Wiele mnie już nie zdziwi w TVP po jej nielegalnym przejęciu przez PO. Oto, po ataku bezprawnie wybranego likwidatora TVP na zwolnioną dyscyplinarnie Agnieszkę Romaszewską, liderzy podprogowego przekazu rządu 13 grudnia zaczynają tzw. rozliczenia serialu „Reset”, który ukazał uległość tej ekipy wobec Rosji.
Medialna polityka czystej wody zapowiedziana przez prezentera Czyża jeszcze w ub. roku, tuż po kradzieży polskich mediów publicznych przez ekipę rządową powołaną 13 grudnia ub. roku, zaczyna płynąć w stronę, w którą chce ją skierować ekipa Tuska, Kosiniaka-Kamysza, Hołowni i Czarzastego. Bez zasłony dymów na powierzchni rzeki nieprawości.
„Teraz to panie chamówa”
Nie ma sensu przypominać, że, delikatnie mówiąc, nie zawsze programy informacyjne TVP podczas rządów PiS, cieszyły się uznaniem widowni konserwatywnej. Tysiąc raz jednak należy podkreślać, że b. prezes Jacek Kurski, jakakolwiek oceniać jego pracę, miał przede wszystkim przywrócić TVP wszystkim chcącym i mogącym odbierać sygnał narodowego nadawcy. Czy był to pluralizm, do czego w części się przychylam, czy była to tępa propaganda – też czasami nie wytrzymywałem – jedno trzeba wyraźnie powiedzieć: Kurski zrobił z papki, podanej na imieninach u liberalnej ciotki, mocną instytucję państwową, telewizję podlegającą rządowi radzącą sobie bardzo dobrze na medialnym rynku, konkurującą z telewizjami komercyjnymi nie zawsze preferującymi polski kapitał.
W porównaniu z informacją „czystej wody” z cyrkowego programu 19:30, telewizja Kurskiego była lepsza o kilka długości. I jak mawia o TVP mój sąsiad, który na pewno nie głosował na PiS ani nawet na Konfederację: „Teraz to panie chamówa”. Forma niezbyt urodziwa, ale myśl przeczysta.
Reset mózgu w TVP AD 2024
Na początku tygodnia 19:30 zaczęła analizować i syntetyzować jednocześnie wydatki, jakie w ub. roku poniosła „pisowska” TVP na serial Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza „Reset” o tym, jak Federacja Rosyjska w latach 2008 – 2015, podporządkowała sobie służby państwowe, w tym specjalne, w Polsce i kto z polskiej administracji pomagał Moskwie w tej ekspansji. A wówczas rządzili ci, którzy do władzy wrócili 13 grudnia ub. r., czyli akolici PO.
I oto, w programie dezinformacyjnym TVP o 19:30, mają rozliczać film, który zbudowano na faktach a nie „czystej wodzie” już nawet nie tyle propagandowej, co kłamliwej polityki ekipy Tuska. Pomijam czynnik moralny, ale warsztat tych bzdur przypomina mi kilka początkujących osiedlowych telewizji w Polsce lat 90. Chociaż nie wiem, czy nie obrażam tych mediów, za co z góry przepraszam.
A już liczenie honorariów autorów „Resetu” przypomina sowieckie i komusze wytykanie, ile zarobili nieistniejący „kułacy” na tym, że niczego nie ma sklepach. W tym przypadku to „nic” jest prawdą o w pół do ósmej wieczorem w TVP 1.
Będą to moje osobiste sugestie. Dobre rady. Rady dla Pana Prezydenta Joe Bidena. Czasem człowiekowi jest trudno, bo okrutnie się zaplątał. I czasem jeden dobry pomysł może pomóc. Oto moja sugestia, nieśmiała:
Pojawi się Pan Panie Prezydencie, nagle, ale mocno promowany, przed kamerami i rzeknie:
„Głosujcie na Donalda Trumpa. Ja tak uczynię. Tak postanawiam, bo chcę by Ameryka była jednością. Zapomnijmy cośmy mówili, zapomnijmy właśnie na wybory. Potem będziemy ponownie dyskutować i krytykować. Niech świat zobaczy i usłyszy, że u nas to naprawdę America First! Liczy się każdy obywatel, ale są momenty gdy ego trzeba zostawić w domu, zamanifestować jedność. Obywatele, moi sojusznicy, zróbcie tak w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec kraju. Wyciągam sojuszniczą dłoń do Donalda. Masz mój głos i apel, by tak zrobili ludzie, którzy mnie popierają, God bless you!”
* * *
Trump idzie jak burza, niech wygra. Będzie to zimny prysznic m.in. dla Chin i Korei Płn. Co zrobi zwycięzca? Tego oczywiście nie wiadomo, ale będzie nowe rozdanie. I my się przy Ameryce ogrzejemy. Na pewno nie przy Niemcach i sprzyjającej po cichu Berlinowi Rosji. Chyba, że ogniem piekielnym. Nasi politycy jednak kręcą się i kłócą między sobą. A to najgłupsze co można robić.
Oburzenie, jakie spadło na znanego językoznawcę Jerzego Bralczyka za to, że stwierdził oczywistą oczywistość, czyli, że pies zdycha, a człowiek umiera, to dla mnie kolejny punkt milowy w rozwoju emocjonalnej idiokracji. Poprzednim milowym głazem była białoruska aktywistka drąca się, jak opętana przed ambasadą swojego kraju.
Jak on tak mógł? Kochacie te swoje zwierzątka? Kochaliście, te świnki morskie, psy, koty, a co bogatsi konie? Byliście z nimi jak odchodziły? To on, ten profesor, właśnie na was napluł. Nieczuły bydlak, pewnie na co dzień je schabowego, a kto wie, może nawet tatara. Napluł na tę waszą miłość do tych zwierząt, wasze uczucia, wasze emocje, które już dawno zastąpiły jakiekolwiek inne funkcje mózgowe. Czytelnicy piszą obruszeni w mejlach na Czerską, a Czerska obruszona publikuje. Zwierzęta umierają jak ludzie, a nie zdychają, jak zwierzęta. Zdychanie jest zarezerwowane dla niedobrych pisowców, którym masowo silni razem tego życzą. Zdychali Polacy w opowieści pani “profesorki” Barbary Engelking i to jej zdaniem różniło ich od ich starszych braci w wierze, bo tamci umierali.
Rozmowa i nienawiść
Są dla mnie czasami takie aksjomaty w relacjach z ludźmi, jakieś podstawy, by w ogóle można było z kimś rozmawiać. Kardynał Ratzinger jeszcze zanim został papieżem w jednym z artykułów stwierdził, że zachęca do czytania każdego bez względu na wyznanie i poglądy, ale pod warunkiem, że ma na tyle w sobie spokoju by skupić się na tym, co autor pisze. Taka rozmowa już prawie nie istnieje. Jest ciągła generacja wzmożeń moralnych, do których niezbędne są emocje. Miłość i nienawiść. Kochamy premiera i wraz z nim nienawidzimy jego wrogów. Kochamy prawa kobiet, więc szukamy z nożami ich wrogów i projektujemy sobie jacy to z nich straszni “mizogini”.
Kochamy zwierzęta i nienawidzimy tych, którzy je krzywdzą. Choćby językowo. Bo przecież od stwierdzenia, że kot zdycha do katowania konia przez wozaka albo i nawet wyrębu puszczy amazońskiej wraz z zawartością jeden krok.
Tradycyjne media podsycają spory?
Historia ta utwierdza mnie w jeszcze jednym przekonaniu. Coraz mniej widzę przewag mediów tradycyjnych nad “soszialami”. Przecież ich przewagą miało być to właśnie, że na zimno analizują, tłumaczą, zbierają informacje. Tyle, że dziś to one wiodą w nakręcaniu każdej możliwej “inby”, czyli afery, a człowiek szukający informacji zaczyna szukać po kanałach streamingowych i forach. Przecież to Lisy i Wielińscy rozkręcali w Polsce społeczną nienawiść, którą podbiły owszem potem rozmaite Soki z buraka i farmy trolli. Nic dziwnego, że te same media walczą dziś z haniebnym stwierdzeniem oczywistego faktu, że zwierzę zdycha.
Muszą być podbijane emocje, bo inaczej… inaczej… inaczej nikt nie weźmie tych mediów do ręki, gdyż odkryje wielką znaczeniową pustkę, która za nimi stoi. Czy to wszystko znaczy, że jak ktoś powie, że jego kochany pies umarł ktoś chce go prześladować, drwić? Na pewno nie robi tego Jerzy Bralczyk i chyba większość ludzi, którzy uważają, że zwierzęta jednak zdychają. Dla kogoś mogło umrzeć, dla języka w jego poprawnej formie zdechło. Aczkolwiek we wszystkim tym zabrakło głosu Sylwii Spurek i kilku innych osób, które nie tylko uważają, że to ludzie zdychają, ale że jako gatunek powinni zrobić to jak najszybciej.
80 lat temu, 15 lipca 1944 r. zakończyło się Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Warto niniejszym przypomnieć, jakie były dalsze losy żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej. Wielu z nich walczyło dalej z komunistami, trafiło następnie do katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej i po strzale w tył głowy zostało zrzuconych do bezimiennych dołów śmierci na „Łączce”.
Edmund Bukowski to pierwszy zidentyfikowany przed laty na „Łączce”. Wilnianin, porucznik Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego. Po 1945 r. nie złożył broni, by przez całą Europę wozić rozkazy i fundusze do dalszej walki o wolną Polskę. Wielokrotnie odznaczony, m. in. Krzyżem Walecznych. W ciężkim śledztwie na UB nie przyznał się, że prowadził… antypolską działalność. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Miał 32 lata.
„Gdy zabrali mi ojca, miałem osiem miesięcy. Nie było też mamy, która jako łączniczka odsiadywała wyrok 15 lat więzienia. Wychowywali mnie dziadkowie. Z naszej rodziny komuniści aresztowano 16 osób” – mówi Krzysztof Bukowski, syn porucznika Bukowskiego. – „Przez lata nie wiedziałem, co się stało z ojcem. Teraz, dzięki IPN, już wiem”.
„Tu leży Łupaszka”
„To był dół pod asfaltową alejką. Major leżał najwyżej. Wrzucono go jako ostatniego twarzą do ziemi” – relacjonował wyniki badań swojego zespołu dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN. – „Strzał na Rakowieckiej odbył się z wysokości, bo otwór wlotu kuli jest wysoko na czaszce”.
Zygmunt Szendzielarz pochodził z Wileńszczyzny. Przedwojenny oficer, po wrześniowej klęsce podjął nieudaną próbę przedostania się do formującej się polskiej armii na Zachodzie. Na Wileńszczyźnie został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, który przekształcił się w 5. Wileńską Brygadę AK, zadającą Niemcom, a potem Sowietom ogromne straty. W ulotce z marca 1946 r. pisał: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. […] Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.
„Łupaszka” próbował rozpocząć normalne życie. Aresztowany 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Zakopanem i od razu przewieziony na ul. Rakowiecką w Warszawie, gdzie był torturowany przez dwa i pół roku. Podczas procesu przed krzywoprzysiężnym sądem skazany na osiemnastokrotną karę śmierci (sądowi przewodniczył były AK-owiec, a potem morderca sądowy co najmniej 106 polskich niepodległościowców Mieczysław Widaj, zmarł w 2008 r. całkowicie bezkarny, pobierając 9 tys. zł emerytury). Wyrok na Zygmunta Szendzielarza wykonano 8 lutego 1951 r. na Mokotowie.
„To cud, że mnie wpuszczono na widzenie. Zygmunt wyglądał dobrze, ale był bardzo smutny. Wiedział, że czeka go tu śmierć. Tych wyroków miał przecież kilka” – mówiła Lidia Lwow-Eberle, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, odbierając akt identyfikacji zwłok ukochanego dowódcy. – „Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: <<Tu leży Łupaszka>>”.
Przywódcy wileńskiej AK
Niedaleko „Łupaszki” leżał w dole jego przełożony: Antoni Olechnowicz, ps. „Pohorecki”, kpt. dypl. Wojska Polskiego, podpułkownik Armii Krajowej, ostatni komendant Wileńskiej Armii Krajowej. W II RP ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej i Wyższą Szkołę Wojenną w Warszawie. We wrześniu 1939 r. kwatermistrz 33. Dywizji Piechoty. Na początku października 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której wkrótce zbiegł. Od grudnia 1939 r. na stanowiskach dowódczych w wileńskiej AK, uczestnik Powstania Wileńskiego (operacja „Ostra Brama”). Jako jeden z nielicznych oficerów wileńskiej AK uniknął w lipcu 1944 r. aresztowania przez NKWD. Latem 1945 r. przeprowadził udaną ewakuację wileńskich struktur do Polski centralnej. Dowódca eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK. W lutym 1947 r. przedostał się do Paryża, skąd po otrzymaniu instrukcji powrócił do kraju.
Aresztowany 26 czerwca 1948 r. we Wrocławiu w wyniku ogólnopolskiej operacji MBP (krypt. „Akcja X”), przeciwko polskim żołnierzom z Wileńszczyzny. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 8 lutego 1951 r. Miał 46 lat. Razem z ppłk Olechnowiczem bezpieka aresztowała jego bliskiego współpracownika Aleksandra Tomaszewskiego, ps. „Al”, przed wojną zawodowego żołnierza, porucznika AK. W wileńskiej AK zajmował się wywiadem, kontrwywiadem, łącznością z młodzieżą. Jego mieszkanie we Wrocławiu było lokalem kontaktowym i miejscem przechowywania części archiwaliów konspiracji wileńskiej.
Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (przewodniczył Józef Badecki, morderca sądowy m.in. rtm. Witolda Pileckiego) i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 45 lat.
Szczoteczka i grzebień
Oficerem wileńskiej AK był porucznik Zygmunt Szymanowski, ps. „Jezierza”. Przed wojną absolwent Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie i Politechniki Lwowskiej. Uczestnik wojny obronnej 1939 r., bronił m.in. twierdzy Modlin. Dwukrotnie uciekał z niemieckiej niewoli. W latach 1942-1944 kierownik komórki wywiadowczej ZWZ-AK zajmującej się koleją.
We wrześniu 1944 r. aresztowany przez NKWD i skazany za działalność w AK na 10 lat pozbawienia wolności. W marcu 1945 r. znów udało mu się uciec. Dzięki niemu Ośrodek Mobilizacyjny Wileńskiego Okręgu AK utrzymywał kontakt z polskim rządem w Londynie.
Ukrywał się, aresztowano go w Szklarskiej Porębie. Zygmunta Barańska, córka Zygmunta Szymanowskiego: „W trakcie śledztwa był bity i torturowany. O tych sprawach przez lata nic z siostrami nie wiedziałyśmy, a mama nie chciała o nich mówić. Mama, która niestety też siedziała w więzieniu, i to prawie 6 lat, m.in. za współpracę z tatą, zawsze podkreślała, że ojciec był bardzo inteligentnym, oczytanym i zrównoważonym człowiekiem. Bardzo dobrze znał niemiecki, był bardzo elegancki. Mama była młodsza od niego o 10 lat, trafiła do więzienia mokotowskiego, gdy miała 28 lat i była w ciąży z trzecim dzieckiem. Pobyt w więzieniu był dla niej gehenną. Mama wróciła z gruźlicą do domu, nie mogła dostać pracy, a miała na utrzymaniu troje dzieci”.
Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (znów przewodniczył Widaj), i stracony na Mokotowie 31 maja 1950 r. Miał 40 lat. Przy jego szczątkach – co jest wyjątkiem – odnaleziono kawałek szczoteczki do zębów i grzebień.
W domu o tym nie mówiono
Kolejnym porucznikiem wileńskiej AK był Stefan Głowacki, ps. „Smuga”. Żołnierz zawodowy II RP, w wojnie obronnej walczył w okolicach Augustowa i Suwałk. Dowódca podrejonu AK w Wilnie. W kwietniu 1945 r. jako repatriant przyjechał do Wrocławia, gdzie związał się z ppłk Olechnowiczem. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 46 lat.
Głowacki współpracował też z Aleksandrem Tomaszewskim, z którym został znaleziony teraz w jednym dole na „Łączce”. Hanna Planda, córka Stefana Głowackiego, wspomina, że ojciec: „Mama po 8 latach dowiedziała się po raz pierwszy, że tata nie żyje. Pamiętam ze swoich dziecinnych lat, że mama z babcią siadały przy radiu, gdy czytane były listy emigrantów wracających ze Związku Sowieckiego. Łudziły się, że być może tatę również wywieziono gdzieś na Syberię. 1957 r. rozwiał te złudzenia. Mama miała problemy, bo nigdzie nie mogła dostać pracy. Skończyła technikum księgarskie i pracowała później jako kierownik księgarni. Wiem, że w domu głośno nie mówiło się o tym, co się z ojcem stało. Ojciec miał po wojnie możliwość wyjechania z kraju. Już nawet miał załatwione miejsce na statku do Anglii, czy innego kraju. Nie zgodził się jednak na wyjazd z Polski, nie chciał zostawić mamy samej z maleńkimi dziećmi”.
Uciekł z obozu NKWD, z Rakowieckiej już nie
I w końcu jeden z dowódców Powstania Wileńskiego kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec”. 14 lipca został awansowany do stopnia kapitana. 17 lipca r. podczas odprawy oficerów AK w Boguszach aresztowany przez NKWD i osadzony w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie.
W czasie II wojny światowej Fróg kilkukrotnie skutecznie uciekał z niewoli niemieckiej i sowieckiej. Szybko związał się z wileńską konspiracją niepodległościową. We wrześniu 1943 r. objął dowództwo nad oddziałem partyzanckim (3. Wileńska Brygada AK). W okolicach podwileńskich Turgiel utworzył Rzeczpospolitą Turgielską, niezależny skrawek polskiej ziemi, która miała nie tylko własnych żołnierzy, ale prowadziła np. rozległe życie kulturalne. Jego Brygada była zmotoryzowana – partyzanci „trójki” zdobywali na okupancie samochody podczas zasadzek na szosach.
Był jednym z najskuteczniejszych dowódców wileńskich oddziałów partyzanckich. W ramach 3. Wileńskiej Brygady AK Gracjan Fróg i jego podkomendni przeprowadzili szereg udanych akcji bojowych, co zapewne spowodowało, że jego przełożony – płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” nie wyciągał konsekwencji wobec „Szczerbca” za jego niesubordynację.
Z obozu NKWD nr 178 w Diagilewie pod Riazaniem znów uciekł (jedna z nielicznych udanych ucieczek z sowieckich łagrów) i w 1946 r. przybył do Łodzi. W lipcu 1948 r. aresztowany, tym razem przez rodzimą komunistyczną bezpiekę. Po okrutnym śledztwie skazano go na karę śmierci pod fałszywymi zarzutami współpracy w czasie wojny z Niemcami. 11 maja 1951 r. strzałem w tył głowy zamordował go ubecki kat Rakowieckiej Aleksander Drej. Kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec” miał 50 lat. Szczątki polskiego bohatera do dziś nie zostały odnalezione.
10 lipca 1941 r. Zbrodnia w Jedwabnem. Zbrodnia dawno rozpoznana. Kłamią ci, którzy mówią i piszą, że nie wiedzą, co tam się stało. Że tylko wznowione ekshumacje wyjawią nam jakąś nową, tajemną prawdę. Bodaj najlepiej Jedwabne opisał prof. Marek Jan Chodkiewicz. Ten polsko-amerykański historyk – obalając tezę Jana Tomasza Grossa o polskiej zbrodni – jednoznacznie ustalił, że była to zbrodnia niemiecka. Ustalił to lata temu. A więc czego jeszcze nie wiecie?
Chodakiewicz zbadał, że Niemcy nie tylko tę zbrodnię wymyślili, ale także ją przeprowadzili, zmuszając do uczestnictwa niektórych Polaków. Niemieckie dokumenty nie pozostawiają wątpliwości, że niemiecka policja miała – w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach – prowokować wystąpienia antyżydowskie tak, aby wyglądało to na spontaniczną akcję miejscowej ludności.
A zatem wiemy, co stało się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Dlaczego zatem ten temat tak „grzeje”? A właściwie, dlaczego i przez kogo jest tak „podgrzewany”?Bo skoro wiemy, to nie o wiedzę tu chodzi, tylko o emocje. Ta niemiecka zbrodnia od lat jest wykorzystywana do antypolskiej kampanii. Z jednej strony są oczywiście ci, którzy wciąż – wbrew wszystkiemu – przypisują zbrodnie Polakom. Ale jest też druga strona. Środowiska, które grają jedwabińską kartą, grają na narodowych uczuciach, robią z Jedwabnego test na polskość, judzą. Kto przeciw – ten „antypolak”.
Ale właściwie przeciwko czemu ci rzekomi „antypolacy” mają występować? Bo nie przeciw prawdzie o Jedwabnem – tę znamy. Występują przeciw ekshumacjom, a właściwie przeciw ich wznowieniu. Podjudzacze krzyczą: „ekshumacje”, „ekshumacje” tak jak krzyczeli: „konstytucja”, „konstytucja”. Uczciwym Polakom od razu powinna się zapalić czerwona lampka. I tylko pozornie ci krzykacze konstytucyjni różnią się od krzykaczy ekshumacyjnych. Łączy ich jedno – prowokacja. Szkodząca Polsce – doprecyzujmy. Jak to zwykle bywa – mniej lub bardziej uświadomiona.
Krzyczą: „ekshumacje”. Przecież w ten sposób dają siłom zewnętrznym potężny oręż do walki z Polską. Bo właściwie po co nam te ekshumacje? Przecież wiemy, że w Jedwabnem ofiar nie było 1600, co wymyślił J. T. Gross, tylko ok. 300. Wiemy to od dawna. Skąd? Z badań rzetelnych historyków, w tym Marka Jana Chodakiewicza, ale też ze wstępnych ekshumacji, zablokowanych przez rabinów.
No dobrze, załóżmy, że wznawiamy ekshumacje. I czego się dowiemy? Że ofiar było nie 300, tylko np. 280? Albo 320? Dla takiej korekty warto uruchamiać/podtrzymywać antypolską hecę? Skoro Żydzi sami nie chcą doprecyzować, ilu ich zginęło, mamy ich wyręczać? Skoro najwyraźniej nie mają szacunku dla szczątków przedstawicieli swojego narodu, choć jedwabińscy Żydzi byli rzecz jasna obywatelami II Rzeczypospolitej?
W normalnym świecie wyglądałoby to tak: Państwo, które czuje się spadkobiercą ofiar (w tym przypadku Izrael) przeprowadza ekshumacje. Kraj popełnienia zbrodni (w tym przypadku Polska, w 1941 r. rzecz jasna okupowana przez Niemcy) może (ale nie musi) się na to zgodzić. Zakładając, że się zgadzamy, konsekwencją tego może być (nie musi) pomoc naukowa, prawna. W wyniku zgodnej pracy ogłaszane są wyniki. W przypadku Jedwabnego problem polega na tym, że państwo Izrael nie jest tym zainteresowane.
Ale w Polsce mamy pożytecznych ludzi (środowiska), którzy postanowili wyręczać niezainteresowane państwo (w tym przypadku Izrael). Tylko w imię czego? Własnych ambicji? Rozgłosu? Bo na pewno nie w imię polskiej racji stanu.
Od dawna twierdzę i zdania nie zmieniłem, że Jedwabne nie jest najważniejszym, centralnym punktem w polskiej historii. To nasi wrogowie chcieliby, abyśmy byli kojarzeni tylko z tym miejscem – oczywiście jako sprawcy. Nie z naszą walką z Niemcami od 1 września i Sowietami od 17 września. Nie z rotmistrzem Pileckim, ojcem Kolbe, rodziną Ulmów. Nie z Enigmą, bitwą o Anglię. Nie ze zbrodniami totalitarnych ideologii w Palmirach, Katyniu, Auschwitz, na Kołymie, na Wołyniu.
Ponadto, kto uznałby wyniki wznowionych ekshumacji jedwabińskich Żydów? Jan Tomasz Gross? Jan Grabowski? Barbara Engelking? Oczywiście nie. Nadal na świecie obowiązywałaby ich nieprawdziwa wersja, że to Polacy – w Jedwabnem i wszędzie indziej – mordowali Żydów.
Kolejne polskie pokolenia (teraz nasze pokolenie) mają do spełnienia wielki obowiązek wobec przodków: ekshumować dziesiątki tysięcy polskich ofiar, zakopanych na Łączkach w całej Polsce i na Kresach II Rzeczpospolitej. Tego wymaga polski interes narodowy. Tego domaga się polska racja stanu. A dziś Jedwabne to tylko chwytliwe hasło, idealne narzędzie manipulacji i odwracania uwagi.
Wydawać się może, że pół roku w raju zarządzanym przez gabinet utworzony 13 grudnia ub. roku doprowadzi wszystkich do radosnego szaleństwa. I doprowadziło. Czy radosnego? Okaże się, kiedy krytycy powychodzą z więzień i odzyskają pracę. A to może potrwać.
Może się zresztą nic nie okazać, bo twa proces deprecjonowania i obrzydzania niepokornych mediów przez rząd, rozmaite instytucje państwowe i wierne premierowi samorządy. Już 19 grudnia zeszłego roku skasowano media publiczne, choć jeszcze kilkanaście dni broniono TVP, PR i PAP. Wymyślono likwidację bez likwidacji, ale to też nie wystarczy. Zakazano wielu mediów, pojawiają się kłopoty z kolportażem niezależnej prasy i publikacją reklam w portalach piszących prawdę a sygnał TV Republika wyłączono w polskim parlamencie.
I nie będzie niczego…
Zanim jednak inspektor Cluseau polskich mediów, czyli były już minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz pozamiatał w imieniu Donalda Tuska, pojawiły się żądania totalnej czystki wszystkich. Dlaczego nie wyrzucić wszystkich dziennikarzy i innych osób pracujących w TVP, PR i PAP w latach 2016 – 2023? No, oczywiście z wyjątkiem tych, którzy pracowali w mediach publicznych przez dwie kadencje wstrętnych pisiorów, ale nie uśmiechali się odchodząc sprzed kasy z dobrze wypchanym portfelem. Ci dziennikarze wrzeszczący teraz o kasowaniu konserwatystów z mediów publicznych to nawet coś tam kiedyś powiedzieli na korytarzu, ale tak cicho, że najczulsze mikrofony nie wychwyciły i można było odnieść wrażenie, iż czekali na łysych osiłków z ochrony przejmujących media publiczne jak na saperów wysadzających krę na rzece. Nic to, że woda zaleje dom. Ale przecież nie ich, bo to w sumie publiczne media. No i przestanie się mówić o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki im. Stalina, bo można już wreszcie odetchnąć pełną piersią i zbudować kilka nowych. Na razie towarzysze wygrywają.
Pogonić lub zastraszyć
Rozumowanie nowych kierowników – likwidatorów jest proste jak ludzik z kreskówki chodzący po linii i nucący „Bajum, bajum”. Każdy kolejny miesiąc to kolejna pensja a idea mediów publicznych jest na końcu owej linii z kreskówki. Niektórzy, ci radiowi – po wyrzuceniu niewygodnych a bardziej postraszeniu tych, którzy początkowo się stawiali – mają narzekać, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie daje kasy z abonamentu i deponuje ją w sądach. Tym można szantażować pracowników. Do telewizji publicznej zrobi się nabór jak na pomocnika geodety na PRL-owskiej wsi a w PAP… Sza, sza! Mnie zwolnili dyscyplinarnie – jak napisali moi Przyjaciele z ZG SDP – z powodów politycznych, m.in. za to, że pisałem o mediach publicznych po 19 grudnia ub. r. i działałem na rzecz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, bo jestem tam sekretarzem generalnym. Cóż to jednak w porównaniu z czystką w TVP, gdzie zwalniano nawet partnerów tych, których uważano za sympatyków PiS, o kobietach w ciąży i osobach wychowujących niepełnosprawne dzieciaki nie wspominając.
Na złość PiS uszy sobie odmrażają
Najwięcej zła namiestnicy propagandy rządu Tuska zrobili jednak w TVP. Odpowiedzialnych za rozwalenie TV Biełsat i zwolnienie Agnieszki Romaszewskiej oraz wyrzucenie twórców TVP World powinno się kiedyś sądzić. Taka telewizyjna Norymberga mogłaby za to samo objąć także tych Nikoforów* polskiego dziennikarstwa pozwalających zlikwidować Studio Wschód Marii Przełomiec i de facto na likwidację TVP Dokument, TVP Historia i TVP Kultura oraz dyscyplinarki dla m.in. (przepraszam, nie da się wymienić wszytskich) Michała Adamczyka, Marcina Tulickiego, czy Piotra Gursztyna a także Samuela Pereiry.
Dokąd to wszystko prowadzi? Nie wiem, ale widać, że sprawcy medialnego bałaganu się boją. Procesów też, bo to wszystko było bezprawne, ale bardziej boją się Odbiorców. A ci już zrozumieli, że warto mieć dostęp do wielu nurtów przekazu, bo bez tego nikt nie powie, kiedy mamy – nie daj Bóg – iść do schronu.
Zarządu Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich stanowczo protestuje przeciwko usunięciu z ekspozycji głównej Muzeum II Wojny Światowej informacji dotyczących Rodziny Ulmów, rtm. Witolda Pileckiego i o. Maksymiliana Kolbe. To skandaliczne działanie, które przyjęliśmy z najwyższym oburzeniem.
SDP to najstarsza i największa organizacja dziennikarzy w Polsce, liczy ponad 2800 członków.
W imieniu ZG SDP
dr Jolanta Hajdasz,
wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP
Szok i niedowierzanie – to pierwsza reakcja jaką wielu z nas przyjęło informację, iż w Gdańsku, nocą z poniedziałku 24 na wtorek 25 czerwca po cichu, z ponad 5 tysięcy metrów kwadratowych wystawy głównej Muzeum II Wojny Światowej zostali usunięci Polscy Bohaterowie: rotmistrz Witold Pilecki, Józef i Wiktoria Ulmowie, święty Ojciec Maksymilian Kolbe.
Po błogosławionej rodzinie Ulmów została czarna ściana – poinformował w mediach społecznościowych prezes IPN Karol Nawrocki, on jako pierwszy zaalarmował opinie publiczną o skandalu, jaki mam miejsce w tym muzeum. Muzeum, które miało być sztandarowym miejscem do przekazywania wiedzy o polskiej historii z lat 1939 – 45, muzeum, które miało rzetelnie informować o przyczynach, przebiegu i skutkach szeregu zdarzeń wpisanych w okres II wojny światowej, których geneza i konsekwencje oczywiście wykraczają poza te daty. To jak przedstawiamy te wydarzenia, to o kim opowiadamy sięgając pamięcią do II wojny światowej ma fundamentalne znaczenie dla kształtowania naszej świadomości, naszej tożsamości. Nas , a przede wszystkim kolejnych pokoleń.
Nie da się przedstawić II wojny światowej bez heroicznej historii Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej, który na ochotnika zgłosił się do Auschwitz, by napisać raport o dziejących się tam okrucieństwach. Nie da się rzetelnie przedstawić tego co działo się między 39 a 45 rokiem XX wieku, gdy będzie się pomijać bohaterstwo charyzmatycznego zakonnika i wybitnego twórcy katolickich mediów ojca Maksymiliana Kolbe, który dobrowolnie poszedł na śmierć głodową zamiast drugiego człowieka, ojca rodziny Franciszka Gajowniczka. Nie powie się prawdy o tamtych czasach, gdy pominie się dramatyczne losy rodziny Ulmów, bestialsko zamordowanych przez Niemców Józefa i Wiktorii oraz ich siedmiorga nieletnich, malutkich dzieci tylko za to, że w ich domu mieszkali Żydzi, ludzie którym groziła wtedy śmierć za samo bycie członkiem tego narodu. Bez tych historii przedstawia się ludziom obraz zupełnie nieprawdziwy, a kłamstw nie wolno nam akceptować w żadnej postaci w życiu publicznym. Nie ma nic gorszego niż oparte na nich manipulacje, bo one niszczą wszystko co wartościowe i najbardziej cenne w życiu publicznym.
A przecież do muzeum II wojny światowej trafiają przedstawiciele naszego najmłodszego pokolenia, dzieci i młodzież szkolna przyjeżdża na wycieczki ze swoimi nauczycielami, dlatego uważam, że za to skandaliczne usunięcie z ekspozycji dotyczącej rotmistrza Pileckiego, rodziny Ulmów i ojca Maksymiliana Kolbe z Muzeum II wojny światowej władze tego muzeum powinny być natychmiast odwołane przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego.
To tym władzom Rodzina Ulmów cytuję „rozbija kompozycję artystyczną i spójność narracyjną” sekcji „Droga do Auschwitz” , a zawieszenie portretów o. Kolbego i rtm. Pileckiego „zaburza antropologiczny charakter narracji”. Ci, którzy ośmielają się dziś bronić ich skandalicznej decyzji twierdzą, że muzeum to nie skansen kościelny, bo cyt. jednego z nich, który publikuje w internecie – niech sobie w kościołach świętych lokują. Powtarzam – nie ma na to naszej zgody.
Zmiany te są konsekwencją sporu sądowego o prawa autorskie dotyczące wystawy. W największym skrócie – chodzi o to że do roku 2017 muzeum realizowało koncepcje artystyczną autorów, którzy osoby takie jak Witold Pilecki, Rodzina Ulmów czy ojciec Maksymilian Kolbe pomijali. Gdy zmieniła się dyrekcja tego muzeum i Pawła Machcewicza zastąpił Karol Nawrocki wystawa została uzupełniona, ale tamci autorzy zaskarżyli decyzję do Sadu że narusza się ich prawa autorskie. I oni tę sprawę w tym sądzie przegrali. Ale teraz, za czasów rządu koalicji 13 grudnia do władzy w muzeum wrócili ci, którzy wspierają tę pierwszą co najmniej niepełną, a w mojej ocenie wręcz kłamliwą wersję historii II wojny światowej. I wczoraj w nocy chyłkiem i bez jakiejkolwiek informacji wyprzedzającej te władze muzeum usunęły tych znienawidzonych chyba przez siebie bohaterów, bo tak bardzo ich portrety mają niszczyć ich artystyczną wizję historii. Oni traktują tę wystawę jako swoją własność, choć przecież jest to placówka publiczna, finansowana z pieniędzy z naszych podatków, ale nawet gdyby była prywatną, to nie ma prawa zakłamywać naszej historii. Ani pomijać naszych największych bohaterów.
Nie zamierzam po raz kolejny oburzać się na to, co dzieje się za rządów Donalda Tuska, Szymona Hołowni, Władysława Kosiniak Kamysza, czy Włodzimierza Czarzastego. Co tu mówić, po prostu widać że rotmistrz Pilecki, ojciec Kolbe, Rodzina Ulmów muszą znowu zejść do podziemia. Ale nie ma obawy, my będziemy o nich pisać i mówić w tym tzw. drugim obiegu, czyli w tych mediach, gdzie zawsze prawda jest na najważniejszym miejscu. Jak się nie da inaczej, to my też zejdziemy do tego podziemia razem z nimi, ale bądźcie Państwo pewni – nie na zawsze. Dyrektorzy tacy jak ten pan Wnuk , który usunął rotmistrza Pileckiego, ojca Kolbe, czy rodzinę Ulmów ze swojej ekspozycji znikną z naszej historii szybciej niż im się wydaje, a na zawsze przylgną do nich słowa wstyd i hańba. A ci, których chcą dzisiaj wyrzucić z naszej świadomości przetrwają, a my jeszcze niejedno pokolenie wychowamy na ich przykładach. Jestem tego pewna.
Wszystkich , którzy podzielają to zdanie zachęcam do przekazania protestu bezpośrednio do Muzeum II WŚ pod nr 58 323 75 20 lub 58 760 09 60 lub do wysłania maila z protestem do Muzeum II WŚ – [email protected] .
Mimo, iż do dziś powielane są kłamstwa o tym, że „ludowa” władza musiała stłumić wystąpienie mętów i pijaków, był to kolejny zryw Polaków przeciw narzuconej przez Sowietów komunistycznej władzy. Protesty czerwca 1976 r. zostały wywołane drastyczną podwyżką cen na podstawowe artykuły spożywcze, w partyjnej propagandzie nazywaną „operacją cenową”.
Komuniści przygotowywali podwyżkę przez 1,5 roku. Czerwona władza rozważała 10 wariantów, ale wybrała najgorszy z możliwych – najmniej zarabiający mieli dostać najmniejsze rekompensaty.
– Wszystkie „polskie miesiące” – Czerwiec 1956 w Poznaniu, Grudzień 1970 w Gdańsku, Czerwiec 1976 w Radomiu, strajki lata 1980 roku, łączyły wspólne elementy w wymiarze ekonomicznym, społecznym i politycznym – mówi prof. Jerzy Eisler. – To nie były różne kryzysy, to był ten sam kryzys, który uzewnętrzniał się co jakiś czas. Nie chodziło tylko o kiełbasę, każdy polski bunt miał charakter niepodległościowy. Chleb lubi być posmarowany wolnością.
„Pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia”
Czerwony Radom pamiętam siny
jak zbite pałką ludzkie plecy
szosę E-7, na dworcach gliny
jakieś pieniądze, jakieś adresy
– śpiewał Jan Krzysztof Kelus w „Balladzie o szosie E-7”.
– Za każdym razem scenariusz protestów był taki sam – zaczynało się rano w zakładzie pracy, czy to w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, czy w Stoczni Lenina w Gdańsku, czy w Zakładach Metalowych im. Gen. Waltera w Radomiu – mówi dalej prof. Eisler. – Za każdym razem tłum podążał w kierunku KW PZPR, bo ludzie wiedzieli, że to była prawdziwa władza. Nigdy do protestujących nie wychodził I sekretarz, ale jego zastępca. Wszędzie do budynku wchodzili prowokatorzy i rozpoczynało się plądrowanie. Wszędzie spokojny tłum był atakowany przez „siły porządkowe”.
Strach w ludzkich oczach, upokorzenie
w spotniałych palcach świstki wyroków
pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia
listy z więzienia, lekarz, adwokat
– śpiewał dalej J.K. Kelus.
W Radomiu przeciwko demonstrantom skierowano 1543 milicjantów i zomowców oraz kilkuset tajniaków. Według danych MSW w czasie kilkugodzinnych zajść ulicznych zginęły dwie osoby, rannych zostało co najmniej 121 cywilów (liczba znacznie zaniżona). Według środowisk opozycyjnych zatrzymano ponad 2 tys. osób, większość została brutalnie pobita. W trybie natychmiastowym zwolniono z pracy 939 osób.
„Szosą E-7, dziwny autostop”
Naprawdę trzeba było coś zrobić
naprawdę gliny były na dworcach
i stąd to całe nasze jeżdżenie
szosą E-7, dziwny autostop
Konrad Bieliński, działacz KOR: – Szosą E-7 jeździliśmy do Radomia z Warszawy. Do poszkodowanych dotarliśmy dopiero po 1,5 miesiąca. Zdobywanie adresów było bardzo trudne, tak jak pierwsze kontakty z rodzinami.
Czerwiec nas zastał z dala od miasta
jesienią Konrad już na nas czekał
pierwsze pieniądze właśnie zebrano
pojechaliśmy, ktoś musiał jechać
Wiesław Długosz, skazany na 9 lat więzienia: – Dlaczego kontakty były trudne? Tropami opozycjonistów szli esbecy.
Konrad Bieliński: – Esbecy przychodzili przed nami i mówili, że pojawią się tacy z KOR-u, a jak zadzwonicie, to syn, czy mąż wyjdzie wcześniej.
Nadziei miałem bardzo niewiele
że na coś przyda się to jeżdżenie
mówiąc po prostu raczej myślałem
że to się znowu skończy więzieniem
Sędzia Dobrowolska
Szum zagłuszaczki, to o Radomiu
jak o procesach mówią już brzeskich
znowu jesteśmy z dala od miasta
co też tam słychać u Romaszewskich?
Był jeden akt oskarżenia i ludzi skazywano na podstawie tego samego paragrafu, bez udowodnienia jednostkowej winy.
– Sądy działały wtedy szybko. Sędzia Dobrowolska potrafiła w 15 minut skazać człowieka na dwa lata więzienia – zapamiętał Mirosław Chojecki, który też jeździł do Radomia z pomocą i uczestniczył w rozprawach przeciwko robotnikom. – Sędziowie trochę się zreflektowali, gdy zaczęła przyjeżdżać Halina Mikołajska i mecenas Siła-Nowicki.
Sędzia Elżbieta Dobrowolska sądziła w Radomiu jeszcze przez wiele lat.
– Dostajemy renty po 600-700 zł., a w Radomiu jest biednie – mówił mi jeden z poszkodowanych. – Czerwiec złamał nam życiorysy, a potem zostaliśmy bez jakiejkolwiek pomocy. Wyroki zrewidowano nam dopiero wiele lat po 1989 roku.
Gdyby nie Ursus i Radom
Na różnych szosach jadąc nocami
wiem że się Radom przypomni jeszcze
gdy wycieraczki będą zmazywać
półkola w kroplach rzadkiego deszczu
W Radomiu stanęły wszystkie ważniejsze zakłady, ok. 20 tys. osób. 1 lipca 1976 r. Stefan Kisielewski napisał, że to był pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka.
Protestowano nie tylko w Radomiu, Ursusie i Płocku. Strajki wybuchły w 97 zakładach w 24 województwach z udziałem ponad 70 tys. osób. To był wielki bunt społeczny o szerokim zasięgu. Bunt przeciwko komunie i do tego bunt udany. Jeszcze tego samego dnia władze „po konsultacjach społecznych” w całym kraju odwołały podwyżki cen.
„Gdyby nie Ursus i Radom do dziś jedlibyśmy chleb z marmoladą” – takie powiedzonko zapamiętano w Radomiu.
To już naprawdę 5 lat minęło
znowu jesteśmy z dala od miasta
I tylko nie wiem czy będę umiał
znowu pojechać szosą E-ileś
gdy przyjdzie pora i co odpowiem
gdy ktoś mnie spyta gdzie wtedy byłeś?
Potem przyszły strajki lipca i sierpnia 1980 r., Solidarność, okrągły stół i transformacja systemu. Bez Czerwca 1976 r. byłoby to niemożliwe.
Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Jednym w urokliwych miejsc tego rejonu jest Dolina Rzeki Wałszy.
Zapewne niewiele osób słyszało o rzece Wałsza. Podpowiem, jej źródła znajdują się na południowym stoku Góry Zamkowej niedaleko Dzikowa Iławeckiego. Rzeka nie jest długa, gdyż do ujścia, a wpada do rzeki Pasłęki, musi pokonać zaledwie 67 kilometrów. Za to jest bardzo urokliwa, meandrująca, momentami staje się bystrą rzeką górską, tworząc na rumowiskach głazów małe wodospady. Przepływa przez serce Warmii, czyli pomiędzy Pieniężnem a Wojnitami – jest to 17-kilometrowy odcinek, gdzie w 1907 r. powstał rezerwat przyrody. Informację na ten temat opublikował Hugo Conwentz, niemiecki botanik, pionier europejskiej ochrony przyrody. Tak Niemiec, bo były to czasy, kiedy oficjalnie Warmia nie należała do Polski. Polska ustanowiła mniej więcej w tym samym miejscu rezerwat, ale dopiero w 1957 r. Mimo tych zawiłości politycznych uważa się, że jest on jednym z najstarszych rezerwatów na terenach dzisiejszej Polski, ale i jednym z najstarszych w Europie. Przed II wojną światową był jedynym zadrzewionym obszarem w okolicach Pieniężna, gdzie odpoczywali mieszkańcy nie tylko z niedalekich miejscowości, ale i z Królewca, a nawet z Berlina. Do dyspozycji mieli pensjonat z restauracją leśną, basenem kąpielowym, muszlą koncertową, strzelnicą sportową i innymi atrakcjami, jak chociażby kręgielnia. Ponoć owe „turystyczne” wspaniałości istniały już przed I wojną światową. Natomiast w Wałszy pływały specjalnie hodowane pstrągi, a po lasach spacerowały bażanty. Niektórzy dodają, że w rezerwacie rosły też orchidee.
Rezerwat
Dzisiaj atrakcję rezerwatu stanowi głównie przyroda i może właśnie dlatego Grzegorz Radzicki, członek Zarządu Głównego SDP, pochodzący z niedalekiej Ornety, a pracujący m.in. w Pieniężnie wybrał to miejsce na organizowanie corocznych wiosennych spotkań integracyjnych dla przyjaciół i znajomych. Polegają one na wspólnej wędrówce po dolinie rzeki. Na hasło Grzegorza kilkadziesiąt osób z całej Polski – młodzi i starzy, a nawet pies – dociera do Pieniężna. „Uzbrojeni” w wygodne buty najlepiej trekkingowe, czasem kijki do chodzenia i odzież przystosowaną do wędrówki po terenie niemal górskim wyruszają z okolic kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pieniężnie, teoretycznie XIV-wiecznego, gdyż obecny kościół jest XIX-wieczny, neogotycki. Stary rozebrano w 1895 r., ale zachowano fragmenty jego gotyckiej wieży. Pomiędzy kościołem a plebanią w dół do doliny wiodą kamienne schody. Dochodzą do sporej polany, w okolicy której niegdyś stał pensjonat. Dzisiaj są tam tablice informacyjne oraz drewniana brama, czyli wejście na ścieżkę edukacyjną „Czarci Jar”, prowadzącą do rezerwatu.
Brama prowadząca do rezerwatu Czarci Jar. Fot. Maria Giedz
Teren rezerwatu, to głęboki na 50-60 m leśny wąwóz, miejscami ze stromymi ścianami porośniętymi grabami, lipami, świerkami, brzozami, dębami, bukami… Pocięty jest bocznymi jarami, którymi spływają strumyki. Rośnie w nim ok. 300 gatunków roślin chronionych, m.in. skrzyp zimowy osiągający wysokość nawet znacznie ponad metr. Żyją w nim sarny, bobry, borsuki, zające, wydry, żmije, a także zaskrońce… oraz wiele ptaków, m.in. bocian czarny i biały, sikory, dzięcioły, zięby, sójki, sroki, ….
Konstrukcja mostu kolejowego nad doliną Wałszy wzniesionego w 1885 r. Fot. Maria Giedz
Początkowo wygodna, w wielu miejscach wykładana drewnianymi deskami ścieżka wiedzie przez las skąd rzeki prawie nie widać. Co jakiś czas na drzewach pojawiają się znaki czerwonego szlaku pieszego. Po kilku minutach marszu zza drzew, a właściwie ponad nimi wyłania się potężna metalowo-betonowa konstrukcja mostu, niestety w większości zasłonięta przez gałęzie pełne zielonych liści, które nie pozwalają jej sfotografować. Do brzegu rzeki trudno dojść, ale i tak to nic nie da, bo gałęzie zasłaniają widok. Most ten zbudowano w latach 1884 – 1885 r. na wysokości 30 m (niektórzy podają, że do lustra wody jest prawie 40 m) i prawdopodobnie jest najwyższym czynnym mostem kolejowym w Polsce wzniesionym ponad rzeką. Jego długość wynosi 160 m. Składa się z dwóch 28-metrowych filarów oraz dwóch dźwigni wspierających trzy zwisające łuki. Most został zniszczony, a raczej wysadzony w powietrze 17 lutego 1945 r. Odbudowano go w 1950 r.
Wczesnośredniowieczne grodziska
Dawno temu, na terenach dzisiejszego miasta o nazwie Pieniężno, przez lata zwanego Melcekuke (od zarośli, w których zadomowił się diabeł, czyli czart), mieszkali Prusowie. Nie mylić z Prusakami, czyli Niemcami, którzy na bazie zakonu krzyżackiego po 1466 r. stworzyli szereg państw zwanych Prusami (były wschodnie, książęce…, powstało nawet królestwo niemieckie zwane Prusami). Wśród Prusów żyło m.in. plemię Warmów. Ostatnim wodzem Prusów (nie Prusaków) był Wewa. To jego ludzie żyli nad jarem bystrej rzeki obecnie zwanej Wałszą. Zajmowali się uprawą roślin na niewielkich poletkach, zbieractwem najróżniejszych owoców z drzew i krzewów rosnących po obu stronach rzeki w bujnych lasach pełnych mieszanych drzew, kwiatów, traw, mchów… i oczywiście polowaniem. Jedną z takich osad, usytuowaną na górce, był Zamkowy Wał. Była ona ogrodzona mokradłem, rowem z wodą, rozlewiskiem i rzeką. To tam chronili się Warmowie przed nieproszonymi gośćmi. Archeolodzy twierdzą, że najprawdopodobniej mieściła się w nim główna siedziba ludu Wewa. Obiekt ten – dzisiaj prawie niewidoczny – datowany jest na XI-XII w. Pełnił funkcję obronną na granicy plemiennej Warmów i Pogezanów.
Ścieżka poprowadzona przez rezerwat wzdłuż rzeki jest zróżnicowana. Fot. Maria Giedz
Po przeciwnej stronie rzeki, gdzie również poprowadzono ścieżkę turystyczną, na górce, tuż za nowym mostkiem Warmowie mieli kolejną osadę? Było to grodzisko, a może tylko wieża obserwacyjna, zwana Szpiczastą Górą. Do celów obronnych chyba nie najlepiej się nadawała, gdyż brakuje tam mokradeł. Ponadto szczyt ewidentnie został usypany i mogła tam stać wieża. Niestety w tym miejscu nie prowadzono większych badań archeologicznych. Na owo wzniesienie nie da się wejść, ale można je obejść.
W okolicy znajduje się jeszcze jedno grodzisko zwane Szaniec, usytuowane w Wojnitach, czyli wysunięte najdalej na południe i podobnie jak pozostałe było w posiadaniu plemienia Wewów. Było to niegdyś duże założenie obronne usytuowane na stromym pagórku. Składało się z wału ziemnego z wbitymi w niego pionowymi palami. Wał wzmacniały ścięte drzewa z gałęziami skierowanymi na zewnątrz, utrudniającymi przejście. Za wałem znajdowała się spora przestrzeń i dopiero za nią właściwe grodzisko otoczone kolejnym wysokim wałem. Niestety i o tym grodzisku niewiele wiemy, gdyż nie prowadzono na nim badań archeologicznych, a szkoda, ponieważ Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Wiele osób kojarzy ją z Mazurami, mimo że różnica jest ogromna. No ale obie krainy ze sobą graniczą, więc dla niektórych, zwłaszcza w dobie globalizacji nie stanowi to różnicy. To tak jak by powiedzieć, że Kaszuba, to to samo co Kociewiak, a Polesie utożsamiać z Podlasiem.
Cudowne źródełko
Pogoda dopisuje. Ptaki śpiewają, więc przy nowym mostku robimy postój. Grzegorz Radzicki jako główny organizator, ale i przewodnik naszej wycieczki opowiada o otaczającej nas przyrodzie, o rezerwacie. Zapowiada też, że za górą, którą musimy pokonać znajduje się chyba najciekawsza, dostępna „atrakcja” na trasie naszej wędrówki, ale o tym za chwilę. Dopowiada też, że za nowym mostkiem, przez który przechodzi się na drugą stronę rzeki znajduje się parking, ale też wiedzie ścieżka równoległa do rzeki. My jednak idziemy po lewej stronie, gdzie droga staje się bardziej wymagająca. Najpierw podchodzimy pod stromą górkę, a następnie z niej schodzimy. Obejść się nie da, chociaż śmiałkowie próbowali. Rzeka w tym miejscu niezbyt sforna, podmyła stoki pagórka zwanego Białą Górą, wznoszącą się 60 m ponad lustro wody. Dalej, za górką przechodzi się przez rozlewiska, gdzie można spotkać powalone drzewa i rosnące na nich huby. Wiosną pełno tu kwiatów. Wreszcie dochodzi się do „cudownego źródełka” o niezbyt miłym zapachu, bo z siarczkiem żelaza. Źródełko jest właściwie nieczynne, gdyż wody w nim nie ma.
Ze źródełkiem tym wiąże się kilka opowieści. Jedna podaje, że uratowało ono życie wycieńczonym żołnierzom ukrywającym się w okolicy podczas wojny. Kiedy pili tę wodę wracali do sił, a jeśli byli chorzy to zdrowieli. Według innej legendy, a działo się to bardzo dawno temu, doszło do ogromnej wojny. Mieszkańcy Pieniężna, chroniąc się przed obcymi wojskami pośpiesznie uciekali z domów. Pozostali jedynie chorzy, którzy schronili się w dolinie rzeki Wałszy, właśnie w pobliżu owego źródełka. Żywili się tym co w lesie znaleźli, popijając wodę ze źródełka. Po kilku dniach wszyscy powrócili do zdrowia.
Po zakończeniu wojny, kiedy mieszkańcy Pieniężna powrócili do domów i odkryli uzdrawiającą moc wody źródlanej zaczęli organizować pielgrzymki do tego cudownego źródełka. Pielgrzymki wyruszały w dniu św. Jakuba, czyli 25 lipca, po mszy odpustowej odprawianej w kościele św. Jakuba w Pieniężnie. Ten XVI-wieczny Kościół Rzymskokatolicki pw. św. Jakuba w 1959 r. zaadaptowano na potrzeby Cerkwi greckokatolickiej pw. Św. Michała Archanioła. Wodą leczono choroby skóry, wzrok, słuch, a także choroby przewodu pokarmowego.
Kapliczka przy cudownym źródle. Fot. Maria Giedz
W 1826 r. obok źródełka wybudowano Kaplicę. Ufundowała ją wdowa po pieniężeńskim piekarzu o nazwisku Gehrmann. Dawniej była to kaplica Matki Bożej, ponieważ wewnątrz znajdowała się figura Matki Boskiej Niepokalanej wyrzeźbiona przez miejscowego artystę, a za model posłużyła dziewczyna z Pieniężna. W 1938 r. w kaplicy umieszczono XIX-wieczny obraz przedstawiający sceny Narodzenia Chrystusa i Hołd pasterzy. Wówczas kaplicę nazwano Kaplicą Narodzenia. Niestety obraz ten skradziono w latach 80. XX w. Obecne wyposażenie nie przedstawia większej wartości, więc może nikt go nie ukradnie. Kaplicą opiekują się księża werbiści z pobliskiego klasztoru. Nabożeństwa odbywają się w niej okazjonalnie. Kapliczka zazwyczaj jest otwarta, więc można wejść do środka. Co zresztą zrobiliśmy. Okazało się, że ktoś przyniósł świeczkę, ktoś inny śpiewniki i tak spontanicznie zaczęliśmy śpiewać i modlić się, każdy we własnej, znanej sobie intencji.
Kapliczka stoi stosunkowo blisko rzeki. Zamierzaliśmy przejść na drugą stronę i wrócić inną drogą. Niestety zniszczony przez wodę most nadal nie został naprawiony, więc rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Część osób poszła do wsi Wojnity gdzie postanowiliśmy wspólnie pobiesiadować. Kierowcy wrócili tą samą trasą na parking po samochody. Szkoda, bo drugi, ten prawy brzeg rzeki jest zupełnie inny.
Jeden z jarów schodzący do rzeki ze zbocza wzniesienia nad wąwozem. Fot. Maria GiedzPozostałości po moście pozwalającym przejść na drugi brzeg rzeki. Fot. Maria GiedzKrótki odpoczynek przy jednej z tablic informujących o lokalnej roślinności. Fot. Maria Giedz
Fragment wystąpienia historyka Sławomira Cenckiewicza podczas odbierania Głównej Nagrody Wolności Słowa przyznanej za serial dokumentalny „Reset”, który zrealizował wspólnie z Michałem Rachoniem.
Ten film zrobiliśmy z trzech powodów. Zrobiliśmy go z miłości do Polski, zrobiliśmy go z miłości do prawdy i zrobiliśmy go dlatego, aby pokazać, to co Lech Kaczyński kiedyś nazwał, budowaniem masy wpływów rosyjskich w Polsce. I myślę, że to się udało. Ale ten film, ten serial, jest efektem, można powiedzieć, przymierza ludzi nauki, których ja tutaj reprezentuję, i dziennikarzy, których symbolem jest Michał Rachoń. I chciałem do państwa zaapelować, aby to przymierze trwało, żebyście państwo z takiego przymierza korzystali, żebyście państwu zawsze chciało się robić dobre reportaże, dobre filmy, żebyście państwo mieli tyle energii, tyle idei jak Mariusz Pilis czy Anita Gargas, bo wtedy efekt tej współpracy nauki z dziennikarstwem jest olbrzymi, jest wspaniały i cieszę się, że państwo to doceniliście.
Związałem się teraz z Telewizją Republika też dlatego, aby to przymierze trwało. Teraz kontynuujemy nasze dzieło, nie możemy już używać tytułu „Reset”, a więc będzie to „Zgoda”, w nawiązaniu do słowa, które odręcznie napisał Donald Tusk na dokumencie, w którym pojawiła się propozycja zawiązania współpracy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Cieszę, że mogę to przymierze w Telewizji Republika kontynuować, dziękuję już awansem za to, że robimy ten film. Państwu życzę dobrego odbioru i żebyście nie tracili nadziei i nigdy nie myśleli, że już wszystko wiecie i że nic już nie jest do odkrycia i żebyście mieli po prostu dobre pomysły.