PIOTR TURLIŃSKI: Za sprawą muz czy mózgu – Andrzej Kijowski (8)

W powszechnym rozumieniu pisarz to ktoś taki, kto działa pod wpływem natchnienia, właściwie bez udziału mózgu. Dlatego Grecy wymyślili muzy. Interesujące, że do dzisiaj większość ludzi na świecie uważa, że pisarz działa pod wpływem sił metafizycznych, takich choćby jak natchnienie. Pisarz – w tym rozumieniu – jest jedynie fizycznym przekaźnikiem pomysłów sił wyższych.

Nie neguję tu istotnego wpływu natchnienia, ale też zwracam się o poszanowanie roli mózgu i wiedzy warsztatowej twórców. Piszę o tym, mając jednak słabą nadzieję na zmianę społecznego rozumienia procesu twórczego. Ludziom bowiem potrzebny jest jakiś daimonion (głos bóstwa, czasem zwany sumieniem), który ma niezwykły wpływ na artystów. I wolą wierzyć, że natchniony przez siły wyższe artysta pisze, maluje, rzeźbi czy komponuje muzykę.

Dla materialnej prawdy przedstawiam dziś sylwetkę pisarza rozumnego, niezwykle dobrze wykształconego i w pełni świadomego tego, co robi, co i jak pisze.

Andrzej Kijowski

Poświęćmy chwilę artyście, który miał wielki wpływ na naszą literaturę współczesną, ale – przyznajmy ze smutkiem – tak zwanej szerszej publiczności – nie był dobrze znany. W dużęj mierze na skutek tego, że władze zakazywały mu przez lata pisania pod nazwiskiem własnym.

Andrzej Kijowski był prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i teatralnym, scenarzystą filmowym i tłumaczem. Był też ważnym przedstawicielem opozycji – walczył swymi myślami i tekstami z władzami PRL. Urodził się 29 listopada 1928 roku w Krakowie, zmarł 29 czerwca 1985 roku w Warszawie.

Przyznajmy na początek, że obszar jego twórczości był niezwykle duży i niewielu współczesnych mogło mu dorównać zainteresowaniami i perfekcyjną doskonałością form literackich, które uprawiał.

Był człowiekiem świetnie wykształconym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim (1954). Należał też do nielicznego grona wybranych przez profesora Kazimierza Wykę. Profesor przez kilkadziesiąt lat wyławiał najzdolniejszych studentów i proponował im pisanie prac magisterskich, doktoratów pod jego własną opieką.

To dzięki takiemu zrządzeniu losu wybrańcy Profesora mogli od razu wchodzić na wyższe piętra wiedzy, bo obcowanie z papieżem polskiej polonistyki było dla młodych wielką szansą. Kijowski był uczestnikiem seminariów Wyki wraz z Janem Błońskim, Ludwikiem Flaszenem i Konstantym Puzyną. Te cztery wielkie nazwiska – z jednago czasu studiów – najlepiej świadczą o celowości działania Kazimierza Wyki. Te jego seminaria dały też początek krakowskiej szkole krytyków, walczącej z kanonami socrealizmu.

Pierwsze prace

Andrzej Kijowski w latach 1954–1955 pracował jako redaktor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. W latach 1955–1958 był redaktorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Od 1958 roku, aż do śmierci był członkiem redakcji „Twórczości”, w której drukował swoje słynne „Kroniki Dedala”. Przyjęcie pseudonimu miało związek z objęciem pisarza zapisem cenzury na publikowanie pod nazwiskiem ze względu na jego zaangażowaniem w działalność opozycyjną.

W 1960 roku wyjechał do Paryża na stypendium. W latach 1960–1961 przebywał w Stanach Zjednoczonych jako stypendysta Fundacji Forda. Od początku lat siedemdziesiątych datuje się też jego stała obecność – jako felietonisty i eseisty – na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Ważne, żeby od początku być zauważanym

Znakomite przemówienia o cenzurze: Andrzeja Kijowskiego, spokojne, rzeczowe, a druzgocące, Jastruna (przy jakiejś próbie obrony skierowano go w cenzurze do „wydziału aluzji”), Andrzeja Brauna i Seweryna Pollaka – wyjątkowo silnie oskarżające – zapisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska.

Jest tylko trzech pisarzy polskich, których lektura jest moją wewnętrzną potrzebą, i to lektura wszystkiego, co napiszą: Jerzy Andrzejewski, Andrzej Kijowski i Tadeusz Różewicz. Napisał Krzysztof Mętrak – co umieścił w swoich dziennikach, 1 czerwca 1970.

Andrzej Kijowski rozumiał krytykę nie tylko jako ocenę dzieł, interesowały go również silne osobowości twórców, takie które były nowe, przełamywały stereotypy.

Ironia jako oręż

Był moralistą, ale nie wprost, bo był równocześnie sceptykiem i lubił ironizować. We własnej twórczości chciał realizować cele, które – jako krytyk – stawiał innym.

Pisać na nowo… Hasło wszystkich nowatorskich ruchów literackich. Pisać przeciwko samej literaturze, niszczyć ją w imię rzeczywistości. Wszystkie nowatorskie ruchy literackie stawiają przed sobą wybór między dwiema wiernościami: między wiernością dla literatury i między wiernością dla rzeczywistości. Rewolucje literackie dokonują się w imię nowej rzeczywistości, nie w imię nowej sztuki. Ich objawieniem stają się wtedy sprawy, które znajdują się poza domeną języka literackiego. Uderzają weń nowym językiem, który jest dla nich – dla reformatorów – językiem życia. – pisał Kijowski w „Arcydziele nieznanym”, z 1964 roku

Nie był natomiast zwolennikiem formy – dla formy. Na pierwszym miejscu – według Kijowskiego – zawsze miała być treść. Sporym skandalem była jego recenzja z „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego w Teatrze Laboratorium. Wtedy to Kijowski również „nie bał się” płynąć pod prąd powszechnych zachwytów.

Grotowski – pisał Kijowski w 1968 roku – wydobywa na jaw i realizuje w formie spektaklu i w jego organizacji układ sado-masochistyczny, tj. dążność do panowania i chęć poddania, dążność, która w stosunkach między ludźmi pojawia się w miejsce porozumienia, zamiast niego, jako jego negacja, brak, jako wyraz niezdolności do porozumienia. Ten kto nic nie ma do powiedzenia przechodzi do użycia siły, a poddaje się jej ten, komu poza zdolnością do poddania brak innych zdolności rozumienia. Grotowski nie jest więc artystą stwarzającym porozumiewawcze znaki, ale dozorcą wędrownego więzienia dla ochotników, genialnym policjantem, który terror i torturę podniósł do zasady duchowego obcowania; jest twórcą utopii dla masochistów, to jest świata, w którym udręka udaje wartość. Stosując akt gwałtu zamiast porozumienia, stworzył jego uczestnikom zastępcze życie duchowe: muzykę dla głuchych, wizję dla ślepców, literaturę dla tych, którzy nie umieją jej czytać, mistykę dla tych, którzy są pozbawieni mistycznego instynktu, wolność dla niewolników z natury. […] „Idź i nie wracaj więcej” – te ostatnie słowa gry brzmią jak perfidne zaproszenie. Gdyby tak przy wejściu lub wyjściu każdemu jeszcze dać po mordzie, dopiero by się pchali!

Trudny charakter

Ludzie sztuki – i nie tylko sztuki – bronią się przed ostrymi ocenami, a panikują przed ironią. Wszyscy właściwie wolimy ciepełko i spokój, A jeżeli ma już spotkać nas jakaś krytyka, to niech będzie łagodna – nierozerwalnie związana z pochwałą.

Są jednak wśród krytyków osobnicy walący między oczy, ostro i bezkompromisowo. Tych najbardziej się nie lubi. Ale też wyobraźmy sobie pisarza, który szedł ciernistą drogą – ona zawsze jest ciernista – do swych sukcesów… A tu nagle ktoś ośmiesza jego dorobek, mieli w maszynce krytyki jego cały świat, jak mięsa na pasztet.

Kijowski miał trudny charakter, taka panowała o nim opinia. Czy ktoś, kto szuka sensu w sztuce może spodziewać się lepszej pochwały? Sam Jarosław Iwaszkiewicz, redaktor naczelny miesięcznika, w którym pracował Kijowski zanotował taką o nim myśl w 1965 roku: W „Tygodniku Powszechnym” olbrzymi artykulas Kijowskiego, od początku do końca fałszywy. Każda teza nieprawdziwa. Co za dziwny człowiek z tego Andrzeja, niby mądry i inteligentny, a taka szalona dowolność we wszystkich jego tezach i twierdzeniach, i zupełny brak ciągłości myśli. To, co pisze, że każdy pisarz polski chciałby pisać jak Dąbrowska – zupełna bzdura.

Nieszablonowy

Kolejne epoki zaistniały jedynie dzięki nieszablonowym twórcą i takimż krytykom. Gdyby nie oni, literatura europejska do dzisiaj powielałaby kanon Renesansu, z mocnymi akcentami liryki trubadurów.

Nieszablonowe sądy Kijowskiego sprawiały, spory ferment intelektualny nawet wśród pisarzy z najwyższej półki. Polemiści zarzucali mu niekonsekwencję, entuzjaści z kolei zwracali uwagę na odkrywczość jego analiz. W krytycznych atakach na literackie hierarchie Kijowski był bezlitosny.

Katarzyna Wiśniewska w szkicu o Kijowskim przytacza wspomnienie Stefana Bratkowskiego: Leopold Tyrmand oświadczył, że wyjeżdża na zawsze z kraju i pokazał mu miażdżący felieton Kijowskiego o „Złym”. Z zabójczą puentą: „Tak, Leopold Tyrmand jest wielkim pisarzem. Dla gówniarzy”.  Czy to był jedyny bodziec do wyjazdu, przesądzić nie można, ale on niesłychanie to przeżył. Gdy po latach opowiedziałem o tym Andrzejowi, on z kolei odczuł to boleśnie. Faktem jest, że jego precyzja sądów bywała bardzo okrutna. – Stefan Bratkowski w: „Katarzyna Wiśniewska, „Tak pięknie, że strach bierze”,„Gazeta Wyborcza – Świąteczna”, 9–10 lipca 2005 r.

W opiniach o Kijowskim powtarza się obserwacja, że gdy dochodziło do osobistych spotkań z „pogromionymi” pisarzami, Kijowski z uśmiechem wyjaśniał: Tak wyszło stary, ale w tym nie ma przecież nic osobistego”.

Zawsze w opozycji

Współtworzył Polskie Porozumienie Niepodległościowe, brał udział w pracach jego Zespołu Problemowego, dla którego przygotowywał programowe teksty (1977–1980).

Był zawsze w pierwszej linii twórców upominających się o dobro innych, do czego wykorzystywał każdą sposobność. Na przykład możliwość zabrania głosu na Zjeździe ZLP w Łodzi, na którym 4 lutego 1972 wystąpił z własną inicjatywą.

W ciągu całego dnia na sali obrad. Najbardziej godna zapamiętania – chwila wstępna – minuta milczenia za umarłych. Było ich kilkunastu. Ale bardziej od tej – podanej przez Zarząd – do powstania – była minuta nieoficjalna, gdy Andrzej Kijowski wbiegł na trybunę i ogłosił żałobę po pisarzach zmarłych na emigracji: Gombrowiczu, Wierzyńskim (i jeszcze jednym, którego nazwiska nie usłyszałem). Wszyscy znów powstali z miejsc, i to powstanie było oskarżeniem Zarządu Głównego i Zarządu Warszawskiego – zanotował Mieczysław Jastrun.

Tym trzecim pisarzem, o którego upomniał się Kijowski, był zapewne Marek Hlasko, który zmarł podobnie jak wcześniej wymienieni w 1969 roku.

Andrzej Kijowski w 1974 roku był sygnatariuszem Listu 15 (upominającego się o prawa Polaków w ZSRR), a w 1979 Memoriału 101 (sprzeciwiającego się zmianom w konstytucji przewidującym wprowadzenie zapisów o przewodniej roli PZPR w państwie oraz trwałym i nienaruszalnym sojuszu z ZSRR).

Jacek Bocheński tak o tym pisał: Nie wiem już, kto kogo odwiedził w Oborach, Kijowski mnie, czy ja Kijowskiego. Ale pamiętam, że to on mnie zapytał: „Co byś odpowiedział, gdyby na przykład ktoś przeprowadzał z tobą wywiad i chciał usłyszeć, dlaczego twojego podpisu nie ma pod Listem 59?”. W rezultacie wystosowany został kolejny List 101, sygnowany już między innymi przez nas obu. – Jacek Bocheński, „Zapamiętani”, Warszawa 2013.

W latach 1978–1979 Kijowski znalazł się wśród założycieli, wykładowców i członków rady programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. Przewidując zdarzenia czające się za progiem, snuł 7 sierpnia 1980 roku (na tydzień przed rozpoczęciem historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej) historiozoficzne rozważania.

Żądanie rzeczy, które są do spełnienia niemożliwe, to albo dziecinada, albo prowokacja. Pełne wyzwolenie Polski spod kurateli sowieckiej i zmiana systemu politycznego to na dzisiaj mrzonki. Co więcej – mrzonki niebezpieczne. Co by się stało, gdyby ZSRR spełnił nasze żądania? Kraj zostałby wydany na pastwę sporów i walk wewnętrznych oraz tajnych agentur. Można mówić o wyzwoleniu Polski tylko w ramach nowego systemu bezpieczeństwa europejskiego i pod ochroną nowych międzynarodowych gwarancji, w ramach nowych, partnerskich związków polityczno-gospodarczych. Nie wolno ani domagać się, ani dopuścić do jednostronnego aktu „zrzeczenia się” przez ZSRR roli gwaranta i protektora. ZSRR mógłby to zrobić bez szkody dla siebie, a nawet z zyskiem, gdyż utworzyłby tu sobie głębokie bajoro polityczne, w którym mógłby łowić, co by tylko chciał, a dalsze dzieje Polski przypominałyby dzieje przedwojennej Litwy lub dawnej Serbii. „Wyzwolenie” takie właśnie mogłoby być wstępem do pełnej aneksji. Andrzej Kijowski, „Dziennik” t. III 1978–1985, Kraków 1999.

W sierpniu 1980 roku odmówił wyjazdu do Gdańska w charakterze doradcy strajkujących stoczniowców. Pojechał za to do Szczecina. Zapisze później w „Dzienniku”: Nie znalazłem się w Gdańsku, bo uznałem siebie za człowieka nie aż tak politycznego. Ale potem znalazłem się w Szczecinie, bo pomijając to, że mnie o to poproszono, nie miałem żadnej innej drogi uczestnictwa. Chwyciłem się tej, jaką mi ofiarowano – wbrew sobie.

Teatrowi był także potrzebny

W latach 1967–1968 Andrzej Kijowski był kierownikiem literackim Teatru Dramatrycznego m.st. Warszawy, skąd został usunięty po tzw. wydarzeniach marcowych. Po aferze zdjęcia „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, to Kijowski napisał i zredagował rezolucję pisarzy polskich przeciw cenzurze, przyjętą 29 lutego 1968 na nadzwyczajnym zebraniu Oddziału Warszawskiego ZLP.

W sezonie 1981/1982 Andrzej Kijowski został dyrektorem Teatru im, J. Słowackiego w Krakowie. Ale w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, po zwolnieniu z obozu dla internowanych w Jaworzu, w lutym 1982 roku złożył swoją rezygnację z dyrekcji.

W pośmiertnym wspomnieniu o nim Jan Józef Szczepański mówił: Nie było mu dane zawrzeć wszystkich przemyśleń i doświadczeń w dziele, które uznałby za summę swojej twórczości. Nieliczni są ci, którym los pozwala to osiągnąć. Ale samym sobą, swoim życiem wśród nas, stworzył dzieło najwyższej próby: wzorzec, który pozostanie wśród godnych czci i naśladowania drogowskazów na szlaku polskiej kultury.

6 marca 2008 roku z okazji obchodów 40. rocznicy wydarzeń Marca 1968 prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pisarza pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej”.

Scenarzysta filmowy

Andrzej Kijowski był też doskonałym scenarzystą filmowym. Tu muszę, wszakże stwierdzić, że w wielkim błędzie żyje nasz „nieoświecony lud”, któremu wydaje się, że mając pod ręką „Chłopów” czy „Wesele” bardzo łatwo jest zrobić z tych arcydzieł scenariusz filmu, który „musi być” również arcydziełem. Zresztą nie tylko „lud” w takim widzeniu sprawy grzeszy okropnie, bo również nasi młodzi reżyserzy są przekonani nazbyt często, że scenariusz to błahostka. Dobrze by było, gdyby w końcu uświadomili sobie, że wielki Andrzej Wajda dawał do zrobienia scenariusze innym. I dobrze na tym wychodził, że wspomnę choćby wspaniały filmowy scenariusz „Wesela” Wyspiańskiego, który jest dziełem Kijowskiego właśnie.

Pisarz

Kijowski zasłynął jako krytyk i felietonista, ale ma też znaczący dorobek prozatorski. Utworem, dzięki któremu sława Andrzeja Kijowskiego jako prozaika ugruntowała się na dobre, była poetycko rytmizowana powieść „Dziecko przez ptaka przyniesione”, z 1968 roku. Do dziś w Krakowie przy ul. Karmelickiej 45 można oglądać wspaniałą kamienicę, z figurą Matki Boskiej na frontonie i z kamienną tablicą z wyrytym napisem: „Zakład wynajmu pojazdów Teofila Żeglikowskiego – dom założony 1856”, należącą do przodków Kijowskiego, gdzie też umieścił bohaterów powieści.

W „Dziecku…” są dwie postacie główne – dziecko-chłopczyk i jego dziadek. Rzecz rozgrywa się w przedwojennym Krakowie, jest pełna metafizyki, glębokich rodzinnych i polskich tajemnic. Jest także ta powieść opowieścią o dorastaniu, o przebijaniu się dziecka przez nieznane, dobijanie się do dorosłości. A owe tajemnice są trudne, bo dziecko nie zna swego ojca, świat jest w ogóle pełen niedomówień i przemilczeń. Dorastanie zaś to rozsupływanie węzłów, przebijanie się ku światłu. Jedną z największych tajemnic tej rodziny jest Polskość, udział w wojnach i spiskach.

Powieść ma niezwykłą poetycką formę, bo jest pisana nieregularnym, ale mocno rytmicznym wersem. No i jest to jeszcze powieść o pisaniu powieści, a właściwie o rozumieniu pisania. A radość „kulturalnego czytelnika” budzą wspaniałe odniesienia do Słowackiego, Mickiewicza i Wyspiańskiego. Poniżej fragment z „Dziecka przez ptaka przyniesionego”:

Nie przedstawiam wydarzeń, lecz ich treści warstwami kładę, w miarę jak postać się rozwija, którą obrałem, jak geometra punkt obiera, aby ogarnąć przestrzeń dla pomiarów, „Ja” mówię nie o sobie, lecz osobie dowolnie wymyślonej zaimek tak przypisuję, a by przekonać czytelnika, że osobiście znam tę duszę, której plan wewnętrzny kreślę, plan zatem, nie historię; bo to rzecz inna, co się z człowiekiem działo w czasie, czego dokonał, o czym dumał, inna zaś – czym on jest – ów człowiek – mówię – wobec świata: jaki udział bierze w wydarzeniach i w ruchu pojęć, o ile jest rezultatem i tworem-matrycą, którą rzeczywistość tłoczy, taśmą dźwiękową, kliszą czułą, na których siada pył widziadeł i głosów; czy też na odwrót – on jest źródłem, stacją nadawczą, uderzeniem w dzwon natury, bodźcem, który jej mówić karze, wolą, która sens nadaje głosom, co w kosmosie szumią, inwencją, która odczytuje zaszyfrowana mowę świata, instynktem, ktróry znaczeń szuka, jak zwierz pokarmu pod zaspami. Samotny jest wśród bezmyślności, czy jakiejś wielkiej myśli cieniem? Sierotą ponad miarę mądrym, czy synem prawym, chociaż ślepym, który swego ojca nie umie poznać? Kim jest to dziecko w byt rzucone jak w ciemną puszczę, kim jest dziecko, co rozumie i poznaje wszystko prócz tajemnicy swego przyjścia, prócz miłości, co mu życie dała, i piersi, która je karmiła? Synem wilczycy? Ptaka? Ducha? Czy dwojga ludzi zagubionych, jak ono, w niezmierzonym świecie?                                                                                                                                 

Powieść wydał PIW w 1968 roku.

Grenadier Król

W 1972 roku ukazał się „Grenadier–król”. Ta powieść również pisana jest rytmicznym wierszem, miejscami z rymami. Powiem wprost, że jestem jej wielbicielem.

Historia tej powieści rozpięta jest między ostatnimi miesiącami panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego a czasami współczesnymi. Bohaterem jest królweski grenadier, który chcąc z zawieruchy ratować swego króla, przebiera się w szaty Poniatowskiego, a królowi oddaje swój mundur. Potem jednak następuje zamiana powrotna, potem jeszcze jedna – tak, że już nie wiadomo, czy bohaterem jest grenadier, czy król, a może jest nim po prostu Grenadier Król?

Grenadier Król jest świadkiem wszystkich naszych powstań, zrywów i klęsk. Towarzyszy polskim dziejom przez prawie 200 lat. Zmienia się, jak zmieniają się czasy, by w ostatniej „odsłonie” historii być samym Stalinem. Jest w tej powieści filozoficznej duch Woltera, który we wszystko każe wątpić. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z kolejnymi wcieleniami Króla Ducha, oczywiście rodem i jako kontynuacja dzieła Słowackiego.

Są w „Grenadierze Królu” echa naszych wielkich narodowych dyskusji o duszy polskiej, a wszystko ukazane jest dowcipnie i mocno zjadliwie. Z humorem podważane są wszystkie polskie stereotypy. Powieść jest napisana w duchu Słowackiego, który „gryzł sercem”.Naprawdę trzeba mocno kochać literaturę i Polskę, żeby móc być wobec nich ironicznym, aż do bólu. Tak rozumiem życie i twórczość Andrzeja Kijowskiego. A tym samym zapraszam do czytania jego utworów.

Bibliografia

Publikacje:

  • „Diabeł, anioł i chłop” (1955), opowiadania
  • „Różowe i czarne” (1957), felietony
  • „Pięć opowiadań” (1957), opowiadania
  • „Oskarżony” (1959), opowiadanie
  • „Miniatury krytyczne” (1961), felietony
  • „Sezon w Paryżu” (1962), esej
  • „Arcydzieło nieznane” (1964), felietony
  • „Maria Dąbrowska” (1964), studium monograficzne
  • „Pseudonimy” (1964), opowiadania
  • „Szyfry” (1964), opowiadanie
  • „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), powieść poetycka
  • „Grenadier–król” (1972), powieść poetycka
  • „Listopadowy wieczór” (1972), eseje historyczne
  • „Szósta dekada” (1972), felietony
  • „Oskarżony i inne opowiadania” (1973), opowiadania
  • „Niedrukowane” (1977), teksty polityczne
  • „Podróż na najdalszy Zachód” (1982), esej
  • „Dyrygent i inne opowiadania” (1983), opowiadania
  • „Ethos społeczny literatury polskiej” (1985), teksty polityczne
  • „Kroniki Dedala” (1986), felietony
  • „Tropy” (1986), szkice
  • „Gdybym był królem” (1988), felietony
  • „Bolesne prowokacje” (1989), eseje polityczne
  • „Granice literatury” t. I–II (1990), pisma wybrane
  • „Rachunek naszych słabości” (1994), eseje polityczne
  • „Dziennik” t. I. 1955–1969 (1998)
  • „Dziennik” t. II 1970–1977 (1998)
  • „Dziennik” t. III 1978–1985 (1999)
  • „Rytuały oglądania” (2005), felietony teatralne

Opracowania:

  • Stanisław Baczyński, „Pisma krytyczne” (1963)
  • Charles Baudelaire, „Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne”, przekład, wstęp, przypisy (1970)
  • antologia, „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu”, wybór tekstów, wstęp (1984)

Film, scenariusze:

  • 1966 – „Szyfry”, film fabularny, scenariusz (reż.Wojciech Jerzy Has)
  • 1972 – „Wesele”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1977 – „Pasja”, film fabularny, scenariusz (reż. Stanisław Różewicz)
  • 1979 – „Dyrygent”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1981 – „Da un paese lontano (Giovanni Paolo II)” [w Polsce: „Z dalekiego kraju”], film fabularny, scenariusz (reż. Krzysztof Zanussi)
  • 1983 – „Mgła”, film fabularny, autor pierwowzoru „Mgła” (reż. Adam Kuczyński)
  • 1988 – „Dotknięci”, film fabularny, autor pierwowzoru „Oskarżony” (reż. Wiesław Saniewski)

 

P.S. W tym felietonie wykorzystałem materiały portalu Culture.pl  

Piotr Turliński

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Po leki tylko z rosyjskim paszportem

Wyznaczony przez Rosję sołtys wsi Lazurne w okupowanej części obwodu chersońskiego Ołeksandr Dudka zapowiedział, że insulina nie będzie wydawana mieszkańcom, którzy nie otrzymali rosyjskich paszportów. W przemówieniu wideo straszył, że mieszkańcy wsi, którzy pozostali obywatelami Ukrainy, nie otrzymają żadnych leków, a także zostaną pozbawieni pomocy humanitarnej i emerytur.

To nie pierwszy przypadek wykorzystywania przez Moskwę leków jako broni przeciwko Ukraińcom. Po zajęciu Krymu przez Rosjan, mieszkało tam około 800 byłych narkomanów, którzy przeszli kurację i zostali poddani terapii tramadolem. Każdy z tych pacjentów otrzymywał od państwa lek uwalniający od cierpienia i pozwalający prowadzić normalne życie. Jak się okazało, w Rosji w ogóle nie ma terapii tramadolem,  nie jest ona tam uznawana, pomimo pozytywnych doświadczeń europejskich. Pacjentom z Krymu odmówiono więc podawania niezbędnych dawek tramadolu, co doprowadziło do tragedii. Jedna trzecia narkomanów zmarła, jedna trzecia powróciła do nałogu, a pozostałym udało się wyjechać do innych regionów Ukrainy i ponownie zdobyć ratujący życie lek.

Podobna sytuacja powstała w okupowanym Donbasie, a potem powtórzyła się po zajęciu przez Rosję części obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Z całkowitej liczby narkomanów, którzy zostali faktycznie wyleczeni, około jednej trzeciej udało się przeżyć, a dwie trzecie zmarło w taki czy inny sposób. Czyżby teraz taki sam los miał czekać pacjentów insulinozależnych?

Warto przy okazji zwrócić uwagę, na sytuację w służbie zdrowia na okupowanych terenach. Do 2022 roku Ukraina wdrożyła postępowy europejski system opieki zdrowotnej i leczenia chorób, z lekarzami rodzinnymi, lecznictwem ambulatoryjnym i zaopatrzeniem w nowoczesne leki. Rosja przeniosła jednak swój niedoskonały i niereformowany od lat system opieki zdrowotnej na okupowane regiony Ukrainy i zaczęła wdrażać to, co od dawna zostało tam uznane za niedoskonałe. Rosjanie wprowadzili swój system dostarczania leków i okazało się, że rosyjskie specyfiki są znacznie gorsze niż ukraińskie. Po drugie wielu lekarzy odmówiło pracy na rosyjskich warunkach i złożyło rezygnację. Nastąpił katastrofalny brak lekarzy, a także ratowników medycznych i pielęgniarek. Znacznie wydłużyły się kolejki do specjalistów.

Poza tym już w pierwszych miesiącach okupacji okazało się, że Rosja ma zupełnie inny system wynagradzania lekarzy i zaczęli oni otrzymywać pensje stanowiące prawie połowę tego, co dostawali wcześniej. Wszyscy mówili o kryzysie służby zdrowia na terenach okupowanych.

Na Krymie Rosja od dawna walczy z kryzysem, która sama stworzyła. Praktycznie siłą i groźbami władze okupacyjne zmuszały lekarzy do pracy, stopniowo zwiększały im również pensje. Niedobór lekarzy został nieco załatany w związku ze zwiększonym i przyspieszonym kształceniem specjalistów na Krymskim Uniwersytecie Medycznym. Od czasu do czasu okupowane regiony dotknięte są kryzysami związanymi z dostępnością leków, ponieważ Rosja nie rozwinęła produkcji wysokiej jakości medykamentów wszystkich kategorii, a nie może kupować ich od innych krajów.

A teraz Ukraińcom na terenach okupowanych odmawia się leczenia i sprzedaży leków z powodu braku rosyjskiego paszportu. Nic więc dziwnego, że Ukraińcy traktują paszport rosyjski z nienawiścią, nazywając go tak samo, jak nazywano paszport niemiecki w czasie II wojny światowej – Ausweiss.

 

Marcin Brodowski nowym szefem TVP3 Wrocław

Marcin Brodowski został powołany w piątek,11 sierpnia przez zarząd Telewizji Polskiej na stanowisko p.o. dyrektora TVP3 Wrocław.

Marcin Brodowski z wrocławskim oddziałem TVP związany jest od 1996 roku. Był kierownikiem Wydziału Audycji Informacyjnych.
Odwołany Mirosław Spychalski kierował TVP3 Wrocław od 2016 roku. Obecnie będzie kontynuował pracę w centrali.

opr. jp, źródło: TVP Wrocław

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie nadal kradną ukraińskie zboże

Jak donosi Ukraińskie Centrum Narodowego Oporu, Rosjanie kradną zboże z elewatorów w tymczasowo okupowanej części obwodu chersońskiego i eksportują je przez krymskie porty do swojego kraju lub sprzedają na rynku światowym.

„Okupanci wykorzystują infrastrukturę portową Krymu do eksportu zrabowanego zboża z obwodu chersońskiego i obwodu zaporoskiego. Prawdopodobnie zrabowane ukraińskie zboże trafia na rynki afrykańskie” – czytamy w raporcie UCNO. Nie bez powodu Władimir Putin na szczycie z państwami afrykańskimi obiecał im darmowe dostawy rosyjskiego zboża.

Poza tym Rosjanie eksportują też dużymi ciężarówkami zboże przez Mariupol do Rostowa nad Donem, a stamtąd na całą Rosję.

Część zboża okupanci zabierają ze składów za darmo, a drugą część pozyskują w ten sposób, że zmuszają rolników do jego sprzedaży po ustalonych przez okupantów cenach, o wiele niższych od rynkowych.

Mieszkańcy półwyspu niejednokrotnie obserwowali, jak zboże z kontynentalnej Ukrainy było transportowane na terytorium anektowanego Krymu dużymi ciężarówkami, a następnie w terminalu zbożowym portu w Sewastopolu przeładowywano je na statki płynące do innych krajów. Władze rosyjskie wielokrotnie też publicznie potwierdzały, że eksportują ukraińskie zboże z terenów okupowanych na anektowany półwysep. Rosyjski przywódca Krymu Serhij Aksjonow przyznał, że Rosja sprzedaje ukraińskie zboże. Jak ustaliły agencja Associated Press i Fundacja Frontline we wspólnym śledztwie, Rosja mogła ukraść ukraińskie zboże o wartości co najmniej 530 mln dolarów. W rzeczywistości liczba ta jest kilkakrotnie wyższa, ponieważ kradzież zboża nie tylko z elewatorów, ale także bezpośrednio z pól okupowanych terenów wciąż trwa.

Jak donoszą krymskie media, tygodniowo na rynki krymskie z obwodów chersońskiego i zaporoskiego trafia również około 1000 ton produktów rolnych. Ministerstwo Przemysłu Krymu twierdzi, że dostawy warzyw i owoców są realizowane na potrzeby rosyjskich jednostek wojskowych, rosyjskich szpitali i innych organizacji okupacyjnych. W tym celu na terenie symferopolskiego rynku „Pryvoz” nadal działa strefa handlowa dla rolników z obwodu zaporoskiego i obwodu chersońskiego.

Tutaj, na przykład, rolnik Valentyn, który przybył do Symferopola z okolic Chersonia, ziemniaki i marchew sprzedaje za 20-25 rubli (około 0,25 dolara), podczas gdy krymskie warzywa kosztują prawie dwa razy więcej. Często rano produkty chersońskich i zaporoskich rolników są masowo odbierane przez wojsko lub przedstawicieli organizacji handlowych, które sprzedają je po wyższej cenie na rynkach kurortów Krymu.

 

O kolejnej odsłonie tzw. afery melioracyjnej pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Senator jak starszy brat

 W tym przypadku przed Sądem Okręgowym w Szczecinie, gdzie od ponad trzech lat toczą się sprawy w związku z aferą melioracyjną, której głównym bohaterem jest Stanisław Gawłowski – kiedyś wiceminister Środowiska, poseł PO i szef tej partii na Pomorzu Zachodnim. Teraz to „niezależny” senator z kilkoma zarzutami m.in. o charakterze korupcyjnym.

 Po sprawie, która odbyła się 20 lipca 2023 roku, podczas której panowało przekonanie, że wszystko zbliża się ku końcowi i zostaną wygłoszone mowy końcowe. Okazało się jednak, że nie ma biegłych, którzy sporządziliby opinię i przekazali sądowi.

Sędzia Grzegorz Kasicki z Sądu Okręgowego w Szczecinie, przekazał, iż już dwudziestu biegłych z zakresu melioracji odmówiło wykonania takiej opinii. W uzasadnieniach swych odmów stwierdzali przede wszystkim, że chodzi o kwestię finansową, że mają zbyt niską stawkę za godzinę pracy, ale moim zdaniem zachodzi tu też wątek polityczny; układy etc. Pisałem o tym w poprzednim felietonie na sdp.pl

Tym razem przed sądem zostali przesłuchani przedsiębiorcy, których firmy, w mniejszym lub większym stopniu, brały udział w budowaniu wrót na Kanale Jamneńskim, Nazywając rzecz po imieniu dotyczy to jednej z najgłośniejszych afer ostatnich lat, czyli afery melioracyjnej. Przed sądem stanęli przedsiębiorcy – oskarżeni, którzy z jednej strony wychwalali się, że są porządnymi ludźmi, przedsiębiorcami, wykonawcami oraz krytykowali a także wyzywali konkurentów.

Przed sądem stawił się przedostatni świadek Jacek O., przedsiębiorca budowalny, który czuję się oszukany m.in. przez innego przedsiębiorcę budowalnego Bogdana K. Jacek O. zeznał przed sądem, że za podwykonawstwo miał dostać 1,7 miliona złotych a dostał tylko 700 tysięcy złotych; poza tym dowiedział się od Bogdana K., że Jacka O. zastąpi inny podwykonawca. Wskutek takiego obrotu sprawy Jacek O. powiedział do Bogdana K., że pójdzie z tym do sądu na co ten ostatni miał powiedzieć, że może sobie iść, że on – Bogdan K. – zna bardzo dobrze od dwudziestu lat Stanisława Gawłowskiego oraz inne wysoko postawione osoby, i że tej sprawy nie wygra.

Jacek O. dodał także, że przez Bogdana K. popadł w długi i nie mógł pójść do sądu a także to, że podpisał z Bogdanem K. dokument, w którym zrezygnował z wspomnianego wyżej miliona złotych. Trzeba też dodać, że Jacek O. w innej sprawie, ale związanej z aferą melioracyjną, ma postawiony zarzut sfałszowania dokumentów. Poinformował też sąd, że jak na plac budowy przyjeżdżał ówczesny dyrektor zachodniopomorskiej melioracji Tomasz P., to ten ostatni krzyczał, wyzywał wszystkich, groził, że wszystkich powyrzuca.

Natomiast Bogdan K. zaprzecza temu wszystkiemu co zeznał Jacek O. i dodaje, że to on i jego firma mają najnowocześniejszy sprzęt do prac melioracyjnych i broni Stanisława Gawłowskiego, którego zna ponad dwadzieścia lat. Bogdan K. dodał także, że to on pożyczał od Gawłowskiego pieniądze a nie ten ostatni od niego. Powiedział też, że Stanisław Gawłowski jest dla niego jak starszy brat.

Prokuratura ustaliła wcześniej, że Bogdan K. przekazał Stanisławowi Gawłowskiemu 100 tysięcy złotych, apartament w Chorwacji oraz że prał brudne pieniądze i obiecywał wręczyć łapówkę dyrektorowi Tomaszowi P.

Reasumując, afera melioracyjna ma jeden wspólny mianownik a jest nim osoba Stanisława Gawłowskiego, o którym mówi się, że wszystkim kierował, rozporządzał, stał za każdym przekrętem, przyjmował różne korzyści majątkowe a dziś zasiada w polskim Senacie.

* * *

Po nagłośnieniu przez media problemu z biegłymi sprawą zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości, które zapowiedziało, że kompleksowo zajmie się uregulowaniem stawek wynagrodzeń biegłych.

 

Wszystko płynie – czas i afera melioracyjna – pisze KRZYSZTOF SAPAŁA:Biegli i …przebiegli?

Albo pazerni, niedouczeni lub po prostu upolitycznieni, bo przecież biegi, specjaliści zajmujący się prawie każdą dziedziną życia są na listach sądów lub prokuratur. A skoro reformy sądownictwa nie było, to i biegi mogli brać udział w ulicznych demonstracjach, gdzie się krzyczy się m.in. „wolne sądy”. Wolne? Tak, bo postępowania trwają bardzo długo…

 Chodzi o aferę melioracyjną oraz jej głównego „bohatera” czyli obecnie „niezależnego” senatora Stanisława Gawłowskiego. Proces toczy się od ponad trzech lat przed Sądem Okręgowym w Szczecinie. 20 lipca 2023 roku można było się dowiedzieć, że potrwa jeszcze na pewno kilka miesięcy a może nawet kilka lat – jak powiedział sędzia Grzegorz Kasicki, który prowadzi tę sprawę.

Na pięćdziesięciu rozprawach wykonano ponad 90 procent zaplanowanych czynności. Zostali przesłuchani wszyscy oskarżeni i ponad dwustu świadków i już wydawało się, że w wakacje uda się zamknąć przewód sądowy i wygłosić mowy końcowe, ale…

Właśnie zawsze w takich i/lub podobnych sprawach pojawia się to, ale… W tym konkretnym przypadku chodzi o biegłych z zakresu prac wodnych przy nabrzeżach rzek i melioracji. Zostali oni powołani dlatego, że dwóch oskarżonych o fałszowanie dokumentów zaczęło się bronić dopiero na rozprawie a nie jak przeważająca większość w okresie dochodzenia. Z tego powodu sąd przygotował listę pytań do biegłego. Jedno z nich dotyczyło użycia odpowiedniej ilości warstw podłoża przy budowie kanału jamneńskiego.

Sędzia Grzegorz Kasicki poinformował zainteresowanych, że zajęciem się sprawą odmówiło już dwudziestu biegłych (sic!)

Na początek odmówili biegli z listy Prezesa Sądu Okręgowego w Szczecinie. Następnie sędzia Kasicki szukał odpowiednich biegłych w sądach w Słupsku, Koszalinie, Poznaniu a nawet w Warszawie; wszędzie tam gdzie są biegli ze specjalnością melioracyjną i hydrotechniczną. Oni też odmówili. W uzasadnieniu odmowy przeważał wątek finansowy. Ponieważ wynagrodzenie biegłego zaczyna się od ponad dwudziestu złotych za godzinę – czyli jest podobne do najniższego wynagrodzenia w gospodarce. Ale byli i też tacy biegli, którzy odpowiadali, że nie zajmują się tym o co ich pyta są mimo tego, że mieli przypisane w swych specjalizacjach właśnie to co interesowało sąd. Jeden z biegłych w odmowie sporządzenia opinii napisał, że może za dwa lata sądowi odpowiedzieć na zadane pytania. Lecz sędzia Grzegorz Kasicki wpadł na pomysł, aby odpowiednich biegłych poszukać w Związku Techników i Inżynierów i/lub na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie.

Termin kolejnej rozprawy został wyznaczony na 24 listopada 2023 roku, czyli już po wyborach parlamentarnych, w których co jest prawdopodobne – niestety – Stanisław Gawłowski zostanie parlamentarzystą; wszystko jedno, gdzie w Sejmie czy w Senacie, bo mimo tego, że ten człowiek ma bardzo dużo na sumieniu i kilka zarzutów prokuratorskich, w tym cztery o charakterze korupcyjnym, zawsze startuje w wyborach i zawsze wygrywa.. 24 listopada sąd chce przesłuchać ostatniego świadka, wówczas także dowiemy się czy sądowi udało się znaleźć odpowiedniego biegłego i jak długo sąd będzie czekał na opinię tego ostatniego.

Afera melioracyjna to wielowątkowa i najgłośniejsza sprawa z ostatnich lat w Polsce. Na ławie oskarżonych zasiada obok Stanisława Gawłowskiego jeszcze dwadzieścia osób oskarżonych, w tym żona senatora i teściowie pasierba a także Tomasz P. – były dyrektor Zachodniopomorskiego Urzędu Melioracji w Szczecinie oraz Mieczysław O. – były szef Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie a także różni przedsiębiorcy i urzędnicy. Akta zgromadzone w sprawie to ponad czterysta tomów. Ale bądźmy optymistami i miejmy nadzieję, że „specjalista od lania wody” czyli Stanisław Gawłowski „popłynie” jesienią bieżącego roku w innym kierunku niż polski parlament.

 

 

Niepokój CEZAREGO KRYSZTOPY: Widzę co Pan robi Panie ministrze Niedzielski

To, że aborcjoniści w obronie rzekomego „prawa do zabijania dzieci” wpadają regularnie w spazmy, to się już chyba przyzwyczailiśmy. Każdy ze spazmów jest coraz bardziej groteskowy , jak ostatnio ten z „Panią Joanna od aborcji”, która zniknęła z jedynek „wiodących mediów” tak szybko jak się pojawiła. Niestety takie spazmy dotykają nie tylko środowiska tradycyjnie dotknięte bolesnym lewactwem.

Oto nowy kandydat Konfederacji Przemysław Wipler, prywatnie bardzo sympatyczny były poseł, uznał w wywiadzie, że „prawo aborcyjne jest w Polsce za ostre” i on najchętniej wróciłby do tzw. „kompromisu aborcyjnego”, czyli możliwości masowej eksterminacji głównie dzieci z Zespołem Downa. Słowa te przypominają mi jak wszyscy posłowie Konfederacji podpisali się pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności przesłanki eugenicznej do aborcji, a kiedy TK orzekł, zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą o jej niekonstytucyjności, niektórzy jej politycy pochowali się do mysiej dziury.

Nowa przesłanka ministra Niedzielskiego

No ale Przemysław Wipler nie ma szczególnego wpływu na rzeczywistość prawną w jakiej poruszają się Polacy. Za to ma go minister zdrowia Adam Niedzielski, który nową rzeczywistość prawną wytworzył przy pomocy… konferencji prasowej. Szef resortu zdrowia stwierdził, że można dokonać aborcji nie tylko w przypadku zagrożenia zdrowia fizycznego, ale także w przypadku zagrożenia „zdrowia psychicznego” matki. A „zdrowie psychiczne” może już być zagrożone np. stresem przed urodzeniem dziecka z Zespołem Downa. Lub też dziecka zupełnie zdrowego. Minister nie odpowiada na monity organizacji pro life.

Za to szpitale już realizują w praktyce śmiercionośne wytyczne. „Wiodące media” donoszą radośnie o przypadkach szpitali, które nie tylko dokonują aborcji z przesłanki rzekomego „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”, dokonują jej nawet w drugim czy trzecim trymestrze ciąży, ale wręcz dokonują tych aborcji więcej (!) niż przed orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Szpitalna spirala śmierci na nowo się rozkręca.

Ostatnie wzmożenie zawziętych aborcjonistów, ale także zimnych, liczących na okupiony cudzą krwią polityczny profit cyników oparte jest na przekonaniu, że „PiS stracił na wyroku TK”, o czym mają świadczyć spadki sondażowe podczas tzw. „Strajku Kobiet”. Tyle, że jest to, uważam, założenie błędne. Zgadzam się tu z Rafałem Ziemkiewiczem, który twierdzi, że to tylko złudzenie wywołane korelacją czasową. Spadek miał miejsce nie w wyniku orzeczenia TK, ale w wyniku, postrzeganych jako przesadne, ograniczeń wolności obywatelskich związanych z epidemią. Gdyby było inaczej i gdyby emocje, do których usiłują się odwołać środowiska dotknięte bolesnym lewactwem, były prawdziwe, manipulacje związane z pożeraniem kolejnych ciał przez aborcjonistyczne trupojady, przyniosłyby im polityczny zysk, a mam wrażenie, że przyniosły tylko straty.

PiS na tym straci

Dlatego i PiS, jeśli nie wycofa się z tego głupiego ruchu ministra Niedzielskiego, jedyne co na tym zyska, to pogłębienie powszechnego przekonania o jego słabości wobec lewackich aktywistów, straci środowiska pro life zadowolone z orzeczenia TK i nie zyska niczego, bo przecież nie przyjdzie do niego żaden aborcjonistyczny maniak z ośmioma gwiazdkami na czole.

Nie rozumiem logiki jaką kieruje się minister „zdrowia”, ani jego braku chęci do rozmowy, ale obiecuję, że osobiście dopilnuję, żeby to co się dzieje, nie odbyło się w ciszy.

 

8 sierpnia minister Niedzielski podał się do dymisji, ale zapweniamy, że to nie w związku z powyższą publikacją Krysztopy.

Redakcja sdp.pl

Zmiany w kierownictwie TVP Sport

Krzysztof Zieliński został pełniącym obowiązki dyrektora TVP Sport. Dotychczasowy szef anteny Marek Szkolnikowski ma przejść na inne stanowisko w spółce.  Zastępcą dyrektora – redaktorem naczelnym TVP Sport będzie Sebastian Staszewski, a Jarosław Idzi pozostanie zastępcą dyrektora ds. produkcyjnych TVP Sport.

Krzysztof Zieliński związany jest z Telewizją Polską od grudnia 2021 r. Najpierw był kierownikiem w Ośrodku Dokumentacji i Zbiorów Programowych, a następnie zastępcą dyrektora ds. strategii i organizacji w Biurze Spraw Korporacyjnych. Jest też pełnomocnikiem zarządu Telewizji Polskiej ds. skoordynowania prac nad obsługą Igrzysk Europejskich Kraków – Małopolska 2023, Mistrzostw Europy w piłce nożnej UEFA EURO – Niemcy 2024 i Letnich Igrzysk Olimpijskich – Francja 2024. Wcześniej zaangażowany był również w przygotowanie transmisji Mundialu 2022 w Katarze.

Sebastian Staszewski to dziennikarz sportowy z ponad 15-letnim stażem. Był reporterem Polsat Sport, Interia.pl, Sport.pl, „Gazety Polskiej Codziennie”, „Polski The Times” i „Futbol News”. Współpracował także z BBC, TVN, „Wprost”, „Super Expressem”, Onet.pl czy Natemat.pl.

Jak informuje Telewizja Polska w komunikacie, nowe kierownictwo TVP Sport, poza bieżącą pracą nad przygotowywaniem transmisji najważniejszych wydarzeń sportowych (mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Niemczech oraz Igrzyska Olimpijskie w Paryżu, które odbędą się w 2024 roku), rozwijaniem oferty programowej anteny, udoskonalaniem serwisu internetowego sport.tvp.pl i aplikacji mobilnej TVP Sport, planuje także, wykorzystując unikalne archiwa Telewizji Polskiej, przygotowanie nowoczesnych formatów dokumentalnych i publicystycznych, które przybliżą widzom kluczowe momenty historii polskiego sportu. W planach jest również rozszerzenie współpracy z oddziałami terenowymi Telewizji Polskiej.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Putin wykorzysta wagnerowców w Afryce?

Po pojednaniu z Prigożynem po próbie puczu, Putin kilka tysięcy bandytów zesłał na Białoruś, ale traktuje ten kraj jako tymczasowy dla nielegalnej prywatnej armii, którą sam stworzył, ale której się teraz obawia. Pozostaje więc pytanie jak zostaną wykorzystani wagnerowcy. Może w Afryce?

Wiadomo, że tysiące wagnerowców nie będą siedzieć bezczynnie, już wkrótce staną się przyczyną napięć w stosunkach rosyjsko-białoruskich. Samozwańczy prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka obawia się obecności  armii Prigożyna w swoim kraju, dlatego pojechał do Moskwy i gdy spotkał się z Putinem, od razu oznajmił, że wagnerowcy proszą o pozwolenie na spacer do Polski, a dokładniej do Warszawy i Rzeszowa. Powiedział, że tam „chcą jechać na wycieczkę…”.

Służby informacyjne milczą na temat tego, co Putin mu odpowiedział, ale jasne jest, że rosyjski dyktator doskonale zdaje sobie sprawę, że taka „wycieczka” to byłby atak na kraj NATO, a tego Rosja nie chce. Zaczęto się więc zastanawiać jak się pozbyć wagnerowskiego zagrożenia.

Kilka dni później rosyjskie agencje poinformowały, że prezydent Rosji Władimir Putin napisał długi artykuł dla afrykańskich mediów zatytułowany „Rosja i Afryka: wspólne wysiłki na rzecz pokoju, postępu i pomyślnej przyszłości”, w którym nakreślił własną wizję rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich.

Świat nadstawił uszy, bo wiadomo, że przed atakiem i rozpoczęciem wojny Putin pisze miłujące pokój artykuły. Tak było w przypadku Ukrainy. Przed aneksją Krymu w 2014 roku publikował artykuły dotyczące historycznej przeszłości Rosji i Ukrainy. A przed rozpoczęciem zakrojonego na szeroką skalę ataku na Ukrainę w lutym 2022 r. Putin napisał artykuł, w którym stwierdził, że naród ukraiński nie istnieje, a Ukraina jako państwa również nie ma.

Politolodzy uważają, że Putin za każdym razem zapowiada wojnę dwoma artykułami: pierwszy jest o pokoju i przyjaźni, drugi o tym, że adresat nie zaakceptował jego przyjaźni, a zatem nie istnieje ani jako podmiot, ani jako państwo, co oznacza, że można go zniszczyć. Tak więc pierwszy artykuł dla Afryki już powstał, drugi być może już się pisze gdzieś w Moskwie…

Co zatem napisał Putin w pierwszym artykule dla Afryki? Jak zauważają sami Rosjanie, przywódca Rosji przypomniał, że historia współpracy między Rosją a Afryką to wieloletnie wsparcie od czasów sowieckich. „Konsekwentnie wspieraliśmy ludy afrykańskie w ich walce o wolność od kolonialnej opresji, przyczynialiśmy się do tworzenia państwowości, wzmacniania suwerenności i zdolności obronnych. Wiele zrobiono, aby stworzyć stabilne podstawy dla gospodarek narodowych” – podkreślił Putin. „Do lat 80. ubiegłego wieku w Afryce zbudowano setki obiektów infrastrukturalnych i przemysłowych przy udziale ZSRR, wielu Afrykanów kształciło się w naszym kraju” – zaznaczył Putin. Teraz, według niego, w rodzącym się wielobiegunowym świecie Afryka powinna zająć godne miejsce obok krajów Azji i Ameryki Łacińskiej. W tym kontekście Rosja będzie nadal rozwijać więzi gospodarcze i polityczne z państwami kontynentu afrykańskiego. Według niego handel z Afryką sięga obecnie 18 miliardów dolarów rocznie i ma ogromny potencjał…

Jest to więc bezpośrednia wskazówka, że ​​teraz te gospodarki muszą dzielić się z Rosją. Putin pisze wprost: „Rosyjskie firmy są zainteresowane bardziej aktywną pracą na kontynencie w dziedzinie wysokich technologii i eksploracji geologicznej, w kompleksie paliwowo-energetycznym, w tym w energetyce jądrowej, w przemyśle chemicznym, w inżynierii górniczej i transportowej, w rolnictwie i rybołówstwie”.

Dotknął „porozumienia zbożowego”, którego kontynuacji wcześniej odmówił. Obiecał Afrykanom, że nawet bez tego porozumienia Rosja będzie w stanie pomóc Afryce żywnością zarówno na zasadach handlowych, jak i humanitarnych.

Deputowany do rosyjskiej Dumy Państwowej Anatolij Wasserman wyjaśnił sewastopolskiej agencji ForPost, że „debata jest zwykle prowadzona nie po to, by przekonać przeciwnika, ale by przekonać publiczność. Tak samo jest tutaj: obecna konfrontacja z Zachodem niezadowolonych z porządku opartego na nieznanych regułach nie polega na upadku przeciwnika, ale na przeciągnięciu reszty świata na swoją stronę. A Afryka jest jednym z takich regionów, który w przeciwieństwie do Ameryki Łacińskiej nie jest >podwórkiem< USA, a ponadto ma negatywną pamięć historyczną o zachodnim kolonializmie”.

Poza tym, jego zdaniem, „cywilizacja rosyjska jest najbardziej integrująca, a więc, innymi słowy, najbardziej gotowa do wchłonięcia różnych zasobów i uczynienia z nich jednego ze źródeł swojej potęgi…” Jednym słowem, zdaniem posła, Rosja jest już gotowa „wchłonąć” wszystko, co złe, nawet w Afryce.

Deputowany Dmytro Belyk przypomniał dziennikarzom, że stosunki Rosji z krajami afrykańskimi otrzymały potężny impuls w październiku 2019 r., kiedy w Soczi odbył się pierwszy w historii szczyt Rosja – Afryka. Już wtedy określono kluczowe punkty styku. W miarę upływu czasu poszerzanie rosyjskich rynków zbytu wytwarzanych produktów, współpraca w zakresie wydobycia surowców są punktami strategicznego zbliżenia między Rosją a Afryką.

Ponadto politolodzy zauważają, że zasób polityczny Afryki jest teraz ważny dla Rosji. W końcu to kilkadziesiąt głosów w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Afryka jest również znaczącym zasobem mobilizacyjnym, który może być wykorzystany także przez Rosję. „W pierwszej fazie II wojny światowej znaczną część francuskich sił zbrojnych stanowili strzelcy z Algierii i Senegalu. A to znacznie zwiększyło francuskie zasoby mobilizacyjne, które same w sobie były znacznie niższe niż w hitlerowskich Niemczech. Teraz jest dla nas ważne, że mamy ten afrykański zasób mobilizacyjny…” – zauważają Rosjanie.

Na koniec rosyjscy eksperci zauważają, że „przemysł wydobywczy ma ogromny potencjał dla rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich, kontynent jest bogaty w zasoby naturalne” O ile wiadomo, Prigożyn od dawna nie posiada nic poza dużymi kopalniami złota w republikach południowoafrykańskich i środkowoafrykańskich. Teraz sam Putin już zwrócił na niego uwagę…

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zioło na wesoło albo w chorobie i zabawie pomoże, co w trawie

Złote runo

Rosną sobie zioła

w kolorowym sadzie

dniem osłonecznione

nocą cień je kładzie.

Zimą było brzydko

teraz jest wesoło

przeczekały mrozy

wstały wiosny porą.

I tak to z niczego

dobro rośnie samo

– będzie pożyteczne –

mówią tato z mamą

bo:

Skrzypi skrzyp cichutko,

choć kiedyś był wielki

– miliony lat temu

w epoce karbonu,

z niego mamy węgiel,

który marnujemy

w szyby śmieć wrzucamy

gruby (kopalnie) zamykamy.

Już Sparty żołnierze

rany nim leczyli

z jego kruchych łodyg

krzemionkę sączyli.

Także i Chińczycy

cenili to zioło,

u nas w polu rośnie

za chwasty go mają

ostrą kosą krają.

Skoro o Chińczykach

przęśl chińska się kłania

już pięć tysięcy lat

od astmy osłania

indyjski gatunek

młodość wskrzesza w człeku

– dzisiaj to odkryto,

choć znane od wieków;

pigułki zrobili

– forsę zakosili

Epherda Sinica

tak brzmi mądra nazwa

choć nie zna łaciny

używa przęśl gazda.

Pochrzan to się sprawdza

i bardzo nadaje

do antykoncepcji

i gdy żołąd staje,

lub wierzga śledziona

mięśnie on rozluźni

wnikając do łona

wyleczy z egzemy

pomoże w porodzie

z bólu nie umrzemy.

Ale nie za dużo

używaj na codzień –

tyle ile doktór

w recepcie przepisze

– bo schrzanisz terapię

przybędzie ból głowy

a nawet skręt kiszek.

Jeżówka ratuje

od śmierci wężowej

– gdy gad cię ukąsi

i odbierze mowę

– gdy gorąc gorączki

rozpali ci ciało

ochłoda z jeżówki

jej kłącze

tuż obok

– na łączce.

Poskleci ci rany,

odziębi, odgrzybi,

grzyb z ciała usunie

i będzie ci lepiej

ta mała roślinka

kwiatuszkiem zdobiona

pomaga na AIDS-a

– korzenna, w proszek skruszona.

óg drzazgę usunie,

biegunkę zatrzyma

krwawianie złagodzi,

serce wzmocni,

poprawi trawienie

polepszy krążenie.

Głóg – to ważne lekarstwo –

nie zrywaj i nie pchaj w wazony,

bo crataegus to pożyteczny

dla zdrowia

kwiat stworzony.

Cominiphora Moimal

– po polsku balsamowiec mirra,

z samej nazwy wynika,

czemu maść ta służy

żywica od wieków

uznana za skarb

w domostwie palona

przepędza owady,

oczyszcza, krew wzmacnia,

na rany pomoże,

reumatyzm złagodzi,

mięśnioból powstrzyma

– to balsam prawdziwy

lepszego już nie ma.

Gdyby Achilles

Achilla Milletolium przyłożył

na dźgniętą piętę by nie umarł,

na polu bitwy się nie złożył;

bo krwawnik upływ krwii by mu wstrzymał.

Uważaj nań, gdy idziesz łąką

lepiej zdeptaną ścieżką idź,

bo pierwszej to pomocy środek

i choć – mówią – pospolity

to takiej nazwie nie daj się zwieźć

wejść z nim w układy możesz różne

– moczowe, trawienne

węższe i szersze

poziome i wzdłużne

krwawnik wykrwawić się nie pozwoli

krwi się nie boi, ranę zagoi.

Rzepik ci także krew zahamuje

żołnierzowi w bitwach kul rany cerował

cierpienie zmniejszał, życie ratował

ściąga i bliźni szarpane ciało

– zwykła roślinka –

o której w średniowiecznym

manuskrypcie medycznym napisano:

„dać go człowiekowi pod głowę,

a będzie spać jak zabity,

nie wstanie,

dopóki się go stamtąd nie wyjmie”.

              Z doświadczeń własnych: żywokost

Złamałem nogę, na nartach,

leżałem wściekły – bolało. Po zdjęciu gipsu

poszła Helenka Tylka moja gospodyni, u której mieszkałem

w Furmanowej na Gubałówce,

do lasu szukać tej roślinki.

Znalazła, wykopała,

utarła, dodała alkoholu,

odstawiła na kilka dni,

nałożyła na ciało do wyschnięcia.

Przestało boleć.

Było to czterdzieści lat temu,

na nartach jeżdżę do dziś.

Ludowa nazwa angielska „ściągacz kości”,

a polska „żywiący kości”

to tradycyjne leczenie złamań

Alantoina w nim zawarta

pobudza rozwój komórek kości,

chrząstek i mięśni,

przyspiesza gojenie.

Ponoć (!) grzesznym pannom przed ślubem …

kąpiel żywokostowa przywracała dziewictwo.

Powinien więc dziś żywokost mieć wzięcie.

Epilog wierszowany

Dziś w wielkich fabrykach

i szklanych wieżowcach

siedzą pyszni ludzie

(od zadęcia pyszni)

drapią się w łysiny

i stękają w trudzie

myślą, że wymyślą,

sapią i się pocą.

Pytam: – Chłopaki po co wam to,

po co?

Bo przecież od dawna wiadomo,

że najlepsza szkoła

to czysta przyroda

– pola, lasy, woda

tam ukryte są zioła –

skarby dla człowieka.

Macie je pod ręką!

Szukać nie daleko,

nie trzeba się wściekać.

Do napisania wierszyka zainspirowała mnie praca „Wielki zielnik medyczny” pani Penelopy Ody z Narodowego Instytutu Lekarzy Zielarzy. Dziękuję. Stefan Truszczyński