WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści zrobili z księdza Gurgacza herszta bandy i zamordowali

Zbrodnia miała miejsce 14 września 1949 r. na podwórzu więzienia przy ul. Montelupich, w wyniku haniebnego wyroku krzywoprzysiężnego „sądu”. Według relacji naocznego świadka egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”, w tył głowy. Tak zginął ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita, który jako kapelan wspierał duchowo młodych chłopaków z antykomunistycznego oddziału „Żandarmeria” Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Potajemnie pogrzebany, po latach odnaleziony przez IPN, został z honorami pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Po aresztowaniu w lipcu 1949 r. ks. Władysława Gurgacza przesłuchiwali funkcjonariusze operacyjni z PUBP w Nowym Sączu oraz WUBP w Krakowie: Jan Bądek oraz Adam Błażejczyk i Bolesław Tomiak.

Najlepiej rozpoznany jest Jan Bądek, który był „specjalistą” od oddziału „Żandarmeria”. Po zaliczeniu – w ostatnich miesiącach 1947 r. – Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej PPR – w maju 1949 r. w lasach Jaworzyny Krynickiej brał udział, razem z oddziałem KBW, w zasadzce na członka „Żandarmerii” Mieczysława Rembiarza ps. „Orlik”. W lipcu 1949 r. uczestniczył w akcji zabicia kolejnych żołnierzy „Żandarmerii” w Kunowie k. Nowego Sącza.

Śledztwo

Księdza Gurgacza po aresztowaniu przekazano do dyspozycji Wydziału Śledczego, gdzie przesłuchania prowadzili Tadeusz Ziarko i Henryk Capiga. Ten drugi (rocznik 1927) w czasie niemieckiej okupacji należał do oddziału Gwardii Ludowej – Armii Ludowej im. Bartosza Głowackiego. 1 marca 1945 r. rozpoczął „służbę” w bezpiece. W 1947 r. przeszedł kurs śledczy przy Centralnej Szkole MBP w Warszawie. Awansowany, pod koniec lat 60-tych był zastępcą Naczelnika Wydziału „B” Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie w stopniu majora. „Służbę” skończył w stopniu podpułkownika.

7 lipca 1949 r. podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie, Stanisław Węglarz, podsumował stawiane księdzu zarzuty. Następnego dnia funkcjonariusz śledczy Jan Zborowski sporządził „postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej”, a naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Krakowie, Franciszek Gałuszka, przygotował akt oskarżenia, zaakceptowany przez prokuratora WPR w Krakowie, Piotra Smolnickiego

„Przywódca bandy”

Rozprawa przeciw oddziałowi dowodzonemu tak naprawdę przez Stefana Balickiego „Bylinę”, którą komuniści propagandowo nazwali „procesem ks. Gurgacza”, a w prasie także „procesem bandy ks. Gurgacza”, stała się pretekstem do nagonki na Kościół katolicki.

Rozprawie przewodniczył szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie Władysław Stasica, przy udziale Ludwika Kiełtyki i Mieczysława Motyczko.
Władysław Stasica (rocznik 1913), w latach 30. ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Od września 1947 do grudnia 1952 r. był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. Przewodniczył składom sędziowskim w wielu procesach żołnierzy i działaczy niepodległościowych, m. in. Kazimierza Pużaka. Później był wziętym adwokatem (członek Zespołu Adwokackiego nr 14 w Krakowie). Zmarł 20 czerwca 1973 r., pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Ludwik Kiełtyka (rocznik 1922), ukończył Gimnazjum Państwowe w Przemyślu (1935-1939), oraz Liceum Handlowe (1939-1940). W czasie niemieckiej okupacji pracował jako instruktor hodowlany Związku Hodowców Bydła w Krakowie. W lipcu 1944 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a w lutym 1945 r. do (L)WP.
We wrześniu tego roku ukończył sześciomiesięczną Oficerską Szkołę Piechoty w Inowrocławiu i został skierowany do Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie na stanowisko sekretarza. Ostatecznie, awansując na sędziego krakowskiego WSR, wydał 85 wyroków śmierci (w sumie miał ich na koncie co najmniej 216). Potem płynnie stał się urzędnikiem Państwowej Inspekcji Pracy i prezesem Handlowej Spółdzielni Inwalidów w Kielcach.

W uzasadnieniu wyroku na ks. Gurgacza sędziowie WSR w Krakowie podkreślali, że jezuita był „kapelanem bandy, którą demoralizował swoimi kazaniami, wychowując ją w duchu wrogości do obecnego ustroju”. (…) „Był moralnym przywódcą bandy, w bandzie używał ps. »Ojciec<, »Sem«.”

„Nienawiść do ustroju”

Oskarżycielem był szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Katowicach, Henryk Ligięza. W wystąpieniu, domagającym się kary śmierci, podkreślał, że „celem większego sfanatyzowania członków »Żandarmerii« osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. Przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju, osk. ks. Gurgacz wpajał w członków »Żandarmerii« nienawiść do obecnego ustroju i wolę do obalenia go”.

Henryk Ligięza (w 1936 r. absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w 1944 r. powstaniec warszawski w obwodzie „Żywiciel”) po wojnie „służył” najpierw w UB, po czym został przeniesiony na stanowisko podprokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie. Potem już tylko piął się po szczeblach kariery: w latach 1946-1955 był prokuratorem wojskowym w Krakowie, Białymstoku, Katowicach, a od 1950 r. w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.

Mimo zarzutów „odwilżowej” Komisji Mazura o łamaniu „socjalistycznej praworządności”, miękko wylądował w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych w Warszawie (zastępca kierownika działu), potem w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie (radca prawny), w końcu w Głównej Komisji Arbitrażowej (od 1959, arbiter i kierownik zespołu). Zmarł 25 września 1973 r. w Warszawie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie!!!

 „Każda kropla krwi niewinnie przelanej…”

13 sierpnia 1949 r., ostatni dzień procesu. W protokole rozprawy zapisano: „osk. ks. Gurgacz Władysław – nie oświadcza się”. Przeczą temu odnalezione zapiski funkcjonariusza pionu śledczego bezpieki: „Ost(atnie) słowo Gurgacz – do oddz[iału] nie należał z przyczyn polit(ycznych), jest niewinny jako kapłan, zakonnik i Polak. Niewinny dlatego – bo działał w dobrej wierze. Niewinny wobec Kościoła. Do lasu został zabrany – przymus fizyczny i moralny. Zrobił błąd. Nie tylko może, lecz i powinien udać się do lasu, aby przeciwdziałać większemu złu (dopisek na marginesie: moralista). Zamienił sukienkę duchowną na mundur polskiego żołnierza. Przeciwdziałał rozwojowi organizacji (gdyby nie on, byłoby nie 20, a cały batalion, całe Podhale). On chłopców umoralniał. Uważa, że wyraża przekonania większości narodu. Nie uznaje władz obecnych. Uważa się za przeds(tawiciela) 24 mili(onów) Polaków, którzy nie zgadzają się z obecną rzeczyw(istością) i modlą się o wolność. Iudica me deus (sic!) et discerne causam meam (łac.: Osądź mnie, Boże, i rozstrzygnij sprawę moją)”.

Według relacji zebranych przez biografkę zakonnika, Danutę Suchorowską, ks. Gurgacz miał w ostatnim słowie wypowiedzieć jeszcze kilka ważnych zdań: „(…) ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.

„Pod Twoją obronę”

14 sierpnia 1949 r. krakowski WSR wydał wyrok. Na śmierć skazano ks. Władysława Gurgacza, Stefana Balickiego „Bylinę” i Stanisława Szajnę „Orła”. Osadzono ich następnie w bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o którą zresztą ks. Gurgacz nie prosił.

Przez miesiąc ks. Gurgacz przebywał w celi śmierci, mając ograniczone możliwości kontaktowania się z pozostałymi żołnierzami PPAN. 14 września 1949 r. na podwórzu Montelupich (w rogu między murem a więzienną piekarnią), egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”. Choć w protokole zapisano obecność „plutonu egzekucyjnego”, w tył głowy strzelał tylko jeden – kat Montelupich – Władysław Szymaniak. W zbrodni asystowali: prokurator WPR w Krakowie Zenon Grela, naczelnik więzienia Władysław Pestka oraz – stwierdzający zgon, lekarz więzienny Eryk Dormicki.

Ostatnie chwile ks. Gurgacza zrekonstruował na podstawie rozmów z więzionymi w tym czasie na Montelupich ks. Szymański:

„Trzech więźniów szło na stracenie. Ubrani byli tylko w bieliznę. Pierwszy szedł o. Gurgacz, za nim Balicki i Szajna. Starszy celi położonej na wprost korytarza zarządził modlitwę za idących na śmierć. Zaśpiewano głośno »Pod Twoją obronę«. Strażnik kazał im milczeć, lecz oni śpiewali dalej. Wsłuchany w słowa pieśni szedł o. Gurgacz razem z dwoma przyjaciółmi na śmierć. (…) Przybyli na miejsce kaźni położone pod murem więziennym. Zawiązano im oczy. Prokurator, naczelnik więzienia i lekarz stanęli obok skazańców. (…) Gdy zamilkły tony pieśni, więźniowie w celach wyraźnie słyszeli cztery strzały. Dlaczego cztery? Wyrok wykonywał strażnik więzienny. Strzelał on z rewolweru wprost w potylicę. Pierwszy jednak strzał przeznaczony dla Gurgacza nie był celny. Zranił go tylko. Drugi strzał był przeznaczony dla Balickiego, a trzeci dla Szajny. Obydwa były celne. Teraz oddziałowy oddał strzał czwarty do słaniającego się po ziemi Gurgacza. Tym razem nie chybił. To, co się działo przy egzekucji i co opisałem, zawdzięczamy dr. Ernestowi von Beple (właśc. Ernestowi Boepple), odsiadującemu karę za zbrodnie popełnione podczas okupacji w Oświęcimiu. Przy egzekucji był obecny, ponieważ kazano mu ciała zabitych włożyć do worka i zanieść do piwnicy”.

Ksiądz Władysław Gurgacz został potajemnie pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jego szczątki odnaleziono w październiku 2018 r. podczas prac poszukiwawczych IPN.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści usłyszeli od niego: „NIE”

10 września 1947 r. płk. Franciszek Niepokólczycki został skazany na karę śmierci. W czasie II wojny światowej oficer ZWZ-AK. Od 1943 r. był zastępcą komendanta Kierownictwa Dywersji KG Armii Krajowej. W latach 1945–1946 prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, co pokazuje ciągłość walki.

Po aresztowaniu Niepokólczycki przeszedł ciężko śledztwo, torturował go m.in. słynny sadysta Jerzy Kędziora, który żyje do dziś pod Warszawą. O swojej postawie Niepokólczycki pisał po latach do przyjaciela: „Dowódcy wojskowi na tak wysokich stanowiskach, na jakim ja byłem, czasami znajdują się w takich sytuacjach, że powinni zdecydować się zginąć, ale nie wolno im kapitulować lub robić woltę. […] Trzymałem się tej zasady – można samemu przegrać, ale nie można utrudniać sytuacji innym”.

Dlatego podczas przesłuchań płk Niepokólczycki nie obciążał podwładnych, twierdząc, że działali z jego rozkazu i tylko on ponosi za to odpowiedzialność. Nie dał się także omamić ubeckim obietnicom: „Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 r., i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie”.

Powstałe 2 września 1945 r. na bazie struktur Armii Krajowej Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) – największa antykomunistyczna organizacja w powojennej Polsce, kontynuująca ideę odzyskania niepodległości – miało przede wszystkim charakter cywilny i obywatelski. Świadczyła o tym pełna nazwa – Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. Jego celem był dalszy opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Zrzeszenie WiN szybko stało się najliczniejszą ogólnopolską organizacją niepodległościową. Szacuje się, że już w 1945 r. liczyła ona 20 tys. członków. Idee cywilnego oporu były realizowane wielotorowo. Z jednej strony –rozwijano propagandę niepodległościową, z drugiej – infiltrowano powstające struktury „ludowej” władzy. Z rządem londyńskim utrzymywano kontakty kurierskie i korespondencyjne.

Jeszcze przed zakończeniem wojny z Niemcami, kiedy od wschodu nadciągała Armia Czerwona, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przygotowywali się na najczarniejszy scenariusz – konieczność przeciwstawienia się nowemu zaborcy. W tym celu, bazując na siatce i potencjale Armii Krajowej, zaczęto tworzyć nowe, ściśle zakonspirowane struktury. Najpierw powstała organizacja „Nie” („Niepodległość”), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ).

Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów „Nie”, pojawiła się wśród dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 r., kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była bezpośrednią reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i lesie żołnierzy AK. Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie tylko po to, żeby je prowadzić do boju, lecz przede wszystkim bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom „urządzić się” w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK. Głównym celem WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce gwarantowanych przez aliantów. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.

„Rozładowanie lasów” napotykało jednak wiele trudności. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców „ludowa” władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.

Wyrok śmierci na płk Franciszka Niepokólczyckiego zapadł 10 września 1947 r. w Krakowie w procesie WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chociaż oskarżony odmówił napisania prośby o łaskę, jemu i czterem innym skazanym tow. Bierut złagodził orzeczoną karę. Wyrok dożywotniego więzienia odbywał we Wronkach i w Szczecinie, cały czas odmawiając pisania próśb o łaskę (zakazał tego również żonie Annie).

Zwolniony na fali politycznej „odwilży” w grudniu 1956 r. Schorowany, przez kilka lat poruszał się o lasce. Mieszkał w podwarszawskim Milanówku, potem w Brwinowie.

Inwigilowany przez SB. Jeden z funkcjonariuszy pisał o Niepokólczyckim w 1958 r.: „Jego zdaniem legenda AK istnieje, rośnie i będzie rosła. Nie potrafią temu zapobiec czynniki rządowe bez względu na stosowane środki. […] Obecnie wielką polityką dla AK-owców w kraju jest zachować swoją godność żołnierską i nie pozwalać wszelkimi sposobami na pomniejszanie dorobku AK i jej legendy. Powinna ona jak sztandar być przekazana młodzieży”. Płk Franciszek Niepokólczycki zmarł 11 czerwca 1974 r. w Warszawie.

Kolejne Zarządy Główne WiN bezpieka rozbiła w latach 1945–1947. Nadzieje na wolne wybory zniweczyło sfałszowanie przez komunistów wyników referendum (3 razy „TAK”) w czerwcu 1946 r. Wówczas zmianie uległa taktyka WiN. Głównym zadaniem stało się informowanie światowej opinii o sytuacji w Polsce. Miał temu służyć m.in. „Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ”, a także apele do Trybunału w Hadze czy prezydenta USA Harry’ego Trumana.

 

Wywiad-rzeka z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie. Nowa książka Wiktora Świetlika

Pod koniec sierpnia do księgarń trafiła nowa książka Wiktora Świetlika, dziennikarza, publicysty, stałego felietonisty portalu sdp.pl. „Znaleźć i zniszczyć” to wywiad-rzeka z Piotrem Mitkiewiczem, polskim ochotnikiem przez dwa lata walczącym i biorącym udział w szturmach oraz misjach zwiadowczych na Ukrainie.

Jak pisze wydawca książki, jest ona surowa, czasami męcząca, nieco chaotyczna, ponura, niemal monochromatyczna, budząca mocne i sprzeczne emocje. Jak wojna, której koszmar szczerze do bólu pokazuje.

Słuchając Piotra Mitkiewicza, można poznać zupełnie nowy rodzaj konfliktu widziany oczami jego uczestnika, a nie youtubowego „eksperta”, taktykę walki i metody przygotowania się do niej, używane uzbrojenie. Są tu tarcia między rodzajami sił zbrojnych, jest współczesna Ukraina z jej problemami, jest cały wachlarz ochotników i powodów, dla których pracują na froncie – bo nie wszyscy oni walczą.

Jednak w centrum tej książki jest człowiek: twardy i zdeterminowany, ale i balansujący na krawędzi rozpadu. Człowiek ewoluujący w miarę upływu czasu i doświadczający mnóstwa emocji: od uniesienia przez wściekłość i nienawiść po rozpacz. Człowiek brnący przez błota Ukrainy i szukający wśród morza cierpienia sensu swojego życia.

Rozmówca Wiktora Świetlika, Piotr Mitkiewicz to były bokser, warszawski restaurator, twórca zbiórek wspierających ukraińskie dzieci i żołnierzy na Ukrainie. W maju 2022 roku dołączył do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy, walczył między innymi jako zwiadowca i operator dronów. Był ranny na polu bitwy. Prywatnie mąż i ojciec dwóch córek.

opr. jka, źródło: Dom Wydawniczy Rebis

Telewizja wPolsce24 startuje 2 września. Kto będzie tworzył nową stację?

2 września nadawanie na kanale 52 telewizji naziemnej rozpoczyna stacja wPolsce24. Tworzyć ją będą głównie osoby znane z Telewizji wPolsce.pl, ale nie zabraknie też nowych dziennikarzy.

Koncesję spółce Fratria (wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl) na rozpowszechniane w ogólnopolskim multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej MUX-8 kanału wPolsce24, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała pod koniec czerwca.

Stacja startuje 2 września. Redaktorem naczelnym telewizji wPolsce24 jest Jacek Karnowski, a jego zastępcami: Agata Rowińska, odpowiedzialna za ramówkę i pełniąca nadzór nad anteną, Marcin Wikło, który jest jednocześnie szefem anteny i newsroomu oraz Marcin Tulicki, który pokieruje redakcją „Wiadomości” nowej stacji.

Za pasmo porankowe odpowiedzialne będą dwie pary prowadzących – Jacek Łęski i Małgorzata Opczowska oraz Magdalena Ogórek i Rafał Porzeziński.

Wśród dziennikarzy przedstawiających codziennie newsy zobaczymy zarówno osoby znane już z Telewizji wPolsce, jak np. Marta Piasecka, Bartosz Łyżwiński, czy Tadeusz Płużański, ale pojawią się również nowi dziennikarze, np. Damian Stanisławski i Magdalena Wierzchowska.

Główny program informacyjny – „Wiadomości wPolsce24” będzie emitowany o godz. 19.30 i poprowadzą go Michał Adamczyk i Marta Kielczyk. Zaraz po nim zobaczymy „Gościa Wiadomości wPolsce24”. W dniu startu stacji, 2 września rozmówcą Michała Adamczyka będzie prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wieczorem stacja zaprosi na Magazyn wPolsce24 prowadzony przez Aleksandrę Jakubowską. Ponadto na antenie nie zabraknie programów znanych z Telewizji wPolsce – „Bez spiny” (do prowadzących Wojciecha Biedronia i Konrada Hryszkiewicza będą dołączać nowi dziennikarze) czy „Polityka na deser”, w którym oprócz znanych prowadzących Doroty Łosiewicz, Krzysztofa Feusette, Stanisława Janeckiego i Andrzeja Potockiego, zobaczymy też nowe twarze.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemieckie ludobójstwo na Polakach

1 września 1939 roku o godz. 19:00 odpierając całodniowy szturm Niemców, obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku podjęli decyzję o kapitulacji. Dwóch jeńców barbarzyńcy zamordowali na miejscu, 38 sądzili w dwóch procesach przed sądem polowym i skazali na śmierć za to, że byli… „partyzantami”.

Niemieckie bezprawie zatwierdził ostatecznie gen. Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych. Niemieccy egzekutorzy zamordowali polskich pocztowców prawdopodobnie 5 października około godziny 4:00 nad ranem na terenie starej strzelnicy przy lotnisku we Wrzeszczu i w tym samym miejscu ich pogrzebali. Zachowane świadectwa mówią o prowadzeniu Polaków na śmierć czwórkami, spętanych. Mogiłę pokryto gaszonym wapnem i zasypano. Egzekucją kierował m.in. SS-Sturmbannführer Max Pauly, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Poddając 2 października 1939 roku Hel, dowódca polskiej obrony kontradmirał Józef Unrug dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy słowa dotrzymali, był kpt. Antoni Kasztelan, za co został przez Niemców zamordowany.

W Powstaniu Wielkopolskim odznaczony Krzyżem Zasługi po odparciu bolszewików w 1920 roku jako zawodowego wojskowego przydzielono Kasztelana do Batalionu Morskiego w Wejherowie. Aż do napaści Niemiec w Dowództwie Floty w Gdyni kierował kontrwywiadem. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich. We wrześniu 1939 roku nie skorzystał z możliwości ewakuacji, broniąc Półwyspu Helskiego.

1 października oddelegowany na rokowania z Niemcami. W 1940 roku z obozu jenieckiego niespodziewanie „zwolniono” go i oddano Gestapo. Do rodziny pisał: „Byłem w Gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez 2 miesiące, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia”.

W piśmie do niemieckiego dowództwa w Berlinie Antoni Kasztelan kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Bez odpowiedzi. Skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd w Gdańsku w 1942 roku, został zgilotynowany rok później w Królewcu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie »dulce est pro patria mori«”. Szczątki kapitana posłużyły jako źródło preparatów dla studentów anatomii. To był mord sądowy – na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z niemieckich sędziów-katów.

O bohaterstwie i męczeństwie obrońców polskiego Wybrzeża – kpt. Antoniego Kasztelana i pocztowców z Gdańska – warto przypomnieć szczególnie w momencie, gdy Niemcy uważają, że żadne reparacje za II wojnę światową nam się nie należą.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszej kulturze fizycznej, czyli o rekreacji

Trzeba się ruszać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. Odwrotnie nie da się. Znałem wybitnych, myślicieli, którzy budzili litość otyłą sylwetką i marną sprawnością fizyczną. Skutkiem czego, jakoś  nie przekonywali mnie do swych teorii, bo przecież, gdyby istotnie byli tak mądrzy, jak sądzili, to przestaliby tyle jeść i zaczęli chodzić na spacery. A może nawet zaczęliby jeździć na rowerze. Problem z naszą kulturą fizyczną, która niegdyś nazywano fiz-kulturą, jest poważny i od dawna zabagniony.

Badania dowodzą, że jesteśmy narodem otyłym, a przez to słabowitym i podatnym na choroby. Większość naszych dzieci w podstawówce jest otyła, poci się już po 5 minutach przy jakimkolwiek  ćwiczeniu na wuefie i nie potrafi rzucać piłką. Tak zapuszczone fizycznie dzieci wyrastają na nieruchawych grubasów.

Oczywiście część z nas jeździ na rowerach, widuje się też seniorów uprawiających żwawe spacery. Moją radość budzi widok osób uprawiających jogging, czyli bieganie truchtem z prędkością nieprzekraczającą 9 kilometrów na godzinę. I taka prędkość pozwala na optymalną pracę mięśni, spalanie tkanki tłuszczowej. Jednak nie jest to zbyt wysokie tempo i dlatego jogging można polecić niemal każdemu – bez względu na stopień zaawansowania. Głównym celem aktywności tego typu jest poprawa kondycji i wydajności organizmu przy stosunkowo niewielkim wysiłku.

Część seniorów odwiedza salony fitness i dba o zachowania dobrej kondycji. Niestety tych „pozytywnych” jest bardzo mało. O wielu za mało.

Szkoły nieruchawych

Rekreację sportową będzie uprawiał jedynie ten, który wyniósł takie nawyki z dzieciństwa, czyli ze szkoły podstawowej. Nagłe iluminacje sportowe zdarzają się bardzo rzadko. Dlatego powinniśmy przykładać większą wagę do tego co dzieje się na lekcjach wuefu i sportowych zajęciach pozalekcyjnych.

Za mej młodości szkoły podstawowe i średnie były także ośrodkami sportowymi, a nauczyciele wuefu pracowali do późnych popołudniowych godzin, a nawet wieczorami. Świetnie też funkcjonowały Szkolne Klubu Sportowe.

Jak było to możliwe w kraju zniszczonym wojną? Sprawę załatwiono bardzo prosto – nauczyciele wuefu mieli dodatkowe pieniądze za prowadzenie dodatkowych zajęć. To nie były duże kwoty, ale były. Zresztą w szkołach działały wtedy kółka biologiczne, matematyczne, chemiczne – i za te zajęcia nauczyciele również otrzymywali dodatkowe pieniądze.

Pozwolę sobie zauważyć, że w latach 1945-60 młodzież była traktowana w szkołach o wiele lepiej niż dzisiaj. Spora część nauczycieli była ludźmi sprzed wojny, ci nauczyciele mieli swój etos zawodowy. I ten etos „udzielał się” młodszym nauczycielom. Po drugie, dzieci rodzące się po wojnie były istnym skarbem narodowym i naprawdę dbano o nie. Nie gloryfikuję tu czasów komuny, ale daję świadectwo prawdzie, którą przeżyłem, bo jestem człowiekiem tuż powojennym.

Z kolei moje dzieci doświadczyły szkół późniejszych, w których uczeń był jedynie petentem do obsłużenia. Przez niechętnych wysiłkowi nauczycieli, za to z wielkimi pretensjami do losu. Nauczyciele zagubili gdzieś swą misję i sprawiają wrażenie męczenników dręczonych przez „obce bachory”. Szkoły (w stosunku do tego co sam zapamiętałem z własnej młodości) zmieniły się nie do poznania – niestety na gorsze.

Szkoła to nie tylko nauka

Pora przywrócić szkołom ich funkcje społeczne, bo szkoła to nie tylko nauka. Przez uspołecznienie szkoły rozumiem także jej zdolności do organizowana pozalekcyjnego życia sportowego, rekreacyjnego uczniów. Dzisiaj większość nauczycieli zarabia marnie, zarobki młodych nauczycieli  z trudem dobijają do pensji gwarantowanej przez państwo. Więc nie dziwię się tak bardzo, że jest jak jest.

Większość szkół ma dzisiaj przyzwoite sale gimnastyczne, które po 15-tej stoją puste. Szkoły mają też boiska szkolne, które popołudniami również starszą pustkami, bo nie ma etatów dla ludzi, którzy rzuciliby młodzieży piłkę i pilnowali porządku. Bywa nawet tak, że woźny przepędza z boisk chłopaków grających w nogę, bo nie są (w części) uczniami szkoły.

Jak płaca, taka praca

Polska nie ma jeszcze odpowiednich możliwości, nie ma zbyt wielu obiektów i urządzeń sportowych, żebyśmy mogli bawić się masowo w rekreację i zajmować się sportem. Niestety istniejące obiekty i możliwości nie są też w pełni i dobrze wykorzystywane. Bo mamy też przerażające zurzędniczenie instytucji mających zajmować się ustawowo rekreacją.

W większości gmin (w tym także w dużych miastach) funkcjonują Miejskie Ośrodki Sportu i Rekreacji lub Gminne Ośrodki Sportu i Rekreacji. Ich statutową misją i obowiązkiem jest organizowanie zajęć sportowo-rekreacyjnych, dbanie o bazę (boiska, orliki, hale sportowe) i propagowanie sportu, rekreacji, organizowanie turniejów i zawodów sportowych, rekreacyjnych. Od pracowników tych instytucji wymaga się oczywiście kreatywności (po polsku znaczy to twórczego podejścia, pomysłowości, inicjatywności).

Problem jednak w tym, że zarobki, które oferują MOSiR są nędzne i nikt „kreatywny” nie szuka tam pracy. Po ostatnich podwyżkach płacy minimalnej, MOSiR miały duży problem, bo nie było w ich kasie grosza na podwyżki pieniędzy. Nikogo nie chcę obrazić, ale zasada jest taka – przeciętny pracownik jest w stanie wykonywać swa pracę jedynie z przeciętnym skutkiem.

MOSiR mają rozpaczliwie mało pieniędzy, bo są instytucjami, a nie spółkami gminnymi. Różnica w pieniądzach na działalność i pensje pracowników jest taka jak między pierścionkiem z tombaku i ze złota. Bo w spółkach można zarobić nieźle, a w instytucjach tylko źle.

Chciwi społecznicy

Wokół tych MOSiR kręcą się za to „społecznicy”, którzy organizują przeróżne imprezy. Najpopularniejsze z nich to zawody w jeździe na rowerach w terenie, zawody w biegach oraz zawody dzieci i młodzieży w zapasach. Organizator takiej imprezy zwraca się do MOSiR-u i władz gminy, prosząc o pomoc, bo sam z siebie jest biedny, ale jego pomysły są genialne i rozsławią gminę w szerokim świecie. I władze się godzą, bo są łase na reklamę.

Skutkiem czego organizatorowi udostępniane są za darmo obiekty i tereny, pracownicy MOSiR-ów bezpłatnie muszą imprezę obsłużyć, za darmo też organizatorzy „cudów na kiju” otrzymują nagłośnienie (z obsługą), transport i reklamę. Po imprezie okazuje się, że organizator nie jest żadnym społecznikiem, tylko cwanym biznesmenem, bo pobiera od startujący całkiem wysokie wpisowe. I z tego sobie przywozicie żyje. A jedyny koszt jaki ponosi to zakup kilkunastu medali z tasiemkami po 5-6 złotych za sztukę. Czyli miasta, gminy i ich instytucje są frajerami, lub jeleniami, jak kto woli.

Osobowejścia

Od czasu do czasu MOSiR muszą udowodnić potrzebę swego istnienia. W tym celu publikują sprawozdania, z których ma wynikać, że są gminom niezwykle potrzebne, a z ich usług korzystają ogromne rzesze ludzi.

Patent jest jednak taki, że w sprawozdaniach przeczytamy, że w danym czasie odnotowano tyle a tyle „osobowejść”. Na przykład na miejskim basenie, na zajęciach z gimnastyki w wodzie, odnotowano (powiedzmy)10.000 osobowejść.

Co to są osobowejścia i jak MOSiR liczą ludzi? Cwanie liczą ! Bo oto zajęcia trwały przez 10 miesięcy. A w każdym miesiącu zajęć było 50. A na każdym z nich odnotowano, że gimnastykowało się w wodzie po 20 uczestników. Czyli mamy równe 10.000 osobowejść. Ale przecież nie osób, bo ludzie przychodzą na zajęcia wielokrotnie. Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że każde 10.000 osobowejść to ledwie jakieś 500 osób. Jednak każdy widzi, że między 10.000 tysiącami osobowejść, a 500 uczestnikami jest matematyczna i reklamowa przepaść.

I tak to duch urzędniczy zamienia ludzi w osobowejścia. I urzędniczą hucpę w pełny sukces. A autoreklamę instytucji w jakąś hiperrealność. Ale jak to pisał Janusz Głowacki w opowiadaniu „Materiał”: „Istnieje możliwość pokazania w telewizji każdej sprawy tak, jakby się działa naprawdę”.

I tak to od wieków udajemy, że jest „cacy”, a naprawdę jest „be”. I zamieniamy małe sukcesy w wielkie zwycięstwa, a wielkie klęski w nic nieznaczące, drobne przykrości losu. Pora spojrzeć prawdzie w oczy (nie tylko w sprawach sportu i rekreacji) i powiedzieć sobie wreszcie, że jest marnie i pora wziąć się do roboty.

 

Dlaczego nie ma headhunterów w dziennikarstwie? – pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Głowa i pasja

To kadry decydują o wszystkim. Pętają się – od zawsze – po Woronicza, po Malczewskiego, po Brackiej tysiące ludzi. Zarabiają grosze ale trzymają się tonącej deski – pracy, bo inaczej skazani byliby na wegetację. Przecież tak naprawdę gdy wylecą z mediów nie bardzo potrafią podjąć pracę w nowym zawodzie. Owszem powinni zostać „zaopatrzeni” proporcjonalnie do tego jaki był ich wysiłek zawodowy i rezultaty.

Firmy medialne muszą mieć paliwo. I takie na rynku jest. To zdolne i chętne łumy młodych, którzy wyobrażają sobie dziennikarski świat w barwnych kolorach. Takich kandydatów nie brakuje, ale trzeba wyszukać.

Nie każdy jednak może być dziennikarzem, choć to wcale nie jest zajęcie bardzo trudne. Łatwo jest zauważyć, ocenić czy klient na żurnalistę w ogóle się nadaje. Ludzie, którzy prowadzili zespoły redakcyjne są z prawie maksymalnym prawdopodobieństwem sukcesu dostrzec to nawet po krótkiej rozmowie. Trzeba jednak, by robili to praktykujący zawodowo fachowcy.

„Nie matura lecz chęc szczera zrobi z ciebie oficera” i… przyjmowano przede wszystkim ideowo zaangażowanych. Jeśli byli ogólnie rozwojowi – mieli pamięć, potrafili myśleć szybko i logicznie, jeśli szybko się uczyli. Oczywiście prostactwo i brak wiedzy dawało opłakane skutki. Tak było z inżynierami NOT-owskimi, którzy w przyspieszonym tempie dostawali dyplomy i potem dopiero na budowach – knocąc – uczyli się zawodu. Żurnalista nie jest w stanie być aż tak wielką psują. Może oczywiście namieszać, ale to ulotne i niewiarygodne.

Młodzi, by w ogóle się załapać walczą przymilnie. Ale wyżej pleców nie podskoczysz. Nie dała bozia wzrostu, urody i jest od razu trudniej. Goguś, cwaniak, protegowany ma na starcie handicap. I właśnie ktoś powinien fachowo na wstępie kariery oceniać szanse. Szkoły dziennikarskie tego nie robią. Im zależy przede wszystkim by mieć jak najwięcej „łebków”, bo studenci płacą czesne. Namnożyło się takowych „uczelni” co niemiara. Poziom jest żenujący. Oszukuje się tam młodych – obiecankami typu PR, a nawet kupnymi dyplomami.

Kłamczuch nigdy nie powinien być dziennikarzem, bo to tchórz i szkodnik. Leń to marnowanie pieniędzy, siedlisko podłości, nepotyzm i nudy. To naprawdę cechy łatwo dostrzegalne. Wytyka się błędy głupim panienkom, bo są łatwo rozpoznawalne. Ale to nie one są problemem. Owszem śmieszą naiwnością nadrabiając urodą. Później lecą na botoksie, intrygach, podejrzewa się je o różne rzeczy.

Najskuteczniej naukę pobiera się mając odpowiedniego mistrza. Mistrz nie będzie tracił czasu na redakcyjnego durnia lub lenia. Rozwiązanie redakcji telewizyjnych w TVP przez „pampersów” uczyniło wielkie szkody w instytucji. Ustała praca u podstaw, zdrowa rywalizacja zawodowa w zespołach, wreszcie miejsce do dyskusji i twórczych sporów. Potem zresztą nie było lepiej…

Dziennikarze piszą, robią programy. Who is who widzi każdy. Zapisano tomy o etyce, etosie i misji. A to jest tak, jak w anegdotach o starym wydawcy, który odłączając spinacz od kartek z tekstem rzekł „tylko ten spinacz ma wartość”. Jest kilka prostych zasad:

Adept sztuki dziennikarskiej musi być przekonany, że łgać nie może. Nie tylko w społecznym ale i własnym interesie. Powinien wiedzieć i odczuwać to fizycznie, że kłamiąc wykrzywia mu się gęba i ludzie to widząc kpią. Jeśli daje się wykorzystywać traci osobowość, traci szansę na jej zdobycie, na uwiarygodnienie. I na pewno ma potem moralnego kaca.

Headhunterzy wszystkiego nie załatwią. Ale ułatwią poszukiwania. Dziennikarze często waląc głową w mur załamują się i odchodzą z zawodu. Mimo, że są dobrzy dają się skusić na stanowiska – np. ambasadorów, rzeczników prasowych. A przecież to zupełnie inne zawody. Idą tam i na ogół rozgoryczeni szybko wypadają z gry.

Dziennikarz jest bliski pisarzowi. Tym bardziej, że np. u nas literaci są coraz słabsi. A zamiast pisać książki naparzają się cepami (w Gdańsku rozwalono zasłużony dla literatury związek, w ogóle po co istnieją tak liczne związki literatów, powinien być jeden, najwyżej dwa, do tego grozi w Warszawie zabranie Domu Literatury).

Dobry pracowity reporter wie, że zanim usiądzie do pisania musi wszystko pieczołowicie sprawdzić, dołożyć maksimum starań. Przede wszystkim jest zobowiązany odpytać, dać głos adwersarzom, wszystkim stronom, decydentom i ofiarom. I dopiero potem może sam oceniać.

Do tego wszystkiego potrzebna jest pasja i wiara, że ważne jest to co się robi. Wielu młodych na szczęście tak ma, jednak trzeba ich dostrzec.

 

 

WALTER ALTERMANN: Sport i polityka, polityka i sport

Związki polityki ze sportem degradują politykę i sport. Mniejsza już o politykę, bo skoro siedzą w niej najlepsi z nas, to niech sami sobie poradzą. Natomiast sport wyczynowy w Polsce bez państwowej pomocy rady sobie nie da. I na kolejnych igrzyskach możemy dostać co najwyżej jeden medal – za wrażenia estetyczne w czasie parady.

Może ktoś pomyśleć, ze fantazjuję, zmyślam i oczerniam, że przeceniam wpływ polityków na sport… Ale to w takim razie, jak to się stało, że PGE nagle – kilka lat temu, za poprzednich rządów premiera Tuska, który pochodzi z Gdańska – wycofało się z finansowania piłkarzy nożnych z Bełchatowa i przelało swą miłość (wraz z gotówką) na Lechię Gdańsk? I nikogo nie obchodziło, że Bełchatów padnie. I padł. Bo liczył się interes polityczny, nie sportowy. A podobny manewr z piłkarzami z Mielca, którzy nagle stali się beneficjentami innej potężnej firmy? Za innych już rządów?

Dlatego pozwolę sobie przedstawić mój własny projekt dzielenia państwowej kasy przeznaczonej na sport. Bo, że musi ona się pojawić, nie mam wątpliwości.

Porządek i rozsądek? Nie będzie łatwo

Państwowe pieniądze przeznaczone na sport nie mogą, nie powinny trafiać do związków sportowych, bo większość z nich jest organizacjami wzajemnej adoracji, a ich tajnym celem jest zapewnienie swym władzom sutych wynagrodzeń i świętego spokoju.

Trzeba by wreszcie zbadać ile z państwowych dotacji idzie na wsparcie klubów, sportowców, trenerów, a ile zostaje w kasie dla członków zarządów. Co i rusz ktoś podnosi ten postulat, ale wtedy rozlega się krzyk działaczy, że to jest rządowa ingerencja, atakowanie wolności stowarzyszeń i atak amatorów na specjalistów.

Jednak pamiętamy, że nieustępliwość rządów (dwóch, z różnych partii) doprowadziła do istotnych zmian w PZPN. A Polski Związek Piłki Nożnej, jako, że nie bierze państwowych dotacji, wzbraniał się przed audytem jak diabeł przed święconą wodą. Ale po awanturach udało się jednak powstrzymać ambicje zarządu PZPN, który zamierzał w centrum Warszawy wybudować sobie paradną siedzibę kosztem 100 mln złotych.

Skąd bierze PZPN pieniądze? Ano z dotacji europejskich i światowych związków piłkarskich oraz od klubów. Nie gardzi także potężnymi sumami za transmisje telewizyjne pucharów europejskich i polskich ligowych rozgrywek. Są też sponsorzy reprezentacji, głównie państwowi, aliści są i prywatni. Więc jest się za co bawić.

Komu i jak dawać pieniądze na sport?

Trzeba doprowadzić do tego, że państwowe pieniądze „wrzucone w sport” nie będą marnowane, że nie będą przejadane przez władze związkowe. Dlatego proponuję pięć kroków wiodących do celu, jakim jest uzdrowienie naszego sportu.

 

Krok pierwszy. Należy utworzyć Fundusz Wspierania Polskiego Sportu, który gromadziłby i potem rozdzielał pieniądze od spółek Skarbu Państwa.

Krok drugi. Należy ustawowo zakazać spółkom Skarbu Państwa (nawet z mniejszościowym udziałem państwa) jakiegokolwiek wspierania klubów. Jeżeli któraś z państwowych spółek miałaby trochę wolnej gotówki, to mogłaby ją przelać, właśnie na ów Fundusz. I dopiero władze tego funduszu decydowałyby komu te pieniądze dać. Bez politycznego wyrachowania.

Krok trzeci. Żeby pieniądze, państwowe oraz te z Funduszu trafiały do klubów, trzeba zrozumieć, że istotne dla naszego sportu kluby rozsiane są po całej Polsce. I dlatego rząd powinien przekazywać pieniądze urzędom marszałkowskim i władzom gmin. Dlatego, że z takiego Olsztyna naprawdę lepiej widać, co dzieje się w Ostródzie. Proste, ale o tym też się zapomina.

Krok czwarty. Wszystkie obdarowane, dofinansowywane kluby musiałby się poddać corocznemu niezależnemu audytowi. Wyniki tego audytu powinny być znane publicznie. Bo skoro pieniądze są publiczne, to oczywiste jest (przynajmniej dla mnie), że także gospodarowanie nimi musi podlegać wnikliwej publicznej kontroli. I ocenie.

Krok piąty. Mając zrealizowane to co wyżej, należałoby przywrócić Związkom Sportowym ich podstawową rolę – organizacyjną (ligowe rozgrywki) kształcącą, doradczą i wspomagającą. I wtedy związki przestałyby się szarogęsić, wypowiadać się w imieniu wszystkich klubów i wszystkich sportowców. Bo one nie są żadną władzą. Mają jedynie sportowi służyć.

Obecnie polski sport wygląda tak, jak po Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu – jak zagubiona chudzina, tonąca w bagnie, której czasem, przypadkiem coś się uda. Czyli w sporcie jest marnie i przypadkowo. Bo murowani kandydaci do medali zawiedli, a większość złota, srebra i brązu (poza siatkarzami) zdobyli ludzie, na których nikt nie liczył.

Na prawdziwych działaczy naprawdę można liczyć

Żeby nie siać defetyzmu, który nikomu nie służy… opowiem historię wspaniałego działacza. Nazywał się Ludwik Sobolewski i działał w łódzkim sporcie. Do Widzewa trafił w 1969 roku. Jego prawą ręką został Stefan Wroński, a trenerem drużyny Leszek Jezierski.

„To właśnie ta trójka w przeciągu zaledwie kilku lat zrobiła z drużyny ligi okręgowej, rozgrywającej swoje mecze przy drewnianej trybunie i w towarzystwie owiec w roli kosiarek do trawy, zespół, z którym musiał liczyć się każdy na świecie.

Dzięki postawieniu na zawodników, których nadrzędną cechą był wielki charakter i hart ducha, wiosną 1970 roku udało się wygrać ligę okręgową. Pięć lat później nieznany szerszej publiczności Widzew, o którego sile stanowili zawodnicy niechciani w innych drużynach, zdołał awansować do ekstraklasy. Trzy lata później był już wicemistrzem Polski, a jego wyższość uznać musiał sam Manchester City. Dwie bramki w tym dwumeczu zdobył wybrany na najlepszego zawodnika w historii polskiej piłki, Zbigniew Boniek.

Tyle jest napisane na stronie RTS Widzew. Jednak kulisy sukcesu Widzewa, których ojcem był Ludwik Sobolewski są tyleż nietypowe, co pouczające. Po pierwsze – Sobolewski doskonale wiedział na jakich zasadach funkcjonuje w Polsce sport. I dlatego postanowił działać zupełnie inaczej. Zapamiętajmy to – inaczej. Może to jest właściwy klucz do sukcesu w każdej dziedzinie?

Za komuny każdy wiedział, że każde działanie musiało uzyskać akceptację władzy, a najlepiej, jakby władza każdy pomysł przedstawiała jako własny. Sobolewski dobrze o tym wiedział. Jednak ówczesne władze w Łodzi wpatrzone były jak w obrazek w ŁKS. Także dlatego, że ówczesny I sekretarz wojewódzki PZPR urodził się kilkaset metrów od stadionu ŁKS-u i był zażartym ełkaesiakiem.

Zatem pierwsze awanse Widzewa jakoś Sobolewskiemu uszły płazem, ale gdy będący już w II lidze Widzew miał szanse awansować do I ligi, władze wezwały prezesa Widzewa na rozmowę. I wtedy I sekretarz powiedział:

– Łodzi nie stać na dwa pierwszoligowe kluby, zrozumcie to. A bo to wam źle w w II lidze?

Tu wyjaśniam, że w latach 60. I liga była najwyższym stopniem rozgrywek piłkarskich.  Sobolewski miał jednak chytry plan. Obszedł, bez hałasu, wszystkie zakłady przemysłowe na Widzewie, a było ich sporo, bo była to dzielnica przemysłowa. I przekonywał dyrektorów, że dla dobra dzielnicy, dla dobra mieszkańców Widzewa i pracowników ich fabryk byłoby dobrze, gdy także ich zakłady pomogły finansowo widzewskiemu klubowi. I dyrektorzy się złożyli na RTS Widzew. A w 1975 roku klub Ryszarda Sobolewskiego awansował, bez zgody matki partii, do I ligi. Po awansie prezesi, trenerzy, zawodnicy i działacze zostali zaproszeni do gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi. I sekretarz serdecznie (choć wściekły) pogratulował klubowi historycznego awansu, po czym dodał:

– Teraz, towarzyszu Sobolewski, rozumiejąc wasze nowe wyzwania, chcemy wam pomóc. Zasilimy wasz zespół naszymi oddanymi piłce nożnej działaczami. Mówcie, towarzyszu Sobolewski, jak jeszcze możemy wam pomóc.

– Bardzo dziękujemy, towarzyszu sekretarzu za gratulacje – zaczął Sobolewski – a co do pomocy… Bardzo proszę, żebyście nam nie pomagali zasilaniem nas działaczami. Sami damy sobie jakoś radę.

Z tej historii płyną dwa morały. Pierwszy, że nie oglądając się na władze samemu też można zrobić niemało. Drugi morał jest taki, że jak ktoś ma „jaja” i jest inteligentny, to da sobie radę w każdym systemie.

 

 

 

O tym, co nas czeka, mimo, że my na to nie czekamy pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Chrzanić prąd

Eskapizm, wyparcie, dlaczego ludzie najmniej interesują się sprawami, które mają największy wpływ na ich przyszłość, ich los? Dlaczego by tego nie robili, skutki są opłakane. W skali globalnej, lokalnej i skali kraju. 

“Wiesz co, jakoś ten prąd nam się nie klika” – stwierdził znajomy kiedy zapytałem, czemu jego medium tak mało zwraca uwagę na kwestię rosnących cen energii. Trudno z takim wyrokiem dyskutować. Jak się nie klika to się klika. Brak klikalności, nieatrakcyjność dla algorytmu, słaby potencjał “viralowy” to dziś taka przyspieszona, ekspresowa święta inkwizycja wpisująca temat w indeks ksiąg zakazanych. Jest nawet jeszcze gorzej, bo tam był tryb odwoławczy, a tu nawet nie wiadomo, jak to wszystko działa.

Algorytmy pozwolę sobie rozgryźć już w przyszłym wcieleniu, bo w tym sprawy źle poszły i jestem na to za cienki. Dlatego zajmę się sprawą, która pozornie jest dużo prostsza, a tak naprawdę nie ma dziś mędrca, który do końca by ją tłumaczył. Dlaczego ludzie nie interesują się, nie klikają prądu? Wydawałoby się, że to sprawa dla nich dość istotna. Czy widzieliście kiedyś kwestię podwyżek prądu w jakichkolwiek trendach, na X, w Google trends, milionowym wiralu na Youtube albo nawet okładce tabloidu?

Tymczasem specjalistyczne media w Europie i na świecie już zwracają uwagę na rosnącą hurtową cenę prądu. Hurt, wiadomo nie dla ludzi, ale raczej przekłada się na detal. A poza tym skutecznie odstraszy z Polski inwestorów. To takie generalne, ale podwyżki już widać. Już nie są tuż, tuż, być może się zdarzą. Są. Wszyscy płacą wyższe rachunki, a za chwilę zacznie się na całego. To już nie jest iluzja odroczonej egzekucji, gdzie skazaniec zyskując kilka dodatkowych godzin przestaje wierzyć w wyrok i wydaje mu się, że stan przejściowy będzie trwał wiecznie. Jest już po egzekucji. Nie da się dłużej co oszukiwać i łudzić. I co? Wygląda na to, że rządzący dobrze zdiagnozowali sprawę. Zagrożenie żywotnym interesom społeczeństwa nie wysadzi ich z siodła. To społeczeństwo bardziej kieruje się modą, rozrywką i emocjami niż swoim żywotnym interesem.

Masowe zainteresowania informacyjne mocno rozjechały się z tym co ważne dla samej masy. Nie zawsze i nie wszędzie tak było, ale dziś jest. Pomimo tego, że dwa tygodnie temu giełdy jednoznacznie wskazały, że pogróżki polityków na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie to nie żarty, świat polskiej polityki i mediów nie żył tym przesadnie. Przecież już tyle razy było blisko. Niestety, także w bardziej lokalnej skali to działa. Nie tylko w odniesieniu do mediów, ale  i wyborów. i dlatego ludzie narzekający na korki, żółtą wodę w kranie, rozgrzebane miasto i brak ścieżek rowerowych za czasów faceta, który o rowerzystach nieustannie gada, idą i na niego głosują. I nic ich nie ruszy. Chyba, że jakąś sprytną głupotę, zupełnie z nim tak naprawdę nie związaną podchwycą algorytmy społeczne i zacznie się klikać. O ile jeszcze prąd będzie.