HUBERT BEKRYCHT: Sejm otwarty nie dla dziennikarzy. Marszałek Sejmu cenzorem!

Co więcej, szef izby niższej polskiego parlamentu Szymon Hołownia nie jest już dla mnie ani dziennikarzem ani nawet politykiem. Ograniczając w parlamencie pracę dziennikarzy zrobił to nie tylko wobec ludzi mediów, których nie lubi.

Hołownia wyrządził krzywdę wszystkim dziennikarzom. Pod tym względem stał się pierwszym na świecie „demokratycznym” cenzorem. Wzywam wszystkich, aby nie nazywać Pana Marszałka „pajacem”.

Nie zasłużył

Szymon Hołownia miał zadatki na prawdziwego medialnego guru, ale spalił się w blokach. Udawał człowieka ogarniętego filozofią chrześcijańską, nawiedzonego „dziennikarza” a potem „pisarza” podążającego pod religijny prąd. Okazał się jednak politykiem bez gustu, bez zaplecza. Politykiem wynajętym przez Donalda Tuska, który – zdaje się – od początku spisał pana Szymona na straty.

Ograniczając pracę dziennikarzy w polskim parlamencie obecny marszałek udowodnił, że nie nadaje się także na scenę polityczną. Bo tu i ówdzie mówiono nie tylko o tlącym się w Hołowni żarze duchowym, ale także aktorskich ambicjach. Nie zasłużył. Tak jak w dowcipie o śnie dyrektora jednego z warszawskich teatrów:

Szefowi sławnej sceny śniły się dwie legendarne aktorki, które źli ludzi wbili przed teatrem na pal. Jedna z nich nieco się kręciła – raz w lewo, raz w prawo –  na co zareagowała druga:

– A koleżanka, jak zwykle, źle obsadzona – zwróciła uwagę artystka.

Tak jest w przypadku obecnego marszałka Sejmu. Rotacja szkodzi. Nie tylko w polityce.

Wodzirej na balu spółdzielczym?

Próba wpływania na pracę – jak to określał Hołownia mając nadzieję, że nadal pracuje w mediach– „swoich koleżanek i kolegów dziennikarzy” zakończy się dla obecnego marszałka Sejmu źle. Nie będzie ani showmanem pokrzykując z miejsca prowadzącego obrady ani nawet wodzirejem na balu spółdzielców w PRL (podobno tam imprezę prowadzili lepsi od Hołowni). Będzie raczej karykaturą hybrydy polityka, który chciał być jeszcze dziennikarzem i człowieka mediów, który nigdy nie został politykiem.

Cenzura to wpływanie lub próba wpływania na zachowanie dziennikarzy w korzystny dla cenzora sposób. Zatem, gdyby ktoś chciał udowodnić, że Hołownia nie został jednak cenzorem, polecam rozmaite lektury o tym, że cenzura jest właśnie chęcią oddziaływania na efekt pracy dziennikarzy. Jeśli miejsce pracy dziennikarzy jest ograniczone, nawet w ciasnym parlamencie, to efekt ich pracy jest mizerny. Albo żaden. Może o to Panu Marszałkowi Hołowni chodzi?

WIKTOR ŚWIETLIK: Kibice przemocy

Ci, którzy twierdzą, że liberalne czy prorządowe media nie patrzą Donaldowi Tuskowi na ręce nie mają racji. Patrzą i domagają się więcej. Zaczęły spełniać podobną rolę do publiczności walk gladiatorów domagającej się od ukochanego cezara coraz krwawszych widowisk i zagrzewającej go do ich organizacji. 

Epopeja walki z immunitetem Marcina Romanowskiego ma pewną charakterystyczną cechę, podobną do innych tego typu historii z niedawnej przeszłości, która jest – mam wrażenie – mało opisana. A zasługuje na taki opis i w sumie solidną dokumentację. Nie chodzi o cofanie immunitetu byłego wiceministra przez Radę Europy pod naciskiem polskiego rządu, ani nawet wracanie do starych zarzutów. Ponoć jest to niezgodne z procedurami, ale czymże są procedury w czasach demokracji walczącej o praworządność, gdzie prawa stanowi nie jego litera, a opinie zblatowanych z władzą kancelarii. Chodzi o rolę mediów.

Osobom z pewną choćby dozą krytycyzmu patrzącym na postępy tej władzy w umacnianiu demokracji i zwalczaniu wrogów ludu, z reguły rola mediów głównego nurtu jawi się jako reaktywno-wykonawcza. Dobrym przykładem była sprawa byłego szefa Orlenu. Oto służby podległe premierowi wygrzebują nagromadzone po poprzednikach nagrania. Wyciągają bez składu z tego trochę urywków. Tu jakieś przekleństwo, tu o kimś coś nieładnie, i wrzucają „dziennikarzowi” temu co zawsze. Ten składa z tego jakieś chaotyczne story, którego kawałkami od rana zachwycają się telewizje. W południe występuję premier i mówi o aferze stulecia, tysiąclecia, że nie popuści. Potem funkcjonariusze medialni urządzają dziką orgię poparcia dla słusznego gniewu wściekłego Tuska i nienawiści do jego wrogów. Jeśli uda się doprowadzić do autentycznego aresztowania to orgia jest jeszcze większa. Szczytowym przykładem jest radość w stylu nieocenionego w takich sprawach Wielińskiego zachwycającego się, że w brytyjskim więzieniu, gdzie w areszcie przebywa były szef Rządowej Agencji Rezerw Materiałowych, siedzą także gwałciciele i mordercy.

Zresztą funkcjonariusze spełniają też czasem doniosłą rolę na innych niż bezpośrednio medialny frontach. Weźmy chociażby najazd służb Tuska na pałac prezydencki na początku roku, czyli słynne zatrzymanie Wąsika i Kamińskiego. Kolumna głowy państwa została w tym czasie zablokowana przez zupełnie przypadkowo zepsuty autobus miejski. O tym, że autobus miejski zupełnie przypadkowo się zepsuł, zaświadczył pracownik tej co zawsze telewizji, który zupełnie przypadkowo się w tym autobusie zajmował.

Mam jednak wrażenie, że oprócz tych jakże ważnych społecznie ról wspierania władzy, szczucia w jej imieniu i krycia jej, gdy trzeba, nasze „wolne media” spełniają jeszcze jedną nieocenioną rolę. To one popychają ją do naruszeń, szczególnie w obszarze podpuszczania do coraz ostrzejszej przemocy wobec przeciwników. Drwiny z księdza Olszewskiego, kłamstwa o tym, że „ukradł sto baniek”, a także nieustanne oburzenie, że niedostatecznie wiele osób jeszcze wsadzono, że nadmiernie demokracja walcząca przejmuje się jeszcze resztami jakichkolwiek przepisów, immunitetami, procedurami, domniemaniami niewinności. Prorządowe publikatory i ich funkcjonariusze spełniają rolę najbrutalniejszych kibiców żądających od władzy coraz to brutalniejszych ruchów, także w stosunku do innych mediów, celuje w tym oczywiście Czerska, a władza zaspakaja ich marzenia.

Zastanawiałem się, czy było tak jeszcze niedawno. Jednak nie. TVP Jacka Kurskiego jechała po Tusku, kpiono z KOD i atakowano Czerską, niemieckie media, TVN. Ale już choćby kwestie repolonizacji czy opodatkowania TVN budziły dyskusje i wątpliwości. W czasie rządów PiS doszło do kilku aresztowań polityków czy menadżerów związanych z PO. Czy zatrzymaniu Jacka Krawca, byłego szefa Orlenu, towarzyszyła medialna orgia? Nawet słynne omdlenie mecenasa Giertycha budziło powszechne politowanie, ale nie przypominam sobie aż takiego wzmożenia. PiS miał swoje narracje i swoich narratorów, nierzadko nadgorliwych, niektórych także godnych miana funkcjonariuszy, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich otwarcie życzył komuś z opozycji gwałtu w więzieniu albo w urbanowskim stylu kpił z ewidentnie umęczonego więźnia.

Skąd ta różnica? Mam swoją własną teorię, że dziennikarze z Czerskiej i Wiertniczej jako dzieci raczej nie chodzili na religię i do kościoła. A nawet jak ktoś już dawno zapomniał o tym, co tam mówiono, co dotyczy większości dziennikarzy tak zwanej prawicy, to kilka zasad czasem gdzieś w tyle czachy każdemu zostaje. Miedzy innymi to, że pasienie się sadystyczną nienawiścią do innych, kiedy mają problemy, w dłuższej perspektywie nie popłaca.  A może i wytłumaczenie jest inne. Takie, że zbiorowa agresja i nienawiść to przede wszystkim domena tchórzy i ludzi słabych. Więc i o nich trzeba czasem może pomyśleć z litością, by nie być jak oni? Nie jest to łatwe uczciwie mówiąc. Jest to nawet, szczególnie dziś, cholernie trudne.

 

 

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści zrobili z księdza Gurgacza herszta bandy i zamordowali

Zbrodnia miała miejsce 14 września 1949 r. na podwórzu więzienia przy ul. Montelupich, w wyniku haniebnego wyroku krzywoprzysiężnego „sądu”. Według relacji naocznego świadka egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”, w tył głowy. Tak zginął ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita, który jako kapelan wspierał duchowo młodych chłopaków z antykomunistycznego oddziału „Żandarmeria” Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Potajemnie pogrzebany, po latach odnaleziony przez IPN, został z honorami pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Po aresztowaniu w lipcu 1949 r. ks. Władysława Gurgacza przesłuchiwali funkcjonariusze operacyjni z PUBP w Nowym Sączu oraz WUBP w Krakowie: Jan Bądek oraz Adam Błażejczyk i Bolesław Tomiak.

Najlepiej rozpoznany jest Jan Bądek, który był „specjalistą” od oddziału „Żandarmeria”. Po zaliczeniu – w ostatnich miesiącach 1947 r. – Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej PPR – w maju 1949 r. w lasach Jaworzyny Krynickiej brał udział, razem z oddziałem KBW, w zasadzce na członka „Żandarmerii” Mieczysława Rembiarza ps. „Orlik”. W lipcu 1949 r. uczestniczył w akcji zabicia kolejnych żołnierzy „Żandarmerii” w Kunowie k. Nowego Sącza.

Śledztwo

Księdza Gurgacza po aresztowaniu przekazano do dyspozycji Wydziału Śledczego, gdzie przesłuchania prowadzili Tadeusz Ziarko i Henryk Capiga. Ten drugi (rocznik 1927) w czasie niemieckiej okupacji należał do oddziału Gwardii Ludowej – Armii Ludowej im. Bartosza Głowackiego. 1 marca 1945 r. rozpoczął „służbę” w bezpiece. W 1947 r. przeszedł kurs śledczy przy Centralnej Szkole MBP w Warszawie. Awansowany, pod koniec lat 60-tych był zastępcą Naczelnika Wydziału „B” Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie w stopniu majora. „Służbę” skończył w stopniu podpułkownika.

7 lipca 1949 r. podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie, Stanisław Węglarz, podsumował stawiane księdzu zarzuty. Następnego dnia funkcjonariusz śledczy Jan Zborowski sporządził „postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej”, a naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Krakowie, Franciszek Gałuszka, przygotował akt oskarżenia, zaakceptowany przez prokuratora WPR w Krakowie, Piotra Smolnickiego

„Przywódca bandy”

Rozprawa przeciw oddziałowi dowodzonemu tak naprawdę przez Stefana Balickiego „Bylinę”, którą komuniści propagandowo nazwali „procesem ks. Gurgacza”, a w prasie także „procesem bandy ks. Gurgacza”, stała się pretekstem do nagonki na Kościół katolicki.

Rozprawie przewodniczył szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie Władysław Stasica, przy udziale Ludwika Kiełtyki i Mieczysława Motyczko.
Władysław Stasica (rocznik 1913), w latach 30. ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Od września 1947 do grudnia 1952 r. był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. Przewodniczył składom sędziowskim w wielu procesach żołnierzy i działaczy niepodległościowych, m. in. Kazimierza Pużaka. Później był wziętym adwokatem (członek Zespołu Adwokackiego nr 14 w Krakowie). Zmarł 20 czerwca 1973 r., pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Ludwik Kiełtyka (rocznik 1922), ukończył Gimnazjum Państwowe w Przemyślu (1935-1939), oraz Liceum Handlowe (1939-1940). W czasie niemieckiej okupacji pracował jako instruktor hodowlany Związku Hodowców Bydła w Krakowie. W lipcu 1944 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a w lutym 1945 r. do (L)WP.
We wrześniu tego roku ukończył sześciomiesięczną Oficerską Szkołę Piechoty w Inowrocławiu i został skierowany do Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie na stanowisko sekretarza. Ostatecznie, awansując na sędziego krakowskiego WSR, wydał 85 wyroków śmierci (w sumie miał ich na koncie co najmniej 216). Potem płynnie stał się urzędnikiem Państwowej Inspekcji Pracy i prezesem Handlowej Spółdzielni Inwalidów w Kielcach.

W uzasadnieniu wyroku na ks. Gurgacza sędziowie WSR w Krakowie podkreślali, że jezuita był „kapelanem bandy, którą demoralizował swoimi kazaniami, wychowując ją w duchu wrogości do obecnego ustroju”. (…) „Był moralnym przywódcą bandy, w bandzie używał ps. »Ojciec<, »Sem«.”

„Nienawiść do ustroju”

Oskarżycielem był szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Katowicach, Henryk Ligięza. W wystąpieniu, domagającym się kary śmierci, podkreślał, że „celem większego sfanatyzowania członków »Żandarmerii« osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. Przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju, osk. ks. Gurgacz wpajał w członków »Żandarmerii« nienawiść do obecnego ustroju i wolę do obalenia go”.

Henryk Ligięza (w 1936 r. absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w 1944 r. powstaniec warszawski w obwodzie „Żywiciel”) po wojnie „służył” najpierw w UB, po czym został przeniesiony na stanowisko podprokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie. Potem już tylko piął się po szczeblach kariery: w latach 1946-1955 był prokuratorem wojskowym w Krakowie, Białymstoku, Katowicach, a od 1950 r. w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.

Mimo zarzutów „odwilżowej” Komisji Mazura o łamaniu „socjalistycznej praworządności”, miękko wylądował w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych w Warszawie (zastępca kierownika działu), potem w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie (radca prawny), w końcu w Głównej Komisji Arbitrażowej (od 1959, arbiter i kierownik zespołu). Zmarł 25 września 1973 r. w Warszawie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie!!!

 „Każda kropla krwi niewinnie przelanej…”

13 sierpnia 1949 r., ostatni dzień procesu. W protokole rozprawy zapisano: „osk. ks. Gurgacz Władysław – nie oświadcza się”. Przeczą temu odnalezione zapiski funkcjonariusza pionu śledczego bezpieki: „Ost(atnie) słowo Gurgacz – do oddz[iału] nie należał z przyczyn polit(ycznych), jest niewinny jako kapłan, zakonnik i Polak. Niewinny dlatego – bo działał w dobrej wierze. Niewinny wobec Kościoła. Do lasu został zabrany – przymus fizyczny i moralny. Zrobił błąd. Nie tylko może, lecz i powinien udać się do lasu, aby przeciwdziałać większemu złu (dopisek na marginesie: moralista). Zamienił sukienkę duchowną na mundur polskiego żołnierza. Przeciwdziałał rozwojowi organizacji (gdyby nie on, byłoby nie 20, a cały batalion, całe Podhale). On chłopców umoralniał. Uważa, że wyraża przekonania większości narodu. Nie uznaje władz obecnych. Uważa się za przeds(tawiciela) 24 mili(onów) Polaków, którzy nie zgadzają się z obecną rzeczyw(istością) i modlą się o wolność. Iudica me deus (sic!) et discerne causam meam (łac.: Osądź mnie, Boże, i rozstrzygnij sprawę moją)”.

Według relacji zebranych przez biografkę zakonnika, Danutę Suchorowską, ks. Gurgacz miał w ostatnim słowie wypowiedzieć jeszcze kilka ważnych zdań: „(…) ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.

„Pod Twoją obronę”

14 sierpnia 1949 r. krakowski WSR wydał wyrok. Na śmierć skazano ks. Władysława Gurgacza, Stefana Balickiego „Bylinę” i Stanisława Szajnę „Orła”. Osadzono ich następnie w bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o którą zresztą ks. Gurgacz nie prosił.

Przez miesiąc ks. Gurgacz przebywał w celi śmierci, mając ograniczone możliwości kontaktowania się z pozostałymi żołnierzami PPAN. 14 września 1949 r. na podwórzu Montelupich (w rogu między murem a więzienną piekarnią), egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”. Choć w protokole zapisano obecność „plutonu egzekucyjnego”, w tył głowy strzelał tylko jeden – kat Montelupich – Władysław Szymaniak. W zbrodni asystowali: prokurator WPR w Krakowie Zenon Grela, naczelnik więzienia Władysław Pestka oraz – stwierdzający zgon, lekarz więzienny Eryk Dormicki.

Ostatnie chwile ks. Gurgacza zrekonstruował na podstawie rozmów z więzionymi w tym czasie na Montelupich ks. Szymański:

„Trzech więźniów szło na stracenie. Ubrani byli tylko w bieliznę. Pierwszy szedł o. Gurgacz, za nim Balicki i Szajna. Starszy celi położonej na wprost korytarza zarządził modlitwę za idących na śmierć. Zaśpiewano głośno »Pod Twoją obronę«. Strażnik kazał im milczeć, lecz oni śpiewali dalej. Wsłuchany w słowa pieśni szedł o. Gurgacz razem z dwoma przyjaciółmi na śmierć. (…) Przybyli na miejsce kaźni położone pod murem więziennym. Zawiązano im oczy. Prokurator, naczelnik więzienia i lekarz stanęli obok skazańców. (…) Gdy zamilkły tony pieśni, więźniowie w celach wyraźnie słyszeli cztery strzały. Dlaczego cztery? Wyrok wykonywał strażnik więzienny. Strzelał on z rewolweru wprost w potylicę. Pierwszy jednak strzał przeznaczony dla Gurgacza nie był celny. Zranił go tylko. Drugi strzał był przeznaczony dla Balickiego, a trzeci dla Szajny. Obydwa były celne. Teraz oddziałowy oddał strzał czwarty do słaniającego się po ziemi Gurgacza. Tym razem nie chybił. To, co się działo przy egzekucji i co opisałem, zawdzięczamy dr. Ernestowi von Beple (właśc. Ernestowi Boepple), odsiadującemu karę za zbrodnie popełnione podczas okupacji w Oświęcimiu. Przy egzekucji był obecny, ponieważ kazano mu ciała zabitych włożyć do worka i zanieść do piwnicy”.

Ksiądz Władysław Gurgacz został potajemnie pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jego szczątki odnaleziono w październiku 2018 r. podczas prac poszukiwawczych IPN.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści usłyszeli od niego: „NIE”

10 września 1947 r. płk. Franciszek Niepokólczycki został skazany na karę śmierci. W czasie II wojny światowej oficer ZWZ-AK. Od 1943 r. był zastępcą komendanta Kierownictwa Dywersji KG Armii Krajowej. W latach 1945–1946 prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, co pokazuje ciągłość walki.

Po aresztowaniu Niepokólczycki przeszedł ciężko śledztwo, torturował go m.in. słynny sadysta Jerzy Kędziora, który żyje do dziś pod Warszawą. O swojej postawie Niepokólczycki pisał po latach do przyjaciela: „Dowódcy wojskowi na tak wysokich stanowiskach, na jakim ja byłem, czasami znajdują się w takich sytuacjach, że powinni zdecydować się zginąć, ale nie wolno im kapitulować lub robić woltę. […] Trzymałem się tej zasady – można samemu przegrać, ale nie można utrudniać sytuacji innym”.

Dlatego podczas przesłuchań płk Niepokólczycki nie obciążał podwładnych, twierdząc, że działali z jego rozkazu i tylko on ponosi za to odpowiedzialność. Nie dał się także omamić ubeckim obietnicom: „Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 r., i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie”.

Powstałe 2 września 1945 r. na bazie struktur Armii Krajowej Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) – największa antykomunistyczna organizacja w powojennej Polsce, kontynuująca ideę odzyskania niepodległości – miało przede wszystkim charakter cywilny i obywatelski. Świadczyła o tym pełna nazwa – Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. Jego celem był dalszy opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Zrzeszenie WiN szybko stało się najliczniejszą ogólnopolską organizacją niepodległościową. Szacuje się, że już w 1945 r. liczyła ona 20 tys. członków. Idee cywilnego oporu były realizowane wielotorowo. Z jednej strony –rozwijano propagandę niepodległościową, z drugiej – infiltrowano powstające struktury „ludowej” władzy. Z rządem londyńskim utrzymywano kontakty kurierskie i korespondencyjne.

Jeszcze przed zakończeniem wojny z Niemcami, kiedy od wschodu nadciągała Armia Czerwona, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przygotowywali się na najczarniejszy scenariusz – konieczność przeciwstawienia się nowemu zaborcy. W tym celu, bazując na siatce i potencjale Armii Krajowej, zaczęto tworzyć nowe, ściśle zakonspirowane struktury. Najpierw powstała organizacja „Nie” („Niepodległość”), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ).

Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów „Nie”, pojawiła się wśród dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 r., kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była bezpośrednią reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i lesie żołnierzy AK. Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie tylko po to, żeby je prowadzić do boju, lecz przede wszystkim bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom „urządzić się” w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK. Głównym celem WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce gwarantowanych przez aliantów. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.

„Rozładowanie lasów” napotykało jednak wiele trudności. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców „ludowa” władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.

Wyrok śmierci na płk Franciszka Niepokólczyckiego zapadł 10 września 1947 r. w Krakowie w procesie WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chociaż oskarżony odmówił napisania prośby o łaskę, jemu i czterem innym skazanym tow. Bierut złagodził orzeczoną karę. Wyrok dożywotniego więzienia odbywał we Wronkach i w Szczecinie, cały czas odmawiając pisania próśb o łaskę (zakazał tego również żonie Annie).

Zwolniony na fali politycznej „odwilży” w grudniu 1956 r. Schorowany, przez kilka lat poruszał się o lasce. Mieszkał w podwarszawskim Milanówku, potem w Brwinowie.

Inwigilowany przez SB. Jeden z funkcjonariuszy pisał o Niepokólczyckim w 1958 r.: „Jego zdaniem legenda AK istnieje, rośnie i będzie rosła. Nie potrafią temu zapobiec czynniki rządowe bez względu na stosowane środki. […] Obecnie wielką polityką dla AK-owców w kraju jest zachować swoją godność żołnierską i nie pozwalać wszelkimi sposobami na pomniejszanie dorobku AK i jej legendy. Powinna ona jak sztandar być przekazana młodzieży”. Płk Franciszek Niepokólczycki zmarł 11 czerwca 1974 r. w Warszawie.

Kolejne Zarządy Główne WiN bezpieka rozbiła w latach 1945–1947. Nadzieje na wolne wybory zniweczyło sfałszowanie przez komunistów wyników referendum (3 razy „TAK”) w czerwcu 1946 r. Wówczas zmianie uległa taktyka WiN. Głównym zadaniem stało się informowanie światowej opinii o sytuacji w Polsce. Miał temu służyć m.in. „Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ”, a także apele do Trybunału w Hadze czy prezydenta USA Harry’ego Trumana.

 

Wywiad-rzeka z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie. Nowa książka Wiktora Świetlika

Pod koniec sierpnia do księgarń trafiła nowa książka Wiktora Świetlika, dziennikarza, publicysty, stałego felietonisty portalu sdp.pl. „Znaleźć i zniszczyć” to wywiad-rzeka z Piotrem Mitkiewiczem, polskim ochotnikiem przez dwa lata walczącym i biorącym udział w szturmach oraz misjach zwiadowczych na Ukrainie.

Jak pisze wydawca książki, jest ona surowa, czasami męcząca, nieco chaotyczna, ponura, niemal monochromatyczna, budząca mocne i sprzeczne emocje. Jak wojna, której koszmar szczerze do bólu pokazuje.

Słuchając Piotra Mitkiewicza, można poznać zupełnie nowy rodzaj konfliktu widziany oczami jego uczestnika, a nie youtubowego „eksperta”, taktykę walki i metody przygotowania się do niej, używane uzbrojenie. Są tu tarcia między rodzajami sił zbrojnych, jest współczesna Ukraina z jej problemami, jest cały wachlarz ochotników i powodów, dla których pracują na froncie – bo nie wszyscy oni walczą.

Jednak w centrum tej książki jest człowiek: twardy i zdeterminowany, ale i balansujący na krawędzi rozpadu. Człowiek ewoluujący w miarę upływu czasu i doświadczający mnóstwa emocji: od uniesienia przez wściekłość i nienawiść po rozpacz. Człowiek brnący przez błota Ukrainy i szukający wśród morza cierpienia sensu swojego życia.

Rozmówca Wiktora Świetlika, Piotr Mitkiewicz to były bokser, warszawski restaurator, twórca zbiórek wspierających ukraińskie dzieci i żołnierzy na Ukrainie. W maju 2022 roku dołączył do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy, walczył między innymi jako zwiadowca i operator dronów. Był ranny na polu bitwy. Prywatnie mąż i ojciec dwóch córek.

opr. jka, źródło: Dom Wydawniczy Rebis

Telewizja wPolsce24 startuje 2 września. Kto będzie tworzył nową stację?

2 września nadawanie na kanale 52 telewizji naziemnej rozpoczyna stacja wPolsce24. Tworzyć ją będą głównie osoby znane z Telewizji wPolsce.pl, ale nie zabraknie też nowych dziennikarzy.

Koncesję spółce Fratria (wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl) na rozpowszechniane w ogólnopolskim multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej MUX-8 kanału wPolsce24, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała pod koniec czerwca.

Stacja startuje 2 września. Redaktorem naczelnym telewizji wPolsce24 jest Jacek Karnowski, a jego zastępcami: Agata Rowińska, odpowiedzialna za ramówkę i pełniąca nadzór nad anteną, Marcin Wikło, który jest jednocześnie szefem anteny i newsroomu oraz Marcin Tulicki, który pokieruje redakcją „Wiadomości” nowej stacji.

Za pasmo porankowe odpowiedzialne będą dwie pary prowadzących – Jacek Łęski i Małgorzata Opczowska oraz Magdalena Ogórek i Rafał Porzeziński.

Wśród dziennikarzy przedstawiających codziennie newsy zobaczymy zarówno osoby znane już z Telewizji wPolsce, jak np. Marta Piasecka, Bartosz Łyżwiński, czy Tadeusz Płużański, ale pojawią się również nowi dziennikarze, np. Damian Stanisławski i Magdalena Wierzchowska.

Główny program informacyjny – „Wiadomości wPolsce24” będzie emitowany o godz. 19.30 i poprowadzą go Michał Adamczyk i Marta Kielczyk. Zaraz po nim zobaczymy „Gościa Wiadomości wPolsce24”. W dniu startu stacji, 2 września rozmówcą Michała Adamczyka będzie prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wieczorem stacja zaprosi na Magazyn wPolsce24 prowadzony przez Aleksandrę Jakubowską. Ponadto na antenie nie zabraknie programów znanych z Telewizji wPolsce – „Bez spiny” (do prowadzących Wojciecha Biedronia i Konrada Hryszkiewicza będą dołączać nowi dziennikarze) czy „Polityka na deser”, w którym oprócz znanych prowadzących Doroty Łosiewicz, Krzysztofa Feusette, Stanisława Janeckiego i Andrzeja Potockiego, zobaczymy też nowe twarze.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemieckie ludobójstwo na Polakach

1 września 1939 roku o godz. 19:00 odpierając całodniowy szturm Niemców, obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku podjęli decyzję o kapitulacji. Dwóch jeńców barbarzyńcy zamordowali na miejscu, 38 sądzili w dwóch procesach przed sądem polowym i skazali na śmierć za to, że byli… „partyzantami”.

Niemieckie bezprawie zatwierdził ostatecznie gen. Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych. Niemieccy egzekutorzy zamordowali polskich pocztowców prawdopodobnie 5 października około godziny 4:00 nad ranem na terenie starej strzelnicy przy lotnisku we Wrzeszczu i w tym samym miejscu ich pogrzebali. Zachowane świadectwa mówią o prowadzeniu Polaków na śmierć czwórkami, spętanych. Mogiłę pokryto gaszonym wapnem i zasypano. Egzekucją kierował m.in. SS-Sturmbannführer Max Pauly, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Poddając 2 października 1939 roku Hel, dowódca polskiej obrony kontradmirał Józef Unrug dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy słowa dotrzymali, był kpt. Antoni Kasztelan, za co został przez Niemców zamordowany.

W Powstaniu Wielkopolskim odznaczony Krzyżem Zasługi po odparciu bolszewików w 1920 roku jako zawodowego wojskowego przydzielono Kasztelana do Batalionu Morskiego w Wejherowie. Aż do napaści Niemiec w Dowództwie Floty w Gdyni kierował kontrwywiadem. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich. We wrześniu 1939 roku nie skorzystał z możliwości ewakuacji, broniąc Półwyspu Helskiego.

1 października oddelegowany na rokowania z Niemcami. W 1940 roku z obozu jenieckiego niespodziewanie „zwolniono” go i oddano Gestapo. Do rodziny pisał: „Byłem w Gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez 2 miesiące, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia”.

W piśmie do niemieckiego dowództwa w Berlinie Antoni Kasztelan kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Bez odpowiedzi. Skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd w Gdańsku w 1942 roku, został zgilotynowany rok później w Królewcu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie »dulce est pro patria mori«”. Szczątki kapitana posłużyły jako źródło preparatów dla studentów anatomii. To był mord sądowy – na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z niemieckich sędziów-katów.

O bohaterstwie i męczeństwie obrońców polskiego Wybrzeża – kpt. Antoniego Kasztelana i pocztowców z Gdańska – warto przypomnieć szczególnie w momencie, gdy Niemcy uważają, że żadne reparacje za II wojnę światową nam się nie należą.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszej kulturze fizycznej, czyli o rekreacji

Trzeba się ruszać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. Odwrotnie nie da się. Znałem wybitnych, myślicieli, którzy budzili litość otyłą sylwetką i marną sprawnością fizyczną. Skutkiem czego, jakoś  nie przekonywali mnie do swych teorii, bo przecież, gdyby istotnie byli tak mądrzy, jak sądzili, to przestaliby tyle jeść i zaczęli chodzić na spacery. A może nawet zaczęliby jeździć na rowerze. Problem z naszą kulturą fizyczną, która niegdyś nazywano fiz-kulturą, jest poważny i od dawna zabagniony.

Badania dowodzą, że jesteśmy narodem otyłym, a przez to słabowitym i podatnym na choroby. Większość naszych dzieci w podstawówce jest otyła, poci się już po 5 minutach przy jakimkolwiek  ćwiczeniu na wuefie i nie potrafi rzucać piłką. Tak zapuszczone fizycznie dzieci wyrastają na nieruchawych grubasów.

Oczywiście część z nas jeździ na rowerach, widuje się też seniorów uprawiających żwawe spacery. Moją radość budzi widok osób uprawiających jogging, czyli bieganie truchtem z prędkością nieprzekraczającą 9 kilometrów na godzinę. I taka prędkość pozwala na optymalną pracę mięśni, spalanie tkanki tłuszczowej. Jednak nie jest to zbyt wysokie tempo i dlatego jogging można polecić niemal każdemu – bez względu na stopień zaawansowania. Głównym celem aktywności tego typu jest poprawa kondycji i wydajności organizmu przy stosunkowo niewielkim wysiłku.

Część seniorów odwiedza salony fitness i dba o zachowania dobrej kondycji. Niestety tych „pozytywnych” jest bardzo mało. O wielu za mało.

Szkoły nieruchawych

Rekreację sportową będzie uprawiał jedynie ten, który wyniósł takie nawyki z dzieciństwa, czyli ze szkoły podstawowej. Nagłe iluminacje sportowe zdarzają się bardzo rzadko. Dlatego powinniśmy przykładać większą wagę do tego co dzieje się na lekcjach wuefu i sportowych zajęciach pozalekcyjnych.

Za mej młodości szkoły podstawowe i średnie były także ośrodkami sportowymi, a nauczyciele wuefu pracowali do późnych popołudniowych godzin, a nawet wieczorami. Świetnie też funkcjonowały Szkolne Klubu Sportowe.

Jak było to możliwe w kraju zniszczonym wojną? Sprawę załatwiono bardzo prosto – nauczyciele wuefu mieli dodatkowe pieniądze za prowadzenie dodatkowych zajęć. To nie były duże kwoty, ale były. Zresztą w szkołach działały wtedy kółka biologiczne, matematyczne, chemiczne – i za te zajęcia nauczyciele również otrzymywali dodatkowe pieniądze.

Pozwolę sobie zauważyć, że w latach 1945-60 młodzież była traktowana w szkołach o wiele lepiej niż dzisiaj. Spora część nauczycieli była ludźmi sprzed wojny, ci nauczyciele mieli swój etos zawodowy. I ten etos „udzielał się” młodszym nauczycielom. Po drugie, dzieci rodzące się po wojnie były istnym skarbem narodowym i naprawdę dbano o nie. Nie gloryfikuję tu czasów komuny, ale daję świadectwo prawdzie, którą przeżyłem, bo jestem człowiekiem tuż powojennym.

Z kolei moje dzieci doświadczyły szkół późniejszych, w których uczeń był jedynie petentem do obsłużenia. Przez niechętnych wysiłkowi nauczycieli, za to z wielkimi pretensjami do losu. Nauczyciele zagubili gdzieś swą misję i sprawiają wrażenie męczenników dręczonych przez „obce bachory”. Szkoły (w stosunku do tego co sam zapamiętałem z własnej młodości) zmieniły się nie do poznania – niestety na gorsze.

Szkoła to nie tylko nauka

Pora przywrócić szkołom ich funkcje społeczne, bo szkoła to nie tylko nauka. Przez uspołecznienie szkoły rozumiem także jej zdolności do organizowana pozalekcyjnego życia sportowego, rekreacyjnego uczniów. Dzisiaj większość nauczycieli zarabia marnie, zarobki młodych nauczycieli  z trudem dobijają do pensji gwarantowanej przez państwo. Więc nie dziwię się tak bardzo, że jest jak jest.

Większość szkół ma dzisiaj przyzwoite sale gimnastyczne, które po 15-tej stoją puste. Szkoły mają też boiska szkolne, które popołudniami również starszą pustkami, bo nie ma etatów dla ludzi, którzy rzuciliby młodzieży piłkę i pilnowali porządku. Bywa nawet tak, że woźny przepędza z boisk chłopaków grających w nogę, bo nie są (w części) uczniami szkoły.

Jak płaca, taka praca

Polska nie ma jeszcze odpowiednich możliwości, nie ma zbyt wielu obiektów i urządzeń sportowych, żebyśmy mogli bawić się masowo w rekreację i zajmować się sportem. Niestety istniejące obiekty i możliwości nie są też w pełni i dobrze wykorzystywane. Bo mamy też przerażające zurzędniczenie instytucji mających zajmować się ustawowo rekreacją.

W większości gmin (w tym także w dużych miastach) funkcjonują Miejskie Ośrodki Sportu i Rekreacji lub Gminne Ośrodki Sportu i Rekreacji. Ich statutową misją i obowiązkiem jest organizowanie zajęć sportowo-rekreacyjnych, dbanie o bazę (boiska, orliki, hale sportowe) i propagowanie sportu, rekreacji, organizowanie turniejów i zawodów sportowych, rekreacyjnych. Od pracowników tych instytucji wymaga się oczywiście kreatywności (po polsku znaczy to twórczego podejścia, pomysłowości, inicjatywności).

Problem jednak w tym, że zarobki, które oferują MOSiR są nędzne i nikt „kreatywny” nie szuka tam pracy. Po ostatnich podwyżkach płacy minimalnej, MOSiR miały duży problem, bo nie było w ich kasie grosza na podwyżki pieniędzy. Nikogo nie chcę obrazić, ale zasada jest taka – przeciętny pracownik jest w stanie wykonywać swa pracę jedynie z przeciętnym skutkiem.

MOSiR mają rozpaczliwie mało pieniędzy, bo są instytucjami, a nie spółkami gminnymi. Różnica w pieniądzach na działalność i pensje pracowników jest taka jak między pierścionkiem z tombaku i ze złota. Bo w spółkach można zarobić nieźle, a w instytucjach tylko źle.

Chciwi społecznicy

Wokół tych MOSiR kręcą się za to „społecznicy”, którzy organizują przeróżne imprezy. Najpopularniejsze z nich to zawody w jeździe na rowerach w terenie, zawody w biegach oraz zawody dzieci i młodzieży w zapasach. Organizator takiej imprezy zwraca się do MOSiR-u i władz gminy, prosząc o pomoc, bo sam z siebie jest biedny, ale jego pomysły są genialne i rozsławią gminę w szerokim świecie. I władze się godzą, bo są łase na reklamę.

Skutkiem czego organizatorowi udostępniane są za darmo obiekty i tereny, pracownicy MOSiR-ów bezpłatnie muszą imprezę obsłużyć, za darmo też organizatorzy „cudów na kiju” otrzymują nagłośnienie (z obsługą), transport i reklamę. Po imprezie okazuje się, że organizator nie jest żadnym społecznikiem, tylko cwanym biznesmenem, bo pobiera od startujący całkiem wysokie wpisowe. I z tego sobie przywozicie żyje. A jedyny koszt jaki ponosi to zakup kilkunastu medali z tasiemkami po 5-6 złotych za sztukę. Czyli miasta, gminy i ich instytucje są frajerami, lub jeleniami, jak kto woli.

Osobowejścia

Od czasu do czasu MOSiR muszą udowodnić potrzebę swego istnienia. W tym celu publikują sprawozdania, z których ma wynikać, że są gminom niezwykle potrzebne, a z ich usług korzystają ogromne rzesze ludzi.

Patent jest jednak taki, że w sprawozdaniach przeczytamy, że w danym czasie odnotowano tyle a tyle „osobowejść”. Na przykład na miejskim basenie, na zajęciach z gimnastyki w wodzie, odnotowano (powiedzmy)10.000 osobowejść.

Co to są osobowejścia i jak MOSiR liczą ludzi? Cwanie liczą ! Bo oto zajęcia trwały przez 10 miesięcy. A w każdym miesiącu zajęć było 50. A na każdym z nich odnotowano, że gimnastykowało się w wodzie po 20 uczestników. Czyli mamy równe 10.000 osobowejść. Ale przecież nie osób, bo ludzie przychodzą na zajęcia wielokrotnie. Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że każde 10.000 osobowejść to ledwie jakieś 500 osób. Jednak każdy widzi, że między 10.000 tysiącami osobowejść, a 500 uczestnikami jest matematyczna i reklamowa przepaść.

I tak to duch urzędniczy zamienia ludzi w osobowejścia. I urzędniczą hucpę w pełny sukces. A autoreklamę instytucji w jakąś hiperrealność. Ale jak to pisał Janusz Głowacki w opowiadaniu „Materiał”: „Istnieje możliwość pokazania w telewizji każdej sprawy tak, jakby się działa naprawdę”.

I tak to od wieków udajemy, że jest „cacy”, a naprawdę jest „be”. I zamieniamy małe sukcesy w wielkie zwycięstwa, a wielkie klęski w nic nieznaczące, drobne przykrości losu. Pora spojrzeć prawdzie w oczy (nie tylko w sprawach sportu i rekreacji) i powiedzieć sobie wreszcie, że jest marnie i pora wziąć się do roboty.