Prasa drukowana może umrzeć na koronawirusa – prognozuje MIROSŁAW USIDUS

Obiegowo powtarzane jest proroctwo z książki  „The Vanishing Newspaper”, Philipa Meyera wydanej w 2004, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jeśli sytuacja wynikła z koronawirusa potrwa dłużej niż kilka tygodni, na które wszyscy mamy nadzieję, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej.

 

Nawiasem mówiąc przepowiedni tej w książce Meyera nie ma. Jej rzeczywistym autorem jest nie kto inny, tylko Rupert Murdoch. Meyer, profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Północnej Karoliny, wyjaśniał później, że Murdoch, przemawiając na konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Wydawców Gazet wkrótce po wydaniu książki, wspomniał o niej, mówiąc o szybkim spadku liczby dorosłych czytających gazety, a następnie „rozwinął temat”, podając datę – kwiecień 2043 roku – jako moment sprzedaży ostatniego egzemplarza drukowanego tytułu. Od tego czasu, jak opowiada Meyer, wypowiedź Murdocha jest przypisywana jemu.

 

Sam Meyer zresztą patrząc na szybki postęp internetowego rynku reklamowego, uznał, że 2043 to data zbyt późna i że nastąpi to wcześniej. Mówił o tym m. in. na konferencji „The Future of Journalism” w 2008 roku.

 

W tamtych czasach zresztą pisało się i mówiło o tym wiele. Sam, o ile pamiętam, sporo rozmawiałem o tym z kolegami z redakcji „Rzeczpospolitej” po tym, jak uruchomiliśmy jej nowoczesne, jak na owe czasy, wydanie internetowe, w 1997 r. Pamiętam, że odruchową reakcją wielu dziennikarzy była wrogość i chęć walki Internetem. Dość trudno było mi wtedy tłumaczyć, że zamykanie sieciowej wersji gazety nie jest żadnym rozwiązaniem, że nadchodzą zmiany nieuchronne i nieubłagane, które w dłuższej (choć nie aż takiej długiej) perspektywie przetrwa ten, kto chwyci internetowego była za rogi.

 

O tym jak „Rzepa” straciła szanse, które wtedy się rysowały pisałem już w dłuższej story opublikowanej w maju ub. roku na portalu SDP. Nie chcę do tego wracać. Ważne jest, że w „Rz”, ale też w wielu innych firmach prasowych, wyciągano niewłaściwe wnioski z widocznych z roku na rok coraz wyraźniej sygnałów schyłku druku. Np. takie, że trzeba większość sił i środków kierować na obronę sprzedaży papieru a Internet to owszem, ale jako wciąż tylko dodatek, traktowany zresztą niekiedy jako coś w rodzaju wyznacznika prestiżu i nowocześniejszego wizerunku tytułu, a nie coś na czym należy się zanadto koncentrować.

 

W ubiegłej dekadzie nastąpiło w dodatku coś w rodzaju okresowego boomu na nowe tytuły prasowe. Powstał najpierw „Fakt”, potem „Dziennik” i „Polska The Times”, Agora tworzyła jakieś bulwarówki. Nastał ruch i ferment, który chyba trochę zmylił polskich wydawców co do perspektyw rynku prasy drukowanej.

 

Rozmowy tuż przed premierą iPhone’a

 

Założyłem w tamtym mniej więcej czasie blog w serwisie „Wirtualne Media” i, nie zważając na chwilowy entuzjazm branży prasowej, pisałem o nieuchronności tego, co nadejdzie. To co pisałem wzbudzało wiele emocji (sam byłem wówczas po rozstaniu z „Rz” rozemocjonowany) i polemik, ale powiedzcie sami, czy po latach, po krótkim boomie, który został już dawno zapomniany, takie słowa, które zapisałem 7 lutego 2007 roku, nie brzmią aktualnie: „Sprzedaż papieru spada im o kilka procentów rocznie. Ktoś widział ostatnie wyniki sprzedaży Związku Kontroli Dystrybucji Prasy? I będzie spadać. Amerykańskich gazety lokalne żyją już głównie z ogłoszeń lekarzy i farmaceutyków. Co to znaczy? Ano, że średnia wieku ich czytelników jest powyżej 55 lat. Może ostatni egzemplarz gazety sprzedadzą w 2043 r., może wcześniej, może później. To szczegóły. Ważne, że nie umieli i nie umieją z szansy, jaką dostali od losu, gdy pojawił się Internet. (…) Dziś mogę mówić jednemu z drugim, wydawcy prasowemu: całe pieniądze, jakie masz, ładuj w Internet, zapomnij o papierze! Mówić mogę, ale po co, i tak jest za późno. Całe pieniądze trzeba było inwestować wtedy, dziesięć lat temu.”

 

Tamten tekst, sprzed ponad trzynastu lat, wywołał dyskusję. Jeden z komentatorów, który jak się okazało później w toku rozmowy reprezentował prasowy biznes, napisał mi tak:

 

Sądzę, że wywołany rozwojem Internetu spadek sprzedaży prasy drukowanej ma dwie przyczyny:

  1. młodzież więcej czasu spędza przy komputerze, przede wszystkim przy serwisach oferujących różne mniej lub bardziej śmieszne filmy, a mniej czyta druku. Gdy młodzież nieco dorośnie, to przestaną ją bawić YouTuby itp., więc nie jest to klientela stracona;
  2. prasa jeszcze nie wymyśliła sposobu na konkurowanie z Siecią. A może inaczej: próbuje ją wykorzystać do własnych celów, więc część aktywności przenosi do Internetu. Co nie znaczy, że przeniesie tam całą aktywność. (…)

 

Wydawnictwa papierowe się dostosują i przetrwają. Właśnie dlatego, że papier ma przewagę nad ekranem. Moim zdaniem ze „śmiertelnym ciosem” pospieszył się Pan. (…) Mimo gotowych technologii wciąż nie ma urządzenia, które mogłoby ten cios zadać. (…) Ja jednak stawiam na papier. Internet w wielu aspektach jest przereklamowany.”

 

Cytuję ten komentarz, bo był bardzo charakterystyczny dla tonu rozmowy o Internecie w kręgach branży prasowej w tamtych czasach. Tak właśnie się uważało, że młodzież dorośnie, a jak dorośnie, to „nie jest stracona dla prasy”. Chłopina pisał to na pięć miesięcy przed premierą pierwszego iPhone’a. Mylił się, ale jeszcze nie mógł wiedzieć, jak bardzo się myli.

 

A post scriptum do tej dyskusji napisało się dekadę później. Mój rozmówca napisał na końcu: „Podam Panu przykład z autopsji. Proszę przyjrzeć się historii Chipa z ostatniego roku 🙂 Portal ciągle trzyma się mocno, mimo olbrzymich, nazwijmy to, zawirowań. Dlaczego? Bo swój prestiż zawdzięcza nie tyle temu, co sobą reprezentuje, a temu, co reprezentuje gazeta.” W kwietniu 2017 r. papierowy „Chip” przestał się ukazywać, portal chip.pl wciąż istnieje, ale nie wypowiadam się na temat jego kondycji.

 

Nieuchronność losu druku została potwierdzona w przypadku „Chipa” i wielu innych tytułów. Z każdym rokiem, z każdą kolejną zamykaną gazetą, czasopismem, liczba rozumujących tak jak mój rozmówca z 2007 roku malała. Już nie mówiło się, że „papier wciąż ma przyszłość”. Częściej – „dopóki jeszcze zarabiamy na druku, to ciągniemy”. To nie miało już nic wspólnego z wizją biznesową, lecz raczej z odraczaniem wyroku.

 

Ile to mogłoby potrwać? Ów 2043 wydaje się chyba rozsądną ramą czasową. Może ostatni egzemplarz poszedłby kilka lat wcześniej może ciut później, zwłaszcza w niektórych segmentach prasy poradnikowej i „czytadlanej”. Kto wie ile dokładnie by to trwało, ale założyć można, że działoby się to w tempie nieprzesadnie gwałtownym, czyli tak jak w ostatnich latach.

 

Przyszedł koronawirus i wyrównał

 

No, może jeszcze nie po całości, ale wydawcy papierowych gazet dość szybko zauważyli dewastację, jaką epidemia czyni w sprzedaży kioskowej, salonikowej i empikowej. Z apelami do czytelników o wykupywanie elektronicznych edycji i prenumerat wystąpili z jednej strony naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, z drugiej Jacek Karnowski z tygodnika „Sieci”.

 

Namawiamy do kupowania prasy, do podejmowania prenumeraty, do zapoznawania się z naszą ofertą online. Tam, gdzie nie dociera prasa papierowa, sugerujemy, by korzystać z wydań elektronicznych. Oferują je już niemal wszystkie tytuły. Przetrwamy w służbie dla Czytelnika tylko dzięki Czytelnikowi. To relacja nierozerwalna, a dziś wyjątkowo Wam i nam potrzebna. Czytajmy prasę i walczmy o jakość informacji” napisał kilka dni później w specjalnie opublikowanym apelu Prezes Izby Wydawców Prasy, Bogusław Chrabota.

 

Prędzej czy później wszyscy będziemy martwi – można by tu powtórzyć słowa głębokiej filozoficznej refleksji. W naturze człowieka jest jednak, że woli „później”.

 

Tak też w świecie drukowanej prasy już chyba nikt od dawna nie miał złudzeń, że koniec papieru nadejdzie. Osób myślących tak, jak ten mój internetowy rozmówca sprzed lat, już w tym biznesie nie ma. Od lat wszyscy już wiedzą, że dni papieru są policzone, ale liczyli, że to, co nieuchronne, przynajmniej w przypadku ich produktu, nadejdzie raczej „później” niż „prędzej”.

 

Jeśli koronawirus nie ustąpi i obecny stan potrwa dłużej niż do Wielkiej Nocy, dwa, trzy lub więcej miesięcy, to, jestem tego prawie pewien, nastąpi przyspieszony zgon papierowej prasy. Jej brak będzie tylko jednym i zapewne nie najważniejszym wyróżnikiem nowego świata, który nadszedłby po tak długotrwałym procesie niszczenia gospodarki i naszego życia. I tu na razie postawiłbym kropkę, mówiąc zwyczajowe w ostatnim czasie – „Zobaczymy”.

 

Mirosław Usidus

Obalić Trumpa koronawirusem – MIROSŁAW USIDUS o mediach nakręcających panikę  

Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Tymczasem media na świecie chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

„Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi” – powiedział w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

„Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię (przyp. aut. – już się zamienił)” – mówił kilkanaście dni temu założonemu przez byłych dziennikarzy Politico serwisowi Axios profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. – „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba Roya i Sinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Infodemia

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują”. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

No więc giganci internetu jakoś tam (choć pewnie mogliby lepiej) stają na wysokości zadania. Przynajmniej próbują uniemożliwić fałszywym i panikarskim informacjom wpychać się na pierwszy plan. Aby znaleźć fake newsy i sianie paniki, trzeba się trochę postarać, z głównej internetowej ulicy wejść w zaułek. W świetle tego, że nie spodziewamy się po nim niczego dobrego jest tu kilka miłych niespodzianek.

 

Lanie benzyny do paleniska paniki

 

W tej sytuacji media głównego nurtu też chyba powinny wspiąć się na wyżyny swojego profesjonalizmu i dawać przykład spokoju, wiarygodności, rzetelności i wyważenia. Jak się okazuje niezupełnie i nie każdemu ich przedstawicielowi to dobrze wychodzi. Cytowana na początku wypowiedź amerykańskiego lekarza–celebryty nie wzięła się znikąd.

 

W Stanach Zjednoczonych środki masowego przekazu są często oskarżane o nakręcanie spirali strachu, która prowadzić ma do paniki na giełdzie i zapaści gospodarczej, która niejako po trupach doprowadzić ma do wymarzonej przez liberalne media przegranej Donalda Trumpa w wyborach.

 

Politico na przykład zaserwowało 9 marca „Specjalne Wydanie nt. Koronawirusa”, w którym alarmuje, że Ameryka jest „zakładnikiem koronawirusa” a reporterzy uderzyli w katastroficzne tony. Publicysta „Washington Post” Brian Klaas leje z grubej rury benzyną do buzującego paleniska paniki, określając epidemię „Czarnobylem Trumpa”, starając się utwierdzić czytelników w przekonaniu, że rząd USA nie panuje nad sytuacją, a zagłada jest nieuchronna. Paul Krugman z „New York Times” nieco skromniej dystrybuował panikę, pisząc, iż koronawirus jest „huraganem Katrina Trumpa”. Richard Haas, redaktor „Financial Times” porównał dla odmiany koronawirusa z atakiem na WTC, sugerując, że należy się spodziewać znacznie większej liczby ofiar. Giełda nie jest odporna na klimat medialny. Pikuje w dół. Może nie będzie katastrofy epidemiologicznej, ale coraz bardziej prawdopodobna wydaje się gospodarcza.

 

Od razu przy okazji wywiązała się awantura typowa dla hiperpoprawnej dziennikarskiej lewicy. Bowiem konserwatyści przypomnieli, że oryginalna nazwa wirusa to „wirus Wuhan” i rzecz zaczęła się w Chinach. „Woke” (określenie dla oszalałych w poprawności politycznej przedstawicieli medialno-rozrywkowego establishmentu, którym całkowicie zgadza się, że rycerz Lancelot był Murzynem), a zatem typowy „woke” pracownik MSNBC, David Gura, ogłosił, że mówienie „Wuhan wirusie” jest rasistowskie. Chór takich i innych straszaków jest w USA głośny i wpływowy.

 

Dyskusja zionących nienawiścią do obecnego prezydenta lewicowych dziennikarzy amerykańskich mediów głównego nurtu  na antenie MSNBC, 6 marca, była pełna owych odniesień do huraganu czy do Czarnobyla. Z wszystkich jej uczestników biła zgodnie jedna wielka nadzieja, że w USA wydarzy się gigantyczna katastrofa w związku z koronawirusem, że umrze wystarczająco dużo ludzi a gospodarka zostanie zdewastowana w wystarczającym stopniu, aby ten przebrzydły Trump przegrał wybory prezydenckie. Prowadzący dyskusję Eddie Glaude Jr nieomal wprost wyraził nadzieję, że jeśli dzieci, przyjaciele, dziadkowie Amerykanów ucierpią, to wreszcie załatwi tego pana, z którym tyle lat bezskutecznie w mediach walczyli.

 

Oczywiście można w USA wskazać też mnóstwo przykładów pozytywnych, świadczących o rzeczywistym zaangażowaniu środków masowego przekazu w misję rozpowszechniania wiarygodnych informacji i nawet swego rodzaju służbę społeczeństwu. Gazeta „Seattle Times” stworzyła specjalną stronę WWW informacyjno-poradniczą na której publikuje tego rodzaju materiały jak poradniki mycia rąk, informuje czytelników, jaki procent ludzi z koronawirusem ma gorączkę, a ilu kaszle, podaje listę rzeczy, w które ludzie powinni zostać wyposażeni, jeśli są poddani kwarantannie i publikuje wskazówki dotyczące tego, co powinni wiedzieć podróżujący tranzytem, w tym jak często autobusy są dezynfekowane a nawet – jakie jest ryzyko związane z chodzeniem na siłownię. Może rozpolitykowani żurnaliści z czołowych mediów żachną się na to, że mało ambitne, ale w moich oczach to „Seattle Times” wygrywa.

 

„Jesteśmy w doskonałym kontakcie z naszymi czytelnikami” –  powiedziała Lynn Jacobson, zastępca redaktora naczelnego „Seattle Times” w serwisie internetowym „Times Union”. „Jeździmy z nimi autobusami. Chodzimy z nimi do pracy. Wiemy, co oni chcą wiedzieć”. Zgaduję, że czytelnicy w autobusach nie dyskutują z dziennikarzami o szansach obalenia Trumpa za pomocą koronawirusa.

 

Associated Press poleciła swoim reporterom, aby we wszystkich przygotowywanych materiałach umieszczali dane o koronawirusie o charakterze „dyżurnym”. Czytelnicy są więc nieustannie informowani, że u większości osób wirus wywołuje jedynie łagodne lub umiarkowane objawy, takie jak gorączka i kaszel, jedynie u osób starszych i osób z dodatkowymi problemami zdrowotnymi mogą pojawić się poważniejsze objawy i zagrożenie. Mała rzecz i zdawałaby się nudna, ale o ile bardziej pożyteczna niż obrazy pustych półek w sklepach, które wzbudzają w odbiorcach impuls, by jeszcze bardziej je opróżniać.

 

Grypa zabija sto razy więcej ludzi, ale to stary news

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, jeszcze stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

A może po prostu nie byłoby takiego efektu biznesowego. Zwykła grypa to „stary news”, nie sprzedaje się. Nie to co pachnący świeżością koronawirus, którym można zainteresować i postraszyć publikę znacznie skuteczniej.

 

„Jedyną rzeczą, której naprawdę musimy się obawiać, jest sam strach” – powiedział były prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy zastanowili się nad tymi słowami i starali się zrozumieć je jak najlepiej. Bo to strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż ta mała grudka kwasów nukleinowych ze śmiesznymi wypustkami. A kto strach świadomie sprzedaje, jest o niebo groźniejszy niż wszystkie te kaszlące i zasmarkane osoby na które dziś podejrzliwie patrzymy w miejscach publicznych.

 

Mirosław Usidus

Ten kto płaci, nie przestaje wymagać – MIROSŁAW USIDUS o crowdfundingu dziennikarstwa

„Zbiórka na film dokumentalny o kryciu pedofilii w show-biznesie i innych środowiskach” założona przez Mariusza Zielke pozwoliła mu zebrać, z tego co widać w serwisie crowdfundingowym zrzutka.pl, trochę ponad 32 tysiące złotych. Sekielscy na swoje produkcje na temat pedofilii w Kościele zbierają z łatwością dużo większe sumy. Co to znaczy?

 

Z pewnością odpowiedzi na to pytanie, polanych wielosmakowymi sosami politycznymi, nie zabraknie. Niezależnie od interpretacji, porównanie tego nieudanego crowdfundingu z zbiórką udaną  wskazuje, że finansowanie dziennikarstwa za pomocą społecznych składek nie działa „z automatu” i nie jest magiczną różdżką, która rozwiąże problemy, z jakimi boryka się dziennikarstwo.

 

Fundatorzy chcą liczb

 

Hazel Sheffield pracowała kiedyś jako redaktor biznesowy dziennika „Independent”. Jeszcze będąc „zwykłym” dziennikarzem pozyskała pierwsze granty na reportersko-researcherskie przedsięwzięcia. „Ostatnie trzy lata mojej działalności dziennikarskiej finansowałam za pomocą dotacji,” opowiadała podczas spotkania Hacks/Hackers London w marcu 2019 r., na którym dzieliła się swoimi doświadczeniami.

 

Na co udawało jej się zdobywać fundusze? M. in. „Financial Times” opisywał jej projekt Far Nearer, polegający na tworzeniu mapy lokalnych mini-systemów ekonomicznych w Wielkiej Brytanii. Dostała na jego realizację 45 tysięcy funtów od Friends Provident Foundation, organizacji promującej przedsiębiorczość lokalną. Po realizacji Sheffield wygrała drugą rundę finansowania, co pozwala jej kontynuację pracy nad projektem. „Nauczyłam się, że dotacje i fundacje to naprawdę dobry sposób na zdobycie pieniędzy na kreatywne i ciekawe materiały w sytuacji, gdy redakcje gazet zazwyczaj nie mogą sobie już na to pozwolić,” mówiła podczas spotkania.

 

Miała wiele rad dla ubiegających się podobne dotacje. Mówiła o konieczności dogłębnego zbadania tematu przez aspirującego do grantów reportera, identyfikacji źródeł, poznania celów i oczekiwań organizacji finansującej, konsultacji z osobami, które takie dofinansowanie otrzymały. Bardzo pożądane jest w tego rodzaju przedsięwzięciach podjęcie współpracy z organizacjami i osobami pracującymi na pokrewnymi projektami. Sheffield współpracowała np. z Bureau Local (częścią The Bureau of Investigative Journalism) zajmującym się sprawą znaną pod hasłem” Sold From Under You, śledztwem prowadzonym z udziałem m. in. dziennikarzy „HuffPost UK”, które ujawniło ogromną skalę wyprzedaży publicznych obiektów w brytyjskich gminach.

 

Niektóre programy grantowe expressis verbis wymagają współpracy z innymi podmiotami w przygotowaniu projektu. Niektóre z nich, jak np. Europejskie Centrum Dziennikarstwa, zachęcają wnioskodawców do pracy w międzynarodowych zespołach z ludźmi z różnych krajów, zdywersyfikowania swoich źródeł i treści.

 

Jak podkreśla Hazel Sheffield, magicznym słowem, o którym należy pamiętać, jest siła oddziaływania. „Fundatorzy chcą liczb, odsłon stron, uczestników wydarzeń. Chcą dowodu, że ich finansowanie było warte zachodu,” wyjaśnia dziennikarka. „Fundatorów interesuje tylko – ile możesz coś dla nich zrobić i musisz dokładnie wiedzieć, czego chcą. Prawdopodobnie nie ma znaczenia, kim jesteś. Jeśli rozumiesz, czego chcą i udowodniłeś, że jesteś w stanie im to dać, to dostaniesz od nich to, czego chcesz, czyli fundusze na realizację projektu”.

 

W obszarze anglojęzycznym źródeł finansowania dla projektów dziennikarskich jest więcej niż większości z nas może się wydawać. Sheffield opowiadała o różnego rodzaju organizacjach (o lobbystycznym często, co trzeba przyznać, charakterze). Są też pieniądze od organizacji czysto dziennikarskich, jak np. International Journalists’ Network, przyznającej dotacje na projekty dziennikarstwa śledczego. Kilka tygodni temu zakończyło się właśnie kolejna runda finansowania przeprowadzana przez tę organizację, w której przyznawano do 10 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na wydatki bieżące reporterów, takie jak koszty podróży, zbierania dokumentów i wynajmu sprzętu. Pierwsza połowa dotacji jest przekazywana po zatwierdzeniu wniosku, a druga połowa jest wypłacana po zakończeniu projektu. Fundatorzy w tym postępowaniu czekali na wnioski od reporterów amerykańskich lub zagranicznych dziennikarzy poruszających tematy amerykańskie. Materiały muszą być publikowane w języku angielskim.

 

Anioły? Do czasu

 

Z roku na rok spadają przychody reklamowe tradycyjnych mediów. A to dzięki nim właśnie przed laty finansowane było dziennikarstwo, każdy jego rodzaj, od ambitnych projektów śledczych, po mniej ambitne za to użyteczne formy, np. poradnicze. Oczywiście w sensie ogólnym przychody reklamowe nie spadają, bo pieniądze odpływające od „starych” przejmuje Internet, zwłaszcza takie potęgi jak Google i Facebook. Prasa i lokalne media tracą zdolność realizowania misji, którą przez dekady realizowały.

 

Znane brandy prasowe w niektórych bogatych krajach mogą liczyć na „aniołów”. Pisałem kilka razy na portalu SDP o swoistej modzie na przejmowanie gazet przez miliarderów, co jest przedstawiane jako akty filantropii. Np. Patrick Soon-Shiong, południowoafrykański chirurg, znany w mediach jako najbogatszy lekarz w historii świata, nabył zasłużoną gazetę lokalną „Los Angeles Times”, która, jak wiele tytułów prasowych, boryka się w ostatnich latach z wielkimi problemami. Inną głośną transakcją, sprawiającą wrażenie bezinteresownej pomocy dla mediów w potrzebie, jest zakup przez miliarderów IT MarkaLynne Benioffów udziałów w „Time Magazine”. Z kolei Laurene Powell Jobs, wdowa po legendarnym założycielu firmy Apple, kupiła większość udziałów w renomowanym „The Atlantic”.  Przypomnijmy też, że wcześniej np. „The Washington Post”, stał się własnością założyciela Amazon Jeffreya Bezosa. Także inny potentat z branży IT, założyciel eBaya, Pierre Omidyar, zainwestował w projekty „pro-dziennikarskie” w 2013 r., czyli w roku, w którym „The Washington Post” stał się własnością Bezosa.

 

Przejęcia te reklamowane są jako działalność pro publico bono, wsparcie dla prasy, która nie jest w stanie konkurować na rynku reklamy z Facebookiem i Google. Jednak technologiczni miliarderzy zapewne mają także czysto biznesowe cele. Nabywają przecież w końcu prestiżowe marki medialne. Z ich punktu widzenia typowy prasowy biznes, oparty na sprzedawaniu egzemplarzy i reklamie, nie wygląda intratnie. Poważany i cytowany tytuł to jednak dobre publicity. O poprawie wizerunku, związanej z dobroczynnością na rzecz wartościowych tytułów, chyba nie trzeba wspominać.

 

Trochę za przykładem tych aniołów z wielkim gestem, poszli bardziej zwykli ludzie, którzy w organizowanych na Kickstarterze kampaniach crowdfundingowych przekazywali pieniądze serwisom takim jak LAist (dla Los Angeles) i DCist (dla Waszyngtonu), nie nastawionym na generowanie przychodów, lecz na informacyjną służbę na rzecz lokalnych społeczności,. Wcześniej pieniądze z tego źródła pozyskał także nowojorski Gothamist.com. „Na dłuższą metę nasze projekty będą udane tylko wtedy, gdy naprawdę zaangażujemy w nie całą społeczność lokalną,” komentował udaną zbiórkę Jake Dobkin, założyciel Gothamist.

 

W USA lokalne dziennikarstwo jest coraz częściej i silniej wspierane przez różnego rodzaju inicjatywy non-profit. Jedną z wielu jest Knight Foundation przeznaczająca miliony dolarów na rozwój regionalnych serwisów internetowych. Dziennikarstwo śledcze wspiera ProPublica, serwis i organizacja zapewniająca nie tylko możliwość publikacji, ale także wsparcie technologiczne i finansowe dla dochodzeń. Podobnych projektów jest znacznie więcej.

 

Koncept wspierania mass mediów i pracy dziennikarzy, rozumianej jako wykonywanie pewnej ważnej społecznie misji upowszechnia się gdzie indziej na świecie. Znane są już globalne przykłady, np. w śledztwach dziennikarskich w sprawach Paradise i Panama Papers, w których kosztowny research dziennikarski był w dużym stopniu finansowany z pieniędzy prywatnych, pozarządowych fundacji i organizacji.

 

Państwo czy biznes – problem z niezależnością pozostaje

 

Nie trzeba chyba długo wyjaśniać, że droga szukania alternatywnego finansowania to nie tylko same róże. Media, zwłaszcza lokalne, powiązane z samorządami, miejscowymi wpływowymi osobistościami, różnymi interesami, dobrze znają zasadę – „kto płaci, ten wymaga”. Pomysł na media finansowane ze środków publicznych jest w wielu krajach traktowany z pełną powagą. Najczęściej niestety nie oznacza to, iż będą to naprawdę „wolne” media.

 

Lokalne media mogą zniknąć, jeśli rząd nie zapewni bezpośredniego wsparcia finansowego – głoszą np. brytyjscy eksperci w ubiegłorocznym raporcie na temat przyszłości brytyjskich mediów, cytowanym w „The Guardian”. Ostrzegają, że upadek branży stanowi zagrożenie dla „stabilnej demokracji”. Raport zespołu pod kierownictwem Frances Cairncross, która na Wyspach jest powszechnie szanowanym autorytetem w dziedzinie środków przekazu, rekomenduje m. in. „Bezpośrednie finansowanie środków przekazu ze środków publicznych w celu wsparcia demokracji lokalnej za pośrednictwem nowego instytutu informacji użyteczności publicznej”. Być może Brytyjczycy potrafią to zrobić tak, że niezależność mediów zostanie ocalona. Mam jednak poważne obawy co do tej koncepcji.

 

Fakty pokazują, że także alians z owymi bajecznie bogatymi „aniołami medialnymi” ostatecznie prowadzi do problemów. „Nieuniknione jest, że niektórzy potężni ludzie, którymi zajmuje się ‘Washington Post’, błędnie sądzą, że jestem ich wrogiem,” pisał Bezos na swoim blogu. Pojawiła się dość kłopotliwa sytuacja, w której realizowanie niezależności przez gazetę, czyli krytyczne pisanie o politykach lub ludziach biznesu, zaczyna przysparzać problemów właścicielowi.

 

Gdy w momencie kryzysowym dla właściciela, gazeta musiała obiektywnie relacjonować wydarzenia z nim związane i zająć jakieś stanowisko, problemy te stały się jeszcze bardziej jaskrawo widoczne. Gdy nadeszło ostre starcie Bezosa z tabloidem „The Enquirer”, który zapowiedział publikację dowodów romansu szefa Amazona z telewizyjną dziennikarką Lauren Sanchez. Bezos opublikował na blogu tekst, w którym oskarżył Davida J. Peckera, prezesa American Media Inc.,  firmy wydającej „The Enquirer”, iż ten szantażuje go. Sprawa ma aspekty polityczne i według niektórych opinii, groźby opublikowania zdjęć i erotycznych SMS-ów Bezosa, mogą być też zemstą władz Arabii Saudyjskiej, której służby specjalne miały stać za całą operacją. Miało to związek z morderstwem przez saudyjskich agentów Jamala Khashoggi’ego, który współpracował z „Washington Post”.

 

„Washington Post” znalazł się w sytuacji, w której nie mógł udawać, że sprawy nie ma. Relacjonował wydarzenia, zgodnie z zasadami obiektywnego dziennikarstwa. Jednak w odredakcyjnym komentarzu wyraźnie poparł Bezosa. Frederick J. Ryan Jr., wydawca gazety, zapewniał potem, że „pan Bezos nie odegrał żadnej roli” w przygotowaniu i redagowaniu tego edytorialu. Jednak nie było takiego zastrzeżenia przy samym komentarzu na łamach. I o to wielu obserwatorów miało do gazety spore pretensje.

 

Historia ta przypomina, że Bezos jest publiczną postacią o wielkim bogactwie, wpływach i stosunkach na całym świecie. Wzbudza nie tylko pozytywne, ale również wiele negatywnych uczuć. Oskarża się go m. in. o niszczenie tradycyjnego handlu i setek tysięcy miejsc pracy. Nawet jeśli był dla „Washington Post” aniołem, dla wielu innych Amerykanów i nie tylko jest kimś zgoła innym. Gazeta obudziła się z komfortowego, miłego snu z lękiem o to, czy nie przylgnie do niej etykietka „organu Bezosa” lub wręcz „Amazon Post”. Powróciły fundamentalne pytania o niezależność mediów i dziennikarzy w sytuacji, gdy uzależniają się od finansowego patronatu.

 

Poinformować odbiorców czy ich zadowolić

 

Crowdfunding działalności dziennikarskiej nie jest zjawiskiem tak całkiem nowym. Zbieranie pieniędzy na ambitne projekty śledcze, które nie mogły być sfinansowane np. ze względu na ograniczenia wolności mediów, praktykowane było już dekady temu. W ostatnich latach coraz częściej jednak mówi się o tego rodzaju projektach jako o „nowym modelu biznesowym”, który, jak pisały już w 2014 roku, badaczki nowych mediów, Lian JianNikki Usher, wiąże się z nowymi problemami etycznymi dla dziennikarstwa.

 

Problem ten pojawił się, gdy mowa było o Hazel Sheffield i jej projektach. Nawet jeśli podmiotem finansującym jest tzw. „społeczeństwo” i nawet gdy założyć  pełną benewolencję ze strony zarówno fundatorów jak i dziennikarza, to w rzeczywistości trudno mówić o pełnej gotowości na prawdę, jeśli ta niezgodna jest z oczekiwaniami fundatorów. Zaś reporter niestety nieuchronnie czuje presję, aby z dążenia do pokazania całej prawdy nieco ustąpić, gdy prawda zaczyna odbiegać od oczekiwań finansujących projekt.

 

Andrea Hunter z Uniwersytetu Concordia w Portland w pracy opublikowanej w 2015 roku analizowała sprzeczności pomiędzy wymogami dziennikarskiej autonomii a odpowiedzialnością wobec fundatorów, konkludując że nawet, jeśli wielu dziennikarzy postrzega siebie jako wykonujących misję publiczną, to następuje w tym wszystkim subtelne, ale istotne, „przejście od myślenia po prostu o poinformowaniu swoich odbiorców, do myślenia, by zadowolić swoich odbiorców”.

 

Niektórzy, zaangażowani w projekty crowdfundingowe, zdają sobie sprawę, że ten problem jest realny. Oparte na zbieraniu funduszy na projekty dziennikarskie platformy, takie jak holenderski De Correspondent i niemieckojęzyczny Krautreporter, w sposób przejrzysty publikują deklaracje opisujące swoją misję, korzystają z kodeksów etycznych i zamieszczają precyzyjne raporty na temat wykorzystania funduszy.

 

W tradycyjnym świecie mediów istniało napięcie związane z finansową presja reklamodawców. Tylko naprawdę silne, mające wielu partnerów reklamowych środki masowego przekazu mogły sobie pozwolić na pełną niezależność od tej presji. Co nie znaczy, że z tej pozycji korzystały, bo nie był to idealny świat a pieniądze, zwłaszcza duże, nigdy nie miały brzydkiego zapachu.

 

Pojawia się tendencja, by o aniołach mediów, zbiórkach i crowdfundingu na rzecz projektów dziennikarskich w dobie obecnej mówić w tonie podniosłym, idealistycznym. Niestety, świat wciąż nie jest idealny a oczekiwania tego, który płaci i wymaga plus presja, jaką wciąż odczuwa autor i dziennikarz, wciąż istnieją.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

A to nie fejk, przypadkiem? – analiza MIROSŁAWA USIDUSA o tzw. „głębokich oszustwach”

Obejrzałem właśnie wykonaną techniką deepfake alternatywną wersję „Matrixa”, w której Neo, zamiast czerwonej połyka niebieską pigułkę. Rozbawiła mnie. Nijak nie oburzyło mnie dorabianie twarzy Keanu Reevesa komuś innemu. Nie czułem oburzenia i lęku, że mną ktoś manipuluje. Ot, miałem chwilę zabawy, bo do niej zdecydowana większość deepfakes w Internecie służy.

 

Nie mogę jakoś zmusić się do wiary w kasandryczne przepowiednie, że technika „głębokiego oszukiwania” na poziomie wideo i audio, doprowadzi do katastrofy, oszukiwania społeczeństwa na masową skalę, manipulacji wyborami, przewrotów, rewolucji i wojen nawet na podstawie sfingowanych nagrań z wypowiedziami polityków.

 

Może, gdybyśmy nic o niej nie wiedzieli, gdyby technologia pozwalająca zamienić twarze i udawać głosy, była tajemnicą i możliwości techniczne fałszowania przekazu mieli tylko „bad guys”, to może byłoby się czego obawiać. Ale, w sytuacji, gdy powszechną reakcją na zaskakujące treści w sieci jest powątpiewanie „…a to nie fejk, przypadkiem?”, przepraszam bardzo, dlaczegóż mamy być sparaliżowani trwogą z powodu deepfakes?

 

Lewica nie wierzy w człowieka – prawica liczy się z pomyłkami

 

Interesujące, że różnice w stosunku do „głębokich fejków” pokrywają się korzennymi warstwami politycznych światopoglądów. Tendencję do straszenia i demonizowania tego zjawiska ma lewica i media tzw. mainstreamu, które mają przeważnie poglądy bliskie lewicy. Przedstawiciele poglądów bardziej konserwatywnych i wolnościowych patrzą na to znacznie spokojniej. Lewica, jak wiadomo zasadza się na niewierze w człowieka, w tym w jego zdolność do samodzielnego osądu, co jest dobrem i prawdą a co – wręcz przeciwnie. Dlatego lewica ogranicza wolność na rzecz kontroli i ochrony, chętniej przez nią nazywanej opieką. Prawicowe myślenie pozwala człowiekowi wybierać i narażać się, z wiarą, że sobie poradzi, odróżni sam dobro od zła, prawdę od kłamstwa i choć może popełni błędy, ale wolność wyboru jest wartością ważniejszą.

 

Powyższą różnicę nastawień widać w debacie o deepfakes jak w soczewce. Oczywiście dużo więcej o tym zjawisku pisze lewica i media „głównego nurtu”, bijąc na alarm i snując apokaliptyczne wizje totalnie zmanipulowanych fałszerstwami internetowymi społeczeństw. Prawica wypowiada się w tej sprawie rzadziej. A jeśli już, to zwracając uwagę, że lewicowe pomysły na walkę z tym co lewica upatruje jako „przerażające zagrożenie”, niebezpiecznie zaczynają pachnieć ograniczaniem wolności słowa i cenzurą.

 

Ton mediów w sprawie deepfakes dość dobrze obrazuje publikacja BBC, opisująca prezentację na temat podczas niedawnego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, i cytująca specjalistę w tej dziedzinie, profesora Hao Li z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, mówiącego o „przerażającym fakcie”, że nie można odróżnić już fałszywek wideo od rzeczywistości.

 

Autor artykułu, który bawił się systemem generującym deepfakes, podszywając się, a to pod Leonarda DiCaprio, a to pod Teresę May, to znów pod Lionela Messi, sam zauważył, że wszystko to jest nie tyle złowieszcze, ile zabawne. A więc pierwsze wrażenie, nie przefiltrowane przez światopogląd, jest zawsze takie same. Trudno tę zabawę traktować poważnie. Oczywiście ważne dla dobrej zabawy jest, że wiemy, że to podróbki i fałszywki, ale o tym była już mowa.

 

Zagadnienie deepfake’ów trafiło na pierwsze strony gazet po raz pierwszy w 2017 r., po tym jak w sieci zaczęły pojawiać się bezczelnie sfałszowane filmy wideo, zazwyczaj polegające na podstawieniu twarzy aktorów i innych celebrytów do materiałów, w których nie występowali, bardzo często do produkcji pornograficznych. Nie słyszałem, aby ktoś naprawdę dał się nabrać, natomiast naczytałem się mnóstwo o „poważnym problemie” sfałszowanych treści wideo.

 

Przedstawiciele środków masowego przekazu, w tym cytowanego BBC, wyrażają głośne obawy, że nawet jeśli deepfakes nikogo nie będą oszukiwać, podważą wiarygodność wszelkich materiałów wideo i audio przedstawianych publiczności. Czyli media chcą, aby widzowie byli sceptyczni i krytyczni, ale nie aż tak, by kwestionować treści oferowane im przez media. Czy nikomu nie przychodzi do głowy, że powódź internetowych fałszywek jest naturalną szansą dla znanych marek medialnych, w których odbiorcy mogliby szukać wysp wiarygodności. Warunek jest wszelako taki, że mass media same nie będą dopuszczać się manipulacji. A jeśli będą zbyt energicznie zwalczać „internetowe fejki”, nie będąc same wolne od grzechu, jeśli nie fałszowania to przynajmniej manipulowania faktami, to nie skończy się dla nich dobrze.

 

Oczywiście mogą zdarzyć się takie przypadki jak brazylijski (żonaty) polityk Joao Doria, który w 2018 r. oznajmił, iż kolportowany w sieci film, który pokazywał jego udział w orgii, został sfałszowany. Nie można było mu dowieść, że to nieprawda. Jednak powiedzmy sobie jednak szczerze, że aby nagranie wideo było jednoznacznym dowodem na cokolwiek, spełniać musi i na długo przed epoką deepfakes musiało, wiele innych warunków, z identyfikatorami pochodzenia, czasu nagrania oraz z zeznaniami świadków włącznie.

 

Fałszerstwa to bardzo stary problem

 

Fałszerstwo informacji nie jest nowym problemem. Przecież to groźba fałszerstw a nie co innego, sprawiła, iż w średniowiecznej Europie do weryfikacji autentyczności listów i innych przesyłek wykorzystano wosk plombujący i pieczęcie herbowe. Podobnemu celowi w starożytnych Chinach służyły pieczęcie, pilnie strzeżone, gdyż ich kradzież i fałszerstwo mogły wyrządzić szkody nie mniejsze niż współczesne deepfakes.

 

Fałszerstwa fotografii, fotomontaże i podróbki filmów są tak stare, a może i starsze niż mass media. Czymże jeśli nie fejkiem nazwiemy Jeżowa znikającego ze słynnego zdjęcia ze Stalinem. Z tej sztuczki, jeśli było trzeba, korzystali inni, niekoniecznie źli politycy i ich propagandyści, lecz chociażby np. Rolling Stonesi, którzy usunęli Billa Wymana z fotografii okładkowej po tym jak opuścił zespół. Jest spora kolekcja nagrodzonych prestiżowymi nagrodami fotografii, które były fotomontażami, manipulacjami czy wręcz fałszywkami. A więc nihil novi…

 

Tym, co można by określić jako nowość w nowoczesnych, opartych na AI fałszywkach, jest fakt, że podróbki na niezłym poziomie technicznym mogą być stosunkowo łatwo i szybko przygotowane właściwie przez każdego.

 

Jednym z najbardziej znanych przykładów sugestywnego deepfake jest film z byłym prezydentem Barackiem Obamą „rzucającym wiąchę” pod adresem prezydenta Trumpa. Wideo jest dziełem Jordana Peele’a i serwisu Buzzfeed, stworzonym, aby ostrzec ludzi przed techniką deepfakes, jednak, nawet bez tej wiedzy skłonnych, by nabrać się na taki wyskok ze strony dość sztywnego Obamy raczej nie było.

 

Z drugiej strony zafascynowała nas cyfrowa imitacja młodej księżniczki Lei, pojawiająca się pod koniec „Łotra 1”, w ramach sagi „Gwiezdne Wojny”, będąca owocem zasadniczo podobnej techniki. Mniej znany jest u nas przypadek umieszczania oblicza Nicolasa Cage’a we fragmentach filmów, w których nie występował, w tym m. in. w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”.

 

Wśród gigantów – poruszenie

 

Pod presją, aby z fałszywkami „coś zrobić”, znaleźli się potentaci Internetu. Twitter zapowiedział niedawno, że usunie niektóre deepfakes i w marcu rozpocznie oznaczanie tego rodzaju materiałów ostrzeżeniami o „znaczącej i zwodniczej modyfikacji”.  Co istotne, firma usunie zmanipulowane treści medialne, w tym deepfakes, tylko wtedy, gdy zawarta w nich treść może spowodować szkody, takie jak np. zagrożenie fizycznego bezpieczeństwa grupy lub osoby, lub gdy tweet stwarza ryzyko wystąpienia masowej przemocy lub niepokojów społecznych. Do regulaminu Twittera dodano nową klauzulę dotyczącą „mediów syntetyzowanych i manipulowanych”, które „mogą wyrządzić szkodę”. Poza znakowaniem tweetów, Twitter zapowiada pokazywanie ostrzeżenia dla ludzi przed retweetami, zmniejszanie widoczności znaczonego tweeta i zapobieganie rekomendacjom tych treści, a także dostarczanie dodatkowych objaśnień.

 

Facebook w zeszłym miesiącu również przedstawił nowe zasady dotyczące przerabianych materiałów i zapowiada, że będzie konsekwentnie blokować treści „syntetyzowane”. Już teraz stosuje oznaczenia przy niektórych zmanipulowanych treściach.

 

YouTube był w swoich antyfejkowych działaniach szybszy zarówno od Facebooka jak i Twittera. Już w 2016 roku, przed ostatnimi wyborami prezydenckimi, uruchomiony na YouTube algorytm śledził wprowadzające w błąd treści. Prawica zarzuca od dłuższego czasu platformie, że stosuje podwójne standardy i dla fejków lewicowych jest znacznie bardziej pobłażliwa niż dla treści uznawanych za fałszywki o prawicowej wymowie.

 

Właściciel YouTube’a, Google, a właściwie Alphabet, który jest od paru lat brandem-matką dla całej google’owej rodziny, ma swoich zasobach także firmę Jigsaw, która pracuje nad narzędziem do sprawdzania faktów o nazwie Assembler, wykorzystującym sztuczną inteligencję, aby pomagać dziennikarzom wykrywać zmanipulowane obrazy, przyspieszając procedury fact-checkingu. Assembler wykorzystuje modele manipulacji obrazem opracowane przez naukowców z Uniwersytetu w Maryland, Uniwersytetu Federico II w Neapolu i Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Narzędzie wykorzystuje te modele do wykazania prawdopodobieństwa manipulacji obrazem. Do projektu przyłożyła się również firma Google Research.

 

Jigsaw zbudował na potrzeby systemu wykrywającego manipulacje narzędzie o nazwie StyleGAN, oparte na systemach generatywnych sieci przeciwstawnych, wykorzystywanych także często do tworzenia deepfakes. Z tym, że w tym przypadku służy nie do generowania, lecz do wykrywania głębokich fałszywek. Maszyna w tym systemie uczy się wykrywania różnic pomiędzy obrazami prawdziwych ludzi a obrazami zmanipulowanymi.

 

Aby pomóc w rozwiązaniu problemu braku danych szkoleniowych, Facebook, Google, Amazon Web Services i Microsoft zjednoczyły się niedawno, ogłaszając inicjatywę Deepfake Detection Challenge. W ramach projektu udostępnią specjalnie utworzony zbiór danych dotyczących deepfake’ów naukowcom na całym , aby ci wykorzystywali je swobodnie jako zasoby treningowe dla swoich opartych na uczeni maszynowym modeli. Opracowanie skutecznych systemów wykrywania deepfake’ów leży oczywiście w interesie publicznym, ale nie jest to czysty przejaw altruizmu ze strony technologicznych gigantów, którzy liczą na znalezienie praktycznych i skutecznych mechanizmów wykrywania fałszywek do wykorzystania w swoim biznesie i odpowiedzi na coraz silniejsze naciski w tej sprawie ze strony polityków.

 

Walka pachnąca cenzurą

 

Czarnym scenariuszem dla amerykańskich mediów jest wizja następująca: w listopadzie 2020 roku tuż przed wyborami ukazuje się w sieci sfałszowane nagranie wypowiedzi kandydata Demokratów, na którym mówi coś skandalicznego i, zanim nastąpi weryfikacja, odbywają się wybory prezydenckie a deepfake’owe nagranie ma wpływ na ich wynik. Wizja to tyleż mroczna, ile odległa od realiów. Jeśli wszyscy wiedzą o możliwości powstawania i kolportowania deepfakes w kampanii, to ich potencjalna siła politycznego rażenia dąży do zera. Powiedziałbym więcej, fakt, że wszyscy wiedzą o problemie, w niemałym stopniu chroni osoby, które rzeczywiście mają się czego obawiać, bo nieopatrznie powiedziały coś szokującego, podobnie jak istnienie deepfake’ów chroniło wspomnianego Brazylijczyka. Nie chroni całkowicie, ale tworzy społeczny bufor sceptycyzmu, który powoduje konieczność dodatkowego poświadczenia autentyczności zarzutów.

 

Deepfake porno z twarzami najsławniejszych aktorek w hardcore’owych okolicznościach przyrody może i cieszyło się jakąś popularnością wśród koneserów gatunku, jako ciekawostka, ale oczywiście nie ma szans w porównaniu z prawdziwymi nagraniami z celebrytami w eksplicytnych scenach, które czasami „wyciekają” do sieci. Doskonałość techniczna podróbek nie sprawia, że amatorzy pornografii się nabierają. A jeśli oglądają, to, jak sądzę, głównie dlatego, że jest to zabawne, a nie dlatego, że jest to twarz tej czy tamtej gwiazdy. A skoro deepfakes nie wywołały rewolucji w branży porno, to nie sądzę, aby w polityce były czymś więcej niż zabawną ciekawostką.

 

Niemniej poważni ludzie nie chcą przestać tego problemu traktować poważnie. Przykładem Clint Watts, pracownik amerykańskiego Instytutu Badań nad Polityką Zagraniczną, który latem ubiegłego roku powiedział Kongresowi USA, że Rosja, Chiny i inni „autorytarni przeciwnicy” Ameryki prawdopodobnie użyją technologii fałszującej w ramach kampanii informacyjnych mających na celu „obalenie demokracji i demoralizację amerykańskich wyborców”.

 

W tej atmosferze kilka stanów, w tym Kalifornia, przyjęło ustawodawstwo mające na celu zwalczanie deepfakes w wyborach. Przepisy kalifornijskie („Anti-Deepfake Bill”) zakazują m. in. publikowania lub rozpowszechniania „materialnie zwodniczych przekazów audio wizualnych”, które mają na celu zaszkodzenie reputacji kandydata lub wprowadzenie w błąd osób głosujących, w czasie do sześćdziesięciu dni przed wyborami. Są od tego pewne wyjątki, dotyczące np. treści, które są oznaczane jako manipulacje lub takich, które stanowią satyrę lub parodię.

 

Przepisy te są krytykowane jako godzące w wolność słowa gwarantowaną przez pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji. Występuje przeciwko nim znana organizacja broniąca w USA wolności obywatelskich ACLU (American Civil Liberties Union). O projekcie podobnych do kalifornijskich regulacji w stanie Maine lokalny przedstawiciel ACLU, Michael Kebede powiedział mediom: „Ten projekt ustawy dawałby politykom nowe prawo do złożenia pozwu przeciwko praktycznie każdemu, kto rozpowszechnia nagranie wideo lub audio albo obraz, który polityk uważa za wprowadzający w błąd”.

 

Przeciwnicy prawa o zwalczaniu deepfakes zwracają uwagę, że wprowadzanie tego rodzaju przepisów może zniekształcić przebieg kampanii. W wyborach prezydenckich w USA w ostatnim miesiącu przed wyborami zwykle jest czas na wyciąganie kandydatom różnych brudów. Są to informacje ważne dla wyborców, ale przez nierozważne przepisy mogą zostać ocenzurowane. Argument, że sam fakt istnienia głębokich fałszerstw godzi w skuteczność tych haków, jakoś do ludzi forsujących kontrowersyjne przepisy nie trafia.

 

Wprawdzie zdarzyło się niedawno, że pewną firmę okradziono z poważnej kwoty przy wykorzystaniu deepfake’a podszywającego się pod głos prezesa, ale prawdę mówiąc bardzie widać tu problem z procedurami bezpieczeństwa w tej organizacji niż zaawansowanymi fałszywkami. Ludzi nieostrożnych, o niskim ilorazie inteligencji, zawsze można było oszukać, nie potrzeba było do tego algorytmów sztucznej inteligencji.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

Panikowirusy i inne epidemie – MIROSŁAW USIDUS o panice i manipulacji w sieci

Jako zagorzały przeciwnik cenzury i ograniczeń swobody wypowiedzi w mediach, nie tylko internetowych, a jednocześnie częsty krytyk chińskiego zamordyzmu w tej dziedzinie, musiałem jednak ostatnio przemyśleć całą kwestię jeszcze raz, gdy ujrzałem, co wokół epidemii koronawirusa dzieje się w Internecie, social mediach i okolicy.

 

Dość często można znaleźć opinie, że chińskie władze, cenzurując i blokując informacje na temat epidemii, ukrywają prawdziwą liczbę zarażonych szczepem 2019-nCoV i śmiertelnych ofiar choroby. Czy te doniesienia mają wiele wspólnego z prawdą, czy są tylko szumem, nie wiem. Są oficjalne dane, którym mogę nie wierzyć, ale, prawdę mówiąc, alternatywa, czyli tysiące nie wiadomo skąd pochodzących sensacji o setkach tysięcy a nawet milionach trupów, wygląda jak cuchnące fakenewsowe bagno. Podobnie mnożące się w sieciach społecznościowych pozbawione kontekstu filmiki pokazujące jakichś rzekomo padających na ulicy „na koronawirusa”, ludzi czy chorych, konających w drgawkach w szpitalu, wzbudzają zaufanie bliskie zeru.

 

I ja, człowiek nienawidzący cenzury, zaczynam zastanawiać się, czy polityka informacyjna chińskich władz, nawet jeśli sporo ukrywają, nie jest czymś lepszym niż internetowe sianie histerii i panikarstwo za pomocą fejków, a w najlepszym razie – manipulacji. Jest prawie pewne, że dołożenie paniki do i tak poważnej sytuacji nikomu życia nie uratuje a całkiem prawdopodobne, że wręcz przeciwnie. Inaczej mówiąc, Pekin, nawet jeśli sporo ukrywa, to raczej nie dlatego, by więcej ludzi zmarło, lecz po to aby panować nad sytuacją. A w tej sytuacji chyba nikt nie zaprzeczy, że panowanie nad sytuacją jest lepsze niż jego brak.

 

Przedstawiona niedawno m. in. przez „Financial Times”, teza, jakoby ukrywanie przez chińskie władze i WHO faktu pojawienia się koronawirusa, przyczyniło się do jego rozpowszechnienia, też mnie niespecjalnie przekonuje. Po pierwsze, prawdopodobnie ani Pekin, ani międzynarodowa organizacja, nie miały wystarczających informacji. Po drugie, nawet jeśli były niepokojące sygnały, to z kolei mocno dyskusyjne jest, czy alarmowanie społeczeństwa na pełny megafon jest najrozsądniejszą strategią.

 

Uzasadniona jest krytyka bierności czy nieudolności lokalnych władz w Chinach. Ale o dziwo, według doniesień znających tamte warunki i okoliczności, chiński Internet jest pełen tego rodzaju demaskatorskich treści. Czyli krytyka na poziomie lokalnym jest co najmniej tolerowana a niektórzy sugerują, że nawet wspierana, przez władze centralne. Zapewne chodzi o zogniskowanie społecznego gniewu z dala od KC KPCh. Jednak osoby umiejące czytać teksty powstające w warunkach cenzury dostrzegą w ściśle kontrolowanym chińskim Internecie nawet ataki na przewodniczącego Xi Jinpinga, wyrażane w bardzo specyficznej formie. Jeśli ktoś bowiem zauważy pisane tam na różnych forach komentarze typu „Trump jest nieudolny”, „Trump powinien odejść”, to niech chwilę zastanowi się, czy naprawdę chodzi o amerykańskiego prezydenta…

 

Naukowiec panikarz

 

Większość z nas jednak nie potrafi ani trochę czytać po chińsku. Nie odwiedzamy też chińskich portali społecznościowych, takich jak Weibo i WeChat. Gdy na Twittera i na Facebooka trafiają filmiki skopiowane (podobno) z chińskich mediów społecznościowych, trudno jest nam ocenić wiarygodność i kontekst tych publikacji. Jednak chińska blokada i ostrożność zachodnich mediów, przynajmniej tych, które starają się trzymać standardów, wytworzyły swoisty głód informacji na temat koronawirusa. A skoro jest popyt, pojawiła się też podaż. Głodni nie wybrzydzają. Zaś dla tych, którzy starają się zachować sceptycyzm i krytycyzm, są bardziej wyrafinowane dania.

 

Media cytują przykład Erica Feigl-Ding, mieszkającego w Waszyngtonie badacza zagadnień zdrowia publicznego z Uniwersytetu Harvarda, który na Twitterze podał dalej informację o współczynniku zakażania dla koronawirusa z Wuhan – R0, wynoszącą według cytowanego opracowania 3,8, co oznacza, że każda osoba, która złapie infekcję, przekaże ją średnio prawie 4 innym osobom a to z kolei jest niezwykle wysoki poziom, taki którego Feigl-Ding, jak zapewnia „nie widział w swojej karierze”. Pisał na Twitterze, że jesteśmy „w obliczu epidemii najbardziej zjadliwego wirusa, jakiego kiedykolwiek widział świat”.

 

Po jego postach Twitter oszalał. Społecznościowa „wirusowość” jego publikacji była znacznie większa niż najczarniejsze obawy co do koronawirusa. Wątek wkrótce miał tysiące retweetów. Konto Feigl-Dinga zostało zalane nowymi obserwującymi. Ta część Internetu, która nie kupuje łatwo nie wiadomo skąd, jak i kiedy wziętych filmików z chiński opisami, miała w tym przypadku przed sobą epidemiologa z Harvardu, który potwierdza najgorsze obawy.

 

Nie każdy już jednak zdołał zauważyć, że Feigl-Ding powoływał się na pracę badawczą, która miała charakter wstępny i nie była recenzowana. Pominął też pewne dość istotne fakty, przede wszystkim takie, że inne choroby zakaźne, takie jak odra, również mają bardzo wysokie wartości R0. Popełnił też oczywisty błąd – napisał, że nowy wirus jest osiem razy bardziej zakaźny niż SARS, podczas gdy w rzeczywistości SARS miał R0 w zakresie od 2 do 5, bardzo porównywalne z podawanymi przez niego samego szacunkami dla nowego koronawirusa. Trzeba dodać, iż Feigl-Ding usunął tweet o SARS, gdy tylko zdał sobie sprawę z błędu.

 

Na tym nie koniec fact checkingu. Feigl-Ding nie wiedział, że w czasie, gdy tweetował, naukowcy zdążyli już obniżyć swoje szacunki „zaraźliwości” mikroba z Wuhan do 2,5 R0. Ponieważ sprawa stała się głośna, do debaty włączyli się inni poważani eksperci, w tym także harwardzcy koledzy naukowca, zauważając m. in., iż niektóre wysoce zakaźne choroby nie są tak naprawdę aż tak niebezpieczne. Jeden z epidemiologów, Michael Bazaco, odpowiadając Feigl-Dingowi napisał: „To jest siejąca panikę hiperbola, granicząca z nadużyciem, grożąca poważnymi konsekwencjami dla zdrowia publicznego”.

 

Po kilku dniach Feigl-Ding spuścił z alarmistycznego tonu, bo jednak naukowa odpowiedzialność zwyciężyła. Na Twitterze szaleją jednak i są niezwykle popularni inni panikarze, tacy jak np. @howroute rozpościerający przed internautami krajobraz apokalipsy i niechybnej, bliskiej zagłady. W przypadku tego profilu nie jest to zidentyfikowana osoba, choć podaje się za pracownika mediów. Przed kryzysem w Wuhan, @howroute zajmował się głównie publikacją memów uderzających Trumpa. Od czasu wybuchu epidemii konto tweetuje całkowicie pozbawione kontekstu filmy a swoich krytyków oskarża o bycie trollami Chińskiej Partii Komunistycznej. „Jestem jednym z najbardziej wiarygodnych źródeł na temat koronaawirusa na Twitterze. Jak śmiecie kwestionować moje raporty!” – pisze w jednym z komentarzy.

 

Przejdziem odrę w Wietnamie… lub nie przejdziem

 

Problem wirusowości społecznościowej prawdziwych wirusów jest znany od dobrych kilku lat. Już w 2016 roku „The Atlantic” analizował rolę social media w epidemiach, przypominając jak wiosną 2014 r. wietnamskie państwowe media podały, że dziesiątki dzieci zmarło po przyjęciu ich w stołecznych szpitalach w Hanoi z wysypką i wysoką gorączką. Lekarze podali, że przyczyną zgonów była odra, najgorsza jej epidemia w historii Wietnamu. Zrozpaczeni rodzice ofiar ruszyli na Facebooka, by wyrazić swój żal i oburzenie. Razem z nimi ich przyjaciele i sąsiedzi, którzy domagali się informacji, jak epidemia się rozprzestrzenia i czy w ogóle bezpiecznie jest przyprowadzać dzieci do szpitali. Władze rozpowszechniały informacje o zgonach na odrę za pomocą ulotek, biuletynów i aktualizacji na stronie internetowej ministerstwa zdrowia, wspomina w „The Atlantic” pielęgniarka z państwowego szpitala w Hanoi, która prosiła o anonimowość. „Jednak w Internecie było tak dużo publikacji nieoficjalnych na ten temat, że niektórzy wpadli w panikę,” mówiła.

 

Tamtejszy rząd, który sporadycznie blokuje sieć, nie był w stanie ugasić podsycanego przez Facebook strachu, gniewu i poczucia krzywdy, które ogarnęły społeczeństwo. Krytykowano ministra zdrowia Nguyena Thi Kim Tiena, który nie chciał nazwać sytuacji „epidemią”, gdy liczba zgonów dzieci zbliżyła się do 130.  Urzędnicy ministerstwa, publicznie wyjaśniali, dlaczego kierując się zasadami profesjonalnej epidemiologii nie ogłosili wybuchu epidemii, ale to nie wystarczyło, zwłaszcza mediom społecznościowym. Ludzie nie rozumieli sytuacji, byli bombardowani emocjonalnymi treściami, i myśleli, że ministerstwo próbuje ukryć epidemię. Mało kto zastanowił się jak duży wpływ na tę „epidemię” mogły mieć ruchy i poglądy antyszczepionkowe.

 

Internet trochę szkodził, ale sporo pomógł

 

Zanim pojawiły się media społecznościowe, w Internecie nie było aż tak wyraźnych i silnych przejawów działania psychologii tłumu, jednak pojawiały się wczesne sygnały zjawisk, które rozwinęły się później w społecznościówkach.

 

SARS (severe acute respiratory syndrome) pojawił się w południowych Chinach w 2002 r. i doprowadził do międzynarodowego kryzysu w lutym 2003 r. W ciągu kilku miesięcy od pierwszego zarażenia SARS w stosunkowo nowej wówczas wyszukiwarce Google pojawiły się setki tysięcy wyszukiwań hasła „SARS”. Baidu, popularna chińska wyszukiwarka, również zgłaszała, że w czasie epidemii „SARS” był jej głównym elementem wyszukiwania. Obie strony pozwalały zwykłym ludziom w Chinach i poza nimi na natychmiastowe znalezienie informacji o chorobie, zamiast, jak dotychczas było, czekać na nowe wydanie gazety lub wiadomości w radiu i telewizji.

 

W tamtych czasach istniał Web 1.0, w którym ludzie wchodzą na strony i czytają informacje, wciąż nie mając w tym żadnego własnego udziału, poza wyrażaniem zainteresowania,” komentował w „The Atlantic” Randall N Hyer, specjalista ds. ryzyka komunikacyjnego, który pracował w zespole reagowania na ryzyko Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) podczas kryzysu SARS.

 

Jednak już w tych zamierzchłych czasach nie wszystkie informacje, które pojawiały się wówczas w wyszukiwarkach, były dokładne, a fałszywe pogłoski rozprzestrzeniły się szybciej niż wirusy. Jedna z najbardziej szkodliwych informacji w tamtym czasie pochodziła, jak się okazało od mało wiarygodnego źródła, 14-letniego chłopca z Hongkongu, który ogłosił w Internecie, że miasto zostanie wkrótce objęte kwarantanną. Jego będący raczej sztubackim żartem wpis zyskał uwagę i wiarygodność, ponieważ strona, na której się ukazał naśladowała stronę internetową lokalnej gazety. Wywołało to panikę wyrażającą się w masowym ataku ludzi na sklepy spożywcze w celu przygotowania zapasów. Oczywiście był to mechanizm samonapędzający się, gdyż ludzie widzący tłumy w sklepach sami ulegali panice. Książka „At the Epicentre”, wydana w 2004 r. opisująca tamte wypadki, wspomina, że nawet oficjalne dementi żartu ogłoszone publicznie przez ówczesnego dyrektora ds. zdrowia w Hongkongu, nie uspokoiło nastrojów.

 

Jak widać, już przed epoką mediów społecznościowych, Internet miał spory potencjał, aby prowadziłć do poważnych zaburzeń społecznych.

Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że w czasie epidemii SARS narzędzia internetowe, podobnie jak to się dzieje teraz, również ogromnie pomagały w walce z chorobą. Na przykład, gdy w Hongkongu mnożyły się infekcje, grupa mieszkańców stworzyła stronę internetową sosick.org, podającą aktualizowaną często listę budynków z podejrzanymi lub zdiagnozowanymi przypadkami SARS. Dwa tygodnie po pojawieniu się strony, rząd Hongkongu rozpoczął publikowanie tych samych informacji na swojej oficjalnej stronie internetowej. „Internet okazał się nieocenionym narzędziem, które zainteresowani obywatele mogli wykorzystać do podważenia tajemnicy rządowej,” czytamy we wspomnianej książce.

 

Dziś uważa się, że staranne badanie trendów w mediach społecznościowych związanych z tematyką zdrowotną mogłoby znacznie pomóc naukowcom i organom rządowym odpowiedzialnym za ochronę zdrowia w lepszym rozpoznaniu i zrozumieniu mechanizmów transmisji chorób pomiędzy ludźmi, po części dlatego, że media społecznościowe mają tendencję do bycia „wysoce kontekstualnymi i coraz bardziej hiperlokalnymi” mówi w „The Atlantic” Marcel Salathé, badacz z École Polytechnique Fédérale w Lozannie w Szwajcarii i specjalista w rozwijającej się dziedzinie, którą naukowcy nazywają „epidemiologią cyfrową„. Ale na razie, jak dodaje, wciąż starają się zrozumieć, czy media społecznościowe rozmawiają o problemach zdrowotnych, które rzeczywiście odzwierciedlają trendy epidemiologiczne, czy też nie.

 

Wyniki pierwszych eksperymentów w tej mierze są niejasne. Inżynierowie z Google uruchomili narzędzie do prognozowania chorób Google Flu Trends (GFT) już w 2008 roku. Firma planowała przeanalizować dane z wyszukiwarki Google pod kątem występowania symptomów i innych słów ostrzegawczych. Miała wtedy nadzieję, że dane te zostaną wykorzystane do tego, aby dokładnie i natychmiastowo rozpoznawać „kontury” ognisk grypy i dengi, dwa tygodnie wcześniej niż amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC), którego badania uchodzą za najlepszy standard w tej dziedzinie. Jednak wyniki uzyskiwane przez Google w wczesnym rozpoznawaniu grypy w USA a potem też malarii w Tajlandii na podstawie sygnałów z Internetu uznano za jeszcze zbyt mało precyzyjne.

 

Fact &i virus checking

 

Zanim sięgniemy pełna garścią po zawartość Internetu i społeczności, aby wcześnie wykrywać zagrożenia epidemiologiczne, warto byłoby uporać się z problemem dezinformacji szerzonej w tych wszystkich kanałach. Organizacje zajmujące się sprawdzaniem faktów z 30 krajów współpracują za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera w celu identyfikacji i weryfikacji fake newsów. Niedawno opublikowano w serwisie FactCheck.org listę dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowaną przez weryfikatorów pracujących dla tej sieci.

 

Oto lista przypadków z FactCheck.org:

 

Wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie twierdziło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z postów na Facebooku fałszywie stwierdził, że odpowiedzialnym za rozprzestrzenianie się nowego koronaawirusa jest komik Sam Hyde. Naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła tego najnowszego koronaawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę.

 

Na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że z powodu koronaawirusa w Wuhan zmarły „tysiące” a nawet ponad 10 tys. osób. Oficjalna liczba zgonów z powodu choroby w momencie pisania tych słów nie przekracza 700.

 

Niektóre posty w mediach społecznościowych fałszywie głosiły, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje.

 

Jedna ze stron internetowych propagujących teorie spiskowe zniekształciła fakty mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronaawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Liczne posty w mediach społecznościowych fałszywie sugerują, że ponieważ produkty o nazwach handlowych Clorox i Lysol podają w składach na swoich butelkach „Human Coronavirus”, jest to ten sam koronawirus z Wuhan. To nieprawda. Istnieje wiele ludzkich koronaawirusów, a produkty, o których mowa, zostały przetestowane pod kątem ewentualnej możliwości wywoływania infekcji.

 

Nic nie jest czarno–białe

 

Bohaterem ostatnich dni jest lekarz z Wuhan Li Wenliang, który był jedną z pierwszych osób, które wysłały publiczne ostrzeżenie o pojawieniu się szczepu 2019-nCoV. Został za to ukarany, a następnie pochwalony przez chińskie władze, więc ocena ich działań i w tym przypadku nie jest jednoznaczna. Niedawno pojawiła się informacja, że umarł na infekcję spowodowaną koronawirusem.

 

Oczywiście jego historia może być dla wielu kolejnym przykładem zamordyzmu w Chinach. Jednak warto wiedzieć, że owe wczesne ostrzeżenia Li sugerowały, że nastąpił powrót wirusa SARS, co nie było prawdą. Rzeczywistość jak zwykle okazuje się nieco bardziej skomplikowana niż stereotypowe oczekiwania. Lekarz działał w dobrej wierze, ale jednak rozpowszechniał mylącą informację. Komunikat o „powrocie SARS” ma inne znaczenie i pociąga za sobą zupełnie inne konsekwencje niż wiadomość o nowym koronawirusie. Niestety, chińskie władze do pewnego stopnia miały rację, zarzucając mu dezinformację.

 

Teraz jednak Li Wenliang poległ na posterunku i prawdopodobnie zostanie bohaterem, którego kultowi władze nie będą się sprzeciwiać, a nawet może on pomóc w pokazowej rozprawie z lokalnymi kacykami, bo przecież ktoś musi odpowiedzieć za to, co się stało. Ale to nie teraz, bo teraz Chiny walczą z zarazą.

 

Mirosław Usidus

Heroina mediów społecznościowych – MIROSŁAW USIDUS o uzależnieniu od Facebooka i Messengera

Gdy czytam, że na Facebooku i Messengerze „się wysyła” jakiś kolejny wirus, „nie wiadomo jak” infekujący kolejnych użytkowników, to trzęsie mną złośliwy rechot. Bo oczywiście nie „się wysyła”, tylko za naszą, czyli użytkowników, sprawą i nie „nie wiadomo jak”, bo wiadomo jak – przez bezmyślne klikanie w cokolwiek, co podejdzie.

 

Nie umiesz korzystać z Facebooka, to z niego nie korzystaj, chciałoby się powiedzieć. Brutalnie, ale trudno znaleźć trafniejsze podsumowanie. Gdy zatrujesz się wódką, przedawkujesz narkotyki, dostaniesz raka płuc od palenia papierosów, to nie mówisz, że nie wiadomo jak i nie wiadomo skąd „się zatruło, przedawkowało, czy zachorowało”. Wszystko to, o czym dobrze wiesz, wymagało twojego czynnego udziału, świadomej woli i samodzielnych decyzji. Korzystanie z mediów społecznościowych w ogóle się od tych uzależnień nie różni. To taka sama używka jak każda inna. Pod kontrolą daje jakąś, iluzoryczną najczęściej, satysfakcję i przyjemność. Ale kontrolę stracić łatwo.

 

Błękitny wampir

 

Szczególnie twardym i groźnym narkotykiem jest towarzysząca Facebookowi aplikacja Messenger. Powtarzam to często: Facebook Messenger to czyste zło, które należy omijać szerokim łukiem. Jeśli Facebook to „miękkie dragi”, to jego komunikator jest istną heroiną social media.

 

Dealer tej groźnej substancji, platforma Zuckerberga, po tym jak użytkownicy jej „niezobowiązująco spróbowali” kilka lat temu, zmusiła ich do korzystania z aplikacji Messenger w prywatnej komunikacji, o czym być może nie pamiętają, w przekonaniu, że mają wolną wolę z jej używaniu. Z kolei wszyscy ci, którzy zaczęli używać Messengera bez zakładania profilu na głównej platformie Facebooka, od niedawna muszą to zrobić, jeśli dalej chcą korzystać z komunikatora. Tłumaczenie jest mniej więcej takie: „bo i tak większość użytkowników Messengera wchodziła przez Facebooka”. Kto chce, niech takie „wyjaśnienia” kupuje. Ja to nazywam oszustwem, bo w jakiej sytuacji są teraz ludzie, którzy nie chcieli używać Fejsa a lekki komunikator im się spodobał. O tym, że pachnie to brzydko chęcią oskubania i tak śledzonych na każdym kroku z jeszcze większej ilości prywatnych danych, nie chce mi się nawet wspominać.

 

Samą koncepcję tej apki można by opisać jako dążenie do stworzenia odrębnej, wyspecjalizowanej platformy komunikacyjnej (w odróżnieniu od „ogólnego” Facebooka, gdzie wielu użytkowników nauczyło się co nieco kontrolować dane lub wręcz ograniczyło aktywność), do wchodzenia głębiej w prywatność i wyciągania więcej z osobistych szczegółów życia użytkowników. Jest to bowiem oferta dla szukających bardziej „prywatnej” komunikacji. Szatańska strategia, jeśli zdajesz sobie sprawę, gdzie Zuckerberg i jego ludzie mają twoją prywatność.

 

Jasne. Możemy powiedzieć, że jeśli nie udowodnimy Fejsowi, że wszystko w Messengerze nagrywa, rejestruje i śledzi, to zarzuty są bezpodstawne. Jeśli chodzi o mnie, to tezę o braku zainteresowania Facebooka tymi danymi kładę między bajki, nie tylko dlatego, że już wiele razy złapano go za sięgającą po cichu po nasze wrażliwe dane, rękę, ale dlatego, że wysysanie prywatnych danych to podstawa egzystencji błękitnego „f”, tak jak podstawą egzystencji i naturą wampira jest picie krwi. Bez zasysania i trawienia naszych prywatnych danych, Facebook jako taki nie może istnieć.

 

Na początku sierpnia 2019 roku serwis Bloomberg News opublikował artykuł opowiadający o tym, jak Facebook zlecił firmie zewnętrznej transkrybowanie rozmów audio prowadzonych za pośrednictwem aplikacji Facebook Messenger. Projekt, jak podawano oficjalnie, ma na celu sprawdzenie poprawności algorytmu automatycznej transkrypcji, a firma twierdzi, że wszyscy użytkownicy, którzy zdecydowali się na korzystanie z usługi transkrypcji, byli tego świadomi i powiadomieni. Tak jak zwykle platforma Zuckerberga jest „kryta” za pomocą systemu zezwoleń udzielanych aplikacji przez użytkowników. Pozostaje tylko dziwne, albo wcale nie tak dziwne, wrażenie, że firma doskonale wie, że użytkownicy nie wszystko rozumieją w tych mechanizmach, czytają niedokładnie a w końcu nie ogarniają konsekwencji udzielanych zezwoleń. I na to właśnie firma liczy. Tak jak dealer, który zawsze podkreśla, że „to wyłącznie twój wybór, czy zażyjesz czy nie”.

 

Pozwól sobie zrobić krzywdę

 

Tak przy okazji drodzy użytkownicy Messengera. Poniżej podam listę (niepełną) rzeczy, na które pozwoliliście tej aplikacji, decydując się na jej instalację i używanie. Niech każdy powie, tak szczerze – o których z nich nie mieliście pojęcia przed zapoznaniem się z nią, a nad którymi w ogóle się zastanawialiście?

 

Podaję przy niektórych punktach kilka słów komentarza o możliwym wykorzystaniu tych możliwości w razie infekcji złośliwym oprogramowaniem, dystrybuowanym przez dobrze znane i często widziane wirusy.

 

A zatem:

 

– Pozwolenie aplikacji na zmianę statusu połączenia sieciowego.

 

– Pozwolenie aplikacji na nawiązywanie połączeń z numerami telefonicznymi bez ingerencji użytkownika. W razie infekcji wirusem, może to skutkować nieoczekiwanymi, czasem wysokimi opłatami za połączenia z płatnymi usługami.

 

– Pozwolenie aplikacji na wysyłanie wiadomości SMS. Jak wyżej. Malware może sporo zarobić na użytkowniku Messengera.

 

– Pozwolenie aplikacji na nagrywanie dźwięku za pomocą mikrofonu, bez potwierdzenia ze strony użytkownika. Szpiedzy i innego rodzaju inwigilatorzy lubią to.

 

– Pozwolenie aplikacji na wykonywanie zdjęć i nagrywanie filmów za pomocą telefonu. Jak wyżej. Szpiedzy zapewne docenią wzbogacenie materiału audio, zdjęciami a nawet filmami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie rejestru połączeń telefonicznych, w tym danych dotyczących połączeń przychodzących i wychodzących. To prawdziwe konfitury dla spamerów i dla autorów wirusów, którzy danych tych używają do dalszej dystrybucji swoich „produktów”.

 

– Aplikacja może odczytywać dane o kontaktach zapisanych w telefonie, w tym informacje o częstotliwości połączeń, wysyłania wiadomości e-mail lub komunikowania się w inny sposób z określonymi osobami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie informacji o profilu osobistym użytkownika przechowywanych w jego urządzeniu, w tym takich danych takich jak jego imię i nazwisko oraz informacje kontaktowe. Oznacza to, że aplikacja może identyfikować użytkownika i może wysyłać informacje o jego profilu do innych podmiotów.

 

– Pozwolenie aplikacji na uzyskanie dostępu listy kont zarejestrowanych w telefonie. Może ona obejmować wszystkie konta utworzone w innych zainstalowanych aplikacjach.

 

Pozwolenia udzielane Messengerowi sięgają nawet pendrive’ów podłączanych do urządzeń, bo aplikacja chce mieć prawo do odczytu i modyfikacji ich zawartości. Oczywiście sprawa ogólnie jest nieco bardziej złożona, bo jest coś takiego jak zezwolenia systemu operacyjnego urządzeń, Androida czy iOS, które nakładają się na wymagania apki. Jeśli w urządzeniu nie pozwolimy na rozpoznawanie lokalizacji, to aplikacja tego nie zrobi itd.

 

Trzeba założyć, że wszystkich tych zezwoleń udzielamy wirusom, które dystrybuują się przez bezrefleksyjne klikanie w rozsyłane przez znajomych równie bezrefleksyjnie klikających w co popadnie. Pół biedy, jeśli wirusowość polega na samonapędzającej się dystrybucji tego spamu. Gorzej, jeśli klikanie załadowuje do urządzenia dodatkowy „towar” np. głośne niedawno szpiegowskiego trojana Pegasus. Tak dla jasności, nic nie wiadomo, aby Pegasus był dystrybuowany przez Facebook Messengera, ale co do zasady jest to możliwe a poza tym złośliwe oprogramowanie to nie tylko ten izraelski produkt, ale miliony innych, mogących szkodzić na setki znanych lub nieznanych sposobów.

 

Facebook tłumaczy, że wiele podobnych do Messengera aplikacji również zyskuje dostęp do kamer urządzenia czy mikrofonu. Przy jego reputacji jednak trudno, by tego rodzaju argumentacja uspokajała. Jeśli znamy kogoś jako kieszonkowca-recydywistę, to nie jest nam łatwo uwierzyć, że jeździ autobusami z tych samych powodów, dla których tłoczą się w nich inni.

 

Warto trwale w głowie zapisać sobie jedną fundamentalną prawdę – cały model biznesowy Facebooka opiera się na tym, że ludzie gotowi są, najczęściej z niewielką tego świadomością, iść na ustępstwa w kwestii prywatności. Podobnie jak biznes narkotykowy jest oparty na założeniu, że ludzie chcą być na haju, niezależnie od tego jak dostępna jest na forum publicznym wiedza o szkodliwości tych substancji i nałogu. Zapewnienia Marka Zuckerberga, takie jak te wygłoszone podczas ubiegłorocznej konferencji F8, jakoby „przyszłość to prywatność” to tzw. „głodne kawałki” dla najdelikatniej mówiąc, najbardziej naiwnej części publiki. Dealer może ci powiedzieć, że proponuje ci „zdrowe i nie uzależniające” substancje. Możesz nawet w to uwierzyć, ale nie zmieni to prawdy o tobie i dealerze.

 

Jeśli Facebook mówi prawdę – wygrywam, jeśli kłamie – też wygrywam

 

Analogie do syndromu narkotykowego i innych rodzajów uzależnień nie są w przypadku nałogu social media bezpodstawne. W opisach naukowych pojawiają się podobne wątki i rozważania jak w literaturze poświęconej uzależnieniom, choć badacze nie chcą jeszcze ostatecznie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje np. depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w 2018 r. w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”. Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i profesor z Yale Nicholas Christakis spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka,” podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne”.

 

Dlaczego Facebook jest tak bardzo niekorzystny dla naszej równowagi emocjonalnej? Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Większość skłonna jest przyznać, że nawet jeśli społeczności takiej jak Facebook są narkotykiem, to raczej z tych lekkich, mniej wciągających i uzależniających. W świetle niektórych badań, które wskazują, że zew społeczności internetowych bywa dziś wśród młodzieży silniejszy niż popęd seksualny, trzeba chyba spojrzeć na to inaczej. Informowali o tym naukowcy z Uniwersytetu w Chicago już w 2012 roku, po przeprowadzeniu testów na grupie badawczej z Niemiec. Badania wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym.

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości” i „natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działa, zostaje pustka,” podsumował Palihapitiya.

 

Napisałem na początku, że jeśli ktoś nie umie, nie powinien korzystać z Facebooka, Messengera i podobnych. Z późniejszych rozważań wynika, że wielu, zapewne ogromna większość, MUSI korzystać, bo jest uzależniona i ma cały kompleks o psychiatrycznym nieomal charakterze na tym punkcie.

 

Czy jest w ogóle możliwe bezpieczne zażywanie social mediów? Ja osobiście wierzę, że tak. Wierzę, że jeśli nie będę w ogóle używał inwazyjnego Messengera a z publicznie widocznych działań na Facebooku całkowicie eliminował prywatną stronę swojego życia, to sobie nie zaszkodzę. Odstawiłem kiedyś Facebooka na ponad rok i nie była mi potrzebna specjalistyczna opieka. Powróciłem, bo miałem w tym określony cel i plan, bez związku z życiem prywatnym.

 

Wierzę więc, że w moim przypadku nie jest to nałóg. Wierzę, że Facebook wie o mnie dokładnie to, co ja chcę, aby o mnie wiedział. Jeśli tak rzeczywiście jest, to w moim pojęciu znaczy, że umiem korzystać z tego serwisu. Jest tak, jeśli błękitna platforma mówi prawdę i robi tylko to, o czym oficjalnie zapewnia. Jeśli się mylę i Facebook w rzeczywistości wie znacznie więcej, to i tak w pewnym sensie wygrywam, bo potwierdziłoby to moje najgorsze podejrzenia wobec Zuckerbergowej platformy, czyli wszystko to do czego się nie przyznaje. W tym sensie też jestem do przodu, bo mam satysfakcję, że słusznie podejrzewam kłamstwo Facebooka.

 

Mirosław Usidus

Dżentelmeni o danych nie dyskutują, dżentelmeni je znają – MIROSŁAW USIDUS o dziennikarstwie danych

Jest stara anegdota o człowieku na dachu swego domu, wśród strasznej powodzi, który modli się do Boga o ratunek. Odprawia jednak łódź a potem helikopter ratunkowy, twierdząc, że Bóg go uratuje. Podobnie do prasy i dziennikarzy znajdujących się również w niewesołej sytuacji Najwyższy kieruje rozmaite pomysły ratunkowe… np. tzw. data journalism, czyli dziennikarstwo danych. Czy ta nieoczywista pomoc od opatrzności zostanie przyjęta przez ludzi mediów?

 

Dziennikarstwo oparte na danych w nowoczesnym, opartym na wielkich mocach obliczeniowych, zaawansowanym oprogramowaniu analitycznym i wreszcie – niezwykłych narzędziach wizualizujących, które pozwalają przygotowane przez ludzi i system dane atrakcyjnie sprzedać – to ani jedyny, ani uniwersalny, ani tym bardziej „cudowny” sposób na odnowienie medialnego biznesu. Niewątpliwie jest to jednak ciekawy nurt innowacji.

 

Warto uświadomić sobie, że w cyberprzestrzeni coraz większa liczba nie tylko firm i organizacji, ale również zwykłych ludzi poszukuje nie tyle tekstów, artykułów, lecz danych. Te z kolei tylko dla niewielu są strawne na surowo. Kto ma je przyrządzić, zrobić z nich pożywne i smaczne dania, poporcjować je i estetycznie podać? Kto, jeśli nie dziennikarze i redakcje?

 

Gdyby się nad tym zastanowić, to praca środków masowego przekazu od zawsze polegała na przetwarzaniu zgodnie z redaktorską wiedzą i umiejętnościami, redagowaniu i serwowaniu danych w postaciach, które były przyswajalne dla czytelnika, słuchacza, widza. Różnica związana z upowszechnianiem się pojęcia „data journalism” w ostatnich latach ma charakter poniekąd ilościowy, bowiem w tym nowym sensie chodzi o przetwarzanie ogromnych ilości danych (big data), z czym człowiek z natury rzeczy nie umiałby sobie poradzić.

 

W przykładach, które podaję, także część zadań „ludzkich”, związanych analizą, syntezą, skrótem a nawet interpretacją danych, jest przejmowana przez maszyny. Wciąż jednak kluczowy jest czynnik ludzki, redakcja, decyzje, pomysły i koncepcje. Choć tak bardzo „data”, to jednak wciąż „journalism”.

 

Dziennikarstwo z szafy

 

Może trzeba zacząć od tego, że „data journalism” nie jest wcale taką nowinką, jak niektórzy mogliby pomyśleć. Jeden z pierwszych przykładów wykorzystania komputerów w dziennikarstwie pochodzi już z 1952 roku, kiedy stacja CBS podjęła próby wykorzystania komputera typu mainframe do przewidywania wyników wyborów prezydenckich.

 

Dopiero w 1967 r. zaczęto powszechniej stosować komputery do analizy danych. Pracujący dla „Detroit Free Press”, Philip Meyer używał w późniejszych latach komputerów typu mainframe (czyli zestawu wielkich szaf – pecetów wtedy nie było) do przetwarzania danych na temat zamieszek w mieście i zapadających w związku z nimi wyroków skazujących. Meyer napisał później książkę „Precision Journalism” (Dziennikarstwo precyzyjne), w której rekomendował  wykorzystanie komputerowych technik syntezy i analizy danych w dziennikarstwie.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku dziedzina dziennikarstwa wspomaganego komputerowo zaczęła przyspieszać. W 1989 r. reporter śledczy Bill Dedman z „The Atlanta Journal-Constitution” zdobył nagrodę Pulitzera za zbiór reportaży pt. „Kolor pieniędzy”. Dzięki technikom komputerowej obróbki dużych zasobów danych zebrał dowody na praktyki dyskryminacji rasowej, z jakimi mają do czynienia kolorowi w bankach i innych instytucjach udzielających kredytów.

 

Pierwszą odnotowaną historycznie formą wykorzystania wielkich danych przez dużą organizację informacyjną jest inicjatywa „The Guardiana”, który w marcu 2009 roku uruchomił Datablog, określany oficjalnie jako „pierwszy systematyczny projekt polegający na włączeniu publicznie dostępnych źródeł danych do serwisów prasowych i newsowych”.

 

Zawiera teraz całą sekcję wiadomości, w której znajdują się historie napędzane danymi, bazy danych z możliwością wyszukiwania, wizualizacje danych oraz narzędzia do ich eksploracji. Opisy Dzienników Wojennych Strażnika wykorzystywały bezpłatne narzędzia do wizualizacji danych, takie jak Google Fusion Tables, kolejny popularny aspekt dziennikarstwa danych. Fakty są święte dla redaktora The Guardian’s Datablog, Simona Rogersa, który tak opisuje dziennikarstwo danych. Dziennikarze Datablog używają arkuszy kalkulacyjnych Google, aby dzielić się pełnymi danymi, które kryją się za ich pracą, wizualizować i analizować te dane oraz dostarczać historie dla gazety i strony internetowej. „The Guardian” włączył dane do procesu produkcji wiadomości w sposób, który odróżnia je od wielu innych gazet. Poprzez Datablog, Guardian zapewnia dostęp do surowych statystyk stojących za wiadomościami i sprawia, że można je eksportować w dowolnej formie, jakiej życzy sobie użytkownik.

 

Według założyciela Datablog, Simona Rogersa, dziennikarstwo danych może być wszystkim, gdy tylko zechce być. „To mogą być te ogromne projekty analizy danych. Czasem może to być po prostu znajdowanie określonych danych do prezentacji czytelnikom. Nie różni się to w żadnym razie od podstaw warsztatu dziennikarskiego polegającego na pozyskiwaniu i poszukiwaniu informacji”.

 

Argentyńska mapa korupcji

 

Wspominałem o wizualizacji danych, które można wykorzystać w praktyce w publikacjach, czy to tradycyjnym czy też o cyfrowym charakterze. Nie chodzi o efekciarstwo i urozmaicanie monotonnych „blach tekstowych”, lecz o programowe wizualizowanie informacji, które z jednej strony wychodzi naprzeciwko współczesnej kulturze obrazkowej, z drugiej – sprawia, że najtrudniejsze, najcięższe tematy zyskują na czytelniczej atrakcyjności. Z Argentyny pochodzi przykład, w którym dziennikarze śledczy wykorzystali nie tylko techniki „data journalism”, ale również działające na wyobraźnię wizualizacje, aby zwiększyć siłę rażenia swoich demaskujących publikacji.

 

„La Nación”, największa gazeta codzienna w Argentynie, od kilku lat korzysta z technik przetwarzania danych. Pełną garścią sięgnęła po nowe środki pozyskiwania informacji i ich prezentowania w szeroko zakrojonym śledztwie dziennikarskim dotyczącym korupcji. Więcej na jego temat można się dowiedzieć, zapuszczając w Google hasło „La Nacion The notes of bribes”.

 

Rzecz zaczęła się w styczniu 2018 roku, kiedy to w ręce Diego Cabota, dziennikarza śledczego „La Nación”, trafiło osiem zeszytów/notesów, z notatkami kierowcy Roberto Baratty, argentyńskiego sekretarza ds. energii. Ministrem odpowiedzialnym za kierowaną przez niego agencję był Julio De Vido, znany urzędnik administracji prezydenta Kirchnera (w latach 2003 – 2015 r.). Zespół „La Nación” od samego początku widział, że notatniki zawierają interesujące informacje – szczegółowe opisy tras, którą kierowca pokonał w ciągu ostatnich dziesięciu lat, wożąc Barattę i innych urzędników do miejsc, w których podrzucano worki z gotówką, czyli łapówki od dużych przedsiębiorstw, otrzymujących duże zamówienia publiczne.

 

Redakcja „La Nación”, jak każe rzemiosło, przede wszystkim chciała zweryfikować wszystkie wynikające z notatek informacje. Doprowadziło to do problemu, z którym muszą się zmierzyć wszystkie przedsiębiorstwa zajmujące się przetwarzaniem danych – co robić, gdy najważniejsze dane są w problematycznej formie? W tym świecie nie ma magicznych różdżek tylko żmudna praca. I zespół Cabota ją podjął, transkrybując z mozołem, ale systematycznie każdy wiersz do arkuszy kalkulacyjnych Excela, dzieląc na kolumny z nazwiskami i stanowiskami, adresami, danymi rejestracyjnymi samochodów, nazwami przedsiębiorstw, miejscami dostaw, danymi osobowym osób zidentyfikowanych w momencie wypłaty łapówki i kwotami łapówek.

 

Wszystkie informacje dotyczące płatności zostały skorelowane z listą przetargów i zamówień publicznych. W pewnym momencie redakcja „La Nación”, jak sama napisała, „zrozumiała, że pracuje nad największą siecią korupcji, jaką kiedykolwiek ujawniono w Argentynie”. Po siedmiu miesiącach śledztwa dziennikarskiego i żmudnej analizy danych, jego wyniki zostały opublikowane. Obecnie prowadzonych jest kilkadziesiąt dochodzeń organów ścigania w tej sprawie, w tym przeciw byłemu prezydentowi Argentyny. Czterdzieści osób jest już w areszcie. Odzyskano 600 milionów dolarów  pieniędzy z łapówek.

 

Zgromadzone dane są prezentowane a przede wszystkim wizualizowane w formie map w ramach projektu Open Data Journalism for Change. Jeśli o czymś mówi się, że jest „porażające” to dane prezentowane przez „La Nación”, wizualizowane jako „mapy korupcji” są porażające tym bardziej. Każdy obywatel może sprawdzić jak jego miasto czy okręg został przeżarty tym zjawiskiem.

 

Pozyskane w tym wielkim projekcie know-how informacje gazeta wykorzystuje teraz do innych projektów „data journalism”, dotyczących m. in. kwestii zmian klimatu i ich wpływu na różne regiony Argentyny, zanieczyszczeń w poszczególnych okręgach lub ubóstwa dotykającego dzieci. Warto dodać, że „La Nación” udaje się pozyskiwać z zewnątrz finansowanie dla swoich projektów. W 2018 roku zebrano ponad pół miliona dolarów na analizy danych dotyczących ubóstwa.

 

Jest tu wszystko, co definiuje poważne i liczące się dziennikarstwo. Ważne tematy, dochodzenia, wytrwałe i bezkompromisowe odkrywanie prawdy, zaangażowanie społeczne i ogromny oddźwięk społeczny. Widać nawet rozwiązanie problemu opłacalności podejmowanych działań, gdyż takie zbiory danych mają wartość wykraczającą poza jednorazową sprzedaż publikacji. Z tym tylko, że wszystko to dotyczy nie tradycyjnie rozumianej reporterki, lecz przetwarzania big data.

 

Ciekawa rozmowa to wciąż podstawa

 

Praktyk „data journalism” Ben Casselman, dziennikarz ekonomiczny redakcji „The New York Times”, opowiadał w listopadowym wydaniu swojej gazety, o tym jak używa języka programowania o nazwie R i pracuje z ogromnymi zbiorami danych. Owszem, warsztat dziennikarza zajmującego się przetwarzaniem danych to narzędzia informatyczne. Casselman podkreślał jednak, że najlepsze materiały powstają wciąż dzięki rozmowom z ludźmi.

 

Myślę, że niektórzy ludzie mają takie wyobrażenie, że „data journalism” oznacza wpatrywanie się w arkusze kalkulacyjne aż do momentu, w którym magicznie pojawia się materiał do publikacji, jednak w prawdziwym świecie, niemal nigdy nie dochodzi do takiej sytuacji. Najlepsze artykuły prawie zawsze wyłaniają się z rozmów z ludźmi, niezależnie od tego, czy są oni ekspertami, czy po prostu zwykłymi ludźmi, których dotyczą sprawy, o których piszemy. To oni zadają pytania, na które dane mogą pomóc odpowiedzieć, wyjaśniają tendencje, które dane ujawniają, lub też mogą dostarczyć zmarszczek i niuansów, które dane przyćmiewają” – mówił.

 

Jego redakcja prowadzi kursy dla reporterów i redaktorów, które mają na celu przekazanie im podstawowych umiejętności dotyczących rozumienia i przetwarzania danych, w tym sztuki sprawdzania ich wiarygodności, oceny twierdzeń statystycznych i korzystania z arkuszy kalkulacyjnych w celu analizy zbiorów danych. Rośnie przekonanie, że w obecnym świecie coraz trudniej będzie zajmować się żurnalistyką bez umiejętności w tej dziedzinie. Od dziennikarzy będzie się tego oczekiwać.

 

Można to ująć inaczej. Kiedyś od dziennikarza oczekiwano, aby był dobrze poinformowany, czyli znał fakty, jak prawdziwy dżentelmen, który o faktach nie dyskutuje, bo fakty zna. Dziś można już rozciągnąć te oczekiwania na nieco szersze niż fakty pojęcie danych. Nie dyskutujemy o danych. Znamy je, rozumiemy i wiemy, co z nich wynika.

 

Mirosław Usidus

Słabnie wolność słowa – MIROSŁAW USIDUS podsumowuje 2019 rok

Koniec 2019 rolu upłynął miłośnikom wolności słowa w niezbyt radosnej atmosferze, którą dodatkowo popsuły nadające ton Europie Niemcy przygotowujący się do wprowadzanie nowej odmiany cenzury politycznej, czyli przepisów zmuszających dostawców Internetu do przekazywania danych ludzi oskarżanych o „mowę nienawiści”. Podobne cenzorskie pomysły sufluje się całej UE.

 

Niemal równocześnie Zgromadzenie Ogólne Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęło upichconą przez Rosję rezolucję w sprawie proponowanej nowej konwencji ONZ na temat cyberprzestępczości, dość jednoznacznie ocenianej jako kolejna próba ograniczenia wolności w Internecie, tym razem za pomocą międzynarodowych regulacji prawnych.

 

Projekt rosyjski został poparty przez znane z zamiłowania do wolności słowa Chiny, które w 2020 roku planują powołanie grupy złożonej z międzynarodowych ekspertów, których zadaniem będzie praca nad stworzeniem rzeczonej „kompleksowej konwencji międzynarodowej w sprawie przeciwdziałania wykorzystywaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych do celów przestępczych”.

 

Jak widać inicjatywę w kwestii międzynarodowej regulacji Internetu przejmują kraje takie jak Rosja i Chiny, wykorzystujące opresyjną retorykę stworzoną w krajach demokratycznych. Na europejskim podwórku ton nadają Niemcy, które nigdy globalnej sieci, a nade wszystko panującej w niej wolności ekspresji, nie lubiły, walczyły niejednokrotnie z panującą tu swobodą obiegu informacji i zawsze chętnie podejmowały działania ograniczające wolność elektronicznej wymiany dóbr, wartości i opinii. Nie jest zaskoczeniem wypowiedź kanclerz Merkel z listopada ze złowróżbnie brzmiącymi słowami o „kosztach wolności słowa” i konieczności ograniczeń wolności.

 

Preteksty modne wśród reżimów

 

Rosyjsko-chińska inicjatywa ma na celu przeniesienie walki z wolnością Internetu na płaszczyznę międzynarodową. Niepokojące jest to, że kraje te mogą liczyć na poparcie wielu innych rządów, które jak wynika z raportów organizacji dziennikarskich, mają na koncie kolejny rok represji, dławienia wolności słowa i niezależnych mediów. Jeśli chodzi o Internet, to bardzo chętnie przyjmują w swoich zamordystycznych działaniach retorykę „walki z cyberprzestępczością”, „terroryzmem”, „mową nienawiści”, „fake newsami” itd. To najmodniejsze obecnie preteksty używane przez reżimy, autorytarystów i dyktatorów wszelkiej maści.

 

Według organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) od początku roku do pierwszego grudnia 2019 r. na świecie zabitych zostało 49 dziennikarzy. W tym samym czasie 389 przedstawicieli mediów było więzionych, zaś 57 – przetrzymywanych jako zakładnicy w różnych krajach, najwięcej w Syrii (30), następnie w Jemenie (15), Iraku (11) i na Ukrainie (1).

 

Trzeba przyznać, iż z opublikowanego siedemnastego grudnia przez paryską organizację raportu wynika, że liczba dziennikarzy zabitych w 2019 roku była „najniższa od 16 lat”. „Historycznie niska” liczba ofiar śmiertelnych w tym zawodzie, w porównaniu ze średnią roczną wynoszącą 80 zabitych rocznie w ciągu ostatnich dwóch dekad, jest głównie wynikiem spadku liczby dziennikarzy i innych osób zawodowo związanych z mediami, którzy zostali zabici w strefach objętych wojną. W mijającym roku, jeśli chodzi o tego rodzaju „wojenne” ofiary, to najwięcej dziennikarzy zginęło podczas relacjonowania konfliktów w Syrii (10), Afganistanie (5) i w Jemenie (2), razem siedemnastu – w porównaniu z 34 w ubiegłym roku.

 

Zarazem liczba zabitych w krajach, w których panuje „pokój” pozostała równie wysoka jak w latach poprzednich, przy czym aż dziesięciu zabitych zostało w Meksyku, gdzie pojęcie pokoju jest chyba tylko umowne. „Coraz więcej dziennikarzy jest celowo mordowanych w związku z ich pracą w krajach określanych jako demokratyczne, co stanowi prawdziwe wyzwanie dla demokracji, w których ci dziennikarze mieszkają i pracują” – skomentował sekretarz generalny RSF Christophe Deloire.

 

Choć ogólnie mniej dziennikarzy zabito, to większa niż zwykle ich liczba trafiła za kratki – o 12 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Prawie połowa z nich była więziona w trzech tylko krajach – w Chinach (120), Egipcie (34) i Arabii Saudyjskiej (32). Ponad 40 proc. z nich to tzw. dziennikarze obywatelscy, starający się rozpowszechniać informacje niezależnie od oficjalnych mediów, głównie za pośrednictwem portali społecznościowych. „Po nasileniu represji wobec mniejszości ujgurskiej, w samych Chinach znajduje się jedna trzecia wszystkich więzionych dziennikarzy na świecie” – czytamy w raporcie. Warto dodać, że do tej liczby więzionych dziennikarzy zaliczają się więzieni: na Krymie – Mykolaj Semen i w Donbasie – Stanisław Asejew, w obronie których protestowało we wrześniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Informacje niepomyślne władz, czyli… „fake newsy”

 

Opublikowany kilka dni przed dokumentem Reporterów bez Granic raport specjalny Committee to Protect Journalists (CPJ), autorstwa Elany Beiser, uznaje Chiny, Turcję, Arabię Saudyjską i Egipt za „najgorsze dla dziennikarzy więzienia” na świecie. Na kolejnych miejscach w tym niechlubnym rankingu są Erytrea, Wietnam i Iran. Również ten dokument mówi o rekordowej liczbie przetrzymywanych w różnych formach aresztu pracowników środków masowego przekazu w 2019 r.

 

Choć większość więzionych na świecie reporterów stoi w obliczu zarzutów związanych z działalnością antypaństwową, systematycznie rośnie liczba zarzutów dotyczących rozpowszechniania „fake news” (30 przypadków globalnie w porównaniu z 28 w roku ubiegłym). Wygląda na to, że nagłaśnianie tego problemu, także w systemach demokratycznych, zachęca represyjne reżimy do korzystania z tej kategorii oskarżeń jako doskonałego pretekstu do represji mediów.  Zaostrza się zarazem kary za rozpowszechnianie „nieprawdziwych” informacji. Np. Rosja i Singapur, wprowadziły w ostatnich miesiącach przepisy uznające publikowanie „fake newsów” za przestępstwo.

 

Naturalnie, dobrze wiemy, że w systemach autorytarnych działają mechanizmy podobne do tych, które w ZSRR pozwalały łatwo uznać każdego wyrażającego się nieprzychylnie o komunistycznym „raju” za osobę niespełna rozumu. Każdego, kto kwestionuje propagandową linię partii, rządu czy innego „umiłowanego przywódcy” można uznać za siewcę kłamstw, zwanych wygodnie „fake newsami” albo za propagatora „języka nienawiści”.

 

Dokument CPJ po raz pierwszy od czterech lat nie uznał Turcji za najbardziej represyjne na świecie miejsce dla dziennikarzy. Jednak autorzy raportu podkreślają, że spadek liczby więzionych tam przedstawicieli tej profesji do 47 z 68, bardziej niż odwilż demonstrują skuteczność rządu prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w eliminacji niezależnych mediów, w tym m. in. przez zamykanie i przejmowaniem firm medialnych przez rząd. Obecnie Turcja może „pochwalić się” rosnącą rzeszą dziennikarzy na wygnaniu, bezrobotnych lub zmuszanych do autocenzury. W październiku władze uchwaliły pakiet legislacyjny, który przyznał nowe uprawnienia do wydawania wyroków skazujących za niektóre przestępstwa, w tym za „propagandę na rzecz organizacji terrorystycznej”, ulubione oskarżenie tamtejszych prokuratorów.

 

Po fali represji i aresztowań, które nastąpiły po próbie zamachu stanu w 2016 r. wielu dziennikarzy w Turcji zostało w 2019 r. zwolnionych z aresztu, ale wciąż czeka ich proces lub apelacja a co za tym idzie – groźba powrotu do więzienia. Wielu spośród tych, którzy uciekli za granicę, zostało skazanych zaocznie i grozi im aresztowanie w przypadku powrotu do kraju. Jedna z takich niepewnych o swój los dziennikarek, Semiha Şahin, opowiedziała CPJ, jak została zwolniona do aresztu domowego w oczekiwaniu na proces, ale ponieważ nie została wyposażona w elektroniczne urządzenie monitorujące, jest faktycznie wolna. Zarazem jednak żyje w strachu przed nagłym aresztowaniem i natychmiastowym powrotem do więzienia. Utrzymywanie ludzi stanie lęku, niepewności i terroru wygląda jak celowa polityka zastraszania.

 

Dokument CPJ opisuje też sytuację w Chinach, obecnie najgorszym dla dziennikarzy reżimie na świecie. Czytamy w nim m. in. o Sophii Huang Xueqin, dziennikarce niezależnej, która wcześniej pracowała jako reporter śledczy w chińskich mediach, a która została aresztowana w październiku, po tym jak napisała na swoim blogu reportaż z demonstracji w Hongkongu. Grozi jej oskarżenie o „wszczynanie kłótni i prowokowanie kłopotów”. Choć tego rodzaju zarzuty brzmią dla nas trochę groteskowo, niemal humorystyczne, w Chinach jest to powszechny zarzut stawiany krytykom polityki państwa, których rządząca Komunistyczna Partia Chin uważa za zagrożenie. Najsilniejsze represje w Chinach nastąpiły po stłumieniu protestów muzułmańskich grup etnicznych (Ujgurów) w prowincji Sinkiang – gdzie, jak się szacuje do obozów dla internowanych zesłano ok. milion ludzi, w tym dziesiątki dziennikarzy.

 

W Arabii Saudyjskiej więzi się według różnych danych 26 do 30 dziennikarzy. Tamtejsze władze nawet nieszczególnie udają, że procesy im wytaczane są uczciwe. W 18 z nich nie ujawniono żadnych zarzutów, a sądzeni, zostali skazani w sposób tajny i często w pośpiechu. Powszechne są doniesienia o torturach. Wiosną brytyjski „The Guardian” pisał  o biciu, paleniu i głodzeniu więźniów politycznych, wśród których było czterech dziennikarzy. Według tych relacji, władca Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman, który, według służb wywiadowczych USA i niezależnego śledztwa sprawozdawcy ONZ, jest odpowiedzialny za zabójstwo w 2018 roku felietonisty „The Washington Post” Jamala Khashoggiego, nie zamierza odejść od brutalnych metod rozprawiania się z dysydentami, także medialnymi.

 

Coraz bardziej niepokojące są również doniesienia z pobliskiego Egiptu. 12 października funkcjonariusze w nieoznakowanych pojazdach zmusili reporterkę i publicystkę Esraę Abdelfattah do zjechania z drogi w Kairze. Jak twierdzi jej przyjaciel i kolega dziennikarz Mohamed Salah, z którym podróżowała, wyciągnęli ją z samochodu i pobili. Abdelfattah utrzymuje, że została pobita po raz drugi w areszcie za odmowę odblokowania telefonu, a następnie godzinami więziona w kajdankach. Z kolei Salah, według własnej relacji, został pobity, zabrany na opuszczoną autostradę, przesłuchiwany tam przez godzinę. Służby zabrały jego kartę SIM z telefonu i zostawili go na pustkowiu. Sześć tygodni później Salah został aresztowany ponownie i pozostaje w więzieniu do dziś. Jego koledzy, np. wielokrotnie nagradzany fotoreporter Mahmoud Abou Zeid, znany jako Shawkan, oraz znana w Egipcie blogerka Alai Abdelfattah, co wieczór muszą meldować się na posterunku policji. Przy czym w Egipcie oznacza to, że funkcjonariusze mogą przetrzymać taką osobę całą noc w zamknięciu.

 

A jakie to zbrodnie według władz popełniają dziennikarze egipscy? Na przykład piszą o korupcji w wojsku. Represje nasiliły się po fali demonstracji antykorupcyjnych we wrześniu, które wzywały m. in. do rezygnacji prezydenta el-Sisi. Więzieni w Egipcie dziennikarze sądzeni są w grupowych procesach z zarzutami dotyczącymi zarówno przestępstw o charakterze terrorystycznym, jak i rozpowszechniania, jakże by inaczej, „fake newsów”.

 

W Iranie, gdzie zablokowano Internet po tym jak przez kraj przeszła fala protestów przeciwko podwyżce cen paliw, aresztowano co najmniej jedenastu dziennikarzy. Był wśród nich wybitny dziennikarz ekonomiczny Mohammad Mosaed, któremu postawiono zarzuty związane z omijaniem blokady sieci, w tym jakoby używał „42 różnych proxy”, aby wejść do Internetu. Co ciekawe, władze represjonują w Iranie ludzi również za to, że piszą o blokadzie, pod zarzutami… rozpowszechniania „fake newsów”. Jak widać, stałą cechą niedemokratycznych reżimów, jest daleko posunięta schizofrenia, co starsi zapewne pamiętają także z PRL-u.

 

Dobieranie się do monopolitystycznych molochów

 

Represje na dziennikarzach, zamykanie i przejmowanie mediów, to metody walki z wolnym słowem stosowane przez ponure reżimy i antypatycznych dyktatorów. W krajach wolnych i demokratycznych również mieliśmy do czynienia z hekatombą dziennikarzy i mediów, głównie na tle… ekonomicznym.

 

W USA np. już w styczniu ponad tysiąc dziennikarzy straciło pracę po zwolnieniach Gannetta, BuzzFeeda, AOL i HuffPosta. A to był dopiero początek. W Stanach Zjednoczonych cały 2019 rok był rokiem nieustannych doniesień o kolejnych falach redukcji personelu i zamykaniu niekiedy bardzo starych i zasłużonych tytułów. Według „The Columbia Journalism Review”, w ciągu ostatnich 12 miesięcy pracę straciło 3385 dziennikarzy. „Business Insider” oszacował, że w tym samym czasie pracę w sektorze mediów w USA mogło stracić nawet ponad 7800 osób.

 

Problemy finansowe wydawców, teraz już nie tylko tradycyjnych, prasowych, ale także tych z kategorii nowych mediów, serwisów internetowych i portali, które prowadzą do wyżej opisanych cięć, są powszechnie wiązane z rosnącym drenażem pieniędzy reklamowych z rynku przez potentatów takich jak Google i Facebook. Ich dominująca i monopolistyczna pozycja była widoczna już wcześniej, ale 2019 był rokiem, gdy dostrzegają to już wszyscy a wielu postanowiło coś z tym zrobić. Nikt już nie wierzy w stary sloganik Google’a – „Do no evil” (z ang. „Nie czyń zła”), widząc w tej firmie obecnie głównie chciwego i agresywnego wobec wszelkiej konkurencji monopolistę.

 

Był to rok, w którym na całym świecie pełną parą ruszyła wielka ofensywa antymonopolowa. Poszczególne kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. W 2019 r. Big Tech (czasem nazywany GAFA, od kwartetu Google, Amazon, Facebook, Apple) opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek jest naliczany od obrotu.

 

Walka o dane i przebudzenie prywatnościowej mocy

 

Pisałem wiele razy na portalu SDP, że kluczowe w zmaganiach z monopolami internetowymi może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale zaawansowane narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, nasze dane, które otrzymują od nas, użytkowników za „darmowe” usługi. Tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA.

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – rozumują zwolennicy tego rozwiązania. Jednak prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane byłyby użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność” (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach). Inicjatywę wyrwania naszych danych w potężnych kończyn Big Tech, która pojawiła się w ostatnich miesiącach 2019 r., warto śledzić, zdając sobie jednak sprawę, że nie będzie to łatwe, bo wszyscy doskonale rozumieją w co się tu gra i na czym polega ten biznes. Inaczej mówiąc, GAFA tak łatwo danych nie odda.

 

Pojawiły się oznaki coraz bardziej agresywnej polityki Big Tech. Np. Google sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Jesienią 2019 r. po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Osoby mniej podatne na PR „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Zaostrzające się w 2019 roku konflikty pomiędzy właścicielami platform a użytkownikami i dostawcami treści to chyba tylko preludium, bo poddana coraz silniejszej presji GAFA, prawnej, fiskalnej, finansowej, będzie coraz agresywniej szukać przychodów.

 

Ostatni rok można nazwać rokiem „prywatnościowego przebudzenia” na masową skalę, co w świetle omawianych bojów o dane użytkowników ma kluczowe znaczenie. Już wcześniej na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany ale obowiązujący przez lata – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, co z chęcią przyjmowali użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi,  które często nie miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników zmieniają się. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie ochrony prywatnych danych. Dochodzą do tego powiązane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw, będącymi z kolei pod naciskiem wyborców, i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Bicz na Google’a a Facebookowi figa, a nie waluta

 

Przeciwko Facebookowi i Google ruszył w mijającym roku szeroki front dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica. Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Europa była szybsza – organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji UE już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy.

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł około dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie, a z głowy Zucekrberga pomysł ten chyba wybito na dobrze w drugiej połowie 2019 r. Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw traktują Facebooka jako podmiot o bardzo niskiej wiarygodności. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

„Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany” –  oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.”

 

Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank” – napisał.

 

Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w 2020 roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

W Polsce – czas batalii prawnych z Facebookiem

 

W Polce rok 2019 był okresem walki z facebookową cenzurą w sądach. Komentowałem na portalu SDP pozew Macieja Świrskiego, zarzucającego platformie Zuckerberga dyskryminację i cenzurę prewencyjną, starając się umieścić tę akcję w szerszym kontekście zmagań z jej monopolistycznymi i cenzorskimi praktykami.

We wrześniu pozew przeciwko Facebookowi zapowiedział przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, również wskazujący na możliwość konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce przez ten serwis. „Facebook stał się miejscem, gdzie można oczernić każdego bez żadnych konsekwencjo” – mówił w Polsatnews.pl Patryk Jaki, który w listopadzie w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga złożył skargę na Facebooka za brak reakcji na rażącego fake newsa dotyczącego europosła PiS.

 

Spore znaczenie może mieć w takich sprawach orzeczenie TSUE z października, w którym  w odpowiedzi na pytania Sądu Najwyższego Austrii, trybunał uznał, że dyrektywa o handlu elektronicznym nie stoi na przeszkodzie, aby „sąd państwa członkowskiego mógł nakazać dostawcy usług hostingowych [w tym przypadku Facebookowi – red.] usunięcie informacji, które dostawca ten przechowuje i których treść jest identyczna z treścią informacji uprzednio uznanej za mającą bezprawny charakter, lub zablokowanie dostępu do tych informacji, niezależnie od tego, kto wnioskował o przechowywanie tych informacji”. Oznacza to m. in. że orzeczenia sądów krajów UE muszą być respektowane przez błękitną platformę.

 

ACTA2 przepchnięta lobbystycznym kolanem, ale zaskarżona

 

Zawsze piszę, że myli się ten, kto widzi niebezpieczeństwa dla wolności słowa w mediach i w Internecie tylko w krajach uznawanych powszechnie za niedemokratyczne. Niestety również w świecie, nazywającym się „wolnym”, przez cały 2019 r. zasadzano się bez wytchnienia na wolność słowa. Oczywiście na wiele „eleganckich” sposobów, najczęściej opakowanych w kwieciste wystąpienia pełne frazesów i zapewnień, że robi się to „co konieczne” dla naszego „dobra”. Jednak maskowana tym teatrzykiem pięknych słów brzydka gęba cenzury była wyraźnie widoczna dla tych, którzy chcą ją widzieć

 

Rok 2019 zaczął się od dobrej informacji o zablokowaniu w  młynach prawodawczych Unii eurodyrektywy o prawach autorskich zwanej nie bez sensu ACTA2. Przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Europejskiej, którzy zebrali się 22 stycznia, aby zatwierdzić nową wersję dyrektywy przygotowaną przez Rumunię nic nie postanowili, gdyż, według nieoficjalnych informacji, jedenaście krajów sprzeciwiło się temu tekstowi, niektóre, powołując się na znane już obawy dotyczące dwóch kontrowersyjnych artykułów, inne mają nowe zastrzeżenia. Przeciwko były: Niemcy, Belgia, Holandia, Finlandia, Słowenia, Włochy, Polska, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg i Portugalia. Efekt, niestety chwilowy, był taki, że ACTA2 wydawała się być odłożona, powiedzmy, „ad acta”.

 

Jak się potem okazało, nadzieje te były płonne. Silna presja lobbystów biznesu zarządzającego prawami autorskimi doprowadziła do uchwalenia dyrektywy przez Europarlament w kwietniu. Przyjęte brzmienie nie było, wbrew zapewnieniom niektórych polskich polityków, którzy poparli ACTA2, „złagodzone”. Wszystkie najbardziej represyjne i bezsensowne sformułowania w tekście zostały, choć poprzenoszono je pomiędzy artykułami.

 

O konsekwencjach ACTA2 pisałem na portalu SDP niejeden raz. Na przykład o tym jak eurodyrektywa stosunkowo łatwo może doprowadzić do zamordyzmu i cenzury. Pisałem w marcu nawet o tym, jak regulacja ta prowadzi do łamania polskiej konstytucji. Ostatecznie, jeszcze przed wyborami do Europarlamentu, dyrektywa o prawach autorskich została przyjęta a Polska zaskarżyła ją do TSUE, co również skomentowałem, wskazując na pierwsze sygnały negatywnych skutków topornych regulacji tego rodzaju.

 

Skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w pełnej nazwie dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze pisały liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa. Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Mniej nagłośnione niż dyrektywa ACTA2 były niemal równocześnie prowadzone w kręgach brukselsko-strasburskich prace nad rozporządzeniem w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, o czym pisałem już wiosną 2019 r.przypomniałem kilka tygodni temu, bo kolejne elementy machiny do cenzurowania sieci w każdym jej aspekcie są konsekwentnie i bez wytchnienia budowane w kręgach prawodawczych UE.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne.

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”. Cóż, niedawne rosyjsko-chińskie propozycje międzynarodowej konwencji przeciw cyberprzestępczości też otwarcie nie mówią o planie wprowadzenia cenzury na poziomie międzynarodowym, ani o dawaniu zamordystom narzędzi prawnych wspierających zaostrzanie zamordyzmu.

 

Unia Europejska ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci a 2019 był ważnym rokiem w procesie wdrażania tego planu, nie tylko dlatego, że postawiono w nim prawno-autorską nogę tej konstrukcji, czyli dyrektywę ACTA2. Od lata głośno mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”, czyli to co Niemcy zapowiedzieli w ostatnich dniach 2019 r. u siebie.

 

Komisja bada także możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Bo przecież skoro ma istnieć restrykcyjne prawo, to musi być też urząd i armia euro funkcjonariuszy do egzekwowania tych przepisów.

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich, czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej lub pewnych polityków (oczywiście tylko niektórych) to „mowa nienawiści”. Co do ACTA2 i przygotowanych przepisów o treściach terrorystycznych, to wiemy, że przewidywane są do tego środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze.

 

Taki oto kierunek zmian w obszarze mediów, Internetu i wolności wypowiedzi w Europie ukształtował się w mijającym roku. Jest on, jeśli chodzi o zawarty w nim „kontent”, czyli opis pretekstów służących do represjonowania ludzi, którzy nie chcą się podporządkować, zadziwiająco zbieżny z treściami zwalczającej brutalnie wolność propagandy autorytarnych reżimów.

 

Jeśli wolność słowa zagraża zarówno dyktaturom jak i demokracjom (jak zdaje się uważać choćby Merkel), to wygląda to tak jakby nie było różnicy pomiędzy tymi systemami. Dyktaturom to chyba wszystko jedno, ale dla demokracji to nie jest dobra wiadomość.

 

Mirosław Usidus

 

Inteligentne roboty bez twarzy – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak maszyny zastępują dziennikarzy

Charyzmatycznego prawnika, jak ci z filmów, który potrafi pięknie i przekonująco wystąpić w mowie końcowej, maszyna nie zastąpi. Ale jego pomocników, researcherów i szperaczy, których też znamy z filmów, i owszem. Podobnie jest w dziennikarstwie. Roboty w fachu prawniczym to, przynajmniej za oceanem, rzecz już powszechna. Redakcje też zaczynają się zapełniać najnowszą technologią.

 

Według niedawno opublikowanej w „The New York Times” analizy robotyzacji w newsroomach, już mniej więcej jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystuje jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek.

 

Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle niezwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

Cyborg dzielnie wspomaga Bloomberga w ostrej, konkurencyjnej walce z Reutersem, głównym rywalem w branży dziennikarstwa giełdowego i finansowego, który ma swojego robota dziennikarskiego – Lynxa. Obie renomowane agencje muszą mierzyć się z nowymi graczami na rynku informacji gospodarczej, funduszami hedgingowymi, które na pełni gwizdek wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji, służąc swoim klientom najświeższymi danymi finansowymi.

 

Zrobotyzowana reporterka finansowa, połączona z publikacją we wszelkich dostępnych kanałach społecznościowych, to w wielu amerykańskich firmach medialnych właściwie już rutyna. Druga dziedzina, w której robo-dziennikarze od lat wykazują się szybkością i dokładnością to wyniki przeróżnych rozgrywek sportowych, oferowane już od 2014 roku przez Associated Press i „The Washington Post”.  „The Los Angeles Times” z kolei zatrudnił automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

„Washington Post” też ma własnego robota-reportera o nazwie Heliograf. Wykazał swoją przydatność w relacjonowaniu letnich igrzysk olimpijskich w 2016 roku i wyborów prezydenckich w 2016 roku. W zeszłym roku, gazeta i jej maszynowy dziennikarz zostali wyróżnieni dorocznym konkursie Global Biggies Awards, w kategorii Excellence in Use of Bots, w której nagradza się osiągnięcia w wykorzystaniu big data i sztucznej inteligencji. Nieco ironiczny, a może dla niektórych złowieszczy, wydźwięk ma fakt, że wręczenie tych nagród odbyło się w auli Uniwersytetu Columbia o nazwie Pulitzer Hall.

 

Wąchanie w poszukiwaniu tematu i podsuwanie szkiców

 

O ekspansji robotów w mediach już kiedyś na portalu SDP pisałem. Jednak wciąż pojawiają się kolejne, coraz dalej idące, pomysły na wykorzystanie maszyn w redakcjach, zatem aktualizacja w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

 

Wspomniane AP, ale także „Washington Post” i Bloomberg stosują na przykład od niedawna wewnątrzredakcyjne systemy alarmowe sygnalizujące anomalie pojawiające się w danych. Reporterzy (wciąż ludzie), gdy widzą alarm, podejmują na podstawie tych sygnałów decyzje, czy anomalia w danych to potencjalny „temat”, czyli szansa na ciekawy materiał dziennikarski. W praktyce taki alarm może wyglądać choćby tak jak ustawiony przez „The Washington Post” podczas igrzysk olimpijskich mechanizm odnotowywania wyników o 10 proc. wyższych lub niższych od rekordów w danych konkurencjach.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones eksperymentują z kolei z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował kilkanaście miesięcy temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł.

 

Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”. Według danych wydawnictwa, od czasu wprowadzenia nowego systemu CMS w lipcu 2018 r. portal podwoił miesięczną liczbę regularnych odwiedzających.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy. Nie zapominajmy jednak, że firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”. Niezbyt jeszcze dokładnie określony produkt, z nieznaną jeszcze datą wprowadzenia na rynek, może pisać szkice artykułów, które trzeba po prostu trochę wypolerować i tylko w niewielkim stopniu udoskonalić przed publikacją. Nie zapominajmy, że systemu uczenia maszynowego uczą się sukcesywnie. Zdobywają nowe umiejętności także wtedy gdy doświadczony redaktor „poleruje i doskonali” zaproponowane przez nie teksty. Trudno nie zakładać, bo twórcy z pewnością o tym myślą, że z czasem same będą robić wszystko, od napisania tekstu po adiustację i korektę. Robotyzacja postępuje drogą małych kroków, ale postępuje nieubłaganie.

 

Zresztą roboty samodzielnie piszące całe artykuły już są znane na świecie. Na początku 2017 r. swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily” opublikował inteligentny algorytm o nazwie Xiao Nan.  Na napisanie całkiem złożonego materiału o objętości około trzystu znaków pisarskich, poświęconego masowym podróżom obywateli Państwa Środka przed zbliżającym się wówczas chińskim nowym rokiem, algorytm potrzebował jednej sekundy. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, ocenił, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami dziennikarskimi, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie. Redakcje korzystają z tych kompetencji z każdym kolejnym miesiącem częściej a odbiorcy treści rzadko sobie zdają sprawę, jak zrobotyzowane są już media, które codziennie konsumują.

 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale sporo wiadomości, które regularnie czytają, jest pisane przez sztuczną inteligencję,” mówił już we wrześniu 2018 r. cytowany przez „Forbesa” futurysta Stephen Ibaraki, założyciel/przewodniczący ONZ-etowskiej organizacji ITU AI For Good Global Summit we współpracy z Fundacją XPRIZE. „Wielu z nas spędza godziny na naszych telefonach komórkowych czytając aktualizacje newsów i powiadomienia o wydarzeniach, nie mając pojęcia że materiały te generuje dla nich AI”.

 

Każda organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówił w serwisie Digiday rok temu Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. „Praca dziennikarza to kreatywność, ciekawość, opowiadanie historii, rozliczanie przedstawicieli władzy, krytyczne myślenie i formułowanie osądów – chcemy aby nasi dziennikarze na tym skupiali swoją energię,” mówi we wspominanym artykule w „NYT” Lisa Gibbs, jeden z dyrektorów w Associated Press.

 

Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją mediach przekonamy się być może najszybciej w organizacjach takich jak AP. Agencja ta bowiem była prekursorką rozwiązań robotyzujących reporterkę. Od momentu gdy w 2014 r. zawarła umowę z Automated Insights, firmą IT specjalizującą się w oprogramowaniu do generowania tekstu, produkuje wielką masę maszynowych artykułów rocznie, głównie o tematyce sportowej i finansowej. Przez te wszystkie lata liczba generowanych przez automaty materiałów AP wzrosła z 300 do 3700 kwartalnie.

Skoro jest to firma prekursorska i chyba najbardziej zaawansowana we wprowadzaniu robo-dziennikarstwa, to zapewne właśnie tam zobaczymy, do czego to prowadzi.

 

Warto dodać, iż automatyzacja zawodów medialnych wychodzi poza otwarte na to Stany Zjednoczone. Kilka tygodni temu w edycji australijskiej „The Guardian” opublikowano pierwszy artykuł „wspomagany maszynowo”. Był to materiał opisujący regularne darowizny na rzecz partii politycznych w tym kraju.

 

Nie lękajcie się

 

Niestety (dla dziennikarzy) badania prowadzone w obszarach technologii i automatycznego pisania tekstów należących do różnych gatunków dziennikarskich trwają już w wielu miejscach na świecie. Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Artykuły przygotowane przez ten system były publikowane na stronach internetowych uznanych wydawców, takich jak np. „Forbes”, „Guardian” czy „The Washington Post”, o czym piszę powyżej, a także w wielu mediach internetowych, które jednak niekoniecznie się tym chwalą. Sporo twórczości wzmiankowanego Quilla to tzw. custom publishing, czyli materiały zamawiane przez firmy do swoich wydawnictw, gazetek firmowych, marketingowych i podobnych. Nie jest to więc dziennikarstwo w sensie ścisłym, ale dziedzina pokrewna. Była to jednak często chałtura, na której dziennikarze nieoficjalnie mogli sobie dorobić. Jeśli przejmą to automaty, to będzie kolejny cios.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego.

 

Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie.

 

Tak uważa szef Narrative Science i patrzy na sprawę nieco inaczej niż zwykle jest to postrzegane. Jego zdaniem, maszynowy, zautomatyzowany „newswriting”, poszerzy rynek informacji, Ma tak być, ponieważ komputery wydobywają i przetwarzają ogromne ilości danych w celu uzyskania bardzo dokładnych, wielostronnych raportów, do których z powodu zwykłych ludzkich ograniczeń nie byłby zdolny żaden dziennikarz. Pojawią się informacje, których wcześniej nie było, możliwości personalizowania, fragmentaryzacji, specjalizacji treści, które były dotychczas zupełnie poza zasięgiem mediów, nie tylko ogólno tematycznych, ale także tych branżowych i specjalistycznych.

 

Twój robot przeczyta ci twój dziennik

 

Google zapowiedział w ostatnim czasie, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przeczytanie wiadomości. Automat jest nawet w pewnym sensie lepszy niż czytane serwisy radiowe i dzienniki telewizyjne, bo przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii, inaczej niż to jest w zwykłych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Robotom tym brakuje jeszcze zwykle twarzy, choć niekiedy można natrafić na pierwsze próby nadania maszynowym pracownikom mediów wizerunku, takiego np. jak mają wygenerowani cyfrowo prezenterzy TV zademonstrowani niedawno przez chińską agencję Xinhua, w których pisałem rok temu. Jak podkreśla Xinhua, prezenter-awatar może pracować 24 godziny na dobę, bez snu, urlopu, żądań podwyżki i zapisywania się do związków zawodowych.

 

Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy spisany tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi wielkiego problemu. Wspomniany Asystent Google też czyta napisane teksty, czy to jest treść SMS-a, czy artykuł informacyjny. Tekst może napisać człowiek, ale, jak widać z wcześniejszych przykładów robotów pracujących już w redakcjach prasowych, proste teksty, informacje, depesze newsowe, piszą automaty. Zatem co maszyna napisała – maszyna może przeczytać, a wygenerowany cyfrowo awatar opatrzy to nawet uśmiechem i życzeniami miłego dnia.

 

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych.

 

Zatem nawet ostatnia rubież dziennikarstwa i publicystyki, rola gatekeepera, komentatora, interpretatora i przywódcy opinii, może w efekcie zostać zagrożona przez wszechogarniającą robotyzację. Pozostaje mieć nadzieję, że dla ludzi, oprócz szybkości i dokładności informacji, emocjonalnie ważny pozostanie „czynnik ludzki” w mass mediach. Wydaje się jednak, że pierwszy maszynowy publicysta, który trafniej np. przewidzi wynik wyborów niż cała rzesza komentatorów z krwi i kości, może „zniszczyć system” i tę kruchą ludzką nadzieję pogrzebać.

 

Mirosław Usidus

Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus

Zmierzch technologicznych bogów – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O jakichkolwiek cudach kwantowych i postępach AI Google’a usłyszymy, nie należy zapominać, że fundamentem potęgi tej firmy jest reklama i to właśnie z tej strony w ostatnich latach notuje ona najpotężniejsze ciosy. Każda firma z grona nazywanego Big Tech ma narastające od lat problemy, Facebook z odpływem młodych, Apple ze spadkiem sprzedaży iPhone’a, Amazon z narastającym kryzysem konsumenckim…

 

A to dopiero początek, bo zaczęła się już na całym świecie wielka ofensywa antymonopolowa. W dodatku niektóre kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. Niedawno Big Tech opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek będzie naliczany od obrotu.

 

To nie wszystko. Kilka miesięcy temu wspominałem, że kluczowe może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, które otrzymują od użytkowników za „darmowe” usługi. Okazuje się, że tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA (skrót od Google-Apple-Facebook-Amazon).

 

Wytrącić im nasze dane z rąk

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów – Mark Warner, Josh Hawley  i Richard Blumenthal, zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Giganci mieliby za to pobierać rozsądną opłatę. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – myślą zwolennicy tego rozwiązania. Choć  zarówno Google jak i Facebook od lat oferują możliwość przenoszenia danych, przez takie usługi, jak np. Google Data Liberation Front (2007) i Takeout (2011) oraz Facebook’s Download Your Information (2010), to jednak usługi te nie są pomyślane tak aby wygodnie przenieść dane do potencjalnych konkurentów. Pod wpływem wprowadzenie w Europie „ogólnego rozporządzenia o ochronie danych” GDPR (u nas jako RODO), Facebook, Google, Microsoft i Twitter (a później Apple) wspólnie deklarowały stworzenie projektu transferu danych użytkowników. Na razie nie poznaliśmy szczegółów i projektu.

 

Amerykańscy prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane są i tak użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność”. Narodowy Instytut Standardów i Technologii (NIST) zostanie na mocy nowego prawa zobowiązany do opracowania i opublikowania standardów technicznych, dzięki którym popularne klasy usług komunikacyjnych – w tym wiadomości online, udostępnianie multimediów i sieci społecznościowych – staną się interoperacyjne (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach).

 

Google zbiera ciosy

 

Zarówno Google jak i Facebook są niezwykle aktywne w wielu dziedzinach, które mają niewiele wspólnego z ich tradycyjną, pierwotną działalnością. Facebook mówi o VR, AI i własnej kryptowalucie. Google buduje komputery kwantowe i stawia na sprzęt. Ktoś może pomyśleć, że świadczy dobrze o kondycji tych firm, że się rozwijają. Niekoniecznie.

 

Choć założyciele Google’a byli początkowo przeciwni reklamom w wyszukiwarce, szybko zmienili zdanie a wielkość firmy została w ubiegłej dekadzie zbudowana na reklamie kontekstowej. Fundament ten jednak zaczął się nieco chwiać już kilka lat temu. A gdy w 2017 roku kiedy Amazon przewyższył Google w USA jako główne narzędzie wyszukiwania produktów, w Mountain View pojawiły się oznaki nie okazywanej wprawdzie wyraźnie, ale zauważalnej w poczynaniach wyszukiwarkowego giganta.

 

Okazało się, że Amazon walczy z Google skutecznie na jego terenie i wygrywa. Co gorsza, ludzie zwracający się do Amazona w swoich zakupowych poszukiwaniach pochodzili z najważniejszej dla reklamodawców grupy – młodych ludzi. Pieniądze na reklamy zaczęły przepływać szlakiem, którym podążali klienci. Wszechpotężny ongiś reklamowy mechanizm Google do generowania gotówki zaczął tracić paliwo. Prawdę mówiąc na zauważalnym odwrocie od Google’a korzystały też serwisy społecznościowe Instagram i Facebook. Google, choć kilka razy próbował stworzyć własne platformy społecznościowe, nie zbudował, ani nie pozyskał angażujących treścią kanałów.

 

Zatem grupa największych spółek technologicznych i internetowych, pomimo, że przez przeciwników ich monopolistycznej pozycji jest postrzegana jako całość, pomiędzy sobą wcale nie jest szczególnie solidarna a nawet wręcz przeciwnie – zaciekle rywalizuje.

 

Widząc złowróżbne znaki na horyzoncie, Google próbuje z nierozstrzygniętym, jak do tej pory, skutkiem, znaleźć przychody w obszarach innych niż reklama. Stara się zarabiać na sprzęcie, usługach w chmurze i w innych niekiedy niezwykle ambitnych przedsięwzięciach, np. z dziedziny obliczeń kwantowych. Pomimo tytanicznych wysiłków aby się „przebranżowić”, nadal jedynie ok 15 proc. przychodów Google pochodzi ze źródeł innych niż reklama.

 

A ciosy nie przestają nadchodzić. Pod koniec 2015 r. główny konkurent Google w przestrzeni mobilnej – firma Apple – dodała do swoich urządzeń funkcję umożliwiającą użytkownikom blokowanie reklam. Apple, zaliczany do grona Big Tech, ma swoje problemy ze sprzedażą flagowych produktów i na pewno nie będzie pilnować biznesu Google’a, gdy toczy się gra o klientów. Urządzenia z systemem iOS przynosiły Google’owi aż 75 proc. przychodów z reklam w wyszukiwarkach mobilnych, dlatego też Google płacił Apple miliardy dolarów rocznie, aby pozostać domyślną wyszukiwarką na urządzeniach Apple. W momencie, gdy Apple zezwala na blokowanie reklam, układ ten traci sens.

 

Google, co jest wymowne, w sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Niedawno po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Nie zaczadzeni PR-kiem „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Gdy spadają przychody z innych kanałów reklamowych, nadchodzi czas excela, także dla YouTube.

 

Przebudzenie prywatnościowe

 

W ostatnich latach na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, czego naprawdę chcieli użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi, z które często miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników się zmieniają. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie prywatnych danych. Dochodzą do związane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Wielkie dochodzenie antymonopolowe

 

Facebook i Google są od pewnego czasu na celowniku dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica.

 

Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Prokurator generalny Nebraska, Doug Peterson, powiedział na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że 50 prokuratorów generalnych wspólnie wysyła „mocną wiadomość do Google”.

 

Przy okazji w USA przypomniano, że europejskie organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy. Organy mogą również skoncentrować się na takich obszarach jak YouTube, przejęta przez Google’a w 2006 roku, która jednak, o czym wspominałem, nigdy nie była rentownym biznesem sama w sobie.

 

Waluta facebookowa

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł ok. dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie.

 

Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw mają do Facebooka znikome zaufanie. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany,” oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.” Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank,” – napisał.

 

Podczas spotkania z przedstawicielami amerykańskiego Senatu we wrześniu Mark Zuckerberg powiedział ustawodawcom, że Libra nie zostanie uruchomiona nigdzie na świecie bez uprzedniego uzyskania zgody amerykańskich organów regulacyjnych. Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Libra w sensie formalnym została zorganizowana tak, aby wyglądać tak jak gdyby w ogóle nie był to Facebook. Zarządza nią organizacją non-profit z siedzibą w Szwajcarii rządzącą nim i stowarzyszeniem firm. Jednak oczywiste jest, że najważniejsze, pierwsze i ostatnie słowo ma w tym projekcie Facebook. I jakkolwiek ciekawy może się wydawać pomysł wprowadzenia globalnej, bezpiecznej i wygodnej w użyciu waluty, firma Zuckerberga stanowi dla projektu Libry nie atut, lecz obciążenie.

 

Około miesiąc temu odbyło się publiczne przesłuchanie Marka Zuckerberga przed Kongresem USA. Tematem miało być trochę co innego, ale w końcu kongresmani skupili się na Librze. W swoim inaugurującym oświadczeniu Zuckerberg wyraził przekonanie, że Libra może wesprzeć Amerykę i to na różne sposoby. Jeśli bowiem USA nie uruchomią globalnej waluty, to mogą to zrobić Chiny. Podobnego „chińskiego argumentu” używają też wprost lub w zawoalowany sposób wszystkie amerykańskie firmy Big Tech. „Jeśli nie pozwolicie nam tego czy owego robić, to zrobią to Chińczycy,” sugerują.

 

Jednak na razie wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w przyszłym roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że rzeczywiście kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

Nie ma firm zbyt dużych, by upaść

 

W Polsce nieco mniej uwagi tradycyjnie poświęca się podwójnemu „A” ze skrótu GAFA, czyli Apple i Amazonowi, zwłaszcza temu drugiemu, bo wciąż nie prowadzi u nas oficjalnie działalności. Są to firmy, które również borykają się ze spadkiem sprzedaży (Apple) i narastającą w społeczeństwie i na szczeblach władzy ochotą przyłożenia dużemu za praktyki monopolistyczne (Amazon).

 

Według wielu opinii, ruchy Apple w ostatnich latach wskazują, że bada, do jakiego poziomu może podnieść ceny, co maksymalizuje przychody przy tej samej lub nawet niższej sprzedaży (a ta w sensie liczby egzemplarzy spada). W strategii podkreślającej luksusowość iPhone’a, jego długoterminową wartość. Może więc w obliczu nieuchronnego, czyli spadku sprzedaży sztuk smartfonów, Apple przyjmuje jednak całkiem inteligentną i racjonalną strategię. Przesuwa swój produkt w kierunku dobra jeszcze bardziej ekskluzywnego, o jakości wyższej niż reszta, co musi kosztować, a tym samym zachowuje przychody na maksymalnym możliwym poziomie.

 

Teoretycznie ten plan brzmi nieźle. Fakty jednak są dla IPhone’a coraz bardziej brutalne. Sprzedaż aparatów tej marki przyniosła w trzecim kwartale 2019 r. nieco poniżej 26 miliardów dolarów. To spadek o 12 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Ponadto jeśli Apple miało w tym okresie 53,8 mld dolarów całkowitej sprzedaży, to znaczy, że sztandarowy iPhone stanowił mniej niż 50 proc. kwartalnych przychodów Apple. Takiej sytuacji nie było od lat. Podobnie jak w przypadku Google’a i reklamy, spada sprzedaż w segmencie kiedyś najważniejszym a perspektywy wyrównania tego dochodami z innych usług i produktów są niejasne.

 

Ciemne chmury ze strony organów antymonopolowych i organizacji konsumenckich w USA nadchodzą również nad imperium Amazona. Przeczuwać problemy zdaje się Jeff Bezos, który  niedawno powiedział pracownikom, jak donosiły media, że „Amazon wcale nie jest zbyt duży, by upaść. W zasadzie przewiduję, że pewnego dnia Amazon upadnie. Jeśli spojrzeć na duże firmy, ich długość życia wynosi zwykle ponad 30 lat, a nie ponad 100 lat”.

 

W USA pojawiły się precedensowe orzeczenia sądów, które pozwalają pozywać platformę handlową za wadliwy towar lub oszustwa sprzedających na niej podmiotów. To niebezpieczne dla Amazona, który dotychczas był w miarę bezpieczny jako wyłącznie dostawca infrastruktury dla niezależnych sprzedawców (składają się oni ok. 50 proc. obrotów na platformie). Ponadto wiszą nad nim oskarżenia o naruszanie praw pracowniczych i postulaty płacowe części spośród ok. 650 tysięcy zatrudnionych w Amazonie.

 

Każda opisanych wyżej firm ma swoją romantyczną legendę, charyzmatycznych założycieli, historię zachwycającą innowacjami i rewolucjami technologicznymi. To już jednak przeszłość. Obecnie mało kto chce już widzieć w Google, Facebooku, Amazonie, Apple, tych dawnych, fajnych, wyluzowanych, diabelnie zdolnych ludzi, za których jednak, co widać w ich wysiłkach wizerunkowych, wciąż chcieliby uchodzić.

 

Widzi się za to monstrualną górę pieniędzy, chciwość, bezwzględność w walce z konkurencją i hipokryzję, bo coraz mniej się różnią od świata „starych pieniędzy” i starych korporacji wyrosłych na pierwszej rewolucji przemysłowej, wciąż uparcie próbując demonstrować, że są „inne”. Nie są inne i nie powinny mieć żadnych szczególnych praw. Powinny płacić podatki, szanować zasady konkurencji i uwolnić nasze prywatne dane, które nie są własnością, ani ich, ani nikogo poza nami samymi.

 

Mirosław Usidus

Jak robić media dla generacji Z – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Są na świecie tacy, którzy nigdy nie mieli papierowej gazety w ręku, a media dla nich to wcale nie prasa, radio i telewizja. I nie są to bynajmniej imigranci z Sentinelu Północnego, lecz przyszłość narodu, naszego i każdego innego.

 

   James Tyner, absolwent szkoły komunikacji Uniwersytetu Południowej Kalifornii, opowiadał na swojej stronie już prawie trzy lata temu, w szeroko komentowanej w Internecie relacji, o tym, jak podczas zajęć postanowił zapytać swoich młodych kolegów, przedstawicieli tzw. Generacji Z, jak tworzyć dziś materiały dziennikarskie, aby trafiły i przemówiły do nich, by potrafiły zainteresować ludzi urodzonych najwcześniej pod koniec lat dziewięćdziesiątych, czyli wchodzących obecnie w dorosłe życie, dorastających w Internecie i świetnie „czających technologiczną bazę”.

 

Pokolenie Zetów

 

Jedną z charakterystycznych cech tej formacji jest fakt, że nie czytali oni nigdy gazet papierowych, oprócz może tzw. gazetek marketingowych, które rodzice przynoszą do domu ze sklepu, a na które i młodym zdarza się rzucić okiem. Z radia to oni częściej słuchają czegoś co nazywa się „radio Spotify” lub innych serwisów i usług streamingujących muzykę. A telewizję, owszem, znają, głównie ze wspomnień z dzieciństwa, gdy oglądali w niej bajki, zaś obecnie rzucą czasem okiem, najczęściej kwitując, że w porównaniu z Netflixem i serwisami wideo w sieci, to potworne nudy.

 

Jak media, które nigdy nie rozstały się z formatami redakcyjnymi wypracowanymi dekady temu, mają do tych Zetów trafić? Może powinny zacząć od przyjęcia do wiadomości, że startują do ludzi, którzy tradycyjnym mediów nie znają i nie rozumieją ich starożytnego języka.

 

Publikacja Tynera zaowocowała ożywioną dyskusją w Internecie. Jej uczestnicy najczęściej podzielali opinie wyrażone w konwersatorium. Były też dodatkowe spostrzeżenia i nawet raporty z własnych badań i doświadczeń.

 

Na przykład pewien nauczyciel akademicki opowiedział Tynerowi o tym, jak dał swoim studentom zadanie w ramach zajęć z historii (!), które wymagało czytania papierowych gazet. Odkrył, że wielu z nich nie wie, jak to coś z papieru „działa”. Nie umieli odnaleźć się w edytorskim języku krojów czcionek i składu. Nie pojmowali też zasady „odwróconej piramidy” w tekstach newsowych. Niektórzy nie potrafili odróżnić materiałów reklamowych od treści informacyjnych. Nie widzieli też różnicy pomiędzy wiadomościami a publicystyką, komentarzami i felietonami.

 

Pamiętaj o backgroundzie i kontekście

 

Ale może, nie mówmy już o papierze. Dla młodych grup odbiorców jest to coś, co już nie istnieje, prehistoria i pokłady węgla. Młodzi wypowiadający się w konwersatorium Tynera na USC odnoszą się wyłącznie do Internetu i tego co media głównego nurtu mają w nim do zaproponowania. Z ich wypowiedzi wynika, że przyzwyczajenia gazetowe, prezentowanie informacji metodami bardzo podobnymi w gruncie rzeczy do tego, co papierowe wydania 40 lub 60 lat temu, są obecnie obciążeniem wadą prasowych i nie tylko prasowych stron internetowych.

 

Studenci z pokolenia Z narzekają np., że strony WWW mediów nie są jasno rozplanowane, co utrudnia znalezienie odpowiednich artykułów. Za to pełno w nich reklamy i bezwartościowych linków. „Ilekroć próbuję szukać czegokolwiek, co nie jest najnowszym newsem, trudno znaleźć starsze, pokazujące tło historyczne, materiały” –mówił jeden ze studentów. Co robią wówczas młodzi? Opuszczają „tę słabą stronkę” i idą do wujka Google’a, w którym zawsze znajdą mnóstwo materiału rozszerzającego temat. Problem w tym, że są to źródła niekoniecznie wiarygodne. Tak czy inaczej, po doświadczeniu z serwisem internetowym poważnego medium pozostaje w Zecie nie najlepsze wrażenie.

 

Kolejne uwaga, jaką młodzież ma do „starych” środków przekazu, to ich skłonność do skrajności w prezentowaniu informacji. Z jednej strony są materiały tak krótkie, że aż trudno zauważyć, że są informacją, a czytelnik, który wszedł na stronę takiego „artykułu” czuje się ofiarą tzw. „clickbaita”, czyli oszustwa nakłaniającego do klikania w bezwartościowe treści. Z drugiej strony są długaśne artykuły, pełne publicystycznych popisów, ale bardzo często utrudniające odtworzenie faktografii. Młodzi zwracają uwagę, że potrzebne są formy pośrednie, które dostarczą backgroundu. Nie tak obszerne, ale za to gęste informacyjnie, materiały w zwięzłej postaci przedstawiające kontekst i historię sprawy.

 

Warto dodać, że przygotowywanie takich materiałów z dodatkowym „fact-checkiem”, dobrze zrobiłoby nadszarpniętemu wizerunkowi środków przekazu. W epoce fake newsów, Zeci, ale przecież nie tylko oni, przestają ufać źródłom.  Mediom, co też nie do końca ich przedstawiciele rozumieją, nic się z góry nie należy, jeśli chodzi o wiarygodność. Muszą w oczach młodych ludzi na nią pracować, tak samo jak każdy inny producent informacji. A że redakcje mają jednak wciąż niezły warsztat i know-how, na przygotowaniu fact-checkingowe referencji do tematów wiadomości, którymi żyje opinia publiczna, mogą sporo zyskać.

 

Napięcie pomiędzy treścią a designem

 

Zaprojektowane na wzór i podobieństwo starych dobrych gazet, serwisy internetowe wydawców są dla młodych ludzi zazwyczaj bardzo słabo czytelne. Chociażby z powodu, o którym mówił nauczyciel akademicki każący studentom czytać stare łamy. Jeśli ktoś nigdy nie czytał tradycyjnych papierowych płacht, to gubi się także w internetowej kopii tego layoutu, nie rozumie tego języka również na stronie internetowej.

 

Przedstawiciele generacji Z wychowani są na minimalistycznym designie Apple’a, aplikacjach mobilnych, które są „responsywne” a nie „mądre” i „wartościowe informacyjnie”. Pokutujące w redakcjach przekonanie, że ważkość, ciężar gatunkowy i jakość treści same się obronią, zaś design to drugorzędna kwestia, to poważny błąd.

 

Nawiasem mówiąc, niejeden redaktor z doświadczeniem sięgającym w przeszłość do czasów dominacji papieru, zapewne pamięta, że problem napięcia pomiędzy designem a treścią istniał i wtedy. Sam przypominam sobie, jak kolejne rewolucje w layoucie pierwszej strony „Rzeczpospolitej” były stopniowo psute przez ciśnienie treści ze strony redakcji i chęć wepchnięcia „na front” jak najwięcej tego co „ważne”.

 

Z każdym kolejnym pokoleniem media mają coraz mniej czasu na zatrzymanie uwagi odbiorcy i przytrzymanie przy swoim produkcie. Zeci dają stronie internetowej najwyżej kilkanaście sekund. Po tym czasie ich cierpliwość się wyczerpuje. Oczywiście, nie chodzi wyłącznie o samo zaprojektowanie strony. Zaprojektować trzeba całą „ścieżkę konwersji” od linka w serwisie społecznościowym, w wyszukiwarce lub w aplikacji mobilnej, przez właściwą prezentację samego materiału docelowego, wydajność strony, aż po „cross-selling”, czyli umiejętne kierowanie odbiorcy do kolejnych treści, które produkujemy i chcemy by do nich przeszedł. W appkach mobilnych projektowanie ma swoje dodatkowe specyficzne wymogi, duże znaczenie ma wydajność i szybkość działania.

 

Czego nie ma na obrazku, nie istnieje

 

Tradycyjne media mają wielki problem z treściami o charakterze wizualnym – to kolejny wniosek z badań Tynera na USC. Wychowani na YouTube, Instagramie i Snapchacie, młodzi ludzie nawykli do komunikacji obrazkowej. Ich świat komunikacji to krótkie filmiki, dane przedstawiane nie za pomocą wykresów i słupków, lecz pomysłowych, interaktywnych infografik i oczywiście także ciekawych map.

 

Znacie powiedzonko „pic, or it didn’t happen” („nie ma obrazka – to znaczy, że to się nie wydarzyło”)? To standardowa odpowiedź Zeta na informację w Internecie, której nie towarzyszy ilustracja. Jakkolwiek byśmy się przeciwko temu buntowali, coraz wyraźniej i mocniej widać wśród młodych ludzi przekonanie, że informacje, które nie są zilustrowane są mniej wiarygodne. Oczywiście, czasem nie ma żadnych materiałów wizualnych korespondujących bezpośrednio z informacją. W epoce mediów społecznościowych to rzadko się zdarza, ale jeśli naprawdę nie ma, to nie zwalnia nas niestety z dbania o wizualia.

 

Przy okazji, nie należy popełniać szkolnych błędów, np. publikować zdjęcia góry lodowej z archiwum przy informacji o tym, że właśnie oderwał się od Antarktydy wielki kawał lodu. Jeśli nie napiszemy wyraźnie, że to nie ta góra, to jest całkiem prawdopodobne, że młode pokolenie, przyzwyczajone do języka wizualnego social media, weźmie to zdjęcie dosłownie, a gdy przekona się, że to nie to wydarzenie, o którym mowa w teście, winą obarczy źródło, a nie swoją naiwność. Nie miejmy co do tego złudzeń.

 

Jeśli myślicie, że z natury wizualna telewizja ma w generacji Z większe szanse, to dane o spadającej oglądalności TV wśród młodych, powinny was wyprowadzić z błędu. Interfejs tradycyjnej telewizji, bez możliwości klikania i płynnego przechodzenia pomiędzy różnego rodzaju treściami, również nie przystaje do doświadczeń i przyzwyczajeń tego pokolenia.

 

Nie uczyć ich czytać, lecz uczyć się, jak oni czytają

 

Co więc robić? Pisałem o konieczności przyjęcia do wiadomości, że oni „starych dobrych mediów” nie znają i nie rozumieją. Nie ma chyba wyjścia – trzeba poznać, a następnie zrozumieć Zetów, ich język, preferencje i potrzeby. Duże firmy medialne, znane z otwartości na innowacje, w każdym razie próbują.

 

Komórka badawczo-rozwojowa brytyjskiej BBC (BBC Research & Development) zainaugurowała już dwa lata temu projekt o nazwie „Reinventing News Stories”, któremu przyświeca właśnie to o czym piszę w kontekście badań pokolenia Z, zresztą jest to wprost deklarowane przez prowadzących projekt.

 

   „W pierwszej fazie projektu pracujemy nad nowymi formatami treści dla młodych ludzi – są to formaty cyfrowe i mobilne. Ci ludzie są bardzo ważną, ale trudnodostępną dla BBC grupą odbiorców” – pisze Tristan Ferne z BBC na łamach serwisu Medium.com. – „W ciągu ośmiu tygodni pokazaliśmy 12 prototypów (nowych formatów materiałów dziennikarskich) 26 osobom z docelowej grupy odbiorców.”

 

Prototypy nowych formatów (strony internetowe, makiety graficzne i wideo) były oceniane na podstawie następujących kryteriów:

 

  • Użyteczność i zrozumiałość
  • Poziom atrakcyjności i angażowania
  • Nowość i oryginalność
  • Spełnianie potrzeb i oczekiwań odbiorców
  • Właściwy ton i styl
  • Techniczna łatwość konstrukcji treści
  • Uniwersalność zastosowania (np. w publicystyce, newsach, reportażach, raportach, analizach)
  • Czy prototyp oferuje nowy rodzaj interakcji?

 

Na podstawie badań m. in. Knight Foundation, Pew Research Centre, oraz Instytutu Reutersa zespół Ferne’a zebrał również podstawowe cechy Zetów, o których już częściowo pisaliśmy. A więc np. to, że lubią skakać po powierzchni, ale kiedy coś ich zainteresuje domagają się pogłębionej informacji. Chcą rozumieć złożone tematy, ale wymagają, aby wszystko było podane w jednym miejscu. Chcą też, i to może jedna bardziej charakterystycznych cech pokolenia Internetu, brać udział w kształtowaniu opinii a nie tylko przyjmować do wiadomości opinie środków masowego przekazu. Zwracają też uwagę na kontekst – dobór technik przekazu musi być właściwy.

 

Ciekawostką jest, że z tych analiz wynika, iż młodzież całkiem nieźle sobie zdaje sprawę z istnienia „odfiltrowanej bańki”, z którą użytkownika wpada z powodu mechanizmów personalizacji i targetowania behawioralnego stosowanych przez Facebooka, Google i innych wielkich graczy w Internecie. To odróżnia ją od starszych użytkowników sieci, którzy najczęściej nie mają pojęcia, że widzą to co widzą w sieci, bo zwykle szukają właśnie tego, a nie czegokolwiek innego – a więc są zamykani w swoistym bąblu. Zeci chcieliby się wyrwać z tego matrixa, ale najczęściej brak im czasu i umiejętności, aby to zrobić. Media mogłyby spróbować to dążenie wykorzystać, gdyby chciały i umiały.

 

Nie będę się zagłębiać szczegółowo w wyniki badań prototypowych formatów (każdy w nich powstała z myślą o urządzeniach mobilnych) zaproponowanych uczestnikom projektu „Reinventing News Stories”. Są to bowiem dość specjalistyczne kwestie związane z designem, użytecznością i dostępnością informacji na stronach w aplikacjach mobilnych. Internetowe serwisy BBC testują obecnie najlepiej ocenione rozwiązania.

 

Istotne jest to, że grupą referencyjną byli Zeci. To dla nich BBC testuje nowe rozwiązania i formaty cyfrowych treści. Brytyjczycy nie próbują ich uczyć, jak właściwie czytać i rozumieć prasę, tylko sami uczą się jak robić media dla nich. Bo oni są nie tylko przyszłością, nie tylko narodu, ale również wydawców, redaktorów i dziennikarzy. Jeśli nie uda się do nich dotrzeć, to w ogóle trudno mówić o jakiejkolwiek przyszłości.

 

Mirosław Usidus