MARCIN PASZKOWSKI: Brzmi dziwnie, wygląda dziwnie… Czyli, ZINY jako świadectwo

Na pierwszy rzut oka to anachronizm: kartki, zszywki, farba drukarska – kiedy wszystko jest już w sieci. Kto dziś chce robić zin? Odpowiedź nie jest ani sentymentalna, ani jednowymiarowa.

Od kilku lat obserwujemy w Polsce coś w rodzaju powrotu do papieru: nie masowego, mainstreamowego drukowania, lecz drobnej, lokalnej produkcji – zinów robionych metodą DIY (angielski skrót od wyrażenia „Do It Yourself”, które oznacza „Zrób to sam”), kolekcjonerskich, często limitowanych, z wyraźnym podpisem autora i społecznością wokół nich. Ziny to nie przypomnienie dawnego undergroundu na siłę, lecz świadomy wybór formy komunikacji.

Zin historyczny

Jako pierwszy polski zin wskazuje się nieraz „Notatnik Robotnika Sztuki” – niezależne pismo wydawane przez artystów związanych z elbląską Galerią El, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972-1973. Impuls zinotwórczy w PRL-u – tu nie będzie niespodzianki – przyszedł wraz z pierwszą falą polskiego punk rocka. W 1979 roku w Warszawie, w środowisku związanym z zespołem Kryzys pojawił się fanzin „Szmata”. Krzysztof Grabowski z Dezertera wydawał „Azotox” (1983-1986) – na ostatniej stronie drugiego numeru widniało punkowe hasło: „GAZETY MANIPULUJĄ – TA TEŻ!!! MYŚL SAM”.

W analizach badawczych tamtego okresu przyjmuje się, że w latach 1978-1998 ukazywało się ok. 1275 tytułów (i prawie 3300 numerów!). Zapewne było ich więcej.

Wariaci wydawniczy

Kto to wydaje? Najczęściej ludzie, których trudno jednoznacznie opisać: twórcy, muzycy, graficy, aktywiści, a czasem całe kolektywy. Przykład najbardziej rozpoznawalny – „Chaos w Mojej Głowie”. Fanzin był wydawany w drugiej połowie lat 90-tych, by zakończyć żywot w 2001 roku. Po dekadzie jednak znalazło się kilkoro ludzi od lat związanych ze sceną hardcorepunk, którzy wznowili zina (ostatni numer „Chaos w Mojej Głowie” #31 – lato 2025, format A4 i 280 stron!). Projekt, który od lat układa się jak hybryda magazynu i kroniki sceny: duże numery, setki stron wywiadów, rysunków, reportaży.

Za zinami stoją konkretni ludzie i lokalne sieci. W przypadku „Chaosu” inicjatywa odżywała dzięki grupie związanej z Opolem i osobom, które się z niego wywodzą. Drobne inicjatywy, jak „Bunkier” (Radom) czy „Ściana Wschodnia”, pokazują z kolei jak zin potrafi być narzędziem lokalnej opowieści i wymiany.

Dlaczego druk, skoro jest internet?

Odpowiedzi zebrane z rozmów z twórcami i uczestnikami sceny powtarzają parę motywów. Po pierwsze gest. Zin jest fizycznym znakiem istnienia, przedmiotem, który można położyć na stole, schować do pudełka, wymienić na koncercie. To ważne w kulturach, które cenią rytuał: koncert → stoisko → rozmowa → sprzedaż/zamiana.

Marcin Pryt frontman zespołu 19 Wiosen zdj. ze zbiorów Autora

Po drugie estetyka i kontrola: papier pozwala na eksperyment z formatem, typografią, kolażem, ręcznymi poprawkami, wprowadza do pracy element „unikatu”.

Po trzecie zaufanie i trwałość Papier wciąż ma wartość archiwalną, trudniej go skasować niż post w mediach społecznościowych.

Wreszcie, ekonomia społeczna. Dla wielu wydawców zin to sposób na finansowanie działań (drobne sprzedane nakłady, wymiany, zrzutki) i utrzymanie niezależności od algorytmów i reklam. Te motywy powtarzają się w analizach i reportażach poświęconych renesansowi zinów w Polsce.

Ziny jako pierwowzór Internetu

Michał Chojecki, artysta wizualny, założyciel Oficyny Peryferie – pracowni drukarsko-introligatorskiej i artzinowego wydawnictwa stwierdził: „Zarówno śmierć zinów na przełomie wieków, jak i ich współczesne odrodzenie, są ściśle związane z Internetem. Pojawienie się blogów, a następnie mediów społecznościowych, bardzo szybko doprowadziło do tego, że niezależne i rozproszone treści, które były publikowane w zinach, przeniosły się do sieci. Tam zyskały możliwość o wiele łatwiejszej dystrybucji i uwolniły się z sideł fizycznego nośnika.

zdj. ze zbiorów Autora

Jednak szybko okazało się, że wolność Internetu stała się – bo ten pierwotny Internet był rzeczywiście zdecentralizowany i nieregulowany – ułudą. Przypomnijmy sobie arabską wiosnę, gdy Facebook i Twitter były narzędziami, które sprzyjały łamaniu monopoli medialnych – dzięki nim ludzie organizowali się i umawiali na protesty. Jednak niedługo później wypłynęła sprawa Cambridge Analytica, co pokazało, że tak naprawdę cyfrowe media są narzędziem kontroli, dominacji i manipulacji. Dlatego dziś dostrzegam w zinach reakcję na nieskończoność cyfrowego strumienia danych, a także tęsknotę za osadzeniem w fizycznym świecie. Ziny współcześnie mają inne znaczenie niż miały 30 lat temu, kiedy były najprostszą formą subkulturowej komunikacji. Z dzisiejszej perspektywy tak nie jest – stworzenie zina wymaga większego wysiłku, ale odgrywają one znaczącą rolę: są jak ognisko, przy którym gromadzą się ludzie, żeby pogadać i wspólnie spędzić czas”.[1]

Kultura papierowa funkcjonuje równolegle do sieci: stoiska na festiwalach i koncertach, lokalne księgarnie niezależne (tych niestety ubywa), biblioteki zinów (w 2022 r. kolekcję zinów w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich prezentowano na specjalnej wystawie w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu!), a także spotkania warsztatowe — nauka składania i powielania numeru to dziś osobny rytuał i sposób na budowanie społeczności. To nie są jedynie egzotyczne eksponaty — to żywa wymiana. Warsztaty „jak zrobić zina?” i festiwale zinowe, które przyciągają pokolenia od nastolatków po doświadczonych wydawców.

Prawo zinów

Ziny rządzą się swoimi zasadami: mały nakład, dobre relacje z dystrybucją niezależną, przemyślana sprzedaż podczas wydarzeń. Wiele projektów korzysta też z Internetu jako narzędzia promocji i sprzedaży (media społecznościowe, Bandcamp, newsletter), ale papier pozostaje produktem centralnym – medium, które daje autorowi pełnię wyrazu. Dla części ludzi zin to forma oporu wobec standaryzacji treści online; dla innych – przestrzeń do eksperymentu, gdzie błędy i surowość są wartością.

Współczesna „scena zinowa” w Polsce jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Ziny, które kiedyś kojarzyły się głównie z punkową subkulturą i kserowanymi, amatorskimi wydawnictwami, dziś ewoluowały, choć nadal zachowały swój niezależny, często non-profitowy charakter. Cechuje je różnorodność form i tematyki: ziny nie są już tylko fanzinami muzycznymi. Znajdziemy wśród nich artziny (skupione na sztuce wizualnej), ziny komiksowe, literackie, feministyczne, fotograficzne, a nawet kulinarne. Tematyka jest praktycznie nieograniczona, od osobistych notatek i pamiętników, przez reportaże, po eseje i poezję.

Łatwiej, chociaż trudniej

Chociaż duch DIY (do it yourself) wciąż jest żywy, twórcy coraz częściej sięgają po profesjonalne techniki druku, takie jak risograf czy sitodruk, co nadaje zinowym publikacjom unikalny, estetyczny charakter. To sprawia, że wiele współczesnych zinów to prawdziwe małe dzieła sztuki. Doskonałym przykładem wysokiej jakości wykonania jest „Striptiz” – zin artystyczny Marcina Pryta z Łodzi (znanego też jako Henryk Ulik, M11P, Xylen Mazaki) — poety, komiksiarza, muzyka (projekty: 19 Wiosen, Tryp, MASZYNOWA), aktywnie działającego w strukturach kultury niezależnej – m.in. poprzez fundację Kosmopolitania.

zdj. ze zbiorów Autora

Przyszłość? Ziny nie będą dominować w krajobrazie medialnym, nie po to powstały. Ich siła polega na tym, że są niszowe, ale wpływowe: kultywują pamięć, pozwalają testować pomysły, przypominają, że słowo i obraz mogą istnieć także poza ekosystemem klików. Nie chodzi o rozgłos, nie chodzi o pieniądze. Ważna jest…idea!

 

Festiwale i biblioteki zinów, warsztaty i małe wydawnictwa pokazują, że papier w 2025 roku ma więcej twarzy niż kiedykolwiek – od ostrego punkowego, czy metalcore fanzinu, po artystyczne, limitowane edycje. Dziesięć lat temu w Domu Słów w Lublinie odbył się Samizdat: Lublin Zine Festival. Nomen omen 13 grudnia 2015 r. odbyła się konferencja połączona z całodniowymi warsztatami tworzenia małych autorskich publikacji artystycznych. Kserowane samizdaty jako świadomy wybór artystycznej ekspresji.

Ciągle drukują…

W Łodzi niedawno też miało miejsce wydarzenie łączące dwie inicjatywy związane z drukowaniem, niezależnym wydawaniem, działaniem kolektywnym: warszawski Drukuj Zinfest oraz łódzki Render. Podczas wspólnego wydarzenia w formule targów wydawców tworzących ziny, art magazyny, druki, niezależne publikacje, eksperymentujących z technikami, realizacjami i materiałami w ramach formuły „zrób to sam”.

zdj. ze zbiorów Autora

Dla tych, którzy chcą doświadczyć kultury w trybie „offline”, zin jest dziś jeszcze bardziej atrakcyjną alternatywą niż jeszcze dekadę temu. Ziny w Polsce AD 2025 to nie nostalgiczny powrót ani obrona przed technologią, lecz świadomy wybór formy komunikacji – fizycznej, ograniczonej, ale dzięki temu często bardziej szczerej i bliższej. Jeśli ktoś chce poczuć tę energię, niechaj idzie na zinfest, kupi numer ze stoiska, porozmawia z autorem. To najlepszy sposób, by zrozumieć, po co ktoś dziś rozdaje papier w dobie internetu. Zinowe „podziemie” w Polsce jest dowodem na to, że papier nie umarł, a ręczne, niezależne tworzenie wciąż ma się świetnie i przyciąga nowych, kreatywnych ludzi.

W dobie znikających tytułów, politycznych zawirowań na rynku prasy, istnienie i pewien rozkwit „obiegu alternatywnego” (trzeciego obiegu?), to dobra czy zła wiadomość dla dziennikarzy?

 

 

[1] Chojecki M. (2022) – Jak Zrobić Zina? Self-publishing dla artystek i artystów. Warszawa: Oficyna Peryferie.

 

Rzeczpospolita na łasce sztucznej inteligencji, czyli miłe złego początki…

Są takie decyzje redakcji, które odstręczają czytelnika od gazety. Rzeczpospolita ma być redagowana bez tradycyjnej korekty. AI będzie sprawdzał, czy w Rzepie nie popełniają błędów. Na razie tylko ortograficznych i interpunkcyjnych, ale kto wie…

Rzeczpospolita i tak jest już cieniem tego dziennika sprzed 2011 roku, kiedy to czarny charakter polskiej prasy, prorządowy wydawca (wtedy też Donald Tusk był premierem) Grzegorz Hajdarowicz przejął gazetę.

Teraz redakcja jest pozbawiona tego charakteru, który dominował kilkanaście lat temu, czyli w miarę rzetelnych informacji, dobrej publicystyki i ciekawych opinii. Nadskakujące koalicji kierownictwo zespołu samo wyeliminowało się z gry o większą liczbę czytelników. Problematyka gospodarcza nie wystarczy.

I do tego jeszcze gazeta i portal pozbyły się tradycyjnej korekty – podstawy każdego poważnego medium. Wprowadzenie do kontroli ewentualnych błędów AI oznacza dla mnie małą wiarygodność redakcji. Szczególnie, że sztuczna inteligencja w polskich wersjach programów bardzo często nie „przyjmuje do wiadomości” istnienia naszych znaków diakrytycznych.

A jeśli AI w Rzeczpospolitej się popsuje do może wywołać bardzo przykre konsekwencje w polityce. Bo może być skandal, jeśli AI nie zauważy niuansów naszej ortografii w zdaniu: „Polska nie musi robić łaski Niemcom”?

No cóż, przestaję czytać tę gazetę, może czasem zajrzę, ale tylko z zawodowego obowiązku…

Wolę już błędy człowieka niż programu komputerowego.

 

 

TVP i TVN bez transmisji rocznicy Solidarności – HUBERT BEKRYCHT: Moralność Kalego na Woronicza i Wiertniczej

Skandal w Telewizji Polskiej w likwidacji i prorządowej stacji TVN. Nadawcy ci tłumaczą, że w transmisji z 45. rocznicy powstania NSZZ Solidarność przeszkodziła im decyzja władz związku o tym, że sygnał przekazywała TVP Republika. TVP i TVN, wbrew swoim pokrętnym wyjaśnieniom, mogły transmitować uroczystości, ale tego nie zrobiły.

Nielegalne władze bezprawnie przejętej TVP w likwidacji i całkiem legalni przedstawiciele prorządowej TVN skarżyli się, że nie pozwolono im transmitować uroczystości rocznicowych w Gdańsku upamiętniających 45. rocznicę utworzenia NSZZ Solidarność. To nieprawda. TVP i TVN mogły pokazać obchody, ale nie chciały dostosować się do zaleceń gospodarza i organizatora obchodów – władz NSZZ Solidarność, ruchu, który rozpoczął powolną agonię komunizmu w Europie.

Sygnał zaufania

Organizatorzy zapewnili wszystkim widzom polskich stacji telewizyjnych możliwość odbierania transmisji. Kierownictwo Solidarności powierzyło prawo do – jak mawia się w mediach – produkcji sygnału TV Republika. Po prostu mają do tej stacji zaufanie. Mnie to nie dziwi. Najwyższe zdziwienie jednak wywołała ta decyzja w gabinetach szefów prorządowych stacji. Władze TVP w likwidacji i TVN skrytykowały decyzję Solidarności o dystrybucji sygnału i postanowienie, że to TV Republika umożliwi transmisję z uroczystość zarówno TVP jak i TVN. Bez opłat! Za to TV Republika poprosiła tylko o podanie do wiadomości, że to właśnie ta stacja robi transmisję.

Wybuchł skandal. Ale nie skandal związany z transmisją i przekazywaniem jej sygnału przez TV Republika. Skandal, bo szczególnie media publiczne, a za takie chce uchodzić TVP w likwidacji, powinny pokazywać takie uroczystości jak 45. rocznica utworzenia NSZZ Solidarność. Tego związku zawodowego, który w 1980 roku, w imieniu wszystkich Polaków, zagrał w na nosie Moskwie, ale przede wszystkim przywrócił Nadzieję narodom zniewolonym przez Kreml.

Nagrody dla prorządowych stacji

Moim zdaniem relacjonujące przecież większość wydarzeń rocznicy TVP i TVN nie były zmartwione, że znalazły powód do tego, aby nie pokazać na przykład przemówienia prezydenta RP Karola Nawrockiego. Rząd nagrodzi na pewno państwowego nadawcę kolejną transzą pieniędzy na zwijanie TVP. Bo spółka w likwidacji. Olbrzymie pieniądze jednak płyną do TVP z naszych podatków. Na co? Na żenujące niekiedy programy chwalące rząd i premiera. Płyną też pieniądze na pensje usłużnych pracowników TVP uznawanych za dziennikarzy.

Telewizja TVN swoją nagrodę za to, że nie pokazała transmisji już dostała. Bo od końca ubiegłego roku TVN jest spółką strategiczną, której nie można – tak jak Polsatu – sprzedać bez zgody rządu. Nie dojdzie więc na razie do opłakiwanego w Niemczech przez mainsteram medialny wydarzenia. Tam właśnie, w tej kolebce „demokracji walczącej”, komercyjny koncern ProSiebenSat1 został kupiony przez włoską korporację MediaForEurope związaną z imperium Berlusconich. Dlaczego kanclerz i rząd federalny nie nagną praw wolnego rynku i nie dają gwarancji komercyjnej telewizji? Bo tam jest kapitalizm. I to niemiecki.

Ból istnienia w TVP i TVN

Z kronikarskiego obowiązku Polsat pokazał uroczystości a jego dziennikarze nie mieli problemu z tym, aby poinformować swoich widzów, że transmisję robi TV Republika.

Ciekawe, że TVP i TVN strasznie natarczywie używające słowa „skandal” w odniesieniu do producenta sygnału z 45. rocznicy powstania Solidarności przez prawie dwa lata nie zająknęli się nawet na temat rzeczywistego szykanowania przez rząd TV Republika i innych mediów komercyjnych.

Dziennikarze TV Republika i innych niezależnych mediów nie są wpuszczani na jakiekolwiek konferencje organizowane przez rząd Donalda Tuska. Nawet na te dotyczące bezpieczeństwa kraju. Przykładem może być wyrzucenie z otwartego dla mediów posiedzenia przeciwpowodziowego sztabu kryzysowego dziennikarza TV Republika i członka Zarządu Głównego SDP Janusza Życzkowskiego.

Kali z Woronicza i Wiertniczej

Postanowiłem napisać ten komentarz zanim szefowa MEN Barbara Nowacka zakaże dzieciom i młodzieży czytania powieści „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Dla tych, którzy nie wiedzą to taki XIX-wieczny thriller naszego noblisty o porwaniu europejskich dzieci przez islamistów, przy których dzisiejsi terroryści to przedszkolaki.

Przede wszystkim to jednak przepięknie napisana powieść o zderzeniu cywilizacji i zwycięstwie tradycyjnych wartości. Pewnie mnie ktoś za ten opis zgani, ale co tam. Przecież nie będę pisał, że to przykłady „prób zrzucenia przez Arabów jarzma okrutnego kolonializmu” lub „porażki, którą odnieśli Europejczycy nad afrykańskim ludami”. I tego nie napisał Aleksander Prus, ale dzisiejsi politycznie poprawni przeciwnicy powieści Sienkiewicza. Nie, nie o relacjach społecznych jest książka. Jeśli ktoś nie czytał, niechaj się nie wstydzi i to zrobi. Polecam.

Jest jednak w opisie przygód Stasia i Nel potężna lekcja świadomości własnej dumy budzącej się w narodach podbitych i wymazywanych z mapy świata. Chodzi o dialog bohaterskiego Polaka Stasia Tarkowskiego z Kalim, młodym „arystokratą” murzyńskiego plemienia tubylczego. Kali uważa, że źle jak jemu ktoś ukradnie krowy, ale dobrze, jeśli to Kali ukradnie kilka sztuk bydła innym.

Staś jest bezradny, nie może w żaden sposób Kalemu wytłumaczyć, że rozumowanie syna afrykańskiej ziemi jest błędne w kontekście praw naszej cywilizacji. Ale Staś tłumaczy…

Tak jest też z TVP i TVN w przypadku ich pretensji do produkcji sygnału z uroczystości utworzenia Solidarności. Można im tłumaczyć, ale nie zrozumieją.

Nieudany „plebiscyt”

Władze TVP w likwidacji w ogóle nie rozumieją wiele. Otóż w państwowej stacji relacjonują „plebiscyt” z okazji 45 lat Solidarności pod tytułem „A to nam się udało!”. Wyłoniono 10. finalistów, ale proponuję skupić się na czterech pierwszych: Polska w NATO; Polska w Unii Europejskiej; Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy; Powstanie Solidarności…

Czy teraz w TVP w końcu zrozumieją, że NSZZ Solidarność nie ma zaufania do państwowej stacji telewizyjnej, która robi z Polaków głupków przekazując takie „wyniki” plebiscytu? Kto z nas postawił w „plebiscycie” WOŚP wyżej niż NSZZ Solidarność? No kto? Kto ceni wyżej plotącego bzdury faceta w czerwonych spodniach niż ruch społeczny, dzięki któremu ten facet może takie androny opowiadać?

Proponuję do „plebiscytu” dodać całą TVP w likwidacji – bo w kategorii „A to nam się udało” TVP może umieść punkt: jak w bezprawnie przejętej przez Telewizji Polskiej udało się w rocznicę powstania Solidarności nie pokazać transmisji z uroczystości 45. rocznicy utworzenia związku…

 

HUBERT BEKRYCHT: Sztuczne dziennikarstwo i prawdziwa inteligencja

Wirtualne podszepty, a nawet całe teksty wytworzone przez AI kuszą znudzonych lub mało doświadczonych pracowników mediów. Są jednak tacy pseudodziennikarze, którym nie pomoże nawet najlepsza sztuczna inteligencja.

Namnożyło się ludzi udających dziennikarzy przez te prawie czterdzieści lat, odkąd komuna zdechła. Chociaż może raczej stała się zombi-komuną. Niby odrąbuje się jej łby, ale odrastają następne. Może dlatego, że dziennikarze głównego nurtu medialnego pomagają tej komunie z recyklingu. Jak tylko mogą. Po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez obecną koalicję, nawet nielegalnie wybrani, marionetkowi uzurpatorzy z TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej urastają do rangi rozdających karty. I pensje.

Medialna komuna i prawne sztuczki

Komuna w wykonaniu rządu Donalda Tuska, w formie partyjna, w fakturze śmieszna, w wymiarze międzynarodowym niedostrzegalna, ma iście stalinowskie kadry. Wymiar sprawiedliwości i kierownictwo policji krzyczące o zbrodniach PiS to nic jeszcze w porównaniu ze śmiesznymi, ale niebezpiecznymi wytworami medialnymi.

Dziennikarstwo współczesne i tak broni się już tylko resztami wojsk. Na gruzach zdrowego rozsądku. Do tego jeszcze te pieniądze na onkologię, które dostają usłużni dla rządu dziennikarze z mediów publicznych, aby mówić, co tam sobie premier i ministrowie chcą. I ta nagła ochrona państwowa mediów komercyjnych. Bo na przykład Polsat i TVN są teraz firmami dla Polski strategicznymi, nie można ich sprzedać bez zgody rządu. Rządu Tuska. Zatem koalicji wydaję się, że może spać spokojnie, bo ma przewagę na rynku medialnym. Nie ma. I to widać.

Rząd Tuska boi się prawdziwych mediów. Konserwatywnych, ale nie tylko. Po prostu niezależnych. System komunistycznych zombi z koalicji PO-PSL-PL2050 i Lewicy pewny swojego rychłego końca postanowił wykończyć jeszcze kilkoro przedstawicieli konserwatywnego dziennikarstwa. Złośliwie.

Bo krytykował…

Ostatnio czyściciele rynku medialnego, czyli połączonych sił mediów publicznych i prywatnych, wzięli sobie na cel konserwatywnego publicystę Samuela Pereirę, który ostro krytykuje propagandę prorządową.

Dziennikarz został skazany przez sąd, bo nie głaskał po główce akolitów Tuska. Krytykował ich i pisał o prawdziwych aferach. Oczywiście Pereirę osądzono teraz, chociaż rzekoma wina dziennikarza ma swój początek kilka lat temu. Przypadek? No pewnie, sądy są przecież przeciążone a sędziowie są represjonowani przez PiS…

Pereira naraził się, bo zadawał pytania. Opisywał patologię władzy. Władzy PO. I ta władza, jak setkom innych dziennikarzy krytykującym rząd, postanowiła przypomnieć, że nie wolno stawiać niewygodnych pytań. Tak straszy się dziennikarzy. Tylko, że konserwatywni dziennikarze nie są tacy strachliwi.

Samuela Pereirę w obronę wzięło Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, któremu szefuje prezes SDP Jolanta Hajdasz. „CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu red. Samuela Pereiry za publikację artykułu na temat aktywności Aleksandry Brejzy, lokalnego polityka z Inowrocławia, prywatnie żony prezydenta miasta Ryszarda Brejzy i matki Krzysztofa Brejzy, posła Koalicji Obywatelskiej do Parlamentu Europejskiego.  Dziennikarz ma zapłacić blisko 40 tysięcy złotych kary” – napisała Hajdasz. „W ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza zasadę wolności słowa i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim ta wolność jest” – dodała prezes SDP.

Wrzosek i koniec komuny

Czy Pereira byłby teraz ścigany za krytykę innych niż koalicyjnych polityków? Nie, teraz nie. Ten przecinek i trzy słowa to najlepsza recenzja polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Za to nowa urzędniczka ministerstwa sprawiedliwości i tej sprawiedliwości największa kula u nogi prokurator Ewa Wrzosek znana z wrogości do prawicy, ma coraz większe wpływy w resorcie. Sprawiedliwości. Przy okazji, wciąż czekamy na wyjaśnienie sprawy Wrzosek, czyli przesłuchania bez adwokata śp. Barbary Skrzypek, współpracownicy Jarosława Kaczyńskiego. Kuriozalna jest też walka prok. Wrzosek z dziennikarką konserwatywną Dorotą Kanią. Chodzi o to, że publicystka opublikowała dawno już opublikowane dokumenty na temat prokurator Wrzosek.

Karanie dziennikarzy konserwatywnych i poziom mediów publicznych są tak komiczne jak niezbyt śmieszne żarty niektórych kabaretów chcących uzyskać poparcie rządu. To poważny balast tej koalicji ciągnąca ją na dno. Tak jak afera jachtowa przy wydaawaniu kasy z KPO będzie bezpośrednią przyczyną upadku rządu Tuska, tak walka PO z konserwatywnymi mediami i dziennikarzami będzie symbolem tej porażki. To będzie koniec komuny Tuska i PO.

 

 

Absurdalne żądanie 90 tysięcy odszkodowania za zdjęcia policjantów, którzy zatrzymali BATMANA

Za publikację zdjęć z zatrzymania mężczyzny w stroju Batmana, prawnik działający w imieniu policjantów żąda od fotoreportera absurdalnych przeprosin i prawie 90 tysięcy złotych odszkodowania. Zapłacić ma Robert Kwiatek z władz Gdańskiego Oddziału SDP, bo to on ośmielił się na zdjęciach pokazać policyjne zatrzymanie Człowieka Nietoperza przez funkcjonariuszy z Gdańska na wiecu wyborczym Rafała Trzaskowskiego. Dzięki fotografiom Kwiatka cała Polska zobaczyła śmieszność władzy, która ściga komiksowego bohatera, bo nawet dziecko wie, że Batman jest dobry i nie robi świństw.

Czy to skandal i łamanie wolności słowa, czy też może rozgrzane głowy policjantów chcących odegrać się za to, że reporter pokazał ich zdjęcia jak zatrzymują Batmana? Jedno i drugie. Policjant to funkcjonariusz publiczny i musi się liczyć z tym, że kiedyś jego dzieci kiedyś i jego zobaczą, jak będzie zatrzymywał Batmana, Zorro lub Królewnę Śnieżkę. Fotoreporter musi natomiast pokazać efekty swojej pracy, bo nie ma w Polsce cenzury… Przynajmniej oficjalnie.

Próby wywarcia presji ze strony prawnika funkcjonariuszy policji na prawo do swobodnego prezentowania poglądów, treści i obrazów należy uznać za działania mające znamiona cenzury. Nie przymykajmy oka na to, że policjanci „bronili porządku prawnego”, bo ani na chwilę przeciwnicy Trzaskowskiego nie byli zagrożeniem dla kandydata PO. No chyba, że byli przebrani nie za Batmana a za innych polityków PO.

SDP zawsze będzie bronić dziennikarzy, operatorów kamer i fotoreporterów, jeśli organy państwa – a tak często dzieje się pod rządami Tuska – będą zastraszały media, szczególnie te konserwatywne i społeczne.

Człowieka przebranego za Batmana policjanci z Pomorza zatrzymali za to, że w oknie jego pokoju hotelowego zawieszono transparent „Byle nie Trzaskowski” podczas wizyty wyborczej polityka PO w Trójmieście 30 maja br. Czy policja będzie teraz ścigać dziennikarzy, fotoreporterów, którzy pokazują ich interwencje? Może, ale dlaczego funkcjonariusze pogrążają się w grotesce? Robert Kwiatek w rozmowie z portalem z SDP podkreślił, że całe zdarzenie byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było po prostu smutne. „To kneblowanie ust, zastraszanie dziennikarza i próba wyłudzenia pieniędzy” – powiedział Kwiatek.

 ***

Oto fragmenty wpisu Roberta Kwiatka na Facebooku [wersja oryginalna – red.]:

„(…) To dzieje się dzieje, to nie żart. Przeczytajcie proszę do końca też z tym pismem na zdjęciach. Panią adwokat😀 daję na zdjęciu, bo robi mega karierę a ja ją w tym będę wspierał od dziś 😀 Pismo to traktuje jako próbę wyłudzenia pieniędzy i zastraszenia dziennikarza…”

Otrzymałem je z kancelarii prawnej domagającej się z mej strony przeprosin, w stosunku do funkcjonariuszy którzy bezprawnie wdarli się do hotelu, chcąc zatrzymać BATMANA.

Pismo publikuje w całości – zdjęcia. Pomijając aspekt prawny, bo sądy europejskie już rozstrzygały tę kwestię, dając prymat prawa do informacji nad ochronę osobistą funkcjonariuszy podczas interwencji.

Nie wierzę by Pani adwokat tego nie wiedziała, nie znała, może jest coś do ugrania a chłopaki z policji kasę zapłacili <<żaden grosz nie śmierdzi>>?

Pani Adwokat Agnieszka Derezińska Jankowska członek Pomorskiej Izby Adwokackiej – członek Krajowej Rady Adwokackiej, taka osoba widnieje na podpisanym piśmie, reprezentująca 9 policjantów w ich imieniu domaga się: zadośćuczynienia w wysokości zbiorczo 89.000 zł” – napisał kwiatek na swoim profilu na FB.

„To pikuś wiadomo zapłacę, sprzedam nerkę, motocykl i duszę😀😀😀 ale co dalej? Bo to nie koniec oczekiwań, mam m.in. opublikować na własny koszt przez okres 30 dni na swoim koncie na niebieskim tle:

<< Ja Robert Kwiatek przepraszam funkcjonariuszy policji, którzy w dniu 30 maja podjęli interwencję w hotelu Holland House Residence… za to, że pomimo braku zgody wykonałem zdjęcia z przebiegu interwencji, ujawniając wizerunek funkcjonariuszy a następnie przekazałem zdjęcia innym podmiotom, które to dalej je udostępniały i TV o zasięgu ogólnopolskim. Opublikowania na własny koszt oświadczenia opublikuje przeprosiny, w ogólnopolskim wydaniu serwisu w głównym wydaniu serwisu internetowego TV Republika p.t. Dzisiaj w piątek o godz. 19.00…” – zaznaczył na swoim profilu FB fotoreporter.

Dalej Kwiatek wyjaśnia, czego jeszcze żądają od niego policjanci za pośrednictwem swojej prawniczki. „Przeprosiny mają być odczytane moim głosem, osobiście, spokojnym, jednostajnym, bez wyrażania emocji, bez wykonywania gestów, znaków ośmieszających czy umniejszających powagę przeprosin. W czasie odczytywania przeprosin ich pełny tekst winien być widoczny na pozostałej części ekranu w formie tekstu opisanego czarna czcionka opisanego Times New Roman o wielkości wypełniającej co najmniej 60% części ekranu nie zajmowanej przez pana postaci. Przy czym odstępy między literami, wierszami, mają umożliwić normalne odczytanie tekstu… No cóż,Pani mecenas i Panowie policjanci, widzimy się w sądzie o ile oni przyjmą taki wniosek…” – napisał Kwiatek.

O wynaturzeniach w przekazie pisze HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarscy rachmistrzowie

Uczono mnie, że źródła są najważniejszymi filarami powstawania jakiegokolwiek materiału dziennikarskiego. No cóż albo się wiele zmieniło albo po prostu ludziom mediów się nie chce sprawdzać źródeł. Co nie zmienia faktu, że jak piszesz o „fałszerstwach wyborczych” to masz to udowodnić, a nie liczyć głosy.

Na antenie TVN obserwowaliśmy żenujący spektakl „transparentności” liczenia głosów. Troje sędziów najpierw męczyło się, aby otworzyć worek z głosami ze spornej komisji (nie mówili w TVN, czy to rzeczywiście ten worek), a potem liczono głosy. I doliczono się. Jednego spornego głosu, który mógł być oddany na prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego a nie na prezydenta-elekta Karola Nawrockiego. Przypomnę, jeden głos.

Sekundanci chaosu

Co tak bulwersuje? Już nawet nie to, że rząd Donalda Tuska nie umie przegrywać, nie to także, iż „zarzuty” wobec procedur liczenia są na poziomie małego dziecka skaczącego z dywanu na podłogę…

To, co działo się po „uruchomieniu” mechanizmu zohydzania Nawrockiego i to, co robiły rządowe media po przekazaniu prezydentowi elektowi zaświadczenia PKW o wyborze są zaledwie literówką w ogromnym tekście o bólu liberalno-lewackich środowisk po wyborach prezydenckich. To, co naprawdę groźne to włączanie się prorządowych dziennikarzy do „ogólnonarodowego liczenia głosów”.

To oni przecież sekundowali w wywoływaniu nieufności do kwestionowania wyników wyborów wygranych przez Karola Nawrockiego prawie taką samą przewagą głosów, jaką pięć lat temu wygrał Andrzej Duda z Rafałem Trzaskowskim. Czyli, nie „znikomą” jak piszą lizusi z redakcji sprzyjających Tuskowi.

Liczenie na antenie..?

Dziennikarscy rachmistrzowie nie są odosobnieni, ale to oni nakręcają histerię, podnoszą krzyk tam, gdzie nie westchnęli nawet po wyborach parlamentarnych w październiku 2023 roku. Gdzie byli owi „strażnicy” etyki zawodowej, kiedy ewidentnie łamano ordynację wyborczą i prawo powszechne przewożąc autobusami (!) grupy wyborców z okręgu do okręgu, tam, gdzie możliwy był mandat jeszcze jednego przedstawiciela ówczesnej opozycji.

Gdzie byli owi uśmiechnięci żurnaliści przytakujący obecnemu rządowi, kiedy w nocy stały ogromne kolejki przed lokalami wyborczymi w niepewnych dla PO okręgach wyborczych? To byli ludzie, którzy swój głos oddali nie raz kilka godzin po zamknięciu lokali… Już nazajutrz po zakończonych wyborach. I ludzie ci nie byli na terenie lokali wyborczych, bo teren to tylko najwyżej kilka metrów przez siedzibą obwodowej komisji wyborczej, a nie kilkaset metrów wokół budynku.

„Akcję profrekwencyjną” rozdają ciepłe napoje i pizzę prowadzili w tych kolejkach przyszli posłowie, przyszłej koalicji. Mało? Widać, jeśli uczciwi nie reagują, mało. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że wyborów parlamentarnych sprzed prawie półtora roku nie zakwestionowała konserwatywna opozycja.

A potem będzie wstyd…

Teraz, po wyborach prezydenckich wygranych przez Karola Nawrockiego, doszedł autentyczny element podżegania, obrzydliwego podżegania. Do czego? Do przestępstwa polegającego na pomawianiu członków komisji w całej Polsce, że nie „przypilnowali” wyborów. Lub je „sfałszowali”.

W kraju, gdzie administracja państwowa – definicyjnie to także administracja samorządowa – jest we władaniu PO, TD (której już nie ma, ale jest) i Lewicy (nie wiadomo, czy jest). Byłoby to wszystko paradne, gdyby nie chodziło o teoretycznie możliwą wojnę domową po zamachu stanu. Za mocno? A czymże jest namawianie do kwestionowania legalnych wyborów?

Ludzie z rządu nie ukradną wyborów, ale niesmak po ich medialnych akolitach „liczących” nasze głosy pozostanie…

 

Hubert Bekrycht

 

 

W Klubie Historycznym SDP: koncert lwowski i spotkanie z red. TADEUSZEM PŁUŻAŃSKIM

Serdecznie zapraszam w najblizszy wtorek (24 czerwca)  o godz. 18.30 do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (ul. Foksal 3/5 w Warszawie) na koncert w intencji Polakow we Lwowie.
W środę 25 czerwca br. o godz.18, także w Domu Dziennikarza przy Foksal odbędzie się kolejne zebranie Klubu Historycznego SDP.
Spotkanie poprowadzi redaktor Tadeusz Plużanski.
Temat: „Prześladowania i obławy na Żolnierzy Wyklętych po wojnie”.
Zapraszam i pozdrawiam serdecznie
Hanna Budzisz szefowa Klubu Historycznego SDP 

Nie żyje red. MARIA LEŚNIKOWSKA

Zmarła redaktor Maria Leśnikowska-Pietrasik. O jej śmierci zawiadomiła Rodzina w prasowym nekrologu. Miała 76 lat.

Portal Wirtualne Media napisał o zmarłej w niedzielę 22 czerwca:

„Maria Leśnikowska w latach 1981–1995 pracowała w „Kurierze Polskim”, a w latach 1995–1998 w „Super Expressie”, m.in. jako szefowa działu krajowego i wicenaczelna. Następnie przez kilka lat pełniła funkcję szefowej działu krajowego „Życia”. Była też związana m.in. z Telewizją Polską” – podkreślił portal WM.

O śmierci Marii Leśnikowskiej na swoim fejsbukowym profilu zawiadomił również reżyser Arkadiusz Gołębiewski, który opisywał niezwykłą historię jej zamordowanego przez stalinowców ojca.

„Kolejna smutna wiadomość. W 2018 w Pałacu Prezydenta RP, podczas uroczystości wręczenia not identyfikacyjnych, mówiła: <<Zdjęcie Ojca, które dzisiaj widzę, widzę po raz pierwszy. Urodziłam się 4 miesiące po jego śmierci w 1950 roku. Widzę, jak jestem do niego podobna… To dla mnie wielki dzień, że prof. Krzysztof Szwagrzyk ze swoim Zespołem odnaleźli szczątki mojego Taty. Na ten dzień czekałam całe życie>>, mówiła wówczas Pani Maria” – napisał Arkadiusz Gołębiewski operator, reżyser, producent, scenarzysta filmowy, dyrektor Festiwalu Filmowego Niepokorni, Niezłomni Wyklęci.

„Dla osób, które znają moje filmy: <<Kwatera Ł>>, <<Dzieci Kwatery Ł>>, zapewne pamiętają sceny, kiedy Pani Maria, opowiada, jak jej mama Apolonia, przekupiła grabarza, który wskazał miejsce potencjalnego pochówku. Potem ze swoimi uczniami z LO, przyniosła krzyż i w krzakach, na wysypisku śmieci cmentarza na Wojskowych Powązkach, ustawiła go w potencjalnym miejscu pochówku” – wspominał reżyser na FB.

„Historia Pani Marii, to również temat mojego filmu dokumentalnego, który tworzę od lat. To również inspiracją do mojej opowieści fabularnej pt. Apolonia, do której zdjęcia rozpocznę jeszcze tego lata. Warto też dodać, że Pani Maria, to żona Śp. Zdzisława Pietrasika, krytyka filmowego, pracującego przez lata dla Tygodnika Polityka” – podkreślił twórca.

„Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w najbliższy poniedziałek o godz . 12.30 w kościele przy ul. Kokosowej na Ursynowie, już w najbliższy poniedziałek. Marysiu, dziękuję! Spoczywaj w Pokoju!” – napisał Arkadiusz Gołębiewski.

Wyrok dla dwóch sprawców zamachu na maltańską dziennikarkę DAPHNE GALIZIĘ

Są wyroki skazujące dwóch członków gangu odpowiedzialnych za wybuch samochodu – pułapki, w którym 8 lata temu zamordowano maltańską dziennikarkę Daphne Caruanę Galizię – podała Europejska Federacja Dziennikarzy. Organizacja poinformowała, że wyroki skazujące dla Roberta Agiusa i Jamiego Velli, wydane przez ławę przysięgłych w La Valletcie 5 czerwca, są przełomowym krokiem w walce z długoletnia bezkarnością przestępców.

Wciąż trwa postępowanie w sprawie domniemanego organizatora zamachu na dziennikarkę. Jej rodzina i przyjaciele wielokrotnie apelowali o przyspieszenie postępowania.

Zginęła, bo była dziennikarką

Wyrok zapadł po sześciotygodniowym procesie. Stało się to jednak prawie osiem lat po tragicznej śmierci dziennikarki 16 października 2017 roku. Dwaj mężczyźni, będący częścią maltańskiego podziemnego świata przestępczego, zostali uznani za winnych zdobycia materiałów wybuchowych o przeznaczeniu wojskowym i dostarczenia ich płatnym zabójcom, którzy dokonali morderstwa.

Maltańskie media przewidują, że dwie kolejne osoby zamieszane w spisek mający na celu zabicie Galizii z powodu jej dziennikarskiego śledztwa, trafią do więzienia.

Wciąż nie ma wyroku dla domniemanego zleceniodawcy

Dotychczas pięć osób zostało uznanych za winnych udziału w zamachu, jedna osoba przyznała się do winy – to pośrednik, który został ułaskawiony bo złożył zeznania obciążające zleceniodawcę zamachu na Galizi.

Domniemany mózg zamachu na dziennikarkę, Yorgen Fenech, wpływowy maltański biznesmen, oczekuje obecnie na proces. Fenech został zwolniony z aresztu za kaucją w lutym 2025 roku.

hub

 

Różne perspektywy obrony mediów w Europie – w Budapeszcie rozpoczął się kongres Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (EFJ)

Delegaci EFJ od 2 do 3 czerwca 2025 roku obradują w stolicy Węgier. Ponad 120 dziennikarzy i przedstawicieli związków zawodowych z 38 krajów europejskich wybierze kierownictwo federacji na kolejne trzy lata. Zanim dojdzie do wyborów, które zaplanowano na wtorek dziennikarze ze Starego Kontynentu omówią aktualną sytuację mediów w swoich krajach.

Na współpracę mediów z władzami i naciski polityczne narzekają wszyscy.

Polska i skręcająco w lewo medialna Europa

Inna jest jednak sytuacja w, rządzonych przez umiarkowanych polityków, Niemczech, liberałów w krajach skandynawskich czy we Francji, a inna jest sytuacja jest w Polsce, której rząd od grudnia 2023 roku tłumi wolność mediów. Wówczas koalicja PO, TD i NL bezprawnie przejęła media publiczne powołując w TVP, PR i PAP nielegalne władze stawiając te państwowe instytucje w stan likwidacji. Jednocześnie rząd Donalda Tuska od półtora roku nęka i niszczy media niezależne, konserwatywne i chrześcijańskie a także lokalne portale.

SDP i CMWP SDP wielokrotnie protestowały przeciwko takim działaniom władz państwowych. Niektórzy delegaci z krajów członkowskich EFJ pytali obecnych w Budapeszcie reprezentantów SDP – prezes dr Jolantę Hajdasz, wiceprezesa Mariusza Pilisa, sekretarza generalnego Huberta Bekrychta – o perspektywę normalizacji sytuacji w polskich mediach tuż po niedzielnych wyborach prezydenckich i wyborze prezesa IPN dr Karola Nawrockiego na prezydenta Polski.

Czy wybory coś zmienią?

Wydaje się, że utrzymanie przez obóz konserwatywny urzędu Prezydenta RP stanowi odtrutkę na bezprzykładne podczas kampanii ataki polityczne liberalnych kręgów rządzących.

Jak to wpłynie na sytuację SDP sekowanego i atakowanego przez rząd i przyjazne mu tzw. media głównego nurtu, na razie nie wiadomo, ale jest nadzieja, że proces niszczenia polskich środków zostanie zahamowany. Przynajmniej zahamowany, bo proces naprawy środków masowego przekazu w naszych kraju wydaje się na razie daleką perspektywą.

Wiele mówiono o sytuacji w mediach, bałkańskich (Bułgaria, Serbia) a także włoskich. Pierwszy dzień obrad zdominowaali dziennikarze z Węgier. Ich zdaniem obecna władza wywiara na nich nacisk i utrudnia im pracę.

Węgry

Gospodarze spotkania EFJ zabrali głos w sprawach wolności słowa nad Dunajem. „Będzie przydatne dla wszystkich członków EFJ, aby poznać prawdziwą sytuację węgierskich mediów” – powiedziała na początku budapesztańskiego kongresu Ilona Kocsi, prezes Związku Dziennikarzy Węgierskich (MUOSZ). „I prawdopodobnie będzie również przydatne dla węgierskich dziennikarzy, aby poznać sytuację innych dziennikarzy w Europie” – dodała Kocsi.

„Uważamy, że spotkanie EFJ w Budapeszcie i dyskusje na temat wolności mediów będą stanowić silny sygnał solidarności dla węgierskich pracowników mediów znajdujących się w trudnej sytuacji” – podkreślił  Róbert Zlati, prezes Węgierskiej Unii Prasowej (MASZSZ).

 

hub

 

Red. Przemysław Jarasz z Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej uniewinniony! Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP

30 maja b.r. Sąd Rejonowy w Zabrzu ogłosił wyrok w  procesie przeciwko red. Przemysławowi  Jaraszowi,  dziennikarzowi śledczemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej.  Sąd  uniewinnił dziennikarza  i potwierdził, że informacje zawarte w artykule  „Nielegalne papierosy” były prawdziwe i rzetelnie zweryfikowane, a stawiane w nim pytania prasowe były zasadne. Dziennikarza pozwała  w trybie karnym z art. 212 kk Anna Sosnowska, radna klubu KO–Nowe Zabrze. CMWP SDP  objęło monitoringiem tę sprawę w lutym 2025 r. CMWP SDP apelowało  o umorzenie postępowania w tej sprawie  oraz o uwolnienie red. Przemysława Jarasza od zarzutów związanych z profesjonalnym wykonywaniem przez niego zawodu dziennikarza. 

Sąd nie dopatrzył się popełnienia przestępstwa zniesławienia radnej Sosnowskiej przez red. Przemysława Jarasza.  Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, w związku z tym nie można upublicznić szczegółów ustnego uzasadnienia wyroku wygłoszonego przez sędzię Gabrielę Szczypkę. Wyrok jest nieprawomocny.

W październiku ub.r. red. Przemysław Jarasz  w artykule p.t.„Nielegalne papierosy” ujawnił, że w Prokuraturze Rejonowej w Zabrzu toczy się śledztwo przeciwko mężowi radnej klubu Koalicji Obywatelskiej.  Informacje te potwierdził prokurator rejonowy Wojciech Czapczyński w rozmowie z dziennikarzem. W opublikowanej na łamach gazety wypowiedzi potwierdził on, iż  Wiesław S. usłyszał zarzuty karne i karno – skarbowe za dystrybucję papierosów bez polskich znaków akcyzy (a ściąganych zza wschodniej granicy). Straty skarbu państwa prokuratura wyceniła na 47 tys. zł, a za stawiane mężowi radnej zarzuty może grozić do 8 lat więzienia. Gazeta informowała także, że sprawę mężczyzny wyłączono do odrębnego postępowania z większej sprawy dotyczącej handlu nielegalnie wprowadzonym na rynek polski tytoniem w ramach działania zorganizowanej grupy przestępczej.  Należy  podkreślić, iż przed publikacją artykułu Redakcja bezskutecznie zabiegała o komentarz  Radnej do tej sprawy. W publikacji Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej na ten temat nie było nazwisk osób  których dotyczy sprawa, jednak krótko po tej publikacji radna Anna Sosnowska ujawniła w swoich mediach społecznościowych, że artykuł dotyczy jej męża  i  że zawarte w nim informacje są kłamstwem.  Nagłośniła tę sprawę także podczas sesji Rady Miasta w Zabrzu oraz wytoczyła sprawę przeciwko dziennikarzowi z prywatnego aktu oskarżenia z art. 212 kk.  Niezależnie od procesu karnego radna Anna Sosnowska zażądała także od redakcji Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej odszkodowania w wysokości 150 tys. zł.,   co  – jak poinformowała redakcja – oznaczałoby upadek wydającej gazetę  Zabrzańskiej Spółdzielni Pracy Dziennikarzy i bankructwo  gazety istniejącej na rynku śląskich mediów gazet od  1956 roku czyli od prawie  70 lat.

Na stronie internetowej Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej  sprawę skomentował red. Przemysław Jarasz:

 Choć zajmuję się dziennikarstwem od 30 lat i uczestniczyłem w przeróżnych procesach, nigdy nie spotkałem się z tak absurdalnym atakiem na media i to ze strony przedstawicielki władzy samorządowej. Przecież wszystkie zgromadzone przeze mnie informacje finalnie zostały oficjalnie potwierdzone przez szefa zabrzańskiej prokuratury. A mimo to radna Sosnowska wytoczyła najcięższe działa prawne przeciwko mojej osobie, jak i naszej redakcji – zauważa red. Jarasz. Z perspektywy czasu zaczyna on podejrzewać, że cała ta historia miała na celu wyłącznie zdyskredytowanie jego wiarygodności oraz redakcji, jako jedynego lokalnego tygodnika w mieście, który krytycznie patrzył prezydent Agnieszce Rupniewskiej na ręce i systematycznie ujawniał niewygodne jej fakty. – Nie jest bowiem tajemnicą, że panie Rupniewska i Sosnowska znają się prywatnie od dawna, zaś pierwotnie radna chciała, by prezydent miasta była jedynym jej świadkiem oskarżenia w moim procesie. A przecież dotyczył on prywatnej działalności męża radnej, a nie wprost samorządu. Nadto po publikacji artykułu, bardzo ostro i kłamliwie zaatakowała mnie w mediach społecznościowych społeczniczka i radna dzielnicowa Katarzyna Kosieradzka, uchodząca za nieformalny głos prezydent Rupniewskiej i często pojawiająca się w jej bliskim otoczeniu. Za te oszczercze zarzuty przeprosiła mnie dopiero, gdy sam zmuszony byłem podjąć kroki prawne – podsumowuje red. Jarasz.

więcej na ten temat : TUTAJ

Informacja o monitoringu CMWP SDP :

CMWP SDP w obronie dziennikarza oskarżonego z 212 kk za opisanie faktów

Po wygranej obozu rządowego Polska będzie opanowana… – pisze HUBERT BEKRYCHT: Okruchy prawdy i wolności (AKTUALIZACJA)

Miało nie być tego felietonu, bo jestem na Węgrzech przygotowując się do kolejnego kongresu dziennikarskiego, który rozpoczyna się w niedzielę. Tę niedzielę. Chcąc głosować w Budapeszcie zarejestrowałem się. W Ambasadzie. Nad posiadłością przy Városligeti fasor 16 powiewa polska flaga. Obok unijnej. Czy w niedzielę na tym kawałku Polski nad Dunajem będą kolejki wyborców?

Kolejne pytania, to ilu ich może być głosujących w ambasadach RP Polaków, na przykład na Węgrzech i w innych krajach? Czy wszyscy chcący głosować będą mogli to zrobić? Nie wiem.

Na pewno o nieprawidłowościach podczas głosowania poza granicami Polski, oby ich nie było, ludzie nie dowiedzą z publikujących i nadających z Polski tzw. mediów głównego nurtu. O programach kandydatów i innych ważnych sprawach dotyczących głosowania też zresztą nie.

Słowa, słowa, słowa

Z tych mediów, których głównymi przedstawicielami są publiczne spółki: TVP, PR i PAP (wszystkie trzy w likwidacji) oraz m.in. TVN, Onet, Gazeta Wyborcza nie dowiemy się niczego ważnego, jeśli nie głosujemy na kandydata rządu. Z oceną Polsatu od lat mam kłopot.

Są na szczęście, powoli podnoszące się po zamachu na media w grudniu 2023 roku, media prywatne o konserwatywnym, prawicowym, chrześcijańskim charakterze, rozwijają się – wobec cenzury rządu Donalda Tuska – nieprawdopodobnie. Niestety, koalicjanci atakują od wielu miesięcy m.in. TV Republikę, wPolsce24, TV Trwam, Radio Wnet, Radio Republika, Gazetę Polską, GPC, Niezależną pl., wPolityce, DoRzeczy, Tysola.pl, ten skromny portal, który Państwo teraz czytacie oraz wiele mediów chrześcijańskich, katolickich i mnóstwo niezależnych od rządu portali ze swoim przekazem w telewizji, radiu, prasie, tak lokalnych jak i ogólnopolskich (bardzo przepraszam, że nie wszystkie normalne media tu wymieniłem, ale jest Was, nas, coraz więcej).

Nagonka na tradycję

Media konserwatywne i niezależne od nacisków rządu, są przez niego atakowane. Haniebnie, obrzydliwie i kłamliwie. Dzieje się to przy rozlicznych manipulacjach rządowych i kontrolowanych przez rząd mediów mainstreamowych przy najważniejszych od 1989 roku wyborach w Polsce.

Koalicja wściekle atakowała przed pierwszą i przed drugą turą wyborów prezydenckich kandydatów, którzy nawet nieśmiało krytykowali kandydata/ kandydatów – akolitów Donalda Tuska. Nie wspominając już o bezprecedensowych na polskiej scenie publicznej atakach personalnych na kandydatów konserwatywnych, prawicowych. Najwięcej oczywiście dostało się od rządu i przyjaznych mu mediów prezesowi IPN, który „śmiał wystartować” (cytat polityka PO) w tych wyborach…

Proste i logiczne

Niby teraz to wszystko wiemy, wiemy o tym, bo przekazują to media konserwatywne. A co będzie, jeśli… No właśnie.

Wtedy niczego się nie dowiecie, tak jak ja nie dowiedziałem się jak skasować bilet w budapesztańskim trolejbusie od przemiłej Węgierki…

Bo chodzi przecież o język przekazu, nie o to „jak my to rozumiemy”, ale o to, jak się istotnie sprawy mają. W dziennikarstwie to system, na pozór, skomplikowany, ale logiczny – obarczony, a jakże, błędami, kodeksami etycznymi, przepisami prawa, ale sprowadzający się do jednego – do przekazywania PRAWDY. Co z kolei prowadzi właśnie do istoty systemu demokratycznego, do WOLNOŚCI.

Dowcip?

Nie lubię pisać dużymi literami, bo – powie ktoś – po co to, kiedy wszystko jasne? Tak, tak jasne, jak w niemodnym w mediach mainstreamowych dowcipie.

Budzi się Rafał Trzaskowski po wyborach i patrzy a tam na Placu Bankowym przed warszawskim ratuszem prezes TV Republika Tomasz Sakiewicz rozdaje ulotki. Trzaskowski natychmiast każe go aresztować.

Policjanci to robią i spisując protokół patrzą na zarekwirowane ulotki. „Za co jestem aresztowany?” – pyta Sakiewicz. „Za ulotki” – odpowiada policjant. „Jak to, przecież tu nic nie ma” – pokazuje puste kartki szef Republiki.

„Nie ma… No, może nie ma, ale i tak wszystko jasne” – podkreśla stróż prawa.

Głosujcie!

Oby ten sen się nie ziścił, bo dowcip jest przeróbką innego, bardziej ponurego – z czasów sowieckich.

Dlatego, nawet jeżeli jesteście daleko. Poza Polską, na działce, u rodziny, znajomych, postarajcie się głosować, bo mogą pozostać nam już wkrótce tylko okruchy prawdy i wolności…

Głosujcie na Antypodach, w Europie Zachodniej, w Amerykach, Azji, Afryce, na statkach a nawet w Arktyce i na Antarktydzie, no i oczywiście w Budapeszcie, gdzie jestem.

A ambasadora RP na Węgrzech chyba jeszcze rząd tu nie przysłał. Chociaż akurat nad Dunajem, raczej trudno to wszystko zrozumieć. Nie tylko z powodu języka.

 

Hubert Bekrycht