TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdegradować Rokossowskiego!

Ilu mamy marszałków Polski? Właściwie wiadomo. Józef Piłsudski i Edward Śmigły-Rydz. Dwóch przedwojennych marszałków. Ale jest jeszcze trzech powojennych: Michał Rola-Żymierski, Marian Spychalski i Konstanty (Konstantin) Rokossowski. Ten ostatni 1 maja 1950 r. wydał rozkaz dotyczący „czystki” i rusyfikacji dowództwa WP.

19 marca 1920 r., w dniu swoich imienin, Piłsudski przyjął reprezentantów Ogólnej Komisji Weryfikacyjnej, która na mocy uchwały Sejmu prosiła Naczelnego Wodza, by przyjął stopień Pierwszego Marszałka Polski. Jednak buławę marszałkowską wręczono mu uroczyście dopiero po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej 14 listopada 1920 r.

Teraz drugi polski marszałek Polski. Po śmierci Piłsudskiego, w 1935 r. Edward Śmigły-Rydz został mianowany przez prezydenta Ignacego Mościckiego generalnym inspektorem Sił Zbrojnych, a w następnym roku – 10 listopada 1936 r. – marszałkiem Polski. Buławę marszałkowską poświęcono w kaplicy Zamku Królewskiego w Warszawie. Uroczystość przekazania jej Śmigłemu-Rydzowi odbyła się na dziedzińcu Zamku, z udziałem przedstawicieli rządu, wojska, duchowieństwa. Jednak nie wszystkim przedstawicielom sanacji ta nominacja się podobała – wielu, szczególnie „starych” piłsudczyków, uważało, że godność ta należy się jedynie Piłsudskiemu, a Śmigły-Rydz nie zasługiwał na takie wyróżnienie.

Jest jeszcze trzeci marszałek Polski. 13 kwietnia 1923 r. prezydent RP Stanisław Wojciechowski, na wniosek Ministra Spraw Wojskowych gen. Kazimierza Sosnkowskiego i uchwały Rady Ministrów, nadał ten tytuł francuskiemu dowódcy Ferdinandowi Fochowi. 3 maja na placu Saskim w Warszawie Marszałek Foch wziął udział w uroczystym odsłonięciu pomnika księcia Józefa Poniatowskiego.

To teraz czerwoni marszałkowie. Konstanty (Konstantin) Rokossowski choć urodził się jako Polak, był potem bohaterem i marszałkiem Związku Sowieckiego, za zasługi (nie dla Polski przecież) został pochowany przy murze Kremla. I dwaj kolejni polscy zdrajcy – Michał Rola-Żymierski i Marian Spychalski, pachołki Rosji, dumnie spoczywający do dziś w Alei Zasłużonych Powązek Wojskowych w Warszawie.

Marszałkami Polski zostali nie z wyboru Polaków, ale z nadania Moskwy. Za życia na szczytach władzy (choć Rola-Żymierski – właściwie Łyżwiński – siedział przed wojną za korupcję, a Spychalski po wojnie za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). „Brudne imię Żymierskiego utrwali się w historii, jak utrwaliły się imiona targowiczan…” – pisała w maju 1945 r. Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj. Niestety, wszyscy po śmierci zostali nagrodzeni pochówkiem na Powązkach.

Do dziś ta nekropolia chwały polskiego oręża pozostaje zbezczeszczona przez komunistów. Bo prócz żołnierzy AK, wojny 1920 r. i 1939 r., powstańców listopadowych, styczniowych, bezczelnie położyli się tu po wojnie zdrajcy polskiej sprawy: komuniści. Kaci obok, a nawet nad ofiarami.

Wzięli sobie także Aleję Zasłużonych, gdzie prócz Roli-Żymierskiego i Spychalskiego straszą inni degeneraci, jak Gomułka, Świerczewski czy prezydent-morderca Bierut.

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

Komunistyczni generałowie, w tym: Berling, Oliwa, Urbanowicz, Jaroszewicz (także premier PRL), Jóźwiak (wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant MO), Kieniewicz (dowódca KBW), Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa), Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa), Muś (kolejny dowódca KBW), Ochab (kolejny KPP-owiec), Szlachcic (szef MSW).

Do tego szefowie bezpieki: Radkiewicz, Romkowski, Mietkowski, Ptasiński, Świetlik.

Niżsi rangą ubecy: Fejgin, Łyszkowski, Stróżyński, Umer.

Krwawi sędziowie: Badecki, Frenkiel, Garnowski, Hochberg, Karczmarz, Kryże, Ochnio.

Krwawi prokuratorzy: Zarakowski, Holder, Ligięza.

Komunistyczne morderczynie: Brystiger i Graff.

W ostatnich latach Powązki zanieczyścili kolejni komuniści: Jaruzelski i Siwicki. A także Czapla i Sawczuk (szefowie Głównego Zarządu Politycznego WP), Molczyk, wiceszef wojsk Układu Warszawskiego, który chciał zlikwidować Solidarność siłą. Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do robotników. Obok „kat Trójmiasta” Kociołek. I poprzednik Urbana – Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

1 sierpnia 2016 r., w kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, mauzoleum mordercy Bieruta zostało potraktowane czerwonym napisem „kat”. Podobnie grób Roli-Żymierskiego. Upiekło się tylko Spychalskiemu. Aby do takiego „szargania autorytetów” nigdy więcej nie doszło, oczyśćmy Powązki z komunistów. A trzech niepolskich marszałków zdegradujmy.

WALTER ALTERMANN: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (6)

Właściwie to tytuł tych felietonów jest fałszywy, bo w życiu coś jest albo śmieszne, albo smutne. Nie ma zjawisk, spraw obojętnych, a jeżeli ktoś twierdzi, że można być obojętnym, to znaczy, że już nie żyje. Choć jeszcze o tym nie wie.

Bardzo często dochodzi do tego, że ktoś przechodzi z jednego wyznania na inne. Najczęściej mamy wtedy do czynienia z przesłankami wywodzącymi się z dnia codziennego, z prostych interesów. Rzadziej natomiast u konwertytów spotykane są głębokie przemyślenia i głos serca.

Jedna religia nie zawsze wystarcza

Wiadomo, że marszałek Piłsudski przeszedł z wyznania rzymsko-katolickiego na luteranizm, ale zrobił to z miłości, co go poniekąd tłumaczy. 24 maja 1899 roku w Łomży 31-letni Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-luterańskie. Zrobił to, by 15 lipca 1899 roku poślubić Marię Kazimierę Koplewską-Juszkiewicz. Kochająca się para nie mogła pobrać się w obrządku katolickim, ponieważ Maria była rozwódką. Czyli interes był taki: Piłsudski chciał mieć żonę, a nie mógł liczyć, że Kościół pobłogosławi jego pomysł, więc przeszedł na luteranizm, który to kościół nie wchodził już tak drobiazgowo w sprawy matrymonialne. Zresztą Piłsudski po śmierci żony w 1921 r. wrócił do wiary rzymsko-katolickiej.

Nie ma się co oburzać na Piłsudskiego, skoro Henryk VIII powołał do istnienia zupełnie nową religię, bo papież miał już dość jego niestałości w uczuciach i nie chciał dać zgody na kolejny rozwód. Mógł król Anglii, mógł i Piłsudski, nie ma sprawy. W skutek takiego obrotu spraw Kościół anglikański uniezależnił się od papieży, a sam Henryk VIII został głową nowego kościoła i tym samy mógł się co i rusz rozwodzić.

Bawi mnie ogromnie anegdota, którą napisał (czy zapisał) Julian Stryjkowski. W małym żydowskim  miasteczku pewien Żyd dorobił się dużego majątku i postanowił przejść na katolicyzm. Wiadomość wstrząsnęła całym miasteczkiem i wszyscy Żydzi zgromadzili się pod domem przechrzty. Miotali obelgi i ciężkie przekleństwa. W końcu ekscentryk wyszedł na balkon i powiedział:

– Tak, wyrzekłem się wiary żydowskiej i przyjąłem chrzest. Teraz jestem Żydem wyznania rzymsko-katolickiego.

Tłum zawył z wściekłości i rozpaczy. Wtedy rabin powiedział:

– Moryc! Ty nie jesteś Żyd. Ty jesteś głupi Żyd.

Zmiany wiary politycznej

O ile zmiana wiary jest sprawą niejako osobistą, o tyle konwersje polityczne są publicznie ucieszne. W ciągu ostatnich 35 lat mamy do czynienia z nieustannym przemieszczaniem się naszych liderów między partiami. Spora grupa elity PiS trafiła do szeregów Platformy Obywatelskiej i byli to ludzi z wąskiego kręgu władz PiS. Dla równowagi inni z Platformy przerzucali się do PiS. Ale w końcu ruchy te odbywały się w rodzinie postsolidarnościowej i politycy partyjnie niezbyt usabilizowani mieli jakieś wytłumaczenie.

Natomiast nie ma wytłumaczenia fakt, że uciekinierzy z PiS-u stali się najbardziej zajadłymi gnębicielami tegoż PiS-u, gdy zasiedli już w ławach poselskich z poręki Platformy.

 

Wolty ideowe byłych członków PiS

Przypomnę, że Radosław Sikorski, obecny minister obrony narodowej, był trybunem PiS. Jako PiS-owiec w ostrych słowach beształ wtedy Platformę. Teraz, gdy jest członkiem PO i ministrem spraw zagranicznych z jej nadania, z tą sama pasję atakuje PiS. Mówił nawet o dobijaniu watahy, mając na myśli dobijanie PiS.

Jak on, tak bez wstydu, godzi taką życiową woltę ideologiczną? Nie wiem. Ale wiem, że większość przyzwoitych ludzi spaliłaby się ze wstydu, gdyby mieli zachowywać się jak on.

Tu przypomnę fragmenty bogatej drogi politycznej Sikorskiego. W latach 2005–2007 był ministrem obrony narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego a w latach 2007–2014 i od 2023  szefem dyplomacji w trzech rządach Donalda Tuska, był też marszałkiem Sejmu (2014–2015). W latach 2010–2016 był nawet wiceprzewodniczącym PO. Widać, że tanio się nie sprzedawał.

Od narodowców do liberałów

Również Roman Giertych, niegdysiejszy koalicjant PiS-u z Ligii Polskich Rodzin, wicepremier i minister edukacji we wspólnym rządzie, z chwilą rozpadu koalicji stał się skrajnym liberałem i libertynem, wspierającym moralnie ruchy LGBT+.

A przecież to za jego ministrowania szkoły miały obrać kurs narodowy, a lista pozycji, które minister usunął z lektur zadziwiała. Tak było na przykład z twórczością Witolda Gombrowicza. Nie mam dowodów, ale jestem głęboko przekonany, że obecnie mecenas Giertych czyta codziennie przed snem, do poduszki „Ferdydurke”, a po przebudzeniu  „Transatlantyk”.

Jak tak drastycznie można zmienić poglądy? Można, jeżeli poprzednie poglądy były natury koniunkturalnej i brały się z chęci robienia kariery.

Z ducha urodzeni lewicowcy, z wyrachowania liberałowie

Natomiast lista osób, które przeszły z SLD do Platformy budzi mój uśmiech, ale jest to uśmiech politowania. Lewicowcy zawsze podkreślają swoje powołanie, że są tacy z ducha, z niezgody na niesprawiedliwość społeczną, z niezgody na bogacenie się bogatych, kosztem biednienia biednych.

I coś w tym jest, a jest nawet bardzo wiele racji. Ale w takim razie, jak to możliwe, że nawet szefowie SLD, którzy najgłośniej wykrzykiwali zasady ideowe lewicy, nagle, bez rozgłosu zostawali członkami partii liberalnej czyli PO. A to jest tak, jakby ksiądz przechodził na stronę szatana.

Grzegorz Napieralski, czyli jak za każdą cenę być w parlamencie

Dzisiaj w ławach parlamentarnych, po stronie Platformy Obywatelskie, można zauważyć m.in. Grzegorza Napieralskiego – byłego szefa SLD. Siedzi cicho, ale go widać. A był nawet kandydatem w wyborach prezydenckich w 2010 roku, z SLD.

Zatem Napieralski na lewicy osiągnął wszystko. Niestety w kierowaniu partią szło mu marnie, gdzieś mu się rozpłynęła partyjna kasa, partia osiągała coraz gorsze wyniki w wyborach… Wskutek niezadowolenia członków SLD, 10 grudnia 2011 zastąpił go Leszek Miller, a 9 stycznia 2015 Napieralski został zawieszony w prawach członka SLD. Uznał jednak tę decyzję za nielegalną, pozywając przewodniczącego partii do sądu powszechnego. 30 marca tego samego roku został zawieszony przez sąd partyjny na 3 lata w wykonywaniu funkcji partyjnych. 22 czerwca został odwieszony przez sąd partyjny. Pięć dni później wystąpił jednak z SLD. 29 czerwca wraz z Andrzejem Rozenkiem ogłosił powstanie partii Biało-Czerwoni.

W wyborach w 2015 wystartował do Senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej i uzyskał mandat senatora IX kadencji. Do końca lipca 2019 pozostawał senatorem niezrzeszonym. Na początku sierpnia, po ogłoszeniu jego startu do Sejmu w wyborach w tym samym roku z listy Kolaicji Obywatelskiej został członkiem klubu PO-KO. W ostatnich wyborach, startując z rekomendacji Inicjatywy Polskiej, uzyskał mandat posła IX kadencji.

Napieralski jest doskonałym przykładem polityka, który we własnym mniemaniu wyrósł ponad partię. I gdy partia nie chce go już widzieć na stołku szefa, to on tę partię rzuca i przechodzi do diabła, czyli liberałów.

Mamy jeszcze po stronie PO jeszcze kilku byłych szefów SLD. Są to pomniejsi szefowie, ale są. Na przykład Dariusz Joński – były szefa struktur wojewódzkich SLD w Łodzi. I mamy też członka kierownictwa SLD Marka Borowskiego.

Te zmiany barw, twarzy i kierunków ideowych z lewa na prawo i ku centrum byłyby bardzo śmieszne, ale niestety ludzie tacy, jak wyżej wspomniani, skutecznie kompromitują lewicę. A lewica jest potrzebna światu, choćby po to, żeby wszyscy inni nie dęli w jedną prawicową trąbkę. Bo ogłuchniemy w końcu.

 

 

O wolności dziennikarskiej podczas bezprawia w mediach pisze HUBERT BEKRYCHT: …bo będzie wstyd

Nadtytuł cyklu tego cyklu felietonów nie jest tylko figurą publicystyczną, jestem na zwolnieniu. Lekarskim. Uspokajam jednak wszystkich – to nie jakaś śmiertelna choroba, ot po prostu dał o sobie znać organizm zmęczony po 32 latach dziennikarskiej pracy, szczególnie zaś zmęczony po ostatnich miesiącach ciężkiej roboty… Choroba i zwolnienie lekarskie nie mogą oznaczać milczenia w sprawach zasadniczych dotyczących naszego zawodu i misji dziennikarstwa. Zatem od czasu do czasu, jeśli tylko zdrowie pozwoli, będę się z Wami społecznie dzielić swoimi obserwacjami. 

Znajomy dominikanin, rekolekcjonista Wojciech Jędrzejewski OP (przy okazji Wojtku, serdeczne życzenia imieninowe) przysyła mi od czasu do czasu swoje refleksje na temat sensu i religii, ale nie tylko. Ostatnio dostałem od zakonnika SMS o treści: “Każdy skrawek odzyskiwanej wolności może stać się naczyniem na miłość”. Myślę, że to bardzo pasuje do obecnej sytuacji dziennikarzy w Polsce. 

Co oznacza wolność dla dziennikarza? Musi oznaczać wszystko, jeśli ktoś chce naprawdę być dziennikarzem. Przedstawiciele naszego zawodu powinni być wolni, aby wykonywać swoje obowiązki. Brzmi jak banał? To jest banał! Ale i prawda. Jedyna, która musi towarzyszyć dziennikarzom przez całe ich zawodowe życie. 

Wolność mimo wszystko 

Krajobraz po przegranej przez prawdziwe dziennikarstwo bitwie o media z 19 grudnia 2023 roku jest poorany podziałami, dramatami zawodowymi i prywatnymi, naznaczony wieloma sporami, które teraz wydają się nie do rozwiązania. Co z tego wyniknie? Nie wiem, ale wiem, że szybko nie dojdziemy do porozumienia wielu sprawach. 

Czy, jeśli wydawca wyda dziennikarzowi polecenie zrobienia czegoś, co jest niezgodne z etyką, przekonaniami żurnalisty a często jest w kolizji z obowiązującym prawem trzeba odmówić. Jeśli chcemy nadal być dziennikarzami nie może tutaj być kompromisu. Bo nie można się godzić ze złymi praktykami zawodu ubranymi często w szaty “autorytetów”, “apolityczności”, czy dobra wspólnego.  

Bez kompromisu 

Trzeba liczyć się z wieloma kłopotami, z utratą pracy włącznie. Trudno. Lepiej być na bezrobociu, mało zarabiać czy zmienić pracę niż pod pozorem “wysokogatunkowego dziennikarstwa” wykonywać polecenia z dziennikarstwem nie mającymi nic wspólnego.  

Nagrody za lata upokorzeń może nie być. Warto jednak, bo zwolnienie z pracy nie oznacza zwolnienia z życia. 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Wielka ucieczka do Brukseli

W środowisku najbardziej zajadłych „obrońców demokracji” zapanowała konsternacja. Najważniejsze nazwiska rządu Tuska chcą uciec do Brukseli. Ale jak to? W trakcie „rewolucji”?

Gdyby to był jeden minister, nawet Bartłomiej Sienkiewicz, to byłaby pewnie sensacja, a co dopiero tylu? Minister braku kultury i pogardy dla dziedzictwa narodowego z pewnością zasłużył się w oczach tych dla których jedynym istotnym punktem programu Donalda Tuska jest osiem gwiazdek. Niczego nie zbudował, nie wprowadził żadnego nowego porządku, za to najwyraźniej skutecznie, siłowo i bezprawnie zrujnował media publiczne. Wsławił się cenzurą wystawy Ignacego Czwartosa i niszczeniem instytucji kultury.

Dyla do Brukseli

Nie wiadomo czym się wykazał minister braku aktywów państwowych Borys Budka, ale minister spraw wewnętrznych i brutalności Marcin Kierwiński w oczach najbardziej krwiożerczej „demokratycznej” tłuszczy zdążył się zasłużyć potraktowaniem rolników i ich zwolenników podczas protestu 6 marca 2024 roku. Zdawałoby się bohaterowie ulicy w trakcie wielkiego dzieła, ale nie, zwrot o 180 stopni i dyla do Brukseli.

A na tym nie koniec, Wielcy Platformerscy Śledczy, przez złośliwych nazywani na cześć bohaterów czeskiej animacji znanej w Polsce jako „Sąsiedzi” – Pat i Mat – Dariusz Joński i Michał Szczerba. Dopiero co zostawali przewodniczącymi „wielkich komisji śledczych, które miały zaorać PiS”. To już? PiS zaorany? A Kamila Gasiuk-Pihowicz, która dopiero co zapowiadała „początek końca neo-KRS”, w której skład złośliwym zrządzeniem Tuska weszła? Już z KRS skończyła? No chyba, że planuje to zrobić z trzeciego miejsca listy warszawskiej listy KO.

„Słabo to wygląda”

Czy można się więc dziwić pewnemu zaskoczeni w najbardziej krwiożerczych „demokratycznych” bańkach informacyjnych? Jedni jeszcze bez większego entuzjazmu usiłują przekonywać, że „PO potrzebuje silnych jedynek” (króciutka ta ławeczka „partii elit”), ale inni już piszą, że „słabo to wygląda niestety”, że „za rok tego rządu już nie będzie”, że „nie pójdą na wybory” i, że co najgorsze „PiS się cieszy”.

Skąd te wątpliwości, skąd ten defetyzm? Ten jakby brak wiary bejsbol Tuska? Ano może stąd, że jakby tego nie fryzować, to nijak nie przypomina to taktyki pewnych siebie konkwistadorów „demokracji”. Gdybym miał się tu pokusić o „skrajnie prawicową” przecież i nacechowaną, jak zwykle, pewną dozą typowo „populistycznej” paranoi i myślenia życzeniowego, spekulację, posunąłbym się do tezy, że ktoś tu narobił w zbroję, do kogoś dociera świadomość konsekwencji „przywracania” „demokracji” na rympał, z łamaniem prawa, przemocą i gwałtem na podstawowych standardach. Konsekwencji jak najbardziej karnych. Przy takiej świadomości ma prawo wzrosnąć pragnienie posiadania immunitetu, choćby to się miało i „silnym razem” nie spodobać.

Słyszę oczywiście te wszystkie tłumaczenia jakoby miał to być „odwrót na z góry upatrzone pozycje”, jednak w swojej ułomności nie potrafię nie widzieć tam raczej szczurów uciekających z tonącego (?) okrętu.

Program „19.30” TVP pod lupą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

KRRiT przeprowadziła monitoring sztandarowego programu informacyjnego Telewizji Polskiej „19.30”. Zauważono m.in. unikanie informacji niewygodnych dla koalicji rządzącej, błędy merytoryczne i wpadki techniczne.  

Monitoringiem objęto wydania serwisu informacyjnego TVP „19.30” w okresie od 21 grudnia 2023 r. do 31 marca 2024 r., porównując kontekstowo z zawartością „Faktów” TVN, „Wydarzeń” Polsatu i programu „Dzisiaj” TV Republika.

Na wstępie raportu z badania KRRiT przypomina, że 20 grudnia 2023 roku wyłączono sygnał programów informacyjnych Telewizji Polskiej. Było to wydarzenia bez precedensu w historii demokratycznej Polski. Na powrót większości programów (TVP Info, „Teleexpress”, „Panorama”, „Wiadomości” o 8:00,12: i 15:00) widzowie musieli czekać aż kilka tygodni.

Nadawanie głównego serwisu informacyjnego TVP, pod zmienioną nazwą „19.30”, przywrócono 21 grudnia 2023 r. Jak zapewniał prowadzący program Marek Czyż miała być „czysta woda bez propagandowej zupy”, zapewniano o  bezstronności i profesjonalizmie nowego programu. Szybko jednak rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. KRRiT przypomina np. o opublikowanym w lutym 2024 roku raporcie Stowarzyszenia Demagog, którego eksperci przeanalizowali styczniowe wydania „19.30” i porównali je z „Faktami” TVN oraz „Wydarzeniami” Polsatu. Raport wykazał m.in. krytykę prezydenta RP Andrzeja Dudy oraz pomijanie informacji niekorzystnych dla rządu Donalda Tuska (pisaliśmy o tym TUTAJ).

KRRiT stwierdza, że także widzowie krytycznie oceniają nowy program informacyjny Telewizji Polskiej, na co wskazywać mają słabe wyniki oglądalności „19.30”.

„Wg danych AGB Nielsen Media Research w styczniu 2024 r. serwis ‘19.30’ miał niemal osiemset tysięcy widzów mniej niż ‘Wiadomości’ w styczniu 2023 r., w lutym i marcu było to ok. 950 tysięcy widzów mniej niż ‘Wiadomości’ w porównywalnym okresie” – czytamy w raporcie KRRiT.

W dalszej części dokumentu opisano szczegółowo wnioski z monitoringu. I tak na przykład, w grudniu 2023 roku w serwisie „19.30” – w przeciwieństwie do wydań „Faktów” TVN, a w szczególności „Wydarzeń” Polsatu i „Dzisiaj” TV Republika) – nie relacjonowano przejęcia mediów publicznych przez ministerstwo kultury, pomijano protesty przed budynkiem TVP na pl. Powstańców Warszawy, nie zamieszczano wypowiedzi (np. konstytucjonalistów), publicznych oświadczeń (np. stanowiska Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, KRRiT) i innego typu informacji pojawiających się w debacie publicznej krytykujących sposób „przejęcia” mediów publicznych przez nowe władze.

W stycznia 2024 r. jednym z głównych tematów w przestrzeni publicznej był spór o odebranie politykom PiS Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi mandatów poselskich, a następnie ich aresztowanie przez policję, osadzenie w areszcie i ułaskawienie przez Prezydenta RP.

„Należy zauważyć, że w wydaniu z 8 stycznia 2024 r. serwis ‘19.30’ podobnie jak ‘Fakty’ TVN, ‘Wydarzenia’ Polsatu oraz ‘Dzisiaj’ TV Republika informował o wydaniu przez sąd nakazu aresztowania polityków PiS, ale – w przeciwieństwie do pozostałych audycji – serwis ‘19.30’ nie przedstawił stanowiska m.in. Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie ani innych opinii kwestionujących lub poddających w wątpliwość decyzję sądu. Dwa dni później, gdy wszystkie serwisy informowały o zatrzymaniu Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika w Pałacu Prezydenckim, w ‘19.30’ nie poruszono wątku autobusu miejskiego, który (zdaniem opozycji możliwie celowo) blokował wyjazd z Belwederu kolumny prezydenckiej, choć odniosły się do niego zarówno ‘Wydarzenia’ (w drugim materiale w serwisie), ‘Fakty’ (ostatni materiał w serwisie pod hasłem ‘spisek autobusowy’) oraz ‘Dzisiaj’ (materiał pod hasłem ‘przypadkowy zbieg niefortunnych zdarzeń’)” – czytamy w raporcie KRRiT.

W lutym natomiast Rada zauważyła, że w wydaniach serwisu „19.30” „nie odnotowano żadnego materiału, który dotyczyłyby przemówienia Ministra Spraw Zagranicznych RP Radosława Sikorskiego podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ. Wystąpienie Radosława Sikorskiego miało miejsce 23 lutego br. i odnosiło się bezpośrednio do kłamstw i manipulacji wygłoszonych na forum RB ONZ przez ambasadora Rosji przy ONZ Wasilija Nebenzię na temat odpowiedzialności USA, NATO i Ukrainy za rozpętanie wojny z Rosją”.

W marcu zaś główny serwis informacyjny TVP pominął np. temat dziennikarskiego śledztwa Wirtualnej Polski o tym, że złożone do sądu przez prokurator Ewę Wrzosek wnioski blokujące działania Prawa i Sprawiedliwości w sprawie mediów publicznych powstały poza siedzibą prokuratury i we współpracy z jedną z międzynarodowych kancelarii prawnych.

KRRiT zauważyła w swoim raporcie również, że stosunkowo często, zwłaszcza na tle innych polityków szczebla samorządowego, pojawiał się w materiałach serwisu „19.30” prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Był on obecny zarówno w relacjach z przebiegu kampanii samorządowej (nie tylko jako kandydat na prezydenta stolicy, ale także lider KO zagrzewający innych do walki o zwycięstwo), jak również w materiałach niezwiązanych z wyborami.

Na koniec raportu Rada wytknęła przygotowującym program „19.30” wpadki techniczne, np. na grafice, która pojawiła się w wydaniu serwisu z 31 stycznia Papuę Nową Gwineę podpisano jako „Papułę Nową Gwineę”. 3 lutego materiał o brutalnym zamordowaniu transpłciowej nastolatki w Wielkiej Brytanii, zilustrowany był m.in. infografiką z danymi o wzroście przestępstw dokonanych na osobach transpłciowych. Wykres słupkowy sugerował, że wzrost tego rodzaju przestępstw jest o wiele większy niż wskazywałyby na to dane liczbowe. W infografice wyemitowanej 4 lutego hiszpańskie miasto Oviedo zostało określone jako „Ovideo”. Taki sam błąd popełniła reporterka komentująca materiał z offu.

Cały raport z monitoringu dostępny jest na stronie KRRiT TUTAJ.

opr. jka, źródło: KRRiT

 

Są sukcesy, ale, jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI, jest też: Dziadostwo kulturalne

Zacznę pozytywnie. Nawet bardzo: wystawiony właśnie w Teatrze Wielkim w Warszawie w Operze Narodowej balet „Pinokio” to wielki sukces. Wspaniała przygoda dla tych, którzy dostaną się na spektakl. Kaskada pomysłów choreograficznych (ponoć nowej młodej artystki), bajeczna scenografia, muzyka scalona z wizją jak serce z aortą, albo obłoki na niebie pchane wiatrem. Dwie i pół godziny kontaktu z prawdziwą sztuką.

Owszem, trzeba zapłacić, bo to sztuka kosztowna. I teatr przepiękny, i naprawdę wielki. I wspaniali artyści. Brawo panie  dyrektorze Waldemarze Dąbrowski i panie dyrektorze baletu Krzysztofie Pastorze. Dowiaduję się wprawdzie, że osobę odpowiedzialną za technikę właśnie zwolniono z pracy. Bo ponoć była zbyt wymagająca. Nie wiem jak było naprawdę ale my zwykli widzowie patrzymy przede wszystkim na efekty.

W Wielkim wszystko gra – począwszy od „frontmenów” witających w drzwiach gości poprzez szatniarki i obsługę widowni. Tylko windy macie kiepskie, zacinają się i wloką. Ale dość delikatnej krytyki. Teraz pójdę „na grubo”. Będzie szerzej i głębiej.

Gdyby żył pan Jerzy Waldorff zaryczałby ten trybun kultury tubalnym głosem w sprawie bardzo ważnej, drastycznej, kompromitującej całą naszą współczesną działalność w temacie kultura. Niestety nie żyje już od lat. A tu narodziło się wiele zła. Na pewno srogo napiętnowałby ludzi „od kultury”.

W 2008 roku postraszono tancerzy i tancerki że zostaną im zabrane emerytury. Powód? Bo pracują – czyli tańczą – zbyt krótko. Nieważne że tańczyć w balecie można tylko do pewnego wieku. Nieważne, że ich zawodowa droga życiowa to wieloletnie studia i niezwykle ciężka praca. Bolesne ćwiczenia, a potem wysiłek fizyczny, do którego trudno coś nawet porównywać. Przez lata wytrzymywali ból i mękę całego ciała by  doskonalić się w unikalnej profesji. ZUS zadecydował: to wszystko trwało zbyt krótko. Pieniądze się nie należą.

Podniósł się wprawdzie krzyk protestu, ale i tak w 2010 roku – 14 lat temu zabrano tancerzom i tancerkom baletu emerytury. Ludzie, którzy powinni ich bronić zaakceptowali to draństwo. Ponoć próbowano, protestowano, ale nic to nie dało. Bełkot urzędniczy i tchórzostwo odpowiedzialnych za kulturę przesądziły. Definitywnie zabrano tancerzom emerytury. To był szok i klęska prawdziwa ludzi sztuki. Dla nich zabrakło pieniędzy. Mimo wspaniałych światowych sukcesów polskiego baletu, mimo znamienitych teatrów baletu i pięciu szkół baletowych w kraju. Dotknęło to ponad dwa tysiące tancerzy.

Potem zaczęła się i trwa nadal kilkunastoletnia bezużyteczna paplanina – spotkania, artykuły, puste słowa. Trwa urzędnicza przepychanka. Nic z tego nie wynika. Idiotyczne, nieżyciowe propozycje. Tylko pensje decydentów niby kulturalnych rosną. Ostatnia była już wiceminister w resorcie przy Krakowskim Przedmieściu rzekła przed odejściem: „To był błąd legislacyjny”. I tyle usprawiedliwienia.

Na premiery, gale, całe to decydenckie towarzystwo wyfraczone, umedalowane chętnie przybywa. Pcha gęby do kamer, a usłużni to nagrywają. Jednej z byłych  tancerek w Teatrze Wielkim nawet się udało. Nie ma emerytury ale jest szatniarką. Inni mają się przekwalifikować. Trzeba mieć sporo tupetu i bezczelności by snuć takie pomysły.

Bito im entuzjastycznie brawo, byli idolami. Dzisiaj cierpią biedę. Zmienił się rząd. Ale nie zmieniło się traktowanie tancerzy. Ostatnio znowu usłyszeli: „Nie ma pieniędzy na wasze emerytury. Czekajcie”.

Obojętność. Odkładanie sprawy ad calendas graecas. Matki potencjalnych tancerek i tancerzy, dziś jeszcze dzieci – już nie chcą ryzykować. Liczba zgłoszeń do pięciu istniejących szkół baletowych drastycznie spadła. Po co uczyć się tego zawodu? Nie można przecież własnego dziecka skazywać, by w wieku 40 lat zostało bez pracy, bez pieniędzy, bez uprawnień emerytalnych z gołą …. – faktycznie i w przenośni.

Bezwstydni i zupełnie niekulturalni notable drepczą skwapliwie na premierę „Pinokia” (odbyła się 21.04.br.). Co ważniejsi dostaną nawet bilety za darmo. Nie wiem tylko czy wspaniały tancerz w roli tytułowej przypominający Stanisława Szymańskiego, który daje dziś z siebie wszystko co najlepsze w balecie – mistrzowskie piruety, wysokie skoki ze szpagatem – czy wie jaka czeka go przyszłość za kilka albo kilkanaście lat? Może wyrzucą go ze sceny jak zużytą baletkę? Przecież nie będzie już potrzebny. W realnym życiu nawet najlepszy nie utrzyma się bez pieniędzy.

Dziś artyści cieszą oczy melomanów. W balecie „Pinokio” jest wspaniałą choreografia, pomysły gigantyczne. sceny zbiorowe, przepiękne solówki. Wyfraczeni z pierwszych rzędów biją gorąco brawo. Dawno już nie widziałem tak błyskotliwej, wspaniałej scenerii tryskającej młodym życiem, barwnej, wyrazistej, oświetlonej przez prawdziwych profesjonalistów. Brawo, brawo bravissimo.

I tylko smutek i wielki żal, że za to wszystko może czekać dramat ludzi ciężkiej, wieloletniej harówy.

O, wy, władcy kultury. Dlaczego od 14 lat tancerze i tancerki – to w końcu około dwóch tysięcy ludzi – nie mają emerytur. Wstyd!

 

 

 

 

Zdjęcie z tragedii w Gazie wygrało w konkursie World Press Photo

Fotografia Mohammeda Salema z agencji Reuters, przedstawiająca palestyńską kobietę obejmującą martwe ciało swojej małej siostrzenicy, zdobyła tytuł Zdjęcia Roku w konkursie World Press Photo 2024.

Zdjęcie Roku zostało wybrane spośród 61062 prac nadesłanych od 3851 fotografów ze 130 krajów. Zwycięska fotografia Palestyńczyka Mohammeda Salema pokazuje 36-letnią Inas Abu Maamar, trzymającą ciało swojej pięcioletniej siostrzenicy Saly, która zginęła razem z matką i siostrą, gdy izraelska rakieta uderzyła w ich dom, w Khan Younis w Gazie.

Jury WPP podkreśliło, że zdjęcie zostało skomponowane z troską i szacunkiem, oferując jednocześnie metaforyczny i dosłowny wgląd w niewyobrażalną stratę.

W kategorii Reportaż Roku World Press Photo wygrał Lee-Ann Olwage z RPA za zdjęcia pokazujące osoby dotknięte demencją na Madagaskarze. Brak świadomości społecznej dotyczącej tego schorzenia sprawia, że ludzie ci są tam często stygmatyzowani.

Nagrodą za Długoletni Projekt World Press Photo wyróżniony został Alejandro Cegarra z Wenezueli, który w swoich pracach pokazał zmiany w polityce migracyjnej Meksyku.

Nagroda World Press Photo Open Format przypadła Julii Kochetovej z Ukrainy za przedstawienie w oryginalny sposób codzienności kraju dotkniętego rosyjską agresją. Fotografka stworzył stronę internetową, która łączy fotoreportaż z osobistym stylem dokumentalnym pamiętnika.

Wszystkie nagrodzone prace można obejrzeć na stronie World Press Photo TUTAJ.

opr. jka, źródło: worldpressphoto.org

O szczególnym miejscu po raz kolejny pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Kompromitacja „Polski morskiej”

W ciągu ostatnich już kilkudziesięciu lat przybywają do Warszawy by rządzić dziesiątki polityków cywilnych i wojskowych z wybrzeża. A tam na końcu cudu natury, czyli półwyspu helskiego znajduje się największa kompromitacja portowa – wojenny akwen, ponad jednohektarowy.

Większy niż port rybacki i jachtowy w Helu. To wstyd, wielki wstyd i marnotrastwo stulecia. Tak wyobraża sobie to zapomniane i zaniedbane miejsce nasz rysownik, inżynier, designer (około 2 tysiące projektów przemysłowych) Bogdan Rutkowski.

 

Pytanie, które zadaję: „CO WY NATO” jest w pełni uzasadnione, ponieważ właśnie obecnie trwają prace nad przygotowaniem natowskiej bazy morskiej w Estonii. Dobrze będzie dla bezpieczeństwa europejskiego, jeśli takowa tam powstanie, ale my – Polska – powinniśmy zaproponować nasz port wojenny na Helu, który ma bardzo dogodne, bardzo głębokie podejście od strony zatoki.

Tak to mogłoby wyglądać przy naprawdę minimalnych kosztach, ponieważ nabrzeża marnującego sie portu wojennego są już gotowe od 80 lat. Zbudowano je w okresie międzywojennym tuż przed wybuchem II wojny światowej. Korzystali z nich Niemcy. Nasze „szczury lądowe” nie doceniają tej budowy. Chcą tu hodować morsy albo foczki. Rażąca niegospodarność powinna się skończyć. Proszę popatrzeć tak mógłby port wojenny na cyplu helskim wyglądać.

 

 

Od wielu lat piszę o tym i apeluję do różnych obojętnych i jak się okazuje tępych głów. Tak dalej być nie może. Jesteśmy zaślubieni z morzem. Mamy aż 500 km wybrzeża. Ostatnio wiele z gospodarki morskiej rozgrabiliśmy i zniszczyliśmy. Port wojenny na Helu jest jeszcze do uratowania. Ta kompromitacja obciąża nie tylko władze malutkiego miasteczka Hel a nawet i Marynarkę Wojenną – to skandal zaniedbania władz całej Polski, od lat. To powinna być najważniejsza Polska baz wypadowa na Bałtyk, baza marynarki wojennej. Od dziesiątek lat falochrony tej wojennej przystani są rozkradane. Dopiero rok temu ogrodzono i podzielono port.

Różne głupoty władza wciska ludziom: że nie dość przed falą chronione jest wejście, że nabrzeże główne nie jest prostopadłe, ale wypukłe i trudne do cumowania, że teraz ma poradzić sobie z obiektem… Uniwersytet Gdański (!), któremu ponoć połowę akwenu sprzedano, Na marginesie: rybacy, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że opieka Morskiego Instytutu Rybackiego była przydatna w przeciwieństwie do tego, co robi teraz „nowy” opiekun, czyli UG.

Rok temu wokół portu wojennego były jeszcze obiekty budowlane w zupełnie dobrym stanie. M.in. pralnia koszarowa, sprzed której to właśnie zabrać miała Lecha Wałęsę do Stoczni Gdańskiej motorówka admirała Janczyszyna w sierpniu 1980. Bo to był skok przez zatokę, a nie przez płot. Ta pralnia – słyszę od przedstawicieli władz miasta – podobno stanowiła niebezpieczeństwo, bo kręcili się tam… menele i moglibysobie krzywdę zrobić. Pamiętam, że jeszcze rok temu trwały tam jakieś prace budowlane. A nawet teren ten stanowił bazę dla historycznych pojazdów wojskowych, bowiem od kilku lat na Helu organizowany jest przez urząd miasta D-Day, taka wojenna zabawa ku uciesze wczasowiczów. Ponoć nawet niewiele kosztuje, bo tylko 80 tysięcy złotych. Zjeżdżają się na nią miłośnicy militariów. Również z Niemiec.

Turyści rzeczywiście liczni przybywają na Hel tylko w okresie wakacji natomiast uruchomienie portu wojennego dałoby zatrudnienie wielu setkom ludzi. Hel ożyłby. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce musi być również miejscem do życia mieszkańców. Teraz jest tam wolnych ponad 80 hektarów po zabudowaniach wojskowych, które już rozebrano. Było na Helu Wojsko Polskie. Teraz jest pustka, zrujnowane ogromne zakłady przeróbki ryb, no i właśnie port wojenny do którego prowadzi głębokie na kilkadziesiąt podejście.

Nie gardźmy naszym morzem. To nie tylko wielka szansa gospodarcza ale i bezpieczeństwo dla całej Polski. Panowie i Panie – nowi posłowie i posłanki, pojedźcie na „koniec Polski”, na koniec helskiego cypla. Sami zobaczcie!

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.

Pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego 1918/1919 – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Stanisławie Taczaku

8 kwietnia 1874 r. w Mieszkowie koło Jarocina urodził się Stanisław Taczak, pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, generał WP. Podczas II wojny światowej więziony w niemieckich obozach jenieckich.

Stanisław Taczak w latach 1880-1884 uczył się w miejscowej szkole powszechnej. W 1893 r. zdał maturę w Gimnazjum Królewskim w Ostrowie Wielkopolskim. Następnie studia kontynuował w Akademii Górniczej we Freiburgu. W tym czasie należał do Polskiego Towarzystwa „Sarmacja”, Związku Młodzieży Polskiej, czy Polskiej Partii Socjalistycznej. Na studiach obronił tytuł inżyniera. Między 1 listopada 1898 r. a 26 marca 1899 r. odbywał służbę w 155 Pułku Piechoty w Ostrowie Wielkopolskim. 14 września 1904 r. został awansowany na podporucznika (leutnant), natomiast w 1913 r. – na porucznika (oberleutnant).

Będąc w rezerwie pracował w Instytucie Doświadczalnym Politechniki Berlińskiej w Dahlem. Był również redaktorem naczelnym pisma o tematyce górniczej „Der Ingenieur” („Inżynier”). W 1914 r. został powołany do 46 pułku piechoty armii niemieckiej. Był tam dowódcą kompanii i dowódcą batalionu. 14 kwietnia 1915 r. został mianowany majorem. Walczył na froncie wschodnim, za co został odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II kl.

11 grudnia 1916 r. przeniesiony do 2 batalionu 6 Pułku Legionów Polskich. Przebywał w Nałęczowie oraz Dęblinie. Po kryzysie przysięgowym współtworzył „Polnische Wehrmacht” pracując w Inspektoracie Wyszkolenia. W listopadzie włączył się w tworzenie Wojska Polskiego. Później trafił do Berlina, a wracając zatrzymał się w Poznaniu. Tam Wojciech Korfanty zaproponował mu stanowisko tymczasowego dowódcy powstania.

O organizowaniu wojsk Taczak opowiadał w nagraniu, które znajduje się na stronie Urzędu Miejskiego w Poznaniu: „Wojsko było uzbrojone, z tego powodu, że ci żołnierze, którzy wracali z wojska niemieckiego przybywali do domu z bronią. Poza tym dużo powstańców kupowało bagnety i karabiny od żołnierzy niemieckich, którzy wracali także do domu. Tak, że mniej – więcej połowa powstańców była uzbrojona w karabiny i bagnety, a druga połowa posługiwała się staroświecką naszą bronią, tj. kosą i widłami”.

Taczak musiał skupić się nie tylko na organizacji wojska, ale także na administracji wojskowej. 16 stycznia wojska wielkopolskie liczyły już ok. 14 tys. żołnierzy! Tego też dnia na stanowisku zastąpił Taczaka gen. Józef Dowbór – Muśnicki, a Taczak został II kwatermistrzem Dowództwa Głównego. 25 stycznia 1918 r. mianowany majorem (ze starszeństwem z 10 listopada 1918 r.). 14 lutego 1919 r. znalazł się w komisji, która była odpowiedzialna za awanse oficerskie byłych oficerów armii zaborczych, a 5 maja 1919 r. w Sądzie i Radzie Honorowej oficerów sztabowych. 16 maja 1919 r. został zastępcą Szefa Sztabu Dowództwa Głównego, z kolei 3 czerwca 1919 r. mianowany podpułkownikiem.

20 kwietnia 1920 r. Stanisław Taczak został dowódcą 11 Pułku Strzelców Wielkopolskich (69 Pułku Piechoty Wielkopolskiej). Okres jego dowództwa przypadł na czasy ofensywy bolszewickiej i bitwy warszawskiej. Na stanowisku był do końca września.

W lipcu 1923 r. Stanisław Taczak otrzymał stopień generała brygady. W międzyczasie od 23 czerwca do 13 września był specjalistą hutnikiem na Górnym Śląsku, jako dyrektor Huty Srebra i Ołowiu w Strzelnicy. To on był inicjatorem wzniesienia pomnika króla Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. 31 października 1928 r. został dowódcą Okręgu Korpusu nr II w Lublinie. 28 lutego 1930 r. przeszedł w stan spoczynku, ale tylko wojskowego. Przed wybuchem II wojny światowej był m.in. inspektorem technicznym Ubezpieczalni Krajowej w Gdyni, prezesem Okręgu Związku Straży Pożarnej w Poznaniu i wiceprezesem władz Związku Polskiej Straży Pożarnej w Warszawie, przewodniczącym Towarzystwa dla Badań nad Historią Powstania Wielkopolskiego, czy prezesem Związku Weteranów Powstań Narodowych Rzeczypospolitej Polskiej 1914-1919.

Gdy wybuchła II wojna światowa gen. bryg. Stanisław Taczak znajdował się w Poznaniu. Założył mundur i chciał oddać się do dyspozycji wojsk. Ok. 5 września 1939 r. wyruszył na wschód w poszukiwaniu Armii „Poznań”, lecz 9 września dostał się w ręce Niemców. Ci na początku chcieli go rozstrzelać dowiedziawszy się kim tak naprawdę jest, lecz przekazali go dowództwu niemieckiemu. Władze Wehrmachtu miały mu proponować przejście do armii niemieckiej, jednak ten stanowczo odmówił. Rozpoczęło się 5,5 roku niewoli… Najpierw był Offizierslager für kriegsgefangene Offiziere (Oflag) IIaw Prenzlau, później IVc w Colditz, potem twierdza Königstein, Hohenstein, Oflag VIIIe Johannisbrunn, a na końcu Oflag VII Murnau.

Generał źle znosił niewolę, miał kłopoty zdrowotne, lecz 29 kwietnia 1945 r. został uwolniony i 10 maja 1945 r. udał się do Paryża, potem przebywał w Nicei, a w maju 1947 r. znalazł się w Polsce. Zamieszkał w Janikowie (Kujawy). Cieszył się dobrym zdrowiem psychicznym i fizycznym. Nagrał nawet wspomnienia dla Polskiego Radia. Wiosną 1959 r. zamieszkał u córki w Malborku, gdzie zmarł 2 marca 1960 r. Ponoć chciał być pochowany w Poznaniu, lecz spoczął w Malborku, skąd 30 listopada 1988 r. jego prochy zostały przeniesiony na Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan w Poznaniu.