WALTER ALTERMAN: O wyraźnej wymowie i trochę o innych kłopotach

Przed laty w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie byłem świadkiem rozmowy dwóch Polaków. Jednym był elegancki przedwojenny major, lat około sześćdziesiąt-siedemdziesiąt, który przyszedł z żoną do POSK-u, na kawę. Drugim był pięćdziesięciolatek, skromnie ubrany, który w kawiarni ośrodka sprzątał ze stołów naczynia.

– I co tam u pana? – zaczął major.

– No, sprzątam tutaj – odparł pięćdziesięciolatek. – Jak tatuś żyli, to zawsze jakąś pracę załatwili.

– Tutaj niewiele pan zarobi – powiedział major. – Podciągnął się pan trochę w angielskim?

– Nie idzie mi, panie majorze.

– To ile już lat jest pan w Londynie?

– Tatuś ściągnęli, będzie już… z dwadzieścia lat.

– Dwadzieścia lat… – zmarkotniał major. – Musi się pan nauczyć angielskiego, wtedy godnie pan zarobi.

– Ale jak, panie majorze? Jak oni tutaj inaczej piszą, a inaczej mówią?      

Ta prawdziwa scenka, niech będzie wstępem do dzisiejszych rozważań o naszym języku, bo my również inaczej piszemy, a inaczej mówimy. I nie jest łatwo.

W komunizmie czy w komuniźmie

Modne stało się ostatnio wymawianie „w komunizmie” – dokładnie tak jak się pisze. Poszło chyba od rządu i posłów, poprzez marszałków, prezydentów miast, burmistrzów aż do dziennikarzy. Możliwe zresztą, że kolejność infekcji była odwrotna.

Poprawnościowo wszystko jest dobrze, bo można mówić zarówno „w komunizmie”, jak i „w komuniźmie”, co znaczy że obie formy są poprawne. Jednak przez całe dziesięciolecia lud i władza mówili „w komuniźmie”, „ socjaliźmie” i „faszyźmie”.  Dlaczego zatem teraz, nagle wszyscy przestali zmiękczać „z” i mówią twardo, bez zmiękczania?

Najpierw pomyślałem, że jest to nowa forma walki z komuną i podobnymi jej „ – izmami”. Takie jakby napiętnowanie językowe, odcięcie się od PRL-owskiej tradycji i wyraz niezłomnego sprzeciwu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że historycznie biorąc jest trochę inaczej.

Było tak, że gdy te „-izmy” przychodziły do naszego języka, w XIX wieku i później, to w mówieniu obowiązywała forma pisana, czyli „w komunizmie”. Jednak niedługo potem wymawianie  zostało dostosowane do polskich zwyczajów językowych. A jednym z nich jest tzw. palatalizacja, czyli zmiękczanie samogłosek, na skutek ich sąsiedztwa z miękkimi, zmiękczonymi spółgłoskami, lub bezpośrednio z „i”. I tak było przez dziesięciolecia. To dlatego z zasadą palatalizacja wymawiamy: „widzę kilka koni” – z miękkim „n”. A wymowa „kon-i” byłaby śmieszna, tak samo jak np. „w feminizmie” bez zmiękczenia „z”.

Ostatnio jednak doszły do głosu, czyli do mówienia, nowe grupy obywateli, nie do końca świadome zawiłej tradycji naszego języka. A jest to język niełatwy. I ci nowi ludzie, chcą wydać się bardziej wykształconymi niż są,  zaczęli mówić po nowemu, czyli po staremu. Tym samym, zamiast kontynuować to co było normalne i dobre, cofnęli się do początków istnienia w naszym języku rzeczonych „- izmów”. Nie ma wyjścia, trzeba zaczekać, aż następne pokolenie znowu spalatalizuje twarde „z” w tych „- izmach”.

Jedno jest pewne – mówiący „w socjalizmie”, wiedzą że odcięli się od tradycji. Znać to po trudzie, z jakim łamią sobie języki chcąc mówić twardo „z”. I znać, że mimo cierpiemia czują się lepiej. Rzecz w tym, że palatalizacja nastąpiła dlatego, że Polacy chcieli mówić wygodnie.

Ciekawe czy w zaciszu domowych sypialni, ci wymawiający „w komunizmie”, mówią też o „orgazmie” i „organizmie”? To ważne, bo łamanie języka, w imię wymyślonych zasad, może mieć zgubny wpływ na organizm i orgazm.

Getto czy gietto

Czy zwrócili Państwo uwagę, że osoby starsze, którym przyszło przeżyć piekło II wojny światowej   i okupacji, bardzo często mówią „gietto”? Słychać to na dokumentalnych filmach. My, urodzeni już po wojnie mówimy „getto”, ale pokolenie urodzone przed wojną mówiło „gietto”, czyli zmiękczało.  I nie był to żaden gwaryzm czy regionalizm. Bo w tym przypadku – podobnie jak „w komuniźmie” zaszła palatalizacja, czyli zadziałała norma zmiękczania. Później zaczęto mówić getto – może dla podkreślenia, że getta były w czasie wojny tworem niemieckich okupantów?

Pegeer czy pegieer

I jeszcze jeden przykład palatalizacji. Z utworzeniem w Polsce, po 1945 roku – na wzór sowchozów –  Państwowych Gospodarstw Rolnych, zaczęto pisać je skrótem PGR. A wymawiało się ten skrót „pegieer”, „pegieery”. Po kilku latach władza zaczęła mówić „pegeer”, pegeery”. Niemniej, na wsiach chłopi mówili, do końca istnienia tych tworów, „pegieer”. I mieli rację, bo tak nakazywała im zaszczepiona „w genach” poprawna polska wymowa.

Kłopot z inspirowaniem

Coraz częściej słyszy się, jak dziennikarze mówią: „to jest inspirujące, to inspiruje”. Szczyt dziwactwa osiągnął sprawozdawca sportowy, który stwierdził: „Ten tenis jest inspirujący”.

Błąd bierze się z niezrozumienia znaczenia i dopuszczalnych możliwości składniowych słowa „inspiracja” w języku polskim. Słowniki informują, że wyrazy bliskoznaczne inspiracji to: siła sprawcza, motyw, impuls, przyczyna, motor działań, natchnienie, motywacja, podszept. I to się zgadza, bo „inspiracja” zawiera w sobie rdzeń słowotwórczy „spiro” czyli ducha.

Kłopot jest ze związkami słownymi, w skład których wchodzi ta „inspiracja”. Otóż można inspirować kogoś do czegoś. Poprawne będzie: „Zostałem zainspirowany do dalszych poszukiwań”; „To panią z pewnością zainspiruje do zbadania tej sprawy”.

Niestety coraz częściej słyszy się w radio i telewizji: „To jest inspirujące”. I nie pada w tym przypadku – do kogo skierowana jest ta inspiracja i co będzie obszarem inspiracji. Czyli – mamy na nowo odkryte słówko, ładnie i z obca brzmiące, które używane jest jako ozdobnik, znak  sygnalizujący, że mówiący nie jest hetką-pętelką i jest człowiekiem wykształconym. Może i jest, ale przecież nie do końca dobrze wykształconym.

Hetka-pętelka

A hetka-pętelka to ktoś mało znaczący. W ogóle to ładny zwrot. Jeszcze w połowie  XX w. hetką nazywano „lichego, zabiedzonego konia”. Natomiast pętelka to uszko z tasiemki lub sznurka. Julian Krzyżanowski tłumaczy to, odwołując się do żartów Sienkiewiczowskiego pana Zagłoby, który szydził z szamerowanego złotymi i srebrnymi pętlicami umundurowania litewskich chorągwi, które – jego zdaniem – niewarte były aż tak wytwornych mundurów. Pętelka w tym kontekście oznaczała jeźdźca – równie marnego jak dosiadana przez niego hetka, w myśl powiedzenia, że lichy koń wart lichego jeźdźca.

I jeszcze jeden problem z tym „hetką”. Jeszcze przed II wojną światową Polacy,  zamieszkujący wschodnie tereny Rzeczpospolitej – oraz długo po powojennych przesiedleniach do Polski – wymawiali „hetka” inaczej niż mieszkańcy centrum kraju. Otóż Polacy pod wpływem języków ukraińskiego, białoruskiego i czeskiego wymawiali spółgłoskę „h” w takich wyrazach jak: hetka, hetman, harcerz, herbata, historia – twardo i dźwięcznie. Natomiast „ch”, tak jak w wyrazach chłop, choroba, bochen, chrabąszcz – wymawiali bezdźwięcznie. I po tej wymowie można było poznać, że ten rodak pochodzi ze wschodnich terenów. Dziś norma językowa nie przewiduje żadnych różnic w wymowie „h” i „ch” i obi spółgłoski wymawiane są bezdźwięcznie. Trochę szkoda, bo zniknął ładny koloryt z języka.

Odmiana przez przypadki

Ładna pani w telewizji powiedziała, że ktoś pojechał do Chersoni. Skąd ona wzięła taką odmianę, skoro w polskiej tradycji historycznej mamy Chersoń? A zatem powinno być, że ktoś pojechał do Chersonia.

Jest to kolejny przypadek nieznajomości historii i tradycji języka polskiego. Przecież nie mówimy, że na Ukrainie jest miasto Lwiw.  Mówimy i piszemy –  Lwów. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś odwetowymi tendencjami z naszej strony. Tak samo jak jest Rzym a nie Roma, Istambuł a nie Instanbul.

Wystarczyłoby, gdyby ktoś z redakcji przeczytał „Trylogię” Sienkiewicza, to by może wiedział. Bo obejrzenie filmu, to nie to samo. Tym bardziej, że aktor mógł akurat o Chersoniu mówić niewyraźnie.

 

WALTER ALTERMANN: Wyobcowanie i odrzucenie czyli o języku urzędów, co miały nam służyć

W ostatnich dniach gazeta codzienna Dziennik Łódzki. w dniu 5 maja 2022 roku, zamieściła tekst, który mnie dobił. Rzecz jest tak głęboko dziwna, że niemal abstrakcyjna. I nie chodzi o gazetę, ale o to jakim językiem informują nas o swych pracach urzędnicy miejscy.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę spory fragment tekstu;

„Zakończyła się rewitalizacja zabytkowej fabryki Wagnera w centrum Łodzi. Powstanie tam Fabryka Aktywności Miejskiej. Co to takiego?

Dawną świetność odzyskała zabytkowa fabryka Henryka Wagnera przy ul. Tuwima 10 w centrum Łodzi, której ozdobą jest stylowy, oryginalny, o znakomitych proporcjach komin. Dzięki remontowi znów pojawiła się tam mająca ponad sto lat ceglana elewacja.

Elewacja odnowiona, wnętrza przebudowane

– Fabryka Wagnera przeszła kompleksową odnowę. Wymieniliśmy stropy i instalacje. Odnowiliśmy elewację i przebudowaliśmy wnętrza. Przestrzenie wspólne, dostępne dla mieszkańców, są wyposażone m.in. w komfortowe meble, ekrany projekcyjne, a nawet aneksy kuchenne. Dodatkowo sala spotkań i sala konferencyjna posiada klimatyzację – wyjaśnia Olga Kassyańska z Zarząd Inwestycji Miejskich w Łodzi.

W odnowionym budynku powstanie Fabryka Aktywności Miejskiej, która ma być zupełnie nowym miejscem na mapie Łodzi. Cóż to takiego?

Przestrzeń dialogu i edukacji o mieście

Będzie to przestrzeń dialogu i edukacji o mieście i jego dziedzictwie. Ważnym uczestnikiem i adresatem naszych działań będą zarówno seniorzy, jak i młodzież, z którą będziemy się spotykać na warsztatach z edukacji samorządowej i obywatelskiej. W ramach interdyscyplinarnego miejskiego programu społecznego, wyznaczymy kierunki polityki młodzieżowej Łodzi. Bieżąca współpraca i organizacja wydarzeń podejmowana będzie także z Młodzieżową Radą Miejską. Fabryka Aktywności Miejskiej, czyli nasze łódzkie laboratorium wspólnego tworzenia miasta, budowane będzie w oparciu o aktywne uczestnictwo mieszkanek i mieszkańców. To łodzianki i łodzianie są absolutnie kluczowym elementem rozwoju Łodzi, dlatego zapraszam wszystkich do współpracy. To tu będzie można przyjść i opowiedzieć nam o swoim pomyśle. Niech to będzie miejsce, które będzie zmieniać Łódź na lepsze – zaznacza Katarzyna Dyzio, dyrektor Fabryki Aktywności Miejskiej.

Zwiedzanie fabryki. Gości oprowadzi… Henryk Wagner

Dawna fabryka maszyn i przyborów tkackich powstała w 1881 roku w miejscu, w którym wcześniej działała fabryka wyrobów bawełnianych ojca Henryka – Jana Wagnera. Odnowioną fabrykę – w ramach drzwi otwartych Fabryki Aktywności Miejskiej – będzie można zwiedzać w dniach 13 – 14 maja. Na gości będą czekały pokazy, wystawy, prezentacje oraz pracownik przebrany za Henryka Wagnera, który oprowadzi po fabryce”.

Od razu powiem, że jestem za odnawianiem zabytkowych kamienic i fabryk. Pod warunkiem jednak, że zostaną one z sensem zagospodarowane, przeznaczone na mieszkania lub instytucje, które naprawdę służą mieszkańcom Łodzi. Tym razem jednak mamy do czynienia z powołaniem do życia – za naprawdę duże pieniądze – nowej placówki, której jedynym sukcesem będzie zatrudnienie sporej grupy miejskich urzędników.

Po co takie coś powstało i co to są „ramy drzwi otwartych”? Czym jest ów „Interdyscyplinarny miejski program społeczny, w ramach którego urzędnicy będą wyznaczali kierunki polityki młodzieżowej Łodzi”? I czy będą wyznaczali tę politykę środkami przymusu bezpośredniego, czy też ograniczą się do perswazji?

Zdaje mi się, że na razie cały wysiłek władz miasta poszedł w kierunku stworzenia kolejnej fikcji administracyjnej. W czasach, gdy młodzież – bez opamiętania zresztą – korzysta z internetu, gdy jak to oni mówią „śmigają po necie”, powstaje solidny budynek, solidne etaty jedynie po to, żeby ktoś tam przyszedł. A jak nikt nie przyjdzie? O to się nie martwię, bo młodzież zostanie tam doprowadzona niejako siłą – przez nauczycieli, w ramach lekcji obywatelskich, czy jak się to teraz nazywa. Pomysł nawiązywania kontaktu z obywatelem – w dobie internetu – poprzez osobiste spotkania z tymże obywatelem, w pięknie i kosztownie urządzonych wnętrzach jest abstrakcyjny. Jeśli pominąć te nowe etaty dla urzędników.

Powyższa sprawa świadczy o tym, że byty urzędnicze całkowicie uniezależniły się od społeczeństwa, któremu miały służyć. Urzędnicy mówią własnym językiem, którym poza nimi nikt nie mówi! Rozmawiają z sobą, do siebie piszą… i tylko czasem, gdy trzeba usprawiedliwić własny etat, robią jakąś akcję. I zawsze te akcje – zwane przez urzędników – działaniami są „od czapy”, jak mawiała młodzież w moich czasach.

Przy czym – co istotne – urzędnicy nie potrafią już komunikować się z obywatelami ich, obywateli normalnym językiem. Urzędnicy żyją dla siebie. To się dawniej nazywało, że są wyalienowani, oderwani od rzeczywistości. Zresztą Łódź zasłynęła już dawno „nowoczesnymi” pomysłami, że wspomnę tylko osławioną reklamę tego miasta, w której niejaki Pacześ – podobno jakiś kultowy stand uper – nawiązując do tego, że Łódź jest biedna mówił w tej reklamie: „Je…ć biedę”.

Ale nie tylko Łódź ma nowoczesnych urzędników. Wrocław walczy z Lodzią o lepsze. Na stronie miejskiego urzędu można poczytać dzieło, które napisał Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, Strategia „Wrocław w perspektywie 2020 plus”.

Dzieło jest opasłe i poza prezydentem pracowało nad nim sporo osób. Zacytuję mały fragment:

„1.2 ZAŁOŻENIA O EWOLUCJI UWARUNKOWAŃ ZEWNĘTRZNYCH

  • WARUNKI MIĘDZYNARODOWE BĘDĄ ZBLIŻONE DO ISTNIEJĄCYCH: na pierwszym planie pozostaną kwestie gospodarcze; w polityce UE nie dojdzie do przełomu ani zapaści, zobowiązania będą dotrzymywane, proces globalizacji ani nie przyspieszy, ani nie ulegnie załamaniu. Nie są to założenia do końca realistyczne, stąd potrzeba posiadania autonomicznego potencjału, umożliwiającego przetrwanie okresów ewentualnych perturbacji. ● OPÓŹNIONA O PÓŁ WIEKU KONWERGENCJA BĘDZIE POSTĘPOWAĆ. Szybki rozwój Chin i Indii spowoduje, że świat stanie się bardziej wielobiegunowy, niż to jeszcze niedawno zakładano. Poszerzy się przestrzeń konkurencji. Zmaleje wartość premii wynikającej z samej przynależności do Europy. Dla „średniaków” w hierarchii zamożności, takich jak Polska i Wrocław, głównym problemem stanie się dobre uplasowanie w grze globalnej. To niebanalna kwestia, bo korzyści z globalizacji najłatwiej czerpać przodującym i zapóźnionym.
  • ŚWIAT CORAZ BARDZIEJ BĘDZIE SIĘ UPODABNIAŁ DO GLOBALNEJ WIOSKI. Technologie komputerowe sprzyjać będą rozpraszaniu produkcji, bankowości, usług informacyjnych, zarządzania, rozrywki. Znaczenie miast jako ośrodków koncentracji władzy i dostępu do rzadkich dóbr będzie maleć. Szansa wielkich miast polega dziś na tym, że będą one stanowić centra kompetencji i zworniki układów aglomeracyjnych.
  • ROZWIJAĆ SIĘ BĘDZIE KONTRREWOLUCJA KULTUROWA. Zwiększy się nacisk na stronę etyczną zachowań. Nastąpi powrót do modelu społeczeństwa opartego raczej na wartościach niż na procedurach. W reakcji na fundamentalizm muzułmański, Europa pogodzi się ze swoimi chrześcijańskimi korzeniami. Postulat bezwarunkowej tolerancji będzie łagodzony rozpoznaniem rosnących kosztów społecznych: w obliczu kryzysu wartości wiele wcześniejszych nadziei przekształciło się w ponurą rzeczywistość. Na polskiej scenie coraz większą rolę odgrywać będzie pokolenie Jana Pawła II…”

Zastanawia mnie, czy do dbania o komunikację Wrocławia, mieszkania, transport miejski, zieleń miejską, szkolnictwo trzeba było, by prezydent Dudkiewicz w roku 2020 przewidywał przyszłość, do tego jakże mylnie. Pan Dutkiewicz naprawdę nie ma litości i szykuje się chyba do ważniejszych światowych działań – może w Unii Europejskiej, może w ONZ lub NATO. A z wróżbitami Glancem, Skrzątkiem, Malwiną czy Jackowskim i tak nie wygra, bo to zawodowcy.

Gdybym był mieszkańcem Wrocławia bałbym się wizji szerokiego świata p. Prezydenta Dutkiewicza, tym bardziej, że nie uwzględniając napaści Rosji na Ukrainę poniósł kompletną klęskę jako profeta czyli wieszcz.

I na koniec przeglądu samorządowej twórczości, mamy Kraków, na którego na stronach miejskich  możemy przeczytać:

„Wydział Polityki Społecznej i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa we współpracy z Pełnomocnikiem Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Senioralnej oraz Wydziałem Edukacji ogłasza siódmą  edycję konkursu „Działajmy razem” na realizację działań międzypokoleniowych. Celem konkursu jest integracja uczniów i osób starszych oraz wyłonienie i rozpropagowanie najciekawszych projektów dotyczących uczniowskich przedsięwzięć realizowanych we współpracy z osobami powyżej 60 roku życia. W konkursie mogą uczestniczyć uczniowie klas VI-VIII szkół podstawowych, szkół ponadpodstawowych, uczestnicy zajęć w młodzieżowych domach kultury oraz mieszkańcy burs prowadzonych przez Gminę Miejską Kraków. Udział w konkursie daje możliwość otrzymania środków pieniężnych na sfinansowanie nagrodzonego projektu. Minimalna kwota sfinansowania to 2.000,00 zł, a maksymalna 12.000,00 zł”.

Czyli, po ludzki rozumiejąc – stołeczne miasto Kraków chce zrobić coś z faktem, że młodzież nie rozumie i nie komunikuje się ze starszymi pokoleniami. I oczekując na pomysły, co z tym smutnym faktem począć, miasto ogłasza konkurs. Jednakże receptę na społeczny kryzys kontaktów międzypokoleniowych mają wystawić dzieci w wieku od 12 do 14 lat. Naprawdę będzie to burza mózgów.

Władze Krakowa widać nie rozumieją, że to zjawisko ma źródło w rodzinie. Że rodzice – zagonieni za groszem i karierą – nie mają czasu, żeby umożliwić swym dzieciom jak najczęstsze kontakty z dziadkami. Niestety w tej sprawie żadne dziecięce konkursy nic nie pomogą. Przedszkola i szkoły tak, ale nie miejscy urzędnicy.

Ja byłem wzruszony, gdy panie z przedszkola mojego wnuka przygotowały wraz z dziećmi laurki i nauczyły ich wierszyka, który jest taki:

 

                                    „Pędzą wnuki ulicami,

                                    Z ogromnymi laurkami,

                                    Te laurki pełne kwiatków,

                                    Są dla wszystkich

                                    Babć i dziadków.

 

                                    A dziadkowie, wraz z babciami,

                                    Już czekają przed domami,

                                    Przez lornetki patrzą w dal,

                                    Wystrojeni jak na bal”.

 

I w tych paniach przedszkolankach – niezależnie od klasy literackiej wierszyka – jest siła dobrego wychowania, trwałości rodziny. Broń Boże nie w urzędnikach.

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

WALTER ALTERMAN: 1 maja, czyli od prawdy, poprzez surrealizm, do prawdy

Zapewne w okolicach 1 maja znowu, jak zawsze od 1990 roku, gazety będą publikowały zdjęcia z manifestacji 1 majowych w czasach PRL, a telewizje znowu wyemitują fragmenty starych, archiwalnych filmów z tego dnia. Dojdą oczywiście kąśliwe komentarze.

Przyznam, że trochę mnie żenuje, to coroczne podrwiwanie z tego święta, bo nie jest tak, że obchodzenie 1 maja zaczęło się w Polsce z rokiem 1945, a zakończyło w 1990 roku. Manifestacje robotnicze w dniu 1 maja nie zaczęły się w czasach „komuny”, trwają i będą trwały. Dlaczego? Bo ludzie pracy najemnej wszystkie swoje prawa zawsze musieli sobie wywalczyć. Taka jest natura kapitalizmu i istota podziału na pracodawców i pracobiorców. Nie należy też zapominać, że dla wielu współczesnych Polaków pracodawcą jest państwo. Ono też nie jest bez grzechu, wobec ludzi którym daje zatrudnienie.

Historia 1 maja

To święto zrodzone jest z tragedii w Chicago, w roku 1886. Manifestacja chicagowskich robotników, w obronie miejsc pracy, w obronie ludzkiej godności została rozstrzelana przez policję. Takie było narodziny „Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy”. Ten dzień został wybrany święto robotnicze przez kongres założycielski II Międzynarodówki, obradujący w Paryżu w 1890 roku.

W Chicago 4 maja 1886 roku doszło do wydarzeń określonych mianem Haymarket Riot, a były one konsekwencją strajków, które wybuchły kilka dni wcześniej. Powodem konfliktu była sytuacja niemieckich imigrantów – robotników z firmy McCormic Harvester – wytwarzającej sprzęt rolniczy. Zresztą do dzisiaj firma istnieje i znana jest m.in. z produkcji traktorów.

W latach 80-tych XIX wieku władzę w firmie przejmuje, po zmarłym ojcu, Cyrus McCormick. Ma ambitne plany – zamierza szybko przebudować fabrykę i wdrożyć – mówiąc dzisiejszym językiem – głęboki plan restrukturyzacji. Najważniejszym punktem planu są szeroko zakrojone zwolnienia. O odprawach nie było mowy, robotnicy mieli stracić pracę z dnia na dzień. Nie mieli zapewnionych też żadnych zasiłków. Praca w fabryce odbywała się na podstawie kontraktu-śmieciówki – pracownik przychodził rano do pracy, za co dostawał dniówkę oscylującą w granicach 1,5 dolara.

Związkowcy nie godzą się na zwolnienia. Po negocjacjach z McCormickiem wydaje się, że obie strony dogadały się. Ale nagle właściciel zmienia swoją decyzję i zwalnia niemal całą załogę. W jej miejsce zatrudnia nowych pracowników oraz ochroniarzy. Sprawa oszukania i wyrzucenia na bruk setek pracowników odbija się szerokim echem w całym USA. Główny protest zaplanowano na 1 maja.

Data nie była przypadkowa. Już półtora roku wcześniej związkowcy z całych Stanów Zjednoczonych zaapelowali do rządu, by wymusił na firmach skrócenie czasu pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Zgodnie z hasłem „Eight Hours for Work, Eight Hours for Rest, Eight Hours for What We Will!”, czyli osiem godzin w pracy, osiem na odpoczynek, osiem na to co ma się ochotę.

Propozycja związkowców powstała jesienią 1884 roku, ale postawiono dać władzy czas –   do 1 maja 1886 roku. Liczono, że rząd amerykański wprowadzi prorobotnicze zmiany.

W Niemczech w tym samym czasie – by uspokoić nastroje społeczne – Otto von Bismarck zaczął wdrażać już swoją politykę społeczną dając m.in. ubezpieczenia chorobowe czy od wypadków przy pracy. W Australii od 30 lat obowiązywał ośmiogodzinny dzień pracy. Nawet w Wielkiej Brytanii obowiązywały tzw. ustawy fabryczne, które ograniczały możliwość wykorzystywania do pracy dzieci.

Amerykański rząd nie zrobił jednak nic. I dlatego w sobotę 1 maja 1886 roku, jak co dzień pracownicy mieli zameldować się w fabrykach na pół doby. W związku z tym w całych Stanach odbyły się marsze ruchu „8 godzin”. Największa demonstracja miała miejsce w Chicago i była połączona z żądaniami przywrócenia do pracy osób z fabryki McCormicka. Ulicami około 800-tysięcznego miasta pokojowo przeszła manifestacja licząca nawet 80 tys. osób. Nieśli flagi, śpiewali piosenki wychwalające ośmiogodzinny dzień pracy. Nie zanotowano żadnych ekscesów.

Dla przemysłowców liczba protestujących była szokiem. Nikt nie spodziewał się, że robotnicy będą potrafili zjednoczyć się i zorganizować tak wielką akcję. Pracowników fabryk traktowano wówczas niemal jak niewolników, mówiono o nich pogardliwie, żartowano z ich analfabetyzmu i ich ubrań.

Skala protestów nie spowodowała jednak żadnych ustępstw po stronie fabrykantów. 2 maja robotnicy ponownie w pokojowej manifestacji przemaszerowali ulicami Chicago. Tym razem było ich jednak już tylko 35 tys.

3 maja na wiecu pod wejściem do fabryki McCormicka zjawiło się już jedynie około 2 tysięcy osób. Takiej demonstracji władze się nie bały. Doszło do starć zainicjowanych najprawdopodobniej przez bojówki zatrudnione przez McCormicka. Jego nowi pracownicy-łamistrajki i ochroniarze mieli zaatakować protestujących. Do walki włączyła się także policja.

Według różnych źródeł zginęło od jednego do sześciu protestujących. Mimo to następnego dnia związkowcy postanowili kolejny raz wyjść na ulice Chicago. Liczyli, że ofiary nie wystraszą robotników, a wręcz przeciwnie zachęcą do zwiększenia skali strajku. Manifestanci zebrali się na Placu Haymarket. Przez większość dnia protest miał charakter pokojowy, a udział brało w nim kilka tysięcy osób. Wieczorem nad Chicago nadciągnęła jednak wielka ulewa, wyganiając część manifestantów do domów. Około godziny 22.30, gdy na placu pozostało już tylko kilkaset osób policja ruszyła do ataku.

Chwilę później ktoś rzucił w tłum bombę. Wybuch zabił kilkanaście osób, w tym jednego policjanta. W odpowiedzi policja zaczęła strzelać. Na placu trwała już regularna bitwa uliczna, od kul ginęli zarówno protestujący jak i policjanci. Ostatecznie w starciach zginęło sześciu z nich. Dokładna liczba zabitych protestujących nigdy nie została ustalona.

Zamach, do którego nikt się nie przyznał, został wykorzystany przez fabrykantów i władzę do dalszego tłumienia robotniczych protestów. Następnego dnia ogłoszono nie tylko w Chicago, ale w całym kraju stan wyjątkowy. Kolejne protesty były krwawo tłumione, gazetki związkowe zamykane, a mieszkania osób związanych ze strajkującymi przeszukiwane.

Największe represje dosięgły jednak organizatorów protestów z początku maja. Pod zarzutem zabójstwa policjanta skazano na karę śmierci aż osiem osób, z których część nawet nie była obecna na Haymarket. Czterech z nich: Alberta Parsonsa, Georga Engela, Adolfa Fischera i Augusta Spiesa powieszono 11 listopada 1886 roku. Działacza związkowego Louisa Lingga, który miał zostać ułaskawiony, dzień wcześniej znaleziono martwego w swojej celi. Pozostała trójka wyszła z aresztu po kilku latach.

W 1893 roku ułaskawił ich nowy demokratyczny gubernator Illinois, który cały proces sądowy nazwał jedną wielką farsą i kpiną ze sprawiedliwości. Historycy sądzą, że bomba z Haymarket została rzucona przez agenta, który miał współpracować z lokalnym szeryfem.

O wydarzeniach z Chicago zrobiło się głośno nie tylko za oceanem, ale na całym świecie.

Trzy lata po chicagowskich wydarzeniach II Międzynarodówka, czyli zrzeszenie partii socjalistycznych, postanowiła uczcić pamięć zabitych na placu oraz osób skazanych na śmierć w późniejszym sfingowanym procesie. W ten sposób pierwsze Święto Pracy ustanowiono na 1 maja 1890 roku.

Jak demonstrowano 1 maja po 1890 roku

Po raz pierwszy święto 1 maja obchodzono w 1890 roku – m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Francji. Organizowane w tym dniu demonstracje i strajki przyczyniły się do radykalizacji ruchów robotniczych. Początkowo nielegalne manifestacje 1-majowe zostały później w wielu krajach oficjalnie uznane.

Tego dnia wiece odbyły się w wielu częściach świata. W Wiedniu na ulice wyszło około 100 tys. osób, kilkaset tysięcy protestowało w Paryżu. Liczne marsze odbyły się też w Belgii i Niemczech. W Warszawie w manifestacjach wziąć udział miało 8 tysięcy osób. 1-majowe wiece miały zachęcać lokalne władze do ustanowienia 8-godzinnego dnia pracy. Większość w 1890 roku miało charakter pokojowy. Zwalczanie nowego święta zaczęło się kilka lat później i często miało krwawy przebieg. Tym bardziej, że w związku z rozpoczętym wówczas kryzysem gospodarczym coraz więcej osób miało powody do zamanifestowania swojego niezadowolenia.

W Polsce pod zaborami, głównie na terenach zaboru rosyjskiego, pierwsze pochody i strajki organizował II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Carat często krwawo tłumił 1-majowe pochody. Tak było na przykład w 1892 roku w Łodzi, gdy zamieszki trwały kilka dni. A maszerujący choć na sztandarach mieli socjalistyczne hasła, to śpiewali także patriotyczne pieśni o wymowie niepodległościowej. Przypomnijmy, że jeszcze w 1900 roku jeden z największych „łódzkich królów bawełny” Izrael Kalmanowicz Poznański zmuszał swoich robotników do 16-godzinnego dnia pracy. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia z lat 1905-7 i 1917-19.

Okres międzywojenny w Polsce

Nieco inny wymiar miały marsze organizowane już w okresie XX-lecia międzywojennego. Stały za nimi głównie Polska Partia Socjalistyczna, ale pod uroczystości „podłączali” się także komuniści. Jeden z tego typu światopoglądowych konfliktów skończył się w 1931 roku strzelaniną wybuchło pomiędzy dwoma obozami. Dochodziło do tego, że w latach 20-tych, 1 maja odbywały się dwie legalne, osobne demonstracje i jedna demonstracja nielegalna – komunistyczna. O ile pochody socjalistów i żydowskich partii robotniczych władze tolerowały, to demonstracje komunistyczne był tłumione siłą.

1 maja był problemem dla władz w całym świecie. To chybna, dlatego, chcąc je niejako „oswoić”. Papież Pius XII w 1955 roku ogłosił 1 maja świętem katolickim – Świętem Józefa Rzemieślnika.  Nadał w ten sposób religijne znaczenie obchodzonemu od 1890 roku świeckiemu Świętu Pracy. W tym dniu Kościół w sposób szczególny pragnie zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, jak i społecznych, ogólnoludzkich i narodowych.

Upaństwowienie 1 maja, czyli surrealizm

W ZSRR święto 1 maja stało się świętem państwowym. Władze organizowały manifestacje poparcia dla samych siebie. W istocie była to parodia idei walki o prawa pracownicze, wziąwszy pod uwagę, że niemal wyłącznym pracodawcą w Rosji Sowieckiej było państwo. Zmuszani do manifestowania obywatele tego państwa wznosili okrzyki chwalące przywódców partii i rządu, oraz hasła potępiające zachodnich imperialistów. Krótko mówiąc – obchody 1 maja w ZSRR stały się jednym z elementów państwowego terroru. Najwięksi surrealiści XX wieku nie wymyśliliby czegoś takiego, a władza radziecka potrafiła.

1 maja w czasach PRL

W Polsce, podobnie jak w innych państwach „obozu socjalistycznego”, czyli w państwach, które popadły w zależność od Rosji Sowieckiej, 1 Maja również przybrał charakter masowego poparcia dla władz. I trak samo jak w ZSRR sytuacja była surrealna, bo w Polsce, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech to państwo było największym pracodawcą.

W latach 80. miały już miejsce niezależne od władz pochody i manifestacje, które organizowała w tym dniu solidarnościowa opozycja. Szczególnie duże były w Warszawie i Wrocławiu. Były one rozbijane przez milicję, a w latach 1982-1984 niejednokrotnie przekształcały się w starcia z ZOMO. Uczestnicy demonstracji byli zatrzymywani i stawiani przed Kolegium ds. Wykroczeń lub skazywani na więzienie przez sądy.

1 maja po roku 1990 w Polsce

Po roku 1990 w Polsce wielu ludzi, o nielewicowym światopoglądzie, obrało sobie za cel walkę ze świętem 1 maja jako reliktem i niechcianą pamiątką po PRL.

Ośmielam się jednak zauważyć, że PRL trwał 45 lat, a święto 1 maja ma już lat 132 lata. Dodam także, że walka ludzi pracy o swoje prawa miała i ma nadal głęboki sens – moralny i pragmatyczny. A smutna parodia tego dnia i święta, z jaką mieliśmy do czynienia w PRL-u, nie może unieważniać ani celów, ani znaczenia tego dnia.

Godna płaca, dobre warunki pracy, ośmiogodzinny dzień pracy – to jest ciągle aktualny program dla ludzi pracy najemnej.

Godna praca i płaca

 

Chodzi o godność pracownika, o poszanowanie jego podmiotowości. I nikt mi nie powie, że po 1990 roku nastały czasy idylliczne. Zachodnie koncerny i w ich ślady idące polskie firmy, chcąc zmaksymalizować zysk, narzucają wielu pracownikom normy pracy, zmuszające ich do niszczącego wysiłku. W korporacja pracownik nie jest podmiotem, jest przedmiotem działań, maleńkim trybikiem. Dzisiejszy wyzysk pracownika polega nie tylko na pracy ponad siły fizyczne. Pracownik ma oddać firmie serce, duszę i cały wolny czas. Jest dzisiaj normą, że zatrudniani w korporacjach, w wieku 23-25 lat pracownicy, po dziesięcioletniej pracy są zwalniani, bo zaczynają myśleć o swoim prywatnym życiu, o dzieciach, o współmałżonkach. A na ich miejsce przyjmowane są nowe dwudziestoparoletnie osoby, które przez 10-12 lat zaprzedadzą swoje prywatne życie firmie.

Dobre warunki pracy

Teoretycznie jest to sprawa nie do określenia, bo warunki pracy są w każdym miejscu pracy inne. Jednak w zbyt wielu miejscach pracy mamy do czynienia z ciasnotą, hałasem, brakiem wymaganego oświetlenia. W produkcji nader często spotykamy się ze stanowiskami pracy, na których pracownicy narażeni są na chorobotwórcze działania chemikaliów.

W okresie międzywojenny wspaniale funkcjonowała w Polsce Inspekcja Pracy. Ówczesne przepisy pozwalały urzędnikom na kontrolowanie zakładów pracy o każdej porze dnia. Była to w istocie policja pracy. Niestety w PRL-u znaczenie i rola Państwowej Inspekcji Pracy została przez władze bardzo ograniczona. Nie wyobrażano sobie, żeby państwowy inspektor mógł działać na szkodę państwowego przedsiębiorstwa.

Kilkanaście lat po transformacji ustrojowej, za rządów Leszka Millera z SLD, wprowadzono nowe przepisy, które w drastyczny sposób ograniczyły możliwości funkcjonowania PIP. Przede wszystkim zlikwidowano anonimowe doniesienia o nieprawidłowościach w miejscach pracy. Tym samym pracownik informujący o nieprawidłowościach narażał się na odwet kierownictwa zakładu pracy. Zlikwidowano również możliwość interwencji inspekcji, z własnej inicjatywy. A żeby już zupełnie związać inspektorom ręce, nakazano uprzedzać zakład pracy dwa tygodnie wcześniej, że PIP podejmie działania. Nie jestem wysokiego mniemania o osobach zarządzających zakładami pracy, ale naprawdę nie ma wśród nich tak głupich, żeby przez dwa tygodnie nie doprowadzili miejsc pracy do porządku.

Ośmiogodzinny dzień pracy

Prawnie jest obowiązujący, ale w praktyce? Ale kto dzisiaj pracuje po 8 godzin? Być może w dużych przedsiębiorstwach tak, ale nie we wszystkich. Obecnie w wielu urzędach i instytucjach samorządowych i państwowych znowu zapanował duch „wszystkie siły, cały czas dla naszego przedsiębiorstwa”. W wielu firmach „pozwala się” pracownikom przyjść wcześniej i później wyjść. Narzucone normy są tak duże, że w ciągu 8 godzin niewielu jest w stanie je spełnić.

Wśród średniej kadry zarządzającej panuje moda na chwalenie się, że pracuje się po 10-12 godzin. Zresztą przykład idzie z góry, te nocne posiedzenia Sejmu i Senatu, rząd pracujący nocami – według mnie jest to objaw złej organizacji pracy, ale według posłów i senatorów, to przykład poświęcania się dla Polski.

Póki zmuszani do pracy ponad 8 godzin są młodzi, jakoś to znoszą, ale przecież ich organizmy upomną się w wieku dojrzałym i podeszłym o ten brak odpoczynku.

Platforma Obywatelska za swych ostatnich rządów, wespół z PSL-em, wprowadziła istotne zmiany w kodeksie pracy. Dopuściła bowiem – w interesie pracodawców – takie manipulowanie czasem pracy, że możliwe jest kwartalne rozliczanie czasu pracy. Co skutkuje tym, że w dogodnym dla pracodawcy czasie, pracownik musi odebrać tzw. nadgodziny. W dawnych latach zasad była taka, że za pracę ponad 8 godzin płaciło się 50, 100 i 200 procent stawki godzinowej. Po zmianach Platformy Obywatelskiej – i PSL-u – pracodawcy są zadowoleni, ale pracobiorcy już nie bardzo.

Myślę jednak, że daleko nam jeszcze do spełnienia ideału polskiego pracodawcy, któremu śni się po nocach zadowolony pracownik, które pracuje darmo, albo za tyle ile zechce dać właściciel firmy.

Być może Lech Wałęsa, mówiąc w latach 90-tych, że Polska stanie się drugą Japonią, miał na myśli spełnienie japońskich ideałów społecznych – całkowite podporządkowanie się pracownika firmie, życie jej życiem i bycie szczęśliwym, gdy korporacja osiąga coraz większe zyski.

Dzisiaj 1 maja traci na znaczeniu, dlatego że media społeczne stały się forum wymiany myśli, także społecznych – na co dzień, niekoniecznie od święta. Ale w dalszym ciągu są na świecie ludzie, którzy obchodzą ten dzień, będąc przekonani, że warto i trzeba.

I po to jest ten 1 maja, żeby o tym wiedzieć i przypominać. A także, żeby tak wiele zmieniać, na korzyść pracownika, dla poszanowania godności ludzkiej.

 

Nowe spojrzenie na stare sprawy prezentuje WALTER ALTERMANN: Abstrakcjonizm polski

W każdym państwie są sprawy śmieszne, lekkie i poważne. Zupełnie tak samo jak filmach. Idąc do kina, lub przestawiając telewizję na kanał z filmem, w którym występuje Louis de Funes nie możemy oczekiwać wrażeń, które niesie z sobą ekranizacja Orsona Wellesa „Procesu” Franza Kafki. Absurdem byłaby też uwaga, że „Mechaniczna pomarańcza” Stanley’a Kubricka mógłby bardziej śmieszny.

            Podobnie jest z polskimi partiami. Są jakie są, a my po prostu za dużo od nich oczekujemy. Jednak partie w Polsce nie wzięły z nadprzestrzeni, nie zostały teleportowane z innego gwiazdozbioru i nie są wynikiem tego, że najlepsi z nas zostali politykami. Ba, nie jest i tak, że ci najlepsi z najlepszych zostają parlamentarzystami lub tworzą rząd.

Na marginesie wywodu: żeby zostać posłem, trzeba tego bardzo chcieć. Oczywiście sama chęć nie wystarczy, ale bez chęci się nie uda.

Zatem – przestańmy patrzeć na naszych polityków, jak na osobników gorszych, którzy niczego innego nie potrafią. Owszem większość z nich właśnie taka jest – niczego konkretnego nie potrafi, poza dość prymitywną walką na słowa. Nawet nie na argumenty, ale tylko na słowa. Argument musi być logicznie wywiedziony z sytuacji zastanej i jednocześnie zmierzający do sytuacji postulowanej, a słowa w polityce… czym bardzie emocjonalne, tym lepsze.

Skąd się biorą politycy?

A konkretnie czym jest walka na słowa, a nie na argumenty? Proszę uprzejmie, oto kilka przykład. Poseł X twierdzi, że poseł Y jest lewakiem, nihilistą, nie kocha ojczyzny czyli w sumie jest postkomuną. Na co poseł Y odpowiada, że poseł X jest nacjonalistą i marzy mu się dyktatura. Po chwili zaskoczenia poseł X odpowiada, że zaznał w Polsce jedynie dyktatury proletariatu. Poseł Y ripostuje, że ma dopiero 32 lata i nie ponosi odpowiedzialności za lata PRL-u. Poseł X uśmiecha się szyderczo i stwierdza, że od połowy XIX wieku widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Więc to widmo mógł porazić pradziadków posła Y, a wiadomo że największy wpływ na człowieka ma rodzina. I mogli by tak długo jeszcze, gdyby nie to, że nagle poseł Y oświadcza, że nie miał pradziadków, dziadków a nawet rodziców.

To skąd się pan wziął? – pyta poseł X.

Z Przasnysza – odpowiada – poseł Y.

Śmieszne? Takie sobie, ale przecież w takim duchu toczą się liczne dyskusje w różnych  telewizjach.

Wszystkie partie prowadzą teraz w Polsce politykę historyczną. Wygląda to tak, że politycy partii A zarzucają partii B, że dwadzieścia lat temu ich przewodniczący powiedział coś zupełnie innego niż mówi teraz.

Oczekiwania wyborców i oczekiwania elektoratu

Partie w Polsce nie prezentują spójnych, jednolitych i całościowych programów. One jedynie skupiają się na wymyślaniu hitów wyborczych. Chodzi o przedstawienie takiego pomysłu, który zaakceptuje ich elektorat. Piszę „ich elektorat”, bo w istocie walka nie toczy się już o nowych ludzi, lecz o starych. Przepływy elektoratu są w istocie znikome, a scena polityczna jest zabetonowana. Zatem chodzi o wymyślenie jakiegoś nowego datku czy podatku, które zrobią wrażenie. Wtedy elektorat danej partii mówi: „Myślą jednak o nas, to znowu na nich zagłosuję”. Tym samym polskie partie są niewolnikami własnego elektoratu. I muszę realizować oczekiwania tego elektoratu.

I tu jest problem, bo żeby modernizować kraj i społeczeństwo, trzeba ludziom otwierać nowe horyzonty, stawiać nowe cele społeczne. I to są prawdziwie duże wyzwania. Żeby uściślić – ta konieczna modernizacja musi przebiegać głównie w sferze mentalnej. Do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa, otwartego na świat i gotowego podjąć nowe wyzwania cywilizacyjne  nie wystarczy budowa nowych autostrad, trakcji kolejowych, mostów i osiedli mieszkaniowych.

Istotnym problemem jest to, że żadne społeczeństwo na świecie – w tym i nasze polskie – nie chce nowych wyzwań, bo boi się, że utraci to co już ma. Czyli, na to co nowe, nie stawia ze zwykłej ludzkiej ostrożności. W sumie mamy dość dziwaczna sytuację – społeczeństwo jest konserwatywne, ale oczekuje, że partie będą nowoczesne i rewolucyjne. Inaczej mówiąc – jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i od polityków oczekujemy, żeby było jak jest. Owszem mówimy o potrzebie zmian, ale w głębi ducha boimy się nowości. I najważniejsze –  skąd brać tych odważnych polityków, skoro oni są krew z krwi naszej i kość z naszej kości?

Tak zupełnie to tego nie ma…

Ktoś już powiedział, ale przytoczę: „Politykiem jest ten, kto zadowala swój elektorat. Natomiast mąż stanu stawia przed społeczeństwem nowe cele, nowe wyzwania. I potrafi przełamać społeczną barierę niechęci do tego wizji nowego świata, do nowego programu”.

Biorąc to pod uwagę, ośmielę się powiedzieć, że mężów stanu to my akurat nie mamy. I jest zupełnie tak samo jak w przedwojennym szmoncesie, o panu który poszedł do sklepu kupić żonie materiał na płaszcz.

– Szukam dobrej, czerwonej wełny na płaszcz dla żony – powiedział pan do sprzedawcy.

– Już, już, służę szanownemu panu uprzejmie – powiedział sprzedawca i zniknął na zapleczu. Po chwili wraca i kładzie przez mężem kupon żółtej wełny.

– Ale ja prosiłem o czerwony…

Sprzedawca najmocniej przeprasza, znowu znika na zapleczu i przynosi wełnę seledynową. I tak kilka razy po kolei pokazuje panu czerwoną, niebieską i brązową tkaninę.

W końcu pan mówi:

– Przecież prosiłem pana o czerwoną wełenkę, nie rozumie pan?

– Wie pan, tak dokładnie czerwonego materiału to my akurat nie mamy.

Zatem tak dokładnie to my akurat męża stanu na składzie też nie mamy.

Z najnowszej historii – w demokratycznym świecie – znam tylko jedynie jednego męża stanu, który wbrew oczekiwaniom większości obywateli doprowadził swój kraj do głębokiej transformacji. Był nim Charles de Gaulle. Miał przed sobą ogromne zadanie – przekonanie społeczeństwa, że nieodwracalnie kończy się czas francuskiego kolonializmu, że kolonialna wojna z Algierią jest wbrew francuskim interesom. Postawił też na ścisłą współpracę Francji z sąsiadami. I to mu się udało.

Z cała pewnością XX wieczni europejscy dyktatorzy mężami stanu nie byli. Bo pomysł, żeby wziąć „ludzi za mordę” nie jest polityką.

Wielkimi politykami byli Churchill i Piłsudski, ale obaj świetnie radzili sobie w czasie wojny, natomiast w czas pokoju znacznie gorzej. I żaden z nich nie chciał modernizować swych ojczyzn. Obaj byli rodem – duchowo – z XIX wieku.

W Europie XX wieku zdarzali się oczywiście wielcy politycy, świetni premierzy, dobrze zarządzający państwami, ale na miano męża stanu nie zasłużyli. Bo tak można określić jedynie człowieka, który zmienia horyzonty i myślenia własnego społeczeństwa.

Nauka w czwartej setce rankingu

A Polsce przydałby się taki mąż stanu, który powiedziałby wprost o takich problemach, jak: niski poziomy życia Polaków, za małe emerytury większości emerytów, tolerancja obyczajowa, zapaść lecznictwa, zły stan przemysłu obronnego, nową politykę energetyczna i marny stan polskiej nauki.

Co do nauki – jeżeli w rankingu 1.000 najlepszych wyższych uczelni na świecie Uniwersytet Jagielloński zajmuje 384 miejsce, a Uniwersytet Warszawski 388, to nie jest to powód do dumy. Nasze uczelnie – w większości – nie są instytucjami służącymi rozwojowi nauk technicznych i przyrodniczych, bo nie prowadzą badań na światowym poziomie. Nie prowadzą, bo są biedne, a badania kosztują. Swoją drogą Jarosław Gowin, jako minister nauki i szkolnictwa wyższego, wprowadził pewne reformy. Bardzo byłbym ciekaw, jakie te reformy przyniosły skutek. Inwestowanie w badania naukowe – choć ta idea jest dla większości społeczeństwa głęboko  niezrozumiała – powinno być jednym z głównych celów tego i kolejnych rządów.

Jest także konieczności posiadania silnej i nowoczesnej armii. Co prawda teraz mówią o niej wszystkie partie, ale gdzie oni byli dwadzieścia lat temu? Armia to nie jest kupon materiału, w sprawie którego idzie się do sklepu – jak nie tego to innego i w końcu coś się kupi. Armię buduje się długo i z mozołem, bo w końcu armia to głównie ludzie.

Przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkie partie rządzące mocno nas zapewniały, że kraj kwitnie a małe problemy przecież się jakoś rozwiąże. I żaden z polityków nie patrzył w przyszłość wyraźnie i ostro. Bo wszyscy byli w sumie zadowoleni. A jeśli nawet, któryś dostrzegał w przyszłości istotne problemy i poważne zagrożenia, to milczał. Dlaczego? Bo bał się, żeby jego elektorat nie opuścił go.

Dla polityka w sumie lepiej, że opuszcza go rozum niż elektorat.

 

 

WALTER ALTERMANN: Stary Wojak, czyli o kłopotach z wiekiem

Porozmawiamy o wieku. Jako człowiek stary – już z nazwiska – nie mam zwyczaju ujmować sobie lat. Choć jako pacholę, dodawałem sobie trochę, chcąc wydać się starszym. Większość ludzi ma jednak poważne kłopoty z realnym wiekiem – tak własnym, jak cudzym.

Jest takie urocze powiedzenie, że kobieta, która mówi ile naprawdę ma lat, jest niebezpieczna, bo może powiedzieć wszystko. Z kolei pewien mój znajomy ma fatalny zwyczaj zawyżania wieku ludziom, za którymi nie przepada. Gdy jakiś niegodziwiec skończy 62 lat, mój znajomy mówi o nim: „O, to człowiek już pod siedemdziesiątkę”. 

Niemniej sprawa lat, wieku jest sprawą dość zagmatwaną. Na przykład artyści. Jeszcze 100 lat temu człek 60 letni uważany był za starca, dzisiaj cieszy opinią młodego-zdolnego, który ciągle dobrze się zapowiada.

Najbardziej winne w sprawie wieku są teatry i film. Wszystkie historyczne inscenizacje teatralne oraz filmy historyczne kłamią notorycznie. Nawet jeżeli nie co do faktów, to co do wieku bohaterów z pewnością.

Z teatrem wytłumaczenie jest proste. Każdy dyrektor teatru ma w dyspozycji określoną grupę aktorów. A w każdym zespole największą siłę głosu mają aktorzy starsi, z nimi dyrektor musi się bardzo liczyć. Gdy więc przychodzi do obsadzania sztuk, których kanwą są zdarzenia historyczne, lub tylko dziejące się w przeszłości, to wiadomo, że starsi zagrają postacie znaczące i ważne, które w rzeczywistości były całkiem młode.

Najśmieszniejszy przypadek historia polskiego teatru odnotowała, gdy Ludwik Solski zagrał Starego Wiarusa w „Warszawiance” Stanisława Wyspiańskiego. Było to na prapremierze utworu w 1898 roku. W roku 1904 Wyspiański namalował znany portret Solskiego, jako Starego Wiarusa właśnie, którym to portretem zilustrowano felietonu. Co to znaczyło, że ktoś w pierwszej połowie XIX wieku był starym wiarusem? Znaczyło tyle, że był to żołnierz doświadczony, który brał udział w wielu bitwach. W realiach Powstania Listopadowego mógł to być żołnierz co najwyżej 50-letni, bo starsi już nie służyli w wojsku. Byli po prostu uważani za niezdatnych do wysiłku wojennego.

Solski w 1898 roku miał lat 34, więc mógł zagrać Starego Wiarusa. Jednak – zgodnie z modą tamtego teatru – mocno się ucharakteryzował, żeby wyglądać na osiemdziesięciolatka. W tej roli, z tą samą charakteryzacją wystąpił jeszcze dwa razy w „Warszawiance”, już  jako człowiek „w wieku podeszłym”, bo jako 80 i 90-latek.

Czy Solski nie wiedział, że Stary Wiarus nie mógł mieć więcej niż 50 lat? Wiedział, ale pociągnęła go „magia teatru” i efekt. Bo efekt miał, gdy wchodził na scenę na trzęsących się nogach, gdy chwiejąc się i milcząc przekazywał drżącą ręką wstążkę, co było znakiem, że ukochany panny Marii właśnie poległ w bitwie.

Podobnie jest w filmach historycznych. Tam postacie realnych wojskowych grają najczęściej aktorzy o wiele starsi. Ale też wszyscy aktorzy filmów batalistycznych są o wiele starsi od swoich historycznych pierwowzorów. Dzieje się tak dlatego, że pułkowników i majorów grają ciut młodsi od generałów, żeby była jakaś hierarchia.

Podobnie w filmie jest z rolami dziewcząt i młodych kobiet. Julia z „Romea i Julii” Szekspira nie ma więcej lat niż szesnaście-siedemnaście. Ale we wszystkich znanych mi inscenizacjach teatralnych i filmowych Julię zawsze grały panie w wieku 25+. A to dlatego, że młodsze dziewczęta jeszcze się uczą „na aktorki”.

Jak Słowacki uczynił z Sowińskiego staruszka

Przeczytajmy raz jeszcze lekturowy tekst Juliusza Słowackiego „Sowiński w okopach Woli”. Dla ułatwienia tematu podkreśliłem istotne dla tych rozważań słowa.

W starym kościółku na Woli

Został generał Sowiński,

Żołnierz Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze 

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty,

I gwery: wszystko stracone!

 

Jenerał się poddać nie chce,

Ale się staruszek broni

Oparłszy się na ołtarzu,

Na białym bożym obrusie,

I tam łokieć położywszy,

Kędy zwykle mszały kładą,

Na lewej ołtarza stronie,

Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

 

I wpadają adiutanty,

Adiutanty Paszkiewicza,

I proszą go: „Jenerale,

Poddaj się… nie giń tak marnie”.

Na kolana przed nim padli,

Jak ojca własnego proszą:

„Oddaj szpadę, Jenerale,

Marszałek sam przyjdzie po nią…”

„Nie poddam się wam, panowie — 

Rzecze spokojnie staruszek — 

Ani wam, ni marszałkowi

Szpady tej nie oddam w ręce,

Choćby sam car przyszedł po nią,

To stary — nie oddam szpady,

Lecz się szpadą bronić będę,

Póki serce we mnie bije.

Widzimy, że Słowacki określa Sowińskiego jako starca, staruszka. A ile tak naprawdę miał lat bohater Woli w roku swej śmierci, czyli w 1831? Generał Józef Longin Sowiński urodził się w roku 1777, zatem w dniu śmierci miał lat 54. Czyli starcem jednak nie był. Tym bardziej, że nie był najstarszy spośród dowódców Powstania Listopadowego, bo wśród generałów było tak: Józef Dwernicki w 1931 miał lat 52,  Józef Chłopicki w 1931 miał 60 lat, Kazimierz Małachowskiego miał wtedy lat 75.

Jednak Słowackiemu potrzebny był symbol bohaterskiego starca. I takim symbolem uczynił Sowińskiego.

Prawda jest też i taka, że starcem nazywano jeszcze pod koniec XIX wieku osoby po pięćdziesiątce. W jednej ze swych „Kronik Tygodniowych” Bolesław Prus opisuje szaleństwa warszawskich dorożkarzy, którzy pędzą ulicami na złamanie karku. Jeden z nich był sprawcą potrącenia człowieka. Prus gromi dorożkarzy i domaga się zrobienia z ich szaleństwami porządku. W dopisie jednak znajduje się informacja, że potrącony przechodzień miał lat 51. I jak pisze Prus: „Na szczęście potrąconego staruszka szybko zabrało do szpitala pogotowie konne”.

Minęło nieco ponad 100 lat, a dziś pięćdziesięcioletni panowie, są w kwiecie wieku. W głowie im amory, polityka i ryzykowne sporty. Jest faktem, że na przestrzeni tych 100 lat wydłużyła się znacznie średnia naszego życia. Ale nie zawsze jest to osiągnięcie medycyny, bo wspomniany Ludwik Solski żył 100 lat, a jego ojciec 112. Pamiętajmy, że dawniej też byli ludzie, którzy też żyli długo.

Jednak norma społeczna zakładała, że świat nie może należeć do sześćdziesięciolatków. I  nie należał, bo chyba rację mieli nasi dziadkowie, uważając, że „pełnia wieku mężczyzny” to wiek od 40 do 50 lat.

Analiza, czyli precyzyjny rzut oka na metryki

Na nasze, zwykłych ludzi, nieszczęście II wojna światowa wybuchła raptem dwadzieścia jeden lat po zakończeniu I wojny światowej. Piszę o nieszczęściu, bo dowódcami tej drugiej byli już oficerowie doświadczeni w pierwszej wojnie światowej. Doświadczenie wojenne liczy się w każdej armii. Szczególnie Niemcy i Rosjanie wyciągnęli z I wojny wnioski i przygotowali się odpowiednio na drugą.

Popatrzmy teraz na wiek dowódców niektórych armii biorących udział w II wojnie światowej. Popatrzmy ile miel lat ważni generałowie w roku 1939, choć dla Rosjan i Amerykanów II wojna światowa zaczęła się później. Dla ZSRR zaczęła się 22 czerwca 1941, w dla USA 7 grudnia 1941 roku.

Zatem w 1939 roku ważni dowódcy teatru tej wojny liczyli sobie lat:

Niemcy: Wilhelm Canaris – 52 lata; Karl Doenitz – 48 lat; Reinhard Gehlen – 37 lat; Heinz Guderian – 51 lat; Alfred Jodl – 49 lat;  Erich von Manstein – 52 lata, Friedrich Paulus – 49 lat;  Georg-Hans Reinhardt – 52 lata; Erwin Rommel – 48 lat; Gerd von Rundstedt – 64 lata: Otto Skorzeny – 31 lat; Ernst Udet – 43 lata.

Polska: Władysław Anders – 47 lat; Mikołaj Bołtuć46 lat; Władysław Bortnowski 48 lat; Michał Karaszewicz-Tokarzewski – 47 lata; Tadeusz Komorowski – 54 lata; Stanisław Kopański – 43 lata; Tadeusz Kutrzeba –53 lata; Stanisław Maczek – 47 lat; Edward Rydz-Śmigły – 53 lata; Władysław Sikorski – 58 lat; Stanisław Sosabowski – 47; Kazimierz Sosnkowski – 54 lata; Zygmunt Bohusz-Szyszko – 46; Witold Urbanowicz – 51 lat.

Francja: Mauric Gamelin 66 lat; Charles de Gaulle – 49 lat; Alphonse Georges – 64 lata;  Honoré Giraud – 60 lat; Alphonse Juin – 51 lat; Jean de Tassigny – 50 lat; Louis Maurin – 70 lat; Philippe Petain – 83 lata; Maxime Weygand – 72 lata;

Tu warto zaznaczyć, że w kampanii 1940 roku rola młodszych wiekiem oficerów była znikoma, istotne decyzje podejmowali mocno starsi już panowie. Generalicja francuska nie dopuszczała żadnych myśli modernizacyjnych, a de Gaulle – jako zwolennik broni pancernej – był przez przełożonych odsuwany od dowodzenia.

Wielka Brytania: Harold Rupert Alexander – 48 lat; Winston Churchill – 65 lat; Hugh Dowding – 57 lat; Bernard Law Montgomery – 52 lata; Louis Mountbatten – 39 lat;

ZSRR: Wasilij Czujkow – 39 lat; Iwan Koniew 42 lata; Rodion Malinowski – 41 lat; Konstanty Rokossowski – lat 43; Siemion Timoszenko – 44 lata; Aleksandr Wasilewski – 44 lata; Nikołaj Watutin – 38 lat; Klimient Woroszyłow – 48 lat;  Gieorgij Żukow – 43 lata

Stany Zjednoczone: Henry „Hap” Arnold – 53 lata; Omar Bradley – 46 lat; George Patton – 54 lata; Douglas MacArthur – 59 lat; Dwight D. Eisenhower – 49 lat: Chester Nimitz – 54 lata;

Rzut oka na powyższe dane wystarczy za długie analizy. A wnioskami z tej analizy jest to, że II wojna światowa była sprawą 50 latków, znających się uprzednio na wojnie. I właśnie młody wiek – jak na poważnych dowódców frontowych – był ich siłą, niezależnie od tego, czy stali po słusznej, czy niesłusznej stronie. Młodość bowiem cechuje odwaga i sprawność myślenia. Młodość to również wytrzymały fizycznie organizm, który przy trudach wojny jest ważny tak samo jak jasny umysł.

Dzisiejsze kłopoty ze starszymi dowódcami

Większość armii ma etaty. Co znaczy, że w służbie czynnej ma być tylu i tylu generałów, tylu pułkowników i tylu majorów, itd. I tu jest problem. Nikt bowiem nie chce przestać być generałem. Jak to Horodniczy z „Rewizora” mówi do żony, gdy Chlestakow łudzi go nadzieją, że może załatwić mu  generalska rangę: „ Ach! co to za rozkosz być generałem! Wstęga przez plecy!… a jaka wstęga lepsza, Anuleczku czerwona czy błękitna?”

Tym samym generałowie blokują awanse pułkownikom, pułkownicy majorom… I jest to rzecz głęboko ludzka i naturalna. Jednakże każda armia potrzebuje ciągle nowych i nowych dowódców. Młodszych, lepiej wykształconych i sprawniejszych.

Może mają rację Amerykanie, którzy mają taki system, że na czas wojny, na czas działań bojowych mianują swoich oficerów na wyższe stanowiska, ale po zakończeniu działań, ci oficerowie wracają do poprzednich stopni. W Europie natomiast stopień wojskowy jest drogą i celem dla żołnierza. I w Europie byłoby nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek z wyższych oficerów wracał po pewnym czasie, do swojego poprzedniego stopnia.

W latach 80-tych przeprowadzono badania sprawnościowe w Ludowym Wojsku Polskim. Oczywiście wyników nie ujawniono, ale dowcip na ten temat mówił bardzo dużo. Otóż żart był taki: „Biorąc  pod uwagę stan fizyczny dowódców naszej armii, należy przyjąć, że o wybuchu wojny dowiedzą się przypadkiem z telewizji lub od żon.”

Wiek żołnierza nie jest sprawą bagatelną dla armii. Według dzisiejszych danych średni wiek w polskiej armii to 35 lat. A to jest o wiele za dużo, biorąc pod uwagę, że żołnierze – od szeregowego do porucznika – nie mają więcej niż po 22-28 lat. I to kadra dowódcza, której jest przecież znacznie mniej niż żołnierzy wymienionych powyżej, „nabija wiek armii”.

Potrzebna jest nam armia większa i lepiej uzbrojona, ale też armia młodsza.

 

 

 

 

WALTER ALTERMAN: O broni, czyli brońmy się…

O powszechnym dostępie do broni czyli o nierozwadze jednych i niepohamowanej żądzy zysku drugich.

 W czasie tej wojny ogromnie uaktywniła się w Polsce grupa handlarzy bronią i ich medialnych  popleczników. Wysuwają oni argumenty tyleż liryczne co bałamutne. Głoszą, że powszechny dostęp do broni jest gwarancją wolności obywatelskiej każdego z nas. Twierdzą, że broń w każdym domu to pewność, że nikt nie ośmieli się napaść naszego mieszkania.

Pojawia się argument, że zaznajomiony z bronią obywatel – w razie agresji na Polskę – to przyszły, świetnie wyszkolony żołnierz i obrońca. Przyjrzyjmy się zatem tym argumentom.

Broń w każdym mieszkaniu

To nikogo nie uratuje, tym bardziej, że napady na mieszkania w celach rabunkowych są w Polsce rzadkością. Nasi przestępcy z branży złodziejskiej preferują kradzieże mieszkań, pod nieobecność ich mieszkańców. Dzieje się tak dlatego, że kradzieże z włamaniem są karane nieporównanie łagodniej niż napady z użyciem broni. Piszę o przestępstwach z kategorii „napad z użyciem broni”, bo logiczne jest, że po uzbrojeniu się zacnych obywateli, również zawodowi złodzieje i bandyci musieliby się uzbroić. Żeby nie być bezbronnymi wobec okradanych przez siebie właścicieli mieszkań. Ponadto – okradanie mieszkań nie jest dziś w modzie, bo majętni obywatele maja kosztowne precjoza jubilerskie i akcje w sejfach bankowych, a gotówkę trzymają na kartach.

Poza tym – są setki nowych sposobów na spokojne okradanie współobywateli, że wspomnę o metodzie na wnuczka, na nagłe opłaty zaległych rachunków za prąd, a nawet tradycyjne udawanie policjanta.

Broń na ulicach

W grę wchodzi również to, żeby – zdaniem propagatorów zbrojenia się obywateli – każdy obywatel miał możliwość poruszania się poza domem z bronią krótką, czyli pistoletem lub rewolwerem. A to – pozwolę sobie zwrócić uwagę – jest już szalenie niebezpieczne dla spokoju społecznego. Naród nasz nie jest tak flegmatyczny jak Anglicy i nie jest też tak popędliwy i temperamentny jak południowcy. Niemniej jest nerwowy. Byle stłuczka, byle zajechanie drogi samochodem powoduje w nas ogromne wzburzenie. Często padają brzydkie słowa a w ruch idą nawet pięści. Nie trzeba mieć tak potężnej wyobraźni jak Jules Verne, żeby przedstawić sobie sytuację, gdy dwóch rodaków ma dwa pistolety – po jednym na każdego ze zdenerwowanych uczestników samochodowej kolizji. A awantury w urzędach, w szpitalach, w sklepach, a nawet w miejscach pracy?

Cały ten zysk

Argument, że właściciele prywatnej broni krótkiej lub długiej są świetnym materiałem na dobrych żołnierzy jest naprawdę archaiczny. Owszem, jeszcze w czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych – między 13 zjednoczonymi koloniami a Wielką Brytanią, w latach 1775-1783, zwaną niesłusznie rewolucją amerykańską, przydatność „ostrzelanych” traperów była istotna, ale nie decydująca. O zwycięstwie Stanów zdecydowała regularna liczna armia, którą udało się stworzyć, dostawy uzbrojenia, w tym armat z Francji, a także francuscy najemnicy. Ale amerykański mit o decydującym udziale farmerów i mieszczan ma się dobrze.

Podtrzymuje się ten mit również w odniesieniu do wojny domowej w USA, czyli do wojny secesyjnej z lat 1861-1865. Choć w tym konflikcie zbrojnym rola „pogromców bizonów” była żadna. Zwyciężyła Północ, bo miała więcej pieniędzy, środków, ciężkiego uzbrojenia a nawet okrętów. I mając to wszystko stworzyła silniejszą armię.

Dlaczego USA są ojczyzną mitów o potrzebie „samozbrojenia się obywateli”? Bo przemysł broni prywatnej jest w USA potęgą, a jego obroty znaczące dla gospodarki. I na nic zdają się argumenty rozsądku, że kolejne masakry, jakich dopuszczają się szaleńcy w szkołach, supermarketach, na festynach są wynikiem powszechnego dostępu do broni. Przemysł i handel bronią w USA kwitnie, bazując na naturalnym ludzkim lęku przed przemocą. I jakoś nie trafiają do przerażonych amerykanów argumenty, że właśnie ten ich lęk napędza spiralę przemocy.

Właściciel prywatnej broni obrońcą ojczyzny ?

Człowiek mający w domu broń, uczęszczający nawet regularnie na strzelnicę, wcale nie będzie przydatny armii. Dziś armia, to wyszkoleni fachowcy, czego dowodzi wojna rosyjska inwazja na Ukrainę. Oczywiście w tym kontekście fachowcy to Ukraińcy.

Szkolenie współczesnego żołnierza jest procesem, który musi trwać co najmniej dwa lata. Na współczesnym polu walki pospolite ruszenie właścicieli pistoletów, broni myśliwskiej, czy nawet strzeleckiej broni długiej może jedynie wprowadzić chaos. Tym groźniejszy, że posiadacze prywatnej broni będą uważali się za lepszych. Nadto – armia to także posłuch i rygor. Już widzę dumnych właścicieli najdroższej prywatnej broni, jak podporządkowują się rozkazom jakiegoś chudziaka plutonowego.

Lobbyści prywatnych zbrojeń powołują się też na duże grono myśliwych. Dane z roku 2019 mówią, że w Polsce było ponad 126,5 tys. myśliwych zrzeszonych w 4691 kołach łowieckich. Nie wchodząc w spór o zasadność uprawianie myślistwa, trzeba stwierdzić, że większość z polujących to osoby starsze, które po każdym jednodniowym polowaniu muszą co najmniej tydzień odpoczywać. I z całą pewnością wcielenie do armii, powołanie na wojnę myśliwych byłoby pomysłem godnym Mrożka lub Geneta.

W czyim interesie?

Na tym interesie, gdyby się w Polsce rozwinął, zrobiliby jedynie polscy handlarze bronią. Jednak zyski społeczne byłyby na dużym minusie. Broń zaczęłaby rychło trafiać w ręce gangsterów i kiboli. Zwróćmy i na to  uwagę, że broń do powszechnej sprzedaży pochodziłaby z zagranicy, bo sami takich „atrybutów męskości” nie produkujemy. W grę zatem wchodzi w sumie marny zysk z podatków dla państwa.

Szansa samoobrony

Dzisiaj do uzyskania uprawnień na posiadanie broni krótkiej i długiej wystarcza kilkugodzinny kurs. A i to – jak świadczy sprawa posła Cezarego Grabarczyka – niektórym za dużo i szukają zaświadczeń o kursach, których nie odbyli.

Czy obywatel mający nawet przy sobie broń jest w stanie obronić się przed fizycznym atakiem innego obywatela? Nie sądzę, bo agresor ma zawsze przewagę i ma już najczęściej gnata w łapie, gdy porządny obywatel zaczyna dopiero gmerać pod marynarką. A gdy jeden dopiero szuka broni, to ten przygotowany, ten napastnik na pewno zdąży wystrzelić jako pierwszy. I to kilka razy.

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wielu ludzi wierzy, że broń uchroni ich przed napadem, agresją psychopaty lub zawodowego bandyty.

Jeżeli chcemy mieć to, co w USA wyczyniają osobnicy niezrównoważeni, nawiedzeni fundamentaliści religijni to zezwólmy na powszechny dostęp do broni.

Podsumowując – armia nie potrzebuje ani myśliwych, ani osobników przerażonych, którzy ze strachu kupią rewolwer, pistolet czy nawet karabin. To są naprawdę dwa światy.

A skąd bierze się ta bezwzględność producentów i handlarzy bronią? Moim zdaniem sytuacja z działalnością lobby producentów broni potwierdza tezę, że spośród wszystkich znanych ludzkości żądz, największa jest żądza zysku.

WALTER ALTERMANN: Derusyfikacja węglowodorów, czyli jak Józef zmienił się w Dżosefa

Było to w kwietniu roku 2022, w godzinach popołudniowych. Oglądałem telewizję i naraz, z ostro bijącego w oczy „paska” atakuje mnie tekst: DERUSYFIKACJA WĘGLOWODORÓW. Zainteresowałem się tą zagadką językową. Chodziło o to, że pora już by Europa uniezależniła się od rosyjskiej ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla. Idea słuszna i oczywista, choć trudna do natychmiastowej realizacji. Ale z językiem komunikatu – dramat.

Węglowodory są związkami węgla z wodorem, w których cząsteczkach atomy węgla łączą się bezpośrednio ze sobą. Węgiel w tych związkach jest zawsze czterowartościowy. Atomy węgla łączą się ze sobą tworząc łańcuchy proste lub rozgałęzione oraz pierścienie. Dość to skomplikowane i poza chemikami niewielu wie o co chodzi. Ale… po pierwsze – węgiel kopalny (tak kamienny jak brunatny) nie jest węglowodorem. Węglowodory są natomiast podstawowym związkiem ropy naftowej, ale sama ropa naftowa węglowodorem też nie jest. Podobnie jest z gazem ziemnym. Zatem nie ma mowy, żeby Rosja opanowała cząstki węglowodorowe wchodzące w skład węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Zatem komunikat, ze względu na chemię, wprowadza w błąd poprzez nadmierne uproszczenie.

Wiem, że napisy na paskach muszą być krótkie. Ale po co w takim razie pisać o czymś, co jest nazbyt trudne do dwuwyrazowego wyjaśnienia? I tak na ołtarzu wolności padła najpierw rzetelność dziennikarska.

Drugą ofiarą tego paska jest język polski. Derusyfikować można jedynie to, co było uprzednio zrusyfikowane. Czyli, wyjaśniając w trzech etapach. 1. Najpierw coś musiało być wolne. 2. Następnie musiało zostać zrusyfikowane; 3. I to zrusyfikowane będzie teraz derusyfikowane. Od biedy, na siłę można by powiedzieć, że „Czas na derusyfkację rynku węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Ale i tak brzmiałoby to „wymyślnie” i nazbyt poetycko. Ale tak to jest, jak za politykę gospodarczą biorą się niewyżyci poeci. Bo te surowce, jak wszystkie inne, nie mają narodowości i zostały stworzone na długo przed pojawieniem się na świecie pierwszych ludzi, a nawet pierwszych „paskowych poetów”.

No i ostatnia uwaga, w związku z inkryminowanym paskiem. Od kilku lat na ekranach wszystkich telewizji królują młode, piękne kobiety, które samym swym jestestwem cieszą męskie oczy. I coraz ich więcej. Niestety – jak podpowiada mi moje wiekowe doświadczenie – analiza zjawisk i rozumienie tekstów nie jest najsilniejszą ze stron tych młodych a pięknych kobiet.

Dżosef Stalin

Kilka tygodni temu dziennikarka telewizyjna, z dorobkiem i nazwiskiem, właściwie zaczęła już „derusyfikację”. Przestawiając pokrótce dwudziestowieczną historię Ukrainy, powiedziała: „Takie były wtedy decyzje Dżosefa Stalina”.

Są dwie możliwości, że do takiego wypadku doszło. Pierwsza – dziennikarka zna dobrze angielski, a o Stalinie mało słyszała. A jeżeli już to bez imienia. Hitler też w ostatnich latach nie ma imienia ani Churchill. Druga możliwość – ktoś przygotował na prompterze (czy jak tam to urządzenie się teraz nazywa) szybką informację z zagranicznej agencji, czyli z języka angielskiego właśnie o historii Ukrainy i Stalinie.

Niemniej, bardzo bym prosił, żeby zapamiętać: Piłsudski miał na imię Józef, nie Dżosef. Natomiast Dmowski to Roman, a nie Reumen.

Symetryzm

Z nowych słów, opisujących stare zjawiska mamy też „symetryzm”. Słownikowo biorąc, symetryzm to postawa ideologiczna zakładająca, że każdemu negatywnemu zjawisku zawinionemu przez dany obóz polityczny należy spróbować przeciwstawić analogiczne negatywne zjawisko zawinione przez obóz jego przeciwników (w Polsce z reguły w zestawieniu PO–PiS).

Ale też ostatnio zaczęto używać „symetryzmu” do opisania postawy Izraela wobec napaści Rosji na Ukrainę. Doświadczony dziennikarz prasowy, jako gość jednej z telewizji próbował tym symetryzmem objaśnić dziwną powściągliwość Izraela, brak jednoznacznego potępienia Rosji. Zaproszony do studia dziennikarz wyraźnie bał się powiedzieć, że państwo Izrael ma skomplikowane i trudne interesy na Bliskim Wschodzie, że w tych interesach Rosja może Izraelowi pomóc, że w ostatnich kilku latach osiedliło się w Izraelu prawie 300 tysięcy Rosjan, którzy mają prawo głosu w wyborach. Ów dziennikarz mógł to powiedzieć wprost, ale że nie chciał, to wymyślił sobie „symetryzm”. Jakby nie poszerzać zakresu znaczeniowego słów, to jednak użycie w tej sprawie „symetryzmu” jest jedynie objawem dziennikarskiego uniku.   

Format nad formaty

Słówko format też zrobiło ostatnimi czasy niezłą karierę. Mamy więc: „Rozmowy w formacie normandzkim”; „Format dwu i trójstronny”. A dziennikarz, żegnając się z gośćmi w studio mówi: „Do zobaczenia w innym formacie”. Chciał powiedzieć, co się potem jawnie okazało, że jego audycja spada z ramówki, i spotka się z widzami w innej audycji.

Według definicji internetowej encyklopedii, format to, w ogólnym znaczeniu, reguły określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Inaczej: wzorzec, szablon.

Krótko ujmując format wziął się z „komputerologii”, ale opanowuje już inne dziedziny. Ku naszemu utrapieniu.

Stały kłopot z nazwiskami

Jest nowy przykład, że spora część dziennikarzy jest bezradna w sprawie nazwisk. Oto w Internecie na stronach sportowych, ktoś pisze: „W następnym meczu chyba zabraknie Daniela Tanżyna”. Wyjaśnijmy, że piłkarz nazywa się Daniel Tanżyna. Zatem winno być: „Zabraknie Daniela Tanżyny”. Gdyby piłkarz nazywał się Tanżyn, to wtedy, istotnie zabrakłoby Tanżyna.

Kij z zaległościami treningowymi

Sprawozdawca sportowy meczu hokeja mówi: „Stelmaszczyk złamał kij, który od dawna wykazuje zaległości treningowe”. Przypomnijmy zatem, że który odnosi się zawsze do ostatniego podmiotu w zdaniu, a złamany kij z pewnością nie miał żadnych zaległości.

Znajomość mitów nadal słaba

Sprawozdawca meczu tenisowego mówi o sportowcu, który po słabym pierwszym secie, zaczyna grać bardzo dobrze: „Proszę, odrodził się jak sfinks z popiołów”. I nie było to przejęzyczenie, bo sprawozdawca powtórzył swą metaforę jeszcze dwa razy. Znaczy był z siebie zadowolony.

Wyjaśnijmy zatem, że sfinks był mitycznym stworzeniem, które miało ciało lwa z ludzką głową. Zdarzają się też sfinksy z głowami baranów, sokołów lub orłów. Najbardziej znane sfinksy zdobią Dolinę Królów w Egipcie.

Feniks natomiast jest mitycznym ptakiem, uznawanym za symbol słońca w egipskiej mitologii oraz odradzającego się życia. Symbolizował potem nieśmiertelność i przemianę. Za pośrednictwem Greków i wczesnochrześcijańskich Ojców Kościoła stał symbolem stworzenia, które w określonych odstępach czasu ginie, ażeby powstać na nowo.

I takie to są moje notki i uwagi, w sprawie kłopotów z językiem, z ostatniego tylko miesiąca. I powtórzę – nikt nie pisze i nie mówi doskonale, ale starajmy się mówić (i pisać) lepiej.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka uwag o wojnie (1). Kto nas rozbroił?

Przez całą moja młodość byłem poddawany niesamowitej presji; tłumaczono mojemu pokoleniu, że rozbrojenie – głównie atomowe – jest najważniejsze, bo gwarantuje trwały pokój na świecie. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż głosiły to ruchu Obrońców Pokoju. Obecnie mamy wojnę u naszych granic i straszak atomowy znowu nad nami wisi. Tamten z mojej młodości był polityczny, ten jest już realnie militarny.

Co do jednego rozbrojenie stało się faktem – NATO jest rozbrojone, a my wraz z nim. Tytułowe pytanie jest zatem jak najbardziej zasadne: Kto nas rozbroił? Na to fundamentalne pytanie należy odpowiedzieć jasno: sami się rozbroiliśmy.

Przy czym akurat Polska nie bardzo jest temu winna. Polska, jako członek NATO, zachowywała się lepiej niż wielu innych partnerów tego paktu. Wydawaliśmy, procentowo, na armię więcej niż kraje zachodniej Europy. Dlaczego zatem NATO, w tym my, jesteśmy teraz rozbrojeni, a nawet armia biednej Ukrainy jest przy nas potęgą?

Po prostu przez ostatnie trzydziestolecie takie były nastroje, taka europejska i światowa polityka, że nikt nie brał serio zagrożenia wojną ze strony Rosji. Inaczej mówiąc – wszyscy chcieli widzieć w Rosji normalny kraj, któremu do szczęścia wystarczy wydobywanie i sprzedaż surowców naturalnych, w tym także energetycznych.

Putin chodził w eleganckim garniturze, nawet mieszkał – przed objęciem prezydentury – w NRD (wtedy na Zachodzie)… Co prawda jako agent KGB, ale jednak na europejskich salonach uważano go za nowoczesnego światowca.

W 1994 roku NATO nawiązało stosunki wojskowe – w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” – praktycznie ze wszystkimi państwami w obszarze euroatlantyckim. W 1997 roku na mocy Aktu Stanowiącego NATO-Rosja utworzono Stałą Wspólną Radę, jako płaszczyznę współpracy. W 2002 roku, gdy członkowie Sojuszu przygotowywali następną dużą turę rozszerzenia, powołano Radę NATO-Rosja. Te militarne posunięcia bardzo współgrały z działaniami politycznymi, ukierunkowanymi na przyznanie Rosji znaczącego miejsca w świecie polityki światowej: Rosja została przyjęta do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz do G7 i Światowej Organizacji Handlu.

Jednocześnie – z przyjęciem Polski do NATO, co miało miejsce 12 marca 1999 roku – ustalono, że armie nowych członków NATO nie będą za duże. I dla jasności – nikt sprawy wielkości polskich sił zbrojny, na serio z nami nie konsultował. Po prostu arbitralnie poinformowano nas, że polska armia ma liczyć 100 tys. ludzi. I odpowiednio do tego stanu etatów, nie za dużo sprzętu i wyposażenia.

Tutaj historia zrobiła złośliwą pętlę. Podejrzewam, że ktoś z Rosjan znał dobrze historię Polski i zadrwił z nas. Otóż, niedługo przez II i III rozbiorem Sejm postanowił podnieść liczebność armii do 30 000 ludzi, z czego 22.000 w Koronie i 8.000 na Litwie. Jednak były to tylko pobożne życzenia, gdyż w roku 1776 r. w wojsku koronnym było zaledwie około 10.000 żołnierzy, zaś w litewskim 4.400. Przez kolejne 12 lat stan wojska osiągnął raptem 18.500 ludzi. Jednym z głównych problemów, jakie miał Sejm w 1788 roku, było powiększenie armii. 20  października tego roku Sejm uchwalił wystawienie prawie stutysięcznej armii – 61 025 żołnierzy piechoty, 32 512 jazdy, 4987 artylerii i inżynierii. Razem armia koronna i litewska miały liczyć 98 596 ludzi. Wobec braku odpowiednich funduszy 22 stycznia 1790 roku wprowadzono etat tymczasowy. Przewidywał on 65 074 żołnierzy, w tym 27 342 jazdy, 34 096 piechoty, 3564 artylerii i inżynierii.

Dopiero po roku został ustalony szczegółowy etat wojska. Starano się uzupełnić go zaciągiem ochotniczym, co rzeczywiście pozytywnie skutkowało w przypadku kawalerii narodowej, niestety zawodziło przy regimentach pieszych. W grudniu 1789 roku zdecydowano się na pobór rekrutów systemem „wypraw dymowych”. Wymierzono go na bardzo niskim poziomie – z dóbr królewskich i duchownych 1 rekrut na 50 dymów a z prywatnych 1 rekrut na 100 dymów. Rekrutów w wieku od 18 do 35 lat brano na 6 do 8 lat. W ten sposób można było zwerbować zaledwie 8.000 żołnierzy.

Jednak wobec braku funduszy i niepowodzenia zabiegów o pożyczkę zagraniczną Sejm odroczył realizację etatu stutysięcznego i 22 stycznia 1790 roku postanowił wprowadzić etat tymczasowy. Etat ten zmniejszył wszystkie regimenty piechoty do dwóch batalionów, pominął trzy zaplanowane regimenty koronne, oraz bataliony strzelców, zredukował też korpusy artylerii. Stany w oddziałach wojska radykalnie zmniejszono. Armia miała liczyć 44.855 ludzi, z tego 20.497 jazdy, 21.862 piechoty, 2,451 artylerii i inżynierii.

Armia litewska miała składać się ze sztabu, 9 regimentów piechoty: 20.219 ludzi z tego: 6.845 jazdy, 12.234 piechoty, 1.113 artylerii i inżynierii.

W 1791 w wojsku koronnym służyło około 42.000 żołnierzy, w tym piechoty około 22.500, zaś w wojsku litewskim niespełna 15.000 ludzi. Dopiero w czasie wojny podniesiono stany do 50.000 wojska koronnego i 18.500 wojsk litewskich.

O sprawie tak pisał Marian Kukiel – wybitny historyk wojskowości: „Grzechem pierwszym było skąpienie ludzi do wojska. Drugim – etat był zbudowany wadliwie, z ogromną ilością jazdy, szczególniej zaś najkosztowniejszej, a najmniej sprawnej i zwartej. Przez to brakło środków na piechotę, dużo tańszą, a stanowiącą już wszędzie główną masę wojska”.

Pod koniec XVIII wieku ludność Korony i Litwy wynosiła około 9 mln ludzi. Tak więc, przy cztery razy większym państwie (ludnościowo) postanowiono za nas (my postanowiliśmy) mieć armię 100 – tysięczną, jak pod koniec XVIII wieku. Ponury żart historii. Dla usprawiedliwienia kolejnych naszych rządów – po roku 1991 – armie Niemiec, Francji i Włoch są dziś równie niewielkie jak armia Polski.

 Obecna liczebność niektórych armii – siły lądowe

Europejscy członkowie NATO widzieli taką Rosję, bo bardzo takiej Rosji chcieli. I było im to na rękę, bo z Rosją Putina robili świetne interesy. Tak dobre, że nad aneksją Krymu Europa i USA przeszły do porządku dziennego. W 2014 roku, tłumaczyli sobie: No, nieładnie zrobił ten Putin, ale Krym kiedyś należał do Rosji. Coś tam było, jakieś malutkie sankcje były, dla zachowania pozoru… I nikt nie bił na alarm, poza Polską. Na nasze alarmy Władimir Putin i Siergiej Ławrow mówili, że Polacy są genetycznymi rusofobami, że nie rozumiemy nowoczesnego świata, idei współpracy międzynarodowej i podsycamy napięcie.

Nie mamy dostępu do realnych wielkości armii Świata i Europy. Dysponujemy jedynie danymi szacunkowymi, które w dużym uproszczeniu przedstawiamy poniżej.

USA – wojska lądowe USA mają 1,4 mln żołnierzy w służbie czynnej i 860,000 rezerwistów. Wyposażenie obejmuje 8,400 czołgów, 2.600 opancerzonych pojazdów bojowych oraz 1,300 rakiet nośnych. Siły Zbrojne USA mają też broń jądrową, co stanowi o ich właściwej sile. Choć Stany Zjednoczone mają prawie o połowę mniej czołgów (6,612) niż Rosja, to amerykańska armia może  poszczycić się największą na świecie liczbą wozów opancerzonych wynoszącą 45,193 egzemplarze. W odniesieniu do artylerii US Army wypada słabiej: 1, 498 samobieżnej i 1,339 holowanej oraz 1.366 wyrzutni rakiet.

Rosja – w jej armii służy obecnie 900,000 żołnierzy, a w rezerwie pozostaje 2 mln osób. Armia Rosji jest drugą potęgą na świecie – po USA. Rosyjski potencjał objawia się głównie w sprzęcie. 12,420 czołgów, 30,122 opancerzonych wozów bojowych, 6,574 sztuk artylerii samobieżnej oraz 7, 571 holowanej, a także 3,391 wyrzutni rakiet.

Turcja – armia znad Bosforu jest uznawana za drugie, co do wielkości siły zbrojne NATO. Łączna liczba żołnierzy służących w tureckich siłach zbrojnych to prawie 600, 000, z czego 410,500 jest w służbie czynnej. W swoim arsenale militarnym mają ponad 3,700 czołgów, ponad 1,000 samolotów i 13 okrętów podwodnych. Jednak jest pewien delikatny problem z Turcją i jej armią. Za rządów Erdogana Turcja, będąca członkiem NATO, wyraźnie dystansuje się jednak od obecnych kierunków polityki sojuszu i prowadzi własną politykę, polegająca na balansowaniu pomiędzy USA oraz Rosją. Tym samym nie jest to najbardziej zaufany współsojusznik.

Ukraina – może liczyć na 196,000 czynnych żołnierzy i 900,000 rezerwistów. Obecnie trwa powszechny pobór do wojska mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat.

Wielka Brytania –  194,000 czynnych żołnierzy i 37, 000 rezerwy. Wielka Brytania  jest państwem posiadającym broń jądrową.

Niemcy – armia Niemiec to 184, 000 ludzi. Siły niemieckie to 266 czołgów, 9,217 transporterów, 121 dział samobieżnych i 38 wyrzutni. Bundeswehra nie posiada artylerii holowanej.

Francja – Siły francuskiej piechoty wynoszą 205 tys. żołnierzy w służbie czynnej oraz 35 tys. rezerwistów. Podstawowe uzbrojenie: 931 czołgów, 713 opancerzonych bojowych wozów piechoty i 3,820 transporterów opancerzonych, 794 jednostek artylerii, 800 samolotów, 418 śmigłowców oraz ponad 700 wyrzutni przeciwczołgowych pocisków kierowanych. Francja ma również silą flotę oraz posiada broń jądrową.

Włochy – Włoskie Siły Zbrojne liczą obecnie 165,500 osób czynnego personelu wojskowego w trzech rodzajach sił zbrojnych: 96,700 służy w Wojskach Lądowych; 28,850 w Marynarce Wojennej, a 39,950 w Siłach Powietrznych.

Polska – armia ma obecnie 145,000 żołnierzy. Nowe przepisy przewidują, że polska armia docelowo zostanie zwiększona do ok. 300 tys. żołnierzy – 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. W tej chwili podstawowym rodzajem sprzętu w polskiej armii jest sprzęt pochodzący z byłego ZSRR – dotyczy to ponad 70 proc. czołgów, ok. 70 proc. wozów bojowych piechoty i ponad 80 proc. artylerii, 90 proc. broni przeciwlotniczej i 70 proc. śmigłowców. Średni czas użytkowania sprzętu w polskiej armii ma wynosić ok. 35 lat. Niepokój może budzić i to, że średnia wieku rezerwisty wynosi dziś 45 lat. Uzbrojenie polskiej armii to: Czołgi – 781 (w tym: Leopardy – 249; PT – 91 Twardy – 232; T 72 – 300). Bojowe wozy piechoty  – 1.539 (w tym: BWP–1 – 1,104; KTO Rosomak – 435). Wozy rozpoznawcze – 664 (w tym: BWR – 38; Humvee – 156; Skorpion – 90; BRDM – 237; Żmija/LPU Wirus IV 143). Samobieżne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych – 45

W porównaniu z mocarstwami – USA, Rosja i Chiny – daje się zauważyć duża dysproporcja między nimi a siłami Europy. Na przykład – Francuzi mają do dyspozycji 406 czołgów, 6.558 transporterów, 109 dział samobieżnych oraz 105 zestawów artylerii holowanej i 13 wyrzutni rakiet. Brytyjczycy mogą się pochwalić 227 czołgami, 5.015 wozami opancerzonymi, artylerią samobieżną w liczbie 89 jednostek i 126 holowanej oraz 44 wyrzutniami.

O obecnej sytuacji można powiedzieć tylko to, co w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę stwierdził sfrustrowany dowódca niemieckich wojsk lądowych generał Alfons Mais. „W 41. roku służby w czasach pokoju nie wierzyłem, że jeszcze przeżyję wojnę. A Bundeswehra, wojska lądowe, którymi wolno mi dowodzić, jest mniej więcej goła. Opcje, które możemy zaproponować politykom dla wsparcia Sojuszu, są skrajnie ograniczone”. I przyznał: „Wszyscy widzieliśmy, że to się zbliża i nie byliśmy w stanie przebić się z naszymi argumentami, aby wyciągnąć i wdrożyć wnioski z aneksji Krymu”. Zaapelował o odbudowę niemieckiej armii, przestrzegając, że „w przeciwnym razie nie będziemy zdolni do wypełniania naszej misji konstytucyjnej albo zobowiązań wobec sojuszników”.

 

WALTER ALTERMANN: Putin, Orestes oraz inne niepoprawności językowe

Czy Putin jest rzeźnikiem? Od czasu, gdy prezydent Biden nazwał prezydenta Rosji rzeźnikiem, wszyscy przyjęli to określenie jako celne. Potępienia Putina jest ze wszech miar słuszne, jednak samo „rzeźnik” budzi wątpliwości. Rzeźnik to przecież starożytny zawód, i z jego usług korzystamy wszyscy, poza nielicznymi wegetarianami i podobnymi im ludźmi, którzy uważają, że tofu, kiełki i dojrzałe warzywa zastąpią nam mięso. Tu uwaga – w naszej szerokości geograficznej słońce operuje zbyt słabo i płody ziemi nie wystarczą do zdrowej diety. Ale to kłopot wegetarian i ich kolegów.

Putin zatem, z całą pewnością rzeźnikiem nie jest. Może natomiast być oprawcą, zbrodniarzem, katem i zwyrodnialcem.

I jeszcze jedno – przy okazji. Spotykane w Polsce nazwisko „Małolepszy” – w średniowieczu oznaczało kata. Ludzie bali się choćby wymawiać słowo „kat”, więc znaleźli sposób, by obejść to straszne słowo. Nazywa się to sposobem omawianiowym.

Podobnie Żydzi w sposób dookolny nazywają Boga, nie wymawiając jego imienia ze strachu i czci. Jahwe znaczy „ten który jest”. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, ale imię nie padło.

Podobnie jest z niedźwiedziem. W średniowieczu był najwspanialszym i najpotężniejszym zwierzęciem Europy, jednocześnie budził podziw i strach. Nie wypowiadano jego imienia, żeby się nagle nie zjawił. Od starożytności był władcą nie tylko lasów i puszcz, ale i ludzkich umysłów. Na przełomie XI i XII wieku niedźwiedź traci jednak  na znaczeniu i stopniowo oddaje pola lwu, który to zyskuje miano króla zwierząt i staje się symbolem władzy królewskiej.

Imienia niedźwiedzia zatem nie wymawiano, żeby nie ściągnąć go w pobliże osad. Dlatego mamy „niedźwiedź”, które wcześniej  brzmiało „miedźwiedź”, a u Rosjan mamy „miedwiedia”. Mamy też misia, mrówczarza i kudłatego. U Słowian miedwied’ oznaczało jedzącego miód, miodojada. W Polsce i Rosji mamy też nazwiska pochodzące od niedźwiedzia – np. Niedźwiedzki i Miedwiediew.

Swoją drogą Miedwiediew też kanalia, choć ma nazwisko ładne.

Orestes – nie tylko brzmi, ale i znaczy

Kilka razy zdarzyło mi się w życiu na kilka chwil oniemieć i zastygnąć jak żona Lota, w ten biblijny słup soli. Jeden z takich przypadków dopadł mnie w salonie meblowym w połowie lat 90-tych. Przechadzając się między szafami, stołami i kredensami, natknąłem się na kanapę i dwa fotele. Niby normalne, ale zaskoczył mnie kartonik z napisem, który informował, że ten banalny zestaw to: „Wypoczynek Orestes”.

„Wypoczynek” to skrót od „zestawu wypoczynkowego”, który składa się z kanapy i dwóch foteli. Niekiedy zamiast foteli jest mała, dwuosobowa kanapa. I ten „wypoczynek” jest do przyjęcia, choć skrótowce mnie denerwują. Natomiast „Orestes” w nazwie był szokiem.

Kimże bowiem był Orestes? To jedna z najtragiczniejszych postaci antyku. Był synem Agamemnona – wodza spod Troi – i Klitajmestry. Ponieważ w mitologii greckiej nic nie dzieje się na skutek cech charakteru bohaterów a wszystkim kierują bogowie, zatem bezwzględni bogowie – najczęściej starożytni pisarze wskazują tu na Apolla – wyznaczyli Orestesowi okrutny los. Musiał pomścić ojca, zabijając matkę oraz jej kochanka, za to że Klitajmestra zabiła swego męża Agamemnona. Orestes był bohaterem wielu antycznych dzieł literackich, przede wszystkim tragedii. Jakby na domiar tragicznego losu Orestes był bratem Ifigenii i Elektry, którym bogowie zgotowali równie okrutne życie. Morderstwo matki ściągnęło na Orestesa Erynie, które doprowadziły go do obłędu.

Wymyślić Orestesa, jako patrona „wypoczynku”, to tak jakby ktoś nazwał swą firmę okulistyczną EDYP lub CYKLOP, albo gaśnicę pianową HEROSTRATES.

Sprawa ma głębszy sens, bo po co ktoś używa słów, pojęć, które są mu nieznane, dalekie i obce? A jeżeli już naszła go taka językowa chcica, jeżeli tak perfidnie pokierowali jego losem bogowie, że odjęli mu rozum… to dlaczego nie sięga do encyklopedii? I naprawdę taka sytuacja nie dotyczy jakiegoś błahego przypadku z kanapą. Nasi politycy – wszystkich kierunków – co i rusz używają słów o wątpliwym sensie.

No, ale jak ktoś chce być lepszy, to w końcu zawsze dopadną go Erynie… I ja takich delikwentów nie żałuję, bo jakaś kara za zbrodnie językowe być musi.

Widzowie, oglądający spektakularne widowiska

Ostatnio coraz częściej możemy usłyszeć od sprawozdawców sportowych, że jakieś zagranie na boisku, jakaś akcja były spektakularne. „Spektakularny” uśmiercił już: wyjątkowy, widowiskowy, zachwycający, niebywały, rzadko spotykany… A przecież „spektakularny” pochodzi od od „spektatora” czyli widza, obserwatora. I dlatego nie można mówić, że widowisko było spektakularne, bo to tak jakby mówić, że masło było maślane.

Co prawda Encyklopedia PWN notuje, że spektakularny to: „sprawiający duże wrażenie lub zwracający na siebie uwagę”. Ale tu mam jedno wyjaśnienie. Encyklopedie są poniekąd jak notariusz, który zapisuje wolę klientów. A tymi klientami jesteśmy my wszyscy, więc dbajmy o nasz wspólny majątek, jakim jest język.

Faul w obrębie

„Faulu nie było. Wszystko w obrębie przepisów walki o piłkę” – mówi w telewizji sprawozdawca meczu piłki nożnej.

Niby zrozumiale, ale nie do końca. Obręb jest pojęciem z dziedziny geodezji, wyznaczania granic działki, określenia obszaru jakiegoś terenu. Mamy – na przykład – obręb działki budowlanej. W piłce nożnej mamy też obręb pola karnego, ale nie mamy obrębu przepisów. Niestety jest to częste, że przenosimy zakresy słów na inne tereny, na inne zakresy i dziedziny życia. Mówimy więc o obrębie prawa, przestrzeni informacyjnej, przestrzeni porozumienia politycznego, przestrzeni edukacyjnej a nawet mentalnej. Niby strata jest niewielka, ale lepiej byłoby, gdyby sprawozdawca powiedział prosto i zrozumiale: „Faulu nie było. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami”.

Jednak podejrzewam, że do uzyskania awansu ze stanowiska „sprawozdawca” na stanowisko „komentator” wymagane jest mówienie o obrębie przepisów. Być może sprawa awansu nie jest ujęta w kodeksie pracy, ale cicha, niepisana umowa może o tym mówić.

Osławiona brygada

Dziennikarz mówiący o ukraińskiej 128 Zakarpackiej Samodzielnej Brygadzie Górsko-Szturmowej, chcąc jej oddać, że jest świetna i ma duże sukcesy w walce z Rosjanami, powiedział, że jest to „osławiona brygada”.

Fatalny pomysł, pana redaktora. Osławiony w naszym języku znaczy, że ktoś, lub coś ma złą sławę, że jest okryty hańbą. Zamiar był szczytny, ale wyszło tragicznie. Brzmi to podobnie do „sławny”, ale znaczy coś zupełnie przeciwnego.

Kiedyś dobierano dziennikarzy z rozsądkiem i wnikliwie się kandydatowi do zawodu przypatrywano. Teraz dziennikarzy potrzeba kilkadziesiąt razy więcej niż przed II wojną światową i w czasach PRL. No i zapanowała moda na ludzi młodych, dynamicznych i szybkich. A niestety cechą młodości z pewnością nie jest rozwaga i młodzi mówią wszystko, zanim pomyśli głowa. Przepraszam za trawestację Słowackiego, ale tak mi jakoś, „na szybko” samo weszło z klawiatury.

Raptem

„I to jest raptem 15-te zwycięstwo Igi” – powiedział znany sprawozdawca meczu tenisowego Igi Świątek. Zaskoczyło mnie to, bo sprawozdawca tenisa jest sprawozdawcą już w drugim pokoleniu. Myślałem, że po ojcu odziedziczył nie tylko talent, ale też znajomość rodzimego języka. Myliłem się. Zapewne sprawozdawca chciał powiedzieć, że Iga osiągnęła już 15-te z kolei zwycięstwo. Ale powiedział „raptem”.

Wyjaśnijmy więc, że „raptem” oznacza „jedynie, zaledwie, ledwo co”. I z pewnością jest to określenie negatywne, złośliwe.

Możemy powiedzieć, o człowieku niewysokim: „Kawał faceta, raptem metr sześćdziesiąt w kapeluszu”. Możemy też stwierdzić, jak w starej żydowskiej anegdocie, Swat przedstawia młodemu człowiekowi kandydatkę na żonę. Jednak kandydat na męża ma zastrzeżenia, że proponowana kandydatka spała z połową miasta. Swat odpowiada: „Wielkie mi miasto, raptem 10 tysięcy ludzi”.

 

WALTER ALTERMANN: W jakieś części sojusznicy, czyli jak być poniekąd w ciąży

Wojna Rosji z Ukrainą, a właściwie napaść Rosji na Ukrainę, ma i taki odczyn, że jak papierek lakmusowy ujawniła kto jest naszym twardym współsojusznikiem w NATO – na kogo można liczyć absolutnie, na kogo nie bardzo a na kogo broń Boże. Bo nagle okazało się, że ten militarny sojusz jest bardziej mocny w gębie niż na polu walki. Sam, jako „człowiek pamiętający po ojcu i dziadkach” podejrzewałem, że może być niewesoło, ale, że będzie aż tak smutno – to nie bardzo. Pamiętam rodzinnie, jak bardzo Polacy liczyli na dwa światowe mocarstwa we wrześniu 1939 roku. Pamiętam, też z przekazu,  jak przez cały wrzesień – przynajmniej do 17 września 1939 roku – oczekiwaliśmy ataku Francuzów i Brytyjczyków na Niemców.

Później okazało się, że z dwu tych mocarstw jedynie Brytyjczycy chcieli walczyć. Natomiast Francuzi skompromitowali się najpierw na polu walki, na którym gracko przegrali. Potem przegrali politycznie, gdy zgodzili się na łagodną okupację części ich ojczyzny i czystą kolaborację drugiej części.

Opowiadał mi ojciec, że polscy żołnierze w Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere w Fallingbostel (w skrócie: w Stalagu) czyli w obozie jenieckim, najczęściej przeklinali Francuzów. Oczywiście Francja na nas nie napadła, ale co do Niemców i Rosjan wszyscy mieli od pokoleń wyrobione zdanie.

Niestety historia lubi się powtarzać, przy czym po raz drugi najczęściej jest tragikomedią. A nam akurat w ogóle nie jest do śmiechu.

Przez kilka dziesięcioleci NATO było najpotężniejszym sojuszem związkowym na świecie. Teraz jednak – pod naporem ukraińskich wydarzeń – okazało się bardziej klubem dyskusyjnym niż organizacją militarną. Przy czym, wyjaśnijmy to od razu – nie jest to klub londyńskich dżentelmenów a raczej klub handlarzy, dla których najważniejszy jest zysk, choćby miał pochodzić z handlu bronią. I nie jest to złośliwy epitet, bo przecież już po zajęciu przez Rosję Krymu, mimo wprowadzonego embarga na dostarczanie agresorowi broni i jej komponentów, kilkanaście krajów Europy, w tym część członków NATO, współpracowało na tym polu z Rosją.

Teraz modny i powszechny stał się slogan, że „nie wolno karmić Rosji importując od niej węgiel, ropę naftową i gaz”. I jakoś niewielu wspomina, że Francja od 2014 roku dostarczyła Rosji elementy uzbrojenia za 152 mln Euro, a Niemcy za 12 mln Euro. Czym są te komponenty? Są urządzeniami, podzespołami, bez których rosyjskie samoloty, rakiety nie mogłyby latać, czołgi strzelać a łączność rosyjskiej armii nie istniałaby. Oprócz Francji i Niemiec na tej liście hańby są jeszcze: Włochy, Austria, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Finlandia, Hiszpania i Chorwacja.

Zwróćmy uwagę, że wartość wyeksportowanego przez te państwa uzbrojenia lub jego elementów nie jest zawrotna. Ale być może był to element większych transakcji? Może te państwa chciały zyskać sympatię Putina? Może tenże sprzedawał im gaz i ropę ciut taniej?

I tak się zastanawiam – czy rządy tych państw, zgadzając się na ten newralgiczny eksport, nie zdawały sobie sprawy, że dostarczane „komponenty uzbrojenia” pomogą Rosji łatwiej zabijać również obywateli państw lekceważących embargo? Czy te rządy nie zastanawiały się, że hasło „gospodarka przede wszystkim, głupcze” nie może dotyczyć biznesów z potencjalnym, a od 2014 roku faktycznym, agresorem? I jeszcze jedno, a może te rządy są jedynie i po prostu przedstawicielstwami handlowymi swoich producentów broni?

Przyjrzyjmy się teraz niektórym z państw, w tym członków NATO, których postępowanie budzi przerażenie.

Ach, ta niefrasobliwa, słodka Francja

Prawda jest okrutna. Francja od czasów Napoleona Bonaparte nie wygrała żadnej wojny. A i to, choć Napoleon wygrywał z Prusami, Austrią i Hiszpanią, i jego wojny skończyły się przecież sromotną klęską.

Potem Francja przez cały pozostały XIX wiek na terenie Europy przegrywała co było do przegrania, na przykład z Prusami. W koloniach natomiast i w wojnie opiumowej z Chinami błyszczała. Ale też łatwo się walczy z państwami będącymi co najmniej wiek „do tyłu” w technice wojennej. I wojna światowa skończyłaby się również klęską Francji, gdy zza oceanu nie przybyły posiłki USA. Wojnę 1940 roku Francja przegrała bezprzykładnie. Potem, po wojnie wielu tłumaczyło, że Francuzi byli tak porażeni stratami z I wojny, że utracili bojowego ducha. Potem w sierpniu 1944 roku oddziały Francji Walczącej defilowały na Polach Elizejskich, ale przecież nie oni wyzwolili Paryż i całą Francję. A co do tej parady zwycięstwa… Amerykanie potrzebowali w powojennej Europie sojusznika i padło na Francję. Później jeszcze Francja przegrała Indochiny i Północną Afrykę. O ile w wojnach nie bardzo Francuzom idzie, to ich produkcja i handel bronią ma się dość dobrze.

Pamiętamy przecież, po rozpoczęciu pierwszej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014 roku, skandal z wyprodukowaniem dla Moskwy dwóch nowoczesnych okrętów desantowych klasy Mistral. Jeden miał się nazywać Władywostok, drugi Sewastopol. Oba były najnowszym osiągnięciem francuskiej techniki. Miały popłynąć do Rosji, ale po gromach z Waszyngtonu, w końcu Francja sprzedała te okręty Egiptowi w 2015.

Ostatnio usłyszałem w jakimś programie telewizyjnym przykrą anegdotkę z II wojny światowej. Gdzieś tak we wrześniu 1939 roku pewien kapitan francuskiego lotnictwa bombowego zwrócił się z pomysłem do swego przełożonego, żeby zbombardować zakłady zbrojeniowe w Zagłębiu Ruhry. W odpowiedzi usłyszał; „Czy pan oszalał, przecież te zakłady są czyjąś prywatną własnością!”

Francja ma od czterech wieków doskonałą renomę. Język francuski był językiem światowych elit, artyści zadziwiali, technicy udoskonalali świat, południowe kanały wodne, wieża Effela, moda, piosenka…

Ale gdzieś tak w tak zwanym „międzyczasie” z odważnych wojowników Francuzi stali się cwanymi mieszczanami.

Najbardziej zadziwiające jest to, że prezydent Macron bez przerwy wydzwania do Putina. Co ich łączy? W co wierzy Macron? W swój urok osobisty, maniery i ogładę? A może chce coś u Putina utargować dla Francji? Nie należałoby tego wykluczać.

Dzisiaj ich bataliony maszerują w ich hymnie państwowym. Zresztą jest to piękna, ale dzisiaj pusta już pieśń.

Ci poważni i solidni Niemcy

O ile chodzi o wątpliwych sojuszników to najmniej pretensji można mieć do Niemców. Ich historia XX wieku spowodowała, że postanowili stronić od posiadania większej armii. I Niemcy uwierzyli, że handel, że globalizacja, że wzajemne uzależnienia powstrzymają każdego normalnego polityka od wejścia na ścieżkę wojny. Tyle, że Putin nie jest normalnym politykiem. Co prawda chodzi ubrany w drogi garnitur, zna języki obce, ale w duszy jest to okropny Wielkorus, dla którego powiększanie terytorium i wzrost liczby ludności są boskimi nakazami. Dla niego Rosja to religia. Był już podobny mu człowiek, który wierzył w germańską rasę i niemiecki naród. Co prawda był Austriakiem, ale podawał się za Niemca, co już powinno zastanawiać. Niemcy prawdopodobnie uwierzyli, lub bardzo chcieli uwierzyć, że Putina z Hitlerem nic nie łączy.

Były też momenty śmieszne i straszne zarazem. Dwa tygodnie przed agresją Rosji prezydent Niemiec Frank Steinmeier powiedział, że Nord Stream II miał być pewnego rodzaju zadośćuczynieniem Rosji przez Niemcy za to co ten kraj wycierpiał w II wojnie światowej. Przerażające, że prezydent nie uwzględnił, że równie dużo ucierpieli Ukraińcy.

Oczywiście dla niektórych „zdrowych sił” w Polsce zawsze najgorsi będą Niemcy. Wczoraj usłyszałem w programie telewizyjnym, jak prawicowy dziennikarz (sam się tak określał) stwierdził, że „Rosja ma w Niemczech pełno agentów. Na przykład była kanclerz Merkel, będąc w szkole średniej wygrała konkurs języka rosyjskiego. A takich właśnie ludzi Rosja werbowała.”

To się nazywa – jakby kto nie wiedział – pełny odlot. Tę anegdotkę dedykuję mojemu znajomemu, który ma do dziś problem, bo w podstawówce doszedł do wojewódzkiego finału konkursu wiedzy o Polsce i świecie współczesnym.

Królowie czardasza, czyli Węgry

Chciałbym napisać coś przykrego o Viktorze Orbanie, bo zasłużył… Ale powstrzymam się, bo Węgrów zawsze traktowałem jako europejską egzotykę. I to nie tylko przez język. Węgry bowiem już na przełomie XIX i XX wieku wieku stworzyły swój obraz na wzór i podobieństwo operetki. Zresztą w kategorii „operetka” mają ogromne osiągnięcia. Uśmiechnąłem się, gdy widziałem, jak Orban, po zwycięstwie wyborczym wyliczał wrogów, których jego partia pokonała. A są to: lewica węgierska, lewica międzynarodowa, światowe media, biurokraci z Brukseli, Georg Soros i Wołodymyr Zełenski.

Lista jest tak absurdalna, że naprawdę śmieszna. I dlatego było mi wesoło jakbym właśnie oglądał „Księżniczkę Czardasza”. A to szczytowe węgierskie dzieło. Treść nie jest skomplikowana. Operetka Emmericha Kálmána z 1915 roku ma proste libretto, łatwo trafiające do mas. Gwiazda czardasza Sylvii Varescu, piękna, utalentowana i młoda artystka ma zamiar wyjechać za granicę. Jest w niej do szaleństwa zakochany Edwin, którego ojciec książę Leopold Maria próbuje wyperswadować synowi związek z aktorką. Ten pozostaje jednak głuchy na ojcowskie depesze. Kocha Sylvię, i nie chce nic poradzić na to, że: „…choć na świecie dziewcząt mnóstwo, usta lgną ku jednym ustom”. Sylvia miota się, chce uciec przed jego miłością, którą odwzajemnia, lecz nie ma złudzeń co do jej szczęśliwego zakończenia. Do Edwina przybywa z Wiednia porucznik von Rohnsdorf, z rozkazem stawienia się w korpusie. Edwin podporządkowuje się rozkazowi, choć wie że za jego wydaniem stoi ojciec. Rohnsdorf przypomina przy okazji Edwinowi o zawartych przed pięciu laty zaręczynach z hrabianką Stasi. Ale Edwin, by dowieść Sylvii szczerości swych uczuć, prosi ją o rękę… Dalej jest jeszcze gorzej, ale nie będę streszczał, bowiem jak pisał Witold Gombrowicz: „Operetka jest tak skretyniałą formą, że jest aż doskonała”. Ale tak się zastanawiam, czy Orban to nie ta gwiazda czardasza Varescu, w której zakochał się Putin? A może jest odwrotnie: Putin to rzeczona Varescu a Orban jest jako ten książę?

W sumie zastanawia mnie w Orbanie jedno – jak można być w NATO i jednocześnie tak mocno przyjaźnić się agresorem Putiunem? Zresztą to samo dotyczy niektórych polityków z niemieckich i francuskich „elit”. Nie mam tak skomplikowanej natury, żebym uważał, iż w jakieś części można być sojusznikiem. Tak jak nie można być poniekąd w ciąży.

Dla Viktora Orbana miałbym – serio – jedną starą radę: Niedobrze jest, gdy maluczcy pchają się między kamienie młyńskie.

 

 

WALTER ALTERMAN: Globalny papier toaletowy

 

W marcu 2021 roku prawdziwy szok na świecie spowodowało utknięcie w Kanale Sueskim ogromnego statku Evergreen, który zablokował żeglugę, na tym newralgicznym torze wodnym. Nagle okazało się, że ten wypadek może mieć poważne konsekwencje dla światowego handlu.

Statek, zbudowany w 2018 roku, miał nieprzeciętne rozmiary: długość prawie 400 metrów – to więcej niż długość czterech boisk piłkarskich – i szerokość 59 metrów. Jednorazowo mógł przewozić 20 tysięcy kontenerów.

Alternatywą przeprawy przez Kanał Sueski jest oczywiście opłynięcie całej Afryki. W takim przypadku podróż wydłuża się jednak o mniej więcej 10-14 dni. To bardzo dużo. Z przepłynięciem przez Kanał, rejs z Szanghaju do Europy trwa ok. 35 dni. Sytuację pogarszało i to, że na statku zablokowane było 20.000 kontenerów. Już teraz w transporcie morskim odczuwalny jest brak kontenerów – jak stwierdziła jedna z agencji morskich. – W efekcie koszt przewiezienia kontenera wzrósł z 1500 dolarów przed pandemią wzrósł do 8 – 10 tysięcy dolarów.

Codziennie przez Kanał przepływa ok. 50 dużych statków. Przez tę wykopaną na pustyni cieśninę przechodzi aż 13 proc. całego światowego handlu, w tym 30 proc. światowego obrotu kontenerowego. Martwiono się, że blokada kanału może spowodować efekt domina dla globalnej żeglugi. Kontenerowce i tankowce przestały dostarczać żywność, paliwa i towary przemysłowe do Europy, a europejskie towary nie są eksportowane z Europy na Daleki Wschód.

Okazało się, że m. in. Europa może zostać pozbawiona papieru toaletowego. W biznesie drogeryjnym zapanowała panika. Na szczęście jakiś młody operator zwykłej koparki, przy pomocy jej łyżki przepchnął kolosa na środek nurtu i świat wrócił do normy.

Jednak ten przypadek uzmysłowił nam, że coś jest nie tak w światowej gospodarce. Bo skoro papier z Azji utknął w kanale, to pojawiło się pytanie: dlaczego aż z tak daleka trzeba ten cymes technologiczny sprowadzać? Co prawda papier, także toaletowy, wynaleźli Chińczycy, ale już od kilku wieków ludy Europy potrafią go wytwarzać. Dlaczego zatem sprowadzamy papier toaletowy z Azji? – to jest dobre pytanie, jako wstęp do kolejnych pytań.

Globalny kapitalizm

Około 40 lat temu pojawiły się dwie wielkie idee: Globalnej Gospodarki i Globalnego Kapitału. Marzono o scalaniu światowej gospodarki w jeden organizm, wysunięto tezę, że Europa – w ramach podziału obowiązków – powinna stać się Światowym Centrum Kapitałowym. Tak przyziemne i niskie obowiązki, jak produkcja i transport powinny przypaść Azji, i w mniejszej części północnej Afryce.

Oczywiście chodziło o większy zysk. Utrzymywanie w ruchu europejskich fabryk i opłacanie ciągle głodnych europejskich robotników przestało się kapitałowi podobać. Pojawiły się też głosy „zielonych”, że wszelki przemysł zatruwa środowisko. Była w tym wszystkim jedna wielka niekonsekwencja, bo zatruwanie powietrza, wody i ziemi w Azji jakoś walczącym o czystą Ziemię nie przeszkadzało, choć Ziemia jest okrągła i jedna jedyna.

I powoli, ale skutecznie, ten cudowny ideał Globalnej Gospodarki i Kapitału zaczęto wcielać w życie.

Niezwykle przyczyniły się do tego Chiny, które po dwóch wiekach wegetacji ekonomicznej, wzięły się ostro do pracy. W Europie i USA jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że Chiny mogą się w niedługim czasie dorobić i nie zechcą już wytwarzać jedynie rozmaite badziewia – z grupy wszystko po 5 zł. Niedocenianie siły Chin jest nadal wpisane w neokolonialne myślenie Zachodu. I  dlatego powtarzano z uśmiechem politowania, że Chińczycy są pracowici i ani myślą o prawdziwej gospodarce. Prawdziwej, to znaczy przynoszącej europejskiej duże zyski. I nikt na zachodzie nie brał serio liczb, że Chińczyków jest 1,5 miliarda, że kiedyś maszyna ruszy i stanie się najpoważniejszym zagrożeniem ekonomicznym dla tzw. Wolnego Świata.

Kiedy przyszło przebudzenie zachodniego kapitału, było już za późno. Oto, dzięki Zachodowi wyrosła w Chinach nowoczesna gospodarka, a Chińczycy zaczęli żyć na wysokim poziomie. Ich gospodarka – konkurencyjna dla Zachodu – to jedno zmartwienie. Drugim kłopotem jest to, że Chiny uzbroiły się i zbroją nadal na najwyższym technologicznym poziomie. Tym samym świat zmienił swą dwubiegunowość.

Jednym ze zlekceważonych sygnałów, płynących z chińskiej gospodarki, było to, że już osiem lat temu chiński rząd zaprzestał dofinansowywania produkcji prostych artykułów. Władze Chin przyjęły, że siła robocza bardziej się przyda – i przyniesie większe zyski – przy produkcji bardziej zaawansowanej technologicznie.

Jest jeszcze jeden aspekt obecnej polityki Chin. Chodzi o to, że Chińczycy mają dobrą pamięć i świetnie pamiętają XIX wieczne upokorzenia i bandyckie złodziejstwo, jakich doznały od USA i kilku mocarstw ówczesnej Europy.

Trochę historii Chin

U źródeł XIX wiecznego konfliktu z Chinami jest opium. Anglicy pod koniec XVIII wieku zorientowali się, że wartość importowanych przez nich z Chin przekraczała angielski eksport. Dlatego zaczęli eksportować do Chin opium. Pierwszy transport tego dotarł do Kantonu w 1773 r., a w 1780 r. Kompania Wschodnioindyjska ogłosiła monopol na uprawę, produkcję i handel opium, które niszczyło ludzki organizm. Na początku XIX w. obroty wyniosły ponad 4 tys. skrzyń. W 1800 r. Chiny oficjalnie zakazały obrotu opium, jednak dzięki korumpowaniu chińskich urzędników proceder ten rozkwitał.

W1793 r. do Chin przybył lord George Macartney, który zażądał zniesienia ograniczeń w handlu angielsko-chińskim. Zażądał też przyznania Anglikom prawa swobodnego podróżowania i osiedlania się. Misja lorda zakończyła się niepowodzeniem, który wrócił jedynie z listem Cesarza do angielskiego króla. List kończył się zdaniem: „Drżąc, podporządkujcie się i nie okazujcie lekceważenia”. W 1818 r. rząd angielski wysłał następną misję, która również zakończyła się fiaskiem. W 1834 r. do Kantonu przybył lord William J. Napier i odmówiwszy opuszczenia Chin, wezwał do ujścia rzeki Si-ciang dwa okręty organizując wojenną prowokację.

Chiny podjęły walką z opium, który niszczył w sposób nieprawdopodobny całe ich społeczeństwo. W Kantonie w 1839 r. zniszczono ponad 20 tysięcy skrzyń opium będących własnością angielskich i amerykańskich kupców. W odpowiedzi Anglicy rozpoczęli z Chinami tzw. wojnę opiumową. Angielska eskadra po zablokowaniu Kantonu i Siamenu wysłała część okrętów wzdłuż wybrzeża na północ celem zaatakowania innych portów. Obiecując duże ustępstwa namówiono Anglików, by wrócili do Kantonu w celu rozpoczęcia pertraktacji.

Prowadzone przez Qishana, który był mandarynem Cesarstwa Chińskiego za czasów dynastii Qing i Charlesa Elliota, brytyjskiego oficera marynarki, dyplomaty i administratora kolonialnego – negocjacje trwały cztery miesiące i nie przyniosły żadnych skutków. Aby wymusić akceptację swych żądań Anglicy zaatakowali w styczniu 1841 r. forty na wyspie Czuan-pi broniące dostępu do Kantonu, które zostały zdobyte. Qishan zgodził się na przyjęcie brytyjskich żądań w tzw. konwencji Czuan-pi, którą podpisał bez zgody cesarza 20 stycznia, a według której Wielka Brytania zyskała wyspę Hongkong, odszkodowanie w wysokości 6 mln dolarów, równość w bezpośrednich pertraktacjach między Chinami a Wielką Brytanią oraz pełne wznowienie handlu. Anglicy natychmiast zajęli Hongkong.

Ponieważ porozumienie nie zostało zatwierdzone przez cesarza, Anglicy wycofali się co prawda z Hongkongu, ale wysłali do Chin nowe oddziały wojska. W 1841 r. wojska brytyjskie zajęły Kanton, gdzie dopuściły się zbrodni na ludności cywilnej. Po krwawych walkach Anglicy zajęli Czenciang i skierowali się w kierunku Pekinu. Wojska Qingów skapitulowały.

Klęska Chin spowodowała, że cesarz zgodził się na przyjęcie wszystkich warunków wysuniętych przez Anglików. 29 sierpnia 1842 r. podpisano tzw. traktat nankiński. Był to pierwszy nierównoprawny traktat na mocy którego dla Anglii otwarto pięć portów chińskich i przekazano Hongkong. Chiny zobowiązały się też zapłacić Anglii 21 mln juanów odszkodowania. Po roku Anglia zażądała traktatu uzupełniającego dotyczącego handlu w pięciu portach. Porozumienie podpisane w 1843 r. przyznawało Brytyjczykom prawo eksterytorialności oraz tworzenia własnych osiedli i zarządzania nimi. Wkrótce nierównoprawne traktaty podpisały również Francja i USA .

W następstwie wojny opiumowej gwałtownie pogorszyła się sytuacja materialna chińskiej ludności. Nasiliła się też walka powstańcza. W latach 1841–1849 doszło do wybuchu 110 powstań i buntów. Wojna wewnętrzna w Chinach stawała się idealną sytuacją do zaatakowania kraju przez obce mocarstwa.

Konsul angielski Harry Parkes pod pretekstem zbezczeszczenia brytyjskiej flagi ostrzelał Kanton, co spowodowało podpalenie przez chińczyków cudzoziemskich faktorii. Konsekwencją tych wydarzeń była II wojna opiumowa, w związku z którą wysłano do Chin brytyjską ekspedycję wojskową. Do wojny przyłączyli się Francuzi. 31 grudnia i uwięzieniu generalnego gubernatora w czerwcu 1858 r. Francja i Anglia narzuciły Chinom traktat tianjiński legalizujący handel opium. Prawie jednocześnie został zawarty układ amerykańsko-chiński na mocy którego otwarto siedem portów dla handlu amerykańskiego i rozszerzono prawo konsularnej jurysdykcji. W 1858 r. ustanowiono granice na Amurze między Rosją a Chinami oraz podpisano układ rosyjsko-chiński, dzięki któremu Rosja zyskała w portach otwartych prawo handlu oraz prawo konsularnej jurysdykcji.

Ponieważ jednak Anglia i Francja nie były zadowolone wznowiły działania wojenne. W 1859 r. do Pekinu wyruszyła eskadra składająca się z 19 okrętów wojennych. W czerwcu 1860 r. wojska tych państw rozpoczęły wojnę w Chinach Północnych i 25 sierpnia zajęły Tiencin przedtem rozbijając kawalerię mandżurską. Droga do Pekinu stała otworem.

Cesarz zbiegł do Rehe. Najeźdźcy złupili i spalili Pałac Letni, a wystraszony dwór zmusili do podpisania dokumentów ratyfikacyjnych będących potwierdzeniem traktatów tiencińskich. Ponadto Tiencin stał się portem otwartym, uzyskano prawo wywozu chińskich robotników do prac na plantacjach i w kopalniach. Chiny musiały również zapłacić 16,7 mln liangów kontrybucji. Cudzoziemcom przyznano prawo zakupu ziemi oraz prawo eksterytorialności. Przywilej ten został później rozciągnięty na chińczyków, którzy przeszli na chrześcijaństwo, co spowodowało masowe nawracanie się prostytutek i złodziei . Barbarzyństwo Anglików i Francuzów wywołało na świecie oburzenie, które potępili m.in. Lew Tołstoj, Iwan Gonczarow oraz Wiktor Hugo.

Inne powstanie, które również przeszło do historii było znane pod nazwą powstania „bokserów”, a jego hasłem przewodnim było przepędzenie „zamorskich diabłów”. Bokserzy uważali, że wszystkie spadające na Chiny nieszczęścia spowodowane były modernizacją i dlatego niszczyli tory kolejowe i linie telegraficzne, a o częstsze niż zazwyczaj powodzie oskarżali Europejczyków. Powstańcy w maju 1900 r. ruszyli na Pekin, który zdobyli, a następnie po interwencjach zachodnich dyplomatów jednego z nich niemieckiego posła barona Clemensa von Kettelera zabili, co dało pretekst Niemcom do interwencji zbrojnej.

Ruch bokserów miał za zadanie walkę z cudzoziemcami upokarzającymi Chiny, ale był bardzo słaby. Siły morskie państw zachodnich zdobyły forty Taku, po czym skierowały się do Pekinu w celu odbicia oblężonych zachodnich poselstw. Oblężenie trwało 55 dni, ale pierwsza zachodnia wyprawa zakończyła się klęską. Natomiast druga ekspedycja, składające się z żołnierzy angielskich, niemieckich, rosyjskich, amerykańskich i japońskich przyniosła rezultaty. Stolica Chin została zdobyta, a poselstwa uwolnione.

Zwycięscy z pokonanymi rozprawili się okrutnie. Pomiędzy zwycięzcami dochodziło do rozdźwięków dotyczących łupów oraz przyszłości Chin, a najbardziej rozczarowani byli Niemcy, którzy spodziewali się znaleźć w Pałacu Cesarskim olbrzymie skarby.

Rząd chiński skapitulował przed mocarstwami i Li Hung-czang 7 września 1901 r. podpisał z pełnomocnikami rządów 11 państw czyli Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Rosji, Japonii, Włoch, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii składający się z dwunastu punktów tzw. „Protokół końcowy” w historiografii europejskiej znany jako The Boxer Protocol, w którym na Chiny zostały nałożone ciężkie sankcje. A oto główne artykuły tego protokołu: 1) zawieszenie egzaminów urzędniczych na okres pięciu lat w tych miastach, gdzie napastowano cudzoziemców; 2) zakaz importu broni i amunicji na okres dwóch lat; 3) kontrybucję w wysokości 450 mln liang srebra (ponad 100 mln funtów szterlingów) oprocentowaną (4% w ratach rocznych spłacone do 1940 r.); w sumie około 147 mln funtów szterlingów. Odszkodowanie było zabezpieczone dochodami z ceł morskich podatku rolnego i podatków krajowych; 4) zastrzeżenie dla cudzoziemców dzielnicy poselstw i zapewnienie jej obrony oraz prawo stacjonowania wojsk w samym Pekinie. Oddział cudzoziemski w stolicy miał liczyć 2101 żołnierzy z 30 działami i 30 karabinami maszynowymi. Protokół zawierał również ukaranie śmiercią dygnitarzy popierających bokserów (najwyżsi dygnitarze mandżurscy zostali straceni lub zmuszeni do samobójstwa), zbudowanie pomników pamiątkowych pomordowanym dygnitarzom oraz zabezpieczenie interesów cudzoziemskich misjonarzy. Najwięcej skorzystała Rosja, która zwiększając swój kontyngent wojskowy w Chinach dokonywała masakry chińczyków. Poczynania Rosji w Mandżurii i w Korei stały się zalążkiem konfliktu z Japonią. Wszystkie próby pokojowego rozwiązania konfliktu kończyły się niepowodzeniem w wyniku, którego doszło do pierwszej wojny pomiędzy mocarstwami toczonej o wpływy w Chinach. Wojna toczona w latach 1904–1905 zakończyła się zwycięstwem Japonii.

Trzeba tu wyjaśnić, że coroczna wysokość kontrybucji, płaconej przez Chiny Wielkiej Brytanii, Niemcom, Francji, Rosji, Japonii, Włochom, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii wynosiła wartość ok. 40 procent rocznego dochodu Chin.

Ta więc XIX i część XX wieku upłynęły Chinom na spożywaniu opium i płaceniu niewyobrażalnie wysokich kontrybucji na rzecz „cywilizowanych” krajów Zachodu i Rosji.

Co dalej?

Wracając do początkowego przykładu kontenerowca, który utknął w Kanale Sueskim z chińskim papierem toaletowym… Zdaje mi się, że Zachód kolejny raz oszukał sam siebie. Najbogatsze państwa świata liczyły, że ktoś będzie za nie pracował, a zyski zgarną one. Bo na tym miała polegać Globalna Gospodarka. Zachód nie brał jednak pod uwagę, że w Świecie Globalnego Kapitału liczyć potrafią wszyscy. Także Chińczycy.

Dzisiaj Chiny stały się potęgą gospodarczą, której nie zatrzymają proste działania Amerykanów, chcących utrudnić budowę Nowych Jedwabnych Szlaków.

Trzeba też pamiętać, że kapitalizm jest taką formacją, która zawsze przedłoży swój doraźny interes nad politykę długofalową, nad politykę z wyobraźnią. A kiedy się zorientuje, jaki był jego prawdziwy interes, jest już za późno.

Dzisiejsza potęga ekonomiczna Chin przejawia się i w tym, że Chiny na niespotykaną dotychczas skalę wykupują na całym świecie surowce naturalne – w Afryce, Azji, Australii i Ameryce Południowej. Przy czym płacą lepiej niż Zachód, a mówiąc wprost – podbijają ceny. Podobna polityka Japonii w latach trzydziestych XX wieku, skończyła się wojną. USA nie chciały bowiem zgodzić się na powstanie u swego boku konkurencyjnego imperium.

Obecnie to nie militarna pozycja Rosji jest wyzwaniem dla Zachodu, a właśnie potęga gospodarcza Chin. Jak to się skończy? Jedno jest pewne, Chińczycy nie są awanturnikami i wolą spokojny handel.

Przy okazji inwazji Rosji na Ukrainę wzrosło polityczne  znaczenie Chin. Zdają sobie z tego sprawę nawet Amerykanie, którzy przez ostatnie 30 lat nie dopuszczali do siebie myśli, że niebawem będą musieli układać się z najludniejszym państwem świata.

Jedno budzi moją nadzieję, że Chińczycy nie są skorzy do prowadzenia wojen. W każdym razie, teraz „siedzą na górze” i ze spokojem Buddy patrzą na europejski teatr wojny i zmagań ekonomicznych.