła. A potem Ewa Błoch zaśpiewała wiersz Karola Wojtyły „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”.

 

„…Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas
i opierałeś się na przeciwnym brzegu,
usłyszałeś daleki mój płacz,
i od wieków wiedziałeś, dlaczego…”

 

Skarbnicą opowieści i anegdot o Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej okazał się jej wnuk, dziennikarz Józef Skowroński:

„Przepraszam tych wszystkich, których babcia namawiała do słuchania wraz z nią, czytanych przeze mnie wiadomości sportowych. Strasznie mi przykro” – rozpoczął wnuk Pani Basi, co Krzysztof Skowroński skwitował: „To pomyśl, ile było ofiar zmuszonych przez babcię do słuchania twojego taty” – powiedział syn Pani Barbary. „No, tak 30 lat o tym samym” – odparł Józef Skowroński, który teraz w Radiu Wnet prowadzi audycje społeczno-polityczne m.in. Studio Wschód, ale zajmuje się także… muzyką klasyczną.

„Robiłem audycje, aby babcia była zadowolona…”

„Babcia była wybitną recenzentką – myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu wszystkich jej wnucząt – cokolwiek trafiało w jej ręce, od moich audycji radiowych, poprzez teksty mojego brata, czy moich sióstr, naszych jakichś tam osiągnięć –  babcia była recenzentem, krytykiem” – mówił wnuk. „Bardzo doceniałem to, że jej recenzja była szczera” – dodał.

„Nie wiem czy to jest dobra metoda dziennikarska, ale w moich przygodach radiowych wyobrażałem sobie, że słucha mnie babcia” – wspominał Józef Skowroński. „Niektóre z tych audycji robiłem nawet tak, aby babcia była zadowolona, bo wiedziałem, że jak ona będzie zadowolona, to jest spora szansa, że inni również mogą uznać, że program jest dobry” – opowiadał.

Kto ma pierwszeństwo?

„Miała bardzo fajne poczucie humoru, abstrakcyjne bardzo często. Pamiętam, że raz kiedy na Saską Kępę zawitała sroga zima – chodniki u nas były śliskie i wąskie, bo parkowały tam wszędzie auta – szedłem z babcią prowadząc ją pod rękę i zobaczyliśmy, że naprzeciwko nam idzie inna kobieta, chyba z wnuczką. Kobieta pchała przed sobą balkonik z kółkami. Próbowałem wymyślić sposób wyminięcia się, ale babcia przeszła ostro w bok, ustąpiła miejsca wchodząc niemal w krzaki. I pociągając mnie za sobą powiedziała z godnością: <<Proszę, pojazdy mają pierwszeństwo>>” – wspominał Józef Skowroński. Wnuk Pani Basi chciał opowiedzieć sztandarowy dowcip Pani Barbary o Czerwonym Kapturku, ale znowu nie zgodzili się na to inni członkowie Rodziny…

Publicysta, wieloletni reprezentant władz SDP –  i jak sam mówi o sobie – dziennikarz od stu lat, Stefan Truszczyński podkreślił, że jest we wspomnieniach o Pani Barbarze pewien kłopot. „Trudno jest wspominać takiego człowieka jak Basia, która wlewała wszędzie i we wszystkich niesamowite ciepło, bo ktoś może to uznać za pochwałę na wyrost, ale to naprawdę były bardzo ciepłe uczucia. I to – co tu dzisiaj chyba padło – że się nie obrażała, że zawsze pogadała” – mówił Truszczyński.

Cholera, za krótko się znaliśmy

„Poza tym, proszę Państwa, to była bardzo ładna kobieta. Jak kobieta jest ładna to się wszyscy do niej garną” – żartował dziennikarz. „Byłem bardzo zaskoczony jej śmiercią, ona przecież do prawie ostatnich dni była sprawna i taka mocna psychicznie…” – podkreślił.

„Jest taki uśmiech wspomnienia, że taką osobę, jak Basia, się znało. Cholera, niestety za krótko. Krzysiu, miałeś wspaniałą matkę” – powiedział Stefan Truszczyński do Krzysztofa Skowrońskiego.

Andrzej Palacz wydawca i przyjaciel Barbary Petrozolin-Skowrońskiej wspominał, że Pani Basia kierowała się w pracy redakcyjnej niespotykaną już dziś zasadą: „Doskonale współpracowało mi się z Basią, bo jeśli był jakiś problem, to nie szukała winnych, tylko zastanawialiśmy się jak wybrnąć z kłopotów” – podkreślił Andrzej Palacz.

Spotkanie zakończyło się po kilku godzinach a jego uczestnicy jeszcze długo wspominali redaktor Barbarę Petrozolin-Skowrońską.

HB

Na naszej stronie jest dostępna relacja (NAGRANIE) z tego wieczoru wspomnień:

KLUB PUBLICYSTKI KULTURALNEJ. Spotkanie poświęcone Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej (TRANSMISJA)

 

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Klub miłośników cenzury. Gazeta Wyborcza porzuciła X (dawny Twitter)

Świat cywilizowany i zachodnia myśl intelektualna nie przechodziła takiego kryzysu od czasu, kiedy Sokrates wypił cykutę. “Gazeta Wyborcza” porzuciła platformę społecznościową X (dawny Twitter). Na szczęście zacny periodyk będzie można znaleźć na platformie Blue Sky, stworzonej niegdyś przez Jacka Dorseya, dawnego twórcę Twittera.

Akcja przechodzenia na Blue Sky to fragment globalnego powyborczego trendu związanego z protestem przeciwko “sianiu dezinformacji” za pomocą X-a i w ogóle tolerancji na dezinformację, którą X ma prezentować pod rządami Elona Muska, a co miało doprowadzić do globalnej tragedii w postaci wyboru Donald Trumpa na 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.   Wcześniej na podobne działanie zdecydował się m.in. brytyjski „The Guardian”. Jak z dumą donoszą nasze zawsze poprawne czołowe serwisy biznesowe i technologiczne “do grona użytkowników Blue Sky dołączył też premier Donald Tusk”. Ale o co chodzi z tą dezinformacją?

Kto komu zabrania?

Czy X zabronił komuś coś publikować? Czy artykuły z “Gazety Wyborczej” były cenzurowane? Skądże znowu, przecież to na X-ie swoją radosną twórczość prowadził Roman Giertych. Problem polega na tym, że X, inaczej niż podczas wyborów w 2020 roku w USA, nie blokuje treści dezinformujących, czyli mówiąc krótko konserwatywnych. Stwierdzenia, że “płcie są tylko dwie” nie jest także przedmiotem błyskawicznego “shadow bana”, czyli faktycznego działania cenzorskiego ze strony enigmatycznego Pana Algorytmu, tak jak jest to w przypadku choćby Youtube, gdzie cenzura polityczna szaleje aż miło.

Brak kontroli fake newsów na X oznacza faktyczny brak lewicowo-liberalnej cenzury, która tyle razy ustawiała wybory, włącznie z tymi w 2023 roku w Polsce, kiedy przedstawiciele Big Techów, rączka w rączkę pomagali Platformie opanować algorytmiczny świat. Jakżeż dobrze musieli to rozumieć, pływać w tym jak ryby w wodzie, nasi potomkowie cenzorów, zawdzięczający tyle razy władzę wycinaniu z rynku wszystkich mediów i każdej produkcji kulturalnej, która nie była po ich myśli.

Ile ma motylek?

W wyniku tego demokratycznego protestu platforma Blue Sky zyskała tylko w ciągu jednego dnia milion użytkowników. A przynajmniej tak twierdzi, bo sami tego nie sprawdzicie. A to dlatego, że Blue Sky nie ujawnia swoich dokładnych danych, czyli cała informacja jest oparta na ich twierdzeniu. Swoją drogą – tu zabawny paradoks – wzbudziło to opór Komisji Europejskiej, która domaga się umieszczania przez Blue Sky oficjalnej informacji ilu ma użytkowników. A takiej nie ma. Są tylko nieweryfikowalne twierdzenia jej twórcy, że jest ponoć ich ponad 20 milionów (X ma ponad pół miliarda). Czasem jak widać lewicowo – liberalne dążenie do kontroli wszystkiego obraca się przeciwko samemu sobie. W sprawie tej z pytaniami do Blue Sky o komentarz zwrócił się Reuters i… nie otrzymał odpowiedzi.

Tyle w sprawie dezinformacji i uczciwej polityki informacyjnej, w które wiara miała rzekomo zaprowadzić “Gazetę Wyborczą” na nową platformę. Cóż, dobrze się stało. Szczególnie, że już wkrótce zapewne zagości tam farma Romana Giertycha. Walka z dezinformacją będzie się kręcić jak w młynie. Diabelskim, rzecz jasna.

 

Czy Hołownia studiował na Collegium Humanum? Newsweek oskarża, marszałek zaprzecza

„Szymon Hołownia „studiował” na Collegium Humanum. Oceny wpisywał rektor [NASZ NEWS]” – tak napisała w środę wieczorem. publicystka Newsweeka Renata Kim na stronie internetowej tygodnika.

Newsweek zaczyna jednak swój nadzywczajny artykuł już w innym tonie. „Czy Szymon Hołownia studiował w Collegium Humanum? Byli pracownicy twierdzą, że był na liście studentów, ale nie przychodził na zajęcia. Marszałek nie odpowiedział od razu na pytania Newsweeka przesłane mailem” – napisano na portalu tygodnika.

Marszałek Sejmu Szymon Hołownnia zwołał 27 listopada br. późnym wieczorem konferencję prasową, na której zdecydowanie zaprzeczył zarzutom „Newsweeka”. „Nie byłem nigdy studentem tej uczelni” – podkeślił Hołownia tłumacząc, że owszem zapisał się na studnia na skompromitowaną oskarżenimi o sprzedawanie dyplomów, ale nigdy nie podjął tam nauki i za nią nie płacił/

W koalicji PO, TD (PL 2025) i NL tworzącej obecny rząd Donalada Tuska  zawrzało. Politycy i dziennikarze spekulują, że afera Hołowni może spowodować upadek rządu. A członkiem tej koalicji jest Polska 2050 – ugrupowanie, którego liderem jest marszłek Sejmu Szymon Hołownia.

red. sdp.pl  na podstawie Newsweek/ wPolityce

TVN ukarany z materiał o ojcu Tadeuszu Rydzyku

Przewodniczący KRRiT Maciej Świrski nałożył na spółkę TVN SA karę w wysokości 142 800 zł. za emisję reportażu pt. „32 lata bezkarności. Fenomen ojca Tadeusza”. Regulator dopatrzył się w nim treści nawołujących do nienawiści i dyskryminujących z uwagi na przekonania religijne.

Jak poinformowała KRRiT, po emisji reportażu wpłynęło łącznie 2 624 skarg z 26 656 podpisami odbiorców.

„Przeprowadzona analiza wykazała, że poruszone wątki opisujące działania o. Tadeusza Rydzyka oraz środowiska słuchaczy Radia Maryja miały na celu wzbudzenie niechęci odbiorców i pokazanie osoby o. T. Rydzyka wyłącznie w negatywnym świetle” – czytamy w komunikacie.

Dalej zauważono, że w audycji „wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka, a także różne wydarzenia związane z jego działalnością pozbawione były szerszego kontekstu. Zostały wykorzystywane w celu poparcia kolejnych tez stawianych przez autora reportażu bez żadnego udokumentowania oraz w sposób jednostronny, tak aby wzbudzić niechęć odbiorców i wywołać wyłącznie negatywne opinie”.

Regulator dopatrzył się również, że w materiale TVN „zastosowano typowe środki manipulacji polegające na cytowaniu wypowiedzi wyrwanych z kontekstu oraz rozpowszechnianie kłamstw w odniesieniu do spraw już dawno wyjaśnionych. Przywoływano przy tym wiele stereotypowych poglądów na temat rozgłośni Radia Maryja, a na poparcie stawianych tez wykorzystano m.in. fragmenty utworu scenicznego, a zatem fikcji, autorstwa Marcina Kąckiego, jednej z tych osób, których wypowiedzi w reportażu były przedstawiane jako ustalenia faktyczne”.

Stwierdzono, iż „poprzez publikację materiału zawierającego treści nawołujące do nienawiści oraz dyskryminujące ze względu na religię lub przekonania, poglądy polityczne lub wszelkie inne poglądy spółka TVN naruszyła art. 47h ustawy o RTV”.

Dlatego przewodniczący KRRiT zadecydował o nałożeniu na dostawcę kary pieniężnej w wysokości 142 800 zł .

red., źródło: KRRiT

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak Bauman unicestwiał Polskę

Brytyjskie miasto Leeds. Spokojna, pełna zieleni dzielnica, z dala od centrum. Dwupiętrowy domek jednorodzinny z zadbanym ogródkiem. Na balkonie widać talerz z polską telewizją satelitarną. Tu, przez ponad 40 lat, mieszkał Zygmunt Bauman, choć urodził się w Poznaniu. Do 1990 r. był kierownikiem katedry socjologii tamtejszego uniwersytetu w Leeds. Wspólne seminaria prowadził z prof. Aleksandrą Jasińską-Kanią, córką agenta NKWD Bolesława Bieruta. Towarzysze mieszkali nawet razem, bo byli parą.

Zygmunt Bauman – major Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, za likwidację Żołnierzy Wyklętych odznaczony Krzyżem Walecznych, agent zbrodniczej Informacji Wojskowej. Urodził się 19 listopada 1925 r. w Poznaniu, zmarł 9 stycznia 2017 r. w Leeds (Wlk. Brytania).

„Grupa ogolonych na łyso Polaków wtargnęła na wykład prof. Zygmunta Baumana w Manchesterze i przerwała go wulgarnymi przyśpiewkami [precz z komuną]. Po krótkim czasie opuścili budynek. Nie zostali zatrzymani” – oburzała się w 2014 r. „Gazeta Wyborcza” podkreślając z satysfakcją, że podczas wcześniejszego wykładu we Wrocławiu (na zaproszenie prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza), za protest przeciwko obecności Baumana na tamtejszym uniwersytecie, kilku młodych ludzi skazano na kary do 30 dni aresztu, a dwunastu dostało grzywny od tysiąca do 6 tysięcy złotych.

Czyli, zamiast ścigać prawdziwych przestępców, w tym zbrodniarzy komunistycznych, aresztuje się i skazuje ludzi, którzy o takich zbrodniarzach przypominają. Ludzi, dla których skandowanie i wywieszanie transparentów: „precz z komuną” jest aktem desperacji. Bo major Bauman zamiast o swojej przeszłości lubił dyskutować o swoich ponowoczesnych (postalinowskich) koncepcjach. Tymczasem skazany, oczywiście po udowodnieniu mu winy, powinien zostać właśnie on.

Przypomnę, że inicjatorem zaproszenia b.majora KBW do Wrocławia w 2011 r. był prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, minister kultury Bogdan Zdrojewski, który gościł Baumana na Europejskim Kongresie Kultury. Zdrojewski zresztą najwyraźniej upodobał sobie stalinowca – rok wcześniej przyznał mu Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. A ponieważ Bauman został też zaproszony na debatę naukową do Poznania i Gdańska, tam również protestowali przeciwko jego występom młodzi Polacy.

Za co Krzyż Walecznych?

W kontekście gościnnych występów prof. Zygmunta Baumana na polskich uniwersytetach słyszałem opinie, że nie ma się za bardzo czym przejmować, bo naukowców zaczadzonych komunizmem było wielu. Ale nie tylko o „heglowskie ukąszenie” tu chodzi. Baumana wyróżniało coś gorszego – udział w stalinowskim aparacie represji. Takich, oddelegowanych ze zbrodniczych jednostek na front nauki, było już mniej.

O powojennych losach Baumana wiemy niewiele. Powstała jego biografia. Dlatego jest zapraszany przez nie zawsze nieświadomych niczego ministrów i prezydentów, obsypywany honorami i medalami. To prawda częściowa, bo historycy wiedzą na jego temat – od lat – wystarczająco dużo. I swoją wiedzę publikują  i to wcale nie w niszowych periodykach.

Problem polega na czymś innym – na zainfekowaniu polskich umysłów przez sowieckie „elity” – te przybyłe do nas po wojnie na obcych czołgach, które miały potem wystarczająco dużo czasu, aby wychować swoich następców.

„Najsłynniejszy żyjący polski socjolog. Wnikliwy filozof. Najlepszy analityk świata ponowoczesnego: świata Internetu, rozpadających się więzi międzyludzkich, niepewności. Świata, w którym wszystko płynie”- czytamy we wstępie do jednego z wywiadów z Baumanem w „Gazecie Wyborczej”.

I tu „zapomniano” o sprawie podstawowej – że owa sława socjologii, bohater salonów – sam aktywnie przyczynił się do rozpadu dawnego świata i jego tradycyjnych wartości oraz więzi.

Unicestwiał przynajmniej dwutorowo – jako oficer polityczny „ludowego” Wojska Polskiego, funkcjonariusz zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i agent innej sowieckiej jednostki –  jeszcze bardziej krwawej – Informacji Wojskowej. A od 1953 r. robił to samo – tylko po podlaniu naukowym sosem – jako socjolog.

Obie te „aktywności” Baumana były ze sobą ściśle związane. W dokumencie z 1950 r., kiedy dostał awans w KBW czytamy: „Jako szef Wydziału Polityczno-Wychowawczego (…) bierze udział w walce z bandami [polskim podziemiem niepodległościowym]. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”. I dalej: „Mjr Bauman ma przed sobą poważną perspektywę naukową”. Czyli nie tylko „uświadamiał” żołnierzy w duchu zbrodniczego stalinizmu, ale osobiście zwalczał „bandy” (można spytać, co było gorsze: hodowanie morderców, czy własny udział?).

I to jest właśnie powód, dla którego mjr Zygmunt Bauman powinien być ścigany. Wymiar sprawiedliwości III RP nie sprawdził jednak, za co naprawdę dostał Krzyż Walecznych. Czy “tylko” za to, że jako dowódca wydawał rozkazy walki z “bandami”, czy może sam do “bandytów” strzelał? Zresztą każdy z tych przypadków jest przez polskie prawo kwalifikowany jako zbrodnia komunistyczna, która nie ulega przedawnieniu.

Usprawiedliwianie stalinizmu

Podkreślić trzeba, że naukowa kariera Baumana rozpoczęła się, zanim ruszył w teren ścigać żołnierzy Armii Krajowej. Studia podjął zaraz po ucieczce z Polski we wrześniu 1939 r. (zamiast walczyć z okupantami) – na sowieckich uniwersytetach, choć dla obywatela polskiego – pozbawionego wiadomych powiązań nie było to możliwe. Potem, będąc jeszcze w KBW, uczył się w partyjnej Akademii Nauk Społecznych i Politycznych, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim (promotorem jego pracy magisterskiej był słynny marksistowski ideolog prof. Adam Schaff). Jako asystent innego stalinowca – Juliana Hochfelda zrobił błyskawiczną karierę naukową – w 1956 r. obronił pracę doktorską, a cztery lata później zrobił habilitację. W latach 60. wykładał także w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR – kuźni sowieckich „elit”.

I major/profesor Bauman robił to samo do końca – indoktrynował w duchu ponowoczesnym (postalinowskim). Dziennikarka Aida Edemariam z brytyjskiego „Guardiana” tak opisała poglądy Baumana (28 kwietnia 2007).: „utrzymuje, że nowoczesność stworzyła idealne warunki, aby działać nieetycznie”, gdzie „posłuszeństwo przełożonym było wartością najwyższą”, a ‘wielopoziomowość’ częściowo uniemożliwiła zwykłym ludziom zrozumienie konsekwencji własnych uczynków”.

No właśnie, w czasach „nowoczesnych” (stalinowskich) Bauman nie zdawał sobie sprawy, co się dokoła dzieje? Był posłuszny przełożonym, wykonywał rozkazy. Czy taka osoba może być winna? Ale na wszelki wypadek lepiej uciec od nowoczesności (stalinowskiej przeszłości) w ponowoczesność, gdzie wszystko jest płynne, relatywne.

Według Baumana – za „Guardianem” – w czasach nowoczesności „wzięcie osobistej odpowiedzialności i postępowanie moralne stało się większą próbą charakteru niż kiedykolwiek przedtem w historii”.

Nie ulega wątpliwości, że Bauman tej próbie nie sprostał. Tego oczywiście nie przyznawał twierdząc, że komunizm był najlepszym wyborem dla Polski, bo w II RP i w jego rodzinie była bieda: „Partia komunistyczna obiecywała rozwiązania najlepsze”. Ale nie powiedział już np., że partia komunistyczna, jako antypolska, była zdelegalizowana.

Koncepcja płynnej ponowoczesności ma swoje praktyczne cele: służy ochronie, relatywizacji i usprawiedliwianiu własnego życiorysu (w duchu „dałem się uwieść”), aby nie musieć się zeń w żaden inny sposób rozliczać, aby nikogo nie przepraszać – ani Żołnierzy Wyklętych ani tych, których umysły zniewalał. Znosi jednostkową winę. Owa ponowoczesność służy też rozmywaniu odpowiedzialności innych stalinowców, usprawiedliwianiu całej formacji. A usprawiedliwiają się też – wzorem propagandy z lat 50. – zagrożeniem ze strony „faszystów”. Przecież podczas „zakłóconego” wykładu profesora na Uniwersytecie Wrocławskim problemem nie był Bauman, ale grupka kibiców.

Nikomu nie zaszkodził?

Teraz powiedzmy sobie jasno: kariera – od politruka do naukowca – nie byłaby możliwa, gdyby Bauman i jego koledzy najpierw nie pozbyli się fizycznie prawdziwych polskich elit, a później nie wyrzucili niedobitków z uczelni. Najpierw ścigali watahy po lasach, a potem dorzynali je na uniwersytetach. Tak zamordowano „Łupaszkę”, „Zaporę”, Pileckiego i dorżnięto Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, Ossowskich. Dzisiaj potomkowie tych niedobitków upominają się o prawdę. Dla nich bohaterem jest Pilecki i Kukliński, a nie Jaruzelski, czy Bauman. W Polsce ten podział jest czytelny. Natomiast na świecie komunistyczna przeszłość Baumana jest nieznana.

Ze wspomnianego wywiadu dla „Guardiana” (jedynego obszernie odnoszącego się do przeszłości profesora) zachodni czytelnik nie dowie się, czym był KBW. Prócz tego, że zwalczał „terroryzm wewnątrz kraju”. Ani słowa o tym, kim byli owi „terroryści”. A przede wszystkim o tym, że Korpus był zbrojnym ramieniem sowieckiego okupanta, utworzonym na wzór NKWD, przeznaczonym do pacyfikacji polskich niepodległościowców. Oczywiście nie ma też nic o Baumanowym Krzyżu Walecznych i powodach jego przyznania. Ani o wcześniejszej (w czasie wojny) służbie w sowieckiej milicji w Moskwie, która bezpośrednio podlegała NKWD i do której nikt z ulicy (podobnie jak wcześniej na stalinowski uniwersytet) nie mógł trafić.

Dziennikarka „Guardiana” tak „rozbrajała” życiorys Baumana: „zaciągnął się do (…) Dywizji Polskiej Armii na Uchodźstwie – nie wstąpił do Armii Czerwonej, jak niektórzy utrzymują – z którą wrócił do Polski”. Tyle tylko, że owa Dywizja Piechoty Ludowego Wojska Polskiego podlegała Armii Czerwonej. Takich „nieścisłości” jest w wywiadzie więcej. Bauman mówił dalej: „przez trzy lata (tylko!) byłem tajnym agentem, gdy miałem 19 lat, i za to ponoszę pełną odpowiedzialność”. Ale cóż znaczy ta „pełna odpowiedzialność” – znów przeciętny brytyjski zjadacz chleba się nie dowie. Czy to odpowiedzialność moralna, a może karna – że chciałby stanąć przed obliczem niezawisłego (i postkomunistycznie pobłażliwego) sądu w oczekiwaniu na sprawiedliwą karę? Wolne żarty. Bauman po prostu ponowocześnie lawirował.

A co kryje się pod użytym pojęciem „polska służba bezpieczeństwa”? Tego też nie przeczytaliśmy. Nie przeczytaliśmy, że Baumana „uwiodła” Informacja Wojskowa – stworzona przez Sowietów i im bezpośrednio podległa, która okrucieństwem przebijała nawet słynną cywilną bezpiekę. A co robili agenci IW? Donosili na kolegów z takim skutkiem, że ściągali na nich represje. Bauman oczywiście miał swoje ponowoczesne wytłumaczenie: „Każdy porządny obywatel powinien uczestniczyć w kontrwywiadzie. To jest jedyna rzecz, która utajniłem, bo przecież podpisałem zobowiązanie, że zatrzymam to w tajemnicy…” Bauman oczywiście nie powiedział (a dziennikarka nie zapytała), że czym innym jest kontrwywiad własnego, suwerennego państwa, a czym innym państwa okupacyjnego, ścigającego własnych obywateli za patriotyzm. Ale przy okazji profesor – chyba tracąc na chwilę rewolucyjną czujność –  przyznał, że pozostał wierny tamtej Polsce – kolonii Stalina. Tylko, że takich niuansów człowiek Zachodu znów nie zrozumiał. Tym razem dziennikarka zapytała: „Czy kontrwywiad znaczyło donoszenie na ludzi, którzy walczyli przeciwko komunistom?” Odpowiedź: „Tego ode mnie oczekiwano, ale nie pamiętam żebym cokolwiek takiego robił. Nie miałem nic do roboty – siedziałem w biurze i pisałem – to nie była dziedzina, w której mogłem zebrać cokolwiek ciekawego”. Ale dziennikarka drążyła: „Czy zrobił Pan coś, co mogło komuś zaszkodzić?” Bauman: „Nie potrafię na to odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby tak było”.

„Czuję się bardziej ofiarą”

Przypomnijmy zatem profesorowi opinię oficera prowadzącego TW Semjona (czyli Baumana): był ,,dobrze wyszkolony. Materiały jego są cenne i dają analizę pracy aparatu polityczno-wychowawczego”. Nie trzeba być zresztą specjalistą od stalinizmu, aby wiedzieć, że każdy donos w każdych czasach przynosił szkodę. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dyktaturach dużo większą.

W „Guardianie” cytat ten nie pada (bo niby skąd brytyjska dziennikarka ma o tym wiedzieć?), za to profesor twórczo rozwija swoją koncepcję ponowoczesności: „Wtedy wydawało mi się to właściwe. Niektóre wybory w każdym życiorysie mogą być uznane jako błędne, tyle tylko, że nie muszą być oczywistymi błędami w czasie, gdy się ich dokonuje. Miałem wtedy 19 lat i nie wiedziałem wówczas tyle, ile wiem dziś mając 82.”

Czyli, błędy, bo nawet nie grzechy, młodości. Jakże przypomina to słowa Adama Michnika o jego bracie Stefanie (stalinowskim sędzim wojskowym, również tajnym współpracowniku Informacji Wojskowej): „Kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się działo. Naturalnie to go nie usprawiedliwia, ale nie uzasadnia też aż takiego eksponowania jego roli w stalinowskich zbrodniach sądowych”. Czy to nie ponowoczesność?

O agenta Semjona dziennikarka nie zapytała już Baumana (a gdyby jej rozmówca powiedział: byłem nazistą, pracowałem w SS, współpracowałem z Gestapo, ale miałem 19 lat, też by odpuściła?). Zadowoliła się stwierdzeniem: „Naprawdę nie chce o tym mówić, ponieważ Pani popycha mnie w kierunku zrobienia czegoś, czego nie chce zrobić, próbuje nadać znaczenie czemuś, co jest bez znaczenia.” I tu mamy smutną puentę: przeszłość była dla Baumana bez znaczenia. Niestety dla organów ścigania III RP także. Tak jak przeszłość Stefana Michnika, który kiedyś był łaskaw stwierdzić: „Przeszłość jest moją prywatną sprawą”.

 W końcu Bauman został rewizjonistą, za co – jak twierdził – słono zapłacił: „współpracowałem przez 2-3 lata, a przez 15 lat bezpieka mnie prześladowała. (…) szpiegowano mnie, donoszono na mnie, mój telefon był na podsłuchu, itd. Wyrzucili mnie z KBW, i w końcu, jak Pani wie, wyrzucili mnie też z uniwersytetu i zakazano publikacji mych prac. (…) Czuję się bardziej ofiarą” – kwitował Bauman.

A przecież przez te wszystkie lata, kiedy był „prześladowany”, wykładał dalej – na UW i WSNS. Kształcił kolejnych „homo sovieticus”, najpierw bardziej stalinowskich, potem bardziej rewizjonistycznych. Bo okupacyjna władza wciąż potrzebowała nowych „elit”, które zastępowały te prawdziwe, przedwojenne.

Wykuwać ponowoczesne kadry

Bauman przyznawał, że od marksizmu odchodził długo (o tym, że system mordował, dowiedział się dopiero po referacie Chruszczowa, czyli w KBW nic nie robił, nic nie widział, nic nie słyszał?). Na dobre odszedł dopiero wtedy, gdy sam system go odrzucił. Ale czy na pewno? Przecież ponowoczesność ze swoim relatywizmem i zerwaniem z tradycyjną konstrukcją świata jest w marksizmie głęboko osadzona. Paradoksalnie – właśnie po 1968 r., kiedy opuścił Polskę, wypłynął na szerokie wody i stał się „najlepszym analitykiem” stworzonej przez siebie, utopijnej i szkodliwej koncepcji, która pozwoliła mu również naukowo uciec od jego dawnych win.

Oczywiście Bauman nie był jedynym, który dał się „uwieść”, a potem kazał swoje „uwiedzenie” zrewidować. „Uwiedziony” został Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Włodzimierz Brus i młodsi: Seweryn Blumsztajn, Waldemar Kuczyński, Stefan Meller, Adam Michnik, Aleksander Smolar, czy Henryk Szlajfer. Starsi zostali „autorytetami” światowymi, młodsi na ogół tworzyli okrągłostołowy „salon” tu, na miejscu. Czy możemy się dziwić, że zawsze bronili swojego mistrza?

Z przedstawicielką takiej postalinowskiej „elity”, prof. Aleksandrą Jasińska-Kanią, Bauman mieszkał – jak już pisałem –  pod jednym dachem w Leeds. Wcześniej był promotorem jej pracy doktorskiej „Karol Marks a problemy alienacji we współczesnej socjologii amerykańskiej”. Ale naukowo udzielał się nie tylko na Zachodzie. W Teremiskach na Podlasiu był rektorem Uniwersytetu Powszechnego im. Jana Józefa Lipskiego. Młode, ponowoczesne kadry dalej płynnie wykuwał.

Nie zostali profesorami…

Zygmunt Bauman nie mówił, że mógł odejść z wojska i nie wstępować do zbrodniczego KBW, że dokonał wyboru. Często zresztą słychać do dziś, że bez tego młodzieńczego, właściwie niewinnego ukąszenia, nie zostałby „wnikliwym filozofem, najlepszym analitykiem świata ponowoczesnego”. Tylko co mają powiedzieć rodziny tych młodych ludzi, którzy ginęli z rąk NKWD, KBW, IW, UB? Tych patriotów bardzo nam ich we współczesnej Polsce brakowało i brakuje.

Bauman nie tylko dostawał nagrody, ale sam je przyznawał. Nagroda imienia jego zmarłej żony – pisarki Janiny Bauman (tysiąc funtów) trafia co roku do autora najciekawszej pracy z zakresu etyki i moralności. A ja bym wolał – w tej samej kategorii – nagrodę im. Rotmistrza Pileckiego. Byłoby bardziej etycznie i moralnie.

CEZARY KRYSZTOPA: Donald Trump nawet jeszcze nie dotknął Niemiec, a te już się rozleciały

Trudno powiedzieć dlaczego Niemcy okazali się kompletnie nieprzygotowani na zwycięstwo Donalda Trumpa. Być może są ofiarami własnej propagandy, podobnie jak amerykańskie „salony”.

Do sondaży generalnie warto mieć dystans. A jeszcze dzień przed wyborami w wywiadzie dla Tysol.pl socjolog Marcin Palade cytował swojego kolegę po fachu ze Stanów Zjednoczonych, który miał mu mówić, że badacze w USA w przypadku większości sondaży przy próbie wyjściowej tysiąca badanych uzyskują siedemdziesiąt pełnych odpowiedzi – 7% –  co wynika z braku zaufania do instytucji sondażowych. Próby można oczywiście powtarzać, ale to kosztowna operacja. Po uzyskaniu jakiejś minimalnej liczby wartościowych odpowiedzi, głosy podlegają „ważeniu” czyli badacze odczyniają nad nimi swoje badackie gusła. Jakim cudem taki wynik może być wiarygodny?

Niemieckie ofiary

Ja rozumiem, że takimi sondażami można mieszać w głowach statystycznym obywatelom. Ale, że całe niemieckie państwo, albo cały amerykański lewacki salon, nie dysponują żadnymi w miarę rozsądnymi analitykami, którzy mogliby to zweryfikować i dać do zrozumienia, że entuzjazm z powodu „przewagi Kamali Harris” może być jednak nieco przedwczesny? Czy intelektualna skleroza tych środowisk jest aż tak daleko posunięta, czy też w desperacji tak bardzo pragną się samooszukiwać?

Tak czy siak Donald Trump, który znany jest ze swojego dystansu do Niemców, tak jak Niemcy znani są ze swojego dystansu do niego, wygrał wybory. Jestem daleki od oczekiwania, że teraz nowy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjedzie do Polski na białym koniu, żeby uwolnić nas od administracji berlińskiego pachołka, ale trzeba mu przyznać, że jeszcze nie objął urzędu, a już mocno wpłynął na otoczenie geopolityczne Polski.

Niemcy się rozleciały

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz podjął decyzję o odwołaniu ministra finansów Christiana Lindnera, lidera liberałów. Scholz jeszcze walczy, chce od Bundestagu wotum zaufania – To rozpad koalicji rządzącej – uważają z kolei niemieckie media, które otwarcie piszą, że polem niesnasek był nie tylko sposób podejścia do problemów walącej się niemieckiej gospodarki, ale również sposób podejścia do zaskakującej Niemców sytuacji, w której wielkimi krokami zbliża się prezydentura Donalda Trumpa w najpotężniejszym kraju na kuli ziemskiej.

No i muszę przyznać, że tak jak nie wierzę w to, że „Trump nas uwolni od Tuska”, bo to nasza robota, to jednak mocno wstrząsnął jego patronami. Właściwie nie tylko nie objął jeszcze fotela prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie tylko nie dysponuje jeszcze narzędziami żeby to zrobić i niczego zrobić jeszcze nie zdążył. Nawet nie puknął jeszcze Niemiec, a te już się rozleciały.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dlaczego większość mediów zwalcza Trumpa?

To właściwie nie tyle pytanie, co obserwacja rzeczywistości towarzysząca dziennikarzom od czasów pierwszych oznak, że ten miliarder z USA może zostać najpotężniejszym człowiekiem świata. Dlaczego większość mediów jest wroga wobec Donalda Trumpa? Bo 45. prezydent Stanów Zjednoczonych narusza od dekad ustalone interesy. Liberalne i lewicowe.

Ktoś powiedział, że gdyby nie – podkreślmy to – luźny, związek Donalda Trumpa z Partią Republikańską nie byłoby wiadomo, że ten polityk nie jest liberałem. Bo w USA każdy może być i każdy nim może nie być liberałem. Zależy od interpretacji stanowego lub federalnego inspektora finansowego.

Łaty i schematy

Wolny rynek amerykański jest tak powiązany z globalną polityką ekonomiczną mocarstwa, że już od dawna do obywateli USA robiących interesy z Chinami i Rosją mógłby przylgnąć plaster „komunisty”, do biznesmena handlującego z Niemcami logo „ryzykanta” a do entuzjasty współpracy z Unią Europejską stygmat „wariata”. Mógłby takie plastry przylepiać ktokolwiek wpływowy ze Stanów Zjednoczonych, ale tego nie robi. Dlaczego? Bo USA są na innym poziomie biznesu. Wyższym. Niestety, polityka amerykańska pozostała, jak w Europie i Azji, wpisana w schemat mafii.

Trumpa zaczęto się bać i na swoim podwórku i w Azji i w Europie. Nie z powodu wyjątkowych talentów biznesowych. Jako konserwatywny polityk zaczął on po prostu zagrażać istniejącemu od dawna podziałowi świata. I podejściu do gospodarki w ogóle.

Spiski 

Międzynarodowe polityczne grupy interesów, które od dawna umawiały się na podział łupów przez 10 czy 20 lat, ze zgrozą patrzyły jak Trump łamie „umowy” i „porozumienia. Teoria spiskowa? Ze wszystkich teorii spiskowych najbardziej prawdopodobna jest taka, że nie ma żadnych teorii spiskowych.

Media, nie tylko zresztą te lewicowe i liberalne zaczęły zwalczać Trumpa wiele lat temu. I powtarzam, nie chodziło tylko o interesy, o góry dolarów, które zarabiał. Gra toczyła się i toczy o władzę. Nie tę absolutną z teorii spiskowych, ale na władzę, która przekłada się na nowych ludzi w polityce i biznesie, na nowe zmienne mające przemodelować podział tortu wpływów na świecie. Media, szczególnie zachodnie i elektroniczne mają zbyt wiele do stracenia, bo wobec nich Trump jest nieprzewidywalny, nie chodzi na pasku narracji rzucanych z Waszyngtonu, Brukseli, Moskwy, czy Pekinu. Tworzy swoje, czasem nieprawdopodobne modele postępowania. Czy to dobrze?

Tak i nie. Tak, bo Trump myśli konserwatywnie, ale i rynkowo – to oznacza, że nie wywoła III wojny światowej. Nie, bo nie wiadomo, czy byłby w stanie jej zapobiec. Nie wiadomo, bo na razie sytuacja tak się zmieniła na korzyść dla świata, że jego powrót do Białego Domu wydaje się gwarancją przewidywalnej przyszłości. Przynajmniej na cztery lata. Z Kamalą Harris jest zaś tak, że jeśli ona zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych na pewno wywoła globalny konflikt.

Dziennikarze zakładnikami właścicieli mediów

Media niechętne Trumpowi, a takich jest zdecydowana większość, obawiają się, że po jego dojściu do władzy nie będą mogły już straszyć ludzi wizjami niszczenia planety przez miliardera. Bo w sumie w pierwszej kadencji nie stało się nic złego dla świata, oprócz „puczu”, który wywołały media po wygranych przez Joe Bidena wyborach, chociaż przeciwnicy Demokratów uważają, że procedury elekcji prezydenckiej w 2020 roku zostały sfałszowane.

Bzdury o „prorosyjskości” i „faszyzmie” Trumpa padają jeszcze gdzie nie gdzie na podatny grunt, ale w coraz mniejszej liczbie krajów. Nagonka zaczyna przypominać groteskę. Prasa, radio, telewizja i Internet razem nie są w stanie okłamać wszystkich. Nawet gdyby Trump miał podobną siłę medialną na świecie jak jego przeciwnicy nic nie powstrzyma pustego śmiechu, kiedy to dziennikarze mediów frontu antytrumpowego nie mogą się porozumieć, co do narracji. Jeden mówi, że Trump zdecydowanie wygrywa a drugi, że wygrywa Harris. I to wszystko w pół minuty najlepszego czasu antenowego. I do tego to nachalne wpychanie wszędzie kandydatki Demokratów jak w reklamie dietetycznego hamburgera.

Podobieństwa

Nie wiem, czy wygra Trump, który też ma sporo wad, czy Harris poparta przez niemądrych celebrytów i kombinatorów politycznych. Wiem jednak, że w każdym medium ludzie nie lubią być okłamywani. A tak jest na froncie przekazu przeciwko 45. prezydentowi USA.

I już zupełnie na koniec. Wiceprezydent USA okrzyknięto zbawczynią Ameryki. Ja w widzę kandydatce Demokratów cechy Ewy Kopacz, nie tylko tę polegającą na rzucaniu przez ludzi kamieniami dinozaury, ale naprawdę niebezpieczne – w przypadku wojny – jest chęć schowania się przywódcy w domu. Jednak lepiej, aby ów był pod ziemią. Lepiej dla przywódcy… Czy mógłbym to napisać w liberalnej gazecie w USA? Nie. Trudno byłoby to umieścić nawet w mniej liberalnym a nawet w całkiem nie liberalnym lub nie lewicowym portalu, bo prawnicy Partii Demokratycznej są jak spragnieni zemsty koledzy Adama Bodnara.

HUBERT BEKRYCHT: Sejm otwarty nie dla dziennikarzy. Marszałek Sejmu cenzorem!

Co więcej, szef izby niższej polskiego parlamentu Szymon Hołownia nie jest już dla mnie ani dziennikarzem ani nawet politykiem. Ograniczając w parlamencie pracę dziennikarzy zrobił to nie tylko wobec ludzi mediów, których nie lubi.

Hołownia wyrządził krzywdę wszystkim dziennikarzom. Pod tym względem stał się pierwszym na świecie „demokratycznym” cenzorem. Wzywam wszystkich, aby nie nazywać Pana Marszałka „pajacem”.

Nie zasłużył

Szymon Hołownia miał zadatki na prawdziwego medialnego guru, ale spalił się w blokach. Udawał człowieka ogarniętego filozofią chrześcijańską, nawiedzonego „dziennikarza” a potem „pisarza” podążającego pod religijny prąd. Okazał się jednak politykiem bez gustu, bez zaplecza. Politykiem wynajętym przez Donalda Tuska, który – zdaje się – od początku spisał pana Szymona na straty.

Ograniczając pracę dziennikarzy w polskim parlamencie obecny marszałek udowodnił, że nie nadaje się także na scenę polityczną. Bo tu i ówdzie mówiono nie tylko o tlącym się w Hołowni żarze duchowym, ale także aktorskich ambicjach. Nie zasłużył. Tak jak w dowcipie o śnie dyrektora jednego z warszawskich teatrów:

Szefowi sławnej sceny śniły się dwie legendarne aktorki, które źli ludzi wbili przed teatrem na pal. Jedna z nich nieco się kręciła – raz w lewo, raz w prawo –  na co zareagowała druga:

– A koleżanka, jak zwykle, źle obsadzona – zwróciła uwagę artystka.

Tak jest w przypadku obecnego marszałka Sejmu. Rotacja szkodzi. Nie tylko w polityce.

Wodzirej na balu spółdzielczym?

Próba wpływania na pracę – jak to określał Hołownia mając nadzieję, że nadal pracuje w mediach– „swoich koleżanek i kolegów dziennikarzy” zakończy się dla obecnego marszałka Sejmu źle. Nie będzie ani showmanem pokrzykując z miejsca prowadzącego obrady ani nawet wodzirejem na balu spółdzielców w PRL (podobno tam imprezę prowadzili lepsi od Hołowni). Będzie raczej karykaturą hybrydy polityka, który chciał być jeszcze dziennikarzem i człowieka mediów, który nigdy nie został politykiem.

Cenzura to wpływanie lub próba wpływania na zachowanie dziennikarzy w korzystny dla cenzora sposób. Zatem, gdyby ktoś chciał udowodnić, że Hołownia nie został jednak cenzorem, polecam rozmaite lektury o tym, że cenzura jest właśnie chęcią oddziaływania na efekt pracy dziennikarzy. Jeśli miejsce pracy dziennikarzy jest ograniczone, nawet w ciasnym parlamencie, to efekt ich pracy jest mizerny. Albo żaden. Może o to Panu Marszałkowi Hołowni chodzi?

WIKTOR ŚWIETLIK: Kibice przemocy

Ci, którzy twierdzą, że liberalne czy prorządowe media nie patrzą Donaldowi Tuskowi na ręce nie mają racji. Patrzą i domagają się więcej. Zaczęły spełniać podobną rolę do publiczności walk gladiatorów domagającej się od ukochanego cezara coraz krwawszych widowisk i zagrzewającej go do ich organizacji. 

Epopeja walki z immunitetem Marcina Romanowskiego ma pewną charakterystyczną cechę, podobną do innych tego typu historii z niedawnej przeszłości, która jest – mam wrażenie – mało opisana. A zasługuje na taki opis i w sumie solidną dokumentację. Nie chodzi o cofanie immunitetu byłego wiceministra przez Radę Europy pod naciskiem polskiego rządu, ani nawet wracanie do starych zarzutów. Ponoć jest to niezgodne z procedurami, ale czymże są procedury w czasach demokracji walczącej o praworządność, gdzie prawa stanowi nie jego litera, a opinie zblatowanych z władzą kancelarii. Chodzi o rolę mediów.

Osobom z pewną choćby dozą krytycyzmu patrzącym na postępy tej władzy w umacnianiu demokracji i zwalczaniu wrogów ludu, z reguły rola mediów głównego nurtu jawi się jako reaktywno-wykonawcza. Dobrym przykładem była sprawa byłego szefa Orlenu. Oto służby podległe premierowi wygrzebują nagromadzone po poprzednikach nagrania. Wyciągają bez składu z tego trochę urywków. Tu jakieś przekleństwo, tu o kimś coś nieładnie, i wrzucają „dziennikarzowi” temu co zawsze. Ten składa z tego jakieś chaotyczne story, którego kawałkami od rana zachwycają się telewizje. W południe występuję premier i mówi o aferze stulecia, tysiąclecia, że nie popuści. Potem funkcjonariusze medialni urządzają dziką orgię poparcia dla słusznego gniewu wściekłego Tuska i nienawiści do jego wrogów. Jeśli uda się doprowadzić do autentycznego aresztowania to orgia jest jeszcze większa. Szczytowym przykładem jest radość w stylu nieocenionego w takich sprawach Wielińskiego zachwycającego się, że w brytyjskim więzieniu, gdzie w areszcie przebywa były szef Rządowej Agencji Rezerw Materiałowych, siedzą także gwałciciele i mordercy.

Zresztą funkcjonariusze spełniają też czasem doniosłą rolę na innych niż bezpośrednio medialny frontach. Weźmy chociażby najazd służb Tuska na pałac prezydencki na początku roku, czyli słynne zatrzymanie Wąsika i Kamińskiego. Kolumna głowy państwa została w tym czasie zablokowana przez zupełnie przypadkowo zepsuty autobus miejski. O tym, że autobus miejski zupełnie przypadkowo się zepsuł, zaświadczył pracownik tej co zawsze telewizji, który zupełnie przypadkowo się w tym autobusie zajmował.

Mam jednak wrażenie, że oprócz tych jakże ważnych społecznie ról wspierania władzy, szczucia w jej imieniu i krycia jej, gdy trzeba, nasze „wolne media” spełniają jeszcze jedną nieocenioną rolę. To one popychają ją do naruszeń, szczególnie w obszarze podpuszczania do coraz ostrzejszej przemocy wobec przeciwników. Drwiny z księdza Olszewskiego, kłamstwa o tym, że „ukradł sto baniek”, a także nieustanne oburzenie, że niedostatecznie wiele osób jeszcze wsadzono, że nadmiernie demokracja walcząca przejmuje się jeszcze resztami jakichkolwiek przepisów, immunitetami, procedurami, domniemaniami niewinności. Prorządowe publikatory i ich funkcjonariusze spełniają rolę najbrutalniejszych kibiców żądających od władzy coraz to brutalniejszych ruchów, także w stosunku do innych mediów, celuje w tym oczywiście Czerska, a władza zaspakaja ich marzenia.

Zastanawiałem się, czy było tak jeszcze niedawno. Jednak nie. TVP Jacka Kurskiego jechała po Tusku, kpiono z KOD i atakowano Czerską, niemieckie media, TVN. Ale już choćby kwestie repolonizacji czy opodatkowania TVN budziły dyskusje i wątpliwości. W czasie rządów PiS doszło do kilku aresztowań polityków czy menadżerów związanych z PO. Czy zatrzymaniu Jacka Krawca, byłego szefa Orlenu, towarzyszyła medialna orgia? Nawet słynne omdlenie mecenasa Giertycha budziło powszechne politowanie, ale nie przypominam sobie aż takiego wzmożenia. PiS miał swoje narracje i swoich narratorów, nierzadko nadgorliwych, niektórych także godnych miana funkcjonariuszy, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich otwarcie życzył komuś z opozycji gwałtu w więzieniu albo w urbanowskim stylu kpił z ewidentnie umęczonego więźnia.

Skąd ta różnica? Mam swoją własną teorię, że dziennikarze z Czerskiej i Wiertniczej jako dzieci raczej nie chodzili na religię i do kościoła. A nawet jak ktoś już dawno zapomniał o tym, co tam mówiono, co dotyczy większości dziennikarzy tak zwanej prawicy, to kilka zasad czasem gdzieś w tyle czachy każdemu zostaje. Miedzy innymi to, że pasienie się sadystyczną nienawiścią do innych, kiedy mają problemy, w dłuższej perspektywie nie popłaca.  A może i wytłumaczenie jest inne. Takie, że zbiorowa agresja i nienawiść to przede wszystkim domena tchórzy i ludzi słabych. Więc i o nich trzeba czasem może pomyśleć z litością, by nie być jak oni? Nie jest to łatwe uczciwie mówiąc. Jest to nawet, szczególnie dziś, cholernie trudne.

 

 

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.