Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ zarzuciła władzom mediów publicznych ignorancję i manipulację

Komisja kultury przerwała obrady po słowach prezes SDP Jolanty Hajdasz o ignorancji szefów mediów publicznych i pytaniach TV Republika o rosnące koszty TVP w likwidacji. Po kolejnych kwestiach omawianych przez  Adriana Boreckiego z TV Republika, m.in dotyczących kosztu debaty w TVP organizowanej przez sztab Rafała Trzaskowskiego, wysokich wydatków na garnitury, koszule i wyjazdy służbowe w TVP, komisja zawiesiła obrady na tydzień. Decyzję podjął przewodniczący komisji Piotr Adamowicz z PO.

Sejmowa Komisja Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu w porządku obrad czwartkowego posiedzenia miała wysłuchanie informacji MKiDN i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na temat mediów publicznych.Zamiast rozmawiać o sytuacji w bezprawnie przejętych przez rząd mediach publicznych, w tym relacjonowania przez nie kampanii prezydenckiej, dyskusję próbowali zdominować przedstawiciele koalicji. Na posiedzeniu obecni byli m.in. likwidatorzy publicznych mediów.

Żenada i manipulacja w mediach publicznych

Wiceprzewodnicząca komisji z PiS Joanna Lichocka przypomniała o tym, że zaproszono również dziennikarzy mediów konserwatywnych, m.in. TV Republika oraz szefową największej polskiej organizacji skupiającej dziennikarzy. Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Jolanta Hajdasz podkreśliła, że wyjaśnienia likwidatorów TVP, PR i PAP to farsa.

„Po 30 latach pracy dziennikarskiej (…) jestem zażenowana niewiedzą i niskim poziomem prezentowanych przez likwidatorów informacji” – powiedziała Hajdasz.

Poniższy film wideo na YT dzięki uprzejmości tysol.pl – redakcjom Tygodnika Solidaorność i Tysol.pl

Hajdasz oświadczyła również, że manipulacje władz mediów publicznych przekraczają jakiekolwiek wyobrażenia. Przede wszystkim jeśli chodzi o prezentacje udziału poszczególnych sił politycznych w kampanii prezydenckiej 2025 roku.

Udowadniacie, coś, czego nie ma

„Macie nas za idiotów, za kogoś komu można przedstawić kolorowe wykresy i udowadniać coś czego nie ma” – komentował prezes SDP wystąpienia szefów mediów publicznych. Szczególnie podkreśliła fakt, że na przykład TVP w likwidacji, przy rażąco niskiej oglądalności, chwali się serialami, które emitowane są na antenie od ćwierć wieku. Hajdasz mówiła, też o „wykluczaniu SDP i środowisk związanych ze stowarzyszeniem” a także artystów konserwatywnych z życia publicznego poprzez pomijanie ich w TVP, PR i PAP.

Prezes SDP Jolanta Hajdasz
zdj. z iTV Sejm

Prezes SDP zaapelowała tez do członków  sejmowej komisji kultury o to, aby zajęli się nie tylko mediami publicznymi przytaczając przykłady szykanowania mediów konserwatywnych i pracujących tam dziennikarzy. „Analiza działalności tylko mediów w likwidacji nie prowadzi do niczego” – przekonywała Hajdasz.

Drogie garnitury w spółce w likwidacji

Podczas obrad głos zabrał także dziennikarz TV Republika. „[Adrian- red.] Borecki pytał, o to, czy to prawda, iż mimo, że spółka jest w >>nieustającej likwidacji<<, to jej likwidator Daniel Gorgosz przebywa na delegacji służbowej w Japonii, firma wydaje tysiące na garnitury, koszule, marynarki czy oklejanie samochodów” – wymieniał.

„Borecki przypomniał przypomniał też, że spółka nie chce ujawnić zarobków Marka Czyża, który po przejęciu stacji zasłynął wypowiedzią o >>czystej wodzie<<” – napisała w Niezależna.pl. dodając, że Borecki mówił również o garniturach za prawie 60 tys. zł dla TVP, z których najdroższy miał kosztować 4,5 tys. zł.

Nierozliczona debata Trzaskowskiego w TVP i… koniec obrad

Dziennikarz TV Republika Adrian Borecki poruszył też sprawę debaty Rafała Trzaskowskiego” Tutaj sytuacja jest dla was beznadziejna” – zwrócił się do władz TVP. „ Bo jeżeli rzeczywiście całą debatę opłacał komitet wyborczy Rafała Trzaskowskiego, to pani Joanna Dunikowska-Paź powinna już dawno zostać dyscyplinarnie [zwolniona – red.] za złamanie kodeksu etyki TVP,  ponieważ dziennikarz TVP – sam to podpisywałem, kiedy pracowałem w mediach publicznych – nie może brać udziału w wydarzeniach organizowanych przez komitet wyborczy, a tutaj tak było” – mówił Borecki podczas posiedzenia komisji kultury.

„Jeżeli z kolei rzeczywiście TVP opłacało panią Dunikowską-Paź, wydawcę, operatorów, albo i inne rzeczy to jest to nielegalne finansowanie kampanii wyborczej z publicznych pieniędzy. Więc – albo beznadziejnie, albo jeszcze gorzej” – dodał dziennikarz.

Po pytaniach m.in. prezes SDP i dziennikarza TV Republika przewodniczący Piotr Adamowicz z PO zawiesił na tydzień posiedzenie komisji kultury.

Hubert Bekrycht/ tysol. pl/ sdp.pl/ Biznez Alert/ iTv Sejm – transmisje/ X

O medialnym kompoście pisze HUBERT BEKRYCHT: Lipa w państwowej agencji i „tłumaczenia” fałszywej depeszy PAP

Z fantazją naiwnego człowieka, który na biwak zabiera plastikową saperkę i papierowy nóż, przyglądam się od kilkunastu dni medialnej melasie toczącej Polskę. Niby przypuszczałem, a nawet wiedziałem – niby to było jasne, że bezprawnie przejęte przez rząd media publiczne są do niczego. Ale aż tak? No właśnie, afera z fałszywą depeszą PAP jest jak Yeti, wszyscy o niej mówią a nikt jej nie widział, bo wciąż nie ma oryginału. Depeszy, nie afery. Ale i aferę zamieciono pod dywan. Potem razem z aferą dywan posłano w Himalaje. I to na chińską stronę…

Fake news kolportowany 13 godzin przez Polską Agencję Prasowej,  to zdaniem jej włądz – napiszę to delikatnie –  „błąd w depeszy” w słowach prezydenta USA Donalda Trumpa. Fałszywka obiegła Polskę oraz świat i…

I nikt nie został z PAP wyrzucony. Co więcej, nikogo w państwowej agencji nie pociągnięto do odpowiedzialności. Do tego, tak jak każe sztuka, zamiast od razu usunąć fałszywkę – jak pierwszą wersję „raportu” komisji Bodnara – po połowie doby zaczęto przepraszać. Ale… nie ortodoksyjnie…

Rządowy folwark agencji

Po tym skandalu likwidatorzy nadal rządzą sobie PAP jak folwarkiem. To coś na kształt innego folwarku zwierzęcego. Orwellowskiej wersji mediów, jako instytucji podległej Ministerstwu Prawdy.

W dziejach agencji prasowych, przypadek PAP, który mógł doprowadzić do poważnego konfliktu międzynarodowego, nie ma precedensu. Nie będzie prównań tylko prośba. Popatrzcie z łaski swojej na depesze kontrolowane przez niemiecką propagandę podczas II wojny światowej. Były one tworem wyobraźni psychopatów. Wyobraźni chorej, ale wyobraźni…

Kłamstwa i manipulacje rządu Donalda Tuska są, co prawda ubrane w jakieś ciuchy propagandowe, ale po przyjrzeniu się, spod tej garderoby plotek i pogłosek wystaje goła pupa gabinetu premiera. Gabinetu…

Wmawianie „prawa”

Gabinet Tuska…, nie nie ma czegoś takiego… Gabinet to był przed wojną i oznaczał Radę Ministrów w każdym tego słowa znaczeniu. Niezależnie od barwy politycznej rządzących, gabinet premiera przed wojną był elitą narodu. Bo spory polityczne przed wojną były ostre, naznaczone odsiadkami wrogów Piłsudczyków w Berezie i odwetami rządu Sikorskiego na wyspie Bute na Piłsudczykach. Ale to było wprost, brudna polityka bez budowania fikcji. Fikcji, takiej jak likwidacja mediów publicznych…

W porównaniu ze wściekłą zemstą Tuska, relacje przedwojenne były brutalne, ale nie takie podłe jak szykanowanie opozycji po 13 grudnia 2023 roku. Powie ktoś, dlaczego? Przecież Tusk – poza „raptem” setkami ludzi represjonowanych z powodów politycznych – jak dotąd – nie pakuje wszystkich przeciwników do ciężkich więzień, nie robi „obozów izolacyjnych”? Jak dotąd…

Ten robi rząd coś gorszego! Bardziej szkodliwego dla Polski. Wmawia wszystkim, że to, jak ściga opozycję i inaczej myślących obywateli jest zgodne z prawem. A nie jest!

Tubka propagandowa

Kiedy zdrobnienie jest jak pierwotne określenie? PAP jako państwowa tuba propagandowa – jeśli chodzi np. o komunikaty rządu zawsze, bo tak jest w ustawie – nigdy nie zniżała się jednak do takich tanich numerów. Teraz PAP to nie tuba PAP jest tubką propagandową rządu Tuska. Premier już sobie poradził bez agencją. Źle to zrobił, ale jednak bez PAP, może z małą jej pomocą, manipulował i manipuluje nadal.

Tłumaczenia marionetkowych władz PAP są ponure a nawet ponuro-śmieszne: „Ktoś źle przetłumaczył, ktoś nie ma doświadczenia, ktoś źle zrozumiał” – to wyjaśnienia początkowe. „Trump nieprecyzyjnie mówi” – to już kontratak oraz: „Każdy interpretuje to inaczej” – po bezczelność PAP i rządu, który sufluje agencji wszystkie „tłumaczenia”.

Przykłady żenady

I właściwie można by o tym pisać bez końca, ale nie warto. Warto jednak pamiętać, że PAP po grudniu 2023 roku do września 2025 roku miała niemal tyle wpadek, co agencja po 1989 roku. Liczę nie przypadki, tylko ich wagę.

Najpierw w 2024 roku fałszywa depesza o „powszechnej mobilizacji”, która okazała się być „atakiem dezinformacyjnym” Rosji. Nie wiadomo, jak do tego doszło, że kremlowscy hakerzy – jak pisały branżowe media – „wysłali” fałszywkę używając „poziomu redakcyjnego…” Może śledztwo w sprawie prowokacji trwa, ale zrozumiałe jest, że musi potrwać i potrwa…

Potem historia o tym, jak edytorka dopuściła do publikacji komunikatu z relacją o działalności prezydenta-elekta Karola Nawrockiego zmieniając mu tożsamość na „Kartofel Nawrocki”. Zrobiła to doświadczona dziennikarka – ukarano ją, zwolniono dyscyplinarnie. Z nieoficjalnych informacji wynikało wówczas, że „błąd” wyniknął z „działania” młodszej i mniej doświadczonej pracownicy PAP.

Portal Polsat News, cytując Press, napisał, że: „(…) Marek Błoński, likwidator Agencji (…) nie może ujawnić szczegółów tej decyzji, ponieważ są to >>sprawy między pracodawcą a pracownikiem<<. Tak, tak. Czy jednak szef PAP, nawet w likwidacji, w taki sposób zachowuje się w obliczu kompromitacji agencji zawsze? I nie podaje szczegółów? Jeszcze nie odpowiem na te pytania. Nie mogę.

Sam pracowałem w PAP za poprzednich władz (od marca 2020 r.) i wiem, że to robota niełatwa. Na szczęście już nie pracuję, ale robota ta ma coś z charakterystycznych ćwiczeń sapera. Chociaż w każdej redakcji, to nie są ćwiczenia…

Medialny kompost

Czy dziennikarz powinien mylić się tylko raz i potem ma iść do kadr po wypowiedzenie?. Nie. Czy szef dziennikarzy powinien mylić się tylko raz. Też nie. Byłem szefem 3 lata, co prawda nie w PAP, ale też w mediach publicznych i wiem coś na ten temat. Czy szef powinien mylić się trzy razy i więcej. Nie.

I tym twierdzeniem, chociaż ostatnio na twierdzenie to wpadł Pitagoras, wypadałoby skończyć… Nie mogę jednak, bo teraz pora na wniosek. I nie, nie o dofinansowanie z KPO tutaj chodzi, tylko poważny kryzys państwa spowodowany niekompetencją w państwowych mediach. I to po decyzji rządu o skierowaniu na „front” agencyjny nieodpowiednich ludzi.

Otóż, fałszywa depesza PAP może się zdarzyć. Wszystkim władzom agencji i za każdych rządów. Zamiatanie jednak tego pod dywan to działanie podważające podstawy państwa w obliczu międzynarodowego konfliktu. To już nie tyle nawet skandal, co sabotaż. Rządu? Też.

Kiedy takie „pomyłki, błędy, niedomówienia” zaczną być oficjalnie skandalem, kryzysem, sabotażem, wówczas Polska Agencja Prasowa podniesie się z medialnej pryzmy kompostowej usypanej przez służby propagandowe rządu obecnej koalicji.

hb
              ***

18 września br. na profilu @PAPinformacje ukazało się oświadczenie władz agencji:

„Skorygowaliśmy czwartkową depeszę dotyczącą wywiadu prezydenta Donalda Trumpa dla Fox News, który był zapytany o Polskę, a w odpowiedzi nie użył nazwy żadnego kraju. Poprawiona depesza jest w naszych serwisach. Za błąd przepraszamy.”

https://x.com/PAPinformacje/status/1968989564023808220 – tekst żródłowy

 

 

Poniżej publikacja sdp.pl z Biznes Alertu:

 

Chaos w rządowej agencji – BIZNES ALERT: Skandal po depeszy PAP z błędem w słowach prezydenta USA

 

ANTYPRAWICOWY RAPORT O TVP W TVP w likwidacji z danymi wrażliwymi red. SAMUELA PEREIRY – BIZNES ALERT

Wiosną br. były poważne zapowiedzi działań, niemal prokuratorskich, teraz jest dokument, z którego niewiele wynika. Oprócz zarzutów politycznych. Komisja przy ministrze sprawiedliwości publikuje raport o „represjach” TVP wobec organizacji pozarządowych (NGO) w latach 2016-23. Na stronie TVP Info opisującej raport pojawiły się wrażliwe dane konserwatywnego dziennikarza Samuela Pereiry – napisał portal Biznes Alert.

Artykuł z Biznes Alertu:

https://biznesalert.pl/raport-o-represjach-tvp-w-czasach-pis-a-na-tvp-info-opisujacej-dokument-wrazliwe-dane-red-samuela-pereiry/

 

 

 

Do mądrości (a może tylko do normalności) przez mądre książki i nie tylko – REKAPITULACJA – PROF. RYSZARD LEGUTKO

Kiedyś nikogo nie trzeba było zachęcać do czytania dobrych, mądrych książek. Te czasy pamiętam wcale nie przez mgłę… Nawet, a może przede wszystkim… Zacznijmy od 1989 roku, kiedy wyraźnie do było widać kult wydawnictw dobrych i bardzo dobrych. I już wydawało nam się, że ci wszyscy sowieciarze „od czytelnictwa”, mentalni cenzorzy, pojadą sobie – wszak wolność podróżowania to jedna z podstaw demokracji – gdzie pieprz na Syberii rośnie, ale okazało się, że na książkach można zarobić…

Niektórzy, co chwalebne, zarabiali jeszcze 25, 20 lat temu na książkach dobrych, ale potem były już przeważnie książki „dla wszystkich”. Kryminały i poradniki w zalewie lektur „poczytaj mi aktorze” spowodowały stworzenie społeczności „raczej miałkej” – jak mówi mój uczony kolega. Na szczęście jednak, nie zaniechano, w dużym trudzie zresztą, pokazywania ludziom tego, co – przepraszam  za banał – dobre i piękne. Wybaczcie, łatwo jednak przy tej kwestii wpadam w egzaltację, jak panienka z pensji o surowych obyczajach.

Książka jak powietrze

Niektórzy mi nie wybaczą „pomijania” czasów komuny w tzw. czytelnictwie, ale nie chodzi naprawdę o to, że w PRL nie wydawano dobrych, a nawet mądrych książek. Były takie, przeoczone przez cenzurę. Były publikacje dostępne „spod lady”.

Rzecz w tym, iż za komuny, co dla ludzi mojego pokolenia oczywiste, nie wydawano wszystkich książek wartych publikacji, bo nie było po prostu wolności słowa. Tak, tak,  w to dalej  nadal nie mogą uwierzyć niektórzy liberalni i lewaccy dziennikarze krzyczący, że poddano ich cenzurze, bo cytowano ich słowa, ale  – uwaga – skomentowano inaczej niż „autorzy” sobie życzyli.

Prawie pozytywizm

Cóż… No, właśnie, ci ludzie to ofiary książek takich sobie, oddalonych od naszej mentalności i kręgu kultury judeochrześcijańskiej i innych kultur zresztą też. Czytanie książek dobrych i mądrych stało się ofiarą wolnego rynku, też jednego z filarów demokracji.

Na szczęście są jeszcze oficyny, które stawiają na publikacje dobre i wybitne, na książki, które zmuszają do myślenia i czytania innych książek. Książek, przy których dobrze się myśli. Do takich oficyn można zaliczyć Wydawnictwo Fronda, które właśnie oddało do rąk Czytelników książkę „Rekapitulacja” autorstwa profesora Ryszarda Legutko.

Człowiek, po prostu

Encyklopedie podają, że to pisarz, filozof publicysta z wykształceniem filozoficznym właśnie, który skończył też anglistykę. Niektóre te almanachy pomijają już fakt, że prof. Legutko skończył te kierunki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czytający ludzie, nawet kiedy pierwszy raz zetkną się z profesorem (chyba musieliby przybyć z innej galaktyki, ale mogą tacy jeszcze być), od razu zorientują się, że autora „Rekapitulacji” wychował i ukształtował Kraków.

I to, co ważne, że Legutkę wychował Kraków, bez zarzucanych często pierwszej stolicy Polski stereotypów i akcentów wywyższania się i „wiedzy bibliotecznej”. Ryszard Legutko po prostu podąża swoją drogą. Był wykładowcą, był politykiem, ale przed, po i w trakcie jest przede wszystkim filozofem z otwartym umysłem. Bo profesor to postać.

Opinie

Inny wybitny humanista, historyk i przewodnik konserwatystów, profesor Andrzej Nowak tak pisze o Rekapitulacji autorstwa Ryszarda Legutki: „Książka o zdobywaniu mądrości napisana przez najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkałem. Autobiografia intelektualna na tle bezpardonowej analizy upadku naszej cywilizacji. Gorzki ma smak, lecz odświeżający. Nie pozostawia złudzeń, ale pokazuje dobrą drogę” – napisał prof. Andrzej Nowak

Jeszcze jedna opinia – profesora Zdzisław aKrasnodębskiego: „Jak Ryszard Legutko, jeden z najwybitniejszych umysłów europejskich, znakomity filozof i polityk, którego przemówienia potrząsały Parlamentem Europejskim i Ursulą von der Leyen, stał się tym, kim jest? Przyznam się, że często zadawałem sobie to pytanie. Ta książka jest jego własną na nie odpowiedzią. To fascynująca, refleksyjna opowieść o rozwoju intelektualnym – o dzieciństwie i studiach w PRL, o przeczytanych książkach, o poszukiwaniach filozoficznych,o rozczarowaniu liberalizmem, o zwrocie ku filozofii starożytnej oraz miłości do Sokratesa i Platona, o trosce o Polskę. To plastyczny obraz czasów minionych i gorzka diagnoza współczesności, niespełniającej dawnych nadziei” – wspomniał owe „czasy minione” prof. Zdzisław Krasnodębski

 

Fragment

W pochwałach Kolegów po piórze, fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja rozsyłany przez Wydawnictwo Fronda wydaje się nieprzypadkowy:

(…)

Marzec ’68 w Krakowie

Marzec ’68 był dla nas, studentów UJ, całkowitym zaskoczeniem. Zaliczyłem pierwszy semestr pierwszego roku (z niejakimi trudnościami), a po przerwie semestralnej wróciłem jak inni na uczelnię, by zacząć semestr drugi z daną sobie obietnicą wzięcia się do pracy. Planów innych poza naukowymi i rozrywkowymi nie miałem ani ja, ani nie mieli koledzy. Życie w Krakowie, w tym także na uniwersytecie, toczyło się leniwie i nic nie zapowiadało, by gomułkowską stabilizacją mogło cokolwiek za chwiać. Kościół – praktycznie jedyna siła opozycyjna – wydawał się nieco wycofany po ostrych konfliktach z władzą komunistyczną, walkami o krzyże i świątynie, brutalnej reakcji na list biskupów i groteskowo-prymitywnych atakach komunistów na Wielką Nowennę w rodzaju aresztowania świętego obrazu. Robotnicy i urzędnicy jak zwykle pracowali nad wykonaniem kolejnych planów produkcyjnych, a aparat partyjny pełnił, również jak zwykle, swoją rolę kierowniczą, dbając o to, by nic się na lepsze nie zmieniło. Trudno więc było przewidzieć, że w przedwiośniu 1968 roku Polska Ludowa dozna poważnych wstrząsów, a już niemal nie możliwe się wydawało, że owe wstrząsy wywołają studenci i intelektualiści: ci pierwsi zajęci byli przecież swoim miłym życiem studenckim, a tych drugich powszechnie uważano, i to nie bez racji, za najbardziej konformistyczną grupę w PRL-u.

Wiadomość, że coś się dzieje w Warszawie, dotarła do nas poniedziałkowego ranka, 11 marca. Później wydarzenia potoczyły się szybko: wiece na Rynku, zadymy z Milicją Obywatelską, wtargnięcie tejże milicji na teren UJ i pobicie studentów oraz kilku profesorów, wyłonienie studenckiej reprezentacji, kolejne wiece, petycje, zebrania, plotki, roznoszenie ulotek oraz słuchanie Wolnej Europy; to ostatnie najczęściej bez sukcesów, bo zagłuszarki pracowały pełną mocą.

Gdy po latach spróbowałem uporządkować zapamiętane wydarzenia i informacje z tamtych lat, te, o których miałem dobrą wiedzę, bo bezpośrednio ich doświadczałem, wyłonił mi się obraz niejednorodny. Z jednej strony, byłem zdumiony zjawiskiem, które później w dalszych latach PRL-u, a także w III RP miało się powtarzać w skali ogólnopolskiej i z którym wówczas zetknąłem się po raz pierwszy. Oto społeczeństwo, które wydaje się trwać w stanie drzemki, jakby nie pomne swojej podłej sytuacji, a do tej pory niemal do niej nawykłe, nagle się budzi i zaczyna groźnie ryczeć i szarpać kraty klatki, w której przebywa. Obudzili się w pamiętnym marcu nie tylko studenci, lecz także inni mieszkańcy Krakowa. Pamiętam, że taksówkarz, który mnie wiózł na uczelnię, nie wziął pieniędzy za kurs, zagrzewając do boju; pamiętam liczne okrzyki zachęty i poparcia ze strony przechodniów; pamiętam sąsiadów, którzy mnie zaczepiali, podekscytowani pytali o nowiny, solidarnie klepali po plecach, starając się dodać otuchy.

Pamiętam także pierwsze godziny owego marcowego poniedziałku, kiedy przychodziły informacje o rozruchach w Warszawie. To nie były zwykłe suche przekazy o niepokojach w PRL-u, podobne do tych, jakie znaliśmy z przeszłości. Niosły one ze sobą ładunek społecznego dynamizmu i bodziec do działania prawie natychmiast zmieniający nasze nastawienie z biernego na czynny. Nie umawialiśmy się przecież co do dalszych wspólnych akcji, bo było nas zbyt wielu i mieliśmy za mało czasu na jakiekolwiek narady i koordynacje. Wiedzieliśmy jednak od samego początku z wyrazu twarzy rozmawiających, z używanej retoryki, z intonacji wypowiedzi, a nawet z samej atmosfery dla nas ożywiająco nowej, że niesie nas fala, niespodziewana, ale wspaniała fala, której chętnie, a nawet radośnie się poddajemy, bo chcemy płynąć z jej nurtem. Później podobne doznania unoszenia się wraz z wielką wyzwoleńczą falą odczuwałem tylko w Sierpniu 1980.

Wspaniałe było również i to, że owa kryzysowa sytuacja powstała tak nagle i tak niespodzianie spowodowała ujawnienie się wspólnych z nami poglądów u ludzi, o których nigdy nie sądziliśmy, że mogą sprzyjać buntowi przeciw władzy. To nie tylko nasi koledzy studenci sprawiający do tej pory wrażenie, że posłuszeństwo wobec autorytetu było ich drugą naturą, okazywali się w ciągu krótkiego czasu zuchwałymi kontestatorami, lecz także ludzie starsi, w tym profesorowie. Profesor uniwersytetu zbuntowany przeciw władzy to była wcześniej postać nam raczej nieznana, a nawet fikcyjna. Gdy więc w marcu zobaczyliśmy po raz pierwszy profesorów okazujących swój polityczny sprzeciw wobec polityki partii komunistycznej, czuliśmy się pokrzepieni ich widokiem, a przede wszystkim podbudowani ich słowami. Odsłoniło się nam to oblicze uniwersytetu, jakiego nie znaliśmy, a o jakim wielu z nas wątpiło, że jeszcze istnieje.

Nie znaczy to wcale, że wiedzieliśmy dokładnie, o co nam chodzi i co chcemy osiągnąć. Brak informacji, ogólna konfuzja, nadmiar plotek, przesadne podniecenie wielu uczestników oraz wrzaskliwa propaganda lejąca się z prasy, radia i telewizji nie pozwalały na jasne wytyczenie linii działania i skierowanie uwagi buntujących się młodzieńców na jakieś konkretne cele. Wiadomo, że chodziło nam wszystkim o Dziady, a ponieważ przedstawienia nie znaliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co takiego bulwersującego umieścił w nim reżyser, że wywołało zdjęcie ze sceny, wyrażaliśmy ogólną solidarność ze studentami warszawskimi. Ale przecież wszyscy czuliśmy, że taka solidarność to za mało i że zbiorowy pęd emocji, nagle wyzwolony, pcha nas ku sprawom bardziej zasadniczym, niemal ustrojowym, bo, jak wie dział każdy żyjący w PRL, cenzura i polityczna kontrola myśli ustrój ten tworzyła i utrzymywała w istnieniu. No więc bardziej świadomi i stanowczy spośród nas domagali się zniesienia cenzury. „Domagali się” – to może za dużo powiedziane. Bardziej precyzyjnie byłoby rzec, że wypowiadano te i podobne żądania we własnym gronie wśród gorączkowych licytacji słownych i wypisywano na ulotkach, które z niemałym na kładem żmudnej pracy ręcznie kopiowano, a następnie nieporadnie rozprowadzano.

Jaki sens miało pisanie takich żądań? Głównie taki, żeby je wykrzyczeć, a wykrzyczawszy, poczuć, że mówi się rzecz głęboko słuszną, której wcześniej ze strachu, z ostrożności lub nawyku uległości nie ośmielano się wypowiadać. Krzyk – jak to często się zdarza – był więc odreagowaniem uprzedniego milczenia, a także nie całkiem czystego sumienia, które temu milczeniu towarzyszyło. Atak władz na Mickiewicza stał się do takiej reakcji wyborną okazją, bo stworzył sytuację krystalicznie czystą moralnie – z jednej strony barbarzyńcy i łajdacy podnoszący bluźnierczo rękę na wieszcza, na którego nikt dotąd podnieść ręki się nie ważył, a z drugiej my broniący wielkiej literatury, piękna i polskiej tradycji.

Zniesienie cenzury było stałym motywem zgłaszanych haseł, a oprócz niego pojawiały się dziesiątki innych, jeszcze mniej realistycznych, wypowiadanych chaotycznie w uniesieniu lub w przelotnej niefrasobliwości. Pamiętam kilkakrotnie wypowiadany postulat upublicznienia prawdy o Katyniu. Pamiętam kilka osób na jednym z wieców, które przekonywały, że po winniśmy się domagać wypuszczenia z więzienia Kuronia i Modzelewskiego, autorów listu otwartego do partii. Pamiętam też, że ktoś inny zasugerował poruszenie sprawy odebrania Polsce Lwowa i Wilna przez Związek Sowiecki i przyklepania aneksji przez aliantów zachodnich. Widać było, że wprawdzie dotychczasowa cenzura i trwająca ponad dwadzieścia lat indoktrynacja wypchnęły ze zbiorowej oraz z indywidualnej świadomości wiele treści i sparaliżowały je mechanizmami strachu i fałszu, wystarczył moment zachwiania się systemu, a wszystko w sposób cudowny odżywało. Jakkolwiek te hasła mogły drażnić niewczesną lekkomyślnością polityczną, to przecież trudno było nie docenić oznak życia i zdrowia w tych wybuchach pragnienia poznania prawdy, nazwania rzeczy słowem właściwym czy poddania osądowi sprawiedliwości tego, co przeszłe i teraźniejsze. Bardziej niepokojące byłoby, jak sądzę, gdyby w momentach mobilizacji i buntu, takich jak ów pamiętny marzec, ludzie okazali się nie zdolni do zdjęcia kagańca ze swoich myśli i pragnień, ważąc każde słowo po to, by wykazać się przed władzą swoją roztropnością. Roztropności buntowników władza nie potrzebowała, a przyzwyczajenie do kagańca źle by rokowało przyszłym protestom przeciw władzy komunistycznej w Polsce.

Ale w ruchu marcowym pojawiały się też rzeczy mniej krzepiące, a niekiedy przygnębiające. Myliłby się ten, kto by sądził, że ruch ogarnął większość studentów. Prawda jest taka, że w Krakowie najbardziej zaangażowali się pierwszo- i drugoroczniacy, natomiast starsze lata mniej chętnie włączały się w protesty. Istniał wręcz rozpowszechniany w uczelnianym środowisku pogląd, że protesty mają w sobie coś na tyle szczeniackiego, że szanujący się student czwartego i piątego roku nie powinien się wygłupiać, dołączając do marcowej awantury. Wypowiadano chętnie kąśliwe uwagi deprecjonujące bunt, z których najbardziej chwytliwe było łączenie protestów z juwenaliami: „W tym roku juwenalia zaczęły się już w marcu”, mawiano, co wywołało w nas, protestujących, bezsilną złość, taką, jaką się od czuwa, gdy wiadomo, że żadna perswazja nie złagodzi złej woli kpiarza ani nie naruszy jego głęboko wkorzenionego uprzedzenia.

Ta obojętność starszych kolegów mnie drażniła, choć właściwie nie powinna. Przecież sam wybuch marcowych protestów uznałem za fakt cudownie niespodziewany, a skoro tak, to po co zżymałem się na obojętność lub małą przychylność większości, która wszak reprezentowała postawę, do jakiej się wcześniej już przyzwyczaiłem? Zderzenie się z brutalnym faktem, że bunt przeciw ustrojowi może nie mieć szerokiego poparcia – niechby z ostrożności tajonego, lecz szczerego – był gorzkim doznaniem. Pokazywał on, choć wniosku takiego jeszcze wtedy nie wyciągałem, że nie ma czegoś takiego jak opór całego społeczeństwa przeciw komunizmowi, bo niezależnie od komunistycznych absurdów, od szkodliwości i brutalności systemu górę zawsze bierze społeczny konserwatyzm, znacznie głębszy niż ostrożność, strachliwość czy inne słabości charakterologiczne jednostek, przejawiający się w naturalnym dążeniu do nienaruszania status quo.

Taki konserwatyzm ma swoje uzasadnienie, choćby przez to, że jest nieusuwalnym społecznym faktem; nie tylko więc nie należy go negować jako aberrację, lecz także – ta w gruncie banalna myśl przyszła mi do głowy znacznie później – powinien być brany pod uwagę przy wszelkich bardziej zasadniczych przekształceniach społecznych mogących wywołać silny odruch obronny. Gorsze jest to, że w momentach przesilenia, gdy siły zła wygrywają, ten konserwatyzm niechętny oporowi wobec władzy despotycznej daje wsparcie bierne, a niekiedy czynne dla działań represywnych i moralnie paskudnych przez tę władzę przedsiębranych. Zawsze w takich razach – tak stało się w Marcu, a także, jak żywo pamiętam, w stanie wojennym – nagle pojawiają się jakby spod ziemi ludzie właśnie z tej konserwatywnej rzeszy się wywodzący, ludzie nijacy i wcześniej nie znani lub znani mało, którzy chętnie wykonują brudną robotę, kontrolują, spisują, donoszą, kłamią, straszą, a czynią to bez widocznych objawów wstrętu do wykonywanej roboty.

Wśród kadry uniwersyteckiej w czasach Marca takich typów na UJ było niewielu, ale potrafiłbym wymienić przynajmniej kilkunastu, których marcowe zaistnienie pozwoliło wspiąć się wyżej mimo dość wyraźnego dyzgustu, który wywoływali i którego, jeśli nie byli skończonymi głupcami, musieli być świadomi. Później na zlecenie partii prowadzili dla studentów rozmaite indoktrynacyjne dokształty o wspaniałości PRL-u i komunizmu oraz o nikczemności ich wrogów, gdzie – ale to już później – opowiadali o wojskach Bundeswehry gotowych do inwazji na Czechosłowację, o Niemcach mordujących polskich oficerów w Katyniu, o brudnych dolarach, za które wywołano w Warszawie zamieszki, i tym podobne. Ludzie, którzy tę podłą robotę wykonywali, byli oczywiście miernotami. Profesorowie z najwyższych pięter hierarchii o dobrych nazwiskach trzy mali się przyzwoicie. Rektor UJ w tamtych czasach, Mieczysław Klimaszewski, nie zachowywał się szczególnie bojowo, ale z powodu swojej powściągliwości w wypowiadaniu politycznych opinii i raczej przychylnego nastawienia do własnych studentów, niezależnie od wykrzykiwanych przez nich haseł, zyskał sympatię i nikt o nim, o ile wiem, nie powiedział nieprzyjaznego słowa.

Znacznie gorszą opinię miał jego zastępca, językoznawca, profesor Mieczysław Karaś. Ten raczej nie pokazywał się w wielkich zgromadzeniach studenckich, by nie być wygwizdanym, ale chadzał w towarzystwie podejrzanych typów po gmachach uniwersyteckich i w obmierzłym stylu strofował studentów, strasząc ich karami za działalność antyustrojową. Karaś był partyjniakiem o topornym kroju gomułkowskim, bezwzględnie powolny rozkazom egzekutywy, za co później, a także z uwagi na jego postawę w czasie Marca, towarzysze nagrodzili go funkcją rektora UJ. Studenci, rzecz jasna, Karasia serdecznie nie lubili, co przejawiało się na różne sposoby, przede wszystkim przez złośliwe komentarze, jakimi kwitowano każdorazowe wymienienie jego nazwiska. Krążyła wśród nas, na przykład, opowieść z upodobaniem rozpowszechniana, że Karaś miał jedno oko szklane i o tym właśnie jego szklanym oku opowiadano szereg mało wytwornych, lecz wówczas niezmiernie nas śmieszących anegdot. Żartowanie ze szklanego oka niemiłego prorektora nie było oczywiście karą nazbyt ostrą, biorąc pod uwagę dokonania Karasia na urzędzie, a i też – przyznajmy – niezbyt godną nobilitującego statusu studentów najstarszej uczelni w Polsce, ale przecież tylko taka forma retorsji pozostawała w naszym zasięgu. (…)

 

Fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja, Wydawnictwo Fronda/ Biblioteka Konserwatysty

„Nie mam za co przepraszać”. Ratusz nęka procesem b. dyrektora TVP3 Opole. Monitoring CMWP SDP

Urząd Miasta Opole pozwał dziennikarza, byłego dyrektora i redaktora naczelnego TVP3 red. Mateusza Magdziarza. Chodzi o program lokalny z 11 listopada 2021 roku z relacją z uroczystości. W przemówieniu, prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski nawiązał do sytuacji na polsko-białoruskiej porównując nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali wtedy funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego… Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.

Urząd Miasta Opola najpierw próbował spowodować, aby red. Magdziarz stanął przed sądem na podstawie przepisów prawa karnego. Potem ratusz pozwał m.in. telewizję, b. szefa TVP3 Opole i reportera Adama Wołka za to, że – zdaniem władz miasta – w programie lokalnym nierzetelnie przedstawiono uroczystości 11 listopada 2021 roku.

Przemówienie, czy antyrządowa propaganda?

Chodzi o przemówienie prezydenta Opola, niegdyś związanego z PO, Arkadiusza Wiśniewskiego. Nawiązał do ówczesnej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Wiśniewski porównał nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali jesienią 2021 roku funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej, do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego…

Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Okrzyki wznosił wtedy m.in. działacz opozycji antykomunistycznej Wiesław Ukleja.

Głuchy telefon i „MZ Trias Opolski”

Nie można się skontaktować z rzecznikiem opolskiego urzędu, naczelnikiem biura prasowego Adamem Leszczyńskim, bo telefon podany na stronie internetowej ratusza nie odpowiada.

Smartfony identyfikują podany numer jako kontakt do Międzygminnego Związku Trias Opolski:

Pytanie o powód pozwania Mateusza Magdziarza redakcja sdp.pl przesłała do rzecznika Leszczyńskiego mailem. Do czasu publikacji artykułu nie dostaliśmy odpowiedzi.

Co powiedział prezydent?

Prezydent Opola mówił 11 listopada 2021 roku podczas uroczystości 103. rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości : „(…) Polska nie może odwracać się od matek z dziećmi [w tle wyraźnie słychać okrzyk <<skandal >>], które głodne [dale i przez całą relację słychać m.in. okrzyki <<skandal, hipokryta>>] przed wojną próbują przedostać się przez granicę. Polska wiele lat, wiele razy była ofiarą walki zbrojnej. Wiemy jak wyglądają obrazy cierpiących matek (…) choćby przypominając sobie zdjęcia z Powstanie Warszawskiego” – powiedział w Święto Niepodległości w 2021 roku prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. Jego przemówieniu cały czas towarzyszyły okrzyki protestu, że wykorzystuje politycznie sytuację na polsko-białoruskiej granicy do walki politycznej z rządem Zjednoczonej Prawicy.

https://x.com/matt_magdziarz/status/1798760191250534670

Zdaniem obserwatorów uroczystości i samego ówczesnego redaktora naczelnego TVP Opole, która pokazała przemówienie, prezydent sugerował, iż SG nie chce przepuszczać nielegalnie imigrujących „matek z dziećmi”, a w rzeczywistości młodzi ludzie m.in. sprowadzani przez Moskwę i Mińsk z Bliskiego i Środkowego Wchodu rozbijali strażnice i atakowali kamieniami funkcjonariuszy służb. Wielu z nich ranili.

Skandaliczna retoryka

We poście na X z ub. roku Magdziarz napisał m.in.: „11 listopada 2021 roku prezydent Opola wygłosił przemówienie. Oczywiście jak wielu krytyków PiS nie mógł przegapić takiej okazji i odnosił się do sytuacji na granicy z Białorusią. Zdaniem wielu osób w tym fragmencie zastosował skandaliczną retorykę odwołując się do Powstania Warszawskiego. Minęły prawie 3 lata a Gmina Opole w pozwie cywilnym zarzuca mi naruszenie jej dóbr osobistych (jako redaktorowi naczelnemu TVP3 Opole) za publikację materiału zawierającego krytyczną ocenę tego przemówienia” – przekazał Magdziarz.

Teraz – jak mówi pozwany dziennikarz – niewiele się zmieniło, na pewno nie w jego postrzeganiu sprawy. „Wiśniewski niebezpiecznie zestawił to, co się działo wtedy na granicy z Powstaniem Warszawskim. Wykorzystał uroczystości 11 listopada 2021 roku do wskazania, bez kontekstu, iluzorycznej winy obrońców granicy” – podkreślił we wtorek Mateusz Magdziarz w rozmowie z portalem SDP.  „TVP3 Opole rzetelnie to relacjonowała te wydarzenia” – mówił dziennikarz.

Nigdy nie będziesz sam

„Zostałem pozwany, bo prezydent nie może znieść porażki, jaką niewątpliwie było jego przemówienie, co zresztą potwierdzali uczestnicy uroczystości” – zaznaczył były szef TVP3 Opole. „W tym procesie zostałem sam, TVP Opole, po zmianie rządu, na kolanach przeprosiła urząd i prezydenta. Reporter też przeprosił. Co ciekawe prezydenta a nie gminę która go pozwała” – powiedział Magdziarz.

„Na <<placu boju>> pozostałem tylko ja” – przyznał Magdziarz.

„Nie mam zamiaru przepraszać i wpłacać 50 tysięcy złotych na WOŚP. Jestem zdania, że jeśli ktoś w tym przypadku działał na szkodę Opola to prezydent swoim przemówieniem” – powtórzył Mateusz Magdziarz. Następna rozprawa 17 września br.. Sąd będzie przesłuchiwał Magdziarza. Potem, najprawdopodobniej, na następnej rozprawie mowy stron i wyrok. Co ciekawe, sąd nie przesłuchał prezydenta Opola.

Centrum Monitoringu Wolności Mediów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło monitoringiem tę sprawę. Będziemy się przyglądać dalszemu postępowaniu sądowemu.

 

 

 

Oświadczenie Prezes SDP po blokadzie zbiórki dla red. SAMUELA PEREIRY I JEGO RODZINY przez Zrzutka.pl

Dziś rano tj. 15 września b.r.  o nieustalonej jeszcze godzinie portal Zrzutka.pl zlikwidował prowadzoną przez SDP zbiórkę środków pieniężnych dla red. Samuela Pereiry i jego Rodziny. Zbiórka cieszyła się wielkim poparciem społecznym, w ciągu pierwszych trzech dni jej istnienia swoimi pieniędzmi wsparło ją 295 osób, udało się zebrać ponad 20 tysięcy złotych, czyli ponad połowę z zakładanej przez nas kwoty.  Szanujemy prawo, dlatego w opisie zbiórki podkreśliliśmy, że nie możemy i nie zamierzamy płacić kary za Samuela Pereirę, ale że chcemy pomóc jemu i jego bliskim w trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł po przegranym procesie karnym o zniesławienie z art. 212 kk.

Zbiórka prowadzona była na koncie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zweryfikowanym i istniejącym od 4 czerwca 2024 r. Na tym samym koncie i na tych samych zasadach prowadziliśmy z sukcesem zbiórkę środków pieniężnych dla skazanego w ub. roku z art. 212 kk red. Sebastiana Morynia, dla którego udało nam się zebrać i któremu przekazaliśmy we wrześniu 2024 r.  ok. 40 tysięcy zł. Wszystkie te fakty zostały przez SDP dokładnie i rzetelnie opisane w artykułach i postach dostępnych publicznie.

Tymczasem w tym roku portal Zrzutka.pl bez jakiejkolwiek informacji arbitralnie zlikwidowała naszą zbiórkę. Nie mamy nadal pełnej wiedzy, ile dokładnie  środków finansowych w chwili likwidacji znalazło się na koncie tej zrzutki nie wiemy także kto ją poparł, bo nie zdążyliśmy zarchiwizować tych danych, a wszystkie te informacje zostały skasowane bez dania nam  możliwości ich skopiowania przynajmniej na użytek własny SDP.  Zrzutka.pl postawiła nas w wyjątkowo trudnej sytuacji bo nawet nie dała nam szansy na wyjaśnienie przyczyn blokady przynajmniej w stosunku do osób, które działając w dobrej wierze nam zaufały i wpłaciły na proponowany przez nas cel swoje pieniądze.

Dopiero po godzinie 13.15 portal Zrzutka przekazał odpowiedź na pytania kierowane przez SDP do administratora zrzutki za pośrednictwem formularza kontaktowego, bo tylko ta forma była dostępna. Napisano w odpowiedzi w uzasadnieniu blokady cyt.  „pomimo, iż w opisie zbiórki nie wskazali Państwo wprost, że środki będą przeznaczone na opłacenie grzywny, to cel kwotowy określony w ramach zbiórki odpowiadał wysokości sumy zasądzonej wobec Pana Samuela Pereiry prawomocnym wyrokiem sądu. Po przeprowadzeniu dodatkowej analizy oraz konsultacji z działem prawnym spółki uznaliśmy, iż zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, iż w rzeczywistości środki mogłyby być wydatkowane na cel niezgodny z prawem”.

Oświadczam, że SDP nie prowadziło zbiórki na cel niezgodny z prawem i nie jest nam nawet znana dokładna kwota, na którą został  skazany  red. Samuel Pereira, bo nie są mi znane np. dokładne koszty przegranych przez niego procesów sądowych i koszt przeprosin w mediach, które zobowiązany jest wykonać. Chcieliśmy prowadzić zbiórkę solidarnościową dla dziennikarza, który znalazł się w trudnej życiowej sytuacji z powodu swojej pracy zawodowej. Opisujemy jego wyrok, bo mamy prawo informować o takich procesach opinię publiczną.

Działanie portalu zrzutka.pl jest niezrozumiałe i podważa zaufanie osób prowadzących zbiórki środków pieniężnych za pośrednictwem tego portalu.

W imieniu SDP oświadczam także, iż nadal będziemy wspierać red. Samuela Pereirę w jego sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się po przegranym procesie.  Z naszej strony nic się nie zmieni.

dr Jolanta Hajdasz, prezes SDP i dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 15 września 2025 r.

Poniżej odpowiedź z portalu Zrzutka.pl :

Zrzut ekranu 2025-09-15 o 15.19.38

UWAGA NA KŁAMLIWE TREŚCI – STOP DEZINFORMACJI

W związku z atakiem rosyjskich dronów na Polskę należ zwrócić szczególną uwagę na inforamacje jakie podajemy, My, dziennikarze. Trudno znaleźć jakąś konkretną receptę na unikanie dezinfomacji, czy wręcz uleganie wrogiej propagandzie, ale wystarczy, wydaje się, że wystarczy trzymać sie zasad obowiązującym w naszym zawodzie.

  1. Zastanówcie się, czy w dobie kryzysu musicie podać konkretną informację. Nie wiecie, nie wstydźcie się zapytać szefa albo bardziej doświadczonego dziennikarza.
  2. Zwrócie uwagę na źródło informacji. W przypadku ważnych komunikatów sprawdźcie, czy Wasz „news” ma autoryzację władz państwa odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli.
  3. Nawet kiedy jesteście zmęczeni, dbajcie o język informacji. Prostota przekazu jest kluczem do zrozumienia go. Nie bawcie się w „barokowy”, piękny styl.  Po pierwsze prawda bez błędów językowych.

MARCIN PASZKOWSKI: Brzmi dziwnie, wygląda dziwnie… Czyli, ZINY jako świadectwo

Na pierwszy rzut oka to anachronizm: kartki, zszywki, farba drukarska – kiedy wszystko jest już w sieci. Kto dziś chce robić zin? Odpowiedź nie jest ani sentymentalna, ani jednowymiarowa.

Od kilku lat obserwujemy w Polsce coś w rodzaju powrotu do papieru: nie masowego, mainstreamowego drukowania, lecz drobnej, lokalnej produkcji – zinów robionych metodą DIY (angielski skrót od wyrażenia „Do It Yourself”, które oznacza „Zrób to sam”), kolekcjonerskich, często limitowanych, z wyraźnym podpisem autora i społecznością wokół nich. Ziny to nie przypomnienie dawnego undergroundu na siłę, lecz świadomy wybór formy komunikacji.

Zin historyczny

Jako pierwszy polski zin wskazuje się nieraz „Notatnik Robotnika Sztuki” – niezależne pismo wydawane przez artystów związanych z elbląską Galerią El, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972-1973. Impuls zinotwórczy w PRL-u – tu nie będzie niespodzianki – przyszedł wraz z pierwszą falą polskiego punk rocka. W 1979 roku w Warszawie, w środowisku związanym z zespołem Kryzys pojawił się fanzin „Szmata”. Krzysztof Grabowski z Dezertera wydawał „Azotox” (1983-1986) – na ostatniej stronie drugiego numeru widniało punkowe hasło: „GAZETY MANIPULUJĄ – TA TEŻ!!! MYŚL SAM”.

W analizach badawczych tamtego okresu przyjmuje się, że w latach 1978-1998 ukazywało się ok. 1275 tytułów (i prawie 3300 numerów!). Zapewne było ich więcej.

Wariaci wydawniczy

Kto to wydaje? Najczęściej ludzie, których trudno jednoznacznie opisać: twórcy, muzycy, graficy, aktywiści, a czasem całe kolektywy. Przykład najbardziej rozpoznawalny – „Chaos w Mojej Głowie”. Fanzin był wydawany w drugiej połowie lat 90-tych, by zakończyć żywot w 2001 roku. Po dekadzie jednak znalazło się kilkoro ludzi od lat związanych ze sceną hardcorepunk, którzy wznowili zina (ostatni numer „Chaos w Mojej Głowie” #31 – lato 2025, format A4 i 280 stron!). Projekt, który od lat układa się jak hybryda magazynu i kroniki sceny: duże numery, setki stron wywiadów, rysunków, reportaży.

Za zinami stoją konkretni ludzie i lokalne sieci. W przypadku „Chaosu” inicjatywa odżywała dzięki grupie związanej z Opolem i osobom, które się z niego wywodzą. Drobne inicjatywy, jak „Bunkier” (Radom) czy „Ściana Wschodnia”, pokazują z kolei jak zin potrafi być narzędziem lokalnej opowieści i wymiany.

Dlaczego druk, skoro jest internet?

Odpowiedzi zebrane z rozmów z twórcami i uczestnikami sceny powtarzają parę motywów. Po pierwsze gest. Zin jest fizycznym znakiem istnienia, przedmiotem, który można położyć na stole, schować do pudełka, wymienić na koncercie. To ważne w kulturach, które cenią rytuał: koncert → stoisko → rozmowa → sprzedaż/zamiana.

Marcin Pryt frontman zespołu 19 Wiosen zdj. ze zbiorów Autora

Po drugie estetyka i kontrola: papier pozwala na eksperyment z formatem, typografią, kolażem, ręcznymi poprawkami, wprowadza do pracy element „unikatu”.

Po trzecie zaufanie i trwałość Papier wciąż ma wartość archiwalną, trudniej go skasować niż post w mediach społecznościowych.

Wreszcie, ekonomia społeczna. Dla wielu wydawców zin to sposób na finansowanie działań (drobne sprzedane nakłady, wymiany, zrzutki) i utrzymanie niezależności od algorytmów i reklam. Te motywy powtarzają się w analizach i reportażach poświęconych renesansowi zinów w Polsce.

Ziny jako pierwowzór Internetu

Michał Chojecki, artysta wizualny, założyciel Oficyny Peryferie – pracowni drukarsko-introligatorskiej i artzinowego wydawnictwa stwierdził: „Zarówno śmierć zinów na przełomie wieków, jak i ich współczesne odrodzenie, są ściśle związane z Internetem. Pojawienie się blogów, a następnie mediów społecznościowych, bardzo szybko doprowadziło do tego, że niezależne i rozproszone treści, które były publikowane w zinach, przeniosły się do sieci. Tam zyskały możliwość o wiele łatwiejszej dystrybucji i uwolniły się z sideł fizycznego nośnika.

zdj. ze zbiorów Autora

Jednak szybko okazało się, że wolność Internetu stała się – bo ten pierwotny Internet był rzeczywiście zdecentralizowany i nieregulowany – ułudą. Przypomnijmy sobie arabską wiosnę, gdy Facebook i Twitter były narzędziami, które sprzyjały łamaniu monopoli medialnych – dzięki nim ludzie organizowali się i umawiali na protesty. Jednak niedługo później wypłynęła sprawa Cambridge Analytica, co pokazało, że tak naprawdę cyfrowe media są narzędziem kontroli, dominacji i manipulacji. Dlatego dziś dostrzegam w zinach reakcję na nieskończoność cyfrowego strumienia danych, a także tęsknotę za osadzeniem w fizycznym świecie. Ziny współcześnie mają inne znaczenie niż miały 30 lat temu, kiedy były najprostszą formą subkulturowej komunikacji. Z dzisiejszej perspektywy tak nie jest – stworzenie zina wymaga większego wysiłku, ale odgrywają one znaczącą rolę: są jak ognisko, przy którym gromadzą się ludzie, żeby pogadać i wspólnie spędzić czas”.[1]

Kultura papierowa funkcjonuje równolegle do sieci: stoiska na festiwalach i koncertach, lokalne księgarnie niezależne (tych niestety ubywa), biblioteki zinów (w 2022 r. kolekcję zinów w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich prezentowano na specjalnej wystawie w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu!), a także spotkania warsztatowe — nauka składania i powielania numeru to dziś osobny rytuał i sposób na budowanie społeczności. To nie są jedynie egzotyczne eksponaty — to żywa wymiana. Warsztaty „jak zrobić zina?” i festiwale zinowe, które przyciągają pokolenia od nastolatków po doświadczonych wydawców.

Prawo zinów

Ziny rządzą się swoimi zasadami: mały nakład, dobre relacje z dystrybucją niezależną, przemyślana sprzedaż podczas wydarzeń. Wiele projektów korzysta też z Internetu jako narzędzia promocji i sprzedaży (media społecznościowe, Bandcamp, newsletter), ale papier pozostaje produktem centralnym – medium, które daje autorowi pełnię wyrazu. Dla części ludzi zin to forma oporu wobec standaryzacji treści online; dla innych – przestrzeń do eksperymentu, gdzie błędy i surowość są wartością.

Współczesna „scena zinowa” w Polsce jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Ziny, które kiedyś kojarzyły się głównie z punkową subkulturą i kserowanymi, amatorskimi wydawnictwami, dziś ewoluowały, choć nadal zachowały swój niezależny, często non-profitowy charakter. Cechuje je różnorodność form i tematyki: ziny nie są już tylko fanzinami muzycznymi. Znajdziemy wśród nich artziny (skupione na sztuce wizualnej), ziny komiksowe, literackie, feministyczne, fotograficzne, a nawet kulinarne. Tematyka jest praktycznie nieograniczona, od osobistych notatek i pamiętników, przez reportaże, po eseje i poezję.

Łatwiej, chociaż trudniej

Chociaż duch DIY (do it yourself) wciąż jest żywy, twórcy coraz częściej sięgają po profesjonalne techniki druku, takie jak risograf czy sitodruk, co nadaje zinowym publikacjom unikalny, estetyczny charakter. To sprawia, że wiele współczesnych zinów to prawdziwe małe dzieła sztuki. Doskonałym przykładem wysokiej jakości wykonania jest „Striptiz” – zin artystyczny Marcina Pryta z Łodzi (znanego też jako Henryk Ulik, M11P, Xylen Mazaki) — poety, komiksiarza, muzyka (projekty: 19 Wiosen, Tryp, MASZYNOWA), aktywnie działającego w strukturach kultury niezależnej – m.in. poprzez fundację Kosmopolitania.

zdj. ze zbiorów Autora

Przyszłość? Ziny nie będą dominować w krajobrazie medialnym, nie po to powstały. Ich siła polega na tym, że są niszowe, ale wpływowe: kultywują pamięć, pozwalają testować pomysły, przypominają, że słowo i obraz mogą istnieć także poza ekosystemem klików. Nie chodzi o rozgłos, nie chodzi o pieniądze. Ważna jest…idea!

 

Festiwale i biblioteki zinów, warsztaty i małe wydawnictwa pokazują, że papier w 2025 roku ma więcej twarzy niż kiedykolwiek – od ostrego punkowego, czy metalcore fanzinu, po artystyczne, limitowane edycje. Dziesięć lat temu w Domu Słów w Lublinie odbył się Samizdat: Lublin Zine Festival. Nomen omen 13 grudnia 2015 r. odbyła się konferencja połączona z całodniowymi warsztatami tworzenia małych autorskich publikacji artystycznych. Kserowane samizdaty jako świadomy wybór artystycznej ekspresji.

Ciągle drukują…

W Łodzi niedawno też miało miejsce wydarzenie łączące dwie inicjatywy związane z drukowaniem, niezależnym wydawaniem, działaniem kolektywnym: warszawski Drukuj Zinfest oraz łódzki Render. Podczas wspólnego wydarzenia w formule targów wydawców tworzących ziny, art magazyny, druki, niezależne publikacje, eksperymentujących z technikami, realizacjami i materiałami w ramach formuły „zrób to sam”.

zdj. ze zbiorów Autora

Dla tych, którzy chcą doświadczyć kultury w trybie „offline”, zin jest dziś jeszcze bardziej atrakcyjną alternatywą niż jeszcze dekadę temu. Ziny w Polsce AD 2025 to nie nostalgiczny powrót ani obrona przed technologią, lecz świadomy wybór formy komunikacji – fizycznej, ograniczonej, ale dzięki temu często bardziej szczerej i bliższej. Jeśli ktoś chce poczuć tę energię, niechaj idzie na zinfest, kupi numer ze stoiska, porozmawia z autorem. To najlepszy sposób, by zrozumieć, po co ktoś dziś rozdaje papier w dobie internetu. Zinowe „podziemie” w Polsce jest dowodem na to, że papier nie umarł, a ręczne, niezależne tworzenie wciąż ma się świetnie i przyciąga nowych, kreatywnych ludzi.

W dobie znikających tytułów, politycznych zawirowań na rynku prasy, istnienie i pewien rozkwit „obiegu alternatywnego” (trzeciego obiegu?), to dobra czy zła wiadomość dla dziennikarzy?

 

 

[1] Chojecki M. (2022) – Jak Zrobić Zina? Self-publishing dla artystek i artystów. Warszawa: Oficyna Peryferie.

 

Rzeczpospolita na łasce sztucznej inteligencji, czyli miłe złego początki…

Są takie decyzje redakcji, które odstręczają czytelnika od gazety. Rzeczpospolita ma być redagowana bez tradycyjnej korekty. AI będzie sprawdzał, czy w Rzepie nie popełniają błędów. Na razie tylko ortograficznych i interpunkcyjnych, ale kto wie…

Rzeczpospolita i tak jest już cieniem tego dziennika sprzed 2011 roku, kiedy to czarny charakter polskiej prasy, prorządowy wydawca (wtedy też Donald Tusk był premierem) Grzegorz Hajdarowicz przejął gazetę.

Teraz redakcja jest pozbawiona tego charakteru, który dominował kilkanaście lat temu, czyli w miarę rzetelnych informacji, dobrej publicystyki i ciekawych opinii. Nadskakujące koalicji kierownictwo zespołu samo wyeliminowało się z gry o większą liczbę czytelników. Problematyka gospodarcza nie wystarczy.

I do tego jeszcze gazeta i portal pozbyły się tradycyjnej korekty – podstawy każdego poważnego medium. Wprowadzenie do kontroli ewentualnych błędów AI oznacza dla mnie małą wiarygodność redakcji. Szczególnie, że sztuczna inteligencja w polskich wersjach programów bardzo często nie „przyjmuje do wiadomości” istnienia naszych znaków diakrytycznych.

A jeśli AI w Rzeczpospolitej się popsuje do może wywołać bardzo przykre konsekwencje w polityce. Bo może być skandal, jeśli AI nie zauważy niuansów naszej ortografii w zdaniu: „Polska nie musi robić łaski Niemcom”?

No cóż, przestaję czytać tę gazetę, może czasem zajrzę, ale tylko z zawodowego obowiązku…

Wolę już błędy człowieka niż programu komputerowego.

 

 

TVP i TVN bez transmisji rocznicy Solidarności – HUBERT BEKRYCHT: Moralność Kalego na Woronicza i Wiertniczej

Skandal w Telewizji Polskiej w likwidacji i prorządowej stacji TVN. Nadawcy ci tłumaczą, że w transmisji z 45. rocznicy powstania NSZZ Solidarność przeszkodziła im decyzja władz związku o tym, że sygnał przekazywała TVP Republika. TVP i TVN, wbrew swoim pokrętnym wyjaśnieniom, mogły transmitować uroczystości, ale tego nie zrobiły.

Nielegalne władze bezprawnie przejętej TVP w likwidacji i całkiem legalni przedstawiciele prorządowej TVN skarżyli się, że nie pozwolono im transmitować uroczystości rocznicowych w Gdańsku upamiętniających 45. rocznicę utworzenia NSZZ Solidarność. To nieprawda. TVP i TVN mogły pokazać obchody, ale nie chciały dostosować się do zaleceń gospodarza i organizatora obchodów – władz NSZZ Solidarność, ruchu, który rozpoczął powolną agonię komunizmu w Europie.

Sygnał zaufania

Organizatorzy zapewnili wszystkim widzom polskich stacji telewizyjnych możliwość odbierania transmisji. Kierownictwo Solidarności powierzyło prawo do – jak mawia się w mediach – produkcji sygnału TV Republika. Po prostu mają do tej stacji zaufanie. Mnie to nie dziwi. Najwyższe zdziwienie jednak wywołała ta decyzja w gabinetach szefów prorządowych stacji. Władze TVP w likwidacji i TVN skrytykowały decyzję Solidarności o dystrybucji sygnału i postanowienie, że to TV Republika umożliwi transmisję z uroczystość zarówno TVP jak i TVN. Bez opłat! Za to TV Republika poprosiła tylko o podanie do wiadomości, że to właśnie ta stacja robi transmisję.

Wybuchł skandal. Ale nie skandal związany z transmisją i przekazywaniem jej sygnału przez TV Republika. Skandal, bo szczególnie media publiczne, a za takie chce uchodzić TVP w likwidacji, powinny pokazywać takie uroczystości jak 45. rocznica utworzenia NSZZ Solidarność. Tego związku zawodowego, który w 1980 roku, w imieniu wszystkich Polaków, zagrał w na nosie Moskwie, ale przede wszystkim przywrócił Nadzieję narodom zniewolonym przez Kreml.

Nagrody dla prorządowych stacji

Moim zdaniem relacjonujące przecież większość wydarzeń rocznicy TVP i TVN nie były zmartwione, że znalazły powód do tego, aby nie pokazać na przykład przemówienia prezydenta RP Karola Nawrockiego. Rząd nagrodzi na pewno państwowego nadawcę kolejną transzą pieniędzy na zwijanie TVP. Bo spółka w likwidacji. Olbrzymie pieniądze jednak płyną do TVP z naszych podatków. Na co? Na żenujące niekiedy programy chwalące rząd i premiera. Płyną też pieniądze na pensje usłużnych pracowników TVP uznawanych za dziennikarzy.

Telewizja TVN swoją nagrodę za to, że nie pokazała transmisji już dostała. Bo od końca ubiegłego roku TVN jest spółką strategiczną, której nie można – tak jak Polsatu – sprzedać bez zgody rządu. Nie dojdzie więc na razie do opłakiwanego w Niemczech przez mainsteram medialny wydarzenia. Tam właśnie, w tej kolebce „demokracji walczącej”, komercyjny koncern ProSiebenSat1 został kupiony przez włoską korporację MediaForEurope związaną z imperium Berlusconich. Dlaczego kanclerz i rząd federalny nie nagną praw wolnego rynku i nie dają gwarancji komercyjnej telewizji? Bo tam jest kapitalizm. I to niemiecki.

Ból istnienia w TVP i TVN

Z kronikarskiego obowiązku Polsat pokazał uroczystości a jego dziennikarze nie mieli problemu z tym, aby poinformować swoich widzów, że transmisję robi TV Republika.

Ciekawe, że TVP i TVN strasznie natarczywie używające słowa „skandal” w odniesieniu do producenta sygnału z 45. rocznicy powstania Solidarności przez prawie dwa lata nie zająknęli się nawet na temat rzeczywistego szykanowania przez rząd TV Republika i innych mediów komercyjnych.

Dziennikarze TV Republika i innych niezależnych mediów nie są wpuszczani na jakiekolwiek konferencje organizowane przez rząd Donalda Tuska. Nawet na te dotyczące bezpieczeństwa kraju. Przykładem może być wyrzucenie z otwartego dla mediów posiedzenia przeciwpowodziowego sztabu kryzysowego dziennikarza TV Republika i członka Zarządu Głównego SDP Janusza Życzkowskiego.

Kali z Woronicza i Wiertniczej

Postanowiłem napisać ten komentarz zanim szefowa MEN Barbara Nowacka zakaże dzieciom i młodzieży czytania powieści „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Dla tych, którzy nie wiedzą to taki XIX-wieczny thriller naszego noblisty o porwaniu europejskich dzieci przez islamistów, przy których dzisiejsi terroryści to przedszkolaki.

Przede wszystkim to jednak przepięknie napisana powieść o zderzeniu cywilizacji i zwycięstwie tradycyjnych wartości. Pewnie mnie ktoś za ten opis zgani, ale co tam. Przecież nie będę pisał, że to przykłady „prób zrzucenia przez Arabów jarzma okrutnego kolonializmu” lub „porażki, którą odnieśli Europejczycy nad afrykańskim ludami”. I tego nie napisał Aleksander Prus, ale dzisiejsi politycznie poprawni przeciwnicy powieści Sienkiewicza. Nie, nie o relacjach społecznych jest książka. Jeśli ktoś nie czytał, niechaj się nie wstydzi i to zrobi. Polecam.

Jest jednak w opisie przygód Stasia i Nel potężna lekcja świadomości własnej dumy budzącej się w narodach podbitych i wymazywanych z mapy świata. Chodzi o dialog bohaterskiego Polaka Stasia Tarkowskiego z Kalim, młodym „arystokratą” murzyńskiego plemienia tubylczego. Kali uważa, że źle jak jemu ktoś ukradnie krowy, ale dobrze, jeśli to Kali ukradnie kilka sztuk bydła innym.

Staś jest bezradny, nie może w żaden sposób Kalemu wytłumaczyć, że rozumowanie syna afrykańskiej ziemi jest błędne w kontekście praw naszej cywilizacji. Ale Staś tłumaczy…

Tak jest też z TVP i TVN w przypadku ich pretensji do produkcji sygnału z uroczystości utworzenia Solidarności. Można im tłumaczyć, ale nie zrozumieją.

Nieudany „plebiscyt”

Władze TVP w likwidacji w ogóle nie rozumieją wiele. Otóż w państwowej stacji relacjonują „plebiscyt” z okazji 45 lat Solidarności pod tytułem „A to nam się udało!”. Wyłoniono 10. finalistów, ale proponuję skupić się na czterech pierwszych: Polska w NATO; Polska w Unii Europejskiej; Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy; Powstanie Solidarności…

Czy teraz w TVP w końcu zrozumieją, że NSZZ Solidarność nie ma zaufania do państwowej stacji telewizyjnej, która robi z Polaków głupków przekazując takie „wyniki” plebiscytu? Kto z nas postawił w „plebiscycie” WOŚP wyżej niż NSZZ Solidarność? No kto? Kto ceni wyżej plotącego bzdury faceta w czerwonych spodniach niż ruch społeczny, dzięki któremu ten facet może takie androny opowiadać?

Proponuję do „plebiscytu” dodać całą TVP w likwidacji – bo w kategorii „A to nam się udało” TVP może umieść punkt: jak w bezprawnie przejętej przez Telewizji Polskiej udało się w rocznicę powstania Solidarności nie pokazać transmisji z uroczystości 45. rocznicy utworzenia związku…

 

HUBERT BEKRYCHT: Sztuczne dziennikarstwo i prawdziwa inteligencja

Wirtualne podszepty, a nawet całe teksty wytworzone przez AI kuszą znudzonych lub mało doświadczonych pracowników mediów. Są jednak tacy pseudodziennikarze, którym nie pomoże nawet najlepsza sztuczna inteligencja.

Namnożyło się ludzi udających dziennikarzy przez te prawie czterdzieści lat, odkąd komuna zdechła. Chociaż może raczej stała się zombi-komuną. Niby odrąbuje się jej łby, ale odrastają następne. Może dlatego, że dziennikarze głównego nurtu medialnego pomagają tej komunie z recyklingu. Jak tylko mogą. Po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez obecną koalicję, nawet nielegalnie wybrani, marionetkowi uzurpatorzy z TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej urastają do rangi rozdających karty. I pensje.

Medialna komuna i prawne sztuczki

Komuna w wykonaniu rządu Donalda Tuska, w formie partyjna, w fakturze śmieszna, w wymiarze międzynarodowym niedostrzegalna, ma iście stalinowskie kadry. Wymiar sprawiedliwości i kierownictwo policji krzyczące o zbrodniach PiS to nic jeszcze w porównaniu ze śmiesznymi, ale niebezpiecznymi wytworami medialnymi.

Dziennikarstwo współczesne i tak broni się już tylko resztami wojsk. Na gruzach zdrowego rozsądku. Do tego jeszcze te pieniądze na onkologię, które dostają usłużni dla rządu dziennikarze z mediów publicznych, aby mówić, co tam sobie premier i ministrowie chcą. I ta nagła ochrona państwowa mediów komercyjnych. Bo na przykład Polsat i TVN są teraz firmami dla Polski strategicznymi, nie można ich sprzedać bez zgody rządu. Rządu Tuska. Zatem koalicji wydaję się, że może spać spokojnie, bo ma przewagę na rynku medialnym. Nie ma. I to widać.

Rząd Tuska boi się prawdziwych mediów. Konserwatywnych, ale nie tylko. Po prostu niezależnych. System komunistycznych zombi z koalicji PO-PSL-PL2050 i Lewicy pewny swojego rychłego końca postanowił wykończyć jeszcze kilkoro przedstawicieli konserwatywnego dziennikarstwa. Złośliwie.

Bo krytykował…

Ostatnio czyściciele rynku medialnego, czyli połączonych sił mediów publicznych i prywatnych, wzięli sobie na cel konserwatywnego publicystę Samuela Pereirę, który ostro krytykuje propagandę prorządową.

Dziennikarz został skazany przez sąd, bo nie głaskał po główce akolitów Tuska. Krytykował ich i pisał o prawdziwych aferach. Oczywiście Pereirę osądzono teraz, chociaż rzekoma wina dziennikarza ma swój początek kilka lat temu. Przypadek? No pewnie, sądy są przecież przeciążone a sędziowie są represjonowani przez PiS…

Pereira naraził się, bo zadawał pytania. Opisywał patologię władzy. Władzy PO. I ta władza, jak setkom innych dziennikarzy krytykującym rząd, postanowiła przypomnieć, że nie wolno stawiać niewygodnych pytań. Tak straszy się dziennikarzy. Tylko, że konserwatywni dziennikarze nie są tacy strachliwi.

Samuela Pereirę w obronę wzięło Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, któremu szefuje prezes SDP Jolanta Hajdasz. „CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu red. Samuela Pereiry za publikację artykułu na temat aktywności Aleksandry Brejzy, lokalnego polityka z Inowrocławia, prywatnie żony prezydenta miasta Ryszarda Brejzy i matki Krzysztofa Brejzy, posła Koalicji Obywatelskiej do Parlamentu Europejskiego.  Dziennikarz ma zapłacić blisko 40 tysięcy złotych kary” – napisała Hajdasz. „W ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza zasadę wolności słowa i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim ta wolność jest” – dodała prezes SDP.

Wrzosek i koniec komuny

Czy Pereira byłby teraz ścigany za krytykę innych niż koalicyjnych polityków? Nie, teraz nie. Ten przecinek i trzy słowa to najlepsza recenzja polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Za to nowa urzędniczka ministerstwa sprawiedliwości i tej sprawiedliwości największa kula u nogi prokurator Ewa Wrzosek znana z wrogości do prawicy, ma coraz większe wpływy w resorcie. Sprawiedliwości. Przy okazji, wciąż czekamy na wyjaśnienie sprawy Wrzosek, czyli przesłuchania bez adwokata śp. Barbary Skrzypek, współpracownicy Jarosława Kaczyńskiego. Kuriozalna jest też walka prok. Wrzosek z dziennikarką konserwatywną Dorotą Kanią. Chodzi o to, że publicystka opublikowała dawno już opublikowane dokumenty na temat prokurator Wrzosek.

Karanie dziennikarzy konserwatywnych i poziom mediów publicznych są tak komiczne jak niezbyt śmieszne żarty niektórych kabaretów chcących uzyskać poparcie rządu. To poważny balast tej koalicji ciągnąca ją na dno. Tak jak afera jachtowa przy wydaawaniu kasy z KPO będzie bezpośrednią przyczyną upadku rządu Tuska, tak walka PO z konserwatywnymi mediami i dziennikarzami będzie symbolem tej porażki. To będzie koniec komuny Tuska i PO.