Cezary Gmyz wrócił do Telewizji Republika

Dziennikarz śledczy, publicysta i były korespondent TVP w Berlinie dołączył do redakcji Telewizji Republika.

Informację o powrocie Gmyza do TV Republika podano we wtorek po południu na antenie stacji. Dziennikarz przypomniał, że był jednym z założycieli tej telewizji i współautorem jej nazwy.

„Witam ponownie na pokładzie stacji, którą miałem honor zakładać i wymyśleć jej nazwę” – napisał  Cezary Gmyz w serwisie X.

Gmyz w swojej karierze zawodowej, oprócz TV Republika, pracował m.in. w dzienniku „Rzeczpospolita” i tygodniku „Do Rzeczy”. Od 2016 roku był korespondentem Telewizji Polskiej w Niemczech.

opr. jka, źródło: X

 

Radio Maryja wyprzedziło Trójkę. Spory wzrost słuchalności Radia ZET

W okresie marzec – maj 2024 duży wzrost słuchalności zanotowało Radio ZET w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Radio Maryja zaś miało lepszy wynik niż Program III Polskiego Radia.

Z ostatniej fali badania Radio Track wynika, że liderem rynku radiowego w Polsce pozostaje RMF FM, którego udział w czasie słuchania w okresie marzec – maj 2024 wyniósł 29,3 proc. Stacja ta, w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku, zanotowała niewielki spadek (z 29,7 proc.). Na drugim miejscu znalazło się Radio ZET, którego udział wzrósł z 13,2 proc. do 15,4 proc. Trzecie miejsce, wśród stacji ogólnopolskich i ponadregionalnych, zajął Program 1 Polskiego Radia z wynikiem 4,5 proc. (spadek z 4,8 proc.)

Udział w słuchalności Radia Maryja wzrósł z 1,7 proc. do 2 proc., dzięki czemu rozgłośnia ta wyprzedziła w zestawieniu Program 3 Polskiego Radia, który miał wynik taki sam jak w ubiegłym roku, wynoszący 1,9 proc.

opr. jka, źródło: Radio Track

Piszemy dla normalnych chłopaków – rozmowa z MICHAŁEM BONDYRĄ, redaktorem naczelnym miesięcznika „KnC”

Chcemy żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC, wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie  – mówi Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika KnC. Pismo to zostało w tym roku uhonorowane nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót KnC

„Króluj nam, Chryste!” to tradycyjne zawołanie ministranckie. Skrót powstał po to, żeby tę tradycję przedstawić w nowoczesny sposób, ale też zaintrygować. Mam wrażenie, że przez 20 lat istnienia KnC staramy się wciąż przekazywać tradycyjne wartości właśnie w taki nowoczesny sposób.

To „na dzień dobry” mamy już credo pisma.

Można chyba tak to streścić.

Ma być nowocześnie, bo odbiorca jest specyficzny?

To są młode chłopaki, nastolatki. My celujemy nie w małe dzieci, a bardziej w koniec szkoły podstawowej i liceum. I często pojawia się zarzut: dlaczego?

Podbijam pytanie…

Wybraliśmy taki przedział wiekowy, ponieważ to jest czas, kiedy chłopaki dojrzewają i odchodzą z ministrantury, a chodzi nam o to, żeby ich przytrzymać przy wartościach. Zawsze, kiedy przekonuję księży, dlaczego warto zamawiać KnC, mówię im, że największą wartością jest to, że z tych ministrantów wyrosną nawet jeśli nie księża, to ojcowie, którzy będą mieli konkretny kręgosłup moralny i którzy zaprowadzą potem swoje rodziny do kościoła.

Czyli nie formujesz pod kapłaństwo?

To też, tylko że ten odsetek kapłanów w całym społeczeństwie jest dużo mniejszy niż ojców w rodzinach. Z drugiej strony są badania, które pokazują, że 90 proc. kapłanów wywodzi się właśnie z ministrantury.

Zwykły chłopak czy święty młodzian na chmurce, unoszący się trzy metry nad ziemią?

Od początku – i to się nie zmienia – przyświeca mi myśl, żeby pokazać ministranta jako gościa, który oprócz tego, że wierzy, jest normalnym chłopakiem – gra w piłę, imprezuje. Tylko ma wartości. Chodzi raz w tygodniu w sobotę na zbiórkę i dwa razy służy do Mszy św. – i tylko te wartości wyróżniają go spośród rówieśników.

Jak duży jest to „rynek”?

Tego „rynku” w zasadzie nikt nie bada. Kiedy zaczynaliśmy, liczbę ministrantów szacowano między 200 a 300 tys. osób. W tej chwili myślę, że jest to bliżej 100-150 tys.

Mocny spadek, czyli odbicie sytuacji Kościoła w Polsce.

Sekularyzacja, zeświecczenie, brak powołań, pandemia…

Cofnijmy się o te 20 lat, do początków. Jak to możliwe, że wcześniej nie istniało pismo poświęcone stricte ministrantom?

W Polsce nie istniało. W Europie były bodajże dwa takie tytuły – konkretnie we Włoszech i w Austrii. Nie wiem nawet, czy jeszcze funkcjonują na rynku.

Taki pozytywny ferment zasiał chyba ks. Jakub Dębiec, który był w Watykanie, miał kontakty wiedeńskie i znał ministranckie magazyny. Obok mnie to zresztą chyba jedyny człowiek, który jest od początku w KnC.

Sam pomysł stworzenia pisma pochodzi natomiast od ks. Waldemara Hanasa, ówczesnego redaktora naczelnego Przewodnika Katolickiego i biskupa pomocniczego poznańskiego Grzegorza Balcerka – pierwszego po przerwie delegata KEP ds. Ministrantów.

A jak Ty się w tym znalazłeś?

To jest ciekawa historia. Dowiedziałem się, że gdzieś odbywa się coś

w rodzaju castingu na redaktora, który ma prowadzić nowe pismo. Na spotkaniu z ks. Hanasem usłyszałem, że w zanadrzu są dwa, trzy teksty, kilka mejli plus telefon i z tego trzeba zrobić pismo dla ministrantów.

To się chyba nazywa „okrągłe zero”.    

Tak, tak naprawdę nie było niczego, zupełnie jak w Białymstoku (śmiech). I co zabawniejsze, pamiętam, że pierwsza redakcja KnC była w tym samym pokoju, co Mały Przewodnik Katolicki i pół na pół dzieliliśmy komputer na konkretne godziny „od – do” z redakcją mPK.

Na dodatek Ty byłeś ekonomistą w zasadzie, nie dziennikarzem.

I to ekonomistą gospodarki żywnościowej, ale pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów.

A może ten ekonomista był właśnie potrzebny na początek?

Śmieję się niekiedy, że ta kwestia ekonomiczna była od początku ważna. I do dzisiaj z tego korzystam, bo ekonomia mocno wiąże się z matematyką i liczeniem.

Bo żeby ogarnąć takie pismo samemu, trzeba trzymać się twardo harmonogramów i ściśle ustawiać wiele spraw.

To było takie mozolne zdobywanie rynku?

Można powiedzieć – praca organiczna. Zorganizowana „obdzwonka” po księżach: słuchajcie, chcemy zrobić nowe pismo, będzie zerowy numer, może na początek weźmiecie za darmo. I tak dalej. Setki telefonów i wyjazdów, rozmów, często twardych… I tak to się rozkręcało.

Błogosławieństwo Prymasa Polski kard. Józefa Glempa.

Musiałeś przebijać się przez kurialne bramy?

Trochę tak. Nadal zresztą tak jest, że jeżdżę po Polsce do duszpasterzy diecezjalnych i do biskupów, pokazuję KnC, przekonuję, że warto. Ale też przez takie wyjazdy, robiąc przy okazji reportaże ze wspólnot ministranckich, docieram niejako do tych „dołów”.

Od początku miałeś pomysł, jak pismo ma wyglądać?

Ja się KnC uczyłem tak naprawdę z powstawaniem tego pisma. Nie będę udawał, że wszystko od początku wiedziałem. Aczkolwiek wizja była też już na starcie nakreślona przez ks. Waldemara Hanasa – i wydyskutowana w szerszym gronie – że zrobimy dwa główne bloki tematyczne: W komżyBez komży – a więc o tym, co się dzieje w Kościele i o tym, co poza nim. Bardzo sensowny pomysł, zresztą do dzisiaj się tego podziału trzymamy.

Bez Komży, czyli?…

Sport, muzyka, chrześcijańscy raperzy, samochody, pasje, hobby, to, czym żyje każdy młody chłopak.

 KnC to jest brand? Znany w całej Polsce?

Na pewno duszpasterze znają pismo.

Docieracie do wszystkich zakątków kraju?

Tak, choć z różnym skutkiem. Czasami jest 20-30 sztuk, a czasami po kilkaset do tysiąca egzemplarzy w diecezji. Był moment, że tworzyliśmy także specjalne dodatki diecezjalne. Taki sztandarowy dodatek to KnC Płock, który do dziś dobrze funkcjonuje na poziomie tysiąca egzemplarzy.

Jaki jest obecny nakład KnC?

Nakład średnioroczny to 5200 egzemplarzy, ale są miesiące, gdy dochodzi do 7 tys. sztuk.

Cały czas musisz zabiegać o rynek, podtrzymywać kontakty?

Tak, to jest cały czas konieczne, choć teraz już częściej telefonicznie. Kiedy pytają mnie o fenomen KnC, to odpowiadam, że są nim właśnie relacje. Bo jeśli zbudujesz relacje z duszpasterzami, którym zależy, i będziesz je podtrzymywał, to oni będą przekonani, że to pismo ma sens i warto je promować u siebie.

Macie konkurencję?

Oficjalnie nie, choć trochę w te buty wchodzi Mały Gość Niedzielny, który ma kąciki dla ministrantów.

Szata graficzna – od początku miało być nowocześnie, młodzieżowo?

Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na pierwszy rzut oka było widać, że to nie jest pismo dla „boomerów”. Szata graficzna od początku była bardzo ważna, choć z czasem bardzo się zmieniała. Najpierw posiłkowaliśmy się fachowcami, którzy już byli w składzie Przewodnika Katolickiego, a z upływem lat zyskiwałem coraz większy wpływ na jej kształt. I do dzisiaj tak jest, że to ja mam jakiś koncept okładki i się ścieramy, ale ostatecznie staje zwykle na moim (śmiech).

Pomysły na zbiórki ministranckie to też Ty?

Nie, nieprzerwanie od lat robi je wspomniany już wcześniej ks. Jakub Dębiec. Blok ministrancki W komży wspomaga też cykl Formuj się, którego autorem jest ks. Kamil Falkowski, który – uwaga! – był ministrantem i sam czytał KnC. A teraz jest księdzem i pisze do nas.

Czyli taki janczar…

(śmiech) Tak, to taki nasz wychowanek.

W tej części KnC znajdują się także teksty związane z ceremoniarzami czy w ogóle z liturgią, słowniki liturgiczne i minilekcjonarz, czyli dodatek na każdy dzień miesiąca, z czytaniami mszalnymi i psalmami. Dziś rzecz jasna wszystko jest zdigitalizaowane, ale jeśli ministrant zapomni, może sobie przed samą mszą przeczytać i się dokształcić. Wielu wciąż z tego korzysta.

A skoro już mowa o rzeczywistości cyfrowej, to w Zbiórce i w Formacji łączymy przestrzenie papierowe ze światem wirtualnym. Dołączamy do pisma QR kody, pod którymi znaleźć można konspekty na gotową zbiórkę ministrancką, łącznie z wyliczeniem czasu, ile to zajmie i w jaki sposób ją przeprowadzić. I dostaję od księży głosy, że to rzeczywiście im pomaga w formacji.

A odzew chłopaków?

Chłopaki zaczynają zwykle czytanie KnC od trzech tekstów, czyli od komiksu, humoru i sportu (śmiech).

Czyli tak, jak się dawniej czytało, normalka. Sam zaczynałem od komiksów.

Jeśli chodzi o komiks, to też ciekawa historia. Przygotowuje go dla nas unikatowo ks. Piotr Kaczmarek, kiedyś duszpasterz służby liturgicznej, dziś rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Robiłem z nim kiedyś materiał na temat jego komiksowej pasji i od słowa do słowa zaprosiłem go do współpracy.

Spotkanie z Janem Pawłem II w Rzymie w 2005 roku.

Przez te dwadzieścia lat poznałeś sporo wartościowych, fajnych chłopaków?

To prawda. Chłopaków, ale i dorosłych facetów, którzy kiedyś otarli się w jakiś sposób o ministranturę. Podobnie jak znanych ludzi, którzy także byli ministrantami.

A ministrantki?

Ministrantki u nas się nie pojawiają.

Właściwie, dlaczego nie?

Z prostego powodu – o ministrantkach w diecezji decyduje biskup miejsca. A ponadto z pragmatycznego przekonania, że dziewczyny i chłopaki w tym samym wieku inaczej się rozwijają. Te pierwsze są dojrzalsze, przez co wypierają trochę chłopaków z funkcji, są bardziej odważne. No i w Kościele, póki co, kapłanami są mężczyźni, a tak jak wcześniej rozmawialiśmy, 90 proc. księży wywodzi się ze służby liturgicznej.

Ci znani na łamach KnC?

Kamil Stoch na przykład. Rozmawialiśmy tydzień przed jego pierwszym zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Był ministrantem?

Nie, ale jest lektorem i czyta lekcje. Nawet podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich przed własnymi skokami brał wraz z innymi skoczkami udział we Mszy św. i czytał liturgię.

Kluczem dla mnie jest to, że to są ludzie wierzący, podzielający wartości KnC i którzy gdzieś mieli styczność z ministranturą.

Chcą się wypowiadać na łamach KnC?

Nie jest to takie oczywiste, ale są tacy, jak na przykład Tomasz Zubliewicz, Piotr Cyrwus, Sławomir Szmal czy Krzysztof Hołowczyc, którzy nie mają z tym problemu. Dla nich to też jest jakaś forma odwagi – mówią o wartościach i „dają twarz” w takim niszowym piśmie.

Stykasz się z młodymi chłopakami, a po latach ciekawe jest chyba „sprawdzam”.

To są niekiedy ciekawe historie. Tu od razu dodajmy, że w części KnC określanej Bez Komży jest rubryka Moje pasje, w której pojawiają się księża albo ministranci, którzy mają fajne, nietuzinkowe zainteresowania. I w niej ukazał się kiedyś materiał o 13-letnim chłopaku, który zaczynał mocno eksperymentować w kuchni i marzył o tym, żeby zostać topowym kucharzem. Po latach spotkaliśmy się i on był już wtedy szefem kuchni w Galerii Tumskiej. Ten chłopak to Mariusz Starosta, dziś także szef Wojowników Maryi.

Albo piłkarz Jakub Piotrowski, który dziś strzela bramki w reprezentacji Polski, a w turnieju o puchar KnC zdobył brązowy medal jako ministrant.

Skoro o piłce nożnej mowa…

 To ważny element integracyjny. A właściwie dwa: piłka i pielgrzymki.

Mistrzostwa Polski Liturgicznej Służby Ołtarza w Piłce Nożnej Halowej o Puchar KnC to była oddolna inicjatywa lektorów z Elbląga z ks. Pawłem Guminiakiem na czele, który jest zresztą jedynym prezesem-księdzem klubu piłkarskiego, którego drużyna gra na szczeblu centralnym. Na pierwszy turniej w 2006 roku przyjechało 48 drużyn.

Dzisiaj mamy dziewiętnastą edycję – mistrzów przyjedzie 140-tu, czyli ponad 1,5 tys. ministrantów i lektorów, w trzech kategoriach wiekowych: ministrant, lektor młodszy i lektor starszy. I to są tylko mistrzowie swoich diecezji, a w każdej diecezji od setki do nawet 1,5 tys. chłopaków gra eliminacje, żeby dostać się do turnieju finałowego Po Pucharze Tymbarku to jest chyba drugi największy taki dziki turniej w kraju. To nasze dziecko.

Wspomniałeś też o pielgrzymkach.

 Co dwa lata jako jeden z głównych partnerów działamy na rzecz ogólnopolskich Pielgrzymek Ministrantów i Lektorów. Pielgrzymowaliśmy m.in. do Częstochowy, Lichenia, Krzeszowa, Niepokalanowa, Gniezna, Gietrzwałdu czy na Święty Krzyż. W sumie wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy ministrantów z kilkudziesięciu polskich diecezji. W tym roku spotykamy się 15 czerwca w podlubelskiej Wąwolnicy.

Misja pozostaje niezmienna?

Chcemy dalej formować chłopaków. Każdemu, kto jest w tym środowisku, zależy, żeby Kościół był żywy. A żywy Kościół jest wtedy, kiedy facet nie tylko zaprowadzi rodzinę do kościoła, ale żyje na co dzień wartościami, Dekalogiem. Są zresztą takie badania amerykańskie, które pokazują, że jeśli głowa rodziny wierzy, to i rodzina jest wierząca. I to jest ważne. No i to, żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie.

A sam miesięcznik? Rynek prasy jest, jaki jest.

Rynek prasy się kurczy. To jest codzienna walka z jednej strony o to, żeby utrzymać się na rynku, a z drugiej – żeby poprzez nowe pomysły łączyć tradycję z nowoczesnością i zdobywać nowe obszary. Nawet teraz rozmawiamy z diecezjami, w których być może pojawi się dodatek do KnC.

Cały czas podkreślam, że dobre wartości trzeba świetnie opakowywać. Nie może być tandety, nie może być „kościółkowo”, czyli amatorsko, bez jakości. Pismo musi być atrakcyjne i mieć najwyższą jakość.

I to „opakowanie” zostało docenione w postaci tegorocznej nagrody specjalnej  Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

 Jest to dla mnie duża radość i zaszczyt. W tym roku będziemy obchodzić z żoną 20-lecie ślubu i mogę powiedzieć, że pierwszym moim dzieckiem było KnC, a dopiero później nasi synowie.

Dziękuję za to wyróżnienie w imieniu całego zespołu, który współtworzył pismo przez te dwie dekady. Przede wszystkim odbieram to jako docenienie całego dzieła, tego, że przez tyle lat mimo przeciwności losu udało się wytrwać na rynku. Bez wielkich dofinansowań, utrzymując się samemu, czasami łokciowo, walcząc codziennie o dobrą sprawę. Głęboko wierzę, że prawdziwe dzieło formacyjne przetrwa i obroni się zawsze niezależnie od zawirowań ekonomiczno-politycznych.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

 

 

W Klubie Historycznym SDP wykład o Rosji dra Krzysztofa Jabłonki

Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprasza 20 czerwca 2024 roku o godz. 18.00 na wykład dra Krzysztofa Jabłonki pt. „Rosja: Imperium czy kolos na glinianych nogach?”

Zagadnienie jest  jakże aktualne  w świetle wydarzeń na Ukrainie  i gróźb Putina oraz  jego generałów w stosunku do państw NATO, w tym także Polski.

Wykładowcą będzie  historyk, autor wielu książek historycznych, m.in. monumentalnego dzieła „100 polskich bitew na lądzie, morzu i w powietrzu”. Zagadnienie rosyjskie poznał od podszewki, gdyż był dyplomatą – konsulem w Moskwie, Grodnie i Charkowie. Był także uczestnikiem wypraw na Syberię, Ural, Kamczatkę, czy nad Bajkał.

Zapraszamy 20 czerwca o godzinie 18 do siedziby SDP w Warszawie przy ul Foksal 3/5.

Przewodnicząca Klubu Historycznego SDP 

 Hanna Budzisz

 

Poważnie (nie)żartuję – rozmowa z WIESŁAWEM KOTEM, uhonorowanym Laurem Wielkopolskiego Oddziału SDP

Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Fot. archiwum W. Kot

 „Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?

Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.

Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?

Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.

Teraz Pan naprawdę przesadza.

Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.

Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?

Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.

Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?

Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.

I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.

Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.

Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…

Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.

Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.

Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.

Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.

Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.

Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?

Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.

Fot. archiwum W. Kot

Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak  leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.

Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.

Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.

Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.

O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?

Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.

Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?

Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…

Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.

Umrzeć przy klawiaturze.

Nie tak szybko. Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…

Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

Chodzę za moimi bohaterami – rozmowa z WANDĄ RÓŻYCKĄ-ZBOROWSKĄ, uhonorowaną Laurem Wielkopolskiego O. SDP

Nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu – mówi reżyser Wanda Różycka-Zborowska, uhonorowana nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2024.

Czy reżyser dokumentów jest po trosze publicystą?

 Niezupełnie się z tym zgadzam. Dlatego zaskoczyła mnie nagroda, którą otrzymałam od Wielkopolskiego SDP, bo w zasadzie dziennikarze się mną nie zajmowali. A tu nagle takie miłe zaskoczenie. Zastanawiam się, co takiego zauważono. Czy zatem reżyser rzeczywiście ma coś z publicysty? Myślę, że na pewno musi się orientować w rzeczywistości, musi stać mocno na ziemi, ale to jest trochę inna specyfika niż praca dziennikarza. Wy łapiecie fakty, dokumentujecie je. Ale i tu i tu istotna jest prawda.

To jest spójne…

 A zatem jeżeli widzicie we mnie ten rys, że robię filmy, w których próbuję szukać prawdy, opowiadać o moich bohaterach prawdziwie, to tak. W tym znaczeniu to pokrewne profesje. Ale moje widzenie dotyczy bardziej strony duchowej, to znaczy nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu. I to  jest podstawa. Dlatego, że wtedy prawda jest głębsza. I cokolwiek inni powiedzą o moim filmie, to już mnie nie interesuje. Bo ja wiem, że tam jest prawda. I niektórzy odkryją ją od razu, a niektórzy muszą na to poczekać.

Pani filmy są zawsze ważnym głosem. Dlatego wydają mi się bliskie publicystyce.   

To prawda. Rzeczywiście, nie jest mi obojętne to, co się dzieje wokół. I nieobojętny jest mi człowiek. To wszystko, czym żyję, co mnie otacza, w jakimś sensie we mnie się gotuje i przeobraża, i stąd wychodzą pomysły.

Od zawsze „robi” Pani w metafizyce?

Wydaje mi się, że tak, że już jako dziecko miałam takie rozmazane granice, nie wiedziałam, co jest rzeczywiste, a co nierzeczywiste. Wydawało mi się na przykład,  że umiem latać. Skąd takie rzeczy przychodziły mi do głowy? I zachwycała mnie przede wszystkim przyroda, byłam w niej cała zanurzona. Czytaliśmy z rodzeństwem mnóstwo książek, a potem odtwarzaliśmy ich treść w zabawach. W jakimś sensie to była moja reżyseria. Mój brat wspomina: ty nas reżyserowałaś, myśmy się ustawiali według wskazówek w konkretny sposób, w konkretnych sytuacjach.

A metafizyka filmowa? Dlaczego taki kierunek?

Bo to jest nasza dusza, wszystko jest zakryte w nas. I my pomału w to wchodzimy i odkrywamy.

Fascynuje Panią człowiek?

Tak, człowiek, duch i Bóg. Bóg to jest moja wielka fascynacja. Bez spojrzenia oczyma Boga nie możemy poznać w pełni człowieka. To samo mówił Jan Paweł II, że bez Chrystusa nie poznacie człowieka. I to mi się wydaje podstawą, punktem wyjścia.

Ale to się odkrywa etapami, bo na przykład w pierwszym okresie filmowym bardziej interesowała mnie krzywda ludzka, ból, niesprawiedliwość. Na samym początku, kiedy studiowałam już reżyserię filmową, powiedziałam, że nigdy nie zrobię filmu przeciwko sobie.

Mocna deklaracja…

Tu chodzi o moją odpowiedzialność za drugiego człowieka, za to, co powiem, za słowo.

Ale inni widzieli w tym coś więcej. Ostatnio pokazywałam film Kamień. To jest jeden z pierwszych moich obrazów po szkole filmowej, opowieść o Piotrze Szyryńskim, mieszkańcu Suwalszczyzny – historia jego życia, wierności. Właściwie miał to być film o jego matce, która żyła w ogromnej harmonii z przyrodą. Kiedy szła, to wilki chodziły za nią – tak o niej mówiono, a mnie to bardzo interesowało. Oboje chcieli postawić pomnik ojcu, którego hitlerowcy zamordowali i nie mogli tego zrobić, bo to był akowiec.

Ale zastanowiło mnie, że ludzie po obejrzeniu tego filmu mówili, że jest on na wskroś duchowy. A to przecież miał być film o walce z krzywdą, z kłamstwem.

I to dało Pani do myślenia?

Ja też to później zauważyłam, to było w moim filmie. A potem moje podejście ewoluowało. Zrozumiałam w pewnym momencie – wydaje mi się, że po Czarnych baronach – że tamta krzywda była apogeum tych ludzi, z którymi przeprowadzałam wywiady. To była bardzo duża grupa bohaterów, ponad trzydzieści osób, wspólna historia żołnierzy-górników, którzy zostali siłą wcieleni do pracy przymusowej. I ten film zatrzymano, mimo że ci żołnierz-górnicy pisali i do telewizji i do władz, zebrali nawet ponad 50 tys. podpisów, co nam chyba nawet bardziej zaszkodziło niż pomogło.

Ja wtedy zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy to jest jednak prawda do końca. Bo z jednej strony myśmy ze scenarzystą, Kazimierzem Boskiem, pokazali prawdę losu tych ludzi, tej krzywdy ofiar komunizmu, ale czy to oddaje całość?

Rzeczywiście, po tym filmie myślałam nawet o zrezygnowaniu z zawodu. I długo się nad sobą zastanawiałam. Ale wtedy nastąpił ten etap, że skierowałam się w stronę kina duchowego. Moja córka mówiła: mamo, Ty się takimi tematami religijnymi zajmujesz, talent swój marnujesz.

Uważała, że kino konfesyjne Panią ogranicza, szufladkuje? 

Tak, że to ograniczenie. A ja mówię – nie, właśnie mówienie o sprawach dobra jest trudniejsze niż zła. Wygrzebywanie z człowieka tego, co jest zakryte.

Ale skazała się Pani przez to na mniejszy krąg odbiorców.  

Ja wiem, ale wtedy to jest wybór drogi. Ja taką drogę wybrałam. I nie mam do nikogo o to pretensji. Jestem wdzięczna za wszystko, bo to jest mój wybór i ja za niego odpowiadam. Choć to ciężka droga, bo związana z tym, że nie będę ani pokazywana, ani nagradzana, ani gratyfikowana finansowo. I tak się stało.

Pierwsze i główne skojarzenie z Pani twórczością to chyba Duśka, film o doktor Wandzie Półtawskiej. Przynajmniej dla mnie.

 Jestem zaszczycona, że ktoś to łączy. Jeden z przyjaciół Wandy powiedział kiedyś, że ona jest Kosmosem. A ja się postrzegałam przy niej jak małe ziarenko piasku. Ale nie czułam się przez to upokorzona, gorsza, wręcz odwrotnie. Toczyłam bój, żeby wykrzesać z niej prawdę, bo ona na początku nic nie chciała mówić, mimo że się zgodziła na film. A ja jako ten mały piaseczek mogłam uczyć się przy tym filmie pokory. To był dla mnie ogromny test. Ale dzięki temu otworzyły się drzwi i mogłam zobaczyć Wandę w prawdzie. I ona mogła mówić. Bo gdybym walczyła, sprzeciwiała się, udowadniała, że jako reżyser mam tu coś do powiedzenia, że zrobię, jak chcę, nie udałoby się. Zamiast tego przyjęłam postawę, że na wszystko się zgadzam, a wszystko się działo.

Co na to sama Półtawska?

Ona o tym nie wiedziała. Jeżeli zastrzegała, że nic nie powie o Janie Pawle II, ja odpowiadałam: dobrze. Jeśli mówiła: nie zejdę do podziemi Bazyliki Świętego Piotra, nie uklęknę przed płytą nagrobną Jana Pawła II dlatego, że znałam go jako żywego i chcę go zachować jako żywego; ja: dobrze. Ale potem się okazało, że ona załatwiła dokumenty, żebyśmy mogli zejść do podziemi jako filmowcy. Tyle tylko, że na tym papierku zapisano – o czym Wanda nie wiedziała – że musi wejść z nami. I była tym zaszokowana, zarzekała się, że nie wejdzie, że została oszukana. A ja na to: nie, my nic nie wiedzieliśmy. I kiedy w końcu zeszła do podziemi, powiedziałam tylko do operatora: kręć. A ona uklękła przed grobem.

Pani po prostu za nią „tylko” chodziła.

 Tak, chodziłam za Wandą dlatego, że nie było innej możliwości. Ona mi na wstępie powiedziała, jak wygląda jej harmonogram dnia. Duśka w ciągu jednej doby robiła tyle rzeczy, ile inni ludzie nie są w stanie wykonać w czasie miesiąca. Tak miała wypełniony program.

Przy Duśce wycofywałam się, znikałam. Bo gdybym zaczęła „być”, pokazywać, jaka jestem formalnie utalentowana, co potrafię, to nie mogłabym jej poznać. I w związku z tym powiedziałam: będę za panią chodzić. Zatem te sceny w ogóle nie były inscenizowane.

I teraz kiedy robiłam Błogosławioną, obraz o życiu i duchowości bł. Natalii Tułasiewicz, działałam tok samo.

Fot. N. Tułasiewicz-Wala

Metoda „na Duśkę”?

O, właśnie – metoda „na Duśkę”. I mimo że Błogosławiona to film kreacyjny, fabularyzowany, to jest on wynikiem wspaniałej współpracy. Bo to wszystko się tworzyło jak gdyby w wyniku przyjmowania.

 Główną bohaterkę gra zresztą krewna Natalii Tułasiewicz.

 Zosia w ogóle nie chciała grać. I w końcu zrobiła to dla swojej ciotki, przekonana ostatecznie, że to jest ważne, że trzeba zagrać. A świetnie się sprawdziła. Bo ona się poddała, tak jak ja postawiłam się w sytuacji, że niczego jej nie narzucam. Powiedziałam: masz być, Zosiu, tylko być… A ona się we mnie zasłuchała. I to jest taka piękna pokora.

Zauważyłam, że jak człowiek jest pokorny, to wtedy widzimy jego nieprawdopodobny potencjał, o którego istnieniu on sam nawet nie wie. I w wyniku tego dzieją się niesamowite rzeczy. Natomiast kiedy my zapełniamy wszystko sobą, coś narzucamy, niewiele możemy zobaczyć.

Fot. N. Tułasiewicz-Wala

Podobno  najważniejszy dla Pani był jednak obraz Pójdź za Mną. Testament Jana Pawła II?

Tak i kiedy go oglądam, mam wrażenie, że nie ja zrobiłam ten film. Mój kolega powiedział o nim: wiesz, Wanda, ja go oglądałem 77 razy. Warunek jest jeden: nie możemy zakładać, że my już wszystko wiemy o Janie Pawle II i wtedy ten film nas przyciąga.

Mnie Jan Paweł II fascynował od samego początku. Właściwie moja droga twórcza po części była naznaczona przez jego nauczanie. Poznałam je wcześnie, jeszcze jako studentka, i się zachwyciłam. Naprawdę zachwyciłam. A  później jego List do artystów był dla mnie już takim dopełnieniem.

A w nim zdanie: Uczyń z życia arcydzieło

To w zasadzie program, zdefiniowanie tego, jaką rolę ma artysta. Bo sam Jan Paweł II nim był. Ja wtedy nad tym dużo rozmyślałam: jakie jest moje miejsce, moja odpowiedzialność? I dziś powiedziałabym nawet, że jestem bardziej artystą niż reżyserem. Bo reżyser wypełnia zawód, a mnie nawet nie bardzo pozwalają wykonywać go do końca, bo co składam, to odrzucają. I to jest trudne doświadczenie.

A artysta odpowiada przed Bogiem za to, co robi. I druga rzecz: musi istnieć harmonia między tym, jak żyję, a jak tworzę. Jeżeli jej nie ma, to ten film czy to dzieło, czy ta praca nie zostaje w drugim człowieku. A w harmonii nasze dzieła się nie starzeją. Dlatego, że to jest wzięte ze świata nadprzyrodzonego. To nie jest nasze, my możemy być jedynie inspirowani albo złem, albo dobrem. I co wybieramy?

Faktycznie, bardzo to Wojtyłowe…

Miałam takie uczucie, pracując nad Testamentem. To jest film zrobiony tylko z materiałów archiwalnych. Oglądałam je ponad rok, analizując każdy kadr, i z tych wycinków, z tych ponad stu kaset wybierałam fragmenty. To była modlitwa i trud. Oglądałam twarz Jana Pawła II, dostrzegałam, jak on jest skupiony, kiedy jest sam i kiedy jest w tłumie. Zawsze taki sam. Nieustannie w rozmowie z Panem Bogiem. I ja to widziałam.

Co ciekawe, kiedy w Miami pokazałam Duśkę, wszyscy mówili, że to jest film o … Janie Pawle II. A przecież Wanda mówiła, że ona nic nie powie o nim.

A wyszło na Pani…

Te dwa filmy robiłam jednocześnie, to jest też ciekawe. Jeździłam na zdjęcia z Duśką i oglądałam materiały do Testamentu. I zrozumiałam wtedy, co on chciał nam przekazać, każde słowo, każdą myśl. Wszystko się ułożyło.

Na dodatek uparłam się przy tytule Pójdź za mną. Producent filmu Przemysław Häuser przekonywał, że powinniśmy zostać tylko przy Testamencie Jana Pawła II.

Papież jeszcze wówczas żył i to miało zaskoczyć wszystkich. Mieliśmy być pierwsi. Nie udało się, bo Jan Paweł II odszedł w kwietniu, a my nie mieliśmy jeszcze filmu skończonego.

Do zakończenia potrzebny był mi fragment z pogrzebu. Pamięta pan ,co powiedział kardynał Ratzinger w pogrzebowej homilii?

?…

 Powiedział: Kluczem do zrozumienia Jana Pawła II są słowa Jezusa do Piotra: „Pójdź za mną”Pójdź za mną. I dlatego to nie był mój film. Tak, jakbym czuła, że powinien powstać, a ja byłam prowadzona. I dlatego ciągle do niego wracam, lubię go po prostu, bo on nie jest mój.

Pani się bardzo utożsamia z tymi wszystkimi postaciami – Półtawską, Tułasiewicz, Wandą Błeńską, Janem Pawłem II. Stwierdzam fakt.

Ja kocham swoich bohaterów. I nigdy ich nie zostawiam. Jestem z nimi do końca i nawet po śmierci mam z nimi taką łączność duchową.

Klucz, którym spina Pani swoje filmy?

 Żeby wszystko, co robię, było na chwałę Bożą. Nie na moją.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

List otwarty wiceprezesa SDP MARIUSZA PILISA: Europejska Federacja Dziennikarzy woli nie dostrzegać tego, co stało się w Polsce po 19.12.2023 r.

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis, delegat SDP na odbywający się pod koniec maja br. w kosowskiej Pisztinie coroczny zjazd Europejskiej Federacji Dziennikarzy (European Federation of Journalists EFJ), wystosował list otwarty do władz EFJ w związku z manipulacją przy projekcie uchwały SDP w obronie niszczonych przez obecny rząd polskich mediów publicznych po 19 grudnia 2023 roku.

Adresatką listu otwartego jest prezes EFJ, chorwacka dziennikarka, Maja Sever.

 

List otwarty Mariusza Pilisa prezentujemy wraz z odniesieniami do dokumentów SDP i EFJ:

„Droga Maju,
Raz jeszcze chciałbym podziękować za nasze spotkanie w ramach Annual Meeting w Prisztinie. Pozostawiło ono we mnie pewne refleksje, które są związane z procedowaniem naszego, złożonego przez SDP wniosku o sytuacji polskich mediów publicznych po 19 grudnia 2023.
Złożyliśmy nasz wniosek według wszelkich procedur w ramach tzw. wniosków zwykłych (nie „urgent”, czyli pilnych) w przewidzianym terminami czasie.

(Poniżej tekst projektu uchwały złożony przez SDP przed zjazdem (wersja polska) – red.)

[Media Publiczne w Polsce

wniosek zgłoszony przez SDP (Polska)

Delegaci na Doroczny Zjazd Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ), który odbywa się w Prisztinie w dniach 23-24.05.2024 zauważa, że media publiczne w niepodległej Polsce istnieją od 31 lat. Zmiany w nich zawsze następowały na drodze ustaw przyjętych przez Sejm, Senat i podpisanych przez Prezydenta. Przez te 31 lat podstawą do zmian w mediach publicznych zawsze było obowiązujące w Polsce prawo – Konstytucja, ustawa o radiofonii i telewizji i ustawa o Radzie Mediów Narodowych.

Tak było do 19.12.2023 roku.  W tym dniu, zaledwie 6 dni po przejęciu w Polsce władzy przez koalicję partii liberalnych i lewicowych z Donaldem Tuskiem jako premierem na czele, rozpoczęło się bezprecedensowe w wolnej Polsce siłowe wtargnięcie do siedzib mediów publicznych. Takie obrazy widzieliśmy na Białorusi czy w Rosji. Ale nigdy wcześniej w Polsce.  W jednym momencie wyłączone zostały nadajniki m.in.  TVP INFO, TVP WORLD i szesnastu regionalnych oddziałów telewizji publicznej. Zniknęły strony internetowe nadawców publicznych.  Siłowo wprowadzono do telewizji neo-prezesa. Odbyło się to przy wykorzystaniu prywatnych firm ochroniarskich. Taka sama sytuacja dotyczyła publicznego Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej.

Tydzień później, Bartłomiej Sienkiewicz, minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w nowym rządzie Donalda Tuska, postawił polskie media publiczne w stan likwidacji. Dlaczego? W obawie przed werdyktem sądów, które mogły nie uznać tego siłowego przejęcia mediów za legalne i nie uznać w ten sposób zainstalowanych neo – władz tych mediów. Była to kolejna odsłona zamachu na polskie media publiczne. Tak samo nielegalna jak poprzednia. Nowo wybrany rząd siłowo uzyskał pełną kontrolę praktycznie całej przestrzeni medialnej w Polsce.

Działaniom polityka, ministra Sienkiewicza towarzyszyła brutalna kampania dezinformacyjna, blokowanie możliwości nadawania programów informacyjnych telewizji publicznej oraz usuwanie dziennikarzy mediów publicznych z pracy. Według informacji ZG SDP pracę w mediach publicznych straciły setki dziennikarzy w całym kraju.

20 grudnia 2023 r. zostały zablokowane wszystkie programy informacyjne telewizji publicznej, zlikwidowano całą publicystykę polityczną. Osoby wskazane przez polityków rządu Donalda Tuska tworzą do dzisiaj alternatywne programy informacyjne, którymi zastępuje się te, które do tej pory funkcjonowały w przestrzeni publicznej. Symbolem tych działań jest zmiana nazwy istniejącego od 1989 r. głównego programu informacyjnego TVP z „Wiadomości” na tytuł „19.30”.  Wytworzony w grudniu 2023 przez polityków chaos pogłębia się do dzisiaj. Skutkuje to konkretnymi stratami finansowymi w TVP, Polskim Radiu i Polskiej Agencji Prasowej. Notuje się bezprecedensowy odpływ widowni i słuchaczy od quasi publicznych mediów, które próbują tworzyć dzisiaj politycy nowego rządu Donalda Tuska. Istnienie mediów publicznych w Polsce jest zagrożone. Grozi im fizyczny rozpad.

Ta bezprecedensowa akcja godząca w polską Konstytucję, wolność słowa i podstawowe prawa obywatelskie możliwa jest dzięki złamaniu przez polityków rządu premiera Donalda Tuska elementarnych zasad ustrojowych państwa polskiego. Dzisiaj w Polsce dominują argumenty siły. Prawo w odniesieniu do zmian jakie zastosowano wobec mediów publicznych w Polsce – nie istnieje.

Wolne media publiczne są częścią demokratycznego porządku i muszą takie pozostać. Bez nich Polska nie może być krajem demokratycznym, respektującym zasadę wolności słowa.

Nigdy w swojej historii media publiczne w Polsce nie były poddane tak brutalnym zmianom jak widzimy to teraz. Jaki jest efekt tych zmian? Pełna dominacja w praktycznie całej przestrzeni informacyjnej treści niedopuszczających krytyki obecnego rządu, wykluczenie dyskusji publicznej na ważne dla Polaków tematy. Dominuje cenzura, szykany wobec dziennikarzy, którzy chcą wykonywać swój zawód w oparciu o kodeks etyki dziennikarskiej.

Takich informacji nie słychać dzisiaj z przekazów płynących z Polski. Ponieważ pod kontrolą obecnego rządu pozostają wszystkie media publiczne, służy mu także praktycznie cały prywatny mainstream medialny. Partie rządzące dzisiaj Polską stworzyły system kontrolowania informacji. Dzisiaj demokracja, wolność słowa i podstawowe prawa dziennikarskie są w naszym kraju brutalnie łamane w skali jakiej nie obserwowaliśmy w Polsce na przestrzeni ostatnich 35 lat.,

Doroczny Zjazd EFJ zobowiązuje Komitet Sterujący EFJ do wezwania polskiego rządu, do wycofania podjętych bezprawnych działań, przywrócenia zasad prawa, według których do tej pory regulowane były zmiany w mediach publicznych w Polsce. Walne Zgromadzenie EFJ przyłącza się do wyrażonego przez SDP głębokiego zaniepokojenia sytuacją, jaka wytworzyła się wokół mediów publicznych w Polsce.  Walne Zgromadzenie EFJ wyraża solidarność z pozbawionymi pracy dziennikarzami mediów publicznych w Polsce i poinformuje wszystkie instytucje Unii Europejskiej o łamaniu prawa wobec mediów publicznych w Polsce]

Poniżej tekst projektu uchwały SDP po angielsku:

 

Pierwszego dnia Annual Meeting, dwóch członków Steering Committee, poinformowało mnie, że są zastrzeżenia do naszego wniosku, do jego treści. Zaproponowano mi jako wnioskodawcy, że do naszego wniosku zostaną wprowadzone – cytuję- „kosmetyczne poprawki”. Poprosiłem o przedstawienie mi tych poprawek. Zaznaczyłem, że dopiero po zapoznaniu się z nimi ostatecznie nasza delegacja podejmie decyzję o ich zaakceptowaniu bądź niezaakceptowaniu. Ku mojemu zaskoczeniu, praktycznie cały nasz wniosek został skreślony i wprowadzona została nowa treść, w żaden sposób nie odpowiadająca duchem i intencją pierwotnemu wnioskowi. To był zupełnie inny, nowy wniosek. Kopia tych „kosmetycznych zmian”, którą dołączam, pokazuje skalę tej ingerencji.

Nie mogliśmy zaakceptować takich zmian, ponieważ całkowicie wypaczały nasze intencje. Nasz wniosek opisywał sytuację wokół polskich mediów publicznych, która zaistniała po 19.12.2023, czyli po siłowym przejęciu Telewizji Polskiej, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej.
W dniu głosowania, przedstawiciele Komitetu Sterującego poinformowali mnie, że powstała kolejna wersja zmian w naszym wniosku. Była to całkowicie nowa treść, nie poprawki naszego wniosku. Zaprotestowałem u Ricardo Gutierreza i poinformowałem go, że delegacja SDP nie zgadza się na tak daleko posunięte ingerencje w nasz wniosek.  
Przyszedł moment na publiczną prezentację delegatom wniosku SDP i tego, czego on dotyczy. Poinformowałem również delegatów o próbie ingerencji w niego przez członków Komitetu Sterującego i innej polskiej organizacji dziennikarskiej Society of Journalists (TD).  Zaproponowałem, aby treść, którą mi zaproponowano jako poprawkę do naszego wniosku po prostu dopisać do naszego wniosku. I tutaj stało się coś, czego nie rozumiem do dzisiaj. Nastąpiło głosowanie nad poprawkami (w istocie był to nowy wniosek) zaproponowanymi przez Komitet Sterujący. Delegaci poparli te poprawki w głosowaniu. Po zakończeniu głosowania prezydium Annual Meeting poinformowało mnie, że nasz, pierwotny wniosek nie będzie już głosowany, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ przegłosowane „poprawki” są w istocie przegłosowanym wnioskiem i automatycznie nie ma potrzeby głosowania treści zaproponowanej przez nas. Nasz pierwotny wniosek przepadł więc bez głosowania! Powstał zupełnie inny, o wypaczonej treści, wypaczonych intencjach, w którym sprawcy niekonstytucyjnych i siłowych rozwiązań wobec mediów publicznych w Polsce są uznawani przez EFJ jako partnerzy w rozwiązywaniu przyszłych problemów mediów publicznych w Polsce. Czy tak ma wyglądać rzetelność i prawda dziennikarska? Tak ma wyglądać pomoc zagrożonym mediom publicznym w Europie? Czy takie są cele EFJ? Odebrano nam głos, zmieniając nasz wniosek i poddając go głosowaniu.
Procedura składania wniosków do głosowania jest ściśle określona w EFJ. Procedura wprowadzania poprawek do wniosków, też ma swoją logikę. Wnioski składa się przed Annual Meeting w określonym terminie. A poprawki do nich powinny być poprawkami. Zwykle stanowią maksymalnie 10% tekstu oryginalnego. Tak było w trakcie głosowania wniosków innych delegacji podczas Annual Meeting w Prisztinie. W przypadku naszego wniosku, zmianie uległo ponad 90% tekstu.

 

Należy zatem przyjąć, że głosowaliśmy nie poprawkę, ale cały, nowy wniosek. Powstaje zatem pytanie, czy wszystko odbyło się legalnie i zgodnie z procedurami? Czy Komitet Sterujący miał prawo zgłaszać nowy wniosek, pod pozorem zgłoszonych „kosmetycznych poprawek”? Naszym zdaniem nie miał.
Wprowadzono poza procedurą nowy wniosek. I jako taki, nie miał prawa być głosowanym. Wnioskiem, który powinno się głosować był nasz, oryginalny wniosek, bądź nasz wniosek z dołączoną treścią jako poprawką zaproponowana przez Komitet Sterujący. Zaproponowałem publicznie taką możliwość, ale i to zostało zignorowane przez prezydium Annual Meeting.
W zaistniałej okoliczności delegacja SDP wycofała nasze poparcie dla nowego wniosku. Wycofaliśmy swoje poparcie dla tak zmanipulowanej treści.
Rozumiemy, że EFJ woli nie dostrzegać tego, co stało się w Polsce po 19.12.2023. Ale odbieramy to, co się wydarzyło podczas Annual Meeting jako skrajną manipulację, dzięki której stworzono nowy, inny wniosek, który powstał wbrew naszym intencjom. To sytuacja nie do zaakceptowania.
Składam w tej sprawie formalny protest i proszę o informację jak Komitet Sterujący zamierza go potraktować.
                                                                                                                                                                        ***
Kolejną sprawą jest kwestia Urgent Motion no. 1, do którego zaproponowałem dopisanie sytuacji polskich mediów publicznych po 19.12.2023. Zaproponowany przez Komitet Sterujący Urgent Motion no.1 mówił o zagrożeniach dla mediów publicznych na Słowacji, w Hiszpanii, Szwajcarii, Włoszech, we Francji i w Bosnia Herzegovina. Komitet Sterujący zgodził się na dopisanie przykładu Polski. Wspólnie z Ricardo Gutierrez i Krzysztof Bobinski z Society of Journalist (TD) uzgodniliśmy treść zdania, które powinno być dopisane jako nasza poprawka w Urgent Motion no.1.
Brzmiało ono:

„In Poland, many journalists were fired in TVP and Polish public radio after 19.12.2023”

Ale w finalnej, ostatecznej wersji Urgent Motion no. 1 istnieje zapis:

„In Poland, many journalists were fired in TVP and Polish public radio”

Dlaczego tak się stało? Naszym zdaniem to nie było przeoczenie. Dlaczego nikt nie poinformował nas o wykreśleniu daty z tego zdania? Daty, która określa siłowy zamach na polskie media publiczne i moment, w którym setki dziennikarzy straciły w jednym dniu pracę? Czy chodzi o to, by w tej sprawie niczego nie powiedzieć? Żeby zrelatywizować fakty? Żeby nie wskazać odpowiedzialnych za to, co się wydarzyło w dniu 19.12.2023 i po nim?
Na Annual Meeting przyjechałem z bagażem nadziei, oczekiwań a przede wszystkim z przekonaniem, że znajdę się wśród ludzi, dla których obrona praw dziennikarzy, wolności wypowiedzi i transparentność stanowią istotę działalności. Zetknąłem się z urzędowym koniunkturalizmem, manipulacją i milczeniem w obliczu zastosowanych metod.
My, dziennikarze potrafimy rozmawiać otwarcie, transparentnie i przede wszystkim w oparciu o fakty. Chcę wierzyć, że polityczny koniunkturalizm, który wobec współczesnych polskich problemów wokół mediów publicznych ujawnił się w Prisztinie z całą siłą, to tylko wypadek i manipulacja kilku osób, które  postanowiły nie dopuścić aby prawda o wydarzeniach w Polsce nie znalazła się w dokumentach końcowych Annual Meeting. 
 Jako wiceprezes największego polskiego stowarzyszenia dziennikarskiego, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP), które zrzesza blisko 3000 dziennikarzy, składam oficjalny protest wobec praktyk, które miały miejsc na Annual Meeting.
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) wierzy i oczekuje, że Komitet Sterujący EFJ zaproponuje odpowiednie rozwiązanie zaistniałej sytuacji.
Mariusz Pilis
wiceprezes SDP, delegat na AM EFJ w Prisztinie (2024)

 

Poniżej wersja angielska listu otwartego Mariusza Pilisa do EFJ:

Open Letter to president EFJ Maja Sever
 Dear Maja,
Once again, I would like to thank you for our Annual Meeting in Pristina. It left me with some reflections, which are related to the procedure of our, submitted by SDP, proposal on the situation of Polish public media after 19 December 2023.
We submitted our motion according to all procedures under the so-called ordinary (non-urgent) motions, within the stipulated deadlines.
On the first day of the Annual Meeting, two members of the Steering Committee informed me that there were objections to our proposal, to its content. It was suggested to me as the proposer that there would be – and I quote – ‘cosmetic amendments’ to our proposal. I asked to be presented with these amendments. I pointed out that it was only after I had familiarised myself with them that our delegation would finally decide whether or not to accept them. To my surprise, practically the whole of our proposal was deleted, and new content was introduced, in no way corresponding in spirit and intent to the original proposal. It was a completely different, new proposal. A copy of these ‘cosmetic changes’, which I attach, shows the scale of this interference.

We could not accept such changes as they completely distorted our intentions. Our proposal described the situation around the Polish public media that arose after 19.12.2023, i.e. after the forceful takeover of the Polish Television, the Polish Radio and the Polish Press Agency.
On the day of the vote, I was informed by representatives of the Steering Committee that there was another version of the amendments to our proposal. It was completely new content, not amendments to our proposal. I protested to Ricardo Gutierrez and informed him that the SDP delegation did not agree with such a far-reaching interference in our proposal.
The moment had come for a public presentation to the delegates of the SDP proposal and what it concerns. I also informed the delegates of an attempt by members of the Steering Committee and another Polish journalism organisation, the Society of Journalists (TD), to interfere with it.  I suggested that the content that was proposed to me as an amendment to our motion should simply be added to our motion. And here something happened that I do not understand to this day.
There was a vote on the amendments (actually a new motion) proposed by the Steering Committee. The delegates voted in favour of these amendments. At the end of the vote, I was informed by the Annual Meeting presidium that our original motion would not be voted on any more, that there was no need to do so, as the voted ‘amendments’ were in fact the voted motion and automatically there was no need to vote on the content we had proposed. Our original motion was therefore lost without a vote!
A completely different one has been created, with distorted content, distorted intentions, in which the perpetrators of unconstitutional and forceful solutions against public media in Poland are recognised by the EFJ as partners in solving the future problems of public media in Poland. Is this how integrity and journalistic truth are supposed to look like? Is this how to help endangered public media in Europe? Are these the aims of the EFJ? We were deprived of our voice by amending our motion and putting it to a vote.
The procedure for submitting motions for voting is strictly defined in the EFJ. The procedure for amending motions, also has its own logic. Motions are submitted before the Annual Meeting by a certain date. And amendments to them should be amendments. They are usually a maximum of 10% of the original text. This was the case when other delegations voted on their motions at the Annual Meeting in Pristina. In the case of our proposal, more than 90% of the text was amended.

All that remains of it is a short introduction. It must therefore be assumed that we voted not on an amendment, but on a whole new proposal. The question then arises as to whether everything was done legally and according to procedure? Did the Steering Committee have the right to table a new proposal, under the guise of reported ‘cosmetic amendments? In our view, it did not.

 

A new motion was introduced outside the procedure. And as such, it had no right to be voted on. The motion that should have been voted on was our original motion, or our motion with the contents attached as an amendment proposed by the Steering Committee. I publicly proposed this possibility, but this too was ignored by the Annual Meeting presidium.
In the circumstances, the SDP delegation withdrew our support for the new proposal. We withdrew our support for such manipulated content.
We understand that the EFJ prefers not to see what happened in Poland after 19.12.2023. But we perceive what happened during the Annual Meeting as an extreme manipulation through which a new and different proposal was created, which was against our intentions. This is an unacceptable situation.
I am lodging a formal protest about this and would like to know how the Steering Committee intends to deal with it.

***

Another issue is the question of Urgent Motion no. 1, to which I proposed to add the situation of Polish public media after 19.12.2023. The Urgent Motion no.1 proposed by the Steering Committee spoke of threats to public media in Slovakia, Spain, Switzerland, Italy, France and Bosnia-Herzegovina. The Steering Committee agreed to add the example of Poland. Together with Ricardo Gutierrez and Krzysztof Bobinski from the Society of Journalist (TD), we agreed on the content of the sentence that should be added as our amendment in Urgent Motion no.1.
It read:

‘In Poland, many journalists were fired in TVP and Polish public radio after 19.12.2023’.

But in the final, definitive version of Urgent Motion No. 1 there is a provision:

‘In Poland, many journalists were fired from TVP and Polish public radio’.

Why did this happen? In our view, it was not an oversight. Why did no one inform us about the deletion of the date from this sentence? The date which defines the forcible attack on the Polish public media and the moment when hundreds of journalists lost their jobs in a single day? Is the point to say nothing on this matter? To relativise the facts? To not name those responsible for what happened on and after 19.12.2023?
I came to the Annual Meeting with a baggage of hopes, expectations and, above all, the conviction that I would be among people for whom the defence of journalists’ rights, freedom of expression and transparency are at the heart of their work. I was confronted with official opportunism, manipulation and silence in the face of the methods used.  I am not referring to the delegates.
We journalists are able to talk openly, transparently and, above all, on the basis of facts. I want to believe that political opportunism, which, in the face of contemporary Polish problems around the public media, revealed itself in Pristina with full force, is just an accident and manipulation by a few people who decided to prevent the truth about events in Poland from finding its way into the final documents of the Annual Meeting.
As vice-president of Poland’s largest journalistic association, the Association of Polish Journalists (SDP), which brings together nearly 3,000 journalists, I am lodging an official protest against the practices that took place at the Annual Meeting.
The Association of Polish Journalists (SDP) trusts and expects that the Steering Committee of the EFJ will propose an adequate solution to the situation.
Mariusz Pilis
Vice-President of the Association of Polish Journalists (SDP)
Delegate to Annual Meeting, Pristina 2024

 

Likwidatorzy lokalnych rozgłośni Polskiego Radia chcą dymisji szefa KRRiT. Jest odpowiedź Macieja Świrskiego

Likwidatorzy lokalnych rozgłośni Polskiego Radia domagają się dymisji przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Maciej Świrski skomentował sprawę w portalu wPolityce.pl. „Prosiłbym, żeby zamiast robić konferencje prasowe i inne sabaty na mój temat, państwo likwidatorzy zgłosili się po odbiór transz abonamentowych we właściwych dla ich lokalizacji sądach” – powiedział.

Likwidatorzy regionalnych rozgłośni Polskiego Radia w środę na konferencji prasowej w Poznaniu przedstawili swoje stanowisko, w którym stwierdzili, że „Maciej Świrski niszczy demokrację. Wolne niezależne media to gwarancja praw i wolności obywateli. I dlatego mówimy tutaj dzisiaj jednym, wspólnym głosem. I dlatego wzywamy pana do dymisji. Żądamy pana dymisji. Niech pan w końcu zachowa się honorowo.”

Likwidatorzy wyliczyli, że od stycznia do końca maja regionalne rozgłośnie powinny otrzymać z tytułu abonamentu blisko 80 mln zł.

„Prosiłbym, żeby zamiast robić konferencje prasowe i inne sabaty na mój temat, państwo likwidatorzy zgłosili się po odbiór transz abonamentowych we właściwych dla ich lokalizacji sądach” – skomentował sprawę w portalu wPolicyce.pl Maciej Świrski..

„Niech okażą przy tym swój dokument powołania na likwidatora oraz prawomocny wpis do KRS. Jeśli sąd uzna, że są odpowiednimi osobami do odbioru tych pieniędzy, to sąd na pewno to uzna i pieniądze wypłaci. Dlaczego tego nie robią? Moim zdaniem dlatego, że doskonale wiedzą, że są nieprawomocnie powołani, w związku z czym obawiają się, że gdy sąd odmówi wypłacenia tych pieniędzy, to wydźwięk tej odmowy raczej nie będzie dla nich korzystny”  dodał przewodniczący KRRiT.

Maciej Świrski podkreślił, że likwidatorzy sami komplikują sprawę.

„Zamiast pójść po pieniądze do sądów, gdzie zostały złożone w depozycie, likwidatorzy piszą pisma żądające od sądów odrzucenia tych naszych wniosków o depozyt. A to jedynie przedłuża procedurę. Nie byłoby więc całej sprawy, gdyby nie ich pisma i to, że rozpętują nieistniejącą aferę w momencie, kiedy piłka jest po ich stronie boiska” –  zauważył szef KRRiT.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

Koncert charytatywny dla Polaków we Lwowie

Zapraszamy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (Warszawa, ul.  Foksal 3/5 ) na koncert charytatywny, który odbędzie się 11 czerwca o godz. 18. Będziemy wtedy prowadzić zbiórkę pieniędzy. Sytuacja Polaków we Lwowie jest tragiczna. Do wybuchu pandemii  i potem wojny z Rosją żyli z przyjazdów wycieczek z Polski: udostępniając  noclegi, przygotowując posiłki, oprowadzając po Lwowie i organizując koncerty.  Teraz jest to niemożliwe.  Podobnie –  jak w większości przypadków – znalezienie nowej pracy.

A śpiewać dla nas i Lwowiaków będzie  utalentowany artysta Piotr Schmidt. Usłyszymy przedwojenne szlagiery, które śpiewał m.in. Eugeniusz Bodo  czy powojenne piosenki, np. Grzesiuka i Wielanka.

Prosimy też o rozesłanie w gronie znajomych i bliskich zaproszenia na ten wyjątkowy koncert i wspomożenia naszych rodaków.  A jeżeli przyjście nie będzie możliwe, będziemy wdzięczni za wpłacanie pieniędzy na konto Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z dopiskiem: Dla Polaków we Lwowie

Dane do wpłaty:

Oddział Warszawski SDP

Nr rachunku: 58 1020 1156 0000 7202 0061 6961

Hanna Budzisz – wiceprezes Oddziału Warszawskiego SDP

Bogdan Zdrojewski w Radiu Wnet: Ustawa medialna najpóźniej we wrześniu

Jest plan, aby rozstrzygnięcie co do modelu finansowania mediów publicznych zapadło w czerwcu – powiedział w środę na antenie Radia Wnet Bogdan Zdrojewski, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, kandydat KO do PE.  Jako termin ostateczny nowej ustawy medialnej wskazał na wrzesień.

Bogdan Zdrojewski był gościem Krzysztofa Skowrońskiego w środowym Poranku Radia Wnet. Zapytany został m.in. o to dlaczego nie zrealizowano zapowiedzi uchwalenia nowej ustawy medialnej w marcu.

„Przede wszystkim dlatego, że została zawetowana ustawa okołobudżetowa i prezydent zapowiedział wetowanie wszystkich ustaw. Nas to mocno zaniepokoiło i postanowiliśmy ustawę medialną po pierwsze przedyskutować publicznie, tak się stało w Fundacji Batorego, a po drugie podzielić ją na dwie albo trzy części. Ta pierwsza część rzeczywiście jest gotowa, choć ma alternatywy, chodzi o finansowanie mediów publicznych” – odpowiedział szef sejmowej komisji kultury.

W dalszej części rozmowy zdradził szczegóły planowanych rozwiązań. Pierwszy model „zakłada finansowanie wprost z budżetu państwa, ale nie poprzez coroczną decyzję, tylko poprzez pewien mechanizm. Tak funkcjonuje to w dziewięciu krajach Unii Europejskiej”.

Drugi, bardziej skomplikowany sposób, zakłada likwidację abonamentu i wprowadzenie opłaty audiowizualnej.

„Po to, żeby taką rzecz przeprowadzić, ustawa powinna być gotowana najpóźniej we wrześniu tego roku. Jest taki plan, aby to rozstrzygnięcie pomiędzy pierwszym wariantem a drugim zapadło jeszcze w czerwcu” – zapowiedział Bogdan Zdrojewski.

opr. jka, źródło: wnet.fm.

 

Konkurs Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozstrzygnięty! 

Reżyser Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych” oraz red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Ordynator” i „Szambo Prezesa” emitowanych w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 zostali laureatami tegorocznego Konkursu Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału SDP . Dziennikarze otrzymali równorzędne Nagrody Główne. Laureatem Nagrody Virtuti Civili został red. Ryszard Gromadzki za książkę „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności”, a Nagrodę im. Wojciecha Dolaty –  red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane także w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 . Po raz drugi laureatkami Nagrody Młodych Dziennikarzy im Wojciecha Cieślewicza zostały dziennikarki Blanka Aleksowka i Justyna Piasecka z „Głosu Wielkopolskiego”. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się 12 czerwca 2024 r.  o godz. 16.30 w Zamku Królewskim Przemysła na Górze Przemysła w Poznaniu. 

Jury Konkursu obradowało w składzie dr Jolanta Hajdasz – przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof.UAM dr hab. Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Barbara Miczko- Malcher, red. Aleksandra Tabaczyńska, red. Łukasz Brodzik, red. Roman Wawrzyniak  i Barbara Napieralska (NSZZ Solidarność Region Wielkopolska, przedstawiciel sponsora Nagrody Młodych Dziennikarzy ) na posiedzeniu 3 czerwca  2024 r. Jury postanowiło przyznać następujące nagrody:

dwie równorzędne Nagrody Główne WO i LO SDP za najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne: 

  • reż. Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych”
  • red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Szambo Prezesa” i   „Ordynator” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 

Nagroda Virtuti Civili za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz społecznie ważnych tematów:

  • red. Ryszard Gromadzki za książkę pt. „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności” wydanej przez wydawnictwo Capital.

Wyróżnienia w kategorii Nagroda Virtuti Civili:

  • red. Robert Bagiński za artykuły pt. „Nie hakowałem dla pieniędzy, ale chciałem dojść prawdy”, „Niemieckie śmieci, polski problem” i „Mobbing w gorzowskim szpitalu? Opiekunki medyczne alarmują, że są zastraszane” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”
  • Aleksandra Fedorska za artykuł „Ich will keine Schokolade” (tłum. Nie chcę czekolady) i „ Wenn der Retter aus Polen kommt” (tłum. Kiedy ratownik przychodzi z Polski) opublikowane w niemieckim tygodniku Die Welt
  • Hubert Jach za audycje i artykuły pt. „Opłacalna współpraca między samorządowcami i politykami” i „Miejska radna zostanie wiceprezesem miejskiej spółki” opublikowane w Radiu Poznań.

Nagroda im. Wojciecha Dolaty za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością: 

  • red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1

Wyróżnienia w kat. Nagroda im. Wojciecha Dolaty:

  • Michał Bondyra za książkę „Męskim okiem, czyli o tym co ponadczasowe” wydanej przez wydawnictwo Święty Wojciech
  • Barbara Kęcińska-Lempka za artykuł „Szpieg w Collegium Chemicum czyli niezwykłe życie profesora Aleksandra Lempki” opublikowany w Kronice Miasta Poznania
  • Aleksander Karwowski za artykuł „Gdy przestały kwitnąć palmy” opublikowany w czasopiśmie „Przemiany na Szlaku Piastowskim” oraz audycje z cyku „Dźwięki naszego miasta odcinek pt. „Jazz” i odcinek pt. „Szpaki” opublikowane na kanale Biblioteki Publicznej Miasta Gniezno na YouTube
  • Piotr Tomczyk za audycję satyryczną pt. „Kalejdoskop medialny” emitowaną w Radiu Poznań
  • Wojciech Wybranowski za artykuły pt. „Mocarstwa świętowały rozejm, a walka Powstańców Wielkopolskich trwała nadal”, „Jak Niemcy polowali na Powstańców Wielkopolskich” i „Obóz krwawej zemsty. Tu Niemcy zaczęli zabijać Polaków” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”
  • Mirosław Łapa za artykuły „Miłosierdzie dla uchodźców z Ukrainy” i „Jak w Kępnie obchodzą narodowe święto?” oraz „Bożnica odzyskuje swój splendor” opublikowane w Tygodniku Kępińskim
  • Marcin Kędryna za artykuły p.t. „Miasto Zapakowanych Pomników”, „Generał Kraszewski o zakupach broni: ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, jaka to jest rewolucja” i „Inna Polska, co pokazały wyniki wyborów” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”.

Nagroda dla Młodych Dziennikarzy im. Wojciecha Cieślewicza ufundowana przez NSZZ „Solidarność” Regionu Wielkopolska 

red. Blanka Aleksowska  i red. Justyna Piasecka za artykuły „Patologia biegłych sądowych. Nierzetelne opinie rzutują na wyroki” i artykuł Blanki Aleksowskiej pt. „Pan Piotr zaciągnął pożyczkę i stracił mieszkanie. Śledczy odmawiają zbadania jego sprawy” oraz artykuł Justyny Piaseckiej pt. „Bo ofiara nie chciała umierać. Samobójstwo rozszerzone to zabójstwo” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”.

Jury Konkursu WO i LO SDP przyznało także nagrodę specjalną Robertowi Woźniakowi za fotoreportaże pt. „Trzeba jeszcze być człowiekiem”, „Pies przewodnik” i „Życie za kratami” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”

Na konkurs wpłynęło 59 zgłoszeń od dziennikarzy prasowych, radiowych, telewizyjnych i internetowych z województwa lubuskiego i wielkopolskiego.

Serdecznie gratulujemy !

Kolejna wygrana KRRiT. Wojewódzki Sąd Administracyjny odrzucił skargę w sprawie TVP

„Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie odrzucił skargę na uchwałę KRRiT nr 8/2024, w sprawie publicznej telewizji” – poinformowała na swojej stronie internetowej Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Zaskarżona uchwała zmieniała harmonogram wypłat dla TVP środków z abonamentu w związku z chaosem prawnym jaki powstał po decyzjach ministra kultury w sprawie mediów publicznych.

„WSA potwierdził stanowisko Krajowej Rady, że sposób wypłaty środków na realizację misji publicznej za pośrednictwem depozytu sądowego to wyłącznie tzw. czynność materialno-techniczna, na którą nie można wnieść skargi do sądu administracyjnego” – czytamy na stronie KRRiT.

Wcześniej WSA odrzucił już skargę Telewizji Polskiej na uchwałę nr 40/2024 KRRiT,  na mocy której środki z abonamentu dla mediów publicznych miały trafiać do depozytu sądowego celem podjęcia ich przez osoby uprawnione do reprezentowania spółki. Pisaliśmy o tym TUTAJ.

opr. jka, źródło: KRRiT