Musimy bronić tego, co do nas należy – 14. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

4 marca 2022 roku, piątek Bucza, jedna z ulic na przedmieściach…

„Wszystko, czego dotykała mama, stawało się piękne” — opowiada córka 63-letniej Natalii Sokołowskiej, Julia Gryniowa. — „Ona dawała światu tylko światło i inspirację. Była mądra, uczciwa, porządna, optymistyczna, zawsze dostrzegała w ludziach to, co najlepsze. Otaczała troską i miłością rodziców, męża, dzieci, wnuki. Pomagała wszystkim, nigdy nikomu nie mogła odmówić.”

Niezwykle utalentowana kobieta, pani Natalia pięknie malowała, haftowała, robiła biżuterię z koralików, dziergała, śpiewała, tańczyła. Wszystkie te zdolności, jak się wydaje, odziedziczyła po swoim dziadku, poecie, artyście, bandurzyście i księdzu Mykoli Sarma-Sokołowskim, który za udział w OUN został skazany na trzydzieści lat więzienia w obozach Gułagu.

Natalia urodziła się w stolicy Kirgizji, Frunze (obecnie Biszkek). Z czasem rodzina przeniosła się na Donbas. Mieszkali w Dołżańsku, Ługańsku, a w ostatnich latach w Szczastii. Natalia zdobyła dwa diametralnie różne wykształcenia — inżyniera i filologa. Na polu pedagogicznym wykazała się w różnych rolach — oprócz języka i literatury ukraińskiej, uczyła rysunku, rzemiosła i zajęć praktyczno-technicznych. Ponadto przez ponad dziesięć lat zajmowała się działalnością kulturalno-rozrywkową w Ługańskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym.

Jednak rok 2014 diametralnie zmienił spokojne życie rodziny Natalii Sokołowskiej. Rosjanie, anektując Krym, postanowili również przejąć Donieck i Ługańsk. Córka, Oksana Mironenko, nie wytrzymała napięcia i razem z rodziną opuściła Szczastie. Para ortopedów-traumatologów wraz z dwójką dzieci zamieszkała u znajomych w Kijowie, później tułali się po wynajętych mieszkaniach, a dopiero trzy lata temu wybudowali dom w Buczy. Tam również mieszkała jej siostra Julia Gryniowa.

„Dla rodziców 24 lutego zawsze było szczególnym dniem, to rocznica ich ślubu,” — opowiadała Oksana Mironenko. — „Przeżyli razem 43 lata. 23 lutego mama z tatą przyjechali do nas. Namówiliśmy ich, żeby wyjechali z obwodu ługańskiego, ponieważ już przed inwazją było tam bardzo niebezpiecznie. Ale zanim zdążyli przyjechać, Rosjanie zaczęli bombardować całą Ukrainę. Kiedy stało się jasne, że Rosjanie wchodzą do Buczy, my z mężem i dziećmi pojechaliśmy do przyjaciół w Kijowie. Namawialiśmy rodziców do wyjazdu, ale mama z tatą postanowili zostać.” Natomiast Julia również opuściła miasto.

Dopiero kiedy Rosjanie zaczęli intensywnie ostrzeliwać Buczę, rodzice zdecydowali się ewakuować. „Czwartego marca mama i tata próbowali wyjechać z Buczy swoim samochodem, kiedy miasto było już prawie zajęte przez rosyjskie wojska” — opowiadała Oksana. — „Zostali zawróceni na ostatnim wyjeździe. Skręcili w najbliższą ulicę i znaleźli się pod ostrzałem. Tata zawrócił samochód i próbował wyjechać spod ostrzału. Niestety, kule dosięgnęły samochód, mama zginęła na miejscu od ran głowy i klatki piersiowej. Tata również został ranny i na jakiś czas stracił przytomność. Siostra Julia to wszystko słyszała i, pozostając na linii, próbowała krzyczeć do rodziców. W pewnym momencie tata ją usłyszał i odzyskał przytomność. Na początku myślał, że mama jest tylko ranna i chciał ją wyciągnąć z samochodu. Potem zrozumiał, że nie można jej już pomóc. Zdążył złapać telefon, dokumenty, wyskoczył z samochodu i pobiegł do najbliższego domu. Na szczęście furtka była otwarta i tata mógł schować się w szopie. Po kilku minutach jego samochód eksplodował…”

Później mąż Natalii Sokołowskiej zdołał dotrzeć do Kijowa, gdzie córka Oksana Mironenko sama przeprowadziła mu operację. Wkrótce cała rodzina przeniosła się z Kijowa na Iwano-Frankowszczyznę.

Już w Karpatach córki Natalii Sokołowskiej założyły fundację charytatywną „Nasz Sokół” na cześć swojej zmarłej matki, która pomaga ofiarom wojny.

Bucza, dzielnica Składowska, ulica Wodociągowa nr 4.

Dom przy ulicy Wodociągowej 4, położony „dwa kroki” od skrzyżowania z ulicą Jabłonską, był budowany i urządzany przez kilka pokoleń rodziny Kizilowów. Dopiero 69-letniemu Waleremu Pietrowiczowi, który przed emeryturą zajmował się biznesem, udało się, jak to mówią, doprowadzić go do porządku — wymienić dach, odnowić elewację, a dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny zakończyć trudny remont. Teraz dom, pomalowany na żółto, cieszył oko nie tylko właścicieli, ale także przechodniów.

Szczególnego uroku posesji dodawał ogród, w którym rosły różne drzewa owocowe oraz znajdowały się kwietniki z aksamitkami, daliami, narcyzami i tulipanami. Dbała o nie żona Walerego Pietrowicza, Ludmiła Siergiejewna.

Jednak ulubionym miejscem wypoczynku w tym ziemskim raju było miejsce pod błękitną jodłą, którą gospodarz domu posadził około piętnaście lat temu. Tutaj, w zacisznym cieniu, zbierała się cała rodzina: świętowali urodziny, organizowali pikniki z grillem, śmiali się, żartowali, śpiewali piosenki… Latem planowali tu świętować jubileusz Walerego Pietrowicza, ale los postanowił inaczej. O tym, co stało się później, opowiedziała mediom jego synowa, dziennikarka Swietłana Kizilowa…

Już 24 lutego, przy dźwiękach kanonady dochodzącej z pobliskiego Hostomela, młodsi Kizilowowie — syn Jewgienij, synowa Swietłana i wnuk Ołeh — opuścili Buczę. Rodzice jednak odmówili. „To nasz dom i nasza ziemia” — stanowczo powiedział pan Walery. — „Musimy bronić tego, co do nas należy.”

Czwartego marca rosyjskie wojska pojawiły się na Jabłonskiej. Okupanci zaczęli szukać mitycznych „nazistów”: weszli do ogrodów, wyważali drzwi, przeszukiwali domy i… rozstrzeliwali mężczyzn.

Małżeństwo akurat pracowało na podwórku, kiedy rosyjscy żołnierze wyważyli furtkę. Potem, całkowicie niespodziewanie, jeden z nich wycelował karabin w Walerego Pietrowicza i strzelił mu w głowę. Tak po prostu, bez żadnego słowa…

Mimo krzyków i łez kobiety, Rosjanie zaczęli przeszukiwać dom. Kiedy znaleźli jakąś starą strzelbę, zaczęli przepytywać Ludmiłę Siergiejewną:

— Twój mąż to wojskowy? Albo służył w obronie terytorialnej?

— Jaka obrona terytorialna — odpowiedziała zrozpaczona kobieta. — Ledwo chodził…

— Nie kłam nam, bo i ciebie tutaj położymy — krzyknął jeden z Rosjan.

— Nie kłamię — spuściła głowę pani Ludmiła, a po chwili poprosiła: — Pozwólcie mi pochować męża…

Ale Rosjanie zaczęli się śmiać: — Nie ruszaj… Niech poleży… A ty chodź tutaj… I wtrącili kobietę do piwnicy. W tym, w czym była. W tej piwnicy pani Ludmiła spędziła prawie trzy dni. Przy zerowej temperaturze, na zimnej ziemnej podłodze, bez światła i jedzenia. A sami „wyzwoliciele” osiedlili się na górze, w niedawno jeszcze przytulnym i gościnnym domu.

Potem na podwórzu pojawiła się inna grupa Rosjan, według słów kobiety, mniej krwiożercza. Pani Ludmiła odważyła się poprosić: — Pozwólcie pochować męża. Leży martwy już kilka dni.

Ku jej zdziwieniu, ci Rosjanie okazali się bardziej ludzcy: — Pokażcie, gdzie. My go pochowamy.

— Tam — pani Ludmiła wskazała miejsce za domem. — W ogródku kwiatowym.

Po tym okupanci pozwolili jej przejść podczas ostrzału do sąsiadów po drugiej stronie ulicy, gdzie była urządzona piwnica. Pewnego dnia jej córka Ola, ryzykując własnym życiem, przyszła na Wodociągową i przekonawszy żołnierzy zabrała matkę do siebie do domu.

Później Ludmiła Siergiejewna i jej córka opuściły Buczę jednym z ostatnich „zielonych korytarzy”. „Pochować Walerego Pietrowicza naszej rodzinie jeszcze się nie udało” — pisała w kwietniu Swietłana Kizilowa, która wraz z synem przebywała wówczas w Irlandii. — „Po tym, jak z Buczy wyszła druga fala Rosjan, przyszła trzecia. Wykopali ciało z ogródka. Nie wiemy, gdzie teraz jest tata — czy w jednym z masowych grobów, czy gdzie indziej. Na razie staramy się szukać…

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną…

Teraz budzę się przy śpiewie ptaków, wiedząc, że mój syn jest obok i bezpieczny. Tu nie ma alarmów lotniczych i przypomnień o wojnie. Ale prawie każdej nocy śni mi się ulica Jabłonska. Taka, jaka była kiedyś. A nie taka, jaką zobaczyły miliony ludzi na pierwszych stronach gazet zaraz po wyzwoleniu Buczy od okupantów…”

Bucza, ulica Wokzalna

Ihor Terekhov, 57-letni mężczyzna ze złotymi rękami, według słów jego synowej Żanny, nie mógł żyć bez narzędzi i pracy. Przez 15 lat pracował w przedsiębiorstwie produkującym kostkę brukową i mieszkał w Buczy. Czwartego marca rosyjski okupant podszedł do Ihora na ulicę Wokzalną i z zimną krwią strzelił mu w skroń.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka

Anastazja Jalanska, młoda kobieta prowadząca popularnego bloga, zginęła 4 marca razem ze swoimi przyjaciółmi Serhijem Ustymenką i Maksymem Kuzmenką. Dorastała w Radziwiłłowie, ukończyła Narodowy Uniwersytet Pedagogiczny im. Mychajła Drahomanowa i pracowała jako rekruterka w firmie IT.

24 lutego Anastazja napisała na swoim blogu: „Życzę nam spokoju. Więcej nie wiem, co powiedzieć. Cały dzień przyklejeni do wiadomości. Kupiliśmy produkty, siedzimy w mieszkaniu na walizkach na wszelki wypadek. Odwagi nam wszystkim”. Pomimo strachu i niebezpieczeństwa, postanowiła zostać w Kijowie i pomagać ludziom. Pomagała wojskowym, dzieciom w przedszkolach oraz poszkodowanym zwierzętom.

Pierwszego marca, trzeciego dnia wojny, Anastazja zawiozła partię pomocy do szpitala wojskowego i zapewniła karmę dla psów. Drugiego marca opisała swoje wrażenia i doświadczenia z pracy wolontariackiej: jak unikać ostrzałów, pomagać ludziom w odległych rejonach i wspierać wojskowych na punktach kontrolnych.

Trzeciego marca poinformowała, że nie udało jej się dotrzeć do Irpienia z powodu wysadzonego mostu, ale planowała spróbować z innej strony następnego dnia. Niestety, czwartego marca ta próba okazała się dla niej i jej przyjaciół śmiertelna. Wieźli karmę do schroniska dla psów w Buczy, która w tym czasie była już pod kontrolą wojsk rosyjskich. Ich samochód terenowy został ostrzelany na ulicy Kijewo-Mirockiej.

Rano 4 marca, pełni młodzieńczego zapału i entuzjazmu, Anastazja Jalanka, Serhij Ustymenko oraz Maksym Kuzmenko pozowali do filmu obok swojego SUV-a, którym mieli wkrótce wyruszyć w drogę. Ta dokumentacja miała miejsce na podwórku domu ich przyjaciela. Mężczyzna ten, z pewnych powodów, nie mógł tego dnia wyruszyć z nimi na „ekspedycję”, więc tylko życzył im, by „dbali o siebie”.

Tu warto, choćby krótko, opowiedzieć o dwóch innych członkach wolontariackiej załogi oprócz Anastazji.

Serhij Ustymenko w czasie pokoju był nie tylko miłośnikiem motoryzacji i współwłaścicielem warsztatu samochodowego, ale także członkiem kilku klubów motoryzacyjnych.

„Był najlepszym kierowcą w całym Kijowie” – wspominał jego przyjaciel Iwan Solowij. – „A jego warsztat zawsze był otwarty dla przyjaciół. Ostatnio spotykaliśmy się tylko tam. Był przyjacielem, który nigdy nie zdradzi.”

Wśród przyjaciół Serhija byli także Anastazja Jalanska i Maksym Kuzmenko. On, według swojej matki Natalii Kuzmenko, był fanem tuningu samochodowego. Często brał udział w zawodach. „Pracował jako barman w jednym z kijowskich barów, a po rozpoczęciu wojny rozwoził jedzenie i towary pierwszej potrzeby ludziom w całym obwodzie kijowskim”.

„Zawsze robił więcej, niż od niego oczekiwano” – wspomina właścicielka baru Kateryna Żwaluk. – „Dajesz mu zadanie, a on robi więcej. Pytałem go: 'Dlaczego robisz więcej, kiedy już jest wystarczająco dobrze?’ Odpowiadał: 'Muszę być lepszy, niż teraz jestem.’”

SUV z wolontariuszami ruszył do Buczy, która była już wówczas kontrolowana przez Rosjan. Wieźli karmę do schroniska dla psów, które cierpiały z głodu. Maksym zadzwonił do matki i poinformował, że u nich wszystko w porządku, a psy ucieszą się z jedzenia.

Kiedy załatwili sprawę, Natalia Kuzmenko opowiadała, że „pojechali do domu Serhija Ustymenko w Buczy, aby zabrać jego rodziców z już bardzo niebezpiecznego miasta.”

Tego samego dnia Maksym Kuzmenko wysłał swojemu przyjacielowi Geworgowi Bagdasjanowi radosną wiadomość: „Mamy stalowe jaja! Nie poddawaj się i nie poddawaj!”

Kiedy samochód wolontariuszy zbliżał się do domu rodziców Serhija Ustymenki na ulicy Kijewo-Miroćkiej, rozległy się strzały, którym towarzyszył głośny dźwięk. Istnieje przypuszczenie, że Rosjanie strzelali z BWP (bojowy wóz piechoty), które według świadków znajdowały się w tym rejonie miasta.

Zaraz po tym, jak strzały ucichły, z podwórka Ustymenków wybiegł Walery Semenowycz, ojciec Serhija, przeczuwając coś złego zbliżył się do samochodu. Jak opowiadała sąsiadka, Olena Łogwinowa, po strzelaninie jej mąż cicho wyszedł na podwórko, aby zapalić papierosa. Zobaczył, że naprzeciwko ich domu stoi samochód na „awaryjnych światłach” i z otwartymi tylnymi drzwiami. Wtedy „wyszliśmy na ulicę i usłyszeliśmy krzyk i płacz sąsiadów, zobaczyliśmy, jak wynoszą ciała. Jak się później okazało, to były ciała rozstrzelanych wolontariuszy. Zabito ich koło naszego domu.”

Walery Ustymenko przeniósł ciała młodych ludzi do swojej piwnicy, gdzie rodzina ukrywała się przed ostrzałami, i próbował ich reanimować, ale na próżno…

Później Dmytro Zubkow, przyjaciel Maksyma Kuzmenko, z żalem mówił: „Samochód moich przyjaciół był cywilny. Maksym miał na głowie czapkę z pomponem. Zupełnie nie wyglądali na wojskowych.” A Jewhen Jalasski, otrzymawszy gorzką wiadomość o śmierci swojej byłej żony, stwierdził: „Była najlepszą ze wszystkich ludzi…”

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

O zjawisku twardym jak skała i brzydkim jak uśmiech komornika pisze WALTER ALTERMANN: Strzyżenie betonu

To, że nasze miasta, miasteczka i wsie „betonowieją” jest faktem. Zastanówmy się jak i dlaczego do tego doszło. Uświadommy też sobie, że skutki betonowanie wszystkiego co jest ziemią i trawnikiem są naprawdę straszne.

Naukowcy twierdzą, że w miastach i miasteczkach, w których proces betonowania wszystkiego co się da, przyniósł taki efekt, że temperatura powietrza, badana 1 metr nad ziemią, jest wyższa, czasem nawet o 20 stopni Celsjusza, w porównaniu z terenami, gdzie przeważa jeszcze natura, czyli trawniki i drogi żwirowe.

Temperatura

20 stopni to naprawdę jest bardzo dużo. I sami sobie podwyższyliśmy marność życia. Oczywiście najgorzej jest w dużych miastach, w których przeważa budownictwo wielkopłytowe i betonowe w ogóle. Otóż beton łatwo się nagrzewa i długo trzyma temperaturę.

Warszawa, niestety nawet nocą stolica nie ukrywa betonu Fot. h/ re

Przy obecnych upałach życie w blokach, czyli „budownictwie wielorodzinnym” jest istną udręką. Mieszkańcy klocków z betonu skarżą się na zawroty i bóle głowy, osłabienia i ogólną słabszą wydolność.

Łódzki Stary Rynek i szalona koncepcja architektoniczna, czyli nie tylko beztroska betonoza, ale i ławeczki jak dworzec autobusowy za komuny. Poza tym polecam urbanistom usiąśc pod tym daszkiem w upały… Fot. arch/ h/ de/ re

Ratunkiem nie są żadne klimatyzatory i wiatraki. Klimatyzatory pożerają ogrom energii, którą wytwarza się u nas głównie z węgla, co z kolei powoduje skażenia powietrza i ocieplanie planety.

Komu to służy i kto za tym stoi

Teraz zadajmy stare, znane jeszcze z PRL-u, pytanie: komu to służy i kto za tym stoi? Wydaje mi się, że prawdziwie z trendu betonowania mogą być zadowoleni jedynie właściciele cementowni i asfaltu. I rzeczywiście ich produkcja i zyski rosną, a perspektywy są świetlane.

Plac Wolności w Łodzi. Modernizowano go lata. Zieleni jednak jak na lekarstwo Fot. h/ re/ e

 

Nie wygłaszam tu oderwanych od rzeczywistości teorii spiskowych. Tak jest, a najlepszym przykładem jest Japonia, która uważana jest za najbardziej zabetonowany kraj świata. Tam jeszcze trzydzieści lat temu doszło do porozumienia rządu ze związkami zawodowymi budownictwa, szczególnie z branżą produkującą beton. Na mocy porozumienia z buntującymi się związkowcami rząd Japonii zobowiązał się do corocznego zwiększania „areału” zabetonowanej ziemi. I już po dziesięciu latach wszędzie w Japonii dominował beton, zarówno w płaszczyznach pionowych, jak i poziomych. To znaczy zalewano betonem to, co było jeszcze żywe na powierzchni i stawiano coraz więcej betonowych budowli. Raj, istny raj dla właścicieli wytwórni cementu i ich pracowników. A także dla wszystkich pracowników sektora budowlanego.

Haga, dzielnica i kurort plażowy Scheveningen; Morze Północne jest 50 metrów od tego hotelu…
Parkingi? Plac do zagospodarowania? Nie wiadomo. Wiadomo, że kostka i beton Fot. arch/ h/ re

Czy ktoś nie przewidywał te trzydzieści lat temu skutków takiej polityki? Byli tacy, ale spoza kręgu cementowników i budowlańców – z jednej strony oraz ze sfer publicznych z drugiej. Rząd chciał bowiem dalej rządzić w atmosferze spokoju społecznego, a budowlańcy z Kraju Kwitnącej Wiśni (może też spoza Japonii) chcieli żyć coraz lepiej.

Gdzie wsiąka woda

Poważnym problemem betonowania i asfaltowania ziemi jest to, że ziemia nie wchłania już opadowej wody. I dlatego zalewa ona coraz więcej terenów, których przed laty nie zalewała. Straty materialne są duże, ale nikt (z władz) jakoś o tym nie mówi. Niezależnie od tzw. opcji rządzącej. Bo trzeba by w miastach zostawić całkiem spore strefy zielone, parkingi robić z płyt, które są porowate, albo z dziurkami, a to są kłopoty i to kosztuje.

Łódź, Stare Bałuty, Park Śledzia (Staromiejski) Fot. h/ re

 

A głównie nie podoba się taka polityka deweloperom, którzy mają orgiastyczne marzenie, żeby stawiać coraz więcej wysokich betonowych grzejników. Najlepiej jak najbliżej jeden od drugiego.  Na taki widok szczytują intelektualnie, to znaczy bardzo sprawnie i szybko liczą kasę.

Stare i nowe lasy

Pogoń za zyskiem powoduje również, że nasze stare lasy coraz szybciej padają pod naporem spalinowych pilarek. A tylko lasy z podszyciem, zwanym też podszytem, są w stanie chłonąć wodę. A lasy przemysłowe, w których rosną jedynie drzewa w równych szeregach, bez krzewów i krzaków, nie zatrzymują wody. Wszyscy o tym wiedzą, ale lobby leśników chce więcej i więcej drewna, bo ono się sprzedaje na pniu (po ściętym drzewie), a piękny stary las nadaje się tylko na fotografie dla ekologów.

Koszenie w największe upały

Również w miastach, na skutek coraz mniejszej liczby trawników i betonowania ścieżek między blokami woda szybciutko spływa do kanalizacji. I w ten sposób nasz piękny kraj stepowieje. Jest nam coraz goręcej i coraz mocniej cierpimy w upały. Zauważyłem, że w czasie pierwszej czerwcowej fali upałów, ożywiły się służby miejskie i ochoczo przystąpiły do koszenia trawników.

Tu dopiero jest upał, Goa Old City – Indie. Prawie 39 st. Celsjisza, ale betonoza nie daje za wygraną nawet przy XVI-wiecznych portugalskich zabytkach sakralnych

Tu wyjaśnijmy, że w wielu miastach pojawiły się już trawniki, które porasta wiejska łąka. Znajdziemy na niej pięknie kwitnące polne kwiaty, chwasty, wysokie osty i inne dziewanny. Jednakże ten miły widok bardzo denerwuje władze magistrackie, dla których gładki (i łysy miejscami aż do piachu) trawnik jest najładniejszy. Ideałem miejskim w dzisiejszej Polsce jest nędzny trawnik porośnięty jedynie trawą na wysokość trzech centymetrów.

Bałkańskie piekło architektoniczne – zakute w beton i dużą płytę chodnikową centrum Prisztiny, stolicy Kosowa Fot. arch./ re/ m

Zatem te bujne mikro-łąki wycięto. A ponieważ deszcz nie padał, słońce paliło, więc ziemia w tych trawnikach wyschła na kamień i piasek. I o to chyba chodziło magistratom. Bo łąka ich denerwowała.

Krzewy cenne jak drzewa

Naukowcy żądają, żeby w miastach rosło jak najwięcej krzewów i krzaków, bo one skuteczniej niż drzewa oczyszczają powietrze i wytwarzają równie dużo tlenu. Ale bogać tam. Włodarzom miast i mieszkańcom najbardziej podobają się równiutkie trawniki.

Łęczyca – jesień 2023 r. Fot. h/ re/ e

Podejrzewam, że głównym problemem miast i ich zieleni jest to, że potomkowie wsi polskiej, którzy niemałym kosztem osiedli w miastach nie chcą, aby cokolwiek przypominało im wieś. Również i sama wieś nie jest bez winy, bo ideałem jest obecnie „wykostkowanie” wszystkiego wokół, zaczynając od wiejskich podwórek.

Ci potomkowie naszych wieśniaków stanowią sporą większość mieszkańców i władz miejskich. Brak tym ludziom dobrych wzorców i walczą o swoją „miejskość” zaciekle, do ostatniego krzaczka w swym polu widzenia.

 

O wykwitach wyobraźni dziennikarki w przykrótkiej spódniczce pisze Hubert Bekrycht – Dobroszowanie, czyli GRZANIE NA EKRANIE

Z nazwisk się nie żartuje, zrobię jednak wyjątek, bo widziałem coś, co nie tyle mnie zdziwiło, ile rozśmieszyło warsztatowo. Otóż, słynąca z ekscentrycznych strojów była pracownica Gazety Wyborczej a przedtem i potem gwiazda TVP, teraz nawet wybitna prowadząca politprogramy red. Justyna Dobrosz-Oracz uprawia szczególny typ neodziennikarstwa. Nazwałem to dobroszowanie. Trochę kojarzy się z graniem na ekranie a raczej podgrzewaniem na ekranie – proszę inaczej nie rymować.

Nie chodzi o potrawy, chociaż zawsze dobrze jest zaprosić polityka do programu kulinarnego i dać mu się poparzyć prosząc o wyciągnięcie zapiekanki z mikrofali. Chodzi o program, który czasem wieczorem ubogaca kod kulturowy nowych widzów TVP Info (policzyłem 7 593 widzów – żart oczywisty, jest ich o kilka tysięcy więcej).

Wybory. Gości

Ubogaca bowiem red. Dobrosz-Oracz, tak jak 24 lipca br., nasze podejście do prac komisji śledczej, w której już nie pracuje wybitny historyk, eurodeputowany KO Dariusz Joński, dawniej baron łódzkiego SLD.

Otóż, red. Dobrosz-Oracz w uroczy środowy wieczór zaprosiła rzetelnych dziennikarzy– jak przewodnik po Korei Północnej wydany przez administrację dyktatora Kima Trzeciego juniora – koleżankę z GW i przedstawiciela radia, którego nazwa dziwnie przypomina utopię stanowiącą zaczątek lewactwa. Wspaniała zabawa gwarantowana.

Strach spuszczony z czerwonego paska

Na wielkiej czerwonej planszy prezentowanej podczas rozmowy z można przeczytać:

„D. Joński: Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu grozi 10 lat za wybory kopertowe”

Troje dziennikarzy, prowadząca oraz para reprezentująca właściwie ten sam katalog poglądów co J. Dobrosz-Oracz, stanowią przykład wniebowziętych reprezentantów mediów, które pracują jak myślą owi zgromadzeni w studiu dziennikarze a dziennikarze co myślą, jak media, które powinny wzorcowo popierać rząd 13 grudnia i krytykować PiS.

Grzanie kitu

Gierki takie są znane od dawna, oczywiście także w mediach, które są bardziej konserwatywne niż dzisiejsza TVP. Tyle, że z tezy polityka nie robi się tam twierdzenia wpychanego jak instalacje fotowoltaiczne mieszkańcom domów jednorodzinnych.

Co powiedział Joński? Zawsze, podobnie jak jego koledzy – Szczerba, Budka, Kierwiński, Myrcha i Kwiatkowski – śledczy kopertowy mówi to samo. Zatem, nie jest to ważne. Ważne, że podczas dobroszowania na ekranie rządowej TVP wciska się ludziom, coś, czego nikt z wyjątkiem Jońskiego nie potwierdził, a z polityków opozycji robi się przestępców.

Internet nie płonie

Szczerze pisząc, wolałem już jak zamiast dobroszowania red. Justyna Dobrosz-Oracz wydawała polecenia dziennikarzom w oddziałach TVP, kiedy chciała coś kompromitującego zrobić o opozycji… Nie, nie uwierzycie, też o PiS. Było to w latach 2012 – 2015, wcześniej ponoć też, ale dowody na to rozpływają się w powietrzu jak sprzedawany w sprayu uśmiech Donalda Tuska wzbogacony porannym westchnieniem posłanki Jachiry. Na szczęście historycy dziennikarstwa będą mogli praktycznie od teraz opisywać dorobek zawodowy mistrzyni tańca Balu Dziennikarzy, bo przecież są nagrania programów, notacje, dokumenty.

Na jednym wątku, wypowiedzi wątpliwej rzetelności polityka, robi się teraz programy telewizyjne, które do końca dnia będą cytowane przez inne media przekonujące z kolei, że czołowi politycy PiS idą siedzieć. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale w ten sposób, poprzez straszenie dobroszowaniem ekipa rządowa gabinetu 13 grudnia wkłada nam do kieszeni szczoteczkę do zębów. Codziennie.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)

HUBERT BEKRYCHT: Reset 19.30, czyli złodziej woła „łapać złodzieja”

Wiele mnie już nie zdziwi w TVP po jej nielegalnym przejęciu przez PO. Oto, po ataku bezprawnie wybranego likwidatora TVP na zwolnioną dyscyplinarnie Agnieszkę Romaszewską, liderzy podprogowego przekazu rządu 13 grudnia zaczynają tzw. rozliczenia serialu „Reset”, który ukazał uległość tej ekipy wobec Rosji.

Medialna polityka czystej wody zapowiedziana przez prezentera Czyża jeszcze w ub. roku, tuż po kradzieży polskich mediów publicznych przez ekipę rządową powołaną 13 grudnia ub. roku, zaczyna płynąć w stronę, w którą chce ją skierować ekipa Tuska, Kosiniaka-Kamysza, Hołowni i Czarzastego. Bez zasłony dymów na powierzchni rzeki nieprawości.

„Teraz to panie chamówa”

Nie ma sensu przypominać, że, delikatnie mówiąc, nie zawsze programy informacyjne TVP podczas rządów PiS, cieszyły się uznaniem widowni konserwatywnej. Tysiąc raz jednak należy podkreślać, że b. prezes Jacek Kurski, jakakolwiek oceniać jego pracę, miał przede wszystkim przywrócić TVP wszystkim chcącym i mogącym odbierać sygnał narodowego nadawcy. Czy był to pluralizm, do czego w części się przychylam, czy była to tępa propaganda  –  też czasami nie wytrzymywałem – jedno trzeba wyraźnie powiedzieć: Kurski zrobił z papki, podanej na imieninach u liberalnej ciotki, mocną instytucję państwową, telewizję podlegającą rządowi radzącą sobie bardzo dobrze na medialnym rynku, konkurującą z telewizjami komercyjnymi nie zawsze preferującymi polski kapitał.

W porównaniu z informacją „czystej wody” z cyrkowego programu 19:30, telewizja Kurskiego była lepsza o kilka długości. I jak mawia o TVP mój sąsiad, który na pewno nie głosował na PiS ani nawet na Konfederację: „Teraz to panie chamówa”. Forma niezbyt urodziwa, ale myśl przeczysta.

Reset mózgu w TVP AD 2024

Na początku tygodnia 19:30 zaczęła analizować i syntetyzować jednocześnie wydatki, jakie w ub. roku poniosła „pisowska” TVP na serial Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza „Reset” o tym, jak Federacja Rosyjska w latach 2008 – 2015, podporządkowała sobie służby państwowe, w tym specjalne, w Polsce i kto z polskiej administracji pomagał Moskwie w tej ekspansji. A wówczas rządzili ci, którzy do władzy wrócili 13 grudnia ub. r., czyli akolici PO.

I oto, w programie dezinformacyjnym TVP o 19:30, mają rozliczać film, który zbudowano na faktach a nie „czystej wodzie” już nawet nie tyle propagandowej, co kłamliwej polityki ekipy Tuska. Pomijam czynnik moralny, ale warsztat tych bzdur przypomina mi kilka początkujących osiedlowych telewizji w Polsce lat 90. Chociaż nie wiem, czy nie obrażam tych mediów, za co z góry przepraszam.

A już liczenie honorariów autorów „Resetu” przypomina sowieckie i komusze wytykanie, ile zarobili nieistniejący „kułacy” na tym, że niczego nie ma sklepach. W tym przypadku to „nic” jest prawdą o w pół do ósmej wieczorem w TVP 1.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)

Pisząc przemówienie prezydentowi USA, reżyserii filmu pt. „Polityka globalna” podjął się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Będą to moje osobiste sugestie. Dobre rady. Rady dla Pana Prezydenta Joe Bidena. Czasem człowiekowi jest trudno, bo okrutnie się zaplątał. I czasem jeden dobry pomysł może pomóc. Oto moja sugestia, nieśmiała:

Pojawi się Pan Panie Prezydencie, nagle, ale mocno promowany, przed kamerami i rzeknie:

„Głosujcie na Donalda Trumpa. Ja tak uczynię. Tak postanawiam, bo chcę by Ameryka była jednością. Zapomnijmy cośmy mówili, zapomnijmy właśnie na wybory. Potem będziemy ponownie dyskutować i krytykować. Niech świat zobaczy i usłyszy, że u nas to naprawdę America First! Liczy się każdy obywatel, ale są momenty gdy ego trzeba zostawić w domu, zamanifestować jedność. Obywatele, moi sojusznicy, zróbcie tak w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec kraju. Wyciągam sojuszniczą dłoń do Donalda. Masz mój głos i apel, by tak zrobili ludzie, którzy mnie popierają, God bless you!”

  *                                 *                                 *

Trump idzie jak burza, niech wygra. Będzie to zimny prysznic m.in. dla Chin i Korei Płn. Co zrobi zwycięzca? Tego oczywiście nie wiadomo, ale będzie nowe rozdanie. I my się przy Ameryce ogrzejemy. Na pewno nie przy Niemcach i sprzyjającej po cichu Berlinowi Rosji. Chyba, że ogniem piekielnym. Nasi politycy jednak kręcą się i kłócą między sobą. A to najgłupsze co można robić.

 

O głupocie stadnej pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Profesor Bralczyk i zwierzęta

Oburzenie, jakie spadło na znanego językoznawcę Jerzego Bralczyka za to, że stwierdził oczywistą oczywistość, czyli, że pies zdycha, a człowiek umiera, to dla mnie kolejny punkt milowy w rozwoju emocjonalnej idiokracji. Poprzednim milowym głazem była białoruska aktywistka drąca się, jak opętana przed ambasadą swojego kraju.

Jak on tak mógł? Kochacie te swoje zwierzątka? Kochaliście, te świnki morskie, psy, koty, a co bogatsi konie? Byliście z nimi jak odchodziły? To on, ten profesor, właśnie na was napluł. Nieczuły bydlak, pewnie na co dzień je schabowego, a kto wie, może nawet tatara. Napluł na tę waszą miłość do tych zwierząt, wasze uczucia, wasze emocje, które już dawno zastąpiły jakiekolwiek inne funkcje mózgowe. Czytelnicy piszą obruszeni w mejlach na Czerską, a Czerska obruszona publikuje. Zwierzęta umierają jak ludzie, a nie zdychają, jak zwierzęta. Zdychanie jest zarezerwowane dla niedobrych pisowców, którym masowo silni razem tego życzą. Zdychali Polacy w opowieści pani “profesorki” Barbary Engelking i to jej zdaniem różniło ich od ich starszych braci w wierze, bo tamci umierali.

Rozmowa i nienawiść

Są dla mnie czasami takie aksjomaty w relacjach z ludźmi, jakieś podstawy, by w ogóle można było z kimś rozmawiać. Kardynał Ratzinger jeszcze zanim został papieżem w jednym z artykułów stwierdził, że zachęca do czytania każdego bez względu na wyznanie i poglądy, ale pod warunkiem, że ma na tyle w sobie spokoju by skupić się na tym, co autor pisze. Taka rozmowa już prawie nie istnieje. Jest ciągła generacja wzmożeń moralnych, do których niezbędne są emocje. Miłość i nienawiść. Kochamy premiera i wraz z nim nienawidzimy jego wrogów. Kochamy prawa kobiet, więc szukamy z nożami ich wrogów i projektujemy sobie jacy to z nich straszni “mizogini”.

Kochamy zwierzęta i nienawidzimy tych, którzy je krzywdzą. Choćby językowo. Bo przecież od stwierdzenia, że kot zdycha do katowania konia przez wozaka albo i nawet wyrębu puszczy amazońskiej wraz z zawartością jeden krok.

Tradycyjne media podsycają spory?

Historia ta utwierdza mnie w jeszcze jednym przekonaniu. Coraz mniej widzę przewag mediów tradycyjnych nad “soszialami”. Przecież ich przewagą miało być to właśnie, że na zimno analizują, tłumaczą, zbierają informacje. Tyle, że dziś to one wiodą w nakręcaniu każdej możliwej “inby”, czyli afery, a człowiek szukający informacji zaczyna szukać po kanałach streamingowych i forach. Przecież to Lisy i Wielińscy rozkręcali w Polsce społeczną nienawiść, którą podbiły owszem potem rozmaite Soki z buraka i farmy trolli. Nic dziwnego, że te same media walczą dziś z haniebnym stwierdzeniem oczywistego faktu, że zwierzę zdycha.

Muszą być podbijane emocje, bo inaczej… inaczej… inaczej nikt nie weźmie tych mediów do ręki, gdyż odkryje wielką znaczeniową pustkę, która za nimi stoi. Czy to wszystko znaczy, że jak ktoś powie, że jego kochany pies umarł ktoś chce go prześladować, drwić? Na pewno nie robi tego Jerzy Bralczyk i chyba większość ludzi, którzy uważają, że zwierzęta jednak zdychają. Dla kogoś mogło umrzeć, dla języka w jego poprawnej formie zdechło. Aczkolwiek we wszystkim tym zabrakło głosu Sylwii Spurek i kilku innych osób, które nie tylko uważają, że to ludzie zdychają, ale że jako gatunek powinni zrobić to jak najszybciej.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wileńska Armia Krajowa na warszawskiej „Łączce”

80 lat temu, 15 lipca 1944 r. zakończyło się Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Warto niniejszym przypomnieć, jakie były dalsze losy żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej. Wielu z nich walczyło dalej z komunistami, trafiło następnie do katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej i po strzale w tył głowy zostało zrzuconych do bezimiennych dołów śmierci na „Łączce”.

Edmund Bukowski to pierwszy zidentyfikowany przed laty na „Łączce”. Wilnianin, porucznik Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego. Po 1945 r. nie złożył broni, by przez całą Europę wozić rozkazy i fundusze do dalszej walki o wolną Polskę. Wielokrotnie odznaczony, m. in. Krzyżem Walecznych. W ciężkim śledztwie na UB nie przyznał się, że prowadził… antypolską działalność. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Miał 32 lata.
„Gdy zabrali mi ojca, miałem osiem miesięcy. Nie było też mamy, która jako łączniczka odsiadywała wyrok 15 lat więzienia. Wychowywali mnie dziadkowie. Z naszej rodziny komuniści aresztowano 16 osób” – mówi Krzysztof Bukowski, syn porucznika Bukowskiego. – „Przez lata nie wiedziałem, co się stało z ojcem. Teraz, dzięki IPN, już wiem”.

                                                                                                                „Tu leży Łupaszka”

„To był dół pod asfaltową alejką. Major leżał najwyżej. Wrzucono go jako ostatniego twarzą do ziemi” – relacjonował wyniki badań swojego zespołu dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN. – „Strzał na Rakowieckiej odbył się z wysokości, bo otwór wlotu kuli jest wysoko na czaszce”.

Zygmunt Szendzielarz pochodził z Wileńszczyzny. Przedwojenny oficer, po wrześniowej klęsce podjął nieudaną próbę przedostania się do formującej się polskiej armii na Zachodzie. Na Wileńszczyźnie został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, który przekształcił się w 5. Wileńską Brygadę AK, zadającą Niemcom, a potem Sowietom ogromne straty. W ulotce z marca 1946 r. pisał: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. […] Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

„Łupaszka” próbował rozpocząć normalne życie. Aresztowany 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Zakopanem i od razu przewieziony na ul. Rakowiecką w Warszawie, gdzie był torturowany przez dwa i pół roku. Podczas procesu przed krzywoprzysiężnym sądem skazany na osiemnastokrotną karę śmierci (sądowi przewodniczył były AK-owiec, a potem morderca sądowy co najmniej 106 polskich niepodległościowców Mieczysław Widaj, zmarł w 2008 r. całkowicie bezkarny, pobierając 9 tys. zł emerytury). Wyrok na Zygmunta Szendzielarza wykonano 8 lutego 1951 r. na Mokotowie.

„To cud, że mnie wpuszczono na widzenie. Zygmunt wyglądał dobrze, ale był bardzo smutny. Wiedział, że czeka go tu śmierć. Tych wyroków miał przecież kilka” – mówiła Lidia Lwow-Eberle, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, odbierając akt identyfikacji zwłok ukochanego dowódcy. – „Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: <<Tu leży Łupaszka>>”.

                                                                                                             Przywódcy wileńskiej AK

Niedaleko „Łupaszki” leżał w dole jego przełożony: Antoni Olechnowicz, ps. „Pohorecki”, kpt. dypl. Wojska Polskiego, podpułkownik Armii Krajowej, ostatni komendant Wileńskiej Armii Krajowej. W II RP ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej i Wyższą Szkołę Wojenną w Warszawie. We wrześniu 1939 r. kwatermistrz 33. Dywizji Piechoty. Na początku października 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której wkrótce zbiegł. Od grudnia 1939 r. na stanowiskach dowódczych w wileńskiej AK, uczestnik Powstania Wileńskiego (operacja „Ostra Brama”). Jako jeden z nielicznych oficerów wileńskiej AK uniknął w lipcu 1944 r. aresztowania przez NKWD. Latem 1945 r. przeprowadził udaną ewakuację wileńskich struktur do Polski centralnej. Dowódca eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK. W lutym 1947 r. przedostał się do Paryża, skąd po otrzymaniu instrukcji powrócił do kraju.
Aresztowany 26 czerwca 1948 r. we Wrocławiu w wyniku ogólnopolskiej operacji MBP (krypt. „Akcja X”), przeciwko polskim żołnierzom z Wileńszczyzny. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 8 lutego 1951 r. Miał 46 lat. Razem z ppłk Olechnowiczem bezpieka aresztowała jego bliskiego współpracownika Aleksandra Tomaszewskiego, ps. „Al”, przed wojną zawodowego żołnierza, porucznika AK. W wileńskiej AK zajmował się wywiadem, kontrwywiadem, łącznością z młodzieżą. Jego mieszkanie we Wrocławiu było lokalem kontaktowym i miejscem przechowywania części archiwaliów konspiracji wileńskiej.

Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (przewodniczył Józef Badecki, morderca sądowy m.in. rtm. Witolda Pileckiego) i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 45 lat.

                                                                                                              Szczoteczka i grzebień

Oficerem wileńskiej AK był porucznik Zygmunt Szymanowski, ps. „Jezierza”. Przed wojną absolwent Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie i Politechniki Lwowskiej. Uczestnik wojny obronnej 1939 r., bronił m.in. twierdzy Modlin. Dwukrotnie uciekał z niemieckiej niewoli. W latach 1942-1944 kierownik komórki wywiadowczej ZWZ-AK zajmującej się koleją.

We wrześniu 1944 r. aresztowany przez NKWD i skazany za działalność w AK na 10 lat pozbawienia wolności. W marcu 1945 r. znów udało mu się uciec. Dzięki niemu Ośrodek Mobilizacyjny Wileńskiego Okręgu AK utrzymywał kontakt z polskim rządem w Londynie.

Ukrywał się, aresztowano go w Szklarskiej Porębie. Zygmunta Barańska, córka Zygmunta Szymanowskiego: „W trakcie śledztwa był bity i torturowany. O tych sprawach przez lata nic z siostrami nie wiedziałyśmy, a mama nie chciała o nich mówić. Mama, która niestety też siedziała w więzieniu, i to prawie 6 lat, m.in. za współpracę z tatą, zawsze podkreślała, że ojciec był bardzo inteligentnym, oczytanym i zrównoważonym człowiekiem. Bardzo dobrze znał niemiecki, był bardzo elegancki. Mama była młodsza od niego o 10 lat, trafiła do więzienia mokotowskiego, gdy miała 28 lat i była w ciąży z trzecim dzieckiem. Pobyt w więzieniu był dla niej gehenną. Mama wróciła z gruźlicą do domu, nie mogła dostać pracy, a miała na utrzymaniu troje dzieci”.

Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (znów przewodniczył Widaj), i stracony na Mokotowie 31 maja 1950 r. Miał 40 lat. Przy jego szczątkach – co jest wyjątkiem – odnaleziono kawałek szczoteczki do zębów i grzebień.

                                                                                                 W domu o tym nie mówiono

Kolejnym porucznikiem wileńskiej AK był Stefan Głowacki, ps. „Smuga”. Żołnierz zawodowy II RP, w wojnie obronnej walczył w okolicach Augustowa i Suwałk. Dowódca podrejonu AK w Wilnie. W kwietniu 1945 r. jako repatriant przyjechał do Wrocławia, gdzie związał się z ppłk Olechnowiczem. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 46 lat.

Głowacki współpracował też z Aleksandrem Tomaszewskim, z którym został znaleziony teraz w jednym dole na „Łączce”. Hanna Planda, córka Stefana Głowackiego, wspomina, że ojciec: „Mama po 8 latach dowiedziała się po raz pierwszy, że tata nie żyje. Pamiętam ze swoich dziecinnych lat, że mama z babcią siadały przy radiu, gdy czytane były listy emigrantów wracających ze Związku Sowieckiego. Łudziły się, że być może tatę również wywieziono gdzieś na Syberię. 1957 r. rozwiał te złudzenia. Mama miała problemy, bo nigdzie nie mogła dostać pracy. Skończyła technikum księgarskie i pracowała później jako kierownik księgarni. Wiem, że w domu głośno nie mówiło się o tym, co się z ojcem stało. Ojciec miał po wojnie możliwość wyjechania z kraju. Już nawet miał załatwione miejsce na statku do Anglii, czy innego kraju. Nie zgodził się jednak na wyjazd z Polski, nie chciał zostawić mamy samej z maleńkimi dziećmi”.

Uciekł z obozu NKWD, z Rakowieckiej już nie

I w końcu jeden z dowódców Powstania Wileńskiego kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec”. 14 lipca został awansowany do stopnia kapitana. 17 lipca r. podczas odprawy oficerów AK w Boguszach aresztowany przez NKWD i osadzony w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie.

W czasie II wojny światowej Fróg kilkukrotnie skutecznie uciekał z niewoli niemieckiej i sowieckiej. Szybko związał się z wileńską konspiracją niepodległościową. We wrześniu 1943 r. objął dowództwo nad oddziałem partyzanckim (3. Wileńska Brygada AK). W okolicach podwileńskich Turgiel utworzył Rzeczpospolitą Turgielską, niezależny skrawek polskiej ziemi, która miała nie tylko własnych żołnierzy, ale prowadziła np. rozległe życie kulturalne. Jego Brygada była zmotoryzowana – partyzanci „trójki” zdobywali na okupancie samochody podczas zasadzek na szosach.

Był jednym z najskuteczniejszych dowódców wileńskich oddziałów partyzanckich. W ramach 3. Wileńskiej Brygady AK Gracjan Fróg i jego podkomendni przeprowadzili szereg udanych akcji bojowych, co zapewne spowodowało, że jego przełożony – płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” nie wyciągał konsekwencji wobec „Szczerbca” za jego niesubordynację.

Z obozu NKWD nr 178 w Diagilewie pod Riazaniem znów uciekł (jedna z nielicznych udanych ucieczek z sowieckich łagrów) i w 1946 r. przybył do Łodzi. W lipcu 1948 r. aresztowany, tym razem przez rodzimą komunistyczną bezpiekę. Po okrutnym śledztwie skazano go na karę śmierci pod fałszywymi zarzutami współpracy w czasie wojny z Niemcami. 11 maja 1951 r. strzałem w tył głowy zamordował go ubecki kat Rakowieckiej Aleksander Drej. Kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec” miał 50 lat. Szczątki polskiego bohatera do dziś nie zostały odnalezione.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Odwracanie uwagi Jedwabnem

10 lipca 1941 r. Zbrodnia w Jedwabnem. Zbrodnia dawno rozpoznana. Kłamią ci, którzy mówią i piszą, że nie wiedzą, co tam się stało. Że tylko wznowione ekshumacje wyjawią nam jakąś nową, tajemną prawdę. Bodaj najlepiej Jedwabne opisał prof. Marek Jan Chodkiewicz. Ten polsko-amerykański historyk – obalając tezę Jana Tomasza Grossa o polskiej zbrodni – jednoznacznie ustalił, że była to zbrodnia niemiecka. Ustalił to lata temu. A więc czego jeszcze nie wiecie?

Chodakiewicz zbadał, że Niemcy nie tylko tę zbrodnię wymyślili, ale także ją przeprowadzili, zmuszając do uczestnictwa niektórych Polaków. Niemieckie dokumenty nie pozostawiają wątpliwości, że niemiecka policja miała – w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach – prowokować wystąpienia antyżydowskie tak, aby wyglądało to na spontaniczną akcję miejscowej ludności.

A zatem wiemy, co stało się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Dlaczego zatem ten temat tak „grzeje”? A właściwie, dlaczego i przez kogo jest tak „podgrzewany”?Bo skoro wiemy, to nie o wiedzę tu chodzi, tylko o emocje. Ta niemiecka zbrodnia od lat jest wykorzystywana do antypolskiej kampanii. Z jednej strony są oczywiście ci, którzy wciąż – wbrew wszystkiemu – przypisują zbrodnie Polakom. Ale jest też druga strona. Środowiska, które grają jedwabińską kartą, grają na narodowych uczuciach, robią z Jedwabnego test na polskość, judzą. Kto przeciw – ten „antypolak”.

Ale właściwie przeciwko czemu ci rzekomi „antypolacy” mają występować? Bo nie przeciw prawdzie o Jedwabnem – tę znamy. Występują przeciw ekshumacjom, a właściwie przeciw ich wznowieniu. Podjudzacze krzyczą: „ekshumacje”, „ekshumacje” tak jak krzyczeli: „konstytucja”, „konstytucja”. Uczciwym Polakom od razu powinna się zapalić czerwona lampka. I tylko pozornie ci krzykacze konstytucyjni różnią się od krzykaczy ekshumacyjnych. Łączy ich jedno – prowokacja. Szkodząca Polsce – doprecyzujmy. Jak to zwykle bywa – mniej lub bardziej uświadomiona.

Krzyczą: „ekshumacje”. Przecież w ten sposób dają siłom zewnętrznym potężny oręż do walki z Polską. Bo właściwie po co nam te ekshumacje? Przecież wiemy, że w Jedwabnem ofiar nie było 1600, co wymyślił J. T. Gross, tylko ok. 300. Wiemy to od dawna. Skąd? Z badań rzetelnych historyków, w tym Marka Jana Chodakiewicza, ale też ze wstępnych ekshumacji, zablokowanych przez rabinów.

No dobrze, załóżmy, że wznawiamy ekshumacje. I czego się dowiemy? Że ofiar było nie 300, tylko np. 280? Albo 320? Dla takiej korekty warto uruchamiać/podtrzymywać antypolską hecę? Skoro Żydzi sami nie chcą doprecyzować, ilu ich zginęło, mamy ich wyręczać? Skoro najwyraźniej nie mają szacunku dla szczątków przedstawicieli swojego narodu, choć jedwabińscy Żydzi byli rzecz jasna obywatelami II Rzeczypospolitej?

W normalnym świecie wyglądałoby to tak: Państwo, które czuje się spadkobiercą ofiar (w tym przypadku Izrael) przeprowadza ekshumacje. Kraj popełnienia zbrodni (w tym przypadku Polska, w 1941 r. rzecz jasna okupowana przez Niemcy) może (ale nie musi) się na to zgodzić. Zakładając, że się zgadzamy, konsekwencją tego może być (nie musi) pomoc naukowa, prawna. W wyniku zgodnej pracy ogłaszane są wyniki. W przypadku Jedwabnego problem polega na tym, że państwo Izrael nie jest tym zainteresowane.

Ale w Polsce mamy pożytecznych ludzi (środowiska), którzy postanowili wyręczać niezainteresowane państwo (w tym przypadku Izrael). Tylko w imię czego? Własnych ambicji? Rozgłosu? Bo na pewno nie w imię polskiej racji stanu.

Od dawna twierdzę i zdania nie zmieniłem, że Jedwabne nie jest najważniejszym, centralnym punktem w polskiej historii. To nasi wrogowie chcieliby, abyśmy byli kojarzeni tylko z tym miejscem – oczywiście jako sprawcy. Nie z naszą walką z Niemcami od 1 września i Sowietami od 17 września. Nie z rotmistrzem Pileckim, ojcem Kolbe, rodziną Ulmów. Nie z Enigmą, bitwą o Anglię. Nie ze zbrodniami totalitarnych ideologii w Palmirach, Katyniu, Auschwitz, na Kołymie, na Wołyniu.

Ponadto, kto uznałby wyniki wznowionych ekshumacji jedwabińskich Żydów? Jan Tomasz Gross? Jan Grabowski? Barbara Engelking? Oczywiście nie. Nadal na świecie obowiązywałaby ich nieprawdziwa wersja, że to Polacy – w Jedwabnem i wszędzie indziej – mordowali Żydów.

Kolejne polskie pokolenia (teraz nasze pokolenie) mają do spełnienia wielki obowiązek wobec przodków: ekshumować dziesiątki tysięcy polskich ofiar, zakopanych na Łączkach w całej Polsce i na Kresach II Rzeczpospolitej. Tego wymaga polski interes narodowy. Tego domaga się polska racja stanu. A dziś Jedwabne to tylko chwytliwe hasło, idealne narzędzie manipulacji i odwracania uwagi.

 

HUBERT BEKRYCHT: Powstają nowe pałace im. Stalina, czyli kasowanie krytyki [felieton z FB]

Wydawać się może, że pół roku w raju zarządzanym przez gabinet utworzony 13 grudnia ub. roku doprowadzi wszystkich do radosnego szaleństwa. I doprowadziło. Czy radosnego? Okaże się, kiedy krytycy powychodzą z więzień i odzyskają pracę. A to może potrwać.

Może się zresztą nic nie okazać, bo twa proces deprecjonowania i obrzydzania niepokornych mediów przez rząd, rozmaite instytucje państwowe i wierne premierowi samorządy. Już 19 grudnia zeszłego roku skasowano media publiczne, choć jeszcze kilkanaście dni broniono TVP, PR i PAP. Wymyślono likwidację bez likwidacji, ale to też nie wystarczy. Zakazano wielu mediów, pojawiają się kłopoty z kolportażem niezależnej prasy i publikacją reklam w portalach piszących prawdę a sygnał TV Republika wyłączono w polskim parlamencie.

I nie będzie niczego…

Zanim jednak inspektor Cluseau polskich mediów, czyli były już minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz pozamiatał w imieniu Donalda Tuska, pojawiły się żądania totalnej czystki wszystkich. Dlaczego nie wyrzucić wszystkich dziennikarzy i innych osób pracujących w TVP, PR i PAP w latach 2016 – 2023? No, oczywiście z wyjątkiem tych, którzy pracowali w mediach publicznych przez dwie kadencje wstrętnych pisiorów, ale nie uśmiechali się odchodząc sprzed kasy z dobrze wypchanym portfelem. Ci dziennikarze wrzeszczący teraz o kasowaniu konserwatystów z mediów publicznych to nawet coś tam kiedyś powiedzieli na korytarzu, ale tak cicho, że najczulsze mikrofony nie wychwyciły i można było odnieść wrażenie, iż czekali na łysych osiłków z ochrony przejmujących media publiczne jak na saperów wysadzających krę na rzece. Nic to, że woda zaleje dom. Ale przecież nie ich, bo to w sumie publiczne media. No i przestanie się mówić o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki im. Stalina, bo można już wreszcie odetchnąć pełną piersią i zbudować kilka nowych. Na razie towarzysze wygrywają.

Pogonić lub zastraszyć

Rozumowanie nowych kierowników – likwidatorów jest proste jak ludzik z kreskówki chodzący po linii i nucący „Bajum, bajum”. Każdy kolejny miesiąc to kolejna pensja a idea mediów publicznych jest na końcu owej linii z kreskówki. Niektórzy, ci radiowi – po wyrzuceniu niewygodnych a bardziej postraszeniu tych, którzy początkowo się stawiali – mają narzekać, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie daje kasy z abonamentu i deponuje ją w sądach. Tym można szantażować pracowników. Do telewizji publicznej zrobi się nabór jak na pomocnika geodety na PRL-owskiej wsi a w PAP… Sza, sza! Mnie zwolnili dyscyplinarnie – jak napisali moi Przyjaciele z ZG SDP – z powodów politycznych, m.in. za to, że pisałem o mediach publicznych po 19 grudnia ub. r. i działałem na rzecz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, bo jestem tam sekretarzem generalnym. Cóż to jednak w porównaniu z czystką w TVP, gdzie zwalniano nawet partnerów tych, których uważano za sympatyków PiS, o kobietach w ciąży i osobach wychowujących niepełnosprawne dzieciaki nie wspominając.

   Na złość PiS uszy sobie odmrażają

Najwięcej zła namiestnicy propagandy rządu Tuska zrobili jednak w TVP. Odpowiedzialnych za rozwalenie TV Biełsat i zwolnienie Agnieszki Romaszewskiej oraz wyrzucenie twórców TVP World powinno się kiedyś sądzić. Taka telewizyjna Norymberga mogłaby za to samo objąć także tych Nikoforów* polskiego dziennikarstwa pozwalających zlikwidować Studio Wschód Marii Przełomiec i de facto na likwidację TVP Dokument, TVP Historia i TVP Kultura oraz dyscyplinarki dla m.in. (przepraszam, nie da się wymienić wszytskich) Michała Adamczyka, Marcina Tulickiego, czy Piotra Gursztyna a także Samuela Pereiry.

Dokąd to wszystko prowadzi? Nie wiem, ale widać, że sprawcy medialnego bałaganu się boją. Procesów też, bo to wszystko było bezprawne, ale bardziej boją się Odbiorców. A ci już zrozumieli, że warto mieć dostęp do wielu nurtów przekazu, bo bez tego nikt nie powie, kiedy mamy – nie daj Bóg – iść do schronu.

 

Hubert Bekrycht – felieton z FB

———-

*przepraszam wszystkich miłośników prymitywistów

 

Protest ZG SDP i komentarz JOLANTY HAJDASZ do usunięcia z Muzeum II WŚ polskich bohaterów: Zamordowani po raz kolejny

Protest ZG SDP 

 

Zarządu Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich stanowczo protestuje przeciwko usunięciu z ekspozycji głównej Muzeum II Wojny Światowej informacji  dotyczących  Rodziny Ulmów, rtm. Witolda Pileckiego i o. Maksymiliana Kolbe. To skandaliczne działanie, które przyjęliśmy z najwyższym oburzeniem.

SDP to najstarsza i największa organizacja dziennikarzy w Polsce, liczy ponad 2800 członków. 
W imieniu ZG SDP

 dr Jolanta Hajdasz,

wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,
dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

                    


Szok i niedowierzanie  – to pierwsza reakcja jaką wielu z nas przyjęło informację, iż w Gdańsku, nocą z poniedziałku 24 na wtorek 25 czerwca po cichu, z ponad 5 tysięcy metrów kwadratowych wystawy głównej Muzeum II Wojny Światowej zostali usunięci Polscy Bohaterowie:  rotmistrz Witold Pilecki, Józef i Wiktoria Ulmowie, święty Ojciec Maksymilian Kolbe.

Po błogosławionej rodzinie Ulmów została czarna ściana –  poinformował w mediach społecznościowych prezes IPN Karol Nawrocki, on jako pierwszy zaalarmował opinie publiczną o skandalu, jaki mam miejsce w tym muzeum. Muzeum, które miało być sztandarowym miejscem do przekazywania wiedzy o polskiej historii z lat 1939 – 45, muzeum, które miało rzetelnie informować o przyczynach, przebiegu i skutkach szeregu zdarzeń wpisanych w okres II wojny światowej, których geneza i konsekwencje oczywiście wykraczają poza te daty. To jak przedstawiamy te wydarzenia, to o kim opowiadamy sięgając pamięcią do II wojny światowej ma fundamentalne znaczenie dla kształtowania naszej świadomości, naszej tożsamości. Nas , a przede wszystkim kolejnych pokoleń.

Nie da się przedstawić II wojny światowej bez heroicznej historii Witolda Pileckiego, żołnierza  Armii Krajowej, który na ochotnika zgłosił się do Auschwitz, by napisać raport o dziejących się tam okrucieństwach. Nie da się rzetelnie przedstawić tego co działo się  między 39 a 45 rokiem XX wieku, gdy będzie się pomijać bohaterstwo charyzmatycznego zakonnika i wybitnego twórcy katolickich mediów ojca Maksymiliana Kolbe, który dobrowolnie poszedł na śmierć głodową zamiast drugiego człowieka, ojca rodziny Franciszka Gajowniczka. Nie powie się prawdy o tamtych czasach, gdy pominie się dramatyczne losy rodziny Ulmów, bestialsko zamordowanych przez Niemców Józefa i Wiktorii oraz ich siedmiorga nieletnich, malutkich dzieci tylko za to, że w ich domu mieszkali Żydzi, ludzie którym groziła wtedy śmierć za samo bycie członkiem tego narodu. Bez tych historii przedstawia się ludziom obraz zupełnie nieprawdziwy, a kłamstw nie wolno nam akceptować w żadnej postaci w życiu publicznym. Nie ma nic gorszego niż oparte na nich manipulacje, bo one niszczą wszystko co wartościowe i najbardziej cenne w życiu publicznym.

A przecież do muzeum II wojny światowej trafiają przedstawiciele naszego najmłodszego pokolenia, dzieci i młodzież szkolna przyjeżdża na wycieczki ze swoimi nauczycielami, dlatego  uważam, że za to skandaliczne usunięcie z ekspozycji dotyczącej rotmistrza Pileckiego, rodziny Ulmów i ojca Maksymiliana Kolbe z Muzeum II wojny światowej władze tego muzeum powinny być natychmiast odwołane przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

To tym władzom Rodzina Ulmów cytuję „rozbija kompozycję artystyczną i spójność narracyjną” sekcji „Droga do Auschwitz” , a zawieszenie portretów o. Kolbego i rtm. Pileckiego „zaburza antropologiczny charakter narracji”.  Ci, którzy ośmielają się dziś bronić ich skandalicznej decyzji twierdzą, że muzeum to nie skansen kościelny, bo cyt. jednego z nich, który publikuje w internecie – niech sobie w kościołach świętych lokują.   Powtarzam  – nie ma na to naszej zgody.

Zmiany te są konsekwencją sporu sądowego o prawa autorskie dotyczące wystawy. W największym skrócie – chodzi o to że do roku 2017 muzeum realizowało koncepcje artystyczną autorów, którzy osoby takie jak Witold Pilecki, Rodzina Ulmów czy ojciec Maksymilian Kolbe  pomijali. Gdy zmieniła się dyrekcja tego muzeum i Pawła Machcewicza zastąpił Karol Nawrocki wystawa została uzupełniona, ale tamci autorzy zaskarżyli decyzję do Sadu że narusza się ich prawa autorskie. I oni tę sprawę w tym sądzie przegrali. Ale teraz, za czasów rządu koalicji 13 grudnia do władzy w muzeum wrócili ci, którzy wspierają tę pierwszą co najmniej niepełną, a w mojej ocenie wręcz kłamliwą  wersję historii II wojny światowej. I  wczoraj w nocy chyłkiem i bez jakiejkolwiek informacji wyprzedzającej te władze muzeum usunęły  tych znienawidzonych chyba przez siebie bohaterów, bo tak bardzo ich portrety mają niszczyć ich artystyczną wizję historii. Oni traktują tę wystawę jako swoją własność, choć przecież jest to placówka publiczna, finansowana z pieniędzy z naszych podatków, ale nawet gdyby była prywatną, to nie ma prawa zakłamywać naszej historii. Ani pomijać naszych największych bohaterów.

Nie zamierzam po raz kolejny oburzać się na to, co dzieje się za rządów Donalda Tuska, Szymona Hołowni, Władysława Kosiniak Kamysza, czy Włodzimierza Czarzastego.  Co tu mówić, po prostu widać że rotmistrz Pilecki, ojciec Kolbe, Rodzina Ulmów muszą znowu zejść do podziemia. Ale  nie ma obawy, my będziemy o nich pisać i mówić w tym tzw. drugim obiegu, czyli w tych mediach,  gdzie zawsze prawda jest na najważniejszym miejscu. Jak się nie da inaczej, to my też zejdziemy do tego podziemia  razem z nimi, ale bądźcie Państwo pewni –  nie na zawsze. Dyrektorzy tacy jak ten pan Wnuk , który usunął rotmistrza Pileckiego, ojca Kolbe, czy rodzinę Ulmów ze swojej ekspozycji znikną z naszej historii szybciej niż im się wydaje, a na zawsze przylgną do nich słowa wstyd i hańba.  A ci, których chcą dzisiaj wyrzucić z naszej świadomości przetrwają, a my jeszcze niejedno pokolenie wychowamy na ich przykładach. Jestem tego pewna.

Wszystkich , którzy podzielają to zdanie zachęcam do przekazania protestu bezpośrednio do Muzeum II WŚ pod nr 58 323 75 20 lub 58 760 09 60  lub do wysłania maila z protestem do Muzeum II WŚ  – [email protected] .

 

dr Jolanta Hajdasz,

                                                                                                     wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,
                                                                                                  dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP