WALTER ALTERMANN: Obrachunki poolimpijskie, czyli nasze zaszczytne 42 miejsce!

Na tegorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu Polacy zdobyli 10 medali, a konkretnie: 1 złoty, 4 srebrne, 5 brązowych. To nasz najgorszy olimpijski wynik od 64 lat. Naprawdę jest się czego wstydzić. I nie mówię o zawodnikach, bo oni walczyli najlepiej jak potrafili, mówię o nas, o wstydzie nas wszystkich. Konkretny powód do zażenowania jest taki, że nie jesteśmy w stanie dobrze zorganizować polskich klubów i naszych związków sportowych.

Holandia jest, w porównaniu z Polską, małym krajem, a jednak Holendrzy zdobywają na Igrzyskach Olimpijskich tyle medali, że my możemy o tym jedynie pomarzyć. Polska ma ok. 37 mln obywateli, Holandia ok. 17. W Paryżu w 2024 roku, zdobyliśmy 10 medali, a Holendrzy 15.

A może jesteśmy nieudacznikami organizacyjnymi? W dużej mierze, niestety, tak. Jesteśmy mocni w gębie, w wymyślaniu haseł, ale jak co do czego – d… blada.

Po co nam w ogóle sport wyczynowy?

Kiedyś, za komuny, panowało hasło, że sport wyczynowy ma być przykładem dla zwykłych obywateli. Ma pobudzać ich do fizycznego wysiłku, którego celem miała być tężyzna całego narodu. A naprawdę chodziło o to, żeby udowodnić nam i całemu światu, że w Polsce panuje świetny ustrój. Sport miał żyrować realny socjalizm.

Szczytem takiego podejścia do sportu wyczynowego była organizacja sportu w Niemieckiej Republice Demokratycznej, której zawodnicy mieli udowodnić, że w NRD panuje lepszy ustrój niż w Bundesrepublice. W NRD zorganizowano, w różnych miastach, silne ośrodki dla poszczególnych dyscyplin. Jeżeli jakaś młoda dziewczyna czy młodzieniec zdradzali oznaki talentu, to „proponowano” całej rodzinie przeniesienie się do wskazanego przez władza miasta, żeby talent młodych mógł się rozwijać. I nikt władzy nie odmawiał. Niechby spróbował.

Dopuszczano się także wymuszonych zajść w ciążę, którą potem usuwano, żeby zawodniczki miały jak najlepsze wyniki. Również NRD-owska farmakologia „wspierała” „sport”, skutkiem czego Niemcy z NRD przodowali również w szprycowaniu swoich zawodników medykamentami. I wyniki były, ale kosztem zdrowia zawodników i niewyobrażalnego państwowego terroru.

Sport po komunie

W Polsce, po upadku komuny, państwo zrzekło się niejako władzy nad sportem i oddało ją związkom sportowym, które miały być niezależne od władz. Przyświecała temu wielka idea chrześcijańskich demokratów, którzy głosili (słuszną, ale niesprawdzoną w praktyce) teorię, że czym mniej państwa, tym lepiej. O dziwo chadeków wsparli liberałowie, dla których zasada „im mniej państwa w państwie” jest pierwszym przykazaniem.

I tak pełną autonomię, poza sportowcami, uzyskali m.in. adwokaci i lekarze. Ich błędy i zaniechania, miały być oceniane przez ich cechowe organizacje. Rychło jednak okazało się, że wybierane demokratycznie władze samorządów zawodowych nie miały nawet zamiaru rozliczać kolegów, a już o karaniu nikt nawet nie myślał.

Zarządy związków ponad wszystkim

Wracając do sportu. Związki sportowe w Polsce (autonomiczne, samorządne i niezależne) rychło, w nowym systemie zaczęły ostro dbać o interes ludzi z zarządów związkowych. A interesy zrzeszonych klubów i sportowców jakoś zeszły na margines, a nawet zginęły gdzieś hen, hen za horyzontem. Ano, bliższa ciału koszula niż sukmana.

Istnym światowym kuriozum na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu stała się sprawa Darii Pikulik, naszej srebrnej medalistki w kolarstwie torowym, której jej związek kolarski nie zapewnił minimalnych warunków do treningów. Pikulik musiała nawet sama opłacać swoje treningi. A kostium dostała dosłownie dzień przed startem. Podobnie było z jej rowerem. Doszło nawet do tego, że część kosztów związanych z jej występem olimpijskim pokrył z własnej kieszeni jej trener. Ciekawe, czy działacze Polskiego Związku Kolarskiego pojechali na igrzyska, w jakiej liczbie, sami czy z rodzinami i kto płacił za ich pobyt? To jest, Drodzy Czytelnicy, dno dna.

Państwo musi wydawać więcej

Żeby w obecnych czasach sport mógł się rozwijać konieczne są duże pieniądze. W USA, poza rządem, duże pieniądze płyną od potężnych korporacji i dużych uniwersytetów. W Polsce uniwersytety nie są w ogóle sportem zainteresowane, a dawne obiekty Akademickiego Związku Sportowego, związku, który wychował wielu wspaniałych sportowców, porastają chwasty. A w przypadku obiektów zadaszonych, te dachy się zapadają.

Nie mamy tylu wielkich przedsiębiorstw i banków, co na Zachodzie. Owszem, mamy m.in. Orlen, PGE, kilka dużych banków i spółki miedziowe. Te jednak głównie zainteresowane są finansowaniem klubów piłki nożnej. Bo tam sponsora najlepiej widać.

Jestem jednak przeciwny finansowaniu sportu przez nasze duże firmy. A to dlatego, że od zawsze ich władze były, są i będą narzucane przez polityków. Wedle zasady lojalności nominowanego, niezależnie czy ma jakieś pojęcie o tym, co produkuje, czym zajmuje się państwowa spółka, w której władzach zasiada.

Poza tym politycy mają swoje interesy polityczne. I jeżeli któryś z nich startuje do parlamentu z  Bydgoszczy, to na pewno nie będzie wspierał sportu w Toruniu.

Wicie rozumicie, Szef będzie zadowolony

Jak to się dzieje, że jedne kluby uzyskują wsparcie państwa, a inne nie? Tak samo jak za komuny. Wtedy i dzisiaj dzieje się to tak, że u prezesa wielkiej firmy pojawia się jakiś poseł, zupełnie nie pierwszego znaczenia. Ot, prosty, mało znany publice poseł, który powiedzmy to – na przykład – pochodzi z Dolnego Śląska. I ów poseł rozumie, że jeżeli w jego okręgu jakiś piłkarski klub awansuje przy wsparciu państwowej spółki „XYZ”, to szansa posła na reelekcję wzrośnie. Zatem toczy się między posłem, a prezesem taka mniej więcej rozmowa:

– Mam taki pomysł, panie prezesie – zaczyna poseł – żeby pański koncern wsparł taki jeden klub na Dolnym Śląsku.

– A oni mają już jakieś osiągnięcia? – pyta rozumnie prezes.

– A jak mogą mieć, jak oni nie mają pieniędzy? Osiągnięcia pójdą za pieniędzmi.

– Ale nie wiem, czy ja tak mogę? – broni się prezes.

– Jak pan prezes nie może, to kto może? Ja nawet pozwoliłem sobie rozmawiać z Szefem i on ogromnie zapalił się do mojego pomysłu… Tym bardziej, że jego żona pochodzi z … No wie pan. Teściowie, bracia żony, rzecz święta.

– Ale gdyby Szef mi sam to powiedział, byłbym bardziej pewny, nie to, że panu nie wierzę…

– O spotkaniu mowy nie ma – mówi poseł.

– Nie widzi pan, że teraz wszyscy wszystko nagrywają, podsłuchują, fotografują nawet? I dlatego u pana jestem ja, mały, cichy, szary poseł. Ale powiem panu jedno… – tu poseł ścisza głos – w przypadku pozytywnego załatwienia sprawy, Szef nigdy panu tego nie zapomni. A jak pan wie, Szef ma pamięć jak słoń. Tak w dobrym, jak w złym.

Tak to się działo i dzieje. Miejmy nadzieję, że w końcu przestanie tak się dziać.

 

 

WALTER ALTERMANN: Skandal na początku Igrzysk Olimpijskich. Francja nie-elegancja

Każde otwarcie olimpiady ma być prezentacją miasta i kraju, w którym się ona odbywa. Zawsze jest to przydługa ceremonia i nie wiadomo po co się ją organizuje. Zamiast pokazywać sportowców, pokazuje się mniej czy więcej artystyczne widowisko. Kolejne kraje prześcigają się w prezentacji atrakcji i zaskakujących technik. Tak było w Pekinie i Londynie. I zawsze jest to widowisko cyrkowe. Sam nie lubię cyrku (a szczególnie tresury zwierząt) i nie przepadam za czymkolwiek co je przypomina. Oczywiście są też ludzie, którzy za takimi dziwactwami przepadają. De gustibus non est disputandum

Jednakże Francja a szczególnie Paryż to przez wieki stolica mód, sztuki, literatury i filozofii. Po ceremonii tam właśnie spodziewałem się czegoś wyjątkowego, doczekałem się jednak prostackiego skandalu nad skandale.

Był to występ właśnie skandalistów i ich animacja znanego obrazu. Naraz widzom całego świata telewizja pokazała „żywy obraz” odtwarzający znane dzieło Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę Jezusa Chrystusa i jego uczniów.

Jest to obraz będący ikoną malarstwa i chrześcijaństwa zarazem. Tu zaznaczę, że obrazy nie są świętością w kościele rzymskokatolickim, ale przedstawione na nich postaci mogą nosić charyzmat świętości. A taki właśnie charakter ma wspomniany obraz – jest na nim Jezus i apostołowie, a malarz przedstawił na nim początek chrześcijaństwa.

Ale w Paryżu zobaczyliśmy jakieś żywe, potworne ludzkie monstra, poprzebierane w najdziwaczniejsze kostiumy. I te monstra swymi gestami i minami wyraźnie sobie kpiły. Z czego kpiły? Przecież nie z Leonarda da Vinci, przecież nie z obrazu, ale z chrześcijaństwa.

Libertynizm czy wygłup?

Francja jest Pierwszą Córą Kościoła, ale jest też matką XVIII-wiecznego libertynizmu, którego celem było zniszczenie Kościoła. To we Francji libertynizm wyrósł na silny ruch społeczny, którego efektem była walka z Kościołem i religią. Co przyniosło tragiczne skutki w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Wtedy to zapłonęły kościoły i klasztory, niszczono artystyczny dorobek Francji związany z Kościołem, a przede wszystkim mordowano księży i zakonników. Ten okres, to apogeum walki z religią i Kościołem w Europie.

Oczywiście należy tu rozróżnić walkę z religią od krytyki kleru. Religia jest dla chrześcijan największą świętością, a kościół podlegał krytyce właściwie od zawsze. Marcin Luter występując przeciwko Kościołowi nie wystąpił przeciw religii. Oczywiście nie każda krytyka Kościoła rzymskokatolickiego prowadziła do schizmy czy zakładania nowych kościołów. Ale była przecież obecna zawsze. Kościół jest przecież tworem ludzkim, a ludzie są omylni, popełniają błędy i często ich drogi wiodą na manowce.

Klasa

Krytyka instytucji kościelnych i kleru oczywiście nie jest zabroniona, ale trzeba w niej zachować klasę. A tej zabrakło „monstrom olimpijskim”. Co to jest klasa? Trudno wytłumaczyć i trudno zrozumieć komuś kto jej nie ma. Ale ona istnieje naprawdę. Posłużę się dwoma przykładami.

Pierwszy z nich to „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem, a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Dzieło wydano w Krakowie w roku 1543. Autorem jest nasz rodak, ojciec języka polskiego, Mikołaj Rej.

„Krótka rozprawa…” to dzieło pełne ironii, napisane z pasją polemisty i genialnym słuchem satyryka. Rej był protestantem i wytykał Kościołowi jego błędy, ale miał klasę, gdy pisał:

A w kościele kury wrzeszczą,

Świnie kwiczą, na ołtarzu jajca liczą.

A czyż w tym, poniższym dwuwierszu, nie ma klasy?

Ksiądz wini pana pan księdza

nam prostym zewsząd nędza.

Przykład drugi to duża scena z wielkiego filmu Federico Felliniego „Rzym”. Film powstał w roku 1972. Jest w nim duża sekwencja, w której bohaterowie oglądają prześmieszny pokaz kościelnej mody. Na wybiegu dla modelek i modeli pojawiają się aktorzy w roli biskupów, i księży, którzy z wdziękiem gibkich modeli prezentują awangardowe sutanny, pelerynki i tiary. Widzimy również zakonnice w śmiałych habitach. Wszystko to – moim zdaniem – nie tylko śmieszy, ale i wskazuje na zbytek Kościoła. I to jest w porządku, bo ma klasę.

Przeciw religii

Jednakże paryskie widowisko nie było krytyką Kościoła. Ono było szyderstwem z religii i świadomym dążeniem „artystów” do wykpienia wiary. A to już zmienia kategorię czynu. To w Europie jest karalne. I może prowadzić do niepokojów społecznych, a nawet aktów terroru.

Pamiętamy przecież, jak 17 stycznia 2015 roku została zaatakowana paryska redakcja satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. Ataku dopuściło się dwóch dżihadystów. Wtedy zginęło 12 osób, w tym główni rysownicy tygodnika. Powodem ataku były karykatury Mahometa zamieszczane na łamach pisma i przypisywana jego autorom wrogość wobec islamu. Oliwy do ognia mahometan dolało i to, że większość członków redakcji było Żydami. I paryscy mahometanie widzieli w działaniu tygodnika nie tylko szyderstwo z ich religii, ale także akcję wspierającą Izrael w konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Oczywiście dzisiejsza Europa jest tolerancyjna i chyba nie znajdzie się nikt, kto sięgnąłby po broń, by bronić wiary chrześcijańskiej. Ale są też w niej tysiące przybyszy, muzułmanów, którzy nie mają tak dużego poczucia humoru. Przynajmniej nie takie, jak ci, którzy w Europie są od dawna.

W czyim interesie

Zastanawia mnie, czy ktokolwiek z organizatorów wiedział, co „grupa monstrów” przygotowuje i jaki to coś będzie miało społeczny wydźwięk? I w jakim w ogóle celu ktoś miałby się naśmiewać z religii, obrażać ją. Sprawą powinien zając się prokurator, który powyższe pytania powinien sobie i „monstrom” zadać.

Nie mówię, że w sprawę jest zamieszane czy jakieś „komando”. Nie winię nawet osób, którym coś tak horrendalnego przyszło do głowy. Winię jednak organizatorów widowiska otwarcia Igrzysk 33. Olimpiady. Być może tej małej grupce „artystów” wydawało się, że taki happening i performance będą śmieszne. Że zdobędą sławę i poklask. Myśl ludzka biega pokrętnymi i pokręconymi ścieżkami, czasami nie mającymi nic wspólnego z żadną logiką.

Powtarzam – artystom wolno. Ale nie zawsze i nie w każdym miejscu. I za niewłaściwe miejsce i czas, za dopuszczenie takiego dziwacznego manifestu libertynów na olimpiadzie, ktoś w władz Francji powinien przeprosić, a winni (spośród organizatorów) powinni odpowiedzieć przed sądem.

Francuzi chcieliby przewodzić Unii Europejskiej, więc niech przed organami Unii wytłumaczy się sam prezydent Emmanuel Macron. Ale wątpię czy się na to zdobędzie, bo sam od czasu do czasu, zachowuje się jak osobnik nad wszystko ceniący wygłupy i wypowiedzi „od czapy”.

Tym razem słynna francuska frywolność i lekkość bytu okazały się potwornymi gniotami i zakalcem. Zwyczajną wulgarnością. I jeżeli w tę stronę zmierza kultura Francji, to być może za kilkanaście lat, na kolejnej olimpiadzie w Paryżu, w czasie uroczystego otwarcia, zobaczymy ucieszne spalenie wielkiego mistrza templariuszy Jakuba de Molay’a oraz zniewalająco cudownie płonące kościoły, bo to też jest dziedzictwo Francji.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Letnie wakacje i inne dzikie atrakcje

Czas letnich wakacji przypada w Polsce w lipcu i sierpniu, gdy dzieci i młodzież mają wolne od szkoły, a ich rodzice biorą urlopy. Tak jest dla większości, ale są jeszcze w kraju emeryci. Ci z kolei czatują na okres przed lipcem i sierpniem, oraz po, bo wtedy jest o wiele taniej.

W ostatnich latach bardzo wielu naszych rodaków wybiera wakacje poza Polską. I nie ze względu na klimat, bo i u nas jest latem okropnie gorąco, i u nas można dostatecznie się poparzyć na słońcu i z trudem oddychać. Również i u nas są już luksusowe hotele.

Decydującą przesłanką przemawiającą za wyjazdem wakacyjnym do obcych krajów, jest – niestety – szpan. Chęć pokazania się, zaimponowania znajomym. Niestety staropolskie postępowanie, wedle staropolskiego porzekadła, nadal jest aktualne. A brzmi ono: „Zastaw się, a postaw się”.

Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, ale wystarczy popatrzeć na mówiących, że byli na Seszelach, w Hurgadzie czy na Korfu, a zobaczymy dumę i poczucie wyższości, które ich rozpierają. Niestety egalitaryzm nigdy nie był u nas w modzie, już od czasów Siemowita, Lestka i Siemomysła.

Trzy cele wakacji w Polsce

O ile chodzi o krajan, którzy spędzają wakacje w Polsce, bo są i tacy, to głównie ciągną nad Bałtyk, w góry lub na Mazury. Jednak ich opowieści i przesyłane znajomym zdjęcia, świadczą, że  najbardziej cenią sobie wygodne hotelowe łóżka, dobrą kuchnię i baseny.

I nikt, z obu grup wakacjuszy,  nie wspomina o przyrodzie, jej urokach, pejzażach i czystym powietrzu. Po prostu wakacjusze nasi przenoszą się z wygodnych mieszkań do jeszcze wygodniejszych hoteli. I najbardziej ich cieszy, że na wakacjach nie muszą po sobie sprzątać.

Drogo wszędzie, pusto wszędzie, co to będzie

Z roku na rok umacnia się w narodzie przekonanie, że wakacje w Polsce są bardzo drogie, nawet droższe niż te w Grecji czy w Egipcie. Patrząc na rachunki z restauracji, z pewnością tak. Ale narzekający na nadbałtycką drożyznę jakoś nie doliczają do swoich zagranicznych wakacji kosztów przelotu czy jazdy samochodami. A są przecież niemałe.

Jest jednak faktem, że w polskich kurortach, lub wczasowiskach jest bardzo drogo. Drogie jest jedzenie w budkach i restauracjach, drogie jest wypożyczenie leżaka, karuzela dla dzieci, zjeżdżanie na pupie w dmuchanym zamku czy przejście po rozpiętych linach, nie mówiąc już o pójściu na potańcówkę,

Skąd taka drożyzna

Skąd się bierze ta drożyzna? Przede wszystkim z naszej polskiej pazerności. Właściciele usług gastronomicznych i rozrywki są przekonani, że ciężko pracując (po 18 godzin dziennie) muszą po pięciu – sześciu latach odłożyć na przyzwoity dom i nieprzyzwoicie drogi samochód. Poza tym, ludzie prowadzący te wakacyjne interesy są w ogromnej części osobami przyjezdnymi, muszą wynajmować lokale, magazyny i miejsca do spania personelu.

Inaczej jest w górach, szczególnie pod Tatrami. Tamtejsza ludność, przez wieki doświadczająca niebywałej nędzy ma niejako „nerwicę głodową”. To znaczy, górale boją się, że umrą z głodu i dlatego rżną ceprów do gołej skóry. Nadto, z biegiem lat górale stali coraz mniej mili i mniej sympatyczni. Obcując z nimi odnosi się wrażenie, że patrzą na człowieka jak ich dziadowie na „owiecki”, które muszą dawać dużo mleka na oscypki, wełnę na swetry, a w końcu skórę na barani kożuszek.

Zadziwiające jest to, że żadna z wakacyjnych gmin nie powołała do życia spółdzielczości usługowej, w której zatrudnienie i zarobek znaleźliby miejscowi obywatele. Co zresztą obniżyłoby  też ceny. Tu na przeszkodzie stoi odwieczna polska zasada, że nie chodzi o to, żeby moja krowa dawała więcej mleka niż „sąsiadowa”, ale żeby sąsiada krowa po prostu zdechła.

Wątpliwe poznawanie świata

Wojażujący po świecie twierdzą, że poznawanie świata jest dla nich wielką nauką i wypoczynkiem. Czyli mają absolut edukacyjno-rekreacyjny. Prawda jest jednak mniej oczywista. Sporo osób rusza  na ekspresowe zwiedzanie świata, które polega na tym, że siedzą w ekspresowych autobusach, z podkurczonymi nogami przez osiem godzin. I ten autobus przenosi ich ekspresowo w dalekie od punktu startu miejsca. Następnie w ekspresowym tempie biegają po uliczkach historycznych miast, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, nie kontemplując piękna architektury, kunsztu antycznych rzemieślników, uroku i tajemnic minionych cywilizacji. Nic tylko pędzą jak Struś Pędziwiatr. Wracają do kraju wykończeni fizycznie i umysłowo. Ale przecież za nic i nigdy, nawet sobie samym, nie powiedzą prawdy, że przeżyli koszmarne wakacje.

Podaję ten przykład, bo pewien mój znajomy wybrał się na dwa tygodnie na zwiedzanie kilkunastu azjatyckich miast. Wrócił ledwo żywy, ale twierdził, że to była wycieczka jego życia. Zapewne miał rację, bo ledwo przeżył.

Poznawanie Polski 

Jest jeszcze jeden przykry aspekt polskich wakacji. Młode pokolenia nie znają już ojczystego kraju. Najpierw rodzice wożą ich w typowe miejsca hotelowe – Bałtyk, Tatry i Mazury. Gdy ci młodzi dorosną powtarzają trasy rodziców, a potem raczą tym samy swoje dzieci.

Po I Wojnie Światowej, zaraz po odzyskaniu niepodległości władze państwowe stanęły przed poważnym zadaniem kulturowego scalenia kraju. Bo przez 123 lata dla poznaniaka nieznane było Mazowsze, Podole, czy cała Galicja. Wprzęgnięto więc do prac nie tylko państwową propagandę, która miała w prasie przybliżać Polakom całą Polskę. Na pomoc ruszyło również harcerstwo, które organizowało obozy „poznawcze”. Oczywiście nie tak to się nazywało, ale harcerze z byłego zaboru pruskiego jeździli na terany byłej Galicji, byli Galicjanie obozowali na Mazurach, a kongresowiacy urządzali obozy w na terenach byłych zaborów – austriackiego i pruskiego. W ten sposób przynajmniej część młodych ludzi mogła znać i uznać całą Polskę za swoją.

Turystyczne co dalej

Zadbano także o to, dając na ten zbożny cel państwowe pieniądze, żeby uczniowie jeździli na trzydniowe wycieczki nad Bałtyk, właśnie odzyskany. Żeby wiedzieli, że to ich.

Ten sam rozsądny zabieg zastosowały władze PRL wobec Ziem Odzyskanych. Po 1956 roku większość obozów harcerskich z Polski przedwojennej organizowano na terenach, które po wojnie stały się polskie. Oczywiście władze PRL-u nigdy nie przyznały się do skopiowania zabiegów sanacji, ale tak było. I Bogu dzięki. Również szkoły miały obowiązek organizować wycieczki, w czasie których młodzież mogła zobaczyć Kraków, Góry Świętokrzyskie, Tatry, Gdańsk i Lublin.

To były świetnie i głęboko przemyślane akcje, które pozwalały młodym ludziom zobaczyć własny kraj. I podziwiać go. Dzisiaj niby też go poznają, ale głównie z okien rodzinnych samochodów, które ekspresowo zawożą ich autostradami na Bałtyk, Tatry i Mazury.

I jest to naprawdę wielki problem, który poruszam przy okazji sprawy wakacji, ale jest on całoroczny. W ostatniej swojej kadencji rządowej PiS zabiegał o te wycieczki krajoznawcze dla młodzieży, ale co z tego wyszło nie wiem. A co będzie teraz? Nie wiem jeszcze bardziej.

 

HUBERT BEKRYCHT: Szef Kanału Zero udowodnił, to co wielu wiedziało, ale wstydziło się zapytać…

Po prowokacyjnym żarcie Krzysztofa Stanowskiego, wielu nabranych przez niego dziennikarzy i „dziennikarzy” próbuje zaczerpnąć powietrza. Kilku broni się w fortecy swej głupoty i uporu. Co nam mówi bezkrytyczne pozbawione jakiejkolwiek weryfikacji powielanie „sensacyjnej” wiadomości? Przede wszystkim to, że dziennikarstwo to nie zabawa, chociaż 5 sierpnia 2024 r. – paradoksalnie – twierdzenia tego dowiódł właśnie żart szefa Kanału Zero. Fakt, okrutny żart – prowokacja, ale to nie zmienia sytuacji, w której „gwiazdy” polskich mediów nabierają się na to, na co nie nabrałby się niejeden stażysta.

Kanał Zero to bardzo potrzebne medium. Nie wszystko mi się podoba, ale nie tylko dla mnie jest ten projekt. Wiem jednak, że jeśli napiszę coś krytycznego, to ktoś z KZ normalnie odpisze, a jeśli nawet nie, to nie daje mi od razu po głowie i nie rzuca się do gardła. To też nowa jakość u nas. Po prostu ludzie z redakcji Stanowskiego są wierni wielu zasadom dziennikarstwa w większym stopniu niż inni dziennikarze i „dziennikarze”.

Ziarno

Oburzeni tym, co zrobił Stanowski są medialni poszukiwacze zaginionego sensu. Trudno. Chodzi im o to, że jak nie rządzi PiS, to ich artykuły żółkną, głos staje się chropowaty a obraz mętnieje. Nowe projekty, szczególnie w sieci, dość szybko odbierają tradycyjnym mediom, jeśli nie życie, to wielu sympatyków. Krzysztof Stanowski jest szczuty codziennie, ale najcięższy z zarzutów, czyli upolitycznienia redakcji nikt mu nie udowodnił. Szef KZ jest konsekwentny, nawet jak coś już staje się nudne, potrafi z tej nudy wyskoczyć i pojawić się tam, gdzie coś się dzieje.

Plewy

Nerwy i malejące zarobki krytyków Stanowskiego to skutki sytuacji, kiedy się kogoś pomija, kiedy bez żadnego sensu atakuje się przedsięwzięcie, które nawet nie ma roku na rynku. Dziennikarze nabrani na to, że Stonoga zdobył od „zdrajcy” Stanowskiego nagranie kompromitujące szefa KZ, gdzie przyznaje się on do ulegania prawicy, są dowodem na niedojrzałość coraz większej liczby mediów w Polsce. To zadziwiające, skoro nabrani na filmik od szemranego typa, kreują się, szczególnie po powstaniu 13 grudnia ub. r. nowego rządu, na autorytety i to nie tylko w prasie radiu i telewizji a nade wszystko w Internecie.

Po żniwach?

Co wynika z okrutnego żartu Stanowskiego? Odpowiedź tylko na to jedno pytanie będzie nadchodziła falami. Przede wszystkim, niestety, prawie nikt nie zostanie zmieciony z planszy dziennikarskiej. Wyjątki to ludzie, których i tak na tej planszy nie ma. Co dalej? Nabrani przez szefa Kanału Zero długo będą lizać rany, ale – stawiam dolary przeciwko akcjom Gońca – zamiast przyznać się do głupoty już obmyślają „zemstę”. I to może ich tylko pogrążyć, bo dziennikarstwo nie jest dla dziennikarzy. Jest dla Odbiorców naszej pracy.

Nad politykami na razie się nie znęcam… Oni to robią sami sobie. Z wyboru.

Fragment utworu „Autsajder” (1993 r.) wykonywanego przez zespół „Dżem” i niezapomnianego Ryszarda Riedla; słowa i muzyka Ryszard Riedel, Mirosław Bochenek; produkcja Benedykt Otręba:

 

Ale jedno wiem po latach,

Prawdę musisz znać i ty:

Zawsze warto być człowiekiem,

Choć tak łatwo zejść…

Zejść na psy!

 

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dzem,autsajder.html

 

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

We wtorek wyrok w sprawie OMZRiK przeciwko SDP za działalność CMWP SDP

Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosi jutro (we wtorek 6 sierpnia br.) w południe wyrok w sprawie z powództwa Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych  przeciwko SDP, w związku z obroną   red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Dziennikarka na portalu „Dzień dobry Białystok” w 2018 r. opisywała kontrowersyjne działania założyciela i fundatora tej fundacji Rafała Gawła, skazanego m.in. za malwersacje i oszustwa finansowe. OMZRiK uważa opisywanie związków między nimi, a ich fundatorem za „naruszanie dóbr osobistych” , za co wytaczał procesy  red. Agnieszce Siewiereniuk – Maciorowskiej  z powództwa cywilnego. Wielokrotnie w jej obronie występowało CMWP SDP.

Pozew w tej sprawie przeciwko SDP  został skierowany do sądu 2 stycznia 2022 r. przez fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. OMZRiK  domaga się  przeprosin za publikację stanowiska CMWP SDP  w obronie red. Agnieszki Siewiereniuk Maciorowskiej z 17 lutego 2021 r. (jego publikacja miała miejsce 5 marca 2021 r ). oraz wpłaty dla siebie kwoty 4 tysięcy zł i zwrotu kosztów procesu.

OMZRiK uważa, iż fakt, że jego fundator Rafał Gaweł został skazany prawomocnym wyrokiem za oszustwa finansowe na karę 2 lat pozbawienia wolności, nie ma żadnego znaczenia  dla legalności i prawidłowości prowadzenia działalności przez Fundację, a żadne z działań, za które został skazany nie wiążą się z działalnością Fundacji i nie mają na nią wpływu.

Przypominanie tych faktów  są dla OMZRiK „naruszeniem  dóbr osobistych” , za które grożą pozwami z powództwa cywilnego. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wnosi o oddalenie tego powództwa w całości. Podczas  rozpraw  w charakterze świadków zostali przesłuchani Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP i Michał Jaszewski, doradca prawny SDP , red. Agnieszka Siewiereniuk Maciorowska oraz Rafał Gaweł i Konrad Dulkowski.

 

Więcej na ten temat:

Cenzura w PAP? TP napisał: „słowa zostały jednak wycięte z opublikowanego już na stronie PAP artykułu Beaty Igielskiej”

Trwa dyskuja w związku ze sprawą 11-letniej Sary okrzykniętej „najmłodszą sejmową dziennikarką”, która męczy pytaniami PiS, a koalicja jest zauroczona dzieckiem. „Asystentem” Sary i jej „operatorem kamery” w telefonie komórkowym jest ojciec dziewczynki. Pojawiły się pytania o granice wykorzystywania wypowiedzi i „pracy” dzieci w mediach. Często, jak w przypadku Sary, przyzwolenie właśnie na aktywność dzieci w sieci i mediach dają rodzice, którzy sami – być może – mają ambicje dziennikarskie albo polityczne. I nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że w publikacji PAP  na ten temat wycięto kilka słów komentarza psychologicznego. Czy Polska Agencja Prasowa, będąca w awangardzie medialnych akolotów rządu Donalda Tuska, cenzuruje teksty swoich dziennikarzy?

W Tygodniku Powszechnym w 2 sierpnia br. ukazał się artykuł Anny Golus o tytule: „’Perspektywa Sary’: jak rodzice wykreowali 10-letnią córkę na dziennikarkę sejmową”. Autorka zwróciła uwagę jednak na coś innego. Na „wycięcie” z interentowej wersji depeszy PAP stotnych dla problemu Sary słów.

„”W przypadku Sary, niezależnie od motywów ojca, należałoby coś z tym zrobić, a nie koncentrować się na tym, że pan Kaczyński powiedział, co powiedział” – stwierdziła psycholożka dr Aleksandra Piotrowska w wypowiedzi dla serwisu zdrowie.pap.pl. Jej słowa zostały jednak wycięte z opublikowanego już na stronie PAP artykułu Beaty Igielskiej „Mała dziennikarka. Co z dobrem dziecka?”. Usunięto również stanowiący puentę tekstu fragment wypowiedzi logopedki dr Danuty Emiluty-Rozyi. Ekspertka mówiła o terapii dzieci z problemami zdiagnozowanymi też u Sary (i upublicznionymi osobiście przez jej rodziców): „[…] Ważne są więc doświadczenia werbalne w nowym otoczeniu, żeby dziecko wiedziało, że potrafi porozumiewać się słownie w różnych sytuacjach. Ale czy aż tak, że dziecko idzie prowadzić rozmowy w Sejmie? Tu miałabym wątpliwości. Czy nie narażamy go w ten sposób na sytuacje trudne?”. Wycięto trzy ostatnie zdania” – napisała w inetrnetowej wersji Tygodnika Powszechnego Anna Golus.

„Redaktor naczelny PAP Wojciech Tumidalski zapewnia, że to nie cenzura, lecz „nie najlepsza decyzja” podjęta podczas ponownej obróbki redakcyjnej tekstu po interwencji rzeczniczki prasowej RPD. Zwróciła się ona do PAP w związku z przedrukowaną w artykule Igielskiej wzmianką o tym, że według rzeczniczki praw dziecka rozwijanie zainteresowań usprawiedliwia nieobecność dziecka w szkole. Słowa te są rozpowszechniane przez ojca Sary, ale według rzeczniczki prasowej – Monika Horna-Cieślak ich nie wypowiedziała. Z artykułu Igielskiej usunięto więc ten fragment, a ona sama opublikowała na Facebooku przeprosiny.

Biuro RPD nie odpowiada wprost na pytanie, czy Monika Horna-Cieślak użyła cytowanych słów oraz czy obiecała dziewczynce, że napisze jej usprawiedliwienie za nieobecność w szkole. Przesyła mi natomiast link do postu z przeprosinami Igielskiej na Facebooku” – pisze Anna Golu w TD z 2 sierpnia 2024 r.

Czy zatem w PAP, bo burzliwej i bezprawnej zmianie władz w grudniu ub. r., zapanowała cenzura? Newsroom Polskiej Agencji Prasowej oraz kilka redakcji zajmują pomieszczenia po dawnym Głównym Urzędzie Kontroli Publikacji i Widowisk na roku Barckiej i Mysiej w Warszawie. Za komuny był to po prostu urząd cenzury. Zatem, czy można powiedzieć, że w związku z tym, że cenzura była kiedyś w PAP, po 19 grudnia ub. r. też się tam teraz próbuje zagnieździć?

 

Tygodnik Powszechny 2 sierpnia 2024 r./ er/ t/ dokumenty GUKPiW z 1985 i 1987 r./ FB/ Blog „Perspektywa Sary”

Sprawozdawczo-Wyborczy Zjazd Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Komisja Zjazdowa uprzejmie informuje, że Sprawozdawczo–Wyborczy Zjazd Delegatów SDP został zwołany przez Zarząd Główny na 11 – 13 października 2024 r. w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym, ul. Małachowskiego 17.

W związku z powyższym Oddziały zostały zobligowane do przesłania do Biura Zarządu SDP (e-mail od p. Dyr. Katarzyny Lipskiej z dn. 02.07.2024 r.) aktualnej listy delegatów z adresami e-mailowymi i w miarę możliwości numerami telefonów oraz z protokołami wyborczymi, w nieprzekraczalnym terminie do 02.09.2024 r.

Niestety istnieje obawa, że niektóre Oddziały przekażą listy delegatów z opóźnieniem, co spowoduje iż nie będzie już możliwe powiadomienie wszystkich delegatów o terminie Zjazdu z miesięcznym wyprzedzeniem, co jest wymogiem statutowym. Z tego względu Komisja Zjazdowa postanowiła skierować niniejszą informację do wszystkich członków SDP, tak aby zapewnić jak najszersze poinformowanie o terminie zwołanego Zjazdu.

Zwracamy także uwagę, żeby Oddziały które będą miały problem z dotrzymaniem terminu skontaktowały się bezpośrednio z Biurem Zarządu Głównego pod numerem tel. 500 242 770 lub pisząc na adres e-mail: [email protected].

 

Musimy bronić tego, co do nas należy – 14. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

4 marca 2022 roku, piątek Bucza, jedna z ulic na przedmieściach…

„Wszystko, czego dotykała mama, stawało się piękne” — opowiada córka 63-letniej Natalii Sokołowskiej, Julia Gryniowa. — „Ona dawała światu tylko światło i inspirację. Była mądra, uczciwa, porządna, optymistyczna, zawsze dostrzegała w ludziach to, co najlepsze. Otaczała troską i miłością rodziców, męża, dzieci, wnuki. Pomagała wszystkim, nigdy nikomu nie mogła odmówić.”

Niezwykle utalentowana kobieta, pani Natalia pięknie malowała, haftowała, robiła biżuterię z koralików, dziergała, śpiewała, tańczyła. Wszystkie te zdolności, jak się wydaje, odziedziczyła po swoim dziadku, poecie, artyście, bandurzyście i księdzu Mykoli Sarma-Sokołowskim, który za udział w OUN został skazany na trzydzieści lat więzienia w obozach Gułagu.

Natalia urodziła się w stolicy Kirgizji, Frunze (obecnie Biszkek). Z czasem rodzina przeniosła się na Donbas. Mieszkali w Dołżańsku, Ługańsku, a w ostatnich latach w Szczastii. Natalia zdobyła dwa diametralnie różne wykształcenia — inżyniera i filologa. Na polu pedagogicznym wykazała się w różnych rolach — oprócz języka i literatury ukraińskiej, uczyła rysunku, rzemiosła i zajęć praktyczno-technicznych. Ponadto przez ponad dziesięć lat zajmowała się działalnością kulturalno-rozrywkową w Ługańskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym.

Jednak rok 2014 diametralnie zmienił spokojne życie rodziny Natalii Sokołowskiej. Rosjanie, anektując Krym, postanowili również przejąć Donieck i Ługańsk. Córka, Oksana Mironenko, nie wytrzymała napięcia i razem z rodziną opuściła Szczastie. Para ortopedów-traumatologów wraz z dwójką dzieci zamieszkała u znajomych w Kijowie, później tułali się po wynajętych mieszkaniach, a dopiero trzy lata temu wybudowali dom w Buczy. Tam również mieszkała jej siostra Julia Gryniowa.

„Dla rodziców 24 lutego zawsze było szczególnym dniem, to rocznica ich ślubu,” — opowiadała Oksana Mironenko. — „Przeżyli razem 43 lata. 23 lutego mama z tatą przyjechali do nas. Namówiliśmy ich, żeby wyjechali z obwodu ługańskiego, ponieważ już przed inwazją było tam bardzo niebezpiecznie. Ale zanim zdążyli przyjechać, Rosjanie zaczęli bombardować całą Ukrainę. Kiedy stało się jasne, że Rosjanie wchodzą do Buczy, my z mężem i dziećmi pojechaliśmy do przyjaciół w Kijowie. Namawialiśmy rodziców do wyjazdu, ale mama z tatą postanowili zostać.” Natomiast Julia również opuściła miasto.

Dopiero kiedy Rosjanie zaczęli intensywnie ostrzeliwać Buczę, rodzice zdecydowali się ewakuować. „Czwartego marca mama i tata próbowali wyjechać z Buczy swoim samochodem, kiedy miasto było już prawie zajęte przez rosyjskie wojska” — opowiadała Oksana. — „Zostali zawróceni na ostatnim wyjeździe. Skręcili w najbliższą ulicę i znaleźli się pod ostrzałem. Tata zawrócił samochód i próbował wyjechać spod ostrzału. Niestety, kule dosięgnęły samochód, mama zginęła na miejscu od ran głowy i klatki piersiowej. Tata również został ranny i na jakiś czas stracił przytomność. Siostra Julia to wszystko słyszała i, pozostając na linii, próbowała krzyczeć do rodziców. W pewnym momencie tata ją usłyszał i odzyskał przytomność. Na początku myślał, że mama jest tylko ranna i chciał ją wyciągnąć z samochodu. Potem zrozumiał, że nie można jej już pomóc. Zdążył złapać telefon, dokumenty, wyskoczył z samochodu i pobiegł do najbliższego domu. Na szczęście furtka była otwarta i tata mógł schować się w szopie. Po kilku minutach jego samochód eksplodował…”

Później mąż Natalii Sokołowskiej zdołał dotrzeć do Kijowa, gdzie córka Oksana Mironenko sama przeprowadziła mu operację. Wkrótce cała rodzina przeniosła się z Kijowa na Iwano-Frankowszczyznę.

Już w Karpatach córki Natalii Sokołowskiej założyły fundację charytatywną „Nasz Sokół” na cześć swojej zmarłej matki, która pomaga ofiarom wojny.

Bucza, dzielnica Składowska, ulica Wodociągowa nr 4.

Dom przy ulicy Wodociągowej 4, położony „dwa kroki” od skrzyżowania z ulicą Jabłonską, był budowany i urządzany przez kilka pokoleń rodziny Kizilowów. Dopiero 69-letniemu Waleremu Pietrowiczowi, który przed emeryturą zajmował się biznesem, udało się, jak to mówią, doprowadzić go do porządku — wymienić dach, odnowić elewację, a dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny zakończyć trudny remont. Teraz dom, pomalowany na żółto, cieszył oko nie tylko właścicieli, ale także przechodniów.

Szczególnego uroku posesji dodawał ogród, w którym rosły różne drzewa owocowe oraz znajdowały się kwietniki z aksamitkami, daliami, narcyzami i tulipanami. Dbała o nie żona Walerego Pietrowicza, Ludmiła Siergiejewna.

Jednak ulubionym miejscem wypoczynku w tym ziemskim raju było miejsce pod błękitną jodłą, którą gospodarz domu posadził około piętnaście lat temu. Tutaj, w zacisznym cieniu, zbierała się cała rodzina: świętowali urodziny, organizowali pikniki z grillem, śmiali się, żartowali, śpiewali piosenki… Latem planowali tu świętować jubileusz Walerego Pietrowicza, ale los postanowił inaczej. O tym, co stało się później, opowiedziała mediom jego synowa, dziennikarka Swietłana Kizilowa…

Już 24 lutego, przy dźwiękach kanonady dochodzącej z pobliskiego Hostomela, młodsi Kizilowowie — syn Jewgienij, synowa Swietłana i wnuk Ołeh — opuścili Buczę. Rodzice jednak odmówili. „To nasz dom i nasza ziemia” — stanowczo powiedział pan Walery. — „Musimy bronić tego, co do nas należy.”

Czwartego marca rosyjskie wojska pojawiły się na Jabłonskiej. Okupanci zaczęli szukać mitycznych „nazistów”: weszli do ogrodów, wyważali drzwi, przeszukiwali domy i… rozstrzeliwali mężczyzn.

Małżeństwo akurat pracowało na podwórku, kiedy rosyjscy żołnierze wyważyli furtkę. Potem, całkowicie niespodziewanie, jeden z nich wycelował karabin w Walerego Pietrowicza i strzelił mu w głowę. Tak po prostu, bez żadnego słowa…

Mimo krzyków i łez kobiety, Rosjanie zaczęli przeszukiwać dom. Kiedy znaleźli jakąś starą strzelbę, zaczęli przepytywać Ludmiłę Siergiejewną:

— Twój mąż to wojskowy? Albo służył w obronie terytorialnej?

— Jaka obrona terytorialna — odpowiedziała zrozpaczona kobieta. — Ledwo chodził…

— Nie kłam nam, bo i ciebie tutaj położymy — krzyknął jeden z Rosjan.

— Nie kłamię — spuściła głowę pani Ludmiła, a po chwili poprosiła: — Pozwólcie mi pochować męża…

Ale Rosjanie zaczęli się śmiać: — Nie ruszaj… Niech poleży… A ty chodź tutaj… I wtrącili kobietę do piwnicy. W tym, w czym była. W tej piwnicy pani Ludmiła spędziła prawie trzy dni. Przy zerowej temperaturze, na zimnej ziemnej podłodze, bez światła i jedzenia. A sami „wyzwoliciele” osiedlili się na górze, w niedawno jeszcze przytulnym i gościnnym domu.

Potem na podwórzu pojawiła się inna grupa Rosjan, według słów kobiety, mniej krwiożercza. Pani Ludmiła odważyła się poprosić: — Pozwólcie pochować męża. Leży martwy już kilka dni.

Ku jej zdziwieniu, ci Rosjanie okazali się bardziej ludzcy: — Pokażcie, gdzie. My go pochowamy.

— Tam — pani Ludmiła wskazała miejsce za domem. — W ogródku kwiatowym.

Po tym okupanci pozwolili jej przejść podczas ostrzału do sąsiadów po drugiej stronie ulicy, gdzie była urządzona piwnica. Pewnego dnia jej córka Ola, ryzykując własnym życiem, przyszła na Wodociągową i przekonawszy żołnierzy zabrała matkę do siebie do domu.

Później Ludmiła Siergiejewna i jej córka opuściły Buczę jednym z ostatnich „zielonych korytarzy”. „Pochować Walerego Pietrowicza naszej rodzinie jeszcze się nie udało” — pisała w kwietniu Swietłana Kizilowa, która wraz z synem przebywała wówczas w Irlandii. — „Po tym, jak z Buczy wyszła druga fala Rosjan, przyszła trzecia. Wykopali ciało z ogródka. Nie wiemy, gdzie teraz jest tata — czy w jednym z masowych grobów, czy gdzie indziej. Na razie staramy się szukać…

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną…

Teraz budzę się przy śpiewie ptaków, wiedząc, że mój syn jest obok i bezpieczny. Tu nie ma alarmów lotniczych i przypomnień o wojnie. Ale prawie każdej nocy śni mi się ulica Jabłonska. Taka, jaka była kiedyś. A nie taka, jaką zobaczyły miliony ludzi na pierwszych stronach gazet zaraz po wyzwoleniu Buczy od okupantów…”

Bucza, ulica Wokzalna

Ihor Terekhov, 57-letni mężczyzna ze złotymi rękami, według słów jego synowej Żanny, nie mógł żyć bez narzędzi i pracy. Przez 15 lat pracował w przedsiębiorstwie produkującym kostkę brukową i mieszkał w Buczy. Czwartego marca rosyjski okupant podszedł do Ihora na ulicę Wokzalną i z zimną krwią strzelił mu w skroń.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka

Anastazja Jalanska, młoda kobieta prowadząca popularnego bloga, zginęła 4 marca razem ze swoimi przyjaciółmi Serhijem Ustymenką i Maksymem Kuzmenką. Dorastała w Radziwiłłowie, ukończyła Narodowy Uniwersytet Pedagogiczny im. Mychajła Drahomanowa i pracowała jako rekruterka w firmie IT.

24 lutego Anastazja napisała na swoim blogu: „Życzę nam spokoju. Więcej nie wiem, co powiedzieć. Cały dzień przyklejeni do wiadomości. Kupiliśmy produkty, siedzimy w mieszkaniu na walizkach na wszelki wypadek. Odwagi nam wszystkim”. Pomimo strachu i niebezpieczeństwa, postanowiła zostać w Kijowie i pomagać ludziom. Pomagała wojskowym, dzieciom w przedszkolach oraz poszkodowanym zwierzętom.

Pierwszego marca, trzeciego dnia wojny, Anastazja zawiozła partię pomocy do szpitala wojskowego i zapewniła karmę dla psów. Drugiego marca opisała swoje wrażenia i doświadczenia z pracy wolontariackiej: jak unikać ostrzałów, pomagać ludziom w odległych rejonach i wspierać wojskowych na punktach kontrolnych.

Trzeciego marca poinformowała, że nie udało jej się dotrzeć do Irpienia z powodu wysadzonego mostu, ale planowała spróbować z innej strony następnego dnia. Niestety, czwartego marca ta próba okazała się dla niej i jej przyjaciół śmiertelna. Wieźli karmę do schroniska dla psów w Buczy, która w tym czasie była już pod kontrolą wojsk rosyjskich. Ich samochód terenowy został ostrzelany na ulicy Kijewo-Mirockiej.

Rano 4 marca, pełni młodzieńczego zapału i entuzjazmu, Anastazja Jalanka, Serhij Ustymenko oraz Maksym Kuzmenko pozowali do filmu obok swojego SUV-a, którym mieli wkrótce wyruszyć w drogę. Ta dokumentacja miała miejsce na podwórku domu ich przyjaciela. Mężczyzna ten, z pewnych powodów, nie mógł tego dnia wyruszyć z nimi na „ekspedycję”, więc tylko życzył im, by „dbali o siebie”.

Tu warto, choćby krótko, opowiedzieć o dwóch innych członkach wolontariackiej załogi oprócz Anastazji.

Serhij Ustymenko w czasie pokoju był nie tylko miłośnikiem motoryzacji i współwłaścicielem warsztatu samochodowego, ale także członkiem kilku klubów motoryzacyjnych.

„Był najlepszym kierowcą w całym Kijowie” – wspominał jego przyjaciel Iwan Solowij. – „A jego warsztat zawsze był otwarty dla przyjaciół. Ostatnio spotykaliśmy się tylko tam. Był przyjacielem, który nigdy nie zdradzi.”

Wśród przyjaciół Serhija byli także Anastazja Jalanska i Maksym Kuzmenko. On, według swojej matki Natalii Kuzmenko, był fanem tuningu samochodowego. Często brał udział w zawodach. „Pracował jako barman w jednym z kijowskich barów, a po rozpoczęciu wojny rozwoził jedzenie i towary pierwszej potrzeby ludziom w całym obwodzie kijowskim”.

„Zawsze robił więcej, niż od niego oczekiwano” – wspomina właścicielka baru Kateryna Żwaluk. – „Dajesz mu zadanie, a on robi więcej. Pytałem go: 'Dlaczego robisz więcej, kiedy już jest wystarczająco dobrze?’ Odpowiadał: 'Muszę być lepszy, niż teraz jestem.’”

SUV z wolontariuszami ruszył do Buczy, która była już wówczas kontrolowana przez Rosjan. Wieźli karmę do schroniska dla psów, które cierpiały z głodu. Maksym zadzwonił do matki i poinformował, że u nich wszystko w porządku, a psy ucieszą się z jedzenia.

Kiedy załatwili sprawę, Natalia Kuzmenko opowiadała, że „pojechali do domu Serhija Ustymenko w Buczy, aby zabrać jego rodziców z już bardzo niebezpiecznego miasta.”

Tego samego dnia Maksym Kuzmenko wysłał swojemu przyjacielowi Geworgowi Bagdasjanowi radosną wiadomość: „Mamy stalowe jaja! Nie poddawaj się i nie poddawaj!”

Kiedy samochód wolontariuszy zbliżał się do domu rodziców Serhija Ustymenki na ulicy Kijewo-Miroćkiej, rozległy się strzały, którym towarzyszył głośny dźwięk. Istnieje przypuszczenie, że Rosjanie strzelali z BWP (bojowy wóz piechoty), które według świadków znajdowały się w tym rejonie miasta.

Zaraz po tym, jak strzały ucichły, z podwórka Ustymenków wybiegł Walery Semenowycz, ojciec Serhija, przeczuwając coś złego zbliżył się do samochodu. Jak opowiadała sąsiadka, Olena Łogwinowa, po strzelaninie jej mąż cicho wyszedł na podwórko, aby zapalić papierosa. Zobaczył, że naprzeciwko ich domu stoi samochód na „awaryjnych światłach” i z otwartymi tylnymi drzwiami. Wtedy „wyszliśmy na ulicę i usłyszeliśmy krzyk i płacz sąsiadów, zobaczyliśmy, jak wynoszą ciała. Jak się później okazało, to były ciała rozstrzelanych wolontariuszy. Zabito ich koło naszego domu.”

Walery Ustymenko przeniósł ciała młodych ludzi do swojej piwnicy, gdzie rodzina ukrywała się przed ostrzałami, i próbował ich reanimować, ale na próżno…

Później Dmytro Zubkow, przyjaciel Maksyma Kuzmenko, z żalem mówił: „Samochód moich przyjaciół był cywilny. Maksym miał na głowie czapkę z pomponem. Zupełnie nie wyglądali na wojskowych.” A Jewhen Jalasski, otrzymawszy gorzką wiadomość o śmierci swojej byłej żony, stwierdził: „Była najlepszą ze wszystkich ludzi…”

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

O zjawisku twardym jak skała i brzydkim jak uśmiech komornika pisze WALTER ALTERMANN: Strzyżenie betonu

To, że nasze miasta, miasteczka i wsie „betonowieją” jest faktem. Zastanówmy się jak i dlaczego do tego doszło. Uświadommy też sobie, że skutki betonowanie wszystkiego co jest ziemią i trawnikiem są naprawdę straszne.

Naukowcy twierdzą, że w miastach i miasteczkach, w których proces betonowania wszystkiego co się da, przyniósł taki efekt, że temperatura powietrza, badana 1 metr nad ziemią, jest wyższa, czasem nawet o 20 stopni Celsjusza, w porównaniu z terenami, gdzie przeważa jeszcze natura, czyli trawniki i drogi żwirowe.

Temperatura

20 stopni to naprawdę jest bardzo dużo. I sami sobie podwyższyliśmy marność życia. Oczywiście najgorzej jest w dużych miastach, w których przeważa budownictwo wielkopłytowe i betonowe w ogóle. Otóż beton łatwo się nagrzewa i długo trzyma temperaturę.

Warszawa, niestety nawet nocą stolica nie ukrywa betonu Fot. h/ re

Przy obecnych upałach życie w blokach, czyli „budownictwie wielorodzinnym” jest istną udręką. Mieszkańcy klocków z betonu skarżą się na zawroty i bóle głowy, osłabienia i ogólną słabszą wydolność.

Łódzki Stary Rynek i szalona koncepcja architektoniczna, czyli nie tylko beztroska betonoza, ale i ławeczki jak dworzec autobusowy za komuny. Poza tym polecam urbanistom usiąśc pod tym daszkiem w upały… Fot. arch/ h/ de/ re

Ratunkiem nie są żadne klimatyzatory i wiatraki. Klimatyzatory pożerają ogrom energii, którą wytwarza się u nas głównie z węgla, co z kolei powoduje skażenia powietrza i ocieplanie planety.

Komu to służy i kto za tym stoi

Teraz zadajmy stare, znane jeszcze z PRL-u, pytanie: komu to służy i kto za tym stoi? Wydaje mi się, że prawdziwie z trendu betonowania mogą być zadowoleni jedynie właściciele cementowni i asfaltu. I rzeczywiście ich produkcja i zyski rosną, a perspektywy są świetlane.

Plac Wolności w Łodzi. Modernizowano go lata. Zieleni jednak jak na lekarstwo Fot. h/ re/ e

 

Nie wygłaszam tu oderwanych od rzeczywistości teorii spiskowych. Tak jest, a najlepszym przykładem jest Japonia, która uważana jest za najbardziej zabetonowany kraj świata. Tam jeszcze trzydzieści lat temu doszło do porozumienia rządu ze związkami zawodowymi budownictwa, szczególnie z branżą produkującą beton. Na mocy porozumienia z buntującymi się związkowcami rząd Japonii zobowiązał się do corocznego zwiększania „areału” zabetonowanej ziemi. I już po dziesięciu latach wszędzie w Japonii dominował beton, zarówno w płaszczyznach pionowych, jak i poziomych. To znaczy zalewano betonem to, co było jeszcze żywe na powierzchni i stawiano coraz więcej betonowych budowli. Raj, istny raj dla właścicieli wytwórni cementu i ich pracowników. A także dla wszystkich pracowników sektora budowlanego.

Haga, dzielnica i kurort plażowy Scheveningen; Morze Północne jest 50 metrów od tego hotelu…
Parkingi? Plac do zagospodarowania? Nie wiadomo. Wiadomo, że kostka i beton Fot. arch/ h/ re

Czy ktoś nie przewidywał te trzydzieści lat temu skutków takiej polityki? Byli tacy, ale spoza kręgu cementowników i budowlańców – z jednej strony oraz ze sfer publicznych z drugiej. Rząd chciał bowiem dalej rządzić w atmosferze spokoju społecznego, a budowlańcy z Kraju Kwitnącej Wiśni (może też spoza Japonii) chcieli żyć coraz lepiej.

Gdzie wsiąka woda

Poważnym problemem betonowania i asfaltowania ziemi jest to, że ziemia nie wchłania już opadowej wody. I dlatego zalewa ona coraz więcej terenów, których przed laty nie zalewała. Straty materialne są duże, ale nikt (z władz) jakoś o tym nie mówi. Niezależnie od tzw. opcji rządzącej. Bo trzeba by w miastach zostawić całkiem spore strefy zielone, parkingi robić z płyt, które są porowate, albo z dziurkami, a to są kłopoty i to kosztuje.

Łódź, Stare Bałuty, Park Śledzia (Staromiejski) Fot. h/ re

 

A głównie nie podoba się taka polityka deweloperom, którzy mają orgiastyczne marzenie, żeby stawiać coraz więcej wysokich betonowych grzejników. Najlepiej jak najbliżej jeden od drugiego.  Na taki widok szczytują intelektualnie, to znaczy bardzo sprawnie i szybko liczą kasę.

Stare i nowe lasy

Pogoń za zyskiem powoduje również, że nasze stare lasy coraz szybciej padają pod naporem spalinowych pilarek. A tylko lasy z podszyciem, zwanym też podszytem, są w stanie chłonąć wodę. A lasy przemysłowe, w których rosną jedynie drzewa w równych szeregach, bez krzewów i krzaków, nie zatrzymują wody. Wszyscy o tym wiedzą, ale lobby leśników chce więcej i więcej drewna, bo ono się sprzedaje na pniu (po ściętym drzewie), a piękny stary las nadaje się tylko na fotografie dla ekologów.

Koszenie w największe upały

Również w miastach, na skutek coraz mniejszej liczby trawników i betonowania ścieżek między blokami woda szybciutko spływa do kanalizacji. I w ten sposób nasz piękny kraj stepowieje. Jest nam coraz goręcej i coraz mocniej cierpimy w upały. Zauważyłem, że w czasie pierwszej czerwcowej fali upałów, ożywiły się służby miejskie i ochoczo przystąpiły do koszenia trawników.

Tu dopiero jest upał, Goa Old City – Indie. Prawie 39 st. Celsjisza, ale betonoza nie daje za wygraną nawet przy XVI-wiecznych portugalskich zabytkach sakralnych

Tu wyjaśnijmy, że w wielu miastach pojawiły się już trawniki, które porasta wiejska łąka. Znajdziemy na niej pięknie kwitnące polne kwiaty, chwasty, wysokie osty i inne dziewanny. Jednakże ten miły widok bardzo denerwuje władze magistrackie, dla których gładki (i łysy miejscami aż do piachu) trawnik jest najładniejszy. Ideałem miejskim w dzisiejszej Polsce jest nędzny trawnik porośnięty jedynie trawą na wysokość trzech centymetrów.

Bałkańskie piekło architektoniczne – zakute w beton i dużą płytę chodnikową centrum Prisztiny, stolicy Kosowa Fot. arch./ re/ m

Zatem te bujne mikro-łąki wycięto. A ponieważ deszcz nie padał, słońce paliło, więc ziemia w tych trawnikach wyschła na kamień i piasek. I o to chyba chodziło magistratom. Bo łąka ich denerwowała.

Krzewy cenne jak drzewa

Naukowcy żądają, żeby w miastach rosło jak najwięcej krzewów i krzaków, bo one skuteczniej niż drzewa oczyszczają powietrze i wytwarzają równie dużo tlenu. Ale bogać tam. Włodarzom miast i mieszkańcom najbardziej podobają się równiutkie trawniki.

Łęczyca – jesień 2023 r. Fot. h/ re/ e

Podejrzewam, że głównym problemem miast i ich zieleni jest to, że potomkowie wsi polskiej, którzy niemałym kosztem osiedli w miastach nie chcą, aby cokolwiek przypominało im wieś. Również i sama wieś nie jest bez winy, bo ideałem jest obecnie „wykostkowanie” wszystkiego wokół, zaczynając od wiejskich podwórek.

Ci potomkowie naszych wieśniaków stanowią sporą większość mieszkańców i władz miejskich. Brak tym ludziom dobrych wzorców i walczą o swoją „miejskość” zaciekle, do ostatniego krzaczka w swym polu widzenia.

 

O wykwitach wyobraźni dziennikarki w przykrótkiej spódniczce pisze Hubert Bekrycht – Dobroszowanie, czyli GRZANIE NA EKRANIE

Z nazwisk się nie żartuje, zrobię jednak wyjątek, bo widziałem coś, co nie tyle mnie zdziwiło, ile rozśmieszyło warsztatowo. Otóż, słynąca z ekscentrycznych strojów była pracownica Gazety Wyborczej a przedtem i potem gwiazda TVP, teraz nawet wybitna prowadząca politprogramy red. Justyna Dobrosz-Oracz uprawia szczególny typ neodziennikarstwa. Nazwałem to dobroszowanie. Trochę kojarzy się z graniem na ekranie a raczej podgrzewaniem na ekranie – proszę inaczej nie rymować.

Nie chodzi o potrawy, chociaż zawsze dobrze jest zaprosić polityka do programu kulinarnego i dać mu się poparzyć prosząc o wyciągnięcie zapiekanki z mikrofali. Chodzi o program, który czasem wieczorem ubogaca kod kulturowy nowych widzów TVP Info (policzyłem 7 593 widzów – żart oczywisty, jest ich o kilka tysięcy więcej).

Wybory. Gości

Ubogaca bowiem red. Dobrosz-Oracz, tak jak 24 lipca br., nasze podejście do prac komisji śledczej, w której już nie pracuje wybitny historyk, eurodeputowany KO Dariusz Joński, dawniej baron łódzkiego SLD.

Otóż, red. Dobrosz-Oracz w uroczy środowy wieczór zaprosiła rzetelnych dziennikarzy– jak przewodnik po Korei Północnej wydany przez administrację dyktatora Kima Trzeciego juniora – koleżankę z GW i przedstawiciela radia, którego nazwa dziwnie przypomina utopię stanowiącą zaczątek lewactwa. Wspaniała zabawa gwarantowana.

Strach spuszczony z czerwonego paska

Na wielkiej czerwonej planszy prezentowanej podczas rozmowy z można przeczytać:

„D. Joński: Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu grozi 10 lat za wybory kopertowe”

Troje dziennikarzy, prowadząca oraz para reprezentująca właściwie ten sam katalog poglądów co J. Dobrosz-Oracz, stanowią przykład wniebowziętych reprezentantów mediów, które pracują jak myślą owi zgromadzeni w studiu dziennikarze a dziennikarze co myślą, jak media, które powinny wzorcowo popierać rząd 13 grudnia i krytykować PiS.

Grzanie kitu

Gierki takie są znane od dawna, oczywiście także w mediach, które są bardziej konserwatywne niż dzisiejsza TVP. Tyle, że z tezy polityka nie robi się tam twierdzenia wpychanego jak instalacje fotowoltaiczne mieszkańcom domów jednorodzinnych.

Co powiedział Joński? Zawsze, podobnie jak jego koledzy – Szczerba, Budka, Kierwiński, Myrcha i Kwiatkowski – śledczy kopertowy mówi to samo. Zatem, nie jest to ważne. Ważne, że podczas dobroszowania na ekranie rządowej TVP wciska się ludziom, coś, czego nikt z wyjątkiem Jońskiego nie potwierdził, a z polityków opozycji robi się przestępców.

Internet nie płonie

Szczerze pisząc, wolałem już jak zamiast dobroszowania red. Justyna Dobrosz-Oracz wydawała polecenia dziennikarzom w oddziałach TVP, kiedy chciała coś kompromitującego zrobić o opozycji… Nie, nie uwierzycie, też o PiS. Było to w latach 2012 – 2015, wcześniej ponoć też, ale dowody na to rozpływają się w powietrzu jak sprzedawany w sprayu uśmiech Donalda Tuska wzbogacony porannym westchnieniem posłanki Jachiry. Na szczęście historycy dziennikarstwa będą mogli praktycznie od teraz opisywać dorobek zawodowy mistrzyni tańca Balu Dziennikarzy, bo przecież są nagrania programów, notacje, dokumenty.

Na jednym wątku, wypowiedzi wątpliwej rzetelności polityka, robi się teraz programy telewizyjne, które do końca dnia będą cytowane przez inne media przekonujące z kolei, że czołowi politycy PiS idą siedzieć. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale w ten sposób, poprzez straszenie dobroszowaniem ekipa rządowa gabinetu 13 grudnia wkłada nam do kieszeni szczoteczkę do zębów. Codziennie.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)