WALTER ALTERMAN: 1 maja, czyli od prawdy, poprzez surrealizm, do prawdy

Zapewne w okolicach 1 maja znowu, jak zawsze od 1990 roku, gazety będą publikowały zdjęcia z manifestacji 1 majowych w czasach PRL, a telewizje znowu wyemitują fragmenty starych, archiwalnych filmów z tego dnia. Dojdą oczywiście kąśliwe komentarze.

Przyznam, że trochę mnie żenuje, to coroczne podrwiwanie z tego święta, bo nie jest tak, że obchodzenie 1 maja zaczęło się w Polsce z rokiem 1945, a zakończyło w 1990 roku. Manifestacje robotnicze w dniu 1 maja nie zaczęły się w czasach „komuny”, trwają i będą trwały. Dlaczego? Bo ludzie pracy najemnej wszystkie swoje prawa zawsze musieli sobie wywalczyć. Taka jest natura kapitalizmu i istota podziału na pracodawców i pracobiorców. Nie należy też zapominać, że dla wielu współczesnych Polaków pracodawcą jest państwo. Ono też nie jest bez grzechu, wobec ludzi którym daje zatrudnienie.

Historia 1 maja

To święto zrodzone jest z tragedii w Chicago, w roku 1886. Manifestacja chicagowskich robotników, w obronie miejsc pracy, w obronie ludzkiej godności została rozstrzelana przez policję. Takie było narodziny „Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy”. Ten dzień został wybrany święto robotnicze przez kongres założycielski II Międzynarodówki, obradujący w Paryżu w 1890 roku.

W Chicago 4 maja 1886 roku doszło do wydarzeń określonych mianem Haymarket Riot, a były one konsekwencją strajków, które wybuchły kilka dni wcześniej. Powodem konfliktu była sytuacja niemieckich imigrantów – robotników z firmy McCormic Harvester – wytwarzającej sprzęt rolniczy. Zresztą do dzisiaj firma istnieje i znana jest m.in. z produkcji traktorów.

W latach 80-tych XIX wieku władzę w firmie przejmuje, po zmarłym ojcu, Cyrus McCormick. Ma ambitne plany – zamierza szybko przebudować fabrykę i wdrożyć – mówiąc dzisiejszym językiem – głęboki plan restrukturyzacji. Najważniejszym punktem planu są szeroko zakrojone zwolnienia. O odprawach nie było mowy, robotnicy mieli stracić pracę z dnia na dzień. Nie mieli zapewnionych też żadnych zasiłków. Praca w fabryce odbywała się na podstawie kontraktu-śmieciówki – pracownik przychodził rano do pracy, za co dostawał dniówkę oscylującą w granicach 1,5 dolara.

Związkowcy nie godzą się na zwolnienia. Po negocjacjach z McCormickiem wydaje się, że obie strony dogadały się. Ale nagle właściciel zmienia swoją decyzję i zwalnia niemal całą załogę. W jej miejsce zatrudnia nowych pracowników oraz ochroniarzy. Sprawa oszukania i wyrzucenia na bruk setek pracowników odbija się szerokim echem w całym USA. Główny protest zaplanowano na 1 maja.

Data nie była przypadkowa. Już półtora roku wcześniej związkowcy z całych Stanów Zjednoczonych zaapelowali do rządu, by wymusił na firmach skrócenie czasu pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Zgodnie z hasłem „Eight Hours for Work, Eight Hours for Rest, Eight Hours for What We Will!”, czyli osiem godzin w pracy, osiem na odpoczynek, osiem na to co ma się ochotę.

Propozycja związkowców powstała jesienią 1884 roku, ale postawiono dać władzy czas –   do 1 maja 1886 roku. Liczono, że rząd amerykański wprowadzi prorobotnicze zmiany.

W Niemczech w tym samym czasie – by uspokoić nastroje społeczne – Otto von Bismarck zaczął wdrażać już swoją politykę społeczną dając m.in. ubezpieczenia chorobowe czy od wypadków przy pracy. W Australii od 30 lat obowiązywał ośmiogodzinny dzień pracy. Nawet w Wielkiej Brytanii obowiązywały tzw. ustawy fabryczne, które ograniczały możliwość wykorzystywania do pracy dzieci.

Amerykański rząd nie zrobił jednak nic. I dlatego w sobotę 1 maja 1886 roku, jak co dzień pracownicy mieli zameldować się w fabrykach na pół doby. W związku z tym w całych Stanach odbyły się marsze ruchu „8 godzin”. Największa demonstracja miała miejsce w Chicago i była połączona z żądaniami przywrócenia do pracy osób z fabryki McCormicka. Ulicami około 800-tysięcznego miasta pokojowo przeszła manifestacja licząca nawet 80 tys. osób. Nieśli flagi, śpiewali piosenki wychwalające ośmiogodzinny dzień pracy. Nie zanotowano żadnych ekscesów.

Dla przemysłowców liczba protestujących była szokiem. Nikt nie spodziewał się, że robotnicy będą potrafili zjednoczyć się i zorganizować tak wielką akcję. Pracowników fabryk traktowano wówczas niemal jak niewolników, mówiono o nich pogardliwie, żartowano z ich analfabetyzmu i ich ubrań.

Skala protestów nie spowodowała jednak żadnych ustępstw po stronie fabrykantów. 2 maja robotnicy ponownie w pokojowej manifestacji przemaszerowali ulicami Chicago. Tym razem było ich jednak już tylko 35 tys.

3 maja na wiecu pod wejściem do fabryki McCormicka zjawiło się już jedynie około 2 tysięcy osób. Takiej demonstracji władze się nie bały. Doszło do starć zainicjowanych najprawdopodobniej przez bojówki zatrudnione przez McCormicka. Jego nowi pracownicy-łamistrajki i ochroniarze mieli zaatakować protestujących. Do walki włączyła się także policja.

Według różnych źródeł zginęło od jednego do sześciu protestujących. Mimo to następnego dnia związkowcy postanowili kolejny raz wyjść na ulice Chicago. Liczyli, że ofiary nie wystraszą robotników, a wręcz przeciwnie zachęcą do zwiększenia skali strajku. Manifestanci zebrali się na Placu Haymarket. Przez większość dnia protest miał charakter pokojowy, a udział brało w nim kilka tysięcy osób. Wieczorem nad Chicago nadciągnęła jednak wielka ulewa, wyganiając część manifestantów do domów. Około godziny 22.30, gdy na placu pozostało już tylko kilkaset osób policja ruszyła do ataku.

Chwilę później ktoś rzucił w tłum bombę. Wybuch zabił kilkanaście osób, w tym jednego policjanta. W odpowiedzi policja zaczęła strzelać. Na placu trwała już regularna bitwa uliczna, od kul ginęli zarówno protestujący jak i policjanci. Ostatecznie w starciach zginęło sześciu z nich. Dokładna liczba zabitych protestujących nigdy nie została ustalona.

Zamach, do którego nikt się nie przyznał, został wykorzystany przez fabrykantów i władzę do dalszego tłumienia robotniczych protestów. Następnego dnia ogłoszono nie tylko w Chicago, ale w całym kraju stan wyjątkowy. Kolejne protesty były krwawo tłumione, gazetki związkowe zamykane, a mieszkania osób związanych ze strajkującymi przeszukiwane.

Największe represje dosięgły jednak organizatorów protestów z początku maja. Pod zarzutem zabójstwa policjanta skazano na karę śmierci aż osiem osób, z których część nawet nie była obecna na Haymarket. Czterech z nich: Alberta Parsonsa, Georga Engela, Adolfa Fischera i Augusta Spiesa powieszono 11 listopada 1886 roku. Działacza związkowego Louisa Lingga, który miał zostać ułaskawiony, dzień wcześniej znaleziono martwego w swojej celi. Pozostała trójka wyszła z aresztu po kilku latach.

W 1893 roku ułaskawił ich nowy demokratyczny gubernator Illinois, który cały proces sądowy nazwał jedną wielką farsą i kpiną ze sprawiedliwości. Historycy sądzą, że bomba z Haymarket została rzucona przez agenta, który miał współpracować z lokalnym szeryfem.

O wydarzeniach z Chicago zrobiło się głośno nie tylko za oceanem, ale na całym świecie.

Trzy lata po chicagowskich wydarzeniach II Międzynarodówka, czyli zrzeszenie partii socjalistycznych, postanowiła uczcić pamięć zabitych na placu oraz osób skazanych na śmierć w późniejszym sfingowanym procesie. W ten sposób pierwsze Święto Pracy ustanowiono na 1 maja 1890 roku.

Jak demonstrowano 1 maja po 1890 roku

Po raz pierwszy święto 1 maja obchodzono w 1890 roku – m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Francji. Organizowane w tym dniu demonstracje i strajki przyczyniły się do radykalizacji ruchów robotniczych. Początkowo nielegalne manifestacje 1-majowe zostały później w wielu krajach oficjalnie uznane.

Tego dnia wiece odbyły się w wielu częściach świata. W Wiedniu na ulice wyszło około 100 tys. osób, kilkaset tysięcy protestowało w Paryżu. Liczne marsze odbyły się też w Belgii i Niemczech. W Warszawie w manifestacjach wziąć udział miało 8 tysięcy osób. 1-majowe wiece miały zachęcać lokalne władze do ustanowienia 8-godzinnego dnia pracy. Większość w 1890 roku miało charakter pokojowy. Zwalczanie nowego święta zaczęło się kilka lat później i często miało krwawy przebieg. Tym bardziej, że w związku z rozpoczętym wówczas kryzysem gospodarczym coraz więcej osób miało powody do zamanifestowania swojego niezadowolenia.

W Polsce pod zaborami, głównie na terenach zaboru rosyjskiego, pierwsze pochody i strajki organizował II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Carat często krwawo tłumił 1-majowe pochody. Tak było na przykład w 1892 roku w Łodzi, gdy zamieszki trwały kilka dni. A maszerujący choć na sztandarach mieli socjalistyczne hasła, to śpiewali także patriotyczne pieśni o wymowie niepodległościowej. Przypomnijmy, że jeszcze w 1900 roku jeden z największych „łódzkich królów bawełny” Izrael Kalmanowicz Poznański zmuszał swoich robotników do 16-godzinnego dnia pracy. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia z lat 1905-7 i 1917-19.

Okres międzywojenny w Polsce

Nieco inny wymiar miały marsze organizowane już w okresie XX-lecia międzywojennego. Stały za nimi głównie Polska Partia Socjalistyczna, ale pod uroczystości „podłączali” się także komuniści. Jeden z tego typu światopoglądowych konfliktów skończył się w 1931 roku strzelaniną wybuchło pomiędzy dwoma obozami. Dochodziło do tego, że w latach 20-tych, 1 maja odbywały się dwie legalne, osobne demonstracje i jedna demonstracja nielegalna – komunistyczna. O ile pochody socjalistów i żydowskich partii robotniczych władze tolerowały, to demonstracje komunistyczne był tłumione siłą.

1 maja był problemem dla władz w całym świecie. To chybna, dlatego, chcąc je niejako „oswoić”. Papież Pius XII w 1955 roku ogłosił 1 maja świętem katolickim – Świętem Józefa Rzemieślnika.  Nadał w ten sposób religijne znaczenie obchodzonemu od 1890 roku świeckiemu Świętu Pracy. W tym dniu Kościół w sposób szczególny pragnie zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, jak i społecznych, ogólnoludzkich i narodowych.

Upaństwowienie 1 maja, czyli surrealizm

W ZSRR święto 1 maja stało się świętem państwowym. Władze organizowały manifestacje poparcia dla samych siebie. W istocie była to parodia idei walki o prawa pracownicze, wziąwszy pod uwagę, że niemal wyłącznym pracodawcą w Rosji Sowieckiej było państwo. Zmuszani do manifestowania obywatele tego państwa wznosili okrzyki chwalące przywódców partii i rządu, oraz hasła potępiające zachodnich imperialistów. Krótko mówiąc – obchody 1 maja w ZSRR stały się jednym z elementów państwowego terroru. Najwięksi surrealiści XX wieku nie wymyśliliby czegoś takiego, a władza radziecka potrafiła.

1 maja w czasach PRL

W Polsce, podobnie jak w innych państwach „obozu socjalistycznego”, czyli w państwach, które popadły w zależność od Rosji Sowieckiej, 1 Maja również przybrał charakter masowego poparcia dla władz. I trak samo jak w ZSRR sytuacja była surrealna, bo w Polsce, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech to państwo było największym pracodawcą.

W latach 80. miały już miejsce niezależne od władz pochody i manifestacje, które organizowała w tym dniu solidarnościowa opozycja. Szczególnie duże były w Warszawie i Wrocławiu. Były one rozbijane przez milicję, a w latach 1982-1984 niejednokrotnie przekształcały się w starcia z ZOMO. Uczestnicy demonstracji byli zatrzymywani i stawiani przed Kolegium ds. Wykroczeń lub skazywani na więzienie przez sądy.

1 maja po roku 1990 w Polsce

Po roku 1990 w Polsce wielu ludzi, o nielewicowym światopoglądzie, obrało sobie za cel walkę ze świętem 1 maja jako reliktem i niechcianą pamiątką po PRL.

Ośmielam się jednak zauważyć, że PRL trwał 45 lat, a święto 1 maja ma już lat 132 lata. Dodam także, że walka ludzi pracy o swoje prawa miała i ma nadal głęboki sens – moralny i pragmatyczny. A smutna parodia tego dnia i święta, z jaką mieliśmy do czynienia w PRL-u, nie może unieważniać ani celów, ani znaczenia tego dnia.

Godna płaca, dobre warunki pracy, ośmiogodzinny dzień pracy – to jest ciągle aktualny program dla ludzi pracy najemnej.

Godna praca i płaca

 

Chodzi o godność pracownika, o poszanowanie jego podmiotowości. I nikt mi nie powie, że po 1990 roku nastały czasy idylliczne. Zachodnie koncerny i w ich ślady idące polskie firmy, chcąc zmaksymalizować zysk, narzucają wielu pracownikom normy pracy, zmuszające ich do niszczącego wysiłku. W korporacja pracownik nie jest podmiotem, jest przedmiotem działań, maleńkim trybikiem. Dzisiejszy wyzysk pracownika polega nie tylko na pracy ponad siły fizyczne. Pracownik ma oddać firmie serce, duszę i cały wolny czas. Jest dzisiaj normą, że zatrudniani w korporacjach, w wieku 23-25 lat pracownicy, po dziesięcioletniej pracy są zwalniani, bo zaczynają myśleć o swoim prywatnym życiu, o dzieciach, o współmałżonkach. A na ich miejsce przyjmowane są nowe dwudziestoparoletnie osoby, które przez 10-12 lat zaprzedadzą swoje prywatne życie firmie.

Dobre warunki pracy

Teoretycznie jest to sprawa nie do określenia, bo warunki pracy są w każdym miejscu pracy inne. Jednak w zbyt wielu miejscach pracy mamy do czynienia z ciasnotą, hałasem, brakiem wymaganego oświetlenia. W produkcji nader często spotykamy się ze stanowiskami pracy, na których pracownicy narażeni są na chorobotwórcze działania chemikaliów.

W okresie międzywojenny wspaniale funkcjonowała w Polsce Inspekcja Pracy. Ówczesne przepisy pozwalały urzędnikom na kontrolowanie zakładów pracy o każdej porze dnia. Była to w istocie policja pracy. Niestety w PRL-u znaczenie i rola Państwowej Inspekcji Pracy została przez władze bardzo ograniczona. Nie wyobrażano sobie, żeby państwowy inspektor mógł działać na szkodę państwowego przedsiębiorstwa.

Kilkanaście lat po transformacji ustrojowej, za rządów Leszka Millera z SLD, wprowadzono nowe przepisy, które w drastyczny sposób ograniczyły możliwości funkcjonowania PIP. Przede wszystkim zlikwidowano anonimowe doniesienia o nieprawidłowościach w miejscach pracy. Tym samym pracownik informujący o nieprawidłowościach narażał się na odwet kierownictwa zakładu pracy. Zlikwidowano również możliwość interwencji inspekcji, z własnej inicjatywy. A żeby już zupełnie związać inspektorom ręce, nakazano uprzedzać zakład pracy dwa tygodnie wcześniej, że PIP podejmie działania. Nie jestem wysokiego mniemania o osobach zarządzających zakładami pracy, ale naprawdę nie ma wśród nich tak głupich, żeby przez dwa tygodnie nie doprowadzili miejsc pracy do porządku.

Ośmiogodzinny dzień pracy

Prawnie jest obowiązujący, ale w praktyce? Ale kto dzisiaj pracuje po 8 godzin? Być może w dużych przedsiębiorstwach tak, ale nie we wszystkich. Obecnie w wielu urzędach i instytucjach samorządowych i państwowych znowu zapanował duch „wszystkie siły, cały czas dla naszego przedsiębiorstwa”. W wielu firmach „pozwala się” pracownikom przyjść wcześniej i później wyjść. Narzucone normy są tak duże, że w ciągu 8 godzin niewielu jest w stanie je spełnić.

Wśród średniej kadry zarządzającej panuje moda na chwalenie się, że pracuje się po 10-12 godzin. Zresztą przykład idzie z góry, te nocne posiedzenia Sejmu i Senatu, rząd pracujący nocami – według mnie jest to objaw złej organizacji pracy, ale według posłów i senatorów, to przykład poświęcania się dla Polski.

Póki zmuszani do pracy ponad 8 godzin są młodzi, jakoś to znoszą, ale przecież ich organizmy upomną się w wieku dojrzałym i podeszłym o ten brak odpoczynku.

Platforma Obywatelska za swych ostatnich rządów, wespół z PSL-em, wprowadziła istotne zmiany w kodeksie pracy. Dopuściła bowiem – w interesie pracodawców – takie manipulowanie czasem pracy, że możliwe jest kwartalne rozliczanie czasu pracy. Co skutkuje tym, że w dogodnym dla pracodawcy czasie, pracownik musi odebrać tzw. nadgodziny. W dawnych latach zasad była taka, że za pracę ponad 8 godzin płaciło się 50, 100 i 200 procent stawki godzinowej. Po zmianach Platformy Obywatelskiej – i PSL-u – pracodawcy są zadowoleni, ale pracobiorcy już nie bardzo.

Myślę jednak, że daleko nam jeszcze do spełnienia ideału polskiego pracodawcy, któremu śni się po nocach zadowolony pracownik, które pracuje darmo, albo za tyle ile zechce dać właściciel firmy.

Być może Lech Wałęsa, mówiąc w latach 90-tych, że Polska stanie się drugą Japonią, miał na myśli spełnienie japońskich ideałów społecznych – całkowite podporządkowanie się pracownika firmie, życie jej życiem i bycie szczęśliwym, gdy korporacja osiąga coraz większe zyski.

Dzisiaj 1 maja traci na znaczeniu, dlatego że media społeczne stały się forum wymiany myśli, także społecznych – na co dzień, niekoniecznie od święta. Ale w dalszym ciągu są na świecie ludzie, którzy obchodzą ten dzień, będąc przekonani, że warto i trzeba.

I po to jest ten 1 maja, żeby o tym wiedzieć i przypominać. A także, żeby tak wiele zmieniać, na korzyść pracownika, dla poszanowania godności ludzkiej.

 

Ruszają zgłoszenia kandydatów do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Od 1 maja do 12 czerwca 2022 roku Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka czeka na zgłoszenia kandydatów do tegorocznej edycji tego wyróżnienia. Prawo do wysuwania kandydatur przysługuje członkom Kapituły oraz redakcjom prasowym, radiowym, telewizyjnym i internetowym. Zgłoszenia można przesyłać na adres: [email protected]. Uroczysta gala wręczenia nagrody odbędzie się jesienią w Warszawie.

„Ślad” to nagroda dziennikarzy dla dziennikarzy i innych ludzi mediów. Główną jej ideą jest uhonorowanie i promowanie osób, których działalność w mediach służy prawdzie dobru i pięknu oraz przyczynia się w sposób wybitny do budowania kultury prawdy, porozumienia i dialogu. Taka postawa była szczególnie bliska bp. Janowi Chrapkowi. Jego życie, wierne duchowi ewangelicznej prostoty, przepojone było troską o budowanie pomostów między ludźmi i środowiskami.

Nagroda „Ślad” przyznawana jest od 2002 r. Laureatami dotychczasowych jej edycji byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski i Paulina Guzik.

W skład Kapituły Nagrody „Ślad” wchodzą obecnie: s. Barbara Chrapek CSSMA, Ewa K. Czaczkowska, ks. Andrzej Draguła, ks. Mieczysław Gładysz CSMA, Andrzej Grajewski, Brygida Grysiak, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Tomasz Krzyżak (przewodniczący), ks. Grzegorz Michalczyk, Krystyna Mokrosińska, Zbigniew Nosowski, Jerzy Olędzki, Alina Petrowa-Wasilewicz, Grzegorz Polak, Tomasz Rożek, ks. Kazimierz Sowa (sekretarz), Jarosław Szczepański, Jan Turnau, Marek Zając, Krzysztof Ziemiec.

Patronem nagrody jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. Był on członkiem zgromadzenia księży michalitów, doktorem teologii, wybitnym duszpasterzem i znanym naukowcem w zakresie współczesnych mediów. Studiował w Lublinie i Louvain. W latach 1983–1986 był redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 był przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Więcej szczegółów na temat nagrody, jej historii oraz osoby patrona można znaleźć na stronie internetowej www.nagrodaslad.pl.

opr. jka, źródło: Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Carska Rosja przeciw Piłsudskim

20 kwietnia 1887 r. władze carskie skazały Józefa Piłsudskiego na pięć lat zesłania do wschodniej Syberii za współdziałanie z grupą konspiracyjną przygotowującą zamach na cara Aleksandra III. Nie wszyscy wiedzą, że w tej samej sprawie wyrok – i to dużo wyższy, bo dożywotniego więzienia – otrzymał brat „Ziuka” Bronisław Piłsudski. Zesłanie zaowocowało badaniami etnograficznymi Ajnów, które do dziś są uważane za najlepsze źródło poznania tego wymierającego ludu Dalekiego Wschodu.

Skąd się wzięły te wyroki? Przez kilka lat bracia Józef i Bronisław Piłsudscy działali razem w szkolnej konspiracji przeciw caratowi. W marcu 1887 r., w ramach petersburskiej frakcji terrorystycznej „Narodnej Woli” brali udział w przygotowaniach do zamachu na cara Aleksandra III.

„Ciężko żyć osobno”

Mimo, iż międzywojenna literatura przedstawiała to inaczej, Bronisław był bardziej wtajemniczony. Od znajomego aptekarza z Wilna przywiózł do Petersburga truciznę. Włożono ją następnie do bomby, która miała zabić imperatora Rosji. Również przy pomocy Bronisława, kierownik całej akcji, a zarazem jego przyjaciel – Aleksander Uljanow (starszy brat Lenina), drukował swoje ulotki, które po Wilnie i okolicy rozprowadzał Ziuk. Po nieudanej akcji spisek został wykryty. Bronisławowi Piłsudskiemu groziła nawet kara śmierci, ale udało się go wybronić przekupując kilku carskich urzędników. Kolejne amnestie zmniejszyły mu wyrok do 15 lat katorgi, ale do końca życia miał pozostać na zesłaniu. Józef – jako przypadkowo wciągnięty do spisku – otrzymał mniejszą karę: w trybie administracyjnym (bez sądu) został zesłany na pięć lat na Syberię. Aleksandra Uljanowa skazano na karę śmierci i stracono.

Po ogłoszeniu wyroku, ojcu braci – Józefowi Wincentemu Piłsudskiemu, pozwolono pożegnać się z synami w petersburskim więzieniu. Bronisława nigdy więcej nie zobaczył. „Zapomnij o mnie! Proszę, żebyś uznał, że byłem niegodny Ciebie, może tak będzie łatwiej, Twój Bronisław” – pisał do ojca z Rosji. Przyszły Marszałek Polski chciał przebywać na zesłaniu razem z bratem. W podaniu do władz argumentował, że Bronisławowi, „jak i mnie, ciężko żyć osobno”. Carscy urzędnicy nie wyrazili jednak zgody.

Młodszy siedzi, starszy stoi

Bronisław Piłsudski urodził się w 1866 r. (rok wcześniej od Józefa). Mieli aż dziesięcioro rodzeństwa (dwoje bliźniąt zmarło we wczesnym dzieciństwie, jeden z braci – Jan Piłsudski był przez ponad rok ministrem skarbu II RP). Aby podkreślić wielowiekowe tradycje rodziny Bronisław używał czasem przydomka Ginet, pochodzący od imienia litewskiego kniazia. Dzieciństwo spędzili w rodzinnym majątku Piłsudskich – Zułowie, 60 kilometrów od Wilna (dziś Zalavas na Litwie; na jego ruinach w czasach komunizmu wybudowano sowchoz).

Bronisław i Józef różnili się przede wszystkim charakterem. Bronisław pisze w swoich pamiętnikach, że Józef był ulubieńcem rodziny, w domu rozpieszczano go. Żywy i wesoły, w spotkaniach towarzyskich grał pierwsze skrzypce. Do tego bardzo ambitny, a jego egocentryzm przeradzał się często w egoizm. Bronisław, z natury spokojny, lubił spędzać czas w samotności, kontemplować. Ale żeby przeżyć później na Sachalinie musiał być bardzo silny i odporny psychiczne.

Gdyby nie Bronisław, Józef mógł wcześnie zejść z tego świata. Niewiele brakowało, żeby utopił się w jeziorze Piorun, 3 kilometry od Zułowa. Brat w ostatniej chwili wyłowił go z wody. Najbardziej znane, a może i jedyne zachowane zdjęcie braci z wydanego w 1935 r. albumu o Józefie Piłsudskim zostało podpisane: „Dwaj bracia, młodszy Józef (siedzi) i Bronisław Piłsudscy, w latach dziecięcych. Uderza wyraz twarzy młodego Ziuka – skupiony i energiczny, uderza sposób ułożenia nóg i nawet sam fakt, że młodszy brat siedzi, a starszy stoi”. Tak tworzyła się legenda Marszałka.

Król Ajnów

Pobyt na zesłaniu to punkt zwrotny w życiu obu braci. Po odbyciu kary Ziuk wrócił do konspiracji i wkrótce został czołowym działaczem PPS, twórcą Legionów. Bronisław nigdy nie miał aspiracji politycznych. Nieudany zamach na cara w 1887 r. był raczej przejawem jego młodzieńczej fantazji.

Bronisław Piłsudski na Sachalinie znalazł się 3 sierpnia 1887 r. Po kilkuletniej katorżniczej pracy, dostał zgodę na przeniesienie do Władywostoku, gdzie objął funkcję kustosza miejscowego muzeum etnograficznego. W międzyczasie wiele podróżował. Razem z innym słynnym badaczem – Wacławem Sieroszewskim udał się na wyprawę na wyspę Hokkaido, aby zbierać materiały o japońskich Ajnach.

Wysłany przez carską Akademię Nauk powrócił na Sachalin, gdzie wkrótce zyskał przydomek „króla Ajnów”. Badał ich kulturę (język, życie codzienne, seksualne, wierzenia, szamanizm), bronił przed restrykcjami władz rosyjskich, a w końcu został nauczycielem w założonej przez siebie szkole dla ajnuskich dzieci. Tak dalece wtopił się w ich społeczność, że dostał zgodę na ślub z kobietą z ich plemienia. Nosiła imię Chuhsamma i była bratanicą naczelnika wsi Ai we wschodniej części Sachalinu. Razem z żoną zamieszkał w małym, drewnianym domku, charakterystycznym dla sachalińskiego pejzażu.

Chuhsamma powiła Bronisławowi dwójkę dzieci. Syn Sukezo urodził się w 1903 r., córka Kiyo dwa lata później, już po wyjeździe Piłsudskiego z Sachalinu. Opuszczenie przez niego rodziny było jednym z powodów, dla których zrozpaczona Chuhsamma nie chciała opowiadać dzieciom o ojcu. Przyznawanie się do polskich korzeni mogło również powodować represje.

Na pytanie, dlaczego Bronisław wyjechał, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pamiętać należy, że przez cały 19-letni okres pobytu na Dalekim Wschodzie miał status zesłańca i marzył o powrocie do kraju. Ucieczkę z Rosji umożliwił mu wybuch wojny rosyjsko-japońskiej. Istnieją przekazy, że opuszczając Sachalin, chciał zabrać ze sobą rodzinę. Potem starania o ich ściągnięcie do Europy czynił jego brat Józef. W międzyczasie Chuhsamma straciła wzrok, co często zdarza się mieszkańcom Sachalinu.

W zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego zachowały się trzy listy pewnego Ajna do przebywającego wówczas w Krakowie Bronisława: „Dzieci rosną, żona tęskni. Dlaczego nie wracasz?” Bronisław miał pisać do władz rosyjskich, że chce kontynuować badania na Sachalinie, ale te nie wyraziły zgody.

W nurtach Sekwany

17 maja 1918 r. jego ciało wyłowiono z Sekwany, niedaleko mostu Mirabeau. Przyczyna: samobójstwo. Powód: psychiczna depresja.

– Przez cały pobyt w Polsce i Europie Bronisław żył w biedzie, nie miał stałego zatrudnienia. Cieszył się dużym autorytetem, ale nie mógł pracować na uczelni, gdyż nie posiadał niezbędnych stopni naukowych. Proponowano mu posadę w starostwie w Limanowej, ale urzędowa praca nie odpowiadała jego charakterowi. Dochodziła do tego tęsknota za rodziną, którą pozostawił na Sachalinie – mówi prof. Antoni Kuczyński, wrocławski etnograf i socjolog.

Piłsudski od dawna miał również kłopoty ze zdrowiem, w Karlsbadzie (Karlove Vary) leczył m. in. chorobę żołądka. Niektórzy twierdzą, że na Sachalinie nabawił się ponadto choroby wenerycznej. Tak, czy inaczej, na kilka dni przed śmiercią lekarz zalecał mu spokój i wyjazd na wieś.

Profesor Alfred Majewicz, badacz języka Ajnów, jest innego zdania: – Francuska policja napisała o samobójstwie, ale nie znalazła żadnych motywów takiego czynu. Bronisław nie miał powodów, aby odebrać sobie życie. Podczas pobytu w Europie zaczął wychodzić na prostą, jego dorobek naukowy został doceniony. Przecież nawet w ekstremalnych warunkach Sachalina nie załamał się.

Feralnego dnia w Paryżu była duża mgła. Wiele wskazuje na to, że Bronisław Piłsudski zginął w sposób bardzo prozaiczny – zasnął nad brzegiem rzeki i wpadł do wody.

Marszałek Polski Józef Piłsudski został pochowany z wielką pompą na Wawelu w 1935 r. Pogrzeb brata, którego dorobek nie jest wcale mniejszy, nie miał takiej oprawy. Do dziś Bronisław Piłsudski spoczywa w zapomnieniu na cmentarzu w Paryżu.

 

TVN Fabuła pokaże krótkometrażowe filmy Studia Munka SFP

Od 22 kwietnia do końca maja, w każdy piątek, TVN Fabuła pokaże filmy krótkometrażowe wyprodukowane przez Studio Munka SFP w ramach programu „30 minut”. Będzie można zobaczyć krótkie formy obsypane nagrodami na wielu festiwalach filmowych.

Cykl projekcji otworzy 22 kwietnia o godz. 22.15 „Ostatni gwizdek” w reżyserii Karola Lindholma. Upalne lato, samotna przyczepa campingowa na plaży niedaleko małej nadmorskiej miejscowości. Dwójce braci czas wyznaczają treningi pływackie w morzu. Dla młodszego z nich będą to wyjątkowe wakacje – ojciec przygotowuje go do pierwszego startu na bardzo długim dystansie. Czy uda mu się przełamać swój strach i spełnić ambicje taty?

29 kwietnia zobaczymy „O człowieku, który kupił mleko” w reżyserii Jagody Madej. Maciek chciał być dziennikarzem. Objechać świat jak Kapuściński. Niestety dorosłe życie nie zawsze dostosowuje się do naszych wyobrażeń o nim, więc dla uzyskania niezależności finansowej Maciek przyjął posadę w urzędzie swojego rodzinnego miasta. Niezależny specjalista do spraw promocji to przecież prawie dziennikarz. Jednak zaczęły mu się przytrafiać dziwne przygody. Z pomocą przyjaciela Maciek próbuje znaleźć źródło problemu i sposób jego opanowania.

6 maja zaplanowano „Festyn” w reżyserii Grzegorza Krawca. Środek lata. Upał. Wypełniony pasażerami pociąg jedzie nad morze. Nagle zatrzymuje się pośrodku niczego. Dziewczyna wpadła pod lokomotywę. Czekający na policję podróżni wychodzą z wagonów. Wyposażeni w ręczniki plażowe i koce rozkładają się na polance. Pojawia się piwo, kiełbasa i grill, są kremy do opalania i domysły na temat możliwych przyczyn samobójczej śmierci nastolatki. Ludzie bardziej przejmują się narastającym opóźnieniem pociągu niż leżącym obok trupem czy prawdziwą przyczyną wypadku.

13 maja pokazany zostanie film „Czy potwory jedzą kiwi?” w reżyserii Pawła Podolskiego. Ośmioletni Tomek ma przechlapane. Jego mama leży w szpitalu, starszy brat kradnie telefony, a ojciec jest na skraju załamania nerwowego. Jakby tego było mało, w szafie chłopca zamieszkał potwór. I to nie byle jaki – groźny, tajemniczy i raczej łakomy. Tomek musi wymyślić, jak pozbyć się niechcianego gościa, zanim ten pożre kogoś z rodziny lub jego samego. Najpierw jednak trzeba udowodnić wszystkim, że potwór jest prawdziwy.

20 maja będzie można obejrzeć  „Moje serce” w reżyserii Damiana Kocura. Rozalia jest aktorką. Sytuacja zawodowa zmusza ją do wyprowadzenia się z Warszawy do Wałbrzycha wraz z siedmioletnim synem Kazikiem. Nowe miejsce oznacza dla niej etatową pracę w lokalnym teatrze a dla jej syna nową szkołę. Na miejscu Rozalia zaczyna angażować się w znajomość z Darkiem, nowym nauczycielem Kazika. W nowej szkole zaczynają się jednak pojawiać problemy. Niespodziewanie wydarzenia z życia Rozalii splatają ją z jej sceniczną rolą.

Na koniec, 27 maja, zaplanowano film „Home sweet home” w reżyserii Agaty Puszcz. 10-letni Olaf żyje w świecie, w którym wynajmowanie członków rodziny i przyjaciół jest powszechną praktyką. Za odpowiednie pieniądze każdy może stworzyć sobie złudzenie idealnego szczęścia. Kiedy firma Rent a Life organizuje w szkole Olafa casting, chłopiec nie waha się ani chwili – zamierza wziąć w nim udział i za wszelką cenę dostać rolę przyjaciela na przyjęciu urodzinowym bogatej dziewczynki. Wkrótce okaże się, że cena za udział w tej iluzji jest wysoka.

opr. jka, źródło: TVN Grupa Discovery

 

Elon Musk chce kupić Twittera. Oferuje ponad 40 mld dolarów

Miliarder Elon Musk złożył ofertę zakupu Twittera za około 41 miliardów dolarów. Jego zdaniem to medium, aby rozwijać się i służyć społeczeństwu, musi zostać przekształcone w firmę prywatną.

Jak podał Reuters, Musk zaproponował cenę 54,20 dolarów za akcję, o 38 proc. więcej w stosunku do kursu z 1 kwietnia, kiedy to prezes Tesli przejął ponad 9 proc. akcji Twittera.

„Od momentu dokonania inwestycji zdaję sobie sprawę, że firma ani nie będzie prosperować, ani służyć temu społeczeństwu w swojej obecnej formie. Twitter musi zostać przekształcony w firmę prywatną” – stwierdził Elon Musk w liście do prezesa Twittera, Breta Taylora.

Musk uważa się za zwolennika absolutnej wolności słowa i krytykuje politykę mediów społecznościowych w tym względzie. Miliarder ostatnio przeprowadził ankietę na Twitterze, pytając jego użytkowników, czy uważają, że platforma ta przestrzega zasady wolności słowa.

„To moja najlepsza i ostateczna oferta, jeśli nie zostanie przyjęta, będę musiał ponownie rozważyć swoją pozycję jako udziałowca” – dodał Musk.

opr. jka, źródło: reuters.com

TVP Kobieta przygotowała nowy cykl dokumentalny „Matki wojny”

Historie kobiet, które uciekły z Ukrainy po rosyjskiej agresji przedstawi nowy pięcioodcinkowego serial dokumentalny „Matki wojny”. Premiera na antenie TVP Kobieta w Wielki Piątek, 15 kwietnia o godz. 19.

Pierwszy odcinek został zrealizowany w ośrodku recepcyjnym „Przystanek Dobrej Nadziei” w Otwocku. Władze powiatu, miasta wraz z grupą wolontariuszy i przy wsparciu mieszkańców przygotowały dom długoterminowego pobytu dla kobiet z dziećmi, które uciekły z ogarniętej wojną Ukrainy. To miejsce staje się powoli ich domem, w którym znajdują spokój i wsparcie.

„W nowym cyklu poświęconym losom kobiet w cieniu wojny spoglądamy na ludzkie nieszczęście oczami matek zmuszonych do dramatycznych wyborów. Bohaterki dokumentu opuszczają swój dom, porzucają dorobek całego życia. Samotnie przemierzają granicę i jadą w nieznane by ratować siebie i swoje dzieci przed nieobliczalnymi, brutalnymi konsekwencjami wojny – tłumaczy pomysłodawczyni cyklu, Iwona Bocian-Zaciewska, dyrektor TVP Kobieta, cytowana w komunikacie prasowym.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

Wybrano 10 książek reporterskich, które powalczą o Nagrodę im. R. Kapuścińskiego

Ogłoszono tytuły 10 książek, które mają szansę zdobyć Nagrodę im. R. Kapuścińskiego za najlepszy reportaż 2021 roku, która z nich wygra dowiemy się pod koniec maja.

Do 13. edycji Nagrody im. R. Kapuścińskiego zgłoszono aż 143 książki reporterskie – 104 napisane po polsku, i 39 przetłumaczone z języków obcych. Spośród nich jury pod przewodnictwem Katarzyny Surmiak-Domańskiej wybrało dziesięć tytułów, które przechodzą do kolejnego etapu. Oto ich lista (kolejność alfabetyczna):

Heidi Blake, Krwawe pozdrowienia z Rosji. Jak Władimir Putin eliminuje swoich przeciwników, z jęz. angielskiego przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, Wydawnictwo WAB

Bill Buford, Między kibolami, z jęz. angielskiego przeł. Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Cyranka

Barbara Demick, Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin, z jęz. angielskiego przeł. Barbara Gadomska, Wydawnictwo Czarne

Małgorzata Gołota, Spinalonga. Wyspa trędowatych, Wydawnictwo Agora

Peter Hessler, Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie, z jęz. angielskiego przeł. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne

Rafał Hetman, Izbica, Izbica, Wydawnictwo Czarne

Ander Izagirre, Potosí. Góra, która zjada ludzi, z jęz. hiszpańskiego przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski, Wydawnictwo Filtry

Jakub Korus, Surogatki. Historie kobiet, które rodzą „po cichu”, Wydawnictwo Znak

Remigiusz Ryziński, Hiacynt. PRL wobec homoseksualistów, Wydawnictwo Czarne

Marek Szymaniak, Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, Wydawnictwo Czarne

Do finału wejdzie pięć tytułów, która książka uznana zostanie za najlepszy reportaż dowiemy się podczas gali 28 maja. Jej autor lub autorka otrzyma nagrodę – 100 tys. zł. Jeśli wygra książka zagraniczna 20 tys. otrzyma tłumacz lub tłumaczka.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego to wyróżnienie ustanowione w 2010 roku przez Radę Miasta Stołecznego Warszawy. Ma na celu uhonorowanie mieszkającego przez ponad 60 lat w Warszawie wybitnego reportera Ryszarda Kapuścińskiego. Nagradzani są autorzy wartościowych książek reporterskich podejmujących ważne problemy współczesności.

Organizatorem konkursu i fundatorem Nagrody jest Miasto Stołeczne Warszawa, a współorganizatorem – redakcja „Gazety Wyborczej”. Partnerem zaś Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego Herodot oraz  „Książki. Magazyn do czytania”.

opr. jka, źródło: Urząd Miasta Stołecznego Warszawy

 

Białoruskie KGB próbowało wzywać na Facebooku do protestów przeciwko polskiemu rządowi

Koncern Meta poinformował o usunięciu fałszywych grup i profili m.in. na Facebooku zamieszczających posty oskarżające Polskę o złe traktowanie migrantów z Bliskiego Wschodu i nawołujące do protestów przeciwko polskiemu rządowi. Związane one były z białoruskim KGB.

Właściciel Facebooku o akcji białoruskiego KGB wymierzonej w Polskę wspomniał w opublikowanym pod koniec ubiegłego tygodnia raporcie. Koncern Meta podał tam, że „powiązane z rządami Rosji i Białorusi podmioty zaangażowane były w cyberszpiegostwo i operacje wywierania ukrytego wpływu online”.

Działalność ta miała obejmować przede wszystkim zagadnienia związane ukraińskim przemysłem telekomunikacyjnym, światowym i ukraińskim sektorem obronnym i energetycznym; platformami technologicznymi, a także dziennikarzami i działaczami na Ukrainie, w Rosji i za granicą. Operacje te nasiliły się na krótko przed rosyjską inwazją.

Jak poinformowała Meta, wykryto i usunięta m.in. skoordynowaną akcję powiązaną z białoruskim KGB, której konta i profile zaczęły publikować w języku polskim i angielskim informacje o poddaniu się wojsk ukraińskich bez walki i ucieczce przywódców państwowych z kraju 24 lutego, czyli w dniu rozpoczęcia wojny przez Rosję. Zaznaczono, że wcześniej ten sam podmiot związany z KGB „skupiał się przede wszystkim na oskarżaniu Polski o złe traktowanie migrantów z Bliskiego Wschodu” – napisano w raporcie.

14 marca fałszywe konto związane z białoruskimi służbami bezpieczeństwa stworzyło natomiast w Warszawie wydarzenie nawołujące do protestowania przeciwko polskiemu rządowi. Meta podała, że konto i wydarzenie została usunięte tego samego dnia.

Koncern zaobserwował również wzrost próby włamań na konta na Facebooku dziesiątek osób należących do ukraińskiego personelu wojskowego i publikacji filmów wzywających armię do poddania się, tak jakby te posty pochodziły od legalnych właścicieli kont.

opr. jka, źródło: pap.pl

 

Fundacja Tomasza Rożka uruchomiła ukraiński kanał edukacyjny

Na YouTube wystartował kanał edukacyjny i popularno-naukowy dla dzieci i młodzieży z Ukrainy Наука. Це люблю. Stworzył go dziennikarz popularyzujący naukę Tomasz Rożek wraz ze swoją Fundacją Nauka. To Lubię.

W ogromie nieszczęścia milionów osób z Ukrainy, serca Polaków okazały się ogromne, skala pomocy osiągnęła gigantyczne rozmiary. Zastanawiałem się z moim zespołem, w jaki sposób Fundacja Nauka. To Lubię mogłaby się włączyć w pomoc potrzebującym i odpowiedź przyszła bardzo szybko. Będziemy robić to, co potrafimy najlepiej – czyli edukować! – pisze na stronie swojej fundacji Tomasz Rożek.

Tak narodził się pomysł uruchomienia kanału edukacyjno-popularnonaukowego dla dzieci i młodzieży z Ukrainy, który poprzez wartościowe treści edukacyjne ma ułatwić dzieciom adaptację w polskiej społeczności.

Na kanale mają się znaleźć filmy pomagające zaadaptować się uczniom w polskiej szkole i środowisku rówieśników. Materiały te będą uczyć ukraińskie dzieci podstawowych zwrotów w języku polskim, a z drugiej strony polskim uczniom mogą pomóc zrozumieć pewne zwroty w języku ukraińskim. Będzie można tam obejrzeć również cykl wideo z kanału Nauka. To Lubię Junior z tłumaczeniem i dubbingiem, pojawiać się też będą nowe filmy edukacyjne przeznaczone dla społeczności ukraińskiej.

Tłumaczką i aktorką kanału została Viktoria – nauczycielka z Ukrainy, która musiała uciekać do Polski przed wojną.

opr. jka, źródło: naukatolubie.pl

„Oblicza wojny” – nowy program w TVP Historia i TVP Historia 2

 „Oblicza wojny” to program, w którym eksperci od wojskowości, przybliżą i przeanalizują poszczególne etapy wojny na Ukrainie na tle innych konfliktów zbrojnych w Europie i na świecie. Premierowy odcinek wyemitowano we wtorek, 5 kwietnia w TVP Historia i TVP Historia 2.

„>Oblicza wojny< to nasza propozycja opowiadania o agresji Rosji i obronie Ukrainy z perspektywy historycznej. Będziemy analizować ruchy wojsk, decyzje dowódców w odniesieniu do wojen toczonych wcześniej. Bo historia konfliktów zbrojnych trwa i dzieje się na naszych oczach” – tłumaczy Piotr Legutko, redaktor naczelny TVP Historia.

Gośćmi programu będą polscy i zagraniczni eksperci w zakresie konfliktów zbrojnych, którzy omówią kluczowe zagadnienia doktryny wojennej, strategii, taktyki i uzbrojenia walczących stron. Tematy będą poruszane w szerszym kontekście historycznym, geopolitycznym, ekonomicznym i społecznym w odniesieniu do wcześniejszych konfliktów zbrojnych. Goście poświecą także szczególną uwagę bezpieczeństwu i potencjale obronnym Polski.

„Oblicza wojny” emitowane są w każdy wtorek o godz. 21.15 w TVP Historia i w TVP Historia 2, prowadzi je historyk i publicysta Piotr Gursztyn, a z ekspertami zagranicznymi rozmawia Tomasz Modrzejewski.

opr. jka, źródło: TVP