SDP nadal stanowczo protestuje przeciwko zagrożeniom i ograniczeniom wolności słowa, jakie dostrzegamy w projekcie ustawy wdrażającej Akt o Usługach Cyfrowych (DSA), przedstawiony przez Ministerstwo Cyfryzacji – powiedziała Jolanta Hajdasz, prezes SDP w czasie publicznego wysłuchania w sprawie rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw. Odbyło się ono podczas posiedzenia komisji sejmowej we wtorek 4 listopada b.r. Wzięło w nim udział ponad 40 organizacji pozarządowych. Publikujemy pełną treść wystąpienia Prezes SDP. Wypowiedzi uczestników posiedzenia zostały ograniczone do 2 minut, podczas obrad nie było możliwości zaprezentowania stanowiska SDP w pełnym kształcie.
Wystąpienie Prezes Jolanty Hajdasz podczas wysłuchania publicznego:
Szanowny Panie Przewodniczący, szanowni członkowie Komisji, szanowni Państwo
SDP nadal stanowczo protestuje przeciwko zagrożeniom i ograniczeniom wolności słowa jakie dostrzegamy w projekcie ustawy wdrażającej Akt o Usługach Cyfrowych (DSA), przedstawiony przez Ministerstwo Cyfryzacji W dalszym ciągu mimo zmian w projekcie, jakie zaszły od stycznia b.r., które odnotowujemy z satysfakcją , iż społeczna presja ma sens podtrzymujemy swoje negatywne stanowisko wobec przedstawionego projektu.
W ocenie SDP jest to pośredni sposób wprowadzenia cenzury w internecie na terenie Polski oraz umożliwienie rządzącym politykom ingerowania w publikowane w sieci treści przy wykorzystaniu struktury administracji państwowej. Zdanie nasze wynika z analizy zapisów tego projektu a także z monitorowania praktyki procesu komunikowania masowego w Polsce, w tym procesów dziennikarzy mediów konserwatywnych i prawicowych oraz blokowania na różne sposoby dystrybucji treści konserwatywnych i prawicowych , przy wykorzystaniu zaplecza medialnego i zagranicznego finansowania mediów i organizacji o charakterze liberalnym i lewicowym. To wszystko są to zjawiska które umykają czynnikom oficjalnym, oficjalnym raportom i którymi nie zajmują się w swoich analizach międzynarodowe organizacje pozarządowe Obawiamy się że do problemów jakie dziś mamy z wielkimi platformami mediów społecznościowych dojdą problemy blokowania treści w internecie przez rządzących w danym czasie polityków, bo widzimy , iż obecnie rządzący chcą postawić się na miejscu wielkich platform internetowych.
W rażący sposób narusza to gwarantowaną w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zasadę wolności słowa wyrażaną w art. 54, który jednoznacznie zakazuje cenzury prewencyjnej. Ta ustawa w proponowanym kształcie to nadregulacja, nadinterpretacja rozwiązań unijnych, do wprowadzenia których zobowiązuje nas rozporządzenie. Polska chce iść dalej niż UE w blokowaniu treści, to wyjątkowo kontrowersyjne i zadziwiające.
Nadal SDP uważa, iż Prezes UKE, a także prezes UOKiK-u nie mają żadnego doświadczenia w rozstrzyganiu sporów z zakresu wolności słowa, ochrony dóbr osobistych, czy przeciwdziałania dyskryminacji. Ponadto, co jest bardzo ważną okolicznością, prezesów tych powołuje Sejm zwykłą większością głosów na wniosek Prezesa Rady Ministrów, decyduje więc o tym wyborze dominująca w danym czasie opcja polityczna. Stwarza to dogodną dla polityków okazję do wykorzystywania w/w uprawnień do blokowania w sieci np. krytycznych opinii wobec siebie. Narusza to podstawowe prawa człowieka, do jakich należy w demokratycznym państwie prawo swobody wypowiedzi. Wyjątkowo kontrowersyjna jest także arbitralność decyzji Prezesa UKE. Zaskarżyć je będzie można do sądu powszechnego, ale jego procedura jest kosztowna przewlekła i sama perspektywa znalezienia się na ławie oskarżonych z powodu opublikowanych treści działa mrożąco na nadawców treści. W Polsce procesy karne dot. zdarzeń z zakresu komunikowania masowego są często tajne, a zarzuty bywają absurdalne, tymczasem nawet w oczywistych sprawach procedura sądowa trwa 2-3, a nawet 5 lat. To zupełnie wypacza sens publikowania, bo aktualność i szybkość reakcji staje się dziś nadrzędną cechą wszystkiego, co komunikujemy. W ten sposób po wprowadzenia DSA w proponowanym kształcie zgodnie z prawem można wyeliminować wszystkie treści, które nie odpowiadają rządzącym.
Ponadto nie do końca jest jasny status wymienionych w projekcie „zaufanych podmiotów sygnalizujących”. Kto będzie miał status podmiotu sygnalizującego, komu dziś rządzący przyznają na to środki finansowe – myślę, że każdy z Państwa jest w stanie wymienić to z głowy. Chyba wszyscy na tej sali wiemy także, komu taki status nie będzie przyznany przez obecną koalicję, kto nie otrzyma na swoją działalność ani złotówki. W ten sposób można zmarginalizować każdą organizacją pozarządową, która nie odpowiada rządzącym politykom, a to one będą zgłaszać co im się nie podoba w sieci.
W ocenie ZG SDP zaproponowane zapisy naruszają niezależność mediów i niezależność twórców, w tym dziennikarzy. Przy fikcyjnym nadzorze sądowym i przy braku gwarancji prowadzenia jasnej i skutecznej procedury odwoławczej jest to wprowadzenie do polskiego systemu medialnego mechanizmu cenzury zabronionego w demokratycznym państwie prawa. ZG SDP apeluje do rządzących o ponowną analizę proponowanych zapisów i uwzględnienie w projekcie zasady wolności słowa, tak by uszanować konstytucyjne prawa obywateli do jakich należy wolność wypowiedzi. Konieczne jest co najmniej zmiana procedury wyboru Prezesa UKE i UOKiK-u i oraz szczegółowe opisanie procedury odwoławczej od blokad treści w internecie.
Anna Popek:Jeden z czołowych operatorów TVN-u. Największe produkcje: Taniec z Gwiazdami, You Can Dance, Na Wspólnej, Dzień Dobry TVN. To te flagowe, wielkie produkcje wychodziły spod ręki mojego gościa Kamila Różalskiego.
Kamil Różalski: To prawda, 23 lata spędziłem w TVN-ie jako operator kamery i operator obrazu przy ramówkowych programach stacji.
AP:Czyli był Pan człowiekiem zaufanym, ulubionym i fachowcem, skoro oddawano takie duże produkcje w Pana ręce.
KR: Zaufanym w kontekście stacji to brzmi źle. Wolałbym jednak inne słowo. Byłem profesjonalistą. Przez pierwsze pięć lat pracowałem w Faktach, nie było produkcji, więc już tam miałem czołową pozycję zawodową. Nawet podczas pielgrzymek Ojca Świętego do Polski byłem jednym z 18 dziennikarzy z całego świata, którzy byli najbliżej Ojca Świętego.
AP: Co się wydarzyło, że wszedł Pan na ścieżkę wojenną z TVN-em?
KR: Otóż ważną rzeczą budującą kontekst jest to, że w TVN-ie pracowało się ciężko i naprawdę po wiele godzin. Ja byłem trochę wyjęty informacyjnie z tego, co się dzieje wręcz w Polsce, jakby absurdalnie to nie zabrzmiało. Plan na Wspólnej na przykład, to jest przynajmniej 12 godzin plus dojazd z miejsca na miejsce. To powodowało, że tak naprawdę, w domu ja tylko sypiałem. Przy dużych produkcjach bywało, że plan trwał 16 godzin. Mówię o okresie, kiedy już nie miałem etatu, bo kiedy miałem etat, to rzeczywiście na ogół było przestrzegane prawo pracy.
W 2012 roku dyrektor produkcji Jarosław Potasz, pewnie to wypikacie albo nie, ja się nie boję tego mówić, wpadł na genialny pomysł, żeby zlikwidować etaty. Mówiąc kolokwialnie, w dziale realizacji i w dziale produkcji. Ja byłem jedną z osób, które ten etat posiadały od początku stacji. Był to też taki mój warunek przyjścia do TVN-u.
I jako ostatnia osoba byłem zaproszony na rozmowę z dyrektorem Potaszem i z moim bezpośrednim przełożonym Jerzym Kluczewskim, w celu poinformowania mnie na jakich warunkach ma nastąpić rozwiązanie umowy o pracę. Skoro byłem ostatnią osobą, to wiedziałem, jak te rozmowy przebiegają, więc się do tego przygotowałem. Dyrektor powiedział, że umowy mają być rozwiązane za porozumieniem stron, co oznacza, że nie działa ochrona kredytowa, ubezpieczenie kredytów, nie ma odprawy, która każdemu pracownikowi przysługuje i nie ma też zagwarantowanej pracy.
Na moje pytanie, co będzie, jeżeli się nie zgodzę na taką formę rozwiązania umowy i będę oczekiwał zwolnienia mnie z pracy, dowiedziałem się, że nigdzie nie znajdę pracy. Uległem temu szantażowi, bo to był szantaż, a nieliczne wcześniejsze przykłady, które znałem, potwierdzały, że szantaż nie jest bezpodstawny. Do tego od 1 stycznia 2013 roku przez pierwszy tydzień, za karę, pauzowałem. Za karę bo o dzień za późno rozwiązałem moją umowę o pracę.
Zaczęło się „przedszkole”, zaczęły się przepychanki, zaczęło się ograniczanie pracy na grafiku, straszenie, poniżanie, lżenie, że dziesięciu na moje miejsce czeka, że jak mi nie pasuje, to mogę iść do Biedronki na kasę. I w pewnym momencie, nawet nie wiem, kiedy to się stało, moje emocje, moja psychika nie wytrzymała. Trwało to przez lata i miało charakter klasycznego mobbingu.
Byłem na grafiku. Okazywało się następnego dnia, że jednak nie pojadę za dwa dni na zdjęcia. Tak to działało. W efekcie zaczęła się mi pojawiać depresja i oznaki takie pomobbingowe. A ja mimo wszystko cały czas mówiłem o tym, że jest łamane prawo pracy, że jesteśmy ofiarami mobbingu. Przez to za karę byłem spychany do coraz gorszych produkcji. Oni liczyli, że ja odejdę z pracy sam.
A ja konsekwentnie uważałem, że skoro jestem w porządku i prawa nie łamię, to z pracy powinni odejść ci, którzy je nie łamią. Takie trochę naiwne, ale jestem idealistą i to jest moim problemem czasami w normalnym życiu. Za karę więc byłem spychany do coraz gorszych produkcji. W końcu przyszedł taki dzień, kiedy pojawiła się procedura zgłaszania nieprawidłowości zgodnie z narzuconym przez amerykańskiego właściciela Discovery Kodeksu Etyki. Ta procedura nie tylko pozwalała, ale też nakazywała zgłaszać nieprawidłowości.
AP: I to można było robić anonimowo?
KR: Tak. Ja założyłem, mówiąc kolokwialnie, grupę sygnalistów i jako grupa wysłaliśmy do Działu Compliance w Stanach Zjednoczonych zawiadomienie o przykładach łamania prawa przez TVN, o mobbingu, o współczesnym niewolnictwie, bo współczesne niewolnictwo mieści się w definicji nie zapłacenia komuś za jego wykonaną pracę. Powtórzę: jeżeli my wykonywaliśmy jakąś pracę i nie mieliśmy za to zapłacone, to się mieściło w definicji współczesnego niewolnictwa. Tak samo nepotyzm, który zgodnie z Kodeksem Etyki powinien być bardzo napiętnowany w stacji, aż kół w oczy.
Amerykanie sprzedali nasze dane do Warszawy, do TVN-u i w konsekwencji po kolei pozwalniano nas z pracy. Mnie pierwszego, bo z mojej skrzynki mailowej został wysłany mail zgłaszający nieprawidłowości. Powstała komisja, która była fikcją, ponieważ składała się z dwóch osób pracujących w TVN i prawnika z kancelarii, która TVN reprezentowała w sporach z pracownikami. Mieliśmy zeznawać w siedzibie kancelarii, żeby nas jeszcze nastraszyć, bez prawa nagrywania naszych zeznań z naszej strony, bez protokołu, który miał nie powstać, żeby łatwiej było tuszować te nieprawidłowości.
W związku z tym nie zgodziliśmy się zeznawać i wyszliśmy z tej komisji. Dalej komisja obradowała swoim trybem i według swoich abstrakcyjnych scenariuszy.
AP:Dziwi mnie, że oddział amerykańskiej stacji, gdzie takie rzeczy są dość poważnie traktowane, dlaczego się nie bali?
KR: Zgodnie z przypadkami, do których ja dotarłem, nie byliśmy jednymi osobami zwolnionymi z pracy, w ramach odwetu, za zgłoszenie nieprawidłowości. To zgłoszenie nieprawidłowości służy tylko do wyłapywania takich osób jak my i pozbywania się ich ze struktury firmy, czyli osób, które nie godzą się na machloje, na nieuczciwości, na postępowanie niezgodne z kodeksem etyki. To jest jedna wielka fikcja.
AP:Czyli wpadł pan w pułapkę, można powiedzieć. To była chyba celowo zarzucona przynęta.
KR: Można tak to zinterpretować. Gdybym wiedział, że temu to służy, to z pewnością bym się nieco inaczej przygotował do tego zgłoszenia i nieco inaczej dokonał tego. Natomiast my cały czas próbujemy znaleźć kancelarię prawną w Stanach. Mamy tutaj naruszenie anonimowości sygnalistów, co jest dużym problemem. Niestety bariera językowa i odległość powodują, że taką kancelarię jest nam niezmiernie trudno znaleźć. Człowiekowi, który od niedawna zajmuje się pomocą i mieszka w Stanach Zjednoczonych już dwukrotnie włamano się do komputera i telefonu. Mnie także włamano się do telefonu jakieś dwa, trzy tygodnie temu. Mniej więcej w tym samym okresie co do człowieka, który nam pomaga.
AP: Jest pan bardzo niebezpieczny…
KR: Nie. Jestem niebezpieczny dla złych ludzi.
AP:To może z panią Hanną Radziejowską trzeba by było porozmawiać. Ona też miała podobne przypadki z minister kultury, która kulturalnie zwolniła ją po tym, jak zasygnalizowała nieprawidłowości. Może jakaś kancelaria już się nauczyła jak tego rodzaju sprawy rozwiązywać. Ale wróćmy do pana historii. Czyli pan nie miał pracy w ogóle?
KR: Od pięciu lat nie pracuję i nie zarabiam pieniędzy.
AP:A co na to, te wszystkie osoby, te gwiazdy TVN-u, celebryci, którzy pewnie znali pana? Znaliście się i byliście pewnie w dobrych relacjach. Przypominam sobie moje relacje z kolegami w Telewizji Polskiej, które były bardzo serdeczne.
KR: Relacje były serdeczne, jak trzeba było ładnie pokazać taką osobę. Natomiast wszyscy o mnie i o kolegach zapomnieli w cudowny sposób. Te osoby były uzależnione od dyrektora programowego. Ten dyrektor programowy, w wyniku naszego zgłoszenia stracił pracę w TVN-ie i poszedł do Polsatu. Związki ze związkami nie są przypadkowe tutaj w Polsacie i w TVN-ie. To znaczy nie tyle ze związkami, co z pewnymi instytucjami. I my się tego tak naprawdę zaczęliśmy uczyć od 2019 roku i odrobiliśmy te lekcje. Zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z jakich kart i z jakich klocków ten dom jest zbudowany. To jest nieprawdopodobne z jakim kolosem, z jakimi przeciwnościami losu przyszło nam się mierzyć. Proszę sobie wyobrazić, świat jest mały i informacje do nas docierają w różny sposób. Dotarła informacja podana przez kolegę, którego ktoś w rodzinie jest prawnikiem w Warszawie, że poszła fama po mieście, że każdy prawnik, który zaangażuje się w nasz proces po naszej stronie, kariery nie zrobi. To jest na tym poziomie walka.
AP:To z kim wy walczycie tak naprawdę?
KR: Z mafią. My walczymy z mafią.
AP: Jaka to jest mafia?
KR: Bezwzględna, cyniczna, podła.
AP:A kto jest zamieszany w to? Bo to nie tylko telewizja pewnie, ale jeszcze jakieś służby specjalne? Tak się mówiło, że u podwalin TVN-u były służby specjalne.
KR: To już nie jest tajemnicą, że finansowanie TVN-u nie wzięło się przypadkowo ani nie wzięło się z kredytów. Głośno o tym mówiły osoby, łącząc to z dawnym WSI i z obsługą długu zagranicznego. Ja nie mam na to dowodów, natomiast wszystko, co się działo w firmie i w jaki sposób to się działo i kim byli ludzie zarządzający, jak się później okazywało, świadczy o tym, że te oskarżenia nie są przypadkowe i mają potwierdzenie w faktach.
AP:Czy nie byłoby taniej i lepiej dla nich po prostu zapłacić normalne pensje, nie zwalniać etatów, bo od tego to się zaczęło?
KR: Oczywiście. Wyliczyliśmy, że przestrzeganie prawa pracy w obszarze zatrudnienia kosztowałoby ich około 40 mln zł rocznie, gdzie pierwsza dywidenda to była 1,3 mld zł wysłanych za ocean. W zeszłym roku było mniej, chyba około 600-700 mln zł i też musieli rezerwy swoje uruchomić, bo ktoś tam za oceanem musiał dostać premię. Tego typu ruchy księgowe się odbyły.
AP: A czy w związku z wygraną Trumpa może coś się zmienić w TVN?
KR:Nie wiadomo. Już poszła pogłoska w Stanach, że Warner Bros. Discovery może zmienić właściciela, tym razem na prawicowego. W związku z tym może się okazać, że Trumpowi to kompletnie nie na rękę.
AP: Dlaczego?
KR: Dlatego, że i tak przejmie. Może się paradoksalnie okazać przeszkodą, która w jakiś sposób zakłóca porządek biznesowy pewnym ludziom tam.
AP:Tak długo trwa to wszystko. Polacy tak bardzo uwierzyli TVN-owi, a telewizja to obraz. Jaki był sekret tego dobrego przekazu TVN-u?
KR: Nie wiem. Myślę, że socjotechnika była tam bardzo daleko posunięta. Ja mogę się wypowiadać na temat mojej pracy i podam przykład. Pracując jeszcze w newsach, byłem jedyną osobą ze wszystkich operatorów, którzy mieli sfilmowane w całości całe zdarzenie w sali kolumnowej, gdzie przyniesiono Gabriela Janowskiego. Sprawa Polskiego Cukru. Na moich zdjęciach, na moim materiale sfilmowanym przeze mnie było widać, że on został tam przyniesiony. On został tam przyniesiony i postawiony. Od tego momentu, jak zaczyna skakać, we wszystkich mediach poszły obrazki. Cała reszta wcześniejsza trafiła do archiwum.
AP:Czyli gdzieś te zdjęcia jeszcze są?
KR: Jeżeli nie zostały zniszczone, to są. Ja swoją pracę wykonałem jak potrafiłem. Praca była zrobiona, tylko ktoś dalej ją zmanipulował.
AP:Pewnie takich przypadków było więcej. Pan mówił o tym, że ta sytuacja odbiła się bardzo na pana zdrowiu. W jaki sposób?
KR: Depresja jest chorobą. Jest chorobą w moim przypadku zdiagnozowaną. Mam poważną depresję, leczę się, biorę leki, mam lekarza w psychiatrę. Niedawno rozpocząłem terapię, psychoterapię. Wszystkie te dobrodziejstwa spotkały mnie dzięki mojej aktywności na X, bo tam mam profil pod moim imieniem i nazwiskiem. To są ludzie, którzy zgłosili się, żeby mi pomóc i robią to za darmo. To jest ogromny dar z ich strony.
AP:Czyli, psychoterapeuta, psychiatra pracują po prostu za darmo z panem?
KR: Tak, natomiast nie wiem, czy nie jest za późno, ponieważ w moim przypadku brak pracy i brak zarabiania od pięciu lat spowodował, że mam ogromne problemy finansowe. Wkrótce stracę dom prawdopodobnie, bo nie mam ciągle pracy. Byłaby możliwość, żebym spłacał ten dom. Strasznie chaotycznie mówię, ale to są emocje. To jest moja ojcowizna i bardzo by mi zależało na tym, żeby go uchronić. Wygrałem proces z bankiem, to znaczy miałem kredyt w euro i sąd uznał, że umowa jest nieważna. Natomiast muszę oddać kapitał pomniejszony o raty. W efekcie będą to raty, bo sąd może rozłożyć maksymalnie na pięć lat.
Oznacza to, że nieznacznie ponad pięć tysięcy złotych musiałbym płacić co miesiąc przez pięć lat. Ale to nie jest tylko to. Moje problemy to są różne raty, chwilówki, bo jechałem już na chwilówkach. Już nawet nie chcą mi chwilówek dawać, taka jest moja sytuacja. Bez przerwy dzwonią windykacje i teraz naprawdę się zrobiło bardzo trudno. Pewnie mnie po prostu, może nie tyle psychicznie, ale wykończą. Myśli samobójcze już odeszły, bo był taki czas, że naprawdę nie chciałem już żyć. Wyszedłem jednak z założenia w pewnym momencie, że nie ja sobie dawałem życie i nie mam prawa go odbierać, w związku z tym po prostu czekam na to, aż to gruchnie, aż dostanę jakiegoś raka.
AP:Nie, proszę tak nie mówić. Nie zgadzam się.
KR: Ale tak to działa. Przecież stres jest jednym z czynników rakotwórczych.
AP: I to wszystko z powodu tego, że postawił się pan TVN-owi, a właściwie takim nagannym praktykom jak łamanie prawa człowieka, które tam występowało.
KR: Mam pewną satysfakcję, bo normalnie jak ktoś się stawia bandziorom, to go zastrzelą i na drugi dzień go nie ma. Ja już pięć lat nagłaśniam sprawę patologii i przestępstw w ich wykonaniu. Sens był taki, żeby ludzie poznali prawdę na ich temat.
AP:Widzowie oglądają takie uśmiechnięte, gładkie twarze gwiazd TVN-u i te śliczne obrazki, no to myślą sobie, że jest inaczej. Co pan by im teraz powiedział?
KR: Proszę pamiętać, że niektórzy z nich są wnuczkami, czy synami wysokich funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, o czym też się dowiedziałem dopiero wtedy, jak zacząłem z nimi walczyć. Co ja mogę im powiedzieć? Że na ich miejscu bym się wstydził pokazać na wizji? Przecież oni te same wartości przekazują na wizji, które reprezentowali ich rodzice czy dziadkowie. Jeżdżą bez prawa jazdy, bo ich to nie dotyczy. Nie płacą podatków, bo ich to nie dotyczy. Milczą, kiedy ktoś mówi na antenie, że śmierć Polaka to jest taka normalna rzecz, a śmierć Żyda jest czymś ważniejszym, takim metafizycznym. Co ja mam im powiedzieć?
AP:Niech nasi odbiorcy sami pomyślą, co wybierają, jaki kanał. Panu życzymy siły i proszę się nim poddawać. A na iksie szukamy Kamila Różalskiego.
CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko atakom fizycznym na dziennikarzy podczas wykonywania przez nich pracy zawodowej, czego jaskrawym przykładem jest zachowanie prezydenta Legnicy 27 października 2025 r. podczas burzliwej sesji Rady Miasta Legnica. Zachowanie polityka narusza zasadę wolności słowa. CMWP SDP wspiera dziennikarza broniąc jego niezależności i prawa do relacjonowania nawet najbardziej kontrowersyjnych konfliktów społecznych i zapowiada, iż udzieli mu nieodpłatnej pomocy prawnej w przypadku eskalacji sporu z politykiem.
Do zdarzenia doszło podczas sesji Rady Miasta Legnica w poniedziałek 27.10.25 r. Na tę sesję przyszli przedstawiciele tej części mieszkańców Legnicy, którzy chcą przywrócenia obecności Krzyża, najważniejszego symbolu chrześcijaństwa do sali obrad. Krzyż, który wisiał w tej sali od lat 90. ub. wieku, został zdjęty w czasie remontu w sierpniu br. i arbitralną decyzją Macieja Kupaja, prezydenta Legnicy (Platforma Obywatelska) nie został tam powieszony z powrotem po zakończeniu remontu . Na sesji pojawiło się kilkadziesiąt osób, które zdaniem przedstawicieli prezydenta transparentami i głośnymi okrzykami zakłócały obrady domagając się powrotu Krzyża. Jak wyjaśniali społecznicy, ich protest spowodowało radykalne oświadczenie Macieja Kupaja, który zapowiedział kilka tygodni temu, że nie przewiduje ponownego powieszenia Krzyża w sali.
Red. Janusz Życzkowski, reporter TV Republika usiłował relacjonować tę sesję na antenie swojej stacji w tzw. czasie rzeczywistym. Podczas wejścia na żywo w trakcie rozmowy z radnym Adamem Wierzbickim (PiS) prezydent Legnicy brutalnie popchnął dziennikarza zakłócając jego pracę, co widać na nagraniu filmowym udostępnionym przez reportera w mediach społecznościowych. Tymczasem prezydent Maciej Kupaj w wydanym przez siebie oświadczeniu przedstawia się jako ofiara rzekomo „agresywnego dziennikarza” Janusza Życzkowskiego i zapowiada przy tym skierowanie sprawy przeciwko niemu do prokuratury. Jest to klasyczna manipulacja faktami, która z agresora ma uczynić ofiarę i która – często skutecznie – ma odwrócić uwagę od istoty sporu – usunięcia Krzyża z sali obrad Rady Miasta po ponad 30 latach jego obecności w tym miejscu.
CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko takim działaniom samorządowej władzy wykonawczej w Legnicy, jaką zaprezentował prezydent tego miasta w stosunku do dziennikarza. Naruszają one zasadę wolności słowa i niezależności dziennikarskiej .
CMWP SDP zwraca także uwagę na wyjątkowo negatywny wpływ takiego zdarzenia poziom debaty publicznej w Polsce. Red. Janusz Życzkowski reprezentuje TV Republika, stację, wyjątkowo negatywnie traktowaną przez rządzącą koalicję. Reporterzy tej telewizji nie są wpuszczani na konferencje prasowe premiera ani ministrów, regularnie nie otrzymują też akredytacji, a ze strony rządzących polityków są przedmiotem nieustannych ataków słownych w mediach tradycyjnych i społecznościowych. W ocenie SDP jest to sytuacja zagrażająca wolności słowa w Polsce. Fizyczne ataki na dziennikarzy prowadzą bowiem m.in. do uruchomienia mechanizmu autocenzury w mediach czyli samoograniczania się nie tylko przez osobę, która została poturbowana, ale także przez innych dziennikarzy, po to by nie podejmowali w swoich publikacjach trudnych problemów społecznych, a odpowiedzialnym za to politykom by nie zadawali trudnych i niewygodnych dla nich pytań. W oczywisty sposób niszczy to zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efektmrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie polskiego prawa mediów, jak i innych krajów, jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi. Wyjątkowo bulwersujące w opisywanej sytuacji jest to, iż działanie takie akceptują członkowie partii , którą reprezentuje Prezydent Legnicy (PO), którzy świadomie manipulowały i deprecjonowały osobę poszkodowanego dziennikarza w mediach , także w mediach społecznościowych. CMWP SDP stanowczo podkreśla, iż takie traktowanie dziennikarza w pracy jest nieakceptowalne. CMWP SDP stanowczo domaga się wyjaśnienia wszystkich okoliczności tego zdarzenia i zapowiada, iż udzieli nieodpłatnej pomocy prawnej dziennikarzowi, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Anna Popek: Janusz Życzkowski, który stał się twarzą dziennikarza pierwszej linii frontu. Ciebie pokazywaliśmy, kiedy próbowałeś się dostać na konferencje prasowe premiera. Dotyczyło to zarówno powodzi, jak i innych ważnych wydarzeń na Dolnym Śląsku, bo ten region obsługujesz. Pierwszy pokrzywdzony fizycznie dziennikarz podczas kampanii prezydenckiej. Opowiedz o tych najgroźniejszych momentach. Jak to jest być w tłumie nienawistnych ludzi, którzy chcą Ci odebrać głos?
Janusz Życzkowski: Unikam takiego sformułowań: pierwszy pokrzywdzony czy jedyny, bo było nas więcej.
AP: Ale pierwsza linia frontu, to się zgadza i można uznać, że dziennikarstwo stało się już dziennikarstwem wojennym niemalże.
JŻ: Warunki były skrajnie niesprzyjające, bo pracujesz w otoczeniu osób, które bardzo źle, negatywnie na Ciebie reagują. Również na mikrofon z kostką Republiki, który trzymasz w ręce. Ale to jest kampania, to są ważne wydarzenia, które też trzeba pokazać. W pewnym sensie czekamy na nie. Jeśli żyjemy w państwie demokratycznym, a wybory uważamy za święto demokracji, to w tym wszystkim niezwykle istotna jest rola mediów. To jest zadanie, by wszystko, co dzieje się w kampanii pokazać. I udział w wiecach wyborczych jest czymś zupełnie naturalnym, a nawet koniecznym i oczywistym.
AP: Właściwie to warunek sine qua non demokracji. Bez tego się nie da szeroko, czy też obiektywnie opowiedzieć.
JŻ: Dziś żyjemy w okolicznościach skrajnie rozognionych, w czasie dużej polaryzacji. Zdajemy sobie z tego sprawę. Zdajemy sobie sprawę też z pewnego niebezpieczeństwa z tym związanego. Choć raczej nie do końca. To, że ktoś krzyknie, to, że ktoś ma jakiś złośliwy komentarz, to, że spotykamy się z tą złą emocją w sieci, w internecie, to już są sytuacje, do których chyba się przyzwyczailiśmy. Niestety. Jednak dla mnie nowością były sytuacje, z którymi miałem do czynienia podczas wieców wyborczych. Było dwóch głównych kontrkandydatów. Mówiąc konkretnie chodzi o kandydata związanego z obozem, który sam nazywa się obozem demokratycznym. Jego zwolennicy zachowywali się poniżej jakichkolwiek standardów: było przepychanie, popychanie, kopnięcia, no i także te wydarzenia, które być może naszym widzom są dobrze znane z Wielunia. Tam doszło wprost do ataku na dziennikarza. Nawet nie mówię o sobie imiennie, nie traktuję tego wydarzenia w ten sposób. Jestem jednym z dziennikarzy, którzy pracują w naszej redakcji. W naszej redakcji pracuje oczywiście bardzo dużo osób, również w terenie, którzy uczestniczą bezpośrednio w wydarzeniach. To co wydarzyło się w Wieluniu, w tamtym momencie mnie zaskoczyło, co widać na nagraniach. Widać też bardzo dużo emocji i takiej głębokiej niezgody na to, co mnie spotkało. Ale tak jak powiedziałem, to mogło spotkać każdego dziennikarza i spotykało w kolejnych dniach.
AP: A czy wcześniej miałeś do czynienia z takimi zachowaniami? Widziałeś coś takiego przy poprzednich kampaniach prezydenckich, czy konferencjach prasowych?
JŻ: Nie przypominam sobie, prawdę mówiąc. Do tej pory miałem przekonanie, że dziennikarz, który jest z kamerą, z mikrofonem, nawet jeśli reprezentuje redakcję, która nie jest przez otoczenie lubiana czy akceptowana, to jednak traktujemy dziennikarzy jako ludzi w pracy. Wykonują zadania, więc się im nie przeszkadza po prostu.
AP: Pomijam, że traktujemy drugiego człowieka z jakimś elementarnym szacunkiem i kulturą. Nawet jeżeli ma on inne poglądy. Przecież oni to wszystko deklarują, że można mieć różne poglądy i musimy tylko nauczyć się rozmawiać, wyciągać wnioski i tak dalej. Po czym, kiedy stajesz między nimi, to do mnie dotarło, że sześć szczekaczek znalazło się wokół ciebie i wszystkie krzyczą ci do ucha, kiedy ty próbujesz coś powiedzieć, czy coś nagrać. To przecież jest fizyczny ból związany z falą akustyczną.
JŻ: To była jakaś przedziwna strategia sztabowców, żeby zakrzyczeć. Zakrzyczeć, uniemożliwić przeprowadzenie relacji czy zarejestrowania wystąpień przeciwników politycznych. Na wiecach zawsze jest tak, że pojawiają się jedni i drudzy. Taka jest dynamika tego rodzaju spotkań. Tutaj mamy do czynienia z atakiem na dziennikarza podczas wiecu. Sławomir Nitras, chyba szef sztabu czy jeden z rzeczników, był na tyle zaangażowany w prowadzenie kampanii, że sam uderzył w mikrofon.
AP: Czyli dochodziło do ataków fizycznych? I to nie ze strony zwykłych obywateli, którzy mogli być pod wpływem emocji, których nie kontrolują, tylko ze strony funkcjonariuszy, ludzi pełniących role publiczne w tym wydarzeniu.
JŻ: Tak, przykład idzie też z góry i tak na to trzeba patrzeć. Skoro politycy zachowują się w ten sposób, kiedy zachowuje się w ten sposób jeden z głównych sztabowców…
AP: To rozwścieczony tłum powtarza to zachowanie.
JŻ: Tak i podczas tego samego wiecu ktoś podszedł i kopnął mnie z tyłu w nogę.
AP: A czy zniszczono Ci sprzęt?
JŻ: To było w Wieluniu. Tam jeden z uczestników, chyba zaangażowany w takie różnego rodzaju akcje, pociągnął za statyw, zrzucając go na ziemię. Sprzęt upadł na chodnik, roztrzaskał się. W tym momencie uniemożliwiono mi prowadzenie pracy dziennikarskiej.
AP: A zgłosiłeś się na policję?
JŻ: Tak, ten temat został zgłoszony na policję. Początkowo policja chciała umorzyć to postępowanie. Przysłano taką informację, że nie można wykryć sprawcy zniszczenia. Pozostało opublikować nagranie z tego zdarzenia, gdzie było wyraźnie widać, kto chwyta za sprzęt, kto dopuścił się tego zachowania. Sam kandydat podczas tego zajścia próbował odwrócić przebieg zdarzenia i sugerował, wręcz oskarżając mnie, że to ja jestem agresorem, że to ja napadam na niego, na jego otoczenie.
AP: Wszystko poza prawdą miał po swojej stronie, czyli świadków sprzyjających i policję.
JŻ: Tak, natomiast podczas tego samego wiecu, kilkanaście minut wcześniej dostałem informację, że będę mógł porozmawiać z kandydatem na prezydenta. Miałem takie wrażenie, że kiedy rozeszła się informacja, że na miejscu jest reporter Republiki, wiec szybko przerwano i właściwie ewakuowano Rafała Trzaskowskiego z Wielunia. Problem w tym, że ja stanąłem na drodze i bardzo chciałem zadać pytania. Dodam tylko, że w tamtym momencie to było naprawdę istotne, by Rafał Trzaskowski odpowiedział na pytanie.
AP: Jakie to było pytanie?
JŻ: To miało być pytanie o jego udział w debacie, którą kolejnego dnia organizowaliśmy w Końskich. Czy została podjęta decyzja o udziale Rafała Trzaskowskiego w tym spotkaniu? Wiemy, że nie wziął. Zresztą cała strategia tej kampanii, tego konkretnego kandydata to była jakaś próba uników kontaktów z mediami. Uników konfrontowania się z opinią publiczną w sposób, na który nie ma się wpływu. Tam było jednak bardzo dużo kreacji, bardzo dużo wyreżyserowanych spotkań. Tak to miało wyglądać, a my robiliśmy wszystko, żeby pokazać jak jest naprawdę. Co dany kandydat myśli, co chce zaproponować Polakom.
AP: Czy czułeś się zagrożony, jak tam byłeś między tymi ludźmi?
JŻ: Ja o tym nie myślałem w tych kategoriach. Obawiam się, że na kolejnych spotkaniach ta myśl może już mi towarzyszyć. Sam poczułem, czym może skończyć się spotkanie z ludźmi, którzy nie szanują naszej pracy i nie zgadzają z nami. Teraz pomyślę dwa razy. To jednak nie wpłynie na brak mojej dziennikarskiej determinacji w konkretnych sytuacjach. Taka jest rola dziennikarzy. My musimy być w różnych miejscach, nawet jeśli one są dla nas skrajnie nieprzychylne.
AP: Tylko chyba następnym razem będziesz musiał porządny rycerski hełm założyć, bo dodajmy, że nietykalność cielesna już poszła do lamusa. Zniszczono ci okulary? Czy one gdzieś przepadły? Ktoś je ukradł?
JŻ: One spadły na ziemię i według osób, które później mnie o tym poinformowały, zostały odłożone, na parapet jakiejś kamienicy. Kiedy tam podeszliśmy, to już ich nie było. Później dowiedziałem się, że ktoś mógł je zabrać, bo zniszczone okulary, ponoć w kontekście możliwości kwalifikacji czynu, dodają powagi zarzutom. Mogły być dowodem i mogłyby spowodować, że waga tej napaści byłaby większa.
AP: Jeszcze jedno, mnie interesuje. Co ci mówili, jak próbowałeś wejść na konferencje prasowe, które z reguły są dla prasy dostępne, a nawet dla wszystkich. Dotyczyły sztabu kryzysowego przy powodzi we Wrocławiu. Pamiętam scenę, gdzie zostałeś dość brutalnie odepchnięty od drzwi i nie wpuszczony do sali. Co mówili ci wszyscy oficjele, którzy przecież twierdzą, że działają zgodnie z prawem i w ramach praworządności. Dlaczego nie mogłeś wejść na konferencję prasową?
JŻ: To nawet nie była konferencja prasowa, ta sytuacja, o której mówimy. To był sztab zarządzania kryzysowego w czasie klęski żywiołowej, która dotknęła południowo-zachodnią Polskę. Ja byłem po nocy przespanej w samochodzie, w Głuchołazach, które były odcięte komunikacyjnie. Byłem po doświadczeniu powodzi, po dziesiątkach rozmów z mieszkańcami, którzy byli przerażeni, którzy stracili dobytek swojego życia. I z tą emocją dramatu, który tam się wydarzył, jechałem do Wrocławia na posiedzenie sztabu z udziałem premiera Rzeczpospolitej Polskiej, urzędnika państwowego i innych urzędników, którzy mieli przekazywać tam najważniejsze informacje dotyczące kolejnych działań. Chodziło o skalę zniszczeń, co się wydarzy, jaka jest także perspektywa, bo woda szła dalej. I tam na miejscu, kiedy przyjechałem, dowiedziałem się, że nie ma mnie na liście akredytowanych dziennikarzy. Wydało mi się to wręcz nieprawdopodobne, że w takich okolicznościach, w takiej sytuacji można być tak małostkowym i tak potraktować medium, które dociera do milionów odbiorców.
AP: A czy inni dziennikarze tam weszli?
JŻ: To było najsmutniejsze. Ja nie zrezygnowałem z wejścia do środka. Uznałem, że moją rolą jest dostać się do środka, by przekazywać te informacje. I w momencie, kiedy zostały otwarte drzwi dla prasy, ci wszyscy dziennikarze, jak takie pokorne trusie, jeden za drugim ze spuszczonymi głowami wchodzili do środka, widząc mnie szamoczącego się z funkcjonariuszami ochrony. Tam przyszła jeszcze ochrona z urzędu. I to było takie uderzające. To jest też obrazek, który zapamiętam z tego zdarzenia. Koleżanki, koledzy, bo znamy się przecież z pracy, z obsługi różnych wydarzeń, którzy nie mieli w sobie żadnej refleksji związanej z tym, co się dzieje. To już samo w sobie dla nich powinno być powodem do publikacji, do przygotowania materiałów o tym, jak w nieodpowiedzialny sposób zachowuje się ta władza. Bo to, że jest brutalna, arogancka, to może jest publicystyka. Jeden oceni to tak, drugi inaczej. Ale w tych konkretnych okolicznościach zachowali się po prostu nieprzyzwoicie.
AP: Jak będą wyglądały kolejne kontakty Telewizji Republika z premierem czy z jego otoczeniem? Czy coś się zmieni? Czy oni dostrzegą, że to jest błędna droga, czy będą szli nią dalej?
JŻ: Coś zmienia się dziś, bo przy spadających sondażach być może komuś towarzyszy już refleksja, że to jest broń obosieczna. Jeśli odcinamy największą informacyjną stację telewizyjną od kontaktu z urzędnikami, bo to są urzędnicy, ale też politykami, to ludzie to widzą. Zresztą ta niezwykle wysoka oglądalność naszej stacji tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Polacy widzą tą niesprawiedliwość i odbierają to jako próbę tuszowania rzeczywistości, fałszowania jej, oraz że tak dalej być nie może. Mamy ostatnio konferencje, na których już się pojawiamy. Mamy możliwość, w niektórych przypadkach zadawania pytań. Czy to będzie trwała tendencja? Zobaczymy. Na razie pracujemy dalej i nawet jeśli nie jesteśmy wpuszczani, zawsze próbujemy dostać się zgodnie z zasadami, które obowiązują.
AP: Albo mówicie o tym, że nie jesteście wpuszczani, co też ich denerwuje. Czego oni się boją? Czego się bali? Czy trudnych, niewygodnych pytań, czy też takich lekko krytycznych?
JŻ: Myślę, że cały ten układ władzy, z którym mamy dziś do czynienia, nie jest tak hermetyczny. Część środowiska politycznego, nigdy się na to nie zgadzała. Część dziś zaczyna zmieniać zdanie. Próbowano pewnego zanegowania środowisk, z jednej strony politycznych, a z drugiej dziennikarskich, które od lat funkcjonowały. Usiłowano wymazać nas ze świadomości Polaków. To rodzaj jakiegoś utopijnego działania, tak oceniam, które miało do tego doprowadzić.
AP: Nie ma ich w telewizji, to znaczy, że nie ma ich wcale. Nie zadają pytań, to znaczy, że nie mają o co zapytać. Nie mają kamery, to znaczy, że nie mają co pokazywać. A to, że kamera jest przez nich zniszczona, a materiał zatrzymany, to inna sprawa.
JŻ: Próbowali zamilczeć to, wymazać, a na wiecach zakrzyczeć. Jedna i druga droga zawiodła. Teraz widzimy jakiś kolejny etap, ale co będzie dalej zobaczymy.
AP: Na razie dziennikarzom czy fotografom grożą wielkie kary finansowe, grożą kary więzienia, więc ten proces jeszcze trwa. Ale my jesteśmy też od tego, żeby na to patrzeć. Czy uda się zatrzymać ten proceder? Zobaczymy.
Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Cnetrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz kategorycznie potępiła ataki Krzysztofa Kontka na redaktor naczelną portalu wPolityce red. Marzenę Nykiel. Dziennikarka pisała o krytycznych uwagach środowiska muzycznego po ogłoszeniu werdyktu jury w XIX Konkursie Chopinowskim. Dr Krzysztof Kontek, który teraz pisał regulamin oceny konkursu, wcześniej dał się poznać jako krytyk wyboru Karola Nawrockiego na Prezydenta RP.
Krzysztof Kontek przedstawiajc się jako wybitny naukowiec nie chciał w czerwcu przyjąć do wiadomości zwycięstwa Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich. Przedstawiał swoją „teorię” popartą skomplikowanymi wyliczeniami, według której Karol Nawrocki popierany przez PiS przegrał z kandydatem PO Rafałem Trzaskowskim. Teorii owej nie nie uznali wyborcy i nie uznała Państwowa Komisja Wyborcza potwierdzając wygraną Nawrockiego. A dr Kontek był obiektem żartów nie tylko w gronie wyborców obecnego prezydenta, ale i w środowisku naukowym.
Mimo kompromitacji naukowca w polityce, Kontek wziął się za kulturę. Muzycy narzekaja, że naukowiec – delikatnie mówiąc – nie przysporzył popularności najbardziej prestizowmu konkursowi pianistycznemu. „Narodowy Instytut Fryderyka Chopina postanowił przeprowadzić totalną zmianę systemu punktacji i powierzył to zadanie Kontkowi, który jest jednym z autorów nowego regulaminu i systemu oceniania” – napisano w portalu wPolityce.
„O szczegółach tego przedsięwzięcia opowiada on w obszernej rozmowie z >>Gazetą Wyborczą<<: Dostałem na to zlecenie z Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina. Nawet dwa zlecenia, bo pierwsze było na analizę wyników poprzednich edycji. Tam już od pewnego czasu dojrzewała myśl o wprowadzeniu zmian w sposobie oceniania” – napisali dziennikarze wPolityce. Redaktor naczelna portalu opublikowała kilka artykułow, w których przedstawiła krytykę muzyków i muzykologów wobec zmian Kontka w regulaminie oceny XIX Konkursu Chopinowskiego.
Nie ma sensu przytaczać w sdp.pl inwektyw, którymi obrzucił Marzene Nykiel dr Krzysztof Kontek, ale jedno jest pewne, nawet nie przepadający za portalem wPolityce reprezentanci koalicji skrytykowali naukowca za te słowa.
Prezes SDP Jolanta Hajdasz przyłączyła się do wyrazów wsparcia redkator naczelnej wPolityce. SDP jest przeciw takim atakom . Wulgarne słowa to juz nie krytyka. Wspieramy redaktor Marzeną Nykiel – powiedziała szefowa SDP potępiając atak Kontka na redaktor Nykiel
Portal wPolityce zauważałył, że naukowiec przekroczył wszelkie bariery krytyki. „Krzysztof Kontek, zamiast w kulturalny sposób przedstawić swoje uwagi do artykułu red. Marzeny Nykiel na temat wątpliwości wokół wyników XIX Konkursu Chopinowskiego, zdecydował się obrażać dziennikarkę. Teraz Kontek musi liczyć się z konsekwencjami swojego ataku” – ocenił portal.
Władze spółki Fratria wydały w tej sprawie oświadczenie. „Spółka Fratria oraz redaktor naczelna portalu wPolityce.pl kierują akt oskarżenia przeciwko Krzysztofowi Kontkowi, który w niezwykle brutalny sposób znieważył redaktor Marzenę Nykiel. Zdaniem prawników spółki Fratria doszło do tak zwanej wulgarnej zniewagi, na którą nie powinno być miejsca w domenie publicznej i która podlega karze” – podano.
„Krzysztofa Kontka, który niedawno brylował w liberalno-lewicowych mediach w sprawie rzekomo sfałszowanych wyborów, rozwścieczył artykuł Marzeny Nykiel, redaktor naczelnej portalu wPolityce.pl na temat kontrowersji wokół wyników XIX Konkursu Chopinowskiego. Kontek zamieścił wpis pełen obrzydliwych, wulgarnych wyzwisk pod adresem naszej redaktor naczelnej” – napisano w oświadczeniu spółki Fratia.
Po zmianie rządu w grudniu 2023 temat wolności słowa i mediów stał się wyjątkowo aktualny, a wręcz newralgiczny. Nawet przeciętny obserwator może odnieść wrażenie, że obecna sytuacja mediów i organizacji takich jak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wygląda tak, jakby ktoś nas zmusił do gry terenowej w lesie, z tym, że my tzn. dziennikarze i media prawicowe mamy się chować po krzakach, a nasi przeciwnicy gonią nas biegając po tym samym lesie z karabinami i mogąc do nas strzelać, ale teoretycznie wszyscy gramy wg tych samych reguł i uczestniczymy w tej samej grze– powiedziała Jolanta Hajdasz w czasie panelu dyskusyjnego „Polska wolność – przedsiębiorczość , nauka, edukacja, kultura, media” , który kończył pierwszy dzień obrad Konwencji Programowej Prawa i Sprawiedliwości, jaka odbyła się w dniach 24-25 października w Katowicach. Wzięło w niej udział kilka tysięcy osób, odbyło się w niej ponad 130 dyskusji tematycznych .
Była to trzecia konwencja programowa Prawa i Sprawiedliwości z cyklu „Myśląc Polska”. Pierwsza była przeprowadzona w lipcu 2015 roku między wyborami prezydenckimi, które wygrał Andrzej Duda, a parlamentarnymi, w których PiS uzyskał większość mandatów w Sejmie i Senacie stając się pierwszym ugrupowaniem politycznym po transformacji 1989 roku, które mogło sprawować samodzielne rządy.
Druga konwencja programowa odbyła się przed wyborami w 2019 roku. Tegorocznej konwencji przyświeca cel odbudowania tego wszystkiego, co przez ten tak krótki czas niespełna dwóch lat zostało przez rząd Donalda Tuska zniszczone – napisał Jarosław Kaczyński we wstępie do Agendy programowej konwencji .
Jolanta Hajdasz została zaproszona do udziału w trzech panelach dyskusyjnych. Wspomniany we wstępie pierwszy z nich dotyczył szeroko rozumianej wolności, w tym wolności słowa i mediów. Odbył się on w sali głównej Centrum Kongresowego katowickiego Spodka. Obok prezes SDP wypowiadali się na ten temat : Zdzisław Krasnodębski, Magdalena Gawin, Dominika Chorosińska, Konrad Banecki, Andrzej Biernacki i w charakterze moderatora dyskusji posłanka Joanna Lichocka. Drugi panel z udziałem SDP prowadzony także przez Joannę Lichocką dotyczył szeroko rozumianej reformy mediów publicznych, uczestniczyła w nim red. Dorota Kania , Witold Kołodziejski, Jacek Kurski i Jolanta Hajdasz. Trzecia dyskusja ogniskowała się wokół zagadnień wiązanych m.in. z własnością mediów i ich koncentracją . Jakie są konsekwencje dominacji zagranicznego kapitału dla suwerenności informacyjnej Polski? Czy media powinny być traktowane jako element infrastruktury krytycznej państwa? Czy państwo powinno mieć narzędzia do ochrony przestrzeni medialnej przed wpływem zewnętrznym? – to pytania, na które wraz z Jolantą Hajdasz odpowiadali uczestnicy dyskusji tj. Wojciech Surmacz, Michał Białek, Maciej Chudkiewicz, Dariusz Stefaniuk i poseł Paweł Lewandowski jako moderator.
Anna Popek: Robert Kwiatek, fotoreporter, związany także z działalnością opozycyjną, od wielu lat, mieszkający w Gdańsku. To ty sfotografowałeś słynnego Batmana, który wywiesił baner z napisem „Byle nie Trzaskowski”. Wydawałoby się, że to normalna reporterska robota. Coś się dzieje, od razu automatycznie obiektyw skierowany jest w to miejsce, na to wydarzenie, po to żeby uwiecznić. Czy dobrze myślę? Czy tym razem to już tak nie działa?
Robert Kwiatek: Ja też tak myślałem. Całe życie tak myślałem. Działając w podziemiu, wydawaliśmy gazetki, stosowaliśmy pseudonimy, ukrywaliśmy się. Miałe pseudonim Jacek, ale używałem też innych, śmiesznych, zabawnych na przykład Kapitan Kloss. Takie były ówczesne zasady gry. Później mieliśmy Polskę, umownie mówiąc, wolną i za jej czasów, dziennikarze też nie mieli lekko. Mnie jako fotoreportera zatrzymywano, stawiano mi zarzuty, np. za rzucanie kamieniami w autokar niemiecki po meczu, gdzie ja robiłem zdjęcia. Innym razem byłem zatrzymany i siedziałem za próbę uwolnienia kibiców, gdzie też robiłem zdjęcia. Metoda wtedy była trochę inna. To znaczy policjanci, już nie milicjanci, próbowali odebrać mi film. Ja się mogę szczycić tym, że zawsze zdążyłem podmienić film w aparacie. Kiedyś były filmy w aparatach. Warto to pamiętać, bo dzisiaj są karty. Udawało mi się podmienić i nigdy nie zabrano mi filmu ze zdjęciami, które potem były w gazecie z małym opóźnieniem, bo nie od razu po np. meczu. Następnie otrzymywałem z prokuratury uzasadnienie, że ten film odebrany był tak istotny jako materiał dowodowy, że oni sankcjonowali to, że mi policjanci siłą odbierali ten film.
Takie metody też bywały, czyli próby utrudnienia robienia zdjęć, odpychania, zasłaniania, to się w naszym fachu zdarzało i zdarza. Czasem się oberwało kamieniem, a czasem pałką. W pewnym sensie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Teraz wkroczyliśmy w nowy etap, z którym ja się nie spotkałem, nie liczyłem i nie spodziewałem, że będziemy o czymś takim rozmawiali. To znaczy w majestacie prawa dano narzędzia różnym funkcjonariuszom publicznym, czyli policjantom również, do ścigania dziennikarzy w momencie, gdy opublikują ich wizerunek. Zazwyczaj w sytuacji niekorzystnej. Fotografowałem kiedyś pięciu policjantów kopiących kibica, uważałem, że to są bandyci. Z dumą pokazywałem dwóch policjantów, którzy się naparzali z pięcioma gangsterami i dla mnie to byli bohaterowie i nie było żadnego problemu. Natomiast dzisiaj uzyskali oni narzędzie do tuszowania swoich wszelkich nadużyć. Zgodnie z definicją prawa, które w tej chwili stosują prawnicy, funkcjonariusz publiczny nie tylko policji, również polityki – jego wizerunek jest chroniony.
Anna Popek fot. SDP
AP: Z jakiego paragrafu jest chroniony? Jakie to jest prawo? Jakie to jest narzędzie?
RK: To jest narzędzie, o którym nie wiedziałem, ono niedawno weszło. To wynika chyba z tego, że nie dostosowano naszych przepisów do przepisów unijnych. Wprowadzono nam RODO. My dziennikarze znamy prawo prasowe i wiemy, jak się nim posługiwać, wiemy, kogo możemy fotografować, w jakich sytuacjach, na jakich zasadach. Ja się do tego stosuję. Funkcjonariuszy publicznych na służbie można było fotografować i pokazywać ich wizerunek. Owszem, funkcjonariuszy kryminalnych zazwyczaj grzecznościowo nie pokazywaliśmy. Zasada była taka, że gdy akcja jest dynamiczna i trzeba puścić szybko materiał, nie ma czasu na blurowanie. To raczej obowiązkiem funkcjonariusza jest zasłanianie swojej twarzy, jeżeli nie chce być pokazany publicznie podczas interwencji. Policjanci robią to stosując maski, kominiarki i to jest też naturalne.
Robert Kwiatek fot. SDP
Natomiast funkcjonariusz sam się nie chroni, a wymaga tego ode mnie. Raczej to jest grzeczność z mojej strony. Jeżeli materiał idzie na żywo, nie ma w ogóle takiej możliwości. RODO daje każdemu obywatelowi, w tym funkcjonariuszowi i politykowi, prawo do ochrony własnego wizerunku. Nasze prawo prasowe, które znamy, które studiowaliśmy i stosujemy, może być różnie przez sądy interpretowane. Raz może być na naszą korzyść, tak jak orzekł TSUE, który wypowiedział się w tej sprawie. Jednak każdy nasz sąd indywidualnie w zależności od upodobań politycznych, czy lubi tego dziennikarza, czy nie lubi, może w różny sposób sobie to interpretować.
AP: Rozumiem, że jak się zrobi zdjęcie politykowi w sejmie na przykład, marszałkowi albo premierowi, to on też może powiedzieć, że naruszono jego dobra osobiste?
RK: Tak, jeżeli przejdzie ta definicja przez sąd, a może tak się zdarzyć. Definicja, na którą powołują się funkcjonariusze policji, że RODO ich chroni. No bo chroni, więc jeżeli on się powoła na RODO, a sąd to uzna, to ten człowiek jest w prawie. Jeśli dziennikarz nie ma podpisanej deklaracji ze zgodą na użycie tego wizerunku, no to w tym momencie powinien liczyć się z konsekwencjami od każdej sfotografowanej osoby. Nawet na koncercie, gdy fotografuje grupę ludzi. Do tej pory myślałem, że grupę ludzi mogę fotografować. Do tego w prawie nie jest określone od jakiej cyfry ta grupa się zaczyna i to też sędziowie mogą różnie interpretować. Przyjęło się, że od trzech to już jest grupa. Załóżmy, że kamerą zrobimy scenę publiczności bawiącej się na koncercie. 500 osób i z tych 500 osób ktoś nagle uzna, jakaś kancelaria prawna, że fajnie byłoby wyciągnąć pieniądze od telewizji takiej czy innej. Na biletach nie będzie oświadczenia o RODO, więc pójdą do sądu, z powództwa cywilnego założą sprawę i wyciągają kasę i to będą duże pieniądze.
AP: Ale przecież to paraliżuje w ogóle jakikolwiek sposób przekazywania informacji wizualnej: czy na ulicy zdjęcia zrobione, czy w sklepie jako ilustracja do tematu.
RK: Tak, wszystkie zdjęcia za moment będą zamazywane. Jeszcze te historyczne mogą być ale na nowszych będą wstawiane jakieś buźki zamiast twarzy, co wypacza kompletnie wiarygodność. My jako dziennikarze pokazując zdjęcie jakiegoś wydarzenia uwiarygadniamy się tym, że pokazujemy całą sytuację. Ten ktoś tam był i to konkretnie robił. Oczekuje się od nas, zamazywania wizerunku w sytuacji nieuzasadnionej. Zamazujemy wizerunek, bo takie też jest prawo, gdy „chronimy” umownie mówiąc przestępców. Oni mogą nas zaskarżyć, bo w danym momencie my ich stygmatyzujemy, że są przestępcami, a oni mogą nimi nie być i podadzą nas do sądu. Ale to jest inna sytuacja. Jako dziennikarze też mamy swoje ograniczenia, natomiast wprowadzając przepisy bezmyślnie, bezdusznie, nie dostosowując ich do naszych norm prawnych, ale też i zwyczajowych, nagle doprowadzamy do sytuacji takiej, że ktoś instrumentalnie, tak jak ci policjanci, będzie wykorzystywał to prawo. To może sparaliżować nam pracę oraz misję i sens istnienia mediów.
AP: To będzie dotyczyło Instagrama, Facebooka, czy jakiejkolwiek platformy, bo te zdjęcia, filmy w zasadzie krążyły bardziej w mediach społecznościowych. Wróćmy do Batmana i do tej sytuacji, co tam się wydarzyło?
RK: Był wiec Rafała Trzaskowskiego. Batman pojawił się w oknie hotelu z transparentem „Byle nie Trzaskowski”, czyli typowy happening, których jest pełno w Polsce. Batman stał w oknie, coś tam krzyczał, zainteresowanie było niewielkie, dziennikarze byli skupieni na wiecu Trzaskowskiego. To było w oddaleniu gdzieś 200 metrów, więc nie było mowy o zakłócaniu wiecu. Fotografowałem wiec Rafała Trzaskowskiego na początku, ale zobaczyłem Batmana, widziałem, że żadni dziennikarze, z drobnym wyjątkiem, się tym nie zainteresowali. Udałem się w tamtą stronę. Po zakończeniu wiecu Rafała Trzaskowskiego policja wchodziła systematycznie do tego budynku. Ja nie wiedziałem, że jest to budynek hotelu. I w pewnym momencie Batman zniknął, no to ja wiedziony instynktem dziennikarskim pobiegłem na górę. Liczyłem się z tym, że mnie na dole zatrzymają, ale okazało się, że wbiegłem na samą górę. No i tam usłyszałem hałasy i krzyki. Mnie oskarża 10 funkcjonariuszy, więc pewnie ich tam było 10, a może i więcej, część po cywilu, część mundurowych. Nie wiedziałem kto jest kto.
Próbowałem robić zdjęcia, bo drzwi od pokoju były otwarte. Była szarpanina jakaś, więc próbowałem wchodzić. Rzucił się na mnie jeden z funkcjonariuszy, po cywilnemu, wypychając i łapiąc za aparat. Ja bardzo tego nie lubię. Stawiam opór, bo to nie jest tak, że ja grzecznie się wycofuję. Sytuacja była dynamiczna, ja robiłem zdjęcia. Powiedzmy trzy osoby były od Batmana w tym pokoju hotelowym. Jeden z nich okazał się być też dziennikarzem, ale powiedzmy powiązanym z Batmanem, czyli on nie występował w roli dziennikarza. W Gdańsku jest to znany człowiek. On mnie rozpoznał i powiedział, że oni żądają, żebym absolutnie był obecny, żeby był dziennikarz, że oni mnie zapraszają, że jestem ich gościem hotelowym. Więc ta szarpanina się skończyła. Trwała interwencja funkcjonariuszy policji. Są nagrane filmy i polecam posłuchać sobie. Ludzie od Batmana twierdzili, że oni się włamali, bo nie mieli żadnego nakazu rewizji, niczego. Weszli, stosując swoje techniki. Tam jest zamek na klucz elektroniczny, więc nie to, że wyważyli drzwi, ale w jakiś sposób weszli, gdyż pokój był zamknięty. Tak twierdzili wynajmujący pokój, a policja odwrotnie.
Zażądałem podstawy prawnej do tego wejścia, więc najpierw to była próba zakłócenia wiecu. Ja twierdziłem, że to kłamstwo, bo miejsce jest oddalone i nic nie było słychać, nie było żadnego zakłócenia, więc to nie jest żadna podstawa. To jest wyimaginowane, więc poprosimy o faktyczną podstawę. Jeden z tych policjantów powiedział, że według nich była to próba samobójstwa, i oni interweniowali ze względu na próbę samobójczą. To jest też nagrane i widać, jak potrzebne są media, bo jeżeli ja bym to opowiadał, a nie byłoby to nagrane, nikt by mi dzisiaj nie uwierzył. Wtedy Batman zapytał, czy oni do każdego, kto myje okna, w taki sam sposób wchodzą i interweniują. Żeby było jasne, Batman, nie stał za oknem tylko przed oknem i nie wychylał się. Zresztą wiadomo, że to nie była próba samobójcza. Interwencja była na polecenie, i też nie wiadomo, czyje polecenie, kto wydał rozkaz policji. Rzecznik prasowy później uzasadnił, że interwencja była absolutnie słuszna ze względu na próbę zakłócenia wiecu. W ogóle według nich wszystko jest ok, nikt nie ma zarzutów, nikt nie przepytuje policjantów. Natomiast Batman nie został zatrzymany, nawet nie został wylegitymowany, bo mówił, że dał komuś dokumenty, nie wie komu. Ci policjanci nawet nie spisali Batmana, natomiast wzięli się za fotoreportera, czyli za mnie i żądają 990 tysięcy złotych, łącznie to będzie milion. Żądają też od pani menadżer, która też nagrywała, chyba nawet kwoty większej. Wiem, że jeszcze dołączono do tego wniosku, który ja dostałem, kilku innych dziennikarzy, którzy powielali ten materiał. Łącznie chyba na kwotę miliona złotych, oni chcą tych roszczeń skupić.
AP: A na jakiej podstawie?
RK: Twierdzą, że na podstawie upublicznienia ich wizerunku. Jeszcze żądają przeprosin. Przeprosiny miały być specyficzne w telewizji Republika, na jakimś tam tle, czcionką Times New Roman. Bardzo szczegółowo opisany wręcz taki pozew cywilny. To jest próba ośmieszenia mnie i doprowadzenia do parteru. W moim przekonaniu jest to próba zastraszenia w ogóle dziennikarzy, czy innych ludzi, którzy próbują robić coś niezależnie. Policjanci są bardzo mocno u nas politycznie podlinkowani. Mam informacje ze środowiska policyjnego, a znam tam dość dużo ludzi, mam swoje lata. Komendant miejskiej policji, który niczym się nie może za bardzo poszczycić, powiedział tym funkcjonariuszom, że absolutnie mają mnie dojechać, udupić, i że jak będą koszty jakiekolwiek, to w formie premii, nagród wyrówna.
Komenda Główna Policji, zresztą o czym też się dowiedziałem później, pisze instrukcje długopisami swoich rzeczników, jak mają się zachowywać. To jest nowa metoda, o której my jako dziennikarze nie wiemy. Jest napisane, że funkcjonariusz podczas interwencji, jeżeli jest dziennikarz, ma jasno powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby jego zdjęcie było upublicznione gdziekolwiek, czy materiał filmowy, a jeżeli będzie, to on będzie ścigał z powództwa cywilnego o upublicznienie wizerunku. I to są wręcz oficjalne instrukcje już w tej chwili dla policjantów. I oni zaczynają się stosować do tego.
AP: Czy w swojej karierze fotoreportera, jeszcze za czasów komuny, spotkałeś się z podobnym działaniem?
RK: Nie. Wtedy były prostsze zasady. Albo wyrwali aparat, albo rzucili o ziemię i rozwalili, albo dostało się po zębach. Raczej nie zamykali za to, raczej nie ponosiło się konsekwencji finansowych. No chyba, że się poszło na współpracę i potem te zdjęcia udostępniało. Robiłem wtedy zdjęcia, starając się robić tak, żeby nie było widać, że ja je robię, więc dwie strony miały jakieś tam szanse. Natomiast tutaj jest tak, że w obliczu prawa to jest loteria, na jakiego sędziego się trafi. Jak będę miał sprawę, to chyba na początku powinien zapytać, czy ten sędzia jest z Iustitii, bo w zasadzie, jeżeli jest, to ja powinienem wyjść i powiedzieć, że dziękuję. Ja bardzo mocno nagłośniłem tę sprawę, bo jestem ze starszego pokolenia i za naszych czasów jedyną metodą obrony i walki w podobnych sytuacjach było upublicznienie wszystkiego. Dlatego tak bardzo kocham media, bo uważam, że to jest nasza jedyna tarcza w sytuacji, kiedy ktoś sobie zaczyna za dużo praw uzurpować do czegoś.
Teraz większość spraw dziennikarskich, co ciekawe, jest za zamkniętymi drzwiami. To znaczy, że dziennikarze nie mogą ich relacjonować, nikt się nie może nic dowiedzieć. To jest kolejny element w tej układance. Jeżeli ja przedstawiam swoje racje, mam te racje albo nie mam, opinia publiczna może sobie wyrobić zdanie. W takiej sytuacji nie może sobie wyrobić. Lecą wyroki, jak za czasów głębokiego PRL-u. Sądy, sędziowie posłuszni władzy wydawali wyroki taśmowo. Wtedy nawet mordowano ludzi w majestacie prawa. Tu mam nadzieję, że już tak daleko się nikt nie posunie, ale wykluczyć tego nie można, bo to są ludzie pozbawieni jakichkolwiek zasad. Często spadkobiercy pokoleniowi, rodzinni, albo nawet jeszcze wtedy zasiadający w tych sądach prokuratorów. To jest przerażające.
AP: A co masz teraz zamiar zrobić?
RK: Jestem człowiekiem walki, mnie walka mobilizuje i będę walczył do końca. Nawet, powiem kolokwialnie, do mnie się mnóstwo ludzi zgłaszało, słuchaj, my ci damy te pieniądze, pomożemy. Tu mi ktoś chce dać 10 tysięcy, tu coś, tu coś. Mówią zorganizuj zbiórkę, chociaż okazuje się, że zbiórek też nie można za organizować, bo zamykają.
AP: Zrzutka ostatnio zamknęła zbiórkę dla Samuela Pereiry. Dokładnie w ten sposób.
RK: Jestem człowiekiem honorowym i ja będę walczył do końca z uśmiechem. Nieraz walczyłem z milicją, nieraz zdarzało mi się potykać z policją. Dostawałem fałszywe wyroki, zarzuty, raz byłem zatrzymany. Nawet widziałem siebie, i to też pewnie mi nikt nie uwierzy, ale mam świadków. Pracując w gazecie, chodziłem na komisariaty. Robiłem materiały o różnych ludziach, więc wpuszczano mnie. Byłem może wrogiem publicznym numer jeden, ale musieli mnie wpuszczać. I na jednym z komisariatów Komendy Głównej policji w Gdańsku, widzę w dyżurce listę. Jestem wzrokowcem, patrzę, a tam Robert Kwiatek na pierwszym miejscu. Pytam, co to jest za lista? Policjanci w dyżurce nie wiedzieli, że jestem Robertem Kwiatkiem. Mówią „to są tacy do zabrania prawa jazdy”. Więc te metody działały. Raz byłem zatrzymany, dostałem mandat. Za szybko jechałem, zdarzało mi się, już jeżdżę wolniej. Trzymali mnie pół godziny, mimo że ten mandat przyjąłem. Policjanci wysiedli z radiowozu, podeszli do mnie i powiedzieli, że będę miał wniosek za próbę przekupstwa funkcjonariuszy na służbie… No i jak się wybronię? Nie ma takiej możliwości. Zeznaję dwóch funkcjonariuszy. Ja wiem, że to co opowiadam jest nie do uwierzenia.
Mój brat, który został w pewnym momencie policjantem, przeze mnie nie mógł dostać się do policji. Mistrz Polski, wygrywał zawody w taekwondo, po wojsku, po studiach. To było jego pasją, chciał służyć w policji. W Sopocie powiedzieli, że nie, a w wojewódzkiej powiedzieli, że to przez brata.
Poszedłem, bo znałem komendanta głównego, potem był nawet chyba głównym w Polsce. Pytam, co jak złoży papiery do was, to też go nie przyjmiecie przeze mnie. Zgodził się, żeby przyniósł papiery. Najpierw został odrzucony, ale potem faktycznie go przyjęli. Już jest na emeryturze. Służył i starał się być sensownym, uczciwym policjantem.
On sam, zanim podjął pracę w policji, nie wierzył jak opowiadałem czasami w domu te historie, które są nie do uwierzenia, a mówimy o wolnej Polsce. Uwierzył dopiero kiedy sam za brata dostał mandat. Kwiatek jest łatwe nazwisko do zapamiętania, a wszystko, co najgorsze to byłem ja. Odprawy przed meczami to „uważajcie na Kwiatka”. Nie to, żebym robił z siebie kogoś tam, natomiast był czas, gdzie byłem na mocno czarnej liście. Potem już przestałem pracować w gazecie, ale wszystko, co złe szło na moje konto. To też nie jest tak, że ja policjantów nie lubię, wręcz przeciwnie. Szanuję ich. Jeździłem z grupami operacyjnymi, gdzie wysportowani funkcjonariusze po cywilnemu wchodzili w dzielnice, gdzie naprawdę musieli wyciągać broń.
Ja to fotografowałem, pokazywałem, sam się bałem i takich policjantów chciałbym mieć obok. W tej chwili dużo jest różnych ludzi, którzy z powodów politycznych, bo mają swoje poglądy, czy z powodów nieumiejętności, nieudacznictwa, próbują przykryć to działaniami, które mają spowodować, żeby pewne rzeczy nie zostaną ujawnione. A naszą dziennikarską rolą jest dokładnie wszystko pokazywać – patologie we władzy, w policji, też u siebie, gdziekolwiek. To jest nasza misja ludzi, którzy kochają dziennikarstwo, którzy kochają Polskę i chcą, żeby pewne rzeczy nie miały miejsca. Dlatego o tym mówię, żeby nie powtórzyło w przyszłości, żeby ludzie zobaczyli, że to tak działa.
Dani dziennikarze pracujący dziś w takiej czy innej telewizji, albo dla miasta, czy gdzieś, oni dzisiaj mogą spać spokojnie, bo oni służą tej władzy. Natomiast kiedyś gdzieś tam podpadną w jakiejś sytuacji i ta władza ich dojedzie bez problemu.
AP: Powiedz Robercie, czy myślałeś, że w Gdańsku, gdzie rodziła się wolność, że w stoczni, gdzie takie piękne słowa padały, gdzie papież bywał, że po tylu latach w wolnej Polsce będzie się tak prześladowało ludzi?
RK: Na pewno tak nie myślałem. Wierzyłem w to, że jednym z elementów, który będzie stał na straży wolności, to będą dziennikarze. W Gdańsku, w moim ukochanym mieście, mogę na palcach jednej ręki policzyć dziennikarzy, którzy są i próbują coś robić niezależnie. Dwóch czy trzech jest bardziej aktywnych zakładając swoje portale. To jest wszystko niszowe, niezauważalne przez władzę, dlatego być może im się jeszcze jakoś tam udaje.
Natomiast reszta, jeżeli nie jesteś z nami, nie jesteś zaakceptowany przez nas to… Ja byłem tego przykładem. Znam wszystkich tych ludzi. Pracowałem u Donalda Tuska przez jakiś czas nawet w kancelarii premiera. Latałem samolotem, kiedy latali wtedy z Kaczyńskim, robiąc zdjęcia, bo byłem fotoreporterem rządowym. Dość krótko, bo ja miałem być tam wtedy, kiedy się pojawi POPIS. POPISu nie było i tak wylądowałem w kancelarii, ale potem wylądowałem poza kancelarią, i nie ma żadnego problemu, ale znam tych ludzi. To nie jest tak, że są moimi przyjaciółmi. Znam w Gdańsku wszystkich, a z Gdańska dużo ludzi trafiło też do Warszawy. Znając te osoby mogę opowiedzieć różne rzeczy, widziałem różne sytuacje.
Powstają tak zabetonowane układy, które w pewnym momencie chyba nawet zatraciły, zgubiły jakikolwiek azymut. Pamiętam śp. Pawła Adamowicza, którego bardzo lubiłem. Paweł też był zaangażowany w podziemie. Widziałem, jak on zostawał prezydentem. Był to normalny, fajny chłopak, który się rozwijał. Na początku może był nawet słabym prezydentem, potem się rozwinął, a potem poszedł w takie ścieżki, gdzie nasze drogi się rozeszły.
Człowiek, który zarabia jako prezydent średnie pieniądze, a ja, przez całe życie, zarabiałem zbliżone do niego, bo zapierdzielałem 7 dni w tygodniu – ja się nie dorobiłem w tamtym czasie żadnego mieszkania, on miał z 8. Coś jest nie tak. Myśmy to Pawłowi też mówili. W pewnym momencie doszło do spięcia i po tej sytuacji ja już nie pracowałem w Dzienniku Bałtyckim tylko już działałem niezależnie.
Przez 10 lat nie byłem w Gdańsku. Oczywiście bywałem, bo dzieci są, ale szukałem pracy poza Gdańskiem, gdziekolwiek. Wszystkie zlecenia, które miałem, firmy developerskie, bo dla takich dwóch też pracowałem, nagle się pokończyło i od niektórych też słyszałem, że „było nie zadzierać z Pawłem”.
Tak ten układ działa. Pozwalamy na to, jeżeli nie ma niezależnych mediów, ludzi, którzy się postawią, ale też nie ma odbiorców, którzy w to wierzą. Tak budujemy ten koszmarny system, który oczywiście dla wielu jest piękny i wspaniały. Wartki nurt dla tych którzy są w układzie. Deweloperzy i inni świetnie odnajdują się i korzystają. Natomiast każdy, który patrzy inaczej nie będzie miał wsparcia, żadnej nagrody, wystawy, chyba, że ze swoich pieniędzy coś tam zrobi. Staram się być niezależny od początku do końca i mi to odpowiada, daję sobie radę. 10 lat byłem poza Gdańskiem, wróciłem, pracuję w firmie prywatnej i nie narzekam. Mam dużą frajdę z niezależności i z tego co mogę robić.
Martwię się tylko, że jak sprawę przegram, bo się z tym liczę, to ktoś inny może mieć podobne problemy. Ja też, za moment mogę mieć te same kłopoty. Największym dla mnie problemem jest to, że będę musiał zapłacić takie pieniądz tym policjantom. Gdyby to jeszcze szło na jakąś fundację, to by mniej mnie bolało. Dlatego nie będę robić zbiórki, bo nie mam sumienia prosić, aby tym paskudnym ludziom dawać pieniądze. Być może będę zmuszony przez sąd, bo przyjdzie komornik mi zabierze. Nie chciałbym jednak, żeby ktokolwiek się dołożył, żeby oni dostali te pieniądze. Przełknąłbym, gdyby to było na dobroczynne cele. Z trudem, ale bym przełknął, natomiast dla nich, absolutnie nie. To jest też problem procesów cywilnych. W karnych, nie zapłacę trafię do więzienia. Ja bym to wolał. Za komuny szło się do więzienia, może podszlifowałbym angielski, trochę czasu miałbym dla siebie. Lądowałem już w areszcie, byłem pobity, dam sobie radę. W tym procesie oni mogą dostać pieniądze, plus oczywiście kancelaria, która jest podlinkowana, cały ten aparat.
AP: Czyli kolejne karmienie tej hydry.
RK: Nawet nie mogę pójść do prezydenta, tak jak inni dziennikarze skazani z artykułu 212 z prośbą o ułaskawienie, bo w powództwie cywilnym nie ma czegoś takiego.
AP: Oby koledzy dostali to ułaskawienie od prezydenta Nawrockiego, bo też są zupełnie niesprawiedliwie skazani.
RK: Dołączyłem się, podpisałem petycję. Myślę, że prezydent Karol Nawrocki, jeżeli tylko to dotrze do niego, nie będzie miał żadnego problemu, żeby podpisać w tak jaskrawych sprawach. Natomiast to też nie chodzi o to, żebyśmy budowali model, że akurat jest prezydent i będzie nas wszystkich wyciągał z tarapatów, bo ktoś w te tarapaty celowo nas wpędza.
Anna Popek: Bardzo dziękujemy, Robert Kwiatek, który przejdzie do historii fotografii nie tylko jako autor, fotoreporter i opozycjonista. Sprawa Batmana może okazać się punktem zwrotnym, ale od każdego dna można się odbić, więc mam nadzieję, że jesteśmy już tak blisko tego dna, że teraz już tylko czekamy na odbicie.
Robert Kwiatek: Podobnych spraw miałem dużo. Wczoraj była rocznica, ktoś mi wrzucił zdjęcia z jednej z zadym, gdzie mnie zatrzymywała policja. Nawet są fajne zdjęcia. Dokładnie 29 lat temu. Te rzeczy się powtarzają, ale w zupełnie innym stylu. Teraz jest niestety w majestacie prawa z przepisami, z paragrafami, a wtedy mogłem się bronić. Ktoś mnie szarpnął, ktoś kłamał, zaznawał fałszywie, można się jakoś obronić. Teraz wytacza się przeciwko nam armaty, przed którymi nie ma możliwości obrony, bo każdy sędzia może interpretować to prawo jak chce. Dostał możliwości interpretowania prawa i nakaz, żeby interpretować je we właściwy sposób. A to już jest kolejny krok.
23 października miał być ogłoszony wyrok w procesie karnym o zniesławienie z powództwa byłego marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego przeciwko redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” Tomaszowi Sakiewiczowi. Zamiast wyroku jedak sąd zapowiedział kontynuację swojej pracy. Ogłoszono, że rozprawa będzie kontynuowana ze względu na nowe dowody, które pojawiły się w sprawie. Z tego powodu tłumnie przybyła publiczność musiała opuścić salę rozpraw, bo na wniosek senatora PO proces toczy się w trybie niejawnym. Sam Tomasz Grodzki nie pojawił się w sądzie, a jego pełnomocnicy nie zgodzili się na odtajnienie procesu. Kolejny termin wyznaczono na 29 października. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.
Po opuszczeniu sali sądowej Tomasz Sakiewicz zwrócił się do dziennikarzy oraz osób, które przyszły go wspierać: W tej sprawie, gdyby zbadać wszystko, trzeba by kilku pokoleń, ponieważ nigdy nie widziałem w historii tak wielkiej afery łapówkarskiej. To, żeby setki osób się zgłosiły, które by chciały zeznawać, że dały łapówkę, albo że ich bliscy wręczali łapówki – naprawdę nie ma w historii demokratycznych państw takiej sytuacji – mówił Sakiewicz.
Oskarżany o łapówki polityk powinnien zniknąć z życia publicznego
Dziennikarz podkreślał, że gdyby podobna sytuacja wydarzyła się w innych okolicznościach, polityk oskarżony przez tak wielu obywateli musiałby natychmiast zniknąć z życia publicznego. Wg niego gdyby w normalnym kraju zdarzyło się tak, że polityk byłby przez tyle osób oskarżony, to musiałby on zniknąć z powierzchni ziemi. Ale czapa, którą ma ze strony politycznej Grodzki, powoduje, że on dalej może funkcjonować w sferze publicznej – zaznaczył red. naczelny Gazety Polskiej i TV Republika.
Zdaniem Tomasza Sakiewicza, Platforma Obywatelska i sam Tomasz Grodzki liczyli, że sprawa ucichnie, ale efekt okazał się odwrotny: Marszałek Grodzki oraz jego środowisko polityczne chciało, żeby ta sprawa ucichła, ale przez to, że my tu jesteśmy, ta sprawa nie może ucichnąć. To był jego największy błąd: wytoczenie spraw dziennikarzom. Z tego powodu ta sprawa cały czas się odgrzewa. Tymczasem oni oczekiwali jednego – żeby ona ucichła, bo ona topi Platformę [Obywatelską – przyp. red.]. A właśnie sprawa się nie skręca, tylko rozkręca – powiedział po. rozprawie oskarżony Tomasz Sakiewicz.
Wymiar moralny
W ocenie redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, afera Grodzkiego to nie tylko problem polityczny, ale także moralny i społeczny: Ta sprawa różni się od innych tym, że dotyka zwykłego człowieka. Pokazuje, że ktoś biedny, kto nie ma znajomości, kto walczy o życie bliskiej osoby, może zostać skrzywdzony przez system. I dlatego ta sprawa tak bardzo szkodzi Platformie – bo każdy może się z tym utożsamić – mówił.
Na zakończenie Sakiewicz podziękował osobom, które w geście solidarności z nim przybyły do sądu: bardzo Wam dziękuję za tak liczne przybycie do sądu. Wasza obecność pokazuje, że Polacy nie pozwolą zamknąć ust dziennikarzom i że prawda prędzej czy później się obroni.
Nowe dowody
Mec. Lew-Mirski, pełnomocnik Tomasza Sakiewicza z satysfakcją przyjął to, że Sąd wsłuchał się w argumenty i sięgnął po nowe środki dowodowe. Największym zaskoczeniem było ogłoszenie przez sąd decyzji o ponownym otwarciu przewodu sądowego. Dla obserwatorów oznacza to, że sędzia uznał za istotne argumenty obrony oraz chce przeanalizować dodatkowe dowody. Sąd postanowił otworzyć przewód sądowy, sięgnąć jeszcze po inne środki dowodowe, które istnieją, o których żeśmy mówili. Sąd oczywiście bardzo dokładnie to rozpoznaje. To bardzo dobrze, że sąd zwraca uwagę na to, co mówią obrońcy i że na bieżąco analizuje akta – uważa mec. Andrzej Lew-Mirski, pełnomocnik Tomasza Sakiewicza.
Jak podkreślił obrońca, takie decyzje są rzadkie, ale mogą świadczyć o tym, że sąd „zobaczył coś nowego” w zgromadzonym materiale. Tylko dzięki temu, że sędzia jest na bieżąco z aktami, mógł dojść do przekonania, że jeszcze mu coś do szczęścia jest potrzebne do rozwiązania tej sprawy – dodał mecenas.
Historia łapówkarza
Sprawę skomentował też dla CMWP SDP red. Tomasz Duklanowski, autor materiałów na temat korupcji w szpitalu zarządzanym przez marszałka Tomasza Grodzkiego w Szczecinie, na które powoływał się Tomasz Sakiewicz. Był on dzisiaj wśród zgromadzonych w sądzie.
Dziennikarz przypomniał, że jego śledztwa dotyczące afery łapówkarskiej opierały się na relacjach pacjentów i ich rodzin: przyszedłem na proces red. Sakiewicza, bo sprawa afery łapówkarskiej dotyczy również mnie. Sakiewicz „zniesławiając” byłego marszałka Senatu, powoływał się na moje materiały dziennikarskie, w których byli pacjenci i ich rodziny mówili, że Grodzki brał od nich łapówki w szpitalu – powiedział Tomasz Duklanowski.
Według redaktora „Gazety Polskiej” materiał dowodowy przedstawiony przez Sakiewicza nie pozostawia wątpliwości co do jego niewinności: podczas procesu red. Sakiewicz przedstawił bardzo obszerny materiał dowodowy, świadczący o jego niewinności i jednocześnie potwierdzający to, że była trzecia osoba w państwie jest „zwykłym łapówkarzem”. Ja co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości – zaznaczył Duklanowski. Jego zdaniem problemem nie jest brak dowodów, lecz strach środowiska sędziowskiego: O tym, że Grodzki brał łapówki, wiedzą także ludzie z PO. Problem tylko w tym, że sędziowie boją się to przyznać. Tak jak było w moim przypadku – wolą skazać mnie niż Grodzkiego, bo za nim stoi potężny układ polityczno-medialny, który go broni jak niepodległości – ubolewa Tomasz Duklanowski.
Zagrożona sprawiedliwość
Przed gmachem sądu zgromadzili się przedstawiciele organizacji obywatelskich i sympatycy środowiska „Strefy Wolnego Słowa”. Wśród nich znaleźli się m.in. Adam Borowski, Andrzej Piwnicki, Karol Kulicki i Janusz Daniluk.
Adam Borowski, działacz opozycji antykomunistycznej oraz szef warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej” powiedział, że przyszedł do Sądu, bo zagrożona jest sprawiedliwość w Polsce. Bałem się, że Tomek, który wypełnia swoje obowiązki dziennikarskie w sposób znakomity, może zostać wsadzony do więzienia z powództwa człowieka, który brał łapówki nie incydentalnie, ale systemowo. (…) To człowiek, który brał łapówki także od ludzi biednych, którzy walczyli o życie swoich bliskich. A taki człowiek oskarżył Tomka Sakiewicza o to, że go pomawia. To jest po prostu niegodne! – mówił Adam Borowski.
Andrzej Piwnicki z Ruchu Kontroli Wyborów zwrócił uwagę na znaczenie tej sprawy dla całego społeczeństwa: Musiałem się tu znaleźć, ponieważ chodzi o Polskę, chodzi o wolność w Polsce, chodzi o sprawiedliwość, chodzi o wolne media. (…) Jeżeli kilkaset osób złożyło oświadczenia, że wręczały łapówkę, to wiemy, że tych przypadków było znacznie więcej. Musimy przywrócić normalną sprawiedliwość w Polsce!
W podobnym tonie wypowiedział się Karol Kulicki, według którego chodzi tu o problem systemowy, a ta dzisiejsza sprawa w ogóle nie powinna się wydarzyć. Janusz Daniluk, były działacz opozycji, mówił o osobistym wymiarze swojego udziału: Jestem tu, bo całe życie walczyłem o wolność słowa. A wolność słowa to jest jedna z podstawowych wartości. Poza tym mam osobisty do tego stosunek, ponieważ senator Grodzki obraził pamięć naszego księdza Jerzego Popiełuszki, stwierdzając, że tak samo cierpiał i był prześladowany jak ks. Popiełuszko. Dla mnie to profanacja! Będę tu przychodził, dopóki będę mógł”.
***
Czwartkowe wydarzenia w sądzie potwierdzają, że proces Tomasza Grodzkiego przeciwko Tomaszowi Sakiewiczowi nie tylko się nie kończy, ale wchodzi w nową fazę. Pomimo wniosków o utajnienie postępowania i braku zgody Grodzkiego na jego odtajnienie, sprawa przyciąga coraz większe zainteresowanie opinii publicznej.
Decyzja sądu o analizie nowych dowodów może oznaczać kolejny punkt zwrotny w jednym z najgłośniejszych procesów ostatnich lat — procesie, który coraz wyraźniej wykracza poza ramy pojedynczego sporu i dotyka kwestii zasadniczych dla polskiego życia publicznego: wolności słowa, odpowiedzialności władzy i granic ochrony polityków przed opinią publiczną. Od 2021 roku sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.
Dwoje dziennikarzy uwięzionych przez prokremlowskie władze Białorusi i w Gruzji: Andrzej Poczobut i Mzia Amaglobeli zostali laureatami Nagrody Sacharowa za wolność myśli w 2025 roku. Nagroda ma być wręczona przez Parlament Europejski 16 grudnia br. Andrzej Poczobut polski dziennikarz siedzący od lat w białoruskim więzieniu jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, m.in. Nagrody Wolności Słowa SDP przyznanej w 2021 roku.
Przewodnicząca PE Roberta Metsola ogłaszając nazwiska laureatów podkreśliła, że Nagrodę Sacharowa PE przyznał za to tych dwoje dziennikarzy walczy o wolność swoich krajów.„(…) Oddajemy hołd dwóm dziennikarzom, których odwaga jest światłem nadziei dla wszystkich, którzy odmawiają milczenia. Oboje zapłacili wysoką cenę za mówienie prawdy w obliczu władzy, stając się symbolami walki o wolność i demokrację” – powiedziała Metsola.
Mzia
Mzia Amaglobeli, to gruzińska dziennikarka i dyrektorka internetowych portali informacyjnych Batumelebi i Netgazeti. Aresztowano rją styczniu 2025 roku. Zarzut: udział antyrządowych protestach w Gruzji.
W sierpniu br. została skazana na dwa lata więzienia z powodów politycznych.
Andrzej Poczobut – dziennikarz, bloger i działacz mniejszości polskiej na Białorusi. Otwarcie i ostro krytykował promoskiewski reżim Łukaszenki. Znane są jego publikacje na temat historii i praw człowieka. Poczobut był wielokrotnie aresztowany.
Przetrzymywany od 2021 roku, został skazany na osiem lat kolonii karnej. Jego stan zdrowia od tego czasu się pogorszył.
Poczobut – laureat Nagrody Wolności Słowa SDP
Przypominamy fragment tekstu z portalu SDP sprzed ponad czterech lat:
Andrzej Poczobut, uwięziony przez reżim Łukaszenki korespondent z Białorusi, członek Zarządu Głównego Związku Polaków na Białorusi, został laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 17 czerwca [2021 r. – red] w Warszawie odbyło się ogłoszenie wyników 28. edycji Konkursu SDP.
W imieniu przebywającego od 25 marca 2021 roku w areszcie na Białorusi Andrzeja Poczobuta, wyróżnienie odebrała Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor Telewizji Biełsat [zwolniona 12 marca 2024 r. po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska – red.].
Prowadzący uroczystość prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński przed wręczeniem Nagrody powiadomił, iż Zarządowi SDP udało się porozumieć z przebywającym w więzieniu laureatem i jego życzeniem było, żeby nagrodę w jego imieniu odebrała podczas uroczystej Gali właśnie Agnieszka Romaszewska-Guzy.
Anna Popek i Krzysztof Skowroński prezes SDP w l. 2011 – 2024 ogłaszający, że Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich otrzymał Andrzej Poczobut – gala Nagród SDP 17 czerwca 2021 roku, Dom Dziennikarza przy Foksal w Warszawie – zdj. SDP
W uzasadnieniu przyznania Głównej Nagrody Wolności Słowa czytamy, że nasz kolega został jej laureatem „za publikacje w obronie demokracji i praworządności, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka”.
15 października 2025 r. w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy odbyła się kolejna rozprawa w procesie z powództwa Państwowej Inspekcji Pracy w imieniu Kamila Różalskiego przeciwko TVN S.A. Sprawa dotyczy uznania istnienia stosunku pracy i zarzutów mobbingu wobec byłego operatora kamery tej stacji. Postępowanie jest objęte monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.
Podobnie jak w poprzednich terminach, październikowe posiedzenie sądu odbyło się z wyłączeniem jawności. Decyzja ta była efektem wniosku złożonego przez TVN, czemu sprzeciwiał się sam powód. Ludzie często pytają mnie, dlaczego wnioskowałem o wyłączenie jawności postępowania sądowego w mojej sprawie. Otóż podkreślam raz jeszcze: to nie był mój wniosek. Ja byłem absolutnie za tym, żeby rozprawa odbywała się przy drzwiach otwartych. Taki wniosek złożył TVN i sąd do tego wniosku się przychylił – mówi Kamil Różalski. Jego zdaniem decyzja o zamknięciu posiedzeń ma służyć ochronie wizerunku spółki i ukryciu nieprawidłowości, do których dochodziło w strukturach firmy, żeby o tych patologiach, które są w środku, ludzie się nie dowiedzieli na zewnątrz.
Były pracownik stacji telewizyjnej mówi wprost: Firma, która próbuje tworzyć swój wizerunek na zewnątrz, że przestrzega najwyższych standardów etycznych, tak naprawdę kompletnie tego nie robi. Nawet obawiam się, że nie ma świadomości, na czym polegają najwyższe standardy etyczne. Różalski informuje, że w czasie, kiedy świadczył usługi na rzecz TVN patologii była cała masa i o tym ma się nie dowiedzieć opinia publiczna. Powód nie może jednak mówić o szczegółach, bo – jak zauważa – gdybym teraz użył nazwisk i konkretów, to zostałbym ja przestępcą, a nie ci, z którymi się prawuję. Natomiast przed takimi rzeczami TVN chce ochronić opinię publiczną, żeby prawda nie wyszła na jaw.
Podczas posiedzenia sąd przesłuchał kolejnego świadka, po czym odroczył sprawę do lutego 2026 roku, kiedy to ma zostać przesłuchana następna osoba. Ze względu na niejawny charakter postępowania szczegóły przesłuchań nie są znane.
Sprawa Kamila Różalskiego toczy się od jesieni 2024 roku i dotyczy uznania istnienia stosunku pracy w okresie jego wieloletniej współpracy z TVN. Postępowanie zostało zainicjowane przez Państwową Inspekcję Pracy, która po przeprowadzonej kontroli uznała, że wykonywane przez Różalskiego obowiązki spełniały wszystkie kryteria zatrudnienia etatowego. Powód podkreśla, że postępowanie ma także drugi wymiar i dlatego pozew został rozszerzony o mobbing. I ta sprawa też rusza z kopyta. To jest osobna sprawa, która będzie rozpatrywana przez Sąd Okręgowy w Warszawie przy ulicy Płockiej – informuje Różalski, dla którego będzie to kolejny etap jego batalii o sadową sprawiedliwość. Proces Kamila Różalskiego to jeden z kilku podobnych procesów wytoczonych TVN przez byłych pracowników i współpracowników, którzy – podobnie jak on – twierdzą, że przez lata wykonywali obowiązki pracownicze bez właściwej umowy o pracę, mimo iż podlegali obowiązkom takim samym jak pracownicy etatowi. Z ustaleń PIP wynika, że w podobnej sytuacji mogły znajdować się setki osób zatrudnionych w strukturach stacji. Wcześniej zapadły już prawomocne wyroki w sprawach Jolanty Hofer i Roberta Jałochy, w których sądy uznały, że łączył ich z TVN stosunek pracy.
Kamil Różalski wskazuje, że jego sprawa może stać się zachętą dla kolejnych byłych współpracowników stacji, którzy znajdują się w podobnej sytuacji: Spraw uznania istnienia stosunku pracy przeciwko TVN jest kilka. Wiem też, że wiele osób, wiele pokrzywdzonych przez TVN pracowników czeka na efekt tej naszej potyczki prawnej. Wierzę, że wygram ten proces, ponieważ dowody są twarde i powinny przekonać sąd, że prawo jest po mojej stronie – twierdzi były operator.
Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje sprawę Kamila Różalskiego od 2021 roku, podkreślając, że jego przypadek jest ważny nie tylko w kontekście prawa pracy, lecz również w aspekcie standardów etycznych w dużych redakcjach i poszanowania wolności słowa osób zatrudnionych w mediach.