WALTER ALTERMANN: Księga Kreacji. Czy Jan Kochanowski był twórcą?

Wielką karierę robi w ostatnich latach słowo „kreacja”. Mamy więc kreowanie gry przez piłkarza, mamy Łódź, która wedle władz miasta kreuje. To ostatnie jako hasło: „Łódź kreuje” znalazło się nawet na bilbordach. Mało tego, mamy w kraju miejski teatr, który reklamuje się jako teatr kreatywny.

Przypatrzmy się zatem czym jest rzeczona kreacja. Kreacja oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko tworzenie. Dlaczego zatem kreowanie i kreatywny wyparły tworzenie i twórczy? Powód jest ten sam co zawsze w podobnych wypadkach – snobizmy na „zagraniczność”. Wspomniany na początku piłkarz zatem „stwarza na boisku dobre, korzystne sytuacje”. Z kolei „Łódź kreuje” w przekładzie na język polski to tyle, że „Łódź stwarza szanse, jest twórcza”.

Niestety ze wspomnianym teatrem kreatywnym sprawa jest jeszcze bardziej smutna a nawet tragiczna. Oto bowiem dyrekcja tego przybytku twórczości oznajmia wszem i wobec, że dotychczas ich miejsce pracy było jedynie miejscem imitacji, kopiowania cudzych osiągnięć lub wręcz plagiatów, że chałturzyli, zgrywali się, wykonywali tandetę. Ale teraz już nie, teraz będą kreatywni. Gorzej, bo hasło „Teatr kreatywny” oznacza też, że inne teatry są marne, skoro nie są kreatywne. Dożyłem czasów, kiedy teatry muszą udowadniać, że tworzą! To idiotyczne hasło o kreatywności teatru sugeruje też, że przez setki lat polscy malarze, pisarze, aktorzy, reżyserzy i kompozytorzy nie byli twórcami. Zatem, czy Jan Kochanowski, Fryderyk Chopin, Jan Matejko, Stanisław Moniuszko, Henryk Sienkiewicz, Witold Gombrowicz i setki innych to jedynie nędzni wyrobnicy?

W Starym Testamencie mamy Księgę Rodzaju, po grecku jest to Księga Genezis, co było zawsze na polski tłumaczone jako Księga Stworzenia. Nie zdziwię się więc, gdy nowe wydania Biblii będą zawierały Księgę Kreacji. Naprawdę, tak może być.

Wszyscy w dzisiejszej Polsce chcą być lepsi, nie tylko dyrekcje teatrów. Oglądam program o gotowaniu i słyszę jak kucharz mówi: „Mam tu mięso, pietruszkę, marchew, cebulę i przyprawy, czyli wszystkie składowe dania”. Skąd on wziął te składowe? Przecież od zawsze były to składniki? Ano, dożyliśmy czasów, gdy kucharz chce uchodzić za matematyka, minister za sternika (mówi, że przeprowadzi nas przez wzburzone fale inflacji) a dziennikarz za znawcę taktyki i strategii wojennej, skoro informuje nas, że „Drony miały 2000 godzin nalotów”. Chodziło mu zapewne o to, że drony wykonały 2000 godzin lotów. Może w języku armii każdy lot jest nalotem, ale ten nalot w ustach dziennikarza kojarzy mi się jedynie z nalotem na starym jedzeniu lub nalotem na migdałkach przy przeziębieniach.

Jest jeszcze jeden problem (kolejny) z dzisiejszym naszym językiem. W poprzednim odcinku tego poradnika przywołałem żart sceniczny znakomitego aktora i satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego, który kilka kolejnych monologów kończył zwrotem: I to by dzisiaj było na tyle”. Stanisławski zażartował sobie tym sposobem z języka ówczesnej polityki, ale niestety jego żart przyjął się jako norma. I pół Polski kończyło swoje wywody stwierdzeniem: „I to by było na tyle”.  Stanisławski zażartował z tylnej części ciała, ale z czego żartowali mówcy, biorący serio ten zwrot?

Obecnie ministrowie, a za nimi dziennikarze mówią: „W temacie nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę.” albo „W temacie bankowości trzeba powiedzieć…”. Poprawność nakazuje mówić „Na temat”. Czyli poprawnie mielibyśmy: „Na temat nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę” oraz „Na temat bankowości…”. Dlaczego na temat zostało wyparte przez w temacie? Podejrzewam o tę niedźwiedzią przysługę Wojciecha Młynarskiego, który w piosence „Nie mam jasności w temacie Marioli” wyczerpał temat. Obawiam się, że publiczność słuchająca (podobnie jak było ze Stanisławskim) wzięła frazę „…w temacie” serio. Wniosek jest taki, że artyści powinni uważać, z żartami językowymi, bo nie wszyscy odbiorcy ich produkcji znają się dostatecznie dobrze na żartach.

W języku publicznym pojawiają się też słowa, które są w obiegu, ale w języku fachowym, naukowym. Politycy pokochali między innymi idiosynchrazję oraz abominację. Na pytanie dlaczego, mam tylko jedną odpowiedź, mówiący chce być lepszy niż w istocie rzeczy jest. Ale po kolei.

Idiosynchrazja to wstręt lub niechęć do kogoś. Po polsku należałoby zatem powiedzieć: „Nie cierpię, nie lubię, mam wstręt do pana X.” Teoretycznie, mówiący polityk zna polskie znaczenie idiosynchrazji. I mógłby powiedzieć, że nienawidzi pana X, ale wtedy obrażony mógłby mówiącego zaciągnąć do sądu. A za idiosynchrazję nikt nawet wezwania przedsądowego nie napisze. I tak rośnie nam chamstwo, ale elegancko opakowane. Dobre i to.

Abominacja, z kolei, oznacza obrzydzenie, wstręt do czegoś. Słówko robi karierę wśród młodych ludzi. Powody kariery abominacji mogą być inne niż w przypadku idiosynchrazji. Za abominację nikt nikogo nie oskarży. W tym przypadku chodzi raczej o dodanie sobie znaczenia, powagi przez mówiącego.

A wracając do dziennikarzy… Przypomniał mi się stary dowcip. Przyjęto do radia nowego człowieka. Po paru dniach między kierownikiem redakcji (w której pracował nowy dziennikarz) a redaktorem naczelnym wywiązał się taki dialog:

Kierownik Redakcji – Ten nowy okropnie mówi…

Redaktor Naczelny – To pan nie wie, panie kolego, jak on pisze.

Kierownik Redakcji – Dobrze pisze?

Redaktor Naczelny – Nie, jeszcze gorzej.

Kierownik Redakcji – A to w takim razie po co on nam?

Redaktor Naczelny – Po co, po co? To trzeba będzie dopiero wymyślić. Właściwe pytanie to              – dlaczego?

Kierownik Redakcji – No to dlaczego?

Redaktor Naczelny – On ma bardzo słuszne poglądy i piękną polityczną drogę.

Kierownik Redakcji – Ale mówi fatalnie…Redaktor Naczelny – Wyrobi się.

Kierownik Redakcji – A jak się nie wyrobi?

Redaktor Naczelny – No, to zostanie naczelnym.

Zastanawiam się nad taką hipotezą. A może my, Polacy mamy w genach zapatrzenie się na świat? Może podświadomie uważamy, że wszystko co światowe jest lepsze od naszego? I może racje miał Słowacki, gdy pisał o pawiu narodów i papudze?

 

WALTER ALTERMANN: Teoretycznie można, ale nie wypada

Trochę się pozmieniało, również z językiem. Pojawiają się neologizmy najczęściej utworzone od dawnych słów lub nadające dawnym słowom nowe znaczenia. Burzliwy rozwój mediów społecznych otworzył zasób słownictwa, nie poddając tego otwarcia żadnym rygorom. Z jednej strony to dobrze, bo jakakolwiek cenzura jest niedopuszczalna, ale z drugiej – ludzie piszą jak potrafią. I nie chcą się uczyć.

Słyszę, jak polityk mówi do kamer i mikrofonów: „Mamy do czynienia z wieloma ryzykami”. A przecież „ryzyko” w języku polskim miało przez wieki tylko liczbę pojedynczą. Jednak coraz częściej pojawiają się te „ryzyka” jako liczba mnoga słowa „ryzyko”. Dla polityków i dziennikarzy powstaje problem, gdy chcą powiedzieć, że zjawisko ryzyka występuje na przykład w różnych obszarach gospodarki, rozbudowy infrastruktury czy bankowości.

Prawidłowo zdanie powinno brzmieć: Zdajemy sobie sprawę, że musimy podjąć decyzje niosące z sobą ryzyko w sferze handlu paliwami i gospodarki leśnej. Ale nie taką drogą idzie mówca, bo chce być poważny i naukowy. Więc mówi, że: „W obszarze handlu paliwami i gospodarki leśnej występują u nas ryzyka”.

Słownik Języka Polskiego PWN podpowiada nam, że „ryzyko” to: 1. możliwość, że coś się nie uda; też: przedsięwzięcie, którego wynik jest niepewny; 2. odważenie się na takie niebezpieczeństwo; 3. prawdopodobieństwo powstania szkody obciążające osobę poszkodowaną niezależnie od jej winy, jeśli umowa lub przepis prawny nie zobowiązały innej osoby do wyrównania szkody.

W słowniku PWN nie ma mowy o liczbie mnogiej. Ale… w słownikach mediów społecznych już „ryzyka” są jako mianownik liczby mnogiej. Te społeczne słownik odnotowują po prostu to jak się dziś mówi i pisze. Jednak nie sądzę, żeby jacyś poważni językoznawcy na te słowniki mieli wpływ. Zasada – ludzie tak mówią, więc jest dobrze – nie jest najlepszą zasadą.

Powiedzmy inaczej – jeżeli teoretycznie słowo „ryzyka” funkcjonuje, więc można założyć, że używający go nie popełnia wielkiego przestępstwa (odstępstwa) wobec zasad. Ale to jednak nie tak. Bo nawet, bo gdyby można było, to jednak nie wpada. Zasada trzymania się utartych zasad, starych norm języka, jest dobra, bo stawia tamę pseudonauce, powstrzymuje dziki napływ neologizmów.

Podobny, jeśli nie ten sam, problem występuje z użyciem zwrotu „nasze polityki”. Pan Dominik Kozaczka z Collegium Civitas napisał nawet artykuł „Polityki publiczne jako proces”, w którym opisuje „polityki publiczne”. Autor pisze we wstępie: „Polityka publiczna jako dyscyplina wiedzy wyłoniła się z tradycji anglosaskiej, głównie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wypracowano i uporządkowano wiodące teorie. Natomiast w Polsce ta nowa dyscyplina naukowa dopiero powoli dojrzewa, a jej dorobek teoretyczny nie jest zbyt wielki. Mimo że pewne polityki sektorowe (np. społeczna lub edukacji), mają już dość duże osiągnięcia na polu nauki”.

Zatem w naukach społecznych pojęcie wielości polityk nie tylko występuje, ale jest powszechnie używane i naukowcy uważają je za normalne. Jednakże w języku polskim nadal obowiązuje zasada, że polityka jest wyrazem występującym jedynie w liczbie pojedynczej. A „polityki” to jedynie w bierniku liczby pojedynczej.

Prawdopodobnie w USA, gdzie (cytując naukowca) „…wypracowano i uporządkowano wiodące teorie.” jest inaczej i język angielski ma również liczbę mnogą „polityki”. Ale u nas nie! Ktoś tę pracę czytał, ktoś ją recenzował… i nie zauważył problemu? A może to tylko samizdat i nikt tego nie czytał przed publikacją?

Przy okazji, autor artykułu zaznacza, że w USA: uporządkowano wiodące teorie. Dzisiaj właściwie wszyscy już używają pojęcia wiodący. I mamy: wiodący kraj, wiodący przemysł, wiodące teorie. Tymczasem wiodący jest spolszczonym rosyjskim „wieduszczyj”. A zatem, uwaga, uwaga… mamy do czynienia z rusycyzmem. Piszę to żartobliwie, bo jakoś nie wypieramy się germanizmów czy czechizmów, kochamy anglicyzmy, ale rusycyzmy nas bolą. Po polsku zatem należałoby powiedzieć, że: „… w Stanach Zjednoczonych uporządkowano przewodnie teorie”. Bo odpowiednikiem rosyjskiego wieduszczyj jest właśnie przewodni. Mamy nawet przecież zapomniane już określenie przewodnia niedziela.

Zostawmy jednak naukowca i wróćmy do polityków. Ostatnio jeden z ważniejszych stwierdził publicznie: „mamy jeszcze drugą alternatywę”. Z początku myślałem, że w sumie nie jest z nami źle, bo mamy aż cztery wyjścia. Ale nie, polityk „przybliżył problematykę” i wyszło na to, że miał na myśli alternatywę łacińską, klasyczną – czyli że mamy do wyboru dwa sposoby na rozwiązanie sprawy.

 Są w narodzie poważne trudności ze zrozumieniem czym jest alternatywa. Dlatego polityk mówi, że mamy tę drugą alternatywę. Chłop niby dorosły, po studiach a mówi dziwnie. Dlaczego? Bo alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym. Jej desygnat nie ma fundamentów, piwnic, nie spala benzyny, nie da się go zjeść ani użyć do budowy drogi. Powtórzmy – alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym.

Według Słownika Języka Polskiego PWN, alternatywa opisuje sytuację, gdy mamy dwie wykluczające się możliwości; lub też oznacza: konieczność wyboru między dwiema wykluczającymi się możliwościami.

Profesor Jerzy Bralczyk zaś pisze tak: Alternatywa to wybór jednej z dwu możliwości. Przed alternatywą często stoimy: musimy wybierać. Coraz częściej alternatywą nazywamy też jedną z możliwości wyboru, przeciwstawianą innej, np.: Alternatywą dla europeizacji jest afrykanizacja.

 I jeszcze jeden problem językowy. W ostatnich kilku dziesięcioleciach (właściwie już od 1945 roku) utrwalił się sposób informowania społeczeństwa o smutnych, trudnych i kłopotliwych przypadkach. Oto polityk lub dziennikarz mówi, na przykład: „W ostatnim czasie wystąpiło zjawisko wzrostu cen nawozów.”

Szanowni Państwo, zjawiskami, na które władza nie ma wpływu są opady deszczu lub śniegu, upały lub mróz, szadź i gołoledź. Bo taka jest uroda przyrody. Natomiast, gdy słyszę, że: „Mamy do czynienia z występującymi powodziami i podtopieniami” to zastanawiam się czy rząd nie zaniedbał budowy wałów przeciwpowodziowych i zrzuca odpowiedzialność na „odwieczne prawa natury”.

Maniera sugerowania bezosobowych działań jest okropna językowo i niebezpieczna politycznie. Bo nie ma tak, że: „Nastąpiła wycinka drzew rosnących na obszarze chronionym”, bo te drzewa same się nie wycięły. Ktoś konkretny je wyciął. Podobnie jest z katastrofami budowlanymi. Czytam: „zawalił się budynek” i podejrzewam, że ktoś do tego dopuścił. Ale nie, bo z tekstu wynika, że zawalił się sam. Stało się, zrobiło się, doszło do czegoś, miało coś miejsce jest objawem unika odpowiedzialności. Jeżeli czytam, że na wczasach doszło do masowego zakażenia salmonellą, to muszę sam sobie tłumaczyć, że ktoś jednak tych wczasowiczów podtruł. Ale nie, bo tekst głosi przecież, że „doszło”.

Owszem, po latach prokuratura znajduje a sądy skazują winnych katastrof, ale to jest małą czcionką i na piątej stronie, na dole, w poniedziałkowym wydaniu.

Podejrzewam też, mówienie o „wielu ryzykach, wielu politykach” jest typowe dla osób pragnących uniknąć odpowiedzialności. Oto bowiem mówca ujawnia, że nie chce mieć nic wspólnego z jakimikolwiek niepowodzeniami i nie ponosi odpowiedzialności za podejmowanie „ryzykownych decyzji, realizację wielu polityk”. A właśnie za podejmowanie decyzji, czyli za ryzykowanie mu płacą!

I to by dzisiaj „było na tyle”. Ale o tym powiedzeniu Jana Tadeusza Stanisławskiego, który to żart tak wielu pokochało a tak niewielu zrozumiało, porozmawiamy już w następnym odcinku.

 

WALTER ALTERMANN: My Portorykańczycy albo o skutkach badania rynku

Film narzuca język narracji mediom. To dlatego wojna przedstawiana jest coraz częściej jako atrakcja.

Jakieś 20 lat temu producenci filmowi z USA zamówili w poważnej firmie marketingowej badania. Zadanie brzmiało: „Kim jest typowy odbiorca amerykańskiej produkcji filmowej”. Firma wzięła się poważnie do pracy, a raport liczył prawie 700 stron. Pełno w nim tabelek, wykresów i algorytmów. W podsumowaniu, na końcu opasłego tomiszcza, znalazło się zdanie warte te kilkadziesiąt milionów dolarów, które zapłacili producenci filmów.

Zdanie to wyglądało tak: „Typowym odbiorcą amerykańskiej produkcji filmowej jest szesnastoletni Portorykańczyk, analfabeta.”

Od publikacji tamtego raportu producenci filmowi w USA jeszcze uważniej czytają scenariusze, jeszcze pieczołowiciej konstruują obsady, jeszcze precyzyjniej dobierają reżyserów i bardziej drobiazgowo przyglądają się końcowemu efektowi na taśmie. Tak, aby – ów precyzyjnie określony w raporcie – widz jak najchętniej szedł do kina. Bo w końcu chodzi o pieniądze, które wyłożyli producenci, i o pieniądze których mogą nie zarobić, a nawet stracić.

Nie wiem czy nasi właściciele stacji radiowych, telewizyjnych, portali internetowych i gazet czytali ten raport, ale postępują dokładnie tak jakby umieli go na pamięć. A może mają własne raporty, jeszcze lepsze? To znaczy jeszcze gorsze dla wymagającego odbiorcy?

Tu wypada przypomnieć, że tak zwane: „słuchalność”, „rozpoznawalność” stacji radiowych i telewizyjnych oraz liczba „wejść”, czyli „klikalność”, na portale przekłada się na konkretne, bardzo duże pieniądze od reklamodawców. Nie wspomnę o nakładzie gazet, bo to oczywiste. A zatem walka nie idzie o żadną tam prawdę, o żaden tam styl i klasę – to jest wojna o pieniądze.

Wracając do rzeczonego Portorykańczyka. Oczywiście nie mam nic przeciwko żadnej nacji, nie mam też nic przeciwko analfabetom, ale jest faktem, że najbardziej kasowe są te filmy, które pojmie każdy. I tak to, proszę Państwa, wygląda.

Zastanówmy się teraz co może Portorykańczyka (także i naszego odbiorcę) odstręczyć od udziału w zbiorowej zabawie pod nazwą „Film i media dla was”. Przede wszystkim towar musi być podany w atrakcyjnej formie, czyli wymagane jest żywe tempo akcji, bohaterowie i narrator (w mediach) muszą mówić zrozumiałymi dla każdego krótkimi zdaniami. Tematy muszą być bliskie każdemu – jedzenie, picie, seks, złodziejstwo, bandytyzm i jak najmniej moralnych wątpliwości, bo te komplikują akcję. Prosty człowiek (a do takiego kierujemy nasze „wypowiedzi”) nie lubi czego nie rozumie. Więc żadnych dwuznacznych postaw, nawróceń bohatera i broń Boże jakiegoś tam odkupienia win. Zatem Szekspir (choćby jako wzór dramaturgiczny) odpada. Świat musi być czarno-biały. Dzisiaj odpada nawet „Ojciec chrzestny”, bo jego fabuła i bohaterowie krojeni są na wzór szekspirowskiej tragedii.

To dlatego mamy coraz więcej nowych filmów, które już chyba widzieliśmy. I nie ma się co dziwić, skoro „Masakra teksańską piłą mechaniczną” sprawdziła się w wersji podstawowej, to producent ciągnie ją w wersji 1,2,3 itd. A zombie? Bez wstydu produkuje się kolejne filmy o żywych trupach. Produkuje się, bo z tego jest kasa. To są oczywiście przykłady ekstremalne, ale przecież powstają kolejne komedie miłosne robione według wzoru, który już się sprawdził.

A temat II wojny światowej? Przecież filmy o niej stały się już nowymi westernami. I jakoś żadnemu z producentów nie zadrży ręka (przy liczeniu pieniędzy), że jest jednak różnica między walką z bandytami na Dzikim Zachodzie a walką z hitlerowcami. Zresztą w produkcji zachodniej II wojna światowa już od kilkunastu lat stała się przygodą z ostrą strzelaniną i hektolitrami sztucznej krwi.

Powiedzmy sobie wyraźnie: film narzuca język narracji mediom. To dlatego Discovery, i pozostałe kanały z nadtytułem Historia, przedstawiają wojnę jako ogromną atrakcję. Mnożą się filmy dokumentalne porównujące uzbrojenie i strategię obu stron. Zupełnie tak, jakby chodziło o wojny punickie. Owszem, z okazji rocznic (jak choćby ostatnio z okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz ukazują się artykuły poważne), ale to przecież tylko na chwilę.

Prasa, w obu formach (elektronicznej i gazetowej) również prześciga się w opisywaniu technik walki. I jakoś nikomu z redaktorów do głowy nie przychodzi, że wojna to śmierć i zniszczenie.

Najlepszy przykład mamy teraz przy okazji sytuacji na Ukrainie. Jest coraz więcej artykułów o uzbrojeniu, jego nowościach, sile tego uzbrojenia. Mamy przeglądy tego co ma gotowego do użycia Rosja, Ukraina i państwa NATO. Zupełnie tak, jakby chodziło o wielki mecz piłkarski Wschód kontra Zachód. Ot, zwykłe zmaganie się, prawie sportowe. A o tym, że w wyniku konfliktu zbrojnego mogą być ofiary jak najciszej, prawie nic.

Zdehumanizowanie mediów jest straszne. Zupełnie tak, jakby panowała zmowa milczenia, żeby o potencjalnych ofiarach pisać mało, a najlepiej wcale. Żeby nie straszyć i nie denerwować tego szesnastoletniego Portorykańczyka. Tego Portorykańczyka, który jest w każdym z nas. A przynajmniej tak zakładają koledzy z prasy, radia i telewizji.

Nie oczekuję, że media okażą się powagą, bo powaga słabo się sprzedaje. Napisałem powyższe, jako ten głos na puszczy. No, ale ktoś musiał to przecież napisać.

WALTER ALTERMANN: Szlachetczyzna językowa, czyli co się ciągnie za wojskiem

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Młoda poseł mówi w telewizji, że „Lex Czarnek” wymaga jeszcze konsultacji z interesariuszami. Dlaczego nie powiedziała, że ustawę powinno się konsultować z rodzicami, nauczycielami i organizacjami pozarządowymi, działającymi w oświacie? Bo tak to może powiedzieć każdy. A wielmożowie sejmowi muszą się różnić przecież od szlachty zagonowej, chłopa czy łyka. I to dlatego szlachta zawsze chciała się wyróżniać strojem, a przede wszystkim wtrącaniem do macierzystego języka zwrotów łacińskich. Stąd zresztą powiedzenie „poznać pana po cholewach” oraz słynny tekst „chłopis cum gleba ascriptis”. Już po II rozbiorze Sejm obradował poważnie nad zakazem chodzenia przez nie-szlachtę w czerwonych butach.

Wracając do języka. Po łacinie, w XVIII wieku przyszła moda na szczątkowy francuski, a teraz na bardzo uproszczony angielski. Pojęcie interesariusz wprowadzono do języka angielskiego w roku 1963 i brzmiało – stakegolders. Jest to zatem pojęcie nowe i ciągle jeszcze powszechnie nieznane. Ale o to właśnie chodzi, żeby chłop i plebejusz nie wiedzieli w czym rzecz. Bo co to za poseł, który mówi językiem gminu?

Grzechy szlachty i magnaterii ciągną się za nami przez wieki, jak przysłowiowy smród za wojskiem. W wersji lżejszej można powiedzieć: „obciążają nas grzechy ojców naszych”.

Niezgłębionym „rezerwuariuszami” błędów językowych są sprawozdawcy sportowi, za co jestem im zresztą wdzięczny, bo mam o czym pisać. Zauważyłem jednak, że z języka sportu garściami czerpią politycy. Oto już nagminnie ministrowie, posłowie, senatorowie za sprawozdawcami, używają słówka timing (wym. tajming). Po polsku by to się tłumaczyło „wybór najlepszego momentu” lub „najlepszy moment na podjęcie działania, akcji, ataku”. I mamy tajming na wprowadzanie zmian podatkowych, na zmiany w prawie drogowym, itd.

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Oprócz tajmingu rozpowszechniły się w sporcie zwroty, odnoszące się do robienia czegoś „na spokoju” i „na nerwach”. W sporcie „na spokoju” ma oznaczać, że zawodnik jest opanowany, kontroluje sytuację. Z kolei „na nerwach” oznacza, że sportowiec jest zdenerwowany i działa nerwowo, bo przegrywa. Na razie żaden z polityków nie mówi jeszcze, że „działa na nerwach”, ale że „na spokoju” już kilka razy słyszałem.

Co prawda jeszcze nie tak dawno miejska gwara Łodzi, która powoli zanika (gwara, bo Łódź jeszcze się trzyma), miała takie zwroty jak: „szynka na 50” czy „polędwica na 35”. Bywając często w Białymstoku lubiłem się wsłuchiwać w tamtejszą gwarę. Kiedyś zapytałem miejscowego rzemieślnika, jak udało mu się naprawić moją mocno zniszczoną skórzaną torbę. O, tak, o! – odpowiedział skromnie kaletnik, wykonując w powietrzu ręką jakieś kółko.

Byłem też kiedyś świadkiem rozmowy w kolejce sklepowej młodej kobiety z młodym mężczyzną, którzy przed laty chodzili do jednej szkoły.

– I co u niego słychać? – zagaduje kobieta.

– Żonę mam i syna. A u niej?

– A ja mam męża i dwie córki.

Ta forma zwracania się do siebie w trzeciej osobie wiedzie się z dawnej Polski i oddaje szacunek dla rozmówcy. Gwary są pięknymi reliktami języka polskiego, ale we współczesnych polskich mediach musi obowiązywać norma i poprawność języka polskiego. Przed wojną przyjmowano za obowiązujący wzorzec „Język i wymowę wykształconych warstw społecznych Warszawy”. Dziś nie ma tak odważnych językoznawców, którzy zalecaliby tę przedwojenną normę.

Czy nie denerwuje Państwa powszechne w języku dziennikarzy „dopytanie”. Dziennikarz prowadzi z kimś wywiad, a na koniec mówi: „Pozwoli pan, że jeszcze dopytam o…”. Co znaczy owo „dopytanie”? Nie wiem, ale jest irytujące. Dlaczego dziennikarz nie mówi: „Pozwoli pan, że zapytam jeszcze o…”? Myślę, że w tym przypadku decyduje moda. I dlatego pytanie o powód jest tu bezsensowne. Zupełnie tak, jak by pytać dlaczego w latach 60. wszyscy młodzi mężczyźni nosili obcisłe spodnie rurki i półbuty w bardzo wąski szpic. Buty zniekształcały palce a rurki obciskały męską sferę intymną, z czego populacja mogła się dramatycznie zmniejszyć. No, ale co tam… Taka była moda.

Widziałem ostatnio w jednej z telewizji informację o rekonstrukcji grodziska wczesnośredniowiecznego w Tumie pod Łęczycą. Obrazki pokazują, jak montowana jest wielka drewniana brama wjazdowa, jak z wału ziemnego wystają potężne zaostrzone pnie częstokołu. A zadowolony dziennikarz mówi: „Teraz mury grodziska będą jak nowe”. Mówi tak i nie widzi, że ten historyczny obiekt jest eliptyczną budowlą stworzoną z ziemnego wału, wzmocnionego częstokołem?

Przeczytanie skróconej historii Tumu zajęłoby dziennikarzowi jakieś 10-15 minut, ale przecież on się zaangażował do TV jako mówiący, a nie czytający. Ale też samo „doczytanie” nic by chyba nie dało. Bo piszący o historii Tumu nie zaznaczają czym różni się mur od budowli ziemnej, widać uważają to za znaną oczywistość. I rzeczywiście, takie drobiazgi trzeba znać z wcześniejszych lektur.

Stary dowcip mojego dziadka profetycznie oddawał dzisiejszą sytuację: „W czasie insurekcji kościuszkowskiej poszukiwano pisarza, który protokołowałby narady i wypisywał rozkazy. Zgłosił się chłop starszy, ale o mądrym obliczu. Posadzono go z boku, dano papier, kałamarz i gęsie pióra. Narada trwa a chłop ostro skrobie piórem. Na koniec każą mu przeczytać co napisał. Chłop wstaje od stolika i mówi: Ja sie tu godził na pisarza, a na czytacza najmijta se już ta inszego. I wyszedł, a na papierze pozostały kleksy i niezrozumiałe bazgroły.

WALTER ALTERMANN: Czy aktor się „wciela”? Oraz o innych przypadłościach na styku dziennikarstwa z kulturą

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów teatralnych.

W obecnych czasach najbardziej poważaną dziedziną w środowisku dziennikarskim jest oczywiście polityka. Jest po temu kilka przyczyn, ale z pewnością najważniejsza jest ta, że naprawdę każdy potrafi wyartykułować jaką partię lubi, a jakich nie. Reszta jest już prosta, choć oczywiście trzeba wiedzieć kto jest obecnie przy władzy, kto w opozycji, trzeba znać nazwiska prezydenta,  marszałków, szefów frakcji, ministrów, itp. No, ale to można sobie spisać w zeszycie i trzymać w szufladzie biurka lub na osobnym pliku w laptopie.

Przemysł, gospodarka, rolnictwo, handel międzynarodowy, kursy walut, bankowość cieszą się już mniejszym uznaniem wśród dziennikarzy, bo to jednak trzeba się trochę na tych sprawach  znać, a samo uwielbienie, na przykład, gospodarki Portugalii może nie wystarczać. Oczywiście o „problemach ścisłych” da się sporo wyczytać w Internecie, ale jest to jednak źródło zawodne a miejscami bałamutne.

Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, gdy przyjdzie nam napisać coś o teatrze. Teoretycznie jest to łatwe, bo w końcu mamy pod ręką takie precyzyjne pojęcia o spektaklach jak: wzruszający, nie pozostawiający obojętnym, ujmujący (o przedstawieniach lżejszego gatunku), porażający (o tragedii), zabawny, miły, sympatyczny. I takich recenzji jest większość.

Najczęściej współczesny recenzent na początku streszcza dramat a potem wystawia cenzurki aktorom i reżyserowi. Z reżyserami jest prosto, bo to w końcu oni odpowiadają za finalny wyraz i jakość dzieła, ale z aktorami jest spory kłopot. Bo ileż razy można pisać, że M. stworzył kreację, a K. prawdziwą kreację, że B. była zabawna, że T. wzruszała do łez?

Jako miarę wybitnego sukcesu aktorskiego dzisiejsi recenzenci przyjęli określenie „wcielił/a się”. I czytamy, że N. wcielił się w postać Hamleta. Wyjaśnijmy sobie zatem, że aktor w nic i nigdy się nie wciela. Aktor po prostu gra.

Jeszcze, w przypadku gdy Tadeusz Łomnicki zagrał prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w filmie Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie, w reżyserii Andrzeja Trzos-Rastawieckiego, można by mówić o „wcielaniu się”. Bo Łomnicki zagrał postać historyczną i starał się oddać pewne charakterystyczne odruchy, gesty a nawet głos bohatera. Ale na litość boską Łomnicki się w nikogo nie wcielał, on grał.

Zdarza się, że aktor nawet fizycznie upodabnia się do bohatera, ale tylko w filmach o postaciach historycznych. I dlatego wszyscy liczni angielscy aktorzy grający Henryka VIII byli grubi. Ale przecież nie na tym polegała ich rola.

Czy recenzent może nauczyć się teatru? Nie wiem, ale z pewnością osoba nie chodząca do teatru niczego się w tej dziedzinie nie nauczy. A teatr jest matecznikiem aktorstwa, tam aktorzy dorastają, rozwijają i naprawdę uczą się zawodu. Oczywiście dzisiaj największą popularnością (i co za tym idzie uznaniem) cieszą się aktorzy seriali, ale wszystkie te seriale są do siebie podobne i nie wymagają żadnego istotnego wysiłku twórczego od aktorów.

Przed wojną człowiek, który chciał uchodzić za inteligenta musiał bywać w teatrze, operze i filharmonii. Oczywiście był to snobizm, ale był to snobizm błogosławiony. Bo z czasem nawet nieczuły na teatr osobnik jakoś zaczynał się orientować w czym rzecz.

W swoich gazetach Mieczysław Grydzewski zatrudniał jako recenzentów ludzi wybitnych, mających wielki dorobek w literaturze. I to oni mieli gwarantować czytelnikowi, że opisywana sztuka czy koncert są naprawdę wartościowe lub nie. I dlatego w Skamandrze i Wiadomościach Literackich pisali recenzje Tadeusz Boy-Żeleński, Antoni Słonimski i Julian Tuwim. I żadnemu z tych Wielkich przez myśl by nie przeszło, że jakiś aktor w cokolwiek się „wciela”.

W ludowych  bajkach, owszem wcielają się diabły w księdza, wędrowca lub rycerza, ale żywy aktor – powtórzę to – gra, i tylko i aż gra.

Jeszcze w okresie PRL była taka gazetowa praktyka, że redakcje proponowały swoim najlepszym dziennikarzom, zajmującym się kulturą, pisanie recenzji. I tak jak przed wojną, powojenni recenzenci bywali okrutni, ale naprawdę znali i rozumieli teatr.

Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym oddalaniem się kontynentów. Teatr i znawcy teatru oddalają się od siebie coraz bardziej i bardziej… Uczelnie humanistyczne kształcą „kulturoznawców”, którzy mają swój „kulturoznawczy” język. I ten język nowej nauki nie ma zupełnie nic wspólnego z teatrem, który jest udokumentowaną sztuką od co najmniej 26 wieków. Naprawdę żaden z aktorów i reżyserów nie mówi językiem z jakim mamy do czynienia na przykład w TVP Kultura. Tam to jest tak jakby Aborygeni i Eskimosi wymieniali się życiowymi doświadczeniami.

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów. Ale nie ma się czemu dziwić, gdy wiemy, że ogromna większość gazet zwolniła korektorów, polegając na komputerowych programach sprawdzających poprawność pisowni. Ale… dobry korektor sprawdzał też styl, składnię i różne takie…

Recenzja może być sztuką, co udowadniali już poważni pisarze, piszący recenzje. Nie zapomnę krótkiej recenzji Słonimskiego z wystawienia „Ćwiartki papieru” komedii Victoriena Sardou. Słonimski napisał krótko: „To nie była ćwiartka papieru, to była rolka.”

Pamiętam również recenzję, która zaczynała się tak: „Podstawowym problem tego wystawienia jest to, że reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu…”

Panie i Panowie Dziennikarze, chodźcie do teatrów. Nie tylko z okazji jubileuszy i różnych obchodów. I nie trzeba być na premierze, wystarczy bywać na trzecim, czwartym lub kolejnych spektaklach. Drugich spektakli nie polecam, bo te są zawsze najsłabsze. A to na skutek tego, że nie wszyscy członkowie zespołów dochodzą w pełni do siebie po premierowych bankietach.

WALTER ALTERMANN: Tytuły albo niebezpieczne skojarzenia

Jeszcze przed wojną tytuły w gazecie wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi.

 Przeglądam programy telewizyjne i widzę, że ktoś wyprodukował coś nowego. Tytuł programu „Echo lasu”. Zamarłem z przerażenia, bo pomyślałem, że skoro już tytuł nawiązuje do dzieła Żeromskiego „Echa leśne”, to i treść programu musi być przykra, a nawet porażająca. Ale na szczęście nie.

U Żeromskiego mamy bowiem do czynienia z wstrząsającymi opowieściami z okresu powstania styczniowego. Jest tam przedstawione polskie poświęcenie w walce z rosyjskim zaborcą, ale jest też ukazana polska małość, pazerność i zdrada. W tej powieści Polak, ale zarazem rosyjski generał, Rozłucki skazuje na śmierć polskiego powstańca. Tym skazanym jest Jan, bratanek Rozłuckiego. Przed śmiercią Jan prosił o wychowanie swego syna na Polaka. Ale po latach, przy leśnym ognisku Rozłucki nie chce nic powiedzieć na temat losów syna Jana. Z pewnością nie wykonał ostatniej woli skazanego przez siebie na śmierć bratanka.

Co do „repliki” noweli Żeromskiego moje lęki okazały się bezpodstawne. Bo „Echo lasu” okazało standardowym programem o urokach współczesnego lasu i gospodarce leśnej.

Zastanawia mnie dlaczego autor dobrego materiału o przyrodzie nadał mu taki tytuł. Prawdopodobnie coś mu się z lasem i echami kojarzyło, coś słyszał, coś mu się o uszy obiło. I chyba noweli Żeromskiego nie czytał, a jeśli nawet czytał, to nic nie zapamiętał.

Taka to jest, niestety, smutna rzeczywistość, co do tytułów prasowych i medialnych. Jeszcze przed wojną tytuły wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi, a jest to przecież zawołanie, przywołanie uwagi czytelnika do przeczytania tekstu, wysłuchania radiowej audycji czy obejrzenia programu w telewizji.

Rozumiem, że liczy się „chwytliwość tytułu” a nawet zaszokowanie odbiorcy. Pamiętam, że kilkanaście lat temu w londyńskim metrze zamarłem ze grozy, bo w „Daily Mirror”, gazecie czytanej przez współpasażera, i ja przeczytałem: „Śmierć w królewskim pałacu”. Okazało się że  zdechł ulubiony kot monarchini. Takie są prawa rynku i zawsze tak było. Jednak takie zabiegi w poważnej, niebulwarowej prasie są przecież niedopuszczalne. Tak samo jak niedopuszczalna jest kradzież tytułów, bądź nieznaczne tylko ich przerabianie – co zresztą na jedno wychodzi.

Mając jednak współczucie dla zapracowanych dziennikarzy, nie mających czasu na wymyślanie oryginalnych tytułów i nie przywiązujących wagi do tego czy kradną klasyczne tytuły czy nie, pozwolę sobie zaproponować im kilka chwytliwych tytułów na różne okazje.

Szkice węglem – na okoliczność artykułów i innych form opiewających trud górnika, trudną sytuację górnictwa lub podejmujących temat przekrętów w sferze handlu węglem. Co prawda Sienkiewicz pisząc „Szkice węglem”, ukazał porażający moralnie stan polskiej wsi po powstaniu styczniowym, samotność chłopa, któremu nie pomagają ani ksiądz, ani dziedzic, ale co tam… tytuł jest fajny i pojemny.

Popioły – dla artykułów o marnym stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych, o niebezpieczeństwie nieszczelnych instalacji gazowych i skutkach niesprawdzania kominów. W oryginale, u Żeromskiego, mamy do czynienia z epopeą napoleońską, zawiedzionymi nadziejami Polaków, ale nic to. Tytuł jest naprawdę dobry.

Eros na Olimpie – fantastyczny tytuł dla rzeczy o intymnym życiu naszych warszawskich elit. I choć Jan Parandowski pisząc „Erosa na Olimpie”, żartobliwie zgłębiał i analizował życie miłosne greckich bogów, ale u Parandowskiego przecież, też chodzi o ważnych osobników.

Bramy raju – trafny tytuł do rzeczy o kandydatach do Sejmu i Senatu. Autorem tytułu jest Jerzy Andrzejewski, ale już odszedł z tego świata, więc awantur nie będzie. Jego powieść jest alegorią nieludzkich systemów totalitarnych, ubraną w kostium wypraw krzyżowych, ale kto by się tam tym przejmował.

Na zakończenie jeszcze raz powtórzę – dbajmy o oryginalność tytułów, są równie ważne jak to, co zapowiadają.

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.

 

WALTER ALTERMANN: Angielszczyzna

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Siedziałem w pociągu obok dwóch młodych mężczyzn, którzy dość głośno, prowadzili taki dialog:

– Wszedłem na fejsa, a tu mega lajków, no mega – powiedział brunet. – Czyli, jest fine, wchodzę do newsroomu, a chief mówi mi, że dostałem next challange, ale za more money.

– A za co to zadanie i za co podwyżka? – zapytał rudy.

– No właśnie czujność z fakenewsami. To teraz buzzword – podejrzliwie spojrzał na kolegę brunet.

– Ale jak odróżniasz fałszywe od prawdziwych? Ja nie daję rady – rudy był przybity.

– Mnie fakenewsy też wkurzają, ale słuchaj, jest taki case: jak jakiś portal dał feedback o tym newsie, a w agencjach też jest ten content, to real, a nie fake. I mam goal przed deadlinem – zaśmiał się sprytny brunet.

Wysiadłem, a oni prawdopodobnie nadal rozmawiali o tajnikach pracy dziennikarza lub pracownika redakcji. Myślę, że rudy młodzieniec znał chyba lepiej język angielski, skoro go rozumiał, ale nie używał i znał też chyba lepiej język polski, skoro mógł w nim wyrazić swoje kłopoty.

Myślę też, że z tym angielskim, to chyba ojczyzna moja przesadziła. Jeszcze w latach 70. człowiek z biegłą znajomością angielskiego budził podziw i zazdrość. Był prawie jak gość z zagranicy i naznaczony był jakby wyższością, wtajemniczeniem. Potem jednak to się zmieniło. Angielskiego uczą się już wszyscy, więc atrakcyjność anglojęzycznych spadła. Pozostało jednak w nas dawne przekonanie, że mówiący po angielsku (choćby trochę) są lepszą kastą.

Oczywiście wiem, że angielski jest obecnie językiem panującym na świecie, a nieznający go są poniekąd wykluczeni ze współczesnej techniki i kultury. Kiedyś językiem jednoczącym Europę była łacina, potem francuski. Polska przez całe wieki była pod wpływem języka niemieckiego, co wiązało się z tym, że kultura (tak duchowa jak materialna) napływały do nas z Niemiec. Ale dominuje ten kto tworzy i wprowadza do użytku nowe narzędzia. Wraz z narzędziami (szeroko rozumianymi) przenikają do nowych kręgów kulturowych ich nazwy. Tak było z większością narzędzi, które trafiły do nas z obszaru języka niemieckiego. Importowaliśmy je wraz z ich nazwami, który spolszczaliśmy. Przypomnę, tylko obcęgi (der Zange), wiertarkę, nazywaną u nas dawniej bormaszyną (der Bohren), wiertło (der Bohrer) i śrubę (der Schraube). Część z tych nazw skutecznie spolonizowano i np. dawny śrubsztak (niem. der Schraubendreher) został w końcu imadłem, a hebel został strugiem, ale pamiętam, że jeszcze w latach 70. rzemieślnicy powszechnie używali nazw niemieckich. Mamy też jednak np. rostbef pochodzący z niemieckiego (der Roastbeef), który do dziś pozostał rostbefem.

I tak to jest, bo ponad 60 procent polskich zasobów leksykalnych pochodzi z języków obcych – głównie z łaciny, francuskiego i niemieckiego.

Skądinąd polonizacja obcego nazewnictwa miała też aspekty zabawne, bo szmalec (niem. schmalzen – topić) zastąpiono smalcem, bo wywiedziono go od smolić. Nawet cmentarz (łac. coemeterium, ang. cemetery, franc. cimetière) próbowano zastąpić smętarzem, bo na cmentarzu nie jest za wesoło.

Wiem też, że dominująca we współczesnej technice rola USA pociąga za sobą konieczność przyjmowania przez nas angielskich nazw. Tak jest z komputerem, Internetem i wszystkimi związanymi z nimi wynalazkami i akcesoriami.

Nie rozumiem jednak dlaczego potoczne polskie słowa wypierane są przez anglicyzmy. Dlaczego dziennikarze piszą i mówią „newsroom” zamiast używać „redakcja bieżących informacji” lub „redakcja nowości”, „najnowsze” czy „bieżące”. To byłoby zgodne z duchem naszego języka.

Tu wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno, co do specyfiki języka polskiego, który jest u nas, póki co, językiem urzędowym. Otóż język nasz ma i taką właściwość, że jest językiem opisowym. I nie dlatego, że jest językiem słowiańskim. Czesi na przykład, chcąc nazwać miejsce, w którym można wsiąść do pociągu mówią „nadrażi”. My zaś musimy to wydłużyć i mamy „dworzec kolejowy” lub (w przypadku autobusu) „przystanek autobusowy”. Tak po prostu jest i trzeba to polubić, skoro „tyra się w języku polskim”.

Zangielszczenie języka polskiego bierze się także stąd, że Anglik czy Amerykanin ma właśnie najczęściej do czynienia z określeniami jednowyrazowym – podobnie jak Czech. I z lenistwa oraz z zapatrzenia się na „świat” nasi sprawozdawcy sportowi mówią: „Kowalski dzisiaj gra pomocnika” – co się na klasyczny polski tłumaczy się, że „Kowalski dzisiaj gra na pozycji pomocnika”. Słyszymy, że: „Malinowski mocno presuje”, albo że: „Nowak ma progres”. A przecież można powiedzieć, że „Malinowski mocno naciska, nie odstępuje od przeciwnika”, bo presowanie pochodzi od prasy, czyli od urządzenia naciskającego, na papier choćby. A nieszczęsny „progres” to po polsku postęp, rozwój, rozwijanie się.

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Opowiadał przed laty polski językoznawca, profesor Stefan Hrabec, że jeszcze przed wojną miał we Lwowie wykład dla jakiegoś stowarzyszenia szerzącego wiedzę. Tłumaczył wtedy zasady przepływu wartości i znaków kultury. Zaczął od tego, że cegła była znana starożytnym Rzymianom i nazywano ją tigula, potem cegła trafiła na Zachód Europy i w zgermanizowanej formie nazywała się już der Ziegel, potem cegła wraz z nazwą dotarła do Polski i po spolszczeniu została cegłą. Następnie zawędrowała na tereny dzisiejszej Ukrainy i przyjęła nazwę (z języka polskiego) cehla. Wtedy, jak wspominał prof. Hrabec, obecni na sali nacjonaliści ukraińscy powstali z miejsc i pobili go, bo nie chcieli pogodzić się z faktem, że kultura europejska szła na Ukrainę przez Polskę.

Na koniec. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby czytelnicy tego felietonu powstrzymali się od rękoczynów, wobec niewygodnej czasem prawdy.

 

WALTER ALTERMANN: Dręczenie języka

Spokojny poświąteczny dzień, grudzień 2021 roku. Leniwie oglądam skoki narciarskie. Z progu wybił się kolejny zawodnik a sprawozdawca krzyczy:  – Taki piękny skok, a ten młodzian, jest nuworyszem w tym gronie. Myślę sobie, że sprawozdawca się przejęzyczył i chciał powiedzieć: „nowicjusz”. Ale nie, po chwili dziennikarz sportowy powtarza, że skoczek jest jednak „nuworyszem”. 

 

Zrobiło mi się przykro (w imieniu zawodnika) i wstyd (za dziennikarza). Bo jakże to tak nazywać Bogu winnego ducha młodziana? Przecież nuworysz jest określeniem pejoratywnym a nawet obraźliwym. Tak elity określały człowieka, który szybko się wzbogacił i siłą swych pieniędzy wdarł na salony. Nuworysz to człowiek bez kultury, hałaśliwy, nieobyty, bez manier, prostak a nawet cham. Przykładem  nuworysza w naszej literaturze jest postać Kaczmarka z „Ziemi obiecanej”, chłopa, który dorobił się wielkich pieniędzy na wydobyciu i dostawach piasku dla powstającej Łodzi. W powieści Kaczmarek mówi, że na wsi jest Kaczmarkiem, ale w mieście jest już Kaczmarskim. I teraz chce kupić majątek ziemski Borowieckich, żeby mu tam „jakieś Żydy czy Niemce nie mówiły, że jest chłopem.” I mówi to w obecności dwóch przyjaciół Polaka Karola Borowieckiego – Żyda Moryca Welta i Niemca Maksa Bauma.

 

Pewność siebie i łacina

 

Pytanie jest takie: dlaczego dziennikarz to powiedział? Odpowiedzi jest, niestety, kilka. Po pierwsze dziennikarz, jak słychać, lubi obce słówka, mające być dowodem, że jest światowcem – skoro jeździ po całym świecie relacjonować zawody. Po drugie, dziennikarz, ma wiedzę dotyczącą skoków, biegów, jazdy na łyżwach i innych takich, ale nie ma wiedzy kulturowej i nie wie kim był w dawnych wiekach „nuworysz”. Po trzecie, dziennikarz, jest bardzo pewny siebie, skoro używa słów nieznanych mu, i ma mętne pojęcie o pochodzeniu i znaczeniu słów. No i czuje, że może sobie pozwolić na wiele. Pycha zresztą zgubiła niejednego dziennikarza. Temu sympatycznemu źle nie życzę, więc życzę mu jedynie tego, żeby tylko i wyłącznie mówił po polsku.

 

Z językiem dziennikarzy naszych nie jest dobrze. Tak samo zresztą jak z resztą obywateli. Nawet Sejm, przed laty, zauważył ten problem i przegłosował ustawę o ochronie języka polskiego. Czy ta ustawa działa? Skądże. Jest martwa jak łacina. Chociaż… moja łacinnica w liceum upierała się, że język łaciński nie jest martwym językiem. Jako przykład podawała tramwaj. Oczywiście tramwaj Rzymianom znany nie był, ale da się określić go językiem Cycerona i Cezara. Miało to być tak: – pojazd miejski, poruszający się samoistnie po szynach za pomocą napędu elektrycznego. Na nasze nieśmiałe uwagi, że Rzymianom nie były znane również szyny i elektryczność, pani od łaciny wyjaśniała, że i te wynalazki da się przedstawić w języku łacińskim. I budowała wielopiętrowe wypowiedzi w języku, który kochała.

 

Nie znęcając się dalej nad sprawozdawcami sportowymi, trzeba jednak zauważyć, że podatni są oni na mody. Ostatnio jeden z nich natrętnie używa „tenże”, zamiast „ten”. Może walczy przy mikrofonie o medal „zasłużony dla XIX wieku”?

 

 Niebezpieczna politologia

 

Z całą pewnością jednak dziennikarze mówią o wiele lepiej od polityków. Ale politykom wolno, ktoś na nich głosował. Niestety dziennikarze przejmują język od polityków, którzy wcześniej przejęli go od politologów. Politologia jest nauką niebezpieczną dla języka polskiego. Każda nauka bowiem (o czym naucza nas propedeutyka nauk) najpierw musi mieć ugruntowany swój przedmiot badań, potem ich zakres, potem własny język a na końcu kadrę naukową. Podejrzewam, że politolodzy zaczęli od końca, ale nie to jest tu ważne. Politologia posługuje się językiem własnym (jak każda nauka) i hermetycznym, zamkniętym przed niewtajemniczonymi. Politolodzy tworzą światy niedostępne dla zwykłego obywatela, po to żeby byli bardziej „naukowi”. I ten język zaczyna – jak wirus – zarażać Bogu ducha winnych dziennikarzy. Naprawdę trzeba niemało wysiłku, żeby przebić się przez tę nowomową i zrozumieć o co chodzi. Mogliby politolodzy mówić normalnie? Oczywiście, ale wtedy okazałoby się, że są oni jedynie zmutowanymi socjologami. Przykłady? Będą w następnych odcinkach.

 

Krępujące „posiadanie żony”

 

Bawi mnie też nagminne teraz używanie przez dziennikarzy czasownika „posiadać”. Zamiast pisać i mówić normalnie, że Kowalski ma samochód i willę, mówią Kowalski to wszystko „posiada”. Problem jest w tym, że w języku polskim są dwa podobne czasowniki: mieć oraz posiadać. Niby podobne, ale jednak inne. Posiadać pochodzi od łacińskiego possessivus i dotyczy własności czegoś. Stąd zresztą mamy dawnego polskiego posesjonat, czyli człowieka mającego na własność jakąś nieruchomość. Z tego samego łacińskiego pnia pochodzi też używany jeszcze w XIX wieku posesjonat oznaczający bogatego właściciela dóbr ziemskich, fabrycznych czy kamienicznika. Tymczasem teraz słyszymy polityków, którzy mówią „posiadam żonę”. Chciałoby się odpowiedzieć: Nie ma się pan czym chwalić, posiadanie żony jest pana obowiązkiem, choć intymnym. Wspomniany polityk powinien powiedzieć po prostu „mam żonę”. Ale wtedy jego powaga spadłaby gwałtownie, znaczenie by zmalało a nimb wokół jego głowy zgasłby. Słówko ma w naszym języku zawiera również pojęcie posiadania, ale jest tak proste, że dzisiejszym dygnitarzom nie wypada tak prosto mówić.

 

Wszystkim nam potrzebny jest wyrobiony słuch językowy. Wynosi się go z domu, ale można też wyrobić go sobie samemu. Jak? Czytając dobre lektury. Najlepiej polskich klasyków z  XIX wieku. Tam jest podstawa języka polskiego, zarówno leksykalna jak i frazeologiczna. Potem zaczynają się już w literaturze eksperymenty. Tych XX-wiecznych pisarzy też trzeba czytać, ale uczyć się trzeba od Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Bałuckiego, Prusa i Sienkiewicza.

 

I jeszcze jedna drobna uwaga – każdy z dziennikarzy musi się nieustannie dokształcać, także i ja, dlatego więc dałem temu felietonowi nadtytuł:  Samopouczek.