TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bez Czerwca 1976 r. nie byłoby Solidarności

Mimo, iż do dziś powielane są kłamstwa o tym, że „ludowa” władza musiała stłumić wystąpienie mętów i pijaków, był to kolejny zryw Polaków przeciw narzuconej przez Sowietów komunistycznej władzy. Protesty czerwca 1976 r. zostały wywołane drastyczną podwyżką cen na podstawowe artykuły spożywcze, w partyjnej propagandzie nazywaną „operacją cenową”.

Komuniści przygotowywali podwyżkę przez 1,5 roku. Czerwona władza rozważała 10 wariantów, ale wybrała najgorszy z możliwych – najmniej zarabiający mieli dostać najmniejsze rekompensaty.

– Wszystkie „polskie miesiące” – Czerwiec 1956 w Poznaniu, Grudzień 1970 w Gdańsku, Czerwiec 1976 w Radomiu, strajki lata 1980 roku, łączyły wspólne elementy w wymiarze ekonomicznym, społecznym i politycznym – mówi prof. Jerzy Eisler. – To nie były różne kryzysy, to był ten sam kryzys, który uzewnętrzniał się co jakiś czas. Nie chodziło tylko o kiełbasę, każdy polski bunt miał charakter niepodległościowy. Chleb lubi być posmarowany wolnością.

 „Pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia”

Czerwony Radom pamiętam siny
jak zbite pałką ludzkie plecy
szosę E-7, na dworcach gliny
jakieś pieniądze, jakieś adresy

– śpiewał Jan Krzysztof Kelus w „Balladzie o szosie E-7”.

– Za każdym razem scenariusz protestów był taki sam – zaczynało się rano w zakładzie pracy, czy to w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, czy w Stoczni Lenina w Gdańsku, czy w Zakładach Metalowych im. Gen. Waltera w Radomiu – mówi dalej prof. Eisler. – Za każdym razem tłum podążał w kierunku KW PZPR, bo ludzie wiedzieli, że to była prawdziwa władza. Nigdy do protestujących nie wychodził I sekretarz, ale jego zastępca. Wszędzie do budynku wchodzili prowokatorzy i rozpoczynało się plądrowanie. Wszędzie spokojny tłum był atakowany przez „siły porządkowe”.

Strach w ludzkich oczach, upokorzenie
w spotniałych palcach świstki wyroków
pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia
listy z więzienia, lekarz, adwokat

– śpiewał dalej J.K. Kelus.

W Radomiu przeciwko demonstrantom skierowano 1543 milicjantów i zomowców oraz kilkuset tajniaków. Według danych MSW w czasie kilkugodzinnych zajść ulicznych zginęły dwie osoby, rannych zostało co najmniej 121 cywilów (liczba znacznie zaniżona). Według środowisk opozycyjnych zatrzymano ponad 2 tys. osób, większość została brutalnie pobita. W trybie natychmiastowym zwolniono z pracy 939 osób.

„Szosą E-7, dziwny autostop”

Naprawdę trzeba było coś zrobić
naprawdę gliny były na dworcach
i stąd to całe nasze jeżdżenie
szosą E-7, dziwny autostop

Konrad Bieliński, działacz KOR: – Szosą E-7 jeździliśmy do Radomia z Warszawy. Do poszkodowanych dotarliśmy dopiero po 1,5 miesiąca. Zdobywanie adresów było bardzo trudne, tak jak pierwsze kontakty z rodzinami.

Czerwiec nas zastał z dala od miasta
jesienią Konrad już na nas czekał
pierwsze pieniądze właśnie zebrano
pojechaliśmy, ktoś musiał jechać

Wiesław Długosz, skazany na 9 lat więzienia: – Dlaczego kontakty były trudne? Tropami opozycjonistów szli esbecy.

Konrad Bieliński: – Esbecy przychodzili przed nami i mówili, że pojawią się tacy z KOR-u, a jak zadzwonicie, to syn, czy mąż wyjdzie wcześniej.

Nadziei miałem bardzo niewiele
że na coś przyda się to jeżdżenie
mówiąc po prostu raczej myślałem
że to się znowu skończy więzieniem

Sędzia Dobrowolska

Szum zagłuszaczki, to o Radomiu
jak o procesach mówią już brzeskich
znowu jesteśmy z dala od miasta
co też tam słychać u Romaszewskich?

Był jeden akt oskarżenia i ludzi skazywano na podstawie tego samego paragrafu, bez udowodnienia jednostkowej winy.

– Sądy działały wtedy szybko. Sędzia Dobrowolska potrafiła w 15 minut skazać człowieka na dwa lata więzienia – zapamiętał Mirosław Chojecki, który też jeździł do Radomia z pomocą i uczestniczył w rozprawach przeciwko robotnikom. – Sędziowie trochę się zreflektowali, gdy zaczęła przyjeżdżać Halina Mikołajska i mecenas Siła-Nowicki.

Sędzia Elżbieta Dobrowolska sądziła w Radomiu jeszcze przez wiele lat.

– Dostajemy renty po 600-700 zł., a w Radomiu jest biednie – mówił mi jeden z poszkodowanych. – Czerwiec złamał nam życiorysy, a potem zostaliśmy bez jakiejkolwiek pomocy. Wyroki zrewidowano nam dopiero wiele lat po 1989 roku.

Gdyby nie Ursus i Radom

Na różnych szosach jadąc nocami
wiem że się Radom przypomni jeszcze
gdy wycieraczki będą zmazywać
półkola w kroplach rzadkiego deszczu

W Radomiu stanęły wszystkie ważniejsze zakłady, ok. 20 tys. osób. 1 lipca 1976 r. Stefan Kisielewski napisał, że to był pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka.
Protestowano nie tylko w Radomiu, Ursusie i Płocku. Strajki wybuchły w 97 zakładach w 24 województwach z udziałem ponad 70 tys. osób. To był wielki bunt społeczny o szerokim zasięgu. Bunt przeciwko komunie i do tego bunt udany. Jeszcze tego samego dnia władze „po konsultacjach społecznych” w całym kraju odwołały podwyżki cen.

„Gdyby nie Ursus i Radom do dziś jedlibyśmy chleb z marmoladą” – takie powiedzonko zapamiętano w Radomiu.

To już naprawdę 5 lat minęło
znowu jesteśmy z dala od miasta
I tylko nie wiem czy będę umiał
znowu pojechać szosą E-ileś
gdy przyjdzie pora i co odpowiem
gdy ktoś mnie spyta gdzie wtedy byłeś?

Potem przyszły strajki lipca i sierpnia 1980 r., Solidarność, okrągły stół i transformacja systemu. Bez Czerwca 1976 r. byłoby to niemożliwe.

MARIA GIEDZ: Integracja w Dolinie Rzeki Wałszy

Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Jednym w urokliwych miejsc tego rejonu jest Dolina Rzeki Wałszy.

Zapewne niewiele osób słyszało o rzece Wałsza. Podpowiem, jej źródła znajdują się na południowym stoku Góry Zamkowej niedaleko Dzikowa Iławeckiego. Rzeka nie jest długa, gdyż do ujścia, a wpada do rzeki Pasłęki, musi pokonać zaledwie 67 kilometrów. Za to jest bardzo urokliwa, meandrująca, momentami staje się bystrą rzeką górską, tworząc na rumowiskach głazów małe wodospady. Przepływa przez serce Warmii, czyli pomiędzy Pieniężnem a Wojnitami – jest to 17-kilometrowy odcinek, gdzie w 1907 r. powstał rezerwat przyrody. Informację na ten temat opublikował Hugo Conwentz, niemiecki botanik, pionier europejskiej ochrony przyrody. Tak Niemiec, bo były to czasy, kiedy oficjalnie Warmia nie należała do Polski. Polska ustanowiła mniej więcej w tym samym miejscu rezerwat, ale dopiero w 1957 r. Mimo tych zawiłości politycznych uważa się, że jest on jednym z najstarszych rezerwatów na terenach dzisiejszej Polski, ale i jednym z najstarszych w Europie. Przed II wojną światową był jedynym zadrzewionym obszarem w okolicach Pieniężna, gdzie odpoczywali mieszkańcy nie tylko z niedalekich miejscowości, ale i z Królewca, a nawet z Berlina. Do dyspozycji mieli pensjonat z restauracją leśną, basenem kąpielowym, muszlą koncertową, strzelnicą sportową i innymi atrakcjami, jak chociażby kręgielnia. Ponoć owe „turystyczne” wspaniałości istniały już przed I wojną światową. Natomiast w Wałszy pływały specjalnie hodowane pstrągi, a po lasach spacerowały bażanty. Niektórzy dodają, że w rezerwacie rosły też orchidee.

Rezerwat

Dzisiaj atrakcję rezerwatu stanowi głównie przyroda i może właśnie dlatego Grzegorz Radzicki, członek Zarządu Głównego SDP, pochodzący z niedalekiej Ornety, a pracujący m.in. w Pieniężnie wybrał to miejsce na organizowanie corocznych wiosennych spotkań integracyjnych dla przyjaciół i znajomych. Polegają one na wspólnej wędrówce po dolinie rzeki. Na hasło Grzegorza kilkadziesiąt osób z całej Polski – młodzi i starzy, a nawet pies – dociera do Pieniężna. „Uzbrojeni” w wygodne buty najlepiej trekkingowe, czasem kijki do chodzenia i odzież przystosowaną do wędrówki po terenie niemal górskim wyruszają z okolic kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pieniężnie, teoretycznie XIV-wiecznego, gdyż obecny kościół jest XIX-wieczny, neogotycki. Stary rozebrano w 1895 r., ale zachowano fragmenty jego gotyckiej wieży. Pomiędzy kościołem a plebanią w dół do doliny wiodą kamienne schody. Dochodzą do sporej polany, w okolicy której niegdyś stał pensjonat. Dzisiaj są tam tablice informacyjne oraz drewniana brama, czyli wejście na ścieżkę edukacyjną „Czarci Jar”, prowadzącą do rezerwatu.

Brama prowadząca do rezerwatu Czarci Jar. Fot. Maria Giedz

Teren rezerwatu, to głęboki na 50-60 m leśny wąwóz, miejscami ze stromymi ścianami porośniętymi grabami, lipami, świerkami, brzozami, dębami, bukami… Pocięty jest bocznymi jarami, którymi spływają strumyki. Rośnie w nim ok. 300 gatunków roślin chronionych, m.in. skrzyp zimowy osiągający wysokość nawet znacznie ponad metr. Żyją w nim sarny, bobry, borsuki, zające, wydry, żmije, a także zaskrońce… oraz wiele ptaków, m.in. bocian czarny i biały, sikory, dzięcioły, zięby, sójki, sroki, ….

Konstrukcja mostu kolejowego nad doliną Wałszy wzniesionego w 1885 r. Fot. Maria Giedz

Początkowo wygodna, w wielu miejscach wykładana drewnianymi deskami ścieżka wiedzie przez las skąd rzeki prawie nie widać. Co jakiś czas na drzewach pojawiają się znaki czerwonego szlaku pieszego. Po kilku minutach marszu zza drzew, a właściwie ponad nimi wyłania się potężna metalowo-betonowa konstrukcja mostu, niestety w większości zasłonięta przez gałęzie pełne zielonych liści, które nie pozwalają jej sfotografować. Do brzegu rzeki trudno dojść, ale i tak to nic nie da, bo gałęzie zasłaniają widok. Most ten zbudowano w latach 1884 – 1885 r. na wysokości 30 m (niektórzy podają, że do lustra wody jest prawie 40 m) i prawdopodobnie jest najwyższym czynnym mostem kolejowym w Polsce wzniesionym ponad rzeką. Jego długość wynosi 160 m. Składa się z dwóch 28-metrowych filarów oraz dwóch dźwigni wspierających trzy zwisające łuki. Most został zniszczony, a raczej wysadzony w powietrze 17 lutego 1945 r. Odbudowano go w 1950 r.

Wczesnośredniowieczne grodziska

Dawno temu, na terenach dzisiejszego miasta o nazwie Pieniężno, przez lata zwanego Melcekuke (od zarośli, w których zadomowił się diabeł, czyli czart), mieszkali Prusowie. Nie mylić z Prusakami, czyli Niemcami, którzy na bazie zakonu krzyżackiego po 1466 r. stworzyli szereg państw zwanych Prusami (były wschodnie, książęce…, powstało nawet królestwo niemieckie zwane Prusami). Wśród Prusów żyło m.in. plemię Warmów. Ostatnim wodzem Prusów (nie Prusaków) był Wewa. To jego ludzie żyli nad jarem bystrej rzeki obecnie zwanej Wałszą. Zajmowali się uprawą roślin na niewielkich poletkach, zbieractwem najróżniejszych owoców z drzew i krzewów rosnących po obu stronach rzeki w bujnych lasach pełnych mieszanych drzew, kwiatów, traw, mchów… i oczywiście polowaniem. Jedną z takich osad, usytuowaną na górce, był Zamkowy Wał. Była ona ogrodzona mokradłem, rowem z wodą, rozlewiskiem i rzeką. To tam chronili się Warmowie przed nieproszonymi gośćmi.  Archeolodzy twierdzą, że najprawdopodobniej mieściła się w nim główna siedziba ludu Wewa. Obiekt ten – dzisiaj prawie niewidoczny – datowany jest na XI-XII w. Pełnił funkcję obronną na granicy plemiennej Warmów i Pogezanów.

Ścieżka poprowadzona przez rezerwat wzdłuż rzeki jest zróżnicowana. Fot. Maria Giedz

Po przeciwnej stronie rzeki, gdzie również poprowadzono ścieżkę turystyczną, na górce, tuż za nowym mostkiem Warmowie mieli kolejną osadę? Było to grodzisko, a może tylko wieża obserwacyjna, zwana Szpiczastą Górą. Do celów obronnych chyba nie najlepiej się nadawała, gdyż brakuje tam mokradeł. Ponadto szczyt ewidentnie został usypany i mogła tam stać wieża. Niestety w tym miejscu nie prowadzono większych badań archeologicznych. Na owo wzniesienie nie da się wejść, ale można je obejść.

W okolicy znajduje się jeszcze jedno grodzisko zwane Szaniec, usytuowane w Wojnitach, czyli wysunięte najdalej na południe i podobnie jak pozostałe było w posiadaniu plemienia Wewów. Było to niegdyś duże założenie obronne usytuowane na stromym pagórku. Składało się z wału ziemnego z wbitymi w niego pionowymi palami. Wał wzmacniały ścięte drzewa z gałęziami skierowanymi na zewnątrz, utrudniającymi przejście. Za wałem znajdowała się spora przestrzeń i dopiero za nią właściwe grodzisko otoczone kolejnym wysokim wałem. Niestety i o tym grodzisku niewiele wiemy, gdyż nie prowadzono na nim badań archeologicznych, a szkoda, ponieważ Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Wiele osób kojarzy ją z Mazurami, mimo że różnica jest ogromna. No ale obie krainy ze sobą graniczą, więc dla niektórych, zwłaszcza w dobie globalizacji nie stanowi to różnicy. To tak jak by powiedzieć, że Kaszuba, to to samo co Kociewiak, a Polesie utożsamiać z Podlasiem.

Cudowne źródełko

Pogoda dopisuje. Ptaki śpiewają, więc przy nowym mostku robimy postój. Grzegorz Radzicki jako główny organizator, ale i przewodnik naszej wycieczki opowiada o otaczającej nas przyrodzie, o rezerwacie. Zapowiada też, że za górą, którą musimy pokonać znajduje się chyba najciekawsza, dostępna „atrakcja” na trasie naszej wędrówki, ale o tym za chwilę. Dopowiada też, że za nowym mostkiem, przez który przechodzi się na drugą stronę rzeki znajduje się parking, ale też wiedzie ścieżka równoległa do rzeki. My jednak idziemy po lewej stronie, gdzie droga staje się bardziej wymagająca. Najpierw podchodzimy pod stromą górkę, a następnie z niej schodzimy. Obejść się nie da, chociaż śmiałkowie próbowali. Rzeka w tym miejscu niezbyt sforna, podmyła stoki pagórka zwanego Białą Górą, wznoszącą się 60 m ponad lustro wody. Dalej, za górką przechodzi się przez rozlewiska, gdzie można spotkać powalone drzewa i rosnące na nich huby. Wiosną pełno tu kwiatów. Wreszcie dochodzi się do „cudownego źródełka” o niezbyt miłym zapachu, bo z siarczkiem żelaza. Źródełko jest właściwie nieczynne, gdyż wody w nim nie ma.

Ze źródełkiem tym wiąże się kilka opowieści. Jedna podaje, że uratowało ono życie wycieńczonym żołnierzom ukrywającym się w okolicy podczas wojny. Kiedy pili tę wodę wracali do sił, a jeśli byli chorzy to zdrowieli. Według innej legendy, a działo się to bardzo dawno temu, doszło do ogromnej wojny. Mieszkańcy Pieniężna, chroniąc się przed obcymi wojskami pośpiesznie uciekali z domów. Pozostali jedynie chorzy, którzy schronili się w dolinie rzeki Wałszy, właśnie w pobliżu owego źródełka. Żywili się tym co w lesie znaleźli, popijając wodę ze źródełka. Po kilku dniach wszyscy powrócili do zdrowia.

Po zakończeniu wojny, kiedy mieszkańcy Pieniężna powrócili do domów i odkryli uzdrawiającą moc wody źródlanej zaczęli organizować pielgrzymki do tego cudownego źródełka. Pielgrzymki wyruszały w dniu św. Jakuba, czyli 25 lipca, po mszy odpustowej odprawianej w kościele św. Jakuba w Pieniężnie. Ten XVI-wieczny Kościół Rzymskokatolicki pw. św. Jakuba w 1959 r. zaadaptowano na potrzeby Cerkwi greckokatolickiej pw. Św. Michała Archanioła. Wodą leczono choroby skóry, wzrok, słuch, a także choroby przewodu pokarmowego.

Kapliczka przy cudownym źródle. Fot. Maria Giedz

W 1826 r. obok źródełka wybudowano Kaplicę. Ufundowała ją wdowa po pieniężeńskim piekarzu o nazwisku Gehrmann. Dawniej była to kaplica Matki Bożej, ponieważ wewnątrz znajdowała się figura Matki Boskiej Niepokalanej wyrzeźbiona przez miejscowego artystę, a za model posłużyła dziewczyna z Pieniężna. W 1938 r. w kaplicy umieszczono XIX-wieczny obraz przedstawiający sceny Narodzenia Chrystusa i Hołd pasterzy. Wówczas kaplicę nazwano Kaplicą Narodzenia. Niestety obraz ten skradziono w latach 80. XX w. Obecne wyposażenie nie przedstawia większej wartości, więc może nikt go nie ukradnie. Kaplicą opiekują się księża werbiści z pobliskiego klasztoru. Nabożeństwa odbywają się w niej okazjonalnie. Kapliczka zazwyczaj jest otwarta, więc można wejść do środka. Co zresztą zrobiliśmy. Okazało się, że ktoś przyniósł świeczkę, ktoś inny śpiewniki i tak spontanicznie zaczęliśmy śpiewać i modlić się, każdy we własnej, znanej sobie intencji.

Kapliczka stoi stosunkowo blisko rzeki. Zamierzaliśmy przejść na drugą stronę i wrócić inną drogą. Niestety zniszczony przez wodę most nadal nie został naprawiony, więc rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Część osób poszła do wsi Wojnity gdzie postanowiliśmy wspólnie pobiesiadować. Kierowcy wrócili tą samą trasą na parking po samochody. Szkoda, bo drugi, ten prawy brzeg rzeki jest zupełnie inny.

Jeden z jarów schodzący do rzeki ze zbocza wzniesienia nad wąwozem. Fot. Maria Giedz
Pozostałości po moście pozwalającym przejść na drugi brzeg rzeki. Fot. Maria Giedz
Krótki odpoczynek przy jednej z tablic informujących o lokalnej roślinności. Fot. Maria Giedz

SŁAWOMIR CENCKIEWICZ: „Reset” to efekt przymierza nauki z dziennikarstwem

Fragment wystąpienia historyka Sławomira Cenckiewicza podczas odbierania Głównej Nagrody Wolności Słowa przyznanej za serial dokumentalny „Reset”, który zrealizował wspólnie z Michałem Rachoniem.

Ten film zrobiliśmy z trzech powodów. Zrobiliśmy go z miłości do Polski, zrobiliśmy go z miłości do prawdy i zrobiliśmy go dlatego, aby pokazać, to co Lech Kaczyński kiedyś nazwał, budowaniem masy wpływów rosyjskich w Polsce. I myślę, że to się udało. Ale ten film, ten serial, jest efektem, można powiedzieć, przymierza ludzi nauki, których ja tutaj reprezentuję, i dziennikarzy, których symbolem jest Michał Rachoń. I chciałem do państwa zaapelować, aby to przymierze trwało, żebyście państwo z takiego przymierza korzystali, żebyście państwu zawsze chciało się robić dobre reportaże, dobre filmy, żebyście państwo mieli tyle energii, tyle idei jak Mariusz Pilis czy Anita Gargas, bo wtedy efekt tej współpracy nauki z dziennikarstwem jest olbrzymi, jest wspaniały i cieszę się, że państwo to doceniliście.

Związałem się teraz z Telewizją Republika też dlatego, aby to przymierze trwało. Teraz kontynuujemy nasze dzieło, nie możemy już używać tytułu „Reset”, a więc będzie to „Zgoda”, w nawiązaniu do słowa, które odręcznie napisał Donald Tusk na dokumencie, w którym pojawiła się propozycja zawiązania współpracy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Cieszę, że mogę to przymierze w Telewizji Republika kontynuować, dziękuję już awansem za to, że robimy ten film. Państwu życzę dobrego odbioru i żebyście nie tracili nadziei i nigdy nie myśleli, że już wszystko wiecie i że nic już nie jest do odkrycia i żebyście mieli po prostu dobre pomysły.                    

Wielkopolski Oddział SDP wybrał władze i delegatów na kolejną kadencję. Jolanta Hajdasz ponownie prezesem

Jolanta Hajdasz  została wybrana prezesem Wielkopolskiego Oddziału SDP prawie jednogłośnie, nie miała żadnego kontrkandydata. Głosowało na nią 24 z 26 obecnych na zebraniu członków WO SDP. 

Na zebraniu wybrano nowe składy wszystkich statutowych organów – Zarządu, Komisji Rewizyjnej i Komisji Członkowskiej. W Zarządzie Oddziału przez najbliższe 3 lata pracować będą : Aleksandra Tabaczyńska, Krystyna Różańska – Gorgolewska, Dawid Jung, Piotr Tomczyk i Hubert Jach.  W skład Komisji Rewizyjnej weszli ponownie : Alicja Kopczyńska, Tadeusz Owczarzak-Gran i Marek Idzior, a Komisję Członkowską  tworzyć będą Barbara Ziółkowska, Andrzej Karpiński i Michał Michalski. Walne Zebranie WO SDP odbyło się 14 czerwca w Szkole Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Poznaniu.

Wielkopolski Oddział SDP jest jednym z najwcześniej utworzonych  oddziałów SDP po reaktywacji Stowarzyszenia w 1989 r. zlikwidowanego w stanie wojennym. Jest także ( poza Warszawą) jednym z najliczniejszych, obecnie liczy 154 członków. W czasie zebrania wybrano także 8 delegatów na Walny Zjazd SDP, jaki ma się odbyć w Kazimierzu Dolnym w dniach 11-13 października b.r. Delegatami z Wielkopolski zostali : Anna Kopras-Fijołek, Irmina Kosmala, Dawid Jung, Andrzej Karpiński, Piotr Tomczyk, Tadeusz Owczarzak-Gran, Bartosz Garczyński i Hubert Jach. Z racji pełnienia obecnie funkcji z Zarządzie Głównym mandaty delegatów ma także 5 kolejnych osób z Wielkopolskiego Oddziału SDP – Jolanta Hajdasz (wiceprezes SDP), Aleksandra Tabaczyńska(skarbnik SDP), Krystyna Różańska-Gorgolewska (członek Komisji Interwencyjnej),  Barbara Ziółkowska (Rzecznik Dyscyplinarny) i Piotr Górski ( Przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego) .

Wielkopolski Oddział SDP organizuje co roku Konkurs Dziennikarski dla dziennikarzy z regionu,  przyznając nagrody w 4 kategoriach: Nagroda Główna, Nagroda Virtuti Civili, Nagroda im. Wojciecha Dolaty i Nagroda dla Młodych Dziennikarzy im. Wojciecha Cieślewicza.  Od dwóch lat organizuje te konkursy wspólnie z Oddziałem Lubuskim SDP.  Od 3 lat Zarząd WO SDP przyznaje także swoje honorowe wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego oddziału SDP  najbardziej zasłużonym dziennikarzom z Wielkopolski.

 

Poważnie (nie)żartuję – rozmowa z WIESŁAWEM KOTEM, uhonorowanym Laurem Wielkopolskiego Oddziału SDP

Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Fot. archiwum W. Kot

 „Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?

Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.

Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?

Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.

Teraz Pan naprawdę przesadza.

Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.

Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?

Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.

Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?

Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.

I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.

Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.

Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…

Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.

Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.

Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.

Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.

Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.

Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?

Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.

Fot. archiwum W. Kot

Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak  leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.

Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.

Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.

Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.

O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?

Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.

Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?

Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…

Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.

Umrzeć przy klawiaturze.

Nie tak szybko. Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…

Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Ze skruchy dla fuchy

Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?

Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa  i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.

Jeszcze  oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.

Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.

Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.

A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.

Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Gwara zamiast Tygrysa

Bój o uznanie osobnego języka śląskiego nie jest tylko, moim zdaniem, fragmentem dążenia do uznania osobnej narodowości śląskiej. Celem jest oddzielenie Śląska od Polski, co jest w żywotnym interesie Niemiec i jest równie żywotnie sprzeczne z polską racją stanu. Ciekawy jest jednak sposób przeprowadzania tej operacji. Kiedyś tego rodzaju działania przeprowadzano z pomocą naukowców, kongresów, referendów. Dziś załatwiają to media, „znani i lubiani” oraz influencerzy.  

Oczywiście awantura o odesłanie przez prezydenta planowanej ustawy o języku śląskim ma też kilka bardziej bieżących celów. Wszystko co nie jest poświęcone nadchodzącej potwornej drożyźnie jest w interesie władzy i jej obecnych oraz przyszłych beneficjentów i tu trzeba przyznać masa medialna spisuje się na piątkę. Przeciwny „językowi śląskiemu” jest prezydent, a za jest choćby pisarz Twardoch, który od lat dobrze wie, gdzie frukta leżą. Za są także media, które są efektem rynku konstruowanego od 35 lat przez własnościowe i regulatywne efekty przyjaźni polsko-niemieckiej. Te same media, które wciskały w czasie pandemii, że przez Polskę przewija się fala nienawiści do Śląska i Ślązaków, bo w kopalniach dużo zachorowań.

Ciekawa nie jest jednak sama definicja, a definiujący. W ogóle niby żyjemy w czasach coraz bardziej zprofejsonalizowanych, ale zdarzają się zaskakujące wyjątki i jest ich całkiem sporo. Weźmy taką tabletkę wczesnoporonną. Chyba o tym, czy powinna być na receptę czy nie i czy mogą ją brać starsze dzieci, bo za takie postrzegam piętnastolatki, powinni decydować jacyś naukowcy, chemicy, lekarze, pedagodzy i tym podobni? Decydowali posłowie i media. Podobnie z tym Śląskiem. Twardoch, Kuczok, jakiś facet z europarlamentu, który buduje karierę na pluciu na Polskę mocniejszym niż jakikolwiek inny europoseł na swój własny kraj, zastąpili ekspertów. A także zastąpili wielusetletnie procesy, które na Śląsku po prostu nie zaszły. Wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród, jedni definiowali tak, inni siak. Jedni uważali, że stworzyło ją oświecenie, inni że romantyzm. Właśnie zmarły wybitny egiptolog Barry J. Kemp wykazał dość logicznie, że starożytni Egipcjanie pięć tysięcy lat temu spełniali jej wymogi. Tyle, że w przypadku Śląska cała gama tych różnych czynników nie zachodzi, a śląski to po prostu gwara, co dość przystępnie wytłumaczył profesor Miodek. Niestety, gdyby znany językoznawca i gramatyk mówił o tym, jakim zagrożeniem jest Kaczyński byłby słuchany i cytowany z przejęciem i nabożnością. Ale na języku to on się ewidentnie nie zna. Jest wsteczny, nie to co zetesempowcy, pionierzy i czerwoni harcerze odłączania Śląska od Polski. On mówi, że to dialekt, że nie różni się od dialektu wielkopolskiego czy małopolskiego. Że to archaiczna polszczyzna, a więc tym bardziej dowodzi ona polskości Śląska. Oni mówią, że tak nie jest, a za argument mają modę, siłę, Szymona Hołownię ze swoim jak zawsze kaznodziejskim słowem o tolerancji oraz wizytą w kopalni i Donalda Tuska z jego gniewnym słowem, bo jego elektorat tak lubi, jak on się gniewa. Jest wtedy taki mocny prawie jak Jaruzelski.

Dodajmy, że niedługo będziemy przekonywani w ten sposób nie tylko, żeśmy byli dla Żydów gorsi niż Niemcy, żeśmy kupowali Śląsk, a lotnisko w Berlinie nam wystarczy zamiast naszego. Niedługo podobne argumenty będą uzasadniać podwyżki cen gazu, rujnujące termoizolacje i inne światłe zmiany, które wpędzą z powrotem w nędzę sporą część Polski. Pytanie, czy jak się ją podkarmi odpowiednią propagandą w ogóle ona to zauważy?

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Hierarchia pomówień

Rzeczywistość, która pomału stawała na głowie już dawno, zaczyna robić w tym wielkie postępy. Na początku było słowo, ale można się obawiać, że i na końcu naszej cywilizacji będzie słowo, które nie będzie miało już znaczenia, bo wszystkie znaczenia zdezawuowały karczemne spory, obelgi i narracje.

 Na ciekawą prawidłowość zwrócił mi uwagę dziennikarz Patryk Słowik. Otóż, jeśli napisze on, że poseł X albo posłanka Y, z jednej, drugiej albo którejś z pomniejszych partii, ukradła w Biedronce lub Lidlu owoc awokado, jedną sztukę, to rozpęta się piekło. Zapewne będzie trwał długotrwały proces, będą powoływani świadkowie, być może biegli, a ostatecznie dziennikarz, zakładając że zmyślił historię, będzie musiał przeprosić i on lub redakcja będą musieli zapłacić wysokie odszkodowanie. Ale za to można bezkarnie, wzorem innych polityków, biegać i krzyczeć, że ten jest szpiegiem, ten od Putina, ten zdrajcą, ten hitlerowcem.

Rozwińmy tę myśl, być może nawet wbrew intencji jej autora. Można bezkarnie twierdzić, że całe środowisko polityczne dokonało mordu na prezydencie Gdańska Adamowiczu, bez najmniejszych dowodów na to. Można twierdzić, że chory człowiek, który się podpalił, jest ofiarą czyichś działań. Można utrzymywać, że każdy przypadek zaniedbania szpitalnego, gdzie ucierpi jakaś ciężarna to wina Trybunału Konstytucyjnego. Można – wzajemnie, podkreślmy – nazywać się przestępcami. Bawić się jakimiś strzępkami informacji, kawałkami, sugerując, że ktoś jest gorszym człowiekiem, kryminalistą. Można zaszczuwać byłego ważnego menadżera wydając publicystyczne wyroki przed procesami, a nawet początkiem zbierania jakichkolwiek materiałów. Można wzywać prokuratorów, by też to robili. Wyspecjalizował się w tym obecny premier, a skoro przykład idzie z góry? Niewielkim usprawiedliwieniem jest fakt, że sam bywał obiektem niezbyt niekiedy ładnych działań ze strony przeciwników.

Wszystko to standard. To nasz polityczny chleb powszedni. Ale nie skradzione awokado. Skradzione awokado byłoby konkretem, a my mamy do czynienia z rytuałem nienawiści, który zawsze oparty jest na skojarzeniu, pomówieniu, sztukowaniu jakiś rzekomych powiązań, jak w książkach Tomasza Piątka. W ten sposób powstaje właśnie komisja śledcza do spraw rosyjskich wpływów, w której zasiada towarzystwo w dużym stopniu o uleganie im oskarżane.

Problem w tym, że i konkrety zaczynają się wtedy rozpływać. Tomasz Lis, który miał dociskać dziennikarkę do ściany i całować na siłę i wsadzać makijażystce dłonie w „otwór w spodniach na wysokości uda” to chyba konkret? Ale sąd go nie skazał. Jaki z tego wniosek? Że jest niewinny. Wszystko należy do sądu, a więc do tego, do kogo należy sąd. Jak widać także język, bo przecież sprawa dotyczy dziennikarzy.

W ten sposób słowa nie mają już większego znaczenia. Ma znaczenie, kto ich używa i czy ma władzę by sprawiać, że będą „prawdziwe” lub „nie”. Czy jego są sądy, prokuratura, media. Nie wiadomo co można, co nie. Co jest kłamstwem, co nie. Wszystko zależy od władzy, od widzimisię, czasem od przypadku. Drzewiej już też tak bywało, ale jak dochodzą do tego media społecznościowe to powstaje coś nowego. Niezbyt przyjemnego i jak wiele nieprzyjemnych rzeczy – raczej nieuchronnego.

CEZARY KRYSZTOPA: Folksdojcze i półgłówki

Ktoś powie, że ruch Rafała Trzaskowskiego z zakazem krzyży i nakazem używania bzdurozaimków to odwracanie uwagi od spraw istotnych. I będzie miał rację. Wydaje mi się jednak, że w znacznie większym stopniu jest to wyraz histerycznej wręcz desperacji w jaką popadła Koalicja 13 grudnia.

Żeby było jasne, Krzyż jest najważniejszym symbolem w historii ludzkości. A to jak ważne są kwestie związane z rosyjską agenturą w Polsce, pokazała sprawa sędziego Szmydta. Jednak w rozumieniu mechaniki działania państwa kwestie ataku na Krzyż, czy przedurnej narracji „PiS to Rosja”, służą Koalicji 13 grudnia wyłącznie do odwracania uwagi od spraw takich jak likwidacja projektów strategicznych (kiedy to piszę w mediach społecznościowych krąży plotka jakoby „Tusk miał jednak budować CPK”, ale zanim skończę pewnie już przestanie), katastrofalne dla polskiej gospodarki i portfeli Polaków przyspieszenie w sprawie Zielonego Ładu, zgoda na pakt migracyjny, katastrofa tzw. „stu konkretów” itd. itp.

Defetyzm w okopach

Problem w tym, że są to działania histerycznie nieporadne. I nawet nie chodzi o to, że nie odciągają uwagi, niestety odciągają, ale o to, że są dla ich operatorów na tyle kosztowne żeby móc wyciągnąć wniosek, że ich źródłem jest desperacja. Fanfaronada Trzaskowskiego, może i pozwoli Platformie kanibalizować wielkomiejski elektorat Lewicy tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w których frekwencja jest zazwyczaj niska, co powoduje, że największe znaczenie mają elektoraty „twarde”, ale jednocześnie osłabia więzi i tak ledwo trzymającej się kupy Koalicji 13 grudnia i w zasadzie zamyka szanse Trzaskowskiego na prezydenturę na poziomie krajowym. Z kolei z narracji „PiS to Rosja” śmieją się nawet najwierniejsze z wiernych media, pozostawiając Tuska na placu boju z Tomaszem Piątkiem, Tomaszem Wiejskim i twitterowym Wolfgangiem. Do klepania się po plecach w sieci wystarczy, ale czy wystarczy do utrzymania poparcia na dłuższą metę?

Jeśli dorzucić do tego planowaną ucieczkę najgrubszych hersztów do Brukseli (Sienkiewicz, Budka i Kierwiński to wiadomo, ale ostatnio „Wprost” pisał, że i Sikorskiemu Bruksela pachnie), trzeba być wyjątkowo zaślepionym lemingiem żeby nie dostrzec załamującej się linii rewolucyjnego frontu i dezercji jego przed chwilą jeszcze najbardziej wojowniczych komisarzy. Trudno nie odnieść wrażenia, że choć spora część prostych „bojowców” siedzi jeszcze w okopach, to jedni już rżną karabinem o bruk ulicy, a drudzy zaczynają się drapać po głowie mamrocząc pod nosem  – „Bujać – to my panowie szlachta”.

Nie ma nic

I chyba żaden TVN i żaden Michnik, nie jest już w stanie tego puczu uratować. Coraz wyraźniej widać, że w tym nie ma nic oprócz wysługiwania się Niemcom. Nic. Są tylko folksdojcze i półgłówki, które nie zdążyły dorosnąć do ról, które objęły. Jeszcze folksdojczom jakoś to się może opłacić, może dostaną jakiś ochłap w Brukseli, może nie dostaną, ale szansa jest. Półgłówki nie mają z tego nic, tylko straty i coraz bardziej wkurzone elektoraty.

Z drugiej strony, chyba nikt nie powinien się oszukiwać, że to się jakoś szybko skończy. Prawdopodobnie będzie jakiś czas gniło. Oby w tym czasie nie spadła na nas żadna wojna, ale straty i tak będą. I oby chociaż taki zysk, że następnym razem, wyjątkowo, Polak będzie mądry przed szkodą.

 

Zapraszamy do lektury nowego numeru „Forum Dziennikarzy”

Jak zwykle zapraszamy do lektury „Forum Dziennikarzy, w którym znajdziecie Państwo bardzo ważne teksty dotyczące losu mediów po wyborach parlamentarnych, które odbyły się jesienią ubiegłego roku.

Polecamy rozmowę Mari Giedz z Jolantą Hajdasz, dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy, która opowiada o tym co spotkało media i dziennikarzy po objęciu władzy przez rząd Donalda Tuska. Tekst nosi tytuł: Media Publiczne – Jeśli nie przejąć, to zlikwidować.

Kolejnym istotnym tekstem dla naszej organizacji jest materiał Jacka Karolonka „Drogowskaz ku nowym wyzwaniom” opisujący Zjazd Statutowy, który odbył się w Kazimierzu Dolnym a jego efektem są ważne zmiany w statucie SDP.

O tym co gnębi media w Polsce napisał Piotr Boroń w tekście „Dziennikarstwa siedem grzechów głównych”.

Do głosu o mediach w Polsce dołączył Marcin Wolski felietonem „Żelazna miotła”.

W tym numerze sporo miejsca poświęcono kulturze. Na uwagę zasługuje tekst Teresy Kaczorowskiej „Ernest Bryl. Wieszcz kodu narodowego.

Wojna i jej wpływ na relacje międzynarodowe to temat tekstu „Różnice nieoczywiste” opisującego wzajemne stosunki pomiędzy Czechami a Słowacją. Autorem jest Michal Lebduśka, czeski dziennikarz i analityk od kilku lat mieszkający w Polsce.

W podróż do „Doliny Świętych” zabierze nas Maria Giedz, dziennikarka, podróżniczka i wykładowca akademicki.

Jolanta Gajda pojechała jeszcze bardziej na Wschód i odwiedziła Japonię podążając śladami ojca Maksymiliana Kolbe. Swoja podróż opisała w tekście „Japoński Niepokalanów”.

Jak zwykle w najnowszym numerze znajdziecie Państwo jeszcze kilka innych, niemniej ciekawych tekstów.

Miłej lektury życzy

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

POBIERZ E-WYDANIE TUTAJ

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego