WALTER ALTERMANN: Nasze wielkie osiągnięcia fundacyjne

Kilka lat temu, pewna znajoma opowiedziała mi taką historyjkę. Otóż jej koleżanka – powiedzmy z jakiegoś stowarzyszenia społecznego – zaprosiła ją do swojej fundacji.

– Ja wiem – powiedziała – tobie się nie przelewa – ale moja fundacja wesprze cię, nie jesteś sama. Musisz tylko do nas przyjechać.

Następnego dnia moja znajoma wsiadła do tramwaju i pojechała na koniec miasta. Znalazła blok i lokal, w którym fundacja się mieściła. Serdecznie się z koleżanką ucałowały a potem moja znajoma otrzymała od fundacji: kilogram cukru i cztery jajka. I wszystko to musiała – oczywiście – pokwitować.  Płacząc wracała tramwajem, na który w obie strony, wydała więcej niż warte były fundacyjne wsparcie.  

Spora część obywatel naszego kraju uważa, że marnie im się dzieje, bo Polska jest „obżerana” przez armię nierobów. Z całą pewnością jest to skutek „polityki niechęci” różnych grup społecznych wobec siebie. W PRL-u władza celowo antagonizowała lub tylko podtrzymywała stare antagonizmy.

Kto nas naprawdę obżera 

Chłopstwo nasze od wieków nie cierpiało miastowych, bo „ino siedzą za biurkiem i przekładają papiry, a w tych fabrykach, to tylko stoją, a maszyna sama się kręci”. Mieszczuchy w odwecie nie lubili chłopa, bo „chłop śpi a jemu samo rośnie, no i cały czas jest na wakacjach”. Robotnicy nie szanowali kształconych i studentów – nawet jeśli ich syn lub córka akurat studiowali.

Wszyscy oni razem nie darzyli uznaniem jednej kategorii obywateli – gryzipiórków, czyli urzędników. Zapewne dlatego, że niewielu rozumiało sens pracy tej kategorii Polaków. I ta niechęć – niestety – pozostała do dzisiaj. Skutki są takie, że urzędnicy państwowi i samorządowi zarabiają tragicznie mało. A skutkiem tego skutku jest to, że do urzędów trafiają ludzie niezbyt dobrze przygotowani do pracy. Powyższe określenie „niezbyt dobrze” to łagodny eufemizm.

Niestety wszystkim nam umyka jedna kategoria „obżeraczy” społecznego grosza. Fakt, że grupa ta sformowała się całkiem niedawno, nie usprawiedliwia braku naszej czujności. A mam tu na myśli najrozmaitszych ludzi, którzy tworzą rozliczne fundacje.

Społecznicy kontrolowani

W latach 1945-1990 każda, najmniejsza nawet forma działalności „oddolnej”, była poddawana kontroli władz. I każda była kierowana przez „delegowanych na odcinek społeczny” ludzi miałkich, strachliwych i bez polotu, których jedynym zadaniem było pilnowanie, żeby te organizacje społecznikowskie broń Boże nie prowadziły działań mogących zagrozić systemowi. A ponieważ wykładnia zagrożeń należała do państwowych służb – tak jawnych, jak tajnych – które z założenia muszą być bardzo ostrożne, więc o jakiejkolwiek wolności w organizacjach społecznych nie mogło być mowy. I nie było lub było w małym zakresie.

Tym samy stowarzyszenia ludzi promujących i uprawiających turystkę, organizacje filatelistyczne, filumenistyczne, miłośnicy i hodowcy gołębi, kanarków, hodowcy rybek akwariowych, rasowych psów i kotów – wszyscy tacy byli podejrzani i inwigilowani przez państwo.

Fundacje – początek

Z początkiem lata dziewięćdziesiątych, po czterech dekadach PRL-u, pojawiły się byty, które miały służyć oddolnemu, społecznemu i samorządowemu odrodzeniu. Zmieniono prawo, które umożliwiało grupom aktywnych obywateli powoływanie do życia wszelkiego rodzaju fundacji, stowarzyszeń, klubów i ruchów. Przyświecała temu nowemu zjawisku wielka idea ożywienia samorządności i samostanowienia się Polaków.

Trzeba powiedzieć, że wielu ludziom – w tym i mnie – niezwykle spodobała się ta nowa forma organizacyjna, mogąca wreszcie obudzić aktywność obywatelską. Mieliśmy wtedy świeżo w pamięci upaństwowione za czasów „realnego socjalizmu” spółdzielnie i stowarzyszenia, które choć z założenia były społeczne, to realnie były ekspozyturą państwa. Wielu liczyło, że przemożna, opresyjna siła państwa przestanie działać wszędzie, w najmniejszym bodaj społecznym ruchu – jak choćby w chórach, orkiestrach dętych, Lidze Ochrony Przyrody, Ochotniczej Straży Pożarnej, lub w organizacjach młodzieży akademickiej.

Pierwsze chore jaskółki

Niestety realna działalność pierwszych fundacji była katastrofą. Pamiętam, że już w 1990 roku pojawiła się inicjatywa fundacji niosącej pomoc dzieciom. Na każdej poczcie możne było kupić ładną pocztówkę i wysłać ja na adres fundacji. Przychody z tej akcji miały trafić oczywiście do biednych dzieci. Reklama była potężna, bo państwowe media nie szczędziły czasu antenowego na jej promowanie.

Działalność fundacji firmowała znana już wszystkim Małgorzata Niezabitowska. Dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, przede wszystkim jednak rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Przyznam się, że i ja wsparłem tak szczytny cel. Niestety po kilku latach okazało się, że z każdej otrzymanej od darczyńców złotówki, do dzieci trafiało jedynie 10 groszy, bo 90 groszy pochłaniały koszty prowadzenia fundacji, reklamy, etc. Wyszło niezbyt dobrze.

Powiem wprost, że nie podejrzewam pani Niezabitowskiej o jakąkolwiek rozrzutność „wewnętrzną” czy defraudację. Myślę, że osoba tak zajęta i przepracowana nie zdawała sobie sprawy z problemów organizacyjnych fundacji, z tego, że będzie musiała płacić ludziom pracujący na rzecz jej dzieła. Oczywiście powinna wiedzieć, ale nie wiedziała. Czasy były niespokojne, państwową łajbą mocno kiwało na wzburzonym morzu polityki… Jest to jakieś wytłumaczenie.

Fundacja rządowa dla teatrów

W drugiej ponurej sprawie jest zanurzona po uszy również „osoba rządowa”. A chodzi o wybitną panią reżyser, która została Ministrem Kultury i Sztuki w latach 1989-1991, w tym samym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Sprawa dotyczy bowiem pani Izabelli Cywińskiej.

Resort kierowany przez panią minister Cywińską otrzymał od wicepremiera Leszka Balcerowicza całkiem spore pieniądze, pochodzące z rozliczenia jakiejś państwowej nadwyżki. Balcerowicz zaproponował trzymanie tych sum na koncie państwowej fundacji, celem wspierania z odsetek państwowych teatrów. I tak się stało. A pieniędzy było sporo, bo ich kwota mogła wystarczyć na roczne, całkowite utrzymanie kilkunastu teatrów.

Po kilku latach pewien dziennikarz zapytał Izabellę Cywińską co się stało z pieniędzmi fundacji.

– Niestety przepadły – odpowiedziała była minister.

– Jak to możliwe, że przepadły rządowe pieniądze? – zdziwił się szczerze dziennikarz.

– Wie pan, sytuacja była taka, że banki dawały bardzo mały procent, więc postanowiłam powierzyć je na korzystniejszy procent mojemu znajomemu, bardzo porządnemu człowiekowi. Bo w końcu komu miałam wierzyć, jak nie znajomemu? On zajmował się hodowlą kurczaków, ale na farmie – niestety – wybuchł pożar, który strawił wszystko. I pieniądze przepadły. Tak to bywa.

Jako podsumowanie przypadku fundacji pań Niezabitowskiej i Cywińskiej mogę powiedzieć tylko jedno: Nie wszyscy ci, którzy obalali komunę nadają się do robienia biznesu, prowadzenia firm czy prowadzenia kraju. Tak to niestety już jest, że nie każdy burzyciel warowni ma kompetencje do stawiania własnych.

Dobra porada fundacyjna

Gdyby ktoś z Państwa chciał polepszyć swoją sytuację materialną, polecałbym mu założyć fundację. Fundacje bowiem mogą zatrudniać kogo chcą i na jakich chcą warunkach, także założycieli. Mogą dostawać z zewnątrz pieniądze i dawać je innym fundacjom. Jest tylko jedna, ale to bardzo ważna zasada: trzeba nazwę i cele fundacji dopasować do ideologii partii aktualnie rządzącej.

Jeżeli będzie to za czasów Platformy et consortes, to polecam takie nazwy: Bliżej Europy, Europa w Nas, My w Europie, Wolność Obywatelska, Patrzymy w przyszłość, Nowoczesność bez zahamowań, Europa bez granic.

Gdyby zaś pomysł z fundacją przypadł na rządy PiS, to nazwy muszą być ciut-ciut inne, na przykład: Przedmurze, Tradycja, Dobre stare wzorce, Duch nad ciałem, Duch naszych ojców, Na straży granic, Okopy, Bastion, Forteca.

Znalazłem tylko jeden wyjątek, który będzie pasował do obu formacji, ta nazwa to: „Nigdy więcej”. Ale bez wypisywania czego nigdy więcej. Po prostu samo „Nigdy więcej”.

 

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.

O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

Czującym się kiepsko dobrze życzy WALTER ALTERMANN: Zdrówka, czyli w szponach mafii

Są mocne dowody, że zdrowie jest poważnym problemem – tak indywidualnym, jak społecznym. Skoro już ojciec naszej literatury, Jan Kochanowski, pisał z troską o zdrowiu:

           

                        Ślachetne zdrowie,

                        Nikt się nie dowie,

                        Jako smakujesz,

                        Aż się zepsujesz.

 

Problem jest odwieczny. A w miarę postępu cywilizacji stał się również społecznym.

 

Od kiedy sięgam pamięcią, Polacy zawsze narzekali na społeczna służbę zdrowia. Po roku 1990 kolejne rządy zapowiadały gruntowne reformy tej służby. Niektóre z rządów zaczynały nawet jakieś ruchy „w tym temacie”, inne kończyły na zapowiedziach – może nawet na szczęście, dla nas pacjentów. Dziś jednak zostawiamy w spokoju państwowe struktury makro i zajmiemy się mało znanymi, ale wielce znaczącymi aspektami naszego zdrowia prywatnego.

Po pierwsze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. I nie jest tak, że na rynku usług zdrowotnych, medycznych żadnych pieniędzy nie ma. Pieniądze są i zawsze się znajdą, bo wszyscy traktujemy naszą kondycję, zdrowie i sprawność fizyczną jako sprawy najważniejsze.

Po drugie, o tym, że jesteśmy gotowi wydawać spore pieniądze na zdrowie wiemy nie tylko my. Źle dla nas, że świetnie zdają sobie z tego sprawę producenci leków, paraleków, suplementów diety, środków poprawiających urodę oraz lekarze od urody. A w sukurs producentom medykamentów i lekarzom przychodzą kolejne dwie nasze, zwykłych ludzi niewiedze pozwalając coraz lepiej żyć koncernom od lekarstw.

 

Niewiedza pierwsza – każdy kiedyś umrze

 

Najbardziej zadziwiające jest to, że do ludzi nie dociera smutny finał, że każdy z nas kiedyś umrze. To znaczy – wszyscy wiedzą jaki będzie koniec, ale żyją tak jakby mieli żyć wiecznie. Ciągle udają młodych, bez zmarszczek, sprawnych, bez bolączek wieku dojrzałego i starczego. I dlatego każdą naturalną śmierć przyjmują jak zaskakujący tragiczny wypadek.

Mój znajomy miał matkę, która dożyła pięknego wieku 95 lat. Niestety z osiągnięciem 90-ciu lat zaczęła tracić pamięć. Znajomy jako dobry syn, opiekował się dobrze matka do końca.

Pewnego dnia 90-letnia matka staruszka mówi do syna:

– A może poszlibyśmy odwiedzić Stasię?

– Mamo, przecież Stasia już od trzech lat nie żyje. Byliśmy przecież na jej pogrzebie.

– Ale ona przecież była ode mnie młodsza o całe dwa lata… – mówi zafrasowana matka.

– No tak, ale umarła.

– Wypadek jakiś był, tak? – pyta matka – Ludzie teraz tacy nieostrożni są, nie przechodzą na zielonym, a ci kierowcy jeszcze gorsi.

 

Niewiedza druga – uroda przemija

 

Ludzie nie przyjmują również do wiadomości, że z wiekiem młodzieńcza uroda znika. Nie znaczy to, że ludzie po 60-tym roku życia robią się brzydcy. Nie, oni się po prostu starzeją. I to starzenie się każdego z nas, jest dla wielu rzeczą straszną, z którą nie chcą się pogodzić. Denerwują się, popadają w zamyślenie, a niekiedy nawet w depresję.

Znałem pewną aktorkę, która po skończeniu 60-ego roku życia postanowiła nigdy więcej nie pokazać się na scenie. Nie wychodziła nawet do sklepów, przestała spotykać się ze znajomymi. Tak się sobie nie podobała. Trzeba tu wyjaśnić, że była piękną kobietą, amantką i jako pani 60-letnia nadal mogła cieszyć oko. Bo jej uroda nie przeminęła, ona się po prostu zmieniła wraz z wiekiem.

 

Dyktatura i terror młodości

 

Takie są skutki kulturowej dyktatury młodości. W telewizjach tylko to piękne, co młode. Owszem, pojawiają się – głównie w reklamach – również ludzie starsi, ale zawsze wtedy, gdy trzeba reklamować ubezpieczenia na wypadek śmierci lub pojawia się w ofercie cudowny żel na stawy i środki do czyszczenia protez zębowych.

Mój lekarz pierwszego kontaktu twierdził, że człowiek obliczony jest przez stwórcę na 50 lat życia. A reszta – mówił, uśmiechając się złośliwie – reszta, to takie tam przeciąganie liny z losem. W ogóle miał niezwykle prawidłowy stosunek do pacjentów. Kiedy mówiłem mu, że tu mnie boli, tam strzyka… Kiwał głową i mówił – A wie pan jakie ja mam problemy ze zdrowiem?

Fakt, że mamy do czynienia z dyktaturą, a nawet terrorem młodości, ma przede wszystkim ogromny wpływ na zyski koncernów farmaceutycznych oraz przemysłu pielęgnacji urody.

Na pytanie jaka gałąź światowego przemysłu przynosi teraz największe zyski, większość z ludzi powie, że nafta. „Nafta rządzi światem” – to było hasło światowej lewicy w okresie międzywojennym i jeszcze trochę po wojnie. Ale teraz już tak nie jest. Największe zyski osiągają producenci leków i środków pielęgnacji urody. I zrobią wszystko, żeby te zyski stale zwiększać. Bo nie jest prawdą, że istnieje jakaś granica, przed którą bogaty zatrzymuje się i mówi:

– Chyba już mi wystarczy, jakoś z biedą na bentleya i jachcik wystarczy.

 

Coraz więcej chorób, coraz więcej lekarstw

 

Jeszcze w czasach mojej młodości aspiryna leczyła wszystkie skutki przeziębień. Dzisiaj mamy lekarstwa na katar zwykły, przewlekły, bardzo przewlekły, chroniczny, napadowy, zaskakujący i męczący. Oferują nam lekarstwa uśmierzające ból konkretnych organów, wszystkich kończyn razem i każdej z osobna. Z roku na rok rośnie liczba zdiagnozowanych jednostek chorobowych. Bo każda nowa musi mieć nowe lekarstwo.

Ale co tam lekarstwa… Proszę wejść do jakiejkolwiek apteki i rozejrzeć się. Przecież w każdej z aptek 80 procent miejsc na półkach i w regałach zajmują środki pielęgnacji.  Skutkiem czego, jeżeli lekarz przepisał nam jakieś „poważne” lekarstwo, to nieodmiennie słyszymy: Proszę przyjść jutro, sprowadzimy to dla pana.

Rozumiem to tak, że aptekarz nie ma już miejsca na lekarstwa, bo musi trzymać na półkach całe „linie” środków na zmarszczki. A są osobne dla każdej z kilkunastu rodzajów skór, dla różnych przedziałów wieku, na każdą z czterech pór roku, do życia w mieszkaniach suchych i wilgotnych…

Pojawiła się nawet „medycyna urody” jako osobna specjalność. Powstają salony piękności, rehabilitacji, medycyny naturalnej, tybetańskiej, azteckiej, mongolskiej, chińskiej, japońskiej i malajskiej. Nie spotkałem jeszcze salonów aborygeńskich i buszmeńskiej, ale to kwestia czasu.

Państwowa służba zdrowia twierdzi, że „przeprowadza rehabilitację w ograniczony zakresie”, bo fizjoterapeutów nie ma. Nie ma w służbie zdrowia, ale w prywatnych gabinetach i klinikach czekają.

Coraz częściej widzimy w telewizji panie, które cudownie odmłodniały. A starsze aktorki, nie chcące grać babć, pojawiają się w drugim wcieleniu jako o wiele młodsze. Młodsze od siebie samych sprzed 20 lat. Wybitna aktorka Ewa Wiśniewska powiedziała, że jej młodsze koleżanki zamiast ust mają teraz parówki. No cóż, botox może i pomaga na skórę, ale na mózg nie bardzo. A „władcy świata”? Gdy widzę ponaciąganych Berlusconiego i Putina budzi się we mnie litość. Inny problem, czy taki Putin nakazał teraz wszystkie swoje starsze zdjęcia i filmy retuszować?

 

Domagam się światowego śledztwa

 

Długo zastanawiałem się, kto wprowadził obowiązkową modę na młodość. Rozpatrywałem różne warianty i zawsze wychodziło mi, że stoją za tym producenci leków i środków upiększających. Bo tylko oni mają w tym interes. A przecież starorzymska zasada „cui bono” podpowiada nam, że zbrodni dopuszcza się ten, kto ma w tym interes.

Producenci leków i środków do poprawy urody twierdzą, że owszem, że sama produkcja nie kosztuje wiele, ale już badania leków są niebywale drogie. Dziwne, że jakoś nikt z mediów nie wspomina, że jakieś 7 lat temu w USA wybuchła niebywała afera, gdy którejś z rządowych agencji zechciało się sprawdzić dużego producenta, czy rzeczywiście prowadzi on badania, przed wprowadzeniem leków na rynek. Okazało się, że żadnych badań nie ma. Nałożono na chciwca karę kilkunastu milionów dolarów i już. Mówię „i już” bo jakoś nie przeprowadzono kontroli w innych krajach…

U nas również nikt się tym przypadkiem nie zajął. Może nie było akurat gotowych do pracy lekarzy, biochemików i prostych laborantów, bo wszyscy wyjechali na wycieczki zagraniczne, fundowane przez producentów i hurtowników leków – lekarzom właśnie.

Podsunąłbym naszym władzom śledczym zajęcie się sprawą rynku leków. Bo jeżeli na tym rynku nie działa mafia, to ją nazwać? A może są tam zmowy cenowe? Może jakieś układy producentów, hurtowników i aptekarzy? A za carskich czasów za zmowę szło się na Sybir. I to akurat – przypadkiem – było w tej Rosji dobre.

Ja bym się – proszę Państwa – nie śmiał, z tego co napisałem. Bo sprawa jest ważna i warto poniuchać. Ale radziłbym niuchającym, by nie korzystali z żadnych nowości medycznych na polepszanie węchu…

 

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.

WALTER ALTERMANN: Wstrzemięźliwość, czyli czego nie zrozumiał Kissinger (2 -ost.)

Z  jednym Europa i świat mają się teraz dobrze – Kissinger nie jest już sekretarzem stanu USA, czyli ministrem. Nie jest też nawet prezydenckim doradcą. I może dlatego USA dzisiaj zachowują się normalnie. A nawet wzorcowo. I naprawdę postępują jak ojczyzna demokracji.

Czas na drugą i – na szczęście – ostatnią relację ze społecznych skutków wypowiedzi 98-letniego Henrego Kissingera w Davos, gdzie po raz pierwszy od wybuchu pandemii zebrali się możni tego świata.

Były szef amerykańskiej dyplomacji wezwał Zachód do: „…zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Wstrzemięźliwość jest jedną z postaw, zalecanych przez Kościół. Dotyczy jednak spraw ciała, głównie jedzenia oraz seksu. Natomiast wstrzemięźliwość nie jest żadną zasadą przy uprawianiu polityki. W polityce natomiast liczy się skuteczność w realizowaniu celów. Zastanówmy się zatem, jakie cele mają niektóre państwa europejskie w stosunku do wojny na Ukrainie, co powoduje tak dalece posuniętą wstrzemięźliwość tych państw.

Wstrzemięźliwi Niemcy, Włosi i Francuzi

Naczelną zasadą, którą kierują się Niemcy i Włosi jest zasada „sporej odległości”. Chodzi o to, że od Rosji dzieli ich o wiele więcej kilometrów niż Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę. O ile Włosi nie narażają przy tym „sojuszników”, to Niemcy już tak. Narażają nas na podleganie wpływom (w najlepszym wypadku) Rosji. Najlepszym tego dowodem jest budowa dwóch rurociągów Nord Stream. Są one dowodem, że Niemcy chcieli utrzymywać dobre i korzystne kontakty z Rosją bezpośrednio, z pominięciem, a nawet wbrew zasadom bezpieczeństwa sojuszników z NATO i partnerów z Unii Europejskiej.

Teraz Niemcy zachowują się tak, jakby było im jedynie przykro, że doszło do czegoś takiego, że to nieładnie, że szkoda, iż na Ukrainie giną ludzie. Czyli – ich wstrzemięźliwość przeszła w żal. To naprawdę zadziwiające, że państwo, które od zakończenia II wojny światowej, mieni się ostoją demokracji rozumie tę demokrację jedynie jako wolność do robienia interesów, nawet z diabłem.

Francuzi z kolei zachowują się tak, jakby bez biznesów z Rosją Putina ich państwo mogło się rozpaść na małe regiony. Nie słyszeli, że każda wojna kosztuje? Nie dociera do nich, że jako członkowie NATO powinni mieć dużą (bo Francja jest dużym krajem) i silną armię. Tragikomiczne jest to, że od 20 lat Francuzi wespół z Niemcami budują nową generację czołgów. Ostatnio podobno jeden prototypowy egzemplarz nawet zaczął jeździć, choć jeszcze nie strzela. Poza tym, Francuzi od czasów klęski Napoleona na rozległych połaciach Rosji, mają jakąś zadziwiającą atencję dla Rosjan, twierdzą nawet, że są jej naturalnym historycznym sojusznikiem…

Mocarstwowa wstrzemięźliwość Węgier

Jest jeszcze jedno państwo o bardzo rozbudowanej wstrzemięźliwości, nieproporcjonalnie dużej, jak na tak mały kraj – Węgry. Od północy 26 maja premier Viktor Orban wprowadził na terenie całego kraju stan wyjątkowy. A oto uzasadnienie: „Wojna zagraża naszemu bezpieczeństwu fizycznemu, a także zagraża dostawom energii i bezpieczeństwu finansowemu gospodarki i rodzin. Widzimy, że wojna i sankcje w Brukseli doprowadziły do ogromnych wstrząsów gospodarczych i drastycznego wzrostu cen. Świat stoi na skraju kryzysu gospodarczego. Węgry muszą trzymać się z dala od tej wojny i chronić bezpieczeństwo finansowe swoich rodzin. Stan wyjątkowy da pole manewru i możliwość natychmiastowej reakcji na skutki wojny w sąsiedniej Ukrainie” – powiedział szef węgierskiego rządu.

Nie wiem co konkretnie zamierza rząd Węgier, ale zapowiedzi są stanowcze. To jest zresztą klasyczna zasada: im mniejsze państwo, tym jest bardziej stanowcze. Dr Dominik Héjj, politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej napisał: „To nie jest stan wojenny. To jest stan, który da premierowi ogromne uprawnienia, jak w pandemii, rządzenie dalej rozporządzeniami”.

Co prawda nie wiadomo, co zamierza Orban, ale temperaturę wszystkim Węgrom jednak podwyższył, oskarżając Brukselę o wprowadzenie sankcji na handel z Rosją. Zapamiętajmy to – Orban nie ma pretensji do Rosji, ale do Unii Europejskiej. Węgry od początku wojny zachowują się dziwnie. Orban wspomniał nawet ostatnio, że kiedyś Węgrzy mieli porty. Na co oburzyła się Chorwacja, bo teraz te adriatyckie porty są jej.

Przedziwne jest to, że Węgrzy ciągle żyją sprawą Trianon, ciągle to ich boli. A było tak – 4 czerwca 1920 roku, w Wersalu, zawarto traktat pokojowy między Węgrami a państwami Ententy. Głosił on powstanie Królestwa Węgier. W istocie traktat regulował przede wszystkim sprawy narodów i ziem, które wchodziły przed wojną w skład Austro-Węgier. Bo Węgry były przecież częścią upadłego właśnie imperium, a tym samym dla wielu narodów były bezpośrednim ciemiężycielem. Tego oczywiście Węgrzy do dzisiaj nie chcą przyjąć do wiadomości, bo oni też uważają się za ofiary Austro-Węgier. Śmieszne, ale tak właśnie jest.

Na mocy traktatu Trianon Węgry uznały niepodległość Czechosłowacji oraz Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Znaczna część obszaru Węgier została podzielona między sąsiadów:

  • Rumunia przejęła Siedmiogród oraz części Kriszany, Marmaroszu i Banatu;
  • Czechosłowacja dostała tereny dzisiejszej Słowacji (Górne Węgry) i Ruś Zakarpacką;
  • Królestwo SHS, czyli Kraljevina Srbov, Hrvatov i Slovencev, zwane pierwszą Jugosławią – uzyskało Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, część Baczki oraz Banatu.

W wyniku traktatu Węgry utraciły dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 miliona Węgrów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego narodu.

Myślę, że Węgrzy (spora ich część) nie chcą zrozumieć, że w I wojnie światowej walczyli po stronie Austrii i Niemiec, że w wyniku przegranej ich imperium upadło, że w skład Królestwa Węgier – tego sprzed I wojny światowej – wchodziły narody, które chciały, i miały prawo do niezależności.

Turcja, czyli wstrzemięźliwe mocarstwo regionalne

Od dawna Turcja, która ma największą – po Rosji – armię w Europie i będąca członkiem NATO wykorzystuje każdą okazję, by cokolwiek utargować. Ja wiem, że to naród handlowy, ale są przecież granice przyzwoitości.

Pamiętajmy, że to Turcja blokowała wejście Polski do NATO, a dała się w końcu łaskawie przekupić zgodą Polski na otwarcie naszego rynku na wyroby tureckiego przemysłu lekkiego. Spowodowało to błyskawiczny upadek naszego przemysłu włókienniczego, odzieżowego i skórzanego, bo te przemysły są w Turcji dotowane przez państwo nawet do 60 procent.

Teraz Turcja targuje się o zgodę na wejście Finlandii i Szwecji do NATO. Chce, żeby USA zdjęły z nich embargo na nowoczesną broń. Chce też, żeby świat zapomniał o dyktaturze Erdogana, o procesach dziennikarzy, o prześladowaniu ludzi opozycji w Turcji i brutalności wobec Kurdów. Mały handelek przy tragedii i okrucieństwach wojny? Ależ owszem.

I tak toczy się ten światek – jak pisał Wolter. Od wzniosłości – do drobnego handelku, od szczytnych zasad – do leczenia małych kompleksów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kissinger, czyli historia wraca w formie farsy (1)

Czy historia rzeczywiście czegokolwiek nas uczy? Czytając o obecnej dyskusji w Davos, trzeba powiedzieć: „ Nie bardzo”. Jednym z kulturowych dogmatów polskiego wychowania dzieci jest szacunek dla starszych. Takie założenie jest – owszem – słuszne i prorodzinne, ale w życiu społecznym przynosi często tragiczne skutki.

Czytając wystąpienie w Davos Henry’ego Kissinger’a, człowieka 98-letniego, byłego sekretarza stanu USA, doświadczonego amerykańskiego dyplomaty, który dostał nawet Pokojową Nagrodę Nobla – trzeba powiedzieć wyraźnie: nie słuchajcie starców. Starość to jednak znaczne ograniczenie sprawności fizycznej, mnóstwo przykrych dolegliwości chorobowych, a nawet zmniejszenie sprawności umysłowej. I tego właśnie Kissinger dał mocne dowody właśnie w Davos, w czasie dyskusji o wojnie na Ukrainie.

Przerwać walkę

Wezwał on Zachód do: „Zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Jako uznany negocjator – bo to on prowadził rozmowy z Wietnamczykami, w sprawie zakończenia wojny z USA – stwierdził, że: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wywołają wstrząsy i napięcia, których nie będzie łatwo przezwyciężyć. Idealną linią podziału powinien być – według niego – powrót do status quo ante, czyli stanu sprzed wojny. Prowadzenie wojny poza tym punktem nie byłoby kwestią wolności Ukrainy, ale nową wojną przeciwko samej Rosji – powiedział Kissinger. Ostrzegł przed „pchaniem Rosji do stałego sojuszu z Chinami”, do czego przywódcy europejscy nie powinni dopuścić.

400 lat Kissingera

Żeby zaś nie było niejasności w ocenie kto napadł, kto morduje, pali i obraca w popiół Ukrainę, Kissinger powiedział coś, czego nawet po blisko 100-letnim starcu nie spodziewałbym się. Powiedział, że Rosja od 400 lat jest istotną częścią Europy oraz była „gwarantem europejskiej równowagi struktur sił w krytycznych czasach”.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad tą rewelacją noblisty. Jeżeli ktoś twierdzi, że przez ostatnie 400 lat, a zatem, mniej więcej, od początków XVII wieku Rosja była gwarantem stabilizacji i pokoju w Europie, to albo nie zna historii Europy, albo też tak mocno przyzwyczaił się do reprezentowania interesów amerykańskiego imperium, że za nic ma pozostałe części świata.

W doktrynie politycznej USA, od początków istnienia tego państwa, był izolacjonizm wobec innych części świata, poza trzema Amerykami. Stany Zjednoczone dość szybko zagarnęły ziemie sąsiadów, że wspomnę Teksas – zaanektowany w 1845 i Kalifornię – 1850. Potem zapanowały nad Ameryką Środkową, którą skazały na narzucana przez siebie dyktatury oraz produkcję rolną, i surowcową. Następnie podporządkowały sobie politycznie Amerykę Południową. Chciały nawet zająć Filipiny, ale się nie udało.

Okrucieństwo 

Owszem USA przystąpiły do obu wojen światowych, ale do pierwszej po głębokiej rozwadze i liczeniu ewentualnych zysków. Przed przystąpieniem do I wojny światowej bowiem  ówczesny prezydent spotkał się z grupą największych producentów uzbrojenia i amunicji, i okazało się, że udział w wojnie może się opłacać. Do II wojny USA przystąpiły dopiero wtedy, gdy same zostały zaatakowane przez Japonię.

O ile chodzi o Kissingera, to dziwi, że sam zaznawszy okrucieństwa totalitarnego systemu –   hitleryzmu, nie rozumie czym był ZSRR. Otóż Kissinger wraz z rodzicami wyemigrował z Niemiec, jako Żyd, w roku 1938. Czy zupełnie wyparł ze swej psychiki 6 lat strachu i upokorzeń pod rządami Hitlera? Przecież nie był wtedy oseskiem, bo urodził się w roku 1923. Po wojnie służył w armii USA, jako oficer śledczy na terenie Niemiec i odnajdował ukrywających się niemieckich zbrodniarzy. Miał nawet na tym polu spore sukcesy. I co? Wyparł swój życiorys z pamięci?

Statystyka i nie tylko

Teraz policzmy te 400 lat, kiedy „można było liczyć na Rosję”, liczmy „od tyłu”:

XX wiek – kilkanaście lat to oświecony, ale w końcu feudalizm carski. 70 lat przypada na rosyjski komunizm, a ponad 20 lat, już w XXI wieku, na dyktaturę Putina. Kissinger nie wie, zapomniał, nie dotarło do niego, że ZSRR podbił i zniewolił całą Europę Środkową? Nie słyszał o Katyniu, o masowych mordach na Polakach? Nie słyszał o Wielkim Głodzie na Ukrainie i milionach umierających obywateli ZSRR w Gułagach? Wreszcie, czy Kissinger nie słyszał, że według Putina, upadek ZSRR był największa katastrofą, jaka spotkała Rosję. i że marzeniem rosyjskiego satrapy jest powrót Rosji do granic ZSRR? Taka niewiedza nie uszłaby nawet maturzyście, nawet w USA.

Przez cały XIX wiek Rosja umacniała swą pozycję imperium, mordując i wywożąc na Syberię Polaków, Litwinów i Ukraińców, którzy chcieli wolności. On być może nie wie, ale my tutaj pamiętamy o dwukrotnej, bezmyślnej rzezi warszawskiej Pragi. A o udziale Rosji w podbiciu Chin, i wymuszeniu na Chińczykach płacenia niewyobrażalnie wysokiego trybutu?

Wiek XVIII – to ekspansja Rosji na Wschód i Zachód i podboje wielu narodów, w tym               walny udział w rozbiorach Rzeczpospolitej.

Wiek XVII – to powstanie imperium Romanowych, które powstało przy pomocy miecza. A przede wszystkim zniewolenia Rosjan, sprowadzenia ich do roli pozbawionych praw obywatelskim mużików.

XVII wiek, to wykuwanie samodierżawia, z całym jego opresyjnym prawem i zwyczajami.

Rosja wybawcą Kissingera?

Może być i tak, że Kissinger, jak wielu dzisiejszych Żydów, uważa Rosję za jedynego wybawcę od niemieckiego nazizmu – hitleryzmu. A to co oburza nas i każe nam wspierać Ukrainę, uważa za małe koszty na wielkim ołtarzu biznesu. Bo Kissinger reprezentuje dzisiaj takich ludzi w Europie, którzy zysk stawiają ponad honor i wolność. Z całą pewnością jego wystąpienie w Davos budzi grozę, bo obnaża najczarniejszą stronę dzisiejszego kapitalizmu, pragmatycznej polityki Zachodu.

Przy okazji. Po roku 1990 kilku prezydentów USA odwiedziło Polskę. I wszyscy oni – najczęściej na Placu Zamkowym w Warszawie – rozczulali się nad tym, jak my, Polacy, pięknie umieraliśmy za wolność. Jak dzielnie walczyliśmy w powstaniu warszawskim, Jak walczyliśmy z komuną, że byliśmy wyzwaniem dla świata. Ale żaden z nich nie przeprosił za Jałtę. I żaden z prezydentów USA nie powiedział krótkiego „przepraszamy, że was sprzedaliśmy”. Niechby nawet dodał: „Wtedy nie mogliśmy inaczej postąpić”. Ale może ich wszystkich doradcą był właśnie Kissinger? A on przecież w widzi w Rosji „gwaranta spokoju”.

A może Kissinger jest nowym wcieleniem Chamberlaine’a? W każdym razie bardzo go przypomina. Pamiętają Państwo tamtego po powrocie z Monachium, jak stojąc na stopniach samolotu radośnie machał kartkami papieru i mówił: „Przywożę wam pokój”? I teraz historia wraca. Ale jak zawsze w formie farsy.

WALTER ALTERMANN: Samotna rozpacz, czyli paplanie miliardów

BOHATER – do Dziennikarki – Widzi pani, jestem zbyt prymitywny. Wszystkie nieporozumienia między mną i światem wywodzą się z tego, że jestem prymitywny i chcę poważnie traktować życie. Przeklęta gadanina, gdyby ludzkość razem ze mną zamknęła na wieki olbrzymią jadaczkę. Niech te dwa miliardy umilkną na jeden dzień i wszystko odzyska swój blask…

            Ten fragment KARTOTEKI Tadeusza Różewicza niech będzie nam przesłaniem.

Różewicz pisał swój dramat w latach 1958-59. Zważmy na to, bo ludzi było wtedy raptem dwa miliardy, a nie 7,7 miliarda, jak dzisiaj. Zatem i gadania było znacznie mniej. Nie było tylu stacji telewizyjnych i radiostacji. I przede wszystkim, nie było Internetu. Było znacznie ciszej. Choć ucho wrażliwego na bełkot pisarza i tak nie mogło znieść tej gadaniny.

Przeciętny chłop w średniowiecznej Prowansji otrzymywał przez całe swe życie tyle nowych informacji, ile dzisiaj dociera w ciągu jednego dnia do przeciętnego Europejczyka. Te badania przeprowadzono w latach 80. jeszcze przed wynalezieniem Internetu z jego dobrodziejstwami typu: tik tok, Facebook, Twitter, you toube i wszystkich pozostałych środków rażenia naszej świadomości. Można powiedzieć, że ludzkość się potwornie rozjazgotała i ani myśli spełnić błaganie Różewicza.

Nie wszyscy pisali i mówili

Od zarania ludzkości mówili i pisali ci, którzy umieli pisać i naprawdę mieli coś do powiedzenia. Przez tysiące lat mówili starzy mędrcy, przywódcy religijni i władza. Za miarę mądrości człowieka uchodziło to, że mówiło się mało i zawsze na temat. Gaduły uważane były za głupców i odsuwano ich z gremiów, podejmujących ważne decyzje. Oczywiście nie wszystkie zapisane słowa były mądre. Zdarzało się przecież, że lekarze zalecali palenie papierosów na kłopoty płucne, rtęcią leczono kiłę a narkotyki uważano za cenne lekarstwo na nerwy. Niemniej i tak, w dawnych czasach głupoty było znacznie mniej niż mądrości, bo słów było mniej.

Gdy chodzi o pisanie – jedną z technicznych przyczyn, że dawniej pisano o wiele mniej, było to, że zapisywano ryjąc w kamieniu, w glinie, którą potem wypalano, potem pisząc z mozołem na jedwabiu, papirusach i na papierze. A wytworzenie tych wszystkich nośników było drogie, więc na szczęście zapisywano tylko rzeczy najważniejsze.

Przez wieki pisali głównie zawodowcy – pisarze administracji państwowej i zawodowi filozofowie i literaci. I powiedzmy wprost, gdy chodzi o literaturę – grafomanów nie było stać na druk. Tak było aż do połowy XIX wieku. Potem szeroka fala miernoty zalała tzw. rynek czytelniczy. Bo pisanie stało się rynkowym sposobem na zarobek.

W czasach dwudziestowiecznych dyktatur pisanie podlegało kontroli państw, które bały się „nieprawomyślnych” tekstów. Obecnie w Europie – poza Rosja, Białorusią i Turcją (geopolitycznie kwalifikowana, jako część Starego Kontynentu)  – nie ma już państwowych ograniczeń dla pragnących pisać. Jest to oczywiście dowodem wolności i demokracji. I to jest piękne. Niemniej to demokracja uwolniła nasze dzisiejsze tsunami pisania, które niszczy takt, rozum, poczucie sensu i artystycznego piękna, a te cechy były przecież dowodami na wielkość naszego gatunku.

Smutna radość z pisania w Internecie

Ilekroć otwieram Facebooka natychmiast „meldują się u mnie” osoby, których nie znam, ale które muszą podzielić się ze mną przemyśleniami. I tak dowiaduję się, że pani Kicia przeszła po parku prawie 5 kilometrów, a potem w przydrożnym barze zjadła ciastko.

Panna Kocia natomiast przekazuje mi swoje zdjęcia na tle jakiegoś drzewka w ogródku. Gdyby jeszcze panna Kocia była osoba młodą i ponętną… Niestety, prawie dorównuje mi wiekiem i sylwetką.

Inna pani prowadzi stronę, na której zaprasza mnie do zabawy. I co kilka dni proponuje nową formę rozrywki. Raz każe mi napisać, jak mam na drugie imię, innym razem prowokuje do wynurzeń na temat jakie psy lubię mniej, a jakie bardziej. Jest też strona, na której prowadzący publikuje zdjęcia starych przedmiotów z czasów PRL-u i pyta czy miałem je w domu, albo używałem. I nie są to obiekty wymyślne: jakaś pralka Frania, stary młynek do kawy albo ręczna wyżymaczka.

Według mnie wszystkie te zabawy są szalenie rozwijające intelektualnie i bardzo ucieszne, więc nie odpowiadam na wezwania o ujawnienie mojego zdania, moich przeżyć. Nie ujawniam też obecnego i dawnego stanu posiadania mego gospodarstwa domowego. Ale… o dziwo setki ludzi odpowiadają na takie prowokacje mózgowe. I piszą, że oni na drugie mają Zdzisiek, po wujku, albo Kasia, po koleżance mamy. Podskakują z radości (dowodem ikonki emocji), że oni też mieli w domu rybkę z dmuchanego szkła, albo telewizor Neptun.

W związku z opisaną powyżej ludzką aktywnością nasuwa się pytanie – dlaczego ci ludzie to robią – to znaczą piszą i odpowiadają, że oni też przeszli lasem ileś tam metrów, że coś po drodze zjedli. Dlaczego to robią? To znaczy piszą, prowokują i odpowiadają?

Myślę, że świat ma do czynienia z w wielkim, wprost niewyobrażalnie wielkim problem alienacji jednostki. Przeciętny człowiek zna dobrze zaledwie kilkadziesiąt osób, wliczając bliższą i dalszą rodzinę, i nie zawsze tę rodzinę lubi. Owszem mamy też wielu znajomy z pracy, z przeróżnych stowarzyszeń, związków a nawet partii. Tyle tylko – czy my tych ludzi naprawdę znamy? Znamy ich na tyle, na ile oni sami odsłonią się przed nami, przed światem.

Przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach jest przerażająco samotny. I dlatego pisze, bo chce być w jakimkolwiek ludzkim kręgu, chce znać i być znany.

Jednak bardzo zasadne w tym momencie jest pytanie – jaką stronę swych osobowości ludzie ujawniają w Internecie? Najczęściej jest to strona polityczna. Ale, niestety, piszący o polityce najczęściej ograniczając się do inwektyw lub powtarzają stereotypy. Te wszystkie twittery narzucają użytkownikom konieczność pisania zwięzłego, niemal hasłowego. Gdyby Monteskiusz czy Spinoza żyli teraz, to nie zaistnieliby, bo nie potrafiliby pisać krótko, sloganami.

Ludziom wydaje się, że to bardzo ważne, że piszą. Myślą, że ważne jest też, że czytają, co piszą inni. Podświadomie wierzą, że to „gadanie” zmieni ich los i dzieje świata. I dlatego chcą dynamiki, chcą być aktywni.

Te miliardy, gadający na Facebooku i jemu podobnych są zrozpaczone swoja samotnością, choć o tym, nie do końca, wiedzą. Wydaje im się, że wszystkie sznurki swego losu trzymają mocno w garści, ale mylą się. Te miliardy są jak marionetki na sznurkach, za które pociąga kto inny? Kto? Może tylko przypadek? Może przypadkowi politycy, bo w światowy spisek złych mocy nie wierzę.

 

Samotny tłum

W roku 1950 ukazała się rewolucyjna praca Davida Riesmana „Samotny tłum” (współautorami byli Nathan Glazer i Reuel Denney). W samej rzeczy jest to dzieło przełomowe w socjologii i w postrzeganiu praw rządzących społeczeństwami w ogóle.

Riesman zauważa, iż w niewielkich wspólnotach, także w dawnych społeczeństwach istniały różnego rodzaju więzi społeczne, natomiast w społeczeństwach współczesnych więzi zanikają, ulegają degradacji bądź instrumentalizacji a często są przedmiotem manipulacji. W efekcie naturalne wspólnoty zanikają. Ludzie ulegają wykorzenieniu, atomizacji, roztapiają się w anonimowej masie pracowników, urzędników, elektoratu, konsumentów czy publiczności. Więzi wspólnego zamieszkania, podobieństwa etnicznego, religijnego bądź klasowego zostają zerwane. W to miejsce pojawia się samotny tłum, podatny na hasła demagogów, poszukujący silnych, ojcowskich autorytetów, ulegający pokusie autokratycznych czy nawet totalitarnych rządów. Osamotnieni przyłączający się do różnych ruchów społecznych w poszukiwaniu zastępczych więzi i alternatywnych wspólnot.

Czy tych słów o samotnym tłumie nie można odnieść do naszego polskiego społeczeństwa? Czy coś się zmieniło? Wszystko wskazuje na to, że nie i praca Riesmana pozostaje ciągle aktualna, czasami przerażająco wręcz aktualna.

Człowiek przez miliony lat żył w małych społecznościach – rodowych, plemiennych, w kręgu jednej wsi, czy małego miasta. Wtedy wszyscy się znali. Każdy o każdym dużo wiedział. Każdy wchodził w relacje (interakcje) z sąsiadem, znajomym. Wtedy też działało pisane lub zwyczajowe prawo, nakazujące takie a nie inne zachowania. Jeżeli jeszcze w połowie XX wieku na wsi chłop mijał drugiego chłopa i nie uchylał czapki, to był to jasny znak, że są pogniewani. Dzisiaj mijamy dziennie setki, tysiące ludzi, którym nie mówimy ani „dzień dobry”, ani „szczęść Boże”. Jesteśmy więc z innymi blisko w przestrzeni, ale daleko w sferze psychicznej, mentalnej.

Dawniej świat był znany i bezpieczny. Dzisiaj jesteśmy samotni i zagrożeni. I ta samotność, to zagrożenie są naszym największym psychicznym kłopotem.

Riesman był rzetelnym i przenikliwym naukowcem, ale nie był wieszczem. Więc nie przewidział, że po latach świadomość tej samotności dotrze do nas, i że będziemy szukali ratunku przed wyjącą pustką. Na razie znaleźliśmy ratunek w Internecie, niestety jest to ratunek pozorny, bo nawet biliony, tryliony słów nie zasypią przepaści, jaka obecnie dzieli człowieka od człowieka.

Przepraszam, że to co napisałem nie jest wesołe. Jest za to prawdziwe.

 

O typach dziennikarskich i języku pisze WALTER ALTERMANN: Szaleństwa i grube niezgrabności

Wojna na Ukrainie, mimo że jak każda wojna jest przerażająca, wywołała też w naszych mediach falę tragikomicznego szaleństwa. Bo bardzo wielu dziennikarzy poczuło się korespondentami wojennymi, a równie wielu wykazuje poważne zainteresowanie sprawami militarnymi.

 

W ramach tego pobudzenia umysłowego żurnalistyki ujawniły się co najmniej trzy grupy publicystów:

  1. Korespondenci domowo-wojenni. Do tej grupy nie należy zaliczać prawdziwych korespondentów wojennych, którzy są na Ukrainie i stamtąd przesyłają materiały filmowe, radiowe i prasowe.

Natomiast korespondenci domowo-wojenni kojarzą mi się jedynie z naszą pierwszą narodową operą „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, z muzyką Jana Stefaniego i librettem Wojciecha Bogusławskiego. W tej operze bowiem mamy bowiem do czynienia z maszyną elektrostatyczną, której działanie uważane jest przez zwaśnione strony za cud. Z tymi, którzy udają  korespondentów jest tak samo jak u Bogusławskiego – myślą, że jak pokażą nam jakiś zręczny montaż materiałów zagranicznych, to my razem – Krakowiacy i Górale – uwierzymy w takie cuda.

Ci „mniemani” korespondenci, siedzą w wygodnych fotelach, przeglądają strony internetowe o wojnie. I stamtąd czerpią swą wiedzę. Ale i tak nie udaje im się ukryć, że mają bardzo mgliste pojęcie o wojsku w ogóle i żadnego pojęcia o wojnie. Ale piszą i mówią na te poważne tematy ostro, a ich sądy są bezkompromisowe. Co rozsądniejsi cytują źródła swej wiedzy, ale są oni nieliczni w gronie „specjalistów militarnych”.

  1. Analitycy. Ci nie udają, że byli na Ukrainie, za to zapraszają do swoich studiów radiowych i telewizyjnych błogosławionych naukowymi tytułami specjalistów. I to jest zabieg bardzo sprytny, bo na typowego polskiego odbiorcę działa magicznie, że rozmówca dziennikarza jest profesorem. Naród nasz, mimo coraz większej grupy magistrów i licencjonowanych licencjatów, ma nabożny stosunek do profesorów wszelkiej maści. I nie obchodzi słuchacza czy widza, że „profesor” ma równie jak dziennikarz marne pojęcie o wojsku i wojnie. Bo często do rozmowy zapraszani są socjologowie, historycy i wykładowcy od marketingu politycznego.

Przyznajmy jednak, że wśród proszonych o komentarze zdarzają się też doświadczeni generałowie i pułkownicy. Ci wiedzą o czym mówią. Jednak wtedy rola dziennikarza jest nijaka, bo wyraźnie widać i słychać, że dziennikarz daleko odbiega wiedzą od swego gościa.

  1. Doradcy. Doradcy to także goście prasy, telewizji i radiostacji. Choć najwięcej ich w mediach społecznościowy. Pojawiają się jako globalni stratedzy i znawcy wojny na miarę Carla von Clausewitza. Doradcy zawsze grzmią na tych przywódców, prezydentów, którzy nie chcą od razu i już jutro rozgromić Rosji. I nie przeszkadza im arsenał atomowy brutalnego najeźdźcy, jakim w gruncie rzeczy jest Federacja Rosyjska. A na wątpliwości, że atomowa Rosja może użyć broni jądrowej, doradcy mówią twardo, choć bez pokrycia: „Nie użyją”. Oto jeden z przykładów:

Koncert bardzo zdecydowanych życzeń

Bardzo interesujący, jako ilustracja mojego opisu „Doradców” jest wywiad prof. Romualda Szeremietiew, pod jednoznacznym tytułem: „Kaliningrad trzeba będzie zdemilitaryzować”. Profesor udzielił go 12 maja br. gazecie  DoRzeczy.

Jeżeli do NATO wejdą Finlandia o Szwecja, to bezpieczeństwo całej wschodniej flanki bardzo się wzmocni, bo zarówno Finowie, jak i Szwedzi mają dość przyzwoite armie. Co więcej, w takim układzie Bałtyk stanie się morzem natowskim. Natomiast pojawi się bardzo istotny problem tak zwanego Kaliningradu.

Damian Cygan: Co pan ma na myśli?

Trzeba chyba jednak wystąpić o to, aby po pierwsze Kaliningrad przestał się nazywać mianem zbrodniarza (Michaiła – red.) Kalinina, który współodpowiada za mord w Katyniu. Po drugie, trzeba ten rejon zdemilitaryzować, bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe. Parafrazując niedawną wypowiedź papieża Franciszka, NATO zaszczeka też pod Petersburgiem.

Jaka może być odpowiedź Moskwy na rozszerzenie NATO?

Będzie wycie, jak zwykle. No i straszenie bronią jądrową, bo Rosjanie niczym innym straszyć już nie mogą.

Na jakim etapie rosyjskiej inwazji jesteśmy? Niektórzy spodziewali się jakiejś wielkiej ofensywy w Donbasie, tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

Ja mówiłem, że żadnej wielkiej bitwy tam nie będzie. Rosjanie będą próbowali osuwać się naprzód, czasami o kilometr dziennie, a Ukraińcy będą konsekwentnie utrzymywać swój system obrony, jaki stosowali przedtem.

Jak ta wojna się zakończy?

Nie wiadomo. Moskwa nie ma dobrego wyjścia. Być może wszystko będzie zależało od tego, czy i na ile Ukraińcy rzeczywiście odniosą zwycięstwo, co jest w tej chwili prawdopodobne, i jak to wpłynie na wewnętrzną sytuację w Rosji. Są tacy opozycjoniści rosyjscy, którzy mówią, że Putin swoimi działaniami ciągnie Rosję do zguby i do rozpadu. Ponieważ obecna Rosja jest znacznie słabsza od Związku Radzieckiego, a Putin to jednak nie jest tej klasy przywódca, co, przepraszam, zbrodniarz Stalin, to liczę, że rozpad Rosji nastąpi szybciej niż można się spodziewać.

Tako rzecze profesor, prawie jak Zaratustra. Zadziwiające jest to, że były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej stawia na słowo, zamiast na siłę. W istocie bowiem mówi, że trzeba wystąpić o to, aby Kaliningrad przestał się nazywać Kaliningradem. Ale nie mówi do kogo wystąpić. Stwórcza moc słowa jest odnotowana już na początku Biblii, ale czy w przypadku Rosjan zadziała? Oni przecież mniej wierzą w Boga, a bardziej w Rosję.

Profesor idzie jednak dalej i twierdzi, że trzeba rejon kaliningradzki zdemilitaryzować. Dlaczego? Profesor odpowiada: bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe.

Czyli profesor zakłada, że Rosja upadnie a jej resztki będą podatne na argumenty, że Bałtyk ma być krajem NATO, które nie chce mieć między nogami materiału wybuchowego.

I co ja o tym wywiadzie myślę? Myślę, że profesor uważa, iż twarde postawienie sprawy demilitaryzacji Kaliningradu jest już tej sprawy załatwieniem. I myślę, że lada dzień Rosja – jak tylko przeczytają tam wywiad profesora – zacznie wyprowadzać swoje wojska z tego obwodu. Po czym przekaże go NATO, a konkretnie nam.

W sumie można by pomysły p. Szeremietiewa przyjąć za dobre, ale moją największą wątpliwość budzi to, że mimo mojego wielokrotnego twardego i jasnego stanowiska wobec Lotto, firma ta nadal uniemożliwia mi zainkasowania większej wygranej. A przecież stanowisko w tej sprawie mam proste – jak nie przymierzając profesor Szeremietiew.

Melchior Wańkowicz na taką politykę ukuł nawet nowy termin. Nazwał ją „polskim chciejstwem”. Piszę o Wańkowiczu i zastanawiam się czy za kilka lat nie trzeba będzie przy jego nazwisku zamieszczać informacji kim był. Bo iluż dzisiejszych dziennikarzy przekartkowało choćby jego  Karafkę La’Fontaine’a?

Mamy w plecy

Wśród przykładów dziennikarskiej swawoli trzeba też zauważyć, że język młodzieżowy przekroczył już granicę poważnych tematów. Słyszymy bowiem, że: „Mamy w plecy”. I to przy okazji tematu kłopotów z paliwami. Temat jest poważny. Ludzie boją się dalszych podwyżek, boją się, że zimą nie będzie węgla… w ogóle boją się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, i swoją. I w takiej sytuacji jakiś wesołek telewizyjny stwierdza, że z paliwami „Mamy w plecy”.

Myślę, że społeczeństwo dorosło do sytuacji. Świadczy o tym wiele tak powszechnych zachowań, jak choćby spontaniczna pomoc uciekinierom wojennym z Ukrainy. O dziwo dorastają także do sytuacji politycy, bo w sprawie wojny wszyscy są odpowiedzialni i mówią jednym głosem. Natomiast karleją w tej wojennej sytuacji media. I to nie tylko te niszowe.

Setka zabitych

Przyjęło się, niestety, że w mediach informacje o ofiarach wojny na Ukrainie budowane są językiem płochym, zdradzającym głęboką niewrażliwość. Słyszeć można w rozmaitych telewizjach, że: „W wyniku rosyjskiego ostrzału rakietowego Mariupola jest setka zabitych”.

Kto kształci wrażliwość tych dziennikarzy? Z jakich środowisk się wywodzą? Naprawdę, tak nie można.

Setka to może być wódki. Dobra wełna na garnitur – to też możliwa do akceptacji setka. Na setkę mogą biegać sprinterzy. Ale o żadnym zabitym nie wolno tak mówić. Przez szacunek dla ludzkiego życia i śmierci. Choćby tych stu zabitych było naszymi wrogami, to jednak byli to ludzie.

 

O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.