Wywiad-rzeka z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie. Nowa książka Wiktora Świetlika

Pod koniec sierpnia do księgarń trafiła nowa książka Wiktora Świetlika, dziennikarza, publicysty, stałego felietonisty portalu sdp.pl. „Znaleźć i zniszczyć” to wywiad-rzeka z Piotrem Mitkiewiczem, polskim ochotnikiem przez dwa lata walczącym i biorącym udział w szturmach oraz misjach zwiadowczych na Ukrainie.

Jak pisze wydawca książki, jest ona surowa, czasami męcząca, nieco chaotyczna, ponura, niemal monochromatyczna, budząca mocne i sprzeczne emocje. Jak wojna, której koszmar szczerze do bólu pokazuje.

Słuchając Piotra Mitkiewicza, można poznać zupełnie nowy rodzaj konfliktu widziany oczami jego uczestnika, a nie youtubowego „eksperta”, taktykę walki i metody przygotowania się do niej, używane uzbrojenie. Są tu tarcia między rodzajami sił zbrojnych, jest współczesna Ukraina z jej problemami, jest cały wachlarz ochotników i powodów, dla których pracują na froncie – bo nie wszyscy oni walczą.

Jednak w centrum tej książki jest człowiek: twardy i zdeterminowany, ale i balansujący na krawędzi rozpadu. Człowiek ewoluujący w miarę upływu czasu i doświadczający mnóstwa emocji: od uniesienia przez wściekłość i nienawiść po rozpacz. Człowiek brnący przez błota Ukrainy i szukający wśród morza cierpienia sensu swojego życia.

Rozmówca Wiktora Świetlika, Piotr Mitkiewicz to były bokser, warszawski restaurator, twórca zbiórek wspierających ukraińskie dzieci i żołnierzy na Ukrainie. W maju 2022 roku dołączył do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy, walczył między innymi jako zwiadowca i operator dronów. Był ranny na polu bitwy. Prywatnie mąż i ojciec dwóch córek.

opr. jka, źródło: Dom Wydawniczy Rebis

Telewizja wPolsce24 startuje 2 września. Kto będzie tworzył nową stację?

2 września nadawanie na kanale 52 telewizji naziemnej rozpoczyna stacja wPolsce24. Tworzyć ją będą głównie osoby znane z Telewizji wPolsce.pl, ale nie zabraknie też nowych dziennikarzy.

Koncesję spółce Fratria (wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl) na rozpowszechniane w ogólnopolskim multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej MUX-8 kanału wPolsce24, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała pod koniec czerwca.

Stacja startuje 2 września. Redaktorem naczelnym telewizji wPolsce24 jest Jacek Karnowski, a jego zastępcami: Agata Rowińska, odpowiedzialna za ramówkę i pełniąca nadzór nad anteną, Marcin Wikło, który jest jednocześnie szefem anteny i newsroomu oraz Marcin Tulicki, który pokieruje redakcją „Wiadomości” nowej stacji.

Za pasmo porankowe odpowiedzialne będą dwie pary prowadzących – Jacek Łęski i Małgorzata Opczowska oraz Magdalena Ogórek i Rafał Porzeziński.

Wśród dziennikarzy przedstawiających codziennie newsy zobaczymy zarówno osoby znane już z Telewizji wPolsce, jak np. Marta Piasecka, Bartosz Łyżwiński, czy Tadeusz Płużański, ale pojawią się również nowi dziennikarze, np. Damian Stanisławski i Magdalena Wierzchowska.

Główny program informacyjny – „Wiadomości wPolsce24” będzie emitowany o godz. 19.30 i poprowadzą go Michał Adamczyk i Marta Kielczyk. Zaraz po nim zobaczymy „Gościa Wiadomości wPolsce24”. W dniu startu stacji, 2 września rozmówcą Michała Adamczyka będzie prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wieczorem stacja zaprosi na Magazyn wPolsce24 prowadzony przez Aleksandrę Jakubowską. Ponadto na antenie nie zabraknie programów znanych z Telewizji wPolsce – „Bez spiny” (do prowadzących Wojciecha Biedronia i Konrada Hryszkiewicza będą dołączać nowi dziennikarze) czy „Polityka na deser”, w którym oprócz znanych prowadzących Doroty Łosiewicz, Krzysztofa Feusette, Stanisława Janeckiego i Andrzeja Potockiego, zobaczymy też nowe twarze.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemieckie ludobójstwo na Polakach

1 września 1939 roku o godz. 19:00 odpierając całodniowy szturm Niemców, obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku podjęli decyzję o kapitulacji. Dwóch jeńców barbarzyńcy zamordowali na miejscu, 38 sądzili w dwóch procesach przed sądem polowym i skazali na śmierć za to, że byli… „partyzantami”.

Niemieckie bezprawie zatwierdził ostatecznie gen. Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych. Niemieccy egzekutorzy zamordowali polskich pocztowców prawdopodobnie 5 października około godziny 4:00 nad ranem na terenie starej strzelnicy przy lotnisku we Wrzeszczu i w tym samym miejscu ich pogrzebali. Zachowane świadectwa mówią o prowadzeniu Polaków na śmierć czwórkami, spętanych. Mogiłę pokryto gaszonym wapnem i zasypano. Egzekucją kierował m.in. SS-Sturmbannführer Max Pauly, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Poddając 2 października 1939 roku Hel, dowódca polskiej obrony kontradmirał Józef Unrug dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy słowa dotrzymali, był kpt. Antoni Kasztelan, za co został przez Niemców zamordowany.

W Powstaniu Wielkopolskim odznaczony Krzyżem Zasługi po odparciu bolszewików w 1920 roku jako zawodowego wojskowego przydzielono Kasztelana do Batalionu Morskiego w Wejherowie. Aż do napaści Niemiec w Dowództwie Floty w Gdyni kierował kontrwywiadem. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich. We wrześniu 1939 roku nie skorzystał z możliwości ewakuacji, broniąc Półwyspu Helskiego.

1 października oddelegowany na rokowania z Niemcami. W 1940 roku z obozu jenieckiego niespodziewanie „zwolniono” go i oddano Gestapo. Do rodziny pisał: „Byłem w Gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez 2 miesiące, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia”.

W piśmie do niemieckiego dowództwa w Berlinie Antoni Kasztelan kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Bez odpowiedzi. Skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd w Gdańsku w 1942 roku, został zgilotynowany rok później w Królewcu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie »dulce est pro patria mori«”. Szczątki kapitana posłużyły jako źródło preparatów dla studentów anatomii. To był mord sądowy – na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z niemieckich sędziów-katów.

O bohaterstwie i męczeństwie obrońców polskiego Wybrzeża – kpt. Antoniego Kasztelana i pocztowców z Gdańska – warto przypomnieć szczególnie w momencie, gdy Niemcy uważają, że żadne reparacje za II wojnę światową nam się nie należą.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszej kulturze fizycznej, czyli o rekreacji

Trzeba się ruszać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. Odwrotnie nie da się. Znałem wybitnych, myślicieli, którzy budzili litość otyłą sylwetką i marną sprawnością fizyczną. Skutkiem czego, jakoś  nie przekonywali mnie do swych teorii, bo przecież, gdyby istotnie byli tak mądrzy, jak sądzili, to przestaliby tyle jeść i zaczęli chodzić na spacery. A może nawet zaczęliby jeździć na rowerze. Problem z naszą kulturą fizyczną, która niegdyś nazywano fiz-kulturą, jest poważny i od dawna zabagniony.

Badania dowodzą, że jesteśmy narodem otyłym, a przez to słabowitym i podatnym na choroby. Większość naszych dzieci w podstawówce jest otyła, poci się już po 5 minutach przy jakimkolwiek  ćwiczeniu na wuefie i nie potrafi rzucać piłką. Tak zapuszczone fizycznie dzieci wyrastają na nieruchawych grubasów.

Oczywiście część z nas jeździ na rowerach, widuje się też seniorów uprawiających żwawe spacery. Moją radość budzi widok osób uprawiających jogging, czyli bieganie truchtem z prędkością nieprzekraczającą 9 kilometrów na godzinę. I taka prędkość pozwala na optymalną pracę mięśni, spalanie tkanki tłuszczowej. Jednak nie jest to zbyt wysokie tempo i dlatego jogging można polecić niemal każdemu – bez względu na stopień zaawansowania. Głównym celem aktywności tego typu jest poprawa kondycji i wydajności organizmu przy stosunkowo niewielkim wysiłku.

Część seniorów odwiedza salony fitness i dba o zachowania dobrej kondycji. Niestety tych „pozytywnych” jest bardzo mało. O wielu za mało.

Szkoły nieruchawych

Rekreację sportową będzie uprawiał jedynie ten, który wyniósł takie nawyki z dzieciństwa, czyli ze szkoły podstawowej. Nagłe iluminacje sportowe zdarzają się bardzo rzadko. Dlatego powinniśmy przykładać większą wagę do tego co dzieje się na lekcjach wuefu i sportowych zajęciach pozalekcyjnych.

Za mej młodości szkoły podstawowe i średnie były także ośrodkami sportowymi, a nauczyciele wuefu pracowali do późnych popołudniowych godzin, a nawet wieczorami. Świetnie też funkcjonowały Szkolne Klubu Sportowe.

Jak było to możliwe w kraju zniszczonym wojną? Sprawę załatwiono bardzo prosto – nauczyciele wuefu mieli dodatkowe pieniądze za prowadzenie dodatkowych zajęć. To nie były duże kwoty, ale były. Zresztą w szkołach działały wtedy kółka biologiczne, matematyczne, chemiczne – i za te zajęcia nauczyciele również otrzymywali dodatkowe pieniądze.

Pozwolę sobie zauważyć, że w latach 1945-60 młodzież była traktowana w szkołach o wiele lepiej niż dzisiaj. Spora część nauczycieli była ludźmi sprzed wojny, ci nauczyciele mieli swój etos zawodowy. I ten etos „udzielał się” młodszym nauczycielom. Po drugie, dzieci rodzące się po wojnie były istnym skarbem narodowym i naprawdę dbano o nie. Nie gloryfikuję tu czasów komuny, ale daję świadectwo prawdzie, którą przeżyłem, bo jestem człowiekiem tuż powojennym.

Z kolei moje dzieci doświadczyły szkół późniejszych, w których uczeń był jedynie petentem do obsłużenia. Przez niechętnych wysiłkowi nauczycieli, za to z wielkimi pretensjami do losu. Nauczyciele zagubili gdzieś swą misję i sprawiają wrażenie męczenników dręczonych przez „obce bachory”. Szkoły (w stosunku do tego co sam zapamiętałem z własnej młodości) zmieniły się nie do poznania – niestety na gorsze.

Szkoła to nie tylko nauka

Pora przywrócić szkołom ich funkcje społeczne, bo szkoła to nie tylko nauka. Przez uspołecznienie szkoły rozumiem także jej zdolności do organizowana pozalekcyjnego życia sportowego, rekreacyjnego uczniów. Dzisiaj większość nauczycieli zarabia marnie, zarobki młodych nauczycieli  z trudem dobijają do pensji gwarantowanej przez państwo. Więc nie dziwię się tak bardzo, że jest jak jest.

Większość szkół ma dzisiaj przyzwoite sale gimnastyczne, które po 15-tej stoją puste. Szkoły mają też boiska szkolne, które popołudniami również starszą pustkami, bo nie ma etatów dla ludzi, którzy rzuciliby młodzieży piłkę i pilnowali porządku. Bywa nawet tak, że woźny przepędza z boisk chłopaków grających w nogę, bo nie są (w części) uczniami szkoły.

Jak płaca, taka praca

Polska nie ma jeszcze odpowiednich możliwości, nie ma zbyt wielu obiektów i urządzeń sportowych, żebyśmy mogli bawić się masowo w rekreację i zajmować się sportem. Niestety istniejące obiekty i możliwości nie są też w pełni i dobrze wykorzystywane. Bo mamy też przerażające zurzędniczenie instytucji mających zajmować się ustawowo rekreacją.

W większości gmin (w tym także w dużych miastach) funkcjonują Miejskie Ośrodki Sportu i Rekreacji lub Gminne Ośrodki Sportu i Rekreacji. Ich statutową misją i obowiązkiem jest organizowanie zajęć sportowo-rekreacyjnych, dbanie o bazę (boiska, orliki, hale sportowe) i propagowanie sportu, rekreacji, organizowanie turniejów i zawodów sportowych, rekreacyjnych. Od pracowników tych instytucji wymaga się oczywiście kreatywności (po polsku znaczy to twórczego podejścia, pomysłowości, inicjatywności).

Problem jednak w tym, że zarobki, które oferują MOSiR są nędzne i nikt „kreatywny” nie szuka tam pracy. Po ostatnich podwyżkach płacy minimalnej, MOSiR miały duży problem, bo nie było w ich kasie grosza na podwyżki pieniędzy. Nikogo nie chcę obrazić, ale zasada jest taka – przeciętny pracownik jest w stanie wykonywać swa pracę jedynie z przeciętnym skutkiem.

MOSiR mają rozpaczliwie mało pieniędzy, bo są instytucjami, a nie spółkami gminnymi. Różnica w pieniądzach na działalność i pensje pracowników jest taka jak między pierścionkiem z tombaku i ze złota. Bo w spółkach można zarobić nieźle, a w instytucjach tylko źle.

Chciwi społecznicy

Wokół tych MOSiR kręcą się za to „społecznicy”, którzy organizują przeróżne imprezy. Najpopularniejsze z nich to zawody w jeździe na rowerach w terenie, zawody w biegach oraz zawody dzieci i młodzieży w zapasach. Organizator takiej imprezy zwraca się do MOSiR-u i władz gminy, prosząc o pomoc, bo sam z siebie jest biedny, ale jego pomysły są genialne i rozsławią gminę w szerokim świecie. I władze się godzą, bo są łase na reklamę.

Skutkiem czego organizatorowi udostępniane są za darmo obiekty i tereny, pracownicy MOSiR-ów bezpłatnie muszą imprezę obsłużyć, za darmo też organizatorzy „cudów na kiju” otrzymują nagłośnienie (z obsługą), transport i reklamę. Po imprezie okazuje się, że organizator nie jest żadnym społecznikiem, tylko cwanym biznesmenem, bo pobiera od startujący całkiem wysokie wpisowe. I z tego sobie przywozicie żyje. A jedyny koszt jaki ponosi to zakup kilkunastu medali z tasiemkami po 5-6 złotych za sztukę. Czyli miasta, gminy i ich instytucje są frajerami, lub jeleniami, jak kto woli.

Osobowejścia

Od czasu do czasu MOSiR muszą udowodnić potrzebę swego istnienia. W tym celu publikują sprawozdania, z których ma wynikać, że są gminom niezwykle potrzebne, a z ich usług korzystają ogromne rzesze ludzi.

Patent jest jednak taki, że w sprawozdaniach przeczytamy, że w danym czasie odnotowano tyle a tyle „osobowejść”. Na przykład na miejskim basenie, na zajęciach z gimnastyki w wodzie, odnotowano (powiedzmy)10.000 osobowejść.

Co to są osobowejścia i jak MOSiR liczą ludzi? Cwanie liczą ! Bo oto zajęcia trwały przez 10 miesięcy. A w każdym miesiącu zajęć było 50. A na każdym z nich odnotowano, że gimnastykowało się w wodzie po 20 uczestników. Czyli mamy równe 10.000 osobowejść. Ale przecież nie osób, bo ludzie przychodzą na zajęcia wielokrotnie. Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że każde 10.000 osobowejść to ledwie jakieś 500 osób. Jednak każdy widzi, że między 10.000 tysiącami osobowejść, a 500 uczestnikami jest matematyczna i reklamowa przepaść.

I tak to duch urzędniczy zamienia ludzi w osobowejścia. I urzędniczą hucpę w pełny sukces. A autoreklamę instytucji w jakąś hiperrealność. Ale jak to pisał Janusz Głowacki w opowiadaniu „Materiał”: „Istnieje możliwość pokazania w telewizji każdej sprawy tak, jakby się działa naprawdę”.

I tak to od wieków udajemy, że jest „cacy”, a naprawdę jest „be”. I zamieniamy małe sukcesy w wielkie zwycięstwa, a wielkie klęski w nic nieznaczące, drobne przykrości losu. Pora spojrzeć prawdzie w oczy (nie tylko w sprawach sportu i rekreacji) i powiedzieć sobie wreszcie, że jest marnie i pora wziąć się do roboty.

 

Dlaczego nie ma headhunterów w dziennikarstwie? – pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Głowa i pasja

To kadry decydują o wszystkim. Pętają się – od zawsze – po Woronicza, po Malczewskiego, po Brackiej tysiące ludzi. Zarabiają grosze ale trzymają się tonącej deski – pracy, bo inaczej skazani byliby na wegetację. Przecież tak naprawdę gdy wylecą z mediów nie bardzo potrafią podjąć pracę w nowym zawodzie. Owszem powinni zostać „zaopatrzeni” proporcjonalnie do tego jaki był ich wysiłek zawodowy i rezultaty.

Firmy medialne muszą mieć paliwo. I takie na rynku jest. To zdolne i chętne łumy młodych, którzy wyobrażają sobie dziennikarski świat w barwnych kolorach. Takich kandydatów nie brakuje, ale trzeba wyszukać.

Nie każdy jednak może być dziennikarzem, choć to wcale nie jest zajęcie bardzo trudne. Łatwo jest zauważyć, ocenić czy klient na żurnalistę w ogóle się nadaje. Ludzie, którzy prowadzili zespoły redakcyjne są z prawie maksymalnym prawdopodobieństwem sukcesu dostrzec to nawet po krótkiej rozmowie. Trzeba jednak, by robili to praktykujący zawodowo fachowcy.

„Nie matura lecz chęc szczera zrobi z ciebie oficera” i… przyjmowano przede wszystkim ideowo zaangażowanych. Jeśli byli ogólnie rozwojowi – mieli pamięć, potrafili myśleć szybko i logicznie, jeśli szybko się uczyli. Oczywiście prostactwo i brak wiedzy dawało opłakane skutki. Tak było z inżynierami NOT-owskimi, którzy w przyspieszonym tempie dostawali dyplomy i potem dopiero na budowach – knocąc – uczyli się zawodu. Żurnalista nie jest w stanie być aż tak wielką psują. Może oczywiście namieszać, ale to ulotne i niewiarygodne.

Młodzi, by w ogóle się załapać walczą przymilnie. Ale wyżej pleców nie podskoczysz. Nie dała bozia wzrostu, urody i jest od razu trudniej. Goguś, cwaniak, protegowany ma na starcie handicap. I właśnie ktoś powinien fachowo na wstępie kariery oceniać szanse. Szkoły dziennikarskie tego nie robią. Im zależy przede wszystkim by mieć jak najwięcej „łebków”, bo studenci płacą czesne. Namnożyło się takowych „uczelni” co niemiara. Poziom jest żenujący. Oszukuje się tam młodych – obiecankami typu PR, a nawet kupnymi dyplomami.

Kłamczuch nigdy nie powinien być dziennikarzem, bo to tchórz i szkodnik. Leń to marnowanie pieniędzy, siedlisko podłości, nepotyzm i nudy. To naprawdę cechy łatwo dostrzegalne. Wytyka się błędy głupim panienkom, bo są łatwo rozpoznawalne. Ale to nie one są problemem. Owszem śmieszą naiwnością nadrabiając urodą. Później lecą na botoksie, intrygach, podejrzewa się je o różne rzeczy.

Najskuteczniej naukę pobiera się mając odpowiedniego mistrza. Mistrz nie będzie tracił czasu na redakcyjnego durnia lub lenia. Rozwiązanie redakcji telewizyjnych w TVP przez „pampersów” uczyniło wielkie szkody w instytucji. Ustała praca u podstaw, zdrowa rywalizacja zawodowa w zespołach, wreszcie miejsce do dyskusji i twórczych sporów. Potem zresztą nie było lepiej…

Dziennikarze piszą, robią programy. Who is who widzi każdy. Zapisano tomy o etyce, etosie i misji. A to jest tak, jak w anegdotach o starym wydawcy, który odłączając spinacz od kartek z tekstem rzekł „tylko ten spinacz ma wartość”. Jest kilka prostych zasad:

Adept sztuki dziennikarskiej musi być przekonany, że łgać nie może. Nie tylko w społecznym ale i własnym interesie. Powinien wiedzieć i odczuwać to fizycznie, że kłamiąc wykrzywia mu się gęba i ludzie to widząc kpią. Jeśli daje się wykorzystywać traci osobowość, traci szansę na jej zdobycie, na uwiarygodnienie. I na pewno ma potem moralnego kaca.

Headhunterzy wszystkiego nie załatwią. Ale ułatwią poszukiwania. Dziennikarze często waląc głową w mur załamują się i odchodzą z zawodu. Mimo, że są dobrzy dają się skusić na stanowiska – np. ambasadorów, rzeczników prasowych. A przecież to zupełnie inne zawody. Idą tam i na ogół rozgoryczeni szybko wypadają z gry.

Dziennikarz jest bliski pisarzowi. Tym bardziej, że np. u nas literaci są coraz słabsi. A zamiast pisać książki naparzają się cepami (w Gdańsku rozwalono zasłużony dla literatury związek, w ogóle po co istnieją tak liczne związki literatów, powinien być jeden, najwyżej dwa, do tego grozi w Warszawie zabranie Domu Literatury).

Dobry pracowity reporter wie, że zanim usiądzie do pisania musi wszystko pieczołowicie sprawdzić, dołożyć maksimum starań. Przede wszystkim jest zobowiązany odpytać, dać głos adwersarzom, wszystkim stronom, decydentom i ofiarom. I dopiero potem może sam oceniać.

Do tego wszystkiego potrzebna jest pasja i wiara, że ważne jest to co się robi. Wielu młodych na szczęście tak ma, jednak trzeba ich dostrzec.

 

 

WALTER ALTERMANN: Sport i polityka, polityka i sport

Związki polityki ze sportem degradują politykę i sport. Mniejsza już o politykę, bo skoro siedzą w niej najlepsi z nas, to niech sami sobie poradzą. Natomiast sport wyczynowy w Polsce bez państwowej pomocy rady sobie nie da. I na kolejnych igrzyskach możemy dostać co najwyżej jeden medal – za wrażenia estetyczne w czasie parady.

Może ktoś pomyśleć, ze fantazjuję, zmyślam i oczerniam, że przeceniam wpływ polityków na sport… Ale to w takim razie, jak to się stało, że PGE nagle – kilka lat temu, za poprzednich rządów premiera Tuska, który pochodzi z Gdańska – wycofało się z finansowania piłkarzy nożnych z Bełchatowa i przelało swą miłość (wraz z gotówką) na Lechię Gdańsk? I nikogo nie obchodziło, że Bełchatów padnie. I padł. Bo liczył się interes polityczny, nie sportowy. A podobny manewr z piłkarzami z Mielca, którzy nagle stali się beneficjentami innej potężnej firmy? Za innych już rządów?

Dlatego pozwolę sobie przedstawić mój własny projekt dzielenia państwowej kasy przeznaczonej na sport. Bo, że musi ona się pojawić, nie mam wątpliwości.

Porządek i rozsądek? Nie będzie łatwo

Państwowe pieniądze przeznaczone na sport nie mogą, nie powinny trafiać do związków sportowych, bo większość z nich jest organizacjami wzajemnej adoracji, a ich tajnym celem jest zapewnienie swym władzom sutych wynagrodzeń i świętego spokoju.

Trzeba by wreszcie zbadać ile z państwowych dotacji idzie na wsparcie klubów, sportowców, trenerów, a ile zostaje w kasie dla członków zarządów. Co i rusz ktoś podnosi ten postulat, ale wtedy rozlega się krzyk działaczy, że to jest rządowa ingerencja, atakowanie wolności stowarzyszeń i atak amatorów na specjalistów.

Jednak pamiętamy, że nieustępliwość rządów (dwóch, z różnych partii) doprowadziła do istotnych zmian w PZPN. A Polski Związek Piłki Nożnej, jako, że nie bierze państwowych dotacji, wzbraniał się przed audytem jak diabeł przed święconą wodą. Ale po awanturach udało się jednak powstrzymać ambicje zarządu PZPN, który zamierzał w centrum Warszawy wybudować sobie paradną siedzibę kosztem 100 mln złotych.

Skąd bierze PZPN pieniądze? Ano z dotacji europejskich i światowych związków piłkarskich oraz od klubów. Nie gardzi także potężnymi sumami za transmisje telewizyjne pucharów europejskich i polskich ligowych rozgrywek. Są też sponsorzy reprezentacji, głównie państwowi, aliści są i prywatni. Więc jest się za co bawić.

Komu i jak dawać pieniądze na sport?

Trzeba doprowadzić do tego, że państwowe pieniądze „wrzucone w sport” nie będą marnowane, że nie będą przejadane przez władze związkowe. Dlatego proponuję pięć kroków wiodących do celu, jakim jest uzdrowienie naszego sportu.

 

Krok pierwszy. Należy utworzyć Fundusz Wspierania Polskiego Sportu, który gromadziłby i potem rozdzielał pieniądze od spółek Skarbu Państwa.

Krok drugi. Należy ustawowo zakazać spółkom Skarbu Państwa (nawet z mniejszościowym udziałem państwa) jakiegokolwiek wspierania klubów. Jeżeli któraś z państwowych spółek miałaby trochę wolnej gotówki, to mogłaby ją przelać, właśnie na ów Fundusz. I dopiero władze tego funduszu decydowałyby komu te pieniądze dać. Bez politycznego wyrachowania.

Krok trzeci. Żeby pieniądze, państwowe oraz te z Funduszu trafiały do klubów, trzeba zrozumieć, że istotne dla naszego sportu kluby rozsiane są po całej Polsce. I dlatego rząd powinien przekazywać pieniądze urzędom marszałkowskim i władzom gmin. Dlatego, że z takiego Olsztyna naprawdę lepiej widać, co dzieje się w Ostródzie. Proste, ale o tym też się zapomina.

Krok czwarty. Wszystkie obdarowane, dofinansowywane kluby musiałby się poddać corocznemu niezależnemu audytowi. Wyniki tego audytu powinny być znane publicznie. Bo skoro pieniądze są publiczne, to oczywiste jest (przynajmniej dla mnie), że także gospodarowanie nimi musi podlegać wnikliwej publicznej kontroli. I ocenie.

Krok piąty. Mając zrealizowane to co wyżej, należałoby przywrócić Związkom Sportowym ich podstawową rolę – organizacyjną (ligowe rozgrywki) kształcącą, doradczą i wspomagającą. I wtedy związki przestałyby się szarogęsić, wypowiadać się w imieniu wszystkich klubów i wszystkich sportowców. Bo one nie są żadną władzą. Mają jedynie sportowi służyć.

Obecnie polski sport wygląda tak, jak po Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu – jak zagubiona chudzina, tonąca w bagnie, której czasem, przypadkiem coś się uda. Czyli w sporcie jest marnie i przypadkowo. Bo murowani kandydaci do medali zawiedli, a większość złota, srebra i brązu (poza siatkarzami) zdobyli ludzie, na których nikt nie liczył.

Na prawdziwych działaczy naprawdę można liczyć

Żeby nie siać defetyzmu, który nikomu nie służy… opowiem historię wspaniałego działacza. Nazywał się Ludwik Sobolewski i działał w łódzkim sporcie. Do Widzewa trafił w 1969 roku. Jego prawą ręką został Stefan Wroński, a trenerem drużyny Leszek Jezierski.

„To właśnie ta trójka w przeciągu zaledwie kilku lat zrobiła z drużyny ligi okręgowej, rozgrywającej swoje mecze przy drewnianej trybunie i w towarzystwie owiec w roli kosiarek do trawy, zespół, z którym musiał liczyć się każdy na świecie.

Dzięki postawieniu na zawodników, których nadrzędną cechą był wielki charakter i hart ducha, wiosną 1970 roku udało się wygrać ligę okręgową. Pięć lat później nieznany szerszej publiczności Widzew, o którego sile stanowili zawodnicy niechciani w innych drużynach, zdołał awansować do ekstraklasy. Trzy lata później był już wicemistrzem Polski, a jego wyższość uznać musiał sam Manchester City. Dwie bramki w tym dwumeczu zdobył wybrany na najlepszego zawodnika w historii polskiej piłki, Zbigniew Boniek.

Tyle jest napisane na stronie RTS Widzew. Jednak kulisy sukcesu Widzewa, których ojcem był Ludwik Sobolewski są tyleż nietypowe, co pouczające. Po pierwsze – Sobolewski doskonale wiedział na jakich zasadach funkcjonuje w Polsce sport. I dlatego postanowił działać zupełnie inaczej. Zapamiętajmy to – inaczej. Może to jest właściwy klucz do sukcesu w każdej dziedzinie?

Za komuny każdy wiedział, że każde działanie musiało uzyskać akceptację władzy, a najlepiej, jakby władza każdy pomysł przedstawiała jako własny. Sobolewski dobrze o tym wiedział. Jednak ówczesne władze w Łodzi wpatrzone były jak w obrazek w ŁKS. Także dlatego, że ówczesny I sekretarz wojewódzki PZPR urodził się kilkaset metrów od stadionu ŁKS-u i był zażartym ełkaesiakiem.

Zatem pierwsze awanse Widzewa jakoś Sobolewskiemu uszły płazem, ale gdy będący już w II lidze Widzew miał szanse awansować do I ligi, władze wezwały prezesa Widzewa na rozmowę. I wtedy I sekretarz powiedział:

– Łodzi nie stać na dwa pierwszoligowe kluby, zrozumcie to. A bo to wam źle w w II lidze?

Tu wyjaśniam, że w latach 60. I liga była najwyższym stopniem rozgrywek piłkarskich.  Sobolewski miał jednak chytry plan. Obszedł, bez hałasu, wszystkie zakłady przemysłowe na Widzewie, a było ich sporo, bo była to dzielnica przemysłowa. I przekonywał dyrektorów, że dla dobra dzielnicy, dla dobra mieszkańców Widzewa i pracowników ich fabryk byłoby dobrze, gdy także ich zakłady pomogły finansowo widzewskiemu klubowi. I dyrektorzy się złożyli na RTS Widzew. A w 1975 roku klub Ryszarda Sobolewskiego awansował, bez zgody matki partii, do I ligi. Po awansie prezesi, trenerzy, zawodnicy i działacze zostali zaproszeni do gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi. I sekretarz serdecznie (choć wściekły) pogratulował klubowi historycznego awansu, po czym dodał:

– Teraz, towarzyszu Sobolewski, rozumiejąc wasze nowe wyzwania, chcemy wam pomóc. Zasilimy wasz zespół naszymi oddanymi piłce nożnej działaczami. Mówcie, towarzyszu Sobolewski, jak jeszcze możemy wam pomóc.

– Bardzo dziękujemy, towarzyszu sekretarzu za gratulacje – zaczął Sobolewski – a co do pomocy… Bardzo proszę, żebyście nam nie pomagali zasilaniem nas działaczami. Sami damy sobie jakoś radę.

Z tej historii płyną dwa morały. Pierwszy, że nie oglądając się na władze samemu też można zrobić niemało. Drugi morał jest taki, że jak ktoś ma „jaja” i jest inteligentny, to da sobie radę w każdym systemie.

 

 

 

O tym, co nas czeka, mimo, że my na to nie czekamy pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Chrzanić prąd

Eskapizm, wyparcie, dlaczego ludzie najmniej interesują się sprawami, które mają największy wpływ na ich przyszłość, ich los? Dlaczego by tego nie robili, skutki są opłakane. W skali globalnej, lokalnej i skali kraju. 

“Wiesz co, jakoś ten prąd nam się nie klika” – stwierdził znajomy kiedy zapytałem, czemu jego medium tak mało zwraca uwagę na kwestię rosnących cen energii. Trudno z takim wyrokiem dyskutować. Jak się nie klika to się klika. Brak klikalności, nieatrakcyjność dla algorytmu, słaby potencjał “viralowy” to dziś taka przyspieszona, ekspresowa święta inkwizycja wpisująca temat w indeks ksiąg zakazanych. Jest nawet jeszcze gorzej, bo tam był tryb odwoławczy, a tu nawet nie wiadomo, jak to wszystko działa.

Algorytmy pozwolę sobie rozgryźć już w przyszłym wcieleniu, bo w tym sprawy źle poszły i jestem na to za cienki. Dlatego zajmę się sprawą, która pozornie jest dużo prostsza, a tak naprawdę nie ma dziś mędrca, który do końca by ją tłumaczył. Dlaczego ludzie nie interesują się, nie klikają prądu? Wydawałoby się, że to sprawa dla nich dość istotna. Czy widzieliście kiedyś kwestię podwyżek prądu w jakichkolwiek trendach, na X, w Google trends, milionowym wiralu na Youtube albo nawet okładce tabloidu?

Tymczasem specjalistyczne media w Europie i na świecie już zwracają uwagę na rosnącą hurtową cenę prądu. Hurt, wiadomo nie dla ludzi, ale raczej przekłada się na detal. A poza tym skutecznie odstraszy z Polski inwestorów. To takie generalne, ale podwyżki już widać. Już nie są tuż, tuż, być może się zdarzą. Są. Wszyscy płacą wyższe rachunki, a za chwilę zacznie się na całego. To już nie jest iluzja odroczonej egzekucji, gdzie skazaniec zyskując kilka dodatkowych godzin przestaje wierzyć w wyrok i wydaje mu się, że stan przejściowy będzie trwał wiecznie. Jest już po egzekucji. Nie da się dłużej co oszukiwać i łudzić. I co? Wygląda na to, że rządzący dobrze zdiagnozowali sprawę. Zagrożenie żywotnym interesom społeczeństwa nie wysadzi ich z siodła. To społeczeństwo bardziej kieruje się modą, rozrywką i emocjami niż swoim żywotnym interesem.

Masowe zainteresowania informacyjne mocno rozjechały się z tym co ważne dla samej masy. Nie zawsze i nie wszędzie tak było, ale dziś jest. Pomimo tego, że dwa tygodnie temu giełdy jednoznacznie wskazały, że pogróżki polityków na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie to nie żarty, świat polskiej polityki i mediów nie żył tym przesadnie. Przecież już tyle razy było blisko. Niestety, także w bardziej lokalnej skali to działa. Nie tylko w odniesieniu do mediów, ale  i wyborów. i dlatego ludzie narzekający na korki, żółtą wodę w kranie, rozgrzebane miasto i brak ścieżek rowerowych za czasów faceta, który o rowerzystach nieustannie gada, idą i na niego głosują. I nic ich nie ruszy. Chyba, że jakąś sprytną głupotę, zupełnie z nim tak naprawdę nie związaną podchwycą algorytmy społeczne i zacznie się klikać. O ile jeszcze prąd będzie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Obrachunki poolimpijskie, czyli nasze zaszczytne 42 miejsce!

Na tegorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu Polacy zdobyli 10 medali, a konkretnie: 1 złoty, 4 srebrne, 5 brązowych. To nasz najgorszy olimpijski wynik od 64 lat. Naprawdę jest się czego wstydzić. I nie mówię o zawodnikach, bo oni walczyli najlepiej jak potrafili, mówię o nas, o wstydzie nas wszystkich. Konkretny powód do zażenowania jest taki, że nie jesteśmy w stanie dobrze zorganizować polskich klubów i naszych związków sportowych.

Holandia jest, w porównaniu z Polską, małym krajem, a jednak Holendrzy zdobywają na Igrzyskach Olimpijskich tyle medali, że my możemy o tym jedynie pomarzyć. Polska ma ok. 37 mln obywateli, Holandia ok. 17. W Paryżu w 2024 roku, zdobyliśmy 10 medali, a Holendrzy 15.

A może jesteśmy nieudacznikami organizacyjnymi? W dużej mierze, niestety, tak. Jesteśmy mocni w gębie, w wymyślaniu haseł, ale jak co do czego – d… blada.

Po co nam w ogóle sport wyczynowy?

Kiedyś, za komuny, panowało hasło, że sport wyczynowy ma być przykładem dla zwykłych obywateli. Ma pobudzać ich do fizycznego wysiłku, którego celem miała być tężyzna całego narodu. A naprawdę chodziło o to, żeby udowodnić nam i całemu światu, że w Polsce panuje świetny ustrój. Sport miał żyrować realny socjalizm.

Szczytem takiego podejścia do sportu wyczynowego była organizacja sportu w Niemieckiej Republice Demokratycznej, której zawodnicy mieli udowodnić, że w NRD panuje lepszy ustrój niż w Bundesrepublice. W NRD zorganizowano, w różnych miastach, silne ośrodki dla poszczególnych dyscyplin. Jeżeli jakaś młoda dziewczyna czy młodzieniec zdradzali oznaki talentu, to „proponowano” całej rodzinie przeniesienie się do wskazanego przez władza miasta, żeby talent młodych mógł się rozwijać. I nikt władzy nie odmawiał. Niechby spróbował.

Dopuszczano się także wymuszonych zajść w ciążę, którą potem usuwano, żeby zawodniczki miały jak najlepsze wyniki. Również NRD-owska farmakologia „wspierała” „sport”, skutkiem czego Niemcy z NRD przodowali również w szprycowaniu swoich zawodników medykamentami. I wyniki były, ale kosztem zdrowia zawodników i niewyobrażalnego państwowego terroru.

Sport po komunie

W Polsce, po upadku komuny, państwo zrzekło się niejako władzy nad sportem i oddało ją związkom sportowym, które miały być niezależne od władz. Przyświecała temu wielka idea chrześcijańskich demokratów, którzy głosili (słuszną, ale niesprawdzoną w praktyce) teorię, że czym mniej państwa, tym lepiej. O dziwo chadeków wsparli liberałowie, dla których zasada „im mniej państwa w państwie” jest pierwszym przykazaniem.

I tak pełną autonomię, poza sportowcami, uzyskali m.in. adwokaci i lekarze. Ich błędy i zaniechania, miały być oceniane przez ich cechowe organizacje. Rychło jednak okazało się, że wybierane demokratycznie władze samorządów zawodowych nie miały nawet zamiaru rozliczać kolegów, a już o karaniu nikt nawet nie myślał.

Zarządy związków ponad wszystkim

Wracając do sportu. Związki sportowe w Polsce (autonomiczne, samorządne i niezależne) rychło, w nowym systemie zaczęły ostro dbać o interes ludzi z zarządów związkowych. A interesy zrzeszonych klubów i sportowców jakoś zeszły na margines, a nawet zginęły gdzieś hen, hen za horyzontem. Ano, bliższa ciału koszula niż sukmana.

Istnym światowym kuriozum na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu stała się sprawa Darii Pikulik, naszej srebrnej medalistki w kolarstwie torowym, której jej związek kolarski nie zapewnił minimalnych warunków do treningów. Pikulik musiała nawet sama opłacać swoje treningi. A kostium dostała dosłownie dzień przed startem. Podobnie było z jej rowerem. Doszło nawet do tego, że część kosztów związanych z jej występem olimpijskim pokrył z własnej kieszeni jej trener. Ciekawe, czy działacze Polskiego Związku Kolarskiego pojechali na igrzyska, w jakiej liczbie, sami czy z rodzinami i kto płacił za ich pobyt? To jest, Drodzy Czytelnicy, dno dna.

Państwo musi wydawać więcej

Żeby w obecnych czasach sport mógł się rozwijać konieczne są duże pieniądze. W USA, poza rządem, duże pieniądze płyną od potężnych korporacji i dużych uniwersytetów. W Polsce uniwersytety nie są w ogóle sportem zainteresowane, a dawne obiekty Akademickiego Związku Sportowego, związku, który wychował wielu wspaniałych sportowców, porastają chwasty. A w przypadku obiektów zadaszonych, te dachy się zapadają.

Nie mamy tylu wielkich przedsiębiorstw i banków, co na Zachodzie. Owszem, mamy m.in. Orlen, PGE, kilka dużych banków i spółki miedziowe. Te jednak głównie zainteresowane są finansowaniem klubów piłki nożnej. Bo tam sponsora najlepiej widać.

Jestem jednak przeciwny finansowaniu sportu przez nasze duże firmy. A to dlatego, że od zawsze ich władze były, są i będą narzucane przez polityków. Wedle zasady lojalności nominowanego, niezależnie czy ma jakieś pojęcie o tym, co produkuje, czym zajmuje się państwowa spółka, w której władzach zasiada.

Poza tym politycy mają swoje interesy polityczne. I jeżeli któryś z nich startuje do parlamentu z  Bydgoszczy, to na pewno nie będzie wspierał sportu w Toruniu.

Wicie rozumicie, Szef będzie zadowolony

Jak to się dzieje, że jedne kluby uzyskują wsparcie państwa, a inne nie? Tak samo jak za komuny. Wtedy i dzisiaj dzieje się to tak, że u prezesa wielkiej firmy pojawia się jakiś poseł, zupełnie nie pierwszego znaczenia. Ot, prosty, mało znany publice poseł, który powiedzmy to – na przykład – pochodzi z Dolnego Śląska. I ów poseł rozumie, że jeżeli w jego okręgu jakiś piłkarski klub awansuje przy wsparciu państwowej spółki „XYZ”, to szansa posła na reelekcję wzrośnie. Zatem toczy się między posłem, a prezesem taka mniej więcej rozmowa:

– Mam taki pomysł, panie prezesie – zaczyna poseł – żeby pański koncern wsparł taki jeden klub na Dolnym Śląsku.

– A oni mają już jakieś osiągnięcia? – pyta rozumnie prezes.

– A jak mogą mieć, jak oni nie mają pieniędzy? Osiągnięcia pójdą za pieniędzmi.

– Ale nie wiem, czy ja tak mogę? – broni się prezes.

– Jak pan prezes nie może, to kto może? Ja nawet pozwoliłem sobie rozmawiać z Szefem i on ogromnie zapalił się do mojego pomysłu… Tym bardziej, że jego żona pochodzi z … No wie pan. Teściowie, bracia żony, rzecz święta.

– Ale gdyby Szef mi sam to powiedział, byłbym bardziej pewny, nie to, że panu nie wierzę…

– O spotkaniu mowy nie ma – mówi poseł.

– Nie widzi pan, że teraz wszyscy wszystko nagrywają, podsłuchują, fotografują nawet? I dlatego u pana jestem ja, mały, cichy, szary poseł. Ale powiem panu jedno… – tu poseł ścisza głos – w przypadku pozytywnego załatwienia sprawy, Szef nigdy panu tego nie zapomni. A jak pan wie, Szef ma pamięć jak słoń. Tak w dobrym, jak w złym.

Tak to się działo i dzieje. Miejmy nadzieję, że w końcu przestanie tak się dziać.

 

 

WALTER ALTERMANN: Skandal na początku Igrzysk Olimpijskich. Francja nie-elegancja

Każde otwarcie olimpiady ma być prezentacją miasta i kraju, w którym się ona odbywa. Zawsze jest to przydługa ceremonia i nie wiadomo po co się ją organizuje. Zamiast pokazywać sportowców, pokazuje się mniej czy więcej artystyczne widowisko. Kolejne kraje prześcigają się w prezentacji atrakcji i zaskakujących technik. Tak było w Pekinie i Londynie. I zawsze jest to widowisko cyrkowe. Sam nie lubię cyrku (a szczególnie tresury zwierząt) i nie przepadam za czymkolwiek co je przypomina. Oczywiście są też ludzie, którzy za takimi dziwactwami przepadają. De gustibus non est disputandum

Jednakże Francja a szczególnie Paryż to przez wieki stolica mód, sztuki, literatury i filozofii. Po ceremonii tam właśnie spodziewałem się czegoś wyjątkowego, doczekałem się jednak prostackiego skandalu nad skandale.

Był to występ właśnie skandalistów i ich animacja znanego obrazu. Naraz widzom całego świata telewizja pokazała „żywy obraz” odtwarzający znane dzieło Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę Jezusa Chrystusa i jego uczniów.

Jest to obraz będący ikoną malarstwa i chrześcijaństwa zarazem. Tu zaznaczę, że obrazy nie są świętością w kościele rzymskokatolickim, ale przedstawione na nich postaci mogą nosić charyzmat świętości. A taki właśnie charakter ma wspomniany obraz – jest na nim Jezus i apostołowie, a malarz przedstawił na nim początek chrześcijaństwa.

Ale w Paryżu zobaczyliśmy jakieś żywe, potworne ludzkie monstra, poprzebierane w najdziwaczniejsze kostiumy. I te monstra swymi gestami i minami wyraźnie sobie kpiły. Z czego kpiły? Przecież nie z Leonarda da Vinci, przecież nie z obrazu, ale z chrześcijaństwa.

Libertynizm czy wygłup?

Francja jest Pierwszą Córą Kościoła, ale jest też matką XVIII-wiecznego libertynizmu, którego celem było zniszczenie Kościoła. To we Francji libertynizm wyrósł na silny ruch społeczny, którego efektem była walka z Kościołem i religią. Co przyniosło tragiczne skutki w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Wtedy to zapłonęły kościoły i klasztory, niszczono artystyczny dorobek Francji związany z Kościołem, a przede wszystkim mordowano księży i zakonników. Ten okres, to apogeum walki z religią i Kościołem w Europie.

Oczywiście należy tu rozróżnić walkę z religią od krytyki kleru. Religia jest dla chrześcijan największą świętością, a kościół podlegał krytyce właściwie od zawsze. Marcin Luter występując przeciwko Kościołowi nie wystąpił przeciw religii. Oczywiście nie każda krytyka Kościoła rzymskokatolickiego prowadziła do schizmy czy zakładania nowych kościołów. Ale była przecież obecna zawsze. Kościół jest przecież tworem ludzkim, a ludzie są omylni, popełniają błędy i często ich drogi wiodą na manowce.

Klasa

Krytyka instytucji kościelnych i kleru oczywiście nie jest zabroniona, ale trzeba w niej zachować klasę. A tej zabrakło „monstrom olimpijskim”. Co to jest klasa? Trudno wytłumaczyć i trudno zrozumieć komuś kto jej nie ma. Ale ona istnieje naprawdę. Posłużę się dwoma przykładami.

Pierwszy z nich to „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem, a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Dzieło wydano w Krakowie w roku 1543. Autorem jest nasz rodak, ojciec języka polskiego, Mikołaj Rej.

„Krótka rozprawa…” to dzieło pełne ironii, napisane z pasją polemisty i genialnym słuchem satyryka. Rej był protestantem i wytykał Kościołowi jego błędy, ale miał klasę, gdy pisał:

A w kościele kury wrzeszczą,

Świnie kwiczą, na ołtarzu jajca liczą.

A czyż w tym, poniższym dwuwierszu, nie ma klasy?

Ksiądz wini pana pan księdza

nam prostym zewsząd nędza.

Przykład drugi to duża scena z wielkiego filmu Federico Felliniego „Rzym”. Film powstał w roku 1972. Jest w nim duża sekwencja, w której bohaterowie oglądają prześmieszny pokaz kościelnej mody. Na wybiegu dla modelek i modeli pojawiają się aktorzy w roli biskupów, i księży, którzy z wdziękiem gibkich modeli prezentują awangardowe sutanny, pelerynki i tiary. Widzimy również zakonnice w śmiałych habitach. Wszystko to – moim zdaniem – nie tylko śmieszy, ale i wskazuje na zbytek Kościoła. I to jest w porządku, bo ma klasę.

Przeciw religii

Jednakże paryskie widowisko nie było krytyką Kościoła. Ono było szyderstwem z religii i świadomym dążeniem „artystów” do wykpienia wiary. A to już zmienia kategorię czynu. To w Europie jest karalne. I może prowadzić do niepokojów społecznych, a nawet aktów terroru.

Pamiętamy przecież, jak 17 stycznia 2015 roku została zaatakowana paryska redakcja satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. Ataku dopuściło się dwóch dżihadystów. Wtedy zginęło 12 osób, w tym główni rysownicy tygodnika. Powodem ataku były karykatury Mahometa zamieszczane na łamach pisma i przypisywana jego autorom wrogość wobec islamu. Oliwy do ognia mahometan dolało i to, że większość członków redakcji było Żydami. I paryscy mahometanie widzieli w działaniu tygodnika nie tylko szyderstwo z ich religii, ale także akcję wspierającą Izrael w konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Oczywiście dzisiejsza Europa jest tolerancyjna i chyba nie znajdzie się nikt, kto sięgnąłby po broń, by bronić wiary chrześcijańskiej. Ale są też w niej tysiące przybyszy, muzułmanów, którzy nie mają tak dużego poczucia humoru. Przynajmniej nie takie, jak ci, którzy w Europie są od dawna.

W czyim interesie

Zastanawia mnie, czy ktokolwiek z organizatorów wiedział, co „grupa monstrów” przygotowuje i jaki to coś będzie miało społeczny wydźwięk? I w jakim w ogóle celu ktoś miałby się naśmiewać z religii, obrażać ją. Sprawą powinien zając się prokurator, który powyższe pytania powinien sobie i „monstrom” zadać.

Nie mówię, że w sprawę jest zamieszane czy jakieś „komando”. Nie winię nawet osób, którym coś tak horrendalnego przyszło do głowy. Winię jednak organizatorów widowiska otwarcia Igrzysk 33. Olimpiady. Być może tej małej grupce „artystów” wydawało się, że taki happening i performance będą śmieszne. Że zdobędą sławę i poklask. Myśl ludzka biega pokrętnymi i pokręconymi ścieżkami, czasami nie mającymi nic wspólnego z żadną logiką.

Powtarzam – artystom wolno. Ale nie zawsze i nie w każdym miejscu. I za niewłaściwe miejsce i czas, za dopuszczenie takiego dziwacznego manifestu libertynów na olimpiadzie, ktoś w władz Francji powinien przeprosić, a winni (spośród organizatorów) powinni odpowiedzieć przed sądem.

Francuzi chcieliby przewodzić Unii Europejskiej, więc niech przed organami Unii wytłumaczy się sam prezydent Emmanuel Macron. Ale wątpię czy się na to zdobędzie, bo sam od czasu do czasu, zachowuje się jak osobnik nad wszystko ceniący wygłupy i wypowiedzi „od czapy”.

Tym razem słynna francuska frywolność i lekkość bytu okazały się potwornymi gniotami i zakalcem. Zwyczajną wulgarnością. I jeżeli w tę stronę zmierza kultura Francji, to być może za kilkanaście lat, na kolejnej olimpiadzie w Paryżu, w czasie uroczystego otwarcia, zobaczymy ucieszne spalenie wielkiego mistrza templariuszy Jakuba de Molay’a oraz zniewalająco cudownie płonące kościoły, bo to też jest dziedzictwo Francji.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Letnie wakacje i inne dzikie atrakcje

Czas letnich wakacji przypada w Polsce w lipcu i sierpniu, gdy dzieci i młodzież mają wolne od szkoły, a ich rodzice biorą urlopy. Tak jest dla większości, ale są jeszcze w kraju emeryci. Ci z kolei czatują na okres przed lipcem i sierpniem, oraz po, bo wtedy jest o wiele taniej.

W ostatnich latach bardzo wielu naszych rodaków wybiera wakacje poza Polską. I nie ze względu na klimat, bo i u nas jest latem okropnie gorąco, i u nas można dostatecznie się poparzyć na słońcu i z trudem oddychać. Również i u nas są już luksusowe hotele.

Decydującą przesłanką przemawiającą za wyjazdem wakacyjnym do obcych krajów, jest – niestety – szpan. Chęć pokazania się, zaimponowania znajomym. Niestety staropolskie postępowanie, wedle staropolskiego porzekadła, nadal jest aktualne. A brzmi ono: „Zastaw się, a postaw się”.

Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, ale wystarczy popatrzeć na mówiących, że byli na Seszelach, w Hurgadzie czy na Korfu, a zobaczymy dumę i poczucie wyższości, które ich rozpierają. Niestety egalitaryzm nigdy nie był u nas w modzie, już od czasów Siemowita, Lestka i Siemomysła.

Trzy cele wakacji w Polsce

O ile chodzi o krajan, którzy spędzają wakacje w Polsce, bo są i tacy, to głównie ciągną nad Bałtyk, w góry lub na Mazury. Jednak ich opowieści i przesyłane znajomym zdjęcia, świadczą, że  najbardziej cenią sobie wygodne hotelowe łóżka, dobrą kuchnię i baseny.

I nikt, z obu grup wakacjuszy,  nie wspomina o przyrodzie, jej urokach, pejzażach i czystym powietrzu. Po prostu wakacjusze nasi przenoszą się z wygodnych mieszkań do jeszcze wygodniejszych hoteli. I najbardziej ich cieszy, że na wakacjach nie muszą po sobie sprzątać.

Drogo wszędzie, pusto wszędzie, co to będzie

Z roku na rok umacnia się w narodzie przekonanie, że wakacje w Polsce są bardzo drogie, nawet droższe niż te w Grecji czy w Egipcie. Patrząc na rachunki z restauracji, z pewnością tak. Ale narzekający na nadbałtycką drożyznę jakoś nie doliczają do swoich zagranicznych wakacji kosztów przelotu czy jazdy samochodami. A są przecież niemałe.

Jest jednak faktem, że w polskich kurortach, lub wczasowiskach jest bardzo drogo. Drogie jest jedzenie w budkach i restauracjach, drogie jest wypożyczenie leżaka, karuzela dla dzieci, zjeżdżanie na pupie w dmuchanym zamku czy przejście po rozpiętych linach, nie mówiąc już o pójściu na potańcówkę,

Skąd taka drożyzna

Skąd się bierze ta drożyzna? Przede wszystkim z naszej polskiej pazerności. Właściciele usług gastronomicznych i rozrywki są przekonani, że ciężko pracując (po 18 godzin dziennie) muszą po pięciu – sześciu latach odłożyć na przyzwoity dom i nieprzyzwoicie drogi samochód. Poza tym, ludzie prowadzący te wakacyjne interesy są w ogromnej części osobami przyjezdnymi, muszą wynajmować lokale, magazyny i miejsca do spania personelu.

Inaczej jest w górach, szczególnie pod Tatrami. Tamtejsza ludność, przez wieki doświadczająca niebywałej nędzy ma niejako „nerwicę głodową”. To znaczy, górale boją się, że umrą z głodu i dlatego rżną ceprów do gołej skóry. Nadto, z biegiem lat górale stali coraz mniej mili i mniej sympatyczni. Obcując z nimi odnosi się wrażenie, że patrzą na człowieka jak ich dziadowie na „owiecki”, które muszą dawać dużo mleka na oscypki, wełnę na swetry, a w końcu skórę na barani kożuszek.

Zadziwiające jest to, że żadna z wakacyjnych gmin nie powołała do życia spółdzielczości usługowej, w której zatrudnienie i zarobek znaleźliby miejscowi obywatele. Co zresztą obniżyłoby  też ceny. Tu na przeszkodzie stoi odwieczna polska zasada, że nie chodzi o to, żeby moja krowa dawała więcej mleka niż „sąsiadowa”, ale żeby sąsiada krowa po prostu zdechła.

Wątpliwe poznawanie świata

Wojażujący po świecie twierdzą, że poznawanie świata jest dla nich wielką nauką i wypoczynkiem. Czyli mają absolut edukacyjno-rekreacyjny. Prawda jest jednak mniej oczywista. Sporo osób rusza  na ekspresowe zwiedzanie świata, które polega na tym, że siedzą w ekspresowych autobusach, z podkurczonymi nogami przez osiem godzin. I ten autobus przenosi ich ekspresowo w dalekie od punktu startu miejsca. Następnie w ekspresowym tempie biegają po uliczkach historycznych miast, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, nie kontemplując piękna architektury, kunsztu antycznych rzemieślników, uroku i tajemnic minionych cywilizacji. Nic tylko pędzą jak Struś Pędziwiatr. Wracają do kraju wykończeni fizycznie i umysłowo. Ale przecież za nic i nigdy, nawet sobie samym, nie powiedzą prawdy, że przeżyli koszmarne wakacje.

Podaję ten przykład, bo pewien mój znajomy wybrał się na dwa tygodnie na zwiedzanie kilkunastu azjatyckich miast. Wrócił ledwo żywy, ale twierdził, że to była wycieczka jego życia. Zapewne miał rację, bo ledwo przeżył.

Poznawanie Polski 

Jest jeszcze jeden przykry aspekt polskich wakacji. Młode pokolenia nie znają już ojczystego kraju. Najpierw rodzice wożą ich w typowe miejsca hotelowe – Bałtyk, Tatry i Mazury. Gdy ci młodzi dorosną powtarzają trasy rodziców, a potem raczą tym samy swoje dzieci.

Po I Wojnie Światowej, zaraz po odzyskaniu niepodległości władze państwowe stanęły przed poważnym zadaniem kulturowego scalenia kraju. Bo przez 123 lata dla poznaniaka nieznane było Mazowsze, Podole, czy cała Galicja. Wprzęgnięto więc do prac nie tylko państwową propagandę, która miała w prasie przybliżać Polakom całą Polskę. Na pomoc ruszyło również harcerstwo, które organizowało obozy „poznawcze”. Oczywiście nie tak to się nazywało, ale harcerze z byłego zaboru pruskiego jeździli na terany byłej Galicji, byli Galicjanie obozowali na Mazurach, a kongresowiacy urządzali obozy w na terenach byłych zaborów – austriackiego i pruskiego. W ten sposób przynajmniej część młodych ludzi mogła znać i uznać całą Polskę za swoją.

Turystyczne co dalej

Zadbano także o to, dając na ten zbożny cel państwowe pieniądze, żeby uczniowie jeździli na trzydniowe wycieczki nad Bałtyk, właśnie odzyskany. Żeby wiedzieli, że to ich.

Ten sam rozsądny zabieg zastosowały władze PRL wobec Ziem Odzyskanych. Po 1956 roku większość obozów harcerskich z Polski przedwojennej organizowano na terenach, które po wojnie stały się polskie. Oczywiście władze PRL-u nigdy nie przyznały się do skopiowania zabiegów sanacji, ale tak było. I Bogu dzięki. Również szkoły miały obowiązek organizować wycieczki, w czasie których młodzież mogła zobaczyć Kraków, Góry Świętokrzyskie, Tatry, Gdańsk i Lublin.

To były świetnie i głęboko przemyślane akcje, które pozwalały młodym ludziom zobaczyć własny kraj. I podziwiać go. Dzisiaj niby też go poznają, ale głównie z okien rodzinnych samochodów, które ekspresowo zawożą ich autostradami na Bałtyk, Tatry i Mazury.

I jest to naprawdę wielki problem, który poruszam przy okazji sprawy wakacji, ale jest on całoroczny. W ostatniej swojej kadencji rządowej PiS zabiegał o te wycieczki krajoznawcze dla młodzieży, ale co z tego wyszło nie wiem. A co będzie teraz? Nie wiem jeszcze bardziej.