Wolność słowa w Wielkiej Brytanii to już historia – rozmowa ze SŁAWOMIREM WRÓBLEM, producentem „Magazynu z Wysp”

W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. To co spotkało polskiego dziennikarza może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy  – mówi Sławomir Wróbel, producent programu „Magazynu z Wysp” emitowanego w TVP Polonia.

 

Byłeś prawdopodobnie pierwszą osobą, do której dziennikarz Rafał Ziemkiewicz zadzwonił po zatrzymaniu przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Londynie. Co powiedział?

 

Powiedział, że od dwóch godzin jest przetrzymywany przez służbę graniczną. Pytał czego może się spodziewać, bo nikt nie chce udzielić mu informacji dlaczego został zatrzymany. Powiedziałem, że to nie jest normalna sytuacja i poradziłem szybkie skontaktowanie się z przedstawicielami polskiego konsulatu. I tak zrobił.

 

Zatrzymanie nie zaszkodzi wizerunkowi Rafała Ziemkiewicza, ale wizerunkowi Wielkiej Brytanii. Pomoże mu w promocji książek.

 

Może to pomóc w promocji książek i zwiększy słuchalność jego wystąpień, ale trzeba dostrzegać też drugą stronę medalu, czyli człowieka i ojca, który nie mógł towarzyszyć córce i żonie w ważnym dla rodziny wydarzeniu. To był wyjazd prywatny na rozpoczęcie przez jego córkę nauki na uniwersytecie w Oxfordzie.

 

Od kilkunastu lat mieszkasz w Wielkiej Brytanii, jak skomentujesz działania władz brytyjskich wobec Rafała Ziemkiewicza?

 

To walka z wolnością słowa. W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. Nie miał zamiaru głosić swoich poglądów publicznie. Nawet gdyby one były sprzeczne z wartościami, które wyznaje Wielka Brytania, cel jego wizyty był prywatny. Wielka Brytania przyjmuje tysiące imigrantów i osoby, które okazują się terrorystami, ale nie ma w niej miejsca dla człowieka szanowanego w Polsce. Szokujące, że dwa dni prywatnego pobytu redaktora Ziemkiewicza może stanowić  zagrożenie dla Wielkiej Brytanii.

 

Co zadecydowało, że Rafała Ziemkiewicza nie wpuszczono na Wyspy Brytyjskie?

 

Powody są ustalane. Mam nadzieję, że redaktor Ziemkiewicz i polskie MSZ będzie dążyło do całkowitego wyjaśnienia sprawy. Dziennikarzowi nie postawiono formalnych zarzutów, jedynie przedstawiono mu informację, że jego poglądy nie są bliskie ideom wyznawanym przez obywateli zjednoczonego Królestwa.

 

Bardzo ogólne stwierdzenie. Nic z niego nie wynika.

 

Bo znaczy wszystko i nic. Prawdopodobnie na wpisanie na „czarną listę” Rafała Ziemkiewicza miało wpływ zamieszanie wokół jego przyjazdu sprzed trzech lat.

 

Co się wtedy wydarzyło?

 

Środowiska lewicowe wykorzystały fakt, że osoby związane ze środowiskiem, które wówczas zaprosiło redaktora Ziemkiewicza miało wyroki sądowe w sprawach ideologicznych. Nie oceniam  czy te kłopoty z prawem były słuszne, mogło to jednak mieć bezpośredni wpływ na decyzję władz. Ale nie dajmy się zwariować. Nawet jeżeli redaktor Ziemkiewicz przyjeżdża na zaproszenie grupy, w której ktoś złamał prawo, to nie oznacza, że ma nie zostać wpuszczony na Wyspy i odpowiadać za czyjeś mniej lub bardziej prawdopodobne winy. W sprawę włączyła się również jedna z radykalnie lewicowych posłanek Partii Pracy Rupa Huq i stowarzyszenie Nigdy Więcej, które wysmażyło pamflet podchwycony przez portale przyjazne państwu Izrael. Przez to redaktor Ziemkiewicz został zaszufladkowany jako antysemita. Jeżeli na podstawie niesprawdzonych informacji brytyjska Straż Graniczna i tutejsze MSW podejmuje decyzję o niewpuszczeniu Rafała Ziemkiewicza, jest to bardzo niepokojący sygnał jeżeli chodzi o podstawowe prawo do głoszenia wolności poglądów. Kiedyś Wielka Brytania z słynęła z wolności słowa, ale to już historia.

 

W brytyjskich mediach już nie ma miejsca na Hyde Park?

 

Nie ma na niego miejsca od dość dawna. A londyński Hyde Park służy wyłącznie jako mit. W praktyce jest miejscem wystąpień kilku mniej lub bardziej zwariowanych osób, których przechodnie słuchają przez chwilę. Wielka Brytania jest znacznie bardziej posunięta niż UE we wprowadzaniu w praktyce politycznej poprawności i ideologii LGBT. Sześćdziesiąt lat temu w Wielkiej Brytanii za homoseksualizm groziła kara więzienia. Nie była to wydumana sankcja, ale nakładana przez sąd. Jej ofiarą padł kryptolog Alan Turing, który z polskimi matematykami rozszyfrował Enigmę. Kiedyś Brytyjczycy karali za homoseksualizm, a teraz w niektórych miastach na Wyspach homoseksualiści w niektórych miastach będą mieć specjalne oddzielne miejsca na parkingach.

 

W Polsce da się jeszcze słyszeć, że BBC jest wzorem obiektywnego medium publicznego. A jak to wygląda z punktu widzenia wieloletniego mieszkańca Wielkiej Brytanii?

 

Naprawdę jeszcze ktoś w Polsce w to wierzy? Przecież to slogan nieaktualny od 30 lat. BBC nie charakteryzuje się ani wolnością słowa, ani obiektywizmem informacji. Jest zideologizowaną stacją wpisującą się w nurt postępowego świata. BBC wyrzuca z pracy dziennikarzy, którzy nie chcą dostosować się do jej linii ideologicznej.

 

Co brytyjskie media piszą o sprawie Rafała Ziemkiewicza?

 

Jeszcze nie spotkałem się z żadnymi tekstami na ten temat. Tą sprawą żyją media w Polsce. Mam nadzieję, że poważnie podejdzie do niej polski MSZ.

 

Co przez to rozumiesz? Jakie działania powinna podjąć polska dyplomacja?

 

Chciałbym, żeby sprawa nie zakończyła się na doraźnych działaniach. Sprawa redaktora Ziemkiewicz powinna MSZ posłużyć za studium przypadku, który pozwoli wypracować procedury postępowania w tego typu sytuacjach na przyszłość. Stanowisko polskiej dyplomacji powinno być bardzo twarde. Wielka Brytania powinna przedstawić dowody w sprawie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza, a nie posługiwać się zarzutami wyssanymi z palca. To, co spotkało Rafała Ziemkiewicza w Wielkiej Brytanii może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy. Wystarczy, że jakieś lewicowe środowisko złoży donos i trafi on na listę osób objętych zakazem wjazdu na Wyspy. Albo mamy partnerstwo polsko-brytyjskie albo mamy fikcję.

 

Dotychczasowe wsparcie polskich służb dyplomatycznych dla Rafała Ziemkiewicza było odpowiednie?

 

Wydaje się, że tak. Zresztą zwraca na to uwagę również sam Rafał Ziemkiewicz. Teraz przed MSZ stoi duże wyzwanie. Nasza dyplomacja powinna dążyć do wyjaśnienia sprawy na wysokim szczeblu. Należy ustalić dlaczego polski obywatel, który niczym nie zawinił nie może prywatnie odwiedzić kraju, z którym mamy dobre stosunki? Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby Polska nie wpuściła na swoje terytorium np. czołowego przedstawiciela ideologii lewicowej czy LGBT. Mówiłyby o tym media całego świata. Wszystkie stacje telewizyjne grzmiałyby, jak w Polsce jest  łamane prawo do wolności słowa. Odwrócenie sytuacji pozwala zobaczyć jej ogromny absurd.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 

Blisko i daleko – rozmowa z KRZYSZTOFEM M. KAŹMIERCZAKIEM o rozwiązaniu zagadki zabójstwa Jarosława Ziętary

Sprawą Ziętary udało się zainteresować słynny Committee to Protect Jurnalists. Staram się, żeby Jarek trafił też do innych rejestrów dziennikarzy ofiar przestępstw. Obecność w takich wykazach nie ma wpływu na postępowania sądowe. Służy jednak upamiętnieniu zamordowanego dziennikarza, upowszechnianiu wiedzy na jego temat – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa”. Od 1992 r. zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

 

Jak blisko jesteśmy rozwiązania zagadki zabójstwa Jarosława Ziętary?

 

Równie blisko jak daleko, jeśli można tak powiedzieć. Blisko, bo generalnie wiadomo jaki człowiek zadał śmiertelny cios, który zakończył gehennę dziennikarza, kilkudniowe torturowanie go… Był to rosyjskojęzyczny obcokrajowiec, który miał być widywany z eks-senatorem Aleksandrem G., oskarżonym o podżeganie do zabójstwa Jarka Ziętary. Prokuratura kilka lat temu opublikowała jego portret pamięciowy, nie bardzo zainteresowało to media, niestety. Jesteśmy daleko od poznania jego tożsamości, bo ci, którzy ją znali milczą żeby odsuwać od siebie podejrzenia o związek ze zbrodnią. Nieoficjalnie wiadomo, że ten człowiek już nie żyje, być może zginął w ramach zacierania śladów zbrodni. On zabił, ale krew dziennikarza na rękach miało więcej osób, które brały udział w planowaniu zabójstwa i uczestniczyły w jej realizacji.

 

Dlaczego do dzisiaj nikt nie odpowiedział za tę zbrodnię?

 

To suma zaniechań i błędów organów ścigania, do których doszło po zabójstwie. Spóźnione o rok wszczęcie śledztwa, prowadzenie go tak by nic nie wyjaśnić. Do tego destrukcyjne działania służb specjalnych, które zakulisowo sabotowały sprawę by nie wyszły na jaw jej związki z zamordowanym dziennikarzem. Śledztwo ruszyło tak naprawdę dopiero po 19 latach, gdy udało nam się doprowadzić do podjęcia go i przekazania prokuraturze spoza Wielkopolski.

 

Czy sprawcy (zleceniodawcy) kiedykolwiek odpowiedzą za tę zbrodnię?

 

Obawiam się, że poza Aleksandrem G., którego proces toczy się od pięciu lat, nikt więcej nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podżeganie do zbrodni. Mimo iż podczas procesu nasuwa się wręcz, że nie tylko były najbogatszy Polak powinien zasiadać w ławie oskarżonych.

 

Czy procesy zmierzają do wyjaśnienia sprawy?

 

Celem procesów jest weryfikacja materiału dowodowego przedstawionego przez prokuraturę. Moim zdaniem na etapie procesowym ten materiał został wzmocniony.

 

Jakie jest dotychczas w tej sprawie największe osiągnięcie wymiaru sprawiedliwości?

 

Sukcesem jest już samo to, że sprawa osiągnęła etap sądowy, że trwają procesy. Osiągnięciem wymiaru sprawiedliwości będzie osądzenie tej niebywałej zbrodni, sprawiedliwy wyrok.

 

Czy w sprawie pojawiali się skorumpowani urzędnicy państwowi?

 

Ani śledztwa, ani trwające procesy nie dotyczą korupcji. Jeśli w sprawie Ziętary doszło do takich przestępstw w czasach gdy zajmowały się nimi poznańskie organy ścigania to nikt tego nie badał i nie będzie już sprawdzał, bo uległo to już przedawnieniu. Niemniej wiadomo, że ta machina przestępcza, którą tropił Jarek Ziętara opierała się na wzajemnych korzyściach, korupcji i strachu. Samego dziennikarza próbowano skorumpować licząc, że zrezygnuje z zamiaru publikacji wyników swojego wielomiesięcznego śledztwa w sprawie ogromnego przemytu, z którego grupa biznesmenów osiągała krociowe zyski.

 

Jak doszło do wpisania Jarosława Ziętary na amerykańską listę dziennikarzy-ofiar zbrodni? Jakie mogą być tego skutki? Czy to pomoże w wyjaśnieniu sprawy?

 

Formalnie to sprawa w kompetencjach polskich organizacji dziennikarskich, które współdziałają z organizacjami międzynarodowymi. Przez tak wiele lat żadna z nich tym się nie zajęła. Od jakiegoś czasu rozmawiałem o tym z różnymi przychylnymi sprawie Ziętary osobami, które mają kontakty dziennikarskie za granicą. W końcu udało się zainteresować słynny Committee to Protect Journalists. Staram się, żeby Jarek Ziętara trafił też do innych rejestrów dziennikarzy ofiar przestępstw. Obecność w takich wykazach nie ma wpływu na postępowania sądowe. Służy jednak upamiętnieniu zamordowanego dziennikarza, upowszechnianiu wiedzy na jego temat.

 

W przyszłym roku minie 30. lat od uprowadzenia poznańskiego dziennikarza. Jak Komitet Społeczny im. Jarosława Ziętary, którego jesteś przedstawicielem zamierza upamiętnić tę tragiczną rocznicę?

 

W roku trzydziestolecia sprawy Ziętary planowane są działania informacyjne i edukacyjne, w tym przy współpracy z mediami i organizacjami dziennikarskimi. Program jest w trakcie przygotowywania. Niezależnie od tego, co będzie organizowane, ja osobiście, jak co roku, także w tym, zapalę znicz pod tablicą na ścianie kamienicy w Poznaniu, w której mieszkał Jarek. Należy mu się nasza pamięć.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 


 

Krzysztof M. Kaźmierczak

Rocznik 1967. Zaczynał w mediach podziemnych: „Pokoleniu Walczącym” i „Już Jest Jutro”, niezależnym piśmie literackim. Pracował m.in. w „Obserwatorze Wielkopolskim” i „Gazecie Poznańskiej”, „Nowym Dniu”, „Super Expressie” i „Głosie Wielkopolskim”. Obecnie jest redaktorem „Telekuriera” TVP. Autor powieści kryminalnej „Krótka instrukcja obsługi psa” (2016), książek o tematyce historycznej: „Ściśle tajne” (2009), „Tajne spec. Znaczenia” (2009), „Lew z Głównej” (2010), „Rozstrzelani za uratowanie kobiety” (2018), współautor „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa” (2015), „Oni tworzyli Solidarność” (2010). Od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą i przedstawicielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

Koło ratunkowe dla nadawców – rozmowa z członkiem KRRiT prof. JANUSZEM KAWECKIM

Na stanowisko niektórych członków KRRiT w sprawie przedłużenia koncesji dla TVN24 istotny wpływ będzie miał rezultat prac parlamentarnych nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji – mówi prof. Janusz Kawecki, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

Panie profesorze, dlaczego KRRiT tak długo zwleka z wydaniem decyzji w sprawie koncesji dla telewizji TVN24? TVN Grupa Discovery otrzymała licencję dla kanału informacyjnego TVN24 w Holandii. Jeżeli KRRiT nie wyda decyzji o przedłużeniu koncesji dla TVN24 do 26 września, holenderska licencja pozwala TVN24, zgodnie z prawem polskim i unijnym, na nadawanie w Polsce.

 

Wniosek nadawcy, czyli TVN SA w sprawie przyznania koncesji na kolejny okres nadawania programu TVN24 pierwszy raz był podjęty przez KRRiT 8 października 2020 r. Było to prawie rok przed upływem obowiązywania dotychczasowej koncesji. Następnie wniosek rozpatrywano 22 października, ale wobec uwag dotyczących spraw własnościowych nadawcy, zwrócono się o dodatkowe wyjaśnienia. W sumie wniosek był już analizowany na ponad dziesięciu posiedzeniach KRRiT. Podczas kilku ostatnich posiedzeń przeprowadzano głosowania nad uchwałami o przyznanie oraz o odmowie przyznania koncesji. Żadna uchwała nie uzyskała wymaganej większości, jaką są 4 głosy „za”. Jeżeli chodzi o koncesje zagraniczne, właściciel TVN SA, czyli  Grupa Discovery ma 12 koncesji zagranicznych satelitarnych, na podstawie których nadaje w języku polskim. Są to koncesje uzyskane w Holandii i Francji. Ponadto TVN SA ma 9 koncesji satelitarnych, w tym także na program TVN24. Posiadanie zagranicznych koncesji satelitarnych nie jest czymś szczególnym. Przy ich przyznawaniu należy brać pod uwagę wymagania zapisane w art. 1a ustawy o radiofonii i telewizji oraz to, czego w takich sytuacjach wymaga Dyrektywa Parlamentu UE i Rady z 2018 r. Ostatnio uwzględnił te wymagania nasz parlament przy przyjmowaniu zmian w ustawie, które wynikały z implementacji do polskiego prawa wspomnianej Dyrektywy.

 

Co może wpłynąć na decyzję KRRiT o przyznaniu koncesji dla TVN24?

 

Sądząc po dyskusjach, które za każdym razem odbywają się na posiedzeniach, na stanowisko niektórych członków KRRiT istotny wpływ będzie miał rezultat prac parlamentarnych nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji. Te prace zapoczątkowała grupa posłów składając do Sejmu propozycje ujęte w druku nr 1389. W moich wcześniejszych wypowiedziach wyrażałem i uzasadniałem opinię o tym projekcie.

 

Proszę przypomnieć co pan o nim sądzi.

 

Jest on „kołem ratunkowym” dla nadawców, którzy obchodzili wymagania ustawowe dotyczące własności nadawców, zapisane w ustawie od 2004 r.

 

Czy możemy się spodziewać decyzji KRRiT w sprawie TVN do połowy września, jeszcze zanim prawdopodobnie nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji wróci z Senatu do Sejmu? Jeżeli nie wtedy, kiedy może zapaść taka decyzja?

 

Jeśli przed upływem terminu obowiązywania obecnej koncesji na program TVN24 nie zaczną obowiązywać wymagania ujęte w obecnie procedowanej nowelizacji, KRRiT będzie musiała wypowiedzieć się jednoznacznie na temat wniosku nadawcy. Będzie musiała to zrobić bez uwzględnienia przepisów przejściowych zapisanych w projekcie nowelizacji. Może to wpłynąć na stanowisko osoby oddającej głos wstrzymujący się. Ale proszę to traktować tylko jako moją prognozę.

 

Grupa TVN twierdzi, że holenderska koncesja nie rozwiązuje jej wszystkich problemów z nadawaniem. Zdaniem spółki niekodowane kanały są zagrożone, ponieważ KRRiT może wszczynać postępowania o cofnięcie tych koncesji. KRRiT planuje podjęcie takich działań, czy obawy Grupy TVN są przesadzone?

 

TVN SA jest właścicielem koncesji na nadawanie innych programów, także obecnych na multipleksach w Polsce. Jesteśmy w trakcie rozpatrywania wniosku o przyznanie koncesji na kolejny okres dla programu TVN Siedem. Sprawa kontynuowania nadawania przez ten program wymaga dopełnienia warunków określonych w ustawie o radiofonii i telewizji obowiązujących od 2004 r. W odniesieniu do tego programu nie wystarczy uzyskanie koncesji zagranicznej na emisję satelitarną. I z tego zapewne powodu, nadawca wyraża obawy związane z dalszym nadawaniem programu za pomocą multipleksu.

 

Prezes Discovery Jean-Briac Perrette wezwał Stany Zjednoczone i Unię Europejską do interwencji w obronie TVN24. Spółka zapowiada również kroki prawne. Jakich działań możemy się spodziewać?

 

Wzywanie do „interwencji” w odniesieniu do niezależnego regulatora mediów jest kuriozalne i można co najwyżej zaliczyć je do pewnej formy nacisku na niego. Zapewne doszło do nadinterpretacji informacji podczas rozpowszechniania jej przez media. Droga prawna jest ustawowo dopuszczalna i możliwa. Zawsze decyzje podawane w imieniu KRRiT kończą się „pouczeniem strony” o przysługującym jej prawie odwołania do odpowiedniego sądu.

 

Pojawiły się informacje, że władze Stanów Zjednoczonych planują działania, które zmuszą polskie władze do wycofania się z nowelizacji ustawy medialnej. Wśród możliwych działań media wymieniają m.in. zablokowanie sprzedaży Polsce amerykańskich czołgów Abrams, a nawet nałożenie sankcji na prezydenta, premiera czy prezesa PiS. Sądzi pan, że to realne groźby czy jedynie fakty medialne?

 

Proszę wybaczyć, ale nie będę komentował tego rodzaju fake newsów.

 

Panie profesorze, na koniec zmienię temat naszej rozmowy. Katolickie Radio Profeto z Limanowej od września zwiększy zasięg nadawania. Będzie można go słuchać w największych polskich miastach. To konkurencja czy alternatywa dla Radia Maryja?

 

Czy istnienie w Kościele zakonów o różnym charyzmacie traktuje się jako konkurencję? Istnieje przecież zakon redemptorystów, są księża sercanie, są franciszkanie i dominikanie. I to nie jest określane jako konkurencja. Wręcz przeciwnie, jako wielogłos w przepowiadaniu tej samej Ewangelii. Tak, jak bukiet złożony z różnych kwiatów jest piękny przez swą różnorodność wyrażoną w jednym bukiecie. Radio Maryja jest jedyną rozgłośnią katolicką dostępną w wymiarze ogólnopolskim. Uzyskanie koncesji dla tej rozgłośni i jej realizowanie było możliwe dzięki wielkim trudom nadawcy i potencjalnych odbiorców. Na multipleksie Telewizja Trwam znalazła jedno miejsce dzięki kilkuletniej walce Rodziny Radia Maryja. I to są argumenty świadczące o dyskryminowaniu katolików w przestrzeni medialnej. Obecna KRRiT swoimi decyzjami przeciwstawia się takiej dyskryminacji. Jeśli wskazany przez pana kierunek rozwijania się Radia Profeto będzie realizowany, wszyscy, łącznie z odbiorcami programu Radia Maryja będą zadowoleni.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. gov.pl

 


 

prof. Janusz Kawecki

Rocznik 1943. Absolwent wydziału budownictwa lądowego Politechniki Krakowskiej, inżynier, naukowiec i publicysta. Był autorem audycji w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, publicystą „Naszego Dziennika” i tygodnika „Sieci”, komentatorem rozgłośni polonijnych, a także redaktorem czasopism i wydawnictw o charakterze naukowym, technicznym i katolickim. 12 września 2016 r. powołany przez prezydenta RP na członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm – rozmowa z posłanką, byłą dziennikarką JOANNĄ LICHOCKĄ

Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać – mówi Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Czy nie obawia się pani, iż nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji sprawi, że Amerykanie nie sprzedadzą nam czołgów Abrams i pogorszą się relację z USA?

 

Skąd takie pytanie?

 

Tak twierdzi Onet.

 

Ale kto bierze na poważnie Onet.

 

Czyli nie ma takich obaw?

 

Mamy obecnie problem z upadkiem standardów dziennikarskich, niektóre portale, takie jak Onet, zachowują się jakby ich nie znały. Mnie uderzyło zwłaszcza to jak oni piszą o dziennikarzach telewizji publicznej. Podchwytują to, co mówi Platforma Obywatelska. Nie nazywają ich dziennikarzami, ale pracownikami TVP. Ten portal jednoznacznie pokazuje, że nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Jest medium propagandowym nawet nie udającym, że sili się na pewien obiektywizm.

 

Czy w Sejmie znajdzie się większość dla nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji? Porozumienie zapowiedziało, że bez przyjęcia ich poprawek nie poprze ustawy. Nie wiadomo też co z Konfederacją.

 

Nie znam odpowiedzi na pytanie czy mamy większość w Sejmie do przegłosowania tych przepisów. Ale pojawia się pytanie czy państwo ma większość i siłę, żeby chronić swój rynek medialny i wprowadzić odpowiednie przepisy. Meritum tego sporu, który obserwujemy wokół nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie polega na emocjach i nienawiści, którą rozpętuje totalna opozycja.

 

A na czym?

 

Na luce w prawie, która może być wykorzystywana przez nieprzyjazne nam państwa. To jest problem, który trzeba rozwiązać. W 2004 roku Sejm uchwalił przepisy mówiące o tym, że maksymalny udział kapitału pozaeuropejskiego w mediach działających w Polsce może wynosić 49 proc. To jest również przyjęty od lat standard europejski. Właściciel TVN usiłuje udawać, że próbuje przestrzegać polskiego prawa i powołał na lotnisku w Amsterdamie spółkę, która chyba nie zatrudnia ani jednej osoby.

 

Jakie państwo jest właścicielem TVN, Holandia czy USA?

 

Bardzo dobre pytanie. Charakterystyczne było to, że podczas sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, gdzie dyskutowaliśmy o zmianach w ustawie, wszyscy krytykujący nowelizację mówili o pogorszeniu stosunków polsko-amerykańskich. A przecież formalnie większościowym udziałowcem TVN jest spółka holenderska. Dlaczego nikt nie rozmawia o osi sporu Warszawa-Amterdam?

 

Jak pani sądzi, dlaczego?

 

Bo wszyscy wiedzą, że to fikcja, a firma zarejestrowana na holenderskim lotnisku jest słupem. Sankcjonowanie tego rozwiązania przez państwo polskie byłoby pokazaniem, że są równi i równiejsi w przestrzeganiu polskiego prawa. Dlaczego wpływowa biznesowo i politycznie korporacja ma nie przestrzegać polskiego prawa? Jako parlamentarzysta nie godzę się na to. Dziwi mnie, że nie ma dyskusji na ten temat, tylko jest jakaś debata wokół obrony interesów tej korporacji. Musimy odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie, czy polskie państwo jest na tyle silne, aby uszczelnić ustawę. Liczę, że tak, ale nie wiem tego.

 

W tej układance politycznej jest jeszcze element: Paweł Kukiz i jego trzech posłów. Wiadomo jakie będzie ich stanowisko w głosowaniu?

 

Wydaje mi się, że Paweł Kukiz zajmuje stanowisko propaństwowe. Przyjęliśmy zgłoszoną przez jego środowisko poprawkę zakazującą spółkom Skarbu Państwa i spółek zależnym od nich kupowania udziałów w mediach posiadających koncesję. Przychyliliśmy się do tego, żeby nie było zagrożenia przejmowania TVN, chociaż to było wymyślone zagrożenie.  Słuchałam wypowiedzi posłów Pawła Kukiza, np. Jarosława Sachajki. Oni jednoznacznie mówią, że chodzi o powagę polskiego państwa i przestrzegania naszego prawa.

 

Opozycja i niektórzy dziennikarze twierdzą, że podobnych przepisów nie ma w Unii Europejskiej. Nieprawda, we Francji obowiązują jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy w tym zakresie. Tam kapitał pochodzący spoza kraju UE w stacji telewizyjnej nie może być wyższy niż 20 proc. Podobne rozwiązania wprowadzono również w Danii i w Austrii.

 

W zasadzie każde państwo w UE chroni swój rynek medialny. Najczęściej realizuje się to przez twarde zapisy, które mówią, że udział kapitału spoza UE nie może przekraczać pułapu 20 czy 30 proc. A jeżeli dochodzi do zwiększania udziału, dzieje się to w drodze absolutnego wyjątku na podstawie dwustronnej umowy międzynarodowej. Opozycja jak zawsze wprowadza opinię publiczną w błąd i pokazuje swoją ignorancję nie tylko jeżeli chodzi o wiedzę ogólną, ale także o to, co ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego, jego statusu i praworządności.

 

Pani poseł a może warto odejść od koncesji dla kanałów satelitarno-kablowych? Takie rozwiązanie  proponował przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski.

 

Nie podoba mi się ten pomysł.

 

Dlaczego?

 

Koncesje mają sens. Media to jednak wrażliwa sfera. Jak się ma koncesję satelitarną można przekazywać program do większości gospodarstw domowych w Polsce, ponieważ do większości z nich dociera kablówka. Warto więc tę sprawę regulować, bo gdybyśmy od tego odeszli na rzecz zwykłego pozwolenia, państwo polskie straci kontrolę nad tym, kto jest nadawcą. Prawdopodobnie to w końcu się zmieni wraz z rozwojem nowych technologii i nowych mediów. Wtedy to nie będzie miało znaczenia, ale obecnie jeszcze ma.

 

Po 26 września TVN przestanie nadawać?

 

Nie, przecież ma koncesję na inne kanały. Jeżeli uchwalimy nowelizację TVN będzie miał 6 miesięcy na uregulowanie statusu właścicielskiego i doprowadzenie do sytuacji, żeby rzeczywiście jej właścicielem w 51 proc. był podmiot europejski, który płaci w Unii podatki i podlega unijnym regulacjom. Ale najpierw musimy przejść przez cały proces ustawodawczy. Sądzę, że w drugim czytaniu, chociaż nie ma jeszcze takiej decyzji, PiS rozważy przyjęcie poprawki proponowanej przez szefa KRRiT Witolda Kołodziejskiego, który proponuje zawieszenie biegu procesu koncesyjnego na czas procedowania ustawy i wejścia w życie przepisów. Chodzi o uniknięcie sytuacji, że TVN24 przestaje funkcjonować, bo nie ma koncesji. Przypomnę, że w KRRiT jest pat w tej sprawie. Nie ma większości za decyzją na udzielenie koncesji ani dla jej nie udzielenia. Nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja w KRRiT, bo to instytucja niezawisła i niezależna w swoich decyzjach.

 

Wiceprzewodnicząca KRRiT Teresa Bochwic stwierdziła, że w TVN jest budowany „nierzetelny, nieobiektywny i jednostronny obraz świata wbrew zobowiązaniom koncesyjnym”. Podziela pani tę ocenę?

 

Tak, ale to nie ma nic wspólnego z nowelizacją ustawy, bo bez względy na to czy TVN byłby wzorcem obiektywizmu, czy uprawiałby propagandę tak, jak to robi teraz, nie ma znaczenia dla istnienia luki w prawie. Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać. Rzeczywiście na antenie TVN  spotykamy się z agresywną propagandą. Jestem po spotkaniach z mieszkańcami Poddębic, Szadka i Zduńskiej Woli, którym rozdawałam materiały dotyczące Polskiego Ładu. Muszę powiedzieć, że bardzo wyraźnie widać podczas rozmów, kto jest widzem TVN. Tych osób spotkałam dosłownie kilka, ale telewidzowie TVN reagują negacją i silnymi nienawistnymi emocjami. Nie mają merytorycznych argumentów. Mówią: z PiS-em nie będziemy rozmawiać, albo ktoś z oddali krzyczy, bo z bliska nie ma odwagi: J…ć PiS.

 

Stara się pani z tymi ludźmi rozmawiać?

 

Jeżeli mi się uda z kimś porozmawiać od razu zarzucają, że współpracujemy z Putinem i chcemy zamknąć TVN. Jeżeli pozwalają mi dojść do słowa odpowiadam, że nie chcemy zamykać TVN, a nasza nowelizacja uszczelnia ustawę. Przekonuję, że TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm, a my jako PiS chcemy, żeby w Polsce była wolność słowa i wolność debaty. Telewizja zgodna z ich postrzeganiem rzeczywistości, bo już taki ukłon robię w stronę rozmówców, również musi być reprezentowana w debacie publicznej. Ludziom bez względu na podział polityczny zależy na debacie i na tym, żeby ich poglądy miały medialną  reprezentację.

 

Z czego wynika trudność PO w zbieraniu podpisów pod likwidacją TVP Info?

 

Nawet ludzie, którzy spotykam i są negatywnie nastawieni do PiS nie opowiadają się za likwidacją TVP Info. Mówią, że Wiadomości TVP to propaganda. Pytają, jak można tak kłamać jak telewizja publiczna. Ale kiedy pytam czy trzeba zlikwidować TVP Info, rzadko kto z nich odpowiada twierdząco. Mówią jednak, że trzeba coś z tym zrobić. Wartość różnych głosów, istnienia różnych telewizji jest wartością wyznawaną przez wszystkie strony debaty.

 

Uda się zbudować większość wokół nowelizacji o radiofonii i telewizji w Senacie?

 

Senat nie jest ostatecznym politycznym weryfikatorem tych przepisów. Spodziewam się po marszałku Grodzkim różnych teatrów. Podczas prac nad nowelizacją Kodeksu postępowania administracyjnego zaprosił ambasadorów innych państw, żeby dyskutowali nad tym, czy Polska ma prawo nowelizować swoje przepisy. Być może marszałka Grodzkiego zaszczyci swoją obecnością ambasador Stanów Zjednoczonych. Mam również nadzieję, że pojawi się ambasador Holandii. Wydaje mi się, że taka większość może się znaleźć.

 

Brzmi bardzo optymistycznie. Dlaczego tak pani uważa?

 

Jeżeli odsunie się na bok dyskusje związaną z walką PiS kontra antyPiS, dla wielu polityków oczywiste jest istnienie luki w prawie, podobnie jak i to, że należy nią się zająć. Wystarczy porozmawiać na „offie” z niezacietrzewionymi posłami opozycji. Mówią też: dlaczego tak późno się obudziliście i dlaczego tak głupio to robicie? Nic nie możecie zrobić normalnie? Pojawia się również rutynowy zarzut wobec PiS, że jak coś robi musi wzbudzać awantury. Uszczelnianie ustawy o radiofonii i telewizji jest dla polityków różnych opcji oczywistą oczywistością. Dlatego być może w Senacie znajdzie się do tego większość. Liczę, że w Senacie wygra zdrowy rozsądek.

 

Prezydent Andrzej Duda nie zawaha się podpisać nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej wetującego ustawę, która domyka lukę w prawie? Sądzi pan, że prezydent zgodzi się, aby Polsce mogła grać na nosie międzynarodowa korporacja? Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej, który staje po stronie interesów korporacji, a nie po stronie interesu polskiego państwa? Jeżeli nie zrobimy jakieś bubla prawnego to możemy być spokojni o podpis prezydenta Rzeczypospolitej.

 

Różne rzeczy mogą się zdarzyć. Sprawa nowelizacji rozgrzała Twittera. Występujący w TVP Jarosław Jakimowicz napisał pod adresem dziennikarzy TVN: „Spieszcie się szmaciarze zadawać pytania”. Jak pani skomentuje te słowa?

 

Pozwoli pan, że nie będę komentować słów pana Jakimowicza. To mocno tabloidowa publicystyka i nie chciałabym się do niej odnosić.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 


Joanna Lichocka

Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Była dziennikarka i publicystka, autorka filmów dokumentalnych. Obecnie polityk, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Rady Mediów Narodowych.

W swojej karierze zawodowej pracowała m.in. w „Tygodniku Solidarność”, Życiu”, „Przyjaciółce”, TVP, Polsacie, TV Puls, Telewizji Republika, współpracowała z „Newsweek Polska”. Była publicystką m.in. „Rzeczpospolitej” oraz zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Polskiej Codziennie”.  

 

 

Oligarchowie ograniczają debatę – rozmowa z ŁUKASZEM KOBESZKO, laureatem Nagrody im. Krystyny Grzybowskiej

Rynek medialny w Bułgarii zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Media próbują odwrócić uwagę czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących – mówi Łukasz Kobeszko, który za publikację „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” w Tygodniku TVP otrzymał Nagrodę im. Krystyny Grzybowskiej przyznawaną za publicystykę o tematyce europejskiej.

 

Przed trzema laty w niewyjaśnionych okolicznościach w bułgarskim mieście Ruse zamordowano młodą dziennikarkę śledczą Wiktorię Marinową. Badała defraudację środków UE i ustawiania przetargów przez koncern należący do oligarchy powiązanego z rządem premiera Bojko Borisowa z partii GERB należącym w Parlamencie Europejskim do EPL. Co udało się ustalić organom ścigania w sprawie jej tragicznej śmierci?

 

Zabójstwo bułgarskiej dziennikarki Wiktorii Marinowej było jednym z kilku głośnych morderstw dokonanych na dziennikarzach w UE. Los zamordowanej kobiety wpisał się w historię głośnych zabójstw dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji oraz Daphne Caruany Galizii na Malcie. Oni również zajmowali się powiązaniami świata przestępczego i polityki. Tragiczna śmierć Marinowej była jedną z niewielu okazji, które rzeczywiście zwróciły uwagę europejskiej opinii publicznej na sytuację w Bułgarii. Dość szybko, według oficjalnej wersji organów ścigania znaleziono osobę rzekomo winną rzekomo zabójstwa. Stwierdzono, że nie miało charakteru politycznego.

 

A jaki miało charakter?

 

Przypadkowy, bo dziennikarka znalazła się nocą w niebezpiecznym miejscu.

 

To tak jak w Polsce. Jedna z wersji mówi, że Komendant Główny Policji gen. Marek Papała zginął przez przypadek.

 

Tak. Widać, że w Bułgarii mało komu zależy na wyjaśnieniu tej sprawy, podobnie jest przy zabójstwach dziennikarzy na Słowacji czy na Malcie. Szybkie skazanie sprawcy przy takich tajemniczych sytuacjach często jest dzwonkiem alarmowym. Na razie sprawa nie jest w pełni wyjaśniona.

 

Jej dokładne wyjaśnienie jest możliwe?

 

Być może kiedyś tak się stanie i wszystkie okoliczności wyjdą na jaw. Ale obecnie daleko do tego. To nie tylko problem Bułgarii, ale i regionu bałkańskiego, gdzie problem korupcji jest poważny, a powiązania świata biznesu z polityką często się zacierają. Czasem trudno stwierdzić czy ktoś jest politykiem czy pracuje dla organizacji przestępczych.

 

Prawda o okolicznościach zabójstwa dziennikarki wyjdzie na jaw, kiedy władzę obejmie nowa władza?

 

Teoretycznie jest to możliwe. Trudno jednak powiedzieć czy w Bułgarii w najbliższym czasie dojdzie do większych zmian. Partia GERB, która od 2009 do 2017 roku czterokrotnie wygrywała wybory ma wciąż sporą liczbę zwolenników. Kwietniowe wybory pokazały, że jest w stanie nadal wygrywać, bo została arytmetycznym zwycięzcą. Nie zdobyła jednak takiej większość, która pozwoliła jej objąć władzę, ale wciąż jest silnym elementem życia politycznego. Na razie nic nie zapowiada, że dojdzie do jej upadku. Nie wiem czy oligarchiczny model polityki, który został zbudowany w ostatnich kilkunastu latach zostanie przełamany w najbliższym horyzoncie czasowym.

 

Jednym z problemów Bułgarii jest silny konflikt między opozycją a partią rządzącą, między socjalistami a partią GERB.

 

Często socjaliści trafnie punktują nadużycia władzy, jednak sami też nie mają czystych rąk. W czasie wieloletnich rządów, które sprawowali od czasów upadku komunizmu do początków XXI wieku, dopuścili się wielu nieprawidłowości. Kształt demokracji oligarchicznej i klanowej w Bułgarii i na Bałkanach jest w dużej mierze dziełem wszystkich sił politycznych. Naiwne byłoby głoszenie, że tylko prosta wymiana jednej ekipy władzy na drugą, automatycznie rozwiąże problemy. Każdej ze stron, ze swojej perspektywy zależy na dalszym utrzymywaniu status quo.

 

Czym się charakteryzuje bułgarska scena medialna?

 

Cierpi na podobną przypadłość co media w krajach sąsiednich, szczególnie w byłej Jugosławii, a także  trochę w Grecji i Rumunii.

 

Czyli?

 

Rynek medialny, szczególnie gazet codziennych, a teraz również portali jest zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Często te media realizują oczekiwania rządzących elit. Wrzucają do debaty publicznej tematy, które są im na rękę. Zabójstwa dziennikarzy, polityków czy osób powiązanych z biznesem są najczęściej przemilczane. Media, o których mówię próbują odwrócić uwagę obywateli i czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących. Kształt rynku medialnego w Bułgarii rzeczywiście jest problemem.

 

Nie ma tam niezależnych mediów?

 

Nie jest łatwo być niezależnym dziennikarzem i prowadzić niezależne media. Oczywiście są takie media, szczególnie internetowe, ale mają niszowy odbiór. Rynek jest zdominowany przez wydawnictwa i portale tabloidowe.

 

A jak wygląda rynek telewizyjny?

 

Jest podobnie. Stacje telewizyjne są powiązane z rządzącą oligarchią i realizują ich oczekiwania. W okresie komunizmu mieliśmy do czynienia z centralnie sterowanym przekazem i nielicznymi samizdatowymi wydawnictwami. Nowe czasy, które nastały po 1989 r. nie uzdrowiły sytuacji, gdyż trudno mówić o równowadze na rynku medialnym. Posiadanie przez oligarchów udziałów w większości tytułów prasowych i telewizyjnych ogranicza zakres wolnej i swobodnej debaty publicznej. Uniemożliwia również informowanie obywateli o rzeczywistych problemach oraz nadużyciach władzy i elit.

 

Czemu pan pisze o Bułgarii? Ten kraj nie leży daleko od Polski, ale jest kompletnie egzotyczny i nieznany. Jest tyle innych państw, które cieszą się znacznie większym zainteresowaniem nad Wisłą.

 

To bardzo dobre pytanie. Tematyka krajów Trójmorza, dalszej Europy Środkowo-Wschodniej, szczególnie krajów bałkańskich jak Bułgaria, Rumunia, całego obszaru krajów byłej Jugosławii bardzo rzadko się pojawia w polskiej publicystyce politycznej. Mało wiemy o tych krajach. Teraz  sporo o Białorusi. Trochę śledzimy co dzieje się w krajach bałtyckich, ale mniej niż kiedyś. Sprawy czeskie i słowackie śledzimy sporadycznie. Temat Czech odżył  dzięki sporowi wokół Turowa. Ale na co dzień nie jesteśmy w stanie powiedzieć co się dzieje na Słowacji czy w Rumunii. Wracając do Bułgarii. To jest mój konik, w którym specjalizuję się od pewnego czasu, więc uznałem, że warto napisać o tym, co się tam dzieje.

 

Co pan tekstem o Bułgarii, zatytułowanym „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” opublikowanym w Tygodniku TVP chciał przedstawić czytelnikom?

 

Pewne uniwersalne mechanizmy, które można dostrzec w Bułgarii, ale są wyrazem pewnych szerszych tendencji w polityce europejskiej i regionalnej.

 

Jakie mechanizmy ma pan na myśli?

 

Między innymi korupcję. Żeby dobrze przedstawić ten mechanizm musimy wrócić do 2007 roku, kiedy Bułgaria i Rumunia zostały przyjęte do Unii Europejskiej i panowała euforia. Przedstawiano integrację europejską jako cudowne panaceum na wszystkie bolączki, od kulturowych, po polityczne i społeczne. Liczono, że wejście do Unii podniesie standardy życia, poprawi kulturę polityczną oraz zwiększy przejrzystość i transparentność życia publicznego.

 

Te oczekiwania się nie spełniły.

 

Niestety, nie spełniły się nie tylko w Bułgarii i Rumunii. Mieliśmy do czynienia z zabójstwem dziennikarki Daphne Caruany Galizii na Malcie, która odkryła powiązania biznesowe i mafijne tamtejszej elity politycznej. Trzy lata temu doszło do zabójstwa dziennikarza Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji. To pokazuje, że wejście do struktur euroatlantyckich nie jest magicznym lekarstwem, które automatycznie uzdrowi życie i standardy. Do pełnej zmiany jest daleko i zależy od wprowadzenia szeregu działań. W Bułgarii rządziła przez długi czas, od końca minionej dekady, partia GERB wspierana przez unijne elity.

 

„Partia jest mocno osadzona w strukturach chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej. Borisow często fotografuje się z Angelą Merkel i innymi prominentnymi politykami zachodnimi. Jego długotrwałe rządy pogłębiły jeszcze patologie życia społecznego w Bułgarii, na porządku dziennym stawiając problem nietykalnych przez wymiar sprawiedliwości oligarchów oraz powiązanych z nimi polityków i przestępców”. To cytat z pańskiego artykułu opublikowanego na stronie Tygodnika TVP. O związkach Borisowa z kanclerz Niemiec przypominają Bułgarzy na demonstracjach antyrządowych. Pytają na transparentach: „Pani Merkel, nie wstyd pani za tego skorumpowanego typa?”.

 

Bojko Borisow cały czas mocno akcentuje przyjaźń z liderami europejskimi, z kanclerzem Merkel i liderami niemieckiej CDU/CSU. Obecnie jest byłym premierem, bo władzę sprawuje rząd techniczny i odbędą się wcześniejsze wybory, gdyż jak już wcześniej zwróciłem uwagę, partia GERB była arytmetycznym zwycięzcą kwietniowych wyborów, ale jednak nie była w stanie sformować większościowego rządu. Rządziła od prawie dekady i zachowała bardzo duże wpływy w sferze gospodarczej, informacyjnej i politycznej. Wpływy te zyskała dzięki mocnej pozycji Borisowa w strukturach Europejskiej Partii Ludowej.

 

Czyli przyjaźń z kanclerz Merkel i silna pozycja w strukturach Europejskiej Partii Ludowej wystarczy, że państwo nie jest oskarżane o łamanie tzw. praworządności?

 

Tak to niestety wygląda. Ale podobnie wygląda sytuacja Malty czy Słowacji. Partia SMER byłego premiera Roberta Fico, która rządziła na Słowacji od połowy pierwszej dekady XXI wieku do 2019 roku, też miała mocną pozycję w strukturach drugiej co do wielkości frakcji w Parlamencie Europejskim, czyli koalicji socjalistów i demokratów S&D. Dzięki powiązaniom partyjnym z elitami UE wiele przestępstw i nieprawidłowości, które miały miejsce w słowackim życiu politycznym, udawało się ukrywać na forum europejskim. A z drugiej strony ten kraj był traktowany na arenie unijnej ulgowo. Nawet jak sprawa zabójstwa Jana Kuciaka stała się głośna, nikt w Parlamencie Europejskim nie mówił, że Słowacja ma ogromny problem z praworządnością. W tym kontekście mówiono głównie o Polsce i o Węgrzech. Podobnie było kiedy doszło do zabójstwa dziennikarki na Malcie.

 

O czym to świadczy?

 

O relatywnym podejściu do norm demokracji parlamentarnej i praworządności. To jak dane państwo jest traktowane na forum europejskim jest często pochodną różnych nieformalnych struktur i zjawisk, często prozaicznych, jak przyjaźnie polityków.

 

I powiązań w ramach frakcji w Parlamencie Europejskim.  

 

Tak. Jednym uchodzi więcej, a inni są bezlitośnie rozliczani za każde słowo. Opisując to, co działo się w Bułgarii starałem się pokazać uniwersalne problemy i mechanizmy polityczne, które występują w Europie.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski

 


 

Łukasz Kobeszko

Rocznik 1975. Filozof i publicysta, współpracuje z Tygodnikiem TVP, dziennikiem „Rzeczpospolita” oraz PolskimRadiem24.pl.

 

Nie jesteśmy zblatowani z władzą – rozmowa z MIROSŁAWEM ŁAPĄ, redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”

Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych i kontrowersyjnych – mówi Mirosław Łapa, redaktor naczelny „Tygodnika Kępińskiego” pisma wyróżnionego Nagrodą im. Aleksandra Milskiego, w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Ma pan w Kępnie wielu wrogów jako wydawca?

 

O tym nie mi sądzić, ale mniemam, że kiedyś miałem więcej.

 

Zdarzyło się, że po krytycznej publikacji ktoś przestał panu podawać rękę?

 

Tak, zdarzyło się wielokrotnie. Jednak po kilku latach, a nawet miesiącach, wracały między nami poprawne relacje.

 

O co najczęściej ludzie się obrażają?

 

Prawda zazwyczaj „w oczy kole”, a podparta jeszcze argumentem lub faktem, tym bardziej jest nie do zniesienia.

 

Czy w Polsce powiatowej ludzie są bardziej wrażliwi na krytykę?

 

Kiedyś myślałem, że tak było. Obecnie w świecie mediów internetowych nie ma to już takiego przełożenia, choć prawdziwa cnota w dużym i małym mieście krytyki nie powinna się bać.

 

A czego ludzie najbardziej się boją? Ośmieszenia? Społecznego napiętnowania? Krytyki moralnej? Czy ujawnienia spraw, które chcieliby ukryć?

 

„Dulszczyzna” w naszym społeczeństwie nadal ma się dobrze. Brudy każdy chciałby prać tylko w swoich czterech ścianach, ale dziś coraz trudniej o prywatność. Myślę, że najbardziej boimy się samotności, która staje się coraz bardziej powszechna. Boimy się bycia zapomnianym, stąd i ta – nieraz ośmieszająca – aktywność na forach internetowych

 

Jak pan ocenia siłę rażenia gazety powiatowej? Często słyszałem, że jest większa od krytyki w TVN czy TVP Info, bo z krytykowanymi spotykacie się twarzą w twarz na ulicy.

Dostępność gazety lokalnej jest większa, nie każdy ogląda TVN czy TVP, a „Tygodnik Kępiński” czytają osoby o różnych poglądach politycznych, dlatego dla opisanej krytycznie osoby osąd bywa „dotkliwszy” niż od tej z mediów ogólnopolskich, gdzie po kilku minutach zapominamy w natłoku informacji o tej dla nas istotnej.

 

Kilkanaście lat temu „Gazeta Jarocińska” sprzedawała tyle egzemplarzy, ile było kominów w powiecie. Czy zainteresowanie prasą lokalną już minęło? Liczy się wyłącznie Internet?

 

„Tygodnik Kępiński” czytany jest przez kilkanaście tysięcy mieszkańców powiatu i ościennych regionów, choć sprzedaje się w nakładzie kilku tysięcy. Oznacza to, że gazeta trafia do co trzeciego mieszkańca Kępińskiego. Poza tym, fragmentarycznie, czytana jest na stronie internetowej. Dlatego uważam, że czas gazet lokalnych jeszcze nie minął, choć kominów w mieście ubywa z uwagi na działania proekologiczne.

 

Czy lokalnie budżety reklamowe przesunęły się z papieru do sieci?

 

Ilość reklam, szczególnie w okresie pandemii, zmniejszyła się, jednak przeważa nadal reklama w gazecie papierowej. Z tej prostej przyczyny, że nie jest tak ulotna jak w sieci.

 

Idzie pan na zwarcie z władzą, prowadzi z nią grę czy też układa się z burmistrzem i starostą, aby dostawać z urzędów reklamy?

 

Każdy tekst jest starannie sprawdzany i oparty na obiektywnej rzeczywistości, my nie tworzymy faktów, jak to ma miejsce w niektórych mediach ogólnopolskich. Dlatego zdarzało się, że przez kilka tygodni nie otrzymywaliśmy zleceń reklamowych z jakiegoś samorządu. Gdy jednak poirytowany włodarz gminy przeanalizował argumenty – odniósł za i przeciw do zaistniałej sytuacji – to zaczęliśmy ponownie otrzymywać zlecenia przetargowe.

 

Są tematy, które pan z powodów strategicznych omija? Stosuje wewnątrzredakcyjną cenzurę?

 

Nie poruszamy w gazecie tematów szerzących pornografię i uderzających w religię.

 

Wchodzi Pan w kompromisy?

 

Gdyby nie kompromisy, to dziś gazety by nie było…

 

Czego one dotyczą?

 

Zawsze przedstawiamy racje wszystkich stron, nie stroniąc od własnego komentarza.

 

Zaglądacie samorządowcom do kieszeni, analizujecie oświadczenia majątkowe, dochodzicie źródeł ich stanu posiadania? 

 

Analizujemy oświadczenia majątkowe samorządowców, przedstawiając źródła dochodów. W okresie ostatnich lat Urząd Skarbowy zakwestionował tylko oświadczenia kilku radnych i dotyczyło to spraw proceduralnych, a nie kwot rozliczenia.

 

Władza w Kępnie nie wykorzystuje stanowisk dla celów prywatnych?

 

Zdarzało się, że na stanowiska samorządowe lub w instytucji podległej staroście, bądź burmistrzowi zatrudnianie były osoby protegowane. Aktualnie jednak każde zatrudnienie w samorządzie poprzedzone jest procesem konkursowym.

 

Ludzie nadal idą do samorządu, aby się wzbogacić? Radni wciąż zasiadają w radach nadzorczych miejskich spółek, łamią zasady etyczne?

 

W regionie kępińskim milionerzy nie pracują w samorządzie, prowadzą własne przedsiębiorstwa. Od wielu lat w radach gminnych pracują ludzie znani ze swojej aktywności pro bono. W radach nadzorczych spółek komunalnych zasiadają  prawnicy. W powiecie bezrobocie jest szczątkowe, stąd tu nie dorabia się w samorządzie. Robotnik zarabia tu minimum 4 tys. zł na rękę, a fachowiec jeszcze raz tyle.

 

Gazeta lokalna jest czwartą władzą i ma rzeczywisty wpływ na życie, czy może burmistrz i starosta wszystko mogą?

 

Takie czasy, kiedy burmistrz był „lokalnym królem”, to już zamierzchła przeszłość lat 90. ubiegłego wieku. Dziś, po wprowadzeniu kadencyjności stanowisk, musi on starannie i rozważnie podejmować decyzje, albowiem nie wiadomo, czy w kolejnych wyborach jego fotel nie zajmie obecny adwersarz w samorządzie.

 

Większość mediów lokalnych jest zblatowana z władzą. Czy społeczności lokalne autentycznie łakną niezależnych mediów, wolnego słowa?

 

„Tygodnik Kępiński” nigdy nie był zblatowany z żadną władzą. Społeczność kępińska jest podobna do tej z innych miast powiatowych, żądna jest sensacji, choć, zauważam, że dziś już coraz mniej. Niegdyś tytuł „Władza kłamie” robiłby furorę, dziś już mało kto reaguje emocjonalnie na takie określenie.

 

Przez lata największą gangreną niezależnych gazet były bezpłatne media samorządowe. Czy tak jest nadal?

 

W Kępińskim nie mamy takiego problemu. Burmistrz wydaje swoje pismo tylko dwa razy w roku, w pozostałych samorządach dzieje się to od czasu do czasu.

 

Gazety samorządowe nigdy nie martwiły się o wynik finansowy. Czy mogą być także przykrywką dla korupcji?

 

Myślę, że tak, ale w naszym powiecie nie ma cyklicznie wydawanych gazet lokalnych.

 

Jaki model gazety pan realizuje? Czytelnikowski czy tabloidalny? Wiadomo, że najlepiej zawsze sprzedawały się śmierć i seks.

 

Rozczaruję pana, „Tygodnik Kępiński” pisze w tonie pozytywnym. Na naszych łamach nie leje się krew, ani nie zobaczy pan obscenicznych zdjęć. Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych obyczajowo i kontrowersyjnych.

 

Jakie tematy u was dominują? Sensacje, dramaty, wypadki?

 

Żaden z tych wymienionych przez pana. Gazeta głównie analizuje podjęte uchwały i decyzje władz, jakie będą miały przełożenie za życie mieszkańców. Tematy lokalnej historii to jeden z tych działów, które cieszą się czytelniczym poklaskiem. I, oczywiście, sport. Nie przeczyta pan w żadnej gazecie, prócz „Tygodnika…”, o tym jak zagrała „Zawisza” Łęka Opatowska, „Orzeł” Mroczeń czy „Polonia” Kępno lub tutejsze drużyny piłkarskie z innych klas rozgrywkowych.

 

Wiele procesów miała gazeta?

 

Na samym początku tworzenia gazety, gdy jeszcze nie mieliśmy tyle doświadczenia dziennikarskiego, popełniliśmy dwa teksty, niepoparte dokładnie faktami, o sytuacjach jakie zaistniały w kępińskim szpitalu. I mieliśmy procesy z lekarzami. Skutkowało to tym, że część kolegów, tworzących wówczas zespół redakcyjny, odeszło. Na ławie oskarżonych z jedenastoosobowego składu pozostało nas… trzech. Przegraliśmy obie rozprawy sądowe, choć, patrząc z perspektywy czasu, mogły one mieć inne rozstrzygnięcia. Po tych doświadczeniach na wiele lat stworzył się trzon redakcyjny, zmieniony nieco na początku XXI wieku.

 

Jaka jest recepta na redagowanie dobrej gazety lokalnej? Wystarczy rzetelna informacja czy wnikliwa kontrola władzy samorządowej?

 

Gazeta musi odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Mieszkańcy interesują się władzą tylko w czasie wyborów, później ważne jest dla nich tylko to… żeby nie kradli. Lubią przeczytać o sobie lub znajomych, ale w treści pozytywnej. Atakowanie i opisywanie skrajności jest dobre na krótką metę, w dłuższej perspektywie traci się czytelnika, gdyż nie zawsze leje się przysłowiowa krew na stronicach gazety. Być rzetelnym, pisać obiektywnie to najważniejsze wartości w dobie internetowego szału informacyjnego.

 


 

Mirosław Łapa

Rocznik 1964. Absolwent Pedagogicznego Studium Technicznego w Kluczborku. W stanie wojennym działacz Solidarności Walczącej w Kępnie. W swojej karierze zawodowej pracował m.in. jako nauczyciel w szkole, inspektor w Powiatowym Urzędzie Pracy. Od 2004 roku jest redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”.

 

 

Bezdomność z wyboru – rozmowa z laureatami I Nagrody im. Stefana Żeromskiego

Agnieszka Szwajgier i Adam Bogoryja-Zakrzewski otrzymali I Nagrodę im. Stefana Żeromskiego przyznawaną za publikacje o tematyce społecznej. Jury doceniło ich reportaż radiowy „Bilet powrotny proszę”. O jego bohaterach oraz kulisach realizacji opowiadają w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

W Polsce jest 30 tys. bezdomnych. Jak Polacy zostają bezdomnymi w Berlinie?

 

Adam Bogoryja–Zakrzewski: Najpierw szukają pracy. Potem zostają okradzeni z dokumentów: dowodu osobistego, paszportu. I z pieniędzy.  Tak przynajmniej twierdzi większość bohaterów naszego reportażu, ale kto wie, czy dokumentów nie sprzedali. Na dowody można bowiem brać pożyczki w bankach. Lądują na ulicy, gdzie żebrzą. Niemcy są bardzo hojni i szczodrzy, a bezdomni Polacy chętnie z tego korzystają wystawiając puszki.

 

Jeden z nich przyznaje: „Budzisz się, a tam pięćdziesiąt euro leży. Wystarczy kubek postawić”. 

 

A.B-Z: (śmiech) No tak, ale takich opowieści trzeba słuchać z przymrużeniem ucha. Ale faktycznie drobne się trafiają. Nie ma jednak co ukrywać: oni najczęściej okradają sklepy z alkoholu i rzeczy, które łatwo sprzedać. Z tego żyją.  Ponadto z pomocy społecznej dostają ciuchy, buty. A jak im jest już bardzo zimno i bardzo źle, mogą przenocować w noclegowni.

 

A.Sz.: Pierwsze powiedzenie, które tam usłyszałam, brzmiało: „Jak ci Polak nie zaszkodzi, to już ci pomógł”. Nasi bohaterowie często opowiadali, że wylądowali na ulicy po tym, jak inny Polak miał załatwić im pracę lub mieszkanie, a potem ich oszukiwał. Wielu miało obiecaną pracę na budowie, a po kilku miesiącach nie dostawali wynagrodzeń. Nie wiemy, jak to jest z tymi dowodami. Czy im je kradną, czy bezdomni sami sprzedają je Cyganom. Tak podejrzewają ludzie z Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, która pomaga bezdomnym w Berlinie i zachęca ich, aby wrócili do Polski.

 

Ale bezdomność w Berlinie to także biznes. W waszym reportażu „Bilet powrotny proszę” mówi o tym Arkadiusz Kraska ze Stowarzyszenia „W nas siła”: Wypuszczają ludzi na ulicę, aby żebrali. Niech każdy z dziesięciu osób przyniesie codziennie po sto euro. Mają swój rewir. Żyją bezpiecznie. Mają dostęp do narkotyków, papierosów. Biją się o rewiry.  Nie można sobie ot tak być bezdomnym. To są plemiona.

 

A.B-Z.: Arkadiusz Kraska został w Polsce niesłusznie skazany. 21 lat siedział za nic. Po wyjściu zza krat założył stowarzyszenie pomagające takim ludziom, jak bezdomni w Berlinie. Opowiadał nam, że Cyganie pobierają od bezdomnych haracz z sum, które wyżebrali albo ukradli. W zamian oferują im noclegi w pustostanach.

 

A.Sz.: Rzeczywiście to nie jest tak, że rozkładasz sobie na chodniku karimatę, śpiwór i jest ci tam dobrze. Nie możesz tak łatwo zostać bezdomnym. Jeden z bohaterów opowiadał, że musiał się wkupić do grupy. Odnalazł opuszczone mieszanie, otworzył drzwi kombinerkami, łomem i śrubokrętem, i udostępnił je innym bezdomnym. Ludzie, których spotykaliśmy na berlińskich ulicach, byli z nami bardzo szczerzy. Może to nasza otwartość i chęć zrozumienia ich sytuacji sprawiły, że nam zaufali? Choć zdarzyły się też momenty niepokoju. Jeden z nich, widziałam to na własne oczy, próbował ukraść Adamowi portfel z torby. Potem tłumaczył, że tylko żartował.

 

W pewnej chwili pytasz, Agnieszko: „Nic nam nie zrobią?”. Baliście się?

 

A.Sz.: Strach to za dużo powiedziane, ale na pewno byłam w tak zwanym trybie czuwania. Nie bałam się tych chłopaków, z którymi rozmawialiśmy. Może czułam niepokój z powodu atmosfery w tunelach pod ulicami Berlina, gdzie chodziliśmy. Pamiętam wyjątkowo agresywnego Szweda, który chodził od kąta do kąta i wydzierał się w niebogłosy. Inni też wydawali dziwne dźwięki. Wtedy zadałam to pytanie.

 

A.B-Z.: Nie. Ja nie. Swojskie chłopaki. Biały dzień. Nieraz realizowałem reportaże w środowiskach wyjątkowych, trudnych i nigdy nie spotkało mnie niebezpieczeństwo. Groźnie może być nocą. Pamiętam, jak kręciliśmy materiał w korytarzach podziemnych na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Tam rzeczywiście czuliśmy strach.

 

Bezdomność w Berlinie jest wyborem czy przymusem?

 

A.B-Z: Berlin jest najłatwiejszym celem dla ludzi z województw zachodniej Polski. Często muszą oni – lub chcą – opuścić dom. Albo się nie układa z żoną, albo mają zatargi z prawem i uciekają przed wyrokiem, alimentami. Albo uciekają w rejony bardziej przyjazne dla bezdomnych, bo w Polsce, na dworcach czy w parkach, nie wolno im przebywać, policja ich goni. A w Berlinie możesz rozłożyć materac nawet zasikany przed sklepem spożywczym.

 

Z reportażu wynika, że koczują nawet w pobliżu komendy policji. „Tu jest wolność, a w Polsce nie ma wolności”, mówi jeden z nich. Czy to jest poza? 

 

A.B.Z: Myślę, że takiego dokonują wyboru. W Berlinie jest im łatwiej aniżeli w Polsce. Dostają większą pomoc.

 

A.Sz.: Tam wszystko mają na tacy. Markowe ubrania z Prady czy Calvina Kleina, nie tylko z sieciówek. Codziennie dostają jedzenie. Kiedy pytaliśmy Niemców o osoby w kryzysie bezdomności mówili, że tak im się życie ułożyło. Że nie chcą ich marginalizować, bo to są ludzie wolni. Raz tylko dyrektor szpitala w Guben wpadł w zakłopotanie, kiedy Adam zapytał go, co zrobiłby, gdyby bezdomny rozłożył się przed wejściem do szpitala. Generalnie są jednak w pełni zrozumienia dla smutnych historii tych ludzi. Uważają, że trzeba im pomóc. I tak się zdarza, że w kubku ląduje pięćdziesiąt lub sto euro. Inna sprawa, że bezdomni mają z kolei opracowane metody okradania. Staliśmy chyba z godzinę pod sklepem i z dumą opowiadali nam, jak to potrafią sprytnie ulotnić się z danym towarem.

 

„Ze sklepu wynoszę torby jedzenia. Nigdy nic nie kupiłem. Wiem, jak wyjść ze sklepu z plecakiem perfum. Nie zadziała żaden alarm” – mówi jeden z nich. Inny opisuje, że wpuszczają kolegę, który zachowuje się podejrzanie. Na nim koncentrują się ochroniarze. W tym samym czasie „dwóch jego kolesi bierze po zgrzewce piwa i wychodzą”. 

 

A.B-Z.: Warto dodać, że w Berlinie wśród bezdomnych najwięcej jest Polaków.

 

Podajecie w reportażu, że w Berlinie bezdomnych jest od 3 do 6 tysięcy. Ponad połowa z nich to Polacy. Ale dlaczego nie chcą wracać? Argumentują: „Wstyd wrócić do Polski”. „Co mam tam robić?”.

 

A.B-Z.: Rzeczywiście trzeba ogromnego samozaparcia, aby ponownie znaleźć się w Polsce. Jeśli nawet mają uregulowane kwestie prawne i więzienie ich nie wzywa, musieliby w Polsce podjąć pracę. A często są to ludzie uzależnieni od alkoholu i narkotyków, dlatego trudno się im poukładać.

 

A.Sz.: Nie chcą wracać, ale w pewnym sensie także nie mogą, bo na wielu z nich nikt w Polsce nie czeka.  Jeden z naszych bohaterów mówi, że jak wyjeżdżał z Polski, miał zęby. Teraz ich nie ma. Wyjeżdżając miał dokumenty, plecak, smartfon, wyglądał inaczej. Teraz nie ma nic i honor nie pozwala mu się do tego przyznać. Jak Dariuszowi, któremu z berlińskiej bezdomności pomogła wyjść Fundacja„Barka”. Dali mu pracę i spanie w gospodarstwie ekologicznym „Barki” w Chudobczycach. Ale długo nie chciał zadzwonić do mamy, bo co miał jej powiedzieć? Że jest w jakimś ośrodku? Że jest z innymi byłym bezdomnymi? Że niewiele zarabia i ma długi? Wielu z tych ludzi żyje w strachu, jak rodzina ich przyjmie.

 

Znaleźliście osobę, która zdecydowała się na powrót. Chciała kupić bilet powrotny i …

 

A.B-Z.: … trzydziestoletni mężczyzna dzwoni do mamy, rozmawia z nią ciepło i pyta: „Mamo, mam wracać?”. „Nie, nie. Zostań tam. Tu nie ma po co wracać” – słyszy w odpowiedzi. Bezdomny ma łzy w oczach. Na pożegnanie mówi tylko: „Kocham Cię”.

 

Jakie mieliście największe kłopoty przy realizacji tego reportażu?

 

A.B-Z.: Chcieliśmy się dowiedzieć, jak problem bezdomnych Polaków w Berlinie widzą niemieckie służby socjalne. Nie sposób było umówić się z nimi z dnia na dzień, a nie mieliśmy więcej czasu na realizację. U nich to zawsze trwa.

 

A.Sz.: Nagrywaliśmy materiał na wielu ulicach w Berlinie. Przy montażu okazało się, że każda brzmi inaczej i trudno to było złożyć w jedną sensowną całość tak, aby słuchacze się nie pogubili.

 

Trudne były też rozmowy z bezdomnymi, którzy wzajemnie wchodzili sobie w słowo. Przekrzykiwali się. Jazgotali. Co chwilę koncentrowali się na czymś innym. Poradziliśmy sobie z tym tak, że jedno z nas nagrywało, a drugie zajmowało się odciąganiem przeszkadzających. Doszło do tego, że nawet im śpiewałam, aby Adam mógł spokojnie porozmawiać. Do tego sam fakt nagrywania na ulicy, gdzie stale jeździły samochody, autobusy, pociągi, metro, a my przecież dotykaliśmy kwestii delikatnych, osobistych, czasami intymnych, wymagających wyciszenia i nie mogliśmy tego zrobić z przysłowiowego buta. Musieliśmy te relacje najpierw zbudować.

 

A.B-Z.: Trudnością było też przekazanie słuchaczom zapachów bezdomnych.

 

Ano właśnie. Rozmawialiście wśród kartonów, cuchnących materacy, butelek, niedojedzonych konserw, zepsutych bananów. Jak w radiu przekazać zapach?

 

A.B-Z: To był bardzo ciekawy eksperyment. To, czego nie mogliśmy przekazać w dźwięku włożyliśmy w słowa lektorowi. Niektóre przekazy podbijał autentyczny głos, jak ten Niemca, który użył wulgarnego „Scheiße”. Wydobywaliśmy także dźwięki stada much, turlanych butelek, kopanych puszek. Łączyliśmy je z przetworzoną muzyką, która budowała klimat grozy i brudu.

 

Wasz reportaż „Bilet powrotny proszę” zrealizowany został w cyklu „Życie na granicy”, który opowiada, jak układają się relacje polsko–niemieckie. Za ten materiał zgarnęliście już wiele nagród. Czy można teraz liczyć na Prix Italia, radiowego Oskara?

 

A.Sz.:  Może ten reportaż miałby takie szanse, gdyby został na ten konkurs wysłany. Ale z informacji, które do mnie dotarły wynika, że władze Polskiego Radia nie zamierzają go prezentować na zagranicznych konkursach. Powodem jest moje przejście ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia do Radia 357. Jeśli pytasz mnie o to, co na ten temat myślę, to mogę powiedzieć, że Polskie Radio samo strzela sobie w stopę. Tworząc ten reportaż pracowałam w Studiu Reportażu i radio ma pełne prawo wykorzystać wszystkie nagrane podczas wyjazdu materiały i reportaże. Tym bardziej, że samo finansowało te dwa tygodnie nagrywania i życia przy granicy polsko-niemieckiej. Powstały dobre reportaże, dotykające ważnych tematów i relacji polsko-niemieckich. Polskie Radio ma pełne prawo się nimi chwalić, nie tylko w Polsce ale i zagranicą. Dlaczego tego nie robi?

 


 

Agnieszka Szwajgier

Ukończyła studia psychologiczne (KUL), dokumentalne (UW) i muzyczne (Akademia Muzyczna w Łodzi). Debiutowała w Polskim Radiu Lublin w 2013 roku – zajmowała się audycjami kulturalnymi do programów takich jak „Studnia Akademicka” i „Halo Kultura”. Cztery lata później rozpoczęła pracę w Programie 3 Polskiego Radia. W ramach trójkowej akcji „Jesteśmy Połączeni” przygotowywała relacje z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Norwegii, Estonii i Afryki, a także z wyprawy Daru Młodzieży. Współpracowała z Teatrem Polskiego Radia, gdzie zajmowała się oprawą muzyczną słuchowisk. Pracowała także w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Stworzyła własną Pracownię Podcastów Sounds and Stories. Obecnie jest dziennikarką Radia 357.

 

Adam Bogoryja-Zakrzewski

Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.

 

 

Nasi bracia w Amazonii – rozmowa z ks. ROMANEM SIKONIEM, laureatem Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego

Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy – mówi ks. Roman Sikoń, salezjanin, który otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za film „Rzeka życia”. Wyróżnienie jest przyznawana za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie.

 

Patrząc na bohaterów najnowszego księdza filmu zatytułowanego „Rzeka życia”, braci i księży salezjan Sławomira i Piotra Drapiewskiego, którzy płyną łodzią po Amazonii i odwiedzają wioski zamieszkałe przez indiańskie plemię Yanomami widać, że oni nie mają problemu z tym, czym jest powołanie i sens życia. Jak zwykli ludzie w dzisiejszym, trudnym świecie mogą odnaleźć swoje powołanie i własny sens życia?

 

Żeby znaleźć powołanie, najpierw trzeba się nawrócić, czyli przyjść do Chrystusa i być z Nim. A najlepiej i najprościej uczynić to przez sakramenty święte, przez spowiedź i komunię.

 

Czyli nic nowego.

 

Bo nie ma żadnej nowej recepty, chociaż mamy różnych charyzmatyków i przeróżne nowe nabożeństwa. Ale nawet one – jeżeli są prawdziwe i rzeczywiście pochodzą z Ducha Św. – mają nas doprowadzić do spowiedzi i komunii świętej oraz do tego, żebyśmy się nawracali  każdego dnia. Nawrócenie jest pierwszym warunkiem dojścia do swojego powołania. A potem, kiedy już się nawrócimy, trzeba zadać sobie pytanie dlaczego ja rozmyślam o Bogu, a moi koledzy mają inne dylematy życiowe. Potem potrzebna jest decyzja co zrobić z powołaniem.

 

Jak można przekonać współczesnego człowieka, że jest mu potrzebna wiara katolicka?

 

Na ile my jako salezjanie możemy, przekonujemy przez argumenty logiczne i rozumowe oraz poprzez Słowo Boże i tłumaczenie Słowa Bożego według tego, czego uczy Kościół katolicki. Potrzebna jest również łaska wiary. Ufam, że każdy człowiek ma taką łaskę, bo o każdego Pan Bóg się upomina i każdy potrzebuje Boga. Ale niestety, w swojej wolności, którą też dał nam Bóg, wybieramy inne bożki.

 

Tak dzieje się przez całą historię świata. Najbardziej popularny bożek, czyli pieniądz, ale również może być to władza czy inne wierzenia. Teraz mamy ich mnóstwo. Wróżki, przeróżne sekty. Atakują nas religie Dalekiego Wschodu nie mówiąc czym tak naprawdę są i w co każą wierzyć. Uczą nas bliżej nieokreślonej filozofii pokoju. A jeżeli przyjrzymy się i dotrzemy do sedna sprawy zobaczymy, że jeżeli nie ma tam Boga w Trójcy Świętej jedynego, jeżeli nie ma Kościoła katolickiego to jest tam po prostu szatan. Nie ma pośredniego środka czy odpowiedzi na sens życia ludzkiego. Jest tylko Bóg lub szatan. Czasem diabeł przybiera różne formy i nakłada na siebie różne stroje.

 

Indianie Yanomami mają całkiem inne problemy, mniejsze oczekiwania i potrzeby niż my, ludzie żyjący w Polsce. Czy oni odnaleźliby się w naszym bardzo zmaterializowanym świecie?

 

Indianie Yanomami, którzy chcą dołączyć do naszego świata mogą z tego skorzystać. Brazylia oferuje im różne możliwości rozwoju np. edukację. Te wszystkie wioski i miasteczka np. św. Izabeli,  św. Gabriela, św. Jana Bosko czy św. Dominika Savio, które widzicie Państwo w filmie „Rzeka życia”, powstały dzięki misjom salezjańskim. Może trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Salezjanie na początku zanieśli im to, czego najbardziej potrzebowali, żeby rozwijać się i żyć w pokoju. Zanieśli im przede wszystkim Słowo Boże, ale i nauczyli uprawy roli.

 

Dlaczego tych wiosek w Amazonii wcześniej nie było?

 

Zamieszkali tam obecnie Indanie przemieszczali się z miejsca na miejsce, ponieważ walczyli z innymi szczepami Yanomami albo plemionami Indian amazońskich o jedzenie i kobiety. A te piękne, malownicze wioski, które można zobaczyć na filmie powstały dzięki temu, że misjonarze dziesiątki lat temu nauczyli ich uprawy manioku. Dzięki temu nie musieli już walczyć o jedzenie, o przeżycie, ale mogli osiąść na stałe. Na filmie są sceny, na których widać, jak maniok jest pieczony w specjalnych  plackach. Jest też scena, kiedy miejscowy misjonarz Brazylijczyk przywozi im sadzonki palm kokosowych i razem z dziećmi sadzi je. Taka jest tamtejsza rzeczywistość i cieszę się, że mogłem się o  niej dowiedzieć będąc tam na miejscu. Salezjanie musieli zrezygnować z wielu miejsc, gdzie wcześniej pracowali.

 

Z czego to wynika kryzys powołań u salezjanów?

 

Z szeregu różnych przyczyn, m.in. z konsumpcyjnego stylu życia, postępującej laicyzacji.

 

Ksiądz był na tej wyprawie, płynął ksiądz łodzią?

 

Tak. Ze względu na wysokie koszty pojechałem do Amazonii sam. Robiłem zdjęcia, wywiady i montaż filmu. Nawet raz skąpałem się w rzece z kamerą. Różne sytuacje przytrafiły mi się w trakcie podróży.

 

Drona też ksiądz pilotował?

 

Tak.

 

Długo trwały zdjęcia?

 

Dwa tygodnie. Część czasu pochłonęła sama podróż. Na początku 24 godziny płynęliśmy szybką łodzią, w której się siedzi wygodnie tak jak w autobusie czy samolocie. A później taką łodzią piętrową, którą również widać na filmach i zdjęciach. Ta podróż, z miasteczka Santa Izabela do Manaus, zajęła nam dwa i pół dnia. Z Santa Izabela płynęliśmy dzień do wiosek, które nie leżą przy głównej rzece, ale przy rzece Maravilla, która jest dopływem Rio Negro. Następnie podróżowaliśmy dopływami tej rzeki. Pejzaże, który można podziwiać na filmie robi ogromne wrażenie. W pewnym momencie widzimy potężne góry w sercu Amazonii. A u podnóża tych gór piękna wioska Yanomani, którzy tam żyją i z wielką radością witają misjonarzy, którzy ich odwiedzają od czasu do czasu.

 

Dowiedział się ksiądz czegoś nowego o powołaniu i sensie wiary podczas pracy nad filmem?

 

Pozytywnie zaskoczyło mnie, jak wielkie było oddziaływanie misjonarzy jeszcze czterdzieści, trzydzieści czy nawet dwadzieścia lat temu. Teraz nadal żniwo jest wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Do przyczyn spadku powołań, o których mówiłem wcześniej, należy dodać jeszcze jeden istotny  fakt: Brazylia i Ameryka Południowe są poddane nowej reformacji.

 

Na czym ona polega?

 

Działalność wspólnot protestanckich ze Stanów Zjednoczonych jest tak wielka, że w Brazylii jest już więcej ludzi ochrzczonych w kościołach protestanckich niż w Kościele katolickim. A kiedyś Brazylia była największym krajem katolickim na świecie. Tak naprawdę nie wiemy w co te kościoły protestanckie wierzą, bo jest ich dziesiątki tysięcy. Kiedy upada wiara katolicka ten upadek niesie ze sobą jeszcze inne poważne konsekwencje.

 

Jakie jeszcze?

 

Jeżeli upada Kościół katolicki, zanika niesienie pomocy humanitarnej, która jest przekazywana do wszystkich, również do osób niewierzących. Gdzie działa Kościół katolicki, tam jest niesiona pomoc humanitarna. Działają szpitale, szkoły, żłobki, domy dla narkomanów, przytułki dla sierot. Jeżeli brakuje misjonarzy, brakuje Chrystusa w najważniejszym, czyli w sakramentalnym sensie. Brakuje również prawdziwej miłości i braterstwa, które są w Jezusie Chrystusie. Bycie misjonarzem albo człowiekiem, który pomaga misjonarzom w organizacjach kościelnych nie oznacza, że wspiera się nieznanych ludzi, ale nasze siostry i braci w Chrystusie Panu. Misjonarze nie pomagają z powodu ogólnoludzkich przyczyn, ale dlatego, że ci, których wspieramy są naszymi siostrami i braćmi. Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy. Jeżeli oni chcą iść do szkoły czy na studia Kościół również im pomaga. W każdej wiosce u  Indian Yanomami mieliśmy spotkanie z ich radą starszych. Zawsze pytali: dlaczego nie przyjeżdżacie, dlaczego nie ma misjonarzy w naszej wiosce. Domagali się misjonarzy. Pamiętali duchownych, którzy kiedyś ich częściej odwiedzali. Najczęściej byli to włoscy salezjanie. Zabawne było to, że mówili: widzę, że jesteście prawdziwymi salezjanami, bo macie brody.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski

 


 

Ks. Roman Sikoń SDB

Rocznik 1976 r., absolwent historii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Wolontariusz Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, był na misjach w Kenii i w Tanzanii. W zgromadzeniu salezjańskim od 2006 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Kręceniem filmów zajmuje się od 2008 r. Członek SDP od 2009 r. Filmy jego autorstwa były emitowane m. in. w TVP1, TVP Kraków, TV Trwam, TV Religia oraz w ogólnoświatowej amerykańskiej telewizji katolickiej EWTN.

Pamięć historyczna jest konieczna – rozmowa z PIOTREM ZARĘBSKIM, laureatem Nagrody im. Janusza Kurtyki

Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść do przodu, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu – mówi Piotr Zarębski, reżyser, laureat Nagrody im. Janusza Kurtyki SDP,  w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Twój film „Bądź wierny, idź i pamiętaj” o bohaterstwie i męczeństwie Polaków jest niezwykle eklektyczny. Jest w nim masa wątków: od 11 listopada 1918 roku i Traktatu Wersalskiego przez polonizację Pomorza, dojście Hitlera do władzy, hitleryzację Gdańska, Westerplatte, Monte Casino, Katyń, powstanie warszawskie, po zamachy na Hitlera, wywózkę Polaków do łagrów i Żołnierzy Wyklętych. Natłok faktów, strumień wiedzy. Nie za dużo grzybów w barszczu?

 

Muszę nawiązać do genezy, do tego, jak ten film się rodził. Ojciec Grzegorz Moj z Telewizji „Trwam” zwrócił się do mnie, abym wykorzystał zgromadzony materiał filmowy, ponieważ nikt nie chciał się tego podjąć. Były to: wywiady, scenki, archiwalia – nakręcone przy różnych okazjach i niepowiązane ze sobą, bez wspólnej myśli. W sumie kilkadziesiąt godzin. Pierwotny zamysł był bardzo ogólny: aby zrealizować film o II wojnie światowej na Pomorzu. Ale nie było scenariusza, jakiejkolwiek koncepcji. Musiałem więc najpierw ten materiał mocno zanalizować i opisać. Samych wywiadów było kilkadziesiąt godzin nagrań. Materiał był bardzo różnorodny technicznie. Dodam, że te materiały nagrywali nie tylko pracownicy TV Trwam, na przykład Łukasz Bindek czy Witold Pobudzin, ale także studenci Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Ponadto studenci obok profesjonalnych aktorów wcielali się w niektóre role odtwórcze.

 

To sytuacja wyjątkowo nietypowa, jakby odwrócenie procesu twórczego. Zwykle reżyser ma pomysł, budżet i dopiero wtedy zaczyna nagrywać materiał.

 

Dokładnie tak. Musiałem pracować na zebranym materiale, na tyle eklektycznym, że konieczne były dokrętki, aby scalić ten materiał i opowiedzieć o najważniejszych w tym czasie wydarzeniach z historii Polski. W rezultacie Traktatu Wersalskiego, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość i dostęp do morza, Pomorze odgrywało kluczową rolę. W tej układance szczególna rola przypadła Kaszubom, którzy zawsze byli związani z Polską i walczyli o Polskę. Dlatego na nich spadły największe represje ze strony Niemców, ale i Sowietów, którzy potem zajęli te ziemie i Kaszubów uznawali za Niemców.

 

Sowieci w 1945 roku zadali mieszkańcom Pomorza więcej strat, aniżeli Niemcy przez pięć lat wojny. Historyk, dr hab. Piotr Niwiński mówi, że Sowieci palili, gwałcili, rabowali, mordowali, wybebeszali tę ziemię. Traktowali ją, jak zdobycz wojenną, z brutalnością dziczy azjatyckiej.

 

Najczęściej do piekła porównujemy obozy koncentracyjne, tymczasem słabiej znamy dramaty Polaków i Kaszubów na Pomorzu. Chciałem je pokazać w kontekście wydarzeń w całej Polsce, dlatego ten film musiał mieć tyle wątków. To była trudna praca. Ogrom narzuconego materiału filmowego onieśmielał niejednego twórcę w podejściu do tego tematu.

 

Nie nęciło Cię jednak, aby pochylić się wyłącznie nad jednym wątkiem – na przykład Kaszubów, jak uczynił to Filip Bajon w „Kamerdynerze” – a nie iść „w cały świat”, nawiązując nawet do prób zamachów na Hitlera?

 

To nie są fakty znane ogółowi. Uważam, że realizując film historyczny, należy pamiętać także o wymiarze edukacyjnym. Dlatego postanowiłem włączyć do filmu jak najwięcej faktów, ile tylko można, byle tylko widz się nie znużył. Uznałem, że warto było to zrobić, kiedy po projekcji ujrzałem łzy w oczach widzów.

 

A które wątki wydają Ci się unikatowe, nieodkryte? Wydaje się, że o każdym z tych tematów nakręcono setki filmów i napisano tyle samo książek.

 

Mało znane są prowokacje, jakie stosowano wobec polskich żołnierzy na Westerplatte.

 

Rzeczywiście. Fakt zastrzelenia w sierpniu 1939 roku przez bojówkę niemiecką Michała Różanowskiego, pełniącego służbę graniczną. W jego ciele, jak informowały gazety, zaszyto narządy rodne kobiet i śmieci. Albo: we Wrzeszczu w jednej z kawiarni napisano: „Psom i polskim studentom wstęp wzbroniony”. Co jeszcze?

 

Dla mnie najbardziej wstrząsający jest fakt donoszenia przez Niemców na swoich sąsiadów Polaków. Od początku II Rzeczypospolitej tworzyli listy przeznaczonych do likwidacji. Przejmowali ich majątki i likwidowali polskość. Szpiegowali Polaków, analizowali, co mówią i piszą. Te listy, przeznaczonych do eksterminacji Polaków,  tworzyli z premedytacją. To się działo między innymi w Gdańsku, i w Toruniu, i w Bydgoszczy. Transporty polskich dzieci zimą wysyłano do obozów w bydlęcych wagonach. Kiedy otwarto te wagony w Krakowie Płaszowie okazało się, że dzieci zamarzły na śmierć w bryłach lodu. W tym filmie jest wiele przykładów uderzających w serce i emocje widzów. Gdybym przedstawił same fakty historyczne, daty i liczby, powstałby nudny film, jak zapisy w encyklopedii. Film musi być wyreżyserowany i nieść wartości.

 

Stawiasz znak równości między Niemcami i Sowietami. Jedni i drudzy mieli ten sam cel: likwidację państwa polskiego. Obaj okupanci nauczyli się, że podstawą polskiej świadomości są elity społeczne i Kościół. To jedna z największych wartości tego filmu. Podobnie, jak cytat z prof. Tomasza Strzembosza, że polskie państwo podziemne było możliwe nie dzięki strukturom, ale dzięki niewidzialnej nici, która jest miłością do Polski.

 

Jak najbardziej. Przedwojenny patriotyzm polski był jak więzi rodzinne, jak coś naturalnego. Kościół, Bóg, honor, Ojczyzna, to były naturalne wartości. Podstawa. Zarówno w miastach, jak i środowiskach chłopskich. Nie wspominając o elitach, na których eksterminacji skupili się zaborcy Polski tych czasów. Na intelektualistach i na społecznikach, największej wartości narodu. To jest do głębokiej refleksji także dzisiaj, kiedy mamy rzeczywisty problem z elitami. Większość ludzi koncentruje się na materialnej stronie życia, na potrzebach doraźnych, bez myśli o przyszłości.

 

W tytule filmu wykorzystałeś przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta: „Bądź wierny Idź”. Ale dodałeś: pamiętaj. Chodzi o pamięć historyczną? O to, że można wybaczyć, ale nie zapomnieć?

 

Dokładnie tak. Ja sobie to tłumaczę tak, że idziemy w życiu do przodu, na swojej drodze pokonujemy różne trudności, idzie nam lepiej lub gorzej, ale musimy pamiętać o historii. Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść przed siebie, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu. Musimy pamiętać, bo historia jest naszą mądrością. Przywołuję słowa Szymona Wiesenthala: żeby móc się obronić, trzeba być poinformowanym. Ale, żeby być poinformowanym, trzeba  analizować przyczyny i skutki, i pamiętać o naszych bohaterach. Oni doskonale wiedzieli o co walczą. Walczyli o Polskę z okupantem, niezależnie od tego pod jakim szyldem nas okupował. Musimy pamiętać i tę pamięć opierać na prawdzie.

 

Jesteś wybitnym dokumentalistą. Dobrze, że do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich należą także artyści, bo nadają SDP poloru, czynią naszą organizację twórczą. Ale Twoich dokonań dziennikarskich nie znam. Są takie? Czujesz się dziennikarzem?

 

Od kilkudziesięciu lat realizuję filmy. Nigdy nie wykonuję poleceń „z góry”.  Między jednym a drugi obrazem staję się także dziennikarzem. Na stronie ABCNET Józefa Darskiego – Jerzego Targalskiego można przeczytać kilkadziesiąt moich artykułów, komentarzy dziennikarskich. Nie współpracuję z żadną gazetą, ale jestem aktywny w sieci. Piszę recenzje i komentuję.

 

Czym jest dla Ciebie Nagroda im. Janusza Kurtyki?

 

Janusz Kurtyka przywracał w IPN pamięć historyczną. Nagroda ta jest uznaniem, utwierdzeniem w przekonaniu, że należy podejmować takie projekty twórcze. Zwłaszcza, że archiwa zostały wyczyszczone. Po 1989 roku nikt w Polsce nie był zainteresowany, aby uruchomić armię twórców, żeby zarejestrować odchodzących, rozsianych po świecie bohaterów. Jest konieczność realizowania takich filmów, bo one zostaną na pokolenia.

 


 

Piotr Zarębski

Rocznik 1956. Reżyser, operator i producent filmowy. Absolwent Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi. Członek m.in. Stowarzyszenia Filmowców Polskich, , Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych, Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wykładowca WSKSiM w Toruniu.

 

Życie jest najlepszym reżyserem – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Draugen”

Robiąc film dokumentalny należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję – mówi Dagmara Drzazga, reżyserka filmu „Draugen”, który na XII Festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci” otrzymał Nagrodę im. rtm. Witolda Pileckiego dla najlepszego filmu podejmującego tematy wolnościowe, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Jaka jest historia bohatera filmu dokumentalnego „Draugen”? 

 

To opowieść o młodym mężczyźnie ze Śląska, który wywodził się z rodziny o tradycjach powstańczych. Warto dodać, że działał w harcerstwie i czuł się Polakiem. Kiedy wybuchła wojna został powołany do Wehrmachtu, a później – jako niemiecki żołnierz – wysłany do Norwegii. Jeszcze podczas swojego pobytu w Mikołowie poprzysiągł sobie, że nigdy nie będzie służyć Niemcom. Słowa dotrzymał. W filmie pojawia się również wzruszający wątek wielkiej miłości, bo  Wojciech Bógdoł, bohater filmu, zakochał się z wzajemnością w norweskiej dziewczynie, Liv. Wystarczyło tylko przeczekać wojnę na malutkiej, spokojnej północnej wyspie. Tyle, że Wojciech czekać nie chciał. Przyłączył się do norweskiego ruchu oporu…

 

Jak narodził się pomysł ten film?

 

Kilka lat temu odnalazł mnie pewien starszy pan. Poszukiwał śladów swojego młodego wujka – Wojciecha Bógdoła, który podczas II wojny zginął w Norwegii. Pan Staroszczyk, bo o nim mowa, przez wiele lat gromadził materiały i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie: co się tam właściwie stało? Wcześniej zobaczył jeden z moich filmów i postanowił zainteresować mnie tą historią. Jak widać skutecznie, skoro zdecydowałam się pojechać aż na Kvitsøy i zrealizować film o Wojciechu, albo Albercie, bo takie imię nadali mu Niemcy.

 

Jak bardzo skomplikowany był proces realizacji filmu i w jaki sposób udało się Pani dotrzeć do materiałów archiwalnych?

 

To najtrudniejszy film, jaki do tej pory zrobiłam. Przebicie się przez różne materiały archiwalne, dokumentacja, napisanie scenariusza to jedno. Ale przecież trzeba było tam pojechać, nakręcić zdjęcia, rozmawiać z ludźmi, ułożyć dramaturgię tej opowieści! Łatwo wymyślić temat siedząc przy biurku, tylko jak to wszystko potem ogarnąć? I tak, krok po kroku, szukając różnych kontaktów dotarłam do Torill Ramstad, która do dzisiaj mieszka na Kvitsøy. Muszę przyznać, że wzruszam się ogromnie, kiedy myślę, że cała społeczność tej wysepki postanowiła pomóc nieznanej im przecież reżyserce z Polski. Bez tych życzliwych ludzi ten film by nie powstał. Oni pielęgnują wspomnienia, kolekcjonują przedmioty z dawnych lat, fotografie, założyli lokalne centrum historyczne. Przeszłość jest dla nich bardzo ważna.

 

Gdzie były kręcone zdjęcia do filmu „Draugen”?

 

W dużej mierze na Kvitsøy, gdzie rozegrała się ta historia. To niezwykle piękne miejsce. Na Kvitsøy mieszka najmniejsza społeczność w Norwegii. W kwietniu 1940 roku przypłynęli tam Niemcy i założyli swoją bazę wojskową. Wyspa stała się częścią Wału Atlantyckiego, a Niemcy pilnowali, by Alianci nie mogli dostać się do fiordów. Kolejne zdjęcia kręciliśmy w Stavangerze, a potem dalej – 350 kilometrów na północ – w Bergen. To właśnie tam, przed sądem Kriegsmarine, stanął mój filmowy bohater w listopadzie 1944 roku i tam zginął. Chciałam dotrzeć do norweskich archiwów i to się udało. Oprócz tego zdjęcia realizowaliśmy na Śląsku.

 

Ekipa z TVP3 Katowice na wyspie Kvitsøy: Dagmara Drzazga, dźwiękowiec Krzysztof Skrzypczak i kierowca Tomasz Adamik.  Fot. Kamil Kastelik

 

Z jakimi trudnościami borykała się Pani podczas realizacji filmu dokumentalnego, na podstawie opowieści i relacji ostatnich świadków tamtej historii? Jak to wszystko wyglądało za kulisami, z punktu widzenia dokumentalisty i scenarzysty?

 

W Norwegii z ekipą z TVP3 Katowice łącznie byliśmy dwanaście dni. To bardzo mało. Na zdjęciach spędzaliśmy po szesnaście godzin dziennie; dzień zacierał się z jasną nocą. Musieliśmy maksymalnie wykorzystać ten czas. Dodatkową trudność stanowiła bariera językowa. Starsze pokolenie mieszkańców  Kvitsøy mówi tylko po norwesku. Myślę, że mam wielkie szczęście do ludzi. Pomógł nam przemiły Polak, który od lat mieszka w Stavangerze – Antoni Czajkowski.

 

Czy w filmie w pełni dokumentalnym reżyser może pozwolić sobie na wprowadzenie elementów fabularyzacji?

 

Może. W „Draugenie” jednak nie było żadnych elementów fabularyzowanych, bo ja tego nie lubię i zwyczajnie tego nie robię.

 

Dużo czasu spędziła Pani również w centrum historycznym na norweskiej wyspie. Jakie dokumenty archiwalne zostały wykorzystane w filmie?

 

Niezwykle wzruszające listy, które bohater pisał do swojej rodziny. Dzielił się w nich najpierw codziennym żołnierskim życiem, a potem – już po wyroku – oczekiwaniem na śmierć. Z archiwów norweskich dowiadujemy się jak wyglądały egzekucje. Motywem przewodnim filmu uczyniłam korespondencję pomiędzy Liv, a rodziną Wojciecha; listy te były pisane przez wiele lat po wojnie. To również bardzo mnie poruszyło.

 

Z jednej strony dramat bohatera, a z drugiej niespełniona miłość, czyli akcent dramatyczny, wzruszający, ale i pozytywny…

 

Miłość jest silniejsza niż śmierć…

 

Co oznacza tytuł filmu „Draugen”?

 

Film nosi tytuł „Draugen”, bo wydał mi się on bardzo symboliczny. Był to kryptonim tajnej operacji, którą przygotowywała mała grupa mężczyzn mieszkających na Kvitsøy. Ich działalność wywiadowcza polegała na kopiowaniu map, zaznaczaniu odpowiednich miejsc, informowaniu o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i innych detalach dotyczących działań stacjonujących tam Niemców. Te informacje były przekazywane do Stavangeru, a potem dalej do Anglii i do Aliantów. Draugen to mityczny norweski potwór morski, którego bardzo obawiali się rybacy wypływający w morze na połów. Kto go zobaczył, wkrótce ginął. Być może nazwa ta miała być złowróżbna dla Niemców, ale – niestety – okazała się taka dla Wojciecha.

 

Akcja filmu toczy się w cieniu wojny. Na czym tak naprawdę polegała konspiracja Wojciecha-Alberta?

 

Albert-Wojciech był wartownikiem i miał prawo wchodzić do pomieszczenia sztabu. Nikt nie przypuszczał, że zaangażuje się w działalność wywiadowczą. Został osądzony jako szpieg, ale jak napisał w liście do swoich rodziców – „Ja dla Polski szpiegowałem”.

 

Jak trudne było pisanie samego scenariusza do filmu dokumentalnego na bazie materiałów archiwalnych?

 

Najważniejsza była kwestia uruchomienia wyobraźni, zebranie wszystkich elementów w całość. Nigdy nie byłam w tamtym miejscu, więc to stanowiło duże wyzwanie. Scenariusz w takim wypadku musi znacznie różnić się od gotowego filmu, bo rzeczywistość przynosi lepsze rozwiązania i podsuwa sceny, których by się nie wymyśliło. Życie zawsze działa na korzyść, jest najlepszym reżyserem. Reżyser musi być obserwatorem i jednocześnie psychologiem. Należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję. Nie chciałam robić filmu tylko o wojnie. Bardziej interesowała mnie samotność tego chłopaka, tęsknota za domem. Trafił przecież w miejsce, którego na pewno nawet nie mógł sobie wcześniej wyobrazić! W porównaniu ze Śląskiem krajobraz Kvitsøy miejscami wygląda jak z Księżyca! I tam właśnie Wojciech znalazł swoją pierwszą miłość. Te różne wątki i emocje starałam się przekazać.

 

Kto jest autorem ścieżki dźwiękowej w filmie?

 

To wynik drobiazgowej pracy z kolegą – Łukaszem Kozerą, który jako ilustrator muzyczny mi pomagał.   Muzyka pochodzi ze zbiorów fonoteki Telewizji Polskiej. Jednak oprócz muzyki, ogromnie ważną rolę odgrywają różnego rodzaju efekty. To one tworzą audialną przestrzeń w tym filmie. W tym miejscu moje ukłony w stronę Beaty Widuch, znakomitej montażystki TVP3 Katowice, z którą miesiącami ślęczałyśmy nad całością. Podziękowania również dla Witolda Kornasia, autora wspaniałych zdjęć, Krzysia Skrzypczaka – naszego dźwiękowca, Tomka Adamika, który nas tam bezpiecznie dowiózł oraz – least but not last – Krystyny Nowojskiej, producentki filmu. Praca z taką ekipą była dla mnie wielką radością!

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Maciej Knapa

 


 

Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka Telewizji Polskiej, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.