Tego by nawet Bareja nie wymyślił – JAROMIR KWIATKOWSKI o „Forum Dziennikarzy”

Z dedykacją dla wnioskodawców zlikwidowania „Forum Dziennikarzy”.

 

Jednym z wniosków, które zgłoszono do komisji zjazdowej przed zjazdem SDP w Kazimierzu Dolnym, był postulat likwidacji „Forum Dziennikarzy”. Kwestia ta stanęła na zjeździe, ale szybko przychyliliśmy się do opinii, że to nie jest temat dla delegatów, a co najwyżej dla nowego Zarządu Głównego. Później zresztą wnioskodawca, Stefan Zubczewski, który firmował wniosek wraz z żoną, zreflektował się(?) i sam go wycofał.

 

W dyskusji nad tą sprawą Witold Gadowski stwierdził, że „Forum” to gazeta „nudna i dla nikogo”. Żałuję, że nie otworzyła mi się wtedy odpowiednia klapka w mózgownicy, że przecież red. Gadowski figuruje do dziś w stopce „Forum” jako członek zespołu redakcyjnego. Gdyby mi się ta klapka otworzyła, zmusiłoby mnie to do zadania – w trybie ad vocem – pytania: Panie Witoldzie, skoro ta gazeta jest, Pańskim zdaniem, tak nudna, to co Pan zrobił jako – przynajmniej formalnie – członek zespołu redakcyjnego, aby była lepsza? Klapka nie otworzyła się, trudno. Zadaję więc to pytanie teraz, bo lepiej późno niż wcale.

 

„Forum Dziennikarzy” to nie jest pismo, które wypłaca w formie wierszówek zapomogi dla dziennikarzy mających problemy z pracą (czytaj: daje im zarobić parę groszy, by nie głodowali), bo tak zrozumiałem wnioskodawcę. Piszę to jako dziennikarz, który – choć narzeka raczej na nadmiar niż na brak pracy – w ub. roku podjął współpracę z tym pismem i daje mu ona wiele satysfakcji. Może być ono, na co zresztą zwróciła uwagę na zjeździe wiceprezes Jolanta Hajdasz, wizytówką naszego środowiska. Andrzej Klimczak, redaktor naczelny pisma, wykonał gigantyczną pracę, by tak właśnie było. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by kolejni członkowie SDP, którzy mają propozycje ciekawych tematów i chcą się nimi podzielić z czytelnikami „Forum”, nawiązali z nim współpracę.

 

Nie znam przyczyn zapału likwidatorskiego wnioskodawcy (postulował on także zlikwidowanie… Centrum Monitoringu Wolności Prasy), ale nawet specjalnie mnie one nie interesują. Przypomnę jedynie banalną prawdę: łatwo coś zburzyć i z reguły robi się to szybko; to często kwestia jednej decyzji. Ale trudniej coś zbudować; to z reguły dzieje się latami. I nawet jeżeli widzimy, że istniejący byt nie jest idealny, to naprawiajmy go, a nie wyrzucajmy na śmietnik.

 

A że „Forum” kosztuje… Cóż, w przyrodzie nie ma nic za darmo. A jeżeli nam to, że tak jest, nie pasuje, to – używając tej logiki – złóżmy wniosek dalej idący, co zresztą prześmiewczo, z duża dozą sarkazmu zaproponował na zjeździe red. Wojciech Pokora: w ogóle zlikwidujmy stowarzyszenie. Ono przecież też kosztuje.

 

I jeszcze jedno zdziwienie na koniec: gdyby pójść za sugestią wnioskodawcy, my – członkowie SDP – wystąpilibyśmy w roli dobrowolnych likwidatorów własnej gazety. Tego by nawet mistrz Bareja nie wymyślił.

 

Jaromir Kwiatkowski

JAROMIR KWIATKOWSKI: Jak uzdrowić dziennikarstwo regionalne

Przez prawie 19 lat (1993-2011) pracowałem w wydawanych w Rzeszowie „Nowinach” – jednej z gazet wchodzących w skład grupy Polska Press. Nie doczekałem już niemieckiego właściciela – musiałem, wraz z kilkoma koleżankami i kolegami, odejść końcem 2011 r. w ramach zwolnienia grupowego, kiedy Anglicy z Mecomu cięli koszty przygotowując grupę gazet pod nazwą Media Regionalne do sprzedaży niemieckiemu koncernowi Verlagsgruppe Passau. Po moim odejściu dochodziły do mnie informacje z mojej byłej redakcji. Wiedziałem, że nie jest dobrze, ale nie przypuszczałem, że jest aż tak źle. Pytanie, czy w tych gazetach, po ich odkupieniu przez PKN Orlen, może być jeszcze normalnie, czy wszystkie niedobre procesy zabrnęły już tak daleko, że nie da się ich odwrócić.

 

Przygotowany przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i „Kurier Wnet” „raport zamknięcia” Polski Press przeraża (czytaj TUTAJ). Wynika z niego, że dziennikarz regionalny stał się niewolnikiem, robotem pracującym coraz więcej za coraz mniejsze pieniądze, bez zabezpieczenia socjalnego. W redakcjach oszczędzano dosłownie na wszystkim. Niemiecki właściciel wycisnął je jak cytrynę, a kiedy okazało się, że ten biznes jest już słabo opłacalny, pozbył się go. Jeżeli chodzi o treść merytoryczną, obowiązywała poprawność polityczna. Ci, którzy kontestowali taką linię gazety, odchodzili z pracy bądź byli z niej wyrzucani, a w najlepszym razie marginalizowani – kazano im zajmować się „ogonami”, na których ciężko było zarobić.

 

Wykupienie przez PKN Orlen grupy gazet Polska Press (w tym „Nowin”) stanowi nowe otwarcie, szansę na poukładanie tego wszystkiego inaczej, lepiej. Na razie zmieniono kilku redaktorów naczelnych. To dobry ruch (pomijając, że wrzucono ich, co wnioskuję na podstawie sytuacji w „Nowinach”, na głęboką wodę bez wystarczającego wsparcia), ale daleko nie wystarczający.

 

Co zatem zrobić, by gazety Polski Press wróciły do swojej właściwej roli?

 

Gazeta dobra czy tania

 

W moim przekonaniu, pierwsza i najważniejsza sprawa to odejście od realizowanej przez Verlagsgruppe Passau i doprowadzonej do absurdu polityki oszczędzania oraz doinwestowanie tych gazet. I to w dwojakim znaczeniu:  zainwestowanie w dziennikarzy (prezes PKN Orlen Daniel Obajtek wie, bo sam o tym jeszcze w kwietniu mówił, że większość pracowników Polski Press nie miała podwyżek od 2008 r.) i w sprzęt, czasami już mocno przestarzały.

 

Ale najważniejsza jest inwestycja w ludzi. Oni robią różnicę. Ci najzdolniejsi, z dobrym warsztatem i dużym dorobkiem. Do tego trzeba wrócić. Gazety regionalne co najmniej kilkanaście lat temu przestały być pracodawcą atrakcyjnym pod względem finansowym. Wspomniany brak podwyżek, zatrudnianie dziennikarzy najczęściej na śmieciówkach lub spychanie ich na samozatrudnienie, przycinanie wierszówek lub marginalizowanie „niepokornych” spowodowały, że dziennikarze mieli dwa wyjścia: albo pogodzić się z takim stanem rzeczy, albo szukać sobie miejsca gdzie indziej – często poza zawodem, bo regionalny rynek pracy dla dziennikarzy jest rachityczny. Poradzić sobie w takich warunkach mogli tylko najlepsi.

 

Truizmem jest stwierdzenie, że gazeta może być albo dobra, albo tania. Verlagsgruppe Passau miała dla polskich gazet jasną strategię: nieważne czy są dobre, ważne, by były tanie. Ta strategia jest zdecydowanie nie do obrony. Innymi słowy: gazety, jeżeli mają być dobre, nie mogą być biedne, bo nie ściągną do siebie dobrych dziennikarzy. Trzeba wyciągnąć wnioski z tej prostej prawdy, odbudować struktury redakcyjne (dziś mocno zredukowane), zatrudnić ludzi na etatach, a nie na śmieciówkach i zacząć solidnie płacić za dobre dziennikarstwo.

 

Ktoś powie: ale przecież gazety papierowe to rynek kurczący się. To prawda. Pojęcie „gazeta” jest skrótem myślowym. Chodzi zarówno wersję papierową, jak i portal internetowy: w przypadku „Nowin” – nowiny24.pl. Trzeba je traktować łącznie, co rodzi następny problem: mądrego kierowania ruchem między wersją papierową i online. Nie ma sensu powielanie w papierze tych samych informacji, z którymi czytelnik zapoznał się już wcześniej na portalu. Do papieru niech trafiają tylko najważniejsze informacje, obudowane szybką publicystyką – komentarzem, felietonem, wywiadem – tłumaczącą je czytelnikowi.

 

Powrót do regionalności

 

Z wzmocnienia finansowej siły gazet wypływają możliwości prowadzenia innych działań. Kolejną ważną sprawą jest powrót gazet do jak najmocniejszego osadzenia w regionie, zarzuconego w czasach Polski Press. W „Nowinach”, tnąc koszty, bardzo mocno ograniczono siatkę korespondentów terenowych. Do tego trzeba wrócić.

 

Po drugie, Polska Press – w ramach oszczędności – zaczęła gromadzić ciekawsze, zdaniem jej szefów, artykuły w banku tekstów, z którego mogły korzystać inne gazety grupy. W efekcie zdziwiony czytelnik z Podkarpacia dostawał reportaże z innych części Polski. Nie twierdzę, że to było nagminne, ale na tyle częste, że prowokowało do zadania pytania, czy to jest jeszcze podkarpacka gazeta regionalna. Dotyczy to także kolumn tematycznych, np. o zdrowiu. To prawda, że dana choroba jest taka sama na Podkarpaciu, Pomorzu czy w Lubuskiem, ale nie jest bez znaczenia, czy w naszym regionie opowiada o niej lekarz z Rzeszowa, Sanoka czy Krosna, czy ze Szczecina lub Wrocławia. Jako czytelnik życzyłbym sobie, by takie gazety jak „Nowiny” zrezygnowały, a przynajmniej radykalnie ograniczyły publikowanie materiałów spoza regionu – przy zwiększonej obsadzie kadrowej nie będzie to trudne.

 

Szybciej czy bardziej rzetelnie

 

W moim przekonaniu, dziennikarze powinni powrócić do istoty swojej misji – dostarczania rzetelnych, kompleksowo opracowanych informacji, a nie tylko kontentu  w ilościach hurtowych. Innymi słowy, trzeba zrezygnować z ilości na rzecz jakości.

 

Dorota Mękarska, doświadczona dziennikarka z Sanoka, pokazywała mi ostatnio tekst na temat konfliktu między burmistrzem jednej z miejscowości a radą miasta. Artykuł zawierał wyłącznie punkt widzenia burmistrza. Można zapytać: celowa manipulacja czy brak czasu na zrobienie rzetelnego materiału, zgodnie z tym co nakazuje nowy dziennikarski bożek: „nie daj się wyprzedzić konkurencji”, który zastąpił starą, poczciwą staranność i rzetelność w zbieraniu materiału. Można też pytać dalej: gdzie był redaktor, wydawca gazety, który powinien zwrócić taki tekst do uzupełnienia? Dlaczego nie zwrócił? Bał się, że konkurencja o tym napisze, a my nie będziemy mieli tego tematu?!

 

Wchodząc do dziennikarstwa, miałem swoich mentorów, którzy odkrywali przede mną tajniki zawodu. Wiele się od nich nauczyłem, i to nie tylko jeżeli chodzi o warsztat dziennikarski. Wtedy starszy, bardziej doświadczony redaktor pracował z dziennikarzem i tekstem, przekazywał swoje uwagi. To była relacja mistrz – uczeń. W dzisiejszym dziennikarstwie nie ma na nią czasu. A może warto do niej wrócić? Wspomniana już Dorota, gdy jej przedstawiłem ten pomysł, stwierdziła, że to jedyna droga, bo przez lata wychowano tabuny media workerów, słabych dziennikarzy, których wbito w dumę, że są kimś, a nie mają w sobie na tyle pokory, by przyjąć do wiadomości, że dziennikarstwo prasowe to permanentna praca – nad warsztatem, ale i nad sobą, swoją wiedzą i rozumieniem świata. W rezultacie powstała kategoria ludzi z giętkim kręgosłupem, ale za to bardzo zadufanych w sobie.

 

Dorota zwróciła mi też uwagę na to, że dawniej z reguły mistrz był jednocześnie redakcyjnym przełożonym. Dziś mamy przełożonych, którzy nie są mistrzami. Rekrutacja przełożonych pod kątem, czy są gotowi spełniać bez szemrania życzenia właścicieli i forsować zasady politycznej poprawności, doprowadziła dziennikarstwo regionalne do stanu zapaści. Czy Polska Press pod nowym właścicielem wykreuje dojrzalsze mechanizmy awansu?

 

Inna sprawa: słabe finansowo redakcje szukają pieniędzy wszędzie – w rezultacie dziennikarze często zajmują się pisaniem tekstów sponsorowanych. To niedobra praktyka, od której trzeba odejść – te dwie sfery muszą być jasno rozgraniczone.

 

Murem za dziennikarzem

 

Doinwestowanie finansowe gazety może oznaczać także powrót do dziennikarstwa śledczego, z którego na poziomie regionalnym zrezygnowano, bo jest drogie. Takie dziennikarstwo nie leżało także w interesie polityków, zdolnych do ręcznego sterowania słabymi finansowo mediami.

 

Dziennikarz śledczy mógłby być wynagradzany nie w systemie wierszówkowym, lecz według stałej gaży (z możliwością premiowania znakomitych materiałów). W przypadku braku efektów pracy w ciągu, powiedzmy, kilku miesięcy, mógłby zostać przesunięty na „zwykły” etat dziennikarski, do systemu wierszówkowego.

 

Wreszcie, doinwestowanie finansowe to także lepsza ochrona prawna dziennikarza. Bogate gazety ogólnopolskie mogą skorzystać nawet z renomowanych kancelarii prawnych, regionalne z reguły mają swojego radcę prawnego, który reprezentuje je w procesach prasowych. Nie wiem, jak jest teraz, bo od kilku lat nie jestem zatrudniony na etacie w żadnej redakcji, ale w czasie mojej pracy w „Nowinach” z biegiem lat nabieraliśmy coraz większych wątpliwości, czy w przypadku procesu wydawca gazety stanąłby za nami murem – ówczesny radca prawny raczej parł do ugody nie patrząc, jak wyglądają nasze procesowe szanse. Jeżeli dziennikarz nie będzie miał pewności, że w razie konfliktu gazeta stanie za nim murem, nie zaryzykuje pisania na trudne tematy. Dorota Mękarska  zwróciła uwagę, że w momencie, kiedy „Nowiny” wycofały się z podejmowania trudnych tematów, skończyły się one także w mediach lokalnych – tam bowiem dziennikarz nie ma praktycznie żadnej ochrony prawnej i redakcje ratowały się tym, że mogły zastosować wybieg „jak napisały >>Nowiny<<” i temat przepisać od „większego brata”.

 

Mieć poglądy to nie zbrodnia

 

Kolejna sprawa to niezależność gazety. Ona również wiąże się ściśle z sytuacją finansową, bo gazety biednej nie stać na niezależność. Niezależność gazety rozumiem bardzo prosto: wszystkie decyzje odnośnie do jej zawartości zapadają wewnątrz redakcji, a redaktor naczelny bierze na siebie rolę piorunochronu, który chroni gazetę przed próbami ręcznego sterowania przez polityków. Ci bowiem, jeżeli tylko będą mieli okazję do takiego sterowania, skwapliwie z niej skorzystają.

 

Mało tego, marzą mi się tacy redaktorzy naczelni, którzy w imię niezależności będą gotowi zrezygnować ze swej funkcji, rozumiejąc, że patrzenie rano na swoje odbicie w lustrze bez obrzydzenia jest więcej warte niż te 10 tys. pensji miesięcznie.

 

Chciałbym przy tym podkreślić, że niezależność od polityków nie oznacza braku poglądów. Nie oznacza gazety, która nie chce nikomu nadepnąć na odcisk. Mieć poglądy w dziennikarstwie to nie zbrodnia. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy je można uzewnętrzniać – w komentarzu, felietonie, artykule publicystycznym. Dziennikarz piszący informację musi swoje poglądy zostawić przed wejściem do redakcji i nie może w tekście pominąć szczegółów istotnych dla sprawy, tylko dlatego, że uderzają w bliską mu opcję polityczną (co skądinąd powinno być dziennikarskim ABC).

 

Tymczasem odnoszę wrażenie, że obecnie dziennikarze raczej stronią od tematyki politycznej, traktują ją jako zło konieczne, obawiając się, że gdy napiszą coś nie po myśli jakiegoś ważnego polityka, to mogą być z tego same kłopoty. Wolą mieć święty spokój, zająć się tematami „bezpiecznymi”. O takich dziennikarzach mówi się „ludzie bez właściwości”. Oni tłumaczą to często tym, że mają kredyty, że ma im się urodzić dziecko itp. A jeszcze gdy nie czują, że redakcja stoi za nimi murem, włącza się u nich myślenie oportunistyczne, choć w tym przypadku nie pozbawione elementów racjonalności: a w imię czego się będę narażał!

 

Cisza grobowca?

 

Dziennikarskie szlify na poziomie gazety codziennej zdobywałem w ukazującym się w Rzeszowie w latach 1990-1993 „Dzienniku Obywatelskim A-Z”. To była niezła szkoła – kto z tych dziennikarskich żółtodziobów się nadawał, został w zawodzie, kto nie – odpadł. Pod względem poglądów redakcja to była zbieranina ludzi „od Sasa do lasa”. Ale mieliśmy, przynajmniej w pierwszym okresie istnienia gazety, jedną zasadę: nie musieliśmy się lubić, ale szanowaliśmy się nawzajem. Naczelny, przysłuchując się mojej dyskusji z koleżanką na temat aborcji, dał nam po pół kolumny, byśmy mogli swoje poglądy wyłożyć na łamach gazety. Warunek był jeden: mają to być merytoryczne argumenty, a nie inwektywy. W „Nowinach” pod koniec lat 90. pokój działu publicystyki był terenem  zażartych dyskusji na tematy, jak ulepszyć ustrój państwa czy jakość publicznej debaty. Podczas takich dyskusji rodziły się publicystyczne tematy.

 

Bardzo mi dziś brakuje w redakcjach takich dyskusji. Starcia, ożywczej wymiany myśli. Atmosferę panującą w „Nowinach” jeszcze przed moim odejściem nazywałem „ciszą grobowca”. Znam redakcje, w których dziennikarzy dyskutujących ucisza się, bo przeszkadzają innym w pracy. Mam swoje jasno skrystalizowane poglądy, ale uważam, że dziennikarstwo spełnia się także w zwarciu z poglądami innych. Dziś tego już nie ma, przynajmniej na poziomie regionalnym. Nie ma na to czasu, bo trzeba cały czas „produkować wsad” do gazety. A może dziennikarze nie mają wiele do powiedzenia na poważniejsze tematy?

 

Oczyścić atmosferę

 

Na koniec zostawiłem rzecz równie istotną jak sytuacja finansowa gazety, a przy tym nie wymagającą pieniędzy. To odbudowa atmosfery w zespole. Na podstawie swoich doświadczeń w „Nowinach” mogę powiedzieć, że redaktor naczelny, który sprawował swoją funkcję przez 15 lat, nie tylko o nią nie dbał, ale wręcz uwielbiał dzielić ludzi. Gdy ktoś mu pasował, potrafił go hołubić. Swojej opozycji redakcyjnej dawał odczuć, jak bardzo jej nie znosi.

 

To droga donikąd. Tak się pracować w jednym zespole nie da. Marzy mi się, by obecnie Polska Press wyłaniała takich szefów, którzy dobrą atmosferę w redakcji uważają za jeden z priorytetów.

 

Nie mam problemu z tym, że w 2011 r. tenże naczelny wręczył mi wypowiedzenie. Właściwie zrobił mi tym przysługę, bo otworzyły się przede mną nowe możliwości zawodowego rozwoju. Jeżeli mam zadrę w sercu, to tylko z jednego powodu: gdy odchodziłem po prawie 19 latach pracy w „Nowinach”, nikt z kierownictwa nawet nie raczył powiedzieć „dziękuję”.  Bo nie byłem w „grupie trzymającej władzę”. To fatalny wzorzec – nie chciałbym się z nim już nigdy spotkać.

 

Po zmianie właściciela skorzystałem z zaproszenia nowego naczelnego i po prawie 10 latach wróciłem – nie tyle do „Nowin”, co do pisania do tej gazety. Podobno nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki, ale może czasami warto spróbować dopuszczając wariant, że można się znów rozczarować?

 

Czas pokaże…

 

„Twoje wszystkie postulaty są słuszne, ale obawiam się, że nierealne” – podsumował dr Paweł Kuca, były dziennikarz „Nowin”, a obecnie politolog na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdy mu przedstawiłem tezy artykułu.

 

Być może. Ale jestem przekonany, że jeżeli przynajmniej nie spróbujemy pójść w tę stronę, nie odbudujemy zaufania do zawodu dziennikarskiego. Pytanie, czy nowy właściciel chce to zrobić, czy jedynie chce zmienić polityczne wektory gazet wchodzących w skład Polski Press, na razie pozostaje bez odpowiedzi. Jak to zwykle bywa, czas pokaże…

 

Autor jest dziennikarzem od 1989 r. Obecnie współpracuje z tygodnikiem „Sieci”, „Forum Dziennikarzy”, „Nowinami” i dwumiesięcznikiem „La Salette Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” oraz pisze książki. Mieszka w Rzeszowie.

 

Tekst ukazał się w nr 3(142)

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

Przyjdzie Orlen i… – JAROMIR KWIATKOWSKI o Gazecie Codziennej „Nowiny”

Czy największy dziennik na Podkarpaciu po przejęciu go przez spółkę z decydującym udziałem skarbu państwa zostanie upolityczniony czy może stanie się bardziej obiektywny?

 

Historia wydawanych w Rzeszowie „Nowin” liczy ponad 70 lat. W okresie PRL były one organem KW PZPR. W 1991 r. gazeta została sprywatyzowana. Jej właścicielem została spółka R-Press. W chwili powstania miała ona liczne grono udziałowców. Największym był Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” w Rzeszowie (30 proc. udziałów). Drugim – PSL „Solidarność” (25 proc.). Udziałowcami były także: Spółka Dziennikarz, którą tworzyła grupa dziennikarzy i pracowników „Nowin”, i firma Editions Spotkania (po 20 proc.) oraz dwie osoby fizyczne: Jan Kopka (3 proc.) i Andrzej Przybyło (2 proc.).

 

W 1993 r. wszedł do „Nowin” kapitał zagraniczny – po tym, jak Kopka odsprzedał swoje udziały norweskiemu koncernowi Orkla Press International. W kolejnych latach Orkla zwiększała swoje udziały, aż wreszcie w 2001 r. stała się największym udziałowcem R-pressu, odkupując udziały od Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego – następcy PSL „Solidarność”. Udziałowców zostało dwóch: Orkla i „Solidarność”, z przewagą Orkli w stosunku 65:35. W 2005 r. Orkla odkupiła udziały od „Solidarności”, stając się jedynym właścicielem „Nowin”, co w tamtym momencie oznaczało, że gazeta stała się w 100 proc. własnością kapitału zagranicznego.

 

– W tamtych uwarunkowaniach była to decyzja nieunikniona – komentuje sprzedaż udziałów przez „Solidarność” Wojciech Buczak, ówczesny szef Zarządu Regionu tego związku. Tłumaczy, że „Solidarność” jako udziałowiec mniejszościowy miała coraz mniejszy wpływ na kierunek rozwoju gazety, a firmowała swoim szyldem treści, pod którymi nie mogła się podpisać.

 

– Pod naszym adresem padało ze strony związkowców wiele uwag w ostrym tonie: no jak to, jesteście współwłaścicielem gazety, a nie reagujecie na to, co oni wypisują?! A nasze próby reagowania rozbijały się o mur niemożności ze względu na proporcje udziałowe – dodaje Buczak.

 

Czy był to jedyny możliwy scenariusz? Wojciech Buczak twierdzi, że nie. – Zanim tak się stało, próbowaliśmy wykupić udziały od Spółki Dziennikarz i SKL-u – podkreśla. – Dziennikarze powiedzieli, że choćbyśmy nie wiem jakie pieniądze oferowali, to oni „solidaruchom” swoich udziałów nie sprzedadzą (w Spółce Dziennikarz zdecydowanie dominowali dziennikarze jeszcze z epoki PRL, natomiast skutecznie blokowano wejście do niej niemal wszystkim tym, którzy przyszli do „Nowin” w latach 90. – przyp. aut.).

 

– Jeżeli chodzi o udziały SKL-u – dodaje Buczak – Orkla powiedziała nam krótko: bez względu na to, jaką przedstawicie kwotę, my zaproponujemy wyższą. I możemy tak w nieskończoność. Wobec naszej potężnej firmy jesteście „krasnoludkiem” i nie macie żadnych szans.

 

Lista grzeszków

 

W 2006 r. „Nowiny” ponownie zmieniły właściciela. Grupę gazet Orkla Media kupił brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom. Gazety należące do Mecomu stworzyły grupę pod nazwą Media Regionalne. W październiku 2013 r. Mecom sprzedał ją niemieckiemu holdingowi Verlagsgruppe Passau, który w ten sposób został także właścicielem „Nowin”. Polskie gazety tworzące dotychczas Media Regionalne utworzyły grupę Polskapresse – tę niefortunną nazwę zmieniono później na Polska Press.

 

Paweł Kuca zwraca uwagę, że „Nowiny” w ostatnich latach były takie, jak wyznaczała to centrala grupy. Podkreśla, że nie należy oddzielać tej gazety od całości, tylko trzeba na nią popatrzeć przez pryzmat funkcjonowania całej grupy – czy to Mecomu, czy Polska Press.

 

Jakie zatem trendy można było zaobserwować w „Nowinach”? Przede wszystkim cięcie kosztów.

 

Od autora: Jeszcze za Mecomu zaczęto pozbywać się dobrych dziennikarzy, ale także tych niespolegliwych wobec kierownictwa, zatrudnionych jeszcze na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony, a więc z punktu widzenia redakcji „drogich”, zastępując ich osobami niedoświadczonymi, którym można było zapłacić mniej. Pamiętam, jak – będąc jeszcze w „Nowinach” – byłem zszokowany, gdy – w ramach cięcia kosztów – zwolniono z gazety znakomitego reportażystę Krzysztofa Potaczałę, późniejszego autora poczytnych w skali kraju książek o Bieszczadach. Drugie moje zdziwienie wywołało wtedy przekonywanie redaktora naczelnego, że nawet z człowieka z ulicy można w krótkim czasie zrobić dziennikarza. Skutkowało to obniżeniem poziomu warsztatowego tekstów, na co zwrócił uwagę  jeden z moich rozmówców – Wojciech, rzeszowski urzędnik (personalia do wiadomości autora). Powiedział: „Gołym okiem widać, że warsztat dziennikarski, zasób słownictwa u wielu dziennikarzy jest ubogi i że piszą oni w sposób napastliwy i emocjonalny”. Fakt, niedawno sam przeżyłem szok czytając (żona świadkiem) jeden z tekstów na portalu Nowiny24: był napisany tak nieporadnie, że od czytania aż „zęby bolały”. Także już za czasów Mecomu, od momentu, kiedy R-press ze spółki funkcjonującej w ramach holdingu stał się w 2009 r. rzeszowskim oddziałem scentralizowanej firmy z siedzibą w Warszawie, praktycznie skończyły się delegacje dziennikarzy na realizację materiałów poza Podkarpaciem, z którymi wcześniej nie było problemu.

 

–  Widać tu prymat biznesu nad kwestiami czysto dziennikarskimi – uważa były dziennikarz „Nowin”, a obecnie politolog.

 

Niektóre kolumny, jeszcze za Mecomu, zaczęły być redagowane wspólnie dla wszystkich gazet grupy. To zabieg przynoszący oszczędności, ale nie zawsze fortunny, zwłaszcza w sytuacjach, gdy na jakiś temat wypowiadał się specjalista spoza Podkarpacia. Gdy jest to bowiem fachowiec stąd, taki tekst staje się znacznie bliższy czytelnikowi. Nie można powiedzieć, że zdarzało się to nagminnie, ale… takie przypadki bywały.

 

Drugi zabieg to tworzenie banku ciekawostkowych tekstów dziennikarzy z gazet tworzących grupę, które mogły być wykorzystane przez inne gazety grupy, nawet z drugiego końca Polski. Autor nie miał z tego nic, ale za to gazety – przy szczupłych siłach osobowych – miały czym zapełniać swoje łamy. W efekcie zdziwieni czytelnicy z Podkarpacia mogli poczytać w wydaniach weekendowych reportaże z innych części Polski. To prawda, nie one dominowały, ale było to zjawisko łatwo zauważalne.

 

 

– Gdy się spojrzy na gazetę, to widać, że wśród tekstów znajdują się także powielane w całym kraju teksty tych samych autorów – zauważa Wojciech Buczak. I dodaje: – „Nowiny” straciły przez to w jakimś stopniu główny swój atut – lokalność.

 

Inny zarzut, który można postawić „Nowinom”, to brak pogłębionej publicystyki na tematy regionalne (Od autora: Była ona rugowana już w ostatnich latach mojej pracy w tej gazecie).

 

– Siłą takich gazet jak „Nowiny” jest silne umocowanie w regionie – przekonuje Paweł Kuca. –  Ale umocowanie na wielu poziomach: nie tylko informacji lokalnych, lecz także na poziomie regionalnej, silnej publicystyki. Widać, że w „Nowinach” odchodzi się od tego. Brakuje mi na łamach tej gazety takiej publicystyki, jaką mają media ogólnopolskie, tyle że w ujęciu regionalnym. Dyskusji o najważniejszych sprawach, które tu się dzieją. Nie w ujęciu akcji społecznych, redakcyjnych, lecz w formie publicystyki ściśle regionalnej, tworzonej przez publicystów redakcyjnych bądź zapraszanych z terenu Podkarpacia. Zdecydowanie bardziej mnie interesuje, co na tematy dotyczące województwa sądzą publicyści czy dziennikarze stąd, aniżeli ludzie spoza regionu.

 

Jeszcze inny zarzut stawia Wojciech Buczak – brak politycznego obiektywizmu. Odnotowuję go przy pełnej świadomości, że w ustach osoby zaangażowanej politycznie może brzmieć mało wiarygodnie.

 

–  „Nowiny”, podobnie jak inne gazety lokalne, są jednokierunkowe, przede wszystkim antypisowskie – uważa były poseł PiS i były szef regionalnej „Solidarności”. –  Nieobiektywnie – wyjaśnia –  przedstawiają różne wydarzenia lokalne z wyraźnym negatywnym nastawieniem do środowiska politycznego, z którym jestem związany. Środowisko „Solidarności” próbowało przed laty przekształcić „Nowiny” w obiektywną gazetę, informującą o wydarzeniach lokalnych, co moim zdaniem udawało się przez jakiś czas, szczególnie wtedy, gdy redaktorem naczelnym był Ryszard Terlecki (obecny wicemarszałek Sejmu i szef Klubu PiS był naczelnym „Nowin” w latach 1996-1998 – przyp. aut.). Była to wtedy zupełnie inna gazeta.

 

„Nowiny”, gdy było trzeba, insertowały np. plakaty z wizerunkiem Matki Bożej z Kalwarii Pacławskiej, czy wydały zestaw kilku broszurek o podkarpackich sanktuariach, do których dołączone były dziesiątki różańca. Nie z pobożności szefów firmy, lecz dlatego, że taki gest w tym konserwatywnym regionie, jak liczono, pobudzi sprzedaż. Mimo to spotykam się z zarzutami, które formułuje zarówno Wojciech Buczak, jak i cytowany już Wojciech, urzędnik z Rzeszowa – o epatowanie tanią sensacją, krwawymi wydarzeniami, i „lewoskrętność” ideologiczną.

 

– W gazecie brak publicystyki, jest zaangażowana ideologicznie, często jednostronnie przedstawia problemy Kościoła, akcentuje występki księży, a pomija to co istotne – uważa rzeszowski urzędnik. I dodaje: – Pod koniec lat 90. to była opiniotwórcza gazeta o szerokich horyzontach, z ciekawymi wywiadami i felietonami. A teraz? Trochę magla, coraz więcej antyklerykalizmu i ideologii.

 

Co dalej

 

Paweł Kuca zauważa, że znaczenie papierowego wydania „Nowin” maleje, co jest nie tylko pokłosiem merytorycznej zawartości gazety, ale głównie obiektywnych procesów zachodzących w segmencie prasy drukowanej. Dość powiedzieć, że średnia sprzedaż egzemplarzowa „Nowin” jeszcze w 1990 r. wynosiła ponad 80 tys., by 30 lat później spaść do poziomu ok. 10 tys. Politolog zauważa, że internetowy portal Nowiny24 ma dla młodszego odbiorcy być może większe znaczenie niż wydania papierowe gazety i mówiąc o sile „Nowin” trzeba wziąć pod uwagę całość, a nie tylko wersję papierową.

 

Jaka przyszłość rysuje się przed „Nowinami” po ich wykupieniu przez Orlen?

 

Zdaniem Wojciecha, urzędnika, gazeta potrzebuje dużych zmian, wręcz rewolucji. ­– Potrzebuje  przeorientowania, innego spojrzenia na sprawy miasta i regionu, krytycznego, a nie tylko politycznego podejścia do bieżących zdarzeń. Powinna utożsamiać się z regionem i tradycjami mieszkańców Podkarpacia, a nie ideologizować na każdym kroku – uważa mój rozmówca.

 

Wojciech Buczak cieszy się, że Orlen odkupił gazety wchodzące w skład grupy Polska Press i ma nadzieję, że dzięki temu gazeta stanie się bardziej obiektywna, będzie w niej więcej wartościowych tekstów i będą promowani dziennikarze, którzy takie teksty piszą.

 

– Nie jest moją rolą wskazywać zmiany personalne, ale z doświadczeń ze współpracy, jakie mam z lat ubiegłych, choćby jako przedstawiciel właściciela, ale także jako zwykły czytelnik, wiem, że w redakcji pracują dziennikarze, których stać na dobre, wartościowe dziennikarstwo, tylko zależy, czego będzie wymagało od nich kierownictwo redakcji i właściciel – podkreśla Buczak. I dodaje: – Znam podejście do tych spraw prezesa Obajtka i środowiska, z którym jest związany. Daje to nadzieję na dobre, pozytywne zmiany. I wcale nie chodzi o uczynienie z tych dzienników regionalnych gazet, które piszą na zlecenie partyjne. Jestem przekonany, że na rynku medialnym będzie pluralizm, a nie monopol, tak jak teraz.

 

Z kolei Paweł Kuca boi się, że odkupienie tych gazet przez firmę z decydującym udziałem skarbu państwa wprowadzi je, w tym „Nowiny”, pod bieżące wpływy polityczne.

 

– Uważam – tłumaczy politolog – że politycy, którzy w danej chwili będą rządzić, będą chcieli mieć wpływ na te media. Dzisiaj to jest PiS, jutro będzie ktoś inny. Jeśli się popatrzy na polską praktykę polityczną, to widać, że spółki skarbu państwa są poddane presji politycznej obliczonej na cykl wyborczy. A jakie PiS ma podejście do mediów, widzimy na podstawie mediów publicznych.

 

Mój rozmówca uważa, że należy obserwować strategię, jaką przyjmie Orlen dla kupionych gazet. – Natomiast nie mam większych złudzeń, że jeżeli polityk jakiejkolwiek partii będzie mógł mieć wpływ na media, to będzie to wykorzystywał. To jest to ryzyko. Dzisiaj u władzy jest PiS, za 2,5 roku będą wybory i władza może się zmienić, a wtedy zmieni się szef Orlenu i nie wiemy, co się wydarzy dalej. Dla tych gazet nie jest to dobre, bowiem ich sytuacja będzie wyznaczona przez cykle wyborcze.

 

Jest jeszcze jeden problem: stworzenie z tych gazet mediów bardziej nowoczesnych wymaga inwestycji. – Pytanie – zastanawia się Paweł Kuca – czy Orlen jest je w stanie ponieść. Ale to wszystko dopiero zobaczymy…

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Autor był dziennikarzem Gazety Codziennej „Nowiny” w latach 1993-2011.

 

Tekst ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

 

Pożyteczne narzędzie czy złodziej czasu – JAROMIR KWIATKOWSKI o mediach społecznościowych

Jedni nie wyobrażają sobie bez nich życia. Na dźwięk każdego „piknięcia” z powiadomieniem w smartfonie muszą zerknąć, nawet gdy są na ważnym spotkaniu czy rozmawiają z najbliższymi – bo może to coś ważnego. Są jakby wiecznie „online”. Inni wchodzą na Facebooka, Twittera czy Instagrama tylko od czasu do czasu – dobrze wiedząc, czego tam szukają. Jeszcze inni nawet nie założyli konta, chcąc – jak tłumaczą – chronić swoją prywatność. Jakie są blaski i cienie korzystania z mediów społecznościowych?

 

Ponieważ młodzież często sprawia wrażenie, jakby już urodziła się zrośnięta ze smartfonem, zapytałem o to osoby nieco starsze – w wieku 40 i 50 + – siłą rzeczy bardziej krytyczne. Moi rozmówcy mają bardzo różny stosunek do mediów społecznościowych: są wśród nich tacy, którzy korzystają z nich codziennie, ale i tacy, którzy nie mają konta na żadnym z nich.

 

Przydatne w kontaktach na odległość

 

Moi rozmówcy wskazywali na wiele korzyści z obecności w mediach społecznościowych. Byli zgodni co do tego, że zwłaszcza Facebook umożliwia kontakt z rodziną czy znajomymi, z którymi jest on na co dzień w formie bezpośredniej utrudniony lub wręcz niemożliwy, choćby ze względu na odległość.

 

– Konto na Facebooku założyłam głównie po to, by kontaktować się z najbliższymi – opowiada Lucyna Olbrot z Rzeszowa, do niedawna przedsiębiorca w branży hafciarskiej, w tym roku przechodzi na emeryturę. Tą drogą przesyłają sobie nawzajem zdjęcia lub ciekawe filmiki, czy konsultują się w takich kwestiach jak choćby prezent imieninowy.

 

Przyznaje, że na facebookowe konto wchodzi rzadko. – Nie mam potrzeby łączenia się zdalnie z osobami spoza najbliższej rodziny i grona przyjaciół – tłumaczy. Wystarczy jej, gdy średnio raz w miesiącu (a nawet rzadziej) przejrzy Facebooka, by zobaczyć, co słychać u dalszych znajomych. – Miło jest zobaczyć kogoś, kogo znało się w młodości, a kto dziś mieszka daleko, a nawet poza Polską. Ale to są płytkie kontakty i wcale nie dążę do ich pogłębiania.

 

Adam Kawałek, pedagog z Rzeszowa, podkreśla, że np. Messenger to komunikator bardzo przydatny w kontakcie z odległą, nie tylko w sensie odległości, rodziną, np. dalszymi kuzynami. Jest to, jak podkreśla, właściwie jedyne miejsce, w którym może się z nimi spotkać i wymienić informacje.

 

Również Krystyna Łobos, rzecznik Orszaku Trzech Króli w Rzeszowie, wykorzystuje Facebooka  m.in. do sprawdzenia, co dzieje się u rozsianych po świecie znajomych, mieszkających m.in. w Singapurze czy Australii.

 

Wiele relacji, ale płytkich

 

I tu pojawia się problem. Obecność w mediach społecznościowych generuje dużą liczbę, ale bardzo płytkich kontaktów. Moi rozmówcy są zgodni, że te kontakty mają największy sens wtedy, gdy są przedłużeniem kontaktów w realu.

 

– Nie da się zbudować silnej więzi wyłącznie przez media społecznościowe – przekonuje Lucyna Olbrot.

 

Adam Kawałek, generalnie zgadzając się z tym stwierdzeniem, dodaje: – Tym niemniej z niektórymi osobami dobrze jest mieć relację, choćby płytką, na Facebooku, np. z ludźmi o podobnych poglądach bądź byłymi uczniami, którzy sobie o tobie przypominają.

 

Mój rozmówca potwierdza słuszność poczynionej przeze mnie obserwacji, że w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma falami zaproszeń do grona znajomych. Pierwsza miała miejsce podczas strajku nauczycieli w 2019 roku, a druga, większa – przy okazji protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października ub.r. Sam otrzymałem wtedy mnóstwo zaproszeń (w tym drugim przypadku kilkaset) od ludzi, których nie znałem, rozsianych po całej Polsce. Jedynym elementem wspólnym była nakładka pro-life na zdjęcie profilowe. Adam Kawałek zaobserwował takie samo zjawisko w odniesieniu do siebie. A zatem przyczyną zaproszenia nie była realna znajomość, lecz wspólnota poglądów.

 

Krystyna Łobos nie ma złudzeń: tego typu znajomości nigdy nie ulegną pogłębieniu, trudno nawet oczekiwać, że taki „znajomy” coś ci zalajkuje czy skomentuje. – Dla nich to raczej „licznik” ludzi, którzy myślą podobnie. Świadomość, że tych, którzy mają podobne poglądy na daną sprawę, jest wielu, powoduje, że ci ludzie mogą odetchnąć z ulgą, iż nie walczą sami – uważa moja rozmówczyni.

 

Wskazuje też na jeszcze jedno niebezpieczeństwo dużej liczby spłyconych kontaktów. – Bywa – twierdzi Krystyna Łobos – że kontakty z osobami, z którymi bez problemu można by się spotkać bezpośrednio, zaczynamy zastępować kilkoma słowami przez Messengera, na zasadzie: „cześć, co u ciebie słychać”. Ktoś obserwuje nas na Facebooku i widzi, co się u nas dzieje. To zastępuje mu potrzebę kontaktu bezpośredniego. Rzeczywistość wirtualna jest rodzajem zasadzki, bo ludzie odwykają od bezpośrednich kontaktów, które niosą o wiele więcej dobra niż kontakty internetowe.

 

– Trzeba mieć świadomość, jak to działa – uważa dr Paweł Kuca, były dziennikarz, a obecnie politolog na Uniwersytecie Rzeszowskim. – A przede wszystkim świadomość, że nawet jeżeli twój smartfon umożliwia ci bycie w każdym momencie online, to nie buduje to relacji. Albo inaczej: są to relacje bardzo płytkie. Dostajesz zaproszenia do grona znajomych od ludzi, których nie znasz. To nie są takie znajomości jak w realnym świecie. One jedynie budują zasięgi, oglądalność. Może to być pożyteczne narzędzie, ale nie zastąpi realnej rzeczywistości.

 

To prawda. Na pocieszenie można dodać, że członkowie rodziny, którzy chcą utrzymywać bliską więź, czy przyjaciele, nie zadowolą się kontaktami wyłącznie przez media społecznościowe. Bo co by to była za przyjaźń, która nie chciałaby bezpośrednich spotkań?

 

Komentuj i śledź opinie innych

 

Ale media społecznościowe służą nie tylko do kontaktów z osobami bliższymi i dalszymi. Na przykład Krystyna Łobos powadzi w sieci bloga, w którym dzieli się swoimi przemyśleniami na temat bycia żoną i mamą, wychowania itd. Dodatkowo, pełniąc społecznie funkcję rzecznika prasowego rzeszowskiego Orszaku Trzech Króli, w okolicach tego święta intensywnie pilotuje tematykę „orszakową” w mediach społecznościowych, głównie na Facebooku i Instagramie.

 

Krystyna Łobos zwraca też uwagę, że obecność w mediach społecznościowych pozwala jej być na bieżąco z ciekawymi artykułami czy filmikami z kanału YouTube, a tych wartościowych treści pojawia się – jak zauważa – sporo.

 

Paweł Kuca ma konta na Facebooku i Twitterze, ale – jak zaznacza – jest raczej biernym konsumentem mediów społecznościowych. Traktuje je głównie jako narzędzie, które pomaga mu w pracy zawodowej, bo pozwala obserwować rzeczywistość: szybko pozyskiwać informacje, a przede wszystkim opinie od ludzi, których obserwuje na Twitterze, czy poczytać ciekawą publicystykę na Facebooku. Jak zaznacza, grono „ćwierkających”, których obserwuje, nie jest wielkie, ale są to ludzie, z których opiniami się liczy.

 

Z kolei dla Adama Kawałka zasadnicza korzyść z posiadania konta na Facebooku jest taka, że – jak podkreśla – może dość łatwo artykułować swoje poglądy, a nawet w jakiś sposób wpływać na poglądy innych ze względu na to, że sporo ludzi go zna i obserwuje. – Ale mogę także pozyskiwać informacje, które niekoniecznie ukazują się w oficjalnych źródłach – dodaje. Facebook jest dla niego głównie narzędziem wymiany myśli.

 

Moi rozmówcy są raczej niechętni pokazywaniu swojego życia prywatnego w mediach społecznościowych. Paweł Kuca dlatego, że, jak było wspomniane wcześniej, traktuje te media wyłącznie jako narzędzie pomocne w pracy zawodowej. Adam Kawałek obawia się, że informacje ze sfery prywatnej mogłyby być wykorzystane przez kogoś w sposób niegodny, np. stać się przedmiotem szyderstw.

 

–  Na Facebooku jest wiele fajnych treści, ale jest też mnóstwo rzeczy denerwujących, z cyklu „zobaczcie, jaką minę zrobił mój kotek”, „takie drzewko mam w ogródku” czy „zobaczcie, co jadłem na obiad” – zauważa Lucyna Olbrot. I dodaje: –  Nie chcę komuś zaglądać aż tak bardzo do talerza. Są ludzie, którzy dokumentują dosłownie wszystko i potem się tym chwalą, ale to mnie nie interesuje. Wiem, że jak wejdę na profile niektórych osób, to mi przekażą coś ciekawego. Ale są i tacy, których pomijam, bo wiem, że będą tam rzeczy płytkie, które nikomu nie służą, a jedynie zaspokajają potrzebę pokazania się danej osoby.

 

Z tych głosów wynika, że zanim założysz konto na Facebooku, Twitterze, Instagramie itd., dobrze przemyśl, po co chcesz tam być i jak sensownie wykorzystać swoją obecność w tym miejscu.

 

Paweł Kuca zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który często umyka w rozważaniach: sytuacje, kiedy MUSISZ być w mediach społecznościowych. – Trudno dzisiaj prowadzić biznes nie będąc na Facebooku czy w ogóle w Internecie – podkreśla politolog. – Poprzez konto na Facebooku czy kanał na YouTube można kreować politykę informacyjną firmy. To daje wielkie możliwości. Jeżeli firma osiąga duże zasięgi, to nie musi aż tak bardzo zabiegać o to, by informacje o niej ukazywały się w mediach tradycyjnych.

 

Zabiera czas kosztem relacji w realu

 

Kolejny problem z mediami społecznościowymi. Jeżeli nawet nie przewijasz bezmyślnie godzinami Facebooka, Twittera czy Instagrama, a szukasz rzeczy ciekawych, pożytecznych i pomocnych, to czy siedzisz tam na tyle krótko, by nie zaburzało to twoich relacji w realu?

 

Moi rozmówcy są zgodni, że media społecznościowe mogą stać się „złodziejem czasu” – bez względu na to, czy szukamy w nich potrzebnych treści, czy tylko bezmyślnie je przewijamy. Dlatego Lucyna Olbrot przyznaje, że choć na Facebooku jest wiele fajnych rzeczy, zagląda tam rzadko, bo gdy widzi, ile jej to zajmuje czasu, to ją to zniechęca. – Dlatego wolę nie dać się w to wciągnąć, nie marnować czasu, tym bardziej, że jestem osobą dość aktywną. Nie chcę, żeby Facebook zjadał mi zbyt wiele czasu kosztem relacji w realu i zwykłego działania – tłumaczy. I dodaje: – Godzina ze smartfonem, a godzina odwiedzin u babci to jednak duża różnica.

 

– Człowiek bardzo często zaniedbuje obowiązki domowe, relacje z dziećmi czy współmałżonkiem na rzecz siedzenia w Internecie – przyznaje Krystyna Łobos. – Można wtedy nie zauważyć czegoś niepokojącego w zachowaniu dzieci, bo człowiek ma myśli zajęte czym innym.Ważny jest też nośnik mediów społecznościowych. O wiele bardziej niebezpieczny wydaje się smartfon niż np. laptop. Żeby skorzystać z Facebooka czy Twittera na laptopie, trzeba do niego podejść i go włączyć. Smartfon z zainstalowanymi odpowiednimi aplikacjami mamy z reguły zawsze przy sobie. Rodzi to pokusę bycia ciągle „online” i zerkania na ekran telefonu za każdym „piknięciem” z powiadomieniem.

 

– Znam osoby, które chodzą ze smartfonami na spotkania – opowiada Krystyna Łobos. – Powinni ci poświęcić 100 proc. czasu, te pół godziny czy godzinę, żeby spokojnie porozmawiać, a oni reagują nerwowo na każde „piknięcie” w komórce.

 

Liczą się emocje, a nie argumenty

 

W mediach społecznościowych płytkie są nie tylko relacje międzyludzkie. Na inny aspekt sprawy zwraca uwagę Adam Kawałek.

 

– Ludzie – twierdzi – reagują tylko na mocne informacje. Udostępnisz intelektualny artykuł, rozważający jakieś ważne kwestie, to niewiele osób na to zareaguje. A gdy umieścisz jakieś głupie zdjęcie, zbierasz mnóstwo lajków.

 

Dzieje się tak pewnie dlatego, że aby sobie wyrobić pogląd na temat takiego artykułu, trzeba go przeczytać, a wielu ludzi Facebooka tylko przewija. – Traktują informacje bardzo powierzchownie, wizualnie, wyłapują jedynie tytuł – twierdzi mój rozmówca. I dodaje: –Główną przywarą mediów społecznościowych jest to, że tu liczą się emocje, a nie merytoryczne argumenty. Ludzie reagują jedynie na mocne bodźce.

 

Sposób na smartfona

 

Co robić, by media społecznościowe, które miały zbliżać ludzi, nie zniszczyły ich relacji w realu?

 

Sposobów jest wiele. Na najbardziej radykalny zdecydowała się Marta, farmaceutka z Rzeszowa (bliższe dane do wiadomości autora), która nie założyła konta nigdzie. Na pytanie dlaczego, odpowiada:  – Cenię sobie prywatność i nie chcę, by moje sprawy były upowszechniane na szerszym forum.

 

Jakie sposoby mają ci, którzy nie rezygnują z obecności w mediach społecznościowych?

 

Krystyna Łobos w pewnych okresach, np. w Adwencie, znika z nich w ogóle. – Ważny jest reżim – podkreśla. – Jeżeli masz jakąś pracę do wykonania, albo masz do pogadania o czymś ważnym z drugim człowiekiem, to zostaw na boku media społecznościowe, bo one bardzo wciągają. Zdarzało mi się, że siedziałam z córką i zajmowałam się swoim smartfonem. Córka zwróciła mi wtedy uwagę, że znowu siedzę „na telefonie”. Pomyślałam, że to przecież ja powinnam zwracać jej uwagę na takie sprawy, a nie ona mnie.

 

Moja rozmówczyni zabroniła córce trzymania przy sobie smartfona podczas nauki, bo to bardzo ją rozpraszało. – Starsi synowie sami już do tego doszli i wyłączają telefon, gdy mają się uczyć – podkreśla Krystyna Łobos.

 

Adam Kawałek zostawia siedzenie na Facebooku na wieczór, kiedy jest już pewien, że nie ma nic innego do zrobienia. Nie wchodzi też na Facebooka czy Messengera przez smartfona, tylko przez laptopa. – Odinstalowałem te aplikacje z komórki – podkreśla.

 

PS Celowo pomijam kwestię zablokowania w mediach społecznościowych kont Donalda Trumpa, jeszcze do niedawna prezydenta USA. Ta blokada rodzi poważne wątpliwości odnośnie do kwestii istnienia wolności słowa w tychże mediach. Ten temat wart jest jednak odrębnej analizy.

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

 

 

 

 

 

Dekoncentracja sprzyjałaby pluralizmowi mediów – rozmowa z posłem PIOTREM BABINETZEM

Z jednej strony powinny zostać uchwalone przepisy dekoncentracyjne. Z drugiej trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych, czy też dotacji dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów – mówi poseł PiS Piotr Babinetz, przewodniczący Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w rozmowie z Jaromirem Kwiatkowskim.

 

Obóz rządzący od pewnego czasu podnosi w dyskursie publicznym postulat repolonizacji mediów. Budzi on wiele kontrowersji. Zdaniem niektórych komentatorów, rządzący nie do końca wiedzą, jak miałaby ta repolonizacja wyglądać, a znany dziennikarz śledczy Witold Gadowski nazwał ją w jednym z wywiadów „nic nie znaczącym propagandowym określeniem”.

 

Kwestia nie w tym, jak nazwiemy ten problem. Można mówić o repolonizacji, ale bardziej o dekoncentracji mediów. Jest to problem, który nie został w Polsce uregulowany – w przeciwieństwie do takich krajów, jak np. Francja czy Niemcy. To, że mamy dominujący udział kapitału zagranicznego w większości segmentów rynku medialnego w Polsce, nie jest ani naturalne, ani normalne, a zatem powinno budzić – i sądzę, że budzi – zastrzeżenia nie tylko obozu rządzącego, ale także innych środowisk, niekoniecznie politycznych.

 

Mleko rozlało się we wczesnych latach 90. U progu transformacji polskie podmioty nie miały kapitału, który mogłyby zainwestować w media. A ponieważ życie nie znosi próżni, w to miejsce wchodził w kolejnych latach kapitał zachodni. Nie tylko niemiecki, o którym słyszymy najczęściej, ale także np. norweski czy angielski. Zdobył on dominującą pozycję zwłaszcza w segmencie prasy regionalnej. Rozumiem braki kapitałowe, ale nie rozumiem, dlaczego dopuszczono do sytuacji, że ten kapitał przejął przytłaczającą większość rynku prasowego. Na to nie pozwoliłoby sobie żadne państwo. Dopuszczono do sytuacji, którą obecnie nie wiadomo jak odkręcić.

 

W latach 90. z jednej strony olbrzymi wpływ na rządy w Polsce mieli postkomuniści, a z drugiej – znaczna część elit politycznych znajdowała się na etapie pędu za źle rozumianą europejskością, zachwytu nad zachodnim kapitałem. Nie było, z niewielkimi wyjątkami, tej wrażliwości i odpowiedzialności, która podpowiedziałaby, jakie niebezpieczeństwa dla życia społecznego czy gospodarczego Polaków mogą się z tym wiązać. Powtarzano, że kapitał nie ma narodowości.

 

Okazało się, że jednak ma. Każdy człowiek obdarzony pewną dozą zdrowego rozsądku musiał zachodzić w głowę, jak to było możliwe, że Niemcy przejęli 80 czy nawet więcej procent rynku prasy regionalnej, co jest zjawiskiem nie notowanym w żadnym kraju.

 

Proszę zauważyć, że doszło do sytuacji, iż kapitał norweski, francuski czy angielski w polskich mediach był stopniowo zastępowany przez kapitał niemiecki. Nie sądzę, by był to przypadek, tylko wręcz przeciwnie – rezultat starań firm niemieckich. Te działania mogą być wspierane przez politykę państwa niemieckiego. Jest to ciekawe, dlatego że w Niemczech obowiązują przepisy dekoncentracyjne. W poprzedniej kadencji, podczas spotkania członków prezydium Komisji Kultury i Środków Przekazu Sejmu RP z naszymi niemieckimi odpowiednikami, Niemcy zwracali uwagę, że mają przepisy, które uniemożliwiają jednemu koncernowi medialnemu opanowanie większości rynku w danym segmencie medialnym. Nie mówię tu nawet o narodowości tego kapitału, lecz o tym, żeby jedna firma nie mogła mieć dominującej pozycji. A z drugiej strony Niemcy sprzyjają temu, żeby te firmy rozwijały się w Polsce. Zgadzam się, że procentowo ten problem wystąpił w największym stopniu w segmencie prasy regionalnej, choć podobnie jest także w obszarze internetu.

 

Otóż to. W segmencie dzienników regionalnych niemiecka Polska Presse zdobyła przytłaczającą większość rynku. Widzimy wprawdzie, że rynek prasy papierowej się kurczy, ale to żadne usprawiedliwienie. Na pocieszenie możemy stwierdzić, że segment radiowy i telewizyjny jest – mimo wszystko – bardziej zróżnicowany.

 

Na pewno rynek prasy jest rynkiem kurczącym się, ale jednak trudno nie wspomnieć o olbrzymiej ilości tytułów tzw. prasy kolorowej, gdzie dominuje niemiecki Bauer. W innym segmencie rynku decydująca pozycję ma Axel Springer (do niego należą m.in. „Fakt”, „Newsweek”, Onet – przyp. JK). To jest trwałe zjawisko i ciągle niebezpieczne.

 

Na czym, Pana zdaniem, polega to niebezpieczeństwo?

 

Podam prosty przykład. W prasie kolorowej, która zajmuje się głównie poradnictwem, życiem celebrytów, plotkami, a więc przyjmijmy, że neutralnymi tematami, jeżeli pojawia się opis filmów i seriali dotyczących II wojny światowej, to mówi się o „nazizmie” i „nazistach”, a nie o Niemcach. Nazista, czyli nie wiadomo kto, może Polak? To jest niby drobiazg, ale bardzo charakterystyczny. Język używany w tych krótkich, kilkuzdaniowych notkach, nie jest przypadkowy. A ciągłe używanie pewnych pojęć ma w efekcie wpływ na świadomość, szczególnie młodych ludzi. Zresztą to samo określenie, które jest unikaniem prawdy, używane jest również w tych filmach.

 

A może należy inaczej postawić problem? Może tu nie chodzi o ograniczenie udziału zachodniego kapitału w polskim rynku medialnym, lecz o – jak to określiła Barbara Bubula, była członkini KRRiTV – „odwrócenie nierównowagi ideowej w mediach”? Być może obozowi rządzącemu chodzi o taką zmianę wektorów przekazu medialnego?

 

Jedno z drugim się łączy. Przy dekoncentracji własności na rynku medialnym siłą rzeczy doszłoby do tego, że w mediach byłyby obecne różne trendy ideowe, różne spojrzenia na historię, tradycję, kulturę czy gospodarkę. Czy to nazwiemy repolonizacją czy dekoncentracją – w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Jeżeli dopuścilibyśmy nowe podmioty do udziału w rynku medialnym, to siłą rzeczy znalazłyby się wśród nich także te bardziej konserwatywne. Myślę też, że wtedy moglibyśmy z mediów dowiadywać się więcej o państwach i narodach Europy Środkowej, o obszarze Trójmorza, w tym także o wybitnych ludziach pochodzących czy działających na przestrzeni wieków w naszej części Europy. Przecież wiedza o naszych sąsiadach jest i ciekawa i istotna dla przyszłości Polski i Polaków.

 

Jacek Karnowski, naczelny tygodnika „Sieci”, stwierdził, że repolonizacja nie musi się odbywać za pomocą trudnych do praktycznej realizacji ustaw, ale poprzez przejmowanie rynku przez firmy spoza kartelu III RP.

 

No tak, tylko na czym miałoby polegać to przejmowanie?

 

To clou zagadnienia. Dlatego nikt pewnie nie wie do końca, jak ma ten proces repolonizacji czy dekoncentracji wyglądać. Kto miałby odkupywać udziały od podmiotów dominujących? Spółki skarbu państwa? Efekt jest łatwy do przewidzenia: odpływ odbiorców i reklamodawców, a w konsekwencji upadek danego medium.

 

Chodzi raczej o to, by wprowadzić pewne przepisy dekoncentracyjne, po czym mogłyby się pojawić nowe podmioty na zasadzie wolnej konkurencji. W efekcie dekoncentracji ci, którzy są teraz niemal monopolistami, musieliby oddać część rynku. Są przecież w Polsce środowiska intelektualne i biznesowe, wydawcy czy redaktorzy niszowych, ale poruszających ważne społecznie sprawy, mediów z kręgów konserwatywnych, których warto zachęcać do zaangażowania w większe przedsięwzięcia medialne.

 

Dlatego wydaje mi się, że problem został trochę źle postawiony w  warstwie semantycznej. Nie mówmy o repolonizacji, tylko o dekoncentracji mediów. Przyjmijmy, że nie chodzi o narodowość kapitału, tylko o jego nadmierną koncentrację – niektóre podmioty medialne są tak duże, że zdominowały przekaz. Choć przyznaję, wśród największych graczy rynku medialnego gros stanowią ci z kapitałem zagranicznym. Ale stawiam hipotezę, że u jądra problemu leży nie tyle narodowość kapitału, co jego nadmierna koncentracja szkodząca debacie publicznej.

 

Jest to szczególnie widoczne w przypadku największych portali internetowych. Większość Polaków ogląda telewizję, ale informacje bieżące w ciągu dnia bierze jednak głównie z tych portali. Z jednej strony jest tam duży udział kapitału niemieckiego, z drugiej – w przekazie jest to prawie jednolity front liberalny z wtrętami lewackimi, które płyną w tej chwili przez Europę i świat.

 

Załóżmy, że obozowi rządzącemu uda się wprowadzić przepisy dekoncentracyjne. Prochu nie wymyślicie, trzeba skorzystać ze sprawdzonego wzorca z innego kraju, np. Niemiec czy Francji. Nie obawia się Pan, że zaraz podniesie się z Brukseli krzyk o dławieniu wolnych mediów?  Bo cały czas próbują nas stamtąd ćwiczyć, że to, co jest dozwolone w Berlinie czy Paryżu, niekoniecznie jest dozwolone w Warszawie.

 

Oczywiście, jest takie zagrożenie. Natomiast trzeba podjąć próbę. Wzory francuski czy niemiecki istnieją. Choć i tam się to zmienia wraz ze zmianą struktury narodowościowej czy religijnej tych państw. Ale bazując na wzorach sprzed lat, czy to we Francji, czy w Niemczech, widać było, że ich celem było pilnowanie ustalonego poziomu dekoncentracji mediów. Z drugiej strony, kiedy pojawił się brytyjski kapitał w mediach niemieckich, to Niemcy – nie na zasadzie przepisu prawa, lecz ich przywiązania do tego, by to niemiecki kapitał narodowy kontrolował media – podjęli jednak pewne działania i odkupili od Brytyjczyków te media. We Francji też kiedyś pilnowano tego, by posługiwać się językiem francuskim, a nie angielskim.  Tak więc jedną rzeczą są przepisy prawa, a inną – obyczaj i przekonanie wewnętrzne, żeby jednak bronić swojej kultury i tradycji. Ale, jak wspomniałem, to były zasady czy praktyka sprzed lat, które obecnie niestety nie są już przestrzegane. Teraz np. pod wpływem postępującej islamizacji Zachodniej Europy usuwa się z przestrzeni publicznej symbole i nawet język odnoszący się do chrześcijaństwa.

 

Jaki będzie efekt działań obozu rządzącego w kwestii dekoncentracji mediów, być może zobaczymy. Myślę jednak, że powinno się zadziałać także od drugiej strony, o czym mówił we wspomnianym wywiadzie Witold Gadowski. Ma on na myśli tworzenie ułatwień ekonomicznych dla powstawania niezależnych polskich mediów. Dzisiaj nowe przedsięwzięcie medialne jest obarczone ogromnym stopniem ryzyka.

 

Witold Gadowski słusznie zwraca na to uwagę. Myślę, że to powinny być działania kompatybilne. Z jednej strony uchwalenie przepisów dekoncentracyjnych, które w znacznym stopniu uniemożliwiłyby kilku koncernom niemieckim opanowanie niemal całego rynku prasy lokalnej i kolorowej czy największych portali internetowych. Z drugiej strony trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych czy też dotacji dla tych spośród nich, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów. Rozmaite media, nie pokazując palcem, za bardzo starają się przypodobać gustom odbiorców, zamiast zaproponować coś bardziej ambitnego i starać się kreować przywiązanie do pewnych wartości i kultury.

 

Niestety, nie bez winy jest tu publiczna TVP, z uporem godnym lepszej sprawy hołubiąca „artystów” pokroju Zenka Martyniuka.

 

Oferta kulturalna na pewno powinna być bardziej różnorodna. Takie programy są – na TVP Kultura czy TVP Historia. Ale na głównej antenie bardziej ambitnych przedsięwzięć kulturalnych jest za mało, nawet muzyki rockowej jest bardzo mało – a szkoda. Mocniejszą stroną są seriale historyczne TVP, począwszy przede wszystkim od „Czasu honoru”, ale i nowe, jak np. „Młody Piłsudski”.

 

 

Wywiad ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całej wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

 

 

Pomiędzy koniecznością a propagandą – JAROMIR KWIATKOWSKI o mediach samorządowych

 

Jakimi kanałami powinna komunikować się z mieszkańcami władza samorządowa? Czy jest sens, aby rozwijała swoje „koncerny medialne”? Czy prawdziwe jest stwierdzenie, iż na rynku prasy lokalnej istnieje dychotomia: ubezwłasnowolnione gazety samorządowe kontra prywatne ostoje niezależności dziennikarskiej?

 

Przeciwnikiem wydawania prasy przez samorządy jest m.in. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, który w 2018 roku, w piśmie do ministra kultury i dziedzictwa narodowego, stwierdził, że taka działalność wydawnicza samorządów stanowi zagrożenie dla wolności słowa i że powinny one wydawać jedynie biuletyny informacyjne. Gazety samorządowe, zdaniem rzecznika, nie wypełniają podstawowej funkcji prasy, jaką jest kontrola władzy. Jednak w kwietniu ub.r. spadł z porządku obrad Sejmu projekt nowelizacji prawa prasowego autorstwa posłów Kukiz’15, mający na celu wprowadzenie zakazu wydawania tytułów prasowych przez samorządy. Pozytywnie o projekcie wypowiedziała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, ale Komisja Ustawodawcza stwierdziła, że jest on niezgodny z Konstytucją.

 

Informacja czy lans

 

Moi rozmówcy znają medialny rynek lokalny od podszewki. Dorota Mękarska z Sanoka w swojej bogatej karierze dziennikarskiej była m.in. redaktorem naczelnym zarówno tygodnika wydawanego przez samorząd, jak i lokalnej gazety prywatnej. Wojciech Naja jest redaktorem naczelnym i wydawcą tygodnika „Reporter Gazeta”, ukazującego się w powiecie ropczycko-sędziszowskim na Podkarpaciu.

 

Oboje nie mają problemu z tym, by samorządy wydawały biuletyny, w których informowałyby o podjętych decyzjach, zmianach w podatkach, cenach śmieci itp. Ale – jak zauważa sanocka dziennikarka – samorządy są także wydawcami „normalnych” gazet, to znaczy szeroko informujących o różnych aspektach życia lokalnej społeczności, a przy okazji przekazujących także informacje z urzędu gminy czy starostwa. Trudno mówić o niezależności dziennikarskiej zespołów redakcyjnych tych pism, choć – jak zauważa Dorota Mękarska – „wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z rozsądnym włodarzem gminy”. – Jeżeli jest rozsądny, to można wypracować consensus, który będzie zadowalał i jego, i redaktora naczelnego – przekonuje dziennikarka.

 

Jednak, jak sama przyznaje, to rzadkie przypadki. – Z reguły burmistrzowie, wójtowie czy starostowie nie rozumieją, że zakładając kaganiec gazecie uderzają tak naprawdę w siebie, bo czytelnicy doskonale potrafią to wyczuć. W efekcie obraca się to przeciwko nim – uważa Dorota Mękarska.

 

Ale chodzi nie tylko o zakładanie kagańca, czy „ręczne sterowanie”, a więc naciski, jakie treści powinny znaleźć się w gazecie, a jakie nie. Bardzo denerwującą manierą większości pism samorządowych jest to, że wójt, burmistrz czy starosta nachalnie lansują się w „swojej” gazecie, często goszcząc niemal na każdej jej stronie. To właśnie ta chęć lansu powoduje, że „zwykłe” biuletyny informacyjne nie zaspokajają ambicji włodarzy. – Kiedyś w jednej takiej gazecie naliczyłam ponad 20 zdjęć starosty – wspomina Dorota Mękarska. Dodaje, że swoje „trzy grosze” wrzucają też  radni, którzy również nie chcą zaprzepaścić okazji do lansu w „swojej” gazecie.

 

Podobne obserwacje ma Wojciech Naja. – Wychodzę z założenia, że potrzebny jest pewien umiar  –  tłumaczy. – Nie da się tego wprowadzić żadną ustawą (to nawiązanie do nieudanej próby znowelizowania prawa prasowego w tej kwestii – przyp. JK). A prawda jest niestety taka, że samorządowe kanały informacyjne, które powinny służyć prostemu komunikowaniu się z mieszkańcami, służą nierzadko nachalnemu lansowaniu się różnych osób.

 

Redaktor naczelny i właściciel „Reportera” zaznacza, że nie chciałby przekreślać możliwości docierania samorządów do mieszkańców, zwłaszcza że żyjemy w czasach, kiedy kanały informacyjne są łatwo dostępne i trzeba z nich korzystać. – Ważne, żeby robić to z głową i rozumieć naturę instytucji, w której się pracuje – uważa Wojciech Naja. – Jeżeli jest to samorząd, to z definicji pełni on funkcję służebną wobec obywateli. Dlatego uważam, że nie jest to dobry kierunek, kiedy chce się on bawić w „koncern medialny” (oprócz gazety także np. telewizja kablowa – przyp. JK), który mozoli się nad dziennikarskimi laurkami dla burmistrza czy wójta.

 

Samorządowym mediom, zdaniem Nai, ciężko jest zachować niezbędny balans między tym co konieczne (np. informowanie o zmianach w zakresie podatków, cen śmieci itd.), a owym natrętnym lansem. – Źle jest, kiedy samorządowe media w co drugim materiale przedstawiają, co burmistrz wręczył, komu uścisnął rękę, kogo odwiedził itd. – uważa redaktor naczelny „Reportera”.

 

Dziennikarstwo czy propaganda

 

Wojciech Naja uważa, że członków redakcji pism (czy szerzej: mediów) samorządowych trudno nazwać dziennikarzami. Według niego są to raczej pracownicy propagandy, choć w swojej pracy stosują formy z pozoru dziennikarskie. Przywołuje przykład telewizji samorządowej:  – Kłopot polega na tym, że mamy tam ogromną dysproporcję pomiędzy jakością dziennikarską materiałów, która bywa bardzo słaba, a techniczną, która jest coraz lepsza, bo gminy nie szczędzą na to środków.

 

Również Dorota Mękarska uważa, że pracę samorządowych „biuletynów” udających gazety trudno nazwać dziennikarstwem, a ich niski poziom bierze się stąd, że nie pracują w nich profesjonaliści, lecz osoby, które jedynie przyuczyły się do zawodu. – One nie nauczyły się dziennikarstwa z niezależnych mediów, nie wiedzą, na czym ono polega i wydaje im się, że dawanie burmistrza na 20 zdjęciach w numerze to normalna praca dziennikarska. Nie mają świadomości, że nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem – przekonuje.

 

Dziennikarka twierdzi, że pisma samorządowe mogą być często „polem do popisu” dla byłych dziennikarzy, a obecnie „propagandystów na usługach”, którzy manipulują dość perfidnie: pod płaszczykiem kontrowersyjnych pytań rzucają „koła ratunkowe” włodarzowi miasta czy gminy, by łatwo mógł się wytłumaczyć z kontrowersyjnych posunięć. A kiedy jeszcze taki „dziennikarz” pozostaje w zażyłych stosunkach z włodarzem gminy, wtedy zawsze „włącza” mu się autocenzura i trudno oczekiwać, że będzie on niezależny.

 

– Ja nie spotykałam się z burmistrzem na stopie towarzyskiej – podkreśla Dorota Mękarska, nawiązując do czasów, kiedy była redaktorem naczelnym tygodnika samorządowego, z którego zrobiła niezłe pismo lokalne. – Później pocztą pantoflową dotarło do mnie, że w ratuszu zarzucali mi, iż trzymałam się od nich z daleka, nie chodziłam na żadne kawki i pogaduszki.

 

Dziennikarka ma świadomość, popartą doświadczeniem, że gdy redaktor naczelny próbuje zachować jak największy zakres niezależności, jego przygoda z pismem samorządowym może skończyć się bardzo szybko. Poza tym na poziomie gminy niby nie ma polityki, ale wraz ze zmianą władz traci on stanowisko jako jeden z pierwszych, Lecz, jak podkreśla moja rozmówczyni, w gazetach prywatnych wcale nie jest pod tym względem lepiej; często są one wykorzystywane do promowania biznesowych i politycznych interesów właściciela.

 

– To nie jest tak, że gazeta samorządowa to zawsze twór kompletnie ubezwłasnowolniony, tuba propagandowa włodarza gminy (choć często tak bywa), a prywatna to wzór niezależności. Taka dychotomia jest nieprawdziwa – oburza się Dorota Mękarska. I dodaje: – Musimy sobie, czy to w mediach samorządowych, czy prywatnych, zadać pytanie, na jaki kompromis jesteśmy w stanie pójść. Nic nie warte drobnostki zdarzają się w każdej pracy, ale jeśli dotyczy to spraw kardynalnych, to trzeba zapytać, czy jestem w stanie się temu poddać? Przy obecnej kiepskiej kondycji mediów lokalnych nie ma dobrze płatnej pracy dla dziennikarzy, dlatego też czasami godzą się oni na różne świństewka, a bywa wręcz, że pseudodziennikarze sami je inicjują (np. nagonki na ludzi).

 

Nie potrzebuję niezależnych mediów, mam swoje

 

W przywołanym piśmie do ministra, rzecznik praw obywatelskich podniósł kwestię, że „uzurpowanie przez biuletyny samorządowe roli gazet wiąże się niejednokrotnie z utrudnianiem dostępu do informacji dziennikarzom prasy prywatnej”.

 

Wojciech Naja potwierdza istnienie takiego zjawiska: – Największe zagrożenie, jakie niejednokrotnie jako gazeta odczuwaliśmy, jest takie, że kanał informacyjny, który buduje władza samorządowa, dąży do samowystarczalności. W umysłach władz gminy pojawia się myślenie: skoro mamy swój kanał informacyjny, to nie potrzebujemy niezależnych mediów i sami będziemy decydowali o tym, o czym rozmawiamy, a zwłaszcza – jakie tematy pomijamy. A to prowadzi do ignorowania zapytań od gazet niezależnych.

 

Zupełnie inną strategię stosuje prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, który formalnie nie ma swoich kanałów informacyjnych, ale „uwiódł” wszystkie rzeszowskie media, które same w dużym stopniu abdykowały z funkcji kontrolnej wobec niego. – To nie jest mój teren, ale jeśli tak się stało, nie jest to winą prezydenta Rzeszowa, lecz tych mediów – uważa Wojciech Naja. – Problem polega więc tak naprawdę na tym, że to te media nie zadają właściwych pytań prezydentowi.

 

Inna sprawa to kwestia odpłatności za gazety samorządowe. Rzecznik praw obywatelskich w cytowanym już piśmie prezentuje pogląd, że jeżeli prasa samorządowa jest rozprowadzona bezpłatnie, to tym samym „jest pozbawiona ważnego – standardowego dla prasy prywatnej – źródła finansowania, które jest uzupełniane ze środków publicznych”. Niezależnie od powyższego, bardzo niepokojący jest, zdaniem Adama Bodnara, „udział prasy samorządowej w rynku reklamowym, który niejednokrotnie warunkuje funkcjonowanie prywatnej prasy lokalnej”. Z kolei odpłatne wydawanie gazet samorządowych może, jego zdaniem, „budzić wątpliwość z punktu widzenia art. 61 Konstytucji, który przewiduje prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej i osób pełniących funkcje publiczne”.

 

Wojciech Naja zauważa, że bez względu na to, czy gazety samorządowe są płatne, czy nie, z reguły nie są one samofinansujące się. A zatem koszty ich wydawania –  papier, druk, płace, sprzęt, lokal – pokrywamy także my jako podatnicy. – Pytanie, czy chcielibyśmy korzystać z tych mediów w takim kształcie, w jakim one są – pyta redaktor naczelny „Reportera”.

 

W jednym gazety samorządowe górują, zdaniem Doroty Mękarskiej, nad prywatnymi: zarobki są w nich wyższe (choć nie są to żadne kokosy), a stabilizacja zatrudnienia (wyjąwszy redaktora naczelnego) większa. Co wielu „dziennikarzy” zachęca do tego, by w tych gazetach trwać.

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Artykuł ukazał się w „Forum Dziennikarzy”.

Cały numer 2/2020  można przeczytać

tutaj.