Pani Mario, szacunek! O laureatce Nagrody im. Romualda Lazarowicza przyznawanej przez Dolnośląski Oddział SDP   

Dzisiaj będzie o dziennikarstwie, czyli o własnym podwórku i o tym, co od wielu już lat jest najbliższe – przynajmniej zawodowo – piszącemu te słowa.

Dwa dni temu swój finał miała pierwsza edycja Dolnośląskiego Konkursu Dziennikarskiego o Nagrodę im. Romualda Lazarowicza. Laureatem konkursu została Maria Woś, nestorka wrocławskich dziennikarzy – Kapituła pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Makarewicza wybrała jednogłośnie prace nadesłane przez Redaktor Marię Woś, która w swoich cotygodniowych felietonach nadawanych na antenie Radia Wrocław, podejmuje lokalną społeczną i kulturalną tematykę, wspaniale posługując się językiem polskim – podkreślał podczas uroczystości Jan Poniatowski, Prezes Zarządu Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które zorganizowało konkurs.

Pani Maria odebrała pamiątkowy dyplom z rąk Heleny Lazarowicz, wdowy po śp. Romualdzie Lazarowiczu. Ze wzruszeniem powiedziała, że to dla niej nagroda szczególna, bo postać patrona jest uosobieniem wartości jaką jest służba Polsce, a do tego był dziennikarzem i wydawcą, co podkreśla jej zawodowy wymiar i charakter.  – Ubolewam tylko, że młodzi dziennikarze nie wydają się być zainteresowani tą tematyką, a to właśnie oni powinni ubiegać się o nagrody – dodała laureatka.

„Pani Mario, szacunek!” – napisał po wręczeniu nagrody Krzysztof Kunert, wrocławski dziennikarz oraz reżyser filmów dokumentalnych. I dodał:  „Pomyśleć, że mogliśmy nie mieć Pani Marii we Wrocławiu. Kiedy udało mi się ją namówić do udziału w *Pionierach*, moim dokumencie o pierwszych mieszkańcach powojennego Wrocławia usłyszałem, że nasze miasto stało się domem pani Redaktor przypadkowo. – Wcale nie chciałam wysiadać w te ruiny, po prostu pociąg dalej nie jechał – opowiadała podczas nagrań.”

Wielce Szanowna Pani Mario! Z całego serca gratulujemy nagrody i dziękujemy za to, że każdego dnia jest Pani dla nas niedoścignionym wzorem prawdziwego, odpowiedzialnego i rzetelnego dziennikarstwa.

Janusz Gajdamowicz

„Gazeta Wrocławska”

 

Doktor Tytus Chałubiński na Foksal. Relacja ze spotkania Klubu „Akapit”

Pierwsze po dwuletniej covidowej przerwie spotkanie Klubu SDP ,,Akapit” odbyło się we wtorek 24 maja;   organizowała i prowadziła je Przewodnicząca Klubu Anna Malinowska-Wegner, a  bohaterem spotkania był najsłynniejszy  lekarz dziewiętnastowiecznej  Warszawy  doktor Tytus Chałubiński.  

Bohater spotkania był już wybrany dwa lata temu, bo rok 2020 był Rokiem Tytusa Chałubińskiego (w dwustulecie urodzin!).  Ukazało się wówczas  drugie wydanie  książki Barbary Petrozolin-Skowrońskiej  Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego, wydanej przez Iskry, nagrodzonej w pierwszym wydaniu z roku 2005, a  zwracającej uwagę także graficzną i edytorską elegancją.  Wiedzę o Tytusie Chałubińskim uzupełniała publikacja z końca 2019 roku Przyczynki do biografii Tytusa Chałubińskiego, przygotowana głównie przez Barbarę Izdebską (córkę prawnuczki Tytusa – Jadwigi Mogilnickiej) i  prof. Jana Izdebskiego, oraz Zbigniewa Moździerza, która ukazała się  staraniem Towarzystwa Muzeum Tatrzańskiego.

Na spotkaniu chodziło  oczywiście  o przybliżenie ciekawej i  sympatycznej postaci  głównego bohatera, a także publikacji o nim (pokazaliśmy także specjalny numer kwartalnika ,,Tatry”,  wydanego z okazji Roku Chałubińskiego,   a jest tam 200 stron cennych  artykułów poświęconych Chałubińskiemu!).   Ale tytuł spotkania PORTRET POLSKIEGO INTELIGENTA  – miał zapoczątkować dyskusję  o roli polskiej inteligencji, właśnie z czasów, gdy polska inteligencja zdobywała swoje ważne miejsce w polskiej historii i zostawiła w niej ważny ślad. Nie zamierzamy rezygnować z  dyskusji o inteligencji w przyszłości!

Portret polskiego inteligenta – na przykładzie osoby tak wybitnej i sympatycznej jak Tytus Chałubiński – przybliżały:  przewodnicząca Klubu Anna Malinowska-Wegner,  Barbara Petrozolin-Skowrońska, a  także inż. Andrzej Skowron,  potomek Tytusa Chałubińskiego –  z linii  Jadwigi   Surzyckiej, córki Tytusa Chałubińskiego,  dla której Ojciec zbudował ,,Jadwiniówkę”,  dziś jeden z  najsłynniejszych  zabytków Zakopanego.

Andrzej Skowron zrobił zebranym miłą niespodziankę. Pokazał oprawione i z pietyzmem, przechowywane przez Rodzinę nuty Poloneza, skomponowanego przez ojca Tytusa – Szymona Chałubińskiego, mieszczanina i prawnika,  a zarazem pasjonata muzyki.  Polonez ten według rodzinnej tradycji, powstał  właśnie z okazji urodzin Tytusa!  I oto mogliśmy go  posłuchać ponieważ – staraniem państwa Skowronów –  został wykonany przez pianistę Marka Brachę i nagrany!

To było  jedno z osiągnięć Fundacji Pokolenia Pokoleniom, działającej już od wielu lat, a o jej zadaniach i osiągnięciach mówiła żona Andrzeja Skowrona Barbara  Czechmeszyńska-Skowron. A że następstwo pokoleń jest normalnością, mogliśmy też poznać córką Państwa Skowronów Kaję Abdank-Grucę, dziś prezesa tej  Fundacji.

Oczywiście opowieściom o Tytusie Chałubińskim (a zabrała też głos  m.in.  Magorzata Morawska, z rodziny jednej z sióstr Tytusa)  towarzyszył pokaz multimedialny  przybliżający  nie tylko Bohatera spotkania, jego rodzinę i współpracowników, ale i dziewiętnastowieczny obraz  Warszawy, gdzie mieszkał i pracował od 1846 roku  oraz  Zakopanego, gdy z rusyfikowanej Warszawy – aby dostać się pod Giewont, trzeba było  mieć zagraniczny paszport, pociągiem ruszyć do Krakowa, a z  Krakowa  – trzeba było jechać  dwa dni góralską furką… I tak właśnie od 1873 roku jeździł Chałubiński  z rodziną, by spędzać  wakacje w miejscu, gdzie ważne było nie tylko uzdrawiające górskie powietrze, ale i wolność! … Jak wiele zrobił doktor Chałubiński dla Górali i Zakopanego nie będziemy tu powtarzać, przypomnieć jednak warto, że każdego roku  – witały go powitalne bramy i muzyka, a  górale wyjeżdżali konno, by go spotkać…

Na miejsce pierwszego – po przymusowej przerwie  – spotkania naszego Klubu  wybraliśmy salę dawnej  kawiarni ,,Cudzysłów”, w której  przez wiele lat odbywały się nasze spotkania –  przy stolikach, kawie, herbacie i ciasteczkach. Wprawdzie sala był starannie  przygotowana (dziękujemy!) , ale  nie  było ,,jak dawniej”,  bo stoliki nowe, eleganckie, a kawa i herbata w termosach,  do picia w jednorazówkach… No cóż,  czasy i obyczaje  się zmieniają… W każdym razie w tej mniejszej sali  łatwiej  być razem i z sobą rozmawiać…  Pierwsze po covidowej przerwie spotkanie uznajemy za udane.   (A+B).

Fot. Jerzy Muszyński

 

Czerwcowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP o książce Marzeny Baumann-Bosek

Szóste w 2022 r. spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP odbędzie się w środę, 1 czerwca 2022 r., o godz. 17.00  – jak zwykle w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Gościem będzie Marzena Baumann-Bosek, która przybliży swoją ostatnią swoją książkę „Miłość uczyniła mnie poetą” (LSW, Warszawa 2021).

Rozmowę z autorką poprowadzi red. Jerzy Biernacki, autor Wstępu do tej publikacji.

Serdecznie zapraszam!

Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Marzena Baumann-Bosekdziennikarka, urodzona podczas wojny we Francji, w mieście Tuluza, gdzie rodziców zagnała z dalekiej kresowej Kołomyi zamieć wojenna. Po powrocie do kraju studiowała na Uniwersytecie Warszawskim filologię orientalną (1960-1965) oraz dziennikarstwo (1966-1968). Pracowała w wielu pismach, m.in. w „Polityce”, „Dookoła Świata”, „Magazynie Rodzinnym”, zajmując się głównie kulturą.

W roku 2000, po ciężkiej chorobie, przeszła na emeryturę. Po śmierci męża, Kazimierza Boska (2006) wydała in memoriam pod jego nazwiskiem zbiór jego badań, czyli książkę „Na tropie tajemnic Jana z Czarnolasu”. Następnie, także pod jego nazwiskiem, opublikowała jego prace o żołnierzach górnikach i tajnych łagrach w Polsce Ludowej.

Pod własnym nazwiskiem Marzena Baumann-Bosek wydała „Drogą z piekła, fascynacje Kazimierza Boska”. Ostatnia książka Marzeny Baumann-Bosek „Miłość uczyniła mnie poetą” jest niejako podsumowaniem dociekań literackich męża, zwłaszcza wokół Czarnolasu i Jana Kochanowskiego. Dowodzi, że miłość, nawet nieszczęśliwa, może być źródłem mocy twórczych i wielką inspiracją.

Spotkanie z dr Teresą Kaczorowską o Marii Konopnickiej w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy

Z okazji ogłoszonego przez Sejm Roku Marii Konopnickiej w 180. rocznicę jej urodzin, gościem spotkania w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy – Bibliotece Głównej Województwa Mazowieckiego będzie dr Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, która przybliży postać poetki na podstawie swoich badań i publikacji. Temat spotkania brzmi „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”.

Zapraszamy we wtorek, 31 maja 2022 r., na godz. 18.00, do Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy – Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego, ul. Koszykowa 26/28, w Warszawie. Spotkanie poprowadzi red. Piotr Kitrasiewicz


Teresa Kaczorowska – prozaik, poetka, dr nauk humanistycznych, publicystka, animatorka kultury. Autorka wielu artykułów prasowych i naukowych oraz kilkunastu książek prozą, w tym: „Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska” (2010) oraz sztuki scenicznej „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”. Uhonorowana Nagrodą Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej (2012)

Wydała też siedem zbiorów wierszy, w tym poetyckie „Listy do Marii Konopnickiej z lat 2010-2020” (2020). Wiele jej wierszy przetłumaczono na języki obce: angielski, portugalski, norweski, niemiecki, ukraiński, litewski, węgierski, czeski, serbski, bułgarski. Publikowano je w pismach literackich, na portalach internetowych, w antologiach, m.in. w angielskojęzycznej antologii współczesnych pisarzy polskich Contemporary Writers of Poland (USA 2005), Według poety (Warszawa 2006), Słowa bielsze od śniegu (Wrocław 2006), Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich (Dortmund, Katowice 2006), węgierskiej antologii poezji polskiej XX-XXI wieku A Csend Visszhangjai (Keszthely 2010), antologii współczesnych sztuk słowiańskich Między Ochrydą a Bugiem (Krosno 2011), Orion (Bydgoszcz 2021), międzynarodowej antologii Cienie i Czas (Niemcy 2022).

Animatorka kultury – od 2001 r. jest prezesem Związku Literatów na Mazowszu i od 2006 r. prezesem Stowarzyszenia Academia Europaea Sarbieviana (w Sarbiewie). Redaktor naczelna periodyku „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” (od początku, tj. od 1999 r.). Jest główną organizatorką znanych imprez literackich, jak Ciechanowska Jesień Poezji, czy Międzynarodowy Festiwal M.K. Sarbiewskiego. W latach 2011-2019 była dyrektorem Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

Poza Związkiem Literatów na Mazowszu oraz Academia Europaea Sarbieviana należy do Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, Światowej Rady Badań nad Polonią, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (od 2012 r. przewodniczy Klubowi Publicystyki Kulturalnej SDP).

Uhonorowana m.in.: Nagrodą IV Salonu Książki Polonijnej (Bruksela 2003), Nagrodą Kongresu Polonii Amerykańskiej (Chicago 2005), trzykrotnie statuetką „Złote Pióro” (Ciechanów 2004, 2006, 2009), Medalem „Za Zasługi dla Ciechanowa” (2006), Nagrodą im. Witolda Hulewicza (Warszawa 2006), Odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2007), Nagrodą im. dr. F. Rajkowskiego (2008), Krzyżem Kawalerskim OOP „Polonia Restituta” (2010), Medalem „Pro Masovia”, Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2014), Nagrodą Fundacji Solidarności Dziennikarskiej (Warszawa  2016), Nagrodą Literacką im. Klemensa Janickiego (2017), Złotym Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju” (2018), Medalem Zygmunta Krasińskiego (2019).

Twitter wprowadza nową politykę w sprawie dezinformacji w sytuacjach kryzysowych

Twitter zapowiedział wdrożenie nowej polityki dezinformacji kryzysowej, której celem jest zmniejszenie zasięgu nieprawdziwych informacji dotyczących m.in. wojny w Ukrainie.

„Na całym świecie ludzie używają Twittera do wyszukiwania wiarygodnych informacji w czasie rzeczywistym. W okresach kryzysowych – takich jak konflikty zbrojne, sytuacje zagrożenia zdrowia publicznego i katastrofy naturalne na dużą skalę – dostęp do wiarygodnych, wiarygodnych informacji i zasobów jest jeszcze bardziej ważny” – napisano na oficjalnym blogu Twittera.

Wyjaśniono, że prace nad nową polityką trwały od zeszłego roku, a przy jej opracowaniu korzystano z porad ekspertów i organizacji praw człowieka.

Sytuacje kryzysowe zdefiniowano jako te, „w których występuje powszechne zagrożenie życia, bezpieczeństwa fizycznego, zdrowia lub podstawowej egzystencji.”

Koncern przyznaje, że w czasach kryzysu ustalenie, czy coś jest prawdziwe, czy fałszywe, może być bardzo trudne. W związku z tym platforma ma wymagać weryfikacji informacji w wielu wiarygodnych, publicznie dostępnych źródłach, np. dowodów z grup monitorujących konflikty, organizacji humanitarnych, śledczych z otwartych źródeł, dziennikarzy itp.

Gdy serwis będzie miał dowody, że jakaś informacja może wprowadzać w błąd nie będzie ona wzmacniana ani polecana na osi czasu, w wyszukiwarce czy poprzez funkcję „Eksploruj”.

Tweety zawierające treści naruszające politykę dezinformacji kryzysowej będą umieszczane z wyraźnym ostrzeżeniem, a polubienia, retweety i udostępnienia zostaną wyłączone.

Koncern podał kilka przykładów wpisów, które będą opatrzone ostrzeżeniem, są to: fałszywe relacje lub raporty o zdarzeniach lub informacje błędnie opisujące warunki w terenie w miarę rozwoju konfliktu; fałszywe zarzuty dotyczące użycia siły, naruszenia suwerenności terytorialnej lub użycia broni; wyraźnie fałszywe lub wprowadzające w błąd zarzuty dotyczące zbrodni wojennych lub masowych okrucieństw wobec określonych populacji oraz fałszywe informacje dotyczące reakcji społeczności międzynarodowej, sankcji, działań obronnych lub operacji humanitarnych.

Koncern zaznaczył, że w pierwszej kolejności nowa polityka ma koncentrować się na wojnie w Ukrainie, a potem zostać zaktualizowana i rozszerzona na inne sytuacje kryzysowe.

opr. jka, źródło: blog.twitter.com

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Oliwa na wierzch wypływa, prawda się przebija

Zmarł kapuś … no i co z tym zrobić? Był wredny, ale nie żyje. A o zmarłym trzeba ponoć albo dobrze albo wcale. Będzie więc anonimowo.

Uważał się za poetę. Przyjęto go do związku literatów, drukował wiersze, więc był jednak popierany. Ale chyba głównie to UB-cja go popierała, a i wykorzystywała jako tajnego współpracownika. Może go i towarzysze zawiedli, bo kompromitujące papierki zostały i trafiły do IPN-u.

Ten, którego prześladował jest poetą wybitnym, pisarzem, historykiem i publicystą. Jest Piłsudczykiem z ogromnym wkładem wyjaśniającym i popularyzującym czołową historyczną postać współczesnych dziejów naszego kraju.

Kundel zmarł, a ważny twórca żyje. Niestety bardzo biednie ponieważ ci, którzy powinni dbać o ważnych twórców i ich dorobek troszczą się głównie o pokazywanie siebie w najważniejszych mediach. Owszem dużo mówią, o sobie.

Jednak żeby mówić o wybitnych samemu trzeba mieć autorytet. Wielu, w różnych dziedzinach sztuki, go miało:

Waldorff, Weber, Marek Kwiatkowski, Rymkiewicz, Parandowski, Iwaszkiewicz, Herling-Grudziński, Nowak-Jeziorański, Giedroyć, choć różnili się bardzo, a nawet walczyli ze sobą. Oczywiście była i usługowość wobec władzy, a nawet dominowała. Teraz jednak dominuje usługowość prymitywna i warsztatowo i w treści. Owszem przebijają się w dziedzinie historii profesorowie – Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski – wybitni, ciekawi, ale informacja, krytyka, np. naszej wspaniałej narodowej scenie opery i baletu, wisi kalafiorem władcom najważniejszych mediów, które zżerają miliony, gdzie pokornych się obsadza na decydenckich stołkach. Bo to, Panie, polityka rządzi a nie zdolności i talent.

Wśród najnowszych wyczynów karzącej łapy sprawiedliwości dostajemy informację, że ma być ukarany (więzieniem!) podkarpacki poeta, który krytykował władzę. Może źle go broniono, może ktoś zgłupiał w otoczeniu doradców Prezydenta, że ten nie zastosował ułaskawienia. W każdym razie ceniony (wypowiedziały się uznane autorytety świata kultury) twórca ma iść siedzieć wśród oprychów, ponieważ ustawodawcy krajowi w trosce o własną bezkarność utrzymuje uparcie paragraf 212 kodeksu karnego.

Oliwa na wierzch wypływa, prawda się przebija. Wierzę! Ale często trwa to długo.

Opowiada się uczniom o Mozarcie, o Norwidzie – dostojnicy odsłaniają pamiątkowe tablice. Dlaczego jednak pozostają ślepi i głusi na biedę, a nawet nędzę żyjących jeszcze wśród nas utalentowanych i zasłużonych?

Partyjniacy, wcześniej czy później zostaną zdmuchnięci. To tylko urzędnicy. Nie pomogą medale. Wiadomo nawet, że ich następcy, konkurenci, natychmiast po zmianie władzy rozpoczną plucie na nich. Kto ich będzie bronił, ci którzy mieszkają teraz w slumsach wśród pijaków i złodziei, a może ci którzy muszą dopłacać do swoich książek, lub cieszyć się z śmieciowych nakładów?

Po co nam tyłu ważniaków, wybrańców narodu, których się wozi i tuczy. Komu potrzebne ich doradztwo skoro spartolili, co tylko się dało gdy rządzili?

Słuchamy eksponowanych w TV wrzasków opozycji: twórcy mediów usłużni władzy mają łatwo. Przecież krzykacze sami się ośmieszają. I tak zabawa trwa. Tyle, że to już nikogo nie śmieszy. Gdyby – przynajmniej w większości – stali się nagle dziennikarzami. Gdyby przestali się prostytuować. Gdyby…

Jasne. Gdyby babcia miała wąsy… Ryba zawsze psuje się od łba. Ale póki pływa, napędza ją ogon.

O pewnym polityku pisze WŁADYSŁAW TRZASKA-KOROWAJCZYK: Umyślny do zadań specjalnych

Kiedy z Brukseli powrócił Donald Tusk, z nostalgią spojrzał na puste molo. Gdzież te tłumy, które owacyjnie go kiedyś witały? Gdzież ten drogi gość z Moskwy, z którym tak miło się gwarzyło?  Wtedy nikogo to nie martwiło – nic przecież dziwnego, skoro spotkał się gospodarz Kremla ze swoim człowiekiem w Warszawie, czyli takim Światowidem z licznymi twarzami. Zresztą, Berlin i Bruksela też uważają, że Tusk jest ich namiestnikiem w stolicy Polski.  

Król Europy wciąż zdaje się pytać: „Gdzież ta drużyna, z którą haratało się w gałę? Z kim tu grać?” Ktoś się zmienił, ktoś inny jest celebrytą politycznym, czyli występuje na publicznej scenie teatru opozycyjnej komedii, jeszcze inni powinni robić kółka na spacerniaku. Tylko, że sądy są sądami, a sprawiedliwość jest po stronie Platformy Obywatelskiej.

Gdzież ten alchemik zmieniający bursztyn w aeroplany?  Gdzież ci wierni pretorianie? Pochowali się po kątach. Ale komediantów to się namnożyło. Istny kabaret. A może cyrk bez małpy, osła i reszty bohaterów komiksów Makuszyńskiego za to z politykami kiedyś wspierającymi króla Europy?

Przyczyny krachu

Tusk chyba zastanawia się, co stało się z jego wierną Platformą? Kto go jeszcze popiera a kto jest przeciw? Kto wreszcie uważa byłego premiera za zbędny dla partii balast?  Jak się chce wygrać wybory, to towarzystwo trzeba wziąć za twarzyczki a niepewnych wykopać jak futbolówkę, pozostałych zaś ustawić w szeregu.

Tylko co to za szereg? Po łacińsku krzywy!  Raz kroczy w lewo, innym razem chwieje się na prawo. Pół kroku do przodu, dwa kroki do tyłu. A gdzie program? Może trzeba o to zapytać kogoś wybitnego? Na przykład partyjnej koleżanki, która – w imieniu opozycji – zasiada w prezydium sejmu, a przed laty była rzeczniczką rządu PO-PSL.

Czy będzie odpowiedź?

Nurtuje mnie proste pytanie. Czy Donald Tusk porzucił na własne życzenie stolicę UE, czy został oddelegowany przez Niemców, a może nawet przez Brukselę, jak drzewiej Repnin, do landyzacji kraju między Odrą a Bugiem? Może ktoś powiedział byłemu szefowi Rady Europejskiej: „Coś za bardzo ta Polska podskakuje – może by tak zagłodzić tych niepokornych Polaczków?”

Nienawiść we krwi?

Ruszył były król Europy do walki z Prawem i Sprawiedliwością, z jednym jedynym planem, którym są tylko antyprawicowe, antykonserwatywne hasła. Za nim ruszyli  bezkrytyczni krytycy PiS. Niby wykształceni, z tytułami naukowymi a w istocie o naturze niewolniczej, z kompleksami.

Trudno, takie to są relikty komunistycznej i nazistowskiej przeszłości. Jak nie ZSRS to IV Rzesza Niemiecka – pokłosie Unii Europejskiej.

 

 

Elon Musk wstrzymuje się z przejęciem Twittera

Elon Musk poinformował w piątek, że wstrzymuje się z przejęciem Twittera do czasu wyjaśnienia sprawy fałszywych kont. Amerykański miliarder zamierzał kupić ten serwis społecznościowy za 44 mld dolarów.

„Umowa dotycząca Twittera tymczasowo wstrzymana w oczekiwaniu na szczegóły potwierdzające obliczenia, że spam/fałszywe konta rzeczywiście stanowią mniej niż 5% użytkowników” – napisał w piątek na Twitterze Elon Musk.

Miliarder w tej wiadomości odwołał się do informacji Reutersa z początku maja,  w której podano iż Twitter oszacował, że fałszywe konta lub konta spamowe stanowiły mniej niż 5 proc. jego dziennych aktywnych użytkowników. Właściciel Tesli zapowiadał wcześniej , że jednym z jego priorytetów będzie usunięcie „botów spamowych” z platformy społecznościowej.

Nowa decyzja Muska spowodowała, że cena akcji Twittera spadła o 17,7 proc. do 37,1 dolarów.

opr. jka, źródła: Twitter, reuters.com

 

WALTER ALTERMAN: O wyraźnej wymowie i trochę o innych kłopotach

Przed laty w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie byłem świadkiem rozmowy dwóch Polaków. Jednym był elegancki przedwojenny major, lat około sześćdziesiąt-siedemdziesiąt, który przyszedł z żoną do POSK-u, na kawę. Drugim był pięćdziesięciolatek, skromnie ubrany, który w kawiarni ośrodka sprzątał ze stołów naczynia.

– I co tam u pana? – zaczął major.

– No, sprzątam tutaj – odparł pięćdziesięciolatek. – Jak tatuś żyli, to zawsze jakąś pracę załatwili.

– Tutaj niewiele pan zarobi – powiedział major. – Podciągnął się pan trochę w angielskim?

– Nie idzie mi, panie majorze.

– To ile już lat jest pan w Londynie?

– Tatuś ściągnęli, będzie już… z dwadzieścia lat.

– Dwadzieścia lat… – zmarkotniał major. – Musi się pan nauczyć angielskiego, wtedy godnie pan zarobi.

– Ale jak, panie majorze? Jak oni tutaj inaczej piszą, a inaczej mówią?      

Ta prawdziwa scenka, niech będzie wstępem do dzisiejszych rozważań o naszym języku, bo my również inaczej piszemy, a inaczej mówimy. I nie jest łatwo.

W komunizmie czy w komuniźmie

Modne stało się ostatnio wymawianie „w komunizmie” – dokładnie tak jak się pisze. Poszło chyba od rządu i posłów, poprzez marszałków, prezydentów miast, burmistrzów aż do dziennikarzy. Możliwe zresztą, że kolejność infekcji była odwrotna.

Poprawnościowo wszystko jest dobrze, bo można mówić zarówno „w komunizmie”, jak i „w komuniźmie”, co znaczy że obie formy są poprawne. Jednak przez całe dziesięciolecia lud i władza mówili „w komuniźmie”, „ socjaliźmie” i „faszyźmie”.  Dlaczego zatem teraz, nagle wszyscy przestali zmiękczać „z” i mówią twardo, bez zmiękczania?

Najpierw pomyślałem, że jest to nowa forma walki z komuną i podobnymi jej „ – izmami”. Takie jakby napiętnowanie językowe, odcięcie się od PRL-owskiej tradycji i wyraz niezłomnego sprzeciwu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że historycznie biorąc jest trochę inaczej.

Było tak, że gdy te „-izmy” przychodziły do naszego języka, w XIX wieku i później, to w mówieniu obowiązywała forma pisana, czyli „w komunizmie”. Jednak niedługo potem wymawianie  zostało dostosowane do polskich zwyczajów językowych. A jednym z nich jest tzw. palatalizacja, czyli zmiękczanie samogłosek, na skutek ich sąsiedztwa z miękkimi, zmiękczonymi spółgłoskami, lub bezpośrednio z „i”. I tak było przez dziesięciolecia. To dlatego z zasadą palatalizacja wymawiamy: „widzę kilka koni” – z miękkim „n”. A wymowa „kon-i” byłaby śmieszna, tak samo jak np. „w feminizmie” bez zmiękczenia „z”.

Ostatnio jednak doszły do głosu, czyli do mówienia, nowe grupy obywateli, nie do końca świadome zawiłej tradycji naszego języka. A jest to język niełatwy. I ci nowi ludzie, chcą wydać się bardziej wykształconymi niż są,  zaczęli mówić po nowemu, czyli po staremu. Tym samym, zamiast kontynuować to co było normalne i dobre, cofnęli się do początków istnienia w naszym języku rzeczonych „- izmów”. Nie ma wyjścia, trzeba zaczekać, aż następne pokolenie znowu spalatalizuje twarde „z” w tych „- izmach”.

Jedno jest pewne – mówiący „w socjalizmie”, wiedzą że odcięli się od tradycji. Znać to po trudzie, z jakim łamią sobie języki chcąc mówić twardo „z”. I znać, że mimo cierpiemia czują się lepiej. Rzecz w tym, że palatalizacja nastąpiła dlatego, że Polacy chcieli mówić wygodnie.

Ciekawe czy w zaciszu domowych sypialni, ci wymawiający „w komunizmie”, mówią też o „orgazmie” i „organizmie”? To ważne, bo łamanie języka, w imię wymyślonych zasad, może mieć zgubny wpływ na organizm i orgazm.

Getto czy gietto

Czy zwrócili Państwo uwagę, że osoby starsze, którym przyszło przeżyć piekło II wojny światowej   i okupacji, bardzo często mówią „gietto”? Słychać to na dokumentalnych filmach. My, urodzeni już po wojnie mówimy „getto”, ale pokolenie urodzone przed wojną mówiło „gietto”, czyli zmiękczało.  I nie był to żaden gwaryzm czy regionalizm. Bo w tym przypadku – podobnie jak „w komuniźmie” zaszła palatalizacja, czyli zadziałała norma zmiękczania. Później zaczęto mówić getto – może dla podkreślenia, że getta były w czasie wojny tworem niemieckich okupantów?

Pegeer czy pegieer

I jeszcze jeden przykład palatalizacji. Z utworzeniem w Polsce, po 1945 roku – na wzór sowchozów –  Państwowych Gospodarstw Rolnych, zaczęto pisać je skrótem PGR. A wymawiało się ten skrót „pegieer”, „pegieery”. Po kilku latach władza zaczęła mówić „pegeer”, pegeery”. Niemniej, na wsiach chłopi mówili, do końca istnienia tych tworów, „pegieer”. I mieli rację, bo tak nakazywała im zaszczepiona „w genach” poprawna polska wymowa.

Kłopot z inspirowaniem

Coraz częściej słyszy się, jak dziennikarze mówią: „to jest inspirujące, to inspiruje”. Szczyt dziwactwa osiągnął sprawozdawca sportowy, który stwierdził: „Ten tenis jest inspirujący”.

Błąd bierze się z niezrozumienia znaczenia i dopuszczalnych możliwości składniowych słowa „inspiracja” w języku polskim. Słowniki informują, że wyrazy bliskoznaczne inspiracji to: siła sprawcza, motyw, impuls, przyczyna, motor działań, natchnienie, motywacja, podszept. I to się zgadza, bo „inspiracja” zawiera w sobie rdzeń słowotwórczy „spiro” czyli ducha.

Kłopot jest ze związkami słownymi, w skład których wchodzi ta „inspiracja”. Otóż można inspirować kogoś do czegoś. Poprawne będzie: „Zostałem zainspirowany do dalszych poszukiwań”; „To panią z pewnością zainspiruje do zbadania tej sprawy”.

Niestety coraz częściej słyszy się w radio i telewizji: „To jest inspirujące”. I nie pada w tym przypadku – do kogo skierowana jest ta inspiracja i co będzie obszarem inspiracji. Czyli – mamy na nowo odkryte słówko, ładnie i z obca brzmiące, które używane jest jako ozdobnik, znak  sygnalizujący, że mówiący nie jest hetką-pętelką i jest człowiekiem wykształconym. Może i jest, ale przecież nie do końca dobrze wykształconym.

Hetka-pętelka

A hetka-pętelka to ktoś mało znaczący. W ogóle to ładny zwrot. Jeszcze w połowie  XX w. hetką nazywano „lichego, zabiedzonego konia”. Natomiast pętelka to uszko z tasiemki lub sznurka. Julian Krzyżanowski tłumaczy to, odwołując się do żartów Sienkiewiczowskiego pana Zagłoby, który szydził z szamerowanego złotymi i srebrnymi pętlicami umundurowania litewskich chorągwi, które – jego zdaniem – niewarte były aż tak wytwornych mundurów. Pętelka w tym kontekście oznaczała jeźdźca – równie marnego jak dosiadana przez niego hetka, w myśl powiedzenia, że lichy koń wart lichego jeźdźca.

I jeszcze jeden problem z tym „hetką”. Jeszcze przed II wojną światową Polacy,  zamieszkujący wschodnie tereny Rzeczpospolitej – oraz długo po powojennych przesiedleniach do Polski – wymawiali „hetka” inaczej niż mieszkańcy centrum kraju. Otóż Polacy pod wpływem języków ukraińskiego, białoruskiego i czeskiego wymawiali spółgłoskę „h” w takich wyrazach jak: hetka, hetman, harcerz, herbata, historia – twardo i dźwięcznie. Natomiast „ch”, tak jak w wyrazach chłop, choroba, bochen, chrabąszcz – wymawiali bezdźwięcznie. I po tej wymowie można było poznać, że ten rodak pochodzi ze wschodnich terenów. Dziś norma językowa nie przewiduje żadnych różnic w wymowie „h” i „ch” i obi spółgłoski wymawiane są bezdźwięcznie. Trochę szkoda, bo zniknął ładny koloryt z języka.

Odmiana przez przypadki

Ładna pani w telewizji powiedziała, że ktoś pojechał do Chersoni. Skąd ona wzięła taką odmianę, skoro w polskiej tradycji historycznej mamy Chersoń? A zatem powinno być, że ktoś pojechał do Chersonia.

Jest to kolejny przypadek nieznajomości historii i tradycji języka polskiego. Przecież nie mówimy, że na Ukrainie jest miasto Lwiw.  Mówimy i piszemy –  Lwów. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś odwetowymi tendencjami z naszej strony. Tak samo jak jest Rzym a nie Roma, Istambuł a nie Instanbul.

Wystarczyłoby, gdyby ktoś z redakcji przeczytał „Trylogię” Sienkiewicza, to by może wiedział. Bo obejrzenie filmu, to nie to samo. Tym bardziej, że aktor mógł akurat o Chersoniu mówić niewyraźnie.

 

WALTER ALTERMANN: Wyobcowanie i odrzucenie czyli o języku urzędów, co miały nam służyć

W ostatnich dniach gazeta codzienna Dziennik Łódzki. w dniu 5 maja 2022 roku, zamieściła tekst, który mnie dobił. Rzecz jest tak głęboko dziwna, że niemal abstrakcyjna. I nie chodzi o gazetę, ale o to jakim językiem informują nas o swych pracach urzędnicy miejscy.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę spory fragment tekstu;

„Zakończyła się rewitalizacja zabytkowej fabryki Wagnera w centrum Łodzi. Powstanie tam Fabryka Aktywności Miejskiej. Co to takiego?

Dawną świetność odzyskała zabytkowa fabryka Henryka Wagnera przy ul. Tuwima 10 w centrum Łodzi, której ozdobą jest stylowy, oryginalny, o znakomitych proporcjach komin. Dzięki remontowi znów pojawiła się tam mająca ponad sto lat ceglana elewacja.

Elewacja odnowiona, wnętrza przebudowane

– Fabryka Wagnera przeszła kompleksową odnowę. Wymieniliśmy stropy i instalacje. Odnowiliśmy elewację i przebudowaliśmy wnętrza. Przestrzenie wspólne, dostępne dla mieszkańców, są wyposażone m.in. w komfortowe meble, ekrany projekcyjne, a nawet aneksy kuchenne. Dodatkowo sala spotkań i sala konferencyjna posiada klimatyzację – wyjaśnia Olga Kassyańska z Zarząd Inwestycji Miejskich w Łodzi.

W odnowionym budynku powstanie Fabryka Aktywności Miejskiej, która ma być zupełnie nowym miejscem na mapie Łodzi. Cóż to takiego?

Przestrzeń dialogu i edukacji o mieście

Będzie to przestrzeń dialogu i edukacji o mieście i jego dziedzictwie. Ważnym uczestnikiem i adresatem naszych działań będą zarówno seniorzy, jak i młodzież, z którą będziemy się spotykać na warsztatach z edukacji samorządowej i obywatelskiej. W ramach interdyscyplinarnego miejskiego programu społecznego, wyznaczymy kierunki polityki młodzieżowej Łodzi. Bieżąca współpraca i organizacja wydarzeń podejmowana będzie także z Młodzieżową Radą Miejską. Fabryka Aktywności Miejskiej, czyli nasze łódzkie laboratorium wspólnego tworzenia miasta, budowane będzie w oparciu o aktywne uczestnictwo mieszkanek i mieszkańców. To łodzianki i łodzianie są absolutnie kluczowym elementem rozwoju Łodzi, dlatego zapraszam wszystkich do współpracy. To tu będzie można przyjść i opowiedzieć nam o swoim pomyśle. Niech to będzie miejsce, które będzie zmieniać Łódź na lepsze – zaznacza Katarzyna Dyzio, dyrektor Fabryki Aktywności Miejskiej.

Zwiedzanie fabryki. Gości oprowadzi… Henryk Wagner

Dawna fabryka maszyn i przyborów tkackich powstała w 1881 roku w miejscu, w którym wcześniej działała fabryka wyrobów bawełnianych ojca Henryka – Jana Wagnera. Odnowioną fabrykę – w ramach drzwi otwartych Fabryki Aktywności Miejskiej – będzie można zwiedzać w dniach 13 – 14 maja. Na gości będą czekały pokazy, wystawy, prezentacje oraz pracownik przebrany za Henryka Wagnera, który oprowadzi po fabryce”.

Od razu powiem, że jestem za odnawianiem zabytkowych kamienic i fabryk. Pod warunkiem jednak, że zostaną one z sensem zagospodarowane, przeznaczone na mieszkania lub instytucje, które naprawdę służą mieszkańcom Łodzi. Tym razem jednak mamy do czynienia z powołaniem do życia – za naprawdę duże pieniądze – nowej placówki, której jedynym sukcesem będzie zatrudnienie sporej grupy miejskich urzędników.

Po co takie coś powstało i co to są „ramy drzwi otwartych”? Czym jest ów „Interdyscyplinarny miejski program społeczny, w ramach którego urzędnicy będą wyznaczali kierunki polityki młodzieżowej Łodzi”? I czy będą wyznaczali tę politykę środkami przymusu bezpośredniego, czy też ograniczą się do perswazji?

Zdaje mi się, że na razie cały wysiłek władz miasta poszedł w kierunku stworzenia kolejnej fikcji administracyjnej. W czasach, gdy młodzież – bez opamiętania zresztą – korzysta z internetu, gdy jak to oni mówią „śmigają po necie”, powstaje solidny budynek, solidne etaty jedynie po to, żeby ktoś tam przyszedł. A jak nikt nie przyjdzie? O to się nie martwię, bo młodzież zostanie tam doprowadzona niejako siłą – przez nauczycieli, w ramach lekcji obywatelskich, czy jak się to teraz nazywa. Pomysł nawiązywania kontaktu z obywatelem – w dobie internetu – poprzez osobiste spotkania z tymże obywatelem, w pięknie i kosztownie urządzonych wnętrzach jest abstrakcyjny. Jeśli pominąć te nowe etaty dla urzędników.

Powyższa sprawa świadczy o tym, że byty urzędnicze całkowicie uniezależniły się od społeczeństwa, któremu miały służyć. Urzędnicy mówią własnym językiem, którym poza nimi nikt nie mówi! Rozmawiają z sobą, do siebie piszą… i tylko czasem, gdy trzeba usprawiedliwić własny etat, robią jakąś akcję. I zawsze te akcje – zwane przez urzędników – działaniami są „od czapy”, jak mawiała młodzież w moich czasach.

Przy czym – co istotne – urzędnicy nie potrafią już komunikować się z obywatelami ich, obywateli normalnym językiem. Urzędnicy żyją dla siebie. To się dawniej nazywało, że są wyalienowani, oderwani od rzeczywistości. Zresztą Łódź zasłynęła już dawno „nowoczesnymi” pomysłami, że wspomnę tylko osławioną reklamę tego miasta, w której niejaki Pacześ – podobno jakiś kultowy stand uper – nawiązując do tego, że Łódź jest biedna mówił w tej reklamie: „Je…ć biedę”.

Ale nie tylko Łódź ma nowoczesnych urzędników. Wrocław walczy z Lodzią o lepsze. Na stronie miejskiego urzędu można poczytać dzieło, które napisał Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, Strategia „Wrocław w perspektywie 2020 plus”.

Dzieło jest opasłe i poza prezydentem pracowało nad nim sporo osób. Zacytuję mały fragment:

„1.2 ZAŁOŻENIA O EWOLUCJI UWARUNKOWAŃ ZEWNĘTRZNYCH

  • WARUNKI MIĘDZYNARODOWE BĘDĄ ZBLIŻONE DO ISTNIEJĄCYCH: na pierwszym planie pozostaną kwestie gospodarcze; w polityce UE nie dojdzie do przełomu ani zapaści, zobowiązania będą dotrzymywane, proces globalizacji ani nie przyspieszy, ani nie ulegnie załamaniu. Nie są to założenia do końca realistyczne, stąd potrzeba posiadania autonomicznego potencjału, umożliwiającego przetrwanie okresów ewentualnych perturbacji. ● OPÓŹNIONA O PÓŁ WIEKU KONWERGENCJA BĘDZIE POSTĘPOWAĆ. Szybki rozwój Chin i Indii spowoduje, że świat stanie się bardziej wielobiegunowy, niż to jeszcze niedawno zakładano. Poszerzy się przestrzeń konkurencji. Zmaleje wartość premii wynikającej z samej przynależności do Europy. Dla „średniaków” w hierarchii zamożności, takich jak Polska i Wrocław, głównym problemem stanie się dobre uplasowanie w grze globalnej. To niebanalna kwestia, bo korzyści z globalizacji najłatwiej czerpać przodującym i zapóźnionym.
  • ŚWIAT CORAZ BARDZIEJ BĘDZIE SIĘ UPODABNIAŁ DO GLOBALNEJ WIOSKI. Technologie komputerowe sprzyjać będą rozpraszaniu produkcji, bankowości, usług informacyjnych, zarządzania, rozrywki. Znaczenie miast jako ośrodków koncentracji władzy i dostępu do rzadkich dóbr będzie maleć. Szansa wielkich miast polega dziś na tym, że będą one stanowić centra kompetencji i zworniki układów aglomeracyjnych.
  • ROZWIJAĆ SIĘ BĘDZIE KONTRREWOLUCJA KULTUROWA. Zwiększy się nacisk na stronę etyczną zachowań. Nastąpi powrót do modelu społeczeństwa opartego raczej na wartościach niż na procedurach. W reakcji na fundamentalizm muzułmański, Europa pogodzi się ze swoimi chrześcijańskimi korzeniami. Postulat bezwarunkowej tolerancji będzie łagodzony rozpoznaniem rosnących kosztów społecznych: w obliczu kryzysu wartości wiele wcześniejszych nadziei przekształciło się w ponurą rzeczywistość. Na polskiej scenie coraz większą rolę odgrywać będzie pokolenie Jana Pawła II…”

Zastanawia mnie, czy do dbania o komunikację Wrocławia, mieszkania, transport miejski, zieleń miejską, szkolnictwo trzeba było, by prezydent Dudkiewicz w roku 2020 przewidywał przyszłość, do tego jakże mylnie. Pan Dutkiewicz naprawdę nie ma litości i szykuje się chyba do ważniejszych światowych działań – może w Unii Europejskiej, może w ONZ lub NATO. A z wróżbitami Glancem, Skrzątkiem, Malwiną czy Jackowskim i tak nie wygra, bo to zawodowcy.

Gdybym był mieszkańcem Wrocławia bałbym się wizji szerokiego świata p. Prezydenta Dutkiewicza, tym bardziej, że nie uwzględniając napaści Rosji na Ukrainę poniósł kompletną klęskę jako profeta czyli wieszcz.

I na koniec przeglądu samorządowej twórczości, mamy Kraków, na którego na stronach miejskich  możemy przeczytać:

„Wydział Polityki Społecznej i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa we współpracy z Pełnomocnikiem Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Senioralnej oraz Wydziałem Edukacji ogłasza siódmą  edycję konkursu „Działajmy razem” na realizację działań międzypokoleniowych. Celem konkursu jest integracja uczniów i osób starszych oraz wyłonienie i rozpropagowanie najciekawszych projektów dotyczących uczniowskich przedsięwzięć realizowanych we współpracy z osobami powyżej 60 roku życia. W konkursie mogą uczestniczyć uczniowie klas VI-VIII szkół podstawowych, szkół ponadpodstawowych, uczestnicy zajęć w młodzieżowych domach kultury oraz mieszkańcy burs prowadzonych przez Gminę Miejską Kraków. Udział w konkursie daje możliwość otrzymania środków pieniężnych na sfinansowanie nagrodzonego projektu. Minimalna kwota sfinansowania to 2.000,00 zł, a maksymalna 12.000,00 zł”.

Czyli, po ludzki rozumiejąc – stołeczne miasto Kraków chce zrobić coś z faktem, że młodzież nie rozumie i nie komunikuje się ze starszymi pokoleniami. I oczekując na pomysły, co z tym smutnym faktem począć, miasto ogłasza konkurs. Jednakże receptę na społeczny kryzys kontaktów międzypokoleniowych mają wystawić dzieci w wieku od 12 do 14 lat. Naprawdę będzie to burza mózgów.

Władze Krakowa widać nie rozumieją, że to zjawisko ma źródło w rodzinie. Że rodzice – zagonieni za groszem i karierą – nie mają czasu, żeby umożliwić swym dzieciom jak najczęstsze kontakty z dziadkami. Niestety w tej sprawie żadne dziecięce konkursy nic nie pomogą. Przedszkola i szkoły tak, ale nie miejscy urzędnicy.

Ja byłem wzruszony, gdy panie z przedszkola mojego wnuka przygotowały wraz z dziećmi laurki i nauczyły ich wierszyka, który jest taki:

 

                                    „Pędzą wnuki ulicami,

                                    Z ogromnymi laurkami,

                                    Te laurki pełne kwiatków,

                                    Są dla wszystkich

                                    Babć i dziadków.

 

                                    A dziadkowie, wraz z babciami,

                                    Już czekają przed domami,

                                    Przez lornetki patrzą w dal,

                                    Wystrojeni jak na bal”.

 

I w tych paniach przedszkolankach – niezależnie od klasy literackiej wierszyka – jest siła dobrego wychowania, trwałości rodziny. Broń Boże nie w urzędnikach.