WALTER ALTERMANN: Chamizacja języka publicznego, czyli przykre koszty demokracji 

Przed wejściem do sklepu dwie młode kobiety, obie z dziecięcymi wózkami. W jednym wózku niemowlak, w drugim dwulatek. Kobiety rozmawiają, a ja ulegam wzruszeniu – że Matki Polki, że ładne dzieci, że polityka prorodzinna jest dobra… Naraz jedna z kobiet mówi: „I ty sobie wyobraź, że ten ch… mówi, żebym pier…nęła wszystko i zrobiła mu kolację”. Na to druga z oburzeniem: „To sk…. jeb…”. 

Przepraszam za neologizm w tytule, ale nie znalazłem bardziej odpowiedniego słowa – niż „chamizacja” – do tego, o czym będzie poniżej. A będzie o języku codziennym i języku debaty publicznej w Polsce. Z miesiąca na miesiąc nasz język ulega ohydnemu zepsuciu i degradacji. Miejsce słów, zwrotów i fraz przyjmowanych dotychczas za eleganckie, zajmuje retoryka i słownictwo prostackie, a mówiąc wprost – chamskie.

W dawnych czasach za używanie takich słów, jakich używały te dwie matki, można było zapłacić słony mandat – nawet 500 zł. Dzisiaj nikt już nie zwraca na to uwagi. I ludzie nie wstydzą się już mówić w miejscach publicznych językiem rynsztokowym.

Powiedzmy szczerze – przekleństwa i wulgaryzmy w naszym języku istniały, istnieją i będą istniały. Człowiek wzburzony, poruszony sięga po słowa, które pomagają mu wyładować gniew i frustrację. Teraz jednak wszystkie te prymitywne słówka stały się normalnymi słowami. I mało kto się ich wstydzi.

W dawnych latach, w latach mojej młodości, obowiązywała jeszcze norma kultury inteligencji. Wtedy nie uchodziło rzucać mięsem przy kobietach. Młodzież licealna i studenci również trzymali poziom. Owszem czasami ktoś „rzucił mięsem”, ale nie za często. Młodzi ludzie, którzy chcieli społecznie awansować wzorowali się na „inteligentach starej daty”. Jakie wzorce kultury języka ma dzisiejszy nastolatek? Przede wszystkim mówi tak jak mówią jego rodzice. Dlatego, z pewnością, te dwa urocze maluchy z wózków będą używały wulgaryzmów, których używają ich matki i ojcowie. Potem jednak pójdą do szkół, napotkają nauczycieli, którzy mówią kulturalnie, potem praca, w której już może być różnie… Myślę, że te dzieciaki mają małe szanse, żeby przejść o stopień wyżej w kulturze. Przestał bowiem działać wzorzec pozytywnej normy. A krócej mówiąc – chamiejemy na potęgę.

Media społecznościowe

Mediach społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram i Twitter zalane są chamstwem. Język pijaczków z połowy XX wieku, jest – przy języku mediów społecznych – językiem lordów. Ogromne rzesze frustratów społecznościowych dzielą się z nami swoim wulgarnym obrazem świata i ludzi.

Niestety te media dopuściły do głosu ludzi o najgorszych instynktach, ludzi pełnych nienawiści i pogardy. Życzenie komuś śmierci jest czymś zwyczajnym, poniżanie innych jest normą a opluwanie rynsztokowymi epitetami to codzienność, na którą niewielu już zwraca uwagę.

Ktoś na tych mediach zarabia, ktoś jest ich właścicielem. Zastanawiam się dlaczego władze nie ścigają właścicieli Facebooka i innych. Przecież w obawie o utratę zysków właściciel by reagował. Owszem władze zapowiadają ściganie autorów wpisów, ale to przecież nie działa.

Media klasyczne

Wystarczy otworzyć jakikolwiek kanał telewizyjny, na którym już czyhają na nas prostacy, żeby wykorzystując formułę dyskusji politycznej, uraczyć nas prostackim myśleniem i chamskim językiem.

Podejrzewam, że część polityków uważa, że operacja, polegająca na brutalizacji wypowiedzi, na obrażaniu oponentów – dodaje im męskości. Że niby są tacy twardzi i zdecydowani, i brutalnie wprost, czyli bardziej męscy. Niestety powie nam to każdy psycholog, że takie słownictwo cechuje… impotentów.

Z kolei stara teoria, że kobiety łagodzą męskie zachowania jest z gruntu fałszywa. Jest wręcz odwrotnie. U nas, w debacie publicznej kobiety są tak samo agresywne jak mężczyźni. I ani krzty u naszych „polityczek” delikatności białogłów, łagodności i wybaczenia. Maskulinizują się!

Pozasłowne sposoby komunikacji

Naukowcy twierdzą, że pierwszym językiem człowieka był język gestów. Potem pojawiły się okrzyki, mruczenie i proste słowa. Nasza polityka zdaje się potwierdzać tę teorię. Z ta różnicą, że cofamy się właśnie ku pomrukom i gestom.

Każdy polityk przed kamerą lub mikrofonem musi zaistnieć, żeby przez te kilka lub kilkanaście minut zapamiętano go. Polityk wierzy, że to „zapamiętanie” przełoży się na głosy przy urnach. Szczególnie nerwowi w kwestii zaistnienia i zapamiętanie są przedstawiciele małych partii koalicyjnych, czyli tych które weszły do parlamentu na przyczepkę i dokładkę. Ci politycy rzeczywiście mają problem – muszą nadal być w koalicjach, a jednocześnie nieustannie zaznaczać swą odrębność. Dlatego są bardzo brutalni, dlatego robią groźne miny i zawsze mówią tak, jakby właśnie wypowiadali wojnę całej Europie. I Stanom Zjednoczonym. Trochę to zalatuje paranoją, ale tak właśnie jest. Co prawda ci mniejsi nie używają słów wulgarnych, ale szkodzą językowi wprowadzając niepotrzebnie napięcie, stawiając nawet sprawę wykałaczek na ostrzu noża. Taka postawa „mniejszych” rodzi napięcia u odbiorcy. Przy czym są to napięcia dwojakie. U swoich twardych zwolenników wywołują reakcję typu „Tak, ma k… rację!”  U swoich przeciwników natomiast wywołują protest klasy: „Co jest, k… „. W sumie sytuację małych podwieszonych do większych opisał już Julian Tuwim w wierszu „Tańcowały dwa Michały”:

Tańcowały dwa Michały,
Jeden duży, drugi mały.
Jak ten duży zaczął krążyć,
To ten mały nie mógł zdążyć.

Piszę o tym, bo nie trzeba używać wulgaryzmów, by niszczyć język debaty politycznej. Czasem wystarczy sam ton i groźna mina, bo one wywołują nastrój, który wzbudza najciemniejsze siły mózgowe.

Na przykład – kilka dziennikarek telewizyjnych, prowadzących rozmowy polityczne, wzdycha głęboko, przewraca oczami, targa swe włosy a nawet kręci głowami z niedowierzaniem, gdy usłyszą jakieś sądy od polityków, których nie lubią.

Sprawa zachowań „mniejszych partii” i dziennikarek jest ilustracją, że także pozajęzykowe środki komunikacji mogą być bronią niszczącą dobre obyczaje, dobry język debaty.

Elegancja językowa

Pewna pani Profesor mawiała: „Można oczywiście powiedzieć ‘wyciągam wnioski’, ale brzmi to brutalnie, jakby prokurator wyciągał konsekwencje. Czyż nie jest bardziej elegancko powiedzieć ‘wysnuwam wnioski’?”

Ciągle słyszę od polityków: „Pan kłamie”. A dlaczego nie powiedzieć: „Chyba mija się pan z prawdą.”

Mówią też: „Niech pan zauważy…”. Czyż nie można powiedzieć: „Proszę zauważyć?” Niech – jest rozkazujące i brutalne, a proszę… to jednak proszę.

Ostatnio usłyszałem: „Co mi pan tu opowiada?” Prawda, że to brutalny i prostacki zwrot? A można  powiedzieć: „Jestem zaskoczony pańską opinią”.

Wyjątki od reguły

Jest kilka wyjątków od reguły, nakazującej nieużywanie wulgaryzmów w „przestrzeni publicznej”. To literatura, teatr i film. Tam artysta – chcąc oddać rzeczywistość swoich czasów – ma prawo używać wszystkich słów, jakie zna ludzkość. Czasem artyści przesadzają, ale przesada to również sposób artystycznej wypowiedzi.

W ostatnich latach odbyło się kilka dużych awantur na linii władza – artyści. I oczywiście władza przegrała, dlatego że urzędnik – choćby bardzo uduchowiony – nigdy nie dorówna artyście. Bo sztuka jest osobnym światem, który nigdy nie podda się urzędniczym zakazom i nakazom. A po latach, po wiekach, nazwiska Szekspira i Moliera nadal będzie znane, ale nazwiska urzędników, którzy ich próbowali „ustawić” znikną z ludzkiej pamięci. I taka to różnica.

Więc – Drodzy Urzędnicy – zostawcie, dla Waszego dobra, artystów w spokoju. Niech klną, ubliżają a nawet bluźnią. Oni – artyści – w pewnym sensie są ponad prawem, a Wy nie.

Idzie ku dobremu

Wspominałem ostatnio, że modne stało się słówko „hub” – wymawia się hab, a po polsku znaczy tyle co „centrum, ośrodek”. Wspominałem ów „hub” jako przykład niepotrzebnego zangielszczania naszego języka. Niestety, nawet sam pan premier Matusz Morawiecki używa tego huba. I nagle, niespodziewanie a dobitnie 28 marca 2022 roku usłyszałem znowu ten „hub” z ust Szymona Hołowni, który twierdził, że Polska powinna stać się „hubem pomocy Ukrainie”.

Toż to już rewolucja, to znak, że ponadpartyjne porozumienie jest możliwe, że właściwie już zaistniało! Premier i szef dużej partii opozycyjnej mówią tak samo! Co prawda pierwszą ofiarą tego porozumienia jest nasz język, ale trudno… Politycznie idzie ku dobremu.

 

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (5). Ukraina – między kontynentami wolności i niewoli

Ukraińcy przez wieki mieli do czynienia z dwoma wzorcami mentalności i wolności obywatelskiej – mongolskim i europejskim. Wzorzec mongolski reprezentowali wobec nich Rosjanie, a europejski Litwini, Polacy i Austriacy. Teraz historia zrobiła koło i Rosjanie znowu chcą z Ukraińców zrobić element swojego mrocznego imperium, w którym władza może wszystko – zostawiając oczywiście poddanym możliwość bardziej lub mniej entuzjastycznego popierania tej władzy. Ukraina już dawno dokonała wyboru i nie chce żyć między kontynentami wolności i niewoli. Oni chcą być po prostu wolni.

Ukraińska droga do wolności była trudna, bo tak Rosjanie, jak Litwini i Polacy, traktowali ukraińskie tereny jako swoje łupy. Natomiast dla wielonarodowego imperium Austro-Węgier Ukraińcy byli tylko jednym z wielu narodów słowiańskich, które trzeba było trzymać w ryzach siłą i prawem. Niemniej lekcja wzorów wolności obywatelskiej jakiej Ukraińcy doświadczyli najpierw ze strony Polski, potem Austro-Węgier, była na tyle atrakcyjna, że wzmagała dążenia do niepodległości państwowej i wolności osobistej Ukraińców.

Początki spraw polsko-ukraińskich

W XIV wieku spustoszonymi przez Tatarów terenami księstwa halicko-wołyńskiego, zainteresowały się: Litwa, Polska, Węgry, a nawet Krzyżacy. Lwów od 1349 r. był polskim miastem, ale trzeba wiedzieć, że prawa Kazimierza Wielkiego do ziemi halickiej były dość umowne, wynikały bowiem z zawartej w 1338 r. w Wyszehradzie polsko-czesko-węgierskiej umowy o rozbiorze księstwa wołyńsko-halickiego. Ruś Halicką zajął zatem Kazimierz Wielki, Wołyń wzięła Litwa. Pisząc „zajął” popełniamy jednak pewne nadużycie, bo wojna z Ukraińcami trwała 16 lat.

Natomiast Ruś Kijowska najpierw dostała się pod kontrolę Złotej Ordy, po czym Kijów – w odróżnieniu od Moskwy – w 1363 r. zdołał się poddać zwierzchnictwu Litwy. Nad pogańskimi Litwinami Rusini mieli wyraźną przewagę cywilizacyjną. Byli ochrzczeni, mieli pismo i doświadczenie administracyjne. To dlatego jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

W polskiej pamięci historycznej Litwa to „polski raj”, a Ukraina to „polskie piekło” – pisze Adam Krzemiński w POLITYCE. Ukraina to pole ekspansji, po której pozostał barok katolickich kolegiat, magnackich pałaców, żydowskich synagog, a w literaturze „ukraiński romantyzm”: Goszczyński, Słowacki, Sienkiewicz. Ale także krwawe rzezie w czasie powstania Chmielnickiego 1648 r., koliszczyzny (powstanie kozackie z 1768 r.), aż po Wołyń i Akcję Wisła w latach 1943–47. U nas oblicza się, że w czystkach etnicznych w latach 1943–47 zginęło 100 tys. Polaków i 20 tys. Ukraińców.

Taras Szewczenko, narodowy poeta ukraiński, autor „Hajdamaków”, opiewających rżnięcie polskich panów w XVIII w., pisał w 1845 r. Z goryczą: „Myśmy Polskę powalili. Ongiś. Za to chwała… Święta prawda. Polska padła. I was pogrzebała”.

Przez kilka wieków, aż do rozbiorów, Polska traktowała Ukrainę jako tereny kolonialne. Przede wszystkim nigdy nie chciała dać wolności kozakom. Bano się utworzenia stanu równego szlachcie, lub przynajmniej niezależnego od szlachty. I tak zaprzepaszczono szansę na bycie konkurencyjnym wobec Rosji mocarstwem.

Moje smutne rozbawienie budzi fakt, że w okresie międzywojennym prasa wszystkich odłamów pisała o „polskim żywiole na wschodzie”, o „polskim duchu państwowotwórczym na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej”. Te metafizyczne teksty miały uzmysłowić Polakom – bo przecież nie Ukraińcom i Białorusinom – że jest dobrze, że mamy prawo do rządzenia Ukraińcami i Białorusinami. Bywały też teksty nieoficjalne, które bardziej niż administracja mówiły prawdę o naszym stosunku do Ukrainy. „Po majątki na Podole, Pułk szesnasty rusza w pole”.  Warto tę żurawiejkę zapamiętać, ku nauce, że trzeba uważać na to co się śpiewa.

Nowożytna historia polsko-ukraińska

Nowożytna historia polsko-ukraińska zaczęła się w 1569 r., gdy Litwa – na mocy Unii Lubelskiej – przekazała Polsce swe południowe rubieże: Wołyń, Podole, Kijowszczyznę i Zadnieprze. Wtedy też wytyczono dzisiejszą granicę białorusko-ukraińską.

Trzeba zaznaczyć, że z Unią Lubelską powstał spójny obszar. Zboże z Ukrainy mogło płynąć do Gdańska i dalej. Polska szlachta, żydowscy dzierżawcy, włoscy artyści – malarze i architekci, niemieccy rzemieślnicy szeroką fala zaczęli napływać na Ukrainę. Język polski stał się językiem kultury wysokiej, politycznych i teologicznych rozpraw. Na założonej przez Piotra Mohyłę prawosławnej Akademii Kijowskiej polemiczne traktaty pisano po polsku, a poezja Kochanowskiego była wzorem dla nowej słowiańskiej stopy metrycznej.

Ala nie ze wszystkim było tak dobrze. Stało się tak, że cała klasa polityczna ówczesnej Rzeczypospolitej nie dorosła do poważnych politycznych wyzwań. Może dlatego, że unia Polski z Litwą była wynegocjowana przez równych partnerów; katolicyzm przenikał stopniowo, a statuty litewskie chroniły miejscową własność ziemską. Natomiast przyłączenie Ukrainy do Polski było gwałtowne – i spowodowało cywilizacyjny szok. Ukraina była chłopska, bo szlachta stanowiła tam ledwie 2 procent i szybko się polonizowała. Nastąpiło rugowanie chłopów ukraińskich z ich ziemi, która następnie dzierżawiono Żydom. W ten sposób powstała klasa „ukraińskich królików”, którzy stali się panami latyfundiów i fortun, podczas gdy prawosławne chłopstwo popadało w nędzę, w pańszczyźnianą niewolę lub uciekało na Dzikie Pola. Próby spolonizowania ukraińskiego chłopstwa i narzucenia mu wyznania rzymskokatolickiego nie powiodły się, ale spowodowały ogromne napięcia na tle wyznaniowym i trwałą wrogość.

Zwróćmy uwagę, że powstanie Chmielnickiego w 1648 roku, miało trzy główne hasła: I. walka o godność o sprawiedliwość, której symbolem był polski szlachcic – najczęściej spolonizowany Ukrainiec; II. walka z obcym wyzyskiem – czyli z Żydami, dzierżawcami i kupcami; III. walka z antychrystem – z jezuitami i katolickimi księżmi.

Co do problemu żydowskiego – Żydzi na Ukrainie nie byli akceptowani, bo stali się trzecią klasą, pośrednikami pomiędzy szlachtą a chłopami, czyli bezpośrednim narzędziem ucisku. To Żydzi ściągali podatki, oni – w imieniu pana – odbierali też dobytek i ziemię za długi. „Doszło nawet do tego, że – jak pisze żydowski historyk H. Graetz w „Historii Żydów”, Warszawa 1929 – szlachta dzierżawiła Żydom cerkwie, skutkiem czego Rusin, chcący w cerkwi ochrzcić dziecko lub wziąć ślub, musiał uiszczać dzierżawcy, czyli Żydowi odpowiednią opłatę”.

Próba przekształcenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów miała miejsce w roku 1568 w Hadziaczu. Jednak ugoda hadziacka, mimo że ratyfikowana przez Sejm, nie została wprowadzona w życie, a kwestia ukraińska przez cały XVIII w. była dla Moskwy pretekstem do ingerencji, w końcu do rozbiorów.

Nigdy nie powstała stabilna unia polsko-ukraińska, choć parę razy o niej mówiono, a raz nawet – w 1920 r., gdy Piłsudski z Petlurą ruszał na Kijów – spróbowano ją zmontować. Zresztą, po wojnie o Lwów w 1918 roku, nie można się już było oczekiwać od Ukraińców poparcia polskich planów federalizacji. Jest też faktem, że także strona polska jakoś nie bardzo wierzyła w federację polsko – ukraińską, czego dowodem było odstąpienie od kwestii ukraińskiej przez Polaków, w czasie negocjacji nad pokojem ryskim w 1921 roku. Wyszło na to, że polscy negocjatorzy pilnowali wyłącznie własnego interesu narodowego.

Państwowotwórcza myśl polska u zarania niepodległości.

Białorusini i Ukraińcy u schyłku pierwszej wojny światowej podejmowali próby utworzenia własnych państw narodowych. Nie zdołali, ale pamięć o tych zamierzeniach w obu narodach pozostała żywa.

W wyniku wojny polsko-radzieckiej część terytorium Białorusi i Ukrainy znalazła się w granicach Polski. Za wschodnią granicą powstały sowieckie republiki Białorusi i Ukrainy, które wprawdzie stanowiły atrapę państwowości narodowych, lecz oddziaływały propagandowo na słowiańskie mniejszości w Polsce.

Problem narodowościowy należał do najtrudniejszych w polityce wewnętrznej II Rzeczypospolitej. Wywoływał liczne spory między głównymi obozami politycznymi. Rodziło się wiele pomysłów w sprawie integracji ziem zamieszkałych przez ludność niepolską, wszystkie jednak przewidywały działania na rzecz unifikacji państwa. Elity białoruskie i ukraińskie oczekiwały natomiast daleko idącej autonomii dla obszarów zamieszkałych przez tę ludność. Konflikt zatem był nieunikniony i wynikał z wzajemnie wykluczających się aspiracji Polaków i słowiańskich mniejszości narodowych.

Najbardziej spójny, a jednocześnie utopijny, program rozwiązania problemów narodowych Polski miała Narodowa Demokracja. Jeden z przywódców tego nurtu – Roman Dmowski – jeszcze na początku XX wieku stworzył podwaliny polskiej ideologii narodowej oraz katalog zasad postępowania wobec mieszkających w sąsiedztwie narodów.

Dmowski dostrzegał odrębność kulturową Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, lecz nie wierzył w zdolność zbudowania przez nich własnych państw narodowych i był przekonany o możliwości ich całkowitej asymilacji w kulturze polskiej.

Pojawiające się na początku XX stulecia hasło „samostijnej Ukrainy” uważał nie za przejaw rozwoju świadomości narodowej ludu ukraińskiego, lecz produkt polityki austriackiej, który łatwo mógłby być zastąpiony jakimś wytworem polityki polskiej. Intryga austriacko-niemiecka stanie się wkrótce wśród polskich elit politycznych dość powszechną interpretacją pojawienia się problemu ukraińskiego.

Dmowski, chociaż uznawał nadrzędność interesów narodowych nad państwowymi, wychodził z założenia, iż państwa tworzą narody i w tym upatrywał możliwości naturalnej asymilacji – pisze Eugeniusz Mironowicz w „Białorusini i Ukraińcy w polityce obozu piłsudczykowskiego”, Wydawnictwo Uniwersyteckie Trans Humana, Białystok 2007. – Głównym czynnikiem wpływającym na te narody miała być siła oddziaływania przyjaznych im instytucji państwa polskiego. Wzorem dla asymilacji Białorusinów i Ukraińców miała być praktyka polityki przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wobec szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego, która zakończyła się jej polonizacją. Tą samą drogą do polskości – zdaniem Dmowskiego – należało przeprowadzić masy białoruskiego i ukraińskiego ludu. Nie uwzględniał on jednak (nie mógł przewidzieć) szybkiej ewolucji ruchów narodowych wśród społeczności, które w XIX wieku nie zdradzały większych aspiracji politycznych.

Według Dmowskiego państwo polskie na wschodzie winno obejmować Litwę w granicach etnograficznych z Kownem, powiększone ponadto o Tylżę, Kłajpedę i kurlandzką Lipawę oraz Wileńszczyznę, Grodzieńszczyznę, południowe Inflanty z Dyneburgiem, środkową Białoruś z Mińskiem, Słuckiem, Bobrujskiem, Borysowem, Drysą i Połockiem, Polesie z Mozyrzem, Wołyń, Podole z Kamieńcem Podolskim, Płoskirowem, Uszycą i Barem. Inni przywódcy tworzącego się obozu endeckiego – Jan Ludwik Popławski, Zygmunt Balicki – rozważali możliwość tworzenia państwa narodowego w granicach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Problem wyraźnie występującej przewagi ludności niepolskiej na kresach wschodnich Popławski proponował rozwiązać poprzez stworzenie odpowiednich warunków do jej emigracji. Chodziło głównie o Ukraińców i Żydów. Białorusinów uważał za element na tyle bierny i zauroczony kulturą polską oraz wyznaniem katolickim, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla polskości.

Na przełomie XIX i XX wieku wykrystalizowały się także koncepcje polskich socjalistów. Przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) od chwili powstania organizacji mówili o „całkowitym równouprawnieniu narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji”. Popieranie separatystycznych dążeń narodów wchodzących w skład imperium Romanowych stało się zasadą polityki PPS – E Mironowicz, ibidem.

Celem tej partii nie było oczywiście spełnienie aspiracji narodowych elit litewskich, białoruskich czy ukraińskich, lecz osłabienie Rosji. Socjaliści z PPS skłonni byli wspierać rodzące się ruchy narodowe, białoruski, litewski i ukraiński, jako potencjalnych sojuszników w walce z Rosją.

Na początku XX wieku grupa działaczy PPS skupionych wokół Józefa Piłsudskiego wysunęła koncepcję stworzenia państw Litwy, Białorusi, Ukrainy, oddzielających Polskę od Rosji, a jednocześnie politycznie, militarnie i ekonomicznie związanych z Polską. W zasięgu federacyjnego państwa widziano Rygę, Witebsk, Mohylew, Żytomierz, Kijów oraz Zadnieprze. Rozwiązanie takie miało pogodzić dążenia niepodległościowe Polaków i zaspokoić aspiracje narodowe Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Zakładano, że akces do federacji będzie miał charakter dobrowolny, a głównym architektem tej wspólnoty politycznej narodów będą Polacy. Podstawą tej koncepcji było przekonanie, że narody te nie są zdolne do samodzielnego tworzenia własnych państw, i że jedynie przy udziale czynnika polskiego mogą uzyskać narodową podmiotowość.

W tym względzie – pisze E. Mironowicz, ibidem – postrzeganie sąsiednich narodów przez socjalistów niewiele różniło się od stanowiska narodowców. Piłsudski zaliczył je do narodów „niehistorycznych”, dla których przywództwo polskie było naturalną koniecznością. W programie socjalistów nie było jednak odpowiedzi na pytanie, jak mieliby zachować się Polacy, gdyby Litwini, Białorusini lub Ukraińcy opowiedzieli się za innym rozwiązaniem.

Zwróćmy uwagę, że mówiąc o „narodach niehistorycznych” Piłsudski stawiał Polskę wyżej na Białoruś i Ukrainę, bo oba te narody nie stworzyły wcześniej własnych państw. Jeżeli nie jest to nawet paternalistyczny kolonializm na wzór angielski, to z całą pewnością jest to klasyczna polska megalomania. Bo w końcu mniejszą sztuką jest założyć państwo, większą jest utrzymać je.

Z kolei przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” (PSL- „Piast”) szukali drogi pośredniej. Wincenty Witos dostrzegał wprawdzie dobrodziejstwa płynące z utworzenia krajów oddzielających Polskę od Rosji, lecz uważał, że żadna piędź polskiej ziemi nie może być przyłączona do tych państw. Ziemia określana przez Witosa jako polska zamieszkała była także przez Białorusinów i Ukraińców, którzy niekiedy stanowili tam większość. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dla PSL „Piast” najważniejsze było umocnienie polskiego stanu posiadania poprzez osadnictwo wojskowe i cywilne, sprawną administrację, zwalczanie odśrodkowych dążeń ludności białoruskiej i ukraińskiej oraz jej polonizację. Wbrew deklaracjom programowym o zapewnieniu równości obywatelskiej dla mniejszości słowiańskich, PSL „Piast” opowiadał się za ograniczeniem ich praw wyborczych, a tym samym wpływu na bieg spraw państwowych.

Zdaje mi się, że najbardziej szczerzy byli przedstawiciele pierwszej administracji polskiej na ziemiach białoruskich (Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich). Na przykład Władysław Studnicki otwarcie głosił, że ziemie wschodnie były potrzebne Polsce do ich kolonizacji. Zaangażowanie Polski na Białorusi i Ukrainie to ekspansja kolonialna, konieczna ze względów gospodarczych, która w końcowym efekcie miała stworzyć przestrzeń do osadnictwa polskiego. Federacja nie mogła zatem wchodzić w rachubę, ponieważ żadne państwo sprzymierzone unią z Polską nie wyraziłoby zgody na kolonizację swoich ziem.

Można zatem powiedzieć, że z takim bagażem historycznych obciążeń wstąpiła Polska na drogę życia w państwie wielonarodowościowym.

Sprawy polsko – ukraińskie po I wojnie światowej.

Polska w okresie międzywojennym była jednym z państw w Europie posiadających największy odsetek mniejszości narodowych. Ponad 11 mln ludzi, około 35 proc. obywateli, posługiwało się w życiu codziennym innym językiem niż polski. Najliczniejsze narody mieszkające w granicach II Rzeczypospolitej to Ukraińcy (5,1 mln), Żydzi (3,1), Białorusini (2,0 mln), Niemcy (0,8 mln).

Sprawy polsko-ukraińskie od początku poszły najgorzej jak tylko można było sobie wyobrazić. Wojna o Lwów dla Polaków stała się jednym z mitów założycielskich odzyskanej państwowości, ale dla Ukraińców ta przegrana walka stała się wyzwaniem do dalszej walki. Dlatego też przez całe dwudziestolecie międzywojenne ukraińskie organizacje samorządowe, edukacyjne, paramilitarne, partie narodowe i nacjonalistyczne czciły pamięć poległych bohaterów i wzywały do dalszej walki. Tym samy wojna polsko-ukraińska o Lwów stała się zarzewiem nowych konfliktów.

Problem z tym epizodem polskich zmagań o niepodległość jest duży. Oczywiście Lwów był stolicą Galicji w czasach Austro-Węgier, był miastem, w którym dominowali Polacy, ale już tereny wokół Lwowa polskie nie były. Popatrzmy na dane Rocznika Statystycznego z 1937 roku, który podawał stan z roku 1931.

Zaznaczmy jednak, że administracja polska poszerzyła województwo lwowskie o tereny małopolski, które były historycznie polskie i zasiedlone przez Polaków.

Ludność Polski według języka ojczystego w 1931 roku – język ojczysty ogółem, w procentach:

polski – 68,9; ukraiński – 10,1; ruski – 3,8; białoruski – 3,1; rosyjski – 0,4; niemiecki – 2,3; inne – 2,8

Zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą terenu całej międzywojennej Polski. Jednakże w województwach wschodnich jest oczywiście inaczej.

WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE

Ogółem: polski – 16,6; ukraiński – 68,0

Miasta: polski – 27,5; ukraiński – 16,1

Wieś: polski – 15,1; ukraiński – 75,2

 WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE

Ogółem: polski – 57,7; ukraiński – 18,5

Miasta: polski – 63,5; ukraiński – 7,4

Wieś: polski – 55,8; ukraiński – 22,2

 WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE

Ogółem: polski – 24,4; ukraiński – 46,9

Miasta: polski – 40,8; ukraiński – 18,7

Wieś: polski – 17,9; ukraiński – 53,9

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE

Ogółem: polski – 49,3; ukraiński – 25,1

Miasta: polski – 58,3; ukraiński – 10,3

Wieś: polski – 47,4; ukraiński – 28,1

Podobny podział jest w ujęciu deklarowanego wyznania, choć trzeba tu zauważyć, że wiele osób deklarujących język polski jako rodzimy, przedstawiało się jako osoby prawosławne. Mamy tu bowiem do czynienia z faktem, że nie tylko wyznanie rzymskokatolickie oznaczało bycie Polakiem.  Przynależność narodowa jest zjawiskiem bardziej skomplikowanym.

Ludność Polski według wyznania w 1931 roku – wyznanie w Polsce ogółem, w procentach

rzymsko-katolickie – 64,8; greckokatolickie – 10,4; prawosławne – 11,8; ewangelickie – 2,5; mojżeszowe – 9,8

 WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE: rzymsko-katolickie – 15,7; prawosławne – 69,8

WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 46,3; greckokatolickie – 41,7

WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 16,0; greckokatolickie – 72,0

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE: rzymsko-katolickie – 36,7; prawosławne – 54,5

 Problem ze strukturą ludności terenów wschodnich II Rzeczypospolitej był duży. Czy można było ten problem lepiej rozwiązywać? Nie wiem, ale jest pewne, że polskie rządy jedynie pozorowały działania.

W praktyce podstawą polityki władz wobec mniejszości narodowych stała się doktryna Romana Dmowskiego. Jak zauważył badacz ukraiński „…w sprawach narodowych, żaden odpowiedzialny polityk polski nie przejawił odwagi pójść przeciwko otumanionej endeckimi hasłami ulicy” –  M. Hietmanczuk, Ukraińśkie pytannia w radianśko-polśkich widnosinach 1920-1939 r., Lwiw 1998, s. 206.

Stanisław Cat Mackiewicz zwycięstwo doktryny Dmowskiego łączył z wynikiem wojny polsko-bolszewickiej. „Konsekwencje polityczne traktatu ryskiego – pisał – narzucały się z żelazną siłą polityce wewnętrznej Polski. Polska polityka narodowościowa zejdzie na tory doktryny Dmowskiego, będzie się dążyło do państwa jednolicie narodowego, i z tego toru nie zejdziemy już nigdy” – St. Mackiewicz (Cat), Historia Polski…, s. 130

W rzeczywistości idea federalizacji, o której tak chętnie mówili polscy politycy, była całkowicie martwa „Polska administracja – pisze historyk ukraiński Wołodymyr Łytwyn, Ukraina: międzywojenna doba (1921-1938), Kyiw 2003, s. 407 – żadną miarą nie zamierzała przebudowywać państwa. Ona zdecydowanie obrała kurs na integrację wschodnich kresów w ramach polskiego państwa narodowego. To oznaczało, że miejscowa ludność wcześniej, czy później musiała się polonizować i wyrzec się swojej tożsamości narodowej. (…) Polskie elity polityczne przejawiły ogromną wolę, determinację i umiejętność konsolidacji, aby odnowić państwowość utraconą w XVIII wieku. Ale ani elity polityczne, ani społeczeństwo polskie w całości nie wiedziały jak odnosić się wobec Ukraińców – czy tak, jak do wrogów wewnętrznych, zagrażających istnieniu państwa, czy tak, jak do współobywateli, którzy posiadają nie tylko obowiązki, lecz także prawa. Ostatecznie górę brał ekstremizm endeków, którzy okazali się najbardziej wpływową partią w międzywojennej Polsce”.

Szybko zbudowano aparat administracyjny, zdominowany przez urzędników z województw centralnych nieznających języka, mentalności i obyczajów miejscowej ludności. Spośród 283 urzędników zatrudnionych na początku 1923 roku w zarządach powiatowych i wojewódzkim 274 było Polakami. Nie sprzyjało to bynajmniej poprawnemu ułożeniu relacji z dominującą na terenie województwa ludnością ukraińską.

Nieudolność administracji oraz pogardliwy stosunek urzędników wobec ludności ukraińskiej doprowadziły do skrajnych napięć na tle narodowościowym. W 1924 roku m.in ze względu na wystąpienia antypaństwowe na Wołyniu rozważano nawet możliwość wprowadzenia stanu wyjątkowego w województwach wschodnich.

Z każdym rokiem, wobec braku nadziei na zmianę ich sytuacji, narastały wśród Ukraińców tendencje separatystyczne.

Nie będziemy tu wchodzili w szczegóły, powiemy tylko, że odpowiedzią polskiej administracji na manifestacje, tajne druki ukraińskie, na zebrania polityczne narodowych partii ukraińskich, na bunty i strajki było wzmożenie policyjnej inwigilacji tych organizacji.

W latach trzydziestych w dokumentach rządowych występowało wiele określeń przejętych z publicystyki Jędrzeja Giertycha, jednego z ideologów Obozu Wielkiej Polski. Asymilację uznawał on za rzecz nieodzowną i konieczną. Prawo do posiadania kresów wschodnich – pisał – dawała Polakom „przewaga moralna i cywilizacyjna”. Giertych proponował konsekwentne nazywanie języka białoruskiego i ukraińskiego regionalnymi gwarami języka polskiego, zastąpienie cyrylicy alfabetem łacińskim, tworzenie szkół utrakwistycznych (dwujęzykowych) z zaznaczeniem, że nauczanie odbywa się w polskim języku literackim i miejscowej gwarze. Od szczebla gimnazjum szkoły miały być wyłącznie „w języku literackim”. Najlepszą metodą na powstrzymanie rozwoju tendencji separatystyczny Ukraińców i Białorusinów – uważał Jędrzej Giertych – powinno być powołanie instytucji sądów doraźnych oraz rozszerzenia uprawnień policji i administracji kresowej.

Jawne partie i organizacje ukraińskie stawiały władzom państwowym zarzuty, że nie realizują własnych deklaracji. Ukraińcy wskazywali na trzy poważne problemy, które mogłyby być rozwiązane, lub rozwiązywane:

  1. Edukacja i narodowy język

Wprawdzie na terenach wschodnich RP istniało szkolnictwo w języku ukraińskim, ale rządy miały liczne pomysły na ograniczanie ukraińskiego szkolnictwa narodowego. Realizując endecki program, władze chętniej widziałyby język polski jako podstawowy i główny. Dla ukraińskiego widziano rolę jedynie uzupełniającą i marginalną.

Odezwa UTP „Ridna Szkoła” z lipca 1926 roku zaczynała się słowami: „Ukraiński Narodzie! Rząd polski z chwilą objęcia władzy nad naszą krainą, postawił sobie za cel znieść nas z powierzchni ziemi”. Środkiem prowadzącym do zniszczenia narodu ukraińskiego, według autorów odezwy, było szkolnictwo i zatrudnieni tam sadystyczni nauczyciele, którzy, nie uciekając się także od przemocy fizycznej, wpajali dzieciom ukraińskim obcy dla nich język, uczyli poszanowania dla obcej tradycji i pogardy dla własnej.

Konfidenci donosili, że na zebraniach UNDO – Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne, partia polityczna istniejąca latach 1925–1939 – i innych partii mówi się wyłącznie o krzywdach ukraińskich, braku szkół, zabieraniu świątyń prawosławnych na Wołyniu i Chełmszczyźnie, wrogich Ukraińcom postawach ludzi reprezentujących państwo polskie. Polscy urzędnicy mówienie na ten temat oceniali jako przejaw ukraińskiego szowinizmu.

W październiku 1926 roku starostowie systematycznie konfiskowali kolejne nakłady gazet i czasopism ukraińskich, w których doszukano się treści antypaństwowych. Konfiskowano nawet wtedy, gdy zarzuty dotyczyły treści publikowanych interpelacji lub przemówień poselskich. Zakres ingerencji urzędników powiatowych był tak duży i nieuzasadniony, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, upomniało starostów, że zbyt częste ograniczanie wolności słowa dla mniejszości narodowych i stosowanie bez istotnych powodów barier formalnych do wstrzymywania druku było sprzeczne z intencjami rządu i zasadami cenzury.

Kolejne rządy przed majem 1926 roku próbowały szukać w tej sprawie kompromisu między oczekiwaniami Ukraińców i polską opinią publiczną, zdecydowanie niechętną wszelkim koncesjom na rzecz tej mniejszości. Gabinet Władysława Grabskiego wysuwał propozycje powołania Instytutu Ruskiego w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejne rządy uparcie trzymały się tej koncepcji, która dla Ukraińców była rozwiązaniem połowicznym i daleko odbiegającym od ich oczekiwań. Ukraińcy chcieli Uniwersytetu Ukraińskiego we Lwowie.

W Sejmie posłowie polscy z Galicji podkreślali, iż rząd i wszystkie władze państwowe chcą i są gotowe utworzyć oraz finansować Uniwersytet Ukraiński, lecz na takich samych zasadach, na jakich funkcjonują uczelnie polskie. Potrzebne były przede wszystkim odpowiednie kadry, „a materiału ludzkiego na ludzi nauki nie widzimy” – mówił poseł Artur Haban. Zwracał on też uwagę  na fakt małego zaangażowania studentów narodowości ukraińskiej, którzy swoją aktywność naukową ograniczali do zdawania egzaminów. Najczęściej odpowiadano Ukraińcom, że powołanie samodzielnego uniwersytetu oddala się nie z powodu złej woli rządu polskiego, lecz zacofania intelektualnego społeczeństwa ukraińskiego.

Drugą formalną przeszkodą była próba nadania uczelni nazwy „Uniwersytet Ukraiński”. Posłowie zwracali uwagę, że ukrainizm jest bardziej zjawiskiem politycznym nie kulturowym. Ustawa o szkolnictwie z 1922 roku przewidywała utworzenie „Uniwersytetu Ruskiego”. Zwracano uwagę, że podczas spisu powszechnego jedynie 7 proc. ludności nazwało swoją narodowość ukraińską, pozostali określili się Rusinami. Sugerowano, że najlepiej byłoby, gdyby Ukraińcy kształcili się na uczelniach polskich, wówczas otrzymywaliby wiedzę zamiast agitacji. „Kurier Warszawski” opublikował wywiad z ministrem WRiOP Stanisławem Grabskim, w którym wysoki urzędnik państwowy udowadniał, że sprawa Uniwersytetu Ukraińskiego nie wynika z potrzeb kulturalnych ludności, lecz ambicji polityków.

We Lwowie, Stanisławowie i Przemyślu odbyły się manifestacje ludności polskiej przeciwko planom lokalizacji uczelni ukraińskiej na terenie Galicji Wschodniej. Wobec niemożliwości rozwiązania problemu ukraińskiego szkolnictwa wyższego, partie ukraińskie organizowały tajne nauczanie.

W odpowiedzi urzędnicy, wojskowi i policjanci skupiali się na tym, żeby jeszcze bardziej zacieśnić kontrolę nad społeczeństwem ukraińskim.

Stanowisko zajmowane przez lokalnych urzędników uniemożliwiało jakikolwiek dialog między obu grupami narodowymi, spychało inteligencję ukraińską w stronę radykalnej opozycji antypaństwowej, budowało wrogie sobie mitologie narodowe. Władze lokalne traktowały organizacje ukraińskie jako zło konieczne, wymuszone przez ustawodawstwo państwowe.

  1. Reforma rolna

Niezadowolenie wśród mas ukraińskich chłopów budziła bieda, a nawet skrajna nędza wsi. Przypomnę, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego Sejm dwa razy ogłaszał parcelację majątków rolnych. Najpierw w roku 1920 uchwalono ustawę o reformie rolnej. Ponieważ jednak naruszała ona konstytucję po raz drugi głosowano sprawę w roku 1925.

Zasadą był wykup ziemi obszarniczej przez państwo, jej właścicielom  płacono ½ ceny rynkowej. Chłopom zaś udzielano kredytów w wysokości 75 procent wartości przejmowanej ziemi, a raty rozłożono na 40 lat.

Do roku 1939 rozparcelowano 2,7 ml hektarów ziemi. Dla porównania – reforma rolna w PRL objęła 6,1 mln hektarów ziemi. Przy czym po II wojnie światowej nie było już w Polsce tak wielkich latyfundiów, jakie były przed wojną na ówczesnych ziemiach wschodnich.

Na podstawie  reformy rolnej premiera Grabskiego z 1925 roku, rozparcelowano 1/5 ziemi należącej do majątków ziemskich. Według Rocznika Statystycznego w 1921 roku chłopi mieli w posiadaniu 13,5 mln hektarów ziemi rolnej, a wielcy właściciele ziemscy 6 mln hektarów.

Problem „z głodem ziemi” był bardzo poważny, szczególnie w dawnych zaborach rosyjskim i austriackim. Tam wiele rodzin chłopskich, po roku 1918, żyło z uprawy maleńkich areałów, niekiedy nie mających nawet 0,2 ha.

Niestety tak przeprowadzona reforma rolna nie zadowoliła ukraińskich chłopów, a ich rozgoryczenie pogłębiał fakt, że duży procent „nowej ziemi” zasiedlili przybysze z centrum Polski w ramach „wzmacniania zdrowych sił narodu”.

  1. Kościół

Duchowe przywództwo ukraińskiego życia narodowego w Polsce spoczywało na Kościele greckokatolickim (unickim), którego głową był metropolita Andrzej Szeptycki. Polska administracja wielokrotnie informowała Warszawę, że „Kler greckokatolicki odnosi się zasadniczo wrogo do państwa i narodu polskiego i stoi na stanowisku zupełnej negacji państwa, jako też rządu i władz polskich”

Wojewoda lwowski zwracał uwagę na przywódczą rolę kleru unickiego w mobilizacji Ukraińców w okresie walk z Polakami w latach 1918-1920. Procesy sądowe i surowe wyroki – informował – wprawdzie powstrzymały antypolską propagandę, lecz nie zmieniło się stanowisko kleru wobec władz państwowych i narodu polskiego. „Obecnie – pisał – agitację antypaństwową i antypolską prowadzi potajemnie, aby nie narażać się na odpowiedzialność karną. Wielu spośród greckokatolickiego duchowieństwa, także najwyżsi dygnitarze, są przywódcami ukraińskiego ruchu skierowanego przeciwko państwu i społeczeństwu polskiemu”.

Informowano też rząd, że kler unicki był głównym inspiratorem tworzenia struktur Towarzystwa Oświatowego „Ridna Szkoła”. Kler unicki, poprzez dzieci uczęszczające na lekcje religii, rozpowszechniał wśród rodziców deklaracje z żądaniem nauczania w języku ojczystym lub protestami przeciwko nauczaniu w języku polskim. Wojewoda lwowski proponował też, by urząd wojewódzki miał prawo wpływania na listę kandydatów do greckokatolickiego seminarium duchownego.

MAZEPA, czyli tragedia polsko-ukraińska

Czy pisać o tragicznych latach hitlerowskiej okupacji ziem ukraińskich i polskich? Chyba nie tutaj, temat jest wielki i bolesny, a my zajmujemy się w tym cyklu mentalnością i rozumieniem wolności przez Rosjan, Polaków i Ukraińców… Powoli więc będziemy kończyć.

O polskiej głupocie, bezrozumności i błędnych założeniach polskiej polityki w sprawach Ukrainy najwięcej pisał Juliusz Słowacki. Ukazywał – choćby w „Śnie srebrnym Salomei” – polską pychę, butę i okrucieństwo wobec Ukraińców. Słowacki miał wręcz obsesję na temat Ukrainy. Uważał bowiem, że Ukraina była kluczem do wolności Polski i jej samej.

Juliusz Słowacki, w czasie swej paryskiej emigracji marzył też, aby któryś z jego dramatów dostał się na deski jakiegoś paryskiego teatru, więc pisał także z założenia „dla Francuzów”. Takim dramatem jest „Mazepa”. Ze względów formalnych jest to piękna romantyczna historia, w której jest miłość i śmierć. Jednak MAZEPA Słowackiego jest też utworem alegorycznym i dotyczy historii polsko-ukraińskiej. Oto bowiem w Amelii, pięknej a młodziutkiej żonie Wojewody kocha się miłością zakazaną Zbigniew, młody rycerz, syn z pierwszego małżeństwa Wojewody. W Amelii jest też zakochany Mazepa, inteligentny, dowcipny i śmiały dworzanin króla Jana Kazimierza. W splocie tych postaci Słowacki dał (poza wspomnianą atrakcyjnością sceniczną dla Francuzów) jasny wykład o tragedii Polski i Ukrainy.

Najpierw dowiadujemy się, że bogaty, ale ograniczony i okrutny Wojewoda ma młodą, piękną żonę. Traktuje ją niejako jak łup, ozdobę, która mu się należy z racji potęgi pozycji i majątku. Wojewoda utożsamia w dramacie starą klasę magnaterii, która nie chce zrozumieć, że jej czas już przemija. Z kolei nieszczęśliwie zakochany w macosze Zbigniew jest przedstawicielem bezwolnej szlachty, którą ubezwłasnowolniła magnateria. Na domiar wszystkiego pojawia się też tytułowy bohater Mazepa, który zakochuje się w Amelii. Jest i Król, który chętnie uwiódłby Amelię dla zabawy, ale Król jest głupcem, który marnotrawi czas i siły. Rzecz kończy się, jak wiemy, tragicznie… Warto może przypomnieć sobie ten dramat, czytając go jednak właśnie jako alegorię.

Wspomnienia i dzień obecny

Ukraina w polskiej literaturze to niezmierzona piękna przestrzeń i Kozacy, jako ludzie odważni i wolni. Pomijam tu Sienkiewicza z jego trylogią, bo o tym już pisałem wcześniej. Dodam tylko, że nie można pisać „ku pokrzepieniu serc” własnego narodu, poniżając jednocześnie inny naród.

Czy, ogół Polaków ma świadomość, że przez kilkaset lat traktowaliśmy Ukrainę źle? Chyba nie. Jesteśmy tak zajęci naszymi własnymi krzywdami – realnymi lub urojonymi – że nie starcza nam czasu i sił na dochodzenie prawdy o naszym postępowaniu.

Dzisiaj Ukraińcy dowodzą, że są narodem twardym i bitnym. Podjęli walkę z krajem, który mienił się pierwszym mocarstwem świata i daj Boże wygrają. Walczą w imię wolności – swojego państwa i własnej wolności osobistej, której nie zaznają od Rosji.

Agresor napadł na Ukrainę, a przywódca napastnika bajdurzy o Wielkiej Rosji, jednym narodzie i narodowym historycznym posłannictwie. Jakie to posłannictwo wiemy najlepiej my, Polacy. Bezmyślne okrucieństwo i tępa administracja, wynaradawianie i poniżanie, łapówkarstwo i totalny bałagan, zamordyzm zamiast demokracji – to są nasze doświadczenia z kontaktów z Rosją. Być może oni inaczej nie potrafią, skoro tak „zaprogramowali ich” Mongołowie. Czy mam Rosjanom współczuć, że tak tylko potrafią żyć? Nie, bo skoro przez kilkaset lat nie znaleźli sami w sobie dość sił, żeby wypalić w swych duszach okrutne dziedzictwo Azji…

Współczuję natomiast Ukraińcom i podziwiam ich. I życzę, żeby wygrali.

Jestem też pełen uznania dla nas samych, że potrafimy być tak czuli na cudzy ból i nieszczęście. Może nie jesteśmy tak źli, jakby się wydawało na co dzień?

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (4). Ukraina – trudna droga do wolności

O ile Rosja przez wieki dążyła, i dąży nadal, do jednoznacznej przewagi władzy centralnej nad swoimi obywatelami, o ile Polska przesadziła ze złotą wolnością szlachty, co doprowadziło do upadku i rozbiorów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o tyle Ukraina zawsze walczyła i nadal walczy o wolność swojego państwa i jego mieszkańców. Trzy sąsiadujące kraje, a tak różna przeszłość i różne rozumienie powszechnej wolności ich mieszkańców.

Na początek podkreślmy, że historia stosunków polsko-ukraińskich zna wielu fałszerzy, po obu stronach, ale na pierwsze miejsce wybija się Henryk Sienkiewicz ze swoją Trylogią. To z jego powieści Polacy czerpią do dzisiaj „wiedzę” o sąsiadach. Żeby samemu nie znęcać się nad noblistą, oddajmy głos Bolesławowi Prusowi, który w 1884 roku w tygodniku „Kraj” przeprowadził druzgocący atak na fałszowanie realnej historii przez Sienkiewicza. Poniższy fragment przedstawia, co naprawdę powinien powiedzieć Chmielnicki Skrzetuskiemu:

„Jak ty śmiesz – rzekłby Chmielnicki do Skrzetuskiego – przemawiać do mnie w imieniu Rzeczypospolitej, sługo Wiśniowieckiego? Król niech dziś przemawia od niej, nie jurgieltnicy. Ale król, choć uznał nasze krzywdy, ma związane ręce. I co to za Rzeczpospolita, w której twój pan i jemu podobni zdławili chłopa, ubezwładnili szlachcica, ogłodzili armię i rozbili albo zgnoili wszelką władzę?… Czy nie oni, zagarnąwszy ziemię, chcą mieć z nas robocze bydło, czy nie oni wolą płacić haracz Tatarom niż żołd zaporoskiemu wojsku? A co nam dali za Cecorę i Chocim, nie licząc innych prac? Bat i pańszczyznę. I przed kim to ma ugiąć kark wojsko zaporoskie, komu oddać broń i sztandary? Nie rycerzom – handlarzom. Już im obmierzła wojna, a pachnie tylko dukat. Więc sprzedają chłopa Żydom, świnie i pszenicę Niemcom, swoje głosy tym co lepiej płacą, króla w Gdańsku a Rzeczpospolitą w Wiedniu, Stockholmie, Konstantynopolu – gdzie się da. Twój pan i jemu podobni, to rak, co pożarł armię i władzę, a w końcu stoczy Rzeczpospolitą, jeżeli ja go nie wytnę i nie wypalę… A ty, Skrzetuski, wracaj do twego pana, ażeby miał mu kto podać strzemię, jak będzie uciekał. Nie dlategom cię wykupił i wysłuchał, żeś jego poseł, ale żeś mi ocalił życie. Nie lubię być dłużnikiem oficjalisty Wiśniowieckich”.

Powyższy cytat rozwiniemy w następnym odcinku naszej analizy spraw ukraińskich i będzie jeszcze ostrzej.

Teraz, zanim przystąpimy do opisania i analizy tematu, poznajmy podstawowe pojęcia dotyczące geografii i historii Ukrainy. To ważne, bo potem nie mylić się. Niech nam w tym pomoże nieoceniony Słownik mitów i tradycji kultury, Władysława Kopalińskiego, PIW 1987.

Podstawowe terminy geograficzno-historyczne

Ruś. Słowianie mieszkający na drodze normandzkich Waregów z Zatoki Fińskiej do Carogrodu (Konstantynopola) nazywali ich Rusami wg fińskiego Ruotsi. Po raz pierwszy zastosowano nazwę Ruś do całego kraju w Nowogrodzie, gdzie mówiono po szwedzku jeszcze ok. 1300 roku. Odtąd staje się ona nazwą historyczną we wszystkich latopisach, z późniejszymi dodatkami „Kijowska”, „Moskiewska” itd. Nazwa Rosja jest natomiast pochodzenia bizantyjskiego, pod jej wpływem zaczęto pisać w hramotach zamiast Ruś – Rusija, po raz pierwszy w 1497 r., raz jeden Rosija w 1565 r., ale dopiero od połowy XVII w. wchodzi w użycie ta grecka forma. Nakazał ją urzędowo Piotr I.

Ruś Biała – Białoruś

Ruś Czarna – dzielnica Rusi Kijowskiej, a potem Wielkiego Księstwa Litewskiego z Nowogródkiem, Słonimiem, Wołkowyskiem i Grodnem.

Ruś Halicko – Wołyńska państwo powstałe w wyniku zjednoczenia księstw halickiego i włodzimiersko-wołyńskiego przez księcia włodzimiersko-halickiego Romana Mścisławowicza w 1199 r. Obejmowało ono ziemie od Sanu, Wieprza i Nura na zach. Po dział wodny Bugu i Niemna, bagna górnej Prypeci i górny bieg Bohu. Podział tych ziem między Polskę i Litwę następował w od 1352 r. do 1366 r.

Ruś Kijowska wczesnofeudalne państwo Europy Wsch. z IX-poł. XII w. ze stolicą w Kijowie. W X-XI w. jej granice stanowiły San, Wieprz, górny Niemen i środkowa Dzisna, jezioro Ładoga i Onega, obejmowała dorzecze górnej Wołgi, Oki i górnego Donu, pas stepów zajętych przez Połowców i Pieczyngów oddzielał ją od Morza Czarnego.

Ruś Mała, Małoruś. Małorosja, nazwa nadawana Ukrainie, głównie od XVIII w. do XX w.

Ruś Podkarpacka Ukraina Zakarpacka.

Ruś Włodziersko-Suzdalska dzielnica Rusi Kijowskiej między Oką i górną Wołgą, sięgająca na północy Biełooziera i Ustjuga.

Kozacy pochodząca z różnych klas społecznych, głównie z chłopów, grupa ludności na Ukrainie i w południowo-wschodniej Rosji, wytworzona w ciągu XV i XVI wieku, stanowiąca swoisty wolny stan w feudalnej Rzeczypospolitej i państwie moskiewskim, z odrębną organizacją wojskową. Kozacy Zaporoscy na Ukrainie, podlegający nominalnie Rzeczypospolitej, w praktyce byli niezależni; z części ich tworzono regularne oddziały wojskowe (Kozacy rejestrowi); mieszkańców obozów warownych (siczy) i osad (pałanek) nazywano Kozakami siczowymi, a przebywających w stepach myśliwych, rybaków, bartników itd. – siromachami. Kozacy dońscy, kubańscy, uralscy w służbie państwa moskiewskiego uzyskali wolność osobistą i samorząd z obieranymi atamanami, sotnikami i esaułami.

Historia ziem dzisiejszej Ukrainy

Historia Ukrainy jest bogata, co niestety zawsze zwiastuje kłopoty. Państwa bogate i od wieków niepodległe najczęściej zapisują swą historię nie na swoim terenie. Przeszłość Ukrainy jest jednak historią narodu walczącego o swą wolność, a to zapowiada fakty tragiczne, które miały miejsce na jej terenie.

We wczesnym średniowieczu obszary Ukrainy zasiedlały plemiona słowiańskie, m.in. Chorwaci, Drewlanie, Dulebowie, Polanie, Tywercy, Ulicze, Wołynianie (identyfikowani z Dulebami).

Dzieła zjednoczenia wschodniej Słowiańszczyzny podjął Kijów, który był silnym ośrodkiem Polan. Kijów, stał się (po Nowogrodzie Wielkim) centrum państwa staroruskiego (Ruś Kijowska), które w X w. zjednoczyło całą wschodnią Słowiańszczyznę. W 988 r. książę Włodzimierz Wielki przyjął chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Szczyt potęgi państwa kijowskiego przypadł na panowanie Jarosława Mądrego (1019 –1054) i Włodzimierza Monomacha (1113–1125).

W XII w., po rozpadzie Rusi Kijowskiej na księstwa dzielnicowe nastąpił powolny upadek pozycji Kijowa. W XIII w. wyrosło Księstwo Halickie pod rządami Romana Mścisławowicza i jego syna, Daniela Halickiego, który zjednoczył większą część obecnych ziem ukraińskich wraz z Kijowem (1239 r.). Jednakże w tychże latach najazd mongolski rozdzielił ostatecznie dawną Ruś na kilka części: obszary stepowe, już wcześniej zasiedlone przez koczowników, znalazły się w granicach założonej przez Batu-chana Złotej Ordy; w faktyczną zależność od Mongołów popadło tzw. Zalesie (Ruś Włodzimiersko-Suzdalska) i księstwo riazańskie (wkrótce włączone bezpośrednio do Złotej Ordy). W mniejszym stopniu zależna była ziemia nowogrodzka. W XIV i XV wieku w Zalesiu hegemonię zdobyli książęta moskiewscy, a wokół ich stolicy rozpoczął się proces tworzenia Rosji. W tym czasie dawne ruskie ziemie zachodnie i południowe, uwolnione spod władzy mongolskiej przez wojska litewskie, weszły w skład Litwy oraz Polski (część Księstwa Halicko-Wołyńskiego).

Kozacy i inni

Na uwolnione obszary, w znacznej mierze zniszczone i wyludnione przez napady tatarskie, napływali zbiegowie z księstw zależnych od Złotej Ordy oraz osadnicy polscy; na tzw. Dzikich Polach (między Dniestrem a Dnieprem) tworzyła się społeczność złożona z wielu grup etnicznych.

Szczególne znaczenie dla Ukrainy miało powstanie (XV–XVI w.) kozaczyzny wspomagającej budzącą się ukraińską świadomość narodową, a co najmniej poczucie odrębności. Po unii lubelskiej z 1569 roku Ukraina została wcielona do Korony. Niezadowolenie ludności ukraińskiej wywoływały powstające wówczas latyfundia magnackie (uzależnianie wolnych chłopów i Kozaków), próby nadania form organizacyjnych kozactwu (wprowadzenie rejestru), unia brzeska z 1596r., zawarta między Kościołem katolickim a częścią ruskiego Kościoła prawosławnego.

Na rozwój ukraińskiej świadomości narodowej miały duży wpływ powtarzające się od 1591 roku powstania kozackie. Największe z nich (1648–54), kierowane przez Bohdana Chmielnickiego przekształciło się w wojnę o samodzielną Ukrainę. Wciągnięcie do wojny zależnych od Turcji Tatarów a potem Moskwy przekreśliło jej cel główny i doprowadziło do uporczywych bratobójczych walk. Rezultatem był podział Ukrainy wzdłuż Dniepru między Rzeczpospolitą a Rosję (1667 r. rozejm andruszowski, 1686 r traktat Grzymułtowskiego).

W polskiej części Ukrainy (Ukraina Prawobrzeżna) zlikwidowano wojska kozackie i przywrócono unię religijną, zniesioną przez Chmielnickiego. Mimo dość dobrej sytuacji gospodarczej wrzenie nie ustawało, wyłonił się ruch hajdamaków, z aktami skrajnej przemocy, później też krwawo stłumiony.

W rosyjskiej części Ukrainy (Lewobrzeżna, Hetmańszczyzna) zlikwidowano unię, a w 1688 r. metropolię kijowską podporządkowano patriarsze moskiewskiemu, systematycznie ograniczano władzę hetmanów kozackich, zwłaszcza po przejściu hetmana Mazepy na stronę Szwedów podczas wojny północnej (1700–21 r). W 1775 roku zlikwidowano Sicz zaporoską. 8 lat później Kozaków przypisano do ziemi, a Ukrainę oficjalnie wcielono do Rosji.

Ziemie ukraińskie po rozbiorach

Po rozbiorach Rzeczypospolitej – 1772 r., 1793 r., 1795 r. – większość Ukrainy znalazła się w granicach Rosji, jedynie Ruś Czerwona (zwana odtąd Galicją Wschodnią), północna Bukowina (przejęta w 1775 r. od Turcji) i Ruś Podkarpacka (od XI w. część Węgier) przypadły Austrii. Na stepach przyczarnomorskich (do 1917 r.  Noworosja) trwała kolonizacja, osadzano chłopów, rozbudowywano miasta, a w 1783 r. (po likwidacji chanatu) włączono do Rosji.

W drugiej połowie XIX w. Ukraina dzieliła się na kilka zróżnicowanych części: Galicję Wschodnią — prężną gospodarczo, najważniejszą w rozwoju świadomości narodowej, część stepową — z silną warstwą zamożnego chłopstwa, Ukrainę Słobodzką (pogranicze z Rosją) — typowo rolniczą, bez rozbudzonej świadomości narodowej, oraz uprzemysłowioną część wschodnią (Zagłębie Donieckie, Charków), związaną gospodarczo z Krzyworoskim Zagłębiem Rud Żelaza, z wieloetniczną ludnością.

Rosja kolonizuje Ukrainę

Władze rosyjskie stymulowały ruchy kolonizacyjne, osadzały Rosjan na Ukrainie, Ukraińców kierowały na inne tereny (m.in. do Kazachstanu i Azji Środkowej). Od XIX w. w rosyjskiej części Ukrainy (zw. oficjalnie Małorosją) trwała rusyfikacja, prześladowanie kultury ukraińskiej. Tak była realizowana koncepcja rosyjskich nacjonalistów – trójjedynego narodu rosyjskiego: Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy. Po rewolucji 1905 roku  pojawiły się na Ukrainie partie polityczne i wybitni działacze społeczni.

Czas I wojny światowej

Po 1905 roku w Galicji Wschodniej, poza rozbudowującym się ruchem politycznym, powstawały ukraińskie organizacje paramilitarne (np. Sokił, Sicze). Z nich w czasie I wojny światowej sformowały się oddziały Strzelców Siczowych (analogiczne do Legionów Polskich), z hasłem Ukrainy połączonej z monarchią habsburską.

Po rewolucji lutowej 1917 roku w Rosji na Ukrainie zaczął się ruch na rzecz niepodległości. W marcu 1917 roku powstała Centralna Rada Ukrainy (CRU), a wyłoniony przez nią Sekretariat Generalny zaczął tworzyć administrację państwową. Konflikt na tym tle z rosyjskim Rządem Tymczasowym trwał do rewolucji październikowej i po upadku tego rządu; CRU proklamowała (III Uniwersał) powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej (UNR) . Niezadowolenie na wsi z niezdecydowanej polityki władz UNR doprowadziło do przewrotu: 29 kwietnia 1918 r obwołano hetmanem Ukrainy gen. Pawło Skoropadskiego. Porażka Niemiec w I wojnie światowej przesądziła losy hetmana – 14 grudnia 1918 r. zbiegł z Kijowa do Niemiec. W listopadzie 1918 roku działacze UNR utworzyli Ukraiński Dyrektoriat i rozpoczęli powstanie narodowe. Tegoż dnia Armia Czerwona rozpoczęła atak na Ukrainie. 6 stycznia 1919 proklamowano w Charkowie, który do 1934 r. był stolicą stolica Ukrainy,  Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką (USRR). Od wschodu naciskały na Ukrainie siły antybolszewickie generała Antona Denikina, na wybrzeżu czarnomorskim lądowały wiosną 1919 r. interwencyjne wojska francuskie.

W Galicji Wschodniej w październiku 1918 r utworzono Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL), ale po ciężkich walkach oddziały ZURL zostały wyparte z Galicji przez siły polskie. Na Ukrainie wielu atamanów usamodzielniło się, pewną rolę odegrał też anarchizujący ataman Nestor Machno (na południu Ukrainy).

Ukraina po 1919 roku

Ostatnim aktem na rzecz niepodległości Ukrainy było zawarcie w kwietniu 1920 roku sojuszu Ukraińskiej Rady Narodowej (UNR) z Polską oraz wspólna walka przeciw bolszewikom – wyprawa kijowska Józefa Piłsudskiego. Ludność Ukrainy nie poparła tej walki, a ryski traktat pokojowy, zawarty w marcu 1921 r. przez Polskę z bolszewikami, przekreślił dalsze istnienie UNR. W wyniku I wojny światowej, wojny z Polską i decyzji władz sowieckich, poza granicami Ukrainy znajdowały się: Galicja Wschodnia i część Wołynia (Polska), Ruś Podkarpacka (od 1918 r. w Czechosłowacji), północna Bukowina i Besarabia (Rumunia), Krym (Rosyjska FSRR).

W końcu grudnia 1922 r. USRR weszła z innymi republikami sowieckimi w skład ZSRR. Przez kilka lat prowadzono tzw. korienizację (ukrainizacja, unarodowienie biurokracji państw. i kultury), która wraz z upowszechnieniem oświaty miała służyć głównie indoktrynacji w duchu komunistycznym. Głód 1921 i 1922 roku wykorzystano, jak w całym ZSRR, do walki z religią i duchowieństwem – powszechne zamykanie świątyń, konfiskata dobytku kościołów i zakonów.

Zwycięstwo grupy Stalina w walce o władzę w ZSRR zapoczątkowało wielkie zmiany. W 1928 roku zaczęło się uprzemysłowienie, czyli głównie rozbudowa przemysłu zbrojeniowego, a następnie powszechna kolektywizacja rolnictwa. Opór chłopów ukraińskich władze złamały terrorem i planową akcją potęgującą skutki głodu z 1931i 1932 roku na Ukrainie – kilka milionów ofiar. Od 1929 roku zaczęła się bezwzględna rusyfikacja, niszczenie zabytków, masowe mordowanie ukraińskich księży prawosławnych. Podczas wielkich czystek od 1935 do 1938 roku Ukraina poniosła, włącznie z mieszkającymi tam Polakami, najcięższe w ZSRR ofiary. Rozmiary represji ograniczył Nikita Chruszczow, który w 1938 r. stanął na czele Komunistycznej Partii [bolszewików] Ukrainy, nasilając jednocześnie kurs rusyfikacji.

Ukraina w czasie II wojny światowej

Po wybuchu II wojny światowej ZSRR, w sojuszu z Niemcami, 17 września 1939 r dokonał agresji na Polskę i anektował jej ziemie wschodnie, co uzgodniono w  paktu Ribbentrop–Mołotow, Obszar nazwany wówczas Ukrainę Zachodnią wcielono do USRR. W VIII 1940 przyłączono, na skutek wymuszonej zgoda Rumunii, północną Bukowinę i Besarabię. Obecne granice Ukraina ma od końca II wojny światowej, dzięki ustaleniom konferencji w Jałcie oraz paryskiego traktatu pokojowego, traktatu z Czechosłowacją o włączeniu do USRR Rusi Podkarpackiej, która podczas wojny należała do Węgier i umowy z Polską z lutego 1951 r.  o wymianie terenów pogranicznych.

W czasie II wojny światowej Ukraińcy z Galicji Wschodniej spodziewali się powstania państwa ukraińskiego pod protekcją Niemiec. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – rozbita na frakcje banderowców i melnykowców, nazwanych tak od nazwisk przywódców: Stepana Bandery i Andrija Melnyka – próbowała działać na rzecz niepodległości, a jednocześnie, wbrew stanowisku duchowego przywódcy ukraińskiego arcybiskupa Romana Szeptyckiego, stymulowała terror poprzez rzezie ludności polskiej w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Działająca od 1941 roku Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), następnie zdominowana przez banderowców, od 1943 prowadziła walkę z Niemcami, Polakami i komunistami w partyzantce sowieckiej. W 1943 roku powstała ukraińska Dywizja SS Galicja, głównie z frakcji melnykowców, a rozbita w 1944 r, weszła w skład UPA. Na okupowanej Ukrainie Niemcy nie utworzyli państwa ukraińskiego, tylko własną okupacyjną administrację, z rozbudowanym aparatem represyjnym, który Niemcy wykorzystywali m.in. podczas eksterminacji Żydów, m.in. w Babim Jarze w Kijowie.

Ukraina po II wojnie światowej

Po wojnie na Ukrainie odbudowano reżim komunistyczny, bez zmiany statusu USRR.

W 1954 roku, w 300-lecie „zjednoczenia Ukrainy z Rosją”, Ukraina na polecenie Chruszczowa otrzymała Krym, co wówczas nie miało to realnego znaczenia. Za rządów kolejnego sowieckiego przywódcy Leonida Breżniewa nastąpiła ponowna ostra rusyfikacja. Zniszczony ukraiński ruch narodowy odbudowywał się, ale z większym udziałem nurtu demokratycznego, pojawiły się nielegalne wydawnictwa, tzw. samizdaty. Mimo prześladowań opozycja przetrwała, podobnie jak Kościoły unicki i katolicki. Wstrząsem dla Ukrainy, który pobudził ją do nowej aktywności, była już w okresie pieriestrojki katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej wiosną 1986 r. Reakcją był żywiołowy protest społeczny. We Lwowie wracano do tradycji Strzelców Siczowych. W marcu 1988 r. powstał Ukraiński Związek Helsiński (UHS). Zaczęła się odradzać ukraińska Cerkiew autokefaliczna oraz Kościoły unicki i katolicki.

W 1989 roku powstał szeroki Ukraiński Ruch Narodowy na Rzecz Przebudowy przekształcony rok później w Ukraińską Partię Republikańską. W1990 roku powstała również centrowa Demokratyczna Partia Ukrainy. W lipcu 1990 r Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę o suwerenności w ramach ZSRR, a przewodniczącym został Łeonid Krawczuk.

Ostatnie lata

W sierpniu 1991 roku doszło w Moskwie do nieudanego puczu, który doprowadził do upadku ZSRR. 24 sierpnia Rada Najwyższa Ukrainy proklamowała pełną niepodległość i zdelegalizowała partię komunistyczną. Wybory prezydenckie wygrał jesienią 1991 Krawczuk, którego nazywano komunistą o orientacji niepodległościowej. W powszechnym referendum ponad 90 proc. ludności opowiedziało się za niepodległością W przedterminowych wyborach prezydenckich z lipca 1994 roku zwyciężył Łeonid Kuczma. W polityce zagranicznej Ukraina w latach 90. XX w. dążyła do zbliżenia z UE i NATO.

W 2004 roku odbyły się wybory prezydenckie. Do drugiej tury przeszedł premier Wiktor Janukowycz oraz lider opozycji Wiktor Juszczenko. Według oficjalnych danych zwyciężył Janukowycz. Opozycja nie uznała tych wyników oskarżając obóz rządzący o nadużycia. Sąd Najwyższy uwzględnił zarzuty opozycji i zarządził powtórzenie drugiej tury wyborów 26 grudnia 2004.  Zwyciężył Juszczenko zdobywając 52% głosów. Wcześniejsze wielotygodniowe społeczne protesty zyskały miano „pomarańczowej rewolucji”. Juszczenko zaprzysiężony w styczniu 2005 roku zapowiedział podjęcie starań o członkostwo Ukrainy w UE i powołał rząd z Julią Tymoszenko.

We wrześniu 2005 roku, po konflikcie w obozie władzy, premierem nowego rządu został Jurij Jechanurow. Wybory parlamentarne z 2006 r. wygrało ugrupowanie Janukowicza, a drugie miejsce zajęli zwolennicy Tymoszenko, ale do rozmów koalicyjnych przystąpiły trzy partie „pomarańczowych”, mające łącznie większość w Radzie. Po niepowodzeniu tych negocjacji i kilkumiesięcznym ostrym kryzysie politycznym premierem został Wiktor Janukowycz. W 2010 r jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich przypieczętowało władzę tego prorosyjsko nastawionego polityka.

W 2013 i 2014 r. protesty społeczne organizowane przez ugrupowania prozachodnie, zakończyły się pozbawieniem przez parlament prezydenta Janukowycza urzędu. Na  p.o. prezydenta wybrany przedstawiciel opcji prozachodniej Ołeksandr  Turczynow, a następnie prezydentem Ukrainy został Petro Poroszenko.

(Powyższa historia Ukrainy za Państwowym Wydawnictwem Naukowym)

Po zwycięskiej, bohaterskiej walce Ukraińców na kijowskim Majdanie w marcu Rosja dokonała secesji Krymu. Rozpoczęły się walki na wschodzie kraju, m.in. w Donbasie,  z siłami separatystycznymi wspieranymi przez Rosję – Kreml uzbrajając samozwańcze „republiki ludowe” rozpoczął wojnę na Ukrainie. Jej nowy, brutalny rozdział rozpoczął się o poranku 24 lutego 2022 roku…

Walka Ukrainy trwa

Kończąc ten geograficzno-historyczny wstęp o historii Ukrainy, trzeba powiedzieć, że w całych swoich dziejach Ukraina walczyła o wolność. Przy czym, co nietypowe dla Europy, swą wolność widzieli Ukraińcy bardziej, jako wolność osobistą niż państwową. Najpierw chcieli niezależności personalnej w ramach Wielkiego Księstwa Litewskiego, potem jako członkowie Korony, a w końcu jako obywatele ZSRR. I żadne z tych państw nie odważyło się na danie minimum wolności Ukraińcom. Może dlatego, że Ukraińcy stanowili bardzo dużą masę ludzi?

Marzenie o niepodległości Ukrainy, jako państwa pojawiło się na dobre w połowie XIX wieku, gdy Ukraińcy zrozumieli, że nie osiągną żadnych swobód w ramach państwa innego niż własne.

Dzisiaj Ukraina walczy znowu o niepodległość i niesamowicie odważnie, a także skutecznie, broni się przed najazdem Rosji, tym razem putinowskiej. Patrzymy na odwagę Ukraińców i podziwiamy ich, a pomagając Ukraińcom spłacamy swój wiekowy dług.

 

 

 

WALTER ALTERMAN: Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3). Polska – wolność przede wszystkim

Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3); Polska – wolność przede wszystkim

Paweł Jasienica w „Polsce Piastów” postawił tezę, że okres rozbicia dzielnicowego (od 1138 r. do 1320) był dla Polaków zbawienny. Nieistnienie centralnej władzy wymusiło na społeczeństwie szlacheckim w Polsce istotne rozumienie wspólnego interesu – twierdził Jasienica. Dało to podstawy do szanowania i cenienia wolności indywidualnej.

Złota wolność – rodowód

Z jednaj bowiem strony trzeba było dbać o własne sprawy (w ramach księstw), nie zapominając o fakcie, że w sąsiednich księstwach żyją ludzie mający ten sam język, pochodzenie i hołdujący wspólnym wartościom. Z drugiej strony – każda silna władza centralna jest opresyjna wobec poddanych – wymaga powinności na rzecz państwa i podatków.

To w okresie rozbicia dzielnicowego – zdaniem Jasienicy – ukształtował się charakter narodowy Polaków, to wtedy nasz naród „zakodowany” został raz na zawsze. Skoro bowiem nie było królów, którzy wszędzie w Europie byli właścicielami ziem i ludzi, byli prawodawcami i sędziami oraz naczelnymi dowódcami, zatem skoro królów w Polsce nie było, to władzę trzeba było wziąć we własne ręce. Władzę i odpowiedzialność.

Władza książąt dzielnicowych był słaba i dlatego książęta musieli „dogadywać się” ze szlachtą. W ten sposób szlachta stała się faktycznym władcą swego państwa. I wtedy to właśnie szlachecka relikwią stała się wolność. Nie oceniamy tu następnych wieków, na razie szukamy źródeł złotej wolności szlachty.

Dodajmy jeszcze jedno: Polska była fenomenem w Europie pod względem liczby szlachty, czyli  osób mających bierne i czynne prawo wyborcze. W większości europejskich państw szlachta stanowiła około 2 procent ogółu ludności. Natomiast w Polsce od 8 do 10 procent. To był bardzo dużo i ten stan rzeczy kształtował też siłę polityczną szlachty. Dla przykładu, uważa się, że rewolucja Cromwella uczyniła z Anglii demokrację, bo bierne i czynne prawo wyborcze uzyskało 2,5 procent ludności.

Jeszcze za czasów Piastów prymat władzy książęcej i królewskiej był oczywisty. Piastowie mieli naturalne prawa do ziem i ludzi. I zachowywali się jak na ówczesnych władców przystało. Liczyli się z ówczesnym rycerstwem, które potem przekształciło się w szlachtę, ale to książęta i królowie dokonywali nadań ziemi, to oni płacili za wyprawy wojenne. Ale też wszelkie nieposłuszeństwo karali „na gardle”. Piastowie zachowywali się jak właściciele przedsiębiorstwa, którego nazwa to Polska, Mazowsze, Małopolska, Wielkopolska itd. Byli jak najbardziej typowymi średniowiecznymi władcami.

Ze zgonem Kazimierza Wielkiego wygasła jednak prymarna linia Piastów. I to wtedy na scenę polityczną wchodzi szlachta. Oczywiście przewodzili jej możnowładcy, których Polska już się dorobiła. Zasady elekcyjności królów bardzo się szlachcie podobały. Bo w czasie interregnum i w czasie elekcji miała bardzo dużo do powiedzenia – tak w sprawach kraju, jak i swoim własnym interesie.

W historii mówi się o Piastach i Jagiellonach, tak jakby byli oni równorzędnymi królewskim rodami. Tak nie było. Piastowie byli królami „z natury”, a każdy z Jagiellonów był wybierany.

Lęk szlachty przed władzą dynastyczną

Po wygaśnięciu rodu Jagiellonów zaczęły się już prawdziwe problemy Polski, a problemem głównym była złota wolność szlachecka. Każdy kolejny wybierany władca Polski musiał szlachtę przekupić, dając jej nowe przywileje. A ponieważ królów wybierano często, to szlachta obrastała w prawa i opacznie rozumiane „wolności”.

Szlachta „nie zauważyła”, że to co było dobre w okresie rozbicia dzielnicowego, teraz gdy państwo rozrastało się, nieco uwierało, bo potrzebna była silna władza centralna, władza królów.

Za dużo wolności

Z czasem obce dwory chciały mieć wpływ na to kto zostanie królem Polski. Pojawili się w interregnum posłowie obcych państw, którzy namawiali do wyboru właśnie ich kandydata. Niestety nie ograniczali się oni jedynie do działań oratorskich i dochodziło do przekupywania elektorów. Rzecz jasna najwięcej brali magnaci, bo przy ich klamce wisiało mnóstwo braci kontuszowej, wokół magnatów tworzyły się „partie”. Te partie, niestety, nie zawieszały swej aktywności po wyborach. Skorumpowani magnaci mieli już na stałe, na swój polityczny użytek, skorumpowanych przez siebie pomniejszych szlachciców.

W czasach, gdy w państwach Zachodniej Europy, coraz większą siłę ekonomiczną przedstawiały miasta, w Polsce szlachta ograniczała coraz bardziej ich znaczenie. Dlaczego? Bo dobrze wiedziano, że wraz z siłą ekonomiczna miast będzie wzrastało ich znaczenie polityczne. A polityka w Polsce miała być zastrzeżona jedynie dla stanu szlacheckiego.

Mówiąc o dominującej roli szlachty i jej wolności, wyjaśnijmy też, że w dawnej Polsce nie wszyscy chłopi byli poddanymi. Przede wszystkim chłopi osiadli na Prawie Magdeburskim cieszyli się znaczną wolnością od danin i innych opłat na rzecz szlachty. Poza tym spora część chłopstwa była wolna lub korzystała z dużej wolności, np. w dobrach królewskich czy biskupich. W latach 20-tych XX wieku przeprowadzono badania antropologiczne w wybranych miejscach Polski. Wtedy okazało się, że np. chłopi z łowickich dóbr biskupich byli średnio wyżsi od pozostałych chłopów w Polsce o 12 cm. To ogromna różnica, świadcząca, że łowiczanie nie cierpieli głodu, że odżywiali się po prostu lepiej.

Formalnie i prawnie nie istniało w Polsce rozróżnienie na szlachtę wyższą i niższą, różnice leżały jedynie w zamożności. Rozróżnienie formalne istniało jeszcze w stanie rycerskim, kiedy to przewidywano odmienne kary dla rycerstwa wyższego i niższego, lecz ustrój demokracji szlacheckiej zrównał nominalnie w prawach wszystkich szlachetnie urodzonych. Z czasem jednak pojawiło się głębsze zróżnicowanie ekonomiczne, pojawiły się rody arystokratyczne, szlachta średnia i szlachta szaraczkowa, o różnym statusie społecznym, czasem różniąca się od chłopstwa jedynie kultywowaniem rodowej tradycji i odrębnym statusem prawnym.

Od XVII wieku stan szlachecki w Polsce staje się coraz bardziej zamknięty w sobie, dąży do podkreślenia swej wyjątkowości, także poprzez mitologizowanie swego pochodzenia wywodząc swe pochodzenie od Sarmatów. Szlachta coraz bardziej dba o legitymowanie się dokumentami rodowymi. Osoby legitymujące się świeżym szlachectwem, nie miały wielkich szans na wejście do starych rodzin, a małżeństwa zawierane między osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o bardziej pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były postrzegane jako mezalians.

Podkreślmy i to, że w Królestwie nigdy nie było książąt, hrabiów, wicehrabiów i całej reszty oznaczonej tytułami magnaterii. Polska szlachta miała zagwarantowane statutami, że nikt nie będzie się tytułem wynosił nad nikogo. Nie wolno też było przyjmować żadnych tytułów z rąk obcych dworów.  Natomiast byli oni na Litwie i Rusi. Dlatego też, szczególnie po Unii Lubelskiej, pojawiły się w Rzeczypospolite tytuły.

Zabawną historią jest to, że już w XIX wieku nasz wielki komediopisarz Aleksander Fredro „zaczął się pisać” jak Aleksander hrabia Fredro. Tytuł uzyskał na austriackim dworze, co bardzo śmieszyło (ale po cichu) prawdziwych wyższych herbowych. Jeżeli komuś bardzo zależało mógł też zostać hrabią papieskim, wystarczyło przekazać Watykanowi odpowiednio dużą sumę. Ale każdy „hrabia papieski” był już powodem do jawnych już drwin.

Do końca XVIII wieku szlachta w Polsce cieszyła się licznymi przywilejami: wyłącznego prawa własności ziemskiej, wolności od uwięzienia przed wydaniem wyroku sądowego, prawo to nie przysługiwało nieposesjonatom, wolności od podatków z ziem folwarcznych, wolności od ceł przywozowych za towary nabyte za granicą na własny użytek, prawa do nabywania po niskiej cenie soli, wyłączności do korzystania z praw publicznych, wyłączności na dostęp do godności świeckich i publicznych.

Zaznaczmy, że szlachectwo nie dawało pełni praw, dopiero w powiązaniu z ziemiaństwem, czyli posiadaniem ziemi stanowiło obywatelstwo i stwarzało możliwości korzystania ze wszystkich wolności szlacheckich.

Zauważmy, że nie w każdej „ziemi” szlachty było tyle samo. W Rzeczypospolitej w XVII w ziemi łomżyńskiej szlachta stanowiła 47% mieszkańców, w ziemi wiskiej 45%, natomiast natomiast województwo bracławskie zamieszkiwał zaledwie 1% szlachty, krakowskiej 1,7%, ziemię wieluńską 2,45%, województwo sieradzkie 4,66%, województwo pomorskie 6,7%, w Wielkopolsce szlachta stanowiła 4,8% ogółu społeczeństwa.

Rokosz Zebrzydowskiego i wojny w imię wolności szlacheckiej

Lęk szlachty przed wzmacnianiem władzy królewskiej był stały i silny. Za przykład niech nam posłuży bunt szlachty przeciwko Zygmuntowi III Wazie w latach 1606–1607. Królowi zarzucano faworyzowanie jezuitów oraz cudzoziemców i przypisywano zamiar wprowadzenia władzy absolutnej. Z pewnością wiadomo, że dążył on do ustanowienia dziedziczności tronu, pozbawienia szlachty większości przywilejów i pozostawienia izbie poselskiej jedynie głosu doradczego, a nie stanowiącego.

Spór zaostrzyło ultrakatolickie nastawienie władcy, niechętnie widziane przez różnowierców oraz jego konflikt z wpływowym Janem Zamoyskim.

Bunt w latach 1606–1607 nazywamy rokoszem Zebrzydowskiego, lub rokoszem sandomierskim, w którym katolicy, jak i protestanci, magnateria, jak i szlachta walczyli o zabranie monarsze prawa rozdawnictwa zwolnionych urzędów i zmuszenia go do wygnania jezuitów i cudzoziemców.

Przywódcami buntu byli: marszałek wielki koronny Mikołaj Zebrzydowski, Jan Szczęsny Herburt, Stanisław Diabeł Stadnicki i podczaszy litewski Janusz Radziwiłł. Chcieli oni zdetronizować Zygmunta III Wazę, wprowadzić obieralność urzędników ziemskich na sejmikach oraz zmusić posłów do ścisłego przestrzegania instrukcji sejmikowych. O ten ostatni postulat buntowników walka toczyła się do samego końca Rzeczypospolitej. Chodziło w istocie o to, żeby poseł był jedynie biernym wykonawcą woli sejmików ziemskich.

Rokosz zakończył się zwycięstwem króla w bitwie pod Guzowem w 1607 roku, lecz wzmocnienie władzy królewskiej zostało udaremnione. Aby się przed nim ustrzec, sprecyzowano dawniejszy przepis o prawie do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa, nakazano też senatorom rezydentom zdawać sprawę sejmowi z urzędowania przy boku monarchy. Król zgodnie z wolą magnatów (niechętnych wzmocnieniu jego władzy) odstąpił od wymierzenia kar buntownikom.

Rokoszanie ulegli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, tryumfująca, nawet uświęcona nowymi ustawami.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władcy gwarantował artykuł konfederacji warszawskiej z 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

Egoizm wolności

Egoizm szlachty (jak każdy egoizm polityczny), zrazu wolno, małymi krokami, potem coraz szybciej i szybciej zaczął działać przeciw niej. Aż – pomijając już poszczególne przypadki – doprowadził do rozbiorów.

Krótkowzroczne rozumienie własnego interesu szlachty przejawiało się i w tym, że nie chciała dać wolności ukraińskim kozakom. Ze względów ekonomicznych byli temu przeciwni panowie ukraińscy, bo bali się utraty dochodów od niewolnego chłopstwa. Ze względów emocjonalnych i fundamentalistycznych sprzeciwiała się też szlachta Korony i Litwy. Danie jakiejkolwiek wolności Kozakom było dla szlachty niedopuszczalne, bo choć czasami biedniejsza, to nie chciała równać się z chłopstwem.

Spadek, nie do końca dobry

W tym miejscu mówimy tylko o podstawowych cechach narodu – obywatelskości i wolności. Te pozostały najważniejsze także pod rozbiorami.

Od połowy XIX wieku trwało wchodzenie reszty społeczeństwa (mieszczaństwa i chłopstwa) „w buty szlachty”. Były pozytywy takiego dziedzictwa, ale była też kontynuacja negatywnych cech szlacheckiego myślenia. Tak więc etos wolności i obywatelskości „trafił pod strzechy” i przyczynił się walnie do odrodzenia państwa. Ale przy okazji znalazły swych kontynuatorów w nowych warstwach: brak głębszej refleksji nad istotą państwa, przedkładanie własnego interesu nad dobro ogółu, organiczna wręcz skłonność do popisywania się przed innymi majątkiem i pozycją społeczną.

Gdybyż to szlachta nasza potrafiła się samoograniczyć w korzystaniu z własnej wolności, może inaczej potoczyły się nasze dzieje. Pewności nie ma, ale że nikt nie próbował to też prawda.

 

 

 

„Czas mroku” ponownie obejrzał WALTER ALTERMANN: przydałby się Zachodowi ktoś podobny do Churchilla

Po raz pierwszy widziałem ten film kilka lat temu i byłem poruszony jego artyzmem. Teraz jednak zrobił na jeszcze większe wrażenie, bo trudno nie odnosić „Czasu mroku” do obecnych trudnych dni i inwazji rosyjskiej na Ukrainę.

Rzecz rozgrywa się w maju i czerwcu 1940 roku. Niemcy najechały Francję, Belgię, Holandię i Luksemburg. Na francuskiej ziemi trwa walka, w której bierze udział 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Wojna spycha armię Zjednoczonego Królestwa coraz bardziej ku morzu, w okolicach Dunkierki.

Nie batalistyka jednak stanowi tutaj główny wątek. Tematem tego wielkiego filmu jest duch i siła woli jednego człowieka. Jest nim Winston Churchill, który 10 maja 1940 roku został premierem. Stają przed nim pytania: walczyć czy negocjować, poddać się czy rozpętać kolejną Wielką Wojnę? I jak w każdym dobrym filmie, tak jak w życiu, bohater jest sam. Jego koledzy z rządu są słabi i myślą jedynie o dalszym utrzymaniu się u władzy. Oni są politykami jedynie na czas błogiego pokoju.

Churchill mówi do członków swego rządu: Być może, niektórzy z was uratują własne majątki, ale nad Pałacem Buckingham i nad zamkiem w Windsorze, zawiśnie hitlerowska flaga, będzie szalało Gestapo i wszyscy staniemy się niewolnikami tego, tego… człowieka.

Jedną z postaci drugiego planu jest były premier Chamberlain, osławiony radością z jaką na stopniach samolotu machał aktem podpisanym w Monachium, a który był zgodą Wielkiej Brytanii na oddanie Hitlerowi Czechosłowacji. Chamberlain to chory, słaby człowiek. Widzimy też innych polityków, którzy po ludzku boją się. Film rozgrywa się właściwie w elicie władzy. Oglądamy bardzo wielu polityków, ale widzimy tylko jednego, pełnego charakteru człowieka – Churchill’a.

Historycznie rzecz biorąc, to tylko on, od czasu objęcia władzy przez hitlerowców, mówił im „nie”. Gardził Hitlerem i jego partią. Inni politycy z elity albo nie rozumieli czym jest niemiecki hitleryzm, albo nie chcieli tego zrozumieć.

Film kończy wspaniała scena przemówienia Churchilla w Parlamencie, którym zdobywa owacje i uznanie wszystkich. Wtedy jeden z jego przeciwników (z partii Churchilla) pyta sąsiada:

– Co się właściwie stało?

– Zmobilizował język angielski i posłał go do walki.

 Dzisiaj przydałby się Zachodniej Europie ktoś, choć w połowie tylko, podobny do Winstona Churchilla. Ale nie widzę kogoś takiego. Wśród elit Unii Europejskiej, spośród premierów i prezydentów Zachodu widzę jedynie zadowolonych mieszczan, zdatnych może szefować czasom pokoju, ale na czas obecny są za mali, są nazbyt gnuśni i wygodni.

Czas mroku, film z roku 2017; Reżyseria: Joe Wright; Scenariusz: Anthony McCarten;   Produkcja: USA/Wielka Brytania; premiera 1 września 2017 roku.

Film powstał na podstawie powieści „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” Anthony’ego Mc Carten’a, który jest także scenarzystą filmu. W roli Winstona Churchilla wystąpił Gary Oldman.

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Hub ekstraordynaryjny, czyli dobry przykład

Tu w Przemyślu mamy hub emigracyjny – mówi urzędnik. Kilka dni później inny urzędnik ogłasza, że w Przemyślu mamy ekstraordynaryjną sytuację. Jeden mówi w obcym języku, a drugi po staropolsku.

Najpierw zajmiemy się hubem. Po angielsku, według internetowych słowników, znaczy on tyle co po polsku centrum.

Hub, centrum czy ośrodek?

Zajrzyjmy do Słownika Języka Polskiego, Witolda Doroszewskiego. Ten akceptuje centrum, ale sugeruje, że lepiej będzie używać inne określenia i podaje przykłady: Centrum miasta, lepiej śródmieście. Centra (lepiej ośrodki) gospodarki leśnej. Coś jest w centrum czyjejś uwagi, lepiej: Coś skupia czyjąś uwagę.

Zatem, byłoby lepiej, gdyby premier rządu mówił lepiej (według Doroszewskiego). A bez żartów. Na każdym kolejnym rządzie spoczywa nie tylko odpowiedzialność za losy narodu (na szczęście nie do końca tak jest), ale także za to (w dużej mierze) jak ten naród mówi. Bo ludzie słuchają i powtarzają. Jako że przykład idzie z góry. Dlatego tak ważne jest, aby ludzie rządowi mówili bardziej po polsku.

Ośrodek jest polski, a centrum i hub są słowami obcymi. Co prawda centrum jest już przyswojone, ale jednak nie nasze. Owszem, trudno będzie namówić, lub zmusić międzynarodowe korporacje, by nie nazywały hubami swoich centrów produkcji czy badań technicznych, ale dyskretne zwrócenie uwagi przez odnośnego ministra może spotkać się z ich przychylnością. Dopóki nie spróbujemy, nie zobaczymy jak zareagują. Ja bym spróbował.

Ordynat, ordynator, ordynacja i sytuacje ekstraordynaryjne

 Z sytuacją ekstraordynaryjną sprawa jest trudniejsza. Owszem w języku polskim można tak powiedzieć, ale określenie to jest już od prawie dwu wieków przestarzałe. Dzisiaj należałoby powiedzieć, że sytuacja jest nadzwyczajna. Rozumiemy jeszcze, co znaczy subiekt (sprzedawca w sklepie); waść (rzeczownik utworzony ze skrócenia wyrażenia waszmość, a wcześniej wasza miłość lub wasza możność; jejmość (1. jakaś kobieta,2. dawniej, tytuł grzecznościowy, używany w odniesieniu do kobiet pochodzenia szlacheckiego, ale przecież nikt tak nie mówi. Te słowa należą do minionej epoki naszego języka.

Dlaczego zatem urzędnik nie mówi o sytuacji nadzwyczajnej lecz sięga wstecz? Może chciał zwrócić naszą uwagę na historyczną powagę sytuacji? Tylko kto to zrozumiał…

Co prawda do dzisiaj funkcjonują jeszcze ordynacja, ordynariusz, ordynator, ordynariat (w kościołach i wojsku), ale to z szacunku dla wielowiekowej tradycji – kościoła i szpitalnictwa.

Przyznam, że ja kojarzę tę „staropolszczyznę” jedynie z twórczością Heleny Mniszkówny i jej „Ordynatem Michorowskim”, powieści będącej kontynuacją „Trędowatej”. I czuję wtedy zapach kulek na mole, w starej szafie z pelisami.

Tajna lokalizacja

Problem jest w tym, że bardzo wielu młodych ludzi chce mówić lepiej, ważniej, poważniej – niż mówi prywatnie. Dlatego, kiedy stają przed kamerą i mikrofonem dobywają z głębi siebie przedziwne zasoby językowe. Płyną z nich wtedy słowa obce, sztuczne i zupełnie inne od tych jakimi posługują się w domu.

W telewizji widzimy jak ukraińska matka z dwójką dzieci, wysiada z pociągu Lwów-Przemyśl, jak wita się z mężem i ojcem dzieci. Podchodzi do nich młoda dziennikarka. Rozmawia z kobietą, która dziękuje Polsce za serdeczne przyjęcie. Potem Ukraińcy ruszają do wyjścia z peronu, a dziennikarka mówi: Teraz rodzina udaje się do lokalizacji, gdzie ich tato pracuje. Być może dziennikarka nie chciała ujawniać nazwy miasta lub wsi, do których zmierzają wojenni uciekinierzy, być może uznała, że lepiej będzie, gdy to miejsce pozostanie tajne, ale niemniej zwrot „do lokalizacji” jest głęboką abstrakcją. W języku polskim może być użyta lokalizacja, jako oznaczone miejsce w języku administracji, wojska lub policji, ale miejsce lokalizacji oznacza tyle co miejsce miejsca. Przykro słuchać.

Bardzo szybkie reagowanie

Poziom znajomości spraw militarnych jest taki, że dziennikarz mówi: Rozlokowano już w Polsce siły bardzo szybkiego reagowania. Mówi tak, bo nie wie, że są to: oddziały szybkiego reagowania. I nie ma żadnych sił błyskawicznego reagowania, bardzo niezwykłego reagowania i nie ma też, mówiąc po modnemu, sił mega lub giga szybkiego reagowania.

W Internecie kilku amatorów wojen i wojska głosi, że Polska powinna kupić sobie samoloty cysterny, żeby można było tankować myśliwce i bombowce w powietrzu, bo takie podobno krążą ostatnio po naszym niebie, ale amerykańskie. I nie przyjdzie im na myśl, że samolot cysterna potrzebny jest wtedy, gdy samoloty bojowe wybierają się gdzieś dalej, na przykład do Chin lub na Bliski Wschód. Nic to, dobrze jest przyłożyć własnej armii, nawet wtedy, gdy oskarżenie nie ma  najmniejszego sensu.

Na Litwie, na Ukrainie

Historycznie przyjęło się w naszym języku mówić „w” lub „na”, gdy chcemy określić do jakiego państwa się wybieramy, lub w jakimś państwie coś się dzieje. I tak mamy na Ukrainie, na Litwie, na Słowacji. Ale też  mamy: w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Rosji. Te różnice prawdopodobnie wzięły się stąd, że mówiąc o terytoriach wchodzących w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, lub o uznawanych za historycznie polskie mówiono „na”. Tak jak mówiliśmy i mówimy na Śląsku, na Mazowszu. Resztę kierunków określano „w”.

Od kilku lat trwa walka naszych purystów politycznych o to, żeby nie mówić na Ukrainie lecz w Ukrainie. Bo, zdaniem ortodoksów ubliża to Ukraińcom i Litwinom. I każą nam mówić w Ukrainie , w Litwie. I część dziennikarzy mówi już po nowemu. Jest to oczywisty bezsens, bo Litwa nie była przez nas nigdy podbita i w skład Rzeczpospolitej weszła dobrowolnie. A Ukraina stanowiła wielką i silną część Rzeczpospolitej.

Nie dajmy się zwariować i mówmy jak było w historii naszego języka. Zresztą argument o przykrości jaką robimy sąsiadom, mówiąc na jest dęty. Bo przecież nie mówimy na Wielkopolsce lecz w Wielkopolsce. I mówimy również na Węgrzech, które nigdy w najmniejsze części do Polski nie należały.

Dramat jednego aktora

Onet Kultura informuje (10 03 2022), że aktor John Malkovich  wystąpi na teatralnej scenie we Wrocławiu. Zagra w spektaklu „The Infernal Comedy: spowiedź seryjnego mordercy.” Ma to być połączenie opery oraz dramatu jednego aktora.”

Tu drgnąłem, bo w Polsce utarło się nazywać teatrem jednego aktora monodramy. Ale o dramacie jednego aktora usłyszałem raz pierwszy. Rzecz w tym, że „dramat” ma w historii sztuki podwójne znaczenie. Po pierwsze – dramat to każdy rodzaj tekstu i spektaklu teatralnego; pod drugie – rodzaj tekstu i teatru, które nacechowane są powagą, gdzie przedstawione są problemy moralne, trudne, ostateczne.

Oczywiście w starożytności helleńskiej dramatem były komedia i tragedia. Ten gatunek, który dzisiaj nazywamy dramatem narodził się w XVIII wieku, wraz z dojściem do głosu nowej warstwy społecznej – burżuazji. Ta grupa nie chciała już oglądać na scenie spraw bogów, królów i cesarzy. Oni chcieli w postaciach scenicznych widzieć siebie samych. Chcieli znaleźć w teatrze potwierdzenie, że teraz to oni decydują o najważniejszych sprawach tego świata. Oczekiwali, że znajdą w teatrze zdarzenia wielkie, tragiczne, potwierdzające, że współczesność należy do nich.

Z kolei teatr jednego aktora jest zjawiskiem sztuki teatralnej, w której występuje jeden, jedyny aktor. Piszę o tym, z pozoru marginalnym tekście, bo widzę, że coraz więcej ludzi piszących o sztuce bardzo niewiele o niej wie.

Reasumując: dramat jednego aktora, z poziomu intelektualnego redakcji Onet Kultura, miałby chyba miejsce tylko wtedy, gdyby aktor na scenie, w trakcie spektaklu zachrypł i zupełnie zaniemówił. Czego zresztą nikomu nie życzę.

 

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina albo starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (2); Rosja – Mongolskie dziedzictwo

Po 250 latach niewoli, Rusi Moskiewskiej udało się odzyskać wolność. Jednak Mongołowie pozostawili w mentalności Rosjan niezatarte do dzisiaj ślady. Przypatrzmy się im:

 

  1. Boskie pochodzenie władzy.

Spójrzmy na ceremoniał dworski dzisiejszej Rosji. Widzimy jak Putin wchodzi do „sali tronowej” na Kremlu. Przepraszam, jak kroczy, jak zaszczyca sobą przestrzeń. Cały ceremoniał dworski Kremla nie przypomina niczego znanego w Europie. Bo nie pochodzi z Europy. To jest kopia ceremoniału chińskiego Zamkniętego Miasta jeszcze z początków XX wieku. One są właściwie identyczne, bowiem oba stworzyli Mongołowie.

Putin nie mówi, on przemawia. Mówi tak, jakby był medium, jakby przez niego Bóg kontaktował się z ziemianami. Minę ma nieobecną, ale natchnioną. Jego publiczne spotkania z dziennikarzami nie są dialogiem. To jest akt łaski, bowiem udziela on wtedy dziennikarzom łaskawych wskazówek, napomnień, łaskawych sprostowań. Mówią, że jest kolejnym carem. Nic bardziej błędnego. On jest kolejnym Wielkim Chanem.

Władcą, który najpełniej kontynuował dziedzictwo Mongołów i który również odcisnął swe piętno na Rosji był Iwan Groźny (1530-1584). Historycy pomawiają go o szaleństwo, jednak z punktu widzenia państwa miał ogromne sukcesy, poszerzył znacznie granice – przyłączając do Rosji Chanat Kazański i Astrachański, upokorzył inflancką gałąź zakonu krzyżackiego, podjął walkę z Wielkim Księstwem Litewski, zdobył Połock. Znaczeni gorej szło mu z Polską, bo przegrywał kolejne bitwy. Iwan Groźny skutecznie zreformował struktury swego państwa: przeprowadził reformę systemu prawnego i administracji.

A jednak czas jego panowania nazywany jest w Rosji „Wielką Smutą”. Dlaczego? Reformom Iwana Groźnego sprzeciwiali się bojarowie, zawiązywali spiski i knuli przeciw carowi. Wtedy stała się rzecz niebywała w Europie. Iwan Groźny powołał „opryczninę”, swoją gwardię przyboczną. Ci ludzie z niższych warstw społecznych, przemierzali bezkresny kraj mordując bojarów, pozbawiali ich majątków i wymuszali osiedlenie się bojarów w nowych miejscach – wyznaczonych przez cara.

Oprycznicy nosili się na czarno, a u siodeł mieli przytroczone psie głowy. Nieśli z sobą pożogę, morderstwa i strach. Iwan Groźny wiedział, że nie może rządzić sam. A skoro nie mógł liczyć na bojarów, powołał nową grupę społeczną – właśnie opryczników. I sowicie ich opłacał, bo skonfiskowane ziemie bojarów, w znacznej części, przypadały oprycznikom.

  1. Ludzie carów

Również państwo Stalina oparło się na „nowych ludziach”. I dlatego Stalin powołał do życia nowe policje państwowe, jawne i tajne, okrutne i bezwzględne. Przy czym Stalin poszedł dalej niż Groźny – nie pozwalał uwierzyć ludziom ze służb, że są wieczni na swych stanowiskach, i że coś im się należy. Dlatego Związkiem Radzieckim bez przerwy wstrząsały procesy i egzekucje, ludzi, którzy jeszcze wczoraj stawali do fotografii obok Stalina. I co najważniejsze, bali się wszyscy, bo skoro do obozów trafiały nawet żony członków Komitetu Centralnego, to chłop w Wiaźmie, skromny kancelista w Moskwie mieli powody bać się.

Władimir Putin zastał państwo w stanie tragicznym. Właściwie nie funkcjonowało nic, robotnikom miesiącami nie wypłacano pensji, bywał w przedsiębiorstwach, w których pracownikom płacono w naturze – jeśli była to fabryka opon, to oponami, w fabrykach obuwia – butami.

Jednakże pojawiła się w Rosji, nieliczna, ale bardzo obrotna grupa „nowych Rosjan” jak ich nazywano. Ci ludzie  krok za krokiem przejmowali państwowy majątek, bo przecież wszystko w Związku Radzieckim było państwowe. „Nowi Rosjanie” wywodzili się, w przeważającej części, ze służb, z centralnych urzędów państwowych, z ministerstw, ze zjednoczeń przemysłu i handlu.

Z przyjściem Putina lud miał nadzieję, że położy on kres tej gigantycznej grabieży. Ale nie, Putin ich wspierał, nagradzał. Bo stali się oni jego zaufanymi ludźmi. Do tego wielkiego biznesu wprowadził tez nowych, swoich ludzi, których obdarzał niewyobrażalnie wielkimi kontraktami, własnością przedsiębiorstw i całych gałęzi przemysłu. W ten sposób Putin swoich budował klasę swoich bojarów. Wiernych, bo bez niego byliby nikim. Więcej, tylko Putin jest gwarantem ich spokoju. Przecież ci ludzie od początku prowadzili kryminalne interesy i w normalnym państwie sądy odebrałaby im majątki. Dlatego oligarchowie stoją wiernie przy Putinie.

Jak to jest, że zaledwie w dwadzieścia lat powstała w Rosji klasa właścicieli państwa, która uwłaszczyła się (właściwie to Putin ją uwłaszczył) na majątku imperium? Na Zachodzie media o nich milczą, lub też zachwycają się bogactwem nuworyszy. Zachodnie media milczą o łajdactwie nowych bojarów, bo ich państwa robią z nimi cudowne interesy.

Amerykański sen o bogactwie przy śnie o bogactwie rosyjskim to jest krótka drzemka w pociągu przy całodobowym wylegiwaniu się w pałacowym łożu.

Ci nowobogaccy Rosjanie mają tylko jeden obowiązek – stać wiernie przy Putinie. Jedynym, który poczuł się zbyt pewnie i zaczął wspierać opozycję jest Chodorkowski. I dlatego spędził kilka lat w łagrze. Jego proces i wyrok był poważnym ostrzeżeniem dla reszty bojarów Putina.

  1. Państwo jako wartość sama w sobie

Państwo dla Rosjanina jest najważniejsze. Musi być rozległe. Ludzie mogą żyć w nim ubogo, tak jakby karmić ich miała jedynie wielkość państwa. Z tej wielkości czerpią dumę dla siebie i pogardę (w najlepszym razie politowanie) dla innych ludzi, z małych państw. Państwo dla Rosjanina jest wszystkim. I to budzi przestrach. Bo kimże są ludzie Rosji poza tym?

  1. Supremacja władzy nad obywatelem

Władza u Mongołów i w dzisiejszej Rosji jest emanacją boskiej, tak jakby władca pochodził od samego Boga. Władza nie podlega żadnej krytyce. Car zawsze był dobry, to jedynie urzędnicy psuli carskie rozkazy. Car był nieomylny. To lud nie rozumiał intencji władcy, a tępi marszałkowie, ministrowie działali bezrozumnie. Władca miał nadprzyrodzone zdolności przewidywania przyszłości. Władca jest co prawda śmiertelny, ale nie umiera całkowicie. Jego duch pozostaje z podwładnymi. Nie przez przypadek w Rosji Radzieckiej balsamowano przywódców. Zupełnie tak, jakby kontynuowano pochówki antycznych władców Chin. Tam wielkość kurhanów i obfitość kamieni szlachetnych, srebra i broni składanych do kurhanu miała świadczyć o wielkości zmarłego.

  1. Uprzedmiotowienie obywatela

Skutkiem prymatu państwa i jego władcy pozycja obywatela była i jest żadna. Właściwie nie istniała. Owszem lud liczył się jako siła robocza, jako żołnierz – ale zawsze w masie. Indywidualizm Mongołom, Chińczykom i Rosjanom jest nieznany. I zawsze traktowali go, i traktują, jako odstępstwo od normy umysłowej, lub działalność agenturalną.

W carskiej Rosji przez wieki nie istniał parlament. Dumę powołano dopiero w roku 1906 i trwała do rewolucji 1917 roku. W sumie miała cztery kadencje i wszystkie były przerywane. Car je rozwiązywał, bo deputowani zbyt często mieli własne (inne niż carskie) zdanie. O rosyjskim parlamencie w czasach Związku Radziecko lepiej nie mówić wcale. A teraz również jest zgromadzeniem z założenia wspierającym władzę. Żadnych konfliktów, żadnego własnego zdania.

Na Rusi i w Rosji, tak jak w państwie Mongołów, właściwie pogardzano ludem. Był potrzebny, ale traktowano go jak niewolników. W czasie II wojny światowej rosyjscy dowódcy przeprowadzali taktyczne „rozpoznanie bojem”. Pod tym terminem kryła się okrutna praktyka wysyłania swoich żołnierzy na ukrytego, okopanego przeciwnika, aby dowiedzieć się jak rozlokowane są jego pozycje. W armii USA na rozpoznanie walką wysyłano co najwyżej pluton (około 30 żołnierzy), w armii ZSRR do rozpoznania pozycji wroga wysyłano nawet pułki – liczące około 2.000 – 3.000 żołnierzy. Problem był w tym, że straty „rozpoznania” sięgały do 80 procent. I wysyłający żołnierzy dowódcy z liczyli się i akceptowali tak duże straty. Ale, jak mawiali sami Rosjanie: „Ludzi u nas dużo”. Obawiam się, że tę taktykę stosują również w wojnie z Ukrainą.

  1. Niepewność czyli strach.

Obywatel Rosji (jak i Mongołów) miał czuć się malutki, nieważny i miał się bać. To były przesłanki utrzymania w tych państwach spokoju. Miał być niepewny jutra, miał bać się o jedzenie, o przyszłość i teraźniejszość. Jego los miał być zawsze zależny od władzy.

Czy są w dzisiejszej Rosji ludzie myślący kategoriami europejskimi? Oczywiści, że są, ale w masie niewolników kochających swe państwo, ich głos jest słaby, bo jest ich niewielu. Ludziom tym należy się jednak wielki szacunek. Dają świadectwo człowieczeństwa.

  1. Tradycyjna łaska państwa

Lubię rosyjskie anegdoty ze starej Rosji, dlatego podzielę się dwoma.

  • Gdzieś niedaleko od Moskwy skazano kupca za złodziejstwo. Poza karą finansową orzeczono również tradycyjną w Rosji karę – wypalono mu na czole literę „W”, co oznaczało „wor”, czyli złodziej. Po roku okazało się, że skazany jest niewinny i dlatego wypalono mu na czole drugą literę „N”, co miało oznaczać „niet wor”.
  • W momencie gdy wprowadzano w Europie uprawę kartofli, były one nowością. Z początku traktowano je jako rośliny ozdobne, dopiero w XVII wieku zaczęto kartofle uprawiać jako warzywa. Państwa były zainteresowane nowym rodzajem pożywienia, ale chłopstwo stawało okoniem. We Francji więc rząd rozprowadził kartofle po kilku prowincjach. Bulwy solidnie okopano, żeby nie przemarzły, a do pilnowania kupców skierowano po kilkunastu żołnierzy. Ich dowódcom powiedziano jednak, że żołnierze nie muszą „tak bardzo” pilnować kartofli. Żołnierze spędzali więc wesoło czas w karczmach a chłopi rozkradli kartofle i zasadzili je u siebie. Rozkradli, bo uważali, że skoro roślin pilnuje wojsko, to muszą być cenne. W Prusach Fryderyka II rozprowadzono kartofle i wydano urzędowy edykt, że maja być posadzone. Natomiast w Rosji Piotra I rozdano chłopom kartofle z przykazaniem, żeby je z wiosną posadzili. Nikt im jednak nie powiedział, że kartofle trzeba na zimę kopcować, więc na wiosnę chłopi nie sadzili przemarzniętych i zgniłych kartofli. Wtedy władza uznała to za bunt. Rozstrzelano więc co piątego chłopa. Skutek był taki, że we wszystkich ze wspomnianych państw kartofle się przyjęły.

 

WALTER ALTERMAN: Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (1) Rosja, czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Przedstawiamy część pierwszą cyklu, będącego rysem mentalności trzech narodów. Dlaczego może to być istotne? Bo Rosja najechała Ukrainę, a Polska jest – niestety – najbliższym sąsiadem Rosji.

Paweł Jasienica, będący bardziej historiozofem niż historykiem, w swojej „Polsce Piastów” postawił trudną z pozoru do przyjęcia tezę, że każdy naród koduje się raz na zawsze. I ma to najczęściej miejsce u początków dziejów danego narodu. O ile chodzi o Polskę, ta uważał on, że okres rozbicia dzielnicowego był dla Polaków czasem przyjęcia podstawowych odruchów mentalnych i politycznych. Więcej, bo Jasienica uważał, że był to dla Polaków czas zbawienny. Jak wiemy ten rozdział naszych dziejów trwał od 1138 roku do koronacji Władysława Łokietka w roku 1320. Zwykło się uważać, że tamten czas, gdy Polska nie miała jednolitej władzy centralnej a kraj był rozbity na małe księstwa, był nieszczęściem. Jednak Paweł Jasienica uważał, że było wręcz odwrotnie.

W pierwszym odcinku zaczniemy jednak od Rosji.

Część I.

Rosja czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Wołodymyr Zełenski powiedział w szóstym dniu wojny: Rosjanie jesteście dziwni. Jesteście niewolnikami.

Chciał Rosjan obrazić czy też powiedział szczerą prawdę? Uważam, że powiedział prawdę. Zdaje mi się bowiem, że historia ukształtowała Rosjan na idealnych wręcz niewolników. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości, przypatrzmy się podstawowym cechom mentalnym Rosjan i ich źródłom.

Wielu zachodnich analityków i zwykłych obserwatorów wojennej sytuacji na Ukrainie podejmuje się coraz częściej analizy osobowości Putina i mentalności dzisiejszej „klasy panującej” w Rosji. Jedni sięgają do źródeł, czyli KGB-owskiej przeszłości Putina, która miała ukształtować jego osobowość, bo Putin podobno nikomu nie wierzy i jest ogarnięty manią podejrzliwości wobec całego swego otoczenia. Inni wskazują na postępującą chorobę psychiczną osamotnionego przywódcy. Są i tacy, którzy twierdzą, że Putin wierzy w możliwość restauracji imperiów carów, czyli, że jednak oszalał.

Wszystko to być może, wszystko jest po części prawdą. Jednak moim zdaniem dzisiejsza Rosja jest – w sferze mentalnej – spadkobierczynią imperium średniowiecznych Mongołów.

Rosja – normańskie początki

Wędrówka ludów sprawiła, że na miejscach dzisiejszego ich bytowania pojawili się Słowianie. Na początku nie tworzyli jakichś silniejszych organizmów państwowych. Skupiali się w niewielkich grupach rodowych i plemiennych. Zachodnia Europa była, na szczęście dla Słowian, zajęta walką między sobą i pozostawiała terytoria zajęte przez Słowian we względnym spokoju.

Tereny zajęte przez dzisiejszą Rosję, Białoruś i Ukrainę nazywaną Rusią. Początek ich państwowości dali Wikingowie, którzy przez dwa stulecia okrutnie łupili Rusów. Porywali też ich ludzi, których potem sprzedawali w niewolę w Konstantynopolu. Po pewnym czasie plemiona słowiańskie z tych terenów, postanowiły wykorzystać Wikingów (Waregów) do stworzenia przez nich silniejszej organizacji państwowej i tak się stało. Mówiąc inaczej – Rusowie oddali Waregom władzę, a ci stworzyli podstawy organizacyjne ich państwa. Wśród Waregów najsilniejsi i najlepiej zorganizowane było plemię Rusów-Rusinów. W latach 30. IX wieku miało istnieć już pierwsze państwo Rusów. W IX wieku Kijów znany jako Könugard stał się centrum normańskiego handlu na Rusi. Był jednocześnie głównym składem daniny, ściąganej przez Normanów z plemion ruskich. Stąd Normanowie spławiali towary i niewolników szlakiem greckim w dół Dniepru do Morza Czarnego.

Trzeba tu jednak zauważyć, że większość ludów zamieszkujących obszary późniejszej Rusi znajdowała się w strefie wpływów Kaganatu Chazarskiego i płaciło Chazarom (był to lud pochodzenia tureckiego) daninę po srebrnej monecie i po wiewiórce od dymu.

Informacje te podaje Nestor Kronikarz (ur. ok.1050, zm. ok.1114) mnich Monasteru Pieczerskiego.  Był on redaktorem jednego z najstarszych ruskich latopisów „Powieść minionych lat” (ok. 1113 r.), w którym Nestor opisał historię Rusi od IX do XII wieku.

Za założyciela pierwszego państwa uważa się Ruryka, który około 862 roku zjednoczył część Rusi, Słowenów Ilmeńskich, Krywiczan, Połoczan (ludy słowiańskie) oraz Muromę i Weś (ludy fińskie), dając tym samym początek pierwszemu znanemu państwu ruskiemu –Rusi Nowogrodzkiej. Stolicą swego państwa uczynił Nowogród Wielki.

Za najsilniejszego i najlepszego władcę Rusi uważa się księcia Jarosława Mądrego (1019-1054). Jego wojska w wyprawach docierały na Mazowsze, Litwę i ziemie Estów (Estonię). Za jego panowania rozwijały się miasta, kwitła kultura chrześcijańska, głównie piśmiennictwo w języku starocerkiewnym, wybudowany został sobór Sofijski w Kijowie. Jarosław podzielił w testamencie państwo między swych synów przy zachowaniu senioratu. Za panowania tego władcy sprowadzono ostatnią drużynę wareską ze Skandynawii, po czym odrębność Waregów i podległych im Słowian szybko zanikła, i obie grupy stanowiły już jeden lud.

Mongołowie, czyli Tatarzy

Jednak to nie Wikingowie czyli Waregowie, nie Chazarowie odcisnęli swe trwałe piętno na mentalności dzisiejszych Rosjan. Ludem, który zdefiniował i narzucił Rosjanom rozumienie i reagowanie na świat, zdefiniował ich pojęcie władzy i relacji wzajemnych w społeczeństwie byli Mongołowie, zwani na Rusi Tatarami.

W XIII wieku wschodnia i środkowa Europa zostały zalana przez zdyscyplinowane i nowocześnie, jak na tamte czasy, walczące, nieprzebrane masy Mongołów. Powstrzymała je przed pójściem na Zachód śmierć władcy. Mongołowie wrócili, by wybrać nowego Chana. Zachodniej i Środkowej Europie już nie zagrażali nigdy.

Przed najazdem i podbojem mongolskim Ruś była rozbita na księstwa dzielnicowe i nie stanowiła jednolitego i silnego państwa. Być może dlatego Ruś Kijowska dostała się pod kontrolę Złotej Ordy. Ważne, że Kijów w 1363 roku poddał się zwierzchnictwu Litwy. Moskwa zaś pozostała w rękach Tatarów. Tu warto zaznaczyć, że Rusini kijowscy mieli kulturową przewagę nad ciągle pogańskimi Litwinami. Rusini już od 400 lat byli ochrzczeni, mieli pismo i wiedzę oraz doświadczenie administracyjne. Jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

Niewola Moskwy datuje się na lata 1223 – 1380. A jest to czas, kiedy Europa przeobraża się, powoli kończy się „ciemne średniowiecze” i nadchodzą czasy nowego stylu sprawowania władzy. Do głosu dochodzi mieszczaństwo a chłopi uzyskują coraz więcej wolności indywidualnej.

Tatarzy pozostawili na podbitych ziemiach ruskich stare struktury polityczne. Ale wykorzystywali je dla umocnienia swego panowania. Podsycali waśnie i konflikty między książętami ruskimi, a nawet je prowokowali. W 1243 Batu-chan, udzielając zezwolenia Jarosławowi na używanie tytułu wielkiego księcia i pozwalając na sprawowanie przezeń władzy w księstwie kijowskim i rostowsko-suzdalskim, wprowadził obyczaj każdorazowego uzyskiwania odpowiedniego przywileju przez władców Rusi, tzw. jarłyku.

Ci, którzy chcieli otrzymać jarłyk, musieli stanąć przed obliczem chana. I nie wiedzieli, czy czeka ich wspaniałe przyjęcie, poniżająca procedura hołdownicza, czy też śmierć. Te ostatnie przypadki zdarzały się często. W 1245 zabito księcia czernihowskiego Michała, w rok później wielkiego księcia Jarosława II, a jego syn Aleksander uniknął śmierci, nie stawiając się na wezwanie tatarskie.

Wkrótce praktyka chanów przybrała formy zorganizowane. Pojawili się na Rusi poborcy podatkowi i urzędnicy przeprowadzający spis ludności. W miastach osadzono namiestników tatarskich (baskaków), którzy mieli czuwać nad przestrzeganiem terminów składania daniny. Duchowieństwo zwolniono od wszelkich danin i powinności. Dodatkowy ciężar stanowiły zdarzające się niespodziewane branki, uprowadzanie ludności i zmuszanie jej do służby wojskowej. Na Rusinów spadały również świadczenia na rzecz tatarskiej służby łączności: dostarczanie podwód, kwater i wyżywienia dla posłańców. W sytuacji gdy podatki bądź inne trybuty nie były dostarczane, Tatarzy organizowali karne ekspedycje, w czasie których dopuszczali się „wielkich okrucieństw”.

Dopiero w roku 1380, po bitwie na Kulikowym Polu, rozpoczął się proces uniezależniania się Moskwy od zwierzchnictwa Złotej Ordy i budowy państwa rosyjskiego w oparciu o rosnącą potęgę i autorytet Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Zwycięzca, książę Dymitr otrzymał przydomek „Doński” i jest do dzisiaj rosyjskim bohaterem narodowym.

Pamiętajmy jednak, że Ruś Moskiewska była w Mongolskiej niewoli 250 lat, bo Dymitr Doński jedynie zapoczątkował długotrwały proces wybijania się Rusi na wolność.

WALTER ALTERMANN: Batalistyka czy balistyka, czyli co polscy dziennikarze wiedzą o wojnie

Starałem się dotychczas nie ujawniać nazwisk dziennikarzy, do których odnoszą się moje zdziwienia językowe. Tym razem jednak miarka się przebrała. Agresja Rosji na naszego sąsiada miała wprost katalityczny wpływ na obnażenie słabości kadr polskich mediów.

Niewiedza o niewiedzy

Oto drugiego dnia wojny pani Monika Olejnik przepytywała jakiegoś polskiego oficera na okoliczność obecnej sytuacji militarnej i jej potencjalnego rozwoju. Oficer był grzeczny i mówił z sensem. W pewnym momencie p. Olejnik powiedziała:

No dobrze, mówi pan o zdecydowanej obronie Ukraińców, ale przecież Rosja ma rakiety batalistyczne.

Oficerowi brwi poszły trochę w górę, ale – jako wyższy oficer – nie prostował tylko zgrabnie przeszedł do innego aspektu wojny.

Zrazu pomyślałem, że Olejnik przejęzyczyła się, ale nie. Więc po kolei:

batalistyka to część malarstwa i grafiki, przedstawiająca sceny wojenne. Na przykład Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki czy Panorama Racławicka Jana Styki, Wojciecha Kossaka i kilku innych malarzy, to klasyczna batalistyka właśnie. Grunwald jest eksponowany w Warszawie a Panorama we Wrocławiu. Można obejrzeć i zrozumieć.

balistyka zaś to część wiedzy o miotaniu i ruchu pocisków oraz rakiet. Balistyka zajmuje się procesami fizycznymi w czasie strzału w lufie i jej pobliżu oraz wpływem tych zjawisk na ruch pocisku, a także procesami zachodzącymi w silnikach rakietowych. Balistyka bada też prawa ruchu pocisków i rakiet poza lufą, bądź wyrzutnią. Najważniejszym zadaniem balistyki jest wyznaczanie parametrów ruchu pocisków, w tym rakiet.

pocisk balistyczny to rodzaj pocisku, którego najistotniejszymi cechami konstrukcyjnymi są lot po parabolicznej krzywej balistycznej z napędem silnikowym jedynie w części trasy oraz wyposażenie w układ kontroli i naprowadzania. Na etapie wznoszenia lot odbywa się dzięki napędowi za pomocą jednego bądź więcej silników rakietowych, dalsze zaś etapy lotu odbywają się dzięki wykorzystaniu energii nadanej pociskowi w fazie silnikowej i dzięki grawitacji ziemskiej. Zastosowanie pocisków balistycznych opiera się na przenoszeniu do celu głowicy bojowej o charakterze konwencjonalnym bądź masowego rażenia.

Tu należy nadmienić, że balistyka ma tradycję średniowieczną i dziwne, że ktoś mógł ją pomylić z batalistyką. Dziwne jest i to, że do tak trudnych tematów skierowano dziennikarkę, która specjalizuje się w polskiej polityce, słynąc głównie z temperamentu.

Przecież pani Monika Olejnik, i wielu innych dziennikarzy, sama z siebie, powinna wiedzieć, że nie ma bladego pojęcia o wojsku i wojnie. Zdaje mi się, że zwyciężyła w niej organiczna wręcz chęć bycia na ekranie. Za wszelka cenę, nawet za cenę kompromitacji. Zresztą u wielu dziennikarzy bycie w okienku jest narkotykiem. Uzależniają się i tracą nad sobą kontrolę. A pierwszym ich obowiązkiem jest mieć wiedzę o swojej niewiedzy. Ale jakże mają wiedzieć, gdy są pod wpływem narkotyku, jakim jest dla nich kolejne „błyśnięcie” w okienku

Rozkoszna niedbałość o szczegóły

Gdyby ktoś z Czytelników pomyślał, że p. Olejnik była wtedy zaskoczona sytuacją, to cztery dni później dała znowu dowód potężnej niewiedzy na tematy militarne.  26 lutego, w czasie rozmowy o sytuacji na Ukrainie zapytała rozmówców.

A dlaczego przestrzeń powietrzna nad Ukrainą nie jest jeszcze zamknięta i pozwala się latać rosyjskim samolotom?

No i co ja Państwu powiem? Zamiast wyjaśniać p. Olejnik, czym jest nowoczesna wojna, co daje przewaga w lotnictwie, czym jest obrona przeciwlotnicza, czym są rakiety powietrze-powietrze, powietrze-ziemia, ziemia-powietrze, woda-ziemia, woda-powietrze, czym są nowoczesne radary, etc., itd… opowiem anegdotkę o pewnej bogatej Amerykance, która na przyjęciu tak zagadnęła Cyrusa West Field ‘a, twórcę pierwszego kablowego połączenia telegraficznego między Europą a Stanami Zjednoczonymi.

Proszę mi powiedzieć jak właściwie działa ten transkontynentalny telegraf. Jak to się dzieje?

West Field, być może ze względu na majątek i wpływy damy, udzielił jej wyczerpującej odpowiedzi. Mówił, czym jest elektryczność, jak się ją wytwarza, czym są przewody elektryczne, czym wzmacniacze sygnału, wyjaśnił, czym jest aparat a czym alfabet Morse’a…

No, dobrze – powiedziała dama – bardzo panu dziękuję za tak precyzyjne wiadomości, ale jednego nadal nie rozumiem. Jak to się dzieje, że jak ja dostaję telegram od bratanka z Londynu do mojego domu w Nowym Jorku, to on jest zupełnie suchy?

To jest mniej więcej ten sam poziom wiedzy.

Fukujama, czyli liryka kapitalizmu

Najazd Rosji na Ukrainę poruszył nas wszystkich. I znaleźliśmy się w stanie głębokiego osłupienia. Niby to znamy Rosję od wieków i nikt z nas niczego dobrego się po niej nie spodziewał, jednak agresja putinowskiej Mateczki Rasiji przekroczyła miarę współczesnego cywilizowanego świata. Tego świata, który według Francisa Fukujamy, doszedł już do końca historii i teraz czeka go spokój, dobrobyt, szlachetna współpraca i wyrazy sympatii. Swoją teorię Fukujama opublikował w książce „Koniec historii i ostatni człowiek” z 1989 roku, polskie wydanie w roku 1991. Idea Nowego Raju rozlała się po szerokim świecie, bo była przyjemna i obiecywała możnym stale wzrastające zyski. W sumie była to liryczna wersja neoliberalizmu. Żadnych konfliktów, nic tylko zarabiać i zarabiać na produkcji i handlu.

Doszło do tego, że i Lech Wałęsa cytował Fukujamę. Czy Wałęsa czytał dzieło Proroka Spokoju nie wiem, ale wątpię, bo przecież chwalił się, że przeczytał jedynie Pismo Święte. W każdym razie w latach 90-tych ówczesny prezydent głosił, że żadnej wojny już nie będzie, bo świat jest tak ze sobą gospodarczo powiązany, tak uzależniony, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć ze sobą. Fukujama po kilkunastu latach od wydania dzieła przeprosił i wycofał się ze swojej teorii. A Wałęsa niczego nie prostował i nie prostuje. Może nie pamięta? To mu się zdarza.

Amerykańscy warrior’s alias amerykańscy żołnierze

Tłumacz wystąpienia Prezydenta Dudy (Prezydent mówił po angielsku) powiedział, że: Mamy już w Polsce 10.000 amerykańskich wojowników. Czyli przetłumaczył warrior na warrior. Zmartwiałem, bo z pojęciem warrior, spotkałem się jedynie w przypadku filmów z serii „Gwiezdne wojny”. Przez moment pomyślałem nawet, że Amerykanie przysłali do nas tych warriors’ów z przyszłości.

Poważnie zaś mówiąc… Mam nadzieję, że bogaty świat nie sprzeda Ukrainy, jak sprzedał nas w 1939, a potem w 1945 roku. Niebezpieczeństwo jest, bo Zachód chce nadal robić z Rosją interesy.

Zarobić! Choćby z diabłem.

Każdy biznesmen wie, że najlepsze interesy robi się z satrapami, jedynowładcami i wszelkiej maści dzierżymordami. Dlaczego? Bo tacy putinopodobni dają dobrze zarobić, ponieważ zależy im na legitymizacji swojej władzy. Dlatego lubią też pokazywać się na światowych czerwonych dywanach różny międzynarodowych zjazdów, narad, festiwali i koncertów. Lubią klepać i być klepani po plecach przez świat Zachodu. Wtedy też do ich poddanych płynie taki przekaz: „Popatrzcie tylko jak nas kochają, czyż nie jesteśmy tacy sami jak oni?”

Przypomnę tylko, że banki z USA wspierały Hitlera od 1933 aż do roku 1940. Dopiero po inwazji na Francję przestały. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że cicha współpraca kwitła aż do momentu ataku Japończyków – 7 XII 1941 roku – na amerykańską bazę Pearl Harbour. Ale są też niegodziwcy utrzymujący, że banki amerykańskie, poprzez banki hiszpańskie i szwajcarskie wspierały Hitlera prawie do końca wojny.

Zarobić, choćby z diabłem – to jest hasło współczesnego bogatego Zachodu. Żadnego wstydu, żadnych uczuć i moralności. I stąd biorą się kłopoty współczesnego świata. Pamiętam skandal z dwoma nowoczesnymi okrętami desantowymi typu Mistral, które Francja zbudowała dla Rosji. Już, już miano je Putinowi przekazać, ale ostatecznie w 2015 roku kontrakt zerwano. Stało się tak pod naciskiem międzynarodowej opinii. Francuzi długo się bronili i choć w końcu poddali się, to zadowoleni nie byli. Nie widzieli związku z zajęciem przez Rosję Krymu w 2014 roku.

I tak mnie zastanawia, czy Francja i jej koledzy z bogatej Europy kierują się nadal doktryną Fukujamy? I czy nie dociera do nich, że kręcą sobie baty na własne tyłki?

 

Zwycięska Nike w trampkach, czyli wielkie kłopoty Clio

Wśród licznych i różnych zbrodniarzy, mordujących wiedzę o przeszłości i nasz język wyróżniają się stacje i kanały, które nieustannie emitują tzw. „programy wiedzowe”. Jest takich stacji kilka, m.in.: Discovery, Planete +, Polsat i TVP. W założeniu programowym działalność ich jest szczytna i powinna cieszyć się powszechnym uznaniem, gdyż propagują wiedzę o przeszłości. A ponieważ, jak powiada łacińska sentencja historia magistra vitae, czyli historia jest matką życia, więc czym więcej historii, tym więcej mądrości.

Tu, na chwilę przerwiemy wywód o programach kanałów historycznych, by ustalić dwie rzeczy.

Czy historia jest przeszłością?

Po pierwsze – utarło się mówić o historii jako o przeszłości samej w sobie. Tymczasem historia jest nauką o przeszłości, a nie samą przeszłością. I nie wiadomo, dlaczego wszyscy już mówią: Historia Polski XIX wieku…; Historia świata ma momenty zatrważające… W historii zdarzały się momenty zadziwiające… Logicznie to błąd, bo historia, będąc nauką (a nawet sztuką) zajmuje się przeszłością – gromadzi udokumentowane fakty, uwiarygadnia je, sprawdza i interpretuje. Grecy mieli nawet muże, która patronowała i opiekował się historią. Była nią Clio – córka samego Zeusa i tytanidy Mnemosyne. Piszę to dla zasady, bo tego zrównania przeszłości z historią nie da się już odwrócić, ale warto wiedzieć, jak było z tymi pojęciami naprawdę.

Po drugie – szanując Greków i Rzymian (z których my wszyscy), nie bardzo daję wiary prawdziwości paremii, że historia może czegokolwiek nauczyć. Ludzkość jest oporna na naukę, tak jakby przez wieki była na nią szczepiona. Od dziecka po starość, kilka razy w roku jak na gigantyczny Covid.

Ostatnie wydarzenia, jakich doświadczamy w związku z polityką Putina i jego agresją przeciw Ukrainie, dowodzą, że być może doraźny spokój, strach lub nadzieja na zysk z interesu z agresorem    są ważniejsze dla władców świata niż rzetelna realizacja dyrektyw płynących z przeszłości?

Matactwa historyczne

Wracając do stacji mających kanały historyczne. Popełniają one dwa grzechy w jednym.

Pierwszym jest przekazywanie historii ad usum Delphini czyli przeznaczonych dla następców tronu – Delfinów. Pojęcie wzięło się stąd, że dla synów Ludwika XIV dzieła klasyków opracowywano, pozbawiając je momentów gorszących, brutalnych, czyli niewłaściwych dla dzieci.  I kanały historyczne traktują nas jak dzieci lub zidiociałych starców, których prawda historyczna mogłaby śmiertelnie zdenerwować lub wypaczyć im charaktery. A stąd już niedaleko do treści tendencyjnych.

Są teraz nadawane filmy dokumentalne o Europie po I wojnie światowej. I pojawia się w nich teza, spotykana dotychczas tylko w niemieckiej historiozofii, że w Wersalu zbyt przykro potraktowano Niemców, nakładając na nich tak ogromne reparacje wojenne. Można by się z tym nawet zgodzić, bo jest faktem, że tym sposobem Francja chciała odzyskać kwoty, jakich udzieliła carskiej Rosji w formie pożyczek. A skoro Rosja Lenina, jako kontynuatorka państwa carów, nie miała zamiaru płacić, więc padło na Niemców. Niestety druga teza jest już zatrważająca.

Te filmy przedstawiają Niemców, którzy na mocy Traktatu Wersalskiego utracili swe rdzenne ziemie, głównie na rzecz Polski. I autorzy pokazują Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze jako ziemie niemieckie, które przypadły nam. Nie wspominając ani słowem w jaki sposób Niemcy, jako spadkobiercy Prus, weszli w posiadanie Gniezna, Poznania, Bydgoszczy, Gdyni i Kaszub czy Śląska. Dosłownie ani słowa o rozbiorach Polski. Nic. Tak jakby Niemcy od zawsze żyli na naszych ówczesnych ziemiach zachodnich. Tym sposobem wszystko gładko zmierza do konkluzji, że Niemcy poparli Hitlera, bo byli ciężko skrzywdzeni przez Ententę i Polaków.

Dlaczego takie programy są emitowane w Polsce? A jeżeli już, to dlaczego bez komentarza? Podejrzewam, że dlatego, iż nikt tych programów przed emisją nie ogląda. Dlaczego? Bo oglądającemu trzeba by za jego czas pracy zapłacić! A w dzisiejszym świecie każdy handlarz dąży do „minimalizacji kosztów”, czyli oszczędza na wiedzy krytyka i redaktora. Po prostu – jest towar, to pakujemy go na ladę, a publiczność to kupi, ponieważ lubi produkcje o historii.

Matactwa językowe

W tych programach o historii pojawiają się również perełki niewiedzy historycznej. W filmie o zbrodniach niemieckich oddziałów Einsatzgruppen lektor czyta, że były to oddziały Ajnszacgrupen. A to po polsku należy wymawiać: ajnzacgruppen. Ale cóż, lektor i technik nie znał niemieckiego, a redaktora i historyka nie wpuszczono, bo chcieliby pieniędzy.

W programie o olimpiadach Grecji objawiła się znana grecka bogini najki. Jakby to wytłumaczyć… O oszczędnościach już pisałem, ale też zastanawia, że ani lektor, ani technik nie zauważyli komizmu tej pomyłki. Przecież Nike naprawdę nie chodziła w trampkach.

W programie o współczesnych olimpiadach słyszymy, że zawodnik zachowuje olimpijski spokój. Był olimpijski pokój, ale o spokoju usłyszałem raz pierwszy. Zastanawia mnie czy naprawdę współtwórcy tego programu nie słyszeli, że na czas antycznych olimpiad ogłaszano pokój między greckimi plemionami?

Zdarzają się też upiorki gramatyczne. W dokumencie o lądowaniu wojsk USA na plażach pomiędzy Cannes a Tulonem w 1944 roku słyszymy: straty wynosiły kilkadziesiąt zabitych. Czyli, tłumacz może i zna angielski, ale z polskim idzie mu marnie. Bo te straty wynosiły kilkudziesięciu zabitych.

Myślę, że sporo wyjaśni mechanizm produkcji. Najpierw wyprodukowany gdzieś w świecie film/program dokumentalny/historyczny trafia do Polski. Do filmu załączone są listy dialogowe, które – chciał nie chciał – trzeba przetłumaczyć i zapłacić. Plotka głosi, że ze względu na cenę angażuje się do tłumaczenia studentów anglistyki, germanistyki lub romanistyki – w zależności od kraju producenta. Taki młody człowiek tłumaczy i potem tekst trafia do produkcji, czyli do nagrywania. Następnie angażuje się lektora oraz technika dźwięku. Pierwszy siada z jednej strony szyby studia, drugi z drugiej strony, przy pulpicie. I nagrywają. Choć nie! Lektor ma tuż obok tekstu przycisk, który uruchamia, gdy wydaje mu się, że coś przeczytał źle. I żeby zaznaczyć miejsce, które trzeba nagrać jeszcze raz. Ergo – lektor może sam u siebie zauważyć jedynie pomyłki dykcyjne, wymawianiowe. Ale w tekst nie ma prawa ingerować.

To smutne jak bardzo ogólna, a tak podstawowa, wiedza o cywilizacji szerokim łukiem omija programy historyczne. A właściwie ich twórców. Kiedyś producent „spolszczenia dokumentu” angażował do pracy historyków i redaktorów. Teraz już nie, bo „minimalizujemy koszty, czyli minimalizujemy wiedzę”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf, czyli szczyt szczytów albo udawanie narratora

Ostatnio, w dyskusji polityków, w jednej ze stacji telewizyjnych, nagle, bez ostrzeżenia politycy i prowadzący dziennikarz zaczęli mówić w obcym języku. Zaczęli bowiem mówić, że Warsaw Summit to, Warsaw Summit owo… Sięgnąłem do źródeł i okazało się, że mówią o warszawskim spotkaniu trzynastu liderów europejskich partii prawicowych.

Nie mam nic przeciw jakimkolwiek spotkaniom, nawet w Warszawie, ale wypadałoby chyba temu spotkaniu nadać jednak polską nazwę. Polscy politycy, którzy opracowywali materiały z tej konferencji oraz dziennikarze relacjonujący konferencję powinni od razu przetłumaczyć nazwę wydarzenia. Czyli – można mówić Warsaw Summit, ale dodając od razu tłumaczenie na nasz język narodowy. Trzeba, to jest obowiązek polityków i dziennikarz tłumaczyć obce nazwy, definicje i zwroty językowe.

Tu dodam, że nazwa Warsaw Summit pojawiła się już w czasie trwania konferencji, potem w deklaracji końcowej oraz we wszystkich materiałach prasowych – bez tłumaczenia na polski. Panie i Panowie – Warsaw Summit nie jest nazwą własną, handlową i zastrzeżoną jak Coca Cola, Colgate czy Persil. Być może organizatorzy tego zdarzenia chcąc nadać jej wagę i powagę wymyślili nazwę angielską, być może chcieli być międzynarodowi, skoro zebrane towarzystwo też było międzynarodowe. Ale w każdym z krajów trzeba to tłumaczyć łącznie, np. Warsaw Summit czyli Warszawski szczyt.

Sprawa ma też aspekt komediowy, bo przecież przedstawiciele 13 europejskich partii wyraźnie opowiedzieli się za Unią Europejską jako tworem niezależnych państw narodowych, sprzeciwiając się Unii jako tworowi mającemu być organizacją ponad państwami członkowskimi. A wyszło śmiesznie, bo (przynajmniej w Polsce) nad wszystkim górował, panował i określał sytuację język angielski.

Katowanie Fit for fifty fajf

W innej niedzielnej audycji telewizyjnej można było usłyszeć i widzieć jak politycy opozycji bronili Fit for fifty fajf, a politycy rządowi bezlitośnie znęcali się nad rzeczonym Fit for fifty fajf. Mało tego, dziennikarka prowadząca program również operowała nazwą Fit for fifty fajf. I tak to trwało kilka długich minut. I nikomu nie przyszło do głowy, że przynajmniej kilka osób (w tym i ja) ni cholery nie wiedzą o co chodzi. A oni (uczestnicy dyskusji plus dziennikarka) walczyli między sobą na dobre. Musiałem sięgać do Internetu i okazało, że trochę wiem o tym  Fit for fifty fajf. Chodzi o pakiet „Gotowi na 55”, czyli o nowe przepisy ochrony klimatu.

Niby się ucieszyłem, że dotarłem do jądra sprawy. Ale tylko trochę. Bo niby dlaczego mam się domyślać o czym mówią politycy i dziennikarze w polskojęzycznych stacjach? Nie wymieniam stacji, bo one wszystkie są już polskojęzyczne. I tak się zastanawiam… Skoro w Parlamencie Europejskim wszystkie języki są sobie równe, to dlaczego w polskich stacjach telewizyjnych dominuje angielski?

I taka to była, w one lata, narracja w sprawie Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf.

Taka jest narracja w tej sprawie

Przy okazji – słowem, które ostatnio przebiło się i panuje jest teraz narracja. Samo słowo odnosiło się przez prawie 200 lat do opowiadania, do narratora, który przedstawia jakiś tok zdarzeń w noweli, opowiadaniu czy powieści. Narracja znaczy tyle, co opowiadanie oraz działanie narratora, jego pozycja w dziele i przynależy do teorii literatury.

Skąd u nas w ostatnich wzięło się tylu znawców teorii literatury? Tym bardziej, że z czytelnictwem nie jest za wesoło. A już teoria literatury nie jest dziedziną ani łatwą. Nie sądzę, żeby używający terminu narracja wiedzieli o niej więcej niż to, że jest.

Ciągle słyszę jak politycy i dziennikarze (choć nie wiadomo kto ten niecny proceder z narracją zaczął) mówią: Nie zgadzam się, pańska narracja jest mi dalece obca. Albo: Narracja pana ministra daleko odbiega od prawdy. Czy też: W pana narracji słyszę teorie lewicowe. Nawet premier mówi, że „Taka jest narracja w tej sprawie”.

Przecież żaden z polityków nie występuje w show w kategorii „Współczesna powieść grozy”. Oni po prostu przedstawiają problemy i mają propozycje ich rozwiązania. I dlatego powinni mówić prosto, normalnie, zrozumiale dla każdego. Powinni mówić tak: „Pana punkt widzenia tej sprawy jest mi dalece obcy; Fakty, które przedstawił pan minister są inne.; Pana interpretacja tego problemu jest błędna; Pana interpretacja jest nacechowana teoriami lewicowymi. A premier powinien powiedzieć: Tak widzę prawdziwy przebieg zdarzeń, tak rozumiem te wydarzenia, tak było naprawdę.

Narracja z lenistwa

Być może kiedyś niedawno rozbił się nad Polską jakiś balon nadmuchany narracją, idiosynkrazją, abominacją oraz setką innych trudnych słów. I nieświadomie wchłonęliśmy te dziwactwa. Teoria jest trudna do przyjęcia, ale pamiętam przecież jak kilka lat temu ważny polityk twierdził, że z zachodu Europy emitowane są na Polskę jakieś fale, które powodują poważne trudności z myśleniem. Jeżeli mógł polityk, to ja też (korzystając z dobrodziejstw demokracji) mogę mieć swoją teorię.

Naprawdę jednak podejrzewam, że narracja pojawiła się z lenistwa. Lenistwo jest nieodłączną  cechą człowieka. Przecież wypędzanemu z raju Adamowi Pan Bóg mówi: W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz. (Rdz 3,17–19).

Czyli wysiłek jest jednak nieprzyjemny. Oczywiście męczą się nieludzko sportowcy, ale za to im się płaci. Cała reszta ludzkości woli odpoczywać niż pocić się z wysiłku. Zatem lenistwo jest nam wpisane w geny. I to dlatego wolimy mówić krócej niż dłużej. Nie chcąc męczyć języka, szczęki i całego aparatu wymawianiowego dążymy do mówienia jak najkrócej. Niestety – jak już pisałem w poprzednich felietonach – język polski jest tworem opisowym i musimy używać dwóch, trzech słów, chcąc powiedzieć to samo co tylko jednym słowem powie Anglik.

Może zresztą nie chodzi tylko o lenistwo. Być może chodzi też o pychę, o wynoszenie się nad innych. A jest ona również grzechem naszym narodowym. U nas każdy chce być lepszy. Nie to, że w ogóle lepszy i doskonalszy, ale lepszy od innego.

WALTER ALTERMANN: Inicjatywa & Projekt, czyli o zdarzeniach, które dopiero mają być, ale już się odbyły

Inicjatywa robi u nas niezłą karierę. Niby istnieje od dawna, ale teraz rozpycha się i niechciana wyłazi na pierwszą linię frontu walki o zangielszczenie języka polskiego. Chyba dlatego, że inicjatywa jest ogólna i pojemna. Inicjatywą może być spektakl teatralny, manifestacja zwolenników lub przeciwników rządu, właściwe każde publiczne wystąpienie może być inicjatywą. Spacer po parku miejskim, w zwołanym gronie wielbicieli spacerów też bywa inicjatywą.

„Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 inicjatyw, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy” – poinformował 16 lutego 2022 roku wysoki urzędnik. Po polsku zdanie powinno wyglądać tak: „Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 zdarzeń, wydarzeń, imprez, manifestacji, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy”. Sam, gdybym musiał wybrałbym zdarzenia lub wydarzenia.

Według Słownika Poprawnej Polszczyzny, pod red. Witolda Doroszewskiego (PWN, 1987) „inicjatywa to impuls do działania, pomysł, projekt do realizacji”.

A zatem inicjatywa jest intelektualnym zaczątkiem tego, co dopiero ma się stać. Ale… wspomniany urzędnik zapowiada przecież konkretne zdarzenia. To jak? Zakładam, że ów urzędnik znał kilka słów mogących zastąpić inicjatywę. Dlaczego? Może urzędnik chciał powiedzieć modnie, współcześnie. Może, jak inny urzędnicy, wstydzi się takich polskich słów jak choćby wydarzenie, zdarzenie?  Oczywiście zdarzenie jest najczęściej nagłe, niespodziewane i ma mniejszą rangę niż inicjatywa. Z kolei wydarzenie jest najczęściej ważne i doniosłe. A jednak inicjatywa boli w uchu.

W przeszłości równie mocno bolało mnie pojęcie prywatna inicjatywa. Według władz PRL, które z lubością przypisywały temu określeniu wartość zbiorczą, obejmującą prywatną gastronomię, zakłady krawieckie, szewskie, ślusarskie a także rzemieślnicze zakłady wytwarzające wózki dla dzieci, łyżwy, lampki, żyrandole, zabawki i tysiące potrzebnych ludziom artykułów codziennego użytku, nie bardzo miały ochotę na mówienie prawdy o roli prywatnych przedsiębiorców. Więc władze postanowiły przykryć to co istniało naprawdę, a pojęcie prywatna inicjatywa było doskonałym kamuflażem przed prawdą, przed tym, że w państwie ludu i mas pracujących istnieje (i ma się jako tako) sektor prywatny. Prywatni rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy jednak istnieli i spełniali ważną rolę wobec ludzi i dla państwa, ale władzom nie przechodziło przez gardło przyznanie, że są oni niezwykle potrzebni. Gdyby ową prywatną inicjatywę zanalizować, to wyszłoby nam to samo co z obecną inicjatywą popierania Ukrainy, że inicjatywa oznacza takie coś, co jest, ale dokładnie nie wiadomo czym.

Jeszcze śmieszniej było za PRL-u z pojęciami inicjatywa obywatelską lub inicjatywa społeczna.  „Wystąpiła ostatnio inicjatywa społeczna, żeby położyć kres zjawisku koników handlujących biletami do kin, którzy najpierw w kasach kin bilety wykupują w cenach oficjalnych, a potem sprzedają je ze znacznym zyskiem…” – wyczytałem przed wielu laty w gazecie. O co chodziło? Ano o to, żeby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – dać znać obywatelom, że władza widzi „nieprawidłowości” oraz, że mamy w kraju zdrowe siły społeczne, których władza słucha. Naprawdę było tak, że o jakichś problemach wiedzieli wszyscy, ale władzom nie wypadało ot tak przyznać się, że przez lata problemu nie rozwiązywały. Więc dla kamuflażu posługiwano się jakimiś nieokreślonymi inicjatywami społecznymi.

Projekt (prodżekt)

Musiałem kiedyś odwiedzać (kilka razy w miesiącu) znajomego dyrektora teatru, w jego miejscu pracy, czyli w gabinecie dyrektora teatru. I zawsze na jego okrągłym stoliku leżała ta sama kaseta VHS. Stolik, przy którym rozmawialiśmy był, poza tym pusty a kaseta czyściutka, żadnego na niej kurzu, żadnego paproszka. Zrozumiałem, że skoro ta kaseta tak znacząco sobie leży i leży, to znaczy jest dla dyrektora ważna. Postanowiłem być miły i zapytałem co jest na kasecie.

– O, to jest mój projekt. Wiesz, to jest dla mnie bardzo ważny projekt – powiedział dyrektor i wzruszył się. Przy czym projekt wymawiał jako prodżekt.

– Masz na tej taśmie zapisany jakiś spektakl? – zapytałem.

– Nie, nie, to nie jest spektakl.

–  Widowisko? – naprawdę chciałem wiedzieć.

– Widowisko też nie, To jest po prostu projekt.

– Zaraz, moment – trochę się wściekłem – projekt powinien być na papierze jako zapowiedź tego co ma dopiero być.

– O, nie! Nie myśl po staremu – reżysero-dyrektor uśmiechnął się z wyższością. Zresztą jak chcesz to mogę ci puścić.

No i obejrzałem widowisko plenerowe, z dużą ilością sztucznej mgły w roli oparów, kręcącymi się po łąkach i lasach aktorami oraz smutnymi śpiewami z offu. Rzecz był patriotyczna w treści i bardzo artystyczna w formie. Minęło już kilka lat, a mnie wciąż dręczy pytanie: Dlaczego mój stary znajomy nie chciał się przyznać, że zrealizował w plenerze normalne widowisko? A może prawda jest prosta: za widowisko zamawiający płacił mniej, a za projekt więcej?

Z inicjatywą i prodżektami – mówiąc kolokwialnie – mamy w plecy. Język nasz osłabiany przez lata z powodu naszego lenistwa i zapatrzenia na świat jest w trudnej sytuacji. Czy się obroni? A, to już zależy od nas wszystkich, a od dziennikarzy szczególnie.